Kości smoka - Lisa See

-
Proszę czekać

 

Słowo od autorki

Na temat Chin i Jangcy powstało wiele cennych opracowań. Szczególnie dużo zawdzięczam wielotomowej pracy Science and Civilization in China Josepha Needhama oraz Shujing: Book of History (unowocześniona edycja Clae Walthama w tłumaczeniu Jamesa Legge'a). Tych, którzy interesują się życiem rzeki, zachęcam do przeczytania The River at the Center of the World Simona Winchestera, River Town Petera Hesslera, A Single Pebble Johna Herseya i Golden Inches Grace Service. A jeśli ktoś wybiera się zwiedzić Trzy Przełomy, przypominam, żeby koniecznie spakował The Yangzi River, błyskotliwy przewodnik Judy Bonavia, oraz Yangtze River: The Wildest, Wickedest River on the Earth, antologię poezji i innych utworów opracowaną i wydaną przez Madeleine Lynn. Zaintrygowanych zawiłościami języka chińskiego odsyłam do Chinese Characters dr. Léona Wiegera (jeśli uda się znaleźć). Fantastyczna praca! Reading the Past Olivera Moore'a stanowi świetne wprowadzenie do tematu, a China: Empire of Living Symbols Cecilii Lindqvist zarówno uczy, jak i bawi. Aktywista Dai Qing przestrzega przed wpływem Zapory Trzech Przełomów na środowisko w The River Dragon Has Come. Strona internetowa The International Rivers Network oferuje bogaty wybór artykułów z całego świata na tematy dotyczące zapory. Z tych wszystkich źródeł korzystałam, pisząc Kości smoka.

Nieocenioną pomoc otrzymałam od ludzi pracujących w różnych muzeach. June Li z Los Angeles County Museum of Art znalazła dla mnie i przetłumaczyła dodatkowe informacje na temat historii ruyi i gui, za którymi uganiali się Brian McCarthy i inni bohaterowie Kości smoka. David Kamansky i William Hanbury-Tenison z Pacific Asia Museum opowiedzieli mi o handlu skradzionymi artefaktami na skalę międzynarodową oraz o ciemnych stronach praktyk biznesowych stosowanych przez domy aukcyjne. Wystawa "Zakazane Miasto" Anne Shih, z olbrzymim lingzhi, w Bowers Museum of Cultural Art zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie i Anne zechciała podzielić się ze mną swoją specjalistyczną wiedzą. Przez sześć lat miałam także przywilej pracować z Michaelem Ducheminem w Autry Museum of Western Heritage w trakcie wystawy "Na Złotej Górze". Wiele nauczył mnie o etyce muzealnej.

Floridia Cheung zgodziła się, bym zapożyczyła jej chińskie imię Chaowen. David Humphrey przekazał mi jeszcze więcej informacji na temat lingzhi, a historyk sztuki Lydia Thompson wprowadziła istotne poprawki w kwestii bi. Steve Wasserman wysyłał mi cudowne zdjęcia Jangcy i budowy zapory, kiedy dopadała mnie chandra. Andrew Tsao rozśmieszał mnie podwórkowymi historyjkami z czasów, kiedy był uroczym małym urwisem. Michael Firth z kancelarii Linklaters służył cennymi radami dotyczącymi systemu prawnego Hongkongu. Ge-Qun Wang, zatwardziały kawaler, zaznajomił mnie z procedurami małżeńskimi w Chinach, a Henry Tang z Committee of 100 otworzył dla mnie wiele drzwi. Patty Williams zrobiła kolejne piękne zdjęcie autorki.

Cieszę się, że czytelnicy z całego świata wysyłali do mnie listy na moją stronę internetową. Specjalne podziękowania niech zechcą przyjąć: Terry Hardison, który przesłał kilka pięknych wersów Du Fu; Alice Lu, która przedstawiła ciekawe sugestie do postaci Davida; Dave Feagans, którego żarty i anegdotki codziennie zachęcały mnie do dalszej pracy. Oprócz tych przyjaciół z cyberprzestrzeni nieocenieni okazali się też inni. Kate Cooney i Andy Wohlwend wykonali kawał dobrej roboty, która nieraz wymagała od nich żmudnego ślęczenia, a dzięki Alicii Diaz wszystko toczyło się gładko. Składam serdeczne podziękowania wszystkim ludziom, których spotkałam w Chinach. Zabrali mnie w miejsca, które musiałam zobaczyć, pomagali mi przy tłumaczeniach i z otwartym sercem opowiedzieli swoje historie.

Jestem głęboko wdzięczna mojej agentce Sandrze Dijkstra i wszystkim wspaniałym pracownikom jej biura, którzy tak ciężko pracowali w moim imieniu. Mój wydawca z Random House, Bob Loomis, to prawdziwy dżentelmen - inteligentny, uprzejmy. Przemiło się z nim współpracuje. Z kolei Kate Parkin z angielskiego oddziału Random House okazywała szczery i nieustający entuzjazm dla Kości smoka.

Mam wielkie szczęście, ponieważ rodzina wspiera moje projekty. Chciałabym podziękować mojej kuzynce Leslee Leong za przydatne rady w sprawie sprzedaży antyków azjatyckich i za pożyczenie mi wartego dwadzieścia cztery tysiące dolarów ruyi. Słowa wdzięczności kieruję też do jej męża, Joego Schulmana, za czas, który spędził ze mną na aukcjach, i za objaśnienie mi tego, co się na nich dzieje. Dziękuję także mojemu ojcu, Richardowi See, za to, że się "zgubił" na Bali (i "naszemu człowiekowi na Bali" za to, że go nie znalazł). Mój ojciec i jego żona, Anne Jennings, oboje antropolodzy, również służyli mi fachową wiedzą. Moi dziadkowie, Stella i Eddy See, nie tylko wpoili mi wielką miłość do Chin i chińskich antyków, ale też zostawili mi wspaniałą kolekcję starych książek dotyczących obu tych tematów. Mojego męża, Richarda Kendalla, przepytywałam z takich dziedzin, jak chińskie prawo i amerykańska etyka prawnicza, oraz zadawałam mu pytanie typu: co by zrobił, gdyby podczas szalejącego tajfunu wrócił do pokoju hotelowego po tym, jak został pobity i pozostawiony sam sobie, żeby umrzeć za coś, co mogłoby zmienić współczesną historię Chin. Moja siostra, Clara Sturak, jest wspaniałym wydawcą i wielką inspiracją dla mnie; mój szwagier, Chris Chandler, zawsze ratował sytuację, kiedy komputer odmawiał mi posłuszeństwa; moja mama, Carolyn See, jest dla mnie prawdziwym wzorem; moi synowie Alexander i Christopher, zawsze byli dla mnie największym wsparciem, zapewniając mi motywację i inspirację. Dziękuję wam!

Ostatnie słowo o tej opowieści. Chociaż w Trzech Przełomach związanych z kulturą ludu Ba jest wiele archeologicznych stanowisk, stanowisko 518 nie istnieje. Miasteczko Bashan łączy w sobie kilka miast leżących na terenie przełomów. Pogoda i okresowe powodzie, opisane w powieści, mają swe źródło w rzeczywistych zdarzeniach i odnoszą się do lata w 1996 i w 1998 roku. O ile wiem, wszystkie statystyki dotyczące zapory, przesiedleń i tajfunu w 1975 roku są prawdziwe. Gigantyczna grzybnia została znaleziona w Oregonie w 2000 roku, ale jak dotąd w Chinach nie natrafiono na porównywalnego odpowiednika. Ruch Wszechpatriotyczny nie istnieje, ale księga Shujing, na podstawie której Xiao Da stworzył swoje hasła, jak najbardziej. Męczenniczka Liu Hulan była prawdziwą osobą, jednak archeologicznie nie potwierdzono istnienia Da Yu. Wszystkie błędy - i przekłamania - pochodzą ode mnie.

 

Prolog

 

Nie żył już w chwili, gdy jego ciało uderzyło w rwące, błotniste wody Jangcy, tuż za pierwszym z jej Trzech Przełomów. Nie znać było po nim rozpaczliwej walki, by dotrzeć do bezpiecznego lądu czy choć dosięgnąć wystającej skały, nie znać było desperackiego wysiłku, by złapać ostatni oddech, nie znać było śladu palącego bólu, kiedy woda wdzierała się do płuc. Po prostu swobodnie podryfował niesiony bystrym prądem rzeki. Jakże niewiarygodnie szybko ostygł w jej zimnych wodach. Jakże niewiarygodnie gładko, nie napotykając najmniejszej przeszkody, sunął wraz z falą.

Rwąca rzeka bezustannie unosiła go dalej. Mijał poszarzałe od starości wioski, fabryczne kominy buchające gęstym dymem, rury wypluwające prosto do wody cuchnące odpady, tę paskudną mieszaninę chemikaliów i nieoczyszczonych ścieków. Jego skóra najpierw pomarszczyła się, a potem zaczęła obłazić. Gazy wypełniły wnętrzności i nie znajdując ujścia, wydęły go tak, że utrzymywał się na powierzchni. Naraz nurt stał się tak silny, że ciało rozpędziło się do dziewięciu metrów na sekundę i uderzyło z impetem o wyszczerbione krawędzie klifów, które roztrzaskały potylicę i wyrwały kępy włosów, niemal zdzierając skalp. Dalej rzeka leniwie rozlewała się w sennej dolinie i wyraźnie zwalniając bieg, stawała się płytka, acz zdradziecka, rzucając niebezpieczne wyzwanie nawet najbardziej doświadczonym nawigatorom. Nieraz porwały go ciemne odmęty, a nieraz utknął na skrawku mielizny, zanim oswobodził go wartki prąd czy fala wzburzona przez przepływające tuż obok statki.

Czy ktokolwiek widział tę shui da bang - namokłą kłodę - jak uparcie zmierza ku morzu wraz z nurtem rzeki? Rzeki, która wije się niczym wąż, zbierając wody z ponad jedenastu tysięcy kilometrów kwadratowych ziemi, co stanowi prawie jedną piątą całej powierzchni Chin. Rzeki, która dzieli kraj na północ i południe, różnicując tym samym ludzkie temperamenty, charaktery i zwyczaje: od kuchni aż po religię. Jangcy steruje życiem trzeciej części populacji Chin, ponad czterystu milionów ludzi, czyli co trzynastego człowieka, który stąpa po naszej planecie. Dlatego ktoś musiał go widzieć. Może rybak czy żeglarz dostrzegł wśród mrocznych fal błyskającą biel kołyszącego się ciała. Ale może to był biały delfin baiji? Legenda mówi, że to nie prawdziwe delfiny, lecz dziewczęta zaklęte w wodne stworzenia. Choć te baiji, które do dziś pozostały przy życiu, liczy się zaledwie w tuzinach, a wedle innych szacunków żaden nie przetrwał zanieczyszczenia środowiska i żeglugi rzecznej. Czy możliwe więc, że ten biały ślad, co pojawia się i znika na fali, to rzeczywiście baiji? Toż to istny cud wśród wody zalewającej tę wyciętą w ziemi ranę!

Wkrótce ciało wpłynęło w okolice miasta Wushan, gdzie zdumiewająco zielona wstęga rzeki Daning łączy się z mulistym i mętnym błotem Jangcy. Sampany z rybakami sunęły tutaj cicho, a wielkie promy przewoziły mężczyzn i kobiety w górę i w dół rzeki, tam i z powrotem, do pracy, do krewnych, do lepszego życia. Nagie dzieci pływały na dętkach, śmiały się i droczyły ze sobą. Nagle jeden chłopczyk wpadł przypadkiem na ciało i przez chwilę zdawało mu się, że to kolega dla żartu udaje topielca. Przecież od czasu do czasu bawili się w umarlaka. Chłopiec trącił nogą ciało i poczuł, jak stopa miękko się w nim zapadła, a potem wepchnął ją jeszcze głębiej w gnijące wnętrze i z całej siły machając rękami i nogami, czym prędzej odpłynął, lecz nie od razu opowiedział o horrorze, jaki go spotkał. Najpierw ukradkiem przybliżył się do jednej z niewielkich łodzi, które wiozły turystów na wycieczkę w górę rzeki Daning przez Małe Trzy Przełomy. Jeśli uśmiechnie się ładnie, pomacha serdecznie, po czym na całe gardło krzyknie: "Witamy! Witamy!" do tłustych cudzoziemców pstrykających fotki, to może uda mu się odpłynąć z kilkoma juanami w dłoni.

Ciało pomknęło z wartkim prądem w kierunku przełomu Wu, drugiego z Trzech Przełomów, gdzie skały wznosiły się tak wysoko, że z ledwością docierały tu blade promienie słońca. Wyżej, ponad skałami, wyłaniała się Iglica Bogini w otoczeniu jedenastu szczytów, przypominająca kształtem postać klęczącej dziewczyny. Miejscowi wierzyli, że mieszka w niej Yao Ji, dwudziesta trzecia córka Królowej Matki Zachodu, a okalające szczyty symbolizują jedenaście służebnic. Pewnego razu Yao Ji zapragnęła zwiedzić góry i rzeki świata śmiertelników. Spoczęła na chmurze i kiedy leniwie płynęła przed siebie, nagle spostrzegła dwanaście smoków, które siały spustoszenie na ziemi, przynosząc cierpienie i śmierć jej mieszkańcom. Wezwała cesarza Wielkiego Yu i obdarzyła go władzą nad żywiołami natury, a potem przyglądała mu się z uwagą, jak sieka skały, by stworzyć wąwozy, którymi woda odpłynie do morza. Dziś mówi się, że Iglica Bogini przynosi szczęście tym, którym uda ją się dostrzec wśród oparów mgły, ale nie przyniosła szczęścia temu człowiekowi, którego los skazał na wędrówkę do oceanu, drogą, jaką przed wiekami wytyczył Wielki Yu.

To była tylko zwykła legenda opowiadająca o rzece, która na zawsze pozostanie tajemnicą dla swego ludu i dla obcego świata. W kraju, gdzie mity zawsze przeplatały się z historią i polityką, większość mieszkańców nigdy nawet nie słyszała słowa "Jangcy". Określano nim ostatnie trzysta dwadzieścia kilometrów rzeki, gdzie przecinała prastare lenno Yang. Naród chiński nazywał ją Chang Jiang, Długa Rzeka, lub Da Jiang, Wielka Rzeka. Ale ci, co mieszkali na brzegach, nadawali tej rzece nazwy najtrafniej odzwierciedlające jej charakter na każdym z sześciu tysięcy kilometrów, przez które się ciągnie: Rzeka Dzikiego Jaka, Rzeka Złotego Piasku, Piękna Rzeka, Rzeka Ludu Ba.

Jednak to wszystko nie miało żadnego znaczenia dla gnijącego kawałka ludzkiego ciała. Płynęło godzinami po spokojnej tafli wody wzdłuż łagodnych brzegów, od czasu do czasu mijając ciche zatoczki, gdzie miejscowy chłop pracował samotnie na małym poletku, na skałach żona, podwinąwszy spodnie nad kolana, prała ubrania całej rodziny, a starsza siostra pilnowała małego braciszka. Przez całe kilometry otaczający świat sprowadzał się do słońca, nieba i odwiecznego biegu rzeki pośród skał. Pojawiały się jednak także zabudowania miast, otulające rzeczne koryto, gdzie łodzie i statki różnej wielkości walczyły o miejsce dla siebie. Pozornie wydawało się, że życie płynie tutaj jak zwykle - praca, rodzina, wiece patriotyczne, gra w karty, randki z dziewczynami, pielęgnowanie starego i niedołężnego rodzica - jednak nad wszystkim unosił się złowieszczy niepokój.

Linie na klifie, namalowane białą farbą na wysokości stu siedemdziesięciu siedmiu metrów nad korytem rzeki, dumnie obwieszczały, dokąd sięgnie poziom wody przyszłego zbiornika przy Zaporze Trzech Przełomów. Za siedem lat, kiedy jej budowa dobiegnie końca, wszystko, co znajdowało się poniżej tych linii, będzie zatopione. Od Yichangu aż po Chongquing ponad milion Chińczyków zostanie wysiedlonych z domów, w których mieszkali od pokoleń. Nieliczni szczęśliwcy - ci z odpowiednimi koneksjami - otrzymają pozwolenia stałego pobytu w miastach. Inni będą przeniesieni do nowych dzielnic, gdzie zimne wieżowce nieprzyjaźnie górują ponad białym znakiem na skale. Ci, którym zabraknie szczęścia, a będzie ich zdecydowana większość - zostaną zesłani do odległych prowincji. Obiecano im wiele, ale niektórzy z nich zdążyli już wrócić, przynosząc wieści o panującej tam biedzie. Co się teraz z nimi stanie? Czy ten lud, który tyle wycierpiał na tej niespokojnej ziemi, będzie cierpiał jeszcze bardziej?

Zwłoki płynęły dalej, lecz czy mogły przetrwać więcej? Koszula, w którą odziany był kiedyś ten człowiek, rozłożyła się zupełnie, a śruby napędowe przepływających statków zdarły skórę i pikujące ptaki z łatwością wydziobywały teraz kawałki mięsa z jego pleców. Powoli wpływał w granicę przełomu Xiling, ostatniego z Trzech Przełomów, a żółwie i ryby zdążyły wyskubać wszystkie miękkie części jego twarzy, pozbawiając go powiek, ust i uszu.

Wreszcie znalazł się tuż przy zaporze. Kiedy jej budowa się zakończy, będzie to jedna z największych w dziejach świata konstrukcji wzniesionych przez człowieka. Teraz w tym miejscu roiło się od gigantycznych maszyn pracujących pełną parą wśród betonu i stali. Mężczyźni i kobiety harowali bez przerwy, wznosząc budowlę coraz wyżej i wyżej, centymetr po centymetrze, aż osiągnie ostateczną wysokość dwudziestu metrów i ponad półtora metra szerokości. Każda skała rozsadzona dynamitem, każda tona odkopanej ziemi, każdy kilometr pręta zbrojeniowego, każda śluza oddana do użytku - wszystko było przepojone poczuciem celu. Miało to być największe osiągnięcie Chin - spełnienie marzeń narodu i przesłanie dla świata o ich niekwestionowanej supremacji. I wcale nieprzypadkowo zapora miała dostarczać tyle elektryczności co osiemnaście elektrowni jądrowych. To była już nie tylko potęga narodowa, ale potęga w swej najczystszej, najprawdziwszej postaci.

Na tym odcinku rzeki postawiono koferdam i dzięki temu prace mogły posuwać się szybciej. Ciało zawirowało gwałtownie we wzburzonej tutaj wodzie, a potem nagle, zdumiewająco, ziemia wokół stała się płaska. Po obu stronach rzeki kilometrami ciągnęły się pola uprawne. Na niektórych odcinkach rzeka miała teraz ponad trzy kilometry szerokości, a wartki nurt zmienił się w łagodną, ale nieubłaganą falę. W oddali kusił światłami Szanghaj. Ujście rzeki rozszerzało się na osiemdziesiąt kilometrów, bezlitośnie zabierając co siedemdziesiąt lat półtora kilometra chińskiej ziemi.

Na brzegach wznoszono świątynie upamiętniające straszliwe tragedie i tych, którzy ulegli sile potężnego żywiołu, oraz stawiano pagody ku przestrodze dla żeglarzy, aby przypomnieć im o czających się niebezpieczeństwach. Każda taka budowla miała ostrzegać ludzi, że człowiek jest niczym, a rzeka wszystkim. Gdzie indziej sprowadzało się to do bardziej ludzkiego wymiaru. Przez tysiąclecia w rejonie miasta Anqing wrzynał się w rzekę niewielki cypel, gdzie od trzystu lat ziemię uprawiał klan Jia.

Każdego ranka Jia Mingfu przychodził nad rzekę, żeby usunąć, a nierzadko i uratować śmieci gromadzące się przy brzegu. Nieraz widział drewniane kłody, które spłynęły z gór Tybetu, puszki fasoli wyssane z wiejskich chat, kawałki roztrzaskanych na drzazgi łodzi. Widział więcej niż zwykłą śmierć. W czasie powodzi woda przynosiła takich jak on - przeciętnych rolników i ich rodziny, których z własnej ziemi zmyła wielka fala - a zimą znajdował ciała nieszczęsnych młodzieńców i dziewcząt. Rzeka nie była wtedy aż tak niebezpieczna, ale w krótkie zimowe dni melancholia mieszała zmysły tak bardzo, że nie dało się udźwignąć ciężaru niespełnionej miłości.

Jia Mingfu poznał po odrażającym fetorze, że zwłoki - może człowieka, może zwierzęcia - dryfują już od dawna. Chwycił mocniej badyl, który zabierał ze sobą na poranne eskapady, i przygotował zmysły na widok, jaki miał się ukazać jego oczom - ciało wyniszczone przez wodę, skały, słońce, faunę i naturalny proces gnicia. Podobnie jak to robił już wiele razy wcześniej, usunął patykiem nadmiar śmieci. Mimo zaawansowanego rozkładu poznał bez cienia wątpliwości, że ciało należało do człowieka, wciąż posiadało ramiona i nogi. Jednak to stworzenie o czerwonych włosach nie było zwykłym człowiekiem. Był to yang guizi, biały diabeł, obcy.

 

Rozdział 1

Słońce nie wyjrzało jeszcze spoza okazałych gmachów przy wschodniej ścianie placu Tian'anmen, kiedy inspektor Liu Hulan z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego patrzyła na morze ludzi zgromadzonych na tej ogromnej połaci z betonu na pierwszym w Pekinie wiecu Ruchu Wszechpatriotycznego. Do dziś wszystkie tajemne spotkania Ruchu zazwyczaj odbywały się w sercu kraju, najczęściej w miastach i wioskach nad Żółtą Rzeką. Chociaż ostatnio pozycja sekty stawała się coraz mocniejsza w stolicy, nikt nie spodziewał się takiej ostentacji.

Wszelkie ruchy religijne były w Chinach zakazane i do obowiązków Hulan należało egzekwowanie tego zakazu, ale o tym rannym zgromadzeniu dowiedziała się zaledwie piętnaście godzin temu od świeżo zwerbowanego informatora, mężczyzny aresztowanego za defraudację zakładowych pieniędzy, które przekazywał na rzecz Ruchu. Po kilku szybkich naradach podjęto w ministerstwie decyzję, by nie wydawać oficjalnego nakazu rozpędzenia wiecu. Możliwość zidentyfikowania wysoko postawionych członków Ruchu, a w konsekwencji aresztowania ich przyniosłaby wiele korzyści rządzącym.

Hulan zjawiła się na miejscu o trzeciej nad ranem, aby nadzorować zajmowanie pozycji przez policjantów i żołnierzy zabezpieczających obrzeża placu. Miała nadzieję, że oficjalna obecność sił porządkowych przestraszy i zniechęci przynajmniej część zwolenników Ruchu, ale zdawało się, że nikt nie zawrócił na nie uwagi. Ludzie stali spokojnie, jakby tuż obok nich wcale nie było zwartych szeregów umundurowanych kobiet i mężczyzn z przewieszonymi przez ramię karabinami maszynowymi. W spokoju ćwiczyli qigong, śpiewali psalmy, wsłuchani w słowa inspirującego kazania, nie dając służbom najmniejszego powodu do wkroczenia. W czasie wiecu funkcjonariusze zrobią odpowiednie zdjęcia, potem zabiorą kilku uczestników na przesłuchanie, ale nikt w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego nie był na tyle naiwny, by wierzyć, że w tak krótkim czasie uda się zmobilizować posiłki potrzebne do zatrzymania ponad tysiąca ludzi. O dziwo, nie zabrakło czasu, aby powiadomić telewizję państwową, która przysłała ekipę z kamerą. Obecność mediów w tym miejscu budziła w Hulan mieszane uczucia.

Minęło pięć lat, odkąd zawarła umowę z elitą posiadającą nieograniczone wpływy, rządzącą Chinami z pilnie strzeżonej rezydencji usytuowanej na drugim brzegu jeziora, nad którym mieszkała Hulan. Wezwali ją na zakończenie sprawy dotyczącej Knight International. W tragicznym pożarze fabryki zabawek będącej własnością Amerykanów straciło życie ponad sto pięćdziesiąt kobiet. "Ludzie z drugiej strony jeziora", jak nazywała ich Hulan, wyrazili zgodę, by poślubiła amerykańskiego prawnika, Davida Starka, oraz by urodziła córeczkę, pół-Chinkę, co kwestionuje zarówno chińskie prawo, jak i tradycja. Obiecali, że jej nazwisko nigdy nie zostanie wspomniane w mediach. W zamian Hulan zobowiązała się, że będzie lojalnie wspierać partię i ślepo wykonywać jej rozkazy oraz że zrezygnuje z ekscentrycznych metod pracy. Cały pakt pozostanie w ścisłej tajemnicy pomiędzy nią, nimi oraz jej mentorem i bezpośrednim przełożonym, wiceministrem Zaiem. Hulan zgodziła się na te warunki w nadziei, że wreszcie będzie miała prywatne życie, za którym zawsze bardzo tęskniła. Jednak wszystko się zmieniło. Córeczki już nie ma, a małżeństwo z Davidem...

Zmusiła się, żeby o tym teraz nie myśleć. Zamiast tego skupiła uwagę na ekipie telewizyjnej. Zajęli dobre miejsce obserwacyjne na schodach Wielkiej Hali Ludowej, skąd rozpościerał się widok na cały plac. Wśród reporterów Hulan rozpoznała jedną osobę - kobietę o piskliwym głosie, która przez wiele lat gorliwie wypełniała obowiązki rzecznika rządu. Jej słowa unosiły się w przesyconym wilgocią powietrzu jak smród gnijących śmieci. Z zapałem przekonywała, że rząd absolutnie nie prześladuje Ruchu, ale wręcz wykazuje się niebywałą tolerancją, zezwalając na dzisiejsze spotkanie.

Hulan wzięła głęboki oddech. Jeśli zależy jej na uniknięciu kamery telewizyjnej, powinna szczególnie uważać zwłaszcza teraz, kiedy przedzierała się przez tłum. Przecież jej strój wyróżniał ją wśród mieszkańców Pekinu. Nie dlatego, że przyciągał uwagę krzykliwymi kolorami, ponieważ w dzisiejszych czasach pekińczycy nosili najbardziej intensywne odcienie barw, jakie można było sobie tylko wyobrazić. Nie dlatego, że pochodził od znanych projektantów, chociaż bez wątpienia stać ją było na kreacje z najdroższych światowych butików, które obecnie pojawiły się w mieście. Wolała wkładać bardziej wytworne ubrania z delikatnego jedwabiu, które niegdyś należały do jej matki, a wcześniej babki. Nosiła się elegancko i z klasą, w sposób, który potwierdzał jej status majątkowy, pozycję społeczną, gust i kulturę osobistą. Nie dość, że pracowała dla Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego - budzącej strach i prawdopodobnie najbardziej znienawidzonej instytucji w Chinach - to była też bogatą Czerwoną Księżniczką, której przodkowie szli w Długim Marszu ramię w ramię z Mao Zedongiem.

Hulan urodziła się w Pekinie i cieszyła się szczęśliwym i uprzywilejowanym dzieciństwem - jej rodzice należeli do grona najbardziej szanowanych osób w Chinach. Po wybuchu rewolucji kulturalnej, kiedy miała dwanaście lat, wysłano ją na wieś, aby "uczyła się od chłopów". Dwa lata później przywieziono ją z powrotem do Pekinu, gdzie publicznie potępiła i zadenuncjowała własnego ojca. Miała to być rozpaczliwa próba ratowania życia matki. Ojca skazano na obóz pracy, a Hulan w wieku czternastu lat została wysłana do Stanów Zjednoczonych. Tam chodziła do szkoły z internatem, potem ukończyła prawo i wreszcie podjęła pracę w kancelarii Phillips & MacKenzie, gdzie poznała Davida. Zakochali się w sobie i zamieszkali razem, a dwanaście lat temu Hulan niespodziewanie wróciła do Chin. Siedem lat po nagłym rozstaniu Hulan i David znaleźli się razem w Pekinie, by rozwiązać wspólnie dwie skomplikowane sprawy. Pierwsza dotyczyła tego, że ojciec Hulan - który wcześniej został w pełni zrehabilitowany i objął wysokie stanowisko w partii - poniósł śmierć i naród obarczył ją za to odpowiedzialnością. Druga sprawa rozpoczęła się od śledztwa związanego z łamaniem prawa pracy w fabryce Knight International, a zakończyła tragicznym pożarem. Hulan była w tym dniu o włos od śmierci, a potem długo obawiała się o zdrowie swego nienarodzonego dziecka. Ludzie z drugiej strony jeziora zatuszowali jej udział w tej tragedii i dzięki temu uniknęła fali publicznej krytyki. Mimo to ona sama obwiniała się o te wszystkie nieszczęścia. Nadano jej imię na cześć męczennicy rewolucji, powiedziała wtedy Davidowi. Powinna była zrobić więcej.

Teraz wolnym krokiem przechadzała się po placu, wyławiając z tłumu twarze znanych wichrzycieli, których po zakończeniu wiecu zamierzała zatrzymać. Nagle wśród nich spostrzegła przewodniczącą komitetu sąsiedzkiego, panią Zhang, starą kobiecinę, która z zaangażowaniem śledziła życie mieszkańców w dzielnicy hutongów, gdzie mieszkała Hulan. Pani Zhang na pewno wiedziała, że działalność tej sekty jest nielegalna, jednak stała tu teraz z zamkniętymi oczami, a na jej zasuszonej twarzy malowało się duchowe uniesienie. Hulan mogła przewidzieć, że sąsiadka zjawi się na wiecu. Pani Zhang kilka lat temu uległa modzie na taniec yang ge, nic więc dziwnego, że porwały ją populistyczne hasła Ruchu.

Na tej ziemi slogany i aforyzmy zawsze wykorzystywano do wywierania nacisku i sprawowania władzy. Dla zgromadzonych tutaj zwolenników Ruchu swojsko brzmiały te na pozór niewinne zdania, które zaczęli monotonnie wyśpiewywać: "Bądźmy nabożni", a potem: "Rzeka niesie nam życie". Nikt się nie bał ani nikt się nie denerwował. Bo niby jaki mieliby ku temu powód? Nie byli przecież członkami Falun Gong, którym pod żadnym pozorem nie zezwalano wykorzystywać placu. Byli nabożni i jako tacy czuli się prawi i bezpieczni.

Hulan krążyła wokół tłumu, kiedy nagle spostrzegła kobietę z małą dziewczynką, mniej więcej czteroletnią. Wyglądały na bardzo biedne chłopki - być może matka przyjechała ze wsi do stolicy za pracą. Jeśli tak, swoją obecnością w mieście złamała prawo. Pewnie dlatego ze strachem rozglądała się dokoła. Ale było w niej coś dużo bardziej niepokojącego. Włosy miała rozczochrane, a bluzkę nie tylko brudną, ale też bez guzików. W przeciwieństwie do córeczki, która przy tej biedzie zdawała się czyściutka i śliczna. Kobieta przykucnęła przy dziecku. Troskliwie dotykała ubranka, równiutko układając kołnierzyk koszulki, wygładzając nogawki spodenek i poprawiając sznurowadła bucików. Dziewczynka, z błyszczącymi i zaróżowionymi policzkami, bez przerwy szczebiotała, mama to, a mama tamto. Na ziemi tuż przy nich leżała plastikowa torba. Hulan próbowała odgadnąć, co może być w środku - soczysta pomarańcza dla małej, może koszulka na zmianę, zabawka, jeżeli w ogóle było je na nią stać. Nagle poczuła ból w piersiach i niespokojnie podniosła wzrok.

Dokładnie kwadrans po szóstej jakiś mężczyzna wskoczył na drewnianą platformę i rozłożył szeroko ręce, dając znak zgromadzonym, aby się uciszyli. Wyglądał na prawie trzydzieści lat, ale równie dobrze mógł być dużo starszy. Był przystojny, miał nieco dłuższe włosy, niż nakazywał zwyczaj, co dodawało jego urodzie swoistej dzikości. Kiedy tłum ucichł, opuścił jedną rękę i przyjął pozę, którą upodobał sobie Mao jako młody rewolucjonista.

- Jestem Tang Wenting, komendant Ruchu Wszechpatriotycznego.

Hulan mogła go od razu zaaresztować, jednak wolała usłyszeć, co ma do powiedzenia. Łatwiej jej będzie to przemówienie wykorzystać przeciwko niemu później, w trakcie przesłuchań.

- Spotykamy się w świetle łaski Xiao Da - ogłosił.

- Xiao Da, Xiao Da - zawtórował mu tłum, a śpiew dźwięcznie rozniósł się na ogromnym placu.

Hulan już wiele razy zachodziła w głowę, kim jest ten tajemniczy Xiao Da, samozwańczy przywódca Ruchu Wszechpatriotycznego. Wykazywał się niemalże cudownymi zdolnościami, utrzymując w sekrecie swoją prawdziwą tożsamość, w państwie, gdzie nie było miejsca na żadne prywatne tajemnice. Przez ostatnie trzy lata Xiao Da przemierzał cały kraj wzdłuż i wszerz, organizując tajne zgromadzenia, czym nie tylko wzmacniał własną legendę, ale także wyjątkowo drażnił rządzących. Pod zarzutem kontaktów z Ruchem aresztowano wielu obywateli i wielu zesłano do obozów pracy. W niektórych przypadkach Hulan próbowała negocjować zmniejszenie wyroku w zamian za ujawnienie tożsamości Xiao Da, zdając sobie sprawę z tego, że jeśli uda się schwytać lidera, rozpadnie się cała sekta. Niestety, albo nikt nie znał jego tożsamości, albo nikt nie był jeszcze gotowy, by go wydać. Cała ta sprawa była wyjątkowo irytująca. Nawet jego imię brzmiało dziwacznie. Xiao Da, Mały Wielki, co to w ogóle miało znaczyć?

Hulan odszukała wzrokiem dziewczynkę, której przyglądała się wcześniej. Matka obejmowała ją mocno w pasie, zmuszając, by patrzyła na komendanta. Kobieta przysunęła twarz do ucha dziewczynki i z zapałem coś szeptała. Oczy dziecka były szeroko otwarte, ale nie z ciekawości, lecz ze strachu. Hulan usiłowała odgadnąć, co go wywołało. Dziewczynka milczała, nie reagując na sączące się do jej ucha szepty. Zastygła bez ruchu w uścisku matki, który wzmagał się z każdym słowem komendanta. Hulan nagle przyszło do głowy, że ta kobieta wcale nie jest biedną chłopką, jak początkowo myślała, ani prawdziwą zwolenniczką Ruchu, lecz po prostu chorą matką, która postradała zmysły.

- Nasi polityczni przywódcy każą nam porzucić nasze stare zwyczaje - grzmiał Tang. - Powtarzają nam: "Bogacić się jest rzeczą chwalebną!". Tymczasem Xiao Da mówi, że musimy powiedzieć "nie" nowym naukom. Musimy odrzucić nowoczesną technologię, nowoczesną wizję społeczną i wrócić do dawnych tradycji i wartości...

Piętnaście minut później światło słoneczne rozlało się po placu, wyrywając wyznawców sekty z religijnej kontemplacji. Teraz jak na dłoni widać było, że Pekin dosłownie marniał w czasie fu tian, tej nużącej pory roku między lipcem a sierpniem, kiedy skwar i wilgoć najbardziej dawały się we znaki. Przy takiej pogodzie na nieosłoniętym placu Tian'anmen nie sposób było długo wytrzymać. Nadszedł czas, by iść do domu albo do pracy.

Komendant wyczuł subtelną zmianę nastrojów tłumu.

- Zanim się rozejdziecie, mam dla was wiadomość wprost od Xiao Da. Wkrótce Xiao Da wyjdzie z ciemności do światła. A kiedy się tak stanie, będzie miał ze sobą przedmiot, który zjednoczy cały chiński lud. Trzymając go w rękach, wytrzebi całe zło. A nabożni wtedy zatriumfują. Razem pójdziemy za Xiao Da.

Właśnie z powodu takiej retoryki rząd obawiał się, że Ruch Wszechpatriotyczny stanowi poważne zagrożenie dla stabilizacji państwa.

Młody mężczyzna dumnie uniósł głowę, a tysiące głosów zaintonowało donośnie:

- Xiao Da, Xiao Da, Xiao Da.

Spojrzał w niebo i zawołał:

- Nadszedł czas daniny. Dziewięć Cnót, Dziewięć Stopni Wtajemniczenia, Dziewięć Progów Trybutu.

Ruch Wszechpatriotyczny rozwijał się niezwykle dynamicznie w ciągu ostatnich trzech lat. Chociaż sekta liczyła mniej członków niż Falun Gong, Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego szacowało, że posiada dwadzieścia milionów zwolenników, z których prawie wszyscy pochodzili ze wsi. Zwerbowani biedacy oddawali sekcie swoje zarobione w pocie czoła marne dochody, a czasami nawet oszczędności całego życia, zgodnie z sekretną zasadą składania daniny, opierającą się na dziewięciu stopniach wtajemniczenia. Sporo pieniędzy lądowało bezpośrednio w kieszeni Xiao Da. Hulan nie zniosłaby, żeby ten niecny proceder przyjął się w Pekinie. Dała sygnał policjantom, aby zatrzymali każdego, kto niesie koszyk na datki.

Nagle usłyszała rozdzierający kobiecy krzyk:

- Dla Xiao Da!

Hulan rozejrzała się wokół. Matka, która jeszcze przed chwilą szeptała do ucha córeczki, teraz stała sztywno wyprostowana, wyciągając szyję, aby ponad tłumem dojrzeć komendanta. Jedną ręką przytrzymywała dziecko za koszulkę, a w drugiej ściskała tasak, który zapewne przyniosła w torbie. Ostrze miało dobre dziesięć centymetrów szerokości.

Wszyscy zgromadzeni na placu byli Chińczykami. Wszyscy więc z doświadczenia wiedzieli, kiedy miało się wydarzyć coś złego. Ludzie zaczęli instynktownie przepychać się, aby jak najszybciej stąd uciec. Na ułamek sekundy Hulan straciła z oczu kobietę i jej córeczkę. Usłyszała krzyk Tang Wentinga:

- Spokój! Xiao Da chciałby, żebyście wszyscy zachowali spokój!

O dziwo, tłum zareagował na jego słowa. Ludzie stanęli w miejscu i ucichli.

- Musimy pomóc naszej siostrze - ciągnął. - Powiedz mi, siostro! Co chcesz przekazać Xiao Da? Czy chcesz się wyrzec alkoholu, tytoniu i cudzołóstwa? Wszyscy jesteśmy z tobą!

- Przyszłam tu, aby ukarać to dziecko - krzyknęła kobieta.

Hulan wyciągnęła broń, skierowała ją w ziemię i zawołała:

- Natychmiast odłóż tasak!

Na widok broni ludzie niczym przerażone zwierzęta rozpierzchli się w różne strony, wchodząc jej w linię ognia.

- Wszystkie dzieci są niewinne - powiedział łagodnie komendant, a na jego twarzy malował się spokój.

Hulan nie ufała sekcie ani nikomu, kto się z nią wiązał, jednak z ulgą zauważyła, że komendant wydaje się rozumieć powagę sytuacji.

- Ale to jedno jest złe - odparła matka. - Trzeba wytrzebić zło.

Te słowa poruszyły tłum. Każdy chciał wiedzieć, co się stanie. Hulan próbowała usunąć ludzi, lecz napierający tłum zepchnął ją na bok.

- Tylko Xiao Da może wydać wyrok - oświadczył komendant.

- Matka też potrafi dostrzec zło! - Z piersi kobiety dobył się niesamowity wrzask.

Osunęła się na kolana i przycisnęła córkę do ziemi. Chwyciła ją za przedramię i przytrzymała płasko przy betonie.

- Z drogi! - rozkazała Hulan. Lecz w kraju, w którym widok egzekucji jest dla ludzi rozrywką, nikt się nie poruszył. Krzyknęła w stronę kobiety: - Odłóż tasak albo cię zabiję!

- Mamo, nie! Mamo! - To były pierwsze słowa wypowiedziane przez dziewczynkę, a zabrzmiały tak słodko, świeżo i niewinnie.

Tang Wenting zszedł z platformy i zaczął przedzierać się w stronę kobiety.

- Cierpisz, siostro - usiłował ją pocieszyć. - Cierpimy z tobą, ale nie jesteśmy ekstremistami. Rzeka niesie życie...

Jednak te słowa nie przyniosły jej pociechy. Rozejrzała się nerwowo dokoła, szukając na twarzach gapiów choć śladu zrozumienia. Potem opuściła wzrok na rękę dziewczynki. Uniosła tasak, a Hulan wycelowała broń w ramię kobiety. Tasak opadał. Dziewczynka walczyła, próbując ze wszystkich sił uwolnić się z matczynego uścisku i przeraźliwie krzycząc. Hulan nigdy wcześniej nie słyszała tak przejmującego krzyku. Wystrzeliła.

Ludzie wpadli w panikę i zaczęli uciekać we wszystkie strony. Hulan usłyszała inne wystrzały i miała tylko nadzieję, że kule przelatywały nad głowami ludzi i że żadna nikogo nie ugodzi. Podbiegła kilka kroków i ujrzała przed sobą dramatyczną scenę. Matka leżała na ziemi, rzucając się na boki, a jej krew była wszędzie. Dziewczynka klęczała tuż przy niej, zanosząc się płaczem. Tang Wenting próbował zatamować krwawienie własnymi rękami. Hulan skoczyła w jego stronę.

- Przesuń się! - nakazała mu. Cofnął ręce i krew trysnęła w górę, zalewając twarz dziecka. - Skąd tyle krwi? - szepnęła do siebie.

Rozerwała bluzkę kobiety. Rana po kuli była w ramieniu, tak jak Hulan celowała, ale to nie z tego miejsca pochodziła krew. Tryskała z mniejszej rany w szyi, gdzie utknął odłamek kuli, która musiała roztrzaskać się, uderzając w kość, i odbita rykoszetem rozerwała tętnicę. Hulan ułożyła kobietę na boku i ucisnęła ranę. Dziewczynka bez przerwy kwiliła: "Mamo, mamo".

Mimo że wszyscy na placu byli świadkami tego dramatu, nikt z tłumu nie pospieszył z pomocą. Krew wciąż tryskała spod rąk Hulan, aż w końcu kobieta przestała się wić. Pierwszy poruszył się Tang Wenting. Wstał, cofnął się dwa kroki i wyciągnął rękę, oskarżycielsko wskazując na Hulan.

- Morderczyni - powiedział z potępieniem. Potem rozłożył ramiona, jakby chciał objąć wszystkich, którzy pozostali na placu. - Niech każdy z was popatrzy na tę morderczynię! Zamordowała nabożną!

Zmysły Hulan się wyostrzyły. Krew zmarłej zaczynała zasychać na jej rękach i twarzy. Wyczuła, że wśród tłumu narasta złość. Kątem oka dostrzegła kamerę telewizyjną i usłyszała podekscytowany głos reporterki, która z pewnością zwietrzyła sensację dnia. Hulan słyszała, jak Tang, wciąż wskazując ją palcem, podburzał zebranych:

- Ta kobieta jest naszym wrogiem! Odsłoniła prawdziwą twarz! Xiao Da wymierzy jej karę!

Ale Hulan patrzyła tylko na dziewczynkę, która siedziała przed nią. Widziała w oczach małej ten rodzaj spojrzenia, który sama tak dobrze znała. Było to puste spojrzenie kogoś, kto wszystko utracił.

*

David Stark obudził się sam w łóżku, które kiedyś dzielił ze swoją żoną. Wstał, wziął prysznic i się ubrał. Po drodze do kuchni zatrzymał się na chwilę, jak codziennie, w pokoju, który kiedyś należał do jego córeczki. Zapalił kadzidełko, pomodlił się cicho i dotknął jej fotografii. Potem wyszedł z pokoju, nastawił wodę na herbatę i włączył telewizor. Lubił oglądać poranne wiadomości, ponieważ dzięki temu ćwiczył swój mandaryński. Lecz kiedy na ekranie ujrzał twarz Hulan, usiadł i przez następną godzinę patrzył z przerażeniem, jak wydarzenia na placu wymykają się spod kontroli. Kiedy spostrzegł małą dziewczynkę, poczuł nagłą falę bólu i gniewu, którą - był tego pewien - musiała czuć też Hulan. Gdy zobaczył, jak po śmierci kobiety Hulan wzięła na ręce płaczącą dziewczynkę, wyłączył telewizor i wyszedł z salonu. Zgadywał, że jego żona najpierw odda dziewczynkę odpowiednim instytucjom, a potem wróci do domu, żeby wziąć prysznic i zmienić ubranie. Postanowił na nią zaczekać.

Wyszedł z tylnego pawilonu, gdzie mieszkał sam przez ostatnie kilka miesięcy, minął kolejne pawilony, które kiedyś były domem dla cesarskich akrobatów, śpiewaków i innych artystów, sławnych przodków Hulan. Minął pawilon zajmowany przez jej matkę i opiekującą się nią pielęgniarkę i skierował się wprost na środkowy dziedziniec. Hulan na pewno będzie musiała tamtędy przechodzić, żeby dostać się do swej sypialni.

David usiadł na ogrodowej ławeczce pod miłorzębem i czekał. Właśnie w tym miejscu pięć lat temu obiecał Hulan, że będą szczęśliwi. Powiedział jej wtedy, że w pewnym sensie oboje są sierotami, ponieważ przez większość życia byli sami. Hulan straciła ojca, a z jej matki pozostał zaledwie cień. Rodzice Davida byli małżeństwem tylko do czasu, kiedy się urodził. Potem jego ojciec, międzynarodowy biznesmen, wrócił do swoich nieustannych służbowych wyjazdów, a matka, pianistka koncertowa, do swoich recitali i światowych występów. Przyrzekł też Hulan, że już na zawsze będą razem, że stworzą taką rodzinę, jakiej nigdy żadne z nich nie miało, a ich dziecko będzie beztroskie, szczęśliwe i zdrowe. Zapewnił ją, że jej lęki związane ze stratą bliskich są zupełnie bezpodstawne i że nigdy jej nie opuści. I mylił się prawie we wszystkim, a wina, do jakiej z tego powodu się poczuwał, z każdym dniem stawała się bardziej nie do zniesienia.

David złożył obietnice, a ona mu uwierzyła. Wiceminister Zai odsunął ją od spraw kryminalnych i nigdy już nie wróciła do nich. Hulan i David wzięli cichy, skromny ślub. Brzuch Hulan nieco się zaokrąglił i przy każdej wizycie doktor oświadczał, że ciąża rozwija się prawidłowo. W trakcie badania USG razem przyglądali się swojej zdrowej i silnej córeczce. Dla nich miała charakter i osobowość, kiedy jeszcze ssała kciuk i fikała koziołki w brzuchu matki. David i Hulan już myśleli o sobie jak o pełnej rodzinie. Kupili kołyskę i wstawili do odmalowanej wnęki w swojej sypialni. Hulan przeszukiwała kufry i przynosiła niemowlęce czapeczki ozdobione złotymi amuletami na szczęście.

Kiedy urodziła się Chaowen, ich radość nie znała granic. Chaowen była ślicznym dzieckiem. Pod wieloma względami przypominała typową chińską dziewczynkę. Miała okrąglutką, idealnie zaróżowioną buźkę, oczy jak dwa słodziutkie migdałki. Ale jej włosy nie były kruczoczarne, więc na pierwszy rzut oka było widać, że nie jest stuprocentową Chinką. Uwielbiała święta Bożego Narodzenia tak samo jak chiński Nowy Rok. (Które dziecko by nie uwielbiało?). Zimą nosiła praktyczne chińskie watowane kurtki, latem koszulki i spodenki. Zwracała się po angielsku do taty nawet wtedy, gdy próbował z nią mówić po chińsku; z matką rozmawiała po chińsku nawet wtedy, gdy ta chciała rozmawiać po angielsku. Innymi słowy, Chaowen była uparta i inteligentna jak jej rodzice, stąd też często sąsiedzi żartobliwie komentowali słuszność wyboru jej imienia. Słowo chao tłumaczy się "przewyższać, przekraczać", a wen - "literacki, poetycki" lub "kulturalny". Ich zestawienie oznaczało kogoś, kto był badaczem kultury.

Nie ulega kwestii, że mieli zupełnie odmienne koncepcje wychowania Chaowen. David chciał, żeby się urodziła w Stanach. I tę sprawę przegrał. Chciał wrócić do Los Angeles, żeby jego córka wychowała się z dala od politycznej indoktrynacji. Również przegrał. Chciał, żeby miała dostęp do najlepszych szkół i dobrej opieki medycznej. Chciał, żeby dorastała, wiedząc, że ma absolutną wolność podejmowania decyzji i dokonywania wyborów. Hulan była jednak nieubłagana i tak zostali w Pekinie. Jej argumenty były uzasadnione: po pierwsze, chciała, żeby Chaowen poznała chińską kulturę, po drugie, matka Hulan była zbyt słaba na wyjazd i wreszcie, po trzecie, wszyscy razem powinni budować Nowe Chiny. Hulan i Chaowen były szczęśliwe i w końcu David, nie bez żalu, zrezygnował ze swoich pragnień.

Przez te trzy i pół roku życia córeczki Hulan czerpała radość z najprostszych spraw. David widział, że zdaje się rozkoszować wszelkimi błahostkami codzienności. Do łez bawiły ją śmieszne dźwięki, jakie wydawała z siebie Chaowen, kiedy chciała wyprosić coś od rodziców. Uwielbiała chichoty i wrzaski, kiedy we trójkę wygłupiali się na dużym łóżku, a potem z poczuciem spełnienia wsłuchiwała się w ciszę, jaka zapadała w domu, kiedy Chaowen już zasnęła. Zdawało im się, że żyli w utkanym przez siebie kokonie szczęścia. Byli młodzi, mieli pieniądze i przynajmniej on święcie wierzył, że wszystkie kłopoty zostały daleko za nimi. Ale Chińczycy znają takie bardzo prawdziwe powiedzenie: wszystko zawsze zmienia się w swoje przeciwieństwo.

Minął rok od śmierci Chaowen, lecz David wciąż nie był w stanie wspominać tych ostatnich dni. Zaczęło się od zwykłej gorączki. Hulan podawała córeczce leki przeciwgorączkowe i sorbety na patyku, żeby się nie odwodniła. David zabawiał ją kolorowankami, bajkami i papierowymi laleczkami. Jednak kiedy gorączka nie spadała, a Chaowen stała się apatyczna i nie miała ochoty na zabawę, zabrali ją do szpitala. Bakteryjne zapalenie opon mózgowych - te słowa zmieniły jego życie na zawsze. Na początku lekarze twierdzili, że wydobrzeje. Niestety, jej organizm nie reagował na antybiotyki. Gorączka wzrosła, a rozpalonym ciałem wstrząsały gwałtowne dreszcze. Lekarze zaczęli mówić o trwałym uszkodzeniu mózgu. Hulan i David zaakceptowaliby każde wyzwanie, byleby ich córeczka pozostała przy życiu, ale nie było im to pisane. Jej narządy po kolei przestawały pracować. Kiedy ekipa medyczna po raz ostatni próbowała ją reanimować, David w myśli gorąco modlił się o jeszcze jedną szansę. Ale nastąpił koniec. Pielęgniarki odłączyły aparaturę, otuliły Chaowen kocem i pozwoliły Hulan ją przytulić. Mimo choroby i śmierci Chaowen wciąż była taka śliczna - delikatne rączki, gładka skóra i jedwabiste włosy manifestujące miłość między jej chińską matką i białym ojcem.

Rozpacz Davida była niewyobrażalna, ale o dziwo, znalazł ukojenie w azjatyckiej tradycji śmierci i życia pozagrobowego. Hulan nigdzie nie znajdowała pociechy. Widział już wcześniej, jak potrafi radzić sobie z tragedią. Przezwyciężyła wyrzuty sumienia, jakie miała wobec rodziców po wydarzeniach rewolucji kulturalnej, przetrwała przerażającą noc, kiedy ojciec szukał na niej zemsty, wyszła z fizycznego i psychicznego załamania, jakiego doznała po pożarze w fabryce Knight International. Wmawiał sobie, że czas - i pewnego dnia drugie dziecko - uleczy jej rany, ale resztki jej odporności zniknęły wraz z ostatnim oddechem córeczki.

Przez miniony rok Hulan odzyskała kontrolę nad emocjami, ukrywając je w taki sposób, jak to robiła w dzieciństwie. Starała się skupiać uwagę na czymkolwiek, byle nie na sobie. Gdy zaczęła wyruszać na krótkie wyprawy na wieś, żeby prowadzić śledztwo dotyczące Ruchu Wszechpatriotycznego, David nie sprzeciwiał się, ślepo wierząc, że Hulan musi uporać się z losem po swojemu. Lecz tak jak kiedyś była elastyczna i wrażliwa w sprawach zawodowych, teraz stała się uparta i nieugięta. Im bardziej kwestia Ruchu stawała się jej obsesją, tym bardziej oddalała się od męża. Im bardziej angażowała się w swoją krucjatę, tym bardziej on się od niej również odsuwał. Nie rozmawiała z nim o postępach dochodzenia, bo nie pochwalał tego. Z kolei on nie dyskutował z nią, bo nie chciała słuchać jego kolejnych argumentów o podstawowej zasadzie wolności słowa i religii. Nie mogła na niego patrzeć, gdyż wiązało się z nim za dużo wspomnień. On nie mógł patrzeć na nią, ponieważ ją zawiódł.

Kiedy wyprowadziła się z ich wspólnej sypialni do innego pawilonu, w końcu dotarło do niego, że z powodu jej inteligencji i dumy, nic i nikt - nawet on - nie mógł wybawić jej od kary, jaką sobie sama wymierzyła. Zresztą on także się obwiniał i zadręczał pytaniami. Dlaczego nie zawieźli Chaowen do szpitala wcześniej? Dlaczego nie przeprowadzili się do Stanów? Czy tam miałaby lepszą opiekę medyczną? Jednak zachował te myśli dla siebie, tak samo jak Hulan ukryła przed nim swoje.

Zdawał sobie sprawę z tego, że rzadko zdarza się uratować małżeństwo po stracie dziecka. Wiedział też, że Hulan byłaby szczęśliwsza, gdyby wrócił do Los Angeles. Jego obecność tutaj codziennie przypominała jej tylko o rodzinie, jaką bezpowrotnie utracili. Jednak nie był w stanie zostawić Hulan, ponieważ kochał ją i był przekonany, że ona też wciąż go kocha. Nie mógł jej zostawić, ponieważ kiedyś przysiągł jej tutaj na tym dziedzińcu, że zawsze będą razem i nic ich nie rozdzieli. Nie mógł jej zostawić, ponieważ wiedział, że gdzieś tam głęboko pod grubą skorupą ukrywa się kobieta, w której się kiedyś zakochał. Porównywał siebie do kotwicy, fundamentu, kamienia węgielnego. Czuł, że jest teraz odpowiedzialny za jej powrót do zdrowia, i postanowił, że poświęci się temu w takim stopniu, w jakim kiedyś oddał się tak zwanej "błyskotliwej karierze". Wierzył, że jeśli będzie silny i niezłomny, ona pewnego dnia znowu wyciągnie do niego rękę. A on będzie wtedy u jej boku i pomoże jej powrócić z tego wygnania, na które sama siebie skazała.

Z tych rozmyślań wyrwały go dobiegające z dziedzińca odgłosy kroków. Szła ze spuszczoną głową i kiedy cicho zawołał ją, zatrzymała się i uniosła głowę. Na lewym policzku miała roztartą czerwoną plamę, jej bluzka była popryskana krwią, a na spódnicy na wysokości kolan widniała gruba warstwa brunatnego brudu. Gdzieś po drodze udało jej się wytrzeć ręce, ale między palcami i za paznokciami wciąż widać było zaschniętą krew.

- Nic ci się nie stało? - zapytał.

- Już wiesz, co się wydarzyło? - Przytaknął, a ona uniosła wzrok, by przez liście miłorzębu spojrzeć na zasnute smogiem brązowawe niebo Pekinu. Po chwili dodała: - Oddałam celny strzał. Ta kobieta nie powinna od niego umrzeć. Była wariatką. Powinnam zauważyć to wcześniej.

- Uratowałaś dziewczynkę - powiedział.

Popatrzyła na niego takim wzrokiem, jakby próbowała odszyfrować jakieś drugie znaczenie jego słów. Przez moment wydawało mu się, że dostrzegł cień bezradności w jej oczach, lecz szybko przybrała dawną maskę, posyłając mu uśmiech pełen otuchy. Przyszło mu do głowy, że ta maska pozwala jej przetrwać.

- Cieszę się, że tu jesteś - szepnęła. - To wiele dla mnie znaczy. - I szybko dodała: - Powinieneś już iść do biura. Panna Quo pewnie się o ciebie niepokoi. Muszę się doprowadzić do ładu, a potem jadę do ministerstwa. - W jej głosie dało się wyczuć pewne wahanie i znów odwróciła wzrok. - Będę miała dużo spraw do załatwienia...

- Mogę ci jakoś pomóc?

Pełen determinacji uśmiech ponownie zastygł na jej twarzy, ale widać było, jak dużo ją to kosztuje.

- Może zjemy razem obiad. Byłoby miło. - Podniosła brudne od zastygłej krwi ręce tak, żeby je zobaczył. - Muszę iść pod prysznic. - Wyminęła go i ruszyła przez dziedziniec.

Udało im się przeprowadzić tę niezręczną rozmowę, nie wspominając głośno o jednej rzeczy, którą oboje przez cały czas mieli na myśli. Ta mała dziewczynka, która godzinę temu straciła matkę, miała tyle lat ile ich córka w chwili śmierci.

 

Rozdział 2

Dochodziła dziewiąta, kiedy Hulan wyszła z sypialni i ruszyła do sąsiedniego pawilonu, by złożyć krótką wizytę matce. Matka Hulan była przykuta do wózka od czasu rewolucji kulturalnej. Stan jej umysłu był, jak mówili lekarze, "nie najlepszy". W praktyce oznaczało to, że rzadkie momenty świadomości były niezauważalne w ciągu tych tygodni czy wręcz miesięcy, kiedy nie odzywała się ani słowem, nie wykonując żadnego gestu, nie przejawiając najmniejszego kontaktu z otoczeniem. Tego ranka matka nie odrywała wzroku od pustej ściany, więc wizyta trwała zaledwie chwilę.

Hulan opuściła teren posiadłości i usiadła na tylnym siedzeniu czarnego mercedesa. Śledczy Lo, jej kierowca, nie odezwał się słowem - to był długi dzień dla nich obojga - tylko szybko zawiózł ją pod siedzibę Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy alei Chang An. Kiedy Hulan weszła do biura, asystentka natychmiast przyniosła jej gorącą herbatę w czajniczku i porcelanową filiżankę i bezszelestnie opuściła gabinet. Wydarzenia tego ranka wymagały wszczęcia wewnętrznego dochodzenia, dlatego Hulan zamierzała sporządzić pełny raport. Najpierw jednak postanowiła zamknąć sprawę swego informatora. Otworzyła jego teczkę i uzupełniła notatki dla prokuratora. To była prosta sprawa. Pan Wong, kasjer, wykorzystał swe stanowisko w banku, aby przelać środki z kilku prywatnych kont na konto należące do Ruchu Wszechpatriotycznego. Hulan miała pięć innych teczek z podobnymi przypadkami, które badała w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Różnica między nimi a przypadkiem pana Wonga polegała na tym, że ten ostatni był gotów współpracować, żeby uniknąć zesłania do obozu pracy.

Przestępstwa związane z Ruchem Wszechpatriotycznym nie ograniczały się tylko do kradzieży i wyłudzania pieniędzy. W ostatnich miesiącach zanotowano kilka przypadków sabotażu wśród robotników, którzy nagle zaczęli manifestować niezadowolenie z produkowanych towarów. Zniszczyli sprzęt, a w niektórych produktach celowo umieścili wadliwe części. Zdarzyło się nawet kilka eksplozji w fabrykach, które produkowały komponenty wysokiej technologii. Rząd chiński uznał, że Ruch Wszechpatriotyczny jest ekstremalną sektą religijną zaangażowaną w "terroryzm wewnętrzny", i podjął stosowne działania. Oczywiście międzynarodowe organizacje broniące praw człowieka oskarżały Chiny o dyskryminację religijną.

Hulan spędziła większość życia w Stanach i powinna zgodzić się z tymi oskarżeniami, ale nienawidziła Ruchu Wszechpatriotycznego. Nie mogła znieść tego, że jego działacze wykorzystywali słabych, starych i biednych. Drażniło ją to, że ludzie po prostu oddawali własne pieniądze Xiao Da. Z doświadczenia wiedziała, że fanatyzm działa na szkodę państwa i całego społeczeństwa. Ameryka może sobie pozwolić na to, by sekty religijne zdobyły władzę nad słabymi, Chiny nie. Powtarzała sobie to, co powiedziano jej w ministerstwie: za każdym razem, kiedy bada kolejną teczkę albo kiedy dokonuje kolejnego aresztowania, chroni masy i jednocześnie zapewnia stabilizację władzy. Poza tym czuła po prostu wdzięczność, że powierzono jej to zadanie. Pozwalało jej zająć myśli i dzięki temu nie zwariowała.

Wiedziała, że David nie podzielał jej zaangażowania w tę sprawę, ale ona też już nie rozumiała wielu decyzji, które dotyczyły jego życia zawodowego. Kiedy pracował w amerykańskiej prokuraturze federalnej, starał się naprawiać świat. Kierował się nienaruszalnym kodeksem etycznym i wierzył w siłę służby publicznej. Takie ideały przeniósł później do prywatnej kancelarii, gdzie ponad dwudziestu prawników pod jego kierownictwem pomagało rozwiązywać poważne problemy społeczne i polityczne. Kiedy Hulan i David znowu się ze sobą zeszli i rozpoczęli wspólne życie w Pekinie, jego kancelaria prawnicza zgodziła się, by tu, w Chinach, otworzył filię. Teraz działał w pojedynkę, prowadząc świetnie prosperujące biuro prawne. Całymi dniami pracował, a jego klienci płacili mu masę pieniędzy, ale żadna z tych spraw nie stanowiła dla niego intelektualnego wyzwania ani nie miała większego znaczenia dla świata. Z jej punktu widzenia stał się zwykłym biznesmenem, który wykorzystywał swój talent do prowadzenia salonowych gierek i zgrabnego manewrowania pośród niuansów kulturowych. Miała wrażenie, że David czekał na coś, co nigdy nie nadejdzie. Ich stosunki wyglądały teraz w ten sposób, że ona nie pytała o jego wybory, zadowolona, że on także nie zadaje jej zbyt wielu pytań.

Gdy po kilku minutach znów zjawiła się asystentka, Hulan spojrzała na nią i zapytała krótko:

- Tak?

- Pani inspektor, wiceminister Zai chciałby panią widzieć.

Hulan odłożyła teczkę i wyszła z gabinetu. Ruszyła szybko korytarzem i potem w górę po schodach, przekonana, że potrafi wyjaśnić wszystkie wątpliwości dotyczące dzisiejszego poranka. Kiedy stanęła w przedpokoju pod gabinetem pana Zai, jego sekretarka wstała, delikatnie zapukała do drzwi i otworzyła je przed Hulan.

- Dzień dobry, panie ministrze - przywitała się Hulan, wchodząc do środka.

- Dzień dobry, inspektor Liu.

Była ta bardzo oficjalna wymiana uprzejmości, mimo że z tym starszym człowiekiem łączyły ją bliższe więzi niż z własnym ojcem.

- Usiądź, proszę - powiedział, wskazując jej krzesło przy biurku.

Hulan usiadła i czekała, aż Zai skończy notować. Czuli się w swoim towarzystwie na tyle dobrze, że wolał dokończyć pracę w jej obecności, niż kazać jej czekać w przedpokoju, aby w ten sposób podkreślić rangę swego stanowiska. Hulan rozejrzała się po gabinecie. Wyglądał tak samo jak w czasie, kiedy zajmował go jej ojciec. Ciężkie purpurowe zasłony zdobiły okna, na ścianach wisiały oficjalne pieczęcie i tablice pamiątkowe. Żaden szczegół nie mówił nic o naturze człowieka, który siedział teraz za biurkiem.

Wreszcie wiceminister skończył pisać i podniósł na nią wzrok. Znała go od urodzenia, więc z łatwością zauważyła troskę w jego oczach.

- Przepraszam za to, co się wydarzyło dziś rano na placu - zaczęła.

- Nie ma za co przepraszać, pani inspektor. Śmierć tej kobiety to był wypadek i w taki sposób przedstawią tę sprawę media. Zawahał się przez chwilę, po czym dodał: - Niepotrzebnie zgodziliśmy się, by Centralne Biuro do Spraw Radia i Telewizji nadawało stamtąd relację na żywo.

Tak, pomyślała Hulan, przecież mieliśmy umowę. Dlaczego nagle sytuacja się zmieniła, i to bez żadnego ostrzeżenia? Należało zachować ostrożność.

- Może to był błąd, a może...

Przerwał jej szybko.

- Nie da się przewidzieć, że obłąkana kobieta będzie chciała skrzywdzić własne dziecko.

- Jeśli rzeczywiście była obłąkana...

- Falun Gong i Ruch Wszechpatriotyczny to nie to samo. - Zmarszczył brwi.

O co mu chodziło? Co miał na myśli? Że samospalenie członków Falun Gong to zupełnie co innego niż matka, która chce obciąć rękę własnej córce? Że prawdziwe były oskarżenia - głównie w zagranicznej prasie - iż chiński rząd płaci podstawionym ludziom, by podpalali się w miejscach publicznych, żeby w ten sposób zdyskredytować Falun Gong? Że nie dało się przewidzieć wykorzystania "obłąkanych ludzi" do tego celu? Hulan uzmysłowiła sobie, że Zai skutecznie odciągnął ją od jej prawdziwego zmartwienia. Co tam w ogóle robiła kamera telewizyjna?

Wiceminister rzucił okiem na leżącą przed nim kartkę.

- Rozumiem, że Tang Wenting nie został aresztowany.

- Wymknął się nam...

- W tym czasie, kiedy ty zajmowałaś się dzieckiem. To nie należało do twoich obowiązków.

- Ma pan absolutną rację, panie ministrze.

- Gdzie jest teraz ta dziewczynka? - zapytał Zai łagodniejszym głosem.

- Zabrano ją do sierocińca przy Trzeciej Obwodnicy.

- W takim razie może nie spotka jej aż tak smutny los. - Hulan spojrzała na niego pytająco, więc dodał: - Może adoptuje ją jakaś amerykańska rodzina i będzie czekało ją dużo lepsze życie niż tutaj. - Nieznacznie pochylił się w stronę Hulan. - Ty też mogłabyś ją adoptować. Nie byłoby w tym nic złego, gdybyś znowu spróbowała dać szczęściu szansę.

Starannie dobierał słowa, ale mimo to ją zranił. Przypomniał jej o uprzejmych ludziach, takich jak przewodnicząca komitetu sąsiedzkiego, pani Zhang, która poradziła Hulan, żeby "spróbowała jeszcze raz".

Zai odchrząknął, dając sygnał, że ta osobista rozmowa dobiegła końca, lecz to, co teraz powiedział, nie miało nic wspólnego z dzisiejszymi wypadkami na placu Tian'anmen.

- Mamy nową sprawę w ministerstwie. W Jangcy znaleziono niezidentyfikowane zwłoki.

Hulan była tak zaskoczona nagłą zmianą tematu, że bez zastanowienia spytała:

- Niby dlaczego miałoby się tym zajmować Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego?

- Bo to jest ciało obcokrajowca.

Mówił pewnie, nie zmieniając tonu, ale spostrzegła, że mimowolnie zerknął na ściany. Czyżby ministerstwo wciąż podsłuchiwało każdą rozmowę, jaka odbywała się w tym gabinecie?

- Czy ktoś zgłosił zaginięcie cudzoziemca? - zapytała, podejmując temat. - Jeżeli ta osoba wypadła ze statku turystycznego, cały kraj nie zajmowałby się niczym innym jak tylko poszukiwaniem tego... mężczyzny? Kobiety?

- Mężczyzny. Jak słusznie zauważyłaś, nie wypadł ze statku. Ale nie dyskutujmy teraz o tej sprawie. Po prostu zajmij się nią. Musimy wiedzieć, kim jest i w jaki sposób znalazł się w wodach naszej wspaniałej rzeki.

- Jestem zajęta. Muszę napisać raport o dzisiejszych wypadkach.

- Raport może poczekać. Poza tym chwilowe zawieszenie tej sprawy wyjdzie ci na dobre. Może przemyślisz jeszcze raz dzisiejsze zajście...

- Nie muszę myśleć nad tym, co się dziś wydarzyło. Zrobiłam, co do mnie należało. A jeśli chodzi o to ciało w Jangcy, nie zajmuję się już wyjaśnianiem zagadek kryminalnych. - Nagle w głowie zaświtał jej pewien pomysł. Zrobiła lekko skruszoną minę, złożyła dłonie na kolanach i wyznała: - Nie mam już takiego doświadczenia jak kiedyś. Proszę przekazać tę sprawę Luo albo Cui.

Obaj śledczy szybko awansowali w ciągu ostatnich dwóch lat. W nagrodę wyjechali do Stanów na praktyki i w ramach wymiany spędzili dwa tygodnie w bazie szkoleniowej FBI w Quantico.

- Wyznaczam ciebie do tej sprawy. Nie masz wyboru.

Hulan nieco zdziwił jego ton i spojrzała na niego uważnie. Wyraźnie był zdenerwowany. Z całą pewnością podejrzewał, że ktoś ich może podsłuchiwać. Patrzyła mu w oczy tak długo, aż niemal niepostrzeżenie kiwnął głową. Ludzie słuchali. Ludzie z drugiej strony jeziora... Miała ponieść karę od razu bez możliwości złożenia pełnych zeznań co do dzisiejszego ranka, a Zai nie mógł czy też nie chciał jej pomóc.

- Kim jest denat? - zapytała, starając się zapanować nad głosem.

- To właśnie masz ustalić.

- Przecież musi być jakiś trop...

- W tej chwili potrzebna nam identyfikacja. - Wiceminister Zai skrzywił się z niezadowoleniem, po czym rzucił: - Możesz odejść.

*

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.