Oswajanie
Idealistą jestem przez cały czas. Jednak musiałem to przedefiniować, dojść do wniosków á la Kochanowski pod lipą, że to właśnie proza życia jest czymś niesamowitym. Dziś uważam, że robię rzeczy piękne i wspaniałe, ale nijak się to ma do moich pierwszych wyobrażeń. Bo na początku to były wyobrażenia o śmierci męczeńskiej.
- Marku, co my tu robimy?
- Ponoć książkę chcesz napisać, chociaż nie bardzo wiem dlaczego akurat o mnie?
- Chcę. Doszły mnie słuchy, że jesteś gadułą. Na początek powiedz, kogo widzisz, kiedy patrzysz w lustro?
- Mojego tatę.
- Chodzi o podobieństwo fizyczne?
- Skupiam się raczej na dziedzictwie. Widzę skąd jestem, z jakiego pnia wyrosłem. Patrząc w lustro dostrzegam człowieka odważnego, patrzącego w przyszłość z wizją - tak myślę wtedy, gdy jestem po kawie. Przed kawą natomiast widzę człowieka, który się z czymś zmaga, walczy. Sam nie wiem, który obraz jest bardziej prawdziwy.
- A powiedz, tak z ręką na sercu, uważasz się za dobrego pastora?
- Tak. Żeby wszyscy pastorzy w Polsce byli tacy jak ja, to już byłby raj na ziemi. I to jest obiektywna prawda, niczym jej nie muszę podpierać. Ja się wręcz dziwię, że ludzie są czasem w innych zborach, a nie w moim.
- Podobno ludzie Cię kochają? Jak to robisz?
- Nic nie muszę robić. Już jestem takim człowiekiem, że ludzie lubią ze mną być i dobrze się ze mną czują, ale to naprawdę nie jest moja zasługa. Taki po prostu jestem.
- Jak nazwałbyś to, co robisz? Misją, powołaniem? A może jest to tylko zawód?
- Zdecydowanie nazwałbym to misją. Oczywiście jest to też wykonywany zawód, w końcu robię to już dwadzieścia lat, ale gdy szukam w sobie głębszych motywacji, to odnajduję tylko jedną odpowiedź - jest to misja, chęć służenia Bogu, poprzez służenie ludziom. Robię to dlatego, że usłyszałem głos Boży, kiedy mnie powoływał. Chciałem to robić i nadal chcę.
- Czy od początku wyobrażałeś sobie, że będziesz właśnie takim pastorem, jakim jesteś?
W odpowiedzi słyszę śmiech.
- W tym roku mija dwadzieścia lat odkąd zostałem pełnoetatowym pastorem i kiedy dziś przypominam sobie początki wygląda na to, że wtedy nie miałem pojęcia, co z tego wyniknie. Bo widzisz, marzenia nie zawsze pokrywają się z rzeczywistością. Wcześniej wyobrażałem sobie, że bycie pastorem to jest specjalny taki styl życia... Na początku chciałem być charyzmatycznym księdzem. Marzenie o tym zbudowałem na lekturze o ludziach, którzy wybrali nieprzeciętną drogę. Codzienność zweryfikowała te plany, niewiele się z nich wypełniło. Dziś jestem raczej przytłoczony prozą życia i tym, co już zdarzyło się w czasie mojej pastorskiej posługi.
- Porzuciłeś idealizm? Przestałeś wierzyć w spełnienie młodzieńczych marzeń?
- Idealistą jestem cały czas. Ale musiałem to przedefiniować, dojść do wniosków á la Kochanowski pod lipą, że właśnie ta proza życia jest czymś niesamowitym. Dziś uważam, że robię rzeczy piękne i wspaniałe, ale nijak się to ma do moich pierwszych wyobrażeń. Bo na początku to były wyobrażenia o śmierci męczeńskiej.
-?!
- Naprawdę! W pewnym okresie życia miałem w swojej biblioteczce książkę wydawnictwa Księży Marianów pt. Oblicza wielkości, która wywarła na mnie ogromny wpływ. Składały się na nią krótkie nowelki z życia wielkich ludzi - nie tylko katolików, bo pisano też o Gandhim, Martinie Lutherze Kingu...
Zresztą, mam tę książkę cały czas w domu - zachowaną jako relikwię. Niedawno przeczytałem ją jeszcze raz, żeby zobaczyć czym się tak fascynowałem. I trochę mnie to przeraziło, bo jest to książka gloryfikująca cierpienie. Znalazłem w niej np. fragment z życiorysu Maksymiliana Kolbego i pewną anegdotę ambasadora Polski w Japonii na jego temat, która pokazywała - co tu dużo mówić - fanatyczne poglądy tego zakonnika. W latach 30-tych, gdy Kolbe był na misjach w Japonii, oprowadzał wspomnianego ambasadora po Nagasaki. Pokazał mu wtedy miejsce śmierci męczeńskiej pierwszych chrześcijańskich misjonarzy.
Z wielkim przejęciem opowiadał: "To było tutaj - umarli na tym wzgórzu. Powieszono ich do góry nogami, z głowami zwieszonymi nad dołami kloacznymi. Walczyli, żeby się nie utopić, ale w końcu zginęli, topiąc się w tych fekaliach". I podsumował to słowami: "Piękna śmierć"... Właśnie na takich historiach się wychowywałem i w takich klimatach rodziła się myśl o powołaniu. Zatem, gdy mówimy o wpływie i fascynacjach, o tym jak sobie wyobrażałem bycie pastorem, to wtedy były we mnie głównie myśli o wielkości, o chwale. I to takiej świętej chwale.
- Uważasz, że to zła droga?
- Nie, ale, myślę, że takie podejście jest charakterystyczne raczej dla ludzi młodych. Chociaż wciąż uważam, że jest to coś niesamowitego i właściwego. Dzisiaj też życzyłbym sobie, żebym mógł młodemu człowiekowi opowiedzieć o Maksymilianie Kolbem i podkręcić go do miejsca, w jakim ja kiedyś byłem, żeby ten człowiek chciał zostać księdzem. Ale dzisiaj - mam wrażenie - świat się znacznie zmienił...Drugą postacią, która również miała duży wpływ na moje poglądy w tamtym czasie był ksiądz Jakub Laval. To duchowny, który trafił do zniszczonej moralnie parafii na wyspie Mauritius. Do kościoła przychodziło kilka babć na krzyż, że tak się wyrażę. Ale kiedy umierał, po latach, tysiące ludzi uczestniczyło we mszy. Siła jego służby tkwiła w tym, że był wspaniałym spowiednikiem. Tak wielu ludzi chciało się u niego spowiadać, że siedział w tej swojej "szafie" dniami i nocami. To było fascynujące.
Myślałem sobie wtedy, że pięknie jest tak żyć - otworzyć serce dla drugiego człowieka, powiedzieć mu, co Bóg myśli o tym, co on przeżywa. Dziś wiem, że taka postawa musiała wiązać się z ogromnym cierpieniem, bo człowiek w dłuższej perspektywie czasowej nie jest w stanie tak żyć. Nie jest w stanie bez końca dźwigać ciężarów innych ludzi. Ma ograniczoną pojemność. Na początku mojej służby fascynowało mnie i budowało, że ludzie przychodzą do mnie, powierzają mi najgłębsze tajniki swoich problemów, swoje sekrety, ale po dwudziestu latach traktuję to w kategoriach poświęcenia.
- Bo branie na siebie problemów innych jest zbyt dużym brzemieniem?
- Dokładnie. To nawet nie jest kwestia tego, czy ktoś ma duży lub mały problem. To jest drugorzędne. Pierwszorzędne jest to, że on przelewa na mnie swoje emocje, które mi się udzielają. Jest empatia i próba zrozumienia. Jeśli sytuacje są szczególnie dramatyczne, to nie jest łatwe. Pamiętam, jak się rozwijałem w tym względzie. Ludzie przychodzili do mnie z problemami coraz większych kalibrów...
- I co, zmieniłeś podejście? Ludzie wciąż zwracają się do ciebie ze swoimi sprawami?
- Przychodzą, dzwonią, proszą o modlitwę. Cały czas są osoby, które chcą się spotkać, porozmawiać. Często jest tak, że przychodzą, zwierzają się, mówią, że potrzebują pomocy, a po jakimś czasie okazuje się, że bardziej niż rady oczekiwali wysłuchania. W końcu, po kilku spotkaniach się wycofywali. Teraz już staram się rozróżniać tę potrzebę. Dawniej uważałem i mówiłem - jak misie koala z animowanego filmu dla dzieci - "jestem tu, by pomagać". Dzisiaj widzę, że ludzie dużo bardziej potrzebują relacji i przyjaźni. Jest coś w tym... Ludzie zajmujący się terapiami psychologicznymi twierdzą, że najbardziej uzdrawiającym elementem samej terapii jest relacja, czyli nawiązanie więzi zaufania, a już niekoniecznie same porady, które będą w jej trakcie udzielone. Dlatego czasami ludzie się wycofują, bo ja idę bardziej w stronę rozwiązania problemu, a oni oczekują długofalowej relacji, opartej na komunikowaniu zrozumienia i współczucia. Jakiejś określonej grupie ludzi jestem to w stanie dać, ale nie jest to możliwe w przypadku zbyt wielu osób. Chociaż robię, co mogę, jest to niewykonalne, bo w pewnym momencie zaczyna brakować czasu i siły.
- Czy masz wrażenie, że to, co robisz jest doniosłe?
- Myślę, że jest doniosłe. Kiedy się zatrzymam i pomyślę, czym jest życie, kim jest Bóg, że wszystko jest marnością, to naprawdę sądzę, że robię coś niezwykłego i doniosłego. Ale nie jest to myśl, która towarzyszy mi na co dzień. Bo chociaż staram się z całych sił, jeśli miałbym patrzeć na świadectwa i doświadczenia, to jednak sądzę, że można było zrobić dużo więcej. Albo ten zawód jest taki, że przy jego pomocy nie można świata zmienić. Kiedyś myślałem, że bycie w sferze kleru może wpływać na ludzi.
Dzisiaj widzę, że świat mnie bardziej zmienił niż ja jego, i że doświadczenia życia bardziej mnie kształtowały niż ja je kształtowałem. Jest również i tak, że ludzie, którzy są w kościele, nawrócili się za sprawą mojej służby lub czegoś dzięki niej doświadczyli - są bardzo wdzięczni, że ktoś taki jak ja jest, że wiernie robi swoje. Ale to jest ich punkt widzenia - mają prawo tak to widzieć. Ja widzę to inaczej.
- A czujesz się mentorem?
- Wierzę w taką dość oklepaną maksymę, w której jednak jest dużo prawdy: "Jak uczeń jest gotowy, to i nauczyciel się znajdzie". A zatem, czuję się mentorem dopiero wtedy, gdy ktoś o tym zdecyduje. Gdy ktoś świadomie zaczyna za mną iść, daje mi to odczuć, zadaje pytania. Wtedy tak. Ale ambicji bycia mentorem nie mam.
- Ale kiedy pojawiasz się w kościele, to musisz mieć przekonanie, że masz coś do przekazania.
- Tak, jestem głosem. Z tym się zgodzę. Mam tego świadomość - odkryłem to w trakcie służby. Kiedy zaczynała się moja droga życia z Bogiem, nie potrafiłem wszystkiego nazwać. Jednak w pewnym momencie odkryłem, że chcę być pasterzem. Nigdy nie widziałem siebie jako pastora zakładającego zbory, ewangelisty, organizującego krucjaty, proroka, który słyszy coś od Boga i przekazuje ludziom wolę Bożą, ani jako nauczyciela, wykładającego Biblię. Widziałem siebie właśnie jako pasterza. Dzisiaj mogę powiedzieć, że jestem kaznodzieją-motywatorem, bo to określenie znacznie lepiej precyzuje to, co jest moją silną stroną. Jestem głośny. Lubię nakrzyczeć, rzucić wyzwanie, wsadzić kij w mrowisko. Lubię powiedzieć coś niepopularnego i jeszcze podeprzeć to paroma argumentami, żeby się ktoś wzburzył. Myślę, że to jest część mojego powołania. I często wydaje mi się, że tak złożona osoba nie może być mentorem. Jestem raczej człowiekiem, który motywuje, zachęca do podjęcia własnych decyzji, do spojrzenia na sprawy w taki, a nie inny sposób, do uwierzenia w pewne rzeczy w nowy sposób, do wiary w to, że się uda, że można coś zrobić.
Mentor kojarzy mi się raczej z kimś w sile wieku, kto spokojnie słucha, by następnie udzielić arcymądrej i precyzyjnej odpowiedzi.
- Przyznaj się - na pewno czujesz, że jesteś przewodnikiem dla ludzi, zwłaszcza tych młodych?
- No tak. Myślę, że jestem. Biada mi.
- A uważasz, że masz wpływ na ludzi?
- Kiedy ktoś mnie pyta, czy mam wpływ na ludzi, to zastanawiam się, jak mam to zmierzyć? Czy brać pod uwagę fakt, że ludzie reagują na to, co mówię i jak rzeczy robię? Czy to już jest wpływ? Czy wpływ jest wtedy, kiedy osiągnę cele, które zamierzyłem? To tak jak z przypowieścią o czterech glebach. Pierwszy człowiek usłyszał i odszedł z radością. Ten wpływ na pewno mam - ludzie wychodzą z kazań radośni, zachwyceni, podniesieni, z dobrą myślą. Ale którzy ludzie dochodzą do poziomu czwartej gleby? Czasami myślę, że moje kazania są zbyt lekkie. Z drugiej strony znów, czy trudne kazanie na pewno miałoby większy wpływ?
- A kim dla ciebie jest Bóg?
- Dziwne pytanie, jakieś podchwytliwe.
I już wiem, że pastor nie lubi ogólnych, pachnących filozofią pytań. Nie rezygnuję. Według mnie to bardzo dobre pytanie.
- To przecież prosta kwestia.
- Jak prosta? Teologowie nie wiedzą, a ja mam wiedzieć?
- Ale ja pytam: kim dla CIEBIE jest Bóg?
- Dla mnie Bóg był zawsze Osobą. Taka prosta wiara. Myślę, że to jest dobra odpowiedź.
- Tylko? I nic więcej w tym teologicznym temacie nie powiesz?
Czasem musiałam z pastora wydobywać odpowiedzi niemal siłą. Tak było w przypadku tego pytania, na które tak mu się nie chciało odpowiadać. W końcu podjął wyzwanie.
- Bóg jest tym, który podnosi moje życie. Jest źródłem mojego życia. Źródłem zadowolenia, szczęścia, zbawienia. Wiem, że wszystko trzyma w swoim ręku. Cały świat i moje życie. Jest moim przyjacielem. Wszystko w moim życiu kręci się wokół Boga. Nie wyobrażam sobie, żeby snuć jakieś plany o sobie, o życiu, o świecie bez Boga. Jestem ułomny. Jestem chory na Pana Boga. Nieuleczalnie.
Tu pastor poprosił mnie, żebym gdzieś na marginesie odnotowała, że to ostatnie zdanie - jestem chory, nieuleczalnie - bardzo mu się podobało. Bardzo.
- Ktoś może patrzeć z zewnątrz i myśleć, że jest to jakaś ułomność. Dla wielu ludzi jest to szaleństwo. Często spotykałem niedowierzających: "Ale co, Bóg jest dla ciebie wszystkim? Bez sensu. To po co ten cały piękny świat? Nie możesz sobie go ułożyć, czy nawet wyobrazić bez Pana Boga?" . Może jestem jakiś ułomny albo chory, bo właśnie nie potrafię.
To tak, jakby wyłączyć dopływ prądu. Pstryk i wszystko traci sens. Z taką wiarą urodziłem się, wychowałem, wzrastałem. Później ona rozwinęła się jeszcze bardziej w moim życiu. Od momentu, gdy tak diametralnie zawierzyłem Bogu jest to proces już tylko wzrastający. Przejmuje coraz więcej obszarów w moim życiu. Amen.
- To nie koniec, pastorze. A jaki jest Bóg?
- Dobry, miłosierny, łaskawy, nieskory do gniewu i bardzo cierpliwy. Myślę, że jest kimś, kto szuka kontaktu z człowiekiem i zależy mu na tym, żeby go znaleźć. On stworzył człowieka i chce z nim nawiązać więź, relację. Tak sobie to wyobrażam. Tęskni za człowiekiem po tym, jak go stworzył. Czyli inaczej mówiąc: Bóg jest bardzo ludzki. Bardziej niż możemy to sobie wyobrazić. Biblia opisuje go jako Osobę, która płacze, śmieje się, szydzi z wrogów.
- A według ciebie jest mężczyzną czy kobietą?
- Na pewno jest mężczyzną.
- Nie. Ani kobietą, ani mężczyzną.
Czuję, że teraz moje pytanie pastorowi się podoba, i że w tym temacie musi się wykazać - tak po męsku.
- Nie, nie. Jest na pewno mężczyzną.
- Na jakiej podstawie tak twierdzisz?
- Tak mi się wydaje. Tak czuję intuicyjnie. Jak widzę burzę, błyskawice i wali to z nieba, i ten grad, i ta ulewa, drzewa się przewracają, i tornada, i powódź... Nie może być kobietą. Kobiety takie nie są.
- Są.
- Są takie?
- Aha.
- Ok. Może. To tylko pod warunkiem, że kobiety też takie są. Ale jeżeli kobiety takie nie są, to Bóg jest na pewno mężczyzną.
Patrzę na człowieka, który siedzi naprzeciwko mnie i nie mogę się napatrzeć. Robi wystrzałowe miny, gestykuluje - niezły aktor byłby z niego!
- Co to ma wspólnego z Bogiem?
- Moc, siła, agresja, nieprzewidywalność, dążenie do celu, gotowość na to, żeby niszczyć, żeby coś nowego zbudować, niepatyczkowanie się z drobnostkami.
Świat jest do niczego, trzeba go cały zalać potopem i wygubić.
A później Bóg mówi: drugi raz czegoś takiego nie zrobię. To tak, jak ja. Bardzo się z tym utożsamiam, dlatego myślę, że Bóg jest taki jak ja. Więc raczej jest mężczyzną.
- To jest nieteologiczne.
- Zdaję sobie z tego sprawę. Ale powiem tak - bardzo nieteologiczne jest stawianie takiego pytania. To jest jakaś lewacka, albo inna myśl.
Co to w ogóle za temat rozważać płeć Boga?
- W książce Chata Williama P. Younga poruszony był ten temat.
- A tak! Bóg Ojciec przedstawiony jest w niej jako kobieta. Rewelacja. Woda na młyn, aż się mózgi lasowały ludziom. Uzasadnienie było bardzo dobre. Teza była taka, że Bóg każdemu człowiekowi objawia się w sposób, który jest w stanie przyjąć, czyli, że tak powiem: Bóg gra na tych strunach, które posiadamy. Natomiast abstrahując od teologii i od książki Chata podtrzymuję, że Bóg jak nic jest mężczyzną. Chyba mogę pozostać przy swojej opinii, szczególnie, że ona nie wykracza poza teologię?
- Nie będziesz się tego wstydził?
- Nie, na pewno nie będę się wstydził poglądu, że Bóg jest mężczyzną. Na pewno nie. Wstydziłbym się, gdybym powiedział, że jest kobietą. Dopiero by było tłumaczenia.
Pastor wybucha śmiechem (i nie może przestać).
- Pewność, że jest mężczyzną jest niewielka.
- W świecie może jest niewielka, ale ja jestem przekonany! To jest Bóg Ojciec, ma brodę, twarz pełną pokoju, miłości, mocy. Jak patrzy to może oczami przepalić wroga. Jest jak lew Aslan. Taki jest. Ale, jak cię to nie interesuje, to możemy o tym nie rozmawiać.
- Interesuje, ale spodziewałam się innej odpowiedzi.
- Aha, takiej liberalnej, że ani mężczyzną, ani kobietą?
- No tak.
- Bo to jest chyba prawidłowa odpowiedź, natomiast jest ona bez sensu, bo jest mało emocjonalna. Ja lubię odpowiedzi emocjonalne, niosące jakąś nadzieję, siłę, wyobrażenie. Pomaga mi się to utożsamić. Zatem dla mnie jest mężczyzną.
Przyznam, że z ulgą przyjęłam koniec rozmowy na ten temat. W pewnej chwili zaczęłam się zastanawiać dokąd ten teologiczno-filozoficzny dyskurs nas zaprowadzi. Lecz z drugiej strony sposób mówienia pastora, szaleńcze miny i celowe przedrzeźnianie naprawdę mnie rozbawiły.