"Letkomyślna siostra"
- Teatr Rozmaitości! Tylko szybko, bo późno - zawołałem do szofera lekko rozklekotanej taksówki warszawskiej.
Mechanik, poważny tęgi pan, nie śpiesząc się, nacisnął starter, obejrzał się na mnie i rzekł:
- Zdążemy, kupa czasu. A pozwoli pan szanowny, że koleżkie po drodze na plac Zbawiciela podrzuce?
- Proszę bardzo!
Kierowca skinął na stojącego nie opodal szczupłego skromnie ubranego blondyna.
- Panie Kwiatek, walcuj się pan.
Pan Kwiatek wsiadł i ruszyliśmy. Po drodze między znajomymi zawiązała się dyskusja. Okazało się, że mechanik, oczekując na jakiegoś pasażera, był przed kilku dniami na Lekkomyślnej siostrze, w teatrze, do którego właśnie śpieszyłem. Dzielił się teraz z kolegą wyniesionymi ze sztuki wrażeniami.
- Jeden facet z prywatnej inicjatywy miał siostre Manie. Ciężka w pożyciu była to osobistość, a już jak wiersze zaczęła pisać, było widoczne, że źle skończy. I faktycznie, męża z dzieckiem przy piersi rzuciła, do miasta Wiednia pojechała i tam za tak zwane nocne życie się zatrudniała.
- To znaczy się, że za kogo? - zapytał pan Kwiatek.
- Znaczy się, że na letkomyślny chleb poszła.
- Jaki to jest letkomyślny chleb?
- To z pana chomąt, jak pragne zdrowia... No nie wisz pan? Kontrolną się została.
- Teraz rozumie.
- No i uważasz mnie pan, dokąd siedziała w tem Wiedniu, rodzina nic nie mówiła. Ale ona od razu, ni z tego, ni z owego, buch w pociąg i do Warszawy jedzie. Wtenczas, ma się rozumieć, w rodzime się zakotłowało. Mojra niemożebnego dostali, co to będzie.
- Czego się zlękli?
- Jak to czego? Nieprzyjemności i kompromitacji.
- Z jakiego powodu?
- Z powodu podchodu. Wyobraź pan sobie, że ta Mania zrobi kogoś na podchód, że rąbnie zegarek czyli tyż pekiel z forsą, bo taka się z niczem nie liczy. To do kogo Urząd Śledczy przyjdzie? Do rodziny! U nas na Marymoncie jeden krawiec miał taką letkomyślną siostre, co lubiała "siódme" zrobić, to jak jednemu kolejarzowi kazionny zegarek z portretem parowozu wyrzeźbionem na kopercie podwadziła, to zaraz przyszli do rodziny z rewizją. Zegarek co prawda śledzia zjadł, kamień woda, ale szwagier tej letkomyślnej i tak sześć miesięcy zarobił, bo bimbrownie nowocześnie urządzoną mimowolnie u niego znaleźli - aparat na chodzie i dwie beczki zacieru.
To się pytam pana szanownego, może taka rodzine skompromitować czy nie może? Miała się rodzina tej owej klawiutkiej Mani czego obawiać czy nie miała?
- No faktycznie, że miała.
- Totyż, uważasz mnie pan, jak w drugim akcie drzwi się roztwierają i wchodzi ta kontrolna, w bratowe jej jakby pieron trzasł. Sczerwieniała się, a potem zrobiła się blada jak prześcieradło i krzyczy:
"Prosze wont stąd! Niech kontrolna wyjdzie! Mój mąż poważne interesa prowadzi i komisje specjalne może nam kontrolna na łeb ściągnąć!".
- No a te nocne życie co na to?
- Usiadło i siedzi, mówi, że nie tylko nie wyjdzie, ale na stałe swoje firme do Warszawy przeniesie.
Bratowa o mały figiel nie zakitowała na serce, ale nadleciała cała rodzina oraz jakiś szpicbródka, podobnież bywszy mąż tej Mani, i taki jej dali popęd, że koniec końców pojechała nazad do tego Wiednia.
- No i na tem koniec?
- Ale gdzie! Uważasz pan, potem w kurierze przeczytali, że jakiś austryjacki gienierał w starszem wieku zakochał się w tej Maniusi i w krótkich abcugach kojfnął. Ale przedtem destament skopiować kazał, że pół miliona tej swojej miłości zapisuje.
- To niemożliwe.
- Co niemożliwe, żeby kojfnął?
- Nie, żeby zapisał forse takiej lepszej facetce.
- Niemożliwe? Życia pan nie znasz, na Bródnie przed wojną starszy przodownik tak się w jednej takiej "Feli" zamazał, że budkie z wieńcami pod smentarzem przy samej bramie jej założył. Miłość nie dostrzega czarnej książki.
- No i co było później, rodzina jej, ma się rozumieć, przebaczyła?!
- Jak byś pan zgadł, telegrame pchli do niej, żeby do Warszawy żywo przyjeżdżała. Kolacje i kwiaty naszykowali. Rzecz jasna forse chcieli od niej nażyć. Weksle już byli przygotowane, już sobie kieszenie na te kafle i górale szykowali, ale ona była cwańsza, niż jem się zdawało.
Przyjechać przyjechała, kolacje wrąbała, kwiaty wzięła, ale grosza jem nie dała. "Nie przyjęłam tego spadku - mówi - nie chce takiej forsy".
Nie masz pan pojęcia, co się wtenczas działo. Rodzina o mały figiel oknami nie powyskakiwała. A ona, ma się rozumieć, chodu.
- Rzecz jasna, że z tem nieprzyjęciem spadku to puc?
- Wiadomo - bajer! Forse wzięła i rodzine do wiatru wystawiła. Szemrana! - skończył szofer z uznaniem.
Jakoś niechcący wciągnąłem się do tej ciekawej rozmowy.
- A jak się panu podobała wykonawczyni głównej roli, nasza znakomita Eichlerówna?
- Owszem, nie można powiedzieć, bardzo doskonale odgrywa. Tylko taka jakaś troszkie jakby była śpiąca.
- Co pan chcesz! - wtrącił się znajomy kierowcy. - To z tego trybu życia: w nocy nieczasowa, a w dzień co to za spanie... Sam wiem, bo piekarz jestem!
W teatrze potem stwierdziłem, iż to, co szofer i pan Kwiatek brali za senność Mani - było mistrzowsko oddanym przez Eichlerównę przemęczeniem życiowym bohaterki sztuki.