JEDEN
Staruszek wszedł do mojego biura i zamknął za sobą drzwi. Miał na sobie
pogniecioną lnianą marynarkę i zieloną muchę, a w dłoniach, naznaczonych
plamami wątrobowymi, trzymał panamę zbrązowiałą jak pieczeń wskutek lat
spędzonych w kalifornijskim słońcu. Z jednej strony jego twarzy
dostrzegłem kępki białego zarostu, domyśliłem się więc, że goli się z trudem.
Odezwał się tonem prawie przepraszającym:
- Chodzi o mój dom. On oddycha.
- Niech pan usiądzie - powiedziałem z uśmiechem.
Przysiadł na brzegu krzesła z chromowanych rurek i plastyku i oblizał
wargi. Miał sympatyczną, zaaferowaną twarz, jaką chciałoby się widzieć u własnego dziadka. Należał do tych staruszków, z którymi chętnie grywa
się w szachy podczas leniwych jesiennych popołudni, siedząc na balkoniku
nad plażą.
- Nie musisz mi wierzyć, jeżeli nie chcesz, młodzieńcze. Byłem
już tutaj wcześniej i mówiłem to samo - nalegał.
Przerzuciłem leżącą na biurku listę umówionych wizyt.
- Faktycznie. To
pan dzwonił w zeszłym tygodniu?
- I tydzień przedtem.
- I powiedział pan dyżurnej, że pana dom...
Zawahałem się i spojrzałem na niego, a on na mnie. Nie dokończył mojego
zdania pewnie dlatego, że chciał usłyszeć to z moich ust. Obdarzyłem go
biurokratycznym uśmiechem przez zasznurowane wargi.
- Przeniosłem się do
tego domu z mieszkania mojej siostry, na górce. Sprzedałem trochę rzeczy
i kupiłem go za gotówkę. Był dość tani, a ja zawsze chciałem mieszkać w okolicach Mission Street. No, ale teraz... - powiedział łagodnym, drżącym
głosem.
Spuścił wzrok i bawił się rondem kapelusza. Wziąłem długopis.
- Czy mogę
prosić o pana nazwisko.
- Seymour Wallis. Jestem emerytowanym
inżynierem. Głównie budowałem mosty.
- A pana adres?
- Tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden Pilarcitos Street.
- Okay. I ma pan kłopoty z hałasem?
Znowu podniósł wzrok. Jego oczy miały kolor wyblakłych bławatków,
zasuszonych między stronicami książki.
- Nie z hałasem. Chodzi o oddychanie.
Rozsiadłem się w moim obrotowym fotelu obitym sztuczną czarną skórą i postukałem się długopisem w zęby. Byłem przyzwyczajony do dziwacznych
skarg, które trafiają do wydziału sanitarno-epidemiologicznego.
Nachodziła nas regularnie kobieta, która twierdziła, że dziesiątki
aligatorów, spuszczonych w latach sześćdziesiątych przez dzieciaki do
klozetów, przedostały się kanałami pod jej mieszkanie na skrzyżowaniu
ulic Howarda i Czwartej i usiłowały wejść przez sedes, aby ją zjeść. Był
też pewien stuknięty młodzian, który uważał, że z jego termy wydobywa
się niebezpieczne promieniowanie.
Cóż, szajbusy czy nie, płacono mi za to, abym był dla nich miły i cierpliwie wysłuchiwał tego, co chcą mi powiedzieć, oraz starał się ich
przekonać, że San Francisco nie roi się od aligatorów i że nie ukrywa
się tu zielonego kryptonitu.
- A może pan się myli? - powiedziałem. - Może to własny oddech pan
słyszy.
Staruszek z lekka wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć, że
istotnie, to jest możliwe, ale raczej nieprawdopodobne.
- Czy nie brał pan pod uwagę przeciągów w kominie? - zasugerowałem. -
Czasami powietrze wędruje w dół starym przewodem kominowym i ciągnie
przez szpary między cegłami, tam gdzie są zamurowane kominki.
Potrząsnął przecząco głową.
- No, jeżeli nie jest to pana własny oddech i nie jest to ciąg powietrza
w kominie, to może pan spróbuje mi podpowiedzieć, co to może być?
Staruszek kaszlnął i wyjął czystą, choć postrzępioną chusteczkę, którą
przytknął do ust.
- Uważam, że to oddychanie - powiedział. - Myślę, że w ścianach jest
uwięzione jakieś zwierzę.
- Słyszy pan drapanie? Tupot łap? Tego typu odgłosy?
Znowu potrząsnął głową.
- Tylko oddech?
Kiwnął przytakująco.
Czekałem, że powie coś więcej, ale najwyraźniej skończył. Wstałem i przeszedłem do okna, które wychodziło na sąsiedni blok. Podczas ładnej
pogody można było stąd popatrzeć na stewardesy, które po godzinach pracy
opalały się w ogródku na dachu, ubrane w bikini. Myślałem wówczas, że
linie lotnicze United istotnie biją wszystkie inne na głowę. Ale dzisiaj
mogłem przyglądać się jedynie podstarzałemu meksykańskiemu ogrodnikowi,
który przesadzał pelargonie.
- Gdyby tam rzeczywiście było uwięzione jakieś zwierzę, to pozbawione
jedzenia i wody żyłoby tylko przez pewien czas. A jeśli nie jest
uwięzione, słyszałby pan, jak biega - powiedziałem.
Seymour Wallis, inżynier, wlepił wzrok w swój kapelusz. Zacząłem sobie
uświadamiać, że staruszek nie jest szajbnięty, wygląda jak zwyczajny,
praktyczny facet i ta wyprawa do wydziału sanitarno-epidemiologicznego w sprawie pozacielesnego sapania musiała kosztować go dużo przemyśleń. Nie
chciał wyjść na głupka. Ale kto by tego chciał?
- Brzmi to jak oddech zwierzęcia - powiedziała cicho, lecz stanowczo.
Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale słyszę te dźwięki już od trzech
miesięcy, prawie odkąd tam mieszkam, i są bardzo wyraźne.
Odwróciłem się od okna.
- Jakieś nieprzyjemne zapachy? Znaki? Chodzi mi o to, czy nie natrafia
pan na odchody zwierzęce, na przykład w szafie, lub na inne ślady?
- Dom oddycha. To wszystko. Dyszy jak wilczur w upale. Ech, ech, ech
całą noc, a czasami i we dnie.
Wróciłem do biurka i usadowiłem się na powrót w fotelu. Seymour Wallis
spoglądał na mnie w oczekiwaniu, że wyciągnę jakiś magiczny środek
zaradczy z lewej dolnej szuflady. Byłem upoważniony do tępienia
szczurów, karaluchów, mrówek, os, wszy, pcheł i pluskiew, ale moja
licencja nie obejmowała oddychania.
- Proszę pana, czy jest pan przekonany, że przyszedł do właściwego
wydziału? - spytałem możliwie jak najmilej.
Kaszlnął.
- A czy mógłby pan doradzić mi coś innego?
Mówiąc szczerze, zaczynałem zastanawiać się, czy nie odesłać go do
psychiatry, ale trudno jest powiedzieć sympatycznemu starszemu panu, że
prawdopodobnie dostaje szmergla. A jeżeli tam coś rzeczywiście dyszało?
Spojrzałem na przeciwległą ścianę i na wiszącą na niej współczesną
czerwono-zieloną reprodukcję. Kiedyś, zanim odnowiono nam biura, na
ścianie miałem tylko obszarpany plakat, który przestrzegał przed
dotykaniem jedzenia nie mytymi rękoma, ale teraz wydział był urządzony z większym smakiem. Mówiono nawet o tym, by nazwać nas "departamentem
konserwacji otoczenia".
- Jeśli nie ma żadnych brudów ani widocznych oznak tego, co może
stanowić źródło oddychania, to niezupełnie rozumiem, dlaczego pan jest
zaniepokojony. Prawdopodobnie to tylko nietypowe zjawisko spowodowane
konstrukcją pańskiego domu - powiedziałem.
Seymour Wallis słuchał tego z miną, która wyrażała mniej więcej
następującą opinię: Jesteś pan biurokratą, musisz pan recytować te
wszystkie komunały, ale ja nie wierzę w ani jedno pana słowo. Kiedy
skończyłem, opadł ciężko na plastykowe oparcie krzesła i kiwał przez
pewien czas głową, rozmyślając.
- Jeżeli moglibyśmy zrobić dla pana coś innego - kontynuowałem - gdyby
potrzebował pan dezynsekcji albo odszczurzania... to prosimy bardzo.
Obdarzył mnie przenikliwym, pozbawionym zachwytu spojrzeniem.
- Powiem panu prawdę - odezwał się chrapliwie. - A prawda jest taka, że
ja się boję. Jest w tym oddychaniu coś takiego, że cholernie się boję.
Przyszedłem tutaj dlatego, że nie wiem, gdzie mam się zwrócić. Mój
lekarz twierdzi, że słuch mam w porządku. Architekt twierdzi, że mój dom
jest w porządku, a psychiatra twierdzi, że nie dostrzega u mnie oznak
gwałtownego starzenia. Wszyscy mnie uspokajają, a ja to ciągle słyszę i wciąż się boję.
- Panie Wallis - powiedziałem - ja nie mogę nic zrobić. Nie znam się na
oddychaniu.
- Mógłby pan przyjść posłuchać.
- Jak oddycha?
- Cóż, nie musi pan.
Rozłożyłem ręce w geście współczucia.
- Nie o to chodzi, że nie chcę. Po prostu muszę załatwić bardziej
naglące sprawy związane ze stanem sanitarnym miasta. Mamy zapchany ściek
na Folsom i, naturalnie, okoliczni mieszkańcy są bardziej zainteresowani
własnymi sprawami niż czyimiś. Przykro mi, panie Wallis, ale nie mogę
nic dla pana zrobić.
Potarł zmęczonym gestem czoło i wstał.
- Dobrze - powiedział głosem zwyciężonego. - Rozumiem, że ma pan
ważniejsze sprawy.
Obszedłem biurko i otworzyłem mu drzwi. Włożył swoją starą panamę i chwilę stał, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć i szukał słów.
- Jeżeli zauważy pan coś więcej, jakieś odgłosy biegania lub ślady
odchodów...
Skinął głową.
- Wiem, odezwę się do pana. Ale problem polega na tym, że wszyscy się
specjalizują. Pan czyści ścieki, więc nie może pan posłuchać czegoś tak
dziwnego jak oddychający dom.
- Przykro mi.
Wyciągnął rękę i złapał mnie za przegub. Jego koścista dłoń była
nadzwyczaj silna i przez chwilę wydawało mi się, że nagle ścisnęły mnie
szpony orła.
- Niech panu przestanie być przykro i niech pan zrobi coś konkretnego -
powiedział. Podszedł tak blisko, że widziałem siatkę czerwonych żyłek na
białkach jego przymglonych oczu. - Niech pan przyjdzie, gdy skończy pan
pracę, i posłucha chociaż przez pięć minut. Mam nieco szkockiej whisky,
którą mi przywiózł bratanek z Europy. Moglibyśmy się napić, a pan w tym
czasie posłuchałby.
- Panie Wallis...
Puścił mój przegub, westchnął i poprawił kapelusz.
- Musi mi pan wybaczyć - powiedział beznamiętnie. - Chyba źle to
wpłynęło na moje nerwy.
- Nie szkodzi - powiedziałem. - Proszę pana, jeśli uda mi się znaleźć
kilka wolnych chwil po pracy, przyjdę. Nie przyrzekam i proszę się nie
martwić, jeśli się nie zjawię. Mam spotkanie dziś wieczorem, więc mogę
przyjść raczej późno. Ale postaram się.
- Dobrze - odparł, nie patrząc na mnie. Nie lubił tracić panowania nad
emocjami i teraz starał się je uporządkować niby rozplątane motki wełny.
Po chwili dodał: - Wie pan, może to park. To może mieć związek z parkiem.
- Z parkiem? - zapytałem wprost.
Zmarszczył brwi, jakby wyrwało mi się coś zupełnie niestosownego.
- Dziękuję za poświęcenie mi czasu, młody człowieku.
Odszedł długim, błyszczącym korytarzem. Stałem w otwartych drzwiach
swego pokoju, patrząc na niego. I nagle w chłodnym klimatyzowanym
powietrzu zacząłem dygotać.
Tak jak to zwykle bywało, wieczorne spotkanie zdominował Ben Pultik z wydziału zajmującego się wywózką śmieci. Pultik był niewysokim mężczyzną
o szerokich barach. Miał wygląd małej szafki odzianej w marynarkę.
Pracował "w śmieciach" od czasu strajku generalnego w tysiąc dziewięćset
trzydziestym czwartym roku i uważał ich wywózkę oraz likwidację za jedno
z najwyższych zadań ludzkości, i w pewnym sensie miał rację, ale
niezupełnie.
Siedzieliśmy wokół stołu konferencyjnego, paliliśmy za dużo i piliśmy
stęchłą kawę ze styropianowych kubków. Na zewnątrz niebo zaciągały
purpurowe i bladozłote zasłony chmur, a wieże i piramidy San Francisco
pochłaniała brokatowa noc Pacyfiku. Pultik skarżył się, że właściciele
restauracji prowadzących kuchnie różnych narodów nie pakują odpadków w czarne foliowe torby i z tego powodu jego załogi brudzą kombinezony
resztkami egzotycznych potraw.
- Niektórzy moi ludzie są żydami - mówił, przypalając po raz któryś
peta. - Ostatnia rzecz, na którą mają ochotę, to zapaskudzenie się
niekoszernym żarciem.
Morton Meredith, szef tego wydziału, siedział na swoim krześle, na
honorowym miejscu, a na jego ustach widniał blady, drgający uśmieszek.
Zasłonił dłonią ziewnięcie. Jedynym powodem tych spotkań było
zarządzenie o stymulacji wewnątrzzałogowej wydane przez urząd miejski,
ale myśl, że Ben Pultik mógłby być stymulującym rozmówcą, równała się
zamówieniu moules farcies u McDonalda. Tego nie było w menu.
Wreszcie o dziewiątej, po nużącym sprawozdaniu zaprezentowanym przez
eksterminatorów, opuściliśmy budynek i wyszliśmy w ciepłą noc. Dan
Machin, młody facet przypominający tykę do grochu, który pracował w laboratorium badań zdrowotności, przepchnął się w moim kierunku i klepnął mnie w plecy.
- Napijesz się? - zapytał. - Po takim spotkaniu gardło jest jak bezmiar
pustynny.
- Chętnie - odpowiedziałem. - Mogę tylko zabijać czas.
- Czas i pchły - przypomniał mi.
Dokładnie nie wiem, czemu lubiłem Dana Machina. Był ode mnie dwa lub
trzy lata młodszy, nosił włosy obcięte na jeża, niby pole pszenicy w Kansas, i niemodne okulary, które zawsze sprawiały wrażenie, jakby miały
mu zaraz zlecieć z zadartego nosa. Chodził w luźnych marynarkach ze
skórzanymi łatami na łokciach, miał wiecznie przydeptane buty, ale jego
dziwaczne i pokrętne poczucie humoru bawiło mnie. Miał bladą twarz od
zbyt długiego przesiadywania w zamkniętych pomieszczeniach, ale nieźle
grał w tenisa i znał tyle faktów i liczb z przeszłości, ile wydawcy
"Ripleya".
Może Dan Machin przypominał mi moje bezpieczne podmiejskie dzieciństwo w Westchesterze, gdzie na domach wisiały latarnie jak na dorożkach,
wszystkie panie domu miały lakierowane włosy blond i woziły dzieci
buickami combi, a jesienią zapach palonych liści był wstępem do sezonu
jazdy na wrotkach i do zabaw w duchy. Od tamtego czasu wiele mi się
przydarzyło, na czele z paskudnym rozwodem i gwałtowną, ale absurdalną
przygodą miłosną, i dobrze było wiedzieć, że tamta Ameryka istnieje
jeszcze.
Przeszliśmy z Danem ulicę i ruszyliśmy w górę wąskim chodnikiem Gold
Street do "Assay Office", ulubionego baru Dana. Było to pomieszczenie o wysokim sklepieniu ze staromodną galerią i drewniano-mosiężnymi meblami
dawnego San Francisco. Znaleźliśmy sobie stolik przy ścianie i Dan
zamówił nam dwa piwa Coors.
- Zamierzałem pójść dziś wieczór na Pilarcitos - powiedziałem mu,
zapalając papierosa.
- Zabawa czy interesy?
Wzruszyłem ramionami.
- Nie jestem pewien. To ani jedno, ani drugie.
- Brzmi tajemniczo.
- Właśnie. Przyszedł dziś do mnie do biura starszy facet i oznajmił, że
jego dom dyszy.
- Dyszy?
- Podobno. Dyszy jak Lassie. Facet chciał wiedzieć, czy dałoby się coś z tym zrobić.
Przyniesiono piwo i Dan pociągnął parę głębokich łyków. Zostały mu białe
wąsy z piany, w których całkiem mu było do twarzy.
- To nie jest przeciąg w kominie - powiedziałem mu. - Ani żadne zwierzę
uwięzione w szczelinie ściany. Tak naprawdę jest to autentyczny
przypadek nie wyjaśnionej respiracji.
Miało to zabrzmieć dowcipnie, ale Dan potraktował tę informację
poważnie.
- Czy mówił coś jeszcze? Czy powiedział, kiedy to się zdarza? W jakich
porach dnia?
Postawiłem szklankę.
- Mówił, że trwa to bezustannie. Mieszka tam dopiero od kilku miesięcy,
a to dzieje się, odkąd się wprowadził. Jest naprawdę wystraszony. Chyba
staruszek przypuszcza, że to jakiś duch.
- Może i tak - powiedział Dan.
- Jasne. A właśnie Benowi Pultikowi znudziły się śmiecie.
- Ale ja mówię serio - nalegał Dan. - Podobno zdarzały się takie
przypadki, że ludzie słyszeli głosy czy coś podobnego. W pewnych
warunkach dźwięki, które niegdyś brzmiały w danym pokoju, można ponownie
usłyszeć. Niektórzy twierdzą, że słyszeli rozmowy, które mogły się odbyć
sto lat wcześniej.
- Gdzie ty się tego wszystkiego dowiedziałeś?
Dan pociągnął swój maleńki nos, jakby chciał go zmusić do wydłużenia, i dałbym głowę, że się zarumienił.
- Mówiąc szczerze - powiedział zażenowany - zawsze interesowały mnie
działania sił nadprzyrodzonych. Powiedzmy, że to rodzinne hobby.
- Ty? Taki zakuty naukowiec?
- Nie przesadzaj - powiedział Dan - to nie jest tak zwariowane, jak może
się wydawać. Takie sprawy z duchami zdarzały się. Moja ciotka zawsze
twierdziła, że duch Buffalo Billa Cody'ego przychodził do niej po
nocach, siadywał przy jej łóżku i opowiadał historie o dawnym Dzikim
Zachodzie.
- Buffalo Bill?
Dan zrobił minę wyrażającą dezaprobatę.
- Tak mówiła. Może nie powinienem był jej wierzyć.
Oparłem się plecami o krzesło. Z baru dobiegał sympatyczny szmer
rozgadanych głosów, a obsługa roznosiła smażoną kurę i pieczone żeberka.
Przypomniałem sobie, że nie jadłem nic od śniadania.
- Myślisz, że powinienem tam pójść? - zapytałem Dana, gapiąc się na
dziewczynę w obcisłej koszulce z nadrukiem "Oldsmobile Rocket" na
piersiach.
- Ujmijmy to w ten sposób: ja bym poszedł. A może powinniśmy iść tam
razem. Z radością posłuchałbym domu, który oddycha.
- Z radością, co? Okay, jeśli zapłacisz połowę za taksówkę, pojedziemy.
Ale nie myśl sobie, że ci coś zagwarantuję. Facet jest bardzo stary i możliwe, że ma po prostu halucynacje.
- Halucynacja to oszukiwanie wzroku.
- Zaczynam myśleć, że ta dziewczyna w koszulce to także halucynacja.
Dan obrócił się, a dziewczyna wyłowiła go wzrokiem. Zaczerwienił się jak
burak.
- Zawsze to robisz - oskarżył mnie poirytowany. - Oni tu pewnie myślą,
że jestem jakimś maniakiem seksualnym.
Dokończyliśmy piwo, po czym złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy na
Pilarcitos Street. Była to jedna z tych krótkich uliczek na zboczu,
gdzie parkuje się samochód, aby pójść do japońskiej restauracji na
głównym ciągu. A potem, gdy się wraca opchanym do mdłości tempurą i sake, nie można tej uliczki odnaleźć. Domy tu były stare i ciche,
ozdobione wieżyczkami, podcieniami i cienistymi werandami. Biorąc pod
uwagę fakt, że Mission Street była zaledwie kilka jardów dalej, tutejsze
domy zdawały się dziwnie ponure i nie odpowiadające czasowi. Dan i ja
stanęliśmy przed domem z numerem tysiąc pięćset pięćdziesiąt jeden.
Czując ciepły wieczorny powiew, patrzyliśmy na gotycką wieżę i rzeźbiony
balkon, i na szarawą farbę, która schodziła płatami jak łuski ze
zdechłej ryby.
- Chyba nie wierzysz, że taki dom mógłby oddychać? - zapytał Dan,
pociągając nosem.
- W ogóle nie wierzę, że dom może oddychać. Ale czuję, że właściciel
powinien sprawdzić kanalizację.
- Na litość boską, przestań - jęknął Dan. - Nie mów o pracy po godzinach
służbowych. Czy myślisz, że na przyjęciach szukam wszy we włosach gości?
- Nie byłbym zdziwiony.
Mieliśmy przed sobą starą żelazną bramę i pięć pochylonych schodków
prowadzących na werandę. Popchnąłem bramę; była tak przerdzewiała, że
zawyła jak zdychający pies. Weszliśmy na schodki i szukaliśmy dzwonka na
tonącej w mroku werandzie. Wszystkie okna parterowe wychodzące na ulicę
miały zaciągnięte story i zamknięte okiennice, więc wydawało nam się, że
gwizdanie czy wołanie jest bezsensowne. U stóp wzgórza przemknął
samochód policyjny z włączoną syreną. Obok po ulicy szła roześmiana
dziewczyna z dwoma chłopcami. To wszystko działo się w zasięgu wzroku i słuchu, ale tu, przy wejściu do domu, istniała tylko cienista cisza i uczucie, że obok nas przepływają zagubione lata, wyciekające ze skrzynki
na listy i spod ozdobnych drzwi wejściowych - zupełnie jak piasek
sypiący się z wiaderka.
- Tu jest kołatka - powiedział Dan. - Może by zastukać kilka razy?
Spozierałem w ciemność.
- Tylko nie cytuj przy tym Edgara Allana Poego.
- Jezu - powiedział Dan - już na sam widok kołatki przechodzą mnie
ciarki.
Podszedłem i przyjrzałem się jej. Była ogromna, czarna ze starości i zniszczenia. Miała kształt łba dziwacznego, parskającego stworzenia,
które przypominało skrzyżowanie wilka z demonem. Nie wyglądała
zachęcająco. Ktoś, kto wieszał coś takiego na swoich drzwiach
wejściowych, nie mógł być zupełnie normalny, chyba że sprawiały mu
przyjemność mary nocne. Pod kołatką widniał wygrawerowany jeden wyraz:
"Wróć".
Dan się wahał, więc chwyciłem za kołatkę i uderzyłem nią dwa lub trzy
razy. Dźwięk rozszedł się głuchym echem po domu i czekaliśmy cierpliwie
na odpowiedź Seymoura Wallisa.
- Co ci to przypomina? To coś na kołatce? - zapytał Dan.
- Bo ja wiem... Chyba maszkarona.
- Mnie to się wydaje podobne do jakiegoś przeklętego wilkołaka.
Sięgnąłem do kieszeni po papierosy.
- Oglądałeś za dużo starych horrorów - stwierdziłem.
Miałem zamiar znowu zastukać kołatką, ale usłyszałem, że ktoś człapie w naszą stronę z wnętrza domu. Po odciągnięciu górnej i dolnej zasuwy
drzwi otworzyły się niepewnie i zatrzymały na łańcuchu. Ujrzałem za nimi
bladą twarz Seymoura Wallisa. Patrzył z taką ostrożnością, jakby
spodziewał się bandytów albo mormonów.
- Pan Wallis? - zapytałem. - Przyszliśmy posłuchać oddychania.
- Ach, to pan - powiedział z wyraźną ulgą. - Proszę chwileczkę poczekać,
zaraz otworzę.
Wysunął łańcuch. Drzwi, drżąc, otworzyły się szerzej. Seymour Wallis był
ubrany w buraczkowy szlafrok, na nogach miał kapcie. Spod szlafroka
wystawały jego włochate, chude łydki.
- Mam nadzieję, że nie przyszliśmy w niedogodnej chwili - powiedział
Dan.
- Nie, nie. Proszę wejść. Zamierzałem tylko wziąć kąpiel.
- Podoba mi się pana kołatka. Ale jest taka trochę odstraszająca, nie
sądzi pan?
Seymour Wallis obdarzył mnie niepewnym uśmiechem.
- Chyba tak. Gdy kupowałem ten dom, już tu była. Nie wiem, co
przedstawia. Moja siostra uważa, że diabła, ale ja nie jestem taki
pewny. A dlaczego umieszczono na niej słowo "wróć", nie dowiem się
nigdy.
Znaleźliśmy się w wysokim, zatęchłym przedpokoju, wyłożonym wytartym
brązowym chodnikiem. Na ścianach wisiały tuziny pożółkłych reprodukcji,
grafik i listów. Niektóre ramki były puste, inne popękane. Większość
obrazków przedstawiała widoki Mount Taylor i Cabezon Peak w odcieniach
sepii. Były tam także nieczytelne mapy z rudymi plamami oraz wykazy
jakichś liczb wypisane koślawym i wyblakłym pismem.
Zatrzymaliśmy się przy pierwszym słupku balustrady schodów. Był
wyrzeźbiony w ciemnym mahoniu. Na jego szczycie stał na tylnych łapach
niedźwiedź z brązu. Zamiast pyska miał twarz kobiety. Same schody,
wysokie i wąskie, wznosiły się ku ciemnościom panującym na piętrze.
Wyglądały jak schody ruchome skierowane w najciemniejsze zakątki nocy.
- Lepiej chodźcie tędy - powiedział Seymour Wallis, prowadząc nas w kierunku drzwi znajdujących się na końcu korytarza. Nad nimi wisiała
zniszczona głowa jelenia z zakurzonymi rogami. Tkwiło w niej tylko jedno
oko.
- Proszę przodem - powiedział Dan; nie byłem pewny, czy żartuje, czy
nie. Ten dom naprawdę mógł napędzić stracha.
Weszliśmy do niewielkiego, dusznego pokoiku do pracy. Wokoło na ścianach
były zamontowane półki, zapewne kiedyś wypełnione książkami, ale teraz
świeciły pustką. Tapeta w brązowe wzory, znajdująca się za półkami, była
naznaczona cieniami stojących tu niegdyś tomów. W rogu, pod smętnym
malunkiem początków San Francisco, stało biurko pokryte poplamioną
skórą, a przy nim drewniane krzesło maklerskie, przy którym brakowało
dwóch prętów. Seymour Wallis nie podnosił żaluzji, więc pokój był duszny
i zatęchły. Cuchnęło kotami, woreczkami z lawendą i proszkiem na
karaluchy.
- Tu właśnie słyszę te odgłosy silniej niż w innych pokojach - wyjaśnił
Wallis. - Zazwyczaj zdarzają się w nocy, kiedy tu siedzę i piszę listy
albo kończę buchalterię. Na początku nie ma nic, ale potem zaczynam
nasłuchiwać i jestem pewny, że to słyszę. Ciche oddychanie, jakby ktoś
wszedł do pokoju i stał nieopodal, obserwując mnie. Staram się, a w każdym razie starałem się, nie odwracać. Ale niestety zawsze to robię. I oczywiście nikogo nie ma.
Dan przeszedł po zniszczonym dywaniku. Pod jego stopami zaskrzypiały
klepki w podłodze. Wziął z biurka Wallisa kalendarz astralny i przez
parę chwil go oglądał.
- Czy pan wierzy w rzeczy nadprzyrodzone, panie Wallis?
- To zależy, co pan rozumie przez słowo "nadprzyrodzone".
- Cóż... duchy.
Wallis spojrzał na mnie i znowu na Dana, jakby się obawiał, że
naigrawamy się z niego. W buraczkowym szlafroku wyglądał jak jeden z tych staruszków, którzy upierają się przy kąpieli w oceanie w dzień
Bożego Narodzenia.
- Opowiadałem właśnie mojemu koledze - zwróciłem się do Wallisa - że
niektóre domy działają jak odbiorniki dźwięków i rozmów z przeszłości.
Jeżeli w takim domu zdarzy się coś szczególnie stresującego, to w pewien
sposób magazynuje on dźwięki w fakturze ścian i raz po raz odtwarza je
jak magnetofon. W zeszłym roku był taki przypadek w Massachusetts. Młode
małżeństwo twierdziło, że nocą w ich salonie kłócą się kobieta i mężczyzna, ale gdy schodzili tam, by zobaczyć, co się dzieje, nikogo nie
było. Ponieważ słyszeli wykrzykiwane imiona, poszli sprawdzić je w księgach parafialnych. Okazało się, że ludzie, których głosy słyszeli,
mieszkali w tym domu w tysiąc osiemset sześćdziesiątym roku.
Seymour Wallis potarł swą nie ogoloną brodę.
- Czy to znaczy, że gdy słyszę oddychanie, to słyszę ducha?
- Niezupełnie - odrzekł Dan. - To tylko echo z przeszłości. Być może
straszne, ale nie jest bardziej niebezpieczne niż dźwięk, jaki wydobywa
się z pańskiego telewizora. To tylko dźwięk, nic więcej.
Wallis powoli przysiadł na starym krześle maklerskim i spojrzał na nas z powagą.
- Czy mogę to coś zmusić, aby mnie zostawiło w spokoju? - zapytał. - Czy
można to egzorcyzmować?
- Chyba nie - powiedział Dan. - Trzeba by zburzyć cały dom. To, co pan
słyszy, tkwi w samej materii budynku.
Kaszlnąłem i odezwałem się uprzejmie:
- Obawiam się, że w mieście obowiązuje przepis zakazujący burzenia
starych domów z przyczyn nie uzasadnionych. Podpunkt ósmy.
Seymour Wallis wyglądał na bardzo zmęczonego.
- Wiecie, panowie, długie lata chciałem mieć taki dom. Czasami
przechodziłem tędy i podziwiałem wiek, charakter i styl tych budynków.
Wreszcie udało mi się jeden zdobyć. Ten dom tak wiele dla mnie znaczy.
Reprezentuje wszystko, co w życiu starałem się zrobić, aby utrzymać
stare wartości i sprzeciwić się nowoczesnemu, łatwemu, fałszywemu i tak
pociągającemu światu. Popatrzcie tylko na to miejsce. Nie ma tu ani
piędzi lastryko, grama plastyku ani skrawka włókien szklanych. Te
sztukaterie na suficie to prawdziwy gips, a klepki pochodzą ze starego
żaglowca. Popatrzcie, jakie są szerokie. A teraz spójrzcie na te drzwi.
Są solidne i wiszą, jak powinny. Zawiasy są z mosiądzu.
Uniósł głowę. W jego głosie brzmiało wiele uczucia.
- Ten dom należy do mnie - mówił dalej - a jeżeli przebywa w nim duch
czy są jakieś dźwięki, to chcę, żeby się wyniosły. Ja jestem tutaj panem
i, na Boga, będę zwalczał wszelkie nadprzyrodzone dziwolągi...
- Nie chciałbym, aby pan sobie pomyślał, że mu nie wierzę - powiedziałem
- ponieważ jestem przekonany, że słyszał pan to wszystko, o czym pan
opowiadał. Ale czy przypadkiem nie jest pan przepracowany? Może po
prostu czuje się pan zmęczony.
Seymour Wallis skinął głową.
- O tak, jestem zmęczony. Ale nie aż tak zmęczony, żebym nie mógł
walczyć o to, co moje.
Dan rozejrzał się po pokoju.
- Może udałoby się panu jakoś porozumieć z tym oddechem. Wie pan, myślę
o osiągnięciu jakiegoś kompromisu.
- Nie rozumiem.
- Właściwie sam nie jestem pewien, czy rozumiem - odpowiedział Dan. -
Ale wielu spirytystów zdaje się wierzyć, że można się umówić ze światem
duchów, aby zostawiły człowieka w spokoju. Myślę, że w niektórych
miejscach duchy straszą dlatego, że nie mogą przedostać się tam, gdzie
zwykle trafiają dusze umarłych. Więc może ten sapiący duch chce, aby pan
mu w czymś pomógł. Nie wiem. To tylko moje przypuszczenia. Może powinien
pan spróbować się z nim porozumieć.
Podniosłem brew.
- Co pan mi radzi? - zapytał Wallis ostrożnie.
- Trzeba być bezpośrednim. Zapytać, czego chce.
- Dajże spokój, Dan - wtrąciłem. - Bzdury opowiadasz.
- Wcale nie. Jeżeli pan Wallis słyszy oddychanie, prawdopodobnie to coś,
co oddycha, słyszy także jego.
- Jeszcze nie wiemy, czy to oddychanie istnieje naprawdę.
Wallis wstał.
- Zdaje mi się, że zdołam panów przekonać jedynie wówczas, gdy
usłyszycie to "coś" na własne uszy. Może szklaneczkę whisky? Posiedzimy
tu około pół godzinki, jeśli panowie mogą mi tyle czasu poświęcić, i posłuchamy.
- Oczywiście, z przyjemnością - odpowiedział Dan.
Wallis wyszedł z pokoju, stąpając ciężko, i za chwilę wrócił z dwoma
krzesłami z giętego drewna. Usiedliśmy na nich niewygodnie wyprostowani,
a on poczłapał po karafkę.
Wciągnąłem stęchłe powietrze. W maleńkiej bibliotece było gorąco i duszno i zaczynałem żałować, że nie siedzę w "Assay Office" i nie sączę
zimnego coorsa. Dan potarł ręce jak prawdziwy człowiek interesu.
- Ale będzie zabawa.
- Wydaje ci się, że to usłyszymy? - zapytałem.
- Oczywiście. Mówiłem ci. Kiedyś o mało co nie zobaczyłem ducha.
- O mało co? Jak to?
- Kiedyś zatrzymałem się w starym hotelu w Denver. Gdy wracałem nocą do
swojego pokoju, zobaczyłem, że wychodzi z niego pokojówka. Włożyłem
klucz do drzwi, a ona pyta mnie: "Czy jest pan pewien, że to pana pokój?
Tam wewnątrz jakiś pan bierze kąpiel". Sprawdziłem numer klucza, a ponieważ był właściwy, wszedłem do środka. Pokojówka weszła ze mną, żeby
sprawdzić, ale gdy zajrzałem do łazienki, nie było tam ani kąpiącego
się, ani wody w wannie, niczego. Hotele to wspaniałe miejsce dla duchów.
- O tak, a wydział sanitarno-epidemiologiczny to wspaniałe miejsce dla
łgarzy.
Właśnie w tej chwili wszedł staruszek Wallis z zaśniedziałą srebrną
tacą, na której stały karafka i trzy szklanki. Postawił tacę na stoliku
i nalał wszystkim szczodrą ręką. Potem usiadł na swoim krześle i upijał
whisky, jakby chciał upewnić się, że nie dodano do niej cykuty.
W przedpokoju rozległ się dźwięk zegara, którego nie zauważyłem,
wchodząc. Zaczął bić dziesiątą. Bam-wrr-bam-wrr-bam-wrr...
- Czy nie ma pan lodu, panie Wallis? - zapytał Dan.
Starzec spojrzał zakłopotany, potem potrząsnął głową.
- Przykro mi. Wysiadła lodówka. Zamierzałem ją naprawić. Zwykle jadam na
mieście, więc nie odczuwałem jej braku.
Dan uniósł szklankę.
- No cóż, piję do tego sapania, czymkolwiek ono jest.
Przełknąłem ciepłą, nie rozcieńczoną szkocką i skrzywiłem się.
Czekaliśmy w ciszy prawie dziesięć minut. To zadziwiające, ile można
narobić hałasu, pijąc whisky w zupełnej ciszy. Po chwili słyszałem
cykanie zegara w przedpokoju, a nawet szmer samochodów na dalekiej
Mission. I jeszcze szum mojej własnej krwi dudniącej w uszach. Wallis
zdusił kaszel.
- Jeszcze whisky? - zapytał.
Dan wyciągnął swoją szklankę, ale ja stwierdziłem:
- Jeżeli wypiję więcej, to usłyszę dzwony, a nie sapanie.
Znowu rozsiedliśmy się na krzesłach, które dziwacznie zaskrzypiały.
- Czy zna pan historię tego domu, panie Wallis? Jakiś szczegół, który
mógłby pomóc w ustaleniu, skąd wziął się tajemniczy oddech? -
zainteresował się Dan.
Seymour Wallis nerwowo przestawiał rzeczy na biurku - pióro, nożyk do
listów, kalendarz - potem spojrzał na Dana tym samym zmęczonym
spojrzeniem, które widziałem na jego twarzy, gdy zjawił się w moim
biurze.
- Obejrzałem akta własności. Datują się od tysiąc osiemset
osiemdziesiątego piątego roku, to znaczy od czasu, kiedy ten dom
zbudowano. Był własnością handlarza zbożem, a potem kapitana marynarki.
Ale nie znalazłem niczego nadzwyczajnego. Nie było w tych aktach danych,
na podstawie których można by wnioskować, że działo się tu coś
strasznego. Żadnych morderstw...
Dan przełknął jeszcze whisky.
- Może ten sapacz siedzi tu, ponieważ dobrze się tu czuje. To też się
czasem zdarza. Duch straszy w domu, bo stara się odtworzyć minione
szczęście.
- Szczęśliwy sapacz? - zapytałem z niedowierzaniem.
- Jasne - odparł Dan defensywnie. - Znano takie przypadki.
Zamilkliśmy. Dan i ja byliśmy względnie spokojni, ale Seymour Wallis
podrygiwał i czochrał się, jakby rzeczywiście był zdenerwowany. Rozległo
się ponowne bicie zegara. Upłynęło pół godziny i ciągle czekaliśmy, ale
niczego nie było słychać. Ciemna bryła starego domu milczała, nie
zaskrzypiała belka w dachu, nie zastukało okno. Przez sto lat dom miał
czas osiąść, a teraz był martwy, trwał w bezruchu, niemy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki