ROZDZIAŁ PIERWSZY
W małym, skąpo oświetlonym pomieszczeniu niższy z policjantów opierał się o ścianę, wpatrując się w przesłuchiwanego. Półmrok panował nie tylko w pokoju, ale i w atmosferze unoszącej się w powietrzu - napięcie, ciche westchnienia i szelest akt tworzyły otoczkę, której trudno nie zauważyć. Wszyscy trzej - przesłuchiwany i dwaj śledczy - byli częścią gry, w której najmniejszy gest mógł mieć ogromne znaczenie.
Dobrze skrojony garnitur stojącego policjanta nadawał mu powagi. Tymczasem jego partner - wysoki, trzydziestosiedmioletni komisarz o kruczoczarnych włosach i bogatym doświadczeniu w wydziale kryminalnym - zadał kolejne pytanie mężczyźnie siedzącemu naprzeciw.
- Jesteś pewny, że twoje alibi potwierdzą osoby, z którymi rzekomo piłeś do rana?
Choć pytanie wydało się proste, miało głębszy cel niż weryfikacja słów przesłuchiwanego, zatrzymanego przed czterema godzinami.
Mężczyzna w średnim wieku i o niepewnej postawie wyglądał na zastraszonego. Nie miał widocznego motywu, by zamordować konkubinę, z którą dzielił życie dłużej, niż był w stanie sobie przypomnieć. Zeznał, że w nieszczęsną noc pił wódkę z kolegami z sąsiednich mieszkań socjalnych. Mówiono, że całe osiedle ubogich, żyjących z zasiłków, jest wylęgarnią patologii, ale nie przestępczości zorganizowanej, zdolnej do brutalnych zbrodni. Jego głos, choć stłumiony lękiem, niósł echem desperację kogoś, kto nie wiedział, co robić dalej.
- Nie zabiłem Zośki - bronił się z przekonaniem, a podkomisarz stojący pod ścianą nawet trochę współczuł łysiejącemu bezrobotnemu, który wydawał się przerażony.
Policjanci wiedzieli, że mężczyzna skończył niedawno pięćdziesiąt jeden lat, ale wyglądał na znacznie starszego. Zmarszczki rzeźbiły jego twarz, a zmęczone oczy zdradzały kogoś, kto dawno temu stracił kontrolę nad swoim życiem. Ręce zaczęły mu drżeć, niepewnie błądził spojrzeniem po pokoju, jakby szukał potwierdzenia, że ktoś go zrozumie.
- Mówiłem wam wcześniej, że rano, kiedy obudziłem się z kurewskim kacem, zobaczyłem Zosię martwą, całą we krwi. Leżała w kuchni z poderżniętym gardłem. Przecież sam po was zadzwoniłem! Pamiętam jak dziś, to była środa. Co ja, do chuja, jestem winny, że ją zamordowano?!
- Nie odpowiedziałeś na pytanie komisarza - zauważył przenikliwie trzydziestopięcioletni śledczy, przerywając rozważania aresztowanego. Podkomisarz nie był osobą, która czekała na wymówki. Stanowczość i bezkompromisowość sprawiały, że nawet najtwardsze jednostki zaczynały się łamać pod presją jego spojrzenia. Stanowczy ton nadał rozmowie nowy obrót. - Bądź więc, kurwa, uprzejmy udzielić odpowiedzi - dodał, podkreślając, że to oni zadają pytania. Nie spuszczając z niego wzroku, pozwolił, by cisza wypełniła pokój. Cisza, która miała być odpowiedzią sama w sobie. Wiedział, że ludzie łamią się na różne sposoby, ale zawsze najpierw pęka ich milczenie.
Przesłuchiwany, czując na sobie wzrok elegancko ubranego policjanta, którego postawa od początku nie wróżyła niczego dobrego, poczuł się jeszcze bardziej nieswojo. Miał wrażenie, że powietrze w pomieszczeniu nagle zgęstniało. Wzrok obu śledczych zdawał się przeszywać go na wylot, napięcie rosło z każdą sekundą. Każde słowo, każdy gest mogły zdecydować o dalszym biegu śledztwa.
- Wszyscy, z którymi piłem, powinni to potwierdzić - wyszeptał mężczyzna, starając się brzmieć pewnie, choć jego głos łamał się co chwilę. - Jeśli ktoś zakwestionuje, że byłem u Walczaka, to będzie morderca mojej Zosi. Dostaniecie go na tacy.
Niższy z policjantów nie ustępował, jego podejście było bezkompromisowe. W takich chwilach doskonale wiedział, jak wywierać presję. Wpatrywał się w mężczyznę niczym drapieżnik w ofiarę, cierpliwie czekając na moment, w którym pęknie.
- To dlaczego rzuciłeś się dzisiaj do ucieczki, gdy tylko nas zobaczyłeś?! - wykrzyknął, podczas gdy jego partner, bardziej wyważony, wydawał się rozumieć przerażenie przesłuchiwanego.
Wysoki policjant, mimo że mniej emocjonalny, obserwował każdy gest mężczyzny, jakby starał się zrozumieć jego motywy. To właśnie ta umiejętność wyciągania wniosków z pozornie nieważnych szczegółów sprawiała, że ich duet był tak skuteczny. Istniał konkretny powód, dla którego przesłuchiwany zdecydował się na desperacką ucieczkę.
- No bo, kurwa, zabiłem tego chuja, z którym sypiała Zocha! - odpowiedział, wyraźnie ożywiony. Policzki miał czerwone jak flaga Chińskiej Republiki Ludowej, a stan emocjonalny wyrażał głównie irytację i złość. Nagle jego dłonie, dotychczas nerwowo bawiące się końcem koszuli, opadły na stół, jakby sam ciężar wyznania pozbawił go sił. - Kochałem ją, a ona dawała dupy na boku temu pojebańcowi spod dwójki. - Nerwowo poprawił resztkę włosów drżącą ręką, po czym dodał z gorzkim żalem: - Kurwa, nie mogła wybrać kogoś lepszego? Ale jedno wiem na pewno: ten sukinsyn jej nie zabił. On ją po prostu uwielbiał.
- Kochał? - Komisarz chciał doprecyzować wyznanie przesłuchiwanego, starając się lepiej zrozumieć motywy zabójstwa.
- Kochał? Jakie tam kochał - odparł pogardliwie mężczyzna. Na jego twarzy pojawił się grymas. - Uwielbiał ją pieprzyć. Drwił ze mnie, patrząc mi prosto w oczy i mówiąc, jak bardzo mu się podoba. Zocha już nie żyła, więc co mi zależało? Chwyciłem dziadygę i pierdolnąłem jego głową o zlew. Raz, drugi, trzeci. Potem wyszedłem z jego mieszkania i zamknąłem drzwi na klucz.
- Kto zatem zabił Zofię Grzywacz? - Niższy z policjantów utrzymywał spokój, nie pozwalając, aby przyznanie się mężczyzny do winy zdekoncentrowało go. Mimo twardych słów nadal kontrolował emocje. Wiedział, że gra toczy się o coś więcej.
Śledczy przypuszczali, że za zabójstwem kochanka konkubiny mężczyzny stoi ktoś inny. Dzisiejsza wizyta na miejscu zbrodni zaskoczyła ich ucieczką przesłuchiwanego. Mężczyzna gnał główną ulicą osiedla przez cały kilometr, dopóki komisarz nie dogonił go i nie powalił na ziemię.
Wysoki policjant przez cały czas zachowywał chłodny profesjonalizm, ale coś w ruchach zatrzymanego wydało mu się dziwnie znajome. Strach, desperacja czy może próba ukrycia czegoś większego?
- Mówiłem wam setki razy, że nie mam pojęcia - odpowiedział mężczyzna, opierając głowę o dłonie. Wyglądał na przegranego.
- Albert Krawczyk - tym razem odezwał się policjant siedzący za biurkiem. Wzmianka nazwiska sprawiła, że przesłuchiwany podniósł głowę, a śledczy ujrzał łzy w jego oczach. - To nazwisko coś ci mówi?
- Albercik, co niedawno wyszedł z poprawczaka - odparł zatrzymany. - Mieszka ze schorowaną matką na parterze.
- No mieszka, fakt - potwierdził wyższy gliniarz. - Kazałem go aresztować jeszcze przed naszą rozmową. Pewnie koledzy już go mają i wiozą na dołek. Na szczęście to nie nam będzie się spowiadał z zabójstwa twojej Zośki. Inni wyciągną z niego przyznanie się do winy, a my zamykamy sprawę morderstwa Romana Kędzierskiego.
- Co?! - Mężczyzna gwałtownie się wyprostował.
- Głuchy przecież nie jesteś - odpowiedział policjant, który przed chwilą oderwał plecy od ściany i podszedł bliżej zatrzymanego. - W toku śledztwa ustaliliśmy, że to właśnie on poderżnął gardło twojej konkubinie. Pojechaliśmy dzisiaj go aresztować, ale napatoczyłeś się i zacząłeś uciekać na nasz widok. Od razu nabraliśmy podejrzeń, że jesteś mordercą Kędzierskiego.
Drugi funkcjonariusz, mimo że nie podnosił głosu, obserwował każdy ruch zatrzymanego. Zimny profesjonalizm skrywał podejrzliwość.
- Dlaczego? - Zdezorientowany mężczyzna szukał odpowiedzi. - Dlaczego Albert miałby zabić Zosię?
- Ponieważ, podobnie jak Kędzierski, też pragnął ją dupczyć. - Wyższy z policjantów uśmiechnął się cierpko. - Dała mu kosza, więc postanowił, że ani ty, ani twój sąsiad nie będziecie już jej ruchać. Nóż z jego odciskami, zakrwawiony zresztą, znaleziono w altanie na śmieci. - Przesłuchanie toczyło się zgodnie z jego przewidywaniami.
- Dlaczego przez cały czas zadawaliście mi te wszystkie pytania, sugerując, że to ja ją zabiłem?
- Metody operacyjne - odparł podkomisarz, klepiąc mężczyznę lekko w ramię. Gest, choć wydawał się przyjacielski, miał w sobie coś z wyrafinowanej manipulacji: wyraz siły, który miał pokazać, że śledczy kontroluje całą sytuację. - Nasze pytania wyprowadziły cię z równowagi, a teraz mamy twoje zeznanie, w którym przyznałeś się do zabójstwa sąsiada.
- Jesteś aresztowany za morderstwo Romana Kędzierskiego. Swoje prawa poznałeś na początku przesłuchania - wyjaśnił wyższy śledczy, skupiając wzrok na twarzy zatrzymanego. - Koledzy odprowadzą cię tam, gdzie trzeba.
Do pokoju przesłuchań weszło trzech mundurowych, którzy bez wahania podeszli do mężczyzny, jeszcze nie do końca świadomego swojego położenia. Zatrzymany wyglądał, jakby wciąż próbował połączyć wszystkie elementy układanki w całość, ale myśl, że jego los jest już przesądzony, zaczynała powoli do niego docierać. Policjanci bez słowa wyprowadzili go z pomieszczenia.
- Sprawa zamknięta, partnerze - rzekł niższy z policjantów, pozwalając sobie na szeroki uśmiech. Śledczy o krótko przystrzyżonych, ciemnobrązowych włosach zawsze starał się zachować nienaganną prezencję. Jego luźno zawiązany krawat i lekko pognieciony garnitur zdradzały jednak zmęczenie wielogodzinną pracą. Mimo nieco niedbałego wyglądu emanował pewnością siebie, a jego bystre, ciemne oczy nieustannie obserwowały otoczenie, wyłapując każdy szczegół. Zaraz potem spojrzał na zegarek. - Uporaliśmy się z tym dość szybko. Powinniśmy to uczcić. Co powiesz na piwo?
Dochodziła dopiero dziewiętnasta, a wieczór ósmego czerwca dwa tysiące dwudziestego czwartego roku rozciągał przed nimi obietnicę długich, przyjemnych godzin.
- Sorry, Radziwiłł, dzisiaj nie dam rady. Zrozum mężczyznę w potrzebie - odpowiedział, sugerując, że wieczór spędzi z nową znajomą, o której wspominał wcześniej.
- Tobie tylko randki w głowie. Ustatkowałbyś się w końcu - zażartował śledczy, poprawiając krawat. Mimo pozornej lekkości był człowiekiem, który traktował swoją pracę poważnie. Znany z przenikliwości i nieustępliwości, zyskał reputację policjanta, który nigdy nie odpuszcza, nawet gdy sprawa wydaje się stracona. Miał jednak swoją mroczniejszą stronę: jego poczucie humoru i cynizm czasami wprawiały innych w zakłopotanie. - Trudno, baw się dobrze. Wyciągnę na miasto Nowakowską. Też będę miał prawie randkę.
Po wymianie uścisków dłoni opuścił pokój, zostawiając partnera samego.
Komisarz spędził jeszcze chwilę w pokoju przesłuchań, skrupulatnie układając notatki i akta sprawy w szarym skoroszycie. Ruchy miał spokojne i wyważone, ale czuć było w nich delikatne napięcie, jakby próbował odetchnąć po zakończeniu intensywnej sprawy. Zadowolony z udanego dochodzenia, opuścił pomieszczenie.
Na korytarzu znalazł się kilka minut po dziewiętnastej. Szum rozmów w biurze i dźwięk telefonów w tle tworzyły codzienną atmosferę komisariatu, co kontrastowało z ciszą panującą w pokoju przesłuchań. Idąc w stronę schodów, odpowiadał na przyjazne pozdrowienia koleżanek i kolegów.
Nagle, przez uchylone drzwi jednego z pomieszczeń, ujrzał młodszą od siebie kobietę. Blondynka o krótkich włosach siedziała za biurkiem, wpatrując się w kąt pokoju, z którego wyłonił się niewidoczny dotąd policjant. Twarz dziewczyny pokrywały siniaki, a opuchnięte wargi przypominały te, które widuje się u osób po nieudanych zabiegach kosmetycznych. Ktoś brutalnie ją pobił, traktując jak worek treningowy. Impuls, który poczuł śledczy, nie wynikał tylko z jego zawodowego obowiązku. W takich chwilach czuł, że za każdym przypadkiem kryją się ludzkie tragedie, i nawet po tylu latach w służbie nie mógł przejść obojętnie. Skłoniło go to do szerszego otwarcia drzwi i wejścia do środka.
Dziewczyna wyglądała na niewięcej niż dwadzieścia pięć lat. Szczupła, zgrabna, a mimo zmasakrowanej twarzy wciąż przyciągała wzrok swoją nietuzinkową urodą. Nie prowokowała ubiorem - miała na sobie dżinsy i bluzkę. Obok dziewczyny stał dobrze znany komisarzowi podkomisarz Kowalik, ubrany jak zwykle w zmechacony sweter i dżinsowe spodnie.
- Przemoc domowa - wyjaśnił, zwracając się do starszego kolegi. - Próbuję przekonać panią do złożenia oficjalnego zawiadomienia, ale ciągle słyszę, że nic się nie stało. Mimo regularnych zgłoszeń sąsiadów o kłótniach i przemocy pani nie chce przyznać, że jest ofiarą - dodał, odwracając się do kobiety. - Pewnego dnia on po prostu panią zabije.
- Mówiłam, że nic się nie stało! - odparła zadziornym głosem. - Nie potrzebuję pana rad. Chcę po prostu wrócić do domu. Gliniarz, który przyjechał na interwencję, źle zinterpretował moje słowa.
- Zostawisz nas na chwilę? - Komisarz wymownie spojrzał na młodszego kolegę. Kowalik westchnął głośniej, niż powinien, kiwnął głową i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
Policjant podszedł do kobiety, sięgnął po drewniane krzesło i usiadł przed nią okrakiem.
- Wiem, że nie zgłosisz przemocy domowej. - Uśmiechnął się ciepło. - Znam wiele kobiet w twojej sytuacji. Bite, poniżane, bardziej bojące się samotności niż tego, co ich mężczyźni mogą im zrobić. Najbardziej przeraża cię myśl, żeby od niego odejść. Jesteś przerażona wizją samotności. Ale jeśli nic nie zrobisz, on zabije cię wcześniej czy później. W najlepszym razie zrobi z ciebie kalekę. Nie chcę jednak, żebyś na niego doniosła. To mnie nie interesuje.
- To czego ode mnie chcesz?! - warknęła, spoglądając na mężczyznę nieufnie. Jej wzrok, choć pełen gniewu, zdradzał także nutkę strachu, jakby nie była pewna, co tak naprawdę może się wydarzyć. Pomyślała, że mimo kpiącego sposobu mówienia i zachowania coś w jego wyglądzie i postawie sprawiało, że był dla niej jednocześnie fascynujący i odpychający.
- Chcę, żebyś mi powiedziała, gdzie mieszkasz - odpowiedział niemal szeptem, pozwalając sobie na kolejny życzliwy uśmiech.
***
Dochodziła dwudziesta trzydzieści, gdy komisarz zaparkował auto na Osiedlu Handlowym w Nowej Hucie. Zmrok wprawdzie zbliżał się niespiesznie, ale ciemność czaiła się już w zakamarkach ulic i pustych bramach. Policjant uświadomił sobie, że jeszcze kilka lat temu dzielnica nie cieszyła się najlepszą sławą. Teraz, dzięki względnemu spokojowi, dawne oblicze tej części miasta zdawało się tylko wspomnieniem. Dawni młodociani gangsterzy dorośli - część z nich znalazła się za kratami, inni zaś zdecydowali się na legalne biznesy. Jednak pewne demony przeszłości nigdy nie znikają na zawsze.
Śledczy wszedł na pierwsze piętro wysokiego bloku i zapukał do drzwi drugiego mieszkania od schodów. Klatka schodowa pachniała stęchlizną, a echa czyichś kroków rozbrzmiewały w korytarzu. Otworzył mu młodszy od niego mężczyzna. Jego ciało zdobiło ponad trzydzieści tatuaży, które wyglądały jak gówno w lesie. Brudne i nieskoordynowane, tworzyły chaotyczną mozaikę wspomnień o minionych bitwach i niechcianych demonach. Ubrany jedynie w slipy, prezentował muskularną sylwetkę. Komisarz nie musiał wyciągać policyjnej odznaki - "blacha" zawieszona na szyi mówiła sama za siebie.
- Jeżeli na mnie doniosła, zabiję sukę - zagroził łysy osiłek. Złość w jego oczach była chłodna i wyrachowana, jakby decyzja o przyszłej przemocy już zapadła.
Policjant nie odpowiedział. Zamiast słów użył siły. Potężnym kopnięciem w krocze i precyzyjnym uderzeniem w szczękę szybko obezwładnił mężczyznę, nie dając mu najmniejszej szansy na reakcję. Wciągnął go do mieszkania, jakby przeciągał worek ziemniaków. W powietrzu unosił się stęchły zapach taniego alkoholu i potu, zmieszany z mdłą wonią papierosów. W salonie na ekranie telewizora leciał film porno, którego dźwięki zagłuszały jęki właściciela. Śledczy zerknął na bezwstydną scenę - dwóch nagich, białych facetów posuwało czarną dziewczynę, która darła się wniebogłosy. Jego wzrok przesunął się po obrazie z obojętnością wyuczoną po latach służby. Taki stan rzeczy był mu na rękę. Sąsiedzi damskiego boksera słyszeli pojękiwania z ekranu, a nie krzyki faceta, który zrobił ze swojej żony worek treningowy.
Mężczyzna, leżąc na podłodze, próbował się oswobodzić, ale jego ruchy były niezdarne, a strach paraliżował każdy impuls. Komisarz bez trudu złamał mu rękę - chrupnięcie kości i stłumiony krzyk dopełniały sceny brutalnej rozprawy. Ból eksplodował w ciele mężczyzny, ale nie miał siły protestować. Zdeterminowany komisarz, by dokończyć "lekcję", kontynuował swoje działania. Jego ruchy były metodyczne, chłodne, jakby wykonywał rutynowy obowiązek.
Uderzył głową gospodarza o krawędź stołu. Dźwięk roztrzaskującej się kości nosa odbił się od ścian, a krwisty smak wypełnił usta mężczyzny. Kibol upadł na podłogę. Następnie ciężkie buty policjanta znalazły się na twarzy bandyty, który poczuł, że wypadają mu zęby, a krew zaczyna wypełniać jamę ustną. Ostry ból przeszył czaszkę, przytomność umysłu powoli zaczęła ustępować miejsca paraliżującemu strachowi. Niewzruszony komisarz kopał go w brzuch, do momentu kiedy mężczyzna przestał się ruszać. Choć pozostawał przytomny, jego spojrzenie było zamglone, a świadomość oddalała się jak gasnący płomień. Patrzył na swojego oprawcę z mieszanką strachu i niewiary, podczas gdy policjant spoglądał na niego z wyraźnym politowaniem, jakby oceniając, czy to wystarczyło, by nauczyć go pokory.
Śledczy kucnął obok pobitego, przyglądając się poranionemu ciału.
- Jestem komisarz Dzikowski - przedstawił się w końcu. - Mówią na mnie Dziki, ale to nie przez nazwisko - kontynuował, nie spuszczając z oczu mężczyzny. - To jednak nie ma znaczenia. Ważne jest to, że twoja żona nie złożyła na ciebie skargi. I dobrze wiesz, że nigdy tego nie zrobi. Ale mnie to nie obchodzi. Nie zajmuję się sprawami obyczajowymi.
Chwycił leżącego za brodę, zmuszając go, by spojrzał mu prosto w oczy. Gdy ten próbował odwrócić głowę, uścisk Dzikowskiego tylko się wzmocnił.
- Gdyby jednak twoja żona zmieniła zdanie, moi koledzy mieliby w chuj pracy. Nawet sobie nie wyobrażasz, ile papierów musieliby wypełnić. - Uśmiechnął się kpiąco, po czym dodał: - Wiesz, że z roku na rok coraz mniej facetów bije swoje kobiety? Tak podają statystyki. Od dzisiaj dołączysz, kurwa, do tej elity. - W głosie komisarza słychać było nutę złośliwego optymizmu, jakby ironicznie cieszył się z tej nowej "szansy" dla mężczyzny. - Mam nadzieję, że ta perspektywa ci się podoba. Ale pamiętaj, jeśli jeszcze raz podniesiesz na nią rękę, wrócę. I wtedy nie będę tak uprzejmy jak dzisiaj.
Dziki nachylił się bliżej, niemal muskając twarzą przeciwnika.
- Gdy przyjadę ponownie, tym razem służbowo, to już nie po to, aby cię upomnieć. Sprawdzę wówczas, czy technicy dobrze zabezpieczyli twoje martwe ciało. Rozumiesz? Więc radzę ci bardzo uważać na swoją żonę. Nawet jeśli przypadkiem upadnie z krzesła, uznam to za twoją winę. - Zrobił pauzę, pozwalając, by w mężczyźnie narastał strach. - Mam wątpliwości, czy naprawdę rozumiesz sens tego, co mówię, ale zakładam, że załapiesz przesłanie.
Komisarz powoli wyprostował się. W tym momencie nie musiał już nic dodawać.
- Gdzie masz telefon? - spytał po chwili.
Kibol milczał, twarz miał wykrzywioną bólem i upokorzeniem. Wyglądał żałośnie i co gorsza, zdawał sobie z tego sprawę. Cała postawa emanowała bezradnością, która jedynie rozdrażniała komisarza.
- Naprawdę chcesz, abym zmusił cię do rozmowy? - Dzikowski wciąż stał nad rannym, górując nad nim jak drapieżnik nad ofiarą.
- Przy telewizorze... - wychrypiał w końcu mężczyzna, spluwając krwią na podłogę.
Policjant bez pośpiechu podszedł do wskazanego miejsca i zauważył leżącego tam Samsunga. Sięgnął po telefon, po czym bez większego namysłu rzucił go na podłogę. Smartfon upadł z głuchym stukotem tuż obok ręki pobitego mężczyzny.
- Mnie tutaj nigdy nie było - powiedział spokojnie, patrząc mu prosto w oczy. - Za dziesięć minut zadzwoń po pogotowie. Kiedy medycy wezwą moich kolegów, powiedz, że potknąłeś się o dywan. W końcu zawsze byłeś pierdoloną pierdołą, prawda?
- Nie mam, kurwa, dywanu... - wycedził z trudem mężczyzna.
Dzikowski uśmiechnął się pod nosem.
- No to najpierw go zamów albo uszyj z szalików, które zajebałeś innym kibolom.
Nie czekając na odpowiedź, komisarz odwrócił się i wyszedł z mieszkania. Gdy dotarł do samochodu, poczuł dziwną ulgę. Wiedział, że wieczór dopiero się zaczynał, a on miał plany na najbliższe godziny. Przed nim rysowała się interesująca perspektywa.