Kpiarz śmiertelnie poważny - Ewa Żak

Kup ebooka

16.22 zł
13.46 zł (13,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Człowiekx z charyzmą

Opo­wie­ści o Mar­ku Cie­siół­ce sły­sza­łam od lat. Na tej pod­sta­wie wy­obra­zi­łam go so­bie jako po­stać tro­chę nie z tego świa­ta. Co my­śleć o na­sta­wio­nym na suk­ces i roz­wój czło­wie­ku, in­spi­ru­ją­cym lu­dzi do opty­mi­stycz­ne­go spoj­rze­nia na świat, któ­ry jest prze­ko­na­ny, że z Bo­giem wszyst­ko jest moż­li­we? Na do­da­tek po­tra­fią­cym po­cią­gnąć za sobą gro­ma­dy mło­dych lu­dzi, któ­rzy uwie­rzy­li, że ich ży­cie na­praw­dę może mieć sens...

W śro­do­wi­sku na­zwi­sko pa­sto­ra jest zna­ne i sta­no­wi swe­go ro­dza­ju do­brą mar­kę, ale zda­rza się też, że jego oso­ba wy­wo­łu­je w lu­dziach mie­sza­ne uczu­cia. Dla­cze­go? Bo jest du­chow­nym, ale nie ta­kim, jak z ob­raz­ka w książ­ce. Nie mie­ści się w utar­tym sche­ma­cie. Uśmiech­nię­ta twarz, nie­wy­pa­rzo­ny ję­zyk. Kpiarz nie­ba­nal­ny. Ile wła­ści­wie ma lat? Tyle, na ile się czu­je (na oko ma wy­gląd trzy­dzie­sto­lat­ka). Roz­bie­ga­ne spoj­rze­nie, roz­bie­ga­ne my­śli. Dużo krzy­czy i mówi. O Bogu. Bo Bóg jest dla Nie­go wszyst­kim. Bo to Jemu wszyst­ko za­wdzię­cza.

Jako chło­piec, Ma­rek Cie­siół­ka wpa­trzo­ny w oł­tarz szu­kał Boga. Jego ser­ce żyło opo­wie­ścia­mi o świę­tych. Wów­czas oży­ło w nim pra­gnie­nie wiel­ko­ści, bo­ha­ter­stwa. Od­da­nie Bogu swo­je­go uświę­co­ne­go ży­cia sta­ło się dla nie­go waż­ne po­nad wszyst­ko. Jesz­cze w szko­le pod­sta­wo­wej za­pra­gnął zo­stać księ­dzem. Tej dro­gi jed­nak nie ob­rał, choć tak jak ma­rzył, jest ry­ce­rzem Je­zu­sa.

Jego - dziś już po­nad dwu­dzie­sto­let­ni - staż pa­stor­ski mówi o wier­no­ści Bogu i mi­ło­ści do lu­dzi... Kim jest pa­stor Ma­rek Cie­siół­ka? Dla mnie wciąż jesz­cze za­gad­ką. Może dzię­ki tym roz­mo­wom uda mi się tę za­gad­kę roz­wi­kłać? Za­nim do­szło do pierw­sze­go spo­tka­nia od­by­łam z nim wie­le roz­mów te­le­fo­nicz­nych. Mu­sia­łam na­uczyć się mó­wić do pa­sto­ra "Ma­rek", co po­cząt­ko­wo było dla mnie trud­ne. W koń­cu umó­wi­li­śmy się na pierw­sze spo­tka­nie...

Jest cie­pła kwiet­nio­wa śro­da. Wcze­sne po­po­łu­dnie. Cze­ka­łam na mo­je­go roz­mów­cę. Nie spóź­nia się. To ja je­stem odro­bi­nę wcze­śniej. W gło­wie mam mi­lion my­śli. Jak wy­pad­nie spo­tka­nie z czło­wie­kiem tak nie­okieł­zna­nym? W no­te­sie za­pi­sa­łam bli­sko pięć­dzie­siąt py­tań. Czu­ję się przy­go­to­wa­na.

Z dru­giej stro­ny nie opusz­cza mnie wra­że­nie, że moje sta­ran­nie ob­my­ślo­ne kwe­stie w kon­fron­ta­cji z czło­wie­kiem, sły­ną­cym z za­mi­ło­wa­nia do mie­sza­nia w gło­wie, mogą mnie wy­pro­wa­dzić na ma­now­ce. Wresz­cie jest. Wy­sia­da z ulu­bio­ne­go (jak się po­tem do­wia­du­ję) auta. Wita mnie swo­im ame­ry­kań­skim uśmie­chem i mi­łym, choć, jak się zda­je, odro­bi­nę nie­spo­koj­nym "cześć".

Być może moje "jak to bę­dzie?" nie do­ty­czy tyl­ko mnie. Już na dzień do­bry rzu­ca mi się w oczy tik, tak cha­rak­te­ry­stycz­ny dla tych, któ­rzy mo­je­go roz­mów­cę zna­ją, a po­le­ga­ją­cy na od­rzu­ce­niu gło­wy w tył, by choć na chwi­lę po­zbyć się na­tar­czy­wej (i uwiel­bia­nej) grzy­wy.

Wsia­dam do auta. I jest miło. Tak na pstryk. Pa­stor opo­wia­da ja­kąś hi­sto­rię, a ja du­mam o tym, że chcia­ła­bym do­wie­dzieć się kim na­praw­dę jest ten czło­wiek "le­gen­da", któ­re­go po raz pierw­szy usły­sza­łam nie­mal dzie­sięć lat wcze­śniej w bar­dzo mo­ty­wu­ją­cym ka­za­niu i któ­re­go jak do­tąd znam nie­znacz­nie - tak jak zna­ją set­ki chrze­ści­jan w Pol­sce. Więc na ra­zie Ma­rek Cie­siół­ka to in­spi­ru­ją­cy, bar­dzo gło­śny, za­chę­ca­ją­cy do Boga i do in­ne­go spoj­rze­nia na ży­cie ka­zno­dzie­ja.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach je­ste­śmy w biu­rze ko­ścio­ła. Tu bę­dzie­my ga­wę­dzić i roz­strzy­gać wiel­kie spra­wy. Ja piję kawę, a pa­stor swo­ją owo­co­wą her­ba­tę. Żar­tu­je bez ustan­ku. Jego hu­mor udzie­la się i mnie. Jest na­praw­dę miło. Tego czło­wie­ka nie spo­sób nie po­lu­bić. Mo­gli­by­śmy bez koń­ca tak so­bie żar­to­wać, ale jest pra­ca do wy­ko­na­nia.

Oswajanie

Ide­ali­stą je­stem przez cały czas. Jed­nak mu­sia­łem to przede­fi­nio­wać, dojść do wnio­sków á la Ko­cha­now­ski pod lipą, że to wła­śnie pro­za ży­cia jest czymś nie­sa­mo­wi­tym. Dziś uwa­żam, że ro­bię rze­czy pięk­ne i wspa­nia­łe, ale ni­jak się to ma do mo­ich pierw­szych wy­obra­żeń. Bo na po­cząt­ku to były wy­obra­że­nia o śmier­ci mę­czeń­skiej.

- Mar­ku, co my tu ro­bi­my?

- Po­noć książ­kę chcesz na­pi­sać, cho­ciaż nie bar­dzo wiem dla­cze­go aku­rat o mnie?

- Chcę. Do­szły mnie słu­chy, że je­steś ga­du­łą. Na po­czą­tek po­wiedz, kogo wi­dzisz, kie­dy pa­trzysz w lu­stro?

- Mo­je­go tatę.

- Cho­dzi o po­do­bień­stwo fi­zycz­ne?

- Sku­piam się ra­czej na dzie­dzic­twie. Wi­dzę skąd je­stem, z ja­kie­go pnia wy­ro­słem. Pa­trząc w lu­stro do­strze­gam czło­wie­ka od­waż­ne­go, pa­trzą­ce­go w przy­szłość z wi­zją - tak my­ślę wte­dy, gdy je­stem po ka­wie. Przed kawą na­to­miast wi­dzę czło­wie­ka, któ­ry się z czymś zma­ga, wal­czy. Sam nie wiem, któ­ry ob­raz jest bar­dziej praw­dzi­wy.

- A po­wiedz, tak z ręką na ser­cu, uwa­żasz się za do­bre­go pa­sto­ra?

- Tak. Żeby wszy­scy pa­sto­rzy w Pol­sce byli tacy jak ja, to już był­by raj na zie­mi. I to jest obiek­tyw­na praw­da, ni­czym jej nie mu­szę pod­pie­rać. Ja się wręcz dzi­wię, że lu­dzie są cza­sem w in­nych zbo­rach, a nie w moim.

- Po­dob­no lu­dzie Cię ko­cha­ją? Jak to ro­bisz?

- Nic nie mu­szę ro­bić. Już je­stem ta­kim czło­wie­kiem, że lu­dzie lu­bią ze mną być i do­brze się ze mną czu­ją, ale to na­praw­dę nie jest moja za­słu­ga. Taki po pro­stu je­stem.

- Jak na­zwał­byś to, co ro­bisz? Mi­sją, po­wo­ła­niem? A może jest to tyl­ko za­wód?

- Zde­cy­do­wa­nie na­zwał­bym to mi­sją. Oczy­wi­ście jest to też wy­ko­ny­wa­ny za­wód, w koń­cu ro­bię to już dwa­dzie­ścia lat, ale gdy szu­kam w so­bie głęb­szych mo­ty­wa­cji, to od­naj­du­ję tyl­ko jed­ną od­po­wiedź - jest to mi­sja, chęć słu­że­nia Bogu, po­przez słu­że­nie lu­dziom. Ro­bię to dla­te­go, że usły­sza­łem głos Boży, kie­dy mnie po­wo­ły­wał. Chcia­łem to ro­bić i na­dal chcę.

- Czy od po­cząt­ku wy­obra­ża­łeś so­bie, że bę­dziesz wła­śnie ta­kim pa­sto­rem, ja­kim je­steś?

W od­po­wie­dzi sły­szę śmiech.

- W tym roku mija dwa­dzie­ścia lat od­kąd zo­sta­łem peł­no­eta­to­wym pa­sto­rem i kie­dy dziś przy­po­mi­nam so­bie po­cząt­ki wy­glą­da na to, że wte­dy nie mia­łem po­ję­cia, co z tego wy­nik­nie. Bo wi­dzisz, ma­rze­nia nie za­wsze po­kry­wa­ją się z rze­czy­wi­sto­ścią. Wcze­śniej wy­obra­ża­łem so­bie, że by­cie pa­sto­rem to jest spe­cjal­ny taki styl ży­cia... Na po­cząt­ku chcia­łem być cha­ry­zma­tycz­nym księ­dzem. Ma­rze­nie o tym zbu­do­wa­łem na lek­tu­rze o lu­dziach, któ­rzy wy­bra­li nie­prze­cięt­ną dro­gę. Co­dzien­ność zwe­ry­fi­ko­wa­ła te pla­ny, nie­wie­le się z nich wy­peł­ni­ło. Dziś je­stem ra­czej przy­tło­czo­ny pro­zą ży­cia i tym, co już zda­rzy­ło się w cza­sie mo­jej pa­stor­skiej po­słu­gi.

- Po­rzu­ci­łeś ide­alizm? Prze­sta­łeś wie­rzyć w speł­nie­nie mło­dzień­czych ma­rzeń?

- Ide­ali­stą je­stem cały czas. Ale mu­sia­łem to przede­fi­nio­wać, dojść do wnio­sków á la Ko­cha­now­ski pod lipą, że wła­śnie ta pro­za ży­cia jest czymś nie­sa­mo­wi­tym. Dziś uwa­żam, że ro­bię rze­czy pięk­ne i wspa­nia­łe, ale ni­jak się to ma do mo­ich pierw­szych wy­obra­żeń. Bo na po­cząt­ku to były wy­obra­że­nia o śmier­ci mę­czeń­skiej.

-?!

- Na­praw­dę! W pew­nym okre­sie ży­cia mia­łem w swo­jej bi­blio­tecz­ce książ­kę wy­daw­nic­twa Księ­ży Ma­ria­nów pt. Ob­li­cza wiel­ko­ści, któ­ra wy­war­ła na mnie ogrom­ny wpływ. Skła­da­ły się na nią krót­kie no­wel­ki z ży­cia wiel­kich lu­dzi - nie tyl­ko ka­to­li­ków, bo pi­sa­no też o Gan­dhim, Mar­ti­nie Lu­the­rze Kin­gu...

Zresz­tą, mam tę książ­kę cały czas w domu - za­cho­wa­ną jako re­li­kwię. Nie­daw­no prze­czy­ta­łem ją jesz­cze raz, żeby zo­ba­czyć czym się tak fa­scy­no­wa­łem. I tro­chę mnie to prze­ra­zi­ło, bo jest to książ­ka glo­ry­fi­ku­ją­ca cier­pie­nie. Zna­la­złem w niej np. frag­ment z ży­cio­ry­su Mak­sy­mi­lia­na Kol­be­go i pew­ną aneg­do­tę am­ba­sa­do­ra Pol­ski w Ja­po­nii na jego te­mat, któ­ra po­ka­zy­wa­ła - co tu dużo mó­wić - fa­na­tycz­ne po­glą­dy tego za­kon­ni­ka. W la­tach 30-tych, gdy Kol­be był na mi­sjach w Ja­po­nii, opro­wa­dzał wspo­mnia­ne­go am­ba­sa­do­ra po Na­ga­sa­ki. Po­ka­zał mu wte­dy miej­sce śmier­ci mę­czeń­skiej pierw­szych chrze­ści­jań­skich mi­sjo­na­rzy.

Z wiel­kim prze­ję­ciem opo­wia­dał: "To było tu­taj - umar­li na tym wzgó­rzu. Po­wie­szo­no ich do góry no­ga­mi, z gło­wa­mi zwie­szo­ny­mi nad do­ła­mi klo­acz­ny­mi. Wal­czy­li, żeby się nie uto­pić, ale w koń­cu zgi­nę­li, to­piąc się w tych fe­ka­liach". I pod­su­mo­wał to sło­wa­mi: "Pięk­na śmierć"... Wła­śnie na ta­kich hi­sto­riach się wy­cho­wy­wa­łem i w ta­kich kli­ma­tach ro­dzi­ła się myśl o po­wo­ła­niu. Za­tem, gdy mó­wi­my o wpły­wie i fa­scy­na­cjach, o tym jak so­bie wy­obra­ża­łem by­cie pa­sto­rem, to wte­dy były we mnie głów­nie my­śli o wiel­ko­ści, o chwa­le. I to ta­kiej świę­tej chwa­le.

- Uwa­żasz, że to zła dro­ga?

- Nie, ale, my­ślę, że ta­kie po­dej­ście jest cha­rak­te­ry­stycz­ne ra­czej dla lu­dzi mło­dych. Cho­ciaż wciąż uwa­żam, że jest to coś nie­sa­mo­wi­te­go i wła­ści­we­go. Dzi­siaj też ży­czył­bym so­bie, że­bym mógł mło­de­mu czło­wie­ko­wi opo­wie­dzieć o Mak­sy­mi­lia­nie Kol­bem i pod­krę­cić go do miej­sca, w ja­kim ja kie­dyś by­łem, żeby ten czło­wiek chciał zo­stać księ­dzem. Ale dzi­siaj - mam wra­że­nie - świat się znacz­nie zmie­nił...Dru­gą po­sta­cią, któ­ra rów­nież mia­ła duży wpływ na moje po­glą­dy w tam­tym cza­sie był ksiądz Ja­kub La­val. To du­chow­ny, któ­ry tra­fił do znisz­czo­nej mo­ral­nie pa­ra­fii na wy­spie Mau­ri­tius. Do ko­ścio­ła przy­cho­dzi­ło kil­ka babć na krzyż, że tak się wy­ra­żę. Ale kie­dy umie­rał, po la­tach, ty­sią­ce lu­dzi uczest­ni­czy­ło we mszy. Siła jego służ­by tkwi­ła w tym, że był wspa­nia­łym spo­wied­ni­kiem. Tak wie­lu lu­dzi chcia­ło się u nie­go spo­wia­dać, że sie­dział w tej swo­jej "sza­fie" dnia­mi i no­ca­mi. To było fa­scy­nu­ją­ce.

My­śla­łem so­bie wte­dy, że pięk­nie jest tak żyć - otwo­rzyć ser­ce dla dru­gie­go czło­wie­ka, po­wie­dzieć mu, co Bóg my­śli o tym, co on prze­ży­wa. Dziś wiem, że taka po­sta­wa mu­sia­ła wią­zać się z ogrom­nym cier­pie­niem, bo czło­wiek w dłuż­szej per­spek­ty­wie cza­so­wej nie jest w sta­nie tak żyć. Nie jest w sta­nie bez koń­ca dźwi­gać cię­ża­rów in­nych lu­dzi. Ma ogra­ni­czo­ną po­jem­ność. Na po­cząt­ku mo­jej służ­by fa­scy­no­wa­ło mnie i bu­do­wa­ło, że lu­dzie przy­cho­dzą do mnie, po­wie­rza­ją mi naj­głęb­sze taj­ni­ki swo­ich pro­ble­mów, swo­je se­kre­ty, ale po dwu­dzie­stu la­tach trak­tu­ję to w ka­te­go­riach po­świę­ce­nia.

- Bo bra­nie na sie­bie pro­ble­mów in­nych jest zbyt du­żym brze­mie­niem?

- Do­kład­nie. To na­wet nie jest kwe­stia tego, czy ktoś ma duży lub mały pro­blem. To jest dru­go­rzęd­ne. Pierw­szo­rzęd­ne jest to, że on prze­le­wa na mnie swo­je emo­cje, któ­re mi się udzie­la­ją. Jest em­pa­tia i pró­ba zro­zu­mie­nia. Je­śli sy­tu­acje są szcze­gól­nie dra­ma­tycz­ne, to nie jest ła­twe. Pa­mię­tam, jak się roz­wi­ja­łem w tym wzglę­dzie. Lu­dzie przy­cho­dzi­li do mnie z pro­ble­ma­mi co­raz więk­szych ka­li­brów...

- I co, zmie­ni­łeś po­dej­ście? Lu­dzie wciąż zwra­ca­ją się do cie­bie ze swo­imi spra­wa­mi?

- Przy­cho­dzą, dzwo­nią, pro­szą o mo­dli­twę. Cały czas są oso­by, któ­re chcą się spo­tkać, po­roz­ma­wiać. Czę­sto jest tak, że przy­cho­dzą, zwie­rza­ją się, mó­wią, że po­trze­bu­ją po­mo­cy, a po ja­kimś cza­sie oka­zu­je się, że bar­dziej niż rady ocze­ki­wa­li wy­słu­cha­nia. W koń­cu, po kil­ku spo­tka­niach się wy­co­fy­wa­li. Te­raz już sta­ram się roz­róż­niać tę po­trze­bę. Daw­niej uwa­ża­łem i mó­wi­łem - jak mi­sie ko­ala z ani­mo­wa­ne­go fil­mu dla dzie­ci - "je­stem tu, by po­ma­gać". Dzi­siaj wi­dzę, że lu­dzie dużo bar­dziej po­trze­bu­ją re­la­cji i przy­jaź­ni. Jest coś w tym... Lu­dzie zaj­mu­ją­cy się te­ra­pia­mi psy­cho­lo­gicz­ny­mi twier­dzą, że naj­bar­dziej uzdra­wia­ją­cym ele­men­tem sa­mej te­ra­pii jest re­la­cja, czy­li na­wią­za­nie wię­zi za­ufa­nia, a już nie­ko­niecz­nie same po­ra­dy, któ­re będą w jej trak­cie udzie­lo­ne. Dla­te­go cza­sa­mi lu­dzie się wy­co­fu­ją, bo ja idę bar­dziej w stro­nę roz­wią­za­nia pro­ble­mu, a oni ocze­ku­ją dłu­go­fa­lo­wej re­la­cji, opar­tej na ko­mu­ni­ko­wa­niu zro­zu­mie­nia i współ­czu­cia. Ja­kiejś okre­ślo­nej gru­pie lu­dzi je­stem to w sta­nie dać, ale nie jest to moż­li­we w przy­pad­ku zbyt wie­lu osób. Cho­ciaż ro­bię, co mogę, jest to nie­wy­ko­nal­ne, bo w pew­nym mo­men­cie za­czy­na bra­ko­wać cza­su i siły.

- Czy masz wra­że­nie, że to, co ro­bisz jest do­nio­słe?

- My­ślę, że jest do­nio­słe. Kie­dy się za­trzy­mam i po­my­ślę, czym jest ży­cie, kim jest Bóg, że wszyst­ko jest mar­no­ścią, to na­praw­dę są­dzę, że ro­bię coś nie­zwy­kłe­go i do­nio­słe­go. Ale nie jest to myśl, któ­ra to­wa­rzy­szy mi na co dzień. Bo cho­ciaż sta­ram się z ca­łych sił, je­śli miał­bym pa­trzeć na świa­dec­twa i do­świad­cze­nia, to jed­nak są­dzę, że moż­na było zro­bić dużo wię­cej. Albo ten za­wód jest taki, że przy jego po­mo­cy nie moż­na świa­ta zmie­nić. Kie­dyś my­śla­łem, że by­cie w sfe­rze kle­ru może wpły­wać na lu­dzi.

Dzi­siaj wi­dzę, że świat mnie bar­dziej zmie­nił niż ja jego, i że do­świad­cze­nia ży­cia bar­dziej mnie kształ­to­wa­ły niż ja je kształ­to­wa­łem. Jest rów­nież i tak, że lu­dzie, któ­rzy są w ko­ście­le, na­wró­ci­li się za spra­wą mo­jej służ­by lub cze­goś dzię­ki niej do­świad­czy­li - są bar­dzo wdzięcz­ni, że ktoś taki jak ja jest, że wier­nie robi swo­je. Ale to jest ich punkt wi­dze­nia - mają pra­wo tak to wi­dzieć. Ja wi­dzę to ina­czej.

- A czu­jesz się men­to­rem?

- Wie­rzę w taką dość okle­pa­ną mak­sy­mę, w któ­rej jed­nak jest dużo praw­dy: "Jak uczeń jest go­to­wy, to i na­uczy­ciel się znaj­dzie". A za­tem, czu­ję się men­to­rem do­pie­ro wte­dy, gdy ktoś o tym zde­cy­du­je. Gdy ktoś świa­do­mie za­czy­na za mną iść, daje mi to od­czuć, za­da­je py­ta­nia. Wte­dy tak. Ale am­bi­cji by­cia men­to­rem nie mam.

- Ale kie­dy po­ja­wiasz się w ko­ście­le, to mu­sisz mieć prze­ko­na­nie, że masz coś do prze­ka­za­nia.

- Tak, je­stem gło­sem. Z tym się zgo­dzę. Mam tego świa­do­mość - od­kry­łem to w trak­cie służ­by. Kie­dy za­czy­na­ła się moja dro­ga ży­cia z Bo­giem, nie po­tra­fi­łem wszyst­kie­go na­zwać. Jed­nak w pew­nym mo­men­cie od­kry­łem, że chcę być pa­ste­rzem. Ni­g­dy nie wi­dzia­łem sie­bie jako pa­sto­ra za­kła­da­ją­ce­go zbo­ry, ewan­ge­li­sty, or­ga­ni­zu­ją­ce­go kru­cja­ty, pro­ro­ka, któ­ry sły­szy coś od Boga i prze­ka­zu­je lu­dziom wolę Bożą, ani jako na­uczy­cie­la, wy­kła­da­ją­ce­go Bi­blię. Wi­dzia­łem sie­bie wła­śnie jako pa­ste­rza. Dzi­siaj mogę po­wie­dzieć, że je­stem ka­zno­dzie­ją-mo­ty­wa­to­rem, bo to okre­śle­nie znacz­nie le­piej pre­cy­zu­je to, co jest moją sil­ną stro­ną. Je­stem gło­śny. Lu­bię na­krzy­czeć, rzu­cić wy­zwa­nie, wsa­dzić kij w mro­wi­sko. Lu­bię po­wie­dzieć coś nie­po­pu­lar­ne­go i jesz­cze po­de­przeć to pa­ro­ma ar­gu­men­ta­mi, żeby się ktoś wzbu­rzył. My­ślę, że to jest część mo­je­go po­wo­ła­nia. I czę­sto wy­da­je mi się, że tak zło­żo­na oso­ba nie może być men­to­rem. Je­stem ra­czej czło­wie­kiem, któ­ry mo­ty­wu­je, za­chę­ca do pod­ję­cia wła­snych de­cy­zji, do spoj­rze­nia na spra­wy w taki, a nie inny spo­sób, do uwie­rze­nia w pew­ne rze­czy w nowy spo­sób, do wia­ry w to, że się uda, że moż­na coś zro­bić.

Men­tor ko­ja­rzy mi się ra­czej z kimś w sile wie­ku, kto spo­koj­nie słu­cha, by na­stęp­nie udzie­lić ar­cy­mą­drej i pre­cy­zyj­nej od­po­wie­dzi.

- Przy­znaj się - na pew­no czu­jesz, że je­steś prze­wod­ni­kiem dla lu­dzi, zwłasz­cza tych mło­dych?

- No tak. My­ślę, że je­stem. Bia­da mi.

- A uwa­żasz, że masz wpływ na lu­dzi?

- Kie­dy ktoś mnie pyta, czy mam wpływ na lu­dzi, to za­sta­na­wiam się, jak mam to zmie­rzyć? Czy brać pod uwa­gę fakt, że lu­dzie re­agu­ją na to, co mó­wię i jak rze­czy ro­bię? Czy to już jest wpływ? Czy wpływ jest wte­dy, kie­dy osią­gnę cele, któ­re za­mie­rzy­łem? To tak jak z przy­po­wie­ścią o czte­rech gle­bach. Pierw­szy czło­wiek usły­szał i od­szedł z ra­do­ścią. Ten wpływ na pew­no mam - lu­dzie wy­cho­dzą z ka­zań ra­do­śni, za­chwy­ce­ni, pod­nie­sie­ni, z do­brą my­ślą. Ale któ­rzy lu­dzie do­cho­dzą do po­zio­mu czwar­tej gle­by? Cza­sa­mi my­ślę, że moje ka­za­nia są zbyt lek­kie. Z dru­giej stro­ny znów, czy trud­ne ka­za­nie na pew­no mia­ło­by więk­szy wpływ?

- A kim dla cie­bie jest Bóg?

- Dziw­ne py­ta­nie, ja­kieś pod­chwy­tli­we.

I już wiem, że pa­stor nie lubi ogól­nych, pach­ną­cych fi­lo­zo­fią py­tań. Nie re­zy­gnu­ję. We­dług mnie to bar­dzo do­bre py­ta­nie.

- To prze­cież pro­sta kwe­stia.

- Jak pro­sta? Teo­lo­go­wie nie wie­dzą, a ja mam wie­dzieć?

- Ale ja py­tam: kim dla CIE­BIE jest Bóg?

- Dla mnie Bóg był za­wsze Oso­bą. Taka pro­sta wia­ra. My­ślę, że to jest do­bra od­po­wiedź.

- Tyl­ko? I nic wię­cej w tym teo­lo­gicz­nym te­ma­cie nie po­wiesz?

Cza­sem mu­sia­łam z pa­sto­ra wy­do­by­wać od­po­wie­dzi nie­mal siłą. Tak było w przy­pad­ku tego py­ta­nia, na któ­re tak mu się nie chcia­ło od­po­wia­dać. W koń­cu pod­jął wy­zwa­nie.

- Bóg jest tym, któ­ry pod­no­si moje ży­cie. Jest źró­dłem mo­je­go ży­cia. Źró­dłem za­do­wo­le­nia, szczę­ścia, zba­wie­nia. Wiem, że wszyst­ko trzy­ma w swo­im ręku. Cały świat i moje ży­cie. Jest moim przy­ja­cie­lem. Wszyst­ko w moim ży­ciu krę­ci się wo­kół Boga. Nie wy­obra­żam so­bie, żeby snuć ja­kieś pla­ny o so­bie, o ży­ciu, o świe­cie bez Boga. Je­stem ułom­ny. Je­stem cho­ry na Pana Boga. Nie­ule­czal­nie.

Tu pa­stor po­pro­sił mnie, że­bym gdzieś na mar­gi­ne­sie od­no­to­wa­ła, że to ostat­nie zda­nie - je­stem cho­ry, nie­ule­czal­nie - bar­dzo mu się po­do­ba­ło. Bar­dzo.

- Ktoś może pa­trzeć z ze­wnątrz i my­śleć, że jest to ja­kaś ułom­ność. Dla wie­lu lu­dzi jest to sza­leń­stwo. Czę­sto spo­ty­ka­łem nie­do­wie­rza­ją­cych: "Ale co, Bóg jest dla cie­bie wszyst­kim? Bez sen­su. To po co ten cały pięk­ny świat? Nie mo­żesz so­bie go uło­żyć, czy na­wet wy­obra­zić bez Pana Boga?" . Może je­stem ja­kiś ułom­ny albo cho­ry, bo wła­śnie nie po­tra­fię.

To tak, jak­by wy­łą­czyć do­pływ prą­du. Pstryk i wszyst­ko tra­ci sens. Z taką wia­rą uro­dzi­łem się, wy­cho­wa­łem, wzra­sta­łem. Póź­niej ona roz­wi­nę­ła się jesz­cze bar­dziej w moim ży­ciu. Od mo­men­tu, gdy tak dia­me­tral­nie za­wie­rzy­łem Bogu jest to pro­ces już tyl­ko wzra­sta­ją­cy. Przej­mu­je co­raz wię­cej ob­sza­rów w moim ży­ciu. Amen.

- To nie ko­niec, pa­sto­rze. A jaki jest Bóg?

- Do­bry, mi­ło­sier­ny, ła­ska­wy, nie­sko­ry do gnie­wu i bar­dzo cier­pli­wy. My­ślę, że jest kimś, kto szu­ka kon­tak­tu z czło­wie­kiem i za­le­ży mu na tym, żeby go zna­leźć. On stwo­rzył czło­wie­ka i chce z nim na­wią­zać więź, re­la­cję. Tak so­bie to wy­obra­żam. Tę­sk­ni za czło­wie­kiem po tym, jak go stwo­rzył. Czy­li ina­czej mó­wiąc: Bóg jest bar­dzo ludz­ki. Bar­dziej niż mo­że­my to so­bie wy­obra­zić. Bi­blia opi­su­je go jako Oso­bę, któ­ra pła­cze, śmie­je się, szy­dzi z wro­gów.

- A we­dług cie­bie jest męż­czy­zną czy ko­bie­tą?

- Na pew­no jest męż­czy­zną.

- Nie. Ani ko­bie­tą, ani męż­czy­zną.

Czu­ję, że te­raz moje py­ta­nie pa­sto­ro­wi się po­do­ba, i że w tym te­ma­cie musi się wy­ka­zać - tak po mę­sku.

- Nie, nie. Jest na pew­no męż­czy­zną.

- Na ja­kiej pod­sta­wie tak twier­dzisz?

- Tak mi się wy­da­je. Tak czu­ję in­tu­icyj­nie. Jak wi­dzę bu­rzę, bły­ska­wi­ce i wali to z nie­ba, i ten grad, i ta ule­wa, drze­wa się prze­wra­ca­ją, i tor­na­da, i po­wódź... Nie może być ko­bie­tą. Ko­bie­ty ta­kie nie są.

- Są.

- Są ta­kie?

- Aha.

- Ok. Może. To tyl­ko pod wa­run­kiem, że ko­bie­ty też ta­kie są. Ale je­że­li ko­bie­ty ta­kie nie są, to Bóg jest na pew­no męż­czy­zną.

Pa­trzę na czło­wie­ka, któ­ry sie­dzi na­prze­ciw­ko mnie i nie mogę się na­pa­trzeć. Robi wy­strza­ło­we miny, ge­sty­ku­lu­je - nie­zły ak­tor był­by z nie­go!

- Co to ma wspól­ne­go z Bo­giem?

- Moc, siła, agre­sja, nie­prze­wi­dy­wal­ność, dą­że­nie do celu, go­to­wość na to, żeby nisz­czyć, żeby coś no­we­go zbu­do­wać, nie­pa­tycz­ko­wa­nie się z drob­nost­ka­mi.

Świat jest do ni­cze­go, trze­ba go cały za­lać po­to­pem i wy­gu­bić.

A póź­niej Bóg mówi: dru­gi raz cze­goś ta­kie­go nie zro­bię. To tak, jak ja. Bar­dzo się z tym utoż­sa­miam, dla­te­go my­ślę, że Bóg jest taki jak ja. Więc ra­czej jest męż­czy­zną.

- To jest nie­te­olo­gicz­ne.

- Zda­ję so­bie z tego spra­wę. Ale po­wiem tak - bar­dzo nie­te­olo­gicz­ne jest sta­wia­nie ta­kie­go py­ta­nia. To jest ja­kaś le­wac­ka, albo inna myśl.

Co to w ogó­le za te­mat roz­wa­żać płeć Boga?

- W książ­ce Cha­ta Wil­lia­ma P. Youn­ga po­ru­szo­ny był ten te­mat.

- A tak! Bóg Oj­ciec przed­sta­wio­ny jest w niej jako ko­bie­ta. Re­we­la­cja. Woda na młyn, aż się mó­zgi la­so­wa­ły lu­dziom. Uza­sad­nie­nie było bar­dzo do­bre. Teza była taka, że Bóg każ­de­mu czło­wie­ko­wi ob­ja­wia się w spo­sób, któ­ry jest w sta­nie przy­jąć, czy­li, że tak po­wiem: Bóg gra na tych stru­nach, któ­re po­sia­da­my. Na­to­miast abs­tra­hu­jąc od teo­lo­gii i od książ­ki Cha­ta pod­trzy­mu­ję, że Bóg jak nic jest męż­czy­zną. Chy­ba mogę po­zo­stać przy swo­jej opi­nii, szcze­gól­nie, że ona nie wy­kra­cza poza teo­lo­gię?

- Nie bę­dziesz się tego wsty­dził?

- Nie, na pew­no nie będę się wsty­dził po­glą­du, że Bóg jest męż­czy­zną. Na pew­no nie. Wsty­dził­bym się, gdy­bym po­wie­dział, że jest ko­bie­tą. Do­pie­ro by było tłu­ma­cze­nia.

Pa­stor wy­bu­cha śmie­chem (i nie może prze­stać).

- Pew­ność, że jest męż­czy­zną jest nie­wiel­ka.

- W świe­cie może jest nie­wiel­ka, ale ja je­stem prze­ko­na­ny! To jest Bóg Oj­ciec, ma bro­dę, twarz peł­ną po­ko­ju, mi­ło­ści, mocy. Jak pa­trzy to może ocza­mi prze­pa­lić wro­ga. Jest jak lew Aslan. Taki jest. Ale, jak cię to nie in­te­re­su­je, to mo­że­my o tym nie roz­ma­wiać.

- In­te­re­su­je, ale spo­dzie­wa­łam się in­nej od­po­wie­dzi.

- Aha, ta­kiej li­be­ral­nej, że ani męż­czy­zną, ani ko­bie­tą?

- No tak.

- Bo to jest chy­ba pra­wi­dło­wa od­po­wiedź, na­to­miast jest ona bez sen­su, bo jest mało emo­cjo­nal­na. Ja lu­bię od­po­wie­dzi emo­cjo­nal­ne, nio­są­ce ja­kąś na­dzie­ję, siłę, wy­obra­że­nie. Po­ma­ga mi się to utoż­sa­mić. Za­tem dla mnie jest męż­czy­zną.

Przy­znam, że z ulgą przy­ję­łam ko­niec roz­mo­wy na ten te­mat. W pew­nej chwi­li za­czę­łam się za­sta­na­wiać do­kąd ten teo­lo­gicz­no-fi­lo­zo­ficz­ny dys­kurs nas za­pro­wa­dzi. Lecz z dru­giej stro­ny spo­sób mó­wie­nia pa­sto­ra, sza­leń­cze miny i ce­lo­we prze­drzeź­nia­nie na­praw­dę mnie roz­ba­wi­ły.

Gdy zdejmuję uniform

Jeże­li ktoś ma re­la­cję z Bo­giem i w mo­men­cie tra­ge­dii jest w sta­nie zwró­cić się do Nie­go, to jego ser­ce sta­nie się lep­sze. Za­czy­na wte­dy ro­zu­mieć, że sam nie jest Bo­giem, a to jest jed­na z naj­lep­szych my­śli, jaka czło­wie­ko­wi może przyjść do gło­wy. NIE JE­STEM BO­GIEM! Ten czło­wiek sta­je się lep­szy. Sta­je się po­kor­niej­szy, ła­god­niej­szy, bar­dziej wy­ro­zu­mia­ły. Bę­dzie mógł po­cie­szyć in­nych, gdy przyj­dzie na to czas.

- Na twój te­mat krą­ży wie­le opo­wie­ści. Sama też za­sta­na­wiam się, jaki na­praw­dę je­steś? Nie­ła­two jest cię scha­rak­te­ry­zo­wać. Zdra­dzisz, jaki tak na­praw­dę jest ten osła­wio­ny Ma­rek Cie­siół­ka?

- Dla lu­dzi z ze­wnątrz Ma­rek Cie­siół­ka to czło­wiek pe­łen hu­mo­ru, za­wsze po­zy­tyw­nie na­sta­wio­ny, ra­do­sny. Cza­sa­mi po­peł­nia gafy, strze­li pro­sto mię­dzy oczy, ale ge­ne­ral­nie jest w po­rząd­ku.

- Ale to nie jest praw­da o to­bie?

- To jest jed­na z prawd o mnie. Zga­dzam się z tym, co do tej pory po­wie­dzia­łem, ale to są rze­czy, któ­re wy­cho­dzą na pierw­szy plan, gdy lu­dzie pró­bu­ją mnie opi­sać. Na po­cząt­ku za­uwa­ża­ją moje po­czu­cie hu­mo­ru, żar­ty i swe­go ro­dza­ju kro­to­chwil­ność. Nie ukry­wam, że to mnie tro­chę de­ner­wu­je. To jest moja po­wierz­chow­ność. To jest tak jak­by opi­sać mni­cha bud­dyj­skie­go. Jaki jest mnich bud­dyj­ski? Ja mó­wię, że łysy i po­ma­rań­czo­wy. Lu­dzie na py­ta­nie, jaki jest Ma­rek Cie­siół­ka, od­po­wia­da­ją: we­so­ły i za­wsze uśmiech­nię­ty. To jest praw­da, ale do­syć ubo­ga. My­ślę, że naj­wła­ściw­szą od­po­wie­dzią bę­dzie, że je­stem peł­no spek­tral­nym czło­wie­kiem i nor­mal­nym jak każ­dy inny.

Ale gdy­bym miał się­gnąć głę­biej - we mnie jest tro­chę Pru­sa­ka, le­nia, ar­ty­sty, po­ety, ma­te­ma­ty­ka. Moją sil­ną stro­ną - i to lu­bię - jest ma­te­ma­tycz­na stro­na mo­jej du­szy. Za­wsze lu­bi­łem ta­bel­ki, wy­kre­sy, sta­ty­sty­ki, ba­da­nia opi­nii, pro­cen­ty, ra­chu­nek praw­do­po­do­bień­stwa. Przez dłu­gie lata ko­rzy­sta­łem z tego bu­du­jąc ko­ściół.

Ob­ser­wo­wa­łem co lu­dzie my­ślą, jak rze­czy wi­dzą, co dzi­siaj jest sil­ną stro­ną na­sze­go zbo­ru, ilu nas jest, czy kon­kret­ne dzia­ła­nia prze­kła­da­ją się na efek­ty...

Pa­stor ury­wa, by wspo­mnieć o żo­nie, któ­ra od mo­men­tu, gdy ma nowy te­le­fon z apa­ra­tem fo­to­gra­ficz­nym, z pa­sją robi mu zdję­cia z ukry­cia.

- Ni­g­dzie tego nie pu­bli­ku­je i je­stem jej za to wdzięcz­ny, ale póź­niej po­ka­zu­je mi te zdję­cia, ku swo­jej wiel­kiej ucie­sze. Je­stem za­sko­czo­ny, jak po­tra­fię być za­my­ślo­ny, jak smut­ną mam twarz przy czy­ta­niu ja­kiejś książ­ki czy spraw­dza­niu SMS-ów. Po­tra­fię mieć tak za­dzi­wia­ją­cą minę. Być może moje mię­śnie od­re­ago­wu­ją ten czas śmia­nia się. Na tych zdję­ciach na przy­kład trzy­mam te­le­fon w ręku i wy­glą­dam tak, jak­bym czy­tał te­le­gram, że mi ro­dzi­ce umar­li. Tak wy­glą­da­ją te zdję­cia.

- No pro­szę, two­ja dru­ga twarz. Kim za­tem je­steś, gdy nie sto­isz za ka­zal­ni­cą?

- Wie­le osób, kie­dy się po­zna­je­my, za­da­je mi to py­ta­nie. Nie tak wprost, ale pró­bu­ją do­ciec, jak wy­glą­da ży­cie ko­goś z tak spe­cy­ficz­nym za­wo­dem.

- Zdej­mu­jesz "uni­form" pa­sto­ra, idziesz do domu... - to lu­dzi in­te­re­su­je.

- My­ślę, że ci, któ­rzy mnie zna­ją, wie­dzą, że je­stem tak samo nor­mal­nym czło­wie­kiem, jak oni, z tym, że ro­bię coś in­ne­go.

Kie­dy wy­cho­dzę z tej roli - wy­cho­dzę z ko­ścio­ła i jadę do domu, jem obiad z dzieć­mi, od­ra­biam z nimi lek­cje, oglą­dam te­le­wi­zję, mar­twię się o coś tam. Pro­wa­dzę bar­dzo nor­mal­ne ży­cie, ta­kie, jak każ­dy inny czło­wiek. Ono nie od­bie­ga w ra­dy­kal­ny spo­sób od prze­cięt­no­ści.

- Ja­kie ce­chy w to­bie do­mi­nu­ją?

- My­ślę, że moją naj­sil­niej­szą stro­ną jest to, że in­spi­ru­ję, mam do­no­śny głos - nie w sen­sie de­cy­be­li, lecz że po­tra­fię "wbi­ja­ją­co" rzu­cać my­śli. W pierw­szych la­tach by­cia pa­sto­rem, by­łem bar­dziej ewan­ge­li­stą, póź­niej pa­ste­rzem, dzi­siaj idę w stro­nę du­cho­we­go oj­co­stwa.

Jest we mnie rów­nież pe­wien pe­sy­mi­sta, któ­re­mu na róż­nych eta­pach ży­cia na­wet uda­wa­ło się do­mi­no­wać nad opty­mi­stycz­ną czę­ścią mnie. Jed­nak na prze­strze­ni czter­dzie­stu paru lat chy­ba wy­grał opty­mi­sta.

- A może ja po­py­tam o cie­bie lu­dzi w ko­ście­le, co?

- Do­sko­na­ły po­mysł... Ja wy­zna­czę te oso­by.

Pa­stor ser­decz­nie śmie­je się z wła­snych słów. Do­da­je: "Faj­nie jak­byś fa­ce­tów za­py­ta­ła, bo same baby py­tać o guru, któ­rym są za­fa­scy­no­wa­ne, to może być za bar­dzo lan­dryn­ko­we. Trze­ba fa­ce­tów za­py­tać".

- Cze­go w so­bie nie to­le­ru­jesz?

- Przez wie­le lat nie lu­bi­łem w so­bie nie­miec­kiej czę­ści mo­je­go cha­rak­te­ru. Mam nie­miec­kie ko­rze­nie i w związ­ku z tym mam w so­bie taki or­dung muss sein - po­rzą­dek musi być. Zwal­cza­łem to w so­bie przez wie­le lat. Uwa­ża­łem, że przez tę ce­chę wy­wie­ram dużą pre­sję na lu­dzi, mia­łem zbyt duże ocze­ki­wa­nia wo­bec nich. Czu­łem się ta­kim Pru­sa­kiem, któ­ry ocze­ku­je pru­skie­go po­rząd­ku od in­nych. Rok temu pew­na star­sza ode mnie oso­ba w przy­ja­ciel­skiej roz­mo­wie po­wie­dzia­ła mi, że głu­pio ro­bię, po­nie­waż ta pru­skość, jest in­te­gral­ną czę­ścią mnie. Jest to moja toż­sa­mość, wy­nie­sio­na z domu. Moż­na zwal­czać ja­kieś kon­kret­ne ne­ga­tyw­ne za­cho­wa­nia, któ­re mogą z tego wy­ni­kać, ale nie swo­je dzie­dzic­two. "Zo­bacz - po­wie­dział - jak świat by wy­glą­dał, gdy­by wszy­scy byli Po­la­ka­mi. Za­cznij to ko­chać. Ty je­steś da­rem dla in­nych lu­dzi przez to, że je­steś rów­nież tym". To mi dało do my­śle­nia. Do nie­daw­na od­po­wia­da­jąc na ta­kie py­ta­nie naj­praw­do­po­dob­niej wy­my­ślił­bym naj­gor­sze rze­czy, któ­rych w so­bie nie to­le­ru­ję. A dziś my­ślę, że one sta­no­wią o mo­jej toż­sa­mo­ści. A je­śli sta­no­wią o toż­sa­mo­ści, to nie pod­le­ga­ją zwal­cza­niu, ale do­sto­so­wa­niu.

Roz­mo­wę prze­ry­wa dzwo­nek te­le­fo­nu. To żona, więc pa­stor od­bie­ra. Co chwi­lę sły­szę: "słon­ko, ko­cha­nie"... krót­ko mó­wiąc - roz­mo­wa dwóch za­ko­cha­nych wró­bel­ków. Wra­ca­my do roz­mo­wy. Py­tam pa­sto­ra, być może zbyt non­sza­lanc­ko, czy jest z sie­bie za­do­wo­lo­ny i czy sie­bie lubi? Tro­chę gry­ma­si. Waha się co po­wie­dzieć? Po­twier­dzić, za­prze­czyć? Przy­znać się, czy nie. Jak wy­brnąć? W koń­cu za­czy­na...

- Lu­dzie mnie lu­bią ta­kim ja­kim je­stem, więc ja sie­bie też już tro­chę lu­bię.

To był chy­ba żart... Po chwi­li pa­stor kon­ty­nu­uje:

- Za­do­wo­lo­ny? To za­le­ży. Jak mam do­bry na­strój, to mam do­bre o so­bie mnie­ma­nie. A do­bry na­strój mam wte­dy, kie­dy my­ślę o so­bie tak, jak Bóg o mnie my­śli. Przez lata pra­cy ze Sło­wem Bo­żym wy­kształ­ci­ła się we mnie umie­jęt­ność sto­so­wa­nia Sło­wa, któ­re gło­szę. Kie­dy zbyt dłu­go, albo zbyt do­sad­nie do­cho­dzą do mnie złe my­śli na wła­sny te­mat, któ­re au­to­ma­tycz­nie prze­kła­da­ją się na mój zły na­strój, wte­dy wiem co po­wi­nie­nem zro­bić - mam to zwal­czyć, wy­peł­nia­jąc się Bo­ży­mi my­śla­mi, czy­li Bo­żym Sło­wem. I gdy za­czy­nam nimi my­śleć, wte­dy mam do­bry na­strój. Dzi­siaj, na przy­kład, gdy roz­ma­wia­my, na­strój mam świet­ny.

Gdy spy­ta­łam pa­sto­ra, czy mogę po­ru­szyć ja­kieś te­ma­ty tabu do­ty­czą­ce jego ży­cia, po­wie­dział mi, że jemu tabu ko­ja­rzy się z czymś, co aż strach do­tknąć.

- Czy­li uwa­żasz, że w moim ży­ciu jest ja­kieś tabu?

- Nie wiem, nie wiem. Może masz dru­gą twarz, któ­rą...

- Któ­rą chęt­nie od­sło­nię. Ścią­gnę so­bie na gło­wę pro­ku­ra­to­ra, To­wa­rzy­stwo Przy­ja­ciół Dzie­ci i Nie­bie­ską Li­nię.

- Po­wiedz po pro­stu, że je­steś i by­łeś ide­ałem.

- Je­stem i by­łem ide­ałem.

Chcia­łam być po­waż­na, ale pa­stor wciąż so­bie żar­to­wał.

- Czu­ję się nie­zręcz­nie za­da­jąc to py­ta­nie, więc mo­żesz nie od­po­wie­dzieć, je­śli nie masz ocho­ty... Zda­rza ci się pła­kać?

- Pła­czę. Po­tra­fię pła­kać dużo i w naj­prze­róż­niej­szych, zu­peł­nie nie­ade­kwat­nych sy­tu­acjach.

- Ale to wy­ni­ka z two­jej wraż­li­wo­ści?

- Tak. Mój tata pła­kał, moja mama pła­ka­ła, ja pła­ka­łem za­wsze. Jak mi się coś nie uda­wa­ło, to za­wsze ry­cza­łem. Pła­ka­łem, jak by­łem bar­dzo szczę­śli­wy, jak do­zna­wa­łem ja­kichś unie­sień. I tak mi zo­sta­ło. Nie lu­bię pła­kać w cza­sie ka­zań, cho­ciaż cza­sa­mi mi ści­ska gar­dło. Znam ka­zno­dzie­jów, któ­rzy tego ni­g­dy nie po­wstrzy­mu­ją. Za­wsze mi się wy­da­wa­ło, że to jest ja­kaś nie­zro­zu­mia­ła eg­zal­ta­cja, więc za­wsze się po­wstrzy­mu­ję.

- Słu­cha­jąc two­ich ka­zań ni­g­dy nie od­czu­łam, że mia­łeś ocho­tę za­pła­kać.

- Je­stem zdy­scy­pli­no­wa­ny. Prze­cho­dzę do na­stęp­nych rze­czy. Kie­dy zda­rzy­ło się, że kil­ka razy się po­pła­ka­łem, póź­niej czu­łem się za­że­no­wa­ny. Mia­łem wra­że­nie, że ma­ni­pu­lu­ję ludz­ki­mi emo­cja­mi, zmu­szam lu­dzi do wzru­szeń, któ­re być może są im obce.

- Mnie się po­do­ba, jak ktoś pła­cze.

- Może wszyst­ko przede mną. Pła­czę w ki­nie, pła­czę, gdy ob­ser­wu­ję jak coś wy­cho­dzi moim dzie­ciom.

Pła­czę wte­dy, gdy do­świad­czam bli­sko­ści Boga, kie­dy do­świad­czam śle­pych za­uł­ków, śle­pych uli­czek w ży­ciu i my­ślę, że za­raz wszyst­ko się za­wa­li i już stąd nie wyj­dę. Po­tra­fię be­czeć przed Bo­giem w mo­dli­twie.

- A jak Two­ja żona re­agu­je kie­dy pła­czesz?

- Cie­szy się, bo ona ma do­świad­cze­nie dwu­dzie­stu kil­ku lat mał­żeń­stwa i wie, że po tych łzach jest za­wsze zmar­twych­wsta­nie i je­stem lep­szym czło­wie­kiem. Oczy­wi­ście bar­dzo mi współ­czu­je i mnie po­cie­sza. Przy­no­si mi cze­ko­la­dę, ko­cyk, go­tu­je do­bre je­dze­nie i sta­ra się mnie wy­bić z tego try­bu, bo ni­g­dy nie wia­do­mo, czy czło­wie­ko­wi żył­ka nie pęk­nie, jak po­pa­da w taką czar­ną roz­pacz.

Wy­do­by­wa mnie z "doł­ka", choć pod­świa­do­mie wie, że ko­niec tego bę­dzie do­bry, że po­wsta­nę jako lep­szy czło­wiek. I tak fak­tycz­nie się dzie­je.

Czu­ję, że pa­stor do­brze przy­jął moje py­ta­nie. Roz­krę­ca się w mia­rę udzie­la­nia ko­lej­nych od­po­wie­dzi. Chwi­lę my­śli, po czym kon­ty­nu­uje.

- My Po­la­cy chy­ba wie­my, co to zna­czy pła­kać z ra­do­ści. Wie­lu lu­dzi to ro­zu­mie i chy­ba tego nie trze­ba tłu­ma­czyć. Na­to­miast nie­któ­rzy lu­dzie pró­bu­ją za­że­gnać płacz, po­ja­wia­ją­cy się w mo­men­cie tra­ge­dii. Pró­bu­ją po­cie­szyć za szyb­ko, mó­wiąc: "nie płacz, nie jest tak źle".

Ja my­ślę, że nie­ko­niecz­nie trze­ba szyb­ko po­cie­szać, bo je­że­li czło­wiek ma re­la­cje z Bo­giem i w mo­men­cie tra­ge­dii jest w sta­nie zwró­cić się do Nie­go, to jego ser­ce sta­nie się lep­sze. Za­czy­na wte­dy ro­zu­mieć, że sam nie jest Bo­giem, a to jest jed­na z naj­lep­szych my­śli, jaka czło­wie­ko­wi może przyjść do gło­wy. NIE JE­STEM BO­GIEM! Ten czło­wiek sta­je się lep­szy. Sta­je się po­kor­niej­szy, ła­god­niej­szy, bar­dziej wy­ro­zu­mia­ły. Bę­dzie mógł po­cie­szyć in­nych, gdy przyj­dzie na to czas. To jest pięk­ne. Oczy­wi­ście, my­ślę, że cza­sa­mi pła­ka­łem nad sobą w taki uża­la­ją­cy spo­sób. Cięż­ko to roz­gra­ni­czyć w mo­men­cie, jak czło­wiek pła­cze.

- A nie uwa­żasz, że płacz jest sła­bo­ścią?

- Nie. My­ślę, że to aku­rat było do­bre, że ro­dzi­ce nie zro­bi­li mi krzyw­dy sło­wa­mi: "Nie becz. Chło­pa­ki nie pła­czą". W moim domu nie było ta­kiej prak­ty­ki. Jak ktoś pła­kał to się go przy­tu­la­ło.

Milk­nie. Po chwi­li już in­nym gło­sem opo­wia­da hi­sto­rię z dzie­ciń­stwa.

- Z dzie­ciń­stwa pa­mię­tam pew­ne zda­rze­nie. Ta hi­sto­ria, któ­ra tak moc­no wry­ła się w moją pa­mięć i ser­ce, zda­rzy­ła się, gdy cho­dzi­łem do pią­tej czy szó­stej kla­sy szko­ły pod­sta­wo­wej. Mie­li­śmy za­ję­cia prak­tycz­no-tech­nicz­ne i ja wy­my­śli­łem so­bie, że wy­ko­nam na nie lamp­kę noc­ną. Pod­staw­ka drew­nia­na, ja­kaś rur­ka... Tyl­ko nie po­tra­fi­łem tej rur­ki ani wy­giąć, ani uciąć. Ka­le­czy­łem się. Co­raz bar­dziej zły i roz­ża­lo­ny, mia­łem ocho­tę gryźć ten me­tal. Bo­la­ło mnie to tym bar­dziej, że mia­łem prze­ko­na­nie o swo­ich umie­jęt­no­ściach i uwa­ża­łem po­mysł za świet­ny, a pro­jekt - za ide­al­ny. Ro­bi­łem to bo­daj­że w kuch­ni. Tato usły­szał mój la­ment i przy­szedł do mnie. Gdy zo­ba­czył, w ja­kim je­stem sta­nie, wy­stra­szył się. Nie będę ukry­wał - uża­la­łem się wte­dy nad sobą. On w jed­nej chwi­li zro­zu­miał, co czu­ję. Pa­mię­tam, że po­chy­lił się nade mną i po pro­stu po­wie­dział: "No co, gdzie po­trze­bu­jesz uciąć?" . Wziął piłę, po­ka­zał mi co zro­bić, żeby ona się nie za­ci­na­ła i cię­ła me­tal, i po­wie­dział, że mi po­mo­że. Tak wła­ści­wie, zro­bił tę lamp­kę pół na pół ze mną.

Pa­stor dał się po­nieść wspo­mnie­niom. Snuł swą opo­wieść po­wo­li. Był wzru­szo­ny. Ja też.

- To prze­ży­cie było dla mnie jed­nym z waż­niej­szych. Te­raz tro­chę się eg­zal­tu­ję, ale z tego pły­nę­ła dla mnie nie­sa­mo­wi­ta lek­cja. Zo­ba­czy­łem, że nie je­stem Bo­giem, że mam pra­wo się po­my­lić. I do­sta­łem wzo­rzec ojca po­chy­la­ją­ce­go się nad sy­nem, któ­ry cze­goś nie po­tra­fi. Dało mi to lek­cję na przy­szłość, że jak coś mi nie wy­cho­dzi, to za­wsze mogę się do ko­goś zwró­cić. To wszyst­ko się za­czę­ło w tych łzach - w tej ko­szu­li mo­krej od łez. I to jest pięk­ne. Ni­g­dy nie uwa­ża­łem, że łzy są wy­ra­zem sła­bo­ści. My­ślę, że są bar­dziej wy­ra­zem siły niż sła­bo­ści. Oczy­wi­ście - nie będę pła­kał przed wro­giem. Bez sen­su jest pła­kać przed kimś, kto ci nie współ­czu­je i chce cię znisz­czyć. My­śle­nie, że on się na­gle wzru­szy, jest wy­ra­zem na­iw­no­ści, albo wręcz głu­po­ty. Cho­ciaż nie osą­dzam lu­dzi, któ­rzy są w roz­pa­czy i we łzach pro­szą swe­go opraw­cę o po­moc i li­tość. My­ślę, że to jest bar­dzo ludz­kie. To jest nor­mal­ny od­ruch, ale trak­to­wa­ny wte­dy nie w ka­te­go­riach siły czy sła­bo­ści, tyl­ko po pro­stu - tak je­ste­śmy skon­stru­owa­ni, żeby pła­kać. Na coś te ka­na­li­ki łzo­we przy oczach są.

- Już wiem, że pła­czesz, więc udaj­my się te­raz na prze­ciw­le­gły bie­gun. Za­wsze by­łeś ta­kim żar­tow­ni­siem?

- Tak, wy­nio­słem to z domu. Mój tato był wiel­kim żar­tow­ni­siem i pew­nie w związ­ku z tym cała ro­dzi­na taka była.

- A spo­tka­łeś się z tym, że twój dow­cip ko­muś prze­szka­dzał?

- Tak. Wie­le osób to draż­ni­ło. Czu­li się za­nie­po­ko­je­ni. Nie wie­dzie­li "co au­tor ma na my­śli". Moja we­soł­ko­wa­tość bywa od­czy­ty­wa­na jako ro­dzaj za­sło­ny dym­nej. I coś w tym jest. Bo to może być spo­sób na pew­ne scho­wa­nie się. Zda­rza się, że kie­dy je­stem czymś po­de­ner­wo­wa­ny, to za­czy­nam moc­niej żar­to­wać. Ale po­ma­ga mi to też być zwy­czaj­nie ra­do­snym. Ta­kie po­zy­tyw­ne po­dej­ście do ży­cia, pa­trze­nie z dy­stan­sem bar­dzo mi po­ma­ga. Za­wsze do­brze współ­pra­co­wa­ło mi się z ludź­mi, któ­rzy mie­li po­czu­cie hu­mo­ru, bo ono za­kła­da też pew­ną dozę in­te­li­gen­cji.

- A jak two­je spe­cy­ficz­ne po­czu­cie hu­mo­ru ode­bra­ła żona w mo­men­cie, gdy się po­zna­li­ście?

- Iza z moim po­czu­ciem hu­mo­ru zde­rzy­ła się do­syć nie­faj­nie. Pew­ne­go dnia przy­szła do na­sze­go po­ko­ju w aka­de­mi­ku uczyć się che­mii. Pa­mię­tam, że wte­dy so­bie z niej za­żar­to­wa­łem. Chy­ba po­czu­ła się do­tknię­ta, bo od razu wy­szła z po­ko­ju. Ja to za­uwa­ży­łem i po­bie­głem za nią, żeby ra­to­wać sy­tu­ację. Prze­pro­si­łem i to na niej zro­bi­ło ogrom­ne wra­że­nie. Ku­pi­łem ją tym. Na pew­no przy mnie roz­wi­nę­ło jej się po­czu­cie hu­mo­ru.

- Lu­bisz ta­kie­go sie­bie? Za­wsze "uśmiech nu­mer pięć", opty­mi­sta go­to­wy do boju. Nie miał­byś ocho­ty cza­sem so­bie po pro­stu po­na­rze­kać, po­ka­zać, że też masz słab­sze dni, i że wca­le nie chce ci się śmiać? Z ety­kiet­ką wiecz­ne­go we­soł­ka pew­nie nie ła­two jest na­gle przyjść do ko­ścio­ła ze smut­ną miną, mó­wią­cą: "dziś nie jest mi do śmie­chu, nie mam ocho­ty na żar­ty"?

- Ojej, tu jest pięć py­tań w jed­nym... Przy­zna­ję, mam ta­kie sta­ny de­pre­syj­no - re­flek­syj­no - do­łu­ją­ce. I cza­sem po­zwa­lam so­bie na nie.

- Ale nie ob­na­żasz się nimi?

- To jest od­dziel­ny te­mat. Wszyst­ko za­le­ży od stop­nia za­ży­ło­ści. Je­że­li jest to na przy­kład Łu­kasz, z któ­rym pra­cu­ję, to na dzień do­bry po­tra­fię mu po­wie­dzieć, że wszyst­ko jest do ni­cze­go. On cza­sa­mi mówi "ta­kie jest ży­cie", nie pró­bu­jąc mi po­ma­gać czy wy­cią­gać z tego "dołu za­gła­dy".

- Ale za­pew­ne mó­wisz tak, gdy masz słab­szy dzień. A tak na­praw­dę, co bar­dziej mówi o to­bie: ra­dość czy za­du­ma i mo­men­ty wy­ci­sze­nia?

- Sam nie wiem. Ja lu­bię po­pa­dać w skraj­ne sta­ny - śmiać się do roz­pu­ku, sy­pać dow­ci­pa­mi, mieć taki czas, że aż zie­mia się trzę­sie. Lu­bię so­bie po­szy­dzić, po­kpić, po­żar­to­wać. Ale do­dam, żeby po­tem nie było, nie je­stem szy­der­cą bez ser­ca - je­stem szy­der­cą z ser­cem. Kie­dy wi­dzę, że zro­bi­łem ko­muś krzyw­dę moją kpi­ną, jest mi wstyd. Lu­bię też sta­ny praw­dzi­wie do­łu­ją­ce. Wte­dy tak do­sad­nie czu­ję smak ży­cia. Wi­dzę całą praw­dę o ży­ciu, że ono jest nę­dzą i mar­no­ścią. Do­kład­nie tak, Czy­tel­ni­ku! Nic na ten świat nie przy­nie­śli­śmy i nic nie weź­mie­my. Prze­ży­wam ta­kie chwi­le. I te "chwi­le" cza­sa­mi po­tra­fią trwać kil­ka dni. A za­tem, od­no­sząc się do tego, czy ob­na­żam się ta­ki­mi sta­na­mi? Ja z tym ni­g­dy nie wy­cho­dzę do lu­dzi. Mogę o tym opo­wie­dzieć, tak jak te­raz to­bie, albo na ka­za­niu, mó­wiąc "ro­zu­miem ten stan, bo sam mia­łem ostat­nio dwa trud­ne dni"... Tyle, że to jest taki pa­tent ka­zno­dziej­sko-zwod­ni­czy, bo, gdy o tym opo­wia­dam, je­stem już w in­nym miej­scu, po wyj­ściu z ta­kie­go po­ło­że­nia. Chy­ba nie zda­rzy­ło mi się, abym gło­sząc ka­za­nie prze­lał pe­sy­mi­stycz­ne emo­cje na in­nych. Ra­czej po cza­sie mó­wię w taki za­okrą­glo­ny spo­sób, że pa­stor miał cięż­ko, ale już to prze­ro­bił. Dzię­ki temu inni też mogą coś prze­pra­co­wać, po­dejść kon­struk­tyw­nie i ra­cjo­nal­nie do wła­snych emo­cji. Sta­ram się po pro­stu nie przy­cho­dzić w ta­kim sta­nie do ko­ścio­ła.

- Ale za­łóż­my, że jest nie­dzie­la, czu­jesz się fa­tal­nie. Co wte­dy?

- Po­tra­fię się prze­łą­czyć. Moż­li­we, że wy­ni­ka to z...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej