Kot Leonarda Da Vinci - Catherine Gilbert Murdock

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Gość

Fede­rico w panice pode­rwał się z posła­nia i na wpół roz­bu­dzony szu­kał ręką szty­letu.

-?Papo! -?krzyk­nął. -?Biją na alarm! -?W ciem­no­ści bie­lała czy­jaś twarz, jed­nak Fede­rico nie zna­lazł noża za pasem. Pasa też nie miał na sobie...

Ojej... Wes­tchnął głę­boko i z ulgą opu­ścił ręce. Maja­czące w mroku obli­cze nie było wcale twa­rzą nie­przy­ja­ciela, lecz sta­ro­żyt­nego posągu, poda­runku od matki. Miesz­kała daleko stąd, na pół­nocy, z papą i sio­strami Fede­rica, w zamku o pię­ciu­set kom­na­tach, on sam zaś od roku prze­by­wał w Rzy­mie. W willi, która była jego wię­zie­niem.

Tym­cza­sem alarm znów zabrzmiał -?cho­ciaż nie, to tylko dźwięk trąb obwiesz­cza­ją­cych wnie­sie­nie na ucztę kolej­nego dania. Zza okna dobie­gały zapa­chy sosu musz­tar­do­wego, bara­niny, cebuli, pikant­nie przy­pra­wio­nych ostryg, ryb pie­czo­nych w cytry­nach... Muzy­kanci brzdą­kali na swo­ich instru­men­tach. Przez drew­niane żalu­zje Fede­rico mógł zoba­czyć pała­cowy dzie­dzi­niec oto­czony smu­kłymi cypry­sami, wśród któ­rych stały wyso­kie mar­mu­rowe posągi, oraz stół i stło­czo­nych wokół niego bie­siad­ni­ków. Nadworny bła­zen wła­śnie fikał koziołki na jego dłu­gim bla­cie, gasząc świece pal­cami u stóp.

Fede­rico powi­nien tam teraz sie­dzieć i wraz z innymi zaśmie­wać się z bła­zeń­skich sztu­czek. Zamiast tego po połu­dniu poło­żył się do łóżka z bólem głowy, który teraz -?gdy dźwięki trąb wyrwały go ze snu -?ustą­pił miej­sca iry­ta­cji. Chło­piec poczuł też wil­czy głód.

Pomy­ślał, że wła­ści­wie mógłby prze­mknąć się na dół i nie­po­strze­że­nie dołą­czyć do ucztu­ją­cych. Tyle że praw­dziwy szlach­cic się nie prze­my­kał - w odpo­wied­nim momen­cie wkra­czał dostoj­nie, entu­zja­stycz­nie witany przez zgro­ma­dzo­nych. Miałby zja­wić się na uczcie jak roze­spane dziecko po poobied­niej drzemce? Zresztą nie był już dziec­kiem. Miał jede­na­ście lat; był już nie­mal męż­czy­zną.

Nachmu­rzony chło­nął scenę na dzie­dzińcu: migo­tliwe świa­tło kan­de­la­brów, poły­sku­jące sre­bra i krysz­tały, misy z per­fu­mo­waną wodą i płat­kami kwia­tów na jej powierzchni, klej­noty skrzące się na pal­cach, nakry­ciach głowy oraz we wło­sach gości. Ponow­nie zabrzmiały trąby i słu­dzy wnie­śli na ucztę pół­mi­sek z pozła­caną głową upie­czo­nego dzika.

Na ten widok Fede­rico poczuł jesz­cze więk­szy głód -?sos wiśniowy pach­niał wprost wybor­nie! Musiał szybko coś zjeść, tylko co? Na pewno nie tę wytworną jedwabną kapę i nie por­tret ojca w lśnią­cej czar­nej zbroi. Pod­ręcz­niki szkolne, pióra ani kała­marz rów­nież nie wyglą­dały szcze­gól­nie ape­tycz­nie... Może w kufrze podróż­nym coś się znaj­dzie? Swoją wiel­ko­ścią nie­mal dorów­ny­wał trum­nie, musiał bowiem pomie­ścić wszyst­kie przed­mioty nie­zbędne pod­czas dłu­giego pobytu poza domem.

Fede­rico prze­trzą­snął zawar­tość kufra, bacząc, aby nie zaha­czyć któ­rymś ze swo­ich pier­ścieni o jakąś cenną tka­ninę. No pro­szę: czarka mig­da­łów w cukrze, które jed­nak tylko na chwilę zaspo­ko­iły jego głód. Śli­niąc palec i marsz­cząc w sku­pie­niu brwi, wybrał z czarki ostat­nie słod­kie okru­chy. W domu rodzin­nym mógłby się zakraść do kuchni po kan­dy­zo­wane cytryny albo baka­lie w pach­ną­cym egzo­tycz­nymi przy­pra­wami syro­pie. W Rzy­mie nie­stety żaden z kucha­rzy nie był łaskaw odkła­dać dla niego podob­nych sma­ko­ły­ków.

Fede­rico wes­tchnął. Zabur­czało mu w brzu­chu. Taką miał ochotę na coś słod­kiego! W osta­tecz­no­ści mógłby zjeść jakiś owoc. Wino­grona albo figi...

No jasne, figi! Rano widział talerz fig w nowym gabi­ne­cie papieża. Prze­sia­dy­wał tam całymi godzi­nami, pozu­jąc do por­tretu malo­wa­nego przez mistrza Rafa­ela Santi, a figi były miłym prze­ryw­ni­kiem. Zje­dli ich kilka z Rafa­elem, zosta­wia­jąc resztę na para­pe­cie.

Ponowne bur­cze­nie w brzu­chu zagłu­szyło na moment odgłosy chra­pa­nia, dobie­ga­jące z sypialni jego pia­stunki. Nie­stety, figi znaj­do­wały się daleko stąd, w pałacu papieża. Czy powi­nien zapusz­czać się tam o tej porze zupeł­nie sam, bez sług i straż­ni­ków, w dodatku nie budząc przy tym Cele­ste?

Jego pusty żołą­dek wydał gło­śny wer­dykt: tak.

Fede­rico szybko wcią­gnął raj­tuzy i jedwabne plu­derki. Nie paso­wały do sie­bie, ale prze­cież nikt go nie zoba­czy. Przy­tro­czył do pasa szty­let, a na ramiona narzu­cił pele­rynę, pomny, że bez niej szlach­cic jest nagi. Na koniec nakrył jesz­cze jasne loki czapką, wziął latar­nię, którą Cele­ste na wszelki wypa­dek zosta­wiła zapa­loną, i na palusz­kach wyszedł z kom­naty. Może i był zakład­ni­kiem, prze­trzy­my­wa­nym w Rzy­mie jako gwa­rant lojal­no­ści swo­jej rodziny wobec Jego Świą­to­bli­wo­ści Juliu­sza II, ale to nie zna­czyło, że sie­dział jak wię­zień pod klu­czem.

Willa, w któ­rej obec­nie miesz­kał, stała na wietrz­nym szczy­cie wzgó­rza, odda­lona o dobre ćwierć mili od papie­skiego pałacu. Żeby zro­bić wra­że­nie na gościach, Jego Świą­to­bli­wość posta­no­wił nie­dawno połą­czyć obie budowle dłu­gim kory­ta­rzem, który wciąż jesz­cze nie został jed­nak wybu­do­wany i poza Fede­ri­kiem nie­wielu zeń korzy­stało. Robot­nicy skła­do­wali tam deski i nie­po­trzebne sprzęty. O tej porze przez nie­ukoń­czony dach zaglą­dał księ­życ. W świe­tle latarni roz­sta­wione tam dra­biny i sterty cera­micz­nych pły­tek rzu­cały tajem­ni­cze cie­nie. W pew­nym momen­cie pod ścianą zama­ja­czyła ciemna, zwa­li­sta syl­wetka...

Fede­rico odsko­czył z biją­cym ser­cem, by po chwili stwier­dzić, że to jed­nak nie czło­wiek, tylko wielka drew­niana skrzy­nia. Chwała Bogu, że nie było z nim jego sióstr, umar­łyby ze stra­chu. Jego, rzecz jasna, nie­ła­two było prze­ra­zić.

Mimo to, prze­cho­dząc obok skrzyni, prze­zor­nie odwró­cił wzrok.

W końcu dotarł do wylotu kory­ta­rza, zakoń­czo­nego cięż­kimi wro­tami pro­wa­dzą­cymi do pałacu. W papie­skiej rezy­den­cji rów­nież trwała obec­nie roz­bu­dowa -?wszyst­kie kom­naty i sale miały zyskać nowy kształt albo zdo­bie­nia. W dro­dze do prze­bu­do­wy­wa­nego gabi­netu papieża Fede­rico musiał lawi­ro­wać mię­dzy skrzyn­kami na narzę­dzia a kadziami z palo­nym wap­nem. Dotarł­szy do drzwi kom­naty, pocią­gnął nosem. Wyraź­nie czuł woń nie­my­tych stóp, brud­nych ubrań i tłu­stych wło­sów... Dobrze ją znał.

-?Mistrzu?! -?zawo­łał, marsz­cząc nos. -?Mistrzu Miche­lan­gelo?

Drzwi otwarły się gwał­tow­nie.

-?Kogo tam znowu nie­sie? -?Miche­lan­gelo łyp­nął gniew­nie na chłopca, zaci­ska­jąc pię­ści. -?Hm. To ty, Fede­rico. Czego chcesz?

Miche­lan­gelo Buonar­roti był nie lada dzi­wa­kiem. Naj­więk­szy rzeź­biarz, jakiego znał świat, talen­tem prze­wyż­sza­jący sta­ro­żyt­nych mistrzów, pychą zra­żał do sie­bie wiel­bi­cieli, a przy­ja­ciół -?ponu­rac­twem. Po kilku latach malo­wa­nia fre­sków na skle­pie­niu Kaplicy Syk­styń­skiej z głową wiecz­nie zadartą do góry miał trwale skrzy­wiony kark. Dawno temu zła­mano mu nos, co było karą za prze­chwałki, ojciec zaś przy­ka­zał mu jesz­cze za młodu, aby ni­gdy się nie kąpał. Nikt nie nazwałby go uro­dzi­wym, a jeśli dodać do tego znie­kształ­coną twarz i kosz­marny smród...

-?Dobry wie­czór, mistrzu. -?Fede­rico ukło­nił się dwor­nie, sta­ra­jąc się oddy­chać przez otwarte usta. Co Miche­lan­gelo robił w gabi­ne­cie papieża? -?Przy­sze­dłem... obej­rzeć swój por­tret. -?Wolał uciec się do wymówki, niż przy­znać się do głodu; bądź co bądź doskwie­rał on głów­nie bie­da­kom. Wymi­nął Miche­lan­gela i wśli­znął się do środka. Biblio­teczki i posadzkę kom­naty pokry­wały prze­ście­ra­dła, a rusz­to­wa­nia z nie­he­blo­wa­nych desek słu­żyły zapewne mala­rzom -?dzięki nim mogli dosię­gnąć wyż­szych par­tii ścian. Na para­pe­cie chło­piec dostrzegł to, czego szu­kał: talerz pełen owo­ców. -?O, figi! -?Pod­su­nął je arty­ście. -?Poczę­stu­je­cie się, mistrzu?

Miche­lan­gelo ode­pchnął talerz.

-?Por­tret? -?prych­nął. -?Malo­wać por­trety to żadna sztuka. -?Nie­które są piękne. -?Spoj­rze­nie Fede­rica zatrzy­mało się na widocz­nej nad wej­ściem podo­biź­nie uro­dzi­wego, jasno­wło­sego chłopca: drob­nej figurce w tłu­mie ponad pięć­dzie­się­ciu filo­zo­fów. -?Tak się cie­szę, że mogłem cię umie­ścić na tym fre­sku -?powie­dział Rafael, doda­jąc kilka ostat­nich pocią­gnięć pędz­lem. -?Wyglą­dasz na nad wiek rozum­nego.

Miche­lan­gelo spoj­rzał wil­kiem na prze­ła­do­waną scenę na ścia­nie.

-?Wszyst­kiego, co ten paw potrafi, nauczył się ode mnie. -?Nazy­wał Rafa­ela pawiem z powodu jego wytwor­nych stro­jów.

Fede­rico nie­omal zadła­wił się figą.

-?Nie wie­dzia­łem, że mistrz Rafael pobie­rał u was nauki.

-?Nie mówi­łem, że pobie­rał. Ni­gdy bym go nie przy­jął na ucznia. Ten czło­wiek wyłącz­nie bie­rze. Jest niczym dziura w wia­drze, przez którą wypły­wają moje naj­lep­sze pomy­sły. Wysysa ze mnie krew jak pijawka.

-?Ach. -?Fede­rico opu­ścił talerz. Zro­biło mu się nie­do­brze.

Miche­lan­gelo spod zmarsz­czo­nych brwi łyp­nął na filo­zofa Pita­go­rasa, przed­sta­wia­ją­cego swoją teo­rię har­mo­nii.

-?O czym roz­ma­wia­cie z Rafa­elem? Obga­du­je­cie mnie? -?Cho­ciaż miał zale­d­wie trzy­dzie­ści sześć lat, ponury cha­rak­ter wyrył na jego twa­rzy głę­bo­kie zmarszczki. Cuch­nął potem i sta­rymi butami.

Fede­rico zary­zy­ko­wał i wło­żył do ust jesz­cze jedną figę.

-?Roz­ma­wiamy głów­nie o Jego Świą­to­bli­wo­ści. Rafa­elowi spodo­bała się moja opo­wieść o tym, jak papież prze­wró­cił sto­lik do tryk­traka. -?Fede­rico czę­sto gry­wał w tryk­traka z papie­żem i rów­nie czę­sto z nim wygry­wał.

-?Ten paw zro­biłby wszystko, żeby zoba­czyć Kaplicę Syk­styń­ską. Ale ja ni­gdy do tego nie dopusz­czę. -?Miche­lan­gelo popa­trzył chmur­nie na ścianę pełną postaci tak wia­ry­god­nie odda­nych, jakby wręcz oddy­chały. -?Pff! - prych­nął i odda­lił się gniew­nie, pozo­sta­wia­jąc za sobą przy­krą woń.

A to cie­kawe, myślał Fede­rico, wra­ca­jąc do willi. Co Miche­lan­gelo robił w środku nocy w gabi­ne­cie papieża? To Rafael otrzy­mał zle­ce­nie na ozdo­bie­nie pała­co­wych ścian, nie on. W pew­nym momen­cie chło­piec doznał olśnie­nia i gło­śno wcią­gnął powie­trze: Miche­lan­gelo przy­szedł tam na prze­szpiegi! Wielki mistrz pota­jem­nie podzi­wia­jący dzieło mło­dziut­kiego Rafa­ela -?cóż za sma­ko­wity kąsek!

Tylko z kim miałby o tym poplot­ko­wać? Cele­ste tak dużo mówiła, że nie star­czało jej już czasu na słu­cha­nie. Nie­liczni rówie­śnicy Fede­rica w pałacu byli głów­nie paziami albo kuch­ci­kami. Dalece prze­wyż­szał ich uro­dze­niem -?synowi księ­cia nie wypa­dało spo­ufa­lać się z pospól­stwem. Może mógłby poga­wę­dzić z papie­skimi loka­jami? Ze swoim kraw­cem? Albo z nadwor­nym bła­znem? Już prę­dzej z kupi­dyn­kami wyma­lo­wa­nymi na sufi­cie kom­naty. Chło­piec wes­tchnął; znał w Rzy­mie wielu ludzi, ale nie miał nikogo, kogo mógłby nazwać przy­ja­cie­lem.

Wraz z ostat­nimi kęsami figi prze­żu­wał tę smutną prawdę, wlo­kąc się noga za nogą kory­ta­rzem. W oddali dzwony bazy­liki Matki Bożej Więk­szej zaczęły wybi­jać pół­noc; ich żałobny ton zda­wał się odzwier­cie­dlać nastrój chłopca. Żwir chrzę­ścił pod jego ciż­mami, świa­tło latarni z tru­dem roz­pra­szało mrok. Gwiazdy mie­rzyły go lodo­wa­tym wzro­kiem i Fede­rico zatę­sk­nił nagle za towa­rzy­stwem młod­szych sióstr. Tak bar­dzo chciałby wró­cić do domu! Nie po raz pierw­szy prze­szło mu przez myśl, żeby uciec, lecz taka zbrod­nia okry­łaby hańbą całą jego rodzinę. Nie, musi pozo­stać w Rzy­mie jako jeniec, dopóki Jego Świą­to­bli­wość nie uzna za sto­sowne go uwol­nić...

-?Miau.

Co to? Fede­rico obró­cił się na pię­cie, doby­wa­jąc noża. Per­łowy pro­mień księ­życa prze­bił ciem­no­ści nocy, oświe­tla­jąc pira­midy pły­tek pod­ło­go­wych, sterty desek i wysoką drew­nianą skrzy­nię pod ścianą... Chło­piec zmarsz­czył brwi; skąd ona się tu wła­ści­wie wzięła? Musiano ją dostar­czyć po połu­dniu, kiedy drze­mał.

Zebrał się na odwagę i przy­su­nął bli­żej, ści­ska­jąc w ręku szty­let. Skrzy­nia -?a wła­ści­wie coś w rodzaju repre­zen­ta­cyj­nego kre­densu -?była prze­pięk­nie wyko­nana z inkru­sto­wa­nego klej­no­tami gład­kiego drewna orze­cho­wego. Ktoś musiał słono zapła­cić za tak wykwintne rze­mio­sło.

Ze środka dobie­gło stłu­mione, lecz upo­rczywe dra­pa­nie.

Fede­rico odsko­czył wystra­szony. W ustach mu zaschło.

-?Zgiń, prze­pad­nij, maro nie­czy­sta...

I znowu to samo: drap, drap... Chło­piec oddałby pół księ­stwa, żeby mieć teraz u boku wypró­bo­wa­nego przy­ja­ciela.

-?Miau...

-?Och, na litość boską! -?To był tylko kot, uwię­ziony w bogato zdo­bio­nym meblu. Fede­rico par­sk­nął i z ulgą scho­wał nóż do pochwy. -?Wychodź - powie­dział, otwie­ra­jąc rygiel.

Ze skrzyni -?kre­densu? -?wysko­czył kociak.

-?Miau? -?Był płowy jak lew, miał czarne czubki uszu i groź­nie wyma­chi­wał ogo­nem. Fede­rico wziął go na ręce. To była kotka! Zamru­czała cicho w jego obję­ciach; w świe­tle zalśniły bursz­ty­nowe oczy w czar­nych obwód­kach, jak u Egip­cjan. Ząbki miała cien­kie jak igły. -?Miau?

-?Witaj, o pani. -?Fede­rico wyko­nał prze­wi­dziany ety­kietą ukłon. - Panicz Fede­rico Gon­zaga, do usług. Syn księ­cia Man­tui, Fran­ce­sca Dru­giego, oraz Iza­beli d'Este z Fer­rary.

-?Miau. -?Kotka miękką łapką musnęła czu­bek jego nosa, jakby skła­dała tam poca­łu­nek, po czym zaczęła się wier­cić w jego obję­ciach.

-?Natu­ral­nie, o pani. Nie będę pani zatrzy­my­wał. -?Fede­rico posta­wił zwie­rzątko na posadzce, gdzie wyko­nało kilka pod­sko­ków. Po chwili prze­wró­ciło się na grzbiet i zaczęło się tur­lać jak bła­zen, w dodatku zabaw­niej­szy od tego na uczcie! Fede­rico wybuch­nął śmie­chem i zakla­skał. Mógłby przy­glą­dać się tym figlom do rana.

Kotka nagle znie­ru­cho­miała i poli­zała łapkę z taką miną, jakby mówiła: "Ja i figle? Ni­gdy w życiu!".

Potem spo­strze­gła leżące na posadzce piórko. Przy­cza­iła się i pod­kra­dła bli­żej na nisko ugię­tych łapach. Sko­czyła...

-?Masz swoją zdo­bycz! -?zawo­łał Fede­rico. -?Ależ jesteś zwinna!

Z zapa­łem źre­baka kotka pomknęła w głąb kory­ta­rza, po czym wró­ciła jak pocisk i z impe­tem odbiła się od jego nóg.

-?Miau -?pochwa­liła się, mru­cząc całą sobą.

-?Wytrawny z cie­bie bie­gacz. -?Fede­rico schy­lił się i ją pogła­skał. - Ale musimy jesz­cze popra­co­wać nad zawra­ca­niem.

Kotka odbie­gła w pod­sko­kach. Naraz jej grzbiet wygiął się w łuk, sierść zje­żyła się i zwie­rzę ruszyło ku niemu na czub­kach łapek, sycząc przez swoje cien­kie ząbki.

-?Taka jesteś groźna? Już się boję. -?Na dowód zakrył twarz połą pele­ryny.

Kotka otarła się o jej brzeg, a następ­nie pró­bo­wała wspiąć się po jego nodze.

-?Auć! -?roze­śmiał się Fede­rico, sta­wia­jąc ją znów na posadzce. -?To jedwabne plu­derki!

Pode­szła do kre­densu i otarła się o jego drzwi.

-?Miau?

Fede­rico otwo­rzył je szyb­kim ruchem. Kotka, węsząc, wbie­gła do środka.

Fede­rico z ukło­nem zamknął za nią drzwi.

-?Wierny sługa jaśnie pani... -?By zaraz rów­nie szybko je otwo­rzyć.

Z kre­densu nikt nie wysko­czył.

-?Kiciu? -?Chło­piec zaj­rzał do środka.

Pusto.

Się­gnął po latar­nię.

-?Gdzie jesteś? -?Przy­klęk­nął i prze­su­nął dłońmi po drew­nia­nej pod­ło­dze. Poświe­cił w naj­dal­sze kąty, obej­rzał bogato inkru­sto­wane drzwi. Niczego nie zna­lazł, poza dziw­nymi sym­bo­lami z hebanu i jasnego drewna ostro­krzewu kol­cza­stego. Ani śladu kotki.

Zdjęty paniką zro­bił krok w tył.

-?Kiciu...? -?Z oddali dobie­gały śmiech i echo roz­mów bie­siad­ni­ków, lecz na kory­ta­rzu pano­wała głu­cha cisza. Cisza, którą prze­rwało nagłe bicie dzwo­nów kościoła Świę­tego Ducha.

Fede­ri­cowi zebrało się na płacz.

-?Gdzie się podzia­łaś, kiciu? -?Miał ochotę roz­bić ten prze­klęty mebel w drza­zgi! Roz­trza­skać dro­go­cenne klej­noty trzon­kiem szty­letu, a okru­chy zmiaż­dżyć pode­szwami. Kto to widział, żeby tak zni­kać bez śladu? - Kiciu!

Dzwony Świę­tego Ducha wybrzmiały i umil­kły, a chwilę potem roz­le­gły się maje­sta­tyczne dźwięki dzwo­nów Świę­tego Augu­styna i Świę­tej Rufiny, jako że każdy rzym­ski kościół wybi­jał pół­noc o nieco innej porze.

Fede­rico głę­boko zaczerp­nął powie­trza. Czy to jakiś wstrętny psi­kus? A może czary? W każ­dym razie naj­wy­raź­niej w grę wcho­dziła siła nie­czy­sta. Ogrom­nie zasmu­cony zamknął drzwi kre­densu.

-?Żegnaj, kiciu. -?Z nie­chę­cią pomy­ślał o cze­ka­ją­cym go powro­cie do willi. Latar­nia cią­żyła mu w ręce, jakby była z oło­wiu. Ni­gdy w życiu nie czuł się taki samotny.

-?Miau.

Chło­piec bie­giem dopadł kre­densu. Jed­nym szarp­nię­ciem otwo­rzył drzwi...

Wyszła przez nie kotka. Doro­sła kotka z płową sier­ścią lwicy i czarno obwie­dzio­nymi oczami, któ­rymi na niego spoj­rzała.

-?Miau? -?Nie było to już jed­nak popi­ski­wa­nie mło­dego kociaka, tylko doro­słe, głę­bo­kie miau­cze­nie.

-?Kiciu... -?wyszep­tał Fede­rico.

Kotka zro­biła ósemkę wokół jego nóg, ocie­ra­jąc mu się o łydki uszami o czar­nych czub­kach.

Chło­piec gło­śno prze­łknął ślinę.

-?To ty. Ale jak...?

-?Miau. -?Dostoj­nym kro­kiem ruszyła w kie­runku tajem­ni­czego mebla; koniec z nie­fra­so­bli­wymi pod­sko­kami. Bursz­ty­nowe oczy poły­ski­wały w świe­tle latarni. -?Miau? -?Łapką pchnęła drzwi.

-?O nie! -?Fede­rico szybko chwy­cił ją na ręce. -?To coś jest bar­dzo nie­bez­pieczne. -?Przy­ci­snął ją do piersi i nie bacząc na to, że ktoś usły­szy echo jego kro­ków, ile sił w nogach pobiegł z powro­tem do willi.

Roz­dział 2

A to ciekawe!

Naza­jutrz Fede­rico obu­dził się zroz­pa­czony. Śniło mu się, że miał zaprzy­jaź­nioną kotkę! Jaka szkoda, że to tylko sen... Obró­cił się na brzuch i ukrył twarz w poduszce.

-?Miau.

Chło­piec sze­roko otwo­rzył oczy. Tuż obok sie­bie, na mate­racu, ujrzał uśmiech­nięty koci pysz­czek. Roz­le­gło się cie­płe mru­cze­nie i nagle świat znów stał się piękny.

Spę­dzili razem cały ranek: kotka zwi­nęła się w kłę­bek przy jego łok­ciu, gdy sie­dział przy biurku, mozo­ląc się nad listem do domu. Rezul­tat tych sta­rań przed­sta­wiał się nastę­pu­jąco:

Naj­droż­sza Matko, kon­ty­nu­uję naukę. Ufam, że cie­szy­cie się dobrym zdro­wiem, podob­nie jak moje sio­stry. Mistrz Rafael skoń­czył malo­wać mój por­tret. Mam kota.

Wasz oddany syn, Fede­rico

Miał ochotę opi­sać dziwne spo­tka­nie z Miche­lan­ge­lem o pół­nocy i pochwa­lić się wygraną w tryk­traka z papie­żem. Bar­dzo chciałby też szcze­gó­łowo opo­wie­dzieć matce o swo­jej nowej towa­rzyszce -?o tym, jak nie­ocze­ki­wa­nie zmie­niła się z kociaka w doro­słą kotkę i w tajem­ni­czy spo­sób zni­kła z wnę­trza kre­densu... Nie­stety nie mógł wyra­zić tego wszyst­kiego w liście, gdyż pisał po łaci­nie, a łacina zawsze spra­wiała mu kło­poty.

-?Napi­sać, że zna­la­złem cię na kory­ta­rzu o pół­nocy? -?zapy­tał. -?Miau.

-?Masz rację. Lepiej o tym nie wspo­mi­najmy. -?Z uwagą przyj­rzał się wiszą­cemu nad biur­kiem por­tre­towi ojca: męż­czy­zny o zmarsz­czo­nych brwiach, równo przy­strzy­żo­nych wło­sach i zaokrą­glo­nej bro­dzie, w czar­nej zbroi z czer­wo­nym obszy­ciem. Ojciec był zna­mie­ni­tym ryce­rzem. Fede­rico też będzie ryce­rzem, jak doro­śnie, a ryce­rzom nie jest potrzebna łacina.

Kotka, mru­cząc, otarła się o jego ramię, a on z uśmie­chem podra­pał ją za uszami. Przy­szła mu do głowy wspa­niała myśl: na dowód swo­jej miło­ści powi­nien jej coś poda­ro­wać. Po lek­cji łaciny i nauce fech­tunku z se?orem Pablem wybrał się więc przez pała­cowe ogrody do stajni w poszu­ki­wa­niu ryma­rza. Rymarz wyko­ny­wał ze skóry naj­róż­niej­sze przed­mioty i zmyślne figurki, a Fede­rico posta­no­wił kupić u niego ozdobę godną kota nale­żą­cego do szlach­cica.

Z pewną ostroż­no­ścią zbli­żył się do ławy, przy któ­rej pra­co­wał rymarz, pod spe­cjal­nym zada­sze­niem chro­nią­cym go przed pro­mie­niami let­niego słońca. W powie­trzu czuć było zapach psz­cze­lego wosku, skóry i koni. Zwy­kle Fede­rico uni­kał ryma­rza, który miał bli­znę na policzku i szy­der­czy wyraz twa­rzy; teraz jed­nak zebrał się na odwagę.

-?Wybacz­cie, mistrzu.

Męż­czy­zna spoj­rzał na niego, jakby chło­piec był kawał­kiem bydlę­cej skóry.

-?Tak, pani­czu? -?Bli­zna na jego policzku spra­wiała, że uśmiech wyda­wał się krzywy.

-?Ja... potrze­bo­wał­bym... obróżki. Dla kota. Ład­nej, jeśli łaska.

Rymarz odło­żył na bok uzdę, w któ­rej wybi­jał otwory, i przez chwilę szpe­rał wśród róż­nych szpar­ga­łów na ławie. Ileż tam było narzę­dzi do cię­cia i prze­bi­ja­nia! W końcu zna­lazł i pod­niósł czer­wony skó­rzany pasek przy­brany per­łami.

-?Takiej jak ta, pani­czu?

Czer­wień i biel sta­no­wiły barwy rodowe Gon­za­gów! Fede­rico zagryzł wargę, powstrzy­mu­jąc okrzyk zachwytu -?oka­za­nie zain­te­re­so­wa­nia wpły­nę­łoby z pew­no­ścią na wzrost ceny.

-?Chyba że macie coś lep­szego?

-?Nic rów­nie wyszu­ka­nego. -?Rymarz obró­cił pasek i perły zalśniły w słońcu. -?Od was, pani­czu, wezmę... trzy dukaty.

Tym razem Fede­rico nie zdo­łał powstrzy­mać okrzyku zasko­cze­nia.

-?Nie mam trzech duka­tów!

Obróżka była taka miękka... Wprost ide­alna.

Rymarz zer­k­nął na niego spod oka.

-?Jest jedno roz­wią­za­nie, pani­czu. Może tak się aku­rat składa, że znisz­czy­li­ście swoje rycer­skie sio­dło. Napra­wie­nie go będzie kosz­to­wało aku­rat trzy dukaty.

-?Ale ja nie znisz­czy­łem sio­dła. -?Fede­rico był zdez­o­rien­to­wany.

-?Powiedzmy, że jed­nak znisz­czy­li­ście. Napi­szę do sekre­ta­rza waszej matki, bo to on mi płaci.

-?Aha -?zro­zu­miał wresz­cie Fede­rico. -?A ja tym­cza­sem zatrzy­mam obróżkę.

-?W rze­czy samej. -?Bli­zna znów wykrzy­wiła uśmiech ryma­rza. -?Szlach­cic nie płaci za swoje przy­jem­no­ści. Każe to robić innym.

Co za gbur! Fede­rico powi­nien się obra­zić i odejść zagnie­wany, ale tak bar­dzo chciał mieć tę obróżkę!

-?Dopil­nuj­cie, aby tak się stało -?rzekł w końcu. Było to jedno z ulu­bio­nych powie­dzeń jego matki. Zadzie­ra­jąc dum­nie pod­bró­dek, żeby dać ryma­rzowi nauczkę, scho­wał obróżkę do kie­szeni. Szkoda, że nie było z nim przy­ja­ciela, który mógłby podzi­wiać jego spryt, ale takie wła­śnie samot­ni­cze życie wiódł w Rzy­mie.

Po powro­cie do kom­naty pospiesz­nie zapre­zen­to­wał obróżkę kotce, która wyprę­żyła się, zado­wo­lona z oka­zy­wa­nego jej zain­te­re­so­wa­nia. W nowej, wspa­nia­łej ozdo­bie na szyi towa­rzy­szyła Fede­ri­cowi pod­czas lek­cji fran­cu­skiego, reto­ryki i tańca, a potem, wytworna i nie­ru­choma niczym posą­żek, przy­glą­dała się, jak Cele­ste ubiera go na wie­czorną ucztę.

-?Patrz­cie pań­stwo! -?wykrzyk­nęła pia­stunka, popra­wia­jąc na gło­wie chłopca czer­wono-białą czapkę. -?Wyglą­da­cie, pani­czu, rów­nie dostoj­nie jak wasz papa. -?Przy­pięła mu do pasa szty­let noszony przy szcze­gól­nych oka­zjach, a na ramiona narzu­ciła pele­rynę z czer­woną jedwabną pod­szewką.

-?Miau -?zgo­dziła się kotka, wygi­na­jąc grzbiet w łuk i pre­zen­tu­jąc wła­sne barwy rodowe.

Fede­rico roz­pro­mie­nił się, sły­sząc te kom­ple­menty.

-?Rodzina może być z pani­cza dumna -?oświad­czyła Cele­ste. -?A rodzina jest naj­waż­niej­sza.

Uczta wydana przez kar­dy­nała i jego bra­tanka w palazzo1 na dru­gim brzegu rzeki nale­żała do naprawdę uda­nych. Kar­dy­nał poda­ro­wał Fede­ri­cowi śliczną srebrną sol­niczkę, po czym chło­piec dostą­pił zaszczytu pokro­je­nia pie­czo­nego łabę­dzia. Obwie­szone klej­no­tami żony obec­nych na uczcie wiel­mo­żów powta­rzały mu kolejno, że wygląda bar­dzo uro­dzi­wie i ma wiel­kie szczę­ście być gościem papieża. Żadna nie użyła słowa "zakład­nik". Co wię­cej, Fede­rico dowie­dział się, że dziwny drew­niany sprzęt w kory­ta­rzu, który wyglą­dał jak ozdobna skrzy­nia, a oka­zał się kre­den­sem, to pre­zent od króla Fran­cji dla Jego Świą­to­bli­wo­ści.

Zamy­ślony zmarsz­czył brwi, po czym zapy­tał:

-?A czy król Fran­cji ma kocięta?

-?Kocięta? -?roze­śmiała się jakaś hra­bina i uszczyp­nęła go lekko w poli­czek. -?Nie sądzę, ty figla­rzu.

Kiedy Fede­rico wró­cił do willi, brzuch bolał go od nad­miaru ciast, a policzki pie­kły od cią­głego pod­szczy­py­wa­nia. Kotka usia­dła na jego widok, mru­ga­jąc bursz­ty­no­wymi oczami.

-?Co robi­łaś we fran­cu­skim kre­den­sie? -?spy­tał, głasz­cząc ją po futerku. Kró­lew­ski mebel... dobrze byłoby przyj­rzeć mu się dokład­niej. -?Co powiesz na małą wyprawę?

-?Miau -?odparła kotka, bły­ska­jąc w pół­mroku per­łami na swo­jej obróżce, jakby mówiła: "Oczy­wi­ście".

Upew­niw­szy się, że Cele­ste twardo śpi, Fede­rico wziął kotkę na ręce i ruszył w drogę. Księ­życ świe­cił tak jasno, że nie potrze­bo­wali latarni. Kotka pół­le­żała w jego obję­ciach, popa­tru­jąc bystro na igra­jące w kory­ta­rzu cie­nie. W dole ogro­dowe posągi jaśniały nie­na­tu­ralną bielą i zda­wały się poru­szać w księ­ży­co­wym bla­sku. Jasne pro­mie­nie wdzie­rały się przez okna i nie­ukoń­czony dach, oble­wa­jąc tajem­ni­czy kre­dens per­łową poświatą.

Fede­rico zdał sobie sprawę, że drzwi mebla nie są wcale ozdo­bione klej­no­tami -?ależ się wygłu­pił! W drew­nie osa­dzono osiem szkla­nych kulek, po jed­nej na czubku każ­dego ramie­nia ośmio­ra­mien­nej gwiazdy, które lekko poły­ski­wały w świe­tle księ­życa. Ponad gwiazdą wid­niały zaś jakieś sym­bole -?a może litery nie­zna­nego mu alfa­betu. Tylko wybit­nie uta­len­to­wany rze­mieśl­nik potra­fiłby wyko­nać taką intar­sję.

Fede­rico ostroż­nie uchy­lił drzwi. Roz­le­gło się gło­śne:

-?Miau!

-?Wybacz. -?Moc­niej przy­trzy­mał kotkę.

Dopiero teraz dostrzegł na wewnętrz­nej tyl­nej ścia­nie kre­densu osiem luster, usta­wio­nych tak, aby odbi­jały świa­tło rzu­cane przez szklane kulki. Na odwro­cie drzwi umiesz­czono zaś szklaną kulę wiel­ko­ści poma­rań­czy.

Fede­rico dotknął jej; w środku zamknięta była woda, prze­le­wa­jąca się przy każ­dym ruchu drzwi. Chło­piec kil­ku­krot­nie otwo­rzył je i zamknął, dzi­wu­jąc się tej nie­zwy­kłej ozdo­bie. Kotka też śle­dziła ją z jego objęć. Uświa­do­mił sobie, że odbite w lustrach roz­bły­ski szkla­nych kulek padają na wodę. Po co ktoś miałby zadać sobie tyle trudu, żeby odbi­jać i chwy­tać świa­tło?

-?Nie lepiej użyć latarni? -?zwró­cił się do kotki.

-?Miau. -?Ziew­nęła.

Marsz­cząc brwi, zamknął drzwi kre­densu. To nie miało sensu. Raz jesz­cze je uchy­lił i woda w szkla­nej kuli zawi­ro­wała.

W ciszy zabrzmiały dzwony obwiesz­cza­jące pół­noc. Fede­rico drgnął zasko­czony, a kotka wyrwała się z jego uści­sku.

-?Oj! -?zawo­łał. -?Wra­caj! -?Kotka wsko­czyła do kre­densu, więc chło­piec rzu­cił się za nią, usi­łu­jąc ją zatrzy­mać...

Nie­ocze­ki­wa­nie poczuł pod pal­cami jakąś tka­ninę, a potem łydkę i ze środka wyszedł nie­znany mu męż­czy­zna.

Fede­rico aż się zato­czył do tyłu. Z ust wyrwał mu się okrzyk zasko­cze­nia.

-?Jak ty się masz? -?prze­mó­wił przy­bysz łama­nym wło­skim. W ramio­nach trzy­mał kota -?kotkę Fede­rica! -?Ja wielce rad cię poznać.

Roz­dział 3

Łakocie i nowy znajomy

Przy­bysz nosił przy­odzie­wek, jakiego Fede­rico jesz­cze nie widział. Głowę miał odkrytą, plu­dry się­gały mu do kostek, a mimo to szcze­rzył zęby zado­wo­lony, jakby cały świat do niego nale­żał.

-?Dzwony biją, ty sły­szysz?! -?zawo­łał z rado­ścią. -?Wybi­jają pół­noc.

-?Gdzie jest jej obróżka? -?wark­nął Fede­rico, zbyt zagnie­wany, żeby odczu­wać strach. Wska­zał na kotkę. -?Czer­wona obróżka z per­łami. Kosz­to­wała trzy dukaty.

Męż­czy­zna z cie­ka­wo­ścią rozej­rzał się po kory­ta­rzu.

-?Ty, pro­szę, powiedz, jaka tutaj data?

-?No prze­cież rok Pań­ski tysiąc pięć­set jede­na­sty -?odparł Fede­rico. Co za idio­tyczne pyta­nie! -?Gdzie jest jej obróżka? -?powtó­rzył.

Nie­zna­jomy uśmiech­nął się sze­roko i pogła­skał kotkę.

-?Tylko popatrz, w co ty mnie wpa­ko­wa­łaś, Junono. -?Pochwy­ciw­szy chmurne spoj­rze­nie Fede­rica, wyja­śnił: -?Tak jej na imię. Junona. Jak rzym­ska bogini.

-?Wiem, kim jest Junona -?burk­nął Fede­rico. -?Uczę się łaciny. -?Twój dom bar­dzo ładny -?zauwa­żył męż­czy­zna. Co za gbur! Mówił z pro­stac­kim akcen­tem, trzy­mał na rękach kotkę Fede­rica, jakby do niego nale­żała, i nawet mu się nie ukło­nił!

-?To jest pałac -?popra­wił go chło­piec. -?Pałac waty­kań­ski. Należy do Jego Świą­to­bli­wo­ści papieża.

-?Och. Ja mogę się rozej­rzeć?

-?Nie. -?Fede­rico też potra­fił być gru­biań­ski. Naraz przy­szedł mu do głowy pomysł, który uznał za genialny. -?Cho­ciaż tak. To zna­czy, pro­szę za mną. -?Strzep­nąw­szy poły pele­ryny, popro­wa­dził nie­zna­jo­mego w głąb kory­ta­rza; zaraz pokaże temu igno­ran­towi, co zna­czy szla­chetne uro­dze­nie.

-?Praca wre, ja widzę -?stwier­dził tam­ten na widok roz­sta­wio­nych wszę­dzie wia­der i dra­bin.

-?Istot­nie. Jego Świą­to­bli­wość i ja mamy wiele nowych pomy­słów. - Fede­rico zacze­kał na jakiś komen­tarz, jed­nak męż­czy­zna mil­czał. -?Tutaj na przy­kład znaj­duje się nowy gabi­net Jego Świą­to­bli­wo­ści. -?Oczy świeżo nama­lo­wa­nych postaci zalśniły w świe­tle księ­życa; złu­dze­nie trój­wy­mia­ro­wo­ści kolumn i drzew było nie­mal cał­ko­wite.

Nie­zna­jomy aż usta roz­dzia­wił ze zdu­mie­nia.

-?To prze­cież fre­ski Rafa­ela!

Posta­wił kotkę na posadzce i pod­biegł do frag­mentu przed­sta­wia­ją­cego klę­czą­cych żoł­nie­rzy. Nachy­lił się, żeby przyj­rzeć się z bli­ska ich stroj­nym sza­tom.

-?To Gwar­dia Szwaj­car­ska. Wal­czą mie­czami i pikami, są wierni do śmierci.

-?Mhm. -?Nos męż­czy­zny nie­mal doty­kał ściany. Kotka odda­liła się, żeby powę­szyć w ciem­nych zaka­mar­kach.

-?Chodźmy dalej. Jest jesz­cze wiele do zoba­cze­nia. W sąsied­niej kom­na­cie będzie się mie­ścił gabi­net Jego Świą­to­bli­wo­ści... -?Szkoła Ateń­ska! -?Nie­zna­jomy się roz­pro­mie­nił. Kotka otarła się o kostki Fede­rica. -?No pro­szę: widzę, że ty i Junona już są przy­ja­ciele.

Fede­rico prędko wziął kotkę na ręce.

-?Prawdę mówiąc, nie nada­łem jej jesz­cze imie­nia.

Męż­czy­zna wzru­szył ramio­nami. Ponow­nie odwró­cił się twa­rzą do malo­wi­dła. -?Junona dostać imię od swo­jego pana, kiedy być jesz­cze mały kociak. - Wska­zu­jąc na sto­jące pod ścianą rusz­to­wa­nie z nie­he­blo­wa­nych desek, spy­tał: -?Ja mogę?

-?Pro­szę. -?Fede­rico posa­dził kotkę -?swoją kotkę -?na rusz­to­wa­niu i sam się na nie wdra­pał. Naraz ogar­nął go nie­po­kój: a jeśli nie­zna­jomy będzie się śmiał? Tak bar­dzo pra­gnął się przed nim pochwa­lić swoim por­tre­tem. Jed­nak...

-?Ten tutaj to Sokra­tes. -?Męż­czy­zna wska­zał wła­ściwą postać na fre­sku. -?Ja go znać ze stu­diów. -?Nachy­lił się bli­żej, żeby lepiej obej­rzeć stopę w san­dale. -?Cudow­nie widzieć to takie świeże!

Cokol­wiek to miało zna­czyć.

-?To Homer i Pita­go­ras, a tutaj...

-?Co takiego? -?Oczy męż­czy­zny błysz­czały. -?Ty mi powiedz, pro­szę. - Roz­glą­dał się po ścia­nie, podzi­wia­jąc udra­po­wane togi i arab­skiego filo­zofa w tur­ba­nie... -?To prze­cież ty! -?Z otwar­tymi ustami zaga­pił się na postać chłopca o jasnych lokach, po czym odwró­cił się gwał­tow­nie do Fede­rica. -?Te same włosy... Ten sam pod­bró­dek... A oczy! Jak gwiazdy.

-?Migo­czą -?pod­kre­ślił Fede­rico. -?Rafael tak chciał.

Męż­czy­zna musnął pal­cami podo­bi­znę chłopca.

-?Nie­zwy­kły por­tret. Dosko­nały. Dzię­kuję, że ty mi go poka­zał.

Fede­rico wzru­szył ramio­nami, cho­ciaż w duchu wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu niczym nadworny bła­zen. Jak mógł tak źle oce­nić tego czło­wieka?

-?Wybacz­cie, ale nie zapa­mię­ta­łem, jak się zwie­cie. Jestem panicz Fede­rico z Man­tui.

-?Bar­dzo mi miło, panicz Fede­rico. Her­bert Bother z New Jer­sey. Możesz mi mówić Her­bert.

-?Erbert... Erbert Bot­ter. -?Fede­rico z tru­dem prze­sy­la­bi­zo­wał dziwne miano. Te iry­tu­jące pół­nocne języki z nad­mia­rem litery H w imio­nach i nazwi­skach, któ­rych nie spo­sób wymó­wić! Junona sie­działa przy nich, liżąc łapkę. Junona... Hm. Musiał przy­znać, że to odpo­wied­nie imię, zwłasz­cza dla tak dostoj­nego zwie­rzę­cia. Prę­dzej czy póź­niej sam by na to wpadł.

Her­bert nie odry­wał wzroku od fre­sku. Z zado­wo­le­niem kiwał głową, a nawet wycie­rał oczy chustką.

-?Ty lubi cze­ko­ladę? -?zapy­tał, z uśmie­chem cho­wa­jąc chustkę do kie­szeni.

-?Oba­wiam się, że nie znam tego słowa. -?Fede­rico nie chciał obra­żać męż­czy­zny, suge­ru­jąc braki w jego zna­jo­mo­ści wło­skiego.

Her­bert roz­siadł się wygod­nie na rusz­to­wa­niu i wydo­był dwa zawi­niątka w papie­rze.

-?Na pewno ci posma­ko­wać. Jest słodka. -?Junona zwi­nęła się przy nim w kłę­bek, mru­cząc czule.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki