Krach cesarskiej floty. nr 139 - Zdzisław Kwiatkowski

-
Proszę czekać

Najpierw meldunek!

Dru­giego kwiet­nia 1945 roku głowa admi­rała Char­lesa Loc­kwo­oda, dowo­dzą­cego ame­ry­kań­skimi okrę­tami pod­wod­nymi na Pacy­fiku, pękała ze zmar­twie­nia. Nie dość, że miał mnó­stwo roboty z wyzna­cze­niem i kon­tro­lo­wa­niem zadań przy­dzie­lo­nych jego jed­nost­kom, które ope­ro­wały na ogrom­nych akwe­nach Pacy­fiku, a także u samych wrót Japo­nii, to przy­łą­czył się do tego bar­dzo nie­przy­jemny kło­pot. Oto tego dnia zerwano go ze snu, żeby zako­mu­ni­ko­wać mu, iż okręt pod­wodny "Queen­fish", dowo­dzony przez McLo­ugh­lina, zna­ko­mi­tego dowódcę, mają­cego na swym kon­cie sie­dem zato­pio­nych japoń­skich trans­por­tow­ców, posłał poprzed­niego dnia na dno ósmy! Ale jaki! Nie był to zwy­kły "maru", który przy­spo­rzyłby kolej­nego lauru w mor­skiej, bez­li­to­snej woj­nie prze­ciw tona­żowi han­dlo­wemu prze­ciwnika. "Awa Maru" był bowiem stat­kiem chro­nio­nym spe­cjalną gwa­ran­cją, udzie­loną przez rząd Sta­nów Zjed­no­czo­nych, który dostar­czał z Wysp Japoń­skich dzie­sięć tysięcy paczek dla ame­ry­kań­skich jeń­ców w Saj­go­nie. Sta­tek znaj­do­wał się wła­śnie w dro­dze powrot­nej do Japo­nii i oto na godzinę przed pół­nocą, 1 kwiet­nia, "Queen­fish" wpa­ko­wał mu cztery tor­pedy. Miało to oczy­wi­ście tylko jeden sku­tek -?ten mia­no­wi­cie, że "Awa Maru" natych­miast poszedł na dno.

Wice­ad­mi­rał Loc­kwood był w trud­nym do opi­sa­nia sta­nie ducha. Taki dowódca, a zacho­wał się jak ostatni kre­tyn! -?roz­my­ślał. Czym się wytłu­ma­czy? Nocą? Mgłą? Nie­świa­do­mo­ścią? Prze­cież wszy­scy dowódcy otrzy­mali zawia­do­mie­nie o tra­sie rejsu "Awa Maru"!

Mieć taki udział w spa­ra­li­żo­wa­niu japoń­skiego dowozu, puścić na dno kilka spo­śród 76 stor­pe­do­wa­nych tan­kow­ców, bez któ­rych prę­dzej czy póź­niej sta­nie każdy japoń­ski okręt -?i uko­ro­no­wać takie dzieło znisz­cze­niem statku znaj­du­ją­cego się de facto pod opieką rządu Sta­nów i prze­pi­sów prawa mię­dzy­na­ro­do­wego. I ten boha­ter donosi o wyło­wie­niu jed­nego roz­bitka!

Loc­kwood nie był zbyt­nio poryw­czy, ale jego pod­władni na szta­bo­wym statku "Hol­land", zako­twi­czo­nym w Apra Har­bor u brze­gów pół­wy­spu Orote, na wyspie Guam, odczuli wkrótce skutki jego złego humoru. Godzi się dodać, że wyspa Guam, poło­żona naj­da­lej na połu­dnie w archi­pe­lagu Wysp Mariań­skich, była od nie­dawna ponow­nym nabyt­kiem floty USA. Wygnana stąd przez Japoń­czy­ków w trzy dni po ataku na Pearl Har­bor, od sierp­nia 1944 roku stała się bazą ame­ry­kań­skiego dowódz­twa floty. Jakoś ostat­nio nie nawie­dzały jej taj­funy i trzę­sie­nia ziemi, co nastę­po­wało tu co pewien czas, nie­za­leż­nie od sta­tusu poli­tycz­nego. Trzy­dzie­ści dwie mile na dzie­sięć, ze wspa­niałą, natu­ral­nie chro­nioną przy­sta­nią, a przy tym 1525 mil do Tokio, pro­sto jak strze­lił! Same zalety, jeśli nie liczyć po dro­dze ufor­ty­fi­ko­wa­nej Oki­nawy oraz obec­no­ści na tyłach wiel­kiej bazy japoń­skiej na wyspach Truk, w archi­pe­lagu Karo­li­nów. Jed­nak Japoń­czycy sie­dzieli teraz cicho jak mysz pod mio­tłą, dowo­dzeni przez admi­ra­łów, któ­rym daleko było do lwa Yama­moto...

Trzy dni wice­ad­mi­rał cho­dził struty. Japoń­czycy zaczy­nali robić szum wokół tej sprawy, nada­jąc w świat, że ich sta­tek "Awa Maru" o nośno­ści 11 529 ton został posłany na dno przez Ame­ry­ka­nów, któ­rzy uprzed­nio udzie­lili mu mor­skiego glejtu. Ba, Japoń­czycy naj­wy­raź­niej żądali uka­ra­nia dowódcy, doma­ga­jąc się nawet posta­wie­nia go przed try­bu­na­łem mię­dzy­na­ro­do­wym. Można było się nie przej­mo­wać zbyt­nio Japoń­czy­kami, któ­rzy łamali od początku wszel­kie posta­no­wie­nia mię­dzy­na­ro­dowe w spra­wie huma­ni­tar­nego -?jeśli w ogóle można to tak okre­ślić - pro­wa­dze­nia wojny. Ale co powie ame­ry­kań­ska prasa, kon­gres­mani? Jakie gromy spadną na flotę, a co za tym idzie -?rów­nież i dowódz­two floty pod­wod­nej Pacy­fiku? A jej szta­bowy okręt, niech to dia­bli, jak na iro­nię znaj­duje się w pięk­nej zatoce obok pół­wy­spu, gdzie rosną strze­li­ste palmy i miesz­kają kolo­rowi miesz­kańcy posia­da­jący dzie­cin­nie rado­sne uspo­so­bie­nie, któ­rego mogą im pozaz­dro­ścić w tych dniach wice­ad­mi­rałowie floty USA...

Do dia­bła z tą "kró­lew­ską rybą1", zaczy­na­jącą się psuć od głowy, to zna­czy od koman­dora McLo­ugh­lina, który, jak wia­domo, zato­pił sie­dem wiel­kich trans­por­tow­ców, a przy ósmym oka­zał się zbyt celny jak na potrzeby pod­wod­nej floty Pacy­fiku i jej dowódcy...

W naj­trud­niej­szych tej wio­sny chwi­lach na Pacy­fiku rato­wało Loc­kwo­oda odwró­ce­nie myśli ku eks­pe­ry­men­tal­nej akcji -?pró­bie wej­ścia grupy okrę­tów pod­wod­nych na Morze Japoń­skie omy­wa­jące zachod­nie brzegi Japo­nii. Bro­nione wąskimi cie­śni­nami, z któ­rych naj­waż­niej­sze były gęsto patro­lo­wane oraz usiane polami mino­wymi, Morze Japoń­skie wyda­wało się nie­zdo­byte. Jed­nak gdy przy­były pierw­sze okręty pod­wodne z naj­now­szymi urzą­dze­niami hydro­lo­ka­cyj­nymi, można było się ważyć na przej­ście przez cie­śninę La Pérouse, ba, nawet sławną Cuszimę.

I tak oto każ­dego ranka, wita­jąc wschód słońca w kio­sku okrętu pod­wod­nego, wice­ad­mi­rał Loc­kwood wycho­dził wraz ze swymi jed­nost­kami z zatoki Apra i szedł dzie­sięć mil na zachód, na pas głę­bo­kich wód. Sto kilo­me­trów dalej na zachód głę­bo­kość oce­anu docho­dziła do dzie­się­ciu tysięcy metrów!

Nie­da­leko zatoki Apra okręty uczyły się uży­wać nowych hydro­lo­ka­to­rów do wynaj­dy­wa­nia przejść w ćwi­czeb­nym polu mino­wym. Świeżo wró­cił spod For­mozy i Oki­nawy okręt pod­wodny "Tinosa", któ­rego załoga, prawdę mówiąc, była tro­chę sfru­stro­wana prze­bie­giem roz­po­zna­wa­nia pól mino­wych za pomocą nowego hydro­lo­ka­tora. Ow­szem, urzą­dze­nie dzia­łało, ale cała uwaga załogi była skon­cen­tro­wana na groź­nym pod­wodnym świe­cie min, nato­miast świat nawodny, kry­jący pożą­dane łupy, według któ­rych póź­niej oce­niano dzia­łal­ność, pozo­sta­wał poza krę­giem ich uwagi. Nie zato­pili nic, bo nie mieli do tego ani głowy zaję­tej minami i hydro­lo­ka­to­rem, ani czasu. Nici z odzna­czeń! Wice­ad­mi­rał Loc­kwood posta­na­wiał im to zresztą jakoś wyna­gro­dzić, w myśl zasady sfor­mu­ło­wa­nej ongi przez Napo­le­ona: "Daj­cie mi dość orde­rów, a zawo­juję całą Europę".

Dwa fakty zło­żyły się na to, że dowódca pod­wod­nej Floty Pacy­fiku prze­stał tro­chę myśleć o spra­wie "Queen­fi­sha" i losie japoń­skiego statku szpi­tal­nego: oto otrzy­mał trium­falną depe­szę z okrętu "Tunny", któ­rej treść po roz­szy­fro­wa­niu była nastę­pu­jąca: "Prze­sze­dłem przez pole minowe Morza Wschod­nio­chiń­skiego. Nanio­słem na mapę linie min, poło­żone w odstę­pach 915 metrów, o 170 mil na pół­nocny zachód od wyspy Oki­nawa. Znaj­duję się na Morzu Wschod­nio­chiń­skim. Nanio­słem na mapę 222 miny. Moja pozy­cja... Hydro­lo­ka­tor pra­cuje jak zega­rek..."

Obok szy­ku­ją­cego się wiel­kiego przed­się­wzię­cia -?wej­ścia okrę­tów pod­wod­nych na Morze Japoń­skie -?inne myśli zaczęły zaprzą­tać uwagę wice­ad­mi­rała Loc­kwo­oda i całego zresztą sztabu floty sta­cjo­nu­ją­cego na wyspie Guam. Oto od 5 kwiet­nia nasi­lać się zaczął stru­mień depesz i mel­dun­ków od sił powietrz­nych i mor­skich o wzra­sta­ją­cym ruchu w mor­skich bazach Wewnętrz­nego Morza Japoń­skiego. W swoim dzien­niku, pro­wa­dzo­nym nie tyle ze wzglę­dów służ­bo­wych, co dla zapi­sa­nia kli­matu wyda­rzeń histo­rycz­nych, w któ­rych przy­szło mu uczest­ni­czyć, Loc­kwood zano­to­wał:

"Dziś dało się zaob­ser­wo­wać wiel­kie oży­wie­nie. Lot­nicy mel­dują o podej­rza­nej aktyw­no­ści floty japoń­skiej. Kie­ruję wszyst­kie znaj­du­jące się w moim roz­po­rzą­dze­niu okręty pod­wodne ku wyj­ściom z Morza Japoń­skiego. Ist­nieje moż­li­wość, że Japoń­czycy szy­kują atak psy­cho­lo­giczny".

Szó­stego kwiet­nia po połu­dniu w rejo­nie cie­śniny Bungo, sta­no­wią­cej naj­wy­god­niej­sze przej­ście dla okrę­tów, które z Wewnętrz­nego Morza Japoń­skiego chcą się skie­ro­wać na połu­dniowy wschód, w stronę wysp Riu­kiu, patro­lo­wały trzy duże ame­ry­kań­skie oce­aniczne okręty pod­wodne: "Thre­ad­fin", "Hac­kle­back" i "Silver­side". "Thre­ad­fin" -?1525 ton wypor­no­ści w poło­że­niu nawod­nym i 2415 ton w pod­wod­nym -?patro­lo­wał naprze­ciw cie­śniny, spe­cjal­nie się nie kry­jąc. Koman­dor pod­po­rucz­nik Foote był w kio­sku i obser­wo­wał morze, które było tego popo­łu­dnia dość sil­nie pofa­lo­wane -?wiał wiatr o sile 6 stopni w skali Beau­forta i powierzch­nia wód, jak okiem się­gnąć, pokryta była bry­zgami piany. Fale prze­cho­dziły z plu­skiem przez wynu­rzony pokład okrętu, się­ga­jąc kio­sku, na któ­rym w mole­ski­nach opa­trzo­nych potęż­nymi kap­tu­rami tkwili ofi­ce­ro­wie z mor­skimi szkłami przy oczach. Pod­ja­dano suchary dla zapcha­nia żołąd­ków i zapo­bie­że­nia skut­kom koły­sa­nia, które tro­chę dawało się we znaki. Ale naj­lep­szym lekar­stwem była otwarta, wspa­niała pano­rama morza pełna wia­tru, tej wspa­nia­łej świe­żo­ści oce­anu, która czyni czło­wieka lek­kim i szczę­śli­wym. Myśli obec­nych na sta­no­wi­sku dowo­dze­nia krą­żyły mię­dzy tym, co widzieli i prze­ży­wali w owej chwili, a wspo­mnie­niami o bli­skich. Mary­na­rze, nawet na woj­nie, mają nie­raz sporo czasu na reflek­sje, jako że służba, cho­ciażby patro­lowa, owo prze­by­wa­nie w wyzna­czo­nym do dozo­ro­wa­nia sek­to­rze, ma w sobie ele­menty sta­tyczne. Krąży się po usta­lo­nych kur­sach i poza ruchem fal, krzy­kiem ptac­twa nad­la­tu­ją­cego gdzieś z tej nie­bie­ska­wej kra­iny, rysu­ją­cej się liniami wzgórz na zacho­dzie, nie chło­nie się żad­nych nowych wra­żeń. Foote miał w pamięci nie­dawną wizytę w atolu Uli­thi, gdzie zbie­rała się flota inwa­zyjna prze­zna­czona do szturmu Oki­nawy, wyspy poło­żo­nej u mor­skich wrót Japo­nii. Zebrały się tam setki okrę­tów i barek desan­to­wych naj­róż­niej­szych typów i klas, począw­szy od wiel­kich "bat­tle­wa­gons" - wozów bojo­wych, jak nazy­wano naj­więk­sze pan­cer­niki, a skoń­czyw­szy na okrę­tach, bar­kach i łodziach desan­to­wych prze­zna­czo­nych do prze­wo­że­nia czoł­gów, dział i samo­cho­dów oraz naj­waż­niej­szej w tym wszyst­kim pie­choty, mają­cej opa­no­wać teren. Te dwa dni w Uli­thi były dla nich fan­ta­styczne. Zdą­żono zor­ga­ni­zo­wać kluby ofi­cer­skie, wystę­po­wał jakiś pospiesz­nie skle­cony kaba­ret. Wszę­dzie, gdzie się poka­zał, góro­wał swą atle­tyczną posta­cią słynny "Gene" Tun­ney, ongi mistrz wagi cięż­kiej w bok­sie, póki sam, nie­po­ko­nany, w pełni chwały nie ustą­pił z bok­ser­skiego ringu. Wszy­scy z zapa­łem przy­glą­dali się jego mun­du­rowi koman­dora i prawdę mówiąc nie­je­den miał wąt­pli­wo­ści, czy ten wysoki sto­pień pokrywa się z mor­skimi umie­jęt­no­ściami. Skoro jed­nak woj­ska powietrzne zro­biły z Jamesa Ste­warta gene­rała, gwoli reklamy swego rodzaju broni, to mary­narka mogła to samo uczy­nić z tą nie­zwy­cię­żoną i skąd­inąd sym­pa­tyczną górą mięsa...

Gdy na atolu Uli­thi, pod­czas gar­den party na tra­wie pod pal­mami, uka­zali się Anglicy w towa­rzy­stwie przed­sta­wi­cie­lek Pomoc­ni­czej Służby Kobiet, w jedwab­nych poń­czo­chach i jakby tro­chę wygor­se­to­wa­nych, nie­któ­rym, łącz­nie z Footem, zaczęło się wyda­wać, że są na nowej, XX-wiecz­nej wer­sji balu bruk­sel­skiego, gdy sprzy­mie­rzeni szy­ko­wali się do osta­tecz­nego zmie­rze­nia szpad i armat z Napo­le­onem, i nagle przez salę prze­szedł szmer: "Nad­cho­dzą!".

Ale Japoń­czycy w tym cza­sie nie mieli dość sił, aby ata­ko­wać Mariany z ato­lem Uli­thi, szy­ko­wali się nato­miast do zupeł­nie innej roz­grywki, gar­den party przeto dobie­gało finału bez zakłó­ceń...

-?Dwie jed­nostki w prawo!

Okrzyk obser­wa­tora, mają­cego pod opieką prawy sek­tor obser­wa­cji, wyrywa Footego z nie­praw­do­po­dob­nej kra­iny Uli­thi, w któ­rej grano na gita­rach i pito na prze­mian gin i piwo. Foote pod­nosi dłu­gie mor­skie szkła o nie­bie­ska­wej optyce, nada­jące się rów­nież do dzia­łań noc­nych.

W szkłach ma syl­wetki dwóch okrę­tów eskor­to­wych idą­cych dość szybko, jeśli sądzić po odrzu­ca­nych dzio­bem falach. Okręty wyszły naj­wy­raź­niej z cie­śniny Bungo liczą­cej około 26 mil mor­skich i sta­no­wią­cej wej­ście do Wewnętrz­nego Morza Japoń­skiego.

-?Przy­go­to­wać się do zanu­rze­nia...

Tak czy ina­czej, nie były to wiel­kie okręty, bo o tych musiałby mel­do­wać prze­ło­żo­nym, przede wszyst­kim admi­ra­łowi Mit­che­rowi, dowo­dzą­cemu potężną flotą lot­ni­skow­ców krą­żą­cych gdzieś o 350 mil na połu­dnie w rejo­nie Oki­nawy. Ale te dwa? Jeśli by udało się wyjść na pozy­cję strzału tor­pe­do­wego, mógłby być nie­zły dublet. Ryzy­kowne, ale w końcu okręt pod­wodny jest bro­nią losu: wal­czy z tym, co cza­sem zsyła przy­pa­dek...

Moment reflek­sji jest krótki! Foote posta­na­wia dać roz­kaz zanu­rze­nia okrętu i wyj­ścia na pozy­cję strzału. Ale w tym momen­cie dwa eskor­towce wyko­nują zwrot o 120 stopni i jakby doda­jąc szyb­ko­ści, ucho­dzą. Led­wie eskor­towce zma­lały w jego sil­nych szkłach do roz­mia­rów punk­ci­ków na wodzie, od strony cie­śniny uka­zały się dwa tra­łowce. Szły znacz­nie wol­niej od eskor­tow­ców, widać było, że są na swej nor­mal­nej służ­bie. Foote dzia­łał odważ­nie, poszedł kur­sem na zbli­że­nie, ujrzał, że okręty tra­łują, naj­wy­raź­niej szy­ku­jąc drogę dla tego, co się pew­nie nie­długo ukaże w pry­zma­tach jego zna­ko­mi­tej lor­netki...

Wiatr jakby tro­chę przy­ga­sał, słońce scho­dziło po nie­wi­dzial­nej, wyty­czo­nej pre­cy­zyj­nie linii, i kon­tury połu­dnio­wych brze­gów górzy­stej wyspy Sikoku i wschod­nich wyspy Kiu­siu nabie­rały ostro­ści. "Thre­ad­fin", manew­ru­jąc ostroż­nie, wyszedł na pozy­cję o 2,5 mili od prze­tra­ło­wa­nego kanału i cze­kał na roz­wój wyda­rzeń. Radiow­cami na "Thre­ad­finie" byli mło­dzi chłopcy, któ­rzy wyglą­dali tak, jakby nie­dawno zeszli z boiska bry­kie­to­wego, zosta­wiw­szy przed chwilą sprzęt. Ich wygląd w każ­dym razie nie łączył się z poję­ciami o woj­nie i Foote, ofi­cer bądź co bądź kadrowy mary­narki, klął Japoń­czy­ków za to, że ci mło­dzi ludzie nie mogą robić tego, na co mie­liby z pew­no­ścią więk­szą ochotę. Jeden z nich, któ­rego dowódca okrętu nazy­wał Jac­kiem, choć mu było Michael, zamel­do­wał o prze­chwy­ce­niu sze­regu sygna­łów nada­wa­nych po japoń­sku.

Minęła szó­sta, minęła siódma, morze z nie­bie­skiego, usia­nego bielą, prze­mie­niało się w sza­ro­sta­lone, a potem w nie­bie­sko­czarne, koloru galo­wych mun­du­rów mary­narki. Było w nim jed­nak tro­chę grozy, zwłasz­cza że brzegi obu wysp góru­ją­cych nad cie­śniną Bungo były wro­gie i można było się spo­dzie­wać z tych brze­gów tylko "pozdro­wień" prze­sy­ła­nych przez samo­loty myśliw­skie lub bom­bowe. O godzi­nie 19.45 w rurze gło­so­wej łączą­cej Footego na pomo­ście z kabiną radaru zachro­bo­tał głos dyżur­nego:

-?Na ekra­nie dwa echa dużych jed­no­stek i czte­rech mniej­szych. Namiar... Odle­głość...

Foote, prze­ka­zaw­szy pro­wa­dze­nie okrętu ofi­ce­rowi wach­to­wemu, szybko ześli­znął się po sta­lo­wej schodni, led­wie doty­ka­jąc sto­pami jej szcze­bli. W pośpie­chu, nie opusz­cza­jąc nawet kap­tura mole­skinu, który tak dobrze chro­nił od desz­czu i bry­zgów fal, wpadł do kabiny radaru. Świetlny impuls obie­gał tar­czę ekranu.

U góry, w odle­gło­ści jakichś dwu­dzie­stu mil, impuls roz­świe­tlał sześć wyraź­nie zary­so­wa­nych pla­mek. Nie było wąt­pli­wo­ści -?z cie­śniny Bungo wycho­dził, posu­wa­jąc się z ostroż­no­ścią wzdłuż brze­gów wyspy Kiu­siu, nie­przy­ja­ciel­ski zespół. Mózg dowódcy pełen był sprzecz­nych myśli: oto oka­zja, która się już może nie powtó­rzyć. Podejść bli­żej, pójść w zanu­rze­nie na głę­bo­kość pery­sko­pową, dać salwę dzio­bową, potem zro­bić zwrot i poczę­sto­wać ich tym, co tkwi w wyrzut­niach rufo­wych... Ba, ale "Thre­ad­fin" nie jest tu tylko dla boha­ter­skich wyczy­nów. Okręt pod­wodny "Thre­ad­fin" jest tu jakby psem łań­cu­cho­wym, który jest po to, by ostrzegł o nie­bez­pie­czeń­stwie...

Nie zanu­rzać się więc, lecz wyjść naprze­ciw tym świe­tli­stym plam­kom, dostrzec okręty i prze­ka­zać kon­kretny mel­du­nek. Pra­wie tak szybko jak zna­lazł się we wnę­trzu okrętu, powró­cił Foote na pomost. Rada­rzy­ści mel­do­wali teraz pręd­kość japoń­skiego zespołu -?prze­ciw­nik roz­wi­jał 25 węzłów. Jeśli ude­rzać, to już. "Thre­ad­fin" nie ma bowiem szans dogna­nia wroga ze swo­imi dzie­więt­na­stoma węzłami.

Obo­wią­zek jed­nak prze­wa­żał nad ambi­cją.

Radio­na­daj­nik okrętu pod­wod­nego przez dzie­sięć minut powta­rza mel­du­nek o sze­ściu okrę­tach japoń­skich, z któ­rych dwa według wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa są pan­cer­ni­kami. Gdy skoń­czy nada­wać, będzie już za późno dla wyko­na­nia ataku... Może uda się to bliź­nia­czym brat­nim okrę­tom pod­wod­nym: "Hac­kle­back" i "Silver­side"?

Tego wie­czoru wice­ad­mi­rał Loc­kwood na pokła­dzie szta­bo­wego statku "Hol­land" zapi­sał w swoim dzien­niku: "Otrzy­mano trzy mel­dunki okrę­tów pod­wod­nych, znaj­du­ją­cych się w rejo­nie cie­śniny Bungo (połu­dniowo-zachod­nie wyj­ście z Japoń­skiego Morza Wewnętrz­nego) o tym, że dwa japoń­skie pan­cer­niki i osiem nisz­czy­cieli idą kur­sem na połu­dnie z pręd­ko­ścią 25 węzłów".

Treść tego zapisu miała wpra­wić w ruch całą powietrzno-mor­ską machinę Sta­nów Zjed­no­czo­nych ope­ru­jącą na wschod­nim Pacy­fiku, a zwłasz­cza potężne zespoły ope­ra­cyjne dzia­ła­jące o kil­ka­set mil od brze­gów prze­ciw­nika, w rejo­nie wyspy Oki­nawy, na któ­rej od sze­ściu dni toczyły się walki. Bez­po­śred­nim sprawcą całej dra­ma­tycz­nej serii wyda­rzeń, czło­wie­kiem, który pod­pi­sał roz­kaz o kolej­nym 607 nume­rze, posy­ła­ją­cym w morze owe okręty, był dowódca Połą­czo­nych Flot Cesar­stwa Japo­nii admi­rał Soemu Toy­oda. Respek­to­wał on wpo­joną zasadę, że cofać się nie wolno. Śmierć za cesa­rza uwa­żał za naj­więk­szy zaszczyt. Repre­zen­to­wał samu­raj­ską tra­dy­cję, w któ­rej hara­kiri -?ten odra­ża­jący spo­sób odbie­ra­nia sobie życia -?był bar­dzo popu­larny.

Bez­względny zwo­len­nik pro­wa­dze­nia wojny do końca, roze­gra­nia bitwy mor­skiej i powietrz­nej u mor­skich wrót kraju -?w rejo­nie archi­pe­lagu Riu­kiu, któ­rego naj­więk­sza wyspa Oki­nawa przy­po­mina psa sie­dzą­cego na tyl­nych łapach...

1. (ang.) Queen­fish (przyp. red.). [wróć]

Trudna decyzja admirała Toyody

Admi­rał Soemu Toy­oda otrzy­mał dowódz­two nad Połą­czo­nymi Flo­tami Cesar­stwa w wyniku... dwóch kata­strof lot­ni­czych. W momen­cie wybu­chu wojny flotą cesar­ską oraz jej lot­nic­twem dowo­dził uczest­nik bitwy pod Cuszimą admi­rał Iso­roku Yama­moto, czło­wiek cie­szący się uzna­niem we flo­cie, zwłasz­cza po pierw­szych odnie­sio­nych zwy­cię­stwach, osią­gnię­tych -?jeśli się spoj­rzy z per­spek­tywy -?przez zasko­cze­nie i potęgę pierw­szego ude­rze­nia. Admi­rał Yama­moto, choć jego gwiazda przy­ga­sła nieco po klę­sce pod Midway, gdzie zgi­nęły naj­po­tęż­niej­sze cztery japoń­skie lot­ni­skowce, pozo­stał jed­nak popu­larny.

Zestrze­lony został przez ame­ry­kań­skie myśliwce pod­czas podróży inspek­cyj­nej na Wyspach Salo­mona i po nim sta­no­wi­sko dowódcy Połą­czo­nych Flot objął wice­ad­mi­rał Koga. Potęż­nie zbu­do­wany, z masywną głową, wyglą­dał raczej na krzep­kiego dowódcę bata­lionu. Tuż po prze­ję­ciu funk­cji dowódcy Koga wydał ode­zwę, w któ­rej uczcił pamięć swego poprzed­nika: "Nasz prze­ciw­nik gotuje się do osią­gnię­cia osta­tecz­nego zwy­cię­stwa, roz­wi­ja­jąc środki ofen­sywne i przy­go­to­wu­jąc plany stra­te­gicz­nego zasto­so­wa­nia nowych broni. Był tylko jeden Yama­moto i nikt nie jest w sta­nie go zastą­pić. Jego strata jest dla nas cio­sem trud­nym do znie­sie­nia".

Nowy dowódca Połą­czo­nych Flot spra­wo­wał swe funk­cje ponad rok, dowo­dząc prze­waż­nie z pokładu super­pan­cer­nika "Musa­shi", olbrzyma o wypor­no­ści ponad 70 tysięcy ton i uzbro­jo­nego w działa nie spo­ty­ka­nego dotych­czas na świe­cie kali­bru -?460 mili­me­trów. Okres spra­wo­wa­nia prze­zeń dowódz­twa nie przy­niósł suk­ce­sów. Wśród zażar­tych walk woj­ska i flota cofały się pod napo­rem prze­ciw­nika. To za jego dowódz­twa, kon­kret­nie od sierp­nia 1943 roku, zaczęło się szyb­kie kur­cze­nie tonażu han­dlo­wego. W stycz­niu i lutym 1944 roku straty doszły do ćwierć miliona ton. Pętla zaci­skała się -?prze­cież na jed­nego żoł­nie­rza utrzy­my­wa­nego na wyspach Pacy­fiku trzeba było mieć do dzie­się­ciu ton w tonażu stat­ków! To Koga musiał opu­ścić wyspy Truk sta­no­wiące bazę głów­nych sił floty i prze­nieść się na Palau. Kre­śli plan obrony Japo­nii na daleko wysu­nię­tych pozy­cjach prze­bie­ga­ją­cych przez Mariany, Karo­liny, Nową Gwi­neę. Wobec dru­zgo­cą­cych ude­rzeń prze­ciw­nika na Mariany i zagro­że­nia bazy na Palau podej­muje decy­zję kolej­nej prze­pro­wadzki swego sztabu -?tym razem na Fili­piny. Trzy­dzie­stego pierw­szego marca wice­ad­mi­rał Koga wyla­tuje wraz ze swym sze­fem sztabu do Davao na dwóch bom­bow­cach -?podob­nie jak przed rokiem Yama­moto. Po dro­dze samo­loty wpa­dły w strefę strasz­li­wej burzy. Maszyna japoń­skiego szefa sztabu przy­mu­sowo ląduje na Cebu i oto­czona zostaje przez fili­piń­skich par­ty­zan­tów. Samo­lot Kogi prze­padł bez wie­ści, najprawdopodob­niej pochło­nęło go morze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki