Jak na złość zima nie chce odejść. Na zewnątrz siarczysty mróz, śnieg po kolana, w chałupie wcale nie jest przytulniej. Nie ma komu narąbać drewna, węgiel się kończy i trzeba oszczędzać. Ale najzimniej jest nocą, kiedy wygasa piec, a przez szpary w dachu i ścianach wciska się siarczysty ziąb.
W kolejne marcowe popołudnie w przytarganym do kuchni łóżku pod grubą pierzyną grzeją się wzajemnie Marta Matysek i przytulona do niej córka Johanna. Słychać tylko wycie wiatru, szczekanie psów gdzieś w oddali i rzewny śpiew nastolatki:
- "Je w ogrodzie bioło róża. Jo jej tam rwać niy moga. Miyłowałach roz jednego, już go teroz niy bynda. Miyłowałach go serdecznie, w sercu swojem nosiłach. Po wielech sie nie doznała, że ta miyłość fałszywo..."
Nagle na zewnątrz, całkiem blisko od chałupy, wybrzmiewają kobiecy lament i podbite strachem wołanie o pomoc:
- Aaaaaaa! Boja sie wody! Niyyyyy!
- Matulu, jo niy chca! Ludzie, ratunku! - krzyczy inna.
- Skokej, niy godej! - ponagla trzecia, po dojrzalszym głosie można wnioskować, że najstarsza.
- Jezusie, zmiyłuj sie nad nami - szepcze Marta.
Zerka z niepokojem w stronę okna, po czym wymienia spojrzenia z córką.
Przez moment się waha. Wstaje, opatula się chustą i rusza, by sprawdzić, co się stało. Przez przyozdobione mrozem szybki niewiele widać, więc chucha ciepłym powietrzem, by nieco je roztopić, równocześnie rzucając nieufne spojrzenia w różnych kierunkach. Niebo spowite chmurami i zbliżający się zmrok pozwalają dostrzec zaledwie kontury. Słychać kłótnię, a raczej krótkie, stłumione odzywki.
- Mamulko, idom? - pyta zaniepokojona Johanna.
Trzydziestopięcioletnia kobieta nie odpowiada. Przełyka nerwowo ślinę, starając się ukryć przed córką strach. Na zewnątrz nasila się gwar, przeważają męskie głosy.
- Co godajom? - Nastolatkę aż skręca.
- Johanna, niy być gupio. Wiysz, iże niy umia zrozumieć, kedy godajom niy po naszymu - odpowiada matka.
Nagle wszystko zagłusza odgłos serii z karabinu maszynowego.
- Mamulko, powiydz, co tam sie dzieje? - Dziewczynka chowa się za łóżkiem. - Widać coś? - pyta zaniepokojonym głosikiem i cała drży.
Marta oczy chce sobie wypatrzyć, ale bez skutku. Podejrzewa, że do czegoś dochodzi na podwórku sąsiadów, przy studni, z boku jej chałupy. Nagle niebo rozświetla pomarańczowa łuna. W oddali płonie czyjś dobytek.
- O, poli sie - mówi Marta.
- Co? Pokoż.
- Ani sie woż wylyźć. Chałupa sie poli, a co sie mo polić. - Marta właśnie zdaje sobie sprawę, że dla niej to już normalny widok. - O, Ponbóczku, idom. Idom ku nom. Johanna, chowoj sie do kofra.
Matka rzuca się w stronę drewnianych drzwi, by je zatarasować. Jeden kopniak buciorem i kobieta odbija się od wejścia, po czym upada na drewnianą podłogę. Do sieni wpada lodowate powietrze i sześciu uzbrojonych zmarzniętych sołdatów. Gospodyni szybko się podnosi i rusza do izby, by podjąć desperacką próbę ochrony córki.
- Niemieckije szluchi. - Jeden z żołnierzy ostentacyjnie pluje. Jego oczy wręcz kipią mieszaniną wściekłości i obleśnego pożądania.
- Dawaj, Sasza! Podierżi staruju żabu, sztoby ona nie mogła pokriczat' - decyduje mężczyzna po czterdziestce. Pewnie oficer, bo nosi czapkę z daszkiem i czerwonym otokiem, na którego środku lśni złoty emblemat z krwistą gwiazdą.
- Togda ja trachnu molodien'kuju suczku. Witia, Oleg, Dierżitie jejo - mówi rozentuzjazmowany młodszy od niego wiekiem i rangą żołnierz w furażerce.
Na nic lament, płacz, wierzganie nogami i wzywanie pomocy. Dwóch trzyma brudnymi łapami Martę, dwóch jej trzynastoletnią córkę, kolejnych dwóch w pośpiechu opuszcza spodnie aż do kolan. Wydawałoby się, że wszystko odbywa się bardzo szybko, ale nie dla leżących na jednym łóżku matki i córki. Choć momentalnie mają rozszarpane wełniane rajtki, zadarte halki i spódnice, dla nich właśnie rozpoczyna się trwające w nieskończoność piekło. Pan oficer taranem wchodzi w kobiece lędźwie i rozpoczyna ulubiony codzienny rytuał. Codzienny, choć za każdym razem z inną. Dziś jest nią Marta, choć najpierw wybór padł na jej sąsiadkę. Niestety razem z dwiema córkami na widok zbliżających się Rusów wskoczyły do studni z lodowatą wodą, a że młode panny nie umiały pływać, szybko poszły na dno. Ich matka jeszcze jakąś chwilę trzymała się zmarzniętymi palcami śliskich kamiennych kręgów, ale jej ucieczka została ukarana serią z pepeszy. Kilka dni wcześniej inna sąsiadka, mieszkająca parę domów dalej, by nie zostać zhańbiona, podcięła sobie żyły. Tym dwóm babom chyba jeszcze zależy na życiu, myśli ruski oficer i młóci, ile ma siły. Co jakiś czas zerka na młodego, który obok robi to samo z dziewczynką, a buchająca z jego ust para oraz gwizd dobywający się z krtani z zalegającym śluzem przypominają rozpędzoną lokomotywę.
- Zakonczili, tiepier' nasza oczieried' - przypomina o sobie Oleg trzymający Martę. Z otwartej na oścież, szczerbatej, zarośniętej gęby kapie mu ślina prosto na kobiecą dłoń, której nie pozwala nawet drgnąć.
Oficer kończy, co zaczął, po czym wstaje, wyciera przyrodzenie o poszwę pierzyny i decyduje:
- Dawaj, mieniajemsja! Chołodno że. Bystrieje szewielis'!
- Towariszcz komandir, ja jeszczio nie zakoncził - tłumaczy się młody.
- Wytaskiwaj chuja, tiepier' ja - popędza Oleg, po czym zrzuca go z Johanny i zajmuje jego miejsce.
Następuje roszada, a po niej kolejna. Po wszystkim żołnierze wychodzą, zostawiając za sobą błoto przyniesione na butach i otwarte na oścież drzwi, którymi bawi się wiatr. Nie zabierają łupów, bo już nie ma czego grabić. Ci, którzy pojawili się pierwsi, wywieźli kury, gęsi, konia i krowę. Następni zapasy mąki, wędzoną słoninę, cebulę i ziemniaki, a od czasu do czasu na inspekcję wpadały trzy-, czteroosobowe bandy po resztę. Zniknęła zastawa będąca w rodzinie od kilku pokoleń, patera Rosenthala, zegar, mosiężne świeczniki, maszyna do szycia, a nawet żelazko. Z wartościowych rzeczy zostały tylko święte obrazy, które dla Sowietów stanowiły jedynie źródło uciech. Poprzecinali je bagnetami. Jakakolwiek próba obrony dobytku kończyła się biciem oraz przekleństwami, że germańskiej swołoczy nic się nie należy. "My som Ślonzoki", albo "jo niy Niymiec, jo je Polokym", padały tłumaczenia, także w innych domostwach, ale na nic się zdawały, zwłaszcza kiedy w chałupie znaleziono książki pisane po niemiecku.
To najsmutniejsza wiosna w Żernicy, a na pewno jedna z najgorszych w znanej nam historii regionu. W całej wsi chłopów można policzyć na palcach jednej ręki, to w zasadzie starcy, jest też kilkunastu synków. Obecnie większość lokalnej społeczności stanowią kobiety. Pozostawione, zdane na siebie, bez obrony. Jest marzec czterdziestego piątego i choć wydawać by się mogło, że mężczyźni zginęli na wojnie, nie to jest przyczyną ich nieobecności.
W styczniu pojawili się krasnoarmiejcy mieniący się wyzwolicielami. Ich łupem w pierwszej kolejności padły okoliczne poniemieckie zakłady: kopalnie, huty i fabryki. Na potęgę rozbierano maszyny, sprzęt, grabiono surowce, które masowo wywożono pociągami do Związku Sowieckiego. Ze wsi wywożono bydło. W lutym w całym regionie pojawiły się plakaty zatytułowane "Befehl No 2". Nakazywały pod groźbą kary śmierci stawienie się wszystkich mężczyzn w wieku od szesnastego do pięćdziesiątego roku życia w biurze rejestracyjnym w najbliższym mieście, Gleiwitz. Chodziło o obowiązkowe roboty porządkowe na linii frontu, które w założeniu miały potrwać czternaście dni. Należało zabrać ze sobą własny prowiant i ciepłą odzież. Można było się domyślić, że nie chodziło o dwa tygodnie, lecz znacznie dłużej, jednak nikt nie miał pojęcia, co się kryje za owym obwieszczeniem.
Na Żernicę padł blady strach. Trzystu kwalifikujących się wiekiem mężczyzn spakowało najpotrzebniejsze rzeczy i zanim ruszyli w drogę, przybyli do kaplicy, by się pomodlić o szczęśliwy powrót. Lokalny farorz, Ernst Kiesling, postanowił dać im wsparcie, którego potrzebowali, i zapowiedział, że pójdzie razem z nimi. Przecież księdza nikt nie ruszy, a skoro tak, to i jego trzódka powinna się czuć bezpiecznie, sądzili ufni parafianie. Po pożegnaniu z rodzinami wyruszyli w nieznane i na wiele miesięcy słuch po nich zaginął.
Marta czeka na męża Oswalda i dwóch synów: siedemnastoletniego Wilhelma i rok młodszego Fryderyka. Codziennie się za nich modli i wierzy, że wrócą cali. Oni, jak wszyscy górnicy i hutnicy ze wsi, w czasie wojny byli zmuszani do pracy dla nazistów, jako siła robocza. Wraz z odejściem wojsk niemieckich pojawiła się nadzieja, że Rosjanom także się przydadzą i zostaną oszczędzeni. Niestety nadal nie wiadomo, co się z nimi stało i czy kiedykolwiek wrócą. Jeśli oceniać po tym, co we wsi wyprawiają sołdaty Stalina, szanse, że chłopy wrócą całe, maleją z każdym dniem. Ale najgorsze jest to, jak okupanci traktują lokalną społeczność. Grabią, co się da, gwałcą bez względu na wiek, w razie oporu tłuką, ile wlezie, po czym i tak mordują lub po pijaku dla zabawy rozstrzeliwują, często całymi dziesiątkami. Mieszkająca po drugiej stronie wsi siostra Marty, Rita, ze strachu przed Rusami najpierw zadźgała nożem kuchennym swoją córkę, potem teściową, a na końcu wbiła ostrze we własne serce, w ten sposób chroniąc rodzinę przed nadciągającym okrucieństwem. Czy o tym wszystkim da się kiedyś zapomnieć?, martwi się Johanna, jak co dzień uciekając w znaną niemal na pamięć lekturę - ukrytą przed Sowietami książkę Reise um die Erde in 80 Tagen.