Krach - Edouard Louis

Reflow text when sidebars are open.
Na wieść o śmierci brata nie poczułem nic - ani smutku, ani rozpaczy, ani radości, ani ulgi. Odebrałem tę wiadomość tak, jak odbiera się informację o pogodzie czy jak słucha się kogoś opisującego swoje popołudniowe zakupy w supermarkecie. Nie widziałem go od prawie dziesięciu lat. Nie chciałem go nigdy więcej oglądać. Czasami moja matka niepewnym głosem, jakby bała się mnie zirytować lub wywołać między nami konflikt, próbowała skłonić mnie do zmiany zdania:
- Wiesz, twój brat, może powinieneś dać mu szansę... Myślę, że sprawiłoby mu to przyjemność. Często o tobie mówi...
Ostro przerywałem rozmowę, z gwałtownością, której u siebie wcześniej nie znałem i której w innych okolicznościach nigdy nie śmiałbym przy niej użyć. Mówiłem, że nie chcę więcej o nim słyszeć, że to ostateczna decyzja.
Najczęściej próbowała jeszcze raz, inaczej:
- Ale powiedziałam mu: "Kiedy się spotkasz z młodszym bratem, nie zawracaj mu głowy przeszłością i tym, co między wami zaszło. Zostaw go w spokoju". I on mi to przysiągł. Przysiągł mi, że nie będzie wracał do przeszłości...
Wobec braku odpowiedzi z mojej strony jej głos rozpływał się w milczeniu i spuszczała wzrok, zanim przeszła do innego tematu - ze zbyt żywym entuzjazmem, zbyt dźwięcznym głosem. Wiedziałem, że mówiła w ten sposób, by pokryć skrępowanie wywołane jej chybioną próbą pojednania i moją nagłą agresją. Jest mi przykro, że zadałem jej ten ból, być może powinienem się przemóc - lecz również dlatego, że nie mogłem powiedzieć tego, co mówię dziś, ponieważ jest za późno. Być może naprawdę i szczerze można żałować czegoś tylko raz, kiedy jest już za późno, nie wiem.
O jego śmierci dowiedziałem się we wtorek, kilka minut po obudzeniu. Dzień był pochmurny i zimny, skroplona para na szybach zamazywała niebo na zewnątrz. Czytałem i zobaczyłem na mojej komórce kilka połączeń od matki. Było za wcześnie, nie chciało mi się rozmawiać, ale ona dzwoniła i dzwoniła, zacząłem więc sobie wyobrażać, że stało się coś strasznego lub w każdym razie ważnego - wrażenie rozmyte, niejasne przeczucie, bez słów. Dopiero kiedy na ekranie komórki pojawiło się imię mojego młodszego brata, nabrałem pewności, że stało się coś niezwykłego.
Pomyślałem o wypadku, o śmierci - i miałem rację.
Odebrałem, matka płakała. Powiedziała, że lekarze ze szpitala zamierzają go, mojego starszego brata, odłączyć, że formalnie żyje jeszcze tylko dzięki specjalnej aparaturze podtrzymującej podstawowe funkcje jego organizmu. Aparatura medyczna kazała bić sercu w martwym ciele.
Poprzedniego dnia kobieta, z którą od kilku lat był związany, zastała go na podłodze w jego mieszkaniu - leżał nieprzytomny, jak konające zwierzę. Jego serce już przestawało bić. Kiedy następnie został przewieziony do szpitala, lekarze stwierdzili, że również jego wątroba przestała pracować, nerki były zbyt słabe, by prawidłowo funkcjonować. Jego organy traciły sprawność już od wielu lat, degenerowały się zbyt szybko, w ciągu ostatnich miesięcy wiele razy wzywano do niego karetkę pogotowia, miał za sobą kilka pobytów w szpitalu i teraz nie było już nadziei, ta zapaść była ostatnia. Lekarze wyjaśnili matce, że z powodu zawału serca jego mózg przez wiele minut nie pobierał tlenu, został nieodwracalnie uszkodzony, w wielu obszarach wygasł, jakby różne pokoje w mieszkaniu jeden po drugim, kolejno pogrążały się w ciemności, albo jakby jego mózg zamknął się w sobie, nieodwracalnie się skurczył.
Nawet gdyby przeżył - mówili lekarze - nie byłby już w stanie po rekonwalescencji chodzić, nie byłby w stanie mówić. Lekarz, który rozmawiał z matką i udzielał jej wyjaśnień, dodał, że to jeszcze nie wszystko, że oprócz tych wszystkich problemów wykryli w jego żołądku sporej wielkości nowotwór - dziwne, że nie zostało to wcześniej zdiagnozowane.
Przez telefon matka mówiła, że w łóżku na oddziale intensywnej terapii miał siną, obrzmiałą twarz. Właściwie był już jakby martwy, lekarze przez jakiś czas mogli jeszcze sztucznie podtrzymywać jego podstawowe funkcje życiowe, ale nie ulegało wątpliwości, że to koniec. Matka zadzwoniła, by mnie powiadomić, że zamierza udzielić lekarzowi prowadzącemu zezwolenia na odłączenie go od aparatury podtrzymującej życie. Był martwy, ale tylko ona miała prawo go uśmiercić. Miał trzydzieści osiem lat.
Był martwy, ale tylko ona miała prawo go uśmiercić. Miał trzydzieści osiem lat.
Był martwy, ale tylko ona miała prawo go uśmiercić. Miał trzydzieści osiem lat.
FAKT NUMER JEDEN
Któregoś wieczoru, na długo przed tą zapaścią, brat próbował z powrotem się ogarnąć.
Wrócił.
Miał nieco ponad dwadzieścia lat, ale na wiele miesięcy zniknął z domu. Kiedy pojawił się ponownie, wrócił do rodziny, już go nie poznawaliśmy.
Wszedł do pokoju, kiedy akurat jedliśmy kolację - telewizor włączony, ojciec z pilotem w ręku, matka podająca do stołu - i ze spuszczonym wzrokiem powiedział:
- Udało się. Znalazłem coś dla siebie.
Zapadła cisza.
Brat powtórzył: "Znalazłem", i mówiąc to, wyjął z kieszeni kartkę laminowanego półprzejrzystego papieru: na jednej stronie, błyszczącej, a jednocześnie matowej, widniały napisy, których nie mogłem odczytać. Spojrzał na papier, który trzymał w ręku, następnie na nas, później znów na papier, i w końcu po dłuższej chwili oznajmił, że w sąsiednim dużym mieście znalazł pracę u rzeźnika. Wyjaśnił nam, że kilka dni temu wszedł do sklepu mięsnego, poznał właściciela i ten właściciel od razu go polubił, więc kiedy zrozumiał, że brat szuka pracy, zaproponował, tak naprawdę zupełnie go nie znając, że go zatrudni.
Powiedział nam, że teraz będzie się uczył nowego fachu, wymagającego wysoce specjalistycznych technik i wiedzy, której byle kto nie mógłby opanować, ale on tak, on ją opanuje. Podobno ma w sobie coś, czego inni nie mają, bardzo to podkreślał, umiałby rozebrać szkielet, zamienić martwe ciało zwierzęce w sztukę mięsa, na widok której każdemu przechodzącemu przed witryną sklepu rzeźnika aż ślinka pocieknie, umiałby wykroić z tuszy zwierzęcia najbardziej pożądane kąski mięsa, nikt tego nie potrafi, ale on, tak, on umiałby to zrobić, tak nam właśnie mówił, a nawet któregoś dnia mógłby otworzyć własny interes, własny sklep rzeźniczy - mówił szybko, nie mógł się już powstrzymać - własny sklep rzeźniczy, i kiedy przyszłaby jego kolej przekazywania tej tak specjalistycznej wiedzy innym, zostałby uznany za najlepszego rzeźnika we Francji i dostałby w nagrodę puchar, być może zapraszano by go za granicę, by uczyć innych tego, czego on się nauczył, kto wie, może by nawet podróżował - oto co nam opowiadał z takim przejęciem. Brat miał zawsze skłonność, by chcieć wszystkiego, zawsze potrafił marzyć tylko na wielką skalę, nie dla niego drobne marzenia, które na co dzień snuje większość ludzi: znaleźć dom na przedmieściu, kupić samochód na niedzielne przejażdżki, nie, on zawsze potrafił marzyć wyłącznie o sławie, i uważam, że rozmach jego marzeń i dysonans między ich rozmachem a wszystkimi ograniczeniami, jakie ukształtowały jego życie: nędza, ubóstwo, północ Francji, jego marny los - wszystkie te sprzeczności uczyniły go tak nieszczęśliwym.
Mój brat był chory z powodu własnych nierealnych marzeń.
Miałem dopiero trzynaście lat, ale kiedy zjawił się w kuchni z tym papierem w ręku, zrozumiałem, że przychodzi zemścić się za to wszystko, co myśleli o nim mój ojciec i inni.
Wiedział, że w naszym otoczeniu był postrzegany jako nieudacznik - w związku z nim wciąż powracało to słowo, ponieważ nie potrafił się utrzymać dłużej w żadnej pracy, i tak naprawdę aż do teraz jej na poważnie nie szukał, ponieważ miał już kłopoty z policją i wymiarem sprawiedliwości, o wiele zbyt często, jak na dwudziestoletniego chłopaka, ponieważ brał narkotyki - wiedział, co za jego plecami mówili o nim inni, i tego wieczoru, kiedy wrócił, zrozumiałem, nawet jeśli byłem zbyt młody, zrozumiałem i odgadłem, że traktował tę obietnicę przyszłości jako sposób pokazania im, że się mylili.
Podał świstek papieru ojcu. Na tym etapie wszyscy, łącznie ze mną, zdążyli się już zorientować, że był to jeden z tych kawałków laminowanego papieru, jakiego używają rzeźnicy do pakowania porcji mięsa. Przez krótką chwilę ojciec ze zmarszczonymi brwiami i szelestem papieru w palcach uważnie przyglądał się kartce, po czym bez słowa mu ją oddał. Brat wziął papier, nie rozumiejąc, skąd ten brak reakcji, skąd to milczenie po tak zdecydowanym oświadczeniu, i kiedy milczenie wciąż trwało, a wraz z nim niezrozumienie, ojciec wybuchnął długim donośnym śmiechem.
Śmiał się długim urywanym śmiechem, który wypełniał całe pomieszczenie, i powiedział - pamiętam, do dziś czuję moją obecność w kuchni, ciepło na mojej twarzy - ojciec powiedział:
- Jaja sobie sobie ze mnie robisz czy co? Myślisz, że uwierzę takiemu jak ty nieudacznikowi, który nigdy nie zdołał nic zrobić ze swoim życiem? Obibokowi takiemu jak ty? Myślisz, że ci uwierzę, bo przyniosłeś mi kawałek papieru, który każdy mógł zdobyć? Naprawdę masz mnie za idiotę czy co? Myślisz, że jestem na tyle głupi, żeby uznać świstek papieru, który przynieść mi może każdy, za umowę o pracę? A spadaj! - I z powrotem odwrócił się do ekranu telewizora, żeby dalej oglądać swój program, jak gdyby nigdy nic, jakby mój brat nigdy się tu nie pojawił.
Nie pamiętam już, jak brat zareagował. Nie wiem, czy zaprotestował, czy broniąc się, krzyczał, czy tylko bez słowa, ze spuszczoną głową, popatrzył na skrawek papieru w swojej dłoni.
Ojciec się mylił. Zazwyczaj nie można było mieć całkowitej pewności, czy brat nie zmyśla, lecz teraz już wiadomo, że mówił wtedy prawdę, tydzień później miał zacząć u tego rzeźnika pracę - wprawdzie potem ją stracił z powodu problemów z alkoholem i ciągłych spóźnień, ale to już inna historia, tamtego wieczoru jednak nie kłamał.
Pamiętam: w milczeniu wyszedł z domu. Nie wiedzieliśmy, dokąd poszedł. Godzinę później zadzwonił do naszej matki. Płakał. Powiedział, że leży na torach kolejowych i czeka, aż nadjedzie pociąg i go przejedzie, chciał umrzeć. Mówił matce, żeby nasłuchiwała ciszy wokół niego, wiejskiej ciszy wokół torów kolejowych, nocnej ciszy drzew - to była cisza wilgotnej ziemi. Myślał, że matka go wesprze, że stanie po jego stronie, często bywała wobec niego mniej surowa niż ojciec, ale kiedy jej to mówił, matka milczała, a ojciec znów zaczął się śmiać:
- Och, och, a teraz samobójstwo, ten już wszystkiego próbował, no to dalej, udanego samobójstwa.
I się rozłączyli.
Później brat będzie mówił, że po tej scenie jego życie już nigdy nie było takie samo. Powie, że ta scena z umową o pracę u rzeźnika była kolejnym etapem jego Cierpienia, a więc, jak sądzę, tego, co od początku uważał zawsze za sedno swojej egzystencji.
W telefonie głos matki drżał. Pod koniec naszej rozmowy obiecałem, że przyjadę do niej na Północ, żeby pomóc jej w załatwianiu formalności ze szpitalem i z zakładem pogrzebowym.
- Jak myślisz, kiedy mógłbyś wyjechać? - zapytała.
- Od razu.
- Tak, od razu. Jesteś mi tu potrzebny - powtórzyła tonem na pół błagalnym, na pół rozkazującym.
W telefonie sprawdziłem, że pociąg odjeżdża za godzinę. Byłem jeszcze w bieliźnie, musiałem załatwić kilka spraw, dworzec od mojego mieszkania dzieliło czterdzieści minut, musiałem się więc spieszyć, myłem pod prysznicem zęby i myślałem: Pospiesz się! Mydliłem ciało i w duchu szeptałem: Pospiesz się! Pospiesz się!
Pobiegłem ulicą z mokrymi włosami, chłód miejski ziębił je aż po cebulki, i dziwnie było tak biec z powodu śmierci własnego brata. Zastanawiałem się, czy ludzie na ulicy potrafili sobie wyobrazić, z jakiego powodu tak biegłem. Pomyślałem, że za każdym razem, widząc na ulicy kogoś biegnącego, zwykle zakładałem, że ten ktoś biegnie, bo boi się spóźnić na autobus lub ważne spotkanie służbowe, w każdym razie z jakiegoś błahego powodu, a nie z powodu śmierci brata.
Mój brat umarł. Na okrągło obracałem w głowie to zdanie. Pierwsze myśli, jakie się we mnie pojawiły, były proste: Już nigdy go nie zobaczę, już nigdy go nie usłyszę. Śmierć jest czymś zwyczajnym. Każdy wie, że pomyśli wtedy takie właśnie zdania, a jednak za każdym razem pojawiają się one tak, jakby były nowe, jakby przeżywało się je po raz pierwszy.
Tak jakby z każdą śmiercią na nowo zaczynał się świat.
Nigdy już nie usłyszę brzmienia jego głosu. Już go nie ma.
Te słowa nie sprawiały mi bólu, zaskakiwały mnie, i tyle.
A potem napłynęły obrazy:
Ten raz, kiedy brat podpalił trybuny miejskiego stadionu.
Ten pierwszy raz, kiedy jakaś kobieta w środku nocy zadzwoniła do moich rodziców, żeby się poskarżyć, że mój brat ją bije.
Te wszystkie razy, kiedy obserwowałem, jak zdrapuje bilety na loterię z nadzieją, że wygra wielkie pieniądze i odmieni swój los.
Te wszystkie razy, kiedy mnie ciągał po agencjach zatrudnienia w poszukiwaniu jakiejś wyczerpującej i słabo płatnej pracy, jedynej, na jaką mógł liczyć.
Te wszystkie razy, kiedy mówił mi, że cierpi.
Wiedziałem, że trzeba będzie kiedyś zebrać te wspomnienia i coś z nimi zrobić.
Dotarłem na dworzec na czas i zdyszany wsiadłem do pociągu. Wagon był pusty, wokół mnie cisza i stłumione skrzypienie siedzeń, blade i pochmurne odcienie nieba za oknami - to wszystko sprawiało na mnie wrażenie, że cały świat sprzysiągł się, by stworzyć tło zgodne z sytuacją, jaką przeżywałem. Wysłałem do matki wiadomość: "Jestem w drodze, za godzinę z okładem się spotkamy".
Wiadomość nie została dostarczona. Matka musiała znajdować się w szpitalu, za grubymi murami, przy zwłokach swojego syna.
[...]
Tytuł oryginału L'effrondement
Przekład Joanna Polachowska
Redakcja Ewa Pawłowska
Korekta Marcin Grabski, Anna Gądek
Projekt okładki i stron tytułowych Tomasz Majewski
L'EFFONDREMENT
Copyright ? Édouard Louis, octobre 2024
All rights reserved.
Copyright ? for the Polish translation by Joanna Polachowska, 2026
Copyright ? for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2026
Zdjęcie autora na okładce Copyright ? Leemage/Opale/EastNews
Skład i łamanie Dariusz Ziach
ISBN 978-83-982494-0-9
Wydawnictwo Pauza
Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
Wydawnictwo Pauza
ul. Meksykańska 8 m. 151
03-948 Warszawa
info@wydawnictwopauza.pl
+48501177119
www.wydawnictwopauza.pl
WydawnictwoPauza
wydawnictwo_pauza
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej