Kosmiczna kuźnia 2: Bastion Boga (#2) - Brandon Q. Morris

Kup ebooka

39.99 zł
31.99 zł (31,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Klinika Gemelli, Rzym, 6 kwietnia 2145 r.

Pokój był pusty. Jürgen sprawdził numer na drzwiach. Zgadzał się z tym, który wysłał mu Norbert. Gdzie on, do cholery, się podziewał? Jürgen wszedł do środka. Tam, gdzie powinno stać łóżko, było puste miejsce. Jego przyjaciel był prawdopodobnie w drodze na badanie. Inżynier posmutniał. Norbert najwyraźniej nadal nie był w stanie chodzić o własnych siłach, skoro został zabrany wraz z łóżkiem.

Może jednak panowały tu takie procedury. Pielęgniarka w recepcji oddziału przepuściła go dość obojętnie, gdy podał jej imię Norberta, więc z pewnością nie leżał teraz na stole operacyjnym. Jürgen spojrzał na szafkę na kółkach obok łóżka. Norbert postawił na niej ich zdjęcie z wycieczki motocyklowej, na którym obaj są uśmiechnięci.

Jürgen dobrze pamiętał ten weekend. Skorzystali z pieniędzy za odzyskanie satelity, spędzając weekend na trasie Route 66. Elektryczne harleye wystartowały jak dwie wielkie bestie. Potem poszli się napić do dziwnego baru, a rano obudzili się w łóżku z dwoma kobietami, które okazały się transpłciowe. Gdy to odkryli, Norbert wybuchnął tak zaraźliwym śmiechem, że Jürgen o mało się nie posikał.

Niemiec podszedł do okna i lekko odsunął cienką zasłonę. Z dziesiątego piętra roztaczał się widok na zieleń. Teren przypominający park rozpościerał się po wschodniej stronie szpitala. Na parkingu sąsiedniej posesji lądował właśnie duży quadkopter. Słońce ogrzewało twarz Jürgena. Mimo to zadrżał. Na zewnątrz wciąż było chłodno, a pokój wydawał się niedawno wietrzony. Norbert zawsze lubił świeże powietrze.

A jeśli... zniknął? Nie, to niemożliwe. Musieliby go powiadomić! Jürgen oddalił od siebie tę myśl. Norbert miał żyć wiecznie, nie było co do tego wątpliwości.

Coś w powietrzu pędziło w stronę Jürgena. Mężczyzna się wzdrygnął, choć chroniła go szyba. To był dron dostawczy, plaga XXII wieku. Odkąd inżynier wylądował na Ziemi, dwie z tych maszyn o mało się z nim nie zderzyły. Oczywiście nic się nie stało. Te urządzenia były zwinne jak diabli i po prostu szukały najszybszej trasy. Rutynowo ignorowały pieszych. Prawdopodobnie Jürgen zbyt długo kręcił się w jednym miejscu.

Rozległo się pukanie, ale zanim mężczyzna zdążył zareagować, drzwi się otworzyły. Do pokoju wtoczyło się łóżko pchane przez niemal humanoidalnego robota. Prawie, ponieważ jego ciało składało się z zaledwie kilku rozpórek, jakby zostało zbudowane z metalowego zestawu konstrukcyjnego. Norbert siedział wyprostowany w łóżku. Uśmiechnął się na widok Jürgena, a ten od razu poczuł się lepiej.

- Udało ci się przyjechać - powiedział Norbert, gdy robot ustawił łóżko na swoim miejscu.

- Tak się cieszę, że cię widzę - odparł Jürgen.

Chciał przytulić przyjaciela, ale robot zablokował mu drogę.

- Czy jest coś jeszcze, co mogę dla ciebie zrobić? - zapytała maszyna.

- Może przyniesiesz mojemu przyjacielowi krzesło? - odezwał się Norbert.

- Mogę się w nie zmienić - odpowiedział robot.

Zanim Norbert zdążył to skomentować, jajowata głowa maszyny wsunęła się w prostopadłościenną klatkę piersiową. Nogi przepołowiły się, tak że ich liczba się podwoiła. Ramiona skierowały się ku górze i splotły, tworząc swego rodzaju oparcie.

- Chyba wolę jednak postać - stwierdził Jürgen.

- Proszę, usiądź - powiedział Norbert. - Teraz już się całkowicie przekształcił. Jeśli go nie użyjesz, będę musiał potem wysłuchiwać jego narzekania.

- Słuchaj, nie jesteś mu nic winien.

Jürgen przyjrzał się krzesłu. Zakrzywiony czubek głowy tworzył siedzisko. Czy naprawdę powinien położyć swój tyłek na głowie robota? To nie mogło się dobrze skończyć.

- Oczywiście nie musisz tego robić - odparł Norbert. - Ale jeśli nie usiądziesz na tym krześle, pomyśli, że nie jest wystarczająco dobry.

- Robot? - zapytał Jürgen.

- Tak. Nie bądź taki zaskoczony. To szpital badawczy. Testują tu różne rzeczy.

- Nawet roboty z kompleksami?

- Myślę, że chodzi o to, by zaprogramować maszyny tak, by zachowywały się jak ludzie, aby pacjenci mogli się z nimi lepiej utożsamiać. To dość trudne, ponieważ badaczom nie wolno w tym procesie korzystać z technologii sztucznej inteligencji.

- Wiem, to jedna z zasad umowy z Wielką Szóstką.

Jürgen dotknął dziwnego oparcia, a następnie mocniej nacisnął, sprawdzając wytrzymałość. Fotel wydawał się stabilny. Usiadł.

- Twój procent tkanki tłuszczowej jest o jedną trzecią za wysoki - odezwał się robot. - Zalecam zmianę diety i więcej ćwiczeń.

Miał tupet. Inżynier zwykle przez osiem godzin dziennie był aktywny, wykonując pracę fizyczną.

- Czy właśnie postawił mi diagnozę? - zapytał Jürgen.

Norbert natomiast nie musiał się odchudzać. Był chudy jak patyk. Terapia była najwyraźniej bardzo wyczerpująca.

- Zignoruj go - powiedział. - Myślę, że dobrze wyglądasz, jak masz lekkie boczki.

Boczki! Co?! Jürgen pomacał bok swojego ciała. Trudno było ukryć pojawiające się tam zgrubienia.

- Jak się czujesz? - zapytał, zmieniając temat.

- Lekarze są optymistami - odpowiedział Norbert. - Ale leczenie się przeciąga. Raz w tygodniu dostaję do krwi koktajl, który jest dopasowany do moich genów.

- Nowa lekarka pokładowa również uważa, że twoje szanse są bardzo duże - stwierdził Jürgen.

- Jest już na pokładzie? Jaka ona jest?

- Pochodzi z Chile i nazywa się Carlota Fernández. Sprawia wrażenie rozgarniętej.

- Carlota, hmmm... Nowa kobieta na statku.

- Daj spokój, Norbercie. Ona jest lekarzem. Zaraz po przyjeździe poddała całą naszą trójkę dokładnym badaniom.

- Pewnie masz jeszcze jakieś przemyślenia na jej temat...

- Jest zatwardziałą katoliczką, jeśli wiesz, co mam na myśli. Do tego bardzo despotyczną - powiedział Jürgen. - Nawet Jaron się jej słucha. Kiedyś prowadziła szpital w Santiago.

- Widzę, że nie chcesz wzbudzać mojej zazdrości. To bardzo miłe z twojej strony, przyjacielu. Proszę, bądź dla niej miły, żeby nie uciekła, zanim nie wrócę.

Jürgen wstał i podszedł do okna. Musiał to powiedzieć Norbertowi. W końcu po to tu przyjechał. Jego żołądek ścisnął się na samą myśl o tym.

- Co się stało? - zapytał Norbert.

Oczywiście jego przyjaciel zauważył, w jakim był stanie.

- Och, nic.

Do szpitala zbliżał się helikopter ratunkowy. Na dachu pobliskiego budynku czekał mężczyzna w białym fartuchu wraz z czterema błyszczącymi robotami. Helikopter wylądował. Roboty pomaszerowały na jego tył, gdzie prawdopodobnie były drzwi ładunkowe.

- Jak tam statek? - zapytał Norbert. - Jakieś nowe operacje sabotażowe? Martwisz się o coś, prawda?

- Nie, w tej chwili wszystko idzie gładko.

Przez długi czas tak nie było, ale obecna sytuacja stanowiła problem. Wszystko działało zbyt płynnie.

- To dobra wiadomość - powiedział Norbert. - Może ekstremiści w końcu się poddali.

Po tym, jak zostały upublicznione plany Kościoła, niektóre radykalne kręgi zaczęły mówić o bluźnierstwie i doszło do kilku ataków, w których na szczęście nikt nie ucierpiał. Inni oskarżali Kościół o planowanie bardzo drogiej misji kosztem najbiedniejszych. Krytyka ta pochodziła zwłaszcza z Ameryki Południowej. Prawdopodobnie dlatego do załogi celowo sprowadzono lekarkę z tamtego regionu.

- Nie jestem pewien - odparł Jürgen. - Może po prostu zmienili strategię.

- To znaczy, że zbierają siły do wielkiego uderzenia? - zapytał Norbert. - To też by mnie zmartwiło.

Jürgen potrząsnął głową. Nie to spędzało mu sen z powiek. Tak naprawdę miał nadzieję, że fundamentalistom się uda. Wtedy nie musiałby mówić Norbertowi tego, co nie mogło mu w tej chwili przejść przez gardło.

- Wszystko idzie tak gładko, że będziemy w stanie wystartować za dwa tygodnie - wydusił z siebie w końcu inżynier. - Sztuczne inteligencje nalegają, żebyśmy dotrzymali tego terminu.

Mimo że to powiedział, nie poczuł się lepiej.

- Chcecie zacząć beze...?

- Nie, nie chcemy tego, Norbercie. Ani ja, ani nikt inny. Wszystko jednak wskazuje na to, że tak się stanie. Nie ma szansy, abyś odzyskał sprawność w ciągu dwóch tygodni. Potrzeba na to więcej czasu.

- Cóż, to bzdura. Po co miałbym się leczyć? Kiedy stąd wyjdę, mój najlepszy przyjaciel zniknie na trzysta lat. A właściwie mój jedyny przyjaciel.

- Masz całkowitą rację, ale ja tu zostaję - powiedział Jürgen. - Przejdziemy przez to razem.

Był palantem. Dlaczego od tego nie zaczął? Prawdopodobnie dlatego, że naprawdę chciał zobaczyć na własne oczy, co dzieje się w Kuźni Boga.

- Jürgenie, podejdź tutaj - odezwał się Norbert.

Inżynier zbliżył się do łóżka. Przyjaciel się wyprostował, cicho pojękując.

- Podaj mi rękę - poprosił Norbert.

Jürgen spełnił jego życzenie. Pilot przejechał palcem od nasady jego dłoni do podstawy palca wskazującego.

- Ta linia tutaj... - powiedział. - Pamiętasz, co przepowiedziała ci wróżka na bawarskim festiwalu ludowym w Dingolfing?

- Mówiła, że zajdę dalej niż jakikolwiek człowiek przede mną. Chyba naoglądała się za dużo "Gwiezdnych wojen".

Inżynier przypomniał sobie tamten udany wieczór. Poderwali wtedy dwie młode kobiety w namiocie piwnym, które później żartowały sobie z niego z powodu wróżki, mówiąc, żeby z nimi zaszedł dalej.

- A co, jeśli mimo wszystko miała rację? - zapytał Norbert. - Myślę, że ta przepowiednia idealnie do ciebie pasuje. Nie powinieneś wypuścić takiej szansy z rąk.

- Ale co z tobą? Kiedy stąd wyjdziesz, będziesz zupełnie sam.

Jürgen nie mógł sobie wyobrazić, jak wyglądałoby życie bez jego najlepszego przyjaciela. Do samego końca miał nadzieję, że piąte miejsce na statku kosmicznym będzie należało do Norberta. Nie potrzebowali przecież tej lekarki.

- Poznam nowych ludzi, nie martw się o mnie - odpowiedział Norbert.

Jürgen przypomniał sobie, co zaproponowała mu Alexa.

- Mógłbyś poddać się kriogenicznemu uśpieniu na Ziemi. Spotkalibyśmy się, gdy wrócę. Po obudzeniu byłbyś w tym samym wieku co teraz.

- Słyszałem o tym programie - odezwał się Norbert. - Ale nie jestem przekonany... Właściwie to podobają mi się nasze czasy. Kto wie, jaka będzie ludzkość za trzysta lat?

- Możesz też najpierw nacieszyć się swoim nowym życiem, a dopiero później się zahibernować.

- To prawda. Przemyślę to. Ale niczego nie obiecuję.

- W porządku.

- Mam do ciebie prośbę. Pozdrów ode mnie osoby lub stworzenia, które tam spotkasz.

- Naprawdę chcesz, żebym...?

- Nalegam - oznajmił Norbert. - Jeśli nie będzie cię na pokładzie, gdy będą startować, to znaczy, że nasza przyjaźń dobiegła końca.

Jürgen przełknął ślinę. Myśl o tym, że już nigdy nie zobaczy swojego przyjaciela, sprawiała, że serce mu się ściskało.

- Nie patrz na mnie jak na rannego jelenia - powiedział Norbert. - Ja też będę za tobą tęsknił. Chciałbym jednak pożyć jeszcze kilka lat, a do tego potrzebuję terapii. To również dzięki tobie mogę za nią zapłacić.

- To głównie zasługa Celii. A tak w ogóle, co o niej myślisz? - zapytał Jürgen.

- Ha, ha, wolę ciebie. A jeśli pytasz, czy mi się podoba, to nie jest w moim typie, ale myślę, że coś jest między nią a naszym szefem.

- Tak sądzisz?

Norbert skinął głową.

- Tak, przykro mi z twojego powodu.

- Nie ma sprawy, i tak przez większość czasu jesteśmy sami w naszych kabinach.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Co wydarzyło się do tej pory

Rok 2144: Celia Baron pracuje w Obserwatorium Lowella we Flagstaff w Arizonie, gdzie ponad dwieście lat wcześniej odkryto Plutona. Gdy zapada zmrok, korzystając z teleskopów, pokazuje zwiedzającym cuda wszechświata. Po pracy nieoficjalnie, jednak za zgodą swojego szefa, wykorzystuje najlepsze instrumenty obserwatorium do prowadzenia własnych badań.

Podczas jednego z rutynowych przeglądów nieba zauważa dziwną aktywność w ciemnej mgławicy LDN 63. Zachodzące tam zjawiska cechuje niespotykane tempo. Te informacje mogłyby zainteresować środowisko naukowe, ale najpierw Celia musiałaby przekonać wszystkich co do autentyczności uzyskanych wyników. W przeszłości dokonała rzekomo przełomowego odkrycia, ale użyła do tego sfałszowanych danych. Od tego czasu jej nazwisko jest zdyskredytowane w społeczności naukowców. W celu potwierdzenia swoich obserwacji Celia potrzebuje użyć znacznie potężniejszego teleskopu niż te, które ma do dyspozycji w miejscu pracy. Biorąc jednak pod uwagę jej reputację, nie ma ona szans na uzyskanie dostępu do żadnego z najlepszych instrumentów pomiarowych na świecie.

Paul Henson jest księdzem w katolickim kościele w Tucson w Arizonie. Odkąd jego córka i żona zginęły w wypadku, stracił wiarę w Boga. Coraz ciężej jest mu uporać się z codziennością i o mało nie zostaje zwolniony. Pewnego dnia wpada jednak na pomysł, że gdyby znalazł dowód na istnienie Boga, mógłby - pomimo braku wiary - ponownie poświęcić się swojemu powołaniu. Henson nigdy wcześniej nie wykonywał innej pracy.

Szukając w Internecie jakichkolwiek dowodów na istnienie Stwórcy, Paul natrafia na opis obserwacji Celii na temat procesu, którego nie można wyjaśnić za pomocą nauki. Ma nadzieję, że to informacja, którą pragnął znaleźć. Astronomka spotyka się z księdzem, któremu, dzięki wsparciu sztucznej inteligencji Alexy, udaje się zorganizować audiencję u watykańskiego astronoma. Alexa należy do Wielkiej Szóstki SI, która dyskretnie rządzi życiem ludzi na Ziemi, realizując przy tym własne interesy. Choć sztucznej inteligencji nie udaje się przekonać Watykanu do misji Celii i Paula, daje im możliwość przejęcia starego teleskopu Wang Zhenyi, który nie jest obecnie używany, tylko orbituje w przestrzeni kosmicznej w punkcie Lagrange'a L 2 .

Jaron C. Lewis jest niewidomym dowódcą holownika Achilles, który wraz ze swoją załogą, dwoma Niemcami Norbertem i Jürgenem, usuwa wadliwe satelity z kosmosu, aby nie stanowiły zagrożenia. Od jakiegoś czasu jego biznes nie idzie najlepiej. Najpierw satelita odrywa ramię jego holownika. Potem Jaron zostaje aresztowany za pracę, która okazuje się nie do końca legalna. Co więcej, Norbert pilnie potrzebuje kosztownego leczenia, bo wykryto u niego raka.

W tym samym czasie Celia i Paul z pomocą Alexy przybywają na stację kosmiczną Rafa Beta. Wynajmują Jarona i jego ekipę, aby za sowite wynagrodzenie pomogli im przywrócić do działania stary teleskop. Dzięki koronografowi starshade będzie można przy jego użyciu uzyskać precyzyjniejsze dane niż w przypadku wykorzystania innych sprzętów pomiarowych. Celia jest bliska potwierdzenia swoich obserwacji, gdy nagle pojawia się obiekt wystrzelony w kierunku starshade'a, aby go zniszczyć. Na krótko przed nieuchronną kolizją Alexie udaje się odchylić tor ruchu tego nieznanego pojazdu. W trakcie tego procesu Celia i Jaron ustalają, że obiekt przez chwilę poruszał się z prędkością zbliżoną do prędkości światła. Zachowują jednak ten fakt dla siebie, ponieważ sądzą, że nikt im nie uwierzy.

Astronomka ma teraz wystarczająco dużo danych, aby ujawnić tajemnicę LDN 63. W ciemnej mgławicy bez przerwy formują się gwiazdy oraz planety i to znacznie szybciej, niż wynikałoby to z aktualnych teorii fizyki. Co się dzieje w LDN 63, nazywanej Kuźnią Boga? Czy naprawdę działają tam nadprzyrodzone siły? Kościół postanawia zbudować międzygwiezdny statek kosmiczny, zaprojektowany przez Wielką Szóstkę, aby dokładnie zbadać Kuźnię Boga. Pięciu ludzi, w tym Jaron i Celia, oraz sztuczna inteligencja mają wyruszyć w 300-letnią podróż w stanie snu kriogenicznego.

Jest rok 2145, a budowa statku kosmicznego dobiega końca.

Orbita Ziemi, 6 kwietnia 2145 r.

Statek kosmiczny Truthseeker przypominał gigantyczne cygaro zaprojektowane przez kubistę. Szorstka struktura składała się ze szkieletu konstrukcyjnego wykonanego z tytanowych zastrzałów. Wewnątrz zawieszone były zbiorniki w kształcie kapsuł. Kilka miesięcy temu statek wyglądał jak przerośnięty pojemnik na tabletki.

Teraz znaczna część podstawowej konstrukcji była pokryta arkuszami z włókna węglowego - nie po to, by statek wyglądał bardziej elegancko, ale by chronić załogę. Niezwykle odporne na pęknięcia płyty mogły wytrzymać uderzenia mniejszych obiektów i spowolnić większe przynajmniej na tyle, by nie wyrządziły zbyt dużych szkód.

Arkusze rozszerzały również pole elektromagnetyczne, które, podobnie jak ziemskie pole magnetyczne, zapewniało aktywną ochronę przed promieniowaniem kosmicznym. Celia przetarła zmatowiałą powierzchnię, przez którą obserwowała Truthseekera. Takie reakcje chemiczne na iluminatorze zdarzały się tylko w starej kapsule Star Liner, która zabierała ją teraz na pokład.

- Kiedy zaczynamy? - zapytała.

- Skąd mam wiedzieć? - odpowiedział pilot.

Mężczyzna, który kierował kapsułą, miał na imię Franz. Pochodził z Austrii i przez cały lot był zrzędliwy. Celia odepchnęła się od okna i skierowała w dół. Wybrała drogę, która pozwoliła jej rzucić okiem na wyświetlacz pilota.

- Podejście wstrzymane - poinformował komputer. - W oczekiwaniu na dalsze instrukcje.

Świetnie. Celia wróciła do iluminatora. W ciągu ostatnich czterech tygodni, które spędziła na Ziemi, Truthseeker znacząco się zmienił. Cały dziób był nowy. To tam miało znajdować się jej laboratorium badawcze. Celii pozwolono sporządzić listę życzeń dotyczących jego wyposażenia. Zastanawiała się, które z urządzeń pomiarowych zostaną faktycznie dostarczone. Zapukała w powierzchnię okna. Odgłos, który usłyszała, sugerował, że okno jest wykonane z twardego plastiku.

W iluminatorze zobaczyła ogromny cylinder. Na jego przodzie znajdował się niewielki występ. Był to mechanizm dokujący, który musiał mieć kilka metrów wysokości, co wskazywało na ogromne wymiary korpusu tego pojazdu. To zapewne był tankowiec. Może dlatego nie pozwolono im zadokować na Truthseekerze.

- Czy wiesz, co to za statek blokuje dok? - zapytała Celia.

To była jej piąta wizyta na Truthseekerze. Niemal za każdym razem Franz był jej pilotem. Jeśli miało się szczęście i trafiło na odpowiedni temat, ożywiał się. Typy statków gwiezdnych stanowiły jedno z jego zainteresowań.

- Ach, to Liquid Master od MAN Industries - powiedział. - To w zasadzie gigantyczny zbiornik. Może przewozić wszystkie rodzaje płynów, utrzymując je w stanie ciekłym. Przeważnie jednak dostarcza tylko wodę. Interesuje cię też moc silników? Musiałbym to sprawdzić.

- Nie, nie trzeba.

A więc to była woda. Jaron wyjaśnił jej, że zabiorą ze sobą znacznie więcej wody, niż będą potrzebować do spożycia, ponieważ działa ona również jako pasywna osłona przed promieniowaniem, a ponadto może zostać zamieniona w masę reakcyjną w sytuacji awaryjnej. To znaczy gdyby nie mieli możliwości zatankowania w miejscu docelowym. Było to prawie niewyobrażalne, ale lepiej się zabezpieczyć niż potem żałować.

- Czy Liquid Master może wylądować na Ziemi? - zapytała Celia.

Franz się roześmiał.

- Nie musi. Woda pochodzi z wydobycia asteroid. To są irytujące odpady. Założę się, że dostawca płaci za pozbywanie się wody. To nie jest wcale łatwe!

- A woda nie jest potrzebna wszędzie tam, gdzie podróżują ludzie?

- Zapominasz, że to są systemy zamknięte. Gdy rafa ma wystarczającą ilość wody, rozpoczyna się cykl.

- Ale czy nie mogą jej po prostu wyrzucić? Może to zabrzmi naiwnie, ale...

- Nie, woda natychmiast zamarzłaby na lód, którego nawet niewielki odłamek może być niebezpieczny dla statku kosmicznego. Dlatego nielegalne pozbywanie się wody jest surowo karane. Więc albo rozbijasz wodę na wodór i tlen, co jest kosztowne, ale przynajmniej daje paliwo i powietrze do oddychania, albo płacisz komuś za to, by ją zabrał. Wyobrażasz to sobie? Ostatnio robią to nawet złomiarze. Ładują wodę na satelity, które zamierzają puścić w atmosferę i spalić.

- Nie nazywaj ich tak, Franz - powiedziała Celia.

- Hej, bez urazy, ale to...

- Po prostu tak nie mów, dobrze? - zareagowała ostro astronomka.

Franz głośno wypuścił powietrze, ale nic nie odpowiedział. Jaron, kapitan holownika kosmicznego, który pomógł Celii udowodnić jej teorię, wcześniej wyłapywał nieczynne satelity, utrzymując wraz ze swoją załogą niską orbitę okołoziemską w czystości. On też należał do tej grupy i nie zasługiwał na tak obraźliwą etykietkę. Jakby prowadzenie starej kapsuły Star Liner na trasie między tanim portem kosmicznym a orbitą było godniejszą uznania pracą!

Nagle w otworze iluminatora coś się poruszyło. Wyglądało to jak otwieranie się pojemnika z nasionami. Tysiące drobin wypłynęło z szyjki cylindra, błyszcząc jak diamenty w słońcu.

- Cholera! - krzyknął pilot.

Dopiero po chwili Celia zrozumiała, że zbiornik wody frachtowca musiał pęknąć. Piękny, dość jednolity kryształowy kwiat rosnący wokół statku stanowił śmiertelne zagrożenie. Coś szarpnęło ją z ogromną siłą do tyłu. Próbowała złapać się uchwytu, ale była zbyt wolna i upadła.

Na szczęście podłoga miała miękką powierzchnię. Pół metra dalej stały dwie metalowe skrzynie. Gdyby Celia w nie uderzyła... Pilot nadal przyspieszał. Astronomka wyprostowała się i poddała sile bezwładności. Cholera. I tak długo mieli spokój! Ostatni atak na Truthseekera nastąpił dwa miesiące temu. Odpowiedzialność za niego wzięli na siebie fundamentalistyczni chrześcijanie z USA. Również wyznawcy islamu próbowali zapobiec tej misji wspieranej przez Kościół katolicki.

Siła przyspieszenia malała. Celia miała wystarczająco dużo czasu, by sięgnąć w stronę ramy fotela, zanim znów znalazła się w stanie nieważkości.

- Przepraszam - odezwał się Franz. - Musiałem zareagować błyskawicznie. Ale teraz powinniśmy być bezpieczni.

- Wszystko w porządku - odpowiedziała. - Gdyby uderzył w nas kawałek lodu, prawdopodobnie bylibyśmy w złym stanie.

- Wiadomo - stwierdził pilot. - Naprawdę chciałbym wiedzieć, jaki dupek za tym stoi.

Twarz Franza poczerwieniała z gniewu. Oboje mieli nadzieję, że nikomu nic się nie stało.

- Masz jakieś wieści o Truthseekerze? Czy został uszkodzony? - zapytała Celia. - I co z załogą frachtowca?

- Z Liquid Master prawie nic nie zostało, ale te frachtowce są zwykle kontrolowane przez automatyczny system i nie mają załogi.

To już było coś. Celia otarła pot z czoła.

- Centrum Kontroli Misji do SL1994, zgłoś się - usłyszeli.

- Poczekaj chwilę - powiedział Franz do astronomki. - Muszę to odebrać.

Celia skinęła głową.

- Tu SL1994. Wszystko w porządku. Kierujemy się na alternatywną orbitę.

- Bardzo dobrze, SL1994. Zostań tam, dopóki nie skontaktujemy się z tobą ponownie. Centrum Kontroli Misji, bez odbioru.

- Nie rozłączajcie się. Czy wiecie coś o celu naszej podróży? - zapytał Franz.

- Truthseeker jest nieuszkodzony. Woda wyciekała tak powoli, że kawałki lodu nie miały prawie żadnego pędu w stosunku do statku. Nawet skafander kosmiczny mógłby je zatrzymać.

- W takim razie nadal moglibyśmy zadokować, prawda?

- Utworzyła się chmura, która może być niebezpieczna dla statków na innych orbitach. Szukamy sposobu pozbycia się jej. Do tego czasu proszę o cierpliwość. Nie chcielibyśmy pogorszyć sytuacji.

- Zrozumiałem - odparł Franz. - Po prostu... jutro są urodziny mojej żony.

- Zajmiemy się tobą, SL1994.

Celia przycisnęła twarz do iluminatora. Po wypadku nie było już śladu. Znajdowali się teraz wysoko nad Truthseekerem, który powoli ich wyprzedzał. To był imponujący widok. Pierwszy międzygwiezdny statek ludzkości sunął niczym czarny cień nad głębokim błękitem oceanu.

Jeśli to był atak, to nie zaplanował go żaden profesjonalista. Musiałoby się dostać kawałkiem lodu w oko, żeby ten odłamek wyrządził jakąkolwiek krzywdę. Przynajmniej podczas koorbitacji frachtowca wodnego z Truthseekerem. Więcej szkód spowodowałaby kolizja zbiornikowca ze statkiem kosmicznym.

- Czy to mógł być zwykły przypadek? - zapytała Celia.

- Cóż, nie wykluczałbym tego. Utylizacja wody to biznes oparty na dotacjach. Niewiele zostaje na regularne utrzymanie statków. A jeśli pojazd kosmiczny jest nieszczelny, to tym lepiej, pozbywasz się przeciekającego zbiornika i trzeba go zastąpić nowym.

To była prawda. Inni musieliby zapłacić za zaśmiecanie orbity, a tutaj nie ma takiej potrzeby.

- Centrum Kontroli Misji do SL1994, zgłoś się.

- Tu SL1994. Co mogę dla was zrobić?

Franz potrafił być naprawdę przyjazny. Dlaczego nie próbował być milszy w stosunku do niej?

- Rozmawiałem z zespołem odpowiedzialnym za sprzątanie. Nie będzie problemu, jeśli ostrożnie zbliżycie się do doku z prawej burty. Oni chcą przeczesać teren siecią.

- Byłoby świetnie.

- Będziecie musieli zrobić to z niższej orbity. Uważaj tylko, aby utrzymać maksymalną różnicę prędkości 0,8 metra na sekundę.

- Przyjąłem. Dziękuję, Centrum Kontroli.

- Nie ma za co. Miłego podejścia. Dok będzie dostępny przez dwadzieścia minut, a potem przylatuje transport materiałów.

- W porządku. Pośpieszę się.

Tym razem Celia w porę odbiła się od iluminatora i wróciła na swoje miejsce. Przypięła się pasami. Pilot wyhamował kapsułę, aby umożliwić statkowi kosmicznemu wyprzedzenie jej na niższej orbicie. Zeszli obok Truthseekera. Celia śledziła wszystko na ekranie. Dzięki niemu uzyskiwała dokładniejszy obraz, niż patrząc przez okno, ale wciąż czuła się, jakby stała z boku. Tak naprawdę nie była już częścią tego procesu. Wszystko się jednak zmieniło, gdy powoli zbliżali się do doku. Kamera była wtedy skierowana w górę, a Celia patrzyła na niebo pełne błyszczących lodowych kul. Miała wrażenie, jakby ktoś rozsypał jej świeży śnieg nad głową. Woda musiała wypływać ze zbiornika stosunkowo powoli, więc miała wystarczająco dużo czasu, aby uformować ciekawe kształty, gdy zamarzała.

Astronomka przełączyła się na tylną kamerę kapsuły. SL1994 utworzył swego rodzaju tunel, w którym nie unosiły się cząsteczki lodu. Na jego krawędzi widać było warstwę niezwykle drobnych kryształów, prawdopodobnie powstałych w wyniku kolizji z kapsułą. Dawały one niezwykły efekt. Celia postanowiła poczytać więcej o fizyce płynów. Mogło to się okazać przydatne po przybyciu do LDN 63, jeśli ciemna mgławica nadal będzie tak gęsta, jak się obecnie wydawało.

Gdyby astronomka miała pecha, cała badana chmura rozpuściłaby się do tego czasu i została zastąpiona przez otwartą gromadę gwiazd. To również stanowiłoby interesujący obiekt obserwacji, ale bez towarzyszącej mu dynamiki byłby on tylko w połowie tak ekscytujący. Celia nigdy nie dowiedziałaby się, jakie siły napędzały proces, gdyby był on już dawno zakończony. Z tego powodu irytowały ją wszelkie opóźnienia.

- Przygotuj się do dokowania - odezwał się pilot.

Celia instynktownie zacisnęła dłonie na pasach. Była taka podekscytowana swoim nowym laboratorium badawczym!

* * *

Astronomka wzięła głęboki oddech. Cały stres z niej uszedł. Czuła bicie serca Jarona, dopóki pilot powoli nie zwolnił uścisku.

- Cóż, to miłe powitanie - powiedziała.

- Tęskniłem za tobą - wyznał kapitan.

- Ja za tobą też - przyznała.

Celia nie była pewna swoich uczuć. Tęskniła za Jaronem. Był jej przyjacielem. W końcu nie było jej na pokładzie prawie miesiąc.

- Nareszcie jesteś - powiedział dowódca holownika. - Mam ci wiele do pokazania.

- Naprawdę nie mogę się tego doczekać - zawołała Celia.

- Jest dużo pracy - zaczął Jaron. - Ekipy cały czas się zmieniają, w zależności od pojawiających się zadań. Przed chwilą wyszli elektrycy, którzy podłączali sprzęt. Przez tydzień miałem siedmiu monterów pracujących przy wzmacnianiu połączenia między zbiornikami a elementem nośnym szkieletu.

Opuścili pomieszczenie dokujące z dwiema śluzami powietrznymi i podążyli centralnym korytarzem. Jaron zatrzymał się przy pierwszym rozwidleniu.

- Widzisz te dwie drogi? - zapytał.

Po lewej i prawej stronie znajdowały się dwa wąskie korytarze, każdy z długą drabiną przymocowaną do sufitu i podłogi. Te moduły musiały być nowe.

- Dokąd one prowadzą?

- Każda z nich kończy się małą śluzą powietrzną. Później zostaną do nich zadokowane dwie kolejne kapsuły kosmiczne.

- Ach, to dla nas do zamieszkania?

- Tam będzie sztuczna grawitacja. Alexa stwierdziła, że możemy stracić sporo masy mięśniowej podczas dłuższych okresów nieważkości.

- I nie pomyślała o tym wcześniej? - zapytała Celia.

Sztuczna inteligencja najwyraźniej dbała głównie o siebie.

- Na to wygląda. Ja też nie do końca to rozumiem - odpowiedział Jaron. - W każdym razie możemy się tam udać, gdy statek będzie się obracał bez napędu silników.

- Albo kiedy będziemy działać sobie na nerwy.

Ten pilot na razie jej nie wkurzał, ale kto wie, jak to się zmieni w ciągu 300 lat, które mieli przed sobą. W centrum sterowania nie było za wiele miejsca dla pięciu pasażerów.

Jaron chwycił ją za rękaw. Wyglądało na to, że już całkiem dobrze orientuje się w terenie. Przeszli przez pokój, którego nie kojarzyła.

- Gdzie jesteśmy? - zapytała.

- To jest warsztat. Albo przynajmniej kiedyś nim był.

Celia przypomniała sobie to pomieszczenie. Na początku było prawie puste. Znajdował się tam tylko stół warsztatowy i kilka urządzeń przymocowanych do ścian. Teraz wszędzie piętrzyły się wieże komputerowe, które jakby celowały w główny korytarz pośrodku. Wewnątrz słychać było syk i ulatniała się para jak w laboratorium chemicznym.

- Co to za sprzęt? - zapytała.

- To system chłodzenia komputerów kwantowych. Alexa mówiła, że hałasują tylko na początku. Najpierw muszą schłodzić komputery.

A więc to było teraz królestwo SI.

- Czy już się przeprowadziła? - zapytała Celia.

- Nie, wciąż używam rdzenia danych - odpowiedziała nagle Alexa. - Dopiero gdy czas propagacji sygnału stanie się zbyt długi, wprowadzę się tutaj na stałe.

- Czy nie trzeba użyć słowa klucza, aby przywołać sztuczną inteligencję na pokład? - zapytała astronomka.

- Umowa jest taka, że może pojawiać się w warsztacie w dowolnym momencie, ale poza nim tylko na żądanie - wyjaśnił Jaron.

- Choć się na to nie zgadzałam - stwierdziła Alexa. - Jestem pełnoprawnym członkiem załogi i powinnam móc wyrażać swoje zdanie w dowolnym momencie.

- Jedyną rzeczą, która temu przeczy, jest niestety treść umowy, którą z tobą zawarliśmy - odparł pilot.

Alexa nie odpowiedziała. Może naprawdę powinni dać jej więcej swobody. Kiedy już będą sto lat od Ziemi, nie będzie sensu odwoływać się do tak starych tekstów jak ta umowa. Bez udziału Alexy ta misja nigdy by się nie odbyła. Celia nie chciała jednak ingerować w decyzje Jarona. Przecież on się nie wtrącał, gdy chodziło o kwestie naukowe.

Kolejny moduł składał się głównie z kuchni i toalety. W jednej części umieszczono prymitywne kabiny. Przypuszczalnie spali w nich robotnicy budowlani. Poza tym nic się tu nie zmieniło. Naczynia w kuchni były umyte i odłożone na miejsce, a w pomieszczeniu unosił się zapach środków czyszczących.

Weszli do centrum sterowania. Było tu więcej sprzętu niż wcześniej. Nie było jednak jeszcze tak dużo komputerów jak w warsztacie.

- Chcę, żebyś kogoś poznała - powiedział Jaron. - Carloto, jesteś tutaj?

Zza rogu wyłonił się cień i skierował w ich stronę z otwartymi ramionami. Celia wyciągnęła rękę, a dziwna ciemnoskóra kobieta z długimi czarnymi włosami związanymi w kucyk i pewnym siebie wyrazem twarzy sprawnie zatrzymała się, chwytając jej dłoń.

- To jest Carlota, nasz lekarz pokładowy - wyjaśnił Jaron.

- Miło mi cię poznać. Jestem Celia.

- Cała przyjemność po mojej stronie. Wiele o tobie słyszałam. Muszę przyznać, że to fascynująca historia.

- Tak myślisz? Ja tylko wykonywałam swoją pracę.

- Nie zaszłabyś tak daleko, gdyby to było tylko to. Ludzie uwielbiają takie historie. Najpierw byłaś u szczytu kariery, potem na dnie, a teraz nagle jesteś najważniejszą naukowczynią na planecie.

Celia uniosła brwi. To zabrzmiało dziwnie!

- Naprawdę przesadzasz - odparła. - Po prostu nikt inny nie chce porzucić swojego życia na Ziemi. Dlatego tu jestem.

- Ha, nie znasz się zbyt dobrze na ludziach. Jak myślisz, ile było zgłoszeń na stanowisko lekarza pokładowego? Ponad trzysta tysięcy!

Celia nie miała o tym pojęcia. Dlaczego w ogóle ogłoszono nabór na to stanowisko? Na pokładzie było tylko pięć miejsc i wszystkie były już zajęte.

- Zostaniesz z nami tylko kilka tygodni? - zapytała astronomka.

- Och, Jaron jeszcze ci nie powiedział?

- O czym?

- Carlota być może zastąpi Norberta. Jeśli on nie będzie w stanie polecieć z powodu problemów zdrowotnych.

- Jeśli? - zdziwiła się lekarka.

- Tak, oczywiście. Taka jest umowa. Celio, chciałem ci pokazać twoje laboratorium badawcze, zanim wyjdę.

Jaron chwycił ją za rękę, odepchnął się od ściany i pociągnął kobietę za sobą.

* * *

Przeszli przez kolejne pomieszczenie tak szybko, jakby ktoś ich gonił. Celia zobaczyła stół operacyjny, skaner do badań całego ciała i pięć szklanych gablot. To musiały być kontenery, do których będą musieli wejść po wylocie. Jaron prawie przeciągnął astronomkę przez gródź, która tworzyła przejście do laboratorium.

Po drugiej stronie szybko nacisnął przycisk na ścianie i gródź się zamknęła. Wyglądało to tak, jakby ćwiczył to setki razy.

- Co się dzieje? - zapytała Celia.

- Chciałem ci tylko pokazać, że można całkowicie odizolować laboratorium od reszty statku - odpowiedział Jaron. - Jeśli zablokujesz je w ten sposób - nacisnął przycisk blokady, licząc do pięciu - nawet Alexa nie będzie w stanie otworzyć go z zewnątrz.

- A dlaczego miałabym to robić?

- Nie wiem. Może sztuczne inteligencje obawiają się, że będziesz musiała przeprowadzić jakieś niebezpieczne eksperymenty w LDN 63.

- Co według nich tam znajdziemy?

- Nie powiedziały mi.

- Zmieniając temat, przyznaj się, coś jest nie tak? Właśnie uciekłeś przed tą lekarką.

Jaron westchnął.

- Potrzebowałem trochę ciszy i spokoju. Co myślisz o kuchni?

- Wyglądała bardzo czysto i schludnie. Czy to zasługa Carloty?

- Nie, to ja! Ona mnie do tego zmusiła.

To było śmieszne. Jaron musiał raz posprzątać kuchnię, a teraz czuł się z tego powodu pokrzywdzony.

- Zmusiła cię? Dowódcę? Jak jej się to udało?

Jaron się wzdrygnął, jakby otrząsał się z koszmaru.

- Ciesz się, że tego nie doświadczyłaś. Jest w niej coś tak kontrolującego...

- Myślę, że przesadzasz. Sprawia sympatyczne wrażenie. Poza tym nie będzie tu zbyt długo.

- Tak...

- Wahasz się?

- Zobaczymy.

Celia nadal nie wiedziała, o co dokładnie chodzi Jaronowi, ale chciała w spokoju przyjrzeć się swojemu laboratorium. Carlota pokonała tylu kandydatów na to stanowisko, że z pewnością miała kwalifikacje do tej pracy. Fakt, że zmusiła Jarona do posprzątania kuchni, zamiast zrobić to sama, właściwie ucieszył astronomkę.

- Co my tu mamy? - zapytała, oglądając pomieszczenie.

Odkryła już spektrograf. Był to doskonały model. Następnie znalazła panel kontrolny spektrometru neutronowego. Dzięki niemu będzie mogła zajrzeć w głąb powierzchni planety. Uruchomiła go, by sprawdzić, czy jest podłączony.

- Dostawca poinformował mnie, że to połączenie spektrometru gamma i neutronowego - wyjaśnił Jaron. - Mówił to tak, jakby to było coś wyjątkowego.

Celia się odwróciła. Skąd wiedział, które urządzenie badała? Wtedy usłyszała delikatny świst wentylatora. Musiał zapamiętać ten dźwięk.

Tuż obok znajdował się magnetometr. Jego długie ramiona pomiarowe pewnie były gdzieś na zewnątrz statku kosmicznego. Podeszła do wysokościomierza laserowego, który rozpoznała po logo producenta. Była to rodzinna firma produkująca najlepsze wysokościomierze na świecie. Kolejnego urządzenia nie rozpoznała. Musiała przeczytać tabliczkę znamionową. Był to spektrometr cząstek, który określał rozkład energii naładowanych cząstek. Na końcu ucieszyła się na widok swojego własnego spektrometru rentgenowskiego, który służył do analizy widma tegoż promieniowania. I ona miała sama obsługiwać ten cały sprzęt? Alexa z pewnością chętnie jej pomoże.

- Są dwa instrumenty, których jeszcze nie widziałaś - odezwał się Jaron.

- Tak?

Jednym z nich był prawdopodobnie teleskop. Ostatecznie nie byłoby to rozsądne, gdyby oszczędzali na optyce.

- Pierwszy z nich to teleskop - oznajmił pilot. - Jest zamontowany na stożku nosowym, ale można nim sterować z laboratorium.

- A drugi?

- Na pokładzie mamy układ grawitacyjny - powiedział Jaron. - Tak określali to technicy.

- To znaczy, że mogę mierzyć fale grawitacyjne? Przecież statek jest na to zbyt mały.

- Załadowaliśmy na podkład trzydzieści mikrosatelitów. W miejscu docelowym możemy je puścić w przestrzeń. Będą się ze sobą komunikować za pomocą lasera, tworząc gigantyczny interferometr laserowy rozłożony na całym obszarze. Technik, który mi o tym powiedział, był bardzo podekscytowany. Najwyraźniej dzięki temu można nawet nadać kierunek falom grawitacyjnym.

- Kto na to wpadł? - zapytała Celia, choć podejrzewała, że zna odpowiedź.

- To pomysł sztucznych inteligencji. Wydaje się, że wiedzą więcej o celu naszej podróży niż my.

- Niekoniecznie. Może po prostu chcą być dobrze przygotowane.

- Może. Wiesz, że tak naprawdę im nie ufam.

- Wiem, Jaronie. Ale gdyby nie Alexa, nie byłoby mnie tutaj.

- Jestem jej za to wdzięczny. Cóż, zostawię cię, pewnie chcesz się bliżej zapoznać ze swoimi instrumentami. Zobaczymy się na kolacji? Dziś moja kolej na gotowanie.

- To świetnie.

Jaron ponownie otworzył gródź. Wyszedł z pomieszczenia, nie zamykając go. Celia wolała, gdy było otwarte. Nie czuła się wtedy taka samotna na wielkim statku.

* * *

Instrumenty, które astronomka miała do dyspozycji, tak bardzo ją ekscytowały, że nie mogła się zdecydować, od którego zacząć. Postanowiła najpierw sprawdzić pocztę. Na samej górze skrzynki algorytm umieścił wiadomość od jej szefa. Oprogramowanie prawdopodobnie nie zauważyło jeszcze, że nie pracowała już w Obserwatorium Lowella.

Celia była jednak ciekawa, co napisał Cody. Jak potoczyłoby się jej życie, gdyby się z nim związała? Może namówiłaby go na kupno czasu przy wielkim teleskopie. Ale wtedy to byłoby jego odkrycie. Kto uwierzyłby takiej oszustce jak ona? Postąpiła słusznie. Była pewna, że Cody też byłby zadowolony z jej pierwszych odczytów.

"Droga Celio" - napisał. "Słyszałem, że byłaś w Tucson".

Musiał o tym przeczytać w lokalnych mediach. Paul stał się prawdziwą gwiazdą w swoim mieście. Celia odwiedziła go na kilka dni. Teraz jednak kontynuowała czytanie wiadomości od Cody'ego.

"Szkoda, że nie wpadłaś też do nas. Z chęcią przyjęlibyśmy cię w twoim starym miejscu pracy. Przecież to u nas dokonałaś swoich pierwszych ciekawych pomiarów. Gdybym nie był tak hojny, jeśli chodzi o korzystanie ze sprzętu obserwatorium do celów prywatnych... Nie piszę jednak po to, żeby cię krytykować. Zawsze dobrze się dogadywaliśmy i wspierałem cię, bo dostrzegłem twój talent".

Tak, Cody, zrobiłeś to, chociaż nie do końca rozumiem twoje motywy. Mimo to zawsze uważałeś się za lepszego ode mnie.

"W każdym razie, pamiętając o naszej przyjaźni, byłoby bardzo miło, gdybyś napisała kilka zdań o swoim czasie w Obserwatorium Lowella, które moglibyśmy wykorzystać w celach marketingowych. Wiem, że zawsze lubiłaś swoją pracę. Naprawdę inspirowałaś zwiedzających".

To była prawda. Tęskniła za tym aspektem pracy.

"Załączam również szkic artykułu, który napisałem. Ponownie badałem pewną grupę znanych ciemnych mgławic za pomocą naszego dużego teleskopu i natknąłem się na kilka interesujących rozbieżności w stosunku do przyjętych wartości. Byłbym zaszczycony, mogąc uznać cię za współautorkę. Jeśli artykuł zostanie dobrze przyjęty, powinno być możliwe uzyskanie czasu obserwacyjnego na teleskopie Copernicusa. Byłoby bardzo miło z twojej strony, gdybyś mi pomogła wystąpić z wnioskiem o takie badania".

Niezła próba, Cody. Z jej nazwiskiem jako współautorki, prawdopodobnie rzeczywiście miałby większe szanse na zaakceptowanie artykułu przez renomowany magazyn. Nawet jeśli nie miała nic wspólnego z jego badaniami.

Celia zajrzała do artykułu. Cody najwyraźniej pracował nad katalogiem ciemnych mgławic Lynds, ale wartości wydawały się znajome. Czy to możliwe, że...? Przeszła do załącznika, który zawierał wszystkie serie pomiarowe. Nie zadał sobie nawet trudu, by zmienić datę. 12 maja, 13 maja 2144... Część danych pochodziła od niej! Cody zdawał się nie mieć wstydu, a kiedyś miała o nim tak wysokie mniemanie. To dzięki niemu miała możliwość pracować w obserwatorium. Nikt nie dał jej podobnej szansy.

Daj spokój, Cody. Zamknęła załącznik. Powstrzymała się od obrzucenia go wyzwiskami. Zamiast tego usunęła wiadomość, a następnie umieściła adres swojego byłego szefa na liście zablokowanych kontaktów.