Koszt bycia uczniem - Dietrich Bonhoeffer

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (8,59 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Życiorys autora

DIETRICH BONHOEFFER urodził się 4 lutego 1906 roku we Wrocławiu jako syn profesora uniwersyteckiego i czołowego autorytetu w dziedzinie psychiatrii i neurologii. Jego bardziej odległymi przodkami byli teologowie, profesorowie, prawnicy, artyści. Od strony matki w jego żyłach płynęła także trochę arystokratycznej krwi. Jego rodzice wyróżniali się charakterem i ogólnym światopoglądem.

Bonhoeffer nie tylko pragnął swobody głoszenia Ewangelii, lecz także gotów był zaryzykować życie, sprzeciwiając się Hitlerowi i pomagając Żydom w ucieczkach. Twierdził, że "Kościół tylko wtedy staje się Kościołem, kiedy istnieje dla tych, którzy pozostają poza nim", i postulował "bezwarunkową powinność Kościoła wobec ofiar każdego systemu społecznego, nawet jeżeli nie należą do wspólnoty chrześcijańskiej".

Wspólnota została zlikwidowana przez gestapo w 1937, a próba wznowienia działalności w okolicy Koszalina zakończyła się rok później aresztowaniami niektórych jej uczestników. Bonhoeffer pod koniec 1938 nawiązał kontakt z opozycyjnie wobec nazizmu nastawionymi oficerami armii niemieckiej, utrzymując stałe kontakty z Kościołami zagranicznymi. Przed wybuchem wojny, wiosną 1939 odwiedził Anglię, gdzie rozmawiał z biskupem Chichester, Georgiem Bellem i występował jako przedstawiciel opozycji wobec Hitlera, a następnie Stany Zjednoczone, skąd wrócił w 1940. Objęty zakazem publikacji, pracy naukowej i głoszenia kazań nawiązał bliski kontakt z admirałem Wilhelmem Canarisem, szefem Abwehry (krytycznie nastawionym wobec Hitlera i jego najbliższych współpracowników), dzięki czemu uzyskał chroniącą go w znacznej mierze przed gestapo legitymację pracownika wywiadu, dzięki której też mógł poruszać się dość swobodnie po Niemczech i przekraczać granice. Podczas jednej ze swoich podróży do Sztokholmu spotkał się z Bellem, za którego pośrednictwem przekazał Brytyjczykom dowody eksterminacji Żydów oraz zwrócił się do nich w imieniu grupy spiskowców - w tym generałów Hansa Ostera i Ludwiga Becka - o pomoc w usunięciu Hitlera. Brytyjczycy potraktowali jednak przekazaną prośbę jako prowokację i nie zareagowali.

W styczniu 1943 zaręczył się z Marią von Wedemayer, a 5 kwietnia został aresztowany pod ogólnym zarzutem "osłabiania potencjału wojennego Niemiec", wobec braku konkretnych dowodów uczestnictwa w spisku przeciw Hitlerowi. Wpływy Canarisa nie były wystarczające, aby Bonhoeffera uwolnić, ale pozwoliły na przeniesienie go z aresztu policyjnego gestapo do względnie spokojnego więzienia w Berlinie, w którym wiele pisał. Jego zapiski ukazały się po wojnie w tomie pt. Widerstand und Ergebung ("Opór i poddanie").

Nie skorzystał z możliwości ucieczki z więzienia, a po nieudanym zamachu na Hitlera 20 lipca 1944 i wykryciu związku z tym zamachem Canarisa i grupy współpracujących z nim oficerów - oraz Bonhoeffera - pastor został w październiku 1944 przeniesiony ponownie do więzienia gestapo. Stamtąd trafił do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Hitler nie zapomniał o nim nawet w obliczu katastrofy Niemiec: na jego osobisty rozkaz 9 kwietnia 1945, dwa tygodnie przed wkroczeniem Amerykanów, Bonhoeffer wraz z admirałem Canarisem i generałem Osterem został postawiony przed trybunałem doraźnym, skazany i stracony na szubienicy w obozie Flossenbürg. (1)

Przypis

(1) Życiorys zaczerpnięto z Wikipedii Hasło: Dietrich Bonhoeffer

.

Tania łaska

"Tania łaska to religia nauczająca jak łatwo i prosto być zbawionym. Wystarczy uwierzyć w kilka doktryn i je głośno powtórzyć. Tania łaska, to głoszenie wybaczania grzechów, bez wymagania pokuty, dyscypliny bycia uczniem w kościele, to Wieczerza Pańska, bez wyznania grzechów. Prawdziwa Boża łaska mówi; że nasze zbawienie kosztowało wiele, ona rodzi naśladowcę, który bierze krzyż i rusza za Jezusem" Dietrich Bonhoeffer

Konkluduje: "Konsekwencją tego wszystkiego jest to, że moim jedynym obowiązkiem jako chrześcijanina jest opuszczenie świata na godzinę w niedzielny poranek i udanie się do kościoła, aby upewnić się, że moje grzechy zostały odpuszczone. Nie muszę już próbować naśladować Chrystusa, gdyż tania łaska, najbardziej zawzięty wróg uczniostwa, którego prawdziwe uczniostwo musi nienawidzić i nienawidzić, uwolniła mnie od tego"

Ubolewa jednak nad tym, że "my, luteranie, zebraliśmy się jak orły wokół padliny taniej łaski i tam wypiliśmy truciznę, która zabiła życie naśladowania Chrystusa" (57). Wyznaje: "Rozdaliśmy hurtem Słowo i Sakramenty, chrzciliśmy, bierzmowaliśmy i rozgrzeszaliśmy cały naród bez pytania i bez warunków" (58). Twierdzi, że "słowo taniej łaski doprowadziło do zguby większej liczby chrześcijan niż jakiekolwiek przykazanie uczynków" (59) Twierdzi: "Możesz się o tym dowiedzieć i pomyśleć tylko wtedy, gdy faktycznie to zrobisz. Czym jest posłuszeństwo, można się nauczyć jedynie poprzez posłuszeństwo"

Wprowadzenie tłumacza

Książka nie jest łatwą lekturą, tu trzeba, czytać wolno, bo wiele zdań ma ukryte skarby mądrości. Bonhoeffer jako pastor Luterański, występuje wbrew naukom Lutra i jego następców. Krytykuje podstawowe zasady "Tylko łaska, tylko wiara". Przedstawia uczniostwo jako niezbędny element chrześcijańskiego życia. Książka pełna ascetyzmu, która będzie dobą lekturą dla sióstr i braci zakonnych. Znajda on w tej lekturze wiele cennych myśli dla życia monastycznego.

Autor - Dietrich Bonhoeffer -

Tytuł oryginału: Nachfolge

Pierwsza edycja ukazała się w 1949 roku.

Tłumaczenie polskie: Czesław Czyż

Rozdział 3 - Jednomyślne posłuszeństwo

KIEDY Jezus wezwał go do zaakceptowania życia w dobrowolnym ubóstwie, bogaty młodzieniec wiedział, że stoi przed prostą alternatywą: posłuszeństwo lub nieposłuszeństwo. Kiedy Lewi został wezwany z urzędu celnego, a Piotr ze swoich sieci, nie było wątpliwości, że Jezus miał na myśli interesy. Obaj mieli zostawić wszystko i pójść za nim. I znowu, gdy Piotr został wezwany do chodzenia po wzburzonym morzu, musiał wstać i zaryzykować życie. W każdym przypadku wymagana była tylko jedna rzecz - polegać na słowie Chrystusa i trzymać się go, gdyż zapewnia ono większe bezpieczeństwo niż wszystkie zabezpieczenia świata. Siły, które próbowały wkroczyć pomiędzy słowo Jezusa a odpowiedź posłuszeństwa, były wówczas tak samo groźne, jak i dzisiaj. Rozum i sumienie, odpowiedzialność i pobożność - wszystko to stało na przeszkodzie, a nawet samo prawo i "autorytet biblijny" były przeszkodami, które udawały, że chronią je przed popadnięciem w skrajności antynomianizmu i "entuzjazmu". Ale wezwanie Jezusa szybko pokonało wszystkie te bariery i stworzyło posłuszeństwo. Tym powołaniem było samo Słowo Boże. Wszystko, czego wymagał, to jednomyślne posłuszeństwo. Jeśli czytając naszą Biblię, słyszeliśmy dzisiaj, jak Jezus do nas przemawiał, prawdopodobnie powinniśmy spróbować argumentować w ten sposób: "To prawda, że żądanie Jezusa jest wystarczająco określone, ale muszę pamiętać, że On nigdy nie oczekuje od nas, że będziemy wykonywać Jego polecenia w sposób legalny. Tak naprawdę chce, żebym miał wiarę. Ale moja wiara niekoniecznie jest powiązana z bogactwem, biedą czy czymś w tym rodzaju. Możemy być zarówno biedni, jak i bogaci w duchu. Nie jest ważne, żebym nie miał żadnego majątku, ale jeśli tak się stanie, muszę je zachować tak, jakbym ich nie miał, innymi słowy muszę kultywować ducha wewnętrznego oderwania się, tak aby moje serce nie było w posiadaniu. Jezus mógł powiedzieć: "Sprzedaj swoje dobra", ale miał na myśli: "Niech nie będzie dla was ważne to, że macie dobrobyt na zewnątrz; raczej strzeżcie swoich dóbr w spokoju, mając je tak, jakbyście ich nie mieli. Serce wasze niech będzie w waszych dobrach." - Wyrzekamy się jednomyślnego posłuszeństwa słowu Jezusa pod pretekstem legalizmu i rzekomego preferowania posłuszeństwa "w wierze". Różnica między nami a bogatym młodzieńcem polega na tym, że nie pozwolono mu pocieszyć swoich żalów słowami: "Nieważne, co mówi Jezus, nadal mogę zatrzymać swoje bogactwa, ale w duchu wewnętrznego dystansu. Pomimo mojej niedoskonałości mogę pocieszyć się myślą, że Bóg przebaczył mi moje grzechy i mogę mieć społeczność z Chrystusem w wierze". Ale nie, odszedł zasmucony. Ponieważ nie był posłuszny, nie mógł uwierzyć. W tym młody człowiek był całkiem szczery. Odszedł od Jezusa i rzeczywiście ta uczciwość była bardziej obiecująca niż jakakolwiek pozorna społeczność z Jezusem oparta na nieposłuszeństwie. Jezus zdał sobie sprawę, że problem młodego człowieka polegał na tym, że nie był on zdolny do takiego wewnętrznego oderwania się od bogactw. Jako żarliwy poszukiwacz doskonałości prawdopodobnie próbował już tego tysiące razy i poniósł porażkę, co pokazał, odmawiając posłuszeństwa słowu Jezusa, gdy nadeszła chwila decyzji. To właśnie tutaj młody człowiek był całkowicie szczery. Jednak w naszej sofistyce różnimy się całkowicie od słuchaczy słów Jezusa, o których mówi Biblia. Jeśli Jezus powiedział do kogoś: "Zostaw wszystko inne i pójdź za Mną, porzuć swój zawód, opuść swoją rodzinę, swój naród i dom swoich ojców", to wiedział, że na to wezwanie jest tylko jedna odpowiedź - odpowiedź jednomyślnego posłuszeństwa i że tylko dzięki temu posłuszeństwu dana jest obietnica społeczności z Jezusem. Ale prawdopodobnie powinniśmy argumentować w ten sposób: "Oczywiście powinniśmy przyjąć wezwanie Jezusa z "absolutną powagą", ale przecież prawdziwym sposobem posłuszeństwa byłoby tym bardziej trwać w naszych obecnych zajęciach, pozostać z naszymi rodzinami i służ mu tam w duchu prawdziwego wewnętrznego oderwania się." Jeśli Jezus rzucał nam wyzwanie, wydając polecenie: "Wynoś się z tego", powinniśmy rozumieć, że miał na myśli: "Pozostań tam, gdzie jesteś, ale pielęgnuj wewnętrzne nieprzywiązanie". I znowu, gdyby nam powiedział: "Nie martwcie się", powinniśmy przyjąć, że miał na myśli: "Oczywiście, że nie ma nic złego w tym, że się niepokoimy: musimy pracować i utrzymywać siebie i osoby na naszym utrzymaniu. Gdybyśmy to robili, nie powinniśmy uchylać się od naszych obowiązków. Ale przez cały czas powinniśmy być wewnętrznie wolni od wszelkich niepokojów. Być może Jezus powiedziałby nam: "Kto cię uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi." Powinniśmy wtedy przypuszczać, że miał na myśli: "Prawdziwym sposobem na kochanie wroga jest zaciekła walka z nim i oddanie mu ciosu."

Jezus mógłby powiedzieć: "Szukajcie najpierw królestwa Bożego" i powinniśmy to zinterpretować w ten sposób: "Oczywiście powinniśmy najpierw szukać najróżniejszych innych rzeczy; jak moglibyśmy inaczej istnieć? Tak naprawdę ma na myśli ostateczne przygotowanie postawić wszystko na królestwo Boże". Przez cały czas staramy się unikać obowiązku jednomyślnego, dosłownego posłuszeństwa. Jak taki absurd jest możliwy? Co się stało, że słowo Jezusa mogło zostać w ten sposób zdegradowane przez tę drobnostkę i w ten sposób wystawione na kpiny świata? Kiedy rozkazy wydawane są w innych dziedzinach życia, nie ma wątpliwości co do ich znaczenia. Jeśli ojciec pośle dziecko do łóżka, chłopiec od razu wie, co ma robić. Załóżmy jednak, że opanował odrobinę pseudoteologii. W takiej sytuacji argumentowałby mniej więcej tak: "Ojciec każe mi iść spać, ale tak naprawdę ma na myśli, że jestem zmęczona, a on nie chce, żebym była zmęczona. Równie dobrze mogę pokonać swoje zmęczenie, jeśli pójdę i pobawię się. Dlatego, chociaż ojciec każe mi iść do łóżka, tak naprawdę ma na myśli: "Wyjdź i pobaw się". " "Gdyby dziecko próbowało takich argumentów na ojcu, a obywatel na swoim rządzie, obaj spotkaliby się z językiem, którego nie zrozumieli - krótko mówiąc, zostaliby ukarani. Czy mamy traktować przykazanie Jezusa inaczej niż inne nakazy i zamieniać jednomyślne posłuszeństwo na jawne nieposłuszeństwo? Jak to możliwe! Jest to możliwe, ponieważ u podstaw całej tej sofistyki kryje się element prawdy. Kiedy Jezus wzywa młodego człowieka, aby wszedł w sytuację, w której możliwa jest wiara, czyni to jedynie po to, aby człowiek w niego uwierzył, to znaczy powołuje go do wspólnoty ze sobą. W ostateczności nie liczy się to, co człowiek robi, ale tylko jego wiara w Jezusa jako Syna Bożego i Pośrednika. W każdym razie ubóstwo czy bogactwo, małżeństwo czy celibat, zawód lub jego brak nie mają z tym w ostateczności nic wspólnego. Wszystko zależy wyłącznie od wiary. Jak na razie mamy całkowitą rację; można mieć bogactwo i posiadać dobra tego świata oraz wierzyć w Chrystusa, aby człowiek mógł je mieć, jak ten, kto ich nie ma. Jest to jednak ostateczna możliwość życia chrześcijańskiego, dostępna jedynie w ramach naszych możliwości, o ile z gorliwym oczekiwaniem oczekujemy natychmiastowego powrotu Chrystusa. Nie jest to bynajmniej pierwsza i najprostsza możliwość. Paradoksalne rozumienie przykazań ma swoje chrześcijańskie uzasadnienie, nie może jednak nigdy prowadzić do porzucenia jednomyślnego rozumienia przykazań. Jest to możliwe i słuszne jedynie w przypadku kogoś, kto już w pewnym momencie swojego życia wprowadził w życie swoje jednomyślne zrozumienie, kogoś, kto w ten sposób żyje z Chrystusem jako Jego uczeń i oczekuje końca. Jest to nieskończenie trudniejsza i po ludzku mówiąc "niemożliwa możliwość", aby w ten paradoksalny sposób zinterpretować wezwanie Jezusa. I właśnie ten paradoksalny element naraża jego powołanie na ciągłe niebezpieczeństwo przekształcenia się w jego przeciwieństwo i wykorzystane jako pretekst do uchylania się od konieczności konkretnego posłuszeństwa. Każdy, kto nie czuje, że byłby dużo szczęśliwszy, gdyby tylko pozwolono mu zrozumieć i przestrzegać przykazań Jezusa w sposób bezpośredni, dosłowny i np. oddać na jego rozkaz cały swój majątek, zamiast się go trzymać, nie ma prawa do tak paradoksalnej interpretacji słów Jezusa. Musimy cały czas mieć na uwadze jedno i drugie. Rzeczywiste powołanie Jezusa i odpowiedź jednomyślnego posłuszeństwa mają nieodwołalne znaczenie. Za ich pośrednictwem Jezus wprowadza ludzi w realną sytuację, w której możliwa jest wiara. Dlatego jego powołanie jest rzeczywistym powołaniem i pragnie, aby tak było rozumiane, ponieważ wie, że tylko przez rzeczywiste posłuszeństwo człowiek może osiągnąć wyzwolenie do wiary. Wyeliminowanie jednomyślnego posłuszeństwa z zasady jest tylko kolejnym przykładem wypaczenia kosztownej łaski powołania Jezusa na tanią łaskę samousprawiedliwienia. W ten sposób ustanawia się fałszywe prawo, które zagłusza ludzi na konkretne wezwanie Chrystusa. To fałszywe prawo jest prawem świata, którego dopełnieniem i przeciwieństwem jest prawo łaski. "Świat" tutaj nie jest światem zwyciężonym w Chrystusie i codziennie zdobywanym na nowo w jedności z Nim, ale światem zatwardziałym w sztywną, nieprzeniknioną zasadę legalistyczną. Kiedy to nastąpi, łaska przestaje być darem Boga żywego, w którym zostajemy wybawieni od świata i poddani posłuszeństwu Chrystusowi; jest to raczej prawo ogólne, boska zasada, którą należy zastosować jedynie w konkretnych przypadkach. Walcząc z legalizmem prostego posłuszeństwa, w końcu ustanawiamy najniebezpieczniejsze prawo ze wszystkich, prawo świata i prawo łaski. W naszych wysiłkach na rzecz zwalczania legalizmu wpadamy w najgorszy rodzaj legalizmu.

Jedynym sposobem przezwyciężenia tego legalizmu jest prawdziwe posłuszeństwo Ghristowi, gdy wzywa nas, abyśmy za nim podążali; albowiem w Jezusie prawo zostało jednocześnie wypełnione i zniesione. Eliminując z zasady proste posłuszeństwo, dryfujemy w kierunku nieewangelicznej interpretacji Biblii. Otwierając Biblię, przyjmujemy za oczywiste, że mamy klucz do jej interpretacji. Ale wtedy kluczem, którego używamy, nie byłby żywy Chrystus, który jest zarówno Sędzią, jak i Zbawicielem, a nasze użycie tego klucza nie zależy już wyłącznie od woli żywego Ducha Świętego. Kluczem, którego używamy, jest ogólna nauka o łasce, którą możemy zastosować według własnego uznania. Problem uczniostwa staje się wówczas także problemem egzegezy. Jeśli nasza egzegeza jest prawdziwie ewangeliczna, zdamy sobie sprawę, że nie możemy całkowicie utożsamiać się z tymi, których Jezus powołał, gdyż oni sami są nieodłączną częścią Słowa Bożego w Piśmie Świętym, a zatem częścią przesłania. W kazaniu słyszymy nie tylko odpowiedź, jakiej Jezus udzielił na pytanie młodzieńca, która byłaby także naszym pytaniem, ale zarówno pytanie, jak i odpowiedź są, jako Słowo Pisma Świętego, treścią przesłania. Byłoby fałszywą egzegezą, gdybyśmy w czasie bycia uczniem próbowali zachowywać się tak, jakbyśmy byli bezpośrednimi rówieśnikami ludzi, których powołał Jezus. Ale Chrystus, którego głosi Pismo, jest w każdym słowie, które wypowiada, tym, który daje wiarę tylko tym, którzy są mu posłuszni. Nie jest ani możliwe, ani właściwe, abyśmy próbowali sięgnąć poza Słowo Pisma Świętego do wydarzeń takimi, jakie faktycznie miały miejsce.. Raczej całe Słowo Pisma Świętego wzywa nas do naśladowania Jezusa. Nie wolno nam gwałcić Pisma Świętego, interpretując je w kategoriach abstrakcyjnej zasady, nawet jeśli tą zasadą jest nauka o łasce. Inaczej popadniemy w legalizm. Musimy zatem utrzymywać, że paradoksalna interpretacja przykazań Jezusa zawsze obejmuje interpretację dosłowną właśnie z tego powodu, że naszym celem nie jest ustanawianie prawa, ale głoszenie Chrystusa. Pozostaje jeszcze tylko słowo do powiedzenia na temat podejrzenia, że to proste posłuszeństwo wiąże się z doktryną o ludzkich zasługach, o facere quod in se est, (aby czynił co w nim jest) o naleganiu na warunki wstępne, zanim wiara stanie się możliwa. Posłuszeństwo wezwaniu Jezusa nigdy nie leży w naszej mocy. Jeśli na przykład oddamy cały nasz majątek, czyn ten sam w sobie nie będzie posłuszeństwem, którego On żąda. W istocie taki krok mógłby być dokładnym przeciwieństwem posłuszeństwa Jezusowi, gdyż moglibyśmy wówczas wybierać dla siebie sposób życia, jakiś ideał chrześcijański lub jakiś ideał franciszkańskiego ubóstwa. Rzeczywiście, w samym akcie rozdania swoich dóbr człowiek może oddać wierność sobie i ideałowi, a nie przykazaniu Jezusa. Nie jest uwolniony od samego siebie, ale jeszcze bardziej zniewolony przez siebie. Wejście w sytuację, w której możliwa jest wiara, nie jest ofertą, którą możemy złożyć Jezusowi, ale zawsze Jego łaskawą ofertą skierowaną do nas. Tylko wtedy, gdy krok zostanie podjęty w tym duchu, jest on dopuszczalny. Ale w takim przypadku nie możemy mówić o swobodzie wyboru z naszej strony.

I rzekł Jezus do swoich uczniów: Zaprawdę powiadam wam: Bogatemu trudno wejść do królestwa niebieskiego. I znowu powiadam wam: Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa Bożego. A gdy uczniowie to usłyszeli, zdumiewali się bardzo, mówiąc: Któż tedy może być zbawiony? A Jezus, patrząc na nich, rzekł im: U ludzi to niemożliwe, ale u Boga wszystko jest możliwe. (Mat. 19,23-26)

Szokujące pytanie uczniów: "Któż zatem może zostać zbawiony?" zdaje się wskazywać, że przypadek bogatego młodzieńca uważali nie za wyjątkowy, ale za typowy. Bo nie pytają: "Jaki bogacz?", ale całkiem ogólnie: "Któż zatem może zostać zbawiony?" Każdy bowiem człowiek, także sami uczniowie, należy do tych bogatych, którym tak trudno jest wejść do królestwa niebieskiego. Odpowiedź, jakiej udziela Jezus, pokazała uczniom, że dobrze go zrozumieli. Zbawienie poprzez naśladowanie Jezusa nie jest czymś, co my, ludzie, możemy osiągnąć sami, ale z Bogiem wszystko jest możliwe.

Rozdział 4 - Uczniostwo i krzyż

"I zaczął ich uczyć, że Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie, że będzie zabity, a po trzech dniach zmartwychwstanie. I wypowiedział to powiedzenie otwarcie. I Piotr go wziął, i zaczął go strofować. Ale on odwracając się i widząc swoich uczniów, zgromił Piotra i rzekł: Zejdź mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. I przywołał do siebie tłum ze swoimi uczniami i rzekł do nich: Jeśli ktoś chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie, weźmie krzyż swój i idzie za mną. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swoje życie z powodu mnie i ewangelii, ocali je. Bo cóż za korzyść odniesie człowiek, gdy cały świat pozyska, a straci życie swoje? Bo co ma dać człowiek w zamian za swoje życie? Bo kto by się zawstydził mnie i moich słów w tym cudzołożnym i grzesznym pokoleniu, tego i Syn Człowieczy wstydzić się będzie za niego, gdy przyjdzie w chwale swego Ojca ze świętymi aniołami". (Marka 8,31-38)

TUTAJ wezwanie do naśladowania jest ściśle powiązane z przepowiednią Jezusa dotyczącą jego męki. Jezus Chrystus musi cierpieć i zostać odrzucony. To "konieczność" jest nieodłącznie związana z obietnicą Bożą - Pismo Święte musi się wypełnić. Jest tu różnica pomiędzy cierpieniem a odrzuceniem. Gdyby tylko cierpiał, Jezus nadal byłby oklaskiwany jako Mesjasz. Cała sympatia i uczniostwo oraz podziw świata mogły być skupione na jego pasji. Można to było postrzegać jako tragedię mającą swą wewnętrzną wartość, godność i honor. Jednak w męce Jezus jest odrzuconym Mesjaszem. Jego odrzucenie pozbawia namiętność aureoli chwały. To musi być pasja bez honoru. Cierpienie i odrzucenie podsumowują cały krzyż Jezusa. Umrzeć na krzyżu oznacza umrzeć wzgardzony i odrzucony przez ludzi. Cierpienie i odrzucenie są nałożone na Jezusa jako boska konieczność, a każda próba zapobiegania im jest dziełem diabła, zwłaszcza jeśli pochodzi od jego własnych uczniów; jest to bowiem w rzeczywistości próba uniemożliwienia Chrystusowi bycia Chrystusem. To Piotr, Skała Kościoła, popełnia ten grzech zaraz po tym, jak wyznał Jezusa jako Mesjasza i został wyznaczony na prymat. To pokazuje, że sama koncepcja cierpiącego Mesjasza była skandalem dla Kościoła, nawet w jego początkach. Nie takiego Pana pragnie i jako Kościół Chrystusowy nie lubi, gdy Pan narzuca mu prawo cierpienia. Protest Piotra jest wyrazem jego własnej niechęci do cierpienia, a to oznacza, że Szatan wdarł się do Kościoła i próbuje go wyrwać z krzyża jego Pana. Dlatego Jezus musi jasno i ponad wszelką wątpliwość dać do zrozumienia, że "konieczność" cierpienia odnosi się nie mniej do jego uczniów, niż do niego samego. Tak jak Chrystus jest Chrystusem tylko na mocy swego cierpienia i odrzucenia, tak uczeń jest uczniem tylko na tyle, na ile uczestniczy w cierpieniu, odrzuceniu i ukrzyżowaniu swego Pana. Bycie uczniem oznacza przylgnięcie do osoby Jezusa, a co za tym idzie poddanie się prawu Chrystusowemu, które jest prawem krzyża. Co zaskakujące, kiedy Jezus zaczyna odkrywać tę nieuniknioną prawdę swoim uczniom, ponownie daje im wolność wyboru lub odrzucenia Go.

Kiedy uczniowie są już w połowie drogi bycia uczniem, dochodzą do kolejnego rozdroża. Po raz kolejny pozostawiono im swobodę wyboru, niczego się od nich nie oczekuje, nic nie jest na nich narzucane. Wymaganie obecnej chwili jest tak istotne, że należy pozostawić uczniom swobodę dokonania własnego wyboru, zanim powiedzą im o prawie bycia uczniem. "Jeśli kto chce pójść za mną, niech się zaprze samego siebie". Uczeń musi powiedzieć sobie te same słowa, które Piotr powiedział o Chrystusie, gdy się Go zaparł: "Nie znam tego człowieka". Zaparcie się siebie nigdy nie jest jedynie serią izolowanych aktów umartwienia lub ascezy. Nie jest to samobójstwo, gdyż nawet w tym jest element własnej woli. Zaprzeć się siebie oznacza być świadomym tylko Chrystusa, a nie siebie, widzieć tylko Tego, który idzie wcześniej, a nie drogę, która jest dla nas zbyt trudna. Jeszcze raz to samozaparcie może powiedzieć tylko: "On prowadzi, trzymajcie się blisko niego". "...i weź swój krzyż". Jezus łaskawie przygotował drogę dla tego słowa, mówiąc najpierw o samozaparciu. Dopiero gdy całkowicie zapomnimy o sobie, będziemy gotowi nieść krzyż ze względu na Niego. W końcu znamy tylko Jego, jeśli przestaliśmy zauważać ból własnego krzyża, to rzeczywiście patrzymy tylko na Niego. Gdyby Jezus nie przygotował nas tak łaskawie na to słowo, uznalibyśmy je za nie do zniesienia. Ale przygotowując nas na to, umożliwił nam przyjęcie nawet słowa tak trudnego, jak słowo łaski. Przychodzi do nas w radości bycia uczniem i utwierdza nas w tym. Znieść krzyż nie jest tragedią; jest to cierpienie będące owocem wyłącznej wierności Jezusowi Chrystusowi. Kiedy to nastąpi, nie jest to przypadek, ale konieczność. Nie jest to rodzaj cierpienia nierozerwalnie związany z życiem śmiertelnym, ale cierpienie stanowiące istotną część życia specyficznie chrześcijańskiego. Nie jest to cierpienie samo w sobie, ale cierpienie i odrzucenie, i nie jest to odrzucenie z jakiejkolwiek przyczyny czy przekonania, ale odrzucenie ze względu na Chrystusa. Jeśli nasze chrześcijaństwo przestało poważnie podchodzić do bycia uczniem, jeśli rozwodniliśmy Ewangelię do emocjonalnego wzniesienia, które nie stawia żadnych kosztownych wymagań i nie odróżnia istnienia naturalnego od chrześcijańskiego, to nie możemy nie patrzeć na krzyż jako na zwyczajne, codzienne nieszczęście, jako jedną z prób i udręk życia. Zapomnieliśmy wówczas, że krzyż oznacza odrzucenie i wstyd, a także cierpienie. Psalmista ubolewał, że był wzgardzony i odrzucony przez ludzi, a to jest istotna cecha cierpienia krzyża. Ale to pojęcie przestało być zrozumiałe dla chrześcijaństwa, które nie widzi już żadnej różnicy pomiędzy zwykłym życiem ludzkim a życiem oddanym Chrystusowi. Krzyż oznacza dzielenie się cierpieniem Chrystusa do końca i w pełni. Tylko człowiek tak całkowicie zaangażowany w bycie uczniem może doświadczyć znaczenia krzyża. Krzyż jest tam od samego początku, wystarczy go tylko podnieść; nie ma potrzeby, aby wychodził i szukał dla siebie krzyża, nie ma potrzeby, aby świadomie gonił za cierpieniem. Jezus mówi, że każdy chrześcijanin ma swój krzyż, który na niego czeka, krzyż przeznaczony i wyznaczony przez Boga. Każdy musi znieść przydzieloną mu część cierpienia i odrzucenia. Ale uczniostwo i krzyż mają inny udział: jednych Bóg uważa za godnych najwyższej formy cierpienia i daje im łaskę męczeństwa, innych zaś nie pozwala kusić ponad to, co są w stanie znieść. Ale w każdym przypadku jest to ten sam krzyż. Krzyż jest kładziony na każdego chrześcijanina. Pierwszym cierpieniem Chrystusa, którego musi doświadczyć każdy człowiek, jest wezwanie do porzucenia przywiązań do tego świata. To właśnie umieranie starego człowieka jest skutkiem jego spotkania z Chrystusem. Rozpoczynając bycie uczniem, oddajemy się Chrystusowi w jedności z Jego śmiercią - oddajemy śmierci swoje życie. Tak się zaczyna; krzyż nie jest strasznym końcem bogobojnego i szczęśliwego życia, ale spotyka nas na początku naszej komunii z Chrystusem. Kiedy Chrystus powołuje człowieka, każe mu przyjść i umrzeć. Może to być śmierć taka, jak pierwsi uczniowie, którzy musieli opuścić dom i pracę, aby pójść za Nim, ale może to być śmierć taka, jak śmierć Lutra, który musiał opuścić klasztor i wyjść w świat. Ale za każdym razem jest to ta sama śmierć, śmierć w Jezusie Chrystusie, śmierć starca na jego wezwanie. Wezwanie Jezusa do bogatego młodzieńca wzywało go do śmierci, gdyż tylko człowiek, który umarł z własnej woli, może pójść za Chrystusem.

W rzeczywistości każdy rozkaz Jezusa jest wezwaniem do śmierci, wraz ze wszystkimi naszymi uczuciami i pożądliwościami. Ale nie chcemy umrzeć i dlatego Jezus Chrystus i Jego powołanie są z konieczności naszą śmiercią i życiem. Powołanie do bycia uczniem, chrzest w imię Jezusa Chrystusa oznacza zarówno śmierć, jak i życie. Powołanie Chrystusa, Jego chrzest stawia chrześcijanina w centrum codziennego życia, przeciwko grzechowi i diabłu. Każdego dnia napotyka nowe pokusy i każdego dnia musi na nowo cierpieć dla Jezusa Chrystusa. Rany i blizny, jakie otrzymuje w walce, są żywymi znakami uczestnictwa w krzyżu jego Pana. Istnieje jednak inny rodzaj cierpienia i wstydu, którego chrześcijanin nie jest oszczędzony. Chociaż prawdą jest, że tylko cierpienia Chrystusa są środkiem pokuty, ale ponieważ cierpiał i nosił grzechy całego świata i dzielił się ze swoimi uczniami Swoją pasją, chrześcijanin musi również temu ulec. On Również musi ponieść grzechy innych; On także musi ponieść wstyd i być napędzany jak kozły ofiarne z bramy miasta. Ale z pewnością rozbiłby się pod tym ciężarem, ale za wsparcie tego, który nosił grzechy wszystkich. Pasja Chrystusa wzmacnia Go do przezwyciężenia grzechów innych, wybaczając im, staje się nosicielem obciążeń innych mężczyzn -"nosząc się nawzajem, i tak wypełni prawo Chrystusa" (Gal. 6.2). Gdy Chrystus ponosi nasze obciążenia, powinniśmy ponieść obciążenia naszych bliźnich. Prawo Chrystusa, które naszym obowiązkiem jest wypełnić, jest łożyskiem krzyża. Ciężar mojego brata, który muszę znieść, to nie tylko jego zewnętrzne działki, jego naturalne cechy i dary, ale dosłownie jego grzech. A jedynym sposobem na zniesienie tego grzechu jest wybaczenie go w mocy krzyża Chrystusa, którym teraz się dzielę. Zatem wezwanie do naśladowania Chrystusa oznacza zawsze wezwanie do dzielenia się dziełem przebaczania ludziom grzechów. Przebaczenie jest cierpieniem na wzór Chrystusa, którego znoszenie jest obowiązkiem chrześcijanina. Ale skąd uczeń ma wiedzieć, jaki rodzaj krzyża jest dla niego przeznaczony? Dowie się o tym, gdy tylko zacznie naśladować swego Pana i dzielić swoje życie. Cierpienie jest zatem oznaką prawdziwego uczniostwa. Uczeń nie jest ponad swoim mistrzem. Naśladowanie Chrystusa oznacza passio passiva, (pasja cierpienia). Dlatego Luter zaliczył cierpienie do znamion prawdziwego Kościoła, a jedno z memorandów sporządzonych w ramach przygotowań do uczniostwa augsburskiego i wyznania krzyża podobnie definiuje Kościół jako wspólnotę tych, "którzy są prześladowani i męczennicy za ze względu na ewangelię". Jeśli nie weźmiemy krzyża i poddamy się cierpieniu i odrzuceniu ze strony ludzi, utracimy społeczność z Chrystusem i przestaniemy Go naśladować. Jeśli jednak stracimy życie w Jego służbie i niesiemy swój krzyż, odnajdziemy je na nowo we wspólnocie krzyża z Chrystusem. Przeciwieństwem bycia uczniem jest wstydzić się Chrystusa i Jego krzyża oraz wszelkich zniewag, z jakimi krzyż wjeżdża swoim pociągiem. Bycie uczniem oznacza wierność cierpiącemu Chrystusowi i dlatego nie jest wcale zaskakujące, że chrześcijanie są wzywani do cierpienia. W rzeczywistości jest to radość i znak Jego łaski. Czyny pierwszych męczenników chrześcijańskich są pełne dowodów ukazujących, jak Chrystus przemienia dla siebie godzinę ich śmiertelnej agonii, dając im niewysłowioną pewność swojej obecności. W godzinie najokrutniejszych mąk, jakie znoszą dla Niego, stają się uczestnikami doskonałej radości i błogości społeczności z Nim. Noszenie krzyża okazuje się jedyną drogą do zwycięstwa nad cierpieniem. Dotyczy to wszystkich, którzy naśladują Chrystusa, ponieważ było to prawdą w przypadku Niego.

I podszedł trochę do przodu, upadł na twarz i modlił się, mówiąc: Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech odejdzie ode mnie ten kielich; wszakże nie jak ja chcę, ale jak Ty... I znowu po raz drugi odszedł i modlił się, mówiąc: Ojcze mój, jeśli to nie może minąć, ten kielich, żebym go pił, niech się stanie wola Twoja. (Mat. 26,39, 42)

Jezus modli się do swego Ojca, aby odszedł od niego kielich, a jego Ojciec wysłuchuje jego modlitwy; albowiem kielich cierpienia rzeczywiście ominie go, ale tylko wtedy, gdy go wypije. Takie zapewnienie otrzymuje, gdy po raz drugi klęka w ogrodzie Getsemani, że cierpienie rzeczywiście przeminie, jeśli je zaakceptuje. To jedyna droga do zwycięstwa. Krzyż jest Jego triumfem nad cierpieniem.. Cierpienie oznacza odcięcie się od Boga. Dlatego ci, którzy żyją w komunii z Nim, nie mogą naprawdę cierpieć. Doktryna Starego Testamentu została wyraźnie potwierdzona przez Jezusa. Dlatego bierze na siebie cierpienie całego świata i przez to odnosi nad nim zwycięstwo. On dźwiga cały ciężar oddzielenia człowieka od Boga i już w samym akcie wypicia kielicha powoduje, że przechodzi on przez niego. Postanawia przezwyciężyć cierpienie świata, więc musi je wypić do dna. Dlatego, choć prawdą jest, że cierpienie oznacza odcięcie od Boga, to jednak we wspólnocie cierpienia Chrystusa cierpienie zostaje przezwyciężone przez cierpienie i staje się drogą do komunii z Bogiem. Aby cierpienie mogło przeminąć, trzeba je znosić. Albo świat musi unieść cały ciężar i upaść pod nim, albo musi spaść na Chrystusa, aby zostać w Nim zwyciężonym. Dlatego cierpi zastępczo za świat. Jest to jedyne cierpienie, które ma odkupieńczą skuteczność. Kościół jednak wie, że świat wciąż szuka kogoś, kto poniesie jego cierpienia, dlatego też podążając za Chrystusem, cierpienie staje się także udziałem Kościoła i znosząc je, jest dźwigane przez Chrystusa. Podążając za Nim pod krzyżem, Kościół staje przed Bogiem jako przedstawiciel świata. Albowiem Bóg jest Bogiem, który nosi. Syn Boży poniósł nasze ciało, poniósł krzyż, poniósł nasze grzechy, dokonując w ten sposób pojednania za nas. W ten sam sposób, wezwani są także jego naśladowcy i właśnie to oznacza być chrześcijaninem. Jak Chrystus swoją wytrwałością utrzymywał komunię z Ojcem, tak też jego naśladowcy mają utrzymywać swą komunię z Chrystusem swoją wytrwałością. Możemy oczywiście otrząsnąć się z ciężaru, który na nas nałożono, ale okazuje się, że mamy do niesienia jeszcze cięższy ciężar - jarzmo, które sami wybraliśmy, jarzmo naszego "ja". Ale Jezus zaprasza wszystkich, którzy utrudzeni i obciążeni są, aby zrzucili swoje jarzmo i wzięli na siebie Jego jarzmo - a jego jarzmo jest słodkie, a jego brzemię lekkie. Jarzmo i brzemię Chrystusa są Jego krzyżem. Iść swoją drogą pod znakiem krzyża to nie nędza i rozpacz, ale pokój i pokrzepienie duszy, to najwyższa radość. Wtedy nie będziemy chodzić pod prawami i ciężarami, które sami ustanowiliśmy, ale pod jarzmem Tego, który nas zna i który z nami chodzi pod jarzmem. Pod Jego jarzmem jesteśmy pewni Jego bliskości i komunii. To właśnie Jego odnajduje uczeń, gdy podnosi swój krzyż.

"Uczniostwo nie ogranicza się do tego, co możesz pojąć - musi przekraczać wszelkie zrozumienie. Zanurz się w głębokie wody przekraczające twoje własne pojęcie, a pomogę ci to pojąć. Prawdziwym zrozumieniem jest dezorientacja. Nie wiedzieć, dokąd zmierzasz iść, to prawdziwa wiedza. Moje zrozumienie przewyższa wasze. W ten sposób Abraham odszedł od swego ojca i nie wiedząc, dokąd idzie. Powierzył się mojej wiedzy i nie troszczył się o swoje, i w ten sposób poszedł właściwą drogą i przyszedł do końca jego podróży. Oto jest droga krzyżowa. Nie możesz jej znaleźć sam, więc musisz pozwolić mi się prowadzić, jakbyś był ślepcem. Dlatego to nie ty, żaden człowiek, żadna żyjąca istota, ale Ja Ja, który przez moje słowo i Ducha pouczam was o drodze, którą powinniście iść. Nie praca, którą wybierasz, nie cierpienie, które obmyślasz, ale droga, która jest czysta, w przeciwieństwie do wszystkiego, co wybierasz, wymyślasz lub pragniesz - oto droga, którą musisz podążać. Do tego cię wzywam i w tym musisz być moim uczniem. Jeśli tak uczynicie, nadejdzie czas łaski i przyjdzie wasz pan" (Luter).

Rozdział 5 - Uczniostwo i indywidualizm

Jeśli ktoś przychodzi do mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, i żony, i dzieci, i braci, i sióstr, a nawet życia swego, nie może być uczniem moim. (Łk 14,26)

POPRZEZ powołanie Jezusa ludzie stają się indywidualistami. Chcąc nie chcąc, są zmuszeni podjąć decyzję, a decyzję tę mogą podjąć tylko sami. To nie ich własny wybór czyni ich indywidualistami: to Chrystus czyni ich indywidualistami, powołując ich. Każdy człowiek jest powołany osobno i musi podążać sam. Ale ludzie boją się samotności i próbują się przed nią chronić, wtapiając się w społeczeństwo swoich bliźnich i w swoje materialne środowisko. Stają się nagle świadomi swojej odpowiedzialności i całkowicie. Ale to wszystko to tylko przykrywka chroniąca ich przed koniecznością podjęcia decyzji. Nie chcą stać samotnie przed Jezusem i być zmuszani do podejmowania decyzji, wpatrując się wyłącznie w Niego. Jednak ani ojciec, ani matka, ani żona, ani dziecko, ani narodowość, ani tradycja nie są w stanie chronić mężczyzny w chwili jego powołania. Wolą Chrystusa jest, aby był w ten sposób odizolowany i aby jego wzrok był skupiony wyłącznie na nim. W samym momencie swego powołania ludzie odkrywają, że zerwali już ze wszystkimi naturalnymi więzami życia. To nie jest ich własne dzieło, ale Tego, który ich powołuje. Chrystus bowiem wybawił ich od bezpośredniości ze światem i wprowadził ich do bezpośredniości ze sobą. Nie możemy naśladować Chrystusa, jeśli nie jesteśmy gotowi zaakceptować i potwierdzić tego naruszenia jako faktu dokonanego. Nie jest to arbitralny wybór ucznia, ale sam Chrystus, który zmusza go w ten sposób do zerwania ze swoją przeszłością.

Dlaczego to konieczne? Dlaczego nie wolno nam wzrastać powoli, stopniowo i nieprzerwanie w stopniowym uświęceniu, wychodząc z naturalnego porządku do wspólnoty Chrystusa? Cóż to za siła, która tak gniewnie wkracza pomiędzy człowieka a życie naturalne, w którym spodobało się Bogu go umieścić? Z pewnością takie zerwanie z przeszłością jest techniką legalistyczną i gburowatą pogardą dla dobrych darów Bożych, techniką daleką od "wolności człowieka chrześcijańskiego"? Musimy stawić czoła prawdzie, że powołanie Chrystusa rzeczywiście ustanawia bariera między człowiekiem a jego naturalnym życiem. Ale tą barierą nie jest żadna pogarda dla życia, żadna legalistyczna pobożność, ale życie, które jest prawdziwym życiem, ewangelią, osobą Jezusa Chrystusa. Na mocy swego wcielenia znalazł się pomiędzy człowiekiem i jego naturalnym sposobem życia. Nie ma odwrotu, gdyż Chrystus stoi na przeszkodzie. Powołując nas, odciął nas od wszelkiej bezpośredniości ze sprawami tego świata. On chce być w centrum, przez Niego tylko wszystko się dokonało, co się stało. On stoi między nami a Bogiem i dlatego właśnie stoi między nami a wszystkimi innymi ludźmi i rzeczami. Jest Pośrednikiem nie tylko między Bogiem a człowiekiem, ale między człowiekiem a człowiekiem, między człowiekiem a rzeczywistością. Ponieważ cały świat został stworzony przez niego i dla niego (Jana 1.3; I Kor. 8,6; Hebr. 1.2), jest on jedynym Pośrednikiem na świecie. Ponieważ przychodzący człowiek nie ma już bezpośredniego związku z niczym, ani z Bogiem, ani ze światem; Chrystus chce być pośrednikiem. Oczywiście jest mnóstwo bogów, którzy oferują ludziom bezpośredni dostęp, a świat naturalnie używa wszelkich środków, jakie jest w jego mocy, aby utrzymać bezpośrednią kontrolę nad ludźmi, ale właśnie z tego powodu tak zawzięcie sprzeciwia się Chrystusowi, Pośrednikowi. To zerwanie z bezpośredniością świata jest tożsame z uznaniem Chrystusa za Syna Bożego, Pośrednika. Nie jest to nigdy świadomy akt wyrzeczenia się kontaktu ze światem na rzecz tego czy innego ideału, jakbyśmy na przykład wymieniali niższy ideał na wyższy. Byłby to entuzjazm i samowola, i znowu próba bezpośredniego kontaktu ze światem. Jedynie uznanie faktów dokonanych Chrystusa jako Pośrednika może oddzielić ucznia od świata ludzi i rzeczy. To wołanie Jezusa, traktowane nie jako ideał, ale jako słowo Pośrednika, powoduje w nas całkowite zerwanie ze światem. Gdyby chodziło jedynie o porównanie jednego ideału z drugim, naturalnie pragnęlibyśmy kompromisu. W takim przypadku ideał chrześcijański mógłby zwyciężyć, ale jego roszczenie nigdy nie mogłoby być absolutne. Gdybyśmy troszczyli się jedynie o ideały, gdybyśmy z należytym uwzględnieniem naszych naturalnych obowiązków, nie mielibyśmy nigdy uzasadnienia w dawaniu ideału chrześcijańskiego pierwszeństwa przed naturalnymi zarządzeniami życia. Wręcz przeciwnie, można by przedstawić argumenty za dokładnie odwrotną oceną, nawet z punktu widzenia chrześcijańskiego idealizmu lub chrześcijańskiej etyki obowiązku lub sumienia. Nie chodzi nam jednak o ideały, obowiązki czy wartości, ale o uznanie i akceptację faktu dokonanego, czyli osoby samego Pośrednika, który wszedł między nas a świat. Może nastąpić jedynie całkowite zerwanie z bezpośredniością życia: wezwanie Chrystusa stawia nas jako jednostki twarzą w twarz z Pośrednikiem.

Wezwanie Jezusa uczy nas, że nasza relacja ze światem została zbudowana na iluzji. Przez cały czas myśleliśmy, że cieszymy się bezpośrednim kontaktem z ludźmi i rzeczami. To właśnie przeszkodziło nam w wierze i posłuszeństwie. Teraz uczymy się, że w najbardziej intymnych relacjach życia, w pokrewieństwie z ojcem i matką, braćmi i siostrami, w miłości małżeńskiej, w naszym obowiązku wobec wspólnoty, bezpośrednie relacje są niemożliwe. Od przyjścia Chrystusa jego wyznawcy nie mają już własnej bezpośredniej rzeczywistości, ani w stosunkach rodzinnych, ani w związkach z narodem, ani w relacjach ukształtowanych w procesie życia. Pomiędzy ojcem a synem, mężem i żoną, jednostką a narodem stoi Chrystus Pośrednik, niezależnie od tego, czy potrafią Go rozpoznać, czy nie. Nie możemy nawiązać bezpośredniego kontaktu poza sobą, jak tylko za pośrednictwem Niego, Jego słowa i naśladowania Go. Myślenie inaczej oznacza oszukiwanie samych siebie. Ponieważ jednak jesteśmy zobowiązani czuć odrazę do wszelkich oszustw, które ukrywają prawdę przed naszymi oczami, musimy z konieczności odrzucić wszelkie bezpośrednie związki ze sprawami tego świata - i to ze względu na Chrystusa. Gdziekolwiek grupa, duża czy mała, przeszkadza nam stanąć samotnie przed Chrystusem, gdziekolwiek taka grupa podnosi pretensje do bezpośredniości, należy ją znienawidzić ze względu na Chrystusa. Każda bezpośredniość, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie, oznacza nienawiść do Chrystusa, a jest to szczególnie prawdziwe tam, gdzie takie relacje domagają się sankcji zasad chrześcijańskich. Wykorzystywanie doktryny Chrystusa Pośrednika w celu usprawiedliwienia bezpośrednich relacji ze sprawami tego świata jest błędem teologicznym pierwszej wielkości. Czasami twierdzi się, że jeśli Chrystus jest Pośrednikiem, to poniósł on cały grzech leżący u podstaw naszych bezpośrednich relacji ze światem i że nas w nich usprawiedliwił. Jezus pojednał nas z Bogiem; możemy wtedy, jak się przypuszcza, powrócić do świata i z czystym sumieniem cieszyć się naszą bezpośrednią relacją z nim - chociaż ten świat jest tym samym światem, który ukrzyżował Chrystusa. Oznacza to zrównanie miłości Boga z miłością świata. Zerwanie ze sprawami tego świata jest obecnie piętnowane jako legalistyczna błędna interpretacja łaski Bożej, której celem, jak czule przypuszczamy, jest oszczędzenie nam konieczności właśnie tego naruszenia. Powiedzenie Chrystusa o nienawiści do naszych bezpośrednich relacji zamienia się zatem w radosną afirmację "danej przez Boga rzeczywistości tego świata". Po raz kolejny usprawiedliwienie grzesznika stało się usprawiedliwieniem grzechu. Dla chrześcijanina jedyną rzeczywistością daną przez Boga jest ta, którą otrzymuje od Chrystusa. To, co nie zostało nam dane przez wcielonego Syna, nie jest nam dane przez Boga. To, co nie zostało mi dane ze względu na Chrystusa, nie pochodzi od Boga. Kiedy dziękujemy za dary stworzenia, musimy to czynić przez Jezusa Chrystusa, a kiedy modlimy się o zachowanie tego życia dzięki łasce Bożej, musimy modlić się przez wzgląd na Chrystusa. Za wszystko, za co nie mogę dziękować Bogu ze względu na Chrystusa, mogę w ogóle nie dziękować Bogu; byłoby to grzechem. Również droga do "danej przez Boga rzeczywistości" mojego bliźniego, z którą muszę żyć, wiedzie przez Chrystusa, ale w przeciwnym razie jest to ślepa uliczka. Oddziela nas od siebie nieprzekraczalna przepaść inności i obcości, która opiera się wszelkim próbom jej przezwyciężenia za pomocą naturalnego skojarzenia lub zjednoczenia emocjonalnego lub duchowego. Nie ma drogi od jednej osoby do drugiej. Jakkolwiek kochający i współczujący staramy się być, jakkolwiek zdrowa jest nasza psychika, jakkolwiek szczere i otwarte jest nasze zachowanie, nie jesteśmy w stanie przeniknąć incognito drugiego człowieka, gdyż nie ma bezpośrednich relacji, nawet między duszą a duszą. Chrystus stoi między nami i tylko przez Niego możemy nawiązać kontakt z bliźnimi. Dlatego wstawiennictwo jest najbardziej obiecującym sposobem dotarcia do bliźnich, a modlitwa zbiorowa, zanoszona w imię Chrystusa, jest najczystszą formą wspólnoty. Nie możemy słusznie uznać darów Bożych, jeśli nie uznamy Pośrednika, dla którego jedynie zostały nam one dane. Nie może być prawdziwego dziękczynienia za błogosławieństwa narodu, rodziny, historii i natury bez tej płynącej z serca pokuty, która ponad wszystko oddaje chwałę wyłącznie Chrystusowi. Nie może być prawdziwego przywiązania do danego stworzenia, żadnej prawdziwej odpowiedzialności w świecie, jeśli nie rozpoznamy wyłomu, który już nas od niego oddziela. Nie może być prawdziwej miłości do świata, jak tylko ta miłość, którą Bóg umiłował go w Jezusie Chrystusie. "Nie kochajcie świata" (1 Jana 2,15). Tak, ale trzeba też pamiętać, że "Bóg tak umiłował świat, że dał swego jednorodzonego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne" (J 3,16).