Orbita Ziemi, 9 maja 2144 r.
– Szczotka toaletowa do nas dzwoni – poinformował Norbert.
– Połącz mnie – odparł Jaron.
Norbert i Jürgen nazywali stację kosmiczną Rafa Beta szczotką toaletową, ale w rzeczywistości była to jedna z największych placówek załogowych. Kwatery mieściły się w nadmuchanym cylindrze. Trzon stanowiły ustawione liniowo moduły laboratoryjne i technologiczne.
– No nie wiem, szefie. Nie chcesz, żebym ja się tym zajął? – zapytał Norbert.
Jaron się roześmiał. Najwyraźniej jego pilot obawiał się, że on obrazi kontrolera ruchu, tak jak ostatnim razem.
– Nie, ja to zrobię – odpowiedział.
Jaron potrafił się odpowiednio zachować, kiedy sytuacja tego wymagała. Czasami jednak za bardzo się stawiał, gdy próbował coś załatwić. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak wtedy wygląda. Może ludzie uśmiechali się, kiedy się prostował i wypinał klatkę piersiową? Wiedział natomiast dokładnie, jak brzmi jego głos.
– Jak chcesz – odparł Norbert.
– Tu Rafa Beta – oznajmił cienki, wysoki głos. – Holownik C24, korzystasz z chronionej orbity!
Czy to miało być powitanie? Jaron skierował statek na orbitę Rafy Beta, bo chciał tam zadokować.
– Zgłasza się holownik Achilles. Dzięki za informację, Rafa Beta – powiedział. – Właśnie miałem poprosić o przydział do portu.
– Przykro mi, C24, ale jesteś na liście statków zakazanych. Prosimy o zmianę orbity. Może spróbuj na Rafie Alfa lub Gamma.
Kontroler ruchu nie używał nazwy jego statku, tylko numeru. Jaron uznawał to za zniewagę, więc poczuł irytację.
– To niemożliwe – odparł. – Nie mam żadnych przewinień. Achilles odbiór.
– Zaczekaj, C24. Sprawdzę cię. Ach. Zalegasz z opłatami za dokowanie.
Cholera. Był pewien, że zapłacił tę kwotę ostatnim razem… A może to była nieuregulowana suma za ostatni rok?
– Nie możesz zrobić wyjątku? Zapłacę bezpośrednio w biurze.
– To niemożliwe. Nie mogę usunąć cię z listy, dopóki masz dług.
Szlag! Jaron uderzył pięścią w blat przed sobą, ale trafił w kolano. Norbert się roześmiał. Musiał widocznie przewidzieć wybuch Jarona i odsunął biurko. W zerowej grawitacji można było bezgłośnie przenosić przedmioty. Jaron zlokalizował kolegę, wyciągnął rękę na długość 70 centymetrów i trafił palcami w bok Norberta. Pilot zapiszczał, a Jaron parsknął śmiechem. Norbert miał straszne łaskotki.
– Wszystko tam na górze w porządku? – zapytał kontroler ruchu, który nadal się nie przedstawił.
W zasadzie to znajdowali się pod rafą, ale pracownicy stacji kosmicznych nie potrzebowali tego rodzaju informacji. Przypuszczalnie był to jakiś stażysta. Jego pytanie podsunęło jednak Jaronowi pewien pomysł.
– Właściwie to nie – powiedział. – Mój drugi pilot ma silny ból brzucha. Myślę, że to coś poważnego.
W nagłych przypadkach nikt nie mógł odmówić im pomocy.
– Nie rób tego – szepnął Norbert. – Wezmą mnie na badania!
Jaron zasłonił mikrofon, aby kontroler ruchu ich nie słyszał.
– Nagły wypadek? Dlaczego od razu nie powiedziałeś? – zapytał pracownik Rafy Beta.
– To nawracające skurcze – odparł Jaron. – Są trudne do zniesienia, dlatego cieszę się, że jesteśmy akurat w bezpiecznej okolicy.
Kontroler ruchu westchnął.
– Zadokuj przy K2. Przyślę zespół pierwszej pomocy.
– Nie zgadzam się – wyszeptał Norbert.
– Dziękuję, jesteś kochany – powiedział Jaron do mikrofonu. – Naprawdę martwię się o kolegę.
– Ale to nie znaczy, że nie będziesz musiał zapłacić – dodał kontroler ruchu. – Zostaniesz jedynie tymczasowo usunięty z listy osób z zakazem dokowania.
* * *
Kosmiczna rafa rozciągała się tuż obok jak ostra linia, z której wydobywał się wysoki dźwięk. Ton stawał się głębszy, gdy holownik zbliżał się do stacji. Pojawiły się małe impulsy, odchylenia o wyższej częstotliwości, z których każdy reprezentował oddzielny port. Kiedy stawały się głośniejsze, oznaczało to, że statki mają w nich cumować.
Jaron usłyszał mroczny pomruk. To były odgłosy wydawane przez gigantyczny moduł cylindra. Port K2, do którego przydzielił ich kontroler ruchu, znajdował się tuż przed nimi. Służby ratunkowe miały do pokonania krótką drogę, by następnie zabrać Norberta do ambulatorium. Jaron nie powinien był kłamać. Co by było, gdyby w tym samym czasie ktoś był poważnie chory i nie można by mu pomóc wystarczająco szybko?
– Przepraszam za ten głupi pomysł – odezwał się Jaron.
– W porządku, szefie – odpowiedział Norbert. – Wyjdę z tego. Byłoby źle, gdybyśmy nie mogli zadokować.
– Prawdopodobnie moglibyśmy wytrzymać jeszcze kilka tygodni na orbicie – stwierdził Jaron.
– Ale wtedy byłbyś całkowicie spłukany, szefie.
To była prawda. Potrzebowali materiału na sieć, którą chciał zbudować Norbert. Bez takiego sprzętu nie mogli przyjmować zleceń od BPK. Wypchnięcie satelity z orbity bez odpowiednich narzędzi było niemożliwe.
Niski szum nasilił się na tyle, że Jaron dostał gęsiej skórki. Ostry dźwięk dochodził z tak bliskiej odległości, że mógł niemal dosięgnąć jego źródła. Jaron wyobraził sobie szczotkę klozetową w kosmosie. Nazwa dobrze oddawała wrażenie, jakie wywierały na nim dźwięki z danych radarowych. Oczami wyobraźni widział uchwyt wykonany z białego plastiku i szczotkę z żółtawego włosia. Poczuł nawet nieprzyjemny zapach.
– Jürgen, to ty? – zapytał Norbert.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – odpowiedział Jürgen.
– Otworzę okno – zaproponował Norbert.
W tym momencie świat wokół się zmienił. Trójwymiarowa rzeźba dźwiękowa stała się ciasną powłoką, w której sygnały akustyczne dochodziły ze wszystkich kierunków. Jedynie częstotliwość dźwięków pokazywała, ile miejsca pozostało dookoła statku kosmicznego, a dokładniej jego zewnętrznej powłoki. Jaron chwycił oparcia swojego fotela. Nie dlatego, że się bał, ale by się upewnić, iż jego ciało jest prawidłowo ułożone. Przed nim znajdował się adapter dokujący, którym musiał trafić prosto w port. Nie mógł być ani odrobinę nachylony.
Nauczenie się tej techniki zajęło Jaronowi trochę czasu. Jego ówczesny drugi pilot, Martin Wicha, specjalnie dla niego rozpisał ją na punkty. Nie było to coś całkowicie odkrywczego. Martin pracował wcześniej jako inżynier w niemieckim przemyśle motoryzacyjnym, a w wolnym czasie komponował muzykę elektroniczną. Układając technikę lądowania, zastosował wiele rozwiązań z inżynierii samochodowej. Teraz to komputer pokładowy komponował dla Jarona świat impulsów dźwiękowych o różnej prędkości. Pilot był pod wrażeniem tego, jak realny stał się ten świat w jego świadomości. Wyobrażał sobie sygnały jako patyki o różnej długości rozciągające się w jego kierunku ze wszystkich stron. Pod żadnym pozorem nie wolno mu było dotykać ich delikatnych końcówek.
– Bardzo dobrze sobie radzisz – stwierdził Norbert.
Jaron wiele razy powtarzał mu, by oszczędzał oddech, ale Niemiec wciąż nie wydawał się w pełni ufać swoim umiejętnościom, nawet po dwóch latach. Może powinien… Jaron nacisnął kilka przycisków.
– Hej, co robisz? – zapytał Norbert. – Mój ekran!
– Nie potrzebujesz tego.
Norbert naprawdę nie potrzebował ekranu. W jaki sposób płaska projekcja miała pomóc zaparkować statek kosmiczny na trójwymiarowej stacji? Tylko obraz, który Jaron miał w głowie, był naprawdę kompletny. I pokazywał też, że… cholera. Coś nadlatywało od tyłu? Jaron skorygował kurs, kierując półsilniki w lewo.
– Auć! – wykrzyknął Norbert. – Co ty wyprawiasz?
– Co się stało? – zapytał Jaron.
– Oblałem się gorącą herbatą – zajęczał Norbert.
– Właśnie wykonałem unik, by nie zderzyć się z jednym idiotą – powiedział Jaron. – Rafa Beta, co to było?
– Hm, przepraszam, C24. Ktoś musiał ominąć kolejkę. Oczywiście otrzyma za to karę. Port K2 jest zawsze niezwykle popularny.
– Co mamy teraz zrobić? – zapytał Jaron.
Holownik osiągnął nieco wyższą orbitę dzięki manewrowi korekcyjnemu. Stacja powoli się oddalała, czego Jaron domyślił się po ostrym dźwięku i niskim szumie.
– F1 jest wolne – odparł kontroler ruchu. – Możecie zadokować czy potrzebujecie innej orbity do regulacji?
Norbert klepnął szefa po ramieniu, ale ten zignorował gest.
– Możemy to zrobić – odparł Jaron.
– Dobrze, w takim razie przekieruję tam służby ratunkowe. Rafa Beta bez odbioru.
– Ale, szefie, F1 jest po drugiej stronie! – krzyknął Norbert.
– Tak, i co?
– Więc musimy…
– Zdaję sobie z tego sprawę.
Podczas gdy moduł cylindryczny obracał się, tworząc sztuczną grawitację, moduły liniowe tego nie robiły. Pomagało to w dokowaniu, ale komplikowało proces, jeśli przypisany port znajdował się po drugiej stronie. K2 było umiejscowione na prawej burcie, a F1 – na lewej. Jaron najpierw zanurkował pod orbitę rafy, aby ją dogonić. Następnie obrócił holownik tak, by zbliżyć się do lewej burty.
Potem rozpoczął natychmiastowe lądowanie. Przestrzeń ponownie zamieniła się w tło dźwięków o różnej prędkości. To rozwiązanie było naprawdę genialnym pomysłem. Dzięki programowi Martina Jaron mógł być w końcu niezależny od drugiego pilota podczas końcowego podejścia. Jego świadomość umiejętnie sortowała częstotliwości i nawykowo przekształcała je w strzałki. Trzy metry do celu, dwa, jeden. Przez holownik przeszedł delikatny wstrząs. Potem trzask, który Jaron poczuł w swoim wnętrzu. To były zaciski, które mocno zakotwiczyły holownik do Rafy Beta.
Przybyli. Usłyszeli głośne uderzenie w gródź. To byli ratownicy medyczni. Jaron rozpoznał ich po zapachu stacji medycznej. Norbert się zgrywał:
– Dziękuję, przyjacielu – powiedział, po czym jęknął, gdy położyli go na noszach.
– Mamy go – powiedział kobiecy głos.
– Będziemy czekać tam gdzie zawsze – poinformował Norberta Jaron.
* * *
Norbert nie wrócił przez kolejne dwie godziny. Spotkał się z Jürgenem i szefem w małej kawiarence pośrodku części liniowej. Jaron wolał wisieć na suficie i wszystkimi zmysłami śledzić życie na stacji. Tu naprawdę ciągle coś się działo, bo kawiarnia znajdowała się dokładnie pomiędzy laboratoriami a warsztatami, których załogi zawsze miały sobie coś do powiedzenia. Szkoda tylko, że w tym miejscu nie można było spać. Podobno było to podyktowane względami bezpieczeństwa, ale w rzeczywistości pewnie chcieli po prostu wygenerować przychód dla hotelu w cylindrze.
– Dobrze wyglądasz – zawołał Jaron.
– Ha, ha – odpowiedział Norbert.
Jego drugi pilot brzmiał inaczej niż zwykle.
– Norbert? – zapytał Jaron.
– Co?
Zdecydowanie brzmiał inaczej. Coś musiało się wydarzyć.
– Coś z tobą nie tak? – zapytał Jaron. – Gadaj.
– Nic takiego – upierał się Norbert.
– Jaron ma rację – potwierdził Jürgen. – Wydajesz się zdołowany.
– Jeśli już musicie wiedzieć, to coś u mnie znaleźli – przyznał Norbert.
– Tak? – zapytał Jaron.
– Podczas badania skaner wydał dziwny dźwięk, gdy przejechał po moim brzuchu.
– A wiadomo coś więcej? – dopytywał się Jaron.
– Podejrzewają, że to rak – odpowiedział Norbert. – Ale wszystko jest w porządku. Nie martw się o mnie.
– Rak? Powiedziałeś: rak? I uważasz, że nie ma powodu do zmartwień? – zawołał Jaron. – Rak to nie grypa. To co teraz zamierzasz?
– Co zamierzam? Niczego nie planuję.
– Przecież to można leczyć!
– Tak, ale to zbyt drogie. Nie na moją kieszeń. Nie mogę sobie na to pozwolić.
Cholera. Miał rację. Leczenie było drogie. Zwłaszcza na orbicie. On jednak nie mógł zawieść swojego pilota.
– Nonsens, Norbert. Ja… – zaczął Jaron.
Ale tak naprawdę nie był w stanie nic zrobić. Wciąż zalegał z opłatami za dokowanie na stacji, stracił ramię holownika i jak dotąd nie miał go czym zastąpić. W tej chwili nie miał żadnych możliwości, by zarobić pieniądze, których potrzebował Norbert.
– Damy radę – powiedział Jürgen. – Po prostu sprzedam nerkę.
– Handel organami jest nielegalny – stwierdził Norbert. – Poza tym to nie wystarczy. Nowe sztuczne nerki są tanie, a przy tym wystarczająco dobre.
– Mógłbym spróbować na Spacelandzie – zaproponował Jürgen.
Spaceland była prywatną stacją kosmiczną, która miała wyjątkowo elastyczne prawo i nie uznawała jurysdykcji żadnego kraju na Ziemi. Można tam było pozbyć się nerki za rozsądną cenę. Ale Jaron nie pozwoliłby na to. Postanowił, że sfinansują leczenie Norberta w inny sposób. Interesy z BPK nie były takie złe. Potrzebowali tylko sieci.
– To nie wchodzi w rachubę – stwierdził Jaron. – Złapiemy kilka starych satelitów, a ty zdobędziesz pieniądze na leczenie. Ale najpierw musimy zająć się siecią.
* * *
W pierwszej kolejności udali się do warsztatu w Module C, gdzie Jaron kupił ostatnio automatyczny wysięgnik. Gródź okazała się jednak zamknięta. Wisiał przed nią znak ostrzegawczy: „Uwaga, próżnia”. Jaron nacisnął przycisk interkomu. Minęło dziesięć minut, zanim gródź się otworzyła. Właściciel sklepu przywitał ich osobiście. Wciąż miał na sobie dolną część skafandra kosmicznego, a hełm trzymał w dłoni.
– Przepraszam. Musiałem trochę pospawać.
Mężczyzna wskazał na błyszczącą pokrywę o wysokości sześciu stóp z wyraźnym śladem stopionego metalu.
– Dobra robota, prawda? – zapytał mechanik, przesuwając rękawicą po spawie.
– Wygląda bardzo dobrze – stwierdził Jürgen, który świetnie znał się na naprawach.
– To czego potrzebujesz? Nie zamierzasz zwrócić ramienia, które ci sprzedałem, prawda? Nie przyjmuję zwrotów, bez wyjątków.
– Nie, nie o to chodzi – powiedział Jaron. – Niestety straciłem wysięgnik na polu walki. Ale to nie twoja wina.
Jaron nie mógł sobie przypomnieć, jak się nazywał ten mechanik.
– Przykro mi to słyszeć, kolego. Co mogę dla was zrobić? Musicie wiedzieć, że czas oczekiwania na ramię zastępcze wynosi obecnie trzy tygodnie. Większość pojazdów transportowych jest wykorzystywana do zaopatrywania głównego placu budowy, przez co dostawy są sporadyczne. Na szczęście wciąż mam wystarczająco dużo pracy przy naprawach. To było zderzenie z asteroidem.
Ponownie wskazał na spaw.
– Rozumiem – odparł Jaron. – Nie, nie potrzebuję nowego ramienia. Myślałem raczej o siatce.
– Siatce? Chodzi o coś takiego?
Mechanik schylił się i otworzył szafkę. Wyjął z niej czarną piłkę i rzucił ją Jaronowi. Była to cienka siatka wykonana z plastiku.
– Tak, coś w tym stylu – odpowiedział Jaron.
– Możesz to sobie wziąć w prezencie – zaproponował mężczyzna.
– Potrzebowałbym czegoś nieco większego i stabilniejszego – wyjaśnił Jaron. – Powinna mieć co najmniej pięć metrów średnicy oraz dwa i pół metra głębokości. Musi wytrzymać siły generowane podczas transportu sprzętu z orbity.
– Oho! To się nazywa porządna sieć. Więc nie zamierzasz łapać nią ryb?
– Nie, tylko stare satelity.
– Brawo. Ktoś musi wykonywać tę robotę – powiedział mechanik. – Zanim ich szczątki zderzą się z rafą…
– Cóż. Niestety, stawki BPK maleją z każdym rokiem – odparł Jaron. – Jest to coraz mniej opłacalne.
– Możesz spróbować sprzedać stare części w Spacelandzie. Oni zawsze ich szukają.
Po raz drugi w krótkim czasie Jaron usłyszał nazwę tej stacji. Spaceland był w stanie uzyskać niezależność tylko dlatego, że nie wystartował z Ziemi. Zgodnie z Traktatem o Przestrzeni Kosmicznej każdy obiekt na orbicie podlegał systemowi prawnemu kraju, z którego terytorium został wystrzelony w kosmos. Ponieważ Spaceland został wykonany ze złomu, który nie miał już właścicieli, zatem operatorzy stwierdzili, że stacja nie podlega żadnemu krajowi na Ziemi. Taki stan rzeczy mógł się utrzymywać tylko do momentu, aż jeden z głównych krajów nie postanowi, że sytuacja jest zbyt uciążliwa.
Pomimo tego istniała szansa, że mechanik miał rację. Jaron powinien przynajmniej zapytać na stacji Spaceland, ile zaoferowaliby za starego satelitę. Zaletą tamtejszego handlu była możliwość sprzedaży każdego złomu, a nie tylko obiektów, które według danych Biura do Spraw Przestrzeni Kosmicznej mogły wkrótce spowodować kolizję. Oznaczało to mniejszy nakład pracy. Może warto było tu przylecieć choćby po to, żeby uzyskać te cenne informacje.
– Czy masz dla nas taką siatkę? – zapytał Norbert. – Albo mógłbyś ją zdobyć?
– Mogę ściągnąć tu wszystko, ale to wymaga czasu i pieniędzy. Niestety, nie mam na stanie siatki, która odpowiadałaby waszym wymaganiom. Może skonsultujcie się z kolegami z Modułu K? Oni mają lepsze relacje z działem badań.
– Dzięki za cynk, stary – powiedział Jaron.
Wciąż nie mógł sobie przypomnieć imienia mężczyzny. Będzie musiał później zapytać o to Norberta.
* * *
Jaron skądinąd dokładnie wiedział, kto jest szefem warsztatu w Module K. To był Max Glasow. Znał go jeszcze z czasów szkolnych. Wszyscy nazywali go Szkotem. Glasow prawdopodobnie pochodził z Polski, ale jego nazwisko było często przekręcane na „Glasgow”.
Jaron spróbował się obniżyć, by dotknąć kabla przechodzącego przez sekcję liniową. W sumie były cztery takie kable, po jednym biegnącym w każdym kierunku. Pociągnięto je od pierwszego modułu, oznaczonego jako A, do cylindrycznego habitatu dla lepszej orientacji i wygody, ponieważ ułatwiały przemieszczanie się z jednego modułu do drugiego w zerowej grawitacji. W miejscu, w którym kabel był przymocowany do wewnętrznej ściany, znajdowały się małe strzałki wskazujące kierunek do modułu mieszkalnego.
Minęli kilka laboratoriów. Ilekroć Norbert witał się z kimś, Jaron robił to samo. W pierwszym laboratorium pachniało miętą pieprzową, w drugim środkiem dezynfekującym, a w trzecim spalenizną. Tam też nikt ich nie przywitał. W środku trzy lub cztery osoby zdawały się zmagać z jakimś problemem. Na szczęście Jaron nie musiał się tym przejmować.
Odliczał w głowie, żeby wiedzieć, kiedy zbliżą się do warsztatu w Module K. Nie dochodziły stamtąd żadne dźwięki, więc gródź prawdopodobnie była zamknięta. Nie było to niczym niezwykłym, gdy w warsztacie trwały prace. Norbert trzymał go mocno. Jaron wysunął się do przodu i poczuł chłód metalowej powierzchni. Kierownik stacji wyjaśnił mu kiedyś, gdy jeszcze ze sobą rozmawiali, że gródź powinna móc wytrzymać nawet niewielkie eksplozje. Jaron podciągnął się do krawędzi przegrody, aż znalazł dzwonek, który nacisnął.
Gródź się nie poruszyła, ale pojawił się lekki przeciąg. Najwyraźniej ktoś spojrzał przez wizjer.
– Chłopaki, nie czytaliście ogłoszenia w centrali? – zapytała kobieta. – Przejście do modułu mieszkalnego będzie zamknięte przez około dwie godziny. Zastępczy transport na żądanie odbywa się z Modułu G.
– Nie chcemy się dostać do modułu mieszkalnego – powiedział Jaron. – Czy jest Szkot? Muszę go o coś szybko zapytać.
– Tak, ale jest zajęty – odparła kobieta. – Schłodziliśmy komorę naprawczą, a Max siedzi właśnie przed otwartym komputerem kwantowym. Nie jest teraz w stanie zbliżyć się do drzwi.
– Ale możesz przekazać mu wiadomość.
Westchnęła.
– W porządku.
– Potrzebuję siatki z nanowłókien do łapania kosmicznych śmieci. Czy mogłabyś go o nią zapytać?
– Skoro tak ładnie prosisz, nie mogę odmówić. Poczekaj chwilę – powiedziała kobieta.
Miała głęboki, ciepły głos, który go poruszył. Przeciąg nagle ustał.
– Naprawdę myślisz, że może mieć coś takiego na stanie? – zapytał Norbert.
– Słyszałem, że niedawno zainwestował w jedną z najbardziej zaawansowanych drukarek 3D. Nic podobnego nie istnieje na żadnej innej rafie – powiedział Jürgen.
– Właśnie na takie cudowne narzędzie liczę – odparł Jaron.
– Jeśli sprzęt jest nowy, to z pewnością cena będzie wysoka – zasugerował Norbert.
– Niestety możesz mieć rację.
Jaron znów poczuł powiew.
– Mam nadzieję, że masz dla nas dobre wieści! – zawołał.
– Yyy… Skąd wiedziałeś, że wróciłam? – zapytała kobieta.
– Szef wie wszystko – stwierdził Norbert.
– Max powiedział, że może ci wydrukować taką siatkę. Zajmie to jednak dwa dni.
– A za jaką cenę? – zapytał Jaron.
– Chce to z tobą omówić dziś wieczorem w Insomnii – odpowiedziała kobieta, a on znów poczuł, że jej głos działa na niego elektryzująco.
Insomnia była połączeniem klubu nocnego i pubu, a także jedynym miejscem na rafie, gdzie można było spożywać alkohol.
– W porządku. Pod jednym warunkiem – odparł Jaron.
– Jakim?
Jaron wyobraził sobie, jak kobieta marszczy brwi na to pytanie.
– Pójdziesz ze mną na to spotkanie – powiedział.
– Ha, ha. Cóż, jeśli chcesz, to z przyjemnością – zgodziła się. – A tak przy okazji, mam na imię Sophia. Sophia Schauer.
– Miło mi cię poznać. Jestem Jaron Lewis, kapitan statku Achilles.
Coś dotknęło jego ramienia. To nie był Norbert ani Jürgen. Podpowiedział mu to subtelny zapach. Jaron odwrócił się i sięgnął po rękę Sophii. Przez jego ciało przebiegło mrowienie.
* * *
Kapitan Achillesa. Ależ on się popisywał. Achilles był tanim holownikiem kosmicznym, miał prawie osiemdziesiąt lat i nadawał się tylko do nawigacji na niskiej i średniej orbicie okołoziemskiej. Kobieta na pewno o tym wiedziała. Prawdopodobnie skrycie się z niego śmiała, a zgodziła się na spotkanie tylko dlatego, że nie chciała psuć szefowi interesów.
Jaron wyłączył prysznic i się otrząsnął. Chłodny pęd powietrza z dołu wysuszył wodę. Rozległo się pukanie. Na zewnątrz prawdopodobnie czekał już następny klient. W cylindrze mieszkalnym nie było wystarczająco dużo miejsca, aby umieścić prysznic w każdym pokoju. Jaron sięgnął nad głowę. Nad słuchawką prysznica znajdował się schowek, w którym powinien być ręcznik. Jaron wyjął go. Tkanina była wilgotna, ale czysta. Ręcznik był świeżo wyprany, ale prawdopodobnie jeszcze całkiem nie wysechł.
Jaron owinął materiał wokół bioder i otworzył kabinę. Ktoś był na zewnątrz. Jaron poszukał kabla na suficie, który wskazałby mu właściwy kierunek.
– Mogę w czymś pomóc? – zapytał mężczyzna.
Już mi pomogłeś. Teraz wiem dokładnie, gdzie stoisz.
– Dzięki, poradzę sobie – odpowiedział Jaron.
Zamknął za sobą drzwi kabiny prysznicowej. Automatycznie rozpoczęła się procedura czyszczenia.
– Miło, że się pospieszyłeś – zagadnął nieznajomy. – Nie chcą mnie wpuścić do burdelu, dopóki się nie umyję, a ta kabina jest jedyną, która nie jest zarezerwowana na kilka następnych godzin. Chcę tylko, żeby ktoś mi zrobił loda.
Jaron nic nie odpowiedział. Istnienie burdelu było tajemnicą poliszynela. Oficjalnie była to jednostka mieszkalna do krótkoterminowego wynajmu. On nigdy nie odczuwał potrzeby, by tam pójść. Holoprojektor spełniał jego pragnienia równie dobrze, a wychodziło to znacznie taniej.
Jaron dotarł do swojej szafki. Zamek rozpoznał odcisk jego palca, a drzwi otworzyły się z metalicznym skrzypnięciem. Założył bieliznę i dres. I co teraz? Norbert i Jürgen pewnie już siedzieli w Insomnii i pili piwo, ale zostało jeszcze pięć godzin do spotkania ze Szkotem o 20:00 miejscowego czasu. Najlepszą rzeczą, jaką mógł zrobić, była drzemka.
* * *
Rękaw koszuli Jarona zawibrował. Chwycił materiał, by wyłączyć budzik. Nastawił go na wpół do ósmej. Oznaczało to, że spał prawie cztery godziny. Przewrócił się na plecy i odpiął elastyczny pasek, którym przypiął się do materaca. Wynajęli kabiny w pobliżu osi obrotu cylindra, bo były tańsze. Wadą było to, że sztuczna grawitacja wytwarzana przez ciągłą rotację była tu znacznie mniejsza. Na szczęście nie przeszkadzało mu to, ponieważ, podróżując Achillesem, w którym nie było żadnej grawitacji, był do tego przyzwyczajony.
Niskie przyciąganie było wystarczające, aby stworzyć iluzję wznoszenia się i opadania. To znacznie ułatwiło Jaronowi nawigację. Nie musiał szukać, gdzie powiesił swoje rzeczy. Od razu to wiedział. Jego wewnętrzny obraz kabiny okazał się prawidłowy. Ubrał się w to, co wcześniej miał na sobie, a potem zmienił zdanie i wyjął świeżą koszulę z torby podróżnej. Powąchał ją i delikatnie przesunął po niej palcami. Prawie jak nowa. Nadawała się.
Potrząsnął głową. Pewnie znowu za dużo myślał. Sophia zgodziła się uczestniczyć w spotkaniu tylko ze względu na swojego szefa. Może nawet byli parą.
Jaron opuścił kabinę. Po cichym kliknięciu mógł stwierdzić, że drzwi zamknęły się automatycznie. Rozciągnął się. W kabinie nie było na to miejsca. Nie zamontowano tu żadnych kabli, ponieważ przy grawitacji panującej w module mieszkalnym nie miało to sensu. Zainstalowano jednak panele ze znakami dotykowymi. Centrum sterowania znajdowało się po lewej stronie, a pozostałe pomieszczenia po prawej.
Jaron podążył za oznaczeniami do drabiny. Włożył głowę do portu, przechylił ją w prawo, a następnie w lewo. Dźwięk dochodzący z otworu nad nim powiedział mu, że za nim znajduje się tylko niski szyb, co oznaczało, że drabina nie była tą właściwą. Strzałka na poręczy wskazywała w górę. Jaron musiał jednak zejść na dół. Obrócił się o 180 stopni. Druga drabina była przymocowana do przeciwległej ściany. Tutaj strzałka wskazywała odpowiedni kierunek.
Jaron nawet się nie spocił podczas wspinaczki, ponieważ sztuczna grawitacja ułatwiała mu to zadanie. Mniej więcej co dziewięć kroków docierał na nowe piętro. Tam zaznajamiał się z tabliczkami informacyjnymi i dowiadywał, co mieściło się na każdym poziomie. Na początku były to tylko mieszkania, a później biura. Obiekty rekreacyjne znajdowały się na zewnątrz. W pewnym momencie ktoś podszedł do Jarona, dysząc ciężko. Ten zatrzymał się, by go przepuścić. Mężczyzna przeprosił, tłumacząc, że zabłądził, i zniknął w bocznym korytarzu.
Na szóstym piętrze Jaron usłyszał muzykę. Czy dotarł już do Insomnii?
– Cześć, kochanie – zwrócił się do niego męski głos. – Trafiłeś we właściwe miejsce.
– Szukam baru – odpowiedział.
– Jesteś pewien?
– Tak.
– Szkoda. Dałbym ci dobrą cenę. Ale możesz to jeszcze przemyśleć. Insomnia jest trzy piętra nad nami, po prawej.
– Dzięki – powiedział.
– Nie ma za co, kochanie.
Jaron wspiął się trzy piętra i skręcił w korytarz po prawej. Czuł się, jakby szedł pod górę. Tutaj grawitacja była prawie tak duża jak na Ziemi. Nie był przyzwyczajony do tak silnego przyciągania. Nagle drogę zagrodziła mu gródź. Dotknął jej i poczuł wibracje głębokiego basu wewnątrz. Za nią musiał znajdować się bar. Poszukał dzwonka i nacisnął go.
Skrzypiąc, gródź się otworzyła, znikając w ścianie. Jarona otoczył zapach potu i stęchłego powietrza. Poczuł mdłości. Skoncentrował się na innych zmysłach, ale to nie poprawiło sytuacji. Niezliczone głosy zdawały się syczeć, tworząc trudny do zniesienia hałas.
– Wszystko w porządku? – zapytał niski głos.
– Potrzebuję tylko chwili.
Dwie silne dłonie chwyciły go za ramiona, aby nie upadł. Robot przy wejściu? To była nowość.
– Wielu naszych klientów nie jest przyzwyczajonych do wysokiej grawitacji – powiedział robot.
– Dzięki, już mi lepiej – odparł Jaron.
Szybko doszedł do siebie, prawdopodobnie dlatego, że mógł skupić myśli i zmysły na robocie.
– Czy masz rezerwację? – zapytał robot. – Zwolnię teraz uścisk.
Ręce puściły Jarona. Czuł jednak, że wciąż tam są, na wypadek gdyby znów opuściły go siły.
– Jestem umówiony – odrzekł. – Z Maxem Glasowem.
– Ze Szkotem, jasne. Siedzi przy stoliku numer czternaście z kilkoma przyjaciółmi. Chcesz, żebym cię tam zaprowadził?
– Byłoby miło – odpowiedział Jaron.
Chwycił ramię robota i przytrzymał tuż nad łokciem, gdy przemierzali pokój. Jaron słyszał muzykę, ale szelest tkanin był głośniejszy. Przed nim poruszali się ludzie. Przypuszczalnie tańczyli. Wtedy usłyszał, jak robot oznajmia:
– Jesteśmy na miejscu.
Jaron przesunął dłonią po ramieniu robota aż do palców maszyny. To było przyjemne uczucie. Wierzchnia warstwa była ciepła i miękka. Pod spodem czuł jednak znacznie twardszy materiał.
– Prawie jak prawdziwa – stwierdził Jaron.
– Proszę, nie mów tak.
– Przepraszam. Nie chciałem cię zdenerwować.
– Wiem. Dlatego proszę, żebyś więcej tego nie mówił. Moja skóra jest prawdziwa, nawet jeśli różni się od twojej, i mogę ją zdjąć podczas spaceru kosmicznego.
– Tak, wiem. Wybacz.
To był czujący robot. Nigdy nie spotkał takiego na stacji kosmicznej.
– Hej, szefie! – krzyknął Norbert. – Dobrze, że w końcu jesteś. Trochę już wypiliśmy.
Dało się to poznać po jego głosie. Jaron poczuł oparcie krzesła pod dłonią robota. Usiadł tak, że znajdował się naprzeciwko drugiego pilota. Następnie przesunął się do przodu, aż sięgnął blatu. To musiał być okrągły stół.
– Zostawię cię z przyjaciółmi – powiedział robot. – Chętnie porozmawiam z tobą innym razem.
Czy robot z nim flirtował? To niemożliwe.
– Jasne – powiedział. – Dziękuję.
– Hej, szefie – powiedział Jürgen, klepiąc go po plecach. – Chcesz piwa?
Jaron skinął głową.
– Wiesz, że mają tu własny mikrobrowar? Rafa Pilzner jest naprawdę dobry. Jęczmień pochodzi z Ziemi.
– W takim razie poproszę jedno takie piwo, Jurgen – odparł Jaron.
Gdyby nie jego pracownicy, nie wiedziałby nawet, że istnieje różnica między kraftowymi trunkami a tymi sprzedawanymi przez niektóre duże browary.
– Cieszę się, że przyszedłeś – powiedziała kobieta.
Jak miała na imię? Przecież je podała. Musiał zapomnieć! Siedziała po jego lewej stronie. Musiał o tym pamiętać.
– Tak, Sophia przez cały czas o ciebie pytała – dodał Norbert.