Krach cesarskiej floty. nr 139 - Zdzisław Kwiatkowski

Reflow text when sidebars are open.
Drugiego kwietnia 1945 roku głowa admirała Charlesa Lockwooda, dowodzącego amerykańskimi okrętami podwodnymi na Pacyfiku, pękała ze zmartwienia. Nie dość, że miał mnóstwo roboty z wyznaczeniem i kontrolowaniem zadań przydzielonych jego jednostkom, które operowały na ogromnych akwenach Pacyfiku, a także u samych wrót Japonii, to przyłączył się do tego bardzo nieprzyjemny kłopot. Oto tego dnia zerwano go ze snu, żeby zakomunikować mu, iż okręt podwodny "Queenfish", dowodzony przez McLoughlina, znakomitego dowódcę, mającego na swym koncie siedem zatopionych japońskich transportowców, posłał poprzedniego dnia na dno ósmy! Ale jaki! Nie był to zwykły "maru", który przysporzyłby kolejnego lauru w morskiej, bezlitosnej wojnie przeciw tonażowi handlowemu przeciwnika. "Awa Maru" był bowiem statkiem chronionym specjalną gwarancją, udzieloną przez rząd Stanów Zjednoczonych, który dostarczał z Wysp Japońskich dziesięć tysięcy paczek dla amerykańskich jeńców w Sajgonie. Statek znajdował się właśnie w drodze powrotnej do Japonii i oto na godzinę przed północą, 1 kwietnia, "Queenfish" wpakował mu cztery torpedy. Miało to oczywiście tylko jeden skutek -?ten mianowicie, że "Awa Maru" natychmiast poszedł na dno.
Wiceadmirał Lockwood był w trudnym do opisania stanie ducha. Taki dowódca, a zachował się jak ostatni kretyn! -?rozmyślał. Czym się wytłumaczy? Nocą? Mgłą? Nieświadomością? Przecież wszyscy dowódcy otrzymali zawiadomienie o trasie rejsu "Awa Maru"!
Mieć taki udział w sparaliżowaniu japońskiego dowozu, puścić na dno kilka spośród 76 storpedowanych tankowców, bez których prędzej czy później stanie każdy japoński okręt -?i ukoronować takie dzieło zniszczeniem statku znajdującego się de facto pod opieką rządu Stanów i przepisów prawa międzynarodowego. I ten bohater donosi o wyłowieniu jednego rozbitka!
Lockwood nie był zbytnio porywczy, ale jego podwładni na sztabowym statku "Holland", zakotwiczonym w Apra Harbor u brzegów półwyspu Orote, na wyspie Guam, odczuli wkrótce skutki jego złego humoru. Godzi się dodać, że wyspa Guam, położona najdalej na południe w archipelagu Wysp Mariańskich, była od niedawna ponownym nabytkiem floty USA. Wygnana stąd przez Japończyków w trzy dni po ataku na Pearl Harbor, od sierpnia 1944 roku stała się bazą amerykańskiego dowództwa floty. Jakoś ostatnio nie nawiedzały jej tajfuny i trzęsienia ziemi, co następowało tu co pewien czas, niezależnie od statusu politycznego. Trzydzieści dwie mile na dziesięć, ze wspaniałą, naturalnie chronioną przystanią, a przy tym 1525 mil do Tokio, prosto jak strzelił! Same zalety, jeśli nie liczyć po drodze ufortyfikowanej Okinawy oraz obecności na tyłach wielkiej bazy japońskiej na wyspach Truk, w archipelagu Karolinów. Jednak Japończycy siedzieli teraz cicho jak mysz pod miotłą, dowodzeni przez admirałów, którym daleko było do lwa Yamamoto...
Trzy dni wiceadmirał chodził struty. Japończycy zaczynali robić szum wokół tej sprawy, nadając w świat, że ich statek "Awa Maru" o nośności 11 529 ton został posłany na dno przez Amerykanów, którzy uprzednio udzielili mu morskiego glejtu. Ba, Japończycy najwyraźniej żądali ukarania dowódcy, domagając się nawet postawienia go przed trybunałem międzynarodowym. Można było się nie przejmować zbytnio Japończykami, którzy łamali od początku wszelkie postanowienia międzynarodowe w sprawie humanitarnego -?jeśli w ogóle można to tak określić - prowadzenia wojny. Ale co powie amerykańska prasa, kongresmani? Jakie gromy spadną na flotę, a co za tym idzie -?również i dowództwo floty podwodnej Pacyfiku? A jej sztabowy okręt, niech to diabli, jak na ironię znajduje się w pięknej zatoce obok półwyspu, gdzie rosną strzeliste palmy i mieszkają kolorowi mieszkańcy posiadający dziecinnie radosne usposobienie, którego mogą im pozazdrościć w tych dniach wiceadmirałowie floty USA...
Do diabła z tą "królewską rybą1", zaczynającą się psuć od głowy, to znaczy od komandora McLoughlina, który, jak wiadomo, zatopił siedem wielkich transportowców, a przy ósmym okazał się zbyt celny jak na potrzeby podwodnej floty Pacyfiku i jej dowódcy...
W najtrudniejszych tej wiosny chwilach na Pacyfiku ratowało Lockwooda odwrócenie myśli ku eksperymentalnej akcji -?próbie wejścia grupy okrętów podwodnych na Morze Japońskie omywające zachodnie brzegi Japonii. Bronione wąskimi cieśninami, z których najważniejsze były gęsto patrolowane oraz usiane polami minowymi, Morze Japońskie wydawało się niezdobyte. Jednak gdy przybyły pierwsze okręty podwodne z najnowszymi urządzeniami hydrolokacyjnymi, można było się ważyć na przejście przez cieśninę La Pérouse, ba, nawet sławną Cuszimę.
I tak oto każdego ranka, witając wschód słońca w kiosku okrętu podwodnego, wiceadmirał Lockwood wychodził wraz ze swymi jednostkami z zatoki Apra i szedł dziesięć mil na zachód, na pas głębokich wód. Sto kilometrów dalej na zachód głębokość oceanu dochodziła do dziesięciu tysięcy metrów!
Niedaleko zatoki Apra okręty uczyły się używać nowych hydrolokatorów do wynajdywania przejść w ćwiczebnym polu minowym. Świeżo wrócił spod Formozy i Okinawy okręt podwodny "Tinosa", którego załoga, prawdę mówiąc, była trochę sfrustrowana przebiegiem rozpoznawania pól minowych za pomocą nowego hydrolokatora. Owszem, urządzenie działało, ale cała uwaga załogi była skoncentrowana na groźnym podwodnym świecie min, natomiast świat nawodny, kryjący pożądane łupy, według których później oceniano działalność, pozostawał poza kręgiem ich uwagi. Nie zatopili nic, bo nie mieli do tego ani głowy zajętej minami i hydrolokatorem, ani czasu. Nici z odznaczeń! Wiceadmirał Lockwood postanawiał im to zresztą jakoś wynagrodzić, w myśl zasady sformułowanej ongi przez Napoleona: "Dajcie mi dość orderów, a zawojuję całą Europę".
Dwa fakty złożyły się na to, że dowódca podwodnej Floty Pacyfiku przestał trochę myśleć o sprawie "Queenfisha" i losie japońskiego statku szpitalnego: oto otrzymał triumfalną depeszę z okrętu "Tunny", której treść po rozszyfrowaniu była następująca: "Przeszedłem przez pole minowe Morza Wschodniochińskiego. Naniosłem na mapę linie min, położone w odstępach 915 metrów, o 170 mil na północny zachód od wyspy Okinawa. Znajduję się na Morzu Wschodniochińskim. Naniosłem na mapę 222 miny. Moja pozycja... Hydrolokator pracuje jak zegarek..."
Obok szykującego się wielkiego przedsięwzięcia -?wejścia okrętów podwodnych na Morze Japońskie -?inne myśli zaczęły zaprzątać uwagę wiceadmirała Lockwooda i całego zresztą sztabu floty stacjonującego na wyspie Guam. Oto od 5 kwietnia nasilać się zaczął strumień depesz i meldunków od sił powietrznych i morskich o wzrastającym ruchu w morskich bazach Wewnętrznego Morza Japońskiego. W swoim dzienniku, prowadzonym nie tyle ze względów służbowych, co dla zapisania klimatu wydarzeń historycznych, w których przyszło mu uczestniczyć, Lockwood zanotował:
"Dziś dało się zaobserwować wielkie ożywienie. Lotnicy meldują o podejrzanej aktywności floty japońskiej. Kieruję wszystkie znajdujące się w moim rozporządzeniu okręty podwodne ku wyjściom z Morza Japońskiego. Istnieje możliwość, że Japończycy szykują atak psychologiczny".
Szóstego kwietnia po południu w rejonie cieśniny Bungo, stanowiącej najwygodniejsze przejście dla okrętów, które z Wewnętrznego Morza Japońskiego chcą się skierować na południowy wschód, w stronę wysp Riukiu, patrolowały trzy duże amerykańskie oceaniczne okręty podwodne: "Threadfin", "Hackleback" i "Silverside". "Threadfin" -?1525 ton wyporności w położeniu nawodnym i 2415 ton w podwodnym -?patrolował naprzeciw cieśniny, specjalnie się nie kryjąc. Komandor podporucznik Foote był w kiosku i obserwował morze, które było tego popołudnia dość silnie pofalowane -?wiał wiatr o sile 6 stopni w skali Beauforta i powierzchnia wód, jak okiem sięgnąć, pokryta była bryzgami piany. Fale przechodziły z pluskiem przez wynurzony pokład okrętu, sięgając kiosku, na którym w moleskinach opatrzonych potężnymi kapturami tkwili oficerowie z morskimi szkłami przy oczach. Podjadano suchary dla zapchania żołądków i zapobieżenia skutkom kołysania, które trochę dawało się we znaki. Ale najlepszym lekarstwem była otwarta, wspaniała panorama morza pełna wiatru, tej wspaniałej świeżości oceanu, która czyni człowieka lekkim i szczęśliwym. Myśli obecnych na stanowisku dowodzenia krążyły między tym, co widzieli i przeżywali w owej chwili, a wspomnieniami o bliskich. Marynarze, nawet na wojnie, mają nieraz sporo czasu na refleksje, jako że służba, chociażby patrolowa, owo przebywanie w wyznaczonym do dozorowania sektorze, ma w sobie elementy statyczne. Krąży się po ustalonych kursach i poza ruchem fal, krzykiem ptactwa nadlatującego gdzieś z tej niebieskawej krainy, rysującej się liniami wzgórz na zachodzie, nie chłonie się żadnych nowych wrażeń. Foote miał w pamięci niedawną wizytę w atolu Ulithi, gdzie zbierała się flota inwazyjna przeznaczona do szturmu Okinawy, wyspy położonej u morskich wrót Japonii. Zebrały się tam setki okrętów i barek desantowych najróżniejszych typów i klas, począwszy od wielkich "battlewagons" - wozów bojowych, jak nazywano największe pancerniki, a skończywszy na okrętach, barkach i łodziach desantowych przeznaczonych do przewożenia czołgów, dział i samochodów oraz najważniejszej w tym wszystkim piechoty, mającej opanować teren. Te dwa dni w Ulithi były dla nich fantastyczne. Zdążono zorganizować kluby oficerskie, występował jakiś pospiesznie sklecony kabaret. Wszędzie, gdzie się pokazał, górował swą atletyczną postacią słynny "Gene" Tunney, ongi mistrz wagi ciężkiej w boksie, póki sam, niepokonany, w pełni chwały nie ustąpił z bokserskiego ringu. Wszyscy z zapałem przyglądali się jego mundurowi komandora i prawdę mówiąc niejeden miał wątpliwości, czy ten wysoki stopień pokrywa się z morskimi umiejętnościami. Skoro jednak wojska powietrzne zrobiły z Jamesa Stewarta generała, gwoli reklamy swego rodzaju broni, to marynarka mogła to samo uczynić z tą niezwyciężoną i skądinąd sympatyczną górą mięsa...
Gdy na atolu Ulithi, podczas garden party na trawie pod palmami, ukazali się Anglicy w towarzystwie przedstawicielek Pomocniczej Służby Kobiet, w jedwabnych pończochach i jakby trochę wygorsetowanych, niektórym, łącznie z Footem, zaczęło się wydawać, że są na nowej, XX-wiecznej wersji balu brukselskiego, gdy sprzymierzeni szykowali się do ostatecznego zmierzenia szpad i armat z Napoleonem, i nagle przez salę przeszedł szmer: "Nadchodzą!".
Ale Japończycy w tym czasie nie mieli dość sił, aby atakować Mariany z atolem Ulithi, szykowali się natomiast do zupełnie innej rozgrywki, garden party przeto dobiegało finału bez zakłóceń...
-?Dwie jednostki w prawo!
Okrzyk obserwatora, mającego pod opieką prawy sektor obserwacji, wyrywa Footego z nieprawdopodobnej krainy Ulithi, w której grano na gitarach i pito na przemian gin i piwo. Foote podnosi długie morskie szkła o niebieskawej optyce, nadające się również do działań nocnych.
W szkłach ma sylwetki dwóch okrętów eskortowych idących dość szybko, jeśli sądzić po odrzucanych dziobem falach. Okręty wyszły najwyraźniej z cieśniny Bungo liczącej około 26 mil morskich i stanowiącej wejście do Wewnętrznego Morza Japońskiego.
-?Przygotować się do zanurzenia...
Tak czy inaczej, nie były to wielkie okręty, bo o tych musiałby meldować przełożonym, przede wszystkim admirałowi Mitcherowi, dowodzącemu potężną flotą lotniskowców krążących gdzieś o 350 mil na południe w rejonie Okinawy. Ale te dwa? Jeśli by udało się wyjść na pozycję strzału torpedowego, mógłby być niezły dublet. Ryzykowne, ale w końcu okręt podwodny jest bronią losu: walczy z tym, co czasem zsyła przypadek...
Moment refleksji jest krótki! Foote postanawia dać rozkaz zanurzenia okrętu i wyjścia na pozycję strzału. Ale w tym momencie dwa eskortowce wykonują zwrot o 120 stopni i jakby dodając szybkości, uchodzą. Ledwie eskortowce zmalały w jego silnych szkłach do rozmiarów punkcików na wodzie, od strony cieśniny ukazały się dwa trałowce. Szły znacznie wolniej od eskortowców, widać było, że są na swej normalnej służbie. Foote działał odważnie, poszedł kursem na zbliżenie, ujrzał, że okręty trałują, najwyraźniej szykując drogę dla tego, co się pewnie niedługo ukaże w pryzmatach jego znakomitej lornetki...
Wiatr jakby trochę przygasał, słońce schodziło po niewidzialnej, wytyczonej precyzyjnie linii, i kontury południowych brzegów górzystej wyspy Sikoku i wschodnich wyspy Kiusiu nabierały ostrości. "Threadfin", manewrując ostrożnie, wyszedł na pozycję o 2,5 mili od przetrałowanego kanału i czekał na rozwój wydarzeń. Radiowcami na "Threadfinie" byli młodzi chłopcy, którzy wyglądali tak, jakby niedawno zeszli z boiska brykietowego, zostawiwszy przed chwilą sprzęt. Ich wygląd w każdym razie nie łączył się z pojęciami o wojnie i Foote, oficer bądź co bądź kadrowy marynarki, klął Japończyków za to, że ci młodzi ludzie nie mogą robić tego, na co mieliby z pewnością większą ochotę. Jeden z nich, którego dowódca okrętu nazywał Jackiem, choć mu było Michael, zameldował o przechwyceniu szeregu sygnałów nadawanych po japońsku.
Minęła szósta, minęła siódma, morze z niebieskiego, usianego bielą, przemieniało się w szarostalone, a potem w niebieskoczarne, koloru galowych mundurów marynarki. Było w nim jednak trochę grozy, zwłaszcza że brzegi obu wysp górujących nad cieśniną Bungo były wrogie i można było się spodziewać z tych brzegów tylko "pozdrowień" przesyłanych przez samoloty myśliwskie lub bombowe. O godzinie 19.45 w rurze głosowej łączącej Footego na pomoście z kabiną radaru zachrobotał głos dyżurnego:
-?Na ekranie dwa echa dużych jednostek i czterech mniejszych. Namiar... Odległość...
Foote, przekazawszy prowadzenie okrętu oficerowi wachtowemu, szybko ześliznął się po stalowej schodni, ledwie dotykając stopami jej szczebli. W pośpiechu, nie opuszczając nawet kaptura moleskinu, który tak dobrze chronił od deszczu i bryzgów fal, wpadł do kabiny radaru. Świetlny impuls obiegał tarczę ekranu.
U góry, w odległości jakichś dwudziestu mil, impuls rozświetlał sześć wyraźnie zarysowanych plamek. Nie było wątpliwości -?z cieśniny Bungo wychodził, posuwając się z ostrożnością wzdłuż brzegów wyspy Kiusiu, nieprzyjacielski zespół. Mózg dowódcy pełen był sprzecznych myśli: oto okazja, która się już może nie powtórzyć. Podejść bliżej, pójść w zanurzenie na głębokość peryskopową, dać salwę dziobową, potem zrobić zwrot i poczęstować ich tym, co tkwi w wyrzutniach rufowych... Ba, ale "Threadfin" nie jest tu tylko dla bohaterskich wyczynów. Okręt podwodny "Threadfin" jest tu jakby psem łańcuchowym, który jest po to, by ostrzegł o niebezpieczeństwie...
Nie zanurzać się więc, lecz wyjść naprzeciw tym świetlistym plamkom, dostrzec okręty i przekazać konkretny meldunek. Prawie tak szybko jak znalazł się we wnętrzu okrętu, powrócił Foote na pomost. Radarzyści meldowali teraz prędkość japońskiego zespołu -?przeciwnik rozwijał 25 węzłów. Jeśli uderzać, to już. "Threadfin" nie ma bowiem szans dognania wroga ze swoimi dziewiętnastoma węzłami.
Obowiązek jednak przeważał nad ambicją.
Radionadajnik okrętu podwodnego przez dziesięć minut powtarza meldunek o sześciu okrętach japońskich, z których dwa według wszelkiego prawdopodobieństwa są pancernikami. Gdy skończy nadawać, będzie już za późno dla wykonania ataku... Może uda się to bliźniaczym bratnim okrętom podwodnym: "Hackleback" i "Silverside"?
Tego wieczoru wiceadmirał Lockwood na pokładzie sztabowego statku "Holland" zapisał w swoim dzienniku: "Otrzymano trzy meldunki okrętów podwodnych, znajdujących się w rejonie cieśniny Bungo (południowo-zachodnie wyjście z Japońskiego Morza Wewnętrznego) o tym, że dwa japońskie pancerniki i osiem niszczycieli idą kursem na południe z prędkością 25 węzłów".
Treść tego zapisu miała wprawić w ruch całą powietrzno-morską machinę Stanów Zjednoczonych operującą na wschodnim Pacyfiku, a zwłaszcza potężne zespoły operacyjne działające o kilkaset mil od brzegów przeciwnika, w rejonie wyspy Okinawy, na której od sześciu dni toczyły się walki. Bezpośrednim sprawcą całej dramatycznej serii wydarzeń, człowiekiem, który podpisał rozkaz o kolejnym 607 numerze, posyłającym w morze owe okręty, był dowódca Połączonych Flot Cesarstwa Japonii admirał Soemu Toyoda. Respektował on wpojoną zasadę, że cofać się nie wolno. Śmierć za cesarza uważał za największy zaszczyt. Reprezentował samurajską tradycję, w której harakiri -?ten odrażający sposób odbierania sobie życia -?był bardzo popularny.
Bezwzględny zwolennik prowadzenia wojny do końca, rozegrania bitwy morskiej i powietrznej u morskich wrót kraju -?w rejonie archipelagu Riukiu, którego największa wyspa Okinawa przypomina psa siedzącego na tylnych łapach...
1. (ang.) Queenfish (przyp. red.). [wróć]
Admirał Soemu Toyoda otrzymał dowództwo nad Połączonymi Flotami Cesarstwa w wyniku... dwóch katastrof lotniczych. W momencie wybuchu wojny flotą cesarską oraz jej lotnictwem dowodził uczestnik bitwy pod Cuszimą admirał Isoroku Yamamoto, człowiek cieszący się uznaniem we flocie, zwłaszcza po pierwszych odniesionych zwycięstwach, osiągniętych -?jeśli się spojrzy z perspektywy -?przez zaskoczenie i potęgę pierwszego uderzenia. Admirał Yamamoto, choć jego gwiazda przygasła nieco po klęsce pod Midway, gdzie zginęły najpotężniejsze cztery japońskie lotniskowce, pozostał jednak popularny.
Zestrzelony został przez amerykańskie myśliwce podczas podróży inspekcyjnej na Wyspach Salomona i po nim stanowisko dowódcy Połączonych Flot objął wiceadmirał Koga. Potężnie zbudowany, z masywną głową, wyglądał raczej na krzepkiego dowódcę batalionu. Tuż po przejęciu funkcji dowódcy Koga wydał odezwę, w której uczcił pamięć swego poprzednika: "Nasz przeciwnik gotuje się do osiągnięcia ostatecznego zwycięstwa, rozwijając środki ofensywne i przygotowując plany strategicznego zastosowania nowych broni. Był tylko jeden Yamamoto i nikt nie jest w stanie go zastąpić. Jego strata jest dla nas ciosem trudnym do zniesienia".
Nowy dowódca Połączonych Flot sprawował swe funkcje ponad rok, dowodząc przeważnie z pokładu superpancernika "Musashi", olbrzyma o wyporności ponad 70 tysięcy ton i uzbrojonego w działa nie spotykanego dotychczas na świecie kalibru -?460 milimetrów. Okres sprawowania przezeń dowództwa nie przyniósł sukcesów. Wśród zażartych walk wojska i flota cofały się pod naporem przeciwnika. To za jego dowództwa, konkretnie od sierpnia 1943 roku, zaczęło się szybkie kurczenie tonażu handlowego. W styczniu i lutym 1944 roku straty doszły do ćwierć miliona ton. Pętla zaciskała się -?przecież na jednego żołnierza utrzymywanego na wyspach Pacyfiku trzeba było mieć do dziesięciu ton w tonażu statków! To Koga musiał opuścić wyspy Truk stanowiące bazę głównych sił floty i przenieść się na Palau. Kreśli plan obrony Japonii na daleko wysuniętych pozycjach przebiegających przez Mariany, Karoliny, Nową Gwineę. Wobec druzgocących uderzeń przeciwnika na Mariany i zagrożenia bazy na Palau podejmuje decyzję kolejnej przeprowadzki swego sztabu -?tym razem na Filipiny. Trzydziestego pierwszego marca wiceadmirał Koga wylatuje wraz ze swym szefem sztabu do Davao na dwóch bombowcach -?podobnie jak przed rokiem Yamamoto. Po drodze samoloty wpadły w strefę straszliwej burzy. Maszyna japońskiego szefa sztabu przymusowo ląduje na Cebu i otoczona zostaje przez filipińskich partyzantów. Samolot Kogi przepadł bez wieści, najprawdopodobniej pochłonęło go morze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki