Kosmiczne biuro śledcze. Zagadka motocykla - Alicja Sinicka

Reflow text when sidebars are open.
Najwspanialszy dzień tygodnia
Zawsze mam mały problem, gdy przedstawiam się nowo poznanym osobom, a dokładnie gdy pada nazwa miejscowości, w której mieszkam. Kiedy więc mówię:
- Cześć, jestem Zosia, mieszkam w Sobocie.
Zwykle w odpowiedzi słyszę:
- W Sobocie? Naprawdę?
Albo:
- Szkoda, że nie w Poniedziałku.
Lub też:
- Nie żartuj sobie. Mów, gdzie naprawdę mieszkasz.
Ja to się nawet cieszę, że moja wieś ma taką samą nazwę jak szósty, najwspanialszy dzień tygodnia, bo kto z nas nie lubi soboty? Budzisz się rano, o której chcesz, jesz śniadanie, idziesz na podwórko i zapominasz o tym, że w ogóle istnieje coś takiego jak szkoła. W niedzielę jest już gorzej, bo podskórnie wiesz, co cię czeka następnego dnia. Ale w sobotę można poczuć wakacyjny klimat i po prostu żyć chwilą.
Moja wieś liczy ponad tysiąc mieszkańców. Mamy tu swoją szkołę podstawową, mamy pizzerię i małą kawiarnię, nawiasem mówiąc, prowadzoną przez moją mamę. Wypełnia parter naszego domu. Jest też sklep spożywczy należący do wielkiej Helgi Bosowskiej, byłej mistrzyni Europy w pchnięciu kulą, z którą lepiej nie zadzierać. Helga, ze swoim metrem dziewięćdziesiąt pięć wzrostu, jest o głowę wyższa od mojego taty. Ma szerokie ramiona i ciemne włosy zaczesane do tyłu. Zawsze jak wchodzę do tego sklepu, to od razu mówię głośno "dzień dobry", tak żeby usłyszała. Mój kolega, Staszek, kiedyś nie powiedział i Helga goniła go z miotłą aż do lasu na końcu wsi. Naprawdę, nie ma z nią żartów. To jednak jedyny sklep w Sobocie i wszyscy jesteśmy na niego skazani. Poza tym można tam kupić najlepszą oranżadę na świecie, Bąbelkowy Raj, i dla niej warto zaryzykować konfrontację z Helgą.
Jutro pewnie się tam wybiorę, bo będzie SOBOTA. Kiedy mówiłam o tym, że to najwspanialszy dzień tygodnia, zapomniałam dodać, że w moim osobistym rankingu dni tygodnia piątek też stoi bardzo wysoko. Rano co prawda trzeba jeszcze się trochę zmobilizować, ale po powrocie ze szkoły można już rzucić plecak w kąt i cieszyć się nadchodzącym weekendem. Jestem trochę zmęczona po całym tygodniu nauki. Uczęszczam do czwartej klasy i mam sporo lekcji, a najwięcej, jak na złość, właśnie w piątek, bo aż siedem. Ważne, że już po wszystkim, jakoś to przetrwałam. Teraz myję zęby w łazience, ignorując krzyki mojego młodszego brata, Kazika, dobiegające zza drzwi. Domaga się, żebym w tej chwili go wpuściła, bo on też chce wymyć zęby, ale ja nie zamierzam tego robić, bo tu jest tylko jedna umywalka, a on ma zawsze zamaszyste ruchy, zaraz zacznie pluć, pryskać wodą i rozwścieczy mnie na dobre.
Akurat w tym momencie nie mam najlepszego humoru, bo właśnie się dowiedziałam, że Pola, moja koleżanka z klasy, zorganizowała dzisiaj nocowankę, na którą zaprosiła Sandrę, a mnie nie. Przecież kolegujemy się we trójkę i doprawdy nie wiem, jak mogła mi to zrobić.
Dziewczyny wrzuciły zdjęcie z tej nocowanki na grupę whatsappową naszej klasy. Stoją na niej w piżamach i szczerzą się do aparatu. No i jeszcze ten podpis: "Pozdrowienia z nocowanki u Poli".
Chyba każdy na moim miejscu poczułby się w takiej sytuacji niezbyt miło. Jestem obrażona i jednocześnie zasmucona tym, że zostałam pominięta. Oczywiście zastanawiam się też, co takiego złego zrobiłam Poli, że mnie nie zaprosiła. Nie było jej dzisiaj w szkole, bo miała rano jakieś badania lekarskie, ale zawsze przecież mogła napisać mi wiadomość.
- Zośka, wpuść mnie, no! Mamo, powiedz coś Zośce!!!
Kazik dalej się dobija. Drzwi drżą we framugach.
- Kaziu, Zosia zaraz wyjdzie, poczekaj chwilę - tłumaczy mu spokojnie mama. - Zosiu, długo jeszcze?
- Już wychodzę! - wołam, odkładając z impetem kubek na szafkę obok umywalki. - Nawet człowiek spokojnie zębów nie może wymyć!
Kiedy przekręcam klucz w zamku i ciągnę za klamkę, Kazik wlatuje do łazienki i upada na mały, okrągły dywanik, w ostatniej chwili wyrzucając przed siebie ręce. Musiał cały czas opierać się o drzwi.
- Mamo, ona zrobiła to specjalnie! - krzyczy jeszcze głośniej i wskazuje na mnie palcem.
- Nic ci nie zrobiłam!
Podaję mu rękę, bo choć wciąż jestem zła, to robi mi się go trochę szkoda. W końcu jest młodszy i bardzo impulsywny, co często ściąga na niego kłopoty.
Wstaje z podłogi i natychmiast odkręca kurek z wodą, podskakując przy umywalce. Kilka kropel pryska mi na twarz, którą dopiero co wytarłam ręcznikiem. Zaciskam zęby z nerwów i wychodzę. Kręcę głową do mamy, która patrzy na mnie z lekkim uśmiechem, stojąc w progu mojego pokoju.
- Przydałoby się jutro przebrać twoją pościel - mówi.
- Dobrze, już dobrze - odpowiadam, przewracając oczami.
Zamykam się w pokoju i włączam małą lampkę na biurku. Potem siadam na łóżku i patrzę w okno, które wypełnia czerń nocy. Na niebie połyskują gwiazdy, co oznacza, że jutro będzie ładna pogoda. Po śniadaniu dla świętego spokoju przebiorę tę pościel, a potem pojeżdżę na rowerze. Odwiedziłabym Polę i Sandrę (mieszkają w jednym bliźniaku po drugiej stronie wsi), ale po tym, co zobaczyłam w telefonie, nie zamierzam tego robić. Może umówię się ze Staszkiem? Mieszka w domu obok i zawsze chętnie wychodzi na dwór, kiedy po niego przychodzę. Czasem wspólnie zakradamy się do ogrodu niezamieszkanego domu stojącego po drugiej stronie ulicy. Opuszczony budynek jest bardzo duży, ma narożną wieżyczkę i wielki czarny dach. Jego okna zasłaniają białe okiennice. Wygląda jak mały dworek, do którego prowadzi ścieżka z kostki brukowej, porośnięta po obydwu stronach rzędami świerków. Ogród przypomina łąkę, na której rosną maki, stokrotki, rumianek. Są tam też wielkie drzewa, na które czasem się wspinamy. Kiedyś w tym domu mieszkała pewna staruszka, ale potem stąd wyjechała i od tamtej pory nikt się już tam nie wprowadził. Może jutro tam zajrzymy?
Tymczasem kładę się pod kołdrą i zamykam oczy. Pod powiekami wciąż mam zdjęcie Poli i Sandry uśmiechających się do obiektywu. Pewnie teraz opowiadają sobie straszne historie, podświetlając od dołu twarze latarkami. Miesiąc temu robiłyśmy tak na łóżku, w którym właśnie leżę. Kiedy ja zorganizowałam nocowankę, zaprosiłam je OBYDWIE, żeby żadnej nie było przykro.
Przewracam się na bok i zaczynam wyobrażać sobie liczby. Kiedyś próbowałam tego słynnego liczenia baranów, ale to naprawdę było bez sensu. Trudno jest to sobie wyobrazić. Te ich rogi, futra, beczenie i puste oczy. Nie chcę zasypiać przy czymś takim. Odkryłam, że lepiej wychodzi mi odliczanie: JEDEN, DWA, TRZY i tak dalej. Każda liczba spada z niewidzialnej półki na ziemię, a potem znika, ustępując miejsca następnej. Liczę zatem cierpliwie, czekając na sen. Kiedy się obudzę, będzie już sobota - myślę - najwspanialszy dzień tygodnia, w którym zawsze wszystko idzie jak z płatka. Nic nie jest w stanie zmienić tego odwiecznego prawa panującego w naszej wsi. W końcu zasypiam z uśmiechem na twarzy i zamierzam też w takim stanie się obudzić.
Jeszcze nie wiem, że od tej nocy NIC w Sobocie nie będzie już takie samo.