Kotan. Czy mnie kochasz? - Przemysław Bogusz

-
Proszę czekać
?

GŁOSKÓW, CZYLI SYSTEM

Przy akompaniamencie gitary słychać smutny dziewczęcy głos. W tle obrazki: pielęgniarka zmieniająca kroplówkę chłopakowi leżącemu na łóżku, młodzi ludzie siedzący w półmroku, zasłuchani, czymś poruszeni, niektórzy chowają twarze w dłoniach. Dziewczyna śpiewa:

Hej, dolo smutna i zaćpana

To nie tak miało być

Chciał pożyć - żył do rana

Nawet nie zaczął żyć

Płakać nie będą po tobie

Już wyrzucili cię z serc

Maki zakwitną na twym grobie

Umarł narkoman - jego rzecz

Polska Kronika Filmowa 81/24A

Z Garwolina wyjeżdża się na Łuków. Szosa biegnie pod lasem, a później wśród rozrzuconych z rzadka zabudowań. Po siedmiu kilometrach łagodnie odbija w lewo i wtedy trzeba skręcić pod ostrym kątem w prawo. Wysadzana drzewami aleja prowadzi do parterowego dworku. Odchodzi od niej droga z trylinki wiodąca do starego spichlerza i stodoły. Spichlerz to jedyne, co zostało z oryginalnych zabytkowych zabudowań z pierwszej połowy XIX w. Sam dworek, od przejęcia go przez państwo w 1946 r. do połowy lat 60., popadł w kompletną ruinę. Został zrekonstruowany w 1965 r. na starych fundamentach i od tej pory do dziś niewiele się tu zmieniło. Szeroki budynek z małym, ozdobionym czterema kolumnami gankiem pośrodku od 1959 r. znajduje się w rejestrze zabytków. A to - wiadomo - kłopot.

Dlatego dwuspadowy dach pokryty karpiówką, od czasów Kotańskiego łatany prowizorycznie, nie doczekał się solidnej naprawy. Drzewa przy podjeździe też zabytkowe, więc choć podczas wichury mieszkańcy patrzą na nie z niepokojem, wyciąć nie wolno.

Przy odrobinie wyobraźni można się tu poczuć się tak jak wtedy, gdy wszystko się zaczynało. Zwłaszcza że w środku też zostało po staremu. No, może prawie. Na podłodze w sieni wprawdzie położono niedawno panele, ale na ścianach została stara boazeria z szerokich desek. Przy wejściu kominek i poutykane w różnych kątach stare sprzęty, wykopane lub znalezione dziesięciolecia temu - zardzewiały karabin, żelazko na duszę... W dużej sali, gdzie do dziś odbywają się spotkania społeczności ośrodka, na ścianie wisi zdjęcie młodego Kotańskiego przecięte w rogu czarną wstążką.

Miało tu być inaczej niż w szpitalu. I było.

"Nowy człowiek, przychodzący do nas, jest lekko zdezorientowany, trudno mu zorientować się, co tu jest grane, wchodzi w miejsce, gdzie dzieją się sprawy nie mieszczące się w jego wyobrażeniach. Mógł oczekiwać, według znanych sobie schematów kolejnej odtruwalni, domu dla ubogich, puszki lub w najlepszym przypadku hipisowskiej komuny. Tymczasem życie u nas nie jest schronem, enklawą, a więc znowu alienacją, lecz jest treningiem przed powrotem w normalność. Zorganizowaliśmy je na zasadach przeciętnego domu, w którym się mieszka, pracuje, robi zakupy, planuje wydatki, myśli o przyszłości, wspólnie rozwiązuje codzienne problemy, dużo rozmawia ze wszystkimi. Społeczność jest rodziną, w której wszyscy współdziałają dla jej dobra, w której każdy ma swoją rolę i swoje miejsce. Jest ona zorganizowana jakby na dwóch płaszczyznach, ogarniających dwie główne sfery życia człowieka: życie rodzinne i życie społeczne"[66] - pisał o swoim eksperymencie Marek Kotański.

- Większość środowiska zajmującego się terapią, zwłaszcza ludzi związanych z medycyną, z psychiatrią, była przeciwna tym metodom - zaznacza Piotr Jabłoński.

- Samoobsługa, pacjenci gotujący sobie posiłki? Przecież się potrują! Pacjenci odpowiadający za część zakupów? Przecież wszystko pokradną! Wariactwo, kompletny kretynizm! Jak to, nie będzie pana, który wymieni żarówki, dokręci kran? Sprzątać sami będą? A gdzie salowe? Nawet dzisiaj dla ludzi ze świata medycyny to są rzeczy jeśli nie podejrzane, to dziwne - ale przyzwyczaili się do tego. A wtedy była to kompletna nowość, nieznana nawet z literatury, której jeszcze wówczas nie było. W szpitalu psychiatrycznym byli ordynator, zastępca, pielęgniarka oddziałowa, dyżury, salowe, pan Jasio od wszystkiego, kucharki wnoszące i rozlewające żarcie... I nagle co, to wszystko znika? Jest jakiś lider, jakaś społeczność - co to w ogóle za cholera, ta społeczność?! Co, oni mają nagle o tym decydować? Przecież to są wariaci, na pewno wszystko spalą, zniszczą, zepsują... - ironizuje Jabłoński.

Ekipa z Głoskowa, niezrażona takimi opiniami, konsekwentnie wdraża w życie nowy model leczenia narkomanów. Podczas codziennej odprawy przydziela się członkom społeczności zajęcia w ramach zadań wyznaczonych wcześniej przez grupę. Każdy pacjent ma swój zakres obowiązków, związany z konkretną odpowiedzialnością: ktoś pracuje w kuchni, ktoś przy uprawie pomidorów, ktoś inny dogląda świń. Są też funkcje przydzielane na dłuższy czas - gospodyni domu dba o czystość i porządek, stan zapasów, bieliznę, podejmuje gości; kierownik ds. pracy planuje i nadzoruje wykonywanie poszczególnych zadań; kasjer opiekuje się finansami itd. Przydział funkcji służy przede wszystkim nadrabianiu przez pacjentów ich deficytów - jeśli ktoś ma problem w jakiejś dziedzinie życia, prawdopodobnie dostanie funkcję wymagającą uporania się z tym problemem.

Janusz Izdebski, terapeuta, jeden z obecnych pracowników ośrodka w Głoskowie o najdłuższym stażu, wspomina, że wśród wielu funkcji jedna miała wyjątkowy charakter. Opowiada, że Kotan, wraz z grupą osób uzależnionych, zabrał z Garwolina do Głoskowa dwóch pacjentów oddziału neuropsychiatrycznego: cierpiącego na autyzm Wiesława i opóźnionego w rozwoju Andrzeja, który był łącznikiem pomiędzy autystycznym kolegą a resztą społeczności ośrodka.

- Wiesław był rezydentem, takim "właścicielem majątku" i jemu się usługiwało. Była taka funkcja: "Wiesiowy", bardzo poważna - dla zaufanego człowieka, który sprawdził się w terapii jako osoba odpowiedzialna. Jego rolą było dopilnowanie spraw związanych z żywieniem i czystością Wiesława, sprzątanie pokoju, ubieranie, doprowadzenie go na czas do pielęgniarki - wyjaśnia Izdebski.

Opieka nad zachowującym się jak dziecko dorosłym, z którym niemal nie można się porozumieć (Wiesław wypowiadał jedynie pojedyncze słowa typu "mama", "papu") była dla wychodzących z nałogu narkomanów nie lada wyzwaniem, wymagającym cierpliwości, delikatności i dużego poczucia odpowiedzialności. "Dorosłe dzieci" mieszkające z narkomanami wyszły na tym eksperymencie jak najlepiej. Wiesław dożył wieku znacznie przekraczającego prognozy znane z fachowej literatury. Andrzej usamodzielnił się w znacznym stopniu, a dzięki narkomanom, którzy nauczyli go posługiwać się lutownicą i pokazali instrukcję obsługi radia, jego pasją stała się naprawa starych radioodbiorników, których zgromadził całą kolekcję. Obaj z nierokujących pacjentów psychiatryka zmienili się w mających swoje prawa członków społeczności ośrodka w Głoskowie. Pomysł Kotańskiego pozwolił zarówno im, jak i ich opiekunom poznać niedostępny dla nich wcześniej wymiar człowieczeństwa. Tę ideę opieki narkomanów nad ludźmi wymagającymi pomocy z powodów innych niż uzależnienie, przede wszystkim zdrowotnych, Kotański rozwinie w przyszłości.

Na razie jednak jesteśmy na początku tej drogi, w Głoskowie. Kotański i jego ekipa, pracujący nowatorską metodą, stają się znani w narkomańskich kręgach. Chętni przyjeżdżają na leczenie z całej Polski. Zajmować się nimi chcą młodzi zapaleńcy, którzy zaraz po studiach dołączają do Kotańskiego, aby pracować wraz z nim. Wśród nich jest Elżbieta Zielińska, która zaczynała pracę u boku Kotana w początkach Głoskowa, a obecnie kieruje ośrodkiem. Dziś wspomina:

- Kotański był człowiekiem o wyjątkowej osobowości i charyzmie, chciało się być blisko niego. Przyciągał ludzi, którzy zapalali się do jego idei i sposobu działania. Społeczność liczyła wówczas około 50 osób, pozajmowane były wszystkie pokoje, spaliśmy nawet na sali terapeutycznej. To był jedyny taki ośrodek w Polsce, a nie było zwyczaju odmawiania, więc ludzie spali w przedsionkach, przedpokojach itp. Przyjeżdżali głównie narkomani z długim stażem brania, musieli być po odtruciu szpitalnym.

Przed budynkiem Monaru w Głoskowie: Jacek, Ela Zielińska, Marek Kotański, Małgorzata Geismer-Porter, Andrzej Zieliński. 1981 rok (prawdopodobnie)

Tym, co na pierwszy rzut oka pozwala odróżnić od szpitalnego oddziału dom (a właściwie Dom) tworzony przez Kotańskiego, jego współpracowników i pacjentów, jest rola pracy w życiu tych ostatnich. W szpitalu pacjent jest obiektem działań innych - nie tylko personelu medycznego, ale i salowych, kucharek, dozorców - wszystkich, którzy zapewniają podstawy funkcjonowania tego kombinatu, mielącego w swych trybach historie choroby, produkującego diagnozy, anamnezy i epikryzy. Głosków, będący na początku oddziałem szpitalnym, podlega tym prawidłom jedynie do pewnego stopnia. Procedury administracyjne obowiązują również tam, ale pacjenci nie są obsługiwani, tylko sami pracują - gotują, sprzątają, oporządzają zwierzęta, sadzą pomidory, pielą grządki z warzywami i kwiatami, dokonują bieżących napraw. "Nie sposób przecenić wartości pracy. Stosowana umiejętnie, jest panaceum na chęć brania, leczy lęk, znosi stany przygnębienia, staje się źródłem i sprawdzianem realnych możliwość, jest ponadto ukojeniem poprzez swoją normalność"[67] - podkreślał Kotański.

W ośrodku Monaru w Głoskowie, lipiec 1982 roku: terapia poprzez pracę na poletku pomidorów...

..i na zebraniu społeczności ośrodka. Przed telewizorem siedzi Marek Kotański

Elżbieta Zielińska dodaje, że ten terapeutyczny wymiar pracy nie od razu był oczywisty. Wiadomo było jedno - bierny udział pacjentów w terapii nie przynosił pożądanych efektów. Kotański ze swoją ekipą zaczął więc poszukiwać sposobów na zaktywizowanie narkomanów.

- Stopniowo dochodziliśmy do tego, jak to leczenie ma wyglądać - że ci ludzie muszą pracować, muszą coś robić, być ze sobą we wzajemnych relacjach. Na początku próbowaliśmy organizować im zajęcia różnego typu: kółka teatralne, jakieś wyjazdy na koncerty. To nie zdawało egzaminu, bo narkomanom tylko w to graj: słuchać muzyki i bawić się w różne artystyczne przedsięwzięcia. Najtrudniej jest im odnaleźć się w życiu codziennym i zwyczajnej pracy. Powoli próbowaliśmy więc wdrożyć pacjentów do pracy. Na początku były to próby na zasadzie przyjmowania zleceń, na przykład robienia pudełek, słoików do kremu. Ale to wszystko nie wychodziło, natomiast dobrze przyjęła się idea pracy dla siebie, dla domu. Zwolniliśmy kucharki, pacjenci zaczęli sami gotować, stopniowo zaczęli przejmować obowiązki związane z prowadzeniem gospodarstwa - bo na początku przyjeżdżali pracownicy administracyjno-rolni, którzy zajmowali się budynkiem i uprawiali ziemię - opowiada Zielińska.

Istotną rolę w procesie terapii odgrywa też aktywność fizyczna, sport. Każdy dzień rozpoczyna się od zaprawy - kilkukilometrowej przebieżki. W rozkładzie dnia znajduje się też czas na gry zespołowe - najczęściej jest to piłka nożna lub siatkówka. Podczas wakacji Kotan zabiera pacjentów na forsowne wędrówki po górach. Dla wyniszczonych narkotykami organizmów przyzwyczajenie się do nowego rytmu życia, związanego nierozerwalnie z wysiłkiem fizycznym, bywa nie lada wyzwaniem.

- Jak przyjechałem do ośrodka, ważyłem 47 kilo. Byłem heroinistą, więc wiadomo - coraz dłuższe ciągi, coraz większe dawki narkotyków - opowiada Wojciech Fijałkowski, dziś wiceprzewodniczący Zarządu Głównego Monaru, a na początku lat 80. pacjent jednego z pierwszych monarowskich ośrodków założonych na wzór Głoskowa. - Byłem mocno wycieńczony, z początku nie miałem siły na ten poranny bieg. Trzeba było przebiec około trzech kilometrów, bez względu na porę roku. Wtedy to było dla mnie tak, jak teraz półmaraton. Później zacząłem czerpać z tego satysfakcję. Zaangażowanie się w bieganie, a później też i w góry, pomagało mi się realizować, odrywało od monotonii życia w ośrodku. To był dobry środek antydepresyjny, regulujący napięcie.

Kotański organizuje życie w Domu, czerpiąc przede wszystkim ze wzorów Synanonu. Inspiracją są dla niego także doświadczenia Janusza Korczaka i Antona Makarenki, zakładającego w latach 20. na sowieckiej Ukrainie kolonie dla młodocianych przestępców. Obaj pedagodzy, organizując i prowadząc swoje placówki, wychodzili poza znane im wcześniej schematy, tworzyli systemy wychowawcze oparte z jednej strony na własnym, naturalnym i niekwestionowanym autorytecie, a z drugiej - na udziale wychowanków w podejmowaniu decyzji w ramach utworzonych w domu dziecka (Korczak) czy kolonii (Makarenko) instytucji demokratycznych. Podobnie wygląda to u Kotańskiego w Głoskowie.

Pobyt w ośrodku podzielony jest na etapy. Pierwszy, zwany nowicjatem, trwa około trzech miesięcy. Nowicjusz ciężko pracuje i uczy się życia według obowiązujących we wspólnocie reguł, ale nie ma prawa głosu w sprawach społeczności i nie pełni w niej żadnych funkcji. Jest nieustannie oceniany (omawiany) podczas zebrań. Jego zachowanie jest analizowane, a odstępstwa od zasad są piętnowane. Przy formułowaniu oceny grupa posiłkuje się listami negatywnych i pozytywnych zachowań. Podstawową zasadą jest oczywiście abstynencja narkotykowa. Do zachowań negatywnych należą m.in.: utrzymywanie dawnych znajomości, zamykanie się w sobie, ucieczka w muzykę i w sen, izolowanie się od grupy czy też "wiara w magię pobytu zamiast w ciężką pracę", a także - oczywiście - wszelkie postawy i działania nawiązujące do dawnego, narkomańskiego stylu życia, jak myślenie i mówienie o ćpaniu, branie narkotyków i picie alkoholu na przepustkach. Pozytywnie oceniane są np. rezygnacja z przyjemności i wygodnictwa czy przełamywanie się do robienia rzeczy, których się nie lubi[68]. Katalog obowiązujących reguł poszerza się stopniowo, w miarę zdobywania przez społeczność nowych doświadczeń.

Elżbieta Zielińska:

- Eksperymentowaliśmy metodą prób i błędów, ustalanie zasad często wynikało z doraźnej konieczności, z jakiejś konkretnej sytuacji. Na początku na przykład alkohol nie był zabroniony, oczywiście chodzi o picie poza ośrodkiem. Prowadziło to do tego, że pacjenci wypisywali się na przepustki, jechali do najbliższego sklepu, tam się upijali i wracali do ośrodka. Pewnej wyjątkowo mroźnej zimy, kiedy nie jeździły nawet samochody i nie można było dojechać do pobliskiego Garwolina, wychowawcy wzięli plecaki i poszli na piechotę do miasta po jedzenie. Kiedy wróciliśmy, cały ośrodek był pijany, krew się lała, bójki... Było więc jasne, że jest kolejna rzecz, którą trzeba wyeliminować. Stopniowo zaczęliśmy dochodzić do tego, że właściwie wszelkie używki są dla nich niebezpieczne. Dotyczyło to również papierosów. Zakaz palenia trudno było wprowadzić, do dziś pamiętam widok tych zakopconych sal, które wyglądały jak meliny - teraz to nie do wyobrażenia, żeby tak mógł wyglądać ośrodek. Z czasem wprowadzona została także abstynencja seksualna. Powody były różne: po pierwsze niepożądane ciąże, po drugie tworzenie się nieformalnych układów, opartych na zależnościach od najsilniejszych osobowości.

Pierwsza faza pobytu w ośrodku ma uświadomić narkomanowi, do czego doprowadził go nałóg. Grupa staje się lustrem, w którym odbija się prawdziwy obraz osobowości narkomana - daleki od obrazu, który stworzył on sam na własny użytek. Zamiast wyjątkowej, wrażliwej osoby, pokrzywdzonej przez los, nowicjusz widzi w tym lustrze egoistycznego osobnika, zaślepionego żądzą narkotyku, migającego się od pracy. Często po prostu podłego skurwysyna. Nie jest to obraz łatwy do zaakceptowania, dlatego naturalne staje się przyjmowanie postawy obronnej, szukanie usprawiedliwienia dla własnych zachowań. Społeczność, zwłaszcza ta jej część, która nowicjat ma już za sobą, bezbłędnie rozszyfrowuje wszelkie próby oszustwa, dąży do zerwania narkomańskiej maski, przybierającej często formę pozornej uległości. Grupa, dyskretnie moderowana przez terapeutę, nie odpuszcza - stawia przed nowicjuszem coraz trudniejsze zadania. "Jeżeli np. źle sprząta pokój, dostaje zadanie sprzątania pięciu pokoi, jeśli źle sadzi ziemniaki, to musi się nauczyć sadzić je dobrze, ale dodatkowo, oprócz tego, np. opielić buraki"[69] - tłumaczy ten mechanizm Kotański. I dodaje: "Narkoman o psychopatycznej strukturze osobowości ma cudowne właściwości przystosowawcze, jest ujmujący, łagodny, czuły. W rzeczywistości przez cały czas drzemie w nim narkomańska bestia, która może podyktować mu każdy czyn odwrotny do wpajanych mu zasad. Narkoman w pierwszej fazie pobytu, a nawet do roku lub dłużej, często zupełnie nie zmienia swego wnętrza"[70].

Kotański stawia na oddziaływanie grupy, choć ta bywa okrutna. W ośrodku oficjalnie nie ma kar, tylko tzw. dociążenia (czy też obciążenia). Czasami terapeuta ma świadomość, że gra o ludzkie życie toczy się na krawędzi. Jak w przypadku chłopaka przyłapanego na kradzieży: "Grupa nie wyrzuciła go, ale został on całkowicie izolowany, jadał przy oddzielnym stole, nikt nie podawał mu ręki, nosił na plecach ogromny napis Jestem złodziejem. Czułem, że to zbyt okrutne zadanie, że nie powinno się tak upadlać tego biednego chłopca. Resztkami sił powstrzymywałem się jednak od komentarzy, domyślając się tylko, jakie męki musiał przechodzić delikwent"[71].

Upokarzające tabliczki, wyszukane dociążenia (np. tzw. lokaj - funkcja polegająca na spełnianiu wszelkich poleceń mieszkańców domu) - wszystko to ma zmusić rozpoczynającego leczenie narkomana, aby spojrzał na samego siebie i na swoje zachowania w inny sposób niż dotychczas. Do tego dochodzą nieustanne kontrole SOM-u, czyli Służby Ochrony Monaru - swoistej "policji abstynencyjnej". Jej funkcjonariusze, rekrutujący się spośród pacjentów o dłuższym stażu, sprawdzają, czy pacjenci przestrzegają abstynencji - mają prawo m.in. kontrolować przesyłki i rozmowy, badać stan fizyczny pacjentów (sprawdzanie języka i reakcji źrenic na światło), przeszukiwać bagaże i pomieszczenia.

Kotański przyznaje, że w tym systemie terapeuci muszą "stać na obrzeżach społeczności i czuwać nad tym, żeby nie doszło do skrajnych wynaturzeń. Poziom wymagań w stosunku do członków grupy, formowany przez nią samą, nad którym nie czuwa terapeuta, przewyższa często możliwości wykonawcze tych, których obarczono zadaniem"[72] - zauważa. Jednocześnie sam, prowadząc operacje na psychice swoich pacjentów, nie waha się dokonywać drastycznych cięć. "Pamiętam dziewczynę, która zaczęła umierać. Objawem umierania jest chęć brania manifestowana w różny sposób: od apatii do euforii. [...] A więc dziewczynę chwyciła chcica. Zaczęło ją skręcać, blada, skurczona twarz, drżące ręce, agresja do otoczenia. Walnąłem w dzwon - jest to sygnał zebrania wszystkich - i gdy już siedzieliśmy w kręgu, odezwałem się:

- Powiedz nam, co chcesz zrobić.

Zaczęła mówić, szybko, nieskładnie, chciała wstać i wychodzić.

- Chwileczkę - powiedziałem - na odchodnym zetnę ci tylko włosy, przydadzą mi się na treskę, przykleję sobie butaprenem.

Wątpliwy dowcip, ale musiałem coś powiedzieć.

- Nie zrobi pan tego, nie ma pan prawa.

- W dupie mam prawo. Ja chcę, żebyś żyła.

- Ale ja mam prawo zrobić to, co chcę.

- Oczywiście - powiedziałem - ale przedtem obetnę ci włosy, a potem ty pójdziesz do prokuratora.

Obciąłem jej te piękne włosy przy samej skórze, tępymi nożyczkami, bo tylko takie były w ośrodku. Dostała szoku. Dwa dni leżała w łóżku i nic nie mówiła do nikogo, tylko płakała.

Czy żyje?

Tak. Jest matką, jest normalna, cieszy się, że wtedy tak się stało. To świństwo powstrzymało ją od śmierci"[73].

Opisane przez Kotańskiego jego własne zachowanie nie było wyjątkowe. Terapeuta słynął ze swojej nieobliczalności.

Elżbieta Zielińska:

- Prowadził społeczności w sposób emocjonalny, wręcz dramatyczny. Nie było w tym nic zaplanowanego, po prostu patrzył po ludziach, kogoś zaczepiał i zaczynała się rozmowa o tym człowieku, intuicyjnie wyczuwał, kto jest w jakiej formie, kto ma problem. Praca z nim była jedną wielką niewiadomą, nigdy nie było wiadomo, jak będzie wyglądało kolejne spotkanie, następna społeczność i jak to się zakończy.

Bywał bardzo ostry, używał różnych słów, natomiast wśród pacjentów nie było chyba nikogo, kto nie darzyłby go szacunkiem. Mimo że robił różne dziwne rzeczy - wierzyli, że to wszystko jest dla ich dobra.

Metody Kotańskiego budzą kontrowersje w środowisku zajmującym się leczeniem narkomanów. Piotr Jabłoński, wówczas początkujący terapeuta, wspomina własne wrażenia ze społeczności prowadzonych w Głoskowie, które miał okazję obserwować:

- Sposób prowadzenia społeczności wydawał mi się bardzo brutalny. Prowokacje, które miały służyć rozbijaniu struktur narkomańskiej osobowości, wydawały mi się nieprofesjonalne i osadzone raczej na jakichś osobistych problemach niż na sztuce terapeutycznej. Ale też powiedzmy sobie szczerze - gówno na ten temat wiedziałem. Uczyłem się od innych, obserwowałem. Dostępu do szkoleń nie było żadnego, na studiach - ani na psychologii, ani na pedagogice - nikt nas nie uczył, książki były dwie na krzyż... Każdy próbował w swoim środowisku uczyć się, zbierać doświadczenia, doskonalić umiejętności.

Narkomani pozwalają Kotańskiemu na wiele, bo często jest pierwszym w ich życiu przedstawicielem "systemu" - jakkolwiek rozumianego: jako władza, służba zdrowia, oficjalne struktury społeczeństwa - który traktuje ich po ludzku. Adam Bączkowski, były pacjent, a obecnie terapeuta, który do Głoskowa trafił prosto z więzienia, opowiada:

- Był pierwszym człowiekiem w moim życiu, który mnie nie oceniał, który mi nie rozkazywał, tylko ze mną rozmawiał - jak człowiek z człowiekiem. Zafascynowało mnie, że jest to pierwszy człowiek, który nie bije mnie na komendzie, nie chce mi zrobić krzywdy, tylko najzwyczajniej ze mną rozmawia[74].

Wkrótce po przeprowadzce Kotańskiego z Garwolina, do Głoskowa trafia reżyser Marek Koterski, wówczas młody dokumentalista pracujący dla Wytwórni Filmów Oświatowych w Łodzi. Jak wspomina, o pierwszym ośrodku Monaru dowiedział się z artykułu w prasie:

- Byłem wtedy "na nasłuchu" jeśli chodzi o ciekawe tematy i bardzo mnie to zainteresowało. Zgłosiłem w redakcji temat i pojechaliśmy do Głoskowa z Łodzi na dokumentację, we dwójkę z operatorem Krzysiem Tusiewiczem. Był czerwiec, piękna pogoda, pensjonariusze grali w siatkówkę i miałem wrażenie, że przyjechałem na obóz kadry narodowej juniorów - piękna młodzież, odżywiona, zdrowa. Potem się dowiedziałem, że oni wszyscy byli po detoksie, zdążyli odżyć fizycznie.

Pobyliśmy tam parę godzin, Kotański zrobił spotkanie na trawie, pogadaliśmy i któryś z nich zapytał, dlaczego chcę robić ten film. A ja powiedziałem, że to jest szlagierowy temat - i tym ich kupiłem. Nie mówiłem, że misja, że im chcę pomóc, tylko uważałem, że ten temat się sprzeda. Kotan był bardzo otwarty, bez jego entuzjazmu byłoby to niemożliwe. Ale jak pobyliśmy pół dnia i wracaliśmy autobusem, to powiedziałem do operatora: "Krzysiek, jedno wiem na pewno - tu trzeba przeżyć cztery pory roku. To się ma nijak do wszystkich filmików o narkomanii, które widziałem w telewizji, tzn. guma [na przedramieniu - P.B.], zapalniczka, łyżka, w żyłę, melina... Bo oni wszyscy są piękni i żwawi, a w środku wyczuwa się rozpad. To nie jest taki temat, żeby tylko wjechać, pstryk, pstryk i już".

Koterski wraz z operatorem przyjeżdżają do Głoskowa wiosną 1980 r. Będą tu mieszkać z przerwami przez kilka miesięcy. Efektem tego pobytu stanie się film Przyszłość (1981). Dokument ukazuje na dwóch płaszczyznach przełom, jaki dokonuje się w osobowości narkomana podczas pobytu w ośrodku. Pierwsza płaszczyzna, symboliczna, to pozbawione komentarza kadry przedstawiające ciężką, fizyczną pracę pacjentów. Podnoszenie z gruzów starych zabudowań, uprawa roli, na której, dzięki zabiegom młodych narkomanów, rodzi się nowe życie - to czytelna aluzja do tworzenia zrębów zdrowej postawy człowieka, który ma zacząć od nowa życie wolne od nałogu. Druga płaszczyzna, dosłowna, to reporterskie migawki ze społeczności prowadzonych przez Kotańskiego.

- Wstawaliśmy rano, wszyscy razem, oni szli do pracy w pole, a my z kamerą za nimi. Z początku większość czasu zajmowała nam obserwacja. Dopiero kiedy poczuliśmy, że oni nie reagują na nas, że łazimy wśród nich jak robotnicy, zaczęliśmy kręcić. Sceny, w których nie potrzebowaliśmy dźwięku, były kręcone z ręki, lekką kamerą. Natomiast sceny z wieczornych społeczności powstawały w taki sposób, że wyjmowaliśmy okna z głównej świetlicy, a kamera stała w sadzie. Pracowaliśmy kamerą, która ważyła 80 kg, znajdowała się w wielkiej ołowianej obudowie, tak, aby nie było słychać jej pracy. Statywy zostały tam na stałe, co wieczór czterech ludzi montowało na nich kamerę i długim obiektywem, przez okna, filmowaliśmy społeczność. Ale pierwszy raz włączyliśmy kamerę po miesiącu - tyle trwało oswajanie ich z tym, że zapalaliśmy własne, silne światła, że są otwarte okna.

Zdobywszy zaufanie kadry i pacjentów ośrodka, Koterski w surowy, pozbawiony ozdobników sposób pokazuje pełne napięcia i emocji spektakle, jakimi były społeczności prowadzone przez Kotana. Teleobiektyw kamery przybliża twarz terapeuty, który jest centralną postacią toczącej się akcji. Jest pewny siebie, chwilami wydaje się nieco nonszalancki, jednak jego oczy zdradzają pełne skupienie. Znakomicie panuje nad grupą.

Najpierw tematem omawianym podczas społeczności jest przypadek chłopaka, który po kilkumiesięcznej abstynencji zaćpał, bo zdradziła go dziewczyna. Kotański atakuje go:

- Czy sądzisz, że jest to apogeum twoich nieszczęść, jakie mogą cię spotykać w życiu? Przecież spotka cię jeszcze kupa nieszczęść. Masz zamiar przy każdym nieszczęściu zaczynać z powrotem od izby wytrzeźwień, od brania i od ciągu?

Kotan drwi z chłopaka. Udaje narkomana trzęsącego się pod kocem. Przedrzeźnia go:

- Przyjdziesz, powiesz: spotkało mnie straszne nieszczęście. Wziąłem. Czy mogę trochę pobyć? Nakryjesz się kocykiem i powiesz: co na śniadanie?

Sala kwiczy ze śmiechu.

- Proszę ze mnie zejść. Niech pan ze mnie zejdzie - prosi chłopak. Jego głos zdradza zawstydzenie i napięcie.

- A co, duszno ci? Nie, absolutnie. Nie powinieneś mówić: niech pan zejdzie ze mnie, tylko: niech pan wejdzie na mnie jeszcze bardziej, panie Marku. Bo ja potrzebuję na gwałt takich ilości informacji zwrotnych, żeby wreszcie mi mogło pomóc to w mojej kurewskiej, narkomańskiej naturze. Jeżeli ty sobie myślisz, że powinieneś tu unikać stresów i napięć, no, to się mylisz. Ty powinieneś właśnie jak najwięcej ich mieć, powinieneś w nie wchodzić[75].

Metody pracy imiennika wydają się reżyserowi zbyt okrutne.

- Czasami się burzyłem: jak tak można powiedzieć?! Ale teraz rozumiem, że ośrodek to cieplarnia. Kotan zdawał sobie sprawę, że jak ten młody człowiek wyjdzie, to nie takie próby będzie przechodził. Dlatego naciągał linę do granic wytrzymałości, ale nie było mowy o prawdziwym obrażaniu, to było zawsze na granicy, bo on cały czas pamiętał, że jest terapeutą. I jemu to wychodziło, miał wyniki, przy wszystkich jego kontrowersyjnych tekstach i zagraniach - komentuje Marek Koterski.

Inny przypadek, dwudziestoletnia dziewczyna o delikatnej urodzie, na imię ma Lilka. Twierdzi, że przyjechała się leczyć z własnej woli, dodaje jednak, że matka chciała ją ubezwłasnowolnić, gdyby nie zdecydowała się na terapię. Przed podjęciem leczenia Lilka była od czterech lat w narkomańskim ciągu. Teraz chce opuścić ośrodek. Twierdzi, że powodem jest wizyta znajomego, który odwiedził ją zaćpany, w strasznym stanie, i ona chce się nim zaopiekować.

- Miałam wyrzuty, że coś sobie zrobi - wyjaśnia Lilka.

- To co, niech sobie zrobi. Niech zdycha. Nie sądzisz, stara, że powinien szybko zdychać? - słychać zza kadru głos Kotana, któremu wtóruje śmiech grupy.

Po latach w wywiadzie Kotański będzie się tłumaczył z tej sceny:

- Zapytałem ją: czy wszystkim można pomóc? Ona uważała, że jemu należy. Nie widziałem szans i powiedziałem: niech spierdala, niech zdycha, co wcale nie oznaczało, że pragnąłem jego śmierci w sposób dosłowny. Wręcz przeciwnie, zastosowałem tę prowokację emocjonalną nie po to, by się samemu dowartościować, ale by wywołać ostrą reakcję samoobronną u niej, bo on był stracony. Jest to część mojej koncepcji, słusznej i uczciwej, że lepiej poświęcić jednostkę niż grupę narażać na człowieka, który umiera, trzyma granat w ręku i chce go uruchomić, by pogrzebać wszystkich"[76].

Zgodnie z tą zasadą ci, którzy nie chcą podporządkować się regułom panującym w ośrodku, muszą go opuścić, choć może to dla nich oznaczać powrót na równię pochyłą. Tak jak dla Gosi, sieroty wychowywanej przez ciotkę.

"Przyjeżdżała do mnie wielokrotnie, jej kolejne pobyty w ośrodku się wydłużały, ale nagle przestała pracować, zaczęła mówić, że wszystko pieprzy, ma w dupie i musiałem jej powiedzieć: Gosiu, spierdalaj! Ona nie wierzyła, że ją wyrzucę, rozpaczała, wzięła plecak i poszła. Widuję ją na ulicy, leżącą, pokrwawioną, bitą przez punków. Żal mi, ale gdybym jej nie wyrzucił, to inne dziewczyny by zapytały: no to co, panie Marku, ktoś ma tutaj specjalne prawa? I też zaczęłyby pieprzyć ośrodek"[77] - tłumaczył swoje postępowanie Kotan.

Jego zdaniem w terapii nie ma miejsca na bycie letnim. Letni terapeuta to martwy pacjent - tak brzmi dewiza, którą powtarza i nieustannie wciela w życie. Inna scena ze społeczności uwieczniona przez Koterskiego. Słychać przekrzykujące się głosy, Kotan się wścieka. Tym razem chodzi o chłopaka, który pił na przepustce. Terapeuta mówi podniesionym głosem:

- O czym my tu rozmawiamy? O lojalności? O przywiązaniu? Co kilka miesięcy następuje rzut. Nieprawdopodobna chęć wzięcia. Nieprawdopodobna chęć zaćpania. Jakby tutaj skitrać ćpanie i jakby tutaj się napić. Mamy w naszym gronie człowieczka, który jest tak tragicznie popierdolony, że stajemy w sytuacji zupełnej bezradności. Facet jest ciężkim narkomanem, ciężkim alkoholikiem, zupełnie bezkrytycznym w stosunku do nałogu. Alkoholo-ćpun, można mu nos na czerwono pomalować - i znów narzędziem pracy terapeuty staje się bezlitosna drwina.

Koterski z początku jest zszokowany, próbuje nawet stawać w obronie poniżanych pacjentów. Szybko jednak dociera do niego, że sytuacje, jakich jest świadkiem, należą do konwencji, na którą zgadzają się obie strony.

- Wiele mu uchodziło. Był unikalnym facetem. Jemu było wolno, u niego to wszystko grało. Dzisiejszy terapeuta pewnie by się przeżegnał, słysząc to poniżanie pacjentów, na które nawet ja się wtedy oburzałem i to nie tylko wewnętrznie. Pamiętam, że dostałem pozwolenie na nagrywanie indywidualnych rozmów z pacjentami. W ciągu dnia siadaliśmy z magnetofonem w świetlicy, pytałem ich o życie, o drogę do ośrodka. Po raz pierwszy usłyszałem wtedy słowo empatia. Oni już je znali i mówili, że opowiadają mi takie rzeczy, o których wstydziliby się Kotanowi opowiedzieć. Bardzo mi to schlebiało; w pewnym momencie poczułem się ich przedstawicielem i pozwoliłem sobie publicznie zgłosić jakąś kontrę wobec Kotana. On przyjechał po kilku dniach nieobecności, a ja, taki nabuzowany, wystąpiłem przeciwko niemu - w ich imieniu niby. I tak: po pierwsze, oni wszyscy mnie opuścili, w sekundzie. Po drugie - Kotan mnie obśmiał. Sam się wtedy zaburzyłem, a on spacyfikował mnie słownie, jak niezaburzony zaburzonego. Wtedy właśnie utwierdziłem się w przekonaniu, że on jest dla nich bogiem - opowiada reżyser.

Nie zawsze jednak metodą dotarcia do narkomańskiej duszy jest atak. Kotański doskonale wyczuwa granicę, do której może się posunąć. To również widać na filmie Koterskiego. Kiedy grupa naskakuje na 18-letnią Sylwię, w której starsi stażem pacjenci nie widzą przemiany, uważają, że nie rozumie, o co chodzi w terapii, Kotan staje w jej obronie.

- Ma potrzebę leczenia! - krzyczy. - W którymś tam momencie poczuje, trzeba cały czas działać na człowieka. Tworzymy tu społeczeństwo, nie będziemy tworzyć grup monotematycznych, gdzie będą sami zgredzi, którzy będą wszystko doskonale rozumieli! W stosunku do Sylwii trzeba stosować inne kryteria i inne zasady.

Do dziewczyny zwraca się tonem łagodnej perswazji.

- Sylwuniu, nigdy już nam nie mów na psychoterapiach, że ty się nie nadajesz, że ty to, czy tamto.

Wreszcie uwieczniona przez Koterskiego społeczność, która przejdzie do legendy. Jeden z pacjentów buntuje się przeciwko pracy w chlewie, bo w chlewie śmierdzi. Kotański przez chwilę bierze udział w ogólnej dyskusji, nagle zawiesza głos, jakby chciał spotęgować napięcie.

- Stary, więc tak: wstaniesz teraz, pójdziesz, przyniesiesz pół wiadra gnoju i wyrzucisz tutaj. Masz trzy minuty.

Chłopak się wzbrania.

- Mam dość tej gnojówy. Zapierdalałem przez cały dzień, zawroty głowy już mam od tego zapachu. Jeszcze tutaj jak mnie walnie...

Kotański: - Zaraz to zrobimy i będziemy siedzieli w tym gnoju tutaj, a kto nie będzie siedział, to się momentalnie może wypisać. Więc kto pójdzie po gnój? Nikt nie pójdzie po gnój? Dobra, to ja pójdę.

Wstaje. Po chwili wraca. Słychać szczęk stawianego wiadra.

- Proszę. Kto wylewa pierwszy? Teraz wam śmierdzi wszystkim? To jutro, normalnie, będzie to wszystko w zupie!

Zapada kompletna cisza. Nikt się nie śmieje.

- I tak będziemy sobie to robili codziennie. Aż do skutku. Aż się wreszcie coś przestawi w waszych łbach. Aż wreszcie poczujecie, co jest tutaj prawdą, a co fałszem. Jeszcze komuś chce się rzygać?

Koterski doskonale przypomina sobie tę scenę.

- Pamiętam, jak to wszystko buchnęło przy naszych lampach, kiedy wywalił ten gnój, prosto spod świń, na taki niski stół, na ten biały obrus. Smród niewyobrażalny. I tylko było słychać trzaskanie drzwi, jak dziewczyny wypadają rzygać. Może gdyby kto inny to powtórzył, to by się ośmieszył, a u niego to grało. To było po to, żeby przypomnieć o potrzebie pokory.

Po trzech miesiącach takiego traktowania nowicjusza następuje moment przełomowy, omówienie na społeczności przypominające egzamin do kolejnej klasy.

"Jest to z reguły bardzo burzliwa ocena przydatności człowieka w naszym wspólnym domu" - wyjaśniał Kotański w książce Ty zaraziłeś ich narkomanią. "Ocenianemu człowiekowi mówi się więc o wszystkich jego złych działaniach, ostro piętnuje zbytnie oszczędzanie się w pracy lub zbyt efektowne zmiany, które znamionują wazeliniarstwo. Innymi słowy bezlitośnie, często na wyrost, ocenia się postawę nowicjusza. [...] Na koniec omówienia następuje głosowanie. Jeśli co najmniej trzy czwarte osób uprawnionych do głosowania podniesie rękę, nowicjusz przechodzi do etapu domownika. Jeśli głosowanie jest negatywne, pozostaje on nadal nowicjuszem, mimo że minęły trzy miesiące. Takiego człowieka powinno się omówić za dwa, trzy tygodnie".

Od przyjęcia do ośrodka przez cały okres nowicjatu jedynym ubiorem nowicjusza były drelichy. Teraz zrzuca je, jak starą skórę, ma prawo chodzić w normalnych ciuchach. Jako domownik cieszy się już ograniczonym zaufaniem kadry. Może zabierać głos w sprawach społeczności, zaczyna wychodzić na przepustki. Żyje "na kontrolowanym luzie". Za sobą ma okres, w którym jego głównym zadaniem było przełamywanie utartych schematów narkomańskich zachowań, uwolnienie się od ciągłego myślenia o ćpaniu. Teraz czeka go zadanie równie trudne, jeśli nie trudniejsze - zmierzenie się na trzeźwo ze wszystkimi problemami, które doprowadziły go do nałogu.

"Domownicy po 5-6 miesiącach pozbywają się wielu zachowań narkomańskich, odmrażają swoją skutą narkotykami dewiacyjną osobowość... i przekonują się, że dopiero teraz zaczynają się ich główne kłopoty. Przedtem nie czuli swoich zaburzeń, byli jakby odurzeni narkotykami, jak pszczoły dymem. Teraz - kiedy zabrakło środków odurzających - stają oni oko w oko ze swoim piekielnym nieprzystosowaniem, agresją, lękiem, kompleksami niższości, złodziejstwem, odchyleniami seksualnymi itp."[78] - tłumaczy Kotański.

Dla domownika rozpoczyna się nowy etap "w procesie nauki życia - budowania wnętrza człowieka, wypełniania luki po zapomnianym człowieczeństwie"[79]. Pracuje nad swoimi emocjami, odbudowuje relacje z rodziną, wykształca mechanizmy obronne, które mają w przyszłości pomóc mu rozwiązywać życiowe problemy bez sięgania po narkotyki. Pomagają mu informacje zwrotne otrzymywane od grupy podczas społeczności i indywidualne spotkania z terapeutą. Po roku takiej pracy następuje kolejne omówienie przez społeczność i - jeśli ocena jest pozytywna - domownik rozpoczyna ostatni etap swojego pobytu w ośrodku, staje się monarowcem. Opracowuje plan działania, uwzględniający rozwój w różnych dziedzinach życia, który następnie realizuje w dużej mierze poza ośrodkiem, wciąż jednak korzystając ze wsparcia grupy. "Grupa musi się przyzwyczaić, że człowiek ten rzadziej bywa w domu, jest często na przepustkach, kontaktuje się z ludźmi z zewnątrz. [...] W tym czasie trzeba znaleźć na zewnątrz pracę lub szkołę, wiedzieć, gdzie będzie się mieszkać i z czego żyć. Przepracować swój stosunek do rodziców, starać się zrozumieć ich postępowanie i uodpornić się na sposób ich reagowania; wreszcie umieć zagospodarowywać swój czas wolny. Innymi słowy, monarowiec musi nauczyć się żyć, kochać życie i fascynować się jego przejawami, gdyż tylko to jest jedynym zamiennikiem zdolnym konkurować z narkotykami"[80] - wyjaśnia Kotański.

Ostatni etap pobytu w ośrodku trwa rok. W sumie narkoman próbujący wyjść z nałogu korzysta z pomocy w systemie stworzonym przez Kotańskiego około dwóch lat. Przypadki przerwania terapii zdarzają się wprawdzie często, podobnie jak nawroty choroby u zaleczonych narkomanów, niemniej są też pozytywne efekty. Głosków opuszczają pierwsi absolwenci programu terapeutycznego, część z nich zostanie z Kotanem jako kadra kolejnych placówek, które wkrótce zaczynają powstawać w różnych miejscach Polski. Działają na podobnych zasadach jak Głosków. Kotański rekrutuje pacjentów na oddziałach szpitalnych, jeździ po pierwszych ośrodkach, prowadząc społeczności, które dla jego podopiecznych staną się niezapomnianymi przeżyciami. Ten okres wspomina Roman Kulej, dziś terapeuta Monaru:

- Poznałem Kotańskiego w 1981 r. Byłem wtedy na oddziale detoksykacji szpitala przy Zegadłowicza we Wrocławiu i on tam przyjechał. Były to początki Monaru, działały może ze trzy ośrodki i Kotański namawiał pacjentów na terapię. Wylądowałem w ośrodku w Zaczerlanach koło Białegostoku. To był czas, kiedy Marek często tam przyjeżdżał. Na początku nie byłem do niego jakoś entuzjastycznie nastawiony. Przekonałem się z czasem - do człowieka i do terapeuty. Miał znakomite wyczucie, jeśli chodzi o ludzi i był przy tym bardzo empatyczny. Potrafił po społeczności podejść do mnie i powiedzieć: "Romek, ja wiem, że ty masz problem, że coś cię gryzie, ale nic nie mówisz". Byłem już wtedy dość długo w ośrodku i rzeczywiście trafił w dziesiątkę. Moja pierwsza żona zaczęła wtedy ćpać, ale nie mówiłem mu o tym, bo to by oznaczało, że nie mogę się widywać z nią i z dzieckiem. Chciałem więc to ukryć. On w takich sytuacjach wiedział, że trzeba z człowiekiem porozmawiać, że jest jakaś zadra. A podstawą jego podejścia do ludzi było to, że doprowadzał do sytuacji, w której to od człowieka wychodziło to, co on miał mu do powiedzenia. Jestem dzisiaj tu, gdzie jestem, dzięki niemu. Nie spotkałem nikogo, kto miałby taką charyzmę, taką moc, aby porywać za sobą ludzi - podkreśla Kulej.

Kotański zaraża pacjentów swoją pasją do gór. Zabiera ich na całodniowe wędrówki, traktując przy tym bez żadnej taryfy ulgowej. Na jedną z takich wypraw idzie też Marek Koterski.

- Byłem z nimi kilka dni na obozie w górach, mieszkaliśmy w GOPR-ówce przy drodze do Morskiego Oka. Szlag mnie trafiał, bo wziąłem nie te buty, a Kotan stosował taką terapię przez strach. To znaczy nie tak, że gdzieś tam sobie poszliśmy, tylko wchodziliśmy na Szpiglasową - jesień, wszystko oblodzone, z jednej strony dwieście metrów w dół - ja byłem ze strachu obsrany od głowy do pięt. Pamiętam, że zrobiłem mu tam piekło, że naraża ludzi, a on szedł z całym rozmysłem i się w ogóle nie cykał. Chodziło o to, aby jedne skrajne uczucia wyprzeć innymi. Przegonił nas tam wtedy strasznie, a sam miał niesamowitą parę - wspomina reżyser.

Roman Kulej zapamiętał te górskie obozy jako przeżycie, które odmieniało ludzi:

- Opowiadał o górach, kochał je. Szliśmy z nim wysoko i tam ślubowaliśmy, że nie będziemy brali narkotyków. Ta potęga gór, kruchość człowieka przy nich, jego słowa - wszystko to sprawiało, że te przysięgi miały swoją moc. Podobny wymiar miały rejsy, w które zabierał pacjentów[81].

Pacjenci czekają na Kotana, uwielbiają prowadzone przez niego społeczności, a on ma na nich silny wpływ, potrafi ich zmotywować do działania - nawet jeśli nie pracuje z nimi na co dzień. Roman Kulej opowiada historię z ośrodka w Zaczerlanach:

- Uczył nas, że powinniśmy doprowadzać do końca to, co zamierzyliśmy. Kiedyś postanowiliśmy wybudować basen przy ośrodku, a kadra twierdziła, że nam się nie uda. Marek to wszystko słyszał, ale się nie odzywał. Później usiadł z nami na boisku i mówi do nas: "Co wy się tak poddajecie? Basenu nie wybudujecie?". I podpuścił nas... Załatwiliśmy wszystko, łącznie z pozwoleniami, mieliśmy nagrane nawet kafelki, na teren wjechała koparka i miała już zacząć kopać. I w końcu lider ośrodka mówi: "OK, chłopaki, wygraliście, tylko że koszty wybudowania i później eksploatacji tego będą tak duże, że nie damy rady". Kotański przyjechał i stwierdził, że dobrze, że nie wybudowaliśmy, ale pochwalił nas za inicjatywę, za to, żeśmy się nie poddali.

Zimowy obóz dla pacjentów z ośrodków Monaru. Na pierwszym planie Marek Kotański. Schronisko PTTK w Dolinie Roztoki, 21 października 1983 roku

Podobną historię pamięta także Adam Bączkowski:

- Zrobiliśmy taki głupi numer dziewczynie - podłożyliśmy jej igłę. Była społeczność i Kotan mówi: "Słuchajcie, ja wam dam jeszcze jedną szansę. Tam, na polu, jest taki kamień" - a był to potężny głaz, nikt go nie mógł wyciągnąć. "Jak do końca społeczności - mówi - przyniesiecie go pod dworek, to zostaniecie w ośrodku". Idziemy do kuchni, zrobiliśmy sobie kawę, siedzimy przed stołówką... I taka rozmowa: "Ty, chodźcie, damy radę!" "No, co ty?!" "Damy, chodźcie!" I tak żeśmy się zawzięli, wymyśliliśmy takie dźwignie i przeciągnęliśmy ten kamień - z pola, po ścieżce, po betonie, na żerdziach. Oczywiście zostajemy w ośrodku, oklaski. Ale... jak z tym sobie daliśmy radę, to i z innymi rzeczami sobie damy, tak?[82]

Podobnie jak w Głoskowie, także w innych placówkach Kotanowi zdarza się podczas terapii jechać po bandzie. Bywa nieobliczalny.

Roman Kulej:

- Pyta jednego z pacjentów: "Masz coś przed nami do ukrycia?" "Nic" - odpowiada tamten. "No to się rozbierz" - Kotański do niego. I gość przy pełnej sali się rozbierał. Może to były brutalne sposoby, ale skuteczne. Innym razem skonstruowaliśmy lektykę i poprzebierani za dwór Kotańskiego wprowadzaliśmy go do ośrodka - byłem już wtedy terapeutą w Zaczerlanach. Cała wieś się przyglądała z głowami w sztachetach. Dostaliśmy od kogoś karbowany papier, okazał się niepotrzebny do niczego i zrobiliśmy z niego dywan, który rozścieliliśmy przed Kotańskim. Na głowę założyliśmy mu wieniec laurowy, był bardzo zadowolony, na społeczności czekał na niego jego ulubiony sernik. Ale okazało się, że coś przeskrobaliśmy i Kotański się wkurzył. "Obłudnicy, faryzeusze, chcieliście mnie przekupić!" - zaczął krzyczeć. Sernik stał przed nim na stoliku, a on jak zasadził kopa w ten stolik - aż sernik poleciał i przykleił się do sufitu...

Te i podobne historie roznoszą się po ośrodkach. Zaczynają zataczać coraz szersze kręgi - najpierw wśród narkomanów. Stopniowo rośnie zainteresowanie mediów postacią Kotana i jego działaniami - o zwariowanym psychologu dowiaduje się cała Polska. Twórcę ośrodka w Głoskowie zaczyna otaczać sława człowieka, który, posługując się nieszablonowymi, budzącymi kontrowersje metodami, stawia tamę rozlewającej się po kraju fali narkomanii. Nie jest już jednak sam. Towarzyszy mu coraz szersza rzesza neofitów, czyli zaleczonych narkomanów, a także entuzjastów z różnych stron kraju, tworzących wraz z nim spontaniczny ruch społeczny, który wkrótce przekształci się w największą w tej części Europy organizację pomagającą osobom uzależnionym od narkotyków.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki