Koszmar na różowo - John D. MacDonald

Kup ebooka

23.50 zł
18.80 zł (18,30 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

Miesz­ka­ła w nie­wiel­kim apar­ta­men­cie z jed­ną sy­pial­nią, na dru­gim pię­trze bu­dyn­ku przy Pięć­dzie­sią­tej Trze­ciej Uli­cy, nie­da­le­ko Dru­giej Alei. Hol miał w so­bie coś dziew­czę­ce­go, a w stę­chłym po­wie­trzu uno­si­ła się le­ciut­ka woń my­dła i per­fum. Ta­kie za­pa­chy czę­sto wy­stę­pu­ją ra­zem. Kie­dy po­ja­wi się je­den z nich, wkrót­ce do­łą­cza­ją za­przy­jaź­nio­ne aro­ma­ty - nig­dy ich nie bra­ku­je.

Nina Gib­son była czy­sta, lecz nie po­rząd­na. Wiel­kie sto­sy cza­so­pism o wzor­nic­twie prze­my­sło­wym, de­ko­ra­cji wnętrz i rze­mio­śle ar­ty­stycz­nym. Pół­ki z mo­de­la­mi pro­jek­tów, któ­rych nie prze­ka­za­no do re­ali­za­cji. Wy­so­ka de­ska kre­ślar­ska z przy­mo­co­wa­ny­mi lam­pa­mi wy­glą­da­ją­cy­mi jak wiel­kie, sza­re, me­ta­lo­we ko­ni­ki po­lne. Książ­ki o sztu­ce. Abs­trak­cyj­ne ob­ra­zy w sty­lu Fran­za Kli­ne'a, ale bez jego po­wa­gi i god­no­ści. Wiel­ka ta­bli­ca z przy­pię­ty­mi ry­sun­ka­mi. Roz­rzu­co­ne dro­bia­zgi, ze­staw do od­twa­rza­nia mu­zy­ki.

Ko­bie­ty sztyw­nie­ją, gdy za­pra­sza­ją męż­czy­znę do swo­je­go gniazd­ka. Do­my­ślam się, że to jed­na z oznak współ­cze­snej no­wej wol­no­ści. Męż­czy­zna i ko­bie­ta prze­by­wa­ją­cy ra­zem w miej­scu, gdzie się je i śpi. Oto ja­ski­nia, w któ­rej żyję. Sztyw­ność, nie­na­tu­ral­na swo­bo­da i śmiech (cha! cha! cha!) - po­wta­rza się to za każ­dym ra­zem. I zbyt dłu­gie chwi­le mil­cze­nia mię­dzy ba­nal­ny­mi uwa­ga­mi. Moim zda­niem dzie­je się tak dla­te­go, że prze­by­wa­nie pod jed­nym da­chem sku­pia uwa­gę na pod­tek­stach sek­su­al­nych. W miesz­ka­niu, za za­mknię­ty­mi drzwia­mi, ko­bie­ty sta­ją się ostroż­ne i czuj­ne. Sta­le przy­cho­dzi im do gło­wy pod­sta­wo­we py­ta­nie, któ­re nig­dy nie zo­sta­je wy­po­wie­dzia­ne na głos: Jak by­ło­by nam ra­zem? Oczy sta­ją się tro­chę roz­bie­ga­ne. Wy­mów­ki są wy­gła­sza­ne pod­nio­słym to­nem, a szcze­gól­ne za­le­ty wy­mie­nia się na­dę­tym gło­sem grec­kie­go prze­wod­ni­ka opro­wa­dza­ją­ce­go tu­ry­stów po zruj­no­wa­nych świą­ty­niach.

- Prze­pra­szam za ba­ła­gan - rze­kła. - Dużo pra­cu­ję w domu.

Ni stąd, ni zo­wąd wy­buch­ną­łem śmie­chem. Po­pa­trzy­ła na mnie, jak­bym zwa­rio­wał. Nie mo­głem jej opo­wie­dzieć o zdu­mie­wa­ją­cym, freu­dow­skim prze­ję­zy­cze­niu, któ­re na­gle so­bie przy­po­mnia­łem. Przed laty za­bra­łem pew­ną nie­śmia­łą dziew­czy­nę na ko­la­cję. Mia­ła ogrom­ny ape­tyt; zja­dła dwie por­cje cia­sta z kre­mem ko­ko­so­wym. Po­sze­dłem do jej miesz­ka­nia na drin­ka, w oczy­wi­stym celu. Sub­lo­ka­tor­ka wy­je­cha­ła na week­end. Son­do­wa­li­śmy się na­wza­jem, ga­wę­dzi­li­śmy na ba­nal­ne te­ma­ty, two­rząc zmy­sło­we na­pię­cie. Cze­ka­łem na oka­zję, by ją po­ca­ło­wać, a ona za­sta­na­wia­ła się, kie­dy to na­stą­pi i jak za­re­ago­wać: przy­jąć moje za­lo­ty czy je od­rzu­cić. Na­gle wes­tchnę­ła, uśmiech­nę­ła się, do­tknę­ła swo­jej spód­ni­cy i po­wie­dzia­ła: "Mój Boże, po­win­nam była zre­zy­gno­wać z dru­giej por­cji maj­tek".

- Co cię tak strasz­nie śmie­szy? - spy­ta­ła Nina.

- Nic, ja tyl­ko... - Ura­to­wał mnie dzwo­nek te­le­fo­nu. Po­śpie­szy­ła do apa­ra­tu i pod­nio­sła słu­chaw­kę.

- Halo? O, cześć, Ben! Co ta­kie­go? Nie. Nie, przy­kro mi, chy­ba nie. Nie, ko­cha­ny, to nie tak. Pra­cu­ję w tej chwi­li nad dwo­ma zle­ce­nia­mi i po pro­stu nie mam cza­su.

Uprzej­mym, sym­pa­tycz­nym to­nem bez­względ­nie od­rzu­ca­ła ko­lej­ne pro­po­zy­cje Bena. Pod­sze­dłem do ta­bli­cy z przy­pię­ty­mi ry­sun­ka­mi i za­czą­łem oglą­dać jej pra­ce. Za­fa­scy­no­wał mnie je­den z pro­jek­tów. Przed­sta­wiał sło­ik od­zna­cza­ją­cy się su­ro­wym, kla­sycz­nym pięk­nem. Nina odło­ży­ła słu­chaw­kę i zbli­ży­ła się do mnie.

- Po­do­ba ci się? - spy­ta­ła.

- Bar­dzo.

- Masz do­bre oko, McGee. Klien­to­wi się nie po­do­ba­ło. Wma­wia­my so­bie, że do­bry gust to gwa­ran­cja suk­ce­su ko­mer­cyj­ne­go. Może tak jest, we wła­ści­wym cza­sie i miej­scu. Ale naj­ła­twiej od­nieść suk­ces dzię­ki wul­gar­no­ści pod­ra­so­wa­nej w taki spo­sób, by wy­glą­da­ła jak tra­fia­ją­ca w do­bry gust. A naj­lep­si w bran­ży są lu­dzie, któ­rzy po­tra­fią two­rzyć ta­kie pro­jek­ty w spo­sób na­tu­ral­ny i na­praw­dę wie­rzą, że są świet­ne.

Spoj­rza­łem na jej za­my­ślo­ną twarz.

- Pro­blem z tym sło­ikiem po­le­ga na tym, że nie wia­do­mo, co w nim sprze­da­wać, Nino?

- Masz ra­cję. Za­cze­kaj.

We­szła do ma­łej sy­pial­ni i za­mknę­ła drzwi. Za­czą­łem krą­żyć po miesz­ka­niu. Obej­rza­łem książ­ki i pły­ty. Mimo nie­zdro­we­go za­mi­ło­wa­nia do kwar­te­tów smycz­ko­wych i nie­co na­iw­ne­go do­bo­ru po­pu­lar­nych ksią­żek z za­kre­su so­cjo­lo­gii, zda­ła test Tra­vi­sa McGee na czwór­kę z plu­sem. Do li­cha, na­wet na piąt­kę z mi­nu­sem! Książ­ki Van­ce'a Pac­kar­da mo­gła do­stać od ko­goś w pre­zen­cie. Ma on lu­kra­tyw­ną umie­jęt­ność: po­tra­fi przed­sta­wiać rze­czy oczy­wi­ste w taki spo­sób, że wy­da­ją się nowe i zdu­mie­wa­ją­ce. W ten sam spo­sób Nor­man Vin­cent Pe­ale wy­my­ślił chrze­ści­jań­stwo, a Ja­mes Jo­nes za­pro­jek­to­wał ka­ra­bin M-1. W po­rów­na­niu do ar­ty­stycz­ne­go sło­ika Niny ich dzie­ła wy­da­wa­ły się pod­ra­so­wa­ną wul­gar­no­ścią.

Na­gle wy­szła z sy­pial­ni, zbli­ży­ła się do mnie i wrę­czy­ła mi dzie­sięć ty­się­cy do­la­rów. Usia­dłem na ka­na­pie, pod­rzu­ci­łem je w dło­ni i zdją­łem dwie spi­na­ją­ce je gum­ki. Trzy pacz­ki uży­wa­nych bank­no­tów z ban­de­ro­la­mi ozna­czo­ny­mi ini­cja­łem ka­sje­ra. Dwie za­wie­ra­ją­ce po pięć­dzie­siąt pięć­dzie­się­cio­do­la­ró­wek i jed­na z pięć­dzie­się­cio­ma set­ka­mi. Nina sta­ła przede mną, ubra­na w ja­sno­sza­rą bluz­kę, spód­ni­cę, ny­lo­no­we poń­czo­chy i ciem­ne buty na wy­so­kich ob­ca­sach. Na jej twa­rzy ma­lo­wa­ło się nie­za­do­wo­le­nie i pa­trzy­ła na mnie wy­zy­wa­ją­co. Wy­ra­ża­ła w ten spo­sób swo­je roz­cza­ro­wa­nie mi­ło­ścią i ża­ło­wa­łem, że mu­szę wszyst­ko po­psuć. W mil­cze­niu prze­su­ną­łem pal­cem po brze­gach bank­no­tów, za­ło­ży­łem z po­wro­tem gum­ki, po czym ci­sną­łem wszyst­kie trzy pacz­ki w stro­nę gło­wy Niny. Uchy­li­ła się in­stynk­tow­nie i unio­sła rękę, ku swo­je­mu zdzi­wie­niu ła­piąc jed­ną z pa­czek. Wpa­try­wa­ła się we mnie pu­stym wzro­kiem.

- O co cho­dzi? - spy­ta­ła.

Unio­słem nogi i z dłoń­mi sple­cio­ny­mi na kar­ku wy­cią­gną­łem się na ka­na­pie.

- To bar­dzo ład­ne zło­te jaj­ko, kot­ku, ale chciał­bym spo­tkać kurę.

- Ty su­kin­sy­nu! - za­wo­ła­ła, tu­piąc nogą.

- Tro­chę mnie ku­si­ły te pie­nią­dze, ale nie­wy­star­cza­ją­co. Zda­je się, że kura na­zy­wa się Ar­mi­ster.

- Wy­noś się stąd!

- Po­roz­ma­wiaj­my spo­koj­nie.

Wpa­dła we wście­kłość i nie­roz­waż­nie rzu­ci­ła się, by ścią­gnąć mnie z ka­na­py. Chwy­ci­łem ją za nad­garst­ki. Była ni­ska, lecz bar­dzo sil­na. Omal nie za­to­pi­ła zę­bów w mo­jej dło­ni, lecz w koń­cu ob­ją­łem ją przed­ra­mie­niem za szy­ję. Pró­bo­wa­ła ko­pać, ale nie mia­ła miej­sca ani punk­tu opar­cia. Mimo to wal­czy­ła - pry­cha­ła, wiła się, wy­ry­wa­ła, aż wresz­cie wy­lą­do­wa­ła w po­zy­cji sie­dzą­cej obok ka­na­py; to­wa­rzy­szył temu głu­chy od­głos. Po chwi­li pod­da­ła się, cięż­ko dy­sząc z wy­czer­pa­nia; spo­mię­dzy roz­czo­chra­nych kru­czo­czar­nych wło­sów spo­glą­da­ło błę­kit­ne oko.

- Niech cię cho­le­ra! - jęk­nę­ła. - Niech cię ja­sna cho­le­ra!

- Wy­słu­chasz mnie?

- Nie!

- To bar­dzo pro­ste. Co ze wspa­nia­łym Ho­war­dem Plum­me­rem, zna­ko­mi­tym kan­dy­da­tem do mał­żeń­stwa? Jak mo­żesz go trak­to­wać w taki spo­sób?

- Nie słu­cham cię!

- To two­ja sta­ła ce­cha, kot­ku, bar­dzo mę­czą­ca. Gdy­by Ho­wie żył, praw­do­po­dob­nie jego też byś nie słu­cha­ła. Za­łóż­my, że zna­la­złaś pie­nią­dze i za­czy­nasz z nim roz­ma­wiać. Wy­obra­żam so­bie tę sce­nę. Two­je oczy mio­ta­ją bły­ska­wi­ce. Wspar­łaś się gniew­nie pod boki. Mó­wisz cho­ler­nie nie­przy­jem­nym to­nem. Ho­wie, ko­cha­ny, udo­wod­nij, że nie je­steś zło­dzie­jem, i po­sta­raj się zro­bić to prze­ko­nu­ją­co. Tak na­praw­dę ten bie­da­czy­na miał wiel­kie szczę­ście, że cię nie po­ślu­bił, ślicz­not­ko. Ho­wie, mój dro­gi, mam na­dzie­ję, że ta mała czer­wo­na plam­ka na two­im koł­nie­rzy­ku to krew, a nie szmin­ka, ty su­kin­sy­nu. Ho­wie, ko­cha­ny, je­śli wy­cho­dzisz z na­sze­go szczę­śli­we­go gniazd­ka, mu­szę wie­dzieć, gdzie je­steś, co do mi­nu­ty.

- Ty... ty plu­ga­wy...

- Bied­na mała świę­tosz­ka. Bied­na cnot­ka.

- O co ci wła­ści­wie cho­dzi?

- Chcę, że­byś go trak­to­wa­ła w taki spo­sób, jak po­trak­to­wał­by go każ­dy sąd. Obo­wią­zu­je do­mnie­ma­nie nie­win­no­ści. Poza tym sąd nie po­szedł­by z nim do łóż­ka przed wy­da­niem wy­ro­ku bez do­wo­dów, skar­bie.

Pu­ści­łem jej nad­garst­ki. Za­da­ła mi moc­ny cios, po czym na­tych­miast ude­rzy­łem ją otwar­tą dło­nią w twarz, aż się za­chwia­ła. Po­pa­trzy­ła na mnie sze­ro­ko otwar­ty­mi błę­kit­ny­mi ocza­mi, któ­re na chwi­lę zmęt­nia­ły. Po chwi­li zo­ba­czy­łem w nich prze­ra­że­nie i łzy. Za­czę­ła roz­pacz­li­wie szlo­chać; po­chy­li­ła się i opar­ła po­li­czek o bok mo­je­go ko­la­na. Po­gła­ska­łem ją po wło­sach. Jej cia­łem wstrzą­sa­ły dresz­cze jak w trak­cie wy­mio­tów po al­ko­ho­lu. Za­sta­na­wia­łem się, czy na­praw­dę pła­ka­ła po śmier­ci Ho­wie­go. Po­zby­wa­ła się tru­ci­zny, wy­rzu­ca­ła ją z sie­bie. Trwa­ło to bar­dzo dłu­go, aż wresz­cie tro­chę się uspo­ko­iła. Wsta­łem, po­mo­głem jej usiąść na ka­na­pie, od­na­la­złem ła­zien­kę i przy­nio­słem mo­krą, chłod­ną ście­recz­kę i duży mięk­ki su­chy ręcz­nik. Usia­dłem na pod­ło­dze obok ka­na­py i gła­ska­łem ją co pe­wien czas. Za­pa­dła się w so­bie, wy­da­wa­ła się strasz­li­wie zmę­czo­na; do­sta­ła czkaw­ki. Wes­tchnę­ła i ob­ró­ci­ła twarz w moją stro­nę. Otar­łem ją zim­ną ście­recz­ką i wy­su­szy­łem ręcz­ni­kiem. Pa­trzy­ła na mnie spo­koj­nie i uro­czy­ście jak spra­wie­dli­wie uka­ra­ne dziec­ko.

- Trav. Trav, za­cho­wa­łam się okrop­nie...

- A za­tem?

- Nie ro­zu­miesz? Nie da­łam mu żad­nej szan­sy. Nie mógł się wy­tłu­ma­czyć. Nie da­łam mu szan­sy...

- Wiesz, dla­cze­go tak po­stą­pi­łaś, Nino?

- N... nie.

- Mu­sia­łaś w ja­kiś spo­sób stłu­mić ból i zmniej­szyć po­czu­cie stra­ty, więc sta­ra­łaś się so­bie wmó­wić, że kła­mał i oszu­ki­wał. Ale tak na­praw­dę nie mo­głaś w to uwie­rzyć. To do­wód, jak bar­dzo go ko­cha­łaś.

- Po­trak­to­wa­łam go tak nie­spra­wie­dli­wie...

- Nie jego, kot­ku. Co naj­wy­żej pa­mięć o nim.

- Co... co po­win­nam te­raz zro­bić?

- Jest tyl­ko jed­na rzecz, któ­rą mo­że­my zro­bić. To, po co przy­je­cha­łem i o co pro­sił Mike. Do­wiedz­my się, co się sta­ło.

- Su­ge­ro­wa­łeś, że to tyl­ko kwe­stia pie­nię­dzy...

Od­gar­ną­łem wło­sy z jej pod­puch­nię­te­go oka.

- Mike po­wie­dział, że może będę mu­siał tobą wstrzą­snąć.

Spoj­rza­ła na mnie, po­krę­ci­ła po­wo­li gło­wą i się skrzy­wi­ła.

- Wy dwaj, ty i Mike... Jak to moż­li­we, że wie­cie o mnie wię­cej niż ja sama?

- Umo­wa stoi?

Uśmiech­nę­ła się sła­bo, lecz jed­nak się uśmiech­nę­ła.

- Bę­dzie­my mo­gli od­być ze sobą dużo mi­łych roz­mów.

Kie­dy od­zy­ska­ła dość ener­gii, aby spraw­dzić spi­żar­nię, po­wie­dzia­ła mi, jak da­le­ko i w ja­kim kie­run­ku mu­szę iść, by zna­leźć naj­bliż­sze de­li­ka­te­sy. Gdy wró­ci­łem, prze­bra­ła się w luź­ne spodnie i ob­szer­ny ró­żo­wy wło­cha­ty dres. Po­pra­wi­ła ma­ki­jaż i fry­zu­rę, po czym na­kry­ła do sto­łu koło okna. Roz­pa­ko­wa­ła siat­ki, oskar­ża­jąc mnie o dzi­wacz­ny, eks­tra­wa­ganc­ki gust. Ale oka­za­ło się, że jest bar­dziej głod­na, niż się spo­dzie­wa­ła. Głos mia­ła cią­gle za­chryp­nię­ty od pła­czu, a na jej le­wym po­licz­ku po­ja­wił się nie­wiel­ki si­niak.

Kie­dy zje­dli­śmy ko­la­cję i od­nio­sła ta­le­rze do kuch­ni, usie­dli­śmy z drin­ka­mi na ka­na­pie.

- Do­wie­dzia­łam się, że go za­bi­to, do­pie­ro na­stęp­ne­go dnia o dwu­na­stej w po­łu­dnie - ode­zwa­ła się ci­chym, za­my­ślo­nym gło­sem. - Kom­plet­nie się za­ła­ma­łam. Pra­wie nie pa­mię­tam, co się ze mną dzia­ło. Środ­ki uspo­ka­ja­ją­ce, przy­ja­cie­le, któ­rzy usi­ło­wa­li mnie po­cie­szać... Ja też chcia­łam umrzeć. Stra­cić go w ten spo­sób wy­da­wa­ło się kosz­mar­nym ab­sur­dem. Mia­łam wra­że­nie, że zgi­nął przez po­mył­kę. Na­gle po­ja­wi­ło się cho­re, wstręt­ne zwie­rzę, chci­we, prze­stra­szo­ne i nie­ostroż­ne, i za­ata­ko­wa­ło. Ale uda­ło mi się ja­koś wy­trzy­mać. Z Ka­li­for­nii przy­le­cia­ła sio­stra Ho­war­da. Od­pra­wio­no na­bo­żeń­stwo ża­łob­ne, bo miał przy­ja­ciół w No­wym Jor­ku. Sio­stra za­ję­ła się jego rze­cza­mi; część roz­da­ła, ofia­ro­wa­ła mi kil­ka pa­mią­tek, któ­re jej zda­niem mo­gła­bym chcieć za­trzy­mać, zli­kwi­do­wa­ła miesz­ka­nie. Cia­ło prze­wie­zio­no do Min­ne­so­ty, by je po­cho­wać w gro­bie ro­dzin­nym z oj­cem i mat­ką. Nie znio­sła­bym dru­gich uro­czy­sto­ści po­grze­bo­wych i nie po­je­cha­łam. My­ślę, że sio­stra Ho­war­da zro­zu­mia­ła. Mam taką na­dzie­ję. Do­pie­ro po jej wy­jeź­dzie przy­po­mnia­łam so­bie o rze­czach, któ­re u mnie zo­sta­wił. By­łam kom­plet­nie oszo­ło­mio­na. Nie miesz­ka­li­śmy ra­zem, po pro­stu no­co­wał u mnie od cza­su do cza­su. Po ślu­bie za­mie­rza­li­śmy za­miesz­kać tu­taj i zre­zy­gno­wać z jego miesz­ka­nia. Tak by­ło­by wy­god­niej. Miał klucz i trzy­mał u mnie tro­chę rze­czy oso­bi­stych. Nie wie­dzia­łam do­kład­nie, co przy­niósł. Prze­ło­ży­łam swo­je ubra­nia, by zro­bić mu tro­chę miej­sca. Usta­li­li­śmy, któ­re me­ble przy­wie­zie­my z jego miesz­ka­nia. Da­łam mu po­ło­wę pół­ek w sza­fie. W koń­cu ze­bra­łam się na od­wa­gę, by przej­rzeć rze­czy, któ­re przy­wiózł; od cza­su do cza­su prze­ry­wa­łam i strasz­nie pła­ka­łam. Nad drob­nost­ka­mi. Mu­sia­łam sta­nąć na krze­śle, by do­się­gnąć koń­ca pół­ki. Pie­nią­dze znaj­do­wa­ły się z tyłu, w rogu. Były owi­nię­te w sza­ry pa­pier i zwią­za­ne sznur­kiem. Ho­wie zgi­nął ty­dzień przed mo­imi dwu­dzie­sty­mi czwar­ty­mi uro­dzi­na­mi, i nie chcia­łam otwie­rać pa­kun­ku, bo się ba­łam, że to scho­wa­ny pre­zent dla mnie i że na za­wsze zła­mie mi to ser­ce. Usia­dłam na łóż­ku, roz­wi­nę­łam pa­pier. i zo­ba­czy­łam pie­nią­dze. I na­gle po­czu­łam chłód w ser­cu i do­szłam do wnio­sku, że... że...

- Spo­koj­nie, Nino.

- Je­śli my­ślisz, że wiesz o kimś ab­so­lut­nie wszyst­ko, a po­tem...

- Obo­je ro­zu­mie­my, że to re­ak­cja obron­na.

- Szko­da, że nie je­stem tego tak pew­na jak ty, Trav. Może je­stem głu­pią małą świę­tosz­ko­wa­tą cnot­ką.

- Po pro­stu się do­wiedz­my, skąd wziął te pie­nią­dze.

Ski­nę­ła gło­wą i uję­ła moją rękę.

- Tak, my­śla­łam o tym. Te­raz wiem, że mu­szę się do­wie­dzieć. I dla­te­go... dla­te­go chcę ci po­dzię­ko­wać. Co z nimi zro­bi­my?

- Za­sta­no­wi­my się póź­niej. Je­śli nie masz nic prze­ciw­ko temu, we­zmę je i umiesz­czę w sej­fie ho­te­lo­wym. Te­raz opo­wiedz mi o swo­jej pra­cy.

Po chwi­li za­czę­ła zie­wać. Zro­zu­mia­łem, że dała mi już wszyst­ko, co mo­gła ofia­ro­wać w cią­gu jed­ne­go dnia. Zna­la­zła dużą sza­rą ko­per­tę, po czym za­kle­iłem w niej pie­nią­dze. Od­pro­wa­dzi­ła mnie do drzwi i, sen­na jak dziec­ko, od­ru­cho­wo nad­sta­wi­ła twarz do po­ca­łun­ku. Mia­ła mięk­kie war­gi. Cof­nę­ła się na­gle i unio­sła dłoń do szyi.

- Nie chcia­łam być...

- Po­łóż się do łóż­ka, Nino. Idź spać. Niech ci się przy­śni coś mi­łe­go.

1

Pra­co­wa­ła w jed­nym z wie­żow­ców na Park Ave­nue, któ­re chęt­nie fo­to­gra­fu­ją tu­ry­ści. Miło je od­wie­dzać, lecz nikt nie chciał­by w nich miesz­kać.

Nie­wiel­ka, pre­ten­sjo­nal­na fir­ma mie­ści­ła się na dzie­więt­na­stym pię­trze i zaj­mo­wa­ła się pro­jek­to­wa­niem opa­ko­wań. Przy­je­cha­łem o pią­tej, jak się umó­wi­li­śmy, i po­da­łem w re­cep­cji swo­je na­zwi­sko, a ona wy­szła do mnie w far­tu­chu, co świad­czy­ło, że ode­rwa­łem ją od de­ski kre­ślar­skiej.

Nina Gib­son. Pulch­na, ni­ska dziew­czy­na. Wi­dzia­łem jej zdję­cie jako dwu­na­sto­lat­ki. Mike no­sił je w port­fe­lu. Te­raz, gdy była dwu­krot­nie star­sza, wy­glą­da­ła in­a­czej. Mia­ła buj­ne kru­czo­czar­ne loki, in­ten­syw­nie błę­kit­ne oczy Mike'a, drob­ną, prze­kor­ną twarz i mlecz­no­bia­łą cerę.

Za­cho­wa­ła fi­gu­rę dziew­czyn­ki, ale taką, jaką mają te o już ko­bie­cych kształ­tach. Wą­ska ta­lia i ob­fi­te, przy­jem­ne krą­gło­ści u góry i u dołu.

- Przy­kro mi, musi pan chwi­lę po­cze­kać - rze­kła.

- Więc jak pani wró­ci, niech się pani uśmiech­nie i przy­wi­ta.

- A po­win­nam? To spo­tka­nie to nie mój po­mysł, pa­nie McGee.

- Tak na­ka­zu­je uprzej­mość, Nino.

- Nie bę­dzie­my mie­li wie­lu oka­zji do wy­mia­ny uprzej­mo­ści - od­po­wie­dzia­ła i wró­ci­ła do ar­ka­nów swo­jej pro­fe­sji. Sie­dzia­łem wśród ga­blo­tek, w któ­rych wy­sta­wio­no opa­ko­wa­nia po­pu­lar­nych ar­ty­ku­łów go­spo­dar­stwa do­mo­we­go. Mięk­ka pla­sti­ko­wa bu­tel­ka za trzy cen­ty plus ho­mo­ge­ni­zo­wa­na pap­ka o war­to­ści dwóch cen­tów, plus re­kla­my te­le­wi­zyj­ne w naj­lep­szym cza­sie an­te­no­wym ozna­cza­ją rocz­ną sprze­daż dwu­dzie­stu ośmiu mi­lio­nów bu­te­lek po sześć­dzie­siąt dzie­więć cen­tów za sztu­kę. Ser­ce ame­ry­kań­skie­go prze­my­słu. Sie­dzia­łem i ob­ser­wo­wa­łem re­cep­cjo­nist­kę. Była przy­zwy­cza­jo­na, że lu­dzie na nią pa­trzą, i wy­raź­nie to lu­bi­ła. Ona rów­nież wy­da­wa­ła się opa­ko­wa­na. Re­cep­cjo­nist­ka, sztuk je­den, ape­tycz­na, opa­ko­wa­na w afek­to­wa­ny an­giel­ski ak­cent i zie­miań­ski twe­ed. Fir­ma była nie­wiel­ka, lecz no­wo­cze­sna. Za­trud­ni­li dziew­czy­nę, któ­ra wy­glą­da­ła, jak­by owie­wał ją wio­sen­ny wiatr znad wrzo­so­wisk, a w ko­ry­ta­rzu cze­kał uwią­za­ny ru­mak.

Nina wy­szła - w rę­ka­wicz­kach, z to­reb­ką, w ka­pe­lu­szu i je­sien­nym ko­stiu­mie zbyt do­pa­so­wa­nym jak na jej fi­gu­rę. To­wa­rzy­szył jej wą­tły, bez­barw­ny męż­czy­zna. Za­trzy­ma­li się i za­czę­li roz­ma­wiać, a Nina rze­kła:

- Fred­die, mój dro­gi, do­sko­na­le wiesz, że je­śli po­ka­żesz mu trzy pro­jek­ty, to zgłu­pie­je. Z tym swo­im pta­sim móżdż­kiem nie jest w sta­nie się zde­cy­do­wać na­wet na je­den z dwóch, chy­ba że wy­bór jest oczy­wi­sty. Dla­te­go przed­staw mu pro­po­zy­cje Tom­my'ego i Mary Jane. Pierw­sza jest naj­lep­sza, dru­ga naj­gor­sza, więc wy­bie­rze pro­jekt Tom­my'ego i je­ste­śmy w domu.

Fred­die wzru­szył ra­mio­na­mi, wes­tchnął i wró­cił do pra­cow­ni. Nina wład­czo ski­nę­ła do mnie gło­wą, po czym zje­cha­li­śmy na dół win­dą, w któ­rej gra­ła mu­zy­ka, i prze­szli­śmy pół­to­rej prze­czni­cy do nie­wiel­kie­go ci­che­go ho­te­lu. W holu lam­py re­flek­to­ro­we rzu­ca­ły sno­py świa­tła na wy­mu­ska­ne dam­skie i mę­skie fry­zu­ry, fu­tra i ma­ry­nar­ki szy­te na mia­rę, lśnią­ce kie­lisz­ki i ele­ganc­kich lu­dzi, któ­rzy na­kła­nia­li się do nie­opi­sa­nych rze­czy, wy­mie­nia­jąc uśmie­chy, roz­ma­wia­jąc ści­szo­ny­mi gło­sa­mi i po­pi­ja­jąc za­bój­cze mar­ti­ni. Usie­dli­śmy w ustron­nym miej­scu na ka­na­pie pod ścia­ną. Nina zdję­ła rę­ka­wicz­ki, za­pa­li­ła pa­pie­ro­sa, przyj­mu­jąc po­da­ny prze­ze mnie ogień, i za­mó­wi­ła wy­traw­ne sher­ry.

- Le­gen­dar­ny Tra­vis McGee - rzu­ci­ła iro­nicz­nie, by po­kryć nie­pew­ność. - Mike mó­wił o panu jak o po­sta­ci z baj­ki. Dzię­ku­ję, już wy­ro­słam z ba­jek.

- Wi­dzia­łem pa­nią tyl­ko na bar­dzo sta­rej fo­to­gra­fii i nie są­dzi­łem, że jest pani aż tak ład­na.

- Za­wsze by­łam ślicz­not­ką.

Wo­lał­bym się nie zbli­żać do tej ślicz­not­ki na ty­siąc ki­lo­me­trów. Wo­lał­bym nie sie­dzieć w paź­dzier­ni­ku w No­wym Jor­ku. Wo­lał­bym być z po­wro­tem na po­kła­dzie Bu­sted Flush, za­cu­mo­wa­nej przy kei F-18 w Ba­hia Mar w Fort Lau­der­da­le. Bu­sted Flush była szes­na­sto­me­tro­wą, zbu­do­wa­ną na za­mó­wie­nie ło­dzią, na któ­rej miesz­ka­łem i na któ­rą mo­głem za­pra­szać ślicz­not­ki w swo­im ty­pie: opa­lo­ne, bez­tro­skie, ocho­czo ha­ru­ją­ce w kam­bu­zie, otwie­ra­ją­ce piwo, ło­wią­ce ryby, szczę­śli­we dziew­czy­ny w wy­bla­kłych od słoń­ca ciu­chach, o spło­wia­łych wło­sach i pu­pach szorst­kich od pia­sku. Ale Nina pa­trzy­ła na mnie szcze­ry­mi błę­kit­ny­mi ocza­mi swo­je­go bra­ta Mike'a, a on po raz pierw­szy o coś mnie po­pro­sił.

- Opo­wiem pani pew­ną hi­sto­rię - rze­kłem.

- Za­mie­niam się w słuch.

- Po­ja­wi­ła się moż­li­wość otrzy­ma­nia prze­pust­ki na trzy­dzie­ści sześć go­dzin i nasz ka­pi­tan nie chciał pu­ścić jed­no­cze­śnie mnie i Mike'a. Roz­strzy­gnę­li­śmy to za po­mo­cą za­kła­du i wy­gra­łem. Po­je­cha­łem je­epem do mia­sta i zła­pa­łem sa­mo­lot do Ja­po­nii. Spę­dzi­łem cały czas w lek­kim drew­nia­nym pa­wi­lo­nie o wy­po­le­ro­wa­nej pod­ło­dze ze ślicz­not­ką, któ­rej imie­nia nie po­tra­fi­łem wy­mó­wić, więc na­zy­wa­łem ją Mis­sy. No­si­łem je­dwab­ną sza­tę i ką­pa­li­śmy się ra­zem w ka­mien­nym ba­se­nie wy­peł­nio­nym go­rą­cą, pa­ru­ją­cą wodą. Myła mnie, kar­mi­ła i ko­cha­ła. Mia­ła sto pięć­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu i chi­cho­ta­ła, za­sła­nia­jąc usta dło­nią. Myśl o tym, że bied­ny Mike zo­stał w ba­zie, spra­wia­ła, iż było mi jesz­cze przy­jem­niej. Wsia­dłem do sa­mo­lo­tu, wró­ci­łem je­epem do jed­nost­ki i do­wie­dzia­łem się, że Mike nie żyje. Zmarł na punk­cie opa­trun­ko­wym, w szpi­ta­lu bazy albo w dro­dze do szpi­ta­la ogól­ne­go; nikt nie był pe­wien. Po­tem po­wie­dzie­li, że cią­gle żyje, ale umrze. A te­raz, oczy­wi­ście, jest, jak mó­wią, pod opie­ką pań­stwa; nie wi­dzi, nie może cho­dzić i w uro­czy­ste dni wy­wo­żą go na wóz­ku in­wa­lidz­kim, by po­sie­dział przez go­dzi­nę na słoń­cu. Mimo to uda­ło się go utrzy­mać przy ży­ciu dzię­ki wspa­nia­łym po­stę­pom wie­dzy me­dycz­nej. Pu­en­ta tej hi­sto­rii to po­czu­cie winy, Nino. Po­czu­cie winy, po­nie­waż je­stem za­do­wo­lo­ny, że spo­tka­ło to Mike'a, a nie mnie, a prze­cież uwa­żam się za ko­goś nie­zwy­kłe­go i wspa­nia­łe­go. Nie chcę być za­do­wo­lo­ny, lecz je­stem. Ist­nie­je rów­nież dru­gie źró­dło po­czu­cia winy. Od­wie­dzam go prze­cięt­nie raz do roku. Czy jeż­dżę do nie­go, by so­bie udo­wod­nić, że to się przy­tra­fi­ło jemu za­miast mnie? Czy po­wi­nie­nem go wi­dy­wać czę­ściej, czy wca­le? Nie mam po­ję­cia. Wiem tyl­ko jed­no. Pie­lę­gniar­ka na­pi­sa­ła, że Mike chce się ze mną zo­ba­czyć. Po­je­cha­łem do nie­go. Opo­wie­dział mi o pani wi­zy­cie. Ka­zał mi usta­lić, co się sta­ło. Więc to zro­bię, z pani po­mo­cą lub bez niej, Nino.

- Strasz­nie to miłe z pana stro­ny! Nie­sły­cha­nie przy­ja­ciel­skie! - rze­kła z prze­ką­sem. - Nie po­win­nam się zwra­cać do Mike'a ze swo­imi pro­ble­ma­mi, pa­nie McGee. Po­stą­pi­łam ego­istycz­nie. Wy­trą­ci­łam go z rów­no­wa­gi i nic nie osią­gnę­łam. Jak mógł­by co­kol­wiek spraw­dzić? Dla­cze­go nie wy­my­śli pan po pro­stu ja­kiejś uspo­ka­ja­ją­cej hi­sto­ryj­ki i nie wró­ci do swo­je­go próż­nia­cze­go ży­cia na Flo­ry­dzie?

- Mike jest in­wa­li­dą, ale nie kre­ty­nem.

- Już za póź­no. Je­śli za­cznie pan się tym zaj­mo­wać, nic do­bre­go z tego nie wy­nik­nie.

- Może są ja­kieś py­ta­nia, na któ­re chcie­li­by­ście zna­leźć od­po­wie­dzi?

Przez chwi­lę na jej twa­rzy ma­lo­wał się ból.

- Od­po­wie­dzi? Ja­kie od­po­wie­dzi? Ho­wie nie żyje.

- Mogę dys­kret­nie się ro­zej­rzeć.

- Pan, dys­kret­nie? Do­praw­dy, pa­nie McGee! Jest pan wy­jąt­ko­wo wy­so­kim męż­czy­zną, tak moc­no opa­lo­nym, że wy­glą­da to wręcz wul­gar­nie, i zwra­ca pan na sie­bie uwa­gę. Ma pan w so­bie tro­chę chło­pię­ce­go uro­ku, ale to nie spra­wa dla dy­le­tan­ta, ama­to­ra, ko­le­gi z woj­ska, któ­ry chce wy­świad­czyć przy­słu­gę sta­re­mu kum­plo­wi. Ża­den wiel­ki sym­pa­tycz­ny fa­cet o sza­rych oczach i sze­ro­kim uśmie­chu nie roz­wią­że mo­ich pro­ble­mów. Ni­cze­go nie zy­skam, je­śli za­cznie pan grze­bać w moim ży­ciu. Dzię­ku­ję za wspa­nia­ło­myśl­ny gest, ale nie wy­stę­pu­je­my w te­le­wi­zji. Nie po­trze­bu­ję na­miast­ki star­sze­go bra­ta. Cze­mu nie wró­ci pan po pro­stu do swo­je­go bez­tro­skie­go ży­cia na Flo­ry­dzie?

- Zro­bię to, jak będę go­to­wy.

- Mój na­rze­czo­ny nie żyje. Ho­ward Plum­mer nie żyje. - Spoj­rza­ła na mnie groź­nie i ude­rzy­ła w stół drob­ną piąst­ką. - Jest mar­twy i spo­czy­wa na cmen­ta­rzu! Oka­zał się kimś in­nym, niż są­dzi­łam. Pró­bu­ję so­bie z tym po­ra­dzić, po­go­dzić się z my­ślą, że go stra­ci­łam i że by­łam idiot­ką. Więc pro­szę nie roz­grze­by­wać tej spra­wy!

- Co zro­bi­ła pani z pie­niędz­mi?

Umil­kła i po­pa­trzy­ła na mnie ze zdzi­wie­niem.

- Ja­ki­mi pie­niędz­mi?

- Tymi, o któ­rych za­czę­ła pani mó­wić Mike'owi.

- Nic mu nie po­wie­dzia­łam. Ugry­złam się w ję­zyk.

- Nino, Mike się do­my­ślił. Leży sa­mot­nie w swo­im po­ko­ju i od­twa­rza w wy­obraź­ni wszyst­kie pani nie­do­po­wie­dze­nia. Wła­śnie dla­te­go nie mogę tam po­je­chać z uspo­ka­ja­ją­cą hi­sto­ryj­ką. Co z pie­niędz­mi?

- Nie pań­ska spra­wa.

- Te­raz rów­nież moja.

- Pro­szę, niech pan nie bę­dzie taki na­tręt­ny i apo­dyk­tycz­ny, pa­nie McGee. Nie chcę pań­skiej po­mo­cy.

- Przy­je­cha­łem grze­bać w pani ży­ciu na proś­bę Mike'a. Plum­mer zo­stał za­mor­do­wa­ny w sierp­niu. Po­li­cja wsz­czę­ła śledz­two. Mogę wkro­czyć na sce­nę i po­wie­dzieć, że Plum­mer ukrył znacz­ną kwo­tę w go­tów­ce i że prze­ję­ła ją jego na­rze­czo­na. Za­su­ge­ro­wać, że ma to ja­kiś zwią­zek z za­bój­stwem.

- Nie zro­bił­by pan tego!

- Dla­cze­go nie?

- Nie ist­nie­je ża­den zwią­zek! To głu­pie. Wpa­dła­bym w po­waż­ne ta­ra­pa­ty. Boże, mój brat po­pro­sił pana, by mi pan po­mógł, a nie wpa­ko­wał w ka­ba­łę! Nie chcę żad­nej po­mo­cy!

- Mu­szę pani coś wy­ja­śnić, Nino - po­wie­dzia­łem, uśmie­cha­jąc się roz­bra­ja­ją­co. - Je­stem próż­nia­kiem, a to wy­ma­ga pie­nię­dzy, je­śli chce się żyć z fa­so­nem. Aby otrzy­my­wać pie­nią­dze re­gu­lar­nie, trze­ba na nie pra­co­wać, lecz wte­dy stra­cił­bym swój sta­tus. Mu­szę je zdo­by­wać po tro­chu, w nie­re­gu­lar­nych od­stę­pach, co po­zwa­la mi pro­wa­dzić obec­ny tryb ży­cia. Ra­czej nie za­in­te­re­so­wał­bym się hi­sto­rią Niny Gib­son, gdy­by nie za­su­ge­ro­wa­ła pani swo­je­mu bra­tu, że na­rze­czo­ny pod­kra­dał ko­muś znacz­ne kwo­ty. Kie­dy to usły­sza­łem, na­tych­miast nad­sta­wi­łem uszu. Je­śli gdzieś po­ja­wia­ją się pie­nią­dze, ozna­cza to, że w po­bli­żu może ich być jesz­cze wię­cej. Lu­bię przy­by­wać na ra­tu­nek do miejsc, gdzie są pie­nią­dze.

Nina wy­da­wa­ła się wstrzą­śnię­ta. Drżą­cą ręką unio­sła do ust pu­sty kie­li­szek. Po­chwy­ci­łem usłuż­ny wzrok prze­cho­dzą­ce­go kel­ne­ra i za­mó­wi­łem na­stęp­ną ko­lej­kę.

- Kim pan wła­ści­wie jest? - szep­nę­ła.

- Pani przy­ja­cie­lem i opie­ku­nem, Nino.

Usi­ło­wa­ła się ro­ze­śmiać.

- Mówi pan iro­nicz­nie, praw­da? Bied­ny Mike chciał po­móc młod­szej sio­strze, a przy­słał wiel­kie­go, cy­nicz­ne­go po­two­ra!

- Od­bę­dzie­my wie­le mi­łych roz­mów, sio­strzycz­ko.

Przy­mru­ży­ła in­ten­syw­nie błę­kit­ne oczy. Jej rzę­sy były bar­dzo czar­ne, bar­dzo gę­ste, bar­dzo dłu­gie.

- Nie chcę żad­nych mi­łych roz­mów. Wiem, że po­stą­pi­łam głu­pio w spra­wie pie­nię­dzy. Nie tknę­łam ich. Ni­ko­mu o nich nie po­wie­dzia­łam. Omal się nie wy­ga­da­łam przed Mi­kiem, lecz poza tym trzy­ma­łam ję­zyk za zę­ba­mi. - Spoj­rza­ła na na­szych są­sia­dów na ka­na­pie, zni­ży­ła głos i po­chy­li­ła się lek­ko w moją stro­nę. - McGee, gdy­bym choć przez chwi­lę po­dej­rze­wa­ła, że te pie­nią­dze mogą mieć ja­kiś zwią­zek ze śmier­cią Ho­wie­go, sama po­wie­dzia­ła­bym o tym po­li­cji. Przez cały czas uda­wał świę­tosz­ka, za­pew­nia­jąc mnie o swo­jej uczci­wo­ści i od­po­wie­dzial­no­ści, a jed­no­cze­śnie okra­dał pana Ar­mi­ste­ra tak samo jak inni. Zna­le­zie­nie tych pie­nię­dzy na za­wsze zła­ma­ło mi ser­ce. Nie chcę ich. Nie chcę kra­dzio­nych pie­nię­dzy. Za­sta­na­wia­łam się, czy ich nie spa­lić. Może pan roz­wią­zać mój drob­ny pro­blem. Dam je panu. Niech pan je weź­mie i odej­dzie. To dużo pie­nię­dzy. Do­kład­nie dzie­sięć ty­się­cy do­la­rów.

- Dla­cze­go pani uwa­ża, że je ukradł?

- My­śli pan, że się nie za­sta­na­wia­łam, skąd mógł je wziąć? Roz­wa­ży­łam wszyst­kie moż­li­wo­ści. Za­mie­rza­łam go po­ślu­bić. Ko­cha­łam go. My­śla­łam, że wie­my o so­bie wszyst­ko. Są­dzi­łam, że dziw­nie się za­cho­wu­je, bo mar­twi się tym, co ro­bią panu Ar­mi­ste­ro­wi. Ale kie­dy zna­la­złam pie­nią­dze, zro­zu­mia­łam, dla­cze­go był taki dziw­ny. Dam je panu, McGee. Pro­szę odejść i zo­sta­wić mnie w spo­ko­ju!

Stra­ci­ła pa­no­wa­nie nad sobą. Na jej rzę­sach za­lśni­ły łzy. Otwo­rzy­ła to­reb­kę, wy­ję­ła chu­s­tecz­kę i wy­dmu­cha­ła nos. Zer­k­nę­ła na mnie z de­spe­ra­cją i po­drep­ta­ła do to­a­le­ty.

Po­pi­ja­łem no­we­go drin­ka i przy­po­mnia­łem so­bie zmar­twio­ny głos Mike'a w po­po­łu­dnio­wej ci­szy domu opie­ki dla we­te­ra­nów w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej.

- Pro­blem po­le­ga na tym, że Nina za­wsze była przez wszyst­kich ko­cha­na - po­wie­dział. - Może to źle. Czło­wiek sta­je się od tego strasz­li­wie pew­ny sie­bie; wie­rzy, że świat da mu szan­sę, by się zre­ali­zo­wał. Plum­mer wy­da­wał się od­po­wied­nim ty­pem męż­czy­zny. Otwo­rzy­ła przed nim ser­ce, do koń­ca. Lu­dzie, któ­rych za­wsze ko­cha­no, po­tra­fią bar­dzo dużo dać z sie­bie in­nym. Te­raz, kie­dy Plum­mer nie żyje, Nina nie może mu wy­ba­czyć. Mę­czy ją to. Trav, mogę po­kryć wszyst­kie kosz­ty, je­śli...

- Do dia­bła z kosz­ta­mi!

- Czy był kan­cia­rzem? Nina nie do­strze­ga od­cie­ni: wszyst­ko jest dla niej czar­ne lub bia­łe. Nig­dy się nie oszu­ki­wa­ła. Chciał­bym, że­byś się cze­goś o nim do­wie­dział, a po­tem wy­tłu­ma­czył jej, dla­cze­go ro­bił to, co ro­bił. In­a­czej może znisz­czyć w so­bie to coś wy­jąt­ko­we­go, co za­wsze w so­bie mia­ła.

- Nie bę­dzie chcia­ła, że­bym się wtrą­cał.

- Wstrzą­śnij nią w ra­zie po­trze­by, Trav. Zmar­twi­ło mnie jej za­cho­wa­nie, gdy tu przy­je­cha­ła. To nie w sty­lu Niny. Cała ta go­rycz... Pró­bu­je nie­na­wi­dzić sa­mej sie­bie. Może uwa­ża, że w spra­wie Plum­me­ra za­cho­wa­ła się jak idiot­ka.

- Mike, na­wet naj­pięk­niej­sze dziew­czy­ny wpa­da­ją w sie­ci nie­przy­jem­nych ty­pów.

- Je­śli tak rze­czy­wi­ście było, do­wiedz się tego na pew­no. Zo­bacz, co mo­żesz zro­bić, by po­móc jej dojść do sie­bie. Ale nie po­świę­caj na to zbyt dużo cza­su.

Nie po­do­ba­ły mi się te sło­wa. Kie­dy spy­ta­łem, co ma na my­śli, przy­znał, że po pro­stu nie chce, bym mar­no­wał dużo cza­su na oso­bi­stą przy­słu­gę tego ro­dza­ju. Po wyj­ściu roz­ma­wia­łem przez chwi­lę z pie­lę­gniar­ką, któ­ra opie­ko­wa­ła się nim od kil­ku lat - mu­sku­lar­ną, bez­barw­ną ko­bie­tą ni­skie­go wzro­stu. Kie­dy spy­ta­łem ją o Mike'a, spoj­rza­ła na mnie i jej oczy po­wo­li wy­peł­ni­ły się łza­mi, lecz ich nie od­wró­ci­ła. Na­gle ski­nę­ła gło­wą.

- Znów chcą go ope­ro­wać. Spy­tał, czy mogą to odło­żyć na pe­wien czas.

- Ja­kie jest ry­zy­ko?

- Bez ope­ra­cji wkrót­ce umrze. Na­wet je­śli za­bieg się uda, może nie­dłu­go umrzeć. Dłu­go wszyst­kich oszu­ki­wał. Mike to wspa­nia­ły czło­wiek. Wszy­scy zwie­rza­my mu się ze swo­ich kło­po­tów, na­wet nie­któ­rzy le­ka­rze. I w ogó­le nie mo­że­my mu po­móc. Za­zdrosz­czę panu, pa­nie McGee, że jest pan w sta­nie coś dla nie­go zro­bić. Po­dob­no kie­dyś był zgorzk­nia­ły, ale ja jesz­cze tu nie pra­co­wa­łam. Ko­cham go. Mam męża, któ­re­go rów­nież ko­cham. Ro­zu­mie pan, co chcę po­wie­dzieć?

- Chy­ba tak.

- Kie­dy umrze, nie będę mo­gła tu zo­stać. Nie znio­sła­bym tego.

- Nie pierw­szy raz wszyst­kich oszu­kał, sio­stro.

Ski­nę­ła gło­wą, od­wró­ci­ła się i ode­szła szyb­kim kro­kiem, uno­sząc ra­mio­na, jak­by się spo­dzie­wa­ła cio­su i pró­bo­wa­ła się przed nim za­sło­nić.

***

A za­tem wy­trą­ci­łem z rów­no­wa­gi młod­szą sio­strę Mike'a, któ­rą tak ko­chał. Za­trza­snę­ła drzwi ser­ca. Nie li­czy­ła na po­moc życz­li­we­go nie­zna­jo­me­go, lecz mo­gła na nią wpły­nąć groź­ba chci­we­go in­tru­za.

Wró­ci­ła z to­a­le­ty lek­ko za­ró­żo­wio­na, ale no­si­ła się dum­nie i wy­glą­da­ła do­brze. Usia­dła na ka­na­pie i po­wie­dzia­ła:

- Nie żar­to­wa­łam. Mó­wi­łam po­waż­nie o tych pie­nią­dzach.

- Może pani so­bie po­zwo­lić na taki kosz­tow­ny gest?

- Mam do­brą pen­sję. Stać mnie na wszyst­ko, cze­go pra­gnę. Ale pan tak­że musi do­trzy­mać wa­run­ków umo­wy i zo­sta­wić mnie w spo­ko­ju.

- Dla­cze­go to ta­kie waż­ne?

- Wie­lu lu­dzi uwa­ża­ło Ho­war­da za bar­dzo mi­łe­go czło­wie­ka. Chcę, by tak zo­sta­ło. I chy­ba nie chcę wie­dzieć wię­cej niż te­raz.

- Kie­dy mam pie­nią­dze w gar­ści, mięk­nę o wie­le ła­twiej, kot­ku.

- Nie wie­rzy mi pan?

- Obej­rzyj­my je. A może umie­ści­łaś je w skryt­ce ban­ko­wej?

Do­pi­ła sher­ry i od­sta­wi­ła kie­li­szek.

- Mo­że­my zo­ba­czyć te pie­nią­dze w każ­dej chwi­li, pa­nie McGee.

- Trav.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- W po­rząd­ku, Trav. Ale prze­cho­dze­nie na ty nie ma więk­sze­go sen­su. Nie za­mie­rzam za­wie­rać z tobą bliż­szej zna­jo­mo­ści. Mike pew­nie by nie chciał, że­bym po­zna­ła cię za do­brze. I nie są­dzę, że on cię do­brze zna.

- Kie­dyś znał. Ale lu­dzie się zmie­nia­ją.

- Nie po­wi­nien się do­my­ślić, że cho­dzi o pie­nią­dze.

Za­czę­łam o tym mó­wić, ale urwa­łam w pół sło­wa. Szko­da, że się do­my­ślił.

Do­pi­łem drin­ka i unio­słem dłoń, pro­sząc o ra­chu­nek.

- Dzię­ki temu się spo­tka­li­śmy, Nino.

- Cu­dow­nie! Bar­dzo się cie­szę!