Kościelec - Jacek Bielawa

Kup ebooka

22.50 zł
18.00 zł (16,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Napoczątku był wielki wybuch. Eksplozja kosmicznego wprost wkurwieniana B. Sny w tamtym czasie miewałem mordercze. Ćwiartowałem tasakiemciało mojej byłej żony i szybko pakowałem w nadjeżdżającetaśmociągiem puszki, które już zalutowane i bezpieczne, śmigały poautostradzie A4 w stronę wschodzącego słońca. Słowem, bezczelniewymykały mi się te konserwy z żoniny, rozmnożywszy się w setki itysiące B., żwawo toczących się w swych kolorowych opakowaniach, ponowo wybudowanych, płatnych drogach. Ale już za chwilę, w wielkiej,czerwonej, amerykańskiej ciężarówce z dymiącym kominem, sunąłem ja:brodaty, spocony i niewyspany, zupełnie nie zważając na to, że jadępod prąd. Spostrzegłem mknące z naprzeciwka auto jednej z B.Pogłośniłem odbiornik, nastawiony znowu, zupełnie przypadkiem, naczeskie Country Radio, frekvence94,7 FM. Szedłstary szlagier Sixdays on the road and I'm gonna make it home tonight.Dodałemgazu i już miałem... gdy poczułem, że bak mam przepełniony i zarazspowoduję jakiś niewyobrażalny wprost karambol. Tuż przed uderzeniemw barierę zaświtało mi, że to jednak nie bak. Taka przedśmiertnamyśl, szybka jak błyskawica; ostatnie życzenie skazańca, byskorzystać z kibla. Zawładnęła mną idea pełnego pęcherza, zbyt długowypierana w mroczne zakamarki marzeń sennych. Organ ten wewnętrzny,miękki a rozciągliwy, zadziałał jak poduszka powietrzna. Życie mojejbyłej zostało ocalone. Pewien hydraulik miał powody, by odczuwaćulgę, choć nawet o tym nie wiedział. Poskromił jedynie chrapanie iczule przysunął się do zgrabnych pośladków B. Producent pęcherzamoczowego uśmiechnął się na to pod wąsem i pomyślał: "Dobrarobota Feliks".

Tymczasemwstałem. Na wpół śniąc, wszedłem do toalety, pustej jak stacjabenzynowa z płótna Hoppera. Coś się już wydarzyło albo wydarzy... Aleco? Trzymany w ręku, sztywny wąż dystrybutora nie działał. Myśleć,myśleć, myśleć o płynącej wodzie. Kap... kap... kap...kapkapkapkapkap! I już żółte krople rozbijają się o ścianki muszliklozetowej, tworząc niebezpieczne fale, wiry, siklawy, meandry iefemeryczne bąble, według sobie tylko znanych regułprawdopodobieństwa. Ten kojący wytrysk wypłukał pozostałości ciałamojej byłej żony, które peklowało mi się w głowie przez pół nocy.Reszty dopełnił wodospad. Spłuczka, niczym maszyna losująca,natychmiast po zerwaniu banderoli wypluła mi nowy, piękny, jasny ibłyszczący dzień, chwilowo wolny od myśli o przebrzmiałej B.

Ijuż stoję z filiżanką czarnej kawy i papierosem na balkonie mojegowypasionego mieszkanka, kupionego za ciężkie pieniądze właśnie dlaB., na ostatnim piętrze apartamentowca, tutaj na osiedlu WierzboweTarasy. Ciągle nie czuję się w tym mieście u siebie. Jestem tu raczejprzelotnym ptakiem, chyba jeszcze nie krzakiem, a już na pewno żadnymtam pniakiem. Patrzę na ciągnące się tuż obok pawilony największego(w tej części Europy, a może tylko Polski) centrum handlowego. Nasamochody sunące do pracy w różne punkty aglomeracji. Na szczelinętorów kolejowych dzielących to dupiate miasto na dwa mniej więcejrówne pośladki (jeśli nie liczyć rozpostartych na południu lasów). Naznajdujące się w pobliżu torów kolejne centrum handlowe, zwanepopularnie przez miejscową ludność waginą, z uwagi na obłość iprzepastność architektury. A także na kolejną galerię handlową, którąze względu na małą odległość od tej ostatniej nazwać by można macicą.Miasto leży bezwstydnie rozwalone przede mną, chętne i gotowe na nowerozkosze. Ach, jaki piękny dzień! Z bilbordu pod centrum handlowympręży swe opalone ciało modelka w najnowszym bikini. Zresztą, wpięciu innych centrach tego miasta, w kilkudziesięciu centrachaglomeracji i setkach centrów w kraju, też się ona właśnie pręży. Boprzyszedł na nią czas prężenia. Za dwa tygodnie się odpręży i naprężysię jakaś inna. Brunetka czy dla odmiany blondynka pokaże mi się podoknem? W każdym razie pokus jest wiele, a B. ni na lekarstwo.

Adalej, za torami, uwagę przykuwają dachy kamienic, zielona kopułakatedry, strzelista wieża kościoła neogotyckiego i może jeszczeposępna sylwetka przedwojennego drapacza chmur. W sumie wszystko, comi się tu pokazuje, jest na swój sposób przemyślane. Białe,niewielkie obłoczki wróżą śliczną pogodę na resztę dnia. Dym zpapierosa wróży raka i choroby układu krążenia. Rak to mój znakzodiaku, bo w lipcu się urodziłem. Dokładnie to 6 lipca 1974 roku.Mundial był wtedy w Niemczech. Na Stadionie Olimpijskim w MonachiumPolska wygrała z Brazylią mecz o trzecie miejsce. 1:0 dla nas. Był totakże mój sukces, że się z tą datą w światło bramki wstrzeliłem. ZnakRaka był po mojej stronie. A teraz niech mnie lepiej nieborakuszczypnie, bo ciągle nie wierzę, że ode mnie ta pinda odeszła. Żemnie zostawiła samego z brakującym dzieckiem, z potomkiem, któregonie mam i mieć nie mogę, mimo usilnych starań.

Prawiedziesięć lat próbowaliśmy. Pod koniec to już na siłę, a ona w dodatkuz kim innym. Ciągle strzelałem ślepakami. Strzelałem na oślep, PanuBogu w okno, a Pan Bóg, już całkiem zniechęcony, kule nosił innemu,zostawiając mi tylko łuski na szczęście, jak jakiemuś dzieciakowi.Dałem ci babę, to pobaw się dzieciaku, tylko nie licz na nic więcej.A tam w dole aż kłębi się od pędzącej do roboty populacji. Widaćprzez okno, to plastikowe, kolorowe centrum biznesowe tuż obok. Znowo erygowanym wieżowcem, w którym stresują się ci wszyscykorpofaceci w obcisłych, wizytowych gaciach, hodujący przed ekranamikomputerów własną bezpłodność. E-ry-go-wa-ny. Trochę z erekcji itrochę z rzygania. Napina się ludzkość, masuje bez umiaru słupkinotowań giełdowych. Wielu chce być ojcami sukcesu. Bo wielu jestpowołanych, lecz mało wybranych. Prawdziwy sukces niezwykle trudnojest dogonić. Tak sobie to wszystko tłumaczę, próbując się pocieszać.A i tak zawsze goni się za wcześnie, za późno albo nie za tym.Dzisiaj na przykład moim sukcesem będzie przeżycie dnia.

Otwieram,nie wiadomo po co, po raz n-ty, książkę o leczeniu niepłodności i jakzwykle trafiam na zakreślony markerem fragment, w którym dr JudithDaniluk z British Columbia University w prosty sposób tłumaczy,dlaczego ja sam nie odniosłem prawdziwego sukcesu. "Ważne, bypamiętać, że proces zapłodnienia jest niezwykle złożony. I dlategonawet najbardziej zaawansowane technologie reprodukcyjne nie zawszeodnoszą sukces. Jeżeli pomyślisz o wszystkim, co musi się zdarzyć -plemnik musi dotrzeć do komórki jajowej, przenikając do jej wnętrza,komórka musi podzielić się na ośmiokomórkowy zarodek, następniezarodek schodzi jajowodem, wydobywa się z ochronnej otoczkizewnętrznej (łac. zonapellucida)i zagnieżdża się w ściance macicy - staje się zdumiewające, żektokolwiek w ogóle zachodzi w ciążę". Skąd w takim razie, dokurwy nędzy, tyle tego wypełza każdego ranka z domów i sunie tam wdole jak gigantyczna stonoga albo inne gówno popychane ruchami Brownaw imię życiowych potrzeb? A niemal natychmiastowy sukces hydraulika?Trafiony zatopiony i B. pakuje manatki. Ustrzelił skurwysyn nastrzelnicy słodką dzidzię dla B. Taki obwieś łysiejący, z brzuszkiem.Ale samica B. wyczuła w nim snajpera. Jakiś rok temu powiedziała, żejest strzelona i że się wyprowadza w tej sytuacji, bo chce byćwzględem mnie uczciwa. Kurwa mać! Kawa się kończy, papieros siędopalił. Odciąć się wreszcie od reprodukowania myśli o braku potomka.Kompletnie bezpłodne są te pieprzone myśli. Wykastrować tatusia ipoczuć wolność. Każdy idiota może zmajstrować bachora. Na przykładten hydraulik. Łysa pała. Poprawnie się nawet wysłowić nie umie."Może mi pan pomóż?" Debil, bezokolicznika nie odróżniaod trybu rozkazującego. Ale mu B. pomogła. I to jak! Pora byłaby cośzjeść.

Płatkiowsiane z jogurtem, startym jabłkiem i odrobiną miodu. Dobrze nam torobi z rana na perystaltykę. Trzeba by obrać jabłko ze skórki. Naszczęście mam już ten nowy nożyk do obierania owoców. Cały zestawostatnio kupiłem, po tym jak mi się tamten stary nożyk zgubił. Gdybytak zedrzeć z siebie, w pizdu, starą powłokę, obrać się jak tojabłko. Odciąć się wreszcie od tych myśli o braku potomka. Zdrapaćstary, budzący ciągle te same skojarzenia krajobraz. Zarżnąćniedoszłego tatusia. To przecież banał - mieć dzieci. Każdymoże je mieć i co z tego? Na przykład mój stary. Posiał i zapomniał.Nawet nie wie, co wyrosło. Teraz by mu jeszcze za to może zapłacili.Swoją drogą, czy to nie zabawne, że ten facet mieszka parę przecznicdalej? To było naprawdę niezamierzone, że zamieszkałem z B. w tymsamym mieście co on. To znaczy B. już tu wcześniej była, ale jakie byto miało znaczenie, gdybym się tutaj nie pojawił ja - Feliks N.Nawet nazwiska nie mam po nim, tylko po matce. Wróciła dopanieńskiego, a ja sobie później też zmieniłem. Takie popularnenazwisko sugerujące absolutną nowość, jakby człowiek non stopstartował w jakiejś promocji. A ja czuję się stary, zużyty i mocnoprzeceniony. Czterdzieści lat temu mój stary wykonał tę robotę.Zrobił mnie. W konia mnie zrobił. Stwórca pierdolony. Stworzył izostawił. Pomatrosiłi brosiłjak mówią ruscy. Był wtedy adiunktem na Akademii Muzycznej wWarszawie. No i poderwał sobie naiwną E., tę samą, która późniejzostała moją matką, a kilka lat temu wzięła i umarła.

Poznalisię ponoć na uczelni. Już wtedy otaczała go aura muzycznego geniuszu.Wygrał jakiś konkurs dyrygencki. Słyszałem już różne wersje tego, jaksię ze sobą spiknęli. W jednej z nich poprosiła go, żeby jej coś tamwyjaśnił po zajęciach. Powiedział, że nie ma czasu, ale niech wpadniedo niego do hotelu asystenckiego, najlepiej tak pod wieczór. No iwpadła z tymi maślanymi oczami naiwnej studentki, zafascynowanejmłodym geniuszem. Dokładnie nie wiem, jak tam było, bo matka samelegendy o nim opowiadała. Podobno na swój obraz i podobieństwo mniezrobił. Widziałem jego zdjęcia w pożółkłych papierach matki. Paręrazy w telewizji go pokazywali. Może i jest jakieś podobieństwo.

Skończyław zakładzie zamkniętym. Jej głowa przestała działać jak należy. Nie,nie była wariatką. Alzheimer. Nie zdążyłem jej o wszystko wypytać,zanim pamięć jej się zamazała. Umieściliśmy ją z B. w takimprywatnym, drogim ośrodku. Tak jakby cena mogła zmniejszyć moralnegokaca. "Tak będzie lepiej dla wszystkich" - gdakałamoja była. Myślała, że w ten sposób zagdacze ten jej zagubiony wyraztwarzy. Oczywiście, odwiedzałem ją. Mówiła do mnie A. Nie zapomnij A.odebrać Felusia z przedszkola. Jej pożerany przez Alzheimera mózgwymyślał jedynemu i przelotnemu mężowi nowy życiorys. Wzruszające,co? Niezła wersja. A.L., młody, utalentowany dyrygent, odbierającyukochanego synka z przedszkola. A potem ze szkoły. I jeszcze może graz dzieckiem w nogę, uczy jeździć na rowerze, pomaga w odrabianiulekcji. No, tej lekcji to mój stary nie odrobił wcale. A ta jeszczeresztkami szarych komórek podtrzymywała jego legendę, tworzyła tealternatywne życiorysy z happy endem. Może zresztą istnieje jeszczejakaś inna historia - myślę sobie. Czeka tylko, żeby ją ktośodpalił. Kto wie, może to na mnie czeka takie zadanie? Mieszkam wkońcu parę ulic od niego. Wspólnota miejsca i czasu. Brak wspólnotyakcji. Życiorysy spokrewnione, ale doskonale równoległe.Nieprzecinające się linie życia. Moja i tego skurwysyna.

Jakmiałem jakieś trzynaście lat, matka mi co nieco opowiedziała, takżeby nie naruszyć zanadto wcześniejszych legend. Kupy się to wszystkonie trzymało. Nawet adres mi dała. "Jak chcesz, to pisz doniego, a mnie już nie męcz, bo co miałam na jego temat dopowiedzenia, to ci już powiedziałam". No i zaczęła się ta całabezsensowna akcja wysyłania listów. "Tato, dowiedziałem sięwłaśnie, jaki masz adres i pomyślałem, że napiszę. Głupio tak pisaćpo tylu latach, no ale wcześniej, bez adresu, się nie dało".Ha, ha, ha! Do dziś pamiętam ten swój list. Myślę, że to zrozumiesz,ojcze, któryś jest tam w górze, na piętrze czternastym, że bez adresuni w chuja nie da się pisać listów.

Zbierałempłyty z nagraniami orkiestry pod twoją dyrekcją. Tych dwóch wczesnychwinyli nie dało się słuchać, ale udawałem wtedy, że się na tym znam iże to fascynujące. Co za bzdura, słuchać 4 minut i 33 sekund ciszygranej przez orkiestrę lub jakikolwiek instrument czy zespół. Jakiegokunsztu dyrygenckiego wymagał od ciebie ten utwór?! Młody dyrygentA.L. był zarażony wtedy eksperymentami. Szukał jakiejś nieodkrytejgłębi w buddyzmie zen i księdze Yijing. John Cage był jego mesjaszem,a przypadek bóstwem. Aleatoryzm się to nazywało. I wtedy trafiło cisię to stypendium w Salzburgu. Aleaiacta est.Kościrzuciłeś za siebie. Jak się nazywał ten facet w mitologii, co rzucałkośćmi? Deukalion mu chyba było. Rzuciłeś dwudziestodwuletnie gnatymojej matki i moje młode, miękkie jeszcze kosteczki, i pognałeś nastypendium za żelazną kurtynę. A tam nagle wszystko ci sięodwidziało. Ni z tego ni z owego zainteresowałeś się muzyką dawną. Coza wolta, od awangardy do barokowych staroci. Wcześniej jednakzapoznawałeś się z techniką preparowania fortepianów. Majstrowałeśprzy instrumentach, by grały fałszywie, tak jak ty pogrywałeś z nami.Mimochodem spreparowałeś także mnie, swój nowy instrument, wyjący izawodzący, srający w pieluchy i sikający. Nie chciałeś już na nimgrać. Ale kości tak bezkarnie rzucać nie można. Jak się już rzuci,nie ma rady, trzeba grać. Na tym polega wróżenie z kości, czylikleromancja. Myślałeś sukinsynu, że tak sobie rzucisz i powiesz passjuż na samym początku partii. Nawet nie wiesz, że czterdzieści latczekałem na swój rzut. No to teraz sobie zagramy w autorską gręintegracyjną pod tytułem Odnalezionytata.

Otwieramplanszę miasta. Składa się ona równo wzdłuż torów kolejowych.Wybieram jeden pionek spośród setek tysięcy ojców mieszkających wtych stronach. Składa się tak, że wybrany zostajesz ty. Wykonampierwszy, decydujący rzut kośćmi. Jeśli wypadnie szóstka, mam cię zgłowy. Będziesz się przesuwał po placach, ulicach, domach, sklepach,uczelniach, barach i parkach tego miasta zupełnie bez mojego udziału.Wystarczy ten jeden szczęśliwy rzut, a później to już samo pójdzie.Na kolejnych polach nic już nie będę musiał robić. Będą napisy:"cofasz się o dwa pola", "kiblujesz jedną kolejkę wknajpie", "idziesz do centrum handlowego zrobić zakupyswego życia", "tracisz życie i przesuwasz się o dwa polaponiżej powierzchni ziemi", "trafiasz za karę doczyśćca". Dlatego trzeba dobrze rzucić, bo jeśli od razu niewypadnie sześć, wszystko stracone i będę musiał nie wiadomo jak długosię z tobą męczyć. Nie, nie wyrzucę cię już przez okno ani niezasztyletuję siedmioma nożami, tak jak to jeszcze niedawno, pozażyciu jakiegoś syfu, chciałem zrobić. Kości do tej gry zostanąwybrane starannie. Nie mogą to być byle ochłapy. Muszą być zdrowe,silne i przede wszystkim zgrabne. Takie, że mucha nie siada,obleczone w cudną tkankę. Żadne tam z odłażącym mięchem szkieletory zobrazów Beksińskiego albo Francisa Bacona. Muszą być takie, bychciało się je od razu obgryzać do białości, nie czekając napozwolenie właścicielki. A trzeba przyznać, że wypościłem sięsolidnie, ale też byle czego nie chcę brać. Poza tym jakoś na żadnąjeszcze nie wypadło po rzuceniu mnie przez B. Ostatnio jakbym nierzucał, ciągle mi jednak sześć wypada. Na dziewczynę z sześciopakiemsię zapatrzyłem. Może to ona mnie od myślenia o tobie uwolni? Wszóstce twoja zagłada, a moje ocalenie. Jeszcze, kurwa, wróci do mnieszczęście! A ty wsiądziesz w szóstkę, dojedziesz nią do pętli icofniesz się do punktu 0, z dożywotnim zakazem powrotu do gry.

wserii kwadratukazały się:

"2008","2011", "2014", "2017" -antologie współczesnych polskich opowiadań

MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"

WaldemarBawołek"To co obok"

KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"

DariuszBitner"Książka"

RomanCiepliński"Diabelski młyn"

TomaszDalasiński"Nieopowiadania"

KrzysztofGedroyć"Przygody K"

AndrzejGrodecki"Iluzje"

BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inneludzie"

LechM. Jakób"Ciemna materia"

BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"

WojciechKlęczar"Wielopole"

BogusławaLatawiec"Ciemnia"

RyszardLenc"Chimera"

ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz","Skerco"

MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"

JarosławMaślanek"Ferma ciał"

DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolnośćpachnie wanilią"

KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości","Second life", "Wariant do sprawdzenia","Zamęt"

EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"

Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"

PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic","Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

PawełPrzywara"Zgrzewka Pandory"

KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczeryfacet"

GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani"

ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"

LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia","Zdjęcie"

IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"

ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"

AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncertmuzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

EmiliaWalczak"Hey,Jude!"

MiłoszWaligórski"Ktoto widział"

Henryk Waniek "Miastoniebieskich tramwajów"

MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"

MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

TadeuszZubiński"Rzymska wojna"