Kra - Grzegorz Strumyk

Kup ebooka

22.50 zł
18.00 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Płaskowyż

Zdębiałem.

- ...jaksosny urosły.

Corazwięcej zasłaniały. Co roku z góry pozrywany horyzont. Przyrostwyjątkowy, jak po wybuchu. A jałowce wielkie jak postacie, przerosłymnie wzrostem i kolorem. Od czasu jak zacząłem tu zaglądać, po razpierwszy tak zmalałem. W oczach za to urosło.

Postanowiłemzostać dłużej. Ulotniły się wszystkie nocne pomysły na opowiadanie.Nic z nich nie pozostało poza pragnieniem.

- Zostaćtutaj.

Najgorsze,że pierwszym pragnieniom nauczyliśmy się nadawać jakieś wymyślonecele. Jak partyzanci, którym przez myśl nie przeszło, że pokochaliwolność życia w lesie, i dla tej swojejnowej ojczyzny, a nie dla żadnej idei, dadzą się prędzej zamknąć niżwykurzyć z lasu.

Janie uciekałem, nie pozostawiałem niczego znienawidzonego, nie miałemdosyć. Nie tęskniłem za tym, co kiedyś przeżywałem, zanim niezobaczyłem teraz po latach zmienionych tych samych miejsc.Zobaczyłem, że drzewa, droga, las nie mogły być żadnym tłem moichzabaw, pierwszych wydarzeń, tylko uczestniczyliśmy w nich na równipoprzez czas. Płaskowyż zalesiony kilka lat przed moim narodzeniem,szkółka leśna w której z trudem przez pierwsze lata mogłem się skryćprzed oczami saren i ludzi, był tym samym płaskowyżem poprzez czas,jaki od tamtych chwil upłynął, tak samo dla mnie jak i dla niego.Drzewa i ja dorastaliśmy do siebie przez wiele lat, bym teraz mógł wdrzewach zobaczyć istoty nieustępujące człowiekowi w przedzieraniusię do samodzielnego życia, i jak człowiek łatwe do zniszczenia.

Byłemwolny w zamiarach życia i zawsze oczekiwałem w miejscu w którym sięznalazłem na zamianę tego miejsca. Mogłem też mieć plany wobec drzew.

- Niechciałbym nigdy wykorzystać swojej przewagi nad tymi drzewami... takjak nie chciałem kiedyś...

Regularnieco roku w lipcu pojawiałem się w domu ciotki. W domu ciotki nie byłodzieci ani mężczyzn. Żyła samotnie i nawet nie wiem, czy była jakąśmoją ciotką, czy tylko tak się ją nazywało, nie ma kogo o to zapytać,i to nieważne. Była naprawdę jedyną ciotką do której chciałem jechać.Do miejsca, w którym interesowałem się światłem przechodzącym przezliście, zapachem rozkładających się łodyg, ratowaniem wszystkiego, cobyło zjadane. To stawało się jakimś moim obowiązkiem - stałaczujność, by nie ominąć zadziobywanego robaka albo wyrywającej się zpajęczyny muchy. Nie ratowałem przecież wszystkich much, tylko tektóre głośnym brzęczeniem zwabiały mój wzrok. To przez szczegół,przez szczegół obserwacji, że jeśli wyrywa się, wije, skręca,szamocze, to znaczy, że nie chce, że broni się, chce się uratować. Ija też chciałem. Mogłem. Mogłem ratować, kiedy usłyszałem, trafiałemna początek walki. Może to właśnie walka dawała impuls do obrony jużprawie pokonanego, bez szans. Zjawiałem się jak niespodziewana w tymświecie siła, i z radością przyglądałem się ucieczce tego, który byłprzeznaczony do zwycięstwa. Dosyć wcześnie zauważyłem jakieś prawo dozabijania, choć wtedy tak tego nie nazywałem, a dziś tym bardziej, tobyła konieczność zabicia kury, aby na stole zjawił się dobry obiad.Nic więcej. Aż tyle. Tu było jedno, a tu drugie, ale w przemienieniusię biegającej po podwórku kury w rosół uczestniczyłem jako świadek,a później jako nadwrażliwy kat. Nadwrażliwy, więc z tym większymrozmachem wykonujący swą rolę. Ten obiad zanim stał się mięsem, byłżywą kurą, którą wybierałem z ciotką, słysząc jej argumenty zazabiciem tej białej, a nie tej nakrapianej. Zawsze był jakiś wybór,jakaś konieczność, jakieś za i przeciw, jakaś ciekawość aktu,modlenie się i odraza, a zaraz potem przyjemność na myśl o czekającymobiedzie. Różne głody niezwykłych zdarzeń zaspokajały się przyokazji. Ale tym pierwszym głodem był głód własnego żołądka, jak głódwłasnego życia, nie do odrzucenia, nie dający o sobie zapomnieć, niedo przezwyciężenia, głód nad głody, praprzyczyna pierwszych pytań:dlaczego? Na to pierwsze pytanie o zniknięcie kury była odpowiedź wpołudnie na obiad. Choć kury nigdy nie miały tak smutnego spojrzeniajak złowione ryby i przez to trudno było mi je polubić, to z czasem ztrwogą zauważyłem, że oczy niektórych ludzi są podobne do kurzych, żebiegają z trzepotem jak ptaki, i tak samo nie rozumieją tego, comuszą robić, a to robią i nie wiedzą, co się z nimi dzieje jakosłabną, a wiedzą, że słabe zwierzę trzeba w pierwszej kolejnościzabić.

Towszystko przez głód, który jest w każdym żyjącym ciele.

Taksamo we wróblu, jak w żabie, i tak samo w człowieku każe działać,tłumaczyłem, i wystarczała mi ta odpowiedź do końca tego świata,który się skończył nieodwołalnie wraz z pierwszym transportem jakiwidziałem.

Któregoślata nie było już co ratować.

Jakco roku, matka odwoziła mnie do ciotki, pomimo że nie doczekaliśmysię od niej listu. Nieraz już tak bywało, nie lubiła pisać, telefonunie miała. Wiedzieliśmy, że zawsze mnie przyjmie na miesiąc wakacji.Ciotka była starsza od matki, i każdego roku przy okazji tychodwiedzin długo ze sobą rozmawiały, chodząc po polach i brzegiemlasu. Ciotka mogłaby być siostrą mojej matki, która tęskniła doprawdziwej przyjaźni, której nigdy jej nie zastąpił ani mój ojciec,ani jej matka, o czym dowiadywałem się powoli i długo. Kiedy tozrozumiałem, wiedziałem już, że jestem do niej bardziej podobny, niżchciałbym.

Wdrodze od przystanku autobusu do domu ciotki nie rozmawialiśmyprawie. Matka jeszcze bardziej ode mnie musiała tęsknić zaprzestrzenią. Oddychaliśmy w ciszy. Już z daleka widać było jakieśzagęszczenie cieni wokół parterowego domu, jedynie biała ściana oboryświeciła w zieleni. A później, im bliżej, tym gorzej. Sąsiedzi,rodzina, której nigdy wcześniej nie poznaliśmy i tłum ludzi mającychnaraz coś do zrobienia. Zatrzymaliśmy się i z odległościprzyglądaliśmy się załadowywaniu wszystkiego. O nic matki niepytałem, ani matka nie starała się nic mi tłumaczyć.

Dodziś widzę obrazy załadunku całego świata i przesuwających sięsamochodów w nieznanym kierunku. Obrazy wrosły w pamięć jakpionierskie drzewa, w przygotowaną przez nie glebę mogły już późniejwrastać zdarzenia coraz bardziej wymagające zrozumienia.

Jednymrzutem, jedną drogą odchodziły, transport za transportem.

Zapierwszym czarnym samochodem, żegnanym jeszcze wzdłuż drogi, ruszyłautobus o najsmutniejszym kolorze, kolorze nienazwanym. Zaraz po nimw półotwartej ciężarówce przesuwały się boki krów. Światło i kurzwymazywały sprzed domu codzienny ruch. Kiedy matka, chcąc cośpowiedzieć, tylko lekko pociągnęła mnie w powrotną stronę, niechciałem iść, starałem się jeszcze coś dojrzeć ponad płotem, zaotwartą bramą. Pośpiech z jakim znikały wokół domu oznaki życiazmuszał do wypatrywania najdrobniejszych szczegółów, ale szczegółybyły nieruchome.

Matkacoraz bardziej zdecydowanie chciała odejść, lecz to ja zatrzymywałemją w miejscu.

- Wszystkozabierają? - zapytałem, ale na pewno nie tylko matki.

- Możetu się tak robi.

- Amy skąd jesteśmy?

- Niewiesz?

- Wiem.- A potem zaraz ten wybuch. - Po coś tu mnie przywiozła?Nienawidzę cię.

Obojeprzestraszeni wracaliśmy do domu z walizą sto razy cięższą, niż przywyjeździe. Razem zrozumieliśmy więcej.

Dużo,dużo później odkryłem. - Rodzice muszą trafić na swoje dzieci,i dzieci na swoich rodziców.

Jaz matką trafiliśmy na siebie. Tego jestem pewien. Myśmy poranieni wtakich chwilach jak tamta, raniliśmy za cały świat kogoś najbliższegojak rani się przyjaciela, o którym się wie, że nie odda, że zrozumie,że to nic innego tylko nasza bezsilność.

Myśmynigdy nie pamiętali dłużej raniących słów, tylko powracali do tychchwil, szukając, o czym te słowa mówiły.

Myśmy,myśmy... myśmy przecież nie traktowali siebie inaczej niż resztęświata. Szukało się znaczeń, najbardziej wtedy, gdy nic nie możnabyło zrobić.

Odtamtego czasu, przez lata nie chciałem zaglądać w to miejsce. Tylkoczasem sen przeciągał mnie przez małe gospodarstwo ciotki, a raczejprzez to, co z niego pozostało we śnie. A sen był realistycznymdalszym ciągiem zdarzeń, z rodzaju najcięższych z możliwych snów, jakwieczny sen o lęku przed kontrolą biletów w pociągu. We śnie stałem wtym samym miejscu, co wtedy z matką, i jak z jakiegoś ukrycia wotwartej przestrzeni patrzyłem, co dalej się dzieje. Nielegalniebyłem i bezprawnie, bez żadnego wytłumaczenia na proste pytania, kimjestem i co tu robię. Ani z rodziny, ani obcy, tylko ktoś kto tubywał i chce się upomnieć, żeby trwało to, co polubił.

Anajbardziej na świecie polubiłem oczy zwierząt. Miało już takpozostać. W wydarzeniach, w których nie chciałem uczestniczyć byłem wsytuacji ryby na brzegu, która jeszcze długo potrafi oddychać zotwartymi oczami wlepionymi w toń nieba. Nie oddech, poruszanie sięskrzeli ryby, czy futerka królika, ale właśnie oczy były dowodemżycia pewniejszym od jakiegokolwiek ruchu. Granica między wilgotną,żywą wypowiedzią oczu, a mętniejącym, rozsypującym się wyrazemrozciągała się na drzewa, kwiaty, kamienie.

Niemyślę dziś wcale, że przypisywanie daru widzenia roślinom i rzeczomwyróżnia tylko dzieci i musi zostać porzucone przez nie jak miłośćbez imienia. Nie wstydzę się tego, nie zaprzeczę, nie zrezygnuję zeswojej wiedzy o widzeniu nas przez świat, kiedy się tego zupełnie niespodziewamy. Może to jedyny powód życia - być widzianym nieprzez wszechwiedzące oczy tylko przez oczy królika, ptaka, drzewa.

Właśniespojrzenie w oczy królika było bezpieczniejsze, bliższe od spojrzeń woczy ciotki, kiedy wybierała go z klatki.

Uciotki zawsze był jakiś wybór:"Wybieramytego króla, wybieramy tę kurę, wybieramy tego cielaka". "Patrz,ten jest żywszy, a ten jest trójbarwny i już stary, tego wybieramy".

Aleja widziałem w głębi klatki tylko oczy królika, czyli prawiewszystko, co wyznaczało dla mnie jego życie, i jeszcze zieloneliście, które jadł z mojej ręki, też oczami, patrząc zawsze na mnie.

Topo oczach od tamtej chwili poznaję, po której stronie chcę pozostać,nie chcąc pozostać po żadnej, w chwili, kiedy się pozostaje samemu.Jak królika co parę dni, wybierano co kilka lat kogoś z najbliższych,kogo ostatnie zapamiętane spojrzenie wypalało się w pamięci czymś napodobieństwo szaleństwa, pytaniem, czy to ja czasami nie opuszczamkogoś, żyjąc dalej. I była we mnie radość, że mogę o tym myśleć,pytać, że dałem sobie prawo do takiego spojrzenia na śmierć, w którymto żyjący zdradzają tych wybieranych, godząc się zawsze, bo inaczejnie mogą, muszą dalej, chcą, mają obowiązki i pamięć. Ale źródłopamięci odpływa, wysycha, zamienia się w koryto legendy, mitu, któryożywia sam siebie. A źródło, które było człowiekiem, królikiem,przyczyną nowych odkryć, zaprzeczeń, powtórzeń znika, nawet nieznika, bo znika to pięknie chmura, ale rozpada się, zamula, psuje,tak, że przed pięćdziesiątką w grubym zeszycie zapisałem życzenie,bez pretensji i bez adresu. - Jeśli dostaliśmy skończone życie,to powinniśmy je dostać z siłami do końca.

Boo nieodwołalnej konieczności nie ma co gadać, jeśli nie istniejewybór, rzecz jest uczciwa od początku... ale te długie przygotowania,jak do niedzielnego obiadku u ciotki, przed którym trzeba byłowybierać najsłabsze stworzenie wśród nic niewiedzących królików. Zato ja wiedziałem i będę musiał wiedzieć więcej i jeszcze więcej oprzygotowaniach do obiadu, uczty nawet według niektórych.

Wszystkoprzez te oczy królika i ciotki.

Obrazy,jakie widziałem w tych oczach, zaraz się odwracały w swojeprzeciwieństwo. Oczy królika przyzwyczajone do naszego widokuwidziały nieprzerwany wodospad łąki spadający codziennie z naszychrąk, ciotki oczy widziały cel swojego życia i zagłębiały się wczekające ją czynności. Ale za chwilę królik ginął, a tylko trochępóźniej ciotka płakała po niezjedzonym przeze mnie obiedzie.

Uciekałemprzed nią w zieloną przestrzeń, w roślinność, zagmatwaną i dającąproste schronienie, plątaninę łodyg, migotliwą zabawę światła icienia w tyle ogrodu. Tam świat roślin wydawał mi się sprawiedliwszy,chyba dlatego, że żadna z nich nie protestowała przed ginięciem,pochłanianie odbywało się w zgodzie i ciszy. Może to przede wszystkimcisza decydowała o odbiorze świata roślin jako lepszego od świataludzi i zwierząt. Na pewno był to świat pozbawiony możliwości wyboru,zależny od losu, który rzucał na ziemię, nie od własnego wyboruzajęcia czyjegoś miejsca.

Wczasie krótkiego lata mogłem zobaczyć odrastanie, przemianę ściętegow nowe łodygi, i najważniejsze, że rośliny miały też oczy pod ziemią,oprócz tych na powierzchni liści w gęstwinie. Jak podtopiony las zdaleka albo wyspa pokrzyw ukazywały w swojej niedostępnościspojrzenie w cieniu, spojrzenie zawsze obecne bez koniecznościujawniania. Spojrzenie roślin czuło się na sobie jak poruszające nimipowietrze.

Tomoże wtedy, na pewno wtedy powstało uczucie bliskości z drzewami. Zich podwójnym istnieniem, rozległym, rozgałęzionym w powietrzu i wziemi, pod którym zakopywało się umarłe króliki. W górze światło iruch, ulga od dochodzącego powietrza. W dole kontrolowane gnicie, bokto choć raz nie zajrzał do zakopanego przez siebie martwego ptakaczy kreta? Ja tak, zaglądałem do chwili gdy w ziemi zaczął się wielkiruch, i już więcej nie zaglądałem.

Drzewamusiały być pierwszymi większymi od człowieka tworami jakie onzobaczył, musiały być pierwszymi domami jeszcze przed jaskiniami,pierwszymi świątyniami. Tak musiało właśnie być, jeśli przeżyliśmy,dotrwaliśmy do tej chwili.

Drzewozostało moim pierwszym wszechświatem w całości objętym wzrokiem odczarnych dziur w ziemi do wirujących galaktyk wśród liści, wchłaniałodo wielkości zimnej grudki ciepłego królika i wybuchało nowymijasnymi liśćmi w rozszerzającej się latami koronie.

Skądmogłem wiedzieć, nie wiedziałem, że po kilkudziesięciu latach tak towszystko zobaczę, wyświetlone w jednym podzielonym kadrze.Przypomniane obrazy i białe litery tłumaczenia, jak w niemym filmie.

Nawetnie wiem, czy to dopiero dzisiaj się zaczęło.

Rozpętałasię nienazwana jeszcze wojna, prawdziwa zagłada wolnych, starychdrzew, koniec podróży najpiękniejszą kiedyś aleją, przy której kończąsię teraz wielkie drzewa naznaczone do ścięcia białymi krzyżami.

- Awięc jednak uciekam? Ale skąd? Ze swojego czasu? Do miejsca letnichwakacji u ciotki?, pochowanego królika i kosmicznego drzewa? Żadnejciotki na wsi nie było. Całe życie w lepkim, tłustym mieście. Ciotkadopiero teraz się zjawiła, w ostatniej chwili, żebym mógłopowiedzieć, jak bardzo zaczęło brakować ciszy, nie milczenia, tylkowymownej, mówiącej ciszy oczu i starego drzewa, ciszy odjeżdżającychw transporcie za człowiekiem rzeczy, jego stworzeń, ubrań iprzedmiotów, przemawiających swym trwaniem i wiernością aż dozniszczenia. Tylko matka pozostała prawdziwa. Jej nad tymi ostatnimiścinanymi drzewami przy ulicy opowiadam, a w tle jej nieodnalezionasiostra, moja ciotka otwiera furtkę przez którą można wrócić, alenaprawdę nie ma gdzie wracać, ogrodu nie było, on jest tylko wpragnieniach, potrzebny do wypowiedzenia tego, czego nigdy nie było wtakiej skali, jedynie w drobinach, w jakiejś trawce wyrastającej wszczelinach bruku, korzeniach podnoszących płyty chodnika, w oczachpsa pochowanego w parku.

wserii kwadratukazały się

"2008", "2011", "2014" -antologie współczesnych polskich opowiadań

MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"

WaldemarBawołek"To co obok"

KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"

DariuszBitner"Książka"

RomanCiepliński"Diabelski młyn"

TomaszDalasiński"Nieopowiadania"

KrzysztofGedroyć"Przygody K"

AndrzejGrodecki"Iluzje"

BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inneludzie"

LechM. Jakób"Ciemna materia"

BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"

WojciechKlęczar"Wielopole"

BogusławaLatawiec"Ciemnia"

RyszardLenc"Chimera"

ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz","Skerco"

MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"

JarosławMaślanek"Ferma ciał"

DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolnośćpachnie wanilią"

KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości","Second life", "Wariant do sprawdzenia","Zamęt"

EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"

Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"

PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic","Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

PawełPrzywara"Zgrzewka Pandory"

KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczeryfacet"

GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani"

ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"

LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia","Zdjęcie"

IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"

ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"

AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncertmuzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

EmiliaWalczak"Hey,Jude!"

MiłoszWaligórski"Ktoto widział"

MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"

MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

TadeuszZubiński"Rzymska wojna"