Wydawałoby się, że to dzień jak co dzień. Ot, kolejne popołudnie pierwszego przedwiośnia stanu wojennego. Ryszard gramoli się po schodach na pięterko familoka, gdzie mieszka z rodziną. Jak zwykle dociera tam trzy godziny po robocie, narąbany w sztos. Mijając nieogrzewaną sień, nie zdejmuje przemoczonej kurtki i zabłoconych buciorów, lecz pakuje się tak, jak przyszedł - wprost do ciepłej izby.
- Obiad! - krzyczy od drzwi.
Momentalnie staje przy nim zatroskana żona. W spracowanych dłoniach dzierży robótkę ręczną.
- Nie ma obiadu. Znowu odłączyli gaz - tłumaczy, a głos więźnie jej w gardle.
- To trzeba było uwarzyć na piecu! Głodny jestem!
Trzydziestolatek opada na styraną kanapę i rzuca pogardliwym spojrzeniem w stronę spłoszonych dzieciaków grzejących się przy kaflowym piecu. Chłopiec i dziewczynka siedzą w kucki z zeszytami na kolanach i długopisami w dłoniach. Mężczyzna zerka spod byka na stojącą bezradnie żonę, po czym omiata pijackim wzrokiem wnętrze, jakby szukał zaczepki. Na trzydziestu paru metrach kwadratowych ich wspólnego mikroświata odbywa się wszystko - kucharzenie, jedzenie, spanie, mycie dzieci i ich matki, bo ojciec szoruje się w robocie, gra w kości i karty z sąsiadami, a obecnie szydełkowanie i odrabianie lekcji. Poza tym pomieszczeniem rodzina dysponuje niewielką piwnicą, gdzie zwyczajowo przechowuje kartofle i przetwory. Nie dorobili się lodówki, ale mają telewizor.
Ryszard i Janina kilka lat temu przenieśli się z Cieszyna, bo on dostał robotę w Hucie Silesia. Po roku lokal na Napierskiego Kostki w Rybniku załatwił mu kierownik zmiany. Wstawił się też w Polmozbycie, żeby i Jasia mogła przynieść trochę grosza do domu. Ryszard najpierw się ucieszył. Teraz żałuje, bo akurat tam stacjonuje obecnie wojsko, a wyposzczonym żołnierzom nie wolno ufać. Cała ta sytuacja ze stanem wojennym tak go denerwuje, że dzień w dzień musi odreagowywać. Przepija ćwierć wypłaty, a że lubi przy tym zjeść, sam przejada drugie tyle.
Mężczyzna wstaje i lekko chwiejnym krokiem robi obchód izby. Głuchy tupot jego buciorów i skrzypiąca podłoga wybijają się na tle odgłosów trzaskającego w piecu ognia.
- Przynieś mi z piwnicy słoninę i słoik z ogórkami - żąda dyrektywnie.
- Przecież się skończyły - odpowiada trzęsącym się głosem Jasia.
- Żałujesz mi? A co im dałaś? Nie wierzę, że jadły sam chleb - docieka, wskazując z wyrzutem na dzieci.
Żona potulnie spuszcza wzrok i odpowiada ze ściśniętym gardłem:
- Jedliśmy maleńką kiełbaskę na patyku. Ale tylko jedną we trójkę, upiekliśmy ją w piecu. Mogę ci też upiec.
- Kiełbasa miała być na Wielkanoc! - Mężczyzna nakręca się potwornie.
- A co miałam im dać? Głodne, zmarznięte wróciły do domu - tłumaczy się kobieta.
- Zmarznięte? A wojsko też zmarznięte? Znowu zanosiłaś im herbatkę? Który ci tam wpadł w oko, suko?
A ten znowu swoje, myśli matka. Przeczuwając zbliżające się rękoczyny, woła do dzieci:
- Uciekajcie do sąsiadów!
Mąż wali ją z pięści prosto w twarz, tak mocno, że kobieta upada na drewnianą ławę, uderza się głową o kant i osuwa na podłogę. W miejscu, gdzie teraz leży, pojawia się czerwona plama. Przerażone maluchy, usłyszawszy gruchnięcie, zatrzymują się przy drzwiach i wpadają w rozpacz.
- Ratunku, tatulek zwariował! Znowu nas bije! - krzyczy na cały dom dziewczynka.
- Mamusiu, wstawaj - prosi przejmująco chłopiec.
- Wy niewdzięczne antychrysty! - wydziera się ojciec i rzuca się w ich stronę.
Dzieci w popłochu uskakują na boki, każde w innym kierunku. Zapijaczonemu ojcu udaje się jednak schwytać córkę. Siłą przyciąga jej twarz do pieca.
- I co, Miśka? Nadal jesteś zmarznięta? Już ja cię rozgrzeję! - wrzeszczy i otwiera żeliwne drzwiczki.
Dzieci uderzają w płacz. Chłopiec spazmuje. Jego siostra próbuje się wyrwać, wydzierając się wniebogłosy. Jednak ojciec silną ręką trzyma ją w pasie. Drugą wygrzebuje pogrzebaczem kawałki rozgrzanego węgla, żeby zrobić miejsce. Gorąc bucha na całe mieszkanie.
- Riszat, do ciula, cicho tam, bo zwonia po milicyjo! - słychać męski głos zza ściany.
- Jesteś taka sama jak twoja matka. Właź do pieca!
Ryszard traci równowagę.
Wywraca się, uwalniając dziewczynkę, ale przy okazji nieumyślnie wygarnia kilka rozżarzonych węgli. Te turlają się po drewnianej podłodze wprost pod pryzmę pierzyn i pościeli. Mała ucieka do brata. Oboje, jak na zawołanie, przestają płakać, z przerażeniem obserwują, co się wydarzy. Ojciec gramoli się niezbornie, nie widzi jeszcze, co się stało, klnie pod nosem. Dziewczynka przezornie stara się kopnąć węgielki bliżej pieca, przed którym leży kawał blachy. Z paroma jej się udaje, ale nie ze wszystkimi. Jeden już przywarł do drewnianej podłogi i w tym miejscu deska zaczyna się tlić. Od drugiego zapala się makatka. Miśka wyjmuje z wiaderka na popiół metalową łopatkę i chce na nią nabrać żarzący się węgielek, ale to droga przez mękę. Ponawia kopnięcia z całej siły, aż w końcu przypieka sobie palce rajtek.
- Aaaaaaaaaa! - krzyczy, bardziej ze strachu niż z bólu.
- Miśka, ogień - zauważa jej brat i pokazuje na pierwsze jęzory niszczycielskiego żywiołu, które liżą szmacianą narzutę.
Ojciec, jakby nadal nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji, podnosi się na nogi, grożąc palcem niewidzialnemu wrogowi. Nie może utrzymać równowagi. Kiwa się, rzucając pobieżnie wzrokiem z kąta w kąt w poszukiwaniu córki, której miał wymierzyć karę. Ignoruje leżącą we krwi żonę, nie widzi zamarłego w przerażeniu syna ani ukrywającej się za jego plecami Miśki. Zauważa jednak coś, co mu się wydaje niepokojące. Zastyga niczym posąg, jakby nie wiedział, czy to sen. W tym momencie płomienie pożerają już lakierowaną boazerię i meblościankę. Ogień szusuje coraz wyżej, dopada bukietu sztucznych kwiatów, które dotychczas umilały życie gospodyni. Teraz z wiązanki skapują rozgrzane krople płonącego plastiku, rozsiewając ogniste nasiona. Przerażony chłopiec odwraca się do siostry i łapie ją za rękę.
- A mama? - pyta dziewczynka i zerka w jej stronę.
Matce palą się włosy i ubranie. W mig cała staje się ogniem.
- Aaaaaaa! Mamusiu! - Młoda wpada w histerię.
- Mama! Tato! Pomóż! Pożar! - wtóruje jej brat.
Ryszard, jakby dopiero teraz do niego dotarło, że to jednak jawa, rzuca się ratować dobytek. Łapie za telewizor, ciężki jak cholera, nie może go unieść, ale jest najważniejszy, bo najcenniejszy. Tylko co z nim zrobić? Wynieść? Bo chyba nie wyrzucić przez okno? To pierwsze piętro, urządzenie stłucze się w drobiazgi. Mija więc skulone pociechy i wynosi telewizor na korytarz. Zostawia go tuż za drzwiami, tarasując drogę ucieczki. Wraca, trącając syna. Chłopiec upada, lecz siostra od razu rzuca mu się na pomoc.
- Wstawaj! Musimy uciekać! - nakłania, ale nagle w mieszkaniu pojawia się sąsiad.
Wielki jak dąb Alojz stara się obejść telewizor, jednak na widok szalejących w mieszkaniu płomieni robi w tył zwrot i wybiega, drąc się wniebogłosy:
- Ogyń, uciykejcie, wszyjscy wynocha z domu!
Słychać nerwowy, paniczny tupot po schodach: kilka par w butach, kilkanaście bosych stópek. Dopiero teraz, jakby słowo "ucieczka" nabrało realnego wymiaru, dzieci Ryszarda ruszają pędem w stronę drzwi. Niestety, tuż przed nimi upada element meblościanki, zagradzając dostęp do wyjścia. Sparaliżowana strachem dziewczynka zerka za siebie. Odwrotu już nie ma. Ogień wspina się po boazerii na dwóch ścianach, trawi kanapę, meblościankę, w zasadzie większość rzeczy w ich domu. Palą się makatki, serwetki, dywaniki i dużo plastiku, modny, dlatego wszędzie go pełno. Wszystko, co łatwopalne, właśnie dołącza do diabelskiego tańca.
- Okno! - woła Miśka i wskazuje na otwór, na który tyle razy narzekali, że nieszczelny, ciepło nim ucieka, a zimno wpada bez pytania.
Żeby do niego się dostać, trzeba ominąć leżącą na podłodze plastikową lampę, kiedyś z wiklinowym kloszem, teraz samą ażurową konstrukcję z płonącym kablem przypiętym do gniazdka. Dziewczynka nad nim przeskakuje, z obawy przed prądem niepotrzebnie za wysoko, bo potyka się i ląduje na klęczkach. Wstaje, ale jej los został przypieczętowany. Sukienka, ta ukochana, co ją dostała od chrzestnego, zajęła się ogniem, a ten już nie odpuści. Momentalnie obraca Misię w żywą pochodnię. Brat reaguje błyskawicznie:
- Ojciec! - Kaszle, bo wszechobecny dym drapie go w gardle. - Miśka!
- Aaaaaaaaa! - krzyczy przerażona dziewczynka. Panicznie macha rękami, usiłuje strzepnąć z siebie ogień. - Tatku, parzy! - Na jej przedramionach wykwitają wielkie bąble.
Lecz Ryszard, zamiast na ratunek, robi kilka susów i już jest przy oknie. Nawet się nie ogląda, tylko skacze. Chłopiec zanosi się spazmem, nie wie, co ma robić. Ratować Miśkę czy uciekać? Gorąc jest nie do wytrzymania, dym dusi. Drzwi zatarasowane, w dodatku płoną. Trzeba szybciutko dostać się do okna, do chłodu, do powietrza. Chwilę się waha, ale ostatecznie podbiega za rodzicielem, wspina się na parapet i patrzy w dół.
- O, Panie Boże, jak wysoko - lamentuje, szlochając.
Odwraca się w stronę mamy i siostry, ale ich już nie ma. Zamieniły się w ogień. Z sufitu spada płonąca belka stropowa. Pożar przedziera się na drugie piętro. Gorąco jak w piekle.
- Skacz! - słychać głosy dochodzące z zewnątrz.
Chłopiec, dygocząc, robi mały kroczek. Patrzy błagalnie na przyglądających mu się z dołu ludzi, jakby liczył, że ktoś go wybawi. Pomoże jakoś, zdejmie z okna, bo to za wysoko na takiego malca. Za plecami ma ogień, przed sobą - przepaść. Jego ojciec, do którego chyba wreszcie coś dociera, chodzi, kulejąc, i w kółko szlocha:
- Co ja zrobiłem? Co ja zrobiłem?
Sąsiedzi, nie mając świadomości, że żona i córka Ryszarda już się nie uratują, krzyczą do stojącego w oknie chłopca:
- Skacz! Zrób miejsce mamie i Miśce!
- Skokej. Niy stój tak! - ponagla ktoś, wystawiając ręce, jakby chciał go złapać.
Chłopiec nadal nie potrafi zrobić kroku. Obraca się tylko chwiejnie, raz jednym, raz drugim bokiem, gdy żar staje się nie do zniesienia. Nagle obrywa w prawe ramię kawałkiem palącej się stropowej belki, a uderzenie wyrzuca go na zewnątrz. Szczęśliwie spada w kępę krzaków. Oprócz drobnych skaleczeń i niegroźnego poparzenia ręki jest cały.
- Dziynka Bogu. Kaj Miśka? Kaj matka? - padają pytania.
Siedmiolatek, którego odtąd będą nazywać półsierotą, on zaś będzie myślał o sobie: Bliźniak, nie potrafi wydusić z siebie słowa. Jeszcze nie wie, że to, czego dziś był świadkiem, zostanie z nim na całe życie i ukształtuje jego jestestwo.