Rozdział III
Od tamtej pory więź między ojcem a córką stawała się coraz silniejsza i coraz czulsza zarazem. Ellinor, co prawda, dzieliła swe uczucia pomiędzy ojca i młodszą siostrę, jednak on, nie przepadając za małymi dziećmi, darzył swą drugą latorośl uwagą czysto teoretyczną, podczas gdy starsza córka pochłaniała całą jego miłość. Każdego dnia, gdy jadł w domu, Ellinor była sadzana naprzeciw niego podczas późnego obiadu, zajmując miejsce, które wcześniej zajmowała jej matka, mimo że sama zdążyła już zjeść obiad, a czasem i kolację złożoną ze znacznie prostszej, bardziej dziecinnej strawy. Po części żałosny, a po części zabawny był to widok: poważne, pełne zadumy gesty i wypowiedzi małej dziewczynki, która tak bardzo starała się z godnością wypełnić rolę towarzyszki swego ojca, że czasem zdarzało się, iż główka jej opadła i dzieciątko zasnęło pośrodku którejś z mądrych, seplenionych przemów. Nianie twierdziły, że jest "staromodna", i przepowiadały, że nie pożyje długo przez tę swoją staromodność.
Zamiast tego jednak to młodsze z dzieci, pulchne i wesołe, dostało któregoś dnia drgawek, zachorowało i umarło! Smutek Ellinor budził niepokój przez swoją cichość i skrytość. Czekała, aż wieczorem zostanie - jak się jej przynajmniej zdawało - sama, a wtedy zaczynała szlochać i wołać przez łzy: "Maleńka, maleńka, wróć do mnie... wróć...", aż wszyscy zaczęli się lękać o zdrowie kruchej, małej dziewczynki, której dusza musiała znieść ostatnio dwa tak okropne wstrząsy.
Jej ojciec na bok odłożył wszelkie interesy, wszelkie przyjemności, żeby tylko wyrwać ją z objęć smutku. Żadna matka nie mogłaby uczynić więcej, nawet najczulsza niania nie zrobiła choćby połowy tego, co pan Wilkins zrobił dla Ellinor.
Gdyby nie on, zwyczajnie umarłaby ze smutku. A tak, jakoś sobie z tym poradziła, choć powoli i z trudem, przez jakiś czas prawie nie pozwalając sobie na to, by kogoś pokochać, jak gdyby odczuwała instynktowny strach, że każde głębsze uczucie musi zakończyć się nagle śmiercią. Cała jej miłość - wtłoczona w tak niewielkie ciałko - przerwała w końcu tamy i wylała się na ojca. Wielka to była dla niego nagroda za troskę, którą ją otaczał, i rozkoszował się - być może nieco samolubnie - tym, na jak wiele uroczych sposobów starała się przekonać go, tak jakby jakiegoś przekonania potrzebował, o tym, że jest dla niej najważniejszy na świecie. Niania opowiadała mu, że mniej więcej pół godziny przed najwcześniejszą porą, o jakiej można się go było spodziewać po pracy w domu, panienka Ellinor zaczynała składać rzeczy lalki i lulać swój nieożywiony skarb do snu. Następnie siadała i nasłuchiwała z niespotykaną uwagą jego kroków. Któregoś razu niania wyraziła pewne zdziwienie z powodu odległości, z jakiej Ellinor słyszała zbliżającego się ojca, mówiąc, że sama też słucha, lecz niczego nie słyszy, na co Ellinor odparła:
- Oczywiście, że nie słyszysz, przecież to nie twój tatko!
Rankiem z kolei, kiedy ucałowawszy ją, wychodził, Ellinor podbiegała do okna, z którego mogła patrzeć za nim, jak oddalał się ścieżką, to chowając się za żywopłotem, to znów pojawiając się na otwartej przestrzeni, to ponownie niknąć, dopóki nie dotarł do wielkiego buku, gdzie jeszcze przez moment go widziała. Po czym odwracała się z westchnieniem i niekiedy oddalała swe niewyrażone na głos lęki, mówiąc cicho do siebie:
- Wieczorem znowu wróci.
Panu Wilkinsowi podobało się to, że przyjemności, jakich zaznawało jego dziecko, zależne były prawie wyłącznie od niego. Był nawet nieco zazdrosny o każdego, kto obmyślił dla małej jakąś uciechę bądź obdarował ją prezentem, o którym sam jej jako pierwszy nie poinformował.
W końcu przyszedł czas, gdy koniecznym stało się, by Ellinor otrzymała nieco bardziej poważne nauki niż te, których mogła jej udzielić stara poczciwa niania. Ojciec nie miał ochoty stawać na pozycji nauczyciela, gdzie musiałby wykazać się czasami surowością i stanowczością; bał się, że sam mógłby wtedy podkopać nieco piedestał, na którym stawiała go jego mała dziewczynka. Polecił zatem lady Holster wybrać spośród jej "protegowanych" guwernantkę dla swojej córki. Lady Holster zaś, która prowadziła swoistą ewidencję ludności dla ich hrabstwa, z ogromną radością dała się w ten sposób wykorzystać, gdy jednak spytała, jakiego rodzaju osobę pan Wilkins widziałby na owym stanowisku, jedyna odpowiedź, jaką udało się jej uzyskać, brzmiała:
- Wie pani, jakie wykształcenie powinna otrzymać dama, i jestem pewien, że wybierze pani dla Ellinor guwernantkę lepszą, niż ja zdołałbym opisać. Proszę tylko poszukać osoby, która nie będzie chciała zaraz zostać moją żoną i która pozwoli Ellinor nadal przygotowywać mi kolację i robić w zasadzie to, na co sama będzie miała ochotę, bo to takie dobre dziecko, że nie trzeba wcale próbować uczynić jej jeszcze lepszą, a jedynie nauczyć tego, co dama umieć powinna.
Wybrano pannę Monro - skromną, inteligentną, cichą kobietę lat około czterdziestu - i trudno było stwierdzić, które z nich, ona czy pan Wilkins, bardziej stara się unikać wzajemnego towarzystwa: jedno zawsze opuszczało pokój, w którym przebywała Ellinor, gdy tylko zjawiło się to drugie. Panna Monro zbyt wiele w życiu przeszła i zbyt dużo przepracowała, by nie docenić teraz przywileju i przyjemności wolnych wieczorów, przytulnego pokoju do nauki, pysznych kolacyjek czy możliwości poczytania książki i napisania w spokoju listów, kiedy obowiązki zostały wypełnione. Zgodnie z wzajemnymi ustaleniami, nie mieszała się do sposobu bycia Ellinor ani do jej zajęć w te wieczory, kiedy dziewczynce nie towarzyszył ojciec, a wieczory takie z biegiem lat zdarzały się coraz częściej i głęboki cień, jaki spowił go po tym, gdy śmierć nawiedziła tak nagle jego dom, nieco się rozproszył. Jak już wspominałam wcześniej, zawsze był mile widziany na proszonych kolacjach. Jego inteligencja i osiągnięcia były czymś rzadko spotykanym w całym hrabstwie i choć trzeba było teraz więcej wina niż dawniej, by jego rozmowa osiągnęła pożądany poziom elokwencji i błyskotliwości, to wino nie było napojem, który oszczędzano czy którego skąpiono na stołach przy towarzyskich okazjach. Od czasu do czasu interesy zaprowadziły go aż do Londynu. Choćby nie wiadomo jak się podczas tych służbowych podróży spieszył, nigdy nie wracał do domu bez nowej gry czy zabawia, by "sprawić przyjemność swej małej panience", jak mawiał.
Lubił też wiedzieć, co słychać w sztuce czy literaturze, a ponieważ chętnie i w dużych ilościach zamawiał wszystko, co mu się spodobało, prawie za każdym razem należało się spodziewać, że podąży za nim do Hamley kilka paczek i pakunków, których przybycie i rozpakowywanie wkrótce zaczęło stanowić wysepki przyjemności w poważnym, choć szczęśliwym życiu Ellinor.
Jedynym równym sobie człowiekiem, z jakim zadawał się pan Wilkins, był nowy duchowny, bezżenny, mniej więcej w jego wieku, uczony mężczyzna, absolwent tej samej uczelni, który po raz pierwszy zwrócił na siebie uwagę pana Wilkinsa tym, że podczas studiów podróżował po Europie mniej więcej w tym samym czasie co on, i choć nigdy podczas tych podróży nie było im dane się spotkać, to mieli wielu wspólnych znajomych i wiele podobnych wspomnień z tego czasu, który przecież był bodaj najradośniejszym i najbardziej pełnym nadziei okresem w życiu pana Wilkinsa.
Pan Ness od czasu do czasu brał ucznia, to jest, nigdy nie wychodził ze skóry, żeby uczniów pozyskać, ale też nie odmawiał usilnym prośbom, jakie do niego kierowano, by przygotował tego czy owego młodzieńca do wstąpienia na uczelnię poprzez wspólne studiowanie ksiąg. "Ludzie Nessa" dostępowali całkiem sporych zaszczytów, jako że ich nauczyciel, zbyt leniwy, by samemu poszukać sobie zajęcia, szczycił się tym, iż dobrze wykonywał tę pracę, która go sama znalazła.
Kiedy Ellinor miała nieco ponad czternaście lat, uczniem pana Nessa został kawaler o nazwisku Corbet. Jej ojciec zawsze zapraszał do siebie młodych ludzi studiujących wspólnie z duchownym. Jego gościnność straciła z czasem na swej wyszukanej elegancji, nadal jednak cechowała ją szczodrość i szeroki gest. Poza tym taki już miał charakter, że wolał beztroskie, radosne towarzystwo młodych niż starszych przy założeniu, że i jedni, i drudzy tak samo byli wytworni i wykształceni.
Pan Corbet był młodzieńcem z bardzo dobrej rodziny w odległej części hrabstwa. Gdyby z natury nie był tak poważny i rozsądny, jego wiek dałby każdemu prawo nazywania go chłopcem, gdyż w czasie, kiedy zaczął studiować z panem Nessem, miał zaledwie osiemnaście lat. Jednakże wielu mężczyzn dwudziestopięcioletnich nie prowadziło rozważań tak głębokich, jakie miał już na swoim koncie pan Corbet. Przemyślał i niemal w każdym szczególe dopracował swój życiowy plan; dokładnie wiedział, jakie cele chce osiągnąć w przyszłości, gdy większość jego rówieśników miała o tym tylko mgliste pojęcie, i konsekwentnie podejmował zaplanowane działania, które osiągnięcie owych celów miały mu umożliwić. Był młodszym synem swoich rodziców, którzy przez wzgląd na koneksje i interes rodziny wybrali dla niego karierę prawnika, co pozostawało w zgodzie z jego własnymi upodobaniami i zdolnościami. Jednakże największym pragnieniem jego ojca pozostawało to, by w przyszłości był w stanie osiągnąć dochód wystarczający na życie godne dżentelmena. Starszego pana Corbeta trudno było nazwać ambitnym, a jeśli już jakieś ambicje posiadał, to ograniczały się one jedynie do perspektyw na przyszłość najstarszego syna. Ralph wszakże zamierzał zostać wybitnym prawnikiem nie tyle dla zaszczytów, które zapewne rozbudzają wyobraźnię każdego studenta prawa, ile dla intelektualnych zmagań i będącej ich konsekwencją władzy nad ludźmi, którą wybitny prawnik mógł posiąść, jeśli tylko tak sobie postanowił. Miejsce w parlamencie, pozycja męża stanu, cały szeroki wachlarz możliwości dla potężnego, aktywnego umysłu, które czekały w tym zawodzie - oto cele, jakie postawił przed sobą Ralph Corbet. W pierwszej kolejności musiał wyróżnić się na studiach, zaś aby to osiągnąć, Ralph - nie, nie namówił, namowa była kiepskim narzędziem, którym młodzieniec pogardzał - raczej przekonał, argumentując poważnie, swego ojca do wysupłania niemałej sumy, jakiej pan Ness życzył sobie, kiedy przyjmował ucznia. Dobroduszny ojciec nie miał zbyt wiele gotówki, lecz zmuszony do wysłuchania serii argumentów w czasie, gdy wolałby uciąć sobie poobiednią drzemkę, gotów był zgodzić się na wszystko. To jednak nie satysfakcjonowało Ralpha; najpierw musiał dotrzeć do rozsądku ojca i przekonać go o słuszności podejmowanego działania, a dopiero potem liczyć na to, że w słabości swej wyrazi zgodę. Ojciec posłuchał, popatrzył mądrym wzrokiem, westchnął; wspomniał coś o rozrzutności Edwarda, o wydatkach na córki, poczuł się senny i rzekł: "Święta prawda", a potem: "To w rzeczy samej bardzo rozsądne"; co i rusz spoglądał na drzwi i zastanawiał się, kiedy syn skończy tę swoją tyradę i pójdzie do bawialni, aż w końcu zaczął pisać list do pana Nessa, godząc się na wszystko i przyjmując stawiane warunki. Pan Ness nigdy wcześniej nie miał lepszego ucznia, takiego, którego mógł traktować pod względem intelektu jak równego sobie.
Pan Corbet, jak niezmiennie mówiono o Ralphie w Hamley, konsekwentnie dbał o własny rozwój, wykraczając nawet poza to, czego wymagał od niego nauczyciel. Chciwie łaknął wiedzy w godzinach nauki i poza nimi. Pan Ness z przyjemnością mu tę wiedzę przekazywał, jednak najbardziej podobały mu się zacięte dyskusje dotyczące najróżniejszych kwestii etycznych i metafizycznych, w które uwielbiał wciągać go pan Corbet. Mając tak wiele wspólnego, rozmawiali ze sobą jak równy z równym. A jednak bardzo się od siebie różnili. Pan Ness był dość oderwany od rzeczywistości, jeśli przyjąć, że oznacza to skłonność do folgowania zachciankom i gnuśności, podczas gdy pan Corbet bardzo twardo stąpał po ziemi, nawet jeśli osiągnięcie tego oznaczało odmówienie sobie wszelkich beztroskich, typowych dla jego wieku przyjemności. Nauczyciel i uczeń wszak często pozwalali sobie na pewien relaks w towarzystwie pana Wilkinsa. Po sześciu godzinach uważnego studiowania pism pan Ness szedł do kancelarii rejenta - pozostawiając pana Corbeta nadal pochylonego nad stołem, nad otwartą księgą - by dowiedzieć się, co ma w planach pan Wilkins. Jeśli ten nie miał danego wieczoru nic ważnego do zrobienia, wówczas albo był zapraszany na kolację na plebanię, albo sam z beztroską gościnnością zapraszał obu mężczyzn na kolację do siebie, gdzie jako czwarta przy stole zasiadała Ellinor, nie jedząc jednak, jako że kolację spożywała wcześniej z panną Monro. Była niska i drobna jak na swój wiek, a jej ojcu zdawało się niemożliwe, że przestaje być dzieckiem. Pomimo dziecięcej postury, inteligencją, siłą charakteru i potęgą uczuć mogła równać się z dorosłą kobietą. Wiele w niej było z prostodusznego dziecka, niewiele jednak z niedojrzałego dziewczęcia, zmieniającego się z dnia na dzień jak kwietniowe niebo, niedbającego o rozwój własnego charakteru. Zatem dwoje młodych ludzi siedziało ze swymi opiekunami i oboje cieszyli się towarzystwem, w jakim przedwcześnie dane im było się znaleźć. Pan Corbet mówił równie dużo jak pozostali dwaj mężczyźni, polemizując z jednym z nich bądź popierając drugiego, jak gdyby chciał się przekonać, jak dalece może się sprzeciwić utartym opiniom. Ellinor siedziała w milczeniu, od czasu do czasu błyskając tylko ciemnymi oczami pełnymi żarliwego zainteresowania - a czasem żarliwego oburzenia, jeśli pan Corbet, skłonny atakować wszystkich dokoła, ośmielił się zwrócić przeciwko jej ojcu. Widział, jakie wzburzenie to u niej powoduje, i tym chętniej swe ataki przypuszczał - niesłychanie go to bawiło.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.