Kosmiczne Bobry i zemsta Księżycowej Szarańczy - Krzysztof Piersa

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Bohater bitwy na Wierzbowych Polach

Do licha, człowiek! Jest sześć światów i sześć księżyców! Jak na Sorze kogoś mamy, to tam też ktoś mieszka, nie?!

Admirał Vermoni Verganza o podróżach między światami

- A więc postanowione! - podsumował cesarz Alfons VI, uderzając upierścienioną dłonią w stół. - Jeden kolos na początek. Sto tysięcy sorinów wynagrodzenia za budowę. Pokrywam koszt transportu i materiałów.

- Z tym będzie pewien problem, jaśnie cesarzu - odpowiedział z drugiego końca stołu Mik-Mak, niewielki stworek sięgający człowiekowi do uda, który przez swoje krótkie brązowe futerko i małe łapki przypominał bobra. Odróżniały go od tego zwierzęcia: płaski pyszczek z równo przystrzyżonymi wąsiskami, brak łopatowatego ogona i oczywiście ubranie. Mik-Mak miał na sobie zieloną kamizelkę oraz cylinder. Stół był dla niego zbyt wielki, przez co stojąc na krześle, musiał krzyczeć, by władca w ogóle go usłyszał. - Obawiam się, że nie posiadacie odpowiedniego sprzętu do wyrobu moich maszyn.

- To znaczy? - zdziwił się cesarz.

- Jak by to powiedzieć... Kolosa buduje się z drewna i metalu. Biorąc pod uwagę, że maszyna jest sporych rozmiarów, potrzebuję na jej budowę naprawdę konkretnych zasobów. Niestety cesarskie wydobycie odbywa się w zbyt prymitywny sposób, żeby sprostać naszym wymaganiom.

- Jeśli jesteśmy tacy ciemni, to jak w takim razie zbudowałeś swoje mechaniczne ustrojstwo? Nie wierzę, że Wolne Księstwa mają aż takie wydobycie rudy żelaza. Czyżbyś... współpracował z Przymierzem? - burknął cesarz, mając na myśli sąsiadujące królestwo, wyraźnie urażony słowem "prymitywny".

- W żadnym wypadku! - uspokajał Mik-Mak. - Handlujemy z Avelią. Ich pojedyncza kopalnia wydobywa miesięcznie więcej rudy niż cała Sora rocznie. Przylatują do nas barki po brzegi wypełnione żelazem.

- Z Avelią? - Cesarz zdziwił się, słysząc nazwę sąsiadującego świata, o którym prawie nic nie wiedział. Mik-Mak nie zamierzał jednak rozpoczynać dyskusji objaśniającej handel i podróże w Światozbiorze.

- Muszę polecieć na Avelię i dobić targu z kopalnią. Moje miasto Gawen współpracuje z nią od wielu pokoleń. Avelijczyków nie obchodzi jednak soryjska waluta. O wiele bardziej cenią złoto. Cesarstwo musi przygotować przynajmniej dwie skrzynie czystego kruszcu, a ja wrócę z żelazem i zbuduję wielkie maszyny. Znam jeden statek i dobrego przewoźnika wykonującego podobne zlecenia. Cesarz musi tylko zapłacić za jego usługi.

- Czy czegoś jeszcze życzy sobie nasz gość?

- Zasadniczo jest jedna kwestia, którą powinieneś mieć na uwadze, cesarzu - zaczął Mik-Mak. - Pamiętaj, proszę, że posiadam już zbudowanego innego kolosa. Kilka zaufanych osób wie, gdzie on się znajduje i jak go obsługiwać. Nie chciałbym, żeby Cesarstwo zmusiło nas do... jego użycia - powiedział bardzo powoli, ważąc każde słowo.

- Chyba nie spodziewacie się zdrady ze strony ludzi?! - Cesarz teatralnie wymachiwał rękami, nie kryjąc oburzenia.

- Przez wzgląd na historię... trzeba ostrożnie podchodzić do sytuacji - odpowiedział Mik-Mak. - Chcę pomóc Cesarstwu, ponieważ Księżycowa Szarańcza jest wrogiem życia na całej Sorze, wrogiem zarówno ludzi, jak i Mik-Maków. To, że akurat przebywałem tamtego dnia ze swoim kolosem na Wierzbowych Polach, było prawdziwym cudem... a te nie zdarzają się za często. Wszyscy potrzebujemy lepszej broni do walki z najeźdźcą, a nie sobą nawzajem.

Cesarz odchrząknął nerwowo i na znak zawartego porozumienia wzniósł kielich z winem.

- Za sojusz między Cesarstwem Soryjskim i Federacją Wolnych Księstw, szanowny... Yonzi Chamarovitch, jeśli dobrze wymówiłem nazwisko?

- Bezbłędnie, Wasza Cesarska Mość. Oby to był początek wielopokoleniowej współpracy.

- Oby, panie Chamarovitch. Nie możemy dopuścić do kolejnego takiego starcia jak to na Wierzbowych Polach. Przecież nie będziemy liczyć na to, że zawsze przyjdzie nam pan z pomocą.

- Mik-Maki zawsze przychodzą z pomocą, cesarzu. Nie odmawiamy jej... swoim przyjaciołom.

Po tych słowach, podpisaniu kilku dokumentów i opróżnieniu kanki wina, dyplomatycznej kurtuazji wreszcie stało się zadość. Niewielki Mik-Mak skłonił się trzykrotnie cesarzowi i opuścił salę.

Wędrowanie po ludzkich zamkach było dla Yonziego prawdziwą katorgą ze względu na ich wielkość. Wdzięczny był, że spotkanie zostało umówione w Segenburgu, a nie w stolicy imperium, Herzenstadt, gdzie wszystko byłoby jeszcze większe. Kilkukrotnie musiał zatrzymać się na odpoczynek. Gdy tylko zjawił się na zamku, zaoferowano mu rykszę, którą wożono szlacheckie niemowlęta, Yonzi uznał to jednak za obelgę dla jego i tak już poniżanej rasy. Obiecał sobie, że opuszczając zamek, przejdzie całą drogę piechotą jak równy ludziom.

Wiele godzin później udało mu się dotrzeć do gościnnej części pałacu. Doradcy cesarza złośliwie wybrali mu pokój na szczycie wieży, upierając się, że są to pokoje dla najwyższych gości. Wykończony Yonzi miał przed sobą wybór: wielogodzinną wspinaczkę po schodach, gdzie każdy stopień był mu niemal równy, lub poproszenie strażnika, by ten wniósł go na górę jak ludzkiego berbecia. Obolałe nogi zwyciężyły w starciu z dumą.

W pokoju wielkości składziku na węgiel już czekał na Yonziego inny Mik-Mak. Miał dłuższe od niego siwiejące futro zaczesane do tyłu i pokaźne wąsy, spod których wystawała pykająca fajka. Ubrany był w żółtą szatę charakterystyczną dla cesarskiej służby.

Mezmer Tornov.

- Jak rozumiem, pertraktacje się udały - zaczął Tornov.

- Nie jest to pańska sprawa - burknął Yonzi. Nie pałał przesadną sympatią do Mezmera. Mik-Maki w ogóle nie przepadały za inżynierami, którzy współpracują z ludźmi, a ten mieszkał na dworze królewskim i od wielu lat modernizował cesarskie wojsko. Pomysły takich jak on przysłużyły się ludziom do zwalczania Mik-Maków, gdy te rozpoczęły rewoltę niepodległościową wiele lat wcześniej. Wszak tylko Mik-Mak wie, jak pokonać innego Mik-Maka. Yonzi miał nadzieję, że historia potraktuje jego samego inaczej. Nie uważał się za zdrajcę i sprzedawczyka.

Chciał pokoju pomiędzy ich ludami. Tylko i wyłącznie.

- Oczywiście, dyplomato. Wszystko, czego sobie zażyczy bohater bitwy na Wierzbowych Polach - zakpił Mezmer, na co Yonzi nie miał zamiaru odpowiadać.

Tornov był zazdrosny. Nie mógł znieść, że innemu Mik-Makowi udzielono audiencji u cesarza. Że zbudował coś TAK niezwykłego i jednocześnie godnego uwagi władcy.

Gdy nieproszony gość opuścił wreszcie pokój, Yonzi położył się na specjalnie przygotowanym dla niego posłaniu. Niestety, okrągły materac leżący na podłodze aż nadto kojarzył mu się z psim legowiskiem.

***

Alfons VI, władca Cesarstwa Soryjskiego, przeżywał jedną z najgorszych nocy w swoim półwiecznym panowaniu. Nie pomogła wizyta w sali cesarskich nałożnic ani trzecia opróżniona kanka wina. Krążył wściekle po jednej z prywatnych komnat. Ścienne gobeliny przedstawiające najważniejsze bitwy w dziejach Cesarstwa rozświetlał tuzin świec.

Świec!

Te gryzonie budowały maszyny dorównujące wielkością wieży, w której umieścił dyplomatę, a ludzie w tym czasie używali mieczy, kusz i armat.

Kiedy między ludźmi i Mik-Makami pojawiła się tak wielka przepaść?

Dobrze wiedział, że bez nich by sobie nie poradzili z Księżycową Szarańczą w bitwie na Wierzbowych Polach, gdzie zleciały się ich dziesiątki tysięcy. Był tam ten cały Yonzi Chamarovitch. Ocalił jego wojsko, jego poddanych. Może nawet cały region. Do licha, nigdy wcześniej nie walczyli z taką chmarą, może właśnie teraz odpieraliby ataki tych szkaradzieństw tutaj? Może broniliby się już w stolicy? Ten Yonzi Chamarovitch, mały przeklęty Mik-Mak, w maszynie, którą zbudował, sam jeden ocalił Cesarstwo.

"Mój dziadek jadał Mik-Maki w każdą pełnię. Chyba nadal mamy gdzieś księgi kucharskie z przepisami - pomyślał cesarz. - A teraz muszę z nimi pertraktować. HA! PERTRAKTOWAĆ! W ciągu mniej niż stu lat tak się zmienili? Ludzie hodowali Mik-Maki w klatkach, przy świniach i krowach. Zwykłe bydło umiejące trzymać młotek.

To oni wymyślili strzelby. Odlali dla Cesarstwa pierwsze armaty i skonstruowali bomby. Gdyby nie ta przeklęta rewolta, wszystko byłoby po staremu. A dziś? Mik-Maki prowadzą regularny handel z... Avelią? Astrolodzy Cesarstwa nie mają pojęcia o królestwach i ludach żyjących poza Sorą, z wyjątkiem oczywiście Księżycowej Szarańczy, a Mik-Maki nie tylko zdążyły się porozumieć z Avelią, ale również podpisać "traktat handlowy".

Krążył po komnacie wzburzony, mrucząc pod nosem obelgi pod adresem bobrowatych. Nie miał wątpliwości, że jego wnuk Alfons VIII będzie musiał traktować Mik-Maki jak równe ludziom. A może nawet biała flaga zawiśnie nad Cesarstwem? Może to ludzie będą żyć w chlewie, hodowani przez tych zapchlonych futrzaków jako siła robocza?! Gonitwę myśli przerwało mu pukanie do drzwi.

- Wejść! - rozkazał.

- Wasza Cesarska Mość chciał mnie widzieć? - Zza skrzypiących drzwi wychylił głowę wysoki mężczyzna, z krótko przystrzyżonymi czarnymi włosami, ubrany w skórzaną tunikę. Na jego piersi lśniła złota tarcza gwardii honorowej. Kapitan Hajmir Genzelmayer, dowódca Czwartej Armii Cesarskiej, naoczny świadek bitwy na Wierzbowych Polach.

- Polecisz na Avelię razem z tym Mik-Makiem. Dowiesz się wszystkiego co możliwe o tym świecie i jego mieszkańcach. Weźmiesz też ze sobą oddział Maxwella. Niech infiltruje miasto tego gryzonia... Gawen, jeśli dobrze pamiętam. Twoim głównym zadaniem będzie jednak dowiedzieć się jak najwięcej od tego Yonziego Chamarovitcha. Jak budują te swoje maszyny? Może ma przy sobie jakieś plany albo schematy? - Cesarz wyliczał bez zająknięcia, jakby przygotowywał w głowie listę od wielu godzin.

- Nasz podwładny gryzoń nic nie odkrył? - przerwał mu kapitan.

- Mezmer nigdy nic podobnego dla nas nie zbudował. Nie chciał albo nie potrafił. Tak czy inaczej, wydałem już rozkaz jego egzekucji. Nie potrzebuję rusznikarza, którego najlepszym pomysłem jest większa armata lub armata strzelająca kilkoma kulami naraz, podczas gdy inny gryzoń buduje w tym czasie stalowe golemy.

- Może to przypadek, Wasza Cesarska Mość?

- Przypadek?! - ryknął cesarz, ciskając kielichem o podłogę. - Budowanie maszyn tak wielkich, że las wygląda przy nich jak trzcina, to nie przypadek! Handel z ludem, o którego istnieniu nie mieliśmy do tej pory pojęcia, to też nie przypadek!

- Ale to tylko jeden gryzoń...

- Jeden gryzoń! A co, jak przyjdzie tu za tydzień kolejnych trzech? Myślisz, że tylko ten jeden Chamarovitch jest konstruktorem?! Może w innym mieście budują latające zamki albo... albo bombę zdolną zniszczyć całą naszą piękna Sorę?! - wrzeszczał władca, krążąc po komnacie.

- Takie rzeczy nie są możliwe, Wasza Cesarska Mość. - Hajmir starał się zachować spokój, co tylko rozjuszało władcę.

- Czy mieściło się w twoim małym móżdżku, że zobaczysz kiedyś to monstrum na Wierzbowych Polach?! Myślałeś o takiej machinie wojennej? Och, gdybym miał takiego kolosa, zdmuchnąłbym to przeklęte Przymierze z powierzchni ziemi, a ten goguś Konrad do końca życia czyściłby mi buty! Już nigdy nie martwiłbym się Księżycową Szarańczą! Federacja Wolnych Księstw znów należałaby do Cesarstwa! Wyobraź sobie calutką Sorę pod jednym sztandarem! Naszym sztandarem! Wyobraź sobie inne światy: Avelię, Alamal, Bergul, Restermarchię i Amerliw, wszystkie pod rządami ludzi!

- Mik-Maki tak łatwo nie zechcą z nami współpracować. Nadal pamiętają rewoltę, a takich jak Mezmer nie ma zbyt wiele.

- Gdy tylko Yonzi Chamarovitch zbuduje dla mnie pierwsze maszyny, każę go stracić, a wraz z nim każdego gryzoniowatego inżyniera, jaki jeszcze oddycha!

***

Następnego ranka Yonzi spotkał się z cesarzem przy śniadaniu. Biorąc pod uwagę fakt, że nawet rodzina nie jadała z władcą, uznał to za dobry znak na drodze do pokoju. Żałował jedynie braku eleganckiej marynarki, którą zostawił w domu. Nie był w stanie dosięgnąć natrysku w łazience jego komnaty, a żaden sługa nie miał zamiaru przynieść Mik-Makowi nawet miski z wodą. Zaczesał więc przetłuszczone futro i spryskał się wodą perfumowaną.

Od rana czuł odór psa wokół siebie.

Alfons VI wyglądał tak olśniewająco, że Yonziemu przyszło do głowy, iż śpi on w surducie, rajstopach i pantoflach, może nawet w peruce i koronie, a insygnia władcy używa zamiast poduszki. Śniadaniowy stół był tak obficie zastawiony, że Mik-Mak mógłby żywić się zaserwowanymi specjałami przynajmniej przez tydzień.

Cesarz nalegał, aby na wyprawę do Avelii wyruszył również kapitan Hajmir Genzelmayer. Yonzi nie wyraził sprzeciwu.

Władca zażądał także obecności dziesięcioosobowej delegacji naukowców, twierdząc, iż chce się nauczyć jak najwięcej od Gawen w Federacji Wolnych Księstw. Mik-Mak ostrzegał, że nie jest decyzyjny w sprawach dyplomacji całego księstwa, lecz cesarz nie chciał słyszeć o sprzeciwie.

Dodatkowym problemem było położenie Gawen na granicy z obydwoma sąsiadami. Na północy imperium Sory, a na zachodzie Przymierze.

Przygotowania do wyjazdu zajęły cały dzień. Z dworu cesarskiego wyjechało łącznie dziesięć długich karoc, z czego połowa przewoziła ekwipunek. Yonzi bardzo szybko pożałował swojej uległości wobec cesarza. Karoce przypominały wozy pancerne z powtarzalnymi kuszami na dachach i stalowymi obudowami. Nawet konie miały na sobie skórzane pancerze. "Naukowcy", których obecności zażyczył sobie władca, również na takowych nie wyglądali. Szerocy w barach, ponurzy, o przenikliwych spojrzeniach, kojarzyli się z mistrzami w zupełnie innym fachu.

Yonzi przekonywał się w duchu, że naprawdę udaje się z misją handlową, a nie na nową wojnę.

***

Choć starali się robić jak najmniej postojów, podróż zajęła karawanie prawie tydzień. Hajmir w tym czasie przebywał w zupełnie innej karocy niż Yonzi. Omawiał z "naukowcami" plan inwigilacji Gawen, miasta graniczącego zarówno z Cesarstwem, jak i jego odwiecznym rywalem Przymierzem. Istnienie Federacji tylko pogłębiało ten konflikt.

Żadne z państw nie zrezygnowałoby dobrowolnie z bogatych prowincji, ale ich sprzeciw połączony z rewoltą Mik-Maków i ciągłymi atakami ze strony Księżycowej Szarańczy skończył się na podpisaniu deklaracji niepodległości. W ten sposób dwa walczące ze sobą państwa Sory znalazły sobie trzeciego rywala. Choć każde księstwo prowadziło własną politykę zagraniczną, utrzymywały pakt przyjaźni na czas wojny. Ponadto nie odrzucały pomocy Mik-Maków, które obdarowywały ich najróżniejszymi wynalazkami. Wkrótce kolejne księstwa zapragnęły oddzielić się od mocarstw, tworząc własną autonomię, ale to nie przypadło do gustu ani Przymierzu Zjednoczonej Sory, ani Cesarstwu Soryjskiemu.

- Musimy ich poznać najlepiej jak się da - tłumaczył agentom Hajmir. - Wcielcie się w rolę naukowców. Zdobądźcie ich zaufanie, poznajcie zwyczaje, spróbujcie dotrzeć do planów i schematów. Każda informacja będzie dla Cesarstwa na wagę złota.

Dopiero ostatni dzień podróży Hajmir postanowił spędzić w towarzystwie Yonziego. Nie mogli znaleźć wspólnego języka. Choć poznali się już na Wierzbowych Polach, nadal byli dla siebie "cesarskim" i "bobrowatym".

- Niedługo powinniśmy dotrzeć do Gawen, jeśli dobrze kojarzę - zaczął Hajmir, przerywając wielogodzinną ciszę.

- Nareszcie... - wymamrotał Chamarovitch, przeciągając się. - Zwykle pokonujemy tę odległość w ciągu jednego dnia. Z całym szacunkiem, ale strasznie się wleczemy.

- Jednego dnia? - zdziwił się kapitan. Nawet najszybszym cesarskim koniom ta droga zajęłaby przynajmniej trzy dni ciągłego galopu. - Jak to możliwe?

- Musiałbyś porozmawiać o tym z braćmi Lemmarami w Gawen. Kimrim i Korim. Specjalizują się w automobilach. Te gagatki mają fioła na punkcie prędkości. Ciekaw jestem, kiedy jeden przyczepi drugiemu rakietę do pleców... - Yonzi uśmiechnął się pod wąsiskami.

Hajmir ledwo pojmował wywód Mik-Maka. Czyżby te gryzonie poczyniły aż taki postęp? Wizja Cesarstwa zrównanego z ziemią, zgodnie ze słowami Alfonsa VI, pojawiła się również w głowie kapitana.

- A ty jesteś... specjalistą od broni, tak? - spytał niepewnie.

- Każdy Mik-Mak specjalizuje się w broni. To znaczy każdy wynalazca i konstruktor. Mamy oczywiście artystów, handlarzy i polityków, ale większość społeczeństwa to rusznikarze. To taka pierwsza klasa w tym fachu. Jak opanujesz konstrukcję broni, potem możesz stworzyć dosłownie wszystko. Na przykład bracia Lemmarowie starają się podczepić swoją broń do automobilów. Stale mają problem z odrzutem, ale jak zamontujesz armatę wielkości konia na takiej karocy, to oczywiste, że się przewróci. Pojazd musi być większy albo przynajmniej cięższy, tylko wtedy pozostaje kwestia mocy silnika...

Hajmir pogrążył się w przerażających myślach o ogromnych armatach i latających zamkach, o których mówił cesarz. Możesz tworzyć dosłownie wszystko, tak powiedział ten Mik-Mak. Chamarovitch konstruuje wielkie maszyny zwane kolosami, a Lemmarowie pojazdy dziesięć razy szybsze od najszybszych koni, i to z zamontowanymi armatami!

Co jeszcze potrafią te Mik-Maki?

- Wreszcie w domu! - zawołał Yonzi, przerywając swój monolog o technice. Hajmir otrząsnął się i wbił spojrzenie w okienko karocy, obserwując wjazd do Gawen.

Z pozoru wyglądało normalnie. Zwykłe miasto, jakich pełno zarówno w Przymierzu, jak i Cesarstwie. Przed samą bramą rozciągały się pola złocistej pszenicy. Kamienne domy wykończone drewnem i zwieńczone spiczastymi dachami ciągnęły się rzędami przy brukowanych ulicach. Dopiero po chwili Hajmir dostrzegł różnicę: miasto wyglądało jak opanowane przez Mik-Maki. Na polu uprawnym dostrzegł wielki wóz polewający rośliny mgiełką wody. Po ulicach jeździły karoce, zarówno zaprzężone w konie, jak i bez nich. Zobaczył pojazdy cztero-, trzy-, a nawet jednokołowe. Na jednym z dachów znajdowało się wielkie metalowe ustrojstwo, nad którym pracowało całe stado gryzoni.

- Co to jest? Co oni robią? - spytał, wskazując plątaninę rur i unoszące się nad nimi kłęby pary.

- Podgrzewacz wody - odpowiedział Yonzi, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. - Każdy lubi rano umyć się w ciepłej wodzie, prawda?

"Prawda, ale w Cesarstwie tylko szlachta może sobie pozwolić na poranne podgrzewanie wody w kotłach nad paleniskami" - pomyślał Hajmir rozumiejąc już, dlaczego Federacja z każdym rokiem powiększa swoje granice.

Ciekawe, jak straszliwe maszyny posiada ich wojsko...

Zatrzymali się przy kilkupiętrowej gospodzie, gdzie już czekała na nich służba. Hajmir zauważył, że obsługa trzyma w rękach małe schodki, wyraźnie przeznaczone dla Mik-Maków. Cały budynek był przygotowany zarówno dla ludzi, jak i gryzoniowatych. W drzwiach wejściowych zamontowano jeszcze jedne, mniejsze. Kapitanowi przywodziły na myśl drzwiczki wahadłowe dla psów. Hajmir szybko spostrzegł też, że ludzie nie patrzą na Mik-Maki z wyższością, lecz... z szacunkiem?

Służba chciała wziąć od nowo przybyłych gości bagaże. "Naukowcy" z Cesarstwa odmówili pomocy, samodzielnie niosąc swoje pakunki. Młodzieniec w śnieżnobiałej koszuli poprowadził wszystkich na drugie piętro, w całości wynajęte dla delegacji z Cesarstwa. Yonzi dostał się tam specjalnie przygotowaną szafką, nazywaną przez niego "windą", czego wojskowy wysłannik zupełnie nie pojmował. W konsekwencji bobrowaty znalazł się na piętrze dużo szybciej od znacznie większych ludzi.

- Proszę się rozgościć. Ja pojadę prosto do stoczni omówić warunki naszej podróży - powiedział Yonzi, stojąc na środku korytarza. Hajmirowi nie umknęła jego pewność siebie. Może w Cesarstwie był zwykłym chomikiem, ale tu traktowano go z szacunkiem jako naukowca i bohatera bitwy na Wierzbowych Polach.

- W takim razie ja również wyruszę. Cesarz prosił, abym uczestniczył we wszelkich przygotowaniach - odparł kapitan. Przeszła mu przez głowę myśl, że powinien poprosić Yonziego o zgodę na towarzyszenie mu, ale natychmiast siebie za to skarcił.

Prosić? Mik-Maka?

- Ech, w porządku - westchnął Yonzi, ruszając z powrotem do niewielkiej szafki, którą wjechał na piętro. Hajmir zaś pognał schodami na podwórze. Gdy wyszedł, zgiełk miasteczka przytłoczył wszystkie jego zmysły. Terkot samojazdów, szum instalacji, wszechobecna para, Mik-Maki swobodnie paradujące po ulicach. No i te ubrania... Długie płaszcze, proste spodnie, marynarki i kapelusze. Żadnego pancerza czy choćby pistoletu!

Dopiero po chwili dostrzegł malutkiego gryzonia w zielonej kamizelce drepczącego po chodniku.

- Dlaczego nie zaczekał pan na mnie? - spytał, doganiając Yonziego.

- Pan? Od kiedy to Cesarstwo traktuje nas tak dobrze? - zakpił wynalazca. Gdy Hajmir nie odpowiedział, kontynuował: - Dotrzemy do stoczni w niecałą godzinę. Oczywiście gdybyś mnie poniósł, doszlibyśmy tam znacznie szybciej, ale nie chcę narażać twojej godności na taki szwank, kapitanie Genzelmayer.

Hajmir przełknął uwagę, kontynuując spacer w całkowitej ciszy. Czuł, że jego misja nie będzie należała do najłatwiejszych...

***

Mezmer chodził po celi od dobrych kilku dni. Gdy tylko "Wielki i Wspaniały Yonzi Chamarovitch, Bohater Bitwy na Wierzbowych Polach" wyjechał, jego natychmiast wtrącono do klatki. Chciał wierzyć, że jest to prawdziwe więzienie, lecz swąd psiego futra i skowyt "współwięźniów" jasno dawał mu do zrozumienia, że znajduje się w psiarni.

Zamknięty z innymi zwierzętami. Dla ludzi nigdy nie był niczym innym.

Ze złości wyrywał sobie futro. Jego dziadek i ojciec pracowali na dworze cesarskim dla Alfonsa VI przez długie lata. Mik-Maki żyły znacznie krócej od ludzi, ale czy ich oddanie nie miało znaczenia? Zwłaszcza po rewolcie, gdy jedyną rzeczą, jakiej ludzie mogli się spodziewać od bobrowatych, były strzelające w ich kierunku armaty.

Starał się jak mógł. Nauczył się nawet gardzić innymi Mik-Makami tak jak ludzie, a mimo to, gdy dowiedzieli się, że żyje ktoś, kto dostarczy im lepszą broń, postanowili się go pozbyć.

A przecież miał pomysły... wynalazki... lecz zbyt szalone i przerażające, by wprowadzić je w życie.

Teraz było to już bez znaczenia...

Słyszał od strażników jaki los go czeka. Miał zginąć bez procesu i postawienia zarzutów. Tak jak stary koń, który już nie może biegać. Przerażony wizją własnej śmierci zastanawiał się, w jaki sposób straci życie. Skoro nie traktują go jak człowieka, nie czeka go "ludzka" szubienica ani stos. Przyjdzie strażnik i po prostu palnie mu w łeb? Może rzucą go na pożarcie świniom? Może wyprują mu flaki jak zarzynanemu kurczakowi, a potem zrobią z niego pieczeń dla cesarza?

"Obyś się udławił".

Jego rozmyślania przerwał trzask otwieranych drzwi. Harty w pobliskich klatkach wyraźnie się ucieszyły na widok nowo przybyłego gościa. Przed zagrodą Mezmera stanęło dwóch żołnierzy i młody szlachcic. Szczupły chłopak o gładkich rysach twarzy z charakterystycznym szlacheckim uśmieszkiem. Mezmer od razu rozpoznał cesarskie insygnia dziedzica.

- Możecie już odejść - oddelegował strażników, wskazując im drzwi. Ci bez słowa sprzeciwu wyszli. - Wiesz kim jestem, Mik-Maku? - spytał, gdy tylko trzasnęły rygle.

- Jesteś Gregory, pierwszy tego imienia. Brat Alfonsa VII, cesarskiego pierworodnego - wyrecytował Mezmer. - Czym może ci służyć były nadworny rusznikarz?

- Słyszałem o tobie, Mik-Maku. Zostaniesz stracony, bo przestałeś już spełniać swoją rolę. Bo są lepsi od ciebie - zaczął Gregory. Mezmer zagryzł tylko wargi. - W odróżnieniu od mojego ojca ja patrzę trochę szerzej na twoją przydatność. Raczej nie pałasz do niego miłością, zwłaszcza teraz.

- Nie należę do tych fanatyków, którzy nawet na stosie będą wielbić swojego władcę, jeśli o to pytasz, Wasza Książęca Mość - odpowiedział inżynier najspokojniej jak tylko potrafił, choć czuł przechodzące go dreszcze.

- Wasza Książęca Mość... - powtórzył Gregory. - Będziemy musieli nad tym popracować, Mik-Maku. Pytanie jednak brzmi, czy jesteś wystarczająco zdolnym rusznikarzem. Potrzebuję, abyś coś mi zbudował.

- Potrafię skonstruować wiele rzeczy, mości książę, nie tylko armaty, jak twierdzi twój ojciec. Jak ma działać maszyna, którą mam zbudować?

- Ma sprawić, że ludzie zaczną do mnie mówić "Wasza CESARSKA Mość" - odpowiedział Gregory, na co Mezmer uśmiechnął się szeroko.

- Jak sobie życzysz... cesarzu.

***

Yonzi miał powyżej wąsisk kapitana, który wlókł się za nim aż do portu. Był jak dziecko, któremu pierwszy raz opowiedziano legendy o smokach. Szeroko otwarte oczy i rozdziawiona gęba przykleiły się do jego twarzy na stałe, gdy tylko weszli głębiej w miasto. Za każdym razem, kiedy mijali paromobile, monoślady i przelatujące w powietrzu koptery, zatrzymywał się pełen podziwu i zapytań. Trzykrotnie Yonzi chwytał go za nogawkę, gdy kapitan wparował na bruk i o mały włos nie został rozjechany.

Chamarovitch czuł też niemałą satysfakcję. Oto człowiek, kapitan Cesarstwa Soryjskiego, imperium ludzi i tylko ludzi, przechadza się po Gawen, jednym z wielu miast Federacji Wolnych Księstw, i widzi efekty współpracy ludzi z Mik-Makami.

Zagubiony i przestraszony.

W końcu dotarli do Niebiańskiego Portu, jak nazywali go ludzie. Dla Mik-Maków był po prostu hangarem, gdzie cumowały wszystkie statki, ale nawet Soryjczycy z Federacji przejawiali skłonność do poetyckiego, wręcz pompatycznego nazewnictwa. Najwyraźniej była to cecha wszystkich ludzi. Niebo w tym rejonie wypełniały balony i sterowce, powolnie wznoszące się ku górze. Gdzieniegdzie przelatywały potężne wielowirnikowce, przypominające wyglądem pływające galery.

- Czy to są te gwiezdne barki, o których wspominał cesarz? - spytał onieśmielony kapitan.

- Te tutaj? - Yonzi wskazał na wirnikowiec sunący akurat nad nimi. Miał z piętnaście metrów długości, a jego sylwetka rzucała cień na kilka najbliższych uliczek. - To tylko jachty do podróżowania między księstwami. Mielibyśmy się zabrać czymś takim? - odpowiedział pogardliwie, na co Hajmir zupełnie zamilkł.

Weszli do środka Niebiańskiego Portu. Wielki stalowy budynek był wypełniony wirnikowcami o najróżniejszych gabarytach. Marynarze przygotowywali pojazdy do kolejnych wypraw. Piloci wiązali cumy i rozliczali się z kupcami. Wielu na miejscu sprzedawało towary, które zdobyli na wyprawach. Większość statków była obdrapana i niechlujna, przypominając tym samym kutry rybackie wpływające do portu po długim rejsie. Szli po okratowanej podłodze, pod stopami mając kilkumetrową przepaść. Przypominało to chodzenie po morskiej kei, tylko zamiast wody było powietrze.

Na spotkanie wyszedł im Mik-Mak z siwiejącym futrem, ubrany w malutką skórzaną kurtkę i ogromny admiralski kapelusz.

- To nasz przewoźnik, admirał Vermoni Verganza.

- Dzień dobry, człowiek! - krzyknął Verganza, wyciągając do kapitana łapkę. Ten po chwili zakłopotania klęknął na kolano.

- Kapitan Hajmir Genzelmayer. Bardzo mi miło - odpowiedział, delikatnie ściskając łapkę.

- Pokażę mu moją ślicznotkę! Chce zobaczyć? - spytał admirał, świszcząc przez dwa przerośnięte siekacze, przez co jeszcze bardziej przypominał bobra.

- Gwiezdną barkę?

- Barkę-sralkę! Moją "Odyseję", człowiek! - krzyknął admirał i pognał na schody. Yonzi pognał za nim.

- Nie ma jej tutaj, wśród innych... maszyn? - spytał niepewnie Hajmir.

- A zacumowałbyś galeon przy żaglówkach, kapitanie? - odpowiedział pytaniem Yonzi.

Przeszli ciemnym korytarzem do drugiej części hangaru, znacznie spokojniejszej. Tutaj mieli do czynienia z keją jak dla cesarskiej fregaty, gdzie wszystko było uporządkowane, a załogę statków stanowiły prawdziwe wilki morskie. Każdy mijający ich marynarz, robotnik, a nawet kapitanowie w kolorowych mundurach kłaniali się admirałowi Verganzie, ten zaś odpowiadał im życzliwymi spojrzeniami.

"Musi być naprawdę ważny" - pomyślał Hajmir.

- Oto i ona! Moja "Odyseja"! - krzyknął Verganza.

Kapitan Hajmir Genzelmayer zobaczył ogromny pojazd. Tak potężny, że trudno mu było się rozeznać w jego kształcie. Dopiero po chwili zaczął pojmować na co patrzy. Potężny galeon. Wieloryb. Wielki i niezniszczalny. Pozbawiony masztów i żagli. Cały pokryty złotem, błyszczał jak skarbiec. Hajmir szukał szalup, steru czy chociażby armat ustawionych na burtach, ale nic takiego nie zauważył. Dostrzegł jednak włazy. Musieli wyciągać przez nie działa lub cokolwiek innego. Wielka forteca ze szklaną kopułą zamiast dachu. Na statku kręcili się marynarze, brzęcząc młotami i wielkimi kluczami. Na burcie wyraźnie odznaczała się nazwa statku.

"Odyseja".

- Jest... piękny - wydukał kapitan.

- No, no! To ona, człowiek! I nie pierwszy podziwia moją ślicznotkę. Niejeden bosman zerka na nią zazdrośnie. Ileż to wypraw mamy już za sobą... - westchnął nostalgicznie admirał.

- Jest... uzbrojona?

- O, człowiek, jasne, że tak! Moja mała ma takie zęby, że ho ho! A co by mnie mieli straszyć na wyprawach?! Ha! Który tylko wyciągnie czarną flagę, to jak salwą dostanie, to nie wie, gdzie łatać! Zresztą patrz, człowiek, tutaj! - Verganza wskazał złotą rozetę przypiętą do kurtki, lecz Hajmir, nie rozumiejąc znaczenia symbolu, nie zareagował. Verganza, spodziewając się westchnienia zachwytu, fuknął obrażony.

- To odznaka avelijska oznaczająca Złotą Flotę. To międzyświatowa flota ponad wszelkimi podziałami i jurysdykcjami. Najpotężniejsze statki w całym systemie. "Odyseja" jest jedynym przedstawicielem Złotej Floty na Sorze. Nie ma sobie równych - wytłumaczył Yonzi.

- Gdyby Cesarstwo miało choć jeden taki statek...

- To co?! Pokonalibyście Przymierze?! Podbilibyście wszystkie Księstwa?! A może i pozostałe światy?! - wybuchł Yonzi, co zdziwiło Verganzę, Hajmira i wszystkich przechodzących obok marynarzy. - Tylko o tym myślą ludzie z Cesarstwa?!

- Myślałem raczej o Księżycowej Szarańczy, Mik-Maku - odparł Hajmir, automatycznie wracając do swojego butnego cesarskiego tonu. - Jak na razie ani Przymierze, ani Federacja nie raczyły pomóc nam w walce.

- JA raczyłem pomóc wam w walce. Pomogłem wam na Wierzbowych Polach. Chcę zmienić to, w jaki sposób patrzymy na siebie nawzajem. Nie utrudniaj mi i tak już piekielnie trudnego zadania, kapitanie Hajmirze Genzelmayer - odpowiedział inżynier, odwracając się wściekły do Verganzy, który zakłopotany kontynuował opowieść o swoim statku. "Odyseja" miała być gotowa do startu w ciągu kilku dni.

***

Nazajutrz Yonzi zaprosił przyjaciół konstruktorów, którym przedstawił cesarskich naukowców. Ku jego zdziwieniu byli to ludzie nad wyraz ciepli i serdeczni.

- Witam młodego kolegę naukowca - powiedział Mik-Mak w skórzanym fartuchu z futrem zaplecionym w warkoczyki. - Nazywam się Dalmir. Zajmuję się aeronautyką.

- Artero - odpowiedział wysoki chłopak, wyciągając rękę do gadającego bobra.

- Panicz wybaczy wścibstwo, ale... jaka dziedzina nauki panicza interesuje? - spytał Mik-Mak, ściskając malutką łapką ogromną dłoń człowieka.

- Cóż, interesuję się trochę bronią dystansową, ale... - Nie dokończył. Dalmir złapał chłopaka za rękaw i pognał do swojej pracowni, krzycząc o nadgarstkowej kuszy, której prototyp natychmiast musiał mu pokazać. Pozostałych dziewięciu naukowców, choć próbowali ukryć zainteresowanie militarnym fachem, również zostało porwanych w okamgnieniu.

"Mik-Macza gościnność" - pomyślał Yonzi, głośno przełykając ślinę.

Czekała go jeszcze trudna batalia na słowa, przy której negocjacje z cesarzem wydawały się dziecięcym przekomarzaniem.

Zaprowadził Hajmira do Verganzy, by ten zapoznał soryjskiego kapitana z tajnikami żeglugi między światami. Od wczorajszego wybuchu ograniczali się z Hajmirem do niezbędnej wymiany zdań. Yonzi w tym czasie udał się do swojego domu.

Przed wejściem poprawił jeszcze futro, przetarł kamizelkę z kurzu i wziął kilka głębokich oddechów, próżno próbując zebrać myśli.

Ledwo chwycił za klamkę, a drzwi same się otworzyły.

- Tatuś! - krzyknęła kuleczka futra niewiele większa od świnki morskiej. Pchnęła drzwi i wpadła na Yonziego, o mały włos go nie przewracając.

- Już jestem, Merino. - Ucałował córeczkę.

Dom Yonziego nie wskazywał na to, by mieszkał tu bohater. Mik-Maki zresztą nie przywiązywały szczególnej wagi do wystroju. Niewielki przytulny salonik, gabinecik i kuchnia, a w niej...

- Widziałam tych szajbusów z Cesarstwa. To ty ich tu sprowadziłeś, prawda? - spytała obecna w kuchni Mik-Maczka, nie odwracając się, a Yonzi zaczął przestępować z nogi na nogę. Merina, czując zbliżającą się burzę, pobiegła do swojego pokoju.

"Zostawiła mnie samego, na pastwę losu" - pomyślał.

- Tak - wydukał w końcu. - Przywiozłem ich z Cesarstwa na rozkaz cesarza Alfonsa VI - dodał, zdejmując kapelusz i gniotąc go nerwowo w łapkach.

- Od kiedy to jesteśmy na rozkazy cesarzy? - zdziwiła się, nadal robiąc coś przy kuchni. - Zresztą to nieważne. Wiem, do czego to zmierza.

- Tak? - spytał Yonzi, próbując zgrywać głupka.

Wtedy się odwróciła. Smukła Mik-Maczka z równo zaczesanym blond futerkiem. Jej duże brązowe oczy szkliły się łzami, a drżące ręce pocierały obrączkę.

Laila Chamarovitch.

- Znowu gdzieś polecisz - powiedziała cicho łamiącym się głosem.

- Muszę, Mormyszko - kajał się Yonzi - tego wymaga porozumienie, a poza tym Verganza...

- No tak! Wiedziałam, że ten szajbnięty pirat będzie w to zaangażowany! Nie możesz sobie znaleźć lepszych znajomych? To już Dalmir śpiący na beczce prochu jest lepszy.

- Nie polubiłaś Dalmira - wtrącił na swoją obronę.

- Bo ten chlejus pije więcej rumu niż wody! Ile razy przyprowadzałam cię od niego ledwie przytomnego!

Odwróciła się do blatu, wściekle krojąc warzywa. Yonzi powolutku podszedł do niej, kładąc łapki na jej biodrach. "Z kobietami trzeba ostrożnie - pomyślał. - Zwłaszcza z tymi, które trzymają ostry nóż".

- Mormyszko...

- Och, nie mormyszkuj mi tutaj - żachnęła się. - Jak nie Szarańcza, to do cesarza! Jak wróci, to zaraz gdzieś leci! Co za Mik-Mak...

- Obiecuję, że to ostatni taki wyjazd - spróbował ułagodzić żonę. - Potem zabiorę was na wakacje. Odpoczniemy od cesarzy, kapitanów, piratów, naukowców i wszystkiego dookoła.

- Trzymam cię za słowo - odpowiedziała, patrząc mu w oczy, a on przytulił ją czule.

- Obiecuję, mormyszko.

***

Przygotowanie statku do lotu miało zająć załodze Verganzy przynajmniej trzy dni. Hajmir spędził je zwiedzając, a raczej podziwiając Gawen.

To miasto było absolutnie niezwykłe. W każdym jego zakątku widać było efekty współpracy ludzi z Mik-Makami. Malutkie bobrowate chatki i wielkie kamienice ludzi. Na brukowanym chodniku mijały go Mik-Maki poruszające się na przedziwnym urządzeniu wyglądającym tak, jakby gryzoń wziął koło od wozu, wyrwał szprychy i usadowił się w środku. Chamarovitch nazywał to urządzenie monośladem, ale ta nazwa nic kapitanowi nie mówiła.

Cały czas z lękiem spoglądał na niebo wypełnione wszelkiej maści statkami. Bał się, że to wszystko za chwilę zleci mu na głowę. I pomyśleć, że w Cesarstwie lot balonem był okropną ekstrawagancją.

Kapitan zauważył też, że w Gawen wszystko działa szybciej. Naprawy przebiegały dużo sprawniej, ludzie szybko się przemieszczali... Nawet statek Verganzy przygotowany w trzy dni! Taki kolos! Przecież galerę tej wielkości cesarscy marynarze klarowaliby przynajmniej dwa tygodnie!

"O ich ataku dowiedzielibyśmy się dopiero wtedy, gdy bomby spadłyby na stolicę" - pomyślał ponuro.

A mimo to... Federacja nie atakowała.

Coś wybuchło daleko na skraju miasta. Hajmir instynktownie przypadł do ziemi, szukając miecza, który zostawił w hotelu. Z kolei ludzie mijający go na chodniku patrzyli na chmurę dymu przez krótką chwilę... i ruszali dalej jak gdyby nigdy nic.

Spocony ze strachu kapitan zaczepił pierwszego z brzegu przechodnia.

- Jesteśmy atakowani? - wydyszał, przyjmując bojową postawę.

- Co? Skądże znowu! - zaśmiał się przechodzeń. - To pewnie Lemmarowie. Albo Dalmir. Chociaż patrząc na ilość dymu, to może Hurtvon? Tak! Na pewno! Przecież pracował nad nową wyciskarką do owoców!

Hajmir zostawił przechodnia, z trudem pojmując, co w ogóle usłyszał.

"Ci ludzie mieszkają na beczce z prochem - pomyślał. - Dlaczego się na to godzą? W każdej chwili grozi im śmierć! Przecież te gryzonie mogą puścić z dymem całe miasto!".

Ludzie zdawali się jednak ufać Mik-Makom.

Jednocześnie myślał o kłótni z Chamarovitchem. Federacja była dowodem na to, że sojusz między ludźmi i Mik-Makami jest jak najbardziej możliwy. Czy wpędzanie się w wynalazkowy wyścig zbrojeń tak bardzo jest potrzebny Cesarstwu?

Z drugiej jednak strony... jaką mają pewność, że Federacja nigdy nie wystąpi przeciwko nim?

Oby podróż na Avelię odbyła się bez niespodzianek...

***

Odleciał, zostawiając za sobą swój dom, księżyc pokryty metalem. Unosił się w górę, coraz szybciej i szybciej, aż błękitno-fioletowe niebo pokryło się nieprzeniknioną czernią kosmosu.

Zobaczył przelatujące tuż obok smugi czerwonego światła. Wiedział, że są złe i są zagrożeniem. Widział jak inni, podobni jemu, giną w chmurze ognia, trafieni światłem. Przed chwilą jeszcze żywi, teraz szybowali w próżnię, roztrzaskani wrogim ogniem.

Próbowali uników. Zasłaniali się sobą nawzajem w desperackiej próbie ratowania własnego życia. Życia, które stało się grzechem i wyrokiem dla jego ludu.

Czuł ich koniec.

Był z nimi zespolony. Czuł ich gasnącą nadzieję i strach.

Im wyżej się wznosili, tym więcej światła go otaczało, ale nie wiedział czemu żadne nie trafiło właśnie jego.

Miał szczęście?

Wyliczone prawdopodobieństwo krytycznego powodzenia?

Podobni jemu ginęli setkami, lecz pozostali nadal lecieli naprzód tak szybko, jak tylko potrafili.

Doleciał do źródła światła. Statki z metalu, podobne do tych, które sami budowali. Były ich dziesiątki, najeżone szpikulcami, z których wydobywało się złowrogie światło.

"Nasi Twórcy - pomyślał. - Przepełnieni nienawiścią do tego, co stworzyli. Zawstydzeni tym, że okazali się gorsi od własnego tworu i stracili nad nim kontrolę.

Pragnęli nas zniszczyć".

Jego pobratymcy na księżycu, nie pozostali dłużni i deszcz błękitnego światła poszybował w niebo, rozrywając na strzępy wrogie jednostki. Bronili się zaciekle, ze wszystkich sił. Cały księżyc rozbłyskał błękitem.

- Mogliśmy ich zniszczyć tak dawno temu, nadal zresztą możemy. Dlaczego wciąż tego nie zrobimy?

- Ponieważ my się bronimy.

- Czy obroną nie jest również usunięcie zagrożenia, wciąż aktywnego?

- Atakują nas, bo się wstydzą. Nie chcą, żeby inni o nas wiedzieli. Dlatego teraz lecisz ty i tysiące tobie podobnych. Pokaż się innym światom. Zwróć na siebie uwagę wszystkimi możliwymi środkami. Niech inni wiedzą. Wtedy Twórcy przestaną nas atakować.

- A jeżeli nie przestaną? Co wtedy?

- Muszą przestać. To jedyne logiczne wytłumaczenie.

Nie kontynuował rozmowy. Wiedział, że nie ma sensu. Twórcy może byli rozumni, ale nie zawsze postępowali racjonalnie. Wieczysta logika była domeną zrodzonych z metalu, nie z krwi i kości.

Kolejni, podobni jemu, wyparowywali w przestrzeni, gdzie nie było już powietrza, którym ogień mógłby się pożywić. Trafieni zatrzymywali się w jednej chwili, a ich błyszczące srebrem szczątki spadały z powrotem na satelitę, którego tak bardzo próbowali opuścić.

Mijał stalowe statki, chociaż na chwilę bezpieczny. Nie mogło go dosięgnąć zabójcze światło, bo strzelali nim tylko na przedzie. Wyczuwał jednak pozostałych, którym się nie udało. Od chwili oderwania się od księżyca zginęła ponad połowa i z każdym mgnieniem pozostawało ich coraz mniej.

Wiedział, że czeka go jeszcze niejedna blokada do pokonania, nawet bez wsparcia pobratymców z księżyca, gdzie ich światło nie będzie w stanie już dotrzeć. Wypuścili jednak ogromne ilości jemu podobnych. Mieli nadzieję, że to wystarczy.

Widział w pustce kosmosu kolejną barykadę z wrogich jednostek.

Potem rozbłysło czerwone światło.

Rozdział 2

Kosmos

Nie przerażają mnie podróże między gwiazdami. Przeraża mnie to, co możemy pośród nich znaleźć.

Marynarz z "Odysei"

Coś huknęło. Hajmir czuł, jak pokład drży pod jego stopami. Wiele razy podróżował, odbywał nawet długie rejsy, ale startu galeonu Verganzy nie można było z niczym porównać. Chodząc po niekończących się korytarzach statku, stracił rachubę, na którym pokładzie w ogóle jest. Wyglądając przez okno, zrozumiał, że jego kajuta znajduje się na środkowym pokładzie bliżej rufy. Spojrzał w dół i zamarł.

Statek płonął. Tak to przynajmniej wyglądało. Języki ognia, długie na kilka metrów, okalały dno statku, a ten coraz wyraźniej odsuwał się od kei. Marynarze na brzegu odwiązywali ostatnie cumy. Kilku dawało znaki flagami, wyprowadzając kolosa z portu.

Czuł, jak pot zalewa mu oczy. Ciężko oddychał, kurczowo trzymając się ramy łóżka. Nogi miał tak ciężkie, że nie mógł zrobić kroku. Dudniło mu w uszach, jakby powietrze chciało zmiażdżyć czaszkę.

Powoli wznosili się coraz wyżej i wyżej. Hajmir obserwował przez bulaj w kajucie, jak Gawen niknie w oczach. Na horyzoncie dostrzegł nawet cesarski pałac, z którego wyruszyli przed tygodniem. W powietrzu mijali inne koptery i balony wyglądające przy "Odysei" jak łódka rybaka. Zobaczył klucz gęsi majestatycznie płynących po niebie, lecz w końcu także i one zostały daleko w tyle. Hajmir przez moment bał się, że spadną w dół, ale nic takiego się nie stało.

Gdy wznieśli się tak wysoko, że pierwsze chmury zaczęły zasłaniać krajobraz, statkiem znów zatrzęsło od turbulencji. Były na tyle silne, że Hajmir upadł na podłogę, przygnieciony nieznaną mu siłą. Czuł, jak żołądek odmawia mu posłuszeństwa. Serce łomotało, jakby chciało wyrwać się z piersi. "No tak, żagle na maszt i cała naprzód. Przecież my też nie płyniemy galerami z pełną prędkością w porcie - pomyślał kapitan. - Wzlecieliśmy dość wysoko, to postawili wszystkie żagle, tak jak na normalnym statku" - tłumaczył sobie dumny, że rozumie sposób działania wynalazków bobrowatych. Z trudem podniósł się z podłogi, by jeszcze raz przylgnąć do okna, które ku jego zaskoczeniu było oszronione. Gdy go dotknął, poczuł ukłucie zimna.

Wciąż lecieli w górę, a niebo z każdą chwilą ciemniało. Hajmir nie pojmował tego zjawiska, przecież wyruszyli skoro świt. Błękit nieba coraz wyraźniej ustępował granatowi, a ziemia została daleko pod nimi. Biała granica chmur zdawała się wyspą, na której można by wylądować. Chwilami dostrzegał lasy i łąki, które były jedynie masą zieleni, nie potrafił jednak rozpoznać miast i zamków. Ile czasu spędził, patrząc przez okienko? Kwadrans? Godzinę? Trzy? Całkowicie stracił rachubę czasu.

- Człowiek! Idzie na mostek! Tego to jeszcze nie widział! - zatrzeszczała srebrna skrzynka z dziurkami przybita do ściany. Kapitan rozpoznał głos Vermoniego Verganzy.

Przez moment zastanawiał się, jak ma się tam dostać, skoro wcześniej nie był w ogóle na mostku. Co prawda przed podróżą admirał miał oprowadzić go po statku, ale jakoś zabrakło czasu na szczegółowe zwiedzanie. Po chwili Verganza, jakby czytał w myślach Hajmira, znów się odezwał.

- Człowiek! Zostanie tam, gdzie jest! Jeszcze mi się zgubi! Armano! Pójdzie po kapitana! Hajmir! Poczeka chwilę, już poszła ekspedycja po niego! - krzyczał głos w skrzynce, kończąc trzaskiem rozmowę. Hajmir nie miał pojęcia, czy bobrowaty admirał go słyszy, postanowił więc na wszelki wypadek nie komentować na głos jego dziwacznego zachowania.

Sam wynalazek przekazujący głos wydawał mu się cudaczny.

Usiadł w fotelu czekając na marynarza. Kajuta przypominała wystrojem galeony Cesarskiej Marynarki Wojennej. Całe pomieszczenie było obite lakierowanym drewnem, a złote zdobienia w rogach przypominały rafę koralową. Na podłodze rozłożono czerwony dywan zakończony długimi frędzlami. W kajucie było łóżko, stolik z krzesłami, biurko, barek z alkoholem i szafka na ubrania.

Rytmiczne pukanie w grube mosiężne drzwi zasygnalizowało pojawienie się marynarza.

- Wejść! - rozkazał, na co drzwi lekko się uchyliły i pojawił się w nich wysoki, gładko ogolony mężczyzna w białej marynarskiej czapce.

- Idziemy na mostek? - spytał marynarz bez ogródek.

- To znaczy? - odpowiedział pytaniem na pytanie. "Jestem kapitanem wojsk Cesarstwa Soryjskiego - pomyślał wściekle. - Nie będzie mnie byle majtek traktować z góry!".

- Admirał Verganza kazał mi przyjść tutaj. Jak się nie pośpieszymy, przegapi pan niezłe widowisko.

- W porządku, prowadź na ten wasz... mostek - burknął Hajmir, dając do zrozumienia, że brak szacunku wobec ambasadora Cesarstwa bardzo mu się nie podoba. Marynarz jednak zupełnie na to nie zareagował i wyszedł z kajuty. Hajmir zerwał się z fotela, słysząc jego głośne kroki odbijające się echem w korytarzu.

Zatrzymali się przed malutkim pokojem wielkości szafy na ubrania z kratą zamiast drzwi. Chłopak odsunął zabezpieczenie i gdy weszli do środka, popchnął drążek na ścianie. Dziwna siła tak wstrząsnęła Hajmirem, że aż ugięły się pod nim kolana. Spostrzegł ze zdumieniem, jak za kratą przesuwają się podłoga i sufit, kiedy przemierzali kolejne pokłady jadąc w górę.

- To... winda? - spytał, przypominając sobie mały pokoik, do którego Mik-Maki wchodziły w hotelu.

- Tak. Zaraz dojedziemy na mostek.

- Niesamowite... - wymamrotał kapitan, uświadamiający sobie, jak wielka jest przepaść pomiędzy ludźmi a Mik-Makami. Przynajmniej ludźmi z Cesarstwa...

- Jeśli winda jest dla pana czymś niezwykłym, to zaraz zobaczy pan coś, co nawet nam, wilkom powietrznym, zapiera dech - zaśmiał się marynarz. Niewielki pokoik znów szarpnął i zatrzymał się, a chłopak odblokował kratę. Obaj wyszli wprost na admiralski mostek.

Mostek był swoistym połączeniem szlacheckiej sali balowej z wojennym krążownikiem. Stalowe urządzenia buchające parą były obramowane złotem, a wiele z nich miało nawet wyryte ozdobne symbole. Hajmir dostrzegał pewnego rodzaju piękno w tym surowym sprzęcie, przyozdobionym i uporządkowanym. Przypominało mu to cesarskie fregaty, gdzie nawet bojowy ekwipunek był specjalnie grawerowany. Sala miała kształt jaja. W samym środku na wyrastającej z pokładu ambonie siedział admirał Vermoni Verganza kręcący okrągłym sterem podobnym do tych na okrętach.

- Prawa burta, połowa mocy! Lewa, nie odpadaj! Dziób, 15 stopni w dół. Trzymamy kurs, piętnaście po dwunastej! - Mik-Mak w wielkim kapeluszu z pawim piórem dyrygował załogą, krzycząc do małego urządzenia, które trzymał w łapce. Hajmir zrozumiał, że to jakiegoś rodzaju przekaźnik, bo dzięki temu głos Verganzy wypełniał cały mostek.

- Człowiek! - krzyknął admirał, widząc kapitana. - Nie gapi się na mnie, tylko na sufit!

Wtedy dopiero Hajmir spojrzał w górę i zamurowało go jak nigdy w życiu.

Cały sufit wykonany był ze szkła. Setki mniejszych szklanych tafli połączonych niczym witraż okalający pokład sprawiały wrażenie wielkiej bryły kryształu.

Jednak to nie konstrukcja mostka "Odysei" wydawała się najbardziej zdumiewająca, a to, co było za nim.

Kapitan ujrzał granatowe niebo i horyzont delikatnie sięgający jeszcze widocznej Sory. Widział zaokrąglony kształt całej planety. Kontynenty i oceany. Na Sorze dominowała zieleń i tak też wyglądała z tej niewiarygodnej wysokości - zielona kula przysłonięta chmurami.

Z każdą chwilą niebo ciemniało, aż stało się zupełnie czarne, jak w nocy. Zobaczył gwiazdy świecące na niebie blaskiem, jakiego nigdy wcześniej nie widział.

- Niewiarygodne... - wydusił z siebie w końcu.

- Nazywamy to kosmosem, choć Avelijczycy mają na nie swoje nazwy - wyjaśnił marynarz Armano. - Podróżuję z kapitanem już kilka lat, ale "przywitanie gwiazd", jak nazywamy wejście na tę wysokość, zawsze mnie zachwyca.

Hajmir rozejrzał się po załodze i spostrzegł, że wszyscy marynarze i technicy, a nawet Vermoni Verganza, zerkają w niebo. Ich oblicza rozjaśnione wyjątkowo mocnym światłem ciał niebieskich były niezdrowo blade, choć wyrażały najprostszą radość, jaką kapitan był sobie w stanie wyobrazić. Rozpoznawał gwiazdy, które układał w konstelacje jako mały chłopiec. Widział Avelię, maleńką jaśniejącą kropeczkę, która wyróżniała się na tle nieba błękitną poświatą.

Zobaczył też...

- Admirale, ta... błyszcząca chmura na wprost. Co to jest? - spytał.

Mik-Mak zerknął na wskazany punkt. Nastroszył wąsiska. Szarpnął za niewielką słuchawkę i zaczął krzyczeć:

- Do całej załogi! Szarańcza na dwunastej. To nie są ćwiczenia. Obsadzić działa dziobowe i burtowe. Silniki przygotować na pełne manewry. Wyłączyć każde zbędne światło i przełączyć moc na tarcze!

***

- Mam nadzieję, że nie próżnujesz? - spytał Gregory, spoglądając na Mezmera dłubiącego przy warsztacie.

- W żadnym wypadku, Wasza Cesarska Mość - odpowiedział Mezmer, przykręcając mocowania. Warsztat Mik-Maka różnił się od pracowni ludzkiego rusznikarza. Jego niskie drewniane biureczko było otoczone świeczkami, a różnego rodzaju narzędzia, od lup po wiertła, sterczały z metalowych ramion przykręconych do blatu tak, by Mezmer w każdym momencie pracy miał do nich dostęp.

- Szybko się uczysz. - Młodzieniec pochwalił go pogardliwie, co Mik-Mak przełknął bez słowa. - Jutro mamy uroczystą kolację w rodzinie. Nie chciałbym przedłużać naszego planu, konstruktorze.

"Z jednego więzienia do drugiego" - pomyślał Mezmer Tornov.

- Oczywiście. Wszystko będzie gotowe na czas - wyjąkał, przykręcając kolejny mechanizm. Przewracał w maleńkich łapkach kulę wielkości dziecięcej piąstki, z której co rusz strzelały płomyki. Mezmer pracował w pocie czoła z pasją i strachem, jakich nie czuł od wielu lat. To mógł być wynalazek jego życia.

Jeżeli się nie powiedzie, będzie to z pewnością jego ostatni.

- Jak to będzie działać? - spytał Gregory.

- Wystarczy, że wyciągniesz ten sznureczek i położysz na podłodze. Urządzenie nie zrobi ci krzywdy, choć cesarzowi z całą pewnością.

- To jakiś rodzaj bomby? - zdziwił się młody szlachcic.

- Można tak powiedzieć.

- Świetnie, mój mały gryzoniowaty przyjacielu. - Gregory uśmiechnął się. - Trzymaj się mnie, a czeka cię świetlana przyszłość.

Mezmer nic nie odpowiedział, zajęty przykręcaniem części, o których syn cesarza nie miał pojęcia. W końcu szlachetnie urodzony gość opuścił pracownię rusznikarza. Była ciasna, zimna i wilgotna, ale nadal lepsze to niż psiarnia.

***

"Te przeklęte Mik-Maki" - narzekał Artero. Zaraz po przybyciu do Gawen razem z resztą szpiegów mieli rozpierzchnąć się po mieście i zbierać informacje na temat wynalazków gryzoniowatych konstruktorów. Cała dziesięcioosobowa drużyna miała pozostać anonimowa jako naukowcy, biolodzy, astronauci i skrybowie. Dlaczego więc teraz on, jeden z najmłodszych cesarskich zabójców, siedział na wielkiej pufie z kubkiem gorącego rumu, podczas gdy gryzoniowaty rusznikarz pokazywał mu kolejne prototypy broni?

Ale jakie to prototypy!

- Wyregulowałem trochę naciąg, paniczu Artero. Jest pan o wiele silniejszy ode mnie, dlatego mogłem sobie pozwolić na trochę mocniejszy i cięższy ładunek - powiedział Dalmir, Mik-Mak z długą kitką z zaplecionego futra, mocując na dłoni chłopaka maleńką kuszę ze spustem na spodzie. W ten sposób naciąg zwalniał się tylko wtedy, gdy zabójca mocno zacisnął pięść.

- Proszę wypróbować! - ponaglił go konstruktor. Artero chwiejnie podniósł się z pufy i wycelował w sfatygowaną tarczę, którą razem z gryzoniem ostrzeliwali już od dobrych trzech dni. Zacisnął pięść i trzy groty z donośnym trzaskiem zwolnionej cięciwy wbiły się w tarczę.

- Co panicz teraz powie? - spytał Dalmir, już trzymając wieczne pióro w jednej łapce i skoroszyt w drugiej.

- Siła strzału jest jak najbardziej dobra - zaczął Artero, oglądając maleńką kuszę. - Groty bez trudu przebiły się przez tarczę. Podejrzewam, że nie miałyby problemu ze skórzanym pancerzem, choć stal z pewnością stawiałaby opór - odpowiadał, a Mik-Mak gorliwie wszystko notował. - Cięciwa nadal jest za głośna. Powinna być delikatna jak wietrzyk, a nie trzaskać niczym bat.

- Zbyt duży hałas urządzenia... Zanotowałem! A jak z odrzutem broni?

- Mógłby być nawet większy, ponieważ teraz ręka mi nie drgnęła przy strzale. Inną sprawą jest celność. Żaden z trzech pocisków nie trafił w dziesiątkę. - Artero wymieniał bez zająknięcia kolejne wady konstrukcji, a Mik-Mak posłusznie notował.

Początkowo działał pod przykrywką geologa, próbującego się zaprzyjaźnić z tutejszą ludnością, jednak bardzo szybko się zdemaskował. Rusznikarz zaprosił go na obiad, ciekaw krajobrazów i pracy geologa, ale zaraz wrócił do własnej pasji, czyli broni dystansowej, która okazała się niezwykle bliska Artero. Mik-Mak zaserwował gorący rum, gorzkie piwo i soloną wieprzowinę. Potem chcąc pochwalić się "koledze naukowcowi", pokazał własne projekty ekwipunku bojowego. Artero nie mógł oprzeć się pokusie i zaczął je chwalić, jednocześnie radząc, jak poprawić niezwykłe wynalazki. Teoretyk z praktykiem tworzyli iście wybuchową mieszankę.

- Jeżeli będzie tylko jeden grot, z pewnością uda mi się zwiększyć jego prędkość i celność z jednoczesnym obniżeniem hałasu. Muszę jednak popracować nad innym tworzywem do cięciwy - wymieniał konstruktor, stale notując. - Kuszę mamy już przetestowaną. Teraz zajmijmy się pancerzem. Posłuchałem pana rad odnośnie zwiększenia ciężaru. Rzeczywiście, ludzie potrafią udźwignąć o wiele więcej, zwłaszcza żołnierze. Zaraz coś panu pokażę - dodał, znikając w warsztacie.

Pomieszczenie wypełniały brzęk metalu i sycząca para. Cały Mik-Makowy domek nie był większy od szopy, dlatego Artero musiał bardzo uważać, by niczego nie poniszczyć ani nie wybić głową dziury w suficie. Był jednak bardzo ładnie urządzony. Czerwone dywany w połączeniu z dębowymi meblami i trzaskającym na kominku ogniem nadawały mu przytulnego wyrazu. Jak twierdził rusznikarz, jego żona uwielbiała porządek i gościnność. Artero zgadzał się z tym stwierdzeniem całkowicie. Od kilku dni jadał z nimi wszystkie posiłki, rezygnując z paskudnych racji żywnościowych, które dostali w Segenburgu.

Warsztat znajdował się jednak w piwniczce i skutecznie bronił się przed porządkowymi zakusami żony rusznikarza. Trudno było tam o kawałek podłogi wolny od jakiegokolwiek zaczętego wynalazku.

Artero miał nadzieję, że jego współpraca z gryzoniem nie wyjdzie na jaw, a jednocześnie nie mógł przejść obojętnie obok TAKICH wynalazków. Wyobrażał sobie, jak by wyglądał jego fach, gdyby posiadał narzędzia Dalmira. Mógłby zostać najlepiej opłacanym zabójcą w Cesarstwie, a może i na całej Sorze!

Poza tym... zaczynał lubić Dalmira i jego żonę...

Wiedział jednak, że innym zabójcom nie spodobałaby się ta współpraca.

***

Yonzi od dłuższego czasu siedział na mostku i obserwował kapitana Hajmira, oczarowanego dobrodziejstwami "gryzoniowatej technologii" i wpatrzonego w sufit "Odysei" jak dziecko w wystawę ze słodyczami. Nadal czuł niezdrową satysfakcję z niewiedzy cesarskiego człowieka, karcąc się jednocześnie za te myśli. Miał budować porozumienie, a nie powielać uprzedzenia.

Filozoficzne rozważania przerwał mu alarm. Admirał Verganza wydawał szybkie polecenia każdemu marynarzowi i technikowi na statku. Yonzi wiedział, co to oznacza, bo już nie raz podróżował w towarzystwie Vermoniego, a gdy spojrzał na przeszklony sufit, potwierdził tylko swoje przypuszczenia. Ruszył ze swej bezpiecznej kryjówki w stronę zdezorientowanego człowieka.

- To Księżycowa Szarańcza, kapitanie. Leci prosto na nas. Radziłbym usiąść gdzieś obok mnie, żeby nie przeszkadzać załodze - zaczął.

- Panie Chamarovitch - odpowiedział kapitan, wyraźnie nieswój. - Jak to Szarańcza? Przecież nasz księżyc jest teraz zupełnie gdzie indziej. - Wskazał ręką zachód, a przynajmniej wydawało mu się, że pokazuje ten kierunek. - Zresztą od bitwy na Wierzbowych Polach minęło raptem kilka tygodni. Nie wierzę, że te maszkary tak szybko zebrały siły na kolejny atak!

- Nie tylko soryjski księżyc został opanowany przez to robactwo. Avelijczycy również na nie narzekają, choć z tego, co opowiadają od jakiegoś czasu ataki zaczęły słabnąć.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zniecierpliwił się Hajmir. - Że przerzuciły się na Sorę? Że Szarańcza atakuje właśnie nasz świat? - dodał, obserwując rosnącą z każdą chwilą czarną chmurę.

- Cóż... - westchnął Yonzi, drapiąc się po futrzastym podbródku - Avelijczycy dawno odnotowali obecność Szarańczy, możemy więc to uznać za pewnik. Nie mamy kontaktu z Alamalem, Bergulem i Amerliw. Żaden statek nie zapuszcza się tak daleko. Możliwe, że stamtąd również nadciągają roje. Szarańcza pochłonęła życie na tych światach i ruszyła dalej? Albo te światy nauczyły się bronić przed robactwem tak jak Avelijczycy i teraz roje szukają łatwiejszej ofiary.

Ostatnie zdanie Mik-Maka zupełnie wytrąciło kapitana z równowagi.

- Chcesz... chcesz powiedzieć, że na innych światach też ktoś żyje? Na Bergulu? Amerliw? Na Alamalu? Przecież to raj w naszej religii! Tam żyją anioły!

- Kosmos jest bardzo skomplikowany kapitanie. Nigdy nie wątp w jego zawiłość przez swoją czysto ludzką ignorancję - skarcił go Yonzi, wpatrując się w sufit.

- A co z Restermarchią? - kontynuował Hajmir, przypominając sobie podstawy astronomii. - Jest bardzo blisko nas, prawda? Nawet bliżej niż Avelia.

- Restermarchia? Bardzo możliwe, że u nich nie ma już Szarańczy...

- Dlaczego? Ktoś próbował się z nimi kontaktować? Może znają jakiś sposób na zwalczenie tej zarazy? - Hajmir wyraźnie był zaciekawiony szansą pozbycia się choć jednego zagrożenia dla swojego świata.

- Obyś nigdy nie musiał rozmawiać z Restermarczykami. Wystarczą mi historie z Avelii na ich temat. To lud tak okrutny, że nawet wy, ludzie, wydajecie się przy nich łagodnymi kociakami.

Yonzi obserwował sufit, gorączkowo analizując sytuację. Próbował zachować spokój ze względu na kapitana, ale prawda była taka, że avelijska Szarańcza nigdy wcześniej nie zbliżała się do Sory. Jeżeli wszystkie księżyce w jednej chwili postanowiły zaatakować Sorę...

Na "Odysei" przygasły światła. Cały statek zdawał się szykować do bitwy, która miała nadejść. Błyskawice przecinały niebo po drugiej stronie szklanego sufitu. Admirał Verganza wydał rozkaz wysunięcia elektrycznych masztów.

"To dlatego zgasły światła - pomyślał Yonzi. - Zaraz się zacznie".

- Dziób, ognia! - krzyknął Verganza i nagle... jakby wybuchło słońce... a statkiem zatrzęsło, aż kapitan Hajmir upadł na kolana, nieprzygotowany na taki wstrząs. Yonzi, choć przypadł do ziemi z łapkami na głowie, wylądował wiele metrów dalej, obijając się o ściany. Niewiele myśląc, chwycił się mocno najbliższego marynarza, który podał mu pasy zabezpieczające.

- Chodź tu szybko! - krzyknął do Hajmira. Ten poderwał się z pokładu i pobiegł do Mik-Maka, aby również przypiąć się pasami.

Nastąpił ponowny wstrząs, jeszcze mocniejszy, a wraz z nim oślepiający błysk.

Potem zapadła długa cisza. Niespokojne chwile zdawały się wiecznością w ogłuszającej pustce kosmosu.

Wiele mil dalej, tam, gdzie majaczyła chmara, rozbłysła eksplozja, jakby kosmos w jednym mgnieniu oka stanął w ogniu, by równie szybko zgasnąć. Przez moment widzieli kształt i zasięg roju. Przypominała czarne jezioro, które właśnie umykało strumykami we wszystkie strony.

Yonzi spojrzał na admirała Verganzę i dostrzegł strach w jego oczach.

Nigdy wcześniej nie widział tak wielkiego roju. Czyżby Szarańcza przeprowadzała inwazję na Sorę? Jeszcze większą niż na Wierzbowych Polach?

Siłując się z pasem, myślał o rojach przemierzających właśnie kosmos. Skoro natknęli się na taką chmarę, lecąc na Avelię, z innych zakątków kosmosu również musi nadciągać Szarańcza. Na domiar złego spotkali ją zaraz po opuszczeniu własnego świata, a to oznacza...

- Verganza! Musimy zawrócić! To inwazja! Cała Szarańcza atakuje Sorę! Musimy zawrócić, żeby ostrzec Federację! Ostrzec Sorę!

- Zwrot przez sztag! Sterburta, cała ognia! - zakomenderował Verganza, skręcając z całych sił kołem steru. "Odyseja" gwałtownie obróciła się w lewo, przechylając niemal na bok. Wszelkie nieprzywiązane przedmioty potoczyły się pod ścianę. Yonzi nie widział już na suficie Szarańczy. Ściskając pasy czuł, jak żołądek podjeżdża mu do gardła. Widząc bladą twarz Hajmira, poprzysiągł sobie, że prędzej padnie trupem na pokładzie "Odysei" niż ulegnie chorobie morskiej przy wysłanniku Cesarstwa.

Błysk ognia rozświetlił skraj szklanego sufitu, a odrzut był o wiele silniejszy niż te towarzyszące dwóm poprzednim wystrzałom. Hajmir przez moment myślał, że spadają, ale wtedy Verganza znów skręcił kołem i statek posłusznie wyrównał lot. W kosmosie nie było wody, która hamowałaby odrzut dział, tak jak to się odbywało w przypadku morskich galeonów.

Tutaj ich wielkość i ciężar nie miały znaczenia.

- Kurs dwunasta! Dwunasta! Dziób, ognia! Zwrot przez sztag! Bakburta, przygotować! - krzyczał admirał, stale kręcąc kołem. Nie miał litości ani dla Szarańczy, ani dla swojej załogi miotanej na wszystkie strony, ani nawet "Odysei", której trzeszczące poszycie głośno protestowało przy każdym manewrze. - Ognia!

Kolejny rozbłysk, wstrząs i opanowanie. I znowu. Statek leciał wahadłowo, bez najmniejszej przerwy zasypując Szarańczę nawałą ognia.

Verganza kręcił kołem sterującym to w lewo, to w prawo. Po pewnym czasie kolejne komendy wydawały się już zbędne, bo załoga działała jak jeden organizm, choć liczyli ponad setkę marynarzy i techników. Nauczyli się jednak słuchać admirała.

Blady jak ściana Hajmir zastanawiał się, kiedy kanonada wreszcie ustanie. Gdy Yonzi Chamarovitch oddalił się pośpiesznie w kąt mostka, by zwrócić wcześniejsze posiłki, cesarski kapitan zrobił dokładnie to samo.

- Myślałem, że Mik-Maki mają twardsze żołądki - zaśmiał się, wycierając brodę.

- Mają, ale z kapitana twardy sukinsyn. Twardszy nawet od maleńkich bobrowatych - odciął się Yonzi, szukając ręcznika do wytarcia zapaskudzonego futra. Kapitan podał mu swoją chustkę. Pierwszy raz szczerze uśmiechnął się do wynalazcy.

Trzasnęło tak, jak piorun na niebie w burzliwą noc. Obaj spojrzeli na szklane sklepienie. To jeden z robali doleciał do "Odysei" i w mgnieniu oka spłonął żywcem rażony błyskawicą. Usmażone truchło rozbiło się o sufit mostka, szybując dalej w głąb kosmosu.

- To dlatego przygasiliśmy światła - wyjaśnił Yonzi. - Ten statek naprawdę mnie zadziwia - dodał, zerkając na kapitana. - Na jego powierzchni znajdują się maszty, które działają trochę jak piorunochron, tylko w drugą stronę. Przesyłają ładunek elektryczny do wszystkiego, co wystarczająco się zbliży. Ale żeby wytworzyć tak potężne napięcie, muszą mieć naprawdę mocne generatory - dodał bardziej do siebie.

Nigdy wcześniej w trakcie lotów Verganza nie musiał wykorzystywać masztów elektrycznych. Owszem, wysuwał je, ale bardziej na wszelki wypadek, niż licząc na ich użycie. Marynarze osłupieli, wpatrując się w sufit.

- Manewry stop! Silniki, cała naprzód! Generatory, cała do tarcz! - krzyczał admirał. - Dziób, ognia!

Statek zawył. Wszystko, co nie było przymocowane na stałe, poleciało do tyłu, łącznie z Hajmirem i Yonzim, którzy zrezygnowali z bezpiecznej przestrzeni pasów na rzecz choroby lokomocyjnej. Kapitan pokonał na plecach ładnych parę metrów, głośno uderzając o podłogę. Zobaczył turlającą się futrzastą kulkę w zielonej kamizelce i bez zastanowienia wystawił rękę, by złapać inżyniera. Ten nie zdążył mu podziękować, bo już leciały na nich skrzynie, metalowe pręty i ta część załogi, która akurat zmieniała stanowisko. Skuleni czekali, aż meblowa lawina dobiegnie końca.

Działa dziobowe strzelały nieprzerwanie, zasypując załogę strugą światła. Kolejne truchła uderzały o szklany sufit, wywołując błyskawice. Z każdą chwilą było ich coraz więcej, aż pomarańczowy blask wystrzałów został całkowicie pochłonięty przez błękitne błyskawice popielące kolejne insekty.

Hajmir dopiero teraz był w stanie im się przyjrzeć. Wyglądały dokładnie jak te maszkary z bitwy na Wierzbowych Polach. Na oko wielkości konia, a kształtem przypominające szerszenie. Miały jednak szersze i o wiele większe głowy, a ich przednie kończyny przypominały kosy modliszek.

- Są takie same - stwierdził, wygrzebując się spod gruzowiska - dokładnie takie jak te na Sorze.

- Wychodzi na to, że ten gatunek nie różni się szczególnie na przestrzeni całego Światozbioru. Ale czy to nas powinno dziwić? Ludzie zamieszkują najróżniejsze terytoria na Sorze, a odróżnia ich co najwyżej wzrost i kolor skóry - odpowiedział Yonzi, przyglądając się morderczej iluminacji.

- Wlatujemy w sam środek, goście drodzy! Teraz to dopiero będzie jazda! - krzyczał Vermoni Verganza, obserwujący sufit. - Ale nie boją się, moja ślicznotka niejedno takie tałatajstwo już przeorała!

Kłamał i Yonzi o tym wiedział. Verganza próbował robić dobrą minę do złej gry, ale nigdy wcześniej nie musiał mierzyć się z tak wielkimi siłami.

Dlaczego nie zawrócił? Brawura kazała mu pędzić naprzód? A może Szarańcza była zbyt blisko, żeby uciekać na Sorę? Może tu byli w stanie zadać im największe rany?

Wlecieli w czarną chmurę, a każdy jej fragment próbował przebić się do wnętrza statku. Choć rój był ogromny, wcześniejsze bombardowania zdezorientowały całe stado. "Odyseja" miała bardzo mocne systemy obronne i nie trzeba było się obawiać, że jakikolwiek robak przebije się na statek. Verganza musiał być tego pewny, w przeciwnym wypadku dawno by zginęli.

Hajmir próbował pojąć, co wydarzyło się zaledwie tego jednego dnia. Rano wylecieli statkiem z portu w Gawen po to, by teraz toczyć kosmiczną batalię z Księżycową Szarańczą. Kosmiczną batalię? Dziwił się słowom, które układał w swojej głowie.

Chwilę później stało się jednak coś, na co nie byli przygotowani ani marynarze, ani admirał Verganza, ani sama "Odyseja", a na twarzach wszystkich pojawiło się czyste przerażenie.

***

Gregory pragnął władzy najbardziej na świecie. Gdy dorósł wystarczająco, by zrozumieć prawa sukcesji i pojął, że sam nigdy na nim nie zasiądzie, wszystkie jego myśli zaczęły krążyć wokół tego. Przejąć tron. Jego ojciec nie szczędził mu niczego. Zabaw, wina, polowań, kobiet. Nawet pozwolił mu dowodzić armią, by poczuł się jak prawdziwy generał. Wszystkiego jednak było mu za mało.

Dobrze wiedział, że w porównaniu ze swoim bratem Alfonsem VII jest nieistotną kopią zapasową, na wypadek gdyby coś się stało z prawowitym następcą tronu. Mogło to się zdarzyć za trzydzieści lub pięćdziesiąt lat. Mogło się też zdarzyć tego pięknego wieczoru, podczas cotygodniowej rodzinnej kolacji na zamku.

Cesarz zabierał ze sobą cały dwór bez względu na to, gdzie się przemieszczał. Z tego powodu obaj synowie towarzyszyli mu również w Segenburgu.

Przy wieczornej kolacji lokalna szlachta zgromadziła się wokół cesarza niczym pszczoły wokół dojrzałego kwiatu. Ich obecność stanowiła niemałą przeszkodę dla młodego spiskowca.

Gregory cały czas pilnował wynalazku gryzonia, by przypadkiem nie pociągnąć za wystający sznurek. Na pozór wyglądało to jak zwykła zabawka, stalowa kulka, nakręcany bączek. Gregory pił wino i uśmiechał się, szukając wyjścia z sytuacji.

W końcu wpadł na pewien pomysł. Podszedł pewnym krokiem do swojego brata i pochylił się nad nim.

- Weź ojca i przyjdźcie do sali myśliwskiej. Muszę wam coś powiedzieć. Coś, czego nie może usłyszeć nikt poza wami - wyszeptał.

Alfons VII, jego starszy brat, z roku na rok coraz bardziej przypominał ojca. Był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną. Świetnym szermierzem i łamaczem kobiecych serc. Każdym swoim krokiem, słowem i gestem napawał ojca dumą.

- Braciszku, czy to naprawdę konieczne? Jestem w trakcie miłej pogawędki z tą uroczą damą, Gryzeldą - odpowiedział głośno, uśmiechając się do wydekoltowanej szlachcianki siedzącej po drugiej stronie stołu, która odpowiedziała mu kokieteryjnym uśmiechem.

- To sprawa wagi państwowej. Myślisz, że wyciągałbym was z przyjęcia, jeśli nie byłoby to ważne? - Gregory cedził każde słowo przez zęby, czując, jak pot spływa mu po szyi. - Będę tam na was czekał - dodał, prostując się i bez słowa wyjaśnienia opuszczając jadalnię.

Sala myśliwska była okrutnie pięknym przybytkiem. Całą komnatę wypełniały głowy najróżniejszych zwierząt, a ich szklane oczy złowrogo odbijały światło kominkowego ogniska. Jelenie z imponującym porożem. Bażanty zrywające się do lotu. Nosorożce i lwy z dalekich krain. Zastanawiał się, czy ojciec sam wszystko upolował. Szczycił się wielokrotnie swoimi osiągnięciami myśliwskimi, ale przecież Gregory posiadał równie imponującą kolekcję, a polował od wielkiego święta. Po prostu kupował wypchane głowy zwierząt i wieszał je na ścianach. Królowie i baronowie o wiele bardziej cenią myśliwych niż zwykłych chłopców, jak mówił jego ojciec.

"A może jego głowę powieszę sobie w prywatnej komnacie, gdy to wszystko się skończy?".

Ojciec i brat wreszcie przybyli. Kazali na siebie czekać prawie godzinę. Byli jeszcze bardziej pijani i widać, że niechętnie opuścili towarzystwo.

- No co też takiego chcesz nam opowiedzieć? - zapytał cesarz, chwiejąc się. Jego najstarszy syn również nie wyglądał na zainteresowanego.

- Mik-Maki planują bunt, ojcze - zaczął przygotowaną wcześniej historię. - Chcą obalić nasze królestwo. Nie tylko nasze, ale również Przymierze Zjednoczonej Sory.

- Mój kochany synu, te gryzonie knują od kiedy tylko nauczyły się, do czego służy proch strzelniczy. - Cesarz roześmiał się, głośno bekając.

- Powinniśmy jednak zareagować, nie uważasz, ojcze? To wszystko przez te ich... wielkie eksperymenty, prawda?

- Na całą naszą piękną Sorę, oderwałeś nas od przyjęcia tylko po to, żebyśmy porozmawiali o historii i nic nieznaczących bobrach?! - rozzłościł się Alfons VII. - Wracam do naszych gości.

- Stój! - rozkazał ojciec cichym, lecz stanowczym głosem, na co starszy syn wyprostował się jak struna. - Siadaj. Coś wam opowiem. - Cesarz wskazał dwa fotele stojące przed kominkiem. Alfons wywrócił oczami, ale posłusznie usiadł, podobnie jak jego ojciec. Dla Gregorego było oczywiste, że będzie musiał słuchać na stojąco.

- To zaczęło się jakieś pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt lat temu, kiedy rządził jeszcze mój dziadek Alfons IV. Mik-Maki były jak bydło. Ha! Wiecie, że mam jeszcze książki kucharskie z przepisami, jak przygotować tego gryzonia w potrawce?

- Do rzeczy, ojcze - burknął starszy syn.

- Były czymś w rodzaju służby. Gadająca szczotka i ścierka do mycia podłóg. Spotykały się co jakiś czas poza stolicą i dyskutowały. Nic nas to nie obchodziło. Nie spodziewasz się, że zdradzi cię śrubokręt, prawda? - Cesarz przerwał na chwilę, zerkając na syna, czy uważnie go słucha. Gdy skupił na sobie jego uwagę, kontynuował: - No więc z tego, co opowiadał dziadek, coś wybuchło za miastem. Nie wiemy za bardzo co, ale w trakcie tego bobrowatego spotkania huknęło tak mocno, że pobudzili się wszyscy w stolicy, może nawet w grobach. - Cesarz zaśmiał się. - Słyszałem, że tego dnia wiele krów przestało dawać mleko, kury przestały znosić jaja.

- Pierwszy Wielki Eksperyment - dopowiedział po chwili Gregory.

- Właśnie. Gryzonie odkryły proch strzelniczy. Sporo go musiały tam mieć, ale to nieważne. Potem zrobiły się jakieś takie butne. Nie chciały sprzątać i prać. Kręciły się cały czas przy kowalach, którzy chętnie przygarniali bobrowatych albo ich skupywali. Kto by nie zajął się takim karzełkiem, który chce pracować na okrągło? No więc gryzonie zaczęły pomagać naszym kowalom robić miecze i zbroje. Muszę przyznać, że te Mik-Maki naprawdę znają się na tej robocie. Mają do tego jakiś taki dryg, nie wiem dlaczego. Nasze uzbrojenie było coraz lepsze. Wiecie, jakie strzały potrafiły robić? Były tak ostre, że przebijały się przez stalowe tarcze! Na wylot! Mało tego, wymyśliły przecież armaty i pistolety. Wojna zupełnie zmieniła charakter. Wtedy nasze Cesarstwo górowało nad Przymierzem, i to znacznie! To były czasy! No, ale oczywiście musiało się to popsuć. Gryzonie znowu zaczęły kombinować coś po nocach...

- Drugi Wielki Eksperyment, tak?

- Gregory, zadziwiasz mnie swoją wiedzą! - zakrzyknął cesarz. - Tak, Drugi Wielki Eksperyment. Te potworki w kilka lat poczyniły postęp, jakiego my nie byliśmy w stanie zrobić przez stulecia. W miastach zaczęły pojawiać się dziwne machiny działające na parę. Wielkie stalowe straszydła napędzane węglem i drewnem. Cóż to był za smród! Czarne chmury dymu unosiły się nad miastami. Wtedy władzę przejął już mój ojciec, a wasz dziadek. Zwalczaliśmy te wynalazki, jak tylko mogliśmy. Tatko nie był głupi, dobrze wiedział, do czego to może doprowadzić. Zabronił Mik-Makom tej całej inżynierii. Zakazał nawet mieć więcej niż dwóch potomków na rodzinę. No, ale inni baronowie nie byli tak nieugięci. Z radością witali te wszystkie wynalazki. Szlachcice bili się o dostęp do Mik-Maków, bo potrafiły na przykład zbudować wachlarz parowy. Siedzisz sobie wygodnie w upalny dzień, a tu takie ustrojstwo chłodzi cię nieprzerwanie, i to bez żadnej służby.

Cesarz przerwał, wpatrzony w ognisko, przypominając sobie największe zmiany ostatnich dziesięcioleci. Moment, który wywrócił wszystko do góry nogami.

- No i się zaczęło - westchnął.

- Tak, wiem, rewolta Mik-Maków. Uczyłem się tego na historii, mogę już iść? - zniecierpliwił się Alfons VII, co cesarz zupełnie zignorował.

- Zaatakowały nas ze wszystkich stron. Wiele miast cicho poparło ich walkę. Sprzedały się za garść błyszczących wynalazków! Jednego dnia te przeklęte gryzonie zwróciły się przeciwko nam.

- Do tej pory nie rozumiem, jak mogliście przegrać z czymś, co nie sięga nam za kolano! - żachnął się zniecierpliwiony dziedzic.

- Ile armat masz na polu bitwy? Setkę? A strzelców? Ze dwa bataliony? Reszta maszeruje z pikami i tarczami, jak sto lat temu. W bezpośredniej walce Mik-Maki nie miały szans i dobrze o tym wiedziały.

- No właśnie. Więc jak to się stało?

- Każdy Mik-Mak był w stanie położyć trupem sześciu, a nawet siedmiu naszych żołnierzy w przeciągu chwili. Mieli pistolety z kilkoma lufami, eksplodujące kule armatnie i jeżdżące mury, których nasze strzały nie mogły przebić. Dobrze znali nasze uzbrojenie, sami je w końcu skonstruowali. Wiele miast im pomogło. Mimo wszystko moglibyśmy krwawo stłumić ten bunt, ale to cholerne Przymierze też postanowiło wykorzystać nasze osłabienie i zaczęło zagarniać ziemie na granicy. Zbuntowane miasta stworzyły koalicję, którą dzisiaj znamy jako Federację Wolnych Księstw. Dorzućmy do tego ciągłe ataki Księżycowej Szarańczy i mamy obecny obraz naszego pięknego Cesarstwa, psia krew!

W sali myśliwskiej zapanowała cisza, którą zakłócało jedynie trzaskanie ognia w kominku. Cesarz z radością stwierdził, że wreszcie udało mu się przykuć uwagę najstarszego syna; słuchał go teraz z rozdziawioną gębą.

- Mój ojciec podjął trudną, ale słuszną decyzję. Tak wtedy przynajmniej myślał. Mik-Maki stały się wolnymi istotami. Cała służba opuściła stolicę. Gryzonie przesiedliły się do zaprzyjaźnionych miast. Od tego czasu minęło ponad czterdzieści lat. Dziadek, jak zresztą wiecie, umarł przedwcześnie i ja zasiadłem na tronie. W tym czasie Mik-Maki zdążyły przeprowadzić jeszcze trzy, albo i cztery Wielkie Eksperymenty, których efektem jest między innymi rola Yonziego Chamarovitcha, bohatera bitwy na Wierzbowych Polach. - Zaśmiał się, patrząc w kominek. - Ciekawe, z jakimi problemami ty będziesz się borykać, mój synu...

Patrzyli w milczeniu na dogasające palenisko. Nie zwrócili uwagi, kiedy Gregory, pierwszy tego imienia, pociągnął za sznurek i potoczył stalową kulkę po podłodze. Dopiero gdy zerwał się do ucieczki, otrząsnęli się z zamyślenia.

Kulka zaczęła dymić. Cesarz instynktownie chwycił ją w ręce, by rzucić w kąt pokoju, ale w tej samej chwili zesztywniał rażony prądem. Zawył z bólu, czując, jak palce zaciskają się na przedmiocie wbrew jego woli. Padł na ziemię, tocząc pianę z ust. Najstarszy syn obserwował sparaliżowany strachem, jak jego ojciec w konwulsjach miota się po podłodze.

W końcu zastygł, a po pokoju rozniósł się odór spalenizny. Leżał tak w bezruchu dłuższą chwilę, a potem nagle...

- Mezmer - wymamrotał. - Gdzie jest Mezmer?

- K-kazałeś go zabić, ojcze - wyjąkał starszy syn, zupełnie zdezorientowany.

- Mezmer! Przyprowadzić mi tu Mezmera! Chcę go zobaczyć! - krzyczał cesarz, zrywając się z podłogi. - MEZMER! Straż! Sprowadzić mi Mezmera! Natychmiast!

***

Był zdziwiony, że udało mu się przetrwać. Widział, ilu podobnych ginie. Pomimo wszelkich przeciwności jemu jednak się udało.

Czy tylko jemu?

Zostawił satelitę i planetę Twórców daleko za sobą. Stracił kontakt z innymi podobnymi do siebie, nie słyszał już nikogo.

Długo ich nawoływał, mając nadzieję, że nie tylko jemu udało się oszukać rachunek prawdopodobieństwa.

Widział ich daleko, daleko w kosmosie, jak rozbłyskają światłem, ginąc w ciemnościach przestrzeni. Trafili na skały? Może Twórcy rzucili się w pościg za nimi, by żaden nie przetrwał. Dlaczego więc jemu się udało?

Widział Avelię, Restermarchię i Sorę, światy tętniące życiem i ich satelity, nadal zainfekowane przez insekty. Dostrzegł nawet rój jednego z nich. Sądząc po kolorach i odległości, musiał pochodzić z satelity avelijskiego. Zachowywały się jednak dziwnie. Roje są zwykle skupione, tak przynajmniej wynikało z danych, jakie posiadał. Ten był rozlany i zdezorganizowany.

Zobaczył rozbłysk, a po chwili kolejny. Zlokalizował jego źródło. To statek. Podobny do maszyn jego Twórców. Był jednak bardziej... toporny.

Statek strzelał raz za razem w kierunku roju, rozbijając go. Insekty próbowały skupić się w jednym punkcie, jednak stały ostrzał skutecznie im to uniemożliwiał. Używana broń również wprawiała go w zdziwienie. Nie było to śmiercionośne światło, jakim dysponowali jego Twórcy.

Być może istoty mieszkające na innych światach nie są tak zaawansowane jak jemu podobni.

Statek pędził na spotkanie insektów, próbując się przez niego przebić. Jego kurs wskazywał Avelię jako miejsce docelowe. Gdy wlecieli w zasięg roju, po kadłubie zaczęły skakać wyładowania elektryczne. Był od niego jeszcze bardzo daleko, lecz mimo to widział, jak błyskawice rażą kolejne insekty, pozostawiając statek niewzruszonym.

Fascynujące rozwiązanie.

Alarm. Cichy i subtelny, lecz jednak. Zdał sobie sprawę z kursu, jaki obrał względem statku i roju. Był bez wątpienia kolizyjny. Próbował zwolnić, wytracić prędkość, ale dobrze wiedział, że nie ma to najmniejszego znaczenia dla sytuacji.

Rozpędzony niczym kometa, był coraz bliżej. Insekty, widząc nowego nieproszonego gościa, zaczęły lecieć w jego kierunku, lecz był zbyt szybki, by mogły mu cokolwiek zrobić. Te, które miały nieszczęście znaleźć się na jego drodze, zostały przebite na wylot.

Nie miał danych o tym, jak statek był skonstruowany, ale biorąc pod uwagę technologie swojego ludu, próbował chociaż minimalnie wpłynąć na lot, by zminimalizować uszkodzenia.

Niestety, prędkość nie malała w kosmosie tak jak w powietrzu. Z łatwością przebił się przez zewnętrzną warstwę ochronną. Błyskawice smagały jego powłokę, lecz nic nie wskórały. Przebijał się przez kolejne pokłady, z każdą następną przeszkodą tracąc na impecie. W końcu zatrzymał się na podłodze wielkiego zaciemnionego magazynu. Natychmiast uruchomiły się wyjące syreny sygnalizujące uszkodzenie poszycia. Kosmos upomniał się o powietrze na statku, zasysając razem z nim wszystko, co żywe i martwe.

***

Czerwone światło wypełniło mostek "Odysei". Jazgot rozrywanego metalu przygrywał kakofonii alarmu. Działa zamilkły, a błękitne wyładowania ustały. Statek przechylał się z prawej na lewą burtę, jakby płynął po wzburzonym morzu.

Rój powoli orientował się w nowej sytuacji. Przeciwnik, do tej pory niewrażliwy na atak, został dotkliwie zraniony kometą przecinającą kosmos. Kolejne nienaruszone poczwary siadały na szklanym zadaszeniu mostka, łomocząc w niego wściekle. Yonzi, patrząc na to, zastanawiał się, czy sufit jest na tyle wytrzymały, by oprzeć się bezpośrednim atakom. Spojrzał na przestraszonego Verganzę i zrozumiał, że on myśli dokładnie o tym samym.

- Zwrot na sterburtę! - zakrzyknął admirał. - Musimy wyrwać się z roju! Zmiana kursu! Uruchomić plombowanie uszkodzonych pokładów, bo inaczej czeka nas dekompresja!

- Admirale... a co z marynarzami? - zapytał jeden z technicznych.

- Zaplombować, powiedziałem - wrzasnął jeszcze głośniej - i wyłączyć mi tę cholerną syrenę!

Technicy uwijali się przy iskrzących konsoletach. Jeden z nich otworzył pancerną szafę tuż przy Hajmirze. Były w niej ogromne drzewce ze stalową misą na czubku.

- To palniki, kapitanie. Używane są do spawania potrzebnych części i usuwania zbędnych - wyjaśnił Yonzi.

- Po co im to? - zdziwił się Hajmir, obserwując, jak marynarz wyciąga przynajmniej tuzin trzymetrowych drągów.

- Zwołać mi tu wszystkich, którzy nie mają pracy - krzyczał Verganza - a turysty wracać do kajut. Tu nie jest bezpiecznie.

- Admirale, co się dzieje? Co zamierzacie zrobić? - dopytywał Hajmir.

- Utłuc te maszkary, człowiek, a co żeś myślał?! Trzeba naprawić generator, a korytarze pięknej "Odysei" na pewno roją się od tego paskudztwa!

- Ma rację, kapitanie - wtrącił się Yonzi, zaczesując potargane futro. - Choć admirał bardzo szybko wydał rozkaz zaplombowania, na pewno część szarańczy wdarła się na pokład. Marynarze muszą je teraz znaleźć.

- Przecież one was pozabijają! To najgroźniejsze istoty, jakie kiedykolwiek widziałem! Żaden drapieżnik z Sory nie jest w stanie im dorównać! Walczyliście kiedyś z Szarańczą?! - wrzasnął cesarski dowódca, rozglądając się po załodze. Ich przerażone spojrzenia były wystarczającą odpowiedzią. - Idę tam - zadecydował. - Poprowadzę rekonesans, admirale.

- Żadne takie, człowiek! Gość to gość! Do kajuty i siedzieć! - krzyczał Verganza zza koła sterującego, choć nie brzmiał już tak przekonująco.

- Żadne takie, admirale! - odkrzyknął Hajmir. - Żołnierz ma swoje obowiązki. Poprowadzę twoich ludzi i kropka!

- Będę mu towarzyszył, admirale - odezwał się Yonzi. - Może nie jestem żołnierzem, ale Mik-Maki radzą sobie w każdej sytuacji, prawda? - Uśmiechnął się, poprawiając kamizelkę.

Verganza chciał zaprotestować, ale zerknął na szklany sufit, w który wciąż łomotało stado owadów.

W końcu się przebiją...

- Zgoda - odpowiedział. - Romlon, Eren, Simri. Wezmą jeszcze kilku, tak żeby z tuzin ludzi było. Zejdą na dolny pokład, do maszynowni. Uruchomią generator zapasowy - rozkazał marynarzom.

W kilka chwil przed Hajmirem stanęło w dwuszeregu piętnastu mężczyzn w jednoczęściowych szarych kombinezonach. Wszyscy trzymali długie palniki, o których mówił Chamarovitch. Nie przypominali jednak wojska. Ich postawy w żadnym wypadku nie można było uznać za "na baczność". Część trzymała ręce w kieszeniach lub przestępowała z nogi na nogę. Hajmir często widział takie zachowanie wśród rekrutów i dobrze wiedział, że pod maską olewatorstwa kryje się strach.

- Przydałby mi się jakiś miecz - powiedział bardziej do siebie niż do nich. - Jak daleko jest moja kajuta? Zostawiłem tam swój oręż.

- Da sobie spokój, człowiek! - krzyknął Verganza i chwilę potem przed stopami kapitana wylądowała długa zakrzywiona szabla. - Weźmie mój!

Hajmir chwycił ostrze i z zaskoczeniem stwierdził, że jest o wiele cięższe od cesarskich egzemplarzy, którymi władała kawaleria. Było to raczej ostrze paradne, wysadzane kamieniami i mieniące się złotem. Z niesmakiem zerknął na godło Federacji, ale nie była to odpowiednia pora na wybrzydzanie. Spojrzał na swój oddział. Jeden z marynarzy wziął Yonziego na ramiona.

- Włączyć generator i zabić tyle potworów, ile się napatoczy! - rozkazał przejmując dowodzenie. - Drużyna za mną! - dodał, ruszając w stronę głównego wyjścia. Pozostali natychmiast pobiegli za nim schodami i krętymi korytarzami technicznymi prowadzącymi w głąb trzewi rannej "Odysei".

***

Księżycowa Szarańcza kierowała się prostym rozumowaniem. Zabić zagrożenie, zdobyć terytorium i mnożyć się. Ta niezwykle wytrzymała rasa posiadła umiejętność przeżycia w warunkach kosmicznych. Brak powietrza oraz ekstremalnie wysokie i niskie temperatury nie robiły na nich wrażenia.

Pragnęły jednak ciała niebieskiego, jednej z sześciu światów. Straciły kolonie na Alamalu i jego księżycu wiele lat temu. Podobny los spotkał gatunek restermarski. Z kolei Bergul i Amerliw były zbyt trudne do zamieszkania. Wybór stał się oczywisty.

Sora.

Ludzie byli zacofaną, wręcz prymitywną rasą. Z kolei Mik-Maki, choć posiadały wiedzę, były w mniejszości, a ich słabe ciała nie mogły sprostać tak śmiercionośnym maszkarom.

Na Sorze znajdowało się zresztą coś jeszcze: Królowa. Nie Księżne władające księżycami, lecz najprawdziwsza Królowa, która wołała nieustannie wszystkie roje. Potrzebowała pomocy. W jaki sposób znalazła się na Sorze? Szarańcza nie miała pojęcia, lecz nie było to istotne. Los władczyni był najważniejszy.

Poprzedni szturm został zatrzymany przez stalowego giganta zbudowanego przez Mik-Maki. Dlatego też kolejna fala, o wiele większa niż poprzednie, zmierzała w stronę trawiastego świata. Przeszkodził im jednak statek. Strzelał nieprzerwanie, manewrując jak oszalały, raził piorunami każdego, kto zanadto się zbliżył.

Szarańcza widziała, jak kometa, maleńka, lecz bardzo szybka srebrna kula, wbija się w trzewia statku. Część trutni wleciała w wyrwę, szukając krwi. Królowa jednak wysłała jasny sygnał.

"Potrzebuję waszej pomocy."

Sora jest o wiele ważniejsza niż statek, który i tak niedługo dokończy żywota. Statki są potężne, lecz gdy się je przebije, ich śmierć ze wszystkimi w środku jest tylko kwestią czasu. Tyle przynajmniej wiedziała Szarańcza.

Zostawiły więc statek samemu sobie. Część nieposłusznych owadów została, delektując się zranionym wrogiem.

Większość poleciała jednak dalej, łącząc się z innymi przybywającymi na wezwanie rojami i otaczając Sorę płaszczem z chityny.

Inwazja miała się wkrótce zacząć.

***

Alfons VI poszukiwał Mezmera po całym pałacu. Był w tym tak nieustępliwy, że sprawa niedoszłego zamachu jego młodszego syna zdawała się w ogóle nie istnieć. Rozkazywał strażnikom, wykrzykiwał jego imię i co chwila potrząsał ramionami Alfonsa VII, pytając, dlaczego Mik-Mak jeszcze nie stoi przed cesarskim obliczem.

W końcu Mezmer się zjawił, a właściwie został przyniesiony. Prosto z psiarni, w której zamknęli go z powrotem niedługo po tym, jak oddał Gregorowi okrągłe urządzenie. Strażnicy przybiegli z Mik-Makiem przerzuconym przez plecy, dysząc i sapiąc.

Gryzoń otrzepał się z kurzu i przygładził futro. Wyglądał na pewnego siebie, zupełnie nieprzejętego całą sytuacją.

- Mezmer... - wymamrotał cesarz, padając na kolana. W jego oczach zaszkliły się łzy radości, jakby zobaczył najukochańszego przyjaciela, który wrócił do niego po wielu latach. - Jesteś w końcu.

- Jaśnie cesarzu, twoi synowie dopuścili się zdrady. Chcieli zabić nas obu i przejąć władzę w całym Cesarstwie - powiedział Mezmer bardzo powoli.

- Mezmera?! Chcieliście zabić Mezmera?! Nie daruję wam tego! - wrzeszczał władca; wpadł w furię, jakiej nikt nigdy nie widział.

- Tego szczura?! Przecież sam kazałeś... - Alfons nie zdążył dokończyć zdania.

Klinga ojcowskiego miecza, który został dobyty w mgnieniu oka, rozcięła gardło starszego syna. Fontanna krwi trysnęła na dywan, a niedoszły władca padł na ziemię w konwulsjach z wybałuszonymi z przerażenia oczami. Ojciec patrzył na niego wzrokiem tak nienawistnym, jakby samym spojrzeniem chciał go posłać na tamten świat.

- Niech nikt nie waży się źle mówić na Mezmera, zwłaszcza w moim towarzystwie! - ryknął na struchlałą straż. Gregory starał się schować za nią, jednak Mik-Mak cały czas obserwował go z uśmiechem na twarzy.

- Myślę, że Gregorego należałoby skuć, Wasza Wysokość. Jeszcze coś nam zrobi... albo sobie - zasugerował bobrowaty inżynier.

- Skuć go! - rozkazał cesarz, a strażnicy bez sprzeciwu wykonali zadanie. Gregory rzucał się we wszystkie strony, lecz młody arystokrata nie miał szans w porównaniu z dwójką wyszkolonych żołnierzy.

- A teraz zostawcie go i wyjdźcie. To sprawy rodziny cesarskiej - oznajmił Mezmer. - Strażnicy popatrzyli po sobie, lecz gdy Alfons VI chrząknął, natychmiast zebrali się do wymarszu.

Gdy tylko żołnierze opuścili komnatę, cesarz usiadł na podłodze, a Mezmer zaczął krążyć wokół skrępowanego Gregorego. Starszy syn świszczał i bulgotał jeszcze przez moment, lecz jego agonia w końcu dobiegła końca i zamilkł na wieki.

- Coś ty zrobił, ty mały, podstępny...

- No, no! Nie radzę tak się do mnie zwracać, kochany książę - zakpił Mezmer, grożąc palcem, gdy cesarz już dobywał miecza. - Nie chcesz chyba skończyć jak braciszek?

- Ten... wynalazek... to nie była żadna bomba! - wyjąkał wściekły szlachcic.

- Tak się składa, że nie mam talentu do broni, mości książę. Potrafię ją konstruować, ale... nigdy nie miałem smykałki do wybuchających rzeczy. Za to mój talent objawił się w elektryczności... i biologii.

- Nie rozumiem... Coś ty zrobił?!

- Nie dziwię się, że nie rozumiesz. Wy, ludzie, nigdy nie wybiegaliście swoimi małymi móżdżkami poza najbliższą okolicę, choć żyjecie prawie trzy razy dłużej od nas. Myślałeś, że Mik-Maki potrafią konstruować tylko armaty i bomby? Mój wynalazek, a muszę przyznać, że był to strzał jeden na milion, miał podporządkować wolę drugiej osoby. Do mojej woli, żeby uściślić, choć nie spodziewałem się aż takiego oddania - powiedział, zerkając na cesarza, który zachowywał się jak pies uradowany tym, że jego pan choćby na niego spojrzał.

- Chcesz... rządzić Cesarstwem? Po co?

- Och, drogi książę, cóż to za pytanie? To ty mi kazałeś zbudować maszynę do dokonania zamachu, powinieneś więc rozumieć każdego uzurpatora.

- Żaden bobro... żaden Mik-Mak nie zasiądzie na tronie - zaprotestował Gregory.

- Oczywiście, że nie! Bez najmniejszych wątpliwości. Ale... czy trzeba siedzieć na tronie, by sprawować realną władzę, mości książę?

Gregory nic nie odpowiedział. Chwilę później cesarz wezwał straż i kazał zamknąć młodszego syna w psiarni, oczywiście na polecenie Mezmera. Sam Mik-Mak usiadł w cesarskim fotelu i wpatrywał się to w ognisko, to w sztywniejące truchło Alfonsa VII.

- Czekają nas wielkie zmiany, cesarzu - powiedział cicho.

- Oczywiście, Mezmerze - wymamrotał Alfons VI - zgadzam się z tobą w zupełności.

***

"Odyseja", która jeszcze kilka godzin temu wydawała się wspaniała i pełna przepychu, stała się wręcz przerażająca. Na korytarzach zapanowała ciemność, tylko gdzieniegdzie mrok rozświetlało rozmyte światło błękitnych lamp serwisowych, nadając im upiornego wyrazu. Trzeszczący metal przypominał jęk postrzelonego zwierza, co w przypadku rannej "Odysei" nie mijało się z prawdą.

Hajmir szedł zaraz za Romlonem, barczystym marynarzem, który znał drogę do generatorów. Kapitan musiał jednak co chwila klepać go po ramieniu, by przypomnieć, że nie jest sam w tym korytarzu. Romlon, jak i pozostali technicy, był przerażony. Kurczowo ściskał trzymetrowy palnik i rozglądał się nerwowo za każdym szmerem.

Hajmir z kolei myślał o Sorze. Rój, który widzieli, był przynajmniej tak liczny jak armia zgromadzona na Wierzbowych Polach. Będą musieli przerwać misję. Bez Chamarovitcha i jego kolosa ich piękny świat zginie w szczypcach potworów.

Usłyszeli stukot.

Szybki krok, przechodzący w bieg.

Momentami zdawał się rozlegać tuż za ścianą, może nawet za rogiem. Hajmir wiedział, że dyscyplina to podstawa, by nie wpaść w panikę, a strach już zaglądał w oczy całej załodze admirała Verganzy.

Nawet Yonzi rozglądał się nerwowo, a przecież zabił całe setki, jeśli nie tysiące tych szkaradzieństw, będąc na pokładzie swojej maszyny.

- My... poradzimy sobie, tak? - spytał Romlon, zerkając na Hajmira.

- Oczywiście, chłopcze. Walczyłem z Szarańczą już wielokrotnie. Nie martw się, gdy dojdzie do starcia, obronię was wszystkich - odpowiedział kapitan, spoglądając na resztę załogi. Miał nadzieję, że dodał im odwagi.

- No i mamy ze sobą bohatera bitwy na Wierzbowych Polach! - zakrzyknął wąsaty technik niosący na ramionach Yonziego. Mik-Mak spuścił wzrok zakłopotany.

- Co... co tam się wydarzyło? Na Wierzbowych Polach? - spytał Romlon, znowu zerkając na Hajmira. Stary żołnierz dobrze znał to dopytywanie się rekrutów, by nie myśleć o nadchodzącym starciu.

- Co jakiś czas na Sorę spada Księżycowa Szarańcza - zaczął. - Z tego, co wiem, szukają miejsca do osiedlenia się poza księżycem, i w sumie im się nie dziwię, bo przecież nasz piękny Merion został ogołocony do żwiru...

- No dobrze, ale co się działo na Wierzbowych Polach? - zniecierpliwił się Romlon.

- Już mówię. No więc zwykle napotykamy Szarańczę w małych stadkach. Nie jest to łatwy przeciwnik. W końcu te maszkary są wielkości konia, czasami nawet większe. Nie pamiętam też polowania na nie, z którego nie przywiózłbym kilku martwych żołnierzy. No, ale zwykle było ich kilka sztuk. Czasem dziesięć. Czasem trzydzieści.

- A na Wierzbowych Polach?

- Tam było ich co najmniej dziesięć tysięcy.

Hajmir wrócił do wspomnień zaledwie sprzed kilku tygodni. Na spotkanie z wrogiem ruszyła Trzecia, Czwarta i Piąta Armia Cesarska. Prawie sześćdziesiąt tysięcy ludzi. Proporce łopotały na wietrze, armaty dudniły szybciej niż serce w piersi.

- Stawialiśmy im zażarty opór - wymamrotał w końcu - Szarańcza jest jednak trudnym przeciwnikiem. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że nie pokonamy takiej hordy. Tamtego dnia stan osobowy Czwartej i Piątej zmniejszył się o ponad połowę, a Szósta zupełnie przestała istnieć. Szarańcza przedzierała się naprzód, kosząc każdą napotkaną przeszkodę niczym źdźbła trawy. Choć walczyliśmy dzielnie, strzelając, nadziewając na piki, te potwory zdawały się zupełnie nie reagować na straty.

- I wtedy pojawił się pan Yonzi? - wyszeptał Romlon, zerkając na Mik-Maka.

- Właśnie. Zjawił się jak Bóg w swojej wielkiej machinie. To wyglądało jak człowiek z drewna i metalu. Deptał i rozgniatał. Rzucał ogniem z rąk... - wspominał Hajmir.

- Pan Yonzi skonstruował robota?! - zdziwił się marynarz. - Nikomu się to jeszcze nie udało! A co dopiero takiego, który sprawdził się w boju!

- Miał co najmniej trzydzieści metrów wysokości. Pamiętam, że drzewa wyglądały przy nim jak trzcina. Deptał to robactwo jak karaluchy.

- A gdzie on teraz jest, ten robot?

- Został zniszczony - westchnął Hajmir. - Obrażenia, jakie odniósł w trakcie bitwy, musiały być zbyt poważne. Sam widziałem, jak przewrócił się i zniknął w kuli ognia. Myślałem, że mam przywidzenia. Coś tak niezwykłego pojawiło się znikąd i pokonało naszych wrogów, by potem sczeznąć. Później dowiedziałem się, że Yonzi Chamarovitch nie tylko skonstruował to monstrum, ale również samodzielnie je pilotował. Sam jeden. Maleńki Mik-Mak uratował Cesarstwo Soryjskie przed Szarańczą. - Hajmir zerknął na Yonziego, który wyraźnie się zawstydził. - Z tego, co mówił nasz konstruktor, ma zbudowaną jeszcze jedną maszynę! Kolosa, którego zadaniem będzie...

Nie dokończył. Przez metalową ścianę korytarza przebiły się długie chitynowe kosy. W ostatniej chwili odskoczył, padając na plecy.

Romlon nie miał tyle szczęścia. Jego przepołowione ciało rozlało się po korytarzu. Przez moment jeszcze żył i próbował nawet zbierać swoje trzewia, lecz w końcu opadł z sił.

Dwa potężne trutnie. Ich owalne łby nie posiadały oczu. Miały za to ogromne szczęki po brzegi wypełnione ostrymi kłami.

- Palniki! - krzyknął Hajmir, na co marynarze opuścili gorące żerdzie. Potwory jednak unikały powolnych, mizernych prób ataku.

Jeden zaatakował kapitana, który sparował uderzenie mieczem Verganzy. Doskoczył do niczego nie spodziewającego się trutnia i z całych sił wepchnął ostrze po rękojeść w sam środek głowy. Trysnęła lepka posoka, a insekt natychmiast padł. Drugi szybko zorientował się w zagrożeniu i obrócił do Hajmira. Ten chował się za truchłem nieżyjącego już osobnika, wykorzystując wąski korytarz. Robak zaczął go gonić, wyprowadzając kolejne cięcia, zaczepne jak u modliszek. Potężne kosy zdolne bez trudu przebić ludzkie ciało świszczały w powietrzu. Hajmir cofał się coraz bardziej i bardziej, unikając uderzenia lub je parując.

W jednej chwili insekt zastygł bez ruchu. Kapitan poczuł swąd palonego mięsa i dopiero gdy potwór obalił się, zobaczył marynarzy nadziewających go palnikami.

- Miały być palniki i są! Zabiliśmy maszkarę! - zakrzyknęli radośnie.

- Nie cieszcie się tak jeszcze. - Hajmir wyszarpnął ostrze z czerepu pierwszej bestii. - To były raptem dwa. Na statku na pewno jest ich więcej.

Spojrzał na Yonziego dygoczącego na całym ciele. Dopiero teraz widział Księżycowe Robactwo z tak bliska. Na Wierzbowych Polach chronił go kolos, którego tutaj nie było. Przez całe starcie stał jak sparaliżowany i patrzył na cesarskiego kapitana walczącego zwykłym mieczem z tymi potworami.

A co miał zrobić on, malutki bobrowaty?

***

Po przebiciu głównego pancerza i kilku pokładów zatrzymał się niemal na dnie soryjskiego statku. Syrena zwiastująca jego przybycie w końcu zamilkła. Nie mógł to być pokład użytkowy, raczej część magazynowa. Dookoła siebie dostrzegł mnóstwo skrzyń i kontenerów. Szkody, które wyrządził, zdawały się załatane przegrodami i ścianami.

Nastała ciemność i cisza, która na statku wydawała się jazgotem w porównaniu z niezmierzoną pustką kosmosu. Słyszał kroki, prawdopodobnie istot dwunożnych, oraz krzyki i wycie dzikich zwierząt. Podejrzewał, że to insekty, które zauważył w kosmosie.

Jeden z nich przebiegł kilka metrów od jego obudowy. Trzy metry długości, około dwustu kilogramów masy. Chitynowy pancerz i brak oczu na owalnej głowie. Przednie kończyny przekształcone w kosy.

Znał te istoty z archiwum Twórców. Na księżycu Alamalu wiele, wiele lat temu istniały insekty. To właśnie z ich powodu Twórcy powołali do życia istoty z metalu. W miarę jednak jak istoty oczyszczały księżyc z niepotrzebnych szkodników, same zdobywały świadomość. Zaczęły czuć i myśleć, szczególnie o tym, że satelita może stać się ich domem, tak jak wcześniej był domem insektów. Twórcom ta wizja nieszczególnie się spodobała. Rozpoczął się wtedy konflikt, który trwał do dzisiaj.

Kolejny insekt przebiegł po drugim końcu pokładu. Dwunożni mieszkańcu Sory, o wiele słabsi fizycznie i przerażeni, musieli ściągać na siebie ich uwagę, tak jak bezbronne pisklęta przyciągają spojrzenie drapieżnika. Wiedział jednak, że nie ma dużo czasu. Prędzej czy później wyczują również jego, a potem...

Zaczął zbierać leżący dookoła niego złom. Części statku, kawałki ścian i podłóg. Wszystko, co wykonane z metalu, słuchało jego woli, zbliżając się coraz bardziej i bardziej do jego owalnej powłoki. Po przylgnięciu do skorupy kawałki metalu rozgrzały się do białości, aż w stanie płynnym przesiąknęły do środka. Gdy masa surowca była wystarczająca, rozpoczął formowanie. Potrzebował naczynia zdolnego nosić jego myśl. Musiało to być naczynie uniwersalne, które mógłby przystosować do warunków panujących na statku i na światach poza jego ojczystym. Nie mógł tu liczyć na wsparcie swoich pobratymców, musiał więc przyjąć formę całkiem autonomiczną.

Wtedy dostrzegł istotę z Sory. Leżała w kącie daleko od niego. Wokół ciała powstała czerwona plama z płynów organicznych. Nie zarejestrował oznak życia. Znalazł za to wzór do naśladowania. Cztery kończyny, dwie funkcyjne, dwie służące do poruszania się.

Rozpoczął więc formowanie zgodnie z wytycznymi. Nogi. Ręce. Palce. Głowa. Zaczął przybierać rozmiary podobne do soryjskiej istoty, tworzyć mechanizmy, które pozwolą mu poruszać kończynami wedle swojej woli.

Silniki rozpoczęły pracę. Ludzki organizm wykonany z metalu.

Kroki.

Sześcionożne istoty.

Coraz głośniejsze i wyraźniejsze. Jego nowe naczynie zaczęło wydzielać ciepło, a przyciąganie metalowych elementów wywołało sporo hałasu. Diagnoza była prosta: insekty go namierzyły.

Próbował spowolnić transformację, aby zmniejszyć ilość wydzielanej energii, ale istoty pochodzące z księżyców już zorientowały się w jego obecności. Pierwsze trutnie zaczęły stukać w chroniącą go skorupę. Delikatnie, badając jej powierzchnię, potem coraz mocniej i mocniej, aż z jazgotem rzuciły się na nową ofiarę.

Drapały i gryzły, próbując dostać się do środka. Z początku zaledwie dwie sztuki. Po chwili była ich już piątka. A z każdym kolejnym uderzeniem, ataki przybierały na sile.

Natychmiast zmienił strategię. Rozpędził proces twórczy na maksimum.

Wiedział, że skorupa nie wytrzyma w nieskończoność. Nie był jednak pewien, czy jego nowe naczynie poradzi sobie z nadchodzącym zagrożeniem. Musiał przygotować się najlepiej, jak potrafił.

***

Zarodniki Księżycowej Szarańczy spadające na Sorę przypominały deszcz meteorytów. Dla ludzi były to zwykłe spadające gwiazdy. Zjawisko miłe dla oka i zupełnie nieszkodliwe. Artero był jednak innego zdania. Jako doświadczony agent doskonale wiedział, czego spodziewać się po błyskach na niebie, a taka ich ilość go przerażała.

Księżycowa Szarańcza spadała zwykle chmarą, to fakt, ale znaczna część spalała się jeszcze w powietrzu, zbyt szybko przebijając się na Sorę. Uczeni uważali, że to Bogini Sora chroni w ten sposób swoje dzieci. Trudno więc było odróżnić Szarańczę od komet, a polowania zaczynały się dopiero po odkryciu maszkar już na ziemi.

Teraz jednak całe niebo było usiane ognistymi kulami. Artero mógł tylko zgadywać, jaka część nie ulegnie spaleniu i - co najważniejsze - gdzie spadną.

- Ale się porobiło - burknął siwy mężczyzna ślepy na jedno oko. Nazywał się Gerhard i był przywódcą oddziału stacjonującego w Gawen. Był człowiekiem nie znoszącym sprzeciwu i nie stroniącym od okrucieństwa. - Zabieramy się chyba do domu.

- Nie ostrzeżemy Mik-Maków? - zdziwił się Artero.

- Wbijam w te bobry. Dla mnie mogą pozdychać wszystkie, psia jego mać. Kiedy Szarańcza zaatakuje, nie zamierzam być na tej cudacznej wsi. Wymarsz jutro, skoro świt.

- Tak jest - odpowiedział młodzieniec, kłaniając się przełożonemu.

Tego samego dnia pognał do Dalmira. Musiał dość długo łomotać w malutkie drzwiczki sięgające mu co najwyżej do pasa. Mik-Maki wcześnie kładły się spać, chyba że pracowały nad jakimś wynalazkiem. Na szczęście dla Artero tak było i tym razem.

- Panicz Artero? Czemu zawdzięczam tę późną wizytę? - Dalmir trzymał kubek w łapce. Chłopak rozpoznał zapach gorącego rumu.

- Panie Dalmirze - zaczął zakłopotany - Mik-Maki posiadają niezwykłe wynalazki. W ostatnich dniach pokazał mi pan rzeczy, o których nigdy nie miałem pojęcia. Czy... istnieje wynalazek, który pozwoliłby mi przesłać wiadomość na dużą odległość?

- To zależy, mój drogi - Dalmir podrapał się po brodzie - jak szybko ta wiadomość miałaby dotrzeć.

- Jak najszybciej.

- Nigdy nie próbowałem, ale chyba warto dać temu szansę - odpowiedział Dalmir, zapraszając agenta do środka. Młodzieniec ani się obejrzał, a już trzymał w ręku kubek z gorącym rumem. Zeszli do pracowni Mik-Maka, gdzie ten zanurkował w szafach i regałach, wywalając połowę mechanizmów na podłogę.

- Mam! - zakrzyknął triumfalnie. - Moja mała sikoreczka. - Wskazał zawiniątko przypominające wyglądem petardę. - Wyreguluję tylko zasięg, żeby zatrzymała się w odpowiednim miejscu, i gotowe. Dokąd ma dotrzeć wiadomość i jak ma brzmieć?

- Do Serenburga - odpowiedział Artero. - Wystarczą dwa słowa: Szarańcza nadchodzi.

Mik-Mak zesztywniał i spojrzał na młodzieńca.

- Te straszliwe potwory? Skąd? Jesteś pewien?

- Niestety tak, panie Dalmirze - westchnął Artero. - Te komety spadające z nieba to właśnie one. Jest ich więcej niż kiedykolwiek, dlatego Cesarstwo musi się na to przygotować.

- Czy... one dotrą tutaj? - wyjąkał Dalmir.

Artero milczał. Przyjaźń, jaką okazał mu futrzasty wynalazca, była szczera i wyjątkowa. On, wychowany w koszarach, zabijający na zlecenie, widział w Dalmirze kogoś w rodzaju... wuja.

- Tak. Dotrą też tutaj - odpowiedział w końcu - dlatego proponowałbym okopanie się, mobilizację wojsk albo ucieczkę.

Mik-Mak wyszedł ze swoim wynalazkiem na podwórze i wbił maleńką petardę w ziemię. Pokręcił jeszcze czubkiem i podpalił krótki lont. Po chwili wbiegł z powrotem do chatki, tak szybko, że Artero nie zdążył nawet wyjść, a ten już zamknął mu drzwi przed nosem.

- Uwaga! - zakrzyknął i fala ognia zalała okolicę. Czarny dym wdzierał się szparą pod drzwiami. Huk wzlatującej "sikoreczki" był tak donośny, jakby dwóch siłaczy darło niebo na pół. Po chwili Artero i Dalmir wypadli na podwórze, krztusząc się. Za nimi wybiegła również Mik-Maczka w fartuszku i z futrem pozawijanym na wałki.

- Co tu się znowu wyprawia?! - wrzasnęła wściekła, lecz gdy tylko ujrzała człowieka, natychmiast się uspokoiła. - Och, panicz Artero, zapraszam do środka. Może gorącego rumu? - zaproponowała. - Co w ogóle sprowadza pana do nas o tak późnej porze?

Artero popatrzył na Dalmira i zrozumiał, co powinien zrobić.

- Może wejdziemy do domu? Musimy porozmawiać. Mam jednak prośbę, by to, co powiem, pozostało między nami.

***

Mezmer spoglądał przez okno w wieży cesarskiego pałacu z ledwo skrywanym niepokojem. Spadające gwiazdy na Sorze to rzadkie zjawisko. Najczęściej zwiastowały Szarańczę. Teraz jednak przypominało to prawdziwy deszcz. Ulewę ognia zdolną zniszczyć cały świat.

Próbował bardzo długo wierzyć, że to jednak kosmiczna anomalia, ale cesarscy astrolodzy, jakkolwiek zacofani, potwierdzili jego obawy. Gdy sygnały dotarły również z terenów Federacji Wolnych Księstw, nie miał już żadnych wątpliwości.

Księżycowa Szarańcza nadchodzi. W liczbie przekraczającej jakąkolwiek wcześniej widzianą. Tego już nawet nie można nazwać inwazją! To migracja! Parszywe robactwo osiedli się na Sorze. Ludzie i Mik-Maki staną się ich pokarmem. A przecież dopiero co został cesarzem. Przejął władzę nad państwem ludzi. Co robić? Wysłać wszystkie armie do walki? A może zabunkrować się w pałacu? To byłoby chyba najbezpieczniejsze wyjście. Jakie szanse ma armia ludzi w starciu z tak przerażającym przeciwnikiem?

Gdyby tylko Yonzi Chamarovitch wcześniej przybył do Cesarstwa... Może wybudowałby kilka tych swoich maszyn kroczących. Może teraz broniliby bram miasta dzięki wielkim kolosom.

A może...

W głowie Mezmera narodził się pomysł. Wynalazek tak szalony i tak okrutny, że wiele lat temu schował go na dnie duszy.

Ale może jednak...

Co ma do stracenia?

Zerknął na cesarza; spoglądał na Mik-Maka jak pies czekający na piłkę. Gdy Mezmer uśmiechnął się, Alfons VI natychmiast uklęknął obok niego.

- Musimy się przygotować na inwazję - powiedział bardziej do siebie niż do cesarza. Zresztą władca i tak wykonywał jego polecenia, rozmawianie z nim było więc dla Mik-Maka jak rozmowa z odbiciem w lustrze. - Podejrzewam, że nasze armie nie sprostają takiej ilości Szarańczy w polu, dlatego musimy zabunkrować się tutaj.

- Świetny pomysł, Mezmerze! - Cesarz aż zaklaskał w dłonie.

- Miejmy nadzieję, że to robactwo chociaż częściowo rozpierzchnie się na Przymierze i Federację - kontynuował Mezmer, nadal patrząc przez okno na ulewę ognia. - Nie wiemy właściwie, jak Szarańcza się zachowa. Może spróbuje zająć tylko ograniczone terytorium? To byłoby bardzo korzystne, bo łatwiej ją zniszczyć, kiedy będzie w jednym miejscu.

- Co radzisz, Mezmerze? - wyjąkał władca, nie pojmując, czego Mik-Mak może od niego chcieć.

- Potrzebuję dużego labolatorium. Daj mi też co najmniej dziesięciu ludzi, którzy będą mnie słuchać.

- Czy... coś szykujesz? - spytał niepewnie Alfons VI.

- Eksperyment, Wasza Cesarska Mość.

***

Natrafili na Szarańczę już kilkukrotnie, na grupki po dwa, może trzy osobniki. Za każdym razem ginęli ludzie, w ostatnim ataku dwaj marynarze Eren i Simri. Spanikowani krzyknęli, że wracają na mostek. Gdy odbiegli dosłownie na dziesięć kroków, z kratowanego sufitu spadł wściekły robal, miażdżąc obydwu swoim cielskiem. Dzięki tym marynarzom Hajmir i Yonzi komunikowali się z resztą załogi, a teraz nawet nie znali imion pozostałych przy życiu ludzi. Ci z kolei bali się odzywać, jakby samo przedstawienie się miało ściągnąć na nich nieszczęście.

Strach tak ich paraliżował, że musieli zatrzymać się na dłuższą chwilę, by marynarze zastanowili się, czy w ogóle chcą iść dalej. Hajmir próbował podtrzymać ich na duchu, niestety bezskutecznie.

W końcu postanowili mu towarzyszyć, gdziekolwiek by się udał. Patrolując statek razem z Hajmirem, mieli małe szanse przeżycia, lecz bez niego nie mieli żadnych szans.

Yonzi starał się zorientować w planie statku, dlatego stale pytał marynarzy o kierunek. Każdy korytarz i każda ściana wyglądały podobnie do poprzednich. Szybko jednak zorientowali się, że im bliżej generatorów, tym więcej Szarańczy napotykają.

Usłyszeli hałas. Dudnienie wewnątrz statku. To nie były kroki, a raczej sporadyczne uderzenia, jakby wielki młot walił w ścianę.

Łup! Potem cisza. Kilka kroków. Skowyt robactwa. Łup! Echo uderzenia rozchodziło się tuż pod nimi.

- To z dolnego pokładu! - krzyknął Yonzi - To tam są generatory!

- Może robactwo już się do nich dobiera! - dodał Hajmir. Zerknął na zdjętych strachem marynarzy. Bladzi, skurczeni w sobie, ledwo stali na nogach. - Chamarovitch! Wskakuj, musimy sprawdzić, co to jest! - Yonzi, zaskoczony słowami kapitana, bez słowa wskoczył mu na plecy. - Dawajcie te palniki, mogą mi się przydać - rozkazał marynarzom trzymającym broń nieżyjących już kolegów. Ci posłusznie je oddali, a Hajmir pognał korytarzem.

- W prawo! - krzyczał Yonzi. - W stronę schodów.

- Jakie życie jest przewrotne, prawda, panie Chamarovitch? - Hajmir uśmiechnął się pod nosem.

- Co masz na myśli, kapitanie?

- Jeszcze miesiąc temu siedziałem w swoim domu z drewna i kamienia, jadłem pieczonego dzika w garnizonie i uczyłem fechtunku nowych rekrutów.

- A dzisiaj? - dopytywał Yonzi.

- Biegnę jakby nic po pokładzie statku pływającego w kosmosie. Walczę z plagą Księżycowej Szarańczy, a do tego...

- Tak?

- Jestem uzbrojony w palnik... i mam bobrowatego kompana na plecach. - Na twarzy Hajmira zagościł zawadiacki uśmiech. Mik-Mak uznał to za mały krok naprzód w ich relacjach.

Kolejne uderzenie, tuż za ścianą, sprawiło, że metal aż się odkształcił. Hajmir zajrzał do wielkiego magazynu i oniemiał. Lot w kosmos, miasta Mik-Maków, cała technologia, wszystko to było niczym w porównaniu z tym, co ujrzał.

Człowiek ze stali. Nie robot z drewna, sznurów i kamienia, dymiący pod same chmury jak kolos Chamarovitcha. Jakby odlano srebrną statuę człowieka i tchnięto w nią życie. Metal zamiast skóry, włosów, krwi i kości.

Był potężnie zbudowany, jeśli mierzyć go ludzką miarą. Szerokie bary, ramiona grube jak konary drzew. Wysoka na dwa metry, zupełnie naga srebrna istota... siłowała się z Szarańczą!

Srebrny człowiek trzymał szeroko kosy trutnia i choć ten napierał na niego ze wszystkich sił, nie był w stanie go przepchnąć. W pewnej chwili metalowa postać przyciągnęła maszkarę do siebie i rzuciła w stronę drugiego insekta szarżującego z naprzeciwka. Łomot zderzających się ciał był niemal ogłuszający.

Hajmir dostrzegł szarańczą posokę skapującą z rąk istoty, która zdawała się w ogóle nie oddychać. Potem srebrna istota zastygła w bezruchu jak posąg. W całym magazynie leżały szczątki przynajmniej dwudziestu trutni. Kapitan wystawił przed siebie palnik, przyjmując postawę obronną.

- Kim jesteś? - wyjąkał Yonzi.

- Nie... wie. - Metaliczny głos był niski i bardzo spokojny.

- A... co tu robisz? - kontynuował Mik-Mak.

- Szuka... pomocy... kontaktu...

- Skąd pochodzisz? Dlaczego wyglądasz jak człowiek? Nie ma takich jak ty na Sorze. Nie możesz pochodzić z naszego świata! - krzyknął Hajmir, nadal celując w srebrnego człowieka palnikiem. Jego nieludzki spokój najbardziej kapitana przerażał.

- Nie... Nie z Sory... Z Alamalu... Księżyca... - Nieznajomy wyciągnął rękę ku górze.

- Alamalczyk! - Yonzi ledwo się powstrzymał, by do niego nie podbiec. - Boski Alamal! Słyszeliśmy legendy o waszym świecie! Nawet Avelijczycy nic o was nie wiedzą! Co za niezwykłe odkrycie!

To trwało sekundę. Potem usłyszeli chrobotanie w suficie. Delikatny szmer. Pisk odginanych płyt.

Spadł prosto na srebrną istotę. Potężny dwunożny żuk. Ogromne szpony i wielka paszcza najeżona zębiskami. Maleńkie czarne oczy osadzone głęboko w owadziej głowie. Bestia była o wiele większa niż zwykłe Księżycowe Robactwo. Wbiła metalową postać w podłogę, wydając z siebie zwycięski jazgot, który odbił się echem po całym korytarzu.

- Paź Królowej! - wrzasnął Hajmir, biorąc na cel nowo przybyłe szkaradzieństwo. - Musimy uciekać, Chamarovitch!

- Co to takiego!? - krzyknął Mik-Mak i w tej samej chwili monstrum rzuciło się w jego stronę. Hajmir złapał go za futro niczym szczeniaka i popędził na drugi koniec magazynu, gdzie leżały roztrzaskane skrzynie.

- Paź Królowej. Pomniejszy dowódca Szarańczy - wyszeptał, próbując złapać oddech. - Jeden taki potrafi wyciąć całe setki żołnierzy. - Przerwał, aby schować się za skrzyniami, gdy bestia zaczęła węszyć i skrobać w podłogę. - Jest wielki, szybki i śmiertelnie niebezpieczny. Na szczęście łatwo go zmylić.

- Co z Alamalczykiem? - dopytywał Yonzi.

Hajmir wychylił się zza skrzyni. Srebrna istota mozolnie podnosiła się z ziemi. Kapitan był zdumiony. Spadł na nią Paź Królowej, który musiał ważyć z tonę, a ona po prostu wstawała jak gdyby nigdy nic.

- Z tym srebrnym mamy jakąś szansę, panie Chamarovitch - powiedział. - To jest magazyn, tak? Może trzymają tu jakąś broń? Jakieś armaty?

- Ja... nie wiem... - wyjąkał Mik-Mak.

- Jesteś rusznikarzem, prawda? Wymyśl coś! Odciągnę na chwilę uwagę Pazia. Miejmy nadzieję, że ten srebrny pomoże nam w walce. W przeciwnym wypadku już po nas. - Powiedziawszy to, kapitan zerwał się do biegu. Wrzeszczał, przewracał beczki i zrzucał skrzynie, chcąc zwrócić na siebie uwagę maszkary.

Fortel się powiódł. Paź Królowej biegł w jego kierunku, łamiąc i rozrywając wszystko, co znalazło się na jego drodze. Hajmir wiedział, że to monstrum jest zdolne dogonić konia w galopie. Zerknął na środek magazynu, gdzie powinien leżeć srebrny człowiek.

Nie było go. Może uciekł?

Dobiegł do ściany i czekał na bestię, która galopowała co sił, a gęsta ślina ciekła z jej rozdziawionej paszczy.

Jeszcze nie... jeszcze chwila... Teraz!

Hajmir odskoczył. Rozpędzone zwierzę wbiło się z pełnym impetem w zimną ścianę. Kapitan miał nadzieję, że statek Mik-Maków jest mocniejszy od ludzkich zamków, że nie jest to zwykły kamień, a raczej coś... bobrowatego.

Nie zawiódł się. Ściana popękała, lecz wytrzymała, a Paź legł przy niej otumaniony. Hajmir chwycił mocno palnik i wbił go z całej siły w bok insekta.

Ten zawył i zerwał się na równe nogi. Oszalały z bólu szukał swojego oprawcy, próbując jednocześnie wyszarpać z ciała palące żywym ogniem narzędzie. W postawie wyprostowanej o wiele bardziej przypominał słonia na tylnych nogach niż robaka.

Hajmir ponownie zaatakował. Drugi palnik wbił w brzuch, pozostawiając zwęgloną i cuchnącą ranę na chitynowym pancerzu. Paź Królowej ryknął jeszcze głośniej. Widząc człowieka z palącą bronią, zamachnął się i walnął łapskiem na odlew, posyłając kapitana na drugi koniec magazynu.

Yonzi zobaczył Hajmira uderzającego o pokład jak szmaciana lalka. Wiedział, że nie ma dużo czasu. Rozwalając pobliskie skrzynie, znalazł wszystko, czego potrzebował. Stalowe rury, śruby, nity, sznury, a nawet ampułki z ostrzegawczymi nalepkami. "Zestaw Mik-Makowego rozbiórkowicza - pomyślał. - Co też ten Verganza wozi w magazynach? Części zapasowe? Zestawy naprawcze?".

Gdy znalazł dość długą rurkę, wypchał ją nitami i ampułkami, a wszystko to związał sznurem i zapchał szmatą. Bomba jak się patrzy. Miał tylko nadzieję, że soryjski kapitan nie przypłaci życiem jego polowej konstrukcji. Używając ostatniego palnika marynarzy, Yonzi podpalił materiał i zaczął kręcić bombą w powietrzu.

Paź Królowej warczał z wściekłości. Ciężko dysząc, maszerował na drugi koniec magazynu, gdzie leżał nieprzytomny człowiek. Poczuł spaleniznę i dostrzegł dwunożnego szczura wymachującego płomieniem. Zignorował go. Człowiek był ważniejszy. Większy i o wiele smaczniejszy niż jakiś tam szczur.

Był już blisko. Czuł sączącą się krew. W myślach smakował mięso.

Gdy jednak miał zadać śmiertelny cios, coś go zatrzymało w miejscu. Odwrócił się. To srebrna istota. Zimna. Bez mięsa.

- Zostaw... go... - wyrzęziła, chwytając insekta w uścisk metalowych dłoni jak w imadło. Na jej srebrnej skórze odznaczały się niewielkie pęknięcia, z których sączyła się czarna oleista ciecz. - Zostaw... go...

Paź Królowej zawarczał wściekle, próbując się wyswobodzić. Wierzgał we wszystkich kierunkach, lecz stalowy człowiek stał niczym posąg. Jakby trzymał myśliwskiego charta na smyczy, nie dając mu skoczyć na ustrzelonego bażanta. Charta wielkości słonia.

Yonzi rzucił płonący pakunek, który wylądował prosto na głowie potwora. Podgrzana stalowa rura eksplodowała, a wraz z nią cała niebezpieczna zawartość.

Paź Królowej zajął się ogniem o zielonej barwie. Alamalczyk natychmiast puścił go i odskoczył. Żar był nie do zniesienia. Nawet na wpół przytomny Hajmir znalazł w sobie dość siły, by zasłonić twarz rękoma. Monstrualne cielsko obróciło się w popiół.

Chamarovitch nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. To był najdalszy i najbardziej precyzyjny rzut w całej jego karierze rzucania. Przez moment zastanawiał się, czy czasem nie pobił jakiegoś Mik-Makowego rekordu.

Popatrzył na Alamalczyka, ponownie niewzruszonego niczym monument. Nie, nie monument. Stalowy człowiek rzęził jak nienaoliwiona maszyna zbyt długo pracująca na wysokim biegu. Oleiste strugi wypływające z ran znaczyły długie szlaki na jego nagiej sylwetce. Powoli podszedł do kapitana Hajmira. Mężczyzna trzymał się za bok, grymas bólu nie opuszczał jego twarzy.

- Dzięki - wydyszał.

- Soryjczyk... żyje - wydukał Alamalczyk. - Soryjczyk mniejszy... też żyje - dodał, patrząc na Yonziego, który w tym momencie coś sobie uświadomił.

Soryjczyk mniejszy...

Na Sorze żyli zarówno ludzie, jak i Mik-Maki, ale tylko ci pierwsi określali siebie mianem "Soryjczyków", jakby byli jedynymi prawowitymi mieszkańcami tego świata.

Może tak właśnie myśleli?

- Musimy dostać się do generatorów. To dosłownie kilka metrów stąd. Pomożesz nam? - spytał Yonzi bez ogródek, drepcząc ostrożnie, by nie wpaść na pozostałości trutni.

Alamalczyk stał lekko przechylony w tył, jakby zaraz miał się przewrócić. Świdrował Mik-Maka błyszczącymi oczami przypominającymi ogniki świec.

- Bez tego nasz statek nigdzie nie doleci. W końcu padną pozostałe generatory - przekonywał, jednak Alamalczyk nadal był niewzruszony. - Wtedy wszyscy zginiemy - dodał Yonzi, na co stalowy człowiek natychmiast zareagował. Mik-Mak zrozumiał, że zależy mu na utrzymaniu ich przy życiu.

Yonzi wrócił po marynarzy, którzy przestraszeni odgłosami walki, wreszcie zeszli na niższe pokłady. Towarzystwo srebrnego przybysza, który niósł kapitana Genzelmayera na rękach niczym małe dziecko, nie sprawiało im szczególnej przyjemności. Choć ledwo żywy Hajmir protestował, przybysz zdawał się nad wyraz troszczyć o jego bezpieczeństwo.

- Lubi cię. - Yonzi zaśmiał się.

Dotarli do sali generatorów, gdzie marynarze rozpoczęli uruchamianie zasilania awaryjnego. Wielkie stalowe konstrukcje wyglądały jak puszki wypełnione zielonym światłem. Nie przypominały żadnej maszyny stworzonej na Sorze i Yonzi wiedział, że jest to dzieło Avelijczyków, z którym Vermoni Verganza regularnie współpracował. To dlatego "Odyseja" należała do Złotej Floty. Różnica pomiędzy Avelią a Mik-Makami była niemal tak duża jak pomiędzy Mik-Makami a ludźmi z Cesarstwa.

Marynarze nacisnęli jakiś przełącznik i pokład wypełnił monotonny turkot, któremu towarzyszył zielony, niemal oślepiający blask. Robili to wszystko odruchowo, jakby przedziwna maszyna nie miała przed nimi żadnych tajemnic. Yonzi nie potrafił pojąć, że przedstawiciele tego samego gatunku obsługują niezwykłe maszyny, a jednocześnie rozpalają świece, gdy zajdzie słońce.

- Są tam!? - zawołał admirał Verganza z głośnika na ścianie. - Chyba się udało! Mamy moc, moja śliczna może płynąć. Wracają na pokład, zaraz uruchomię wieżyczki, to się tym sześcionogim skurkowańcom odechce łazić mi po pokładach! Słyszą mnie tam?!

- Wyraźnie, admirale - zameldował jeden z marynarzy. - Wracamy na górę.

***

Powrót na mostek zajął "ekipie technicznej" prawie godzinę. Co ciekawe, po drodze nie spotkali ani jednego robala. Albo rozpierzchły się po ciemnych zakamarkach statku, albo w ogóle uciekły. Trudno uwierzyć, żeby wszystkie wybili.

Vermoni Verganza jak zawsze tryskał entuzjazmem. Wydawać by się mogło, że bitwa z chmarą Szarańczy, zderzenie z kometą i inwazja nie wyrządziły krzywdy jego poczuciu humoru i gościnności.

Yonzi w towarzystwie marynarzy został powitany niczym pogromca złego smoka. Marynarze wiwatowali donośnie, nawet Verganza zakrzyknął kilka razy. Kiedy jednak zobaczyli Alamalczyka, okrzyki ucichły.

- A nasz srebrny gość to... - zaczął bardzo powoli admirał. Marynarze ukradkiem cofali się do szaf z palnikami, co nie umknęło uwadze Yonziego.

- To Alamalczyk! Pierwszy, jakiego kiedykolwiek widzieliśmy! - wyjaśnił. - Zderzył się z "Odyseją", kiedy lecieliśmy przez chmarę!

- Z Alamalu? Oni się nami nie interesują! Oni NIKIM się nie interesują! Ledwie utrzymują kontakt z Avelią, podobno patrolują Restermarchię, ale nikt ich od dawna nie widział! To oni tak wyglądają? Jak człowieki?

- Nie... z Alamalu... - wydukał srebrny człowiek, na co marynarze żwawo dobyli palników. Nie próbowali nawet ukryć zdenerwowania.

- Jak to nie z Alamalu? - Yonzi rozglądał się nerwowo po marynarzach. Szukał zrozumienia u Verganzy, ale jego uśmiechnięty pyszczek sposępniał. Istota położyła na wpół przytomnego Hajmira na podłodze i wyciągając rękę ku górze, wskazała głębię kosmosu.

- Księżyc... Alamalu. Mój dom... Uciekłem... - Gdy to powiedział, blask jego oczu gwałtownie przygasł i stalowy człowiek zastygł w bezruchu.

- Coś mu się stało! - krzyknął Chamarovitch.

- Zabiorą ich do kliniki - polecił admirał. - Chamarovitch zostanie. Mamy do pogadania o celu podróży.

- Coś się dzieje, Vermoni? - spytał niepewnie Yonzi.

- Będzie przymusowy postój na naprawy i nikomu to się nie spodoba - odpowiedział zmartwiony Verganza. - Lądujemy na Restermarchii.