Czystka, zmaza
Czystość tradycyjnie ewaluuje się dodatnio. Tym bardziej chcę pomówić o jej negatywnej konotacji.
Czystka to skarłowaciała czystota. Może być nie tylko etniczna. Jeżeli ktoś łąkę zamienia w trawnik, przeprowadza czystkę. Jeżeli las w plantację drewna, również. Jeżeli przedwojenny chodnik o dekoracyjnym układzie zamienia się na betonową kostkę, to jest to czystka. Wyhodowanie odmiany arbuza bez pestek też jest swego rodzaju czystką. Czystkę tutaj możemy zdefiniować jako dążenie do polepszenia (ludności, terenu) z opłakanymi skutkami dla różnorodności.
Już z języka czerpiemy wiedzę, iż teren bez czystki jest podlejszy: chaszcze, chwasty, zielsko, nieużytek, ugór. Zarośnięte. Słowa-obelgi pod adresem Ziemi i tych, którzy byli zbyt leniwi, aby zaprowadzić tam porządek. A przecież to zwykle miejsca malownicze i ozdobione wzorami wielogatunkowych łodyg i listków, które były ponadepokową inspiracją dla ornamentyki architektonicznej i malarskiej. O stosunku większości do nich świadczy zachowanie pewnych jednostek, które można by nazwać patologicznymi, gdyby nie to, że tak ich dużo (a więc są patoliczni), czyli wyrzucanie na takich łąkowych nieużytkach śmieci, jakby ziemia zapraszała: "Tutaj, przybyszu, utwórz wysypisko". Większość niby to potępia, gdyż sami by tego nie zrobili, lecz w gruncie rzeczy i dla nich ten teren był bezużyteczny, więc trzeba przyznać, śmieci przydają mu jakiejś użyteczności. Takie tereny są zawsze zagrożone zabudową, gdyż nie mają swoich rzeczników. Można powiedzieć: wszystkie rośliny, które tam rosną, są pospolite. Ale cóż to słowo jeszcze znaczy, w kraju, w którym rolnictwo ekstensywnie używa herbicydów, miedze uległy likwidacji, trawa w parkach jest cięta kilkanaście razy w roku, pobocza są koszone ze względu na wyimaginowane bezpieczeństwo, nawet lasy niekiedy przerażają księżycową scenerią braku podszycia; cóż znaczy określenie dzikiej rośliny jako pospolitej? Znaczy tyle, że na nielicznych terenach, które im pozostawiono, takie rośliny mogą wystąpić. Przyznamy, że słowo 'pospolity' w odniesieniu do roślin pochodzi jakby ze świata przed wielką czystką - trudno powiedzieć dokładnie, kiedy ona nastąpiła, ale by ją utrzymać, trzeba jej dokonywać wciąż na nowo.
Mężczyzna na swoim licu powinien urządzać czystkę. Nie może być zarośnięty, może co najwyżej mieć zarost[1]. Zastanawiająca różnica, która wynika z tego, że za noszenie zarostu odpowiada sam zainteresowany podmiot, a bycie zarośniętym to czynnik zewnętrzny. Jeśli swawola, to ściśle kontrolowana. W poradniku "Jak mieć trzydniowy zarost?" umieszczonym na stronie jednego z wiodących producentów golarek znajdziemy poradę, by wpierw nie golić się przez tydzień. Potem ustawić maszynkę na 3-5 milimetrów i przystrzyc szczecinę. W ten sposób osiągnęliśmy równy, "pozornie niedbały zarost"! "Nic nie mówi "Nie spałem w domu... ani sam" dosadniej niż zarost". Mrau.
Rewersem czystoty jest zmaza. Zmaza od brudu różni się tym, że ten drugi powstaje samoistnie, zmazy natomiast ktoś się dopuszcza. Zmaza ma szerokie pokrewieństwo w polskim i słowiańskim wokabularzu. Namaszczenie, maź, masło. 'Maść' to pierwotna słowiańska nazwa koloru[2], ponieważ 'barwa' to od niemieckiego Farbe. Jednak 'zmazywać' to nie "kalać zmazą", lecz ścierać - a więc czyścić. Ten paradoks bierze się od tego, że dawniej zmazywano, zakreślając/zamalowując, co bardziej nawet przechowało się w słowie 'zamazać'.
Zmazać jakiś tekst to niekiedy, wprawdzie rzadkie niekiedy, pozbawić świat czegoś. Gdyż nie chodzi o niezliczone karteluszki i głupotki, lecz o zmazania płodów umysłu twórczego. Michaił Bułhakow napisał: "Рукописи не горят" - "Rękopisy nie płoną"[3], ale wsadziwszy to w usta postaci fantastycznej, sam chyba traktował tę myśl jako metafizyczną mrzonkę.
Zmazywanie z kultury przebiega od jednostkowych gestów (Nikołaj Gogol pali część drugą Martwych dusz, Terry Pratchett każe zniszczyć niedokończoną powieść), przez wspólnotowe działanie (platonicy trudzący się paleniem dzieł Demokryta[4]), aż do akcji na szeroką skalę (palenie Biblioteki Aleksandryjskiej, niszczenie spuścizny literatury prekolumbijskiej, spalenie ksiąg i grzebanie uczonych za dynastii Qin w Chinach). Jeżeli wydaje nam się, że pукописи не горят, to jedynie dlatego, że nie wiemy, co właściwie zostało stracone; innymi słowy, jesteśmy w tym po stronie bytu.
Dziwne jest uczucie żalu po tym, co zmazane z kultury, podczas gdy byle biblioteka prowincjonalnego miasta daje materiał do studiowania na pół życia. Zachowujemy się z takim żalem niby troskliwy strażnik skarbca kulturowego, któremu bardzo nie w smak, gdy coś, co mogło w nim być, się tam nie znalazło. Jak silny jest to fantom - to uczucie - pokazuje Umberto Eco w Imieniu róży (1980), przedstawiając historię pogrzebania Arystotelesowskiej Komedii (części Poetyki). Arystoteles sygnalizuje w Tragedii (wcześniejszej części Poetyki), że będzie mówił kiedy indziej o komedii; także w traktatach takich jak Retoryka i Polityka padają nawiązania do drugiej księgi traktującej o komedii. Eco, skądinąd bibliofil (a to istotny szczegół), zadał pytania: Co mogło się z tą księgą stać? Kto miał interes, by zniknęła? Skądinąd cała książka ma nastrój detektywistyczny, więc i te pytania takie są. Samo osnuwanie powieści, która ostatecznie zostaje okrzyknięta wielką, na wątku zmazania tekstu z kultury świadczy, iż silne jest u wielu ludzi nieutulenie wywołane stratami z czasów przed ich narodzeniem.
Diogenesa Laertiosa Żywoty i poglądy słynnych filozofów, cytowane w niniejszej książce, to jedyny podręcznik historii filozofii napisany przez Greka i przekazany nam przez starożytność. Jak widać, stawka jest wysoka. Jednak wśród odbiorców nie objawia się zachwyt nad geniuszem, o nie; jest to raczej chęć podarcia tak nędznego ostatka tego, o czym wiadomo, że było wspaniałe - antycznej historiografii filozofii. Po czym przychodzi refleksja, że nie jest to ostatecznie takie złe, i dużo się z niego dowiadujemy. Kazimierz Leśniak, tłumacz Laertiosa, jego ciemną postać zapytuje Homerem: "Kim jesteś, skąd, z jakiego miasta i z jakiego rodu?"[5]. Pisze o "licznych brakach rzeczowych dzieła i poważnych usterkach". Nazywa je również "bezkrytycznie skompilowanym", choć ostatecznie ewaluuje pozytywnie (jest to tak zwana ocena z braku laku). Fryderyk Nietzsche o Laertiosie sądził, że był zwyczajnym kopistą, który przepisał wszystko z Dioklesa, oprócz wierszyków. To swoją drogą ekwilibrystyka twierdzić, że coś jest kopią, gdy nie miało się przed oczyma oryginału. O samych wierszykach Leśniak pisze: "są liche i nawet nie przypominają poezji" - a można by zapytać, jak miałyby przypominać, skoro są zupełnie niedbale przełożone na polski. Osobliwy kształt Żywotów tłumaczono przypadkowością ich powstania: "podstawą mógł być jakiś zbiór biografii, przypuszczalnie z I wieku n.e. Następnie jakiś jego czytelnik czy właściciel nazwiskiem Laertios (ale mógł się równie dobrze nazywać inaczej) uzupełnił swój egzemplarz odpisami różnych dodatków; na przykład do żywota Epikura dodał trzy listy, testament i tym podobne, tak jak to i dziś nieraz wkładamy do czytanej książki czyste kartki papieru dla dopisania tego, co nas w związku z danym tematem interesuje. Teraz następuje trzecie z kolei stadium powstania Żywotów: egzemplarz z uzupełniającymi dodatkami dostaje się w ręce kopisty, który przepisuje całą zawartość tego tomu, nie troszcząc się zupełnie ani o redakcję, ani o formę literacką nowego dzieła. W ten sposób narodziły się Żywoty Laertiosa, jako niepowiązana z sobą całość, pozbawiona jednolitej formy". Najpierw Diogenesa Laertiosa wyzywają od kopistów, a na końcu imputują, że jest wręcz fikcyjny. Ale to ze smutku, tak naprawdę to wszyscy cenimy i cytujemy Diogenesa. W renesansie popularność zyskała fraza o staniu na ramionach gigantów. W rzeczywistości mogli ich podglądnąć tylko przez dziurkę od klucza.
Można żałować nawet przepadłych wiców. Z antyku przetrwał jeden zbiór kawałów, z III wieku n.e., z gruntu grecki, chociaż wyczuwalne są naleciałości rzymskie. Książeczka nazywa się Philogelos, zebrali je Hierokles i Filagrios. Tak napisał ich polski tłumacz po omówieniu archetypowych typów występujących w kawałach: "Pozostałe typy występują w mniejszej ilości kawałów, kilkudziesięciu, kilkunastu, kilku, ale od razu widać, że są zadomowieni w żarcie greckim, że to, co przedstawia Philogelos, to tylko cząstka jakiejś masy przepadłych już dla nas, a może i nie przepadłych, tylko jako greckie zapoznanych dowcipów"[6]. Widać tu zarówno żal za utraconym, jak i natychmiastową konsolację, że może rękopisy jednak nie płoną, tylko zmieniają tytuły i okładki, a do nas wracają w odzysku.
Obcujący z książkami dzielą się na dwie grupy: bibliofilów i czytelników. Pierwsi chcą książki posiadać, żywią potrzebę otaczania się dobrymi tytułami. Kiedy mają zachciankę na jakąś pozycję, to nie spoczną, póki jej nie nabędą, a potem następuje spokój, do kolejnej zachcianki. Nierzadko pierwsza w życiu wypłata takich osób przepada w księgarniach. Raz po raz do głosu dochodzą wyrzuty sumienia, że trzeba te spiętrzone góry kiedyś przeczytać. Ale komfort wybrania sobie w danej chwili książki do czytania spośród tylu wartościowych tytułów jest niezrównany. Jeśli bibliofil kupi na prezent jakąś szczególną pozycję, z dawna niewydawaną i pożądaną, to musi to być dla zaufanej osoby, żeby zawsze móc od niej pożyczyć. Kupno książki to dawka dopaminy pozwalająca oderwać się od czasowego przygnębienia. Porządkowanie czy sprzątanie to nudy - chyba że porządkowanie książek. To zawiera jakąś przewrotną przyjemność; bibliofil wyobraża sobie wtedy gości zatrzymujących się i wskazujących: "Mmm... to ma gust, tak dobrane tytuły". Bibliofile to nie jest jednorodna grupa: są tacy wyglądowi, i tacy treściowi (centrum mądrościowe w twoim pokoju), i tacy historyczni (białe kruki) albo po prostu ilościowi - gemylarze (zgarniający wszystko, co ma strony i coś, co można scharakteryzować jako treść). Jeśli chodzi o bibliofila wyglądowego, Tadeusz Boy scharakteryzował go przy okazji reedycji kolekcji swoich tłumaczeń: "Będą mieli z czasem rząd książek ładnie wydanych, wykwintnie oprawnych, w jednostajnym formacie, a nic bardziej nie drażni amatora książki niż tego rodzaju dziadowski wygląd, jaki przedstawiała dotąd Bibljoteka Boy'a"[7].
Czytelnik natomiast to w skrajnej postaci mól książkowy. Liczy przeczytane pozycje i pod koniec roku ogłasza, ile to razy jest lepszy od statystycznego rodaka (albo już wchodzi w potęgi). Korzysta z biblioteki, czyta z internetu, czytnika - to gdzie, jest w gruncie rzeczy nieistotne. Kiedy ma za dużo książek na półce, sprzedaje je lub oddaje. Czytelnik będzie rozważał: czy ukraść nieczytaną książkę z biblioteki i ją przeczytać to dobry uczynek? Rzecz jasna grupy te nie są ściśle rozłączne, bo każdy bibliofil czyta jakieś książki, a każdy czytelnik jakieś posiada. Zarysowanie jest jednak wyraźne.
Stawiam tezę, że zaginięcie dzieł światowej kultury jest poważnym zmartwieniem dla bibliofila, ale osobnik, którego tu scharakteryzowaliśmy jako czytelnika, będzie raczej trzymać się maksymy Josifa Brodskiego: "Są większe zbrodnie niż palenie książek. Jedną z nich jest ich nieczytanie". Odzywa się tu zdrowy rozsądek: dlaczego ma boleć ciągnąca się lista autorów starożytnych, z których przechowały się jedynie tytuły, skoro prawie nikt nie przeczytał wszystkich tych autorów, których dzieła przetrwały?
Można powiedzieć, że czasy nowe to wielkie zwycięstwo bibliofila nad czytelnikiem (pomijając nierozwiązywalne trudności czasów wcześniejszych). Książki i inne dzieła kultury wydają się trwale zabezpieczone na serwerach, a archiwizacja dosięga nawet prywatnych zdjęć. Są zdigitalizowane - biblioteczny odpowiednik zbawienia. Bibliofil ortodoksyjny zaoponuje, że liczy się też oryginał egzemplarza i prawda materiału. Ale kto to widział zbawienie wraz z ciałem? Jednocześnie członkowie społeczności żywo zainteresowanej dziełami czują się przytłoczeni ich liczbą i dostępnością. Nie jest to wprawdzie to samo uczucie, co u człowieka masowego, gdy przerzuca setny kanał telewizyjny lub filmik internetowy, bo raczej towarzyszy mu poczucie zakrótkości żywota niż znużenie. Ciekawe jest to, że nie odczuwam podobnego przytłoczenia, gdy idzie o muzykę. Tak jakbym żył jeszcze wystarczająco długo, by zdążyć przesłuchać każdy utwór, na którym mi zależy - co jest równą mrzonką jak w przypadku książek. Ale książki, te na półkach, przyznajmy, przerażają - swoim wymiarem fizycznym i przez wiedzę, jaki ciężar czasowy każda niesie. To przerażenie ustępuje często fascynacji, ale gdzieś w jej tle zawiera się i jego element.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki