Kość z kości - Diana Gabaldon

Kup ebooka

85.00 zł
70.55 zł (59,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Jedni naprawdę umierają...

Wilmington, kolonia Karolina Północna,lipiec 1776

Głowa pirata zniknęła. William słyszał, jakgrupa gapiów, stojąca obok na nabrzeżu, deliberuje,czy się jeszcze wynurzy.

- Nooo, z nim już koniec - powiedziałobszarpany mieszaniec, kręcąc głową. - Jak go agatornie weźmie, weźmie woda.

- Nie - zaprotestował jakiś człowiekprzybyły z głębi lądu, żując tytoń i spluwającdo wody. - Ma jeszcze dzień, może dwa. Te ścięgna, cotrzymają głowę, wysychają na słońcu i robią siętwarde jak żelazo. Widziałem to nieraz u jeleni.

William zauważył, że pani MacKenziezerknęła przelotnie w stronę portu i odwróciławzrok. Pobladła, więc przesunął się lekko, byzasłonić jej widok na mężczyzn i brązowe fale - choćod kiedy zaczął się przypływ, ciała przywiązanego dopala oczywiście nie było już widać. Pal wciąż jednakwystawał nad wodę, przypominając, jaką cenępłaci się za zbrodnie. Pirata skazano na śmierć przezutopienie i kilka dni temu przywiązano na tereniezalewowym, a fakt, że jego rozpadające się szczątkiwciąż wisiały przy palu, stanowił stały tematrozmów.

- Jem! - krzyknął nagle ostro pan MacKenzie,wyminął Williama i rzucił się za synem. Rudy jakmatka chłopczyk oddalił się, by posłuchać rozmowymężczyzn, teraz zaś pochylał się niebezpiecznienad wodą, trzymając się pachołka cumowniczego i próbując wypatrzyć martwego pirata.

Pan MacKenzie złapał chłopca za kołnierz,odciągnął od brzegu i uniósł w ramionach, choć maływalczył i wyrywał się z powrotem ku bagnistemuportowi.

- Chcę zobaczyć, jak agator je pirata,tatusiu!

Gapie roześmieli się. Nawet MacKenzieuśmiechnął się mimowolnie, ale na widok wyrazu twarzyżony natychmiast spoważniał. W jednej chwili znalazłsię u jej boku i podtrzymał ją za łokieć.

- Chyba musimy już iść - powiedział,przekładając synka na drugie ramię, by łatwiejpodtrzymać żonę. Była wyraźnie zdenerwowana. -Porucznik Ransom... to znaczy lord Ellesmere -poprawił się z przepraszającym uśmiechem - z pewnością ma inne zajęcia.

Była to prawda. William był umówiony na kolacjęz ojcem. Ojciec jednak wyznaczył na miejsce spotkaniatawernę tuż po drugiej stronie nabrzeża, więc niegroziło im, że się rozminą. William nalegał zatem, byjeszcze zostali, ponieważ polubił ich towarzystwo- szczególnie towarzystwo pani MacKenzie. Onajednak uśmiechnęła się z żalem, chociaż koloryzaczęły jej już wracać na twarz, i pogłaskała okrytąkapturkiem główkę niemowlęcia, które trzymaław ramionach.

- Nie, naprawdę musimy już iść. - Spojrzałana syna, który wciąż usiłował wyrwać się ojcu, i William zauważył, że przemknęła wzrokiem po porcieze sterczącym nad wodą palem. Odwróciła się jednaki utkwiła oczy w twarzy Williama. - Maleńka zarazsię obudzi i będzie chciała jeść. Bardzo miło byłopana spotkać, żałuję, że nie możemy porozmawiaćdłużej.

Powiedziała to bardzo szczerze i dotknęła lekkojego ramienia. Poczuł miły dreszcz.

Gapie prowadzili teraz zakłady, czy pirat sięjeszcze pojawi, choć na pierwszy rzut żaden z nich nie miałani grosza.

- Dwa do jednego, będzie tam ciągle, kiedy zaczniesię odpływ.

- Pięć do jednego, że ciało będzie, ale bezgłowy. Nieważne, co ty tam mówisz o tych ścięgnach,Lem, gdy przyszedł przypływ, jego głowa wisiała już nanitce. Następny na pewno ją zabierze.

Mając nadzieję zagłuszyć tę wymianę zdań,William rozpoczął skomplikowane pożegnanie,posuwając się nawet do ucałowania dłoni paniMacKenzie zgodnie z najlepszymi dworskimi manierami,a także pocałował rączkę niemowlęcia, na cowszyscy się roześmieli. Pan MacKenzie rzucił mu dośćdziwne spojrzenie, ale nie był chyba urażony. Uścisnąłmu dłoń na modłę republikańską i przeciągnąłżart, stawiając na ziemi syna i skłaniając go, byrównież uścisnął dłoń Williamowi.

- Zabił pan kogoś? - zapytał chłopiec z zainteresowaniem na widok mundurowej szpadyWilliama.

- Jeszcze nie - odrzekł William, uśmiechającsię.

- Mój dziadek zabił mnóstwo ludzi.

- Jemmy! - upomnieli go oboje rodzicerównocześnie.

Chłopczyk energicznie wzruszył ramionami.

- Ale to prawda.

- Z pewnością twój dziadek to dzielny mężczyznai krew mu niestraszna - zapewnił go poważnieWilliam. - Król zawsze potrzebuje takich ludzi.

- Mój dziadek mówi, że król może go pocałowaćw dupę - stwierdził chłopiec rzeczowo.

- Jemmy!

Pan MacKenzie zakrył dłonią usta gadatliwegopotomka.

- Dobrze wiesz, że dziadek niczego takiego niepowiedział - oburzyła się pani MacKenzie. Chłopczykpokiwał głową potwierdzająco, a ojciec cofnąłdłoń.

- Nie, ale babcia powiedziała.

- No, to już bardziej prawdopodobne - mruknąłpan MacKenzie, starając się nie roześmiać - ale i taknie mówimy takich rzeczy żołnierzom. Oni pracujądla króla.

- Aha. - Jemmy najwyraźniej tracił jużzainteresowanie. - Czy teraz zaczyna sięodpływ? - zapytał z nadzieją w głosie, jeszcze razwykręcając głowę ku portowi.

- Nie - zaprzeczył zdecydowanie panMacKenzie. - Dopiero za wiele godzin. Będziesz jużw łóżku.

Pani MacKenzie uśmiechnęła sięprzepraszająco do Williama, rumieniąc się uroczozawstydzona. Rodzina oddaliła się z pewnympośpiechem, William zaś został, na pół rozbawiony,na pół zażenowany.

- Hej, Ransom!

Odwrócił się na dźwięk swego nazwiska i zobaczył Harry'ego Dobsona i Colina Osborna, dwóchpodporuczników z jego pułku, którzy najwyraźniejumknęli od obowiązków w chęci zakosztowaniarozkoszy Wilmington - jakiekolwiek by one były.

- Z kim rozmawiałeś? - Dobson z zainteresowaniem patrzył za oddalającą sięgrupą.

- Z panem i panią MacKenzie. Przyjaciółmimego ojca.

- Ach, mężatka. - Dobson wciągnął policzki,nie spuszczając wzroku z Brianny. - Cóż, będzie niecotrudniej, jak sądzę, ale czymże byłoby życie bezwyzwań?

- Wyzwań? - William spojrzał kpiąco na swegodrobnego towarzysza. - Zwracam ci uwagę, że jej mążjest mniej więcej trzy razy taki jak ty.

Osborn roześmiał się, czerwieniejąc natwarzy.

- A ona jest dwa razy taka jak on. Rozgniotłabycię, Dobby.

- Dlaczego uważasz, że chcę być na dole? -spytał z godnością Dobson. Osborn zaniósł sięśmiechem.

- Ty masz jakąś obsesję na punkcie olbrzymek- zauważył William. Popatrzył za rodzinną grupą,która już znikała z pola widzenia na końcu ulicy. -Ta kobieta jest niemal tak wysoka jak ja.

- No tak, wcieraj sól w tę ranę, wcieraj.

Osborn, który był wyższy niż mierzący metrpięćdziesiąt Dobson, ale jednak dobrą głowę niższyod Williama, żartobliwie próbował kopnąć go w kolano. William uchylił się i szturchnął Osborna,który pochylił się i popchnął go na Dobsona.

- Panowie! - Groźny głos sierżanta Cutteraz cockneyowskim akcentem sprawił, że natychmiast sięwyprostowali. Mieli wyższe szarże niż sierżant,ale żaden z nich nie odważyłby się czegoś na ten tematpowiedzieć. Cały pułk bał się sierżanta Cuttera -starszego niż sam pułk, wzrostu mniej więcej Dobsona,ale w drobniutkim ciele skrywającego wściekłośćpotężnego wulkanu tuż przed wybuchem.

- Sierżancie. - Najstarszy z tej grupyporucznik William Ransom, earl Ellesmere, wyprostowałsię, wciskając podbródek w plastron. Osborn i Dobsonpospiesznie poszli w jego ślady, trzaskającobcasami.

Cutter przespacerował się przed nimi tam i z powrotem jak czający się gepard. William pomyślał,że niemal da się wyczuć zamiatający na boki ogon i łakome oblizywanie zębów. Czekanie na atak byłogorsze niż ugryzienie w tyłek.

- A gdzie wasi żołnierze? - warknął Cutter. -Panowie?

Osborn i Dobson zaczęli się pospiesznieusprawiedliwiać, natomiast porucznik Ransom tym razembył czysty jak łza.

- Moi ludzie strzegą pałacu gubernatorapod dowództwem porucznika Colsona. Otrzymałemprzepustkę, sierżancie, by zjeść kolację z ojcem- powiedział z szacunkiem. - Udzielił mi jej sirPeter.

Z sir Peterem Packerem trzeba było się liczyć,więc Cutter zaniechał ataku, ale ku zaskoczeniuWilliama to nie nazwisko sir Petera wywołało tęreakcję.

- Pański ojciec? - Sierżant zmrużył oczy. -Czyli lord John Grey, prawda?

- Hmm, tak - odpowiedział ostrożnie William. -Czy pan go zna?

Zanim Cutter zdołał odpowiedzieć, otwarły siędrzwi pobliskiej tawerny i pojawił się w nich ojciecWilliama. William uśmiechnął się z radością, żeojciec tak dobrze wyczuł moment, natychmiast jednakspoważniał, bo sierżant wlepił w niego stalowespojrzenie.

- Niech pan się do mnie nie szczerzy jak włochatamałpa - zaczął sierżant niebezpiecznym tonem, ale lordJohn przerwał mu, klepiąc poufale po ramieniu. Żadenz trzech młodych poruczników nie odważyłby się na toza żadne pieniądze.

- Cutter - powiedział lord John, uśmiechającsię ciepło. - Tak też myślałem, słysząc tesłodkie tony. Powiedziałem sobie: niech mnie diabli,jeśli to nie sierżant Aloysius Cutter. Nie ma na świeciedrugiego takiego człowieka: brzmi jak buldog, którypołknął kota i przeżył to doświadczenie, żeby o nim opowiedzieć.

- Aloysius - bezgłośnie powiedział Dobson doWilliama, ten jednak tylko chrząknął w odpowiedzi,nie mogąc nawet wzruszyć ramionami, ponieważ ojciecskupił teraz uwagę na nim.

- Williamie - powiedział,witając go skinieniem głowy - ależjesteś punktualny. Przepraszam, że sięspóźniłem. Zatrzymano mnie. - Zanim William zdążyłcokolwiek powiedzieć lub przedstawić pozostałych,lord John zagłębił się we wspominki z sierżantemCutterem o dawnych wspaniałych czasach na równinieAbrahama z generałem Wolfe'em.

Dzięki temu trzej młodzi oficerowie odprężylisię, a dla Dobsona oznaczało to powrót do poprzedniegowątku.

- Powiedziałeś, że ta ruda laleczkato przyjaciółka twojego ojca? - szepnął doWilliama. - Dowiedz się od niego, gdzie się zatrzymała,co?

- Idiota - syknął Osborn. - Nie jest nawet ładna,ma taki długi nos jak... jak Willie.

- Mój wzrok nie sięgnął jej twarzy - parsknąłDobson - ale wprost na poziomie oczu miałem jej cycki,a te...

- Dupek!

- Ciii - Osborn przydeptał Dobsonowi stopę, byzamilkł, bo lord John zwrócił się ku młodym ludziom.

- Czy przedstawisz mi swoich przyjaciół,Williamie? - spytał uprzejmie. William uczynił to,spłoniony, bo jak dobrze wiedział, mimo służby w artylerii jego ojciec miał znakomity słuch. Osborn i Dobson ukłonili się, najwyraźniej pełni nabożnegopodziwu. Nie zdawali sobie sprawy, kim jest ojciecWilliama; ten zaś był równocześnie dumny, że zrobiłoto na nich wrażenie, i nieco zdenerwowany, że odkrylitożsamość lorda Johna. Przed jutrzejszą kolacjąrozejdzie się to już po całym pułku. Oczywiście sirPeter wiedział już wcześniej, ale... Przywołał siędo porządku, zdając sobie sprawę, że ojciec żegnasię z młodymi porucznikami; odwzajemnił salutsierżanta Cuttera pospiesznie, ale jak należy, poczym ruszył za ojcem, zostawiając Dobby'ego i Osbornaswojemu losowi.

- Widziałem, że rozmawiałeś z państwemMacKenzie - odezwał się od niechcenia lord John. - Mamnadzieję, że u nich wszystko w porządku. - Rzuciłspojrzenie wzdłuż nabrzeża, ale Brianna i Roger jużdawno zniknęli z pola widzenia.

- Tak mi się wydaje - powiedział Willie. Niezamierzał pytać, gdzie się zatrzymali, ale wciążbył pod wrażeniem tej młodej kobiety. Nie potrafiłpowiedzieć, czy jest ładna, czy nie, zapamiętał jednakjej oczy, cudownie głębokie i niebieskie, z długimi,rudymi rzęsami, utkwione w nim z pochlebiającąmu intensywnością, która rozgrzewałaserce. Groteskowo wysoka oczywiście, ale... O czymon myśli? Ta kobieta była mężatką, miała dzieci,a jeszcze do tego była ruda.

- Czy... hmm, papa zna ich od dawna? - spytał z myślą o zdumiewająco przewrotnych poglądachpolitycznych najwyraźniej cechujących tęrodzinę.

- Tak, dość długo. Jest córką jednego z moich najdawniejszych przyjaciół, pana JamesaFrasera. Pamiętasz go może?

William zmarszczył brwi, nie mogąc przypomnieć sobienazwiska. Jego ojciec miał tysiące przyjaciół,jak mógłby...

- Och! - wykrzyknął nagle. - To nie angielskiprzyjaciel. Czy to nie pana Frasera odwiedziliśmy w górach, wtedy gdy papa zachorował na odrę?

Zrobiło mu się trochę niedobrze, gdy przypomniałsobie ten straszny czas. Podróżował przez górygłęboko nieszczęśliwy, jego matka zmarłazaledwie miesiąc wcześniej. Lord John zachorowałna odrę i William był pewien, że także i on umrze,zostawiając go samego gdzieś w dziczy. Jego głowę bezreszty wypełniały strach i żałoba, zapamiętałwięc z tych odwiedzin tylko niejasne obrazy. Miałwrażenie, że pan Fraser zabrał go na ryby i że był dlaniego miły.

- Tak - potwierdził ojciec, uśmiechając sięlekko. - Jestem wzruszony, Willie. Myślałbym raczej,że będziesz pamiętać tę wizytę bardziej ze względuna swoje własne nieszczęsne przygody.

- Nieszczęsne? - Nagle przypomniał sobie,a za przypomnieniem przyszła fala gorąca; oblałsię warem, wyczuwalnym nawet w wilgotnym letnimpowietrzu. - Wielkie dzięki. Udało mi się wyrzucićto z pamięci, póki papa o tym nie wspomniał.

Jego ojciec śmiał się, nie próbując nawet tegoukryć. Wprost skręcał się ze śmiechu.

- Przepraszam, Willie. - Lord John łapałpowietrze i wycierał oczy rogiem chusteczki. - Nic nato nie poradzę. To było najbardziej... najbardziej... Och,Boże, nigdy nie zapomnę, jak wyglądałeś, gdywyciągnęliśmy cię z tej latryny.

- Papa wie, że to był wypadek - stwierdziłsztywno William. Na wspomnienie upokorzenia paliłygo policzki. Dobrze, że córki Frasera wówczas tam niebyło, nie była więc świadkiem jego upokorzenia.

- Tak, oczywiście, ale... - Lord John przycisnąłdo ust chustkę, a ramiona wciąż mu drżały.

- Proszę, niech papa sobie nie żałuje -powiedział chłodno William. - A gdzie my właściwie,do diabła, idziemy?

Dotarli już do końca nabrzeża, ale lord John, wciążparskając jak delfin, parł dalej. Skręcili w jedną zespokojnych, obrzeżonych drzewami uliczek, odległychod tawern i karczm otaczających port.

- Wieczerzamy z niejakim kapitanemRichardsonem - wyjaśnił ojciec, opanowując się z wyraźnym trudem. Odkaszlnął, wydmuchał nos i wsunąłchustkę na powrót do kieszeni. - W domu niejakiegopana Bella.

Dom pana Bella był pomalowany na biało,wyglądał czysto i dostatnio, ale bez ostentacji. Tosamo można było powiedzieć o kapitanie Richardsonie. Był w średnim wieku, z dobrze obciętymi włosami i w dobrzeuszytym ubraniu, ale pozbawionym wyraźnego stylu. Twarz miałtaką, że po dwóch minutach trudno byłoby go rozpoznaćw tłumie.

Znacznie silniejsze wrażenie wywierały dwiepanny Bell, szczególnie młodsza, Miriam, o złotoblondkosmykach wysuwających się spod czepka. Przezcałą kolację nie spuszczała z Williama dużychokrągłych oczu. Siedziała zbyt daleko, by mógł z niąrozmawiać, uznał jednak, że wystarczy mową oczu daćjej znać, że zainteresowanie jest odwzajemnione,a jeśli później pojawi się szansa na bardziejosobisty kontakt... Uśmiech i skromne opuszczenierzęs koloru miodu, a następnie szybkie zerknięcieku otwartym drzwiom prowadzącym na boczny ganekwystarczyło. Odpowiedział uśmiechem.

- Jak sądzisz, Williamie? - odezwał się jegoojciec, na tyle głośno, by William zrozumiał, iżpytanie zostało zadane po raz drugi.

- Och, słucham? Hmm, co myślę? - spytał, boostatecznie był to ojciec, a nie dowódca. Ojciec rzuciłmu wymowne spojrzenie - choć nie tak wymowne, jakie byrzucił, gdyby nie byli w towarzystwie - ale cierpliwiepowtórzył.

- Pan Bell pytał, czy sir Peter zamierza długozostać w Wilmington.

Pan Bell, siedzący u szczytu stołu, pochyliłuprzejmie głowę, ale William zauważył, że ostro spojrzałna Miriam. Może lepiej pojawić się tu jutro, gdy pan Bellopuści dom, by pójść do pracy.

- Och, wydaje mi się, że nie zostaniemy tudługo, sir - odrzekł z szacunkiem, zwracając się dopana Bella. - O ile rozumiem, główny problem powstałw głębi kraju, więc zapewne bez zwłoki udamy się tam,by zaprowadzić spokój.

Gospodarz wyglądał na zadowolonego,choć William dostrzegł kącikiem oka, że Miriamwdzięcznie wydęła wargi, słysząc o jego rychłymwyjeździe.

- To dobrze, dobrze - powiedział jowialniepan Bell. - Niewątpliwie dołączą do was setkilojalistów.

- Niewątpliwie, sir - mruknął William,nabierając łyżkę zupy.

Nie sądził, by pan Bell znalazł się wśródochotników. Nie wyglądał na takiego, co by lubiłdługie marsze; zresztą pomoc wielu niewyszkolonych,uzbrojonych w łopaty prowincjuszy i tak niebyłaby szczególnie przydatna; nie mógł jednak tegopowiedzieć.

Usiłując zobaczyć Miriam, nie patrząc na niąwprost, William dostrzegł wymianę spojrzeń między ojcema kapitanem Richardsonem i po raz pierwszy zaczął sięzastanawiać nad zgromadzonym towarzystwem. Ojciecwyraźnie powiedział, że wieczerzają z kapitanemRichardsonem, co oznaczało, że celem tego wieczorubyło spotkanie z kapitanem. Dlaczego?

W tej chwili pochwycił spojrzenie pannyLillian Bell, która siedziała naprzeciwko niego,obok lorda Johna, i przestał myśleć o kapitanieRichardsonie. Zauważył, że ma ciemne oczy, jest wyższai szczuplejsza niż siostra, ale całkiem ładna.

Niemniej jednak, gdy pani Bell i jej córki wstały,a panowie po kolacji wyszli na ganek, William bezzdziwienia stwierdził, że stoi na jednym jego końcu z kapitanem Richardsonem, podczas gdy na drugim końcuojciec wciąga pana Bella w ożywioną dyskusję o cenach smoły. Ojciec potrafił rozmawiać o wszystkimze wszystkimi.

- Chciałem panu złożyć pewną propozycję,poruczniku - powiedział Richardson po wymianiezwykłych grzeczności.

- Słucham, sir - odrzekł William z szacunkiem.

Obudziła się w nim ciekawość. Richardson byłkapitanem dragonów, ale obecnie nie przebywał w swoimregimencie. Wyjaśnił to przy kolacji, wspominając,że otrzymał zadanie specjalne. Jakiego rodzaju?

- Nie wiem, co ojciec panu powiedział o mojejmisji?

- Nic nie powiedział, sir.

- Ach tak. Zlecono mi gromadzenie informacji w Departamencie Południa. To nie znaczy, że dowodzętakimi operacjami, proszę mnie dobrze zrozumieć. -Kapitan uśmiechnął się skromnie. - Jedynieniewielką ich częścią.

- Jaaa... doceniam ogromną wartośćtakich operacji, sir - William starał sięmówić dyplomatycznie - ale ja... jeśli o mniechodzi... chciałem powiedzieć...

- Nie jest pan zainteresowany szpiegostwem. Nie,oczywiście. - Na ganku było ciemno, ale Williamsłyszał suchy ton kapitana. - Rzadko ktoś z tych, którzy uważają się za żołnierzy, jest tymzainteresowany.

- Nie chciałem pana dotknąć, sir.

- I nie dotknął pan. Nie próbuję jednakzaangażować pana jako szpiega - to delikatnezajęcie i związane z pewnym niebezpieczeństwem- lecz jedynie jako posłańca, choć gdyby się panuudało zebrać po drodze jakieś informacje... cóż,to byłaby dodatkowa, wysoce ceniona korzyść.

William czuł, że krew napływa mu do twarzy nawyrażoną w ten sposób myśl, że nie nadaje się dozadań delikatnych lub niebezpiecznych, ale zachowałspokój. Kapitan, jak się wydawało, zebrał istotneinformacje o sytuacji w obu Karolinach i teraz chciałje przesłać dowódcy Departamentu Północy,generałowi Howe'owi, przebywającemu obecniew Halifaksie.

- Oczywiście wyślę nie jednego posłańca -powiedział Richardson. - Rozumie się, że szybciejbyłoby statkiem, ale chcę, żeby przynajmniej jedenposłaniec podróżował lądem. I dla bezpieczeństwa,i by mógł en route dokonywaćobserwacji. Pański ojciec bardzo pochlebnie wyrażasię o pańskich zdolnościach, poruczniku... - czyżbyusłyszał pewne rozbawienie w tym suchym głosie? -...i jak rozumiem, podróżował pan już po KaroliniePółnocnej i Wirginii. To cenne. Rozumie pan, że niechciałbym, by mój posłaniec zniknął bez wieści nabagnach Great Dismal.

- Ha, ha. - William uprzejmie uznał to za żart.

Najwyraźniej kapitan Richardson nigdy nieznalazł się nawet w pobliżu Great Dismal - Williamnatomiast tak, choć jego zdaniem nikt przy zdrowych zmysłachnie wybrałby się tam. Chyba że na polowanie.

Miał również poważne wątpliwości co dopropozycji Richardsona - choć już w chwili,gdy mówił sobie, że nie powinien nawet rozważaćpozostawienia swoich ludzi, swego regimentu,widział się w romantycznej misji - sam, gdzieś w dziczy, przenoszący ważne wiadomości wśród burzi niebezpieczeństw.

Ważniejsze było jednak to, czego ma się spodziewaću kresu podróży.

Richardson uprzedził jego pytanie.

- Gdy już znajdzie się pan na północy, jeśli panzechce, dołączy pan do sztabu generała Howe'a.

Aha, więc to tak - pomyślał. Tu jest ta przynęta -trzeba przyznać, że apetyczna. Był świadom, że zdaniemRichardsona to raczej generał Howe, a nie William,będzie podejmować decyzje w tej sprawie, miał jednaktrochę wiary we własne zdolności i uważał, że istotniemoże się okazać przydatny.

Przebywał w Karolinie Północnej zaledwieod kilku dni, wystarczyło mu to jednak, by dośćrealistycznie ocenić szanse na awans w DepartamenciePółnocy i Departamencie Południa. Cała ArmiaKontynentalna przebywała z Waszyngtonem napółnocy; rebelia na południu polegała główniena męczących utarczkach z niewyćwiczoną milicją i przybyszami z głębi lądu, niestanowiącymi jednakżadnego zagrożenia. Jeśli zaś chodzi o status sirPetera i generała Howe'a jako dowódców...

- Chciałbym przemyśleć pańską propozycję,jeśli mogę, kapitanie - powiedział,mając nadzieję, że w jego głosie nie słychaćniecierpliwości. - Czy mogę udzielić odpowiedzijutro?

- Oczywiście. Rozumiem, że zechce panprzedyskutować tę sprawę z ojcem. Może pan tozrobić.

Kapitan rozmyślnie zmienił temat, a po kilkuminutach lord John i pan Bell przyłączyli się do nich i rozmowa nabrała ogólnego charakteru.

William nie zwracał uwagi na to, co kto mówi, bo jegouwagę przyciągnęły dwie szczupłe białe postacie,krążące jak duchy wśród krzewów po drugiej stronietrawnika. Dwie głowy w białych czepeczkach pochylałysię ku sobie, to znów odsuwały. To jedna, to drugazwracała się przelotnie ku gankowi, jakby sięzastanawiała.

- "Podzielili między się szaty..."[1] -mruknął ojciec Williama, kręcąc głową.

- Słucham?

- Nieważne. - Lord John z uśmiechem zwróciłsię do kapitana Richardsona, który właśnie rzuciłjakąś uwagę o pogodzie. Dziedziniec rozświetlałyrobaczki świętojańskie, migoczące jak zieloneiskierki wśród wilgotnych, gęstych liści. Dobrze byłoznów widzieć robaczki świętojańskie; brakowałomu ich w Anglii, brakowało mu również tej szczególnejmiękkości, łagodności południowego powietrza,która sprawiała, iż bielizna przywierała dociała, a krew tętniła w czubkach palców. Wokół grałyświerszcze i przez chwilę wydawało mu się, że ich pieśńzagłusza wszystko prócz jego tętna.

- Kawa gotowa, panowie - miękki głosniewolnicy Bellów przebił się przez ferment jegokrwi, wszedł więc z pozostałymi do środka, rzucającjedynie przelotne spojrzenie ku trawnikowi. Białepostacie zniknęły, ale w łagodnym, ciepłym powietrzuwyczuwało się obietnicę.

Godzinę później wracał na kwaterę z przyjemnymzamętem w głowie. Ojciec kroczył w milczeniu u jego boku. Pod koniec wieczoru, wśród robaczkówświętojańskich, panna Lillian Bell pocałowała goprzelotnie i niewinnie, ale w usta. Teraz ciężkie, letniepowietrze wydawało się mieć smak kawy i dojrzałychtruskawek, mimo że nawet tu dochodził zgniły odórz portu.

- Kapitan Richardson powiedział mi, jakąci złożył propozycję - odezwał się w końcu lordJohn. - Czy jesteś zainteresowany?

- Jeszcze nie wiem - odrzekł William. -Oczywiście brakowałoby mi moich ludzi, ale... -Pani Bell zaprosiła go na herbatę za kilka dni.

- W wojskowym życiu nic nie jest stałe -stwierdził ojciec, kręcąc lekko głową. - Ostrzegałemcię.

William mruknął coś potwierdzająco, w gruncierzeczy nie słuchając.

- To dobra szansa na awans - ciągnął ojciec. -Choć oczywiście wiąże się z pewnym ryzykiem -dorzucił jakby mimochodem.

- Jakim? - parsknął William. - Konnaprzejażdżka z Wilmington, by wsiąść na statek w Nowym Jorku? Przecież niemal cała droga biegniegościńcem!

- Na którym jest całkiem sporo żołnierzy ArmiiKontynentalnej - zauważył lord John. - Jeśli to,co słyszałem, jest prawdą, po tej stronie Filadelfiistacjonuje cała armia generała Waszyngtona.

William wzruszył ramionami.

- Richardson powiedział, że chce mnie, boznam kraj. Jestem w stanie znaleźć drogę nawet nabezdrożu.

- Czy jesteś pewien? Nie było cię w Wirginiiprawie cztery lata.

Wątpliwość w głosie lorda Johna poruszyłaWilliama.

- Papa uważa, że nie potrafię znaleźćdrogi?

- Nieee, absolutnie nie - odrzekł lordJohn, wciąż z tą nutą wątpliwości w głosie -ale propozycja Richardsona wiąże się z całkiemsporym ryzykiem. Nie chciałbym, byś ją przyjął, nieprzemyślawszy jej dogłębnie.

- Już przemyślałem - rzucił dotknięty dożywego William. - Przyjmę ją.

Lord John szedł przez chwilę w milczeniu, w końcuniechętnie pokiwał głową.

- To twoja decyzja, Willie - powiedziałcicho. - Byłbym jednak zobowiązany, gdybyś nasiebie uważał.

Zniecierpliwienie Williama natychmiastzniknęło.

- Oczywiście, że będę - mruknął.

Szli dalej pod ciemnymi gałęziami klonów i hikor, nie rozmawiając, tak blisko, że od czasu do czasustykali się ramionami.

W zajeździe William powiedział lordowi Johnowidobranoc, ale nie od razu wrócił na kwaterę. Wędrowałwzdłuż nabrzeża niespokojny, niegotów jeszcze dosnu.

Zwrócił uwagę, że jakiś czas temu zaczął sięodpływ. Dobiegał go silniejszy odór martwych ryb i gnijących wodorostów, ale na terenach zalewowychgładka powierzchnia wody wciąż lśniła w świetleksiężyca.

Dopiero po chwili zdołał wypatrzyć pal. Najpierwmiał wrażenie, że już go nie ma, ale był - rysował sięcienką ciemną linią na tle lśniącej wody. Pusty. Niestał już pionowo, tylko pochylał się mocno, jakbymiał się zaraz przewrócić. Nad cofającą się wodązwisała z niego pętla sznura jak z szubienicy. Williampoczuł pewien niepokój; sam odpływ nie wystarczyłprzecież, by zabrać ciało. Słyszał, jak mówiono,że są tu krokodyle czy aligatory, choć sam ich niewidział. Odruchowo spojrzał w dół, jakby jedenz tych gadów mógł nagle wyskoczyć z wody u jegostóp. Powietrze było wciąż ciepłe, ale przebiegł godreszcz.

Otrząsnął się i zawrócił ku kwaterze. Wyjedziedopiero za jakiś dzień czy dwa. Był ciekaw, czy przedwyjazdem uda mu się jeszcze zobaczyć błękitnookąpanią MacKenzie.

***

Lord John zatrzymał się na chwilę na ganku zajazdu,patrząc za synem, który znikał w cieniu drzew. Czułpewien niepokój; sprawa została załatwiona w większym pośpiechu, niżby sobie tego życzył, aleufał zdolnościom Williama, i choć ten układ oczywiścieniósł z sobą pewne ryzyko, taka była natura życiażołnierza. Bywały jednak sytuacje bardziej i mniejryzykowne.

Zawahał się, słysząc gwar rozmów z baru, ale uznał, że tego wieczoru ma już dośćtowarzystwa. Równocześnie jednak myślo przewracaniu się na łóżku pod niskim sufitempokoju, w dusznym, pozostałym po gorącym dniupowietrzu, sprawiła, że postanowił udać się naspacer, aż zmęczenie przyniesie mu sen.

Schodząc z ganku i wyruszając w kierunkuprzeciwnym niż ten, w którym oddalił się Willie, zdawałsobie sprawę, że nie chodzi tylko o upał. Znał siebiena tyle dobrze, by wiedzieć, że nawet pozorny sukcesjego planu nie zapewni mu łatwego snu. I tak leżałbybezsennie, obracając ten plan na wszystkie stronyjak pies gnat, wyszukując słabości i możliwościpoprawek. Ostatecznie William nie wyjedzie natychmiast,zostało jeszcze trochę czasu, by się zastanowić i w razie konieczności - wprowadzić zmiany.

Na przykład generał Howe. Czy to najlepszywybór? Może Clinton... Jednak nie, Henry Clinton tomęcząca stara baba. Nie ruszał się nawet na krok, jeślinie otrzymał rozkazów w trzech egzemplarzach.

Bracia Howe - jeden był generałem, drugiadmirałem - znani byli z brutalności. Obaj mielimaniery, wygląd i zapach dzików w rui. Żaden z nichnie był jednak głupi - i Bóg jeden wie, że obca imbyła bojaźń. Grey uważał, że Willie jakoś ścierpigrubiański sposób bycia i ostry język. Młody oficerłatwiej chyba zniesie, że dowódca pluje na podłogę- Richard Howe raz nawet splunął wprost na Greya, choćprzypadkiem, bo wiatr nagle się zmienił - niż różneinne dziwactwa znanych Greyowi wojskowych.

Nawet najdziwniejsi członkowie bractwa szpadybyli jednak lepsi niż dyplomaci. Zastanawiał sięprzez chwilę, jakim myśliwskim mianem można określićzbiorowość dyplomatów - skoro gromadę wilkównazywa się watahą, pisarze to bractwo pióra, więcmoże... sfora dyplomatów? Bractwo sztyletu? Nie,stwierdził, to zbyt proste; należałoby raczejmówić o opiatach dyplomacji, o bractwie nudziarzy- choć ci, którzy nie byli nudni, bywali z koleiniebezpieczni.

Sir George Germain należał do rzadszegogatunku: nudnych, a zarazem niebezpiecznych.

Przez jakiś czas sir John spacerował po ulicachmiasta, mając nadzieję, że się zmęczy, zanim wrócido dusznego pokoju. Nadciągnęły niskie i ciężkiechmury, a gdzieś między nimi czasem zamigotałabłyskawica. Powietrze było wilgotne jakgąbka. Powinien być już w Albany, też wilgotnymi zarobaczonym, ale jednak chłodniejszym. Poza tymstamtąd blisko było do ciemnych lasów na stokach górAdirondack.

Nie żałował jednak pospiesznej podróży doWilmington. Ważne, że Willie dostał nową szansę,a siostra Williego, Brianna... - na tę myśl zatrzymałsię, zamknął oczy, raz jeszcze przeżywał tę chwilę,której doświadczył po południu, gdy ze ściśniętymsercem patrzył na tych dwoje podczas ich spotkania,które miało pozostać jedyne, na zawsze. Niemalnie był w stanie odetchnąć; nie odrywał oczu od dwóchwysokich postaci, ich przystojnych, odważnych twarzy,tak podobnych do siebie, a zarazem do mężczyzny, którystał obok niego - nieruchomy, ale w przeciwieństwie doGreya łapiący powietrze, jakby w obawie, że to ostatnijego oddech.

Grey potarł serdeczny palec lewej ręki. Nieprzyzwyczaił się jeszcze, że nie ma na nimpierścienia. On i Jamie Fraser zrobili, co mogli, bychronić tych, których kochali. Mimo ogarniającej gomelancholii uspokajała go myśl, że obaj dzielą tęodpowiedzialność.

Czy spotka jeszcze kiedyś Briannę FraserMacKenzie? - zastanawiał się. Powiedziała, że nie- i wydawała się tak samo tym zasmucona jak on.

Niech cię Bóg błogosławi, dziecko -mruknął, potrząsając głową i zawracając kuportowi. Będzie mu jej brakowało, ale - tak samo jakw odniesieniu do Williego - czuł ulgę, że wkrótce niebędzie jej w Wilmington i nic jej nie będzie zagrażać. Towzięło górę nad poczuciem straty.

Wychodząc na nabrzeże, odruchowo rzuciłspojrzenie na morze i odetchnął z ulgą, widząc pustypal, pochylony w odpływie. Nie rozumiał, dlaczegozrobiła to, co zrobiła, ale znał jej ojca - a takżejej brata - zbyt długo, by nie rozpoznać niezłomnejwoli, którą dostrzegł w tych kocich niebieskichoczach. Załatwił jej więc łódkę, o którą prosiła, i ze ściśniętym sercem stał na nabrzeżu, gotów w raziepotrzeby wywołać zamieszanie, by odwrócić od niejuwagę, gdy jej mąż wiosłował w kierunku uwięzionegopirata. Widział wielu umierających mężczyzn;zazwyczaj nie chcieli umierać, czasami dostrzegału nich rezygnację, ale nigdy nie widział nikogo, ktoby umierał z taką wdzięcznością w oczach. Grey tylkoprzelotnie znał Rogera MacKenzie, przypuszczałjednak, że to niezwykły człowiek, skoro nie tylko żyjew małżeństwie z tą bajeczną, niebezpieczną istotą,ale także ma z nią dzieci.

Pokręcił głową i zawrócił kukarczmie. Spokojnie mógł poczekać jeszcze ze dwatygodnie, nim odpisze na list od Germaina - którywyciągnął zręcznie z poczty dyplomatycznej,gdy zobaczył na nim nazwisko Williama - a wówczasbędzie mógł napisać zgodnie z prawdą, że niestetygdy list dotarł, lord Ellesmere znajdował się gdzieś nadzikich terenach między Karoliną Północną a NowymJorkiem, a zatem nie sposób go było poinformować, żezostał odwołany do Anglii, choć on, Grey, jest pewien, żegdy Ellesmere dowie się o tym za kilka miesięcy, będziegłęboko żałować utraty szansy na dołączenie dosztabu sir George'a. Wielka szkoda.

Gwiżdżąc Lillibulero,podniesiony na duchu, ruszył do karczmy.

Zajrzał do baru i poprosił, by przysłano mu dopokoju butelkę wina. Barmanka poinformowałago jednak, że "ten dżentelmen" już wziął na górębutelkę.

- I dwa kieliszki - dodała, uśmiechając się- więc chyba nie zamierza sam tego wypić.

Grey doznał wrażenia, że stonoga wędruje mu pokręgosłupie.

- Przepraszam bardzo, czy powiedziała pani,że w moim pokoju jest jakiś dżentelmen?

- Tak - potwierdziła - powiedział,że jest pana starym przyjacielem. Zaraz, podał minazwisko... - ściągnęła brwi i zaraz rozjaśniłasię - Bow-shaw, albo coś w tym rodzaju. Brzmiało trochęz francuska - dodała. - Zresztą on też wygląda naFrancuza. Życzy pan sobie coś do jedzenia, sir?

- Nie, dziękuję. - Machnął ręką i ruszyłpo schodach, myśląc gorączkowo, czy nie zostawił w pokoju czegoś, czego nie powinien był zostawiać.

Francuz nazwiskiem Bow-shaw. Beauchamp. Nazwiskozalśniło mu w pamięci jak błyskawica. Na chwilęprzystanął na środku schodów, ale zaraz ruszył dalej,nieco wolniej.

To niemożliwe, ale któż jeszcze mógłby to być? Gdyprzed wieloma laty zrezygnował z aktywnej służby,zaczął życie dyplomatyczne w angielskiej CzarnejIzbie, tej niejawnej organizacji osób mającychza zadanie przechwytywanie i odczytywanieoficjalnej poczty dyplomatycznej oraz znaczniemniej oficjalnych informacji, krążących międzyrządami europejskimi. Każdy z tych rządów miałwłasną Czarną Izbę i członkowie jednej zazwyczajbyli świadomi istnienia pozostałych. Nigdy sięnie spotykali, ale znali swoje podpisy, inicjały,niepodpisane notatki na marginesie.

Beauchamp był jednym z najbardziej aktywnychagentów francuskich. Aczkolwiek Grey dawno jużzakończył swoją działalność w Czarnej Izbie, w minionych latach kilkakrotnie natknął się na śladBeauchampa. Skoro on go znał po nazwisku, zapewnetamten znał także jego, ale ich niewidoczny związeknależał już do odległej przeszłości. Nigdynie spotkali się osobiście, ale żeby do takiegospotkania miało dość tutaj... Dotknął wewnętrznej,wszytej w płaszcz kieszeni i uspokoił się, słyszącszelest papieru.

Na szczycie schodów zawahał się chwilę, alenie było sensu się ukrywać. Najwyraźniej byłoczekiwany. Zdecydowanym krokiem przeciąłwięc hol i ujął gałkę z gładkiej i chłodnej białejporcelany. Pchnął drzwi.

Natychmiast ogarnęła go falagorąca. Odruchowo wciągnął powietrze - i dobrze,bo dzięki temu nie wypowiedział przekleństwa, którecisnęło mu się na usta.

Dżentelmen, siedzący na jedynym w pokojukrześle, rzeczywiście wyglądał z francuska. Dobrzeskrojone ubranie przy szyi i mankietach ozdabiałykaskady białej koronki, a srebrne sprzączki na butachlśniły tak jak włosy na jego skroniach.

- Pan Beauchamp - wycedził Grey, powolizamykając za sobą drzwi. Wilgotna bielizna kleiłamu się do ciała, tętno waliło mu w skroniach. - Obawiamsię, że ma pan nade mną przewagę.

Perseverance Wainwright uśmiechnął sięnieznacznie.

- Cieszę się, że cię widzę, John -powiedział.

***

Grey ugryzł się w język, by nie wymknęło mu sięnic niepożądanego - a niepożądane byłowłaściwie wszystko, co mógłby powiedzieć, być możeprócz "dobry wieczór".

- Dobry wieczór - powiedział i pytającouniósł brew. - Monsieur Beauchamp?

- O, tak. - Percy podciągnął kolana,jakby chciał wstać, ale Grey dał znak ręką, by się niefatygował. Sam sięgnął po stołek. Miał nadzieję,że sekundy zyskane dzięki temu ruchowi pozwoląmu odzyskać panowanie nad sobą. Ponieważ jednaktak się nie stało, kolejną chwilę przeznaczył naotwarcie okna i odetchnął kilka razy gęstym, wilgotnympowietrzem. Następnie odwrócił się i usiadł.

- Jak to się stało? - spytał, udającobojętność. - To znaczy skąd się wziął Beauchamp? Czyjest to tylko nom de guerre?

- Och nie. - Percy wyjął obszytą koronkąchusteczkę i delikatnie otarł czoło przy granicywłosów, których - jak zauważył Grey - miał corazmniej. - Ożeniłem się z jedną z sióstr baronaAmandine. Nazwisko tej rodziny brzmi Beauchamp,więc je przyjąłem. Ten związek zapewnił mi pewneentrée w kręgi polityczne. A stąd... -Z wdziękiem wzruszył ramionami i wykonał gest,który podsumowywał jego karierę w Czarnej Izbiei - niewątpliwie także w innych organizacjach,pomyślał ponuro Grey.

- Gratulacje z powodu małżeństwa -powiedział lord John świadomie ironicznym tonem. - A z kim sypiasz, z baronem czy z jego siostrą?

Percy wyglądał na rozbawionego.

- Z obojgiem, od czasu do czasu.

- Obojgiem naraz?

Percy uśmiechnął się szerzej. Wciąż ma dobre zęby- zauważył w myśli Grey - choć nieco pociemniałeod wina.

- Od czasu do czasu, choć Cecile - moja żona -w gruncie rzeczy woli usługi swojej kuzynki Lucianne,ja natomiast wolę usługi pomocnika ogrodnika. Uroczychłopiec imieniem Emile. Przypomina mi ciebie, gdybyłeś młody, szczupły, blondwłosy, muskularnyi brutalny.

Ku swojemu zdumieniu Grey poczuł, że chce mu sięna śmiać.

- Brzmi to niezwykle z francuska - powiedziałjednak sucho - i nie wątpię, że ci odpowiada. Czegochcesz?

- Raczej chodzi o to, czego ty chcesz, jak sądzę. -Percy nie napoczął jeszcze butelki, teraz uniósłją więc i nalał ostrożnie. Czerwony płyn wypełniłkolorem kieliszki. - A może raczej powinienempowiedzieć: czego chce Anglia. - Z uśmiechemwyciągnął do Greya kieliszek. - Bo nie możemychyba oddzielać twoich spraw od spraw twego kraju,prawda? Przyznam zresztą, że zawsze wydawało mi się,że ty to Anglia, John.

Grey chętnie zabroniłby mu zwracać się do niegopo imieniu, ale to tylko podkreśliłoby wspomnienie ichdawnej intymności - a o to niewątpliwie Percy'emuwłaśnie chodziło. Zignorował więc słowa gościa i łyknął wina. Wino było dobre; zastanawiał się,czy to on ma za nie zapłacić, a jeśli tak, to w jakisposób.

- Czego chce Anglia? - powtórzyłsceptycznie. - A twoim zdaniem, jaka jest odpowiedź nato pytanie?

Percy upił wina i trzymał je w ustach, najwyraźniejsię nim delektując.

- To nie jest sekret, mój drogi.

Grey westchnął i nie spuszczał z niego wzroku.

- Czy widziałeś to, co nazywają DeklaracjąNiepodległości, uchwaloną przez tak zwany KongresKontynentalny? - spytał Percy.

Odwrócił się, sięgnął do skórzanej torbywiszącej na oparciu krzesła i wyciągnął z niej zwitekpapierów, które podał Greyowi.

Grey nie widział wcześniej tego dokumentu, choćo nim słyszał. Został on wydrukowany zaledwiedwa tygodnie temu w Filadelfii, ale egzemplarzerozpleniły się po koloniach jak miecione wiatremchwasty. Unosząc brew, rozwinął papier i przejrzałpobieżnie.

- Król jest tyranem? - powiedział, rozbawionyskrajnością niektórych sformułowań. Zwinąłpapiery z powrotem i rzucił je na stół.

- A skoro ja to Anglia, zapewne ty dla celów tejrozmowy stanowisz uosobienie Francji?

- Reprezentuję pewne interesy -odrzekł Percy, nie zdradzając niczego. - Tutaj i w Kanadzie.

Te ostatnie słowa sprawiły, że w głowie Greyarozdzwoniły się dzwonki alarmowe. Grey walczył w Kanadzie pod generałem Wolfe'em i był świadom,że choć Francuzi stracili znaczną część swoichpółnocnoamerykańskich posiadłości, umocniliswoje pozycje w północnych regionach, od dolinyOhio po Quebec. Czy są tak blisko, że mogą teraz sprawiaćkłopoty? Nie sądził, by tak było, ale Francuzów staćna wszystko. Tak samo jak Percy'ego.

- Anglia chce szybko położyć kres tym nonsensom,rzecz jasna. - Percy skinął smukłą dłonią kupapierom. - Ta Armia Kontynentalna, jak się samanazywa, to kruchy związek ludzi, którzy nie majążadnego doświadczenia, za to sprzeczne poglądy. Cobyś powiedział, gdybym był gotów dostarczyćci informację, która mogłaby posłużyćdo... powiedzmy... odsunięcia od służby jednego z najważniejszych oficerów Waszyngtona?

- A co miałbym powiedzieć? - Grey nie starałsię ukryć sceptycyzmu w głosie. - Jaką korzyśćmiałaby z tego Francja... albo ty, bo jak rozumiem,te interesy nie są bez reszty identyczne.

- Widzę, że czas nie złagodził właściwegoci sarkazmu, John. To jedna z twoich mniej atrakcyjnychcech. Nie wiem, czy ci kiedyś o tym mówiłem.

Grey nie spuszczał z niego wzroku. Percywestchnął.

- Noo, chodzi o ziemię - powiedział. -Terytorium Północno-Zachodnie. Chcemy jeodzyskać.

Grey roześmiał się.

- Nie wątpię. - Terytorium, o którym byłamowa, duży obszar na północny zachód od doliny rzekiOhio, zostało przekazane przez Francję Wielkiej Brytaniipod koniec wojny francusko-indiańskiej. WielkaBrytania nie zajęła jednak tego terytorium i niezezwoliła kolonistom na osiedlanie się, ponieważIndianie stawiali zbrojny opór i wciąż toczyły się z nimi negocjacje. Kolonistom się to nie podobało- to rozumiał. Sam Grey spotkał się kilkakrotniez Indianami i był zdania, że stanowisko rządubrytyjskiego jest i rozsądne, i honorowe.

- Francuscy traperzy mają na tym terenie licznepowiązania z tubylcami. Wy nie macie.

- Czy handel futrami to część tych"interesów", które reprezentujesz?

Percy uśmiechnął się bez żenady.

- Nie jest to główne pole moichzainteresowań, ale owszem, też.

Grey nie pytał, dlaczego Percy zwrócił się doniego - oficjalnie emerytowanego dyplomaty,nieodgrywającego już żadnej znaczącejroli. Jeszcze z czasów, gdy byli ze sobą związani,Percy znał wpływy rodziny Greya i jego koneksje;natomiast monsieur Beauchamp wiedział znacznie więcejo jego obecnych osobistych powiązaniach z sieciinformacji docierających do Czarnych Izb w całejEuropie. Grey oczywiście nie mógł w tej sprawie działaćsam, ale miał możliwość po cichu przedstawić ofertę tym,którzy podejmowali decyzje.

Czuł, jak powstają mu wszystkie włosy na ciele,wietrząc niebezpieczeństwo jak czułki owada.

- Potrzebowalibyśmy, rzecz jasna, czegoświęcej niż sama propozycja - powiedział bardzochłodnym tonem. - Na przykład nazwiska oficera,o którego chodzi.

- W tej chwili nie mogę ci go podać, ale gdyrozpoczną się wiarygodne negocjacje...

Grey zastanawiał się już, komu powinienprzedstawić tę ofertę. Nie sir George'owiGermaine'owi. Może komuś w biurze lorda Northa? Tojednak może zaczekać.

- A twój osobisty interes? - spytałkwaśno. Znał Percy'ego Wainwrighta na tyle, bywiedzieć, że on również musi mieć z tej sprawy jakąśkorzyść.

- Ach, to... - Percy łyknął wina, po czymopuścił kieliszek i sponad niego spojrzał na Greya. -To bardzo proste. Zlecono mi odnalezienie pewnegoczłowieka. Czy znasz może szkockiego dżentelmenanazwiskiem James Fraser?

Grey poczuł, że nóżka jego kieliszka pęka mu w dłoni. Trzymał go jednak dalej i spokojnie pił wino,dziękując Bogu, że, przede wszystkim, nigdy nie wymieniłprzy Percym nazwiska Jamiego Frasera i że Fraser tegopopołudnia wyjechał z Wilmington.

- Nie - stwierdził spokojnie. - A czego chceszod pana Frasera?

Percy wzruszył ramionami i uśmiechnął się.

- Chcę mu tylko zadać parę pytań.

Grey czuł, że z jego zranionej dłoni ciekniekrew. Dopił wino, ciągle trzymając pękniętykieliszek. Percy nie odzywał się, także pił.

- Moje kondolencje z powodu śmierci żony- powiedział w końcu cicho. - Wiem, że ona...

- Nic nie wiesz - przerwał mu Grey. Pochylił sięi postawił pęknięty kieliszek na stole. Górnajego część potoczyła się, a resztka wina obmyłabrzegi. - Nic nie wiesz. Ani o mojej żonie, ani o mnie.

Percy uniósł ramiona lekkim galijskim ruchem. Jaksobie życzysz, mówił ten gest, a jednak jego oczy -wciąż piękne, niech go diabli, ciemne i głębokie- utkwione były w Greyu najwyraźniej ze szczerymwspółczuciem.

Grey westchnął. Rzeczywiście, współczucie napewno było szczere. Percy'emu nigdy nie wolno byłoufać, ale to, co zrobił, zrobił ze słabości, a nie zezłośliwości czy braku uczuć.

- Czego chcesz? - powtórzył.

- Twój syn... - zaczął Percy, ale Grey naglerzucił się ku niemu. Złapał Percy'ego za ramiętak mocno, że tamten zachłysnął się powietrzem i zesztywniał. Grey pochylił się, wpatrując się w twarzWainwrighta - nie, Beauchampa - z tak bliska,że czuł ciepło jego oddechu i zapach jego wodykolońskiej. Zabrudził płaszcz Wainwrighta krwiącieknącą z dłoni.

- Kiedy ostatni raz cię widziałem -powiedział Grey bardzo cicho - o mało nie strzeliłemci w łeb. Nie dawaj mi teraz powodu, bym żałowałswej wstrzemięźliwości. - Puścił Percy'ego i wyprostował się. - Trzymaj się z daleka od megosyna. Trzymaj się z daleka ode mnie. A jeśli przyjmieszode mnie życzliwą radę, to wracaj do Francji. I toszybko.

Okręcił się na pięcie i wyszedł, mocno zamykającza sobą drzwi. Dopiero na ulicy zdał sobie sprawę, żezostawił Percy'ego we własnym pokoju.

- A, do diabła - mruknął i ruszył, by poprosićo nocleg sierżanta Cuttera. Rano sprawdzi, czywszyscy - rodzina Fraserów i William - bezpiecznieopuścili Wilmington.

[1] Cytaty z Pisma Świętego zaBiblią gdańska. (Przypis tłumaczki).

2. ...a inni nie

Lallybroch, hrabstwo Inverness, Szkocja, wrzesień 1980

- "Wciąż żyjemy" - powtórzyła BriannaMacKenzie drżącym głosem. Patrzyła na Rogera,przyciskając do piersi kartkę papieru. Łzy spływałyjej po twarzy, ale błękitne oczy lśniły jak gwiazdy. -Żyją!

- Pokaż. - Serce waliło mu w piersi tak, żeniemal nie słyszał własnych słów. Wyciągnął rękę,a ona niechętnie oddała mu kartkę i natychmiastprzylgnęła kurczowo do jego ramienia, by nie odrywaćoczu od tego kawałka starego papieru.

Papier był trochę szorstki w dotyku; zostałwykonany ręcznie, było w nim widać ślady liścii kwiatów. Zżółkł z latami, ale wciąż był mocnyi zdumiewająco elastyczny. Bree sama go zrobiłaponad dwieście lat wcześ niej.

Roger uświadomił sobie, że drżą muręce. Kartka trzęsła się tak, że rozwlekłe, i taktrudne do odczytania pismo stało się niemal nie doodcyfrowania, bo atrament spłowiał.

31 grudnia 1776

Moja najdroższa Córko!

Jak zrozumiesz, jeśli kiedykolwiek toodczytasz, wciąż żyjemy...

Oczy wypełniły mu się łzami, przetarł je więcwierzchem dłoni, powtarzając sobie, że to i taknie ma znaczenia, bo Jamie Fraser i jego żona Claireniewątpliwie już dawno umarli. Poczuł jednak takąradość na widok tych słów zapisanych na kartce, jakgdyby tamci dwoje stali przed nimi, uśmiechnięci.

I rzeczywiście list napisali oboje, jak stwierdziłpo chwili. List zaczynał się pismem Jamiego - niemalsłyszeli jego głos - ale już na drugiej stroniepojawiło się pochyłe pismo Claire.

Ręka Twego ojca więcej już nie zniesie, a ma do opisania okropnie długą historię. Cały dzieńrąbał drzewo i niemal nie potrafi rozprostowaćpalców. Upierał się jednak, że sam Ci powie, że jeszczenie zmieniliśmy się w popiół. Co prawda, może sięto stać lada chwila, bo w starej chacie tłoczy się w tej chwili czternaście osób. Piszę to, siedząc mniejwięcej na palenisku. Stara babcia MacLeod rzęzi nasienniku u moich stóp, bliziutko, bym zdążyła wlaćjej jeszcze trochę whisky do gardła, gdyby zaczęłanagle umierać.

- Boże drogi! Ja ją słyszę - powiedziałRoger ze zdumieniem.

- Ja też. - Po twarzy Bree wciąż spływały łzy,ale był to letni deszcz. Wycierała je, śmiejąc się i pociągając nosem. - Czytaj dalej. Dlaczego są w naszej chacie, co się stało z wielkim domem?

Roger przesunął palcem po stronie, by znaleźćmiejsce, w którym przerwał, i znów zaczął czytać.

- O Jezu! - powiedział.

Pamiętacie tego idiotęDonnera?

Na dźwięk tego nazwiska ręce Rogera pokryły sięgęsią skórką. Donner, podróżnik w czasie i jedenz najbardziej nieodpowiedzialnych ludzi, jakichkiedykolwiek spotkał czy o jakich słyszał. Niemniejjednak niebezpieczny.

Przeszedł samego siebie, bo zebrałbandę zbirów z Brownsville i przybył tu z nimi,by ukraść klejnoty, które - jak ich przekonał- posiadamy. Tylko że oczywiście ich niemamy.

Nie mieli, ponieważ on, Brianna, Jemmy i Amandawykorzystali ostatnie pozostałe klejnoty, bybezpiecznie przejść przez kamienie.

Wzięli nas na zakładników, obrabowalidom, niech ich diabli. Stłukli też kolbę z eterem, którastała u mnie w gabinecie. Opary omal nie udusiły naswszystkich na miejscu.

Szybko przeczytał list do końca. Brianna zerkała muprzez ramię, od czasu do czasu wydając ciche odgłosyprzerażenia i zdumienia. Skończywszy, odłożyłkartki na stół i zwrócił się do niej, tłumiąc śmiech.

- A więc to twoja wina - powiedział, świadom,iż nie powinien tak tego formułować, ale nie mogącsię powstrzymać od śmiechu. - Ty i te twoje cholernezapałki. To ty spaliłaś dom.

Na jej twarzy malowały się kolejno przerażenie,oburzenie, i w końcu, histeryczna wesołość.

- Och, to nieprawda, to przez eter mamy. Każda iskrawywołałaby eksplozję.

- Ale to nie była "każda iskra" - zauważyłRoger. - Twój kuzyn Ian zapalił twoją zapałkę.

- A więc to wina Iana!

- Nie, twoja i twojej matki. Och, te uczonekobiety! Osiemnasty wiek miał szczęście, że wasprzeżył.

Oburzyła się.

- Nic z tego by się nie zdarzyło, gdyby nie tenprzygłup Donner.

- To prawda - zgodził się Roger. - Ale on takżeprzybył z przyszłości, prawda? Choć oczywiście nie byłani kobietą, ani uczonym.

Podniosła list, trzymając go delikatnie, ale niepotrafiła się powstrzymać, by nie gładzić palcamistron.

- Cóż, on nie przeżył osiemnastego wieku.

Spuściła wzrok, oczy wciąż miała czerwone.

- Chyba ci go nie żal? - spytał Roger zezdumieniem.

Pokręciła głową, ale jej palce wciążwykonywały lekkie ruchy po grubych, miękkichkartkach.

- Nie, nie chodzi mi o niego. Tylko o samą myśl,że ktoś może tak umrzeć. Sam, tak daleko od domu.

Nie, to nie o Donnerze myślała. Objął jąramionami i oparł brodę o jej głowę. Pachniałaszamponem i świeżą kapustą, bo przed chwiląpracowała w ogrodzie. Słowa wypisane na kartcebladły i wzmacniały się zawsze, gdy piszące je piórozanurzało się w kałamarzu. Były jednak wyraźne- to pismo chirurga.

- Nie jest sama - szepnął i wyciągnąwszyrękę, pogładził palcem postscriptum Jamiego. -Żadne z nich nie jest samo i niezależnie od tego, czymają dach nad głowami, czy nie, oboje są w domu.

***

Odłożyłam list na bok. Pomyślałam, że mamdość czasu, by dokończyć go później. Pisałam go w ciągu kilku ostatnich dni z doskoku, gdy tylko miałamwolną chwilę. Nie musiałam się spieszyć, by zdążyćprzed przyjściem listonosza. Uśmiechnęłam się natę myśl. Ostrożnie zgięłam kartki i odłożyłam dlabezpieczeństwa do nowej torby z robótkami. Wytarłampióro, a potem masowałam bolące palce, przezchwilę jeszcze ciesząc się z tego poczucia więzi,jaką dawało mi pisanie. Pisanie przychodziłomi znacznie łatwiej niż Jamiemu, ale ciało i krew mająswoje ograniczenia. A ten dzień był bardzo długi.

Spojrzałam na siennik po drugiej stroniepaleniska. Robiłam to co kilka minut, ale leżałacicho. Słyszałam, jak oddycha. Gwiżdżący, rzężącyoddech unosił jej pierś tak rzadko, że czasami byłampewna, że już umarła. Ale nie - i według mojej ocenyjeszcze trochę to potrwa. Miałam nadzieję, że odejdzieszybko, bo dysponowałam bardzo ograniczonym zapasemlaudanum.

Nie wiedziałam, ile ma lat; wyglądała na setkę,ale równie dobrze mogła być młodsza ode mnie. Jej dwajwnukowie, kilkunastoletni chłopcy, przynieśli jątu przed dwoma dniami. Zeszli z gór, zamierzając zabraćbabcię do krewnych w Cross Creek, a następnie udać siędo Wilmington, by wstąpić tam do milicji. Jednakże- jak powiedzieli - babci się pogorszyło,a ktoś ich poinformował, że na Ridge mieszkaznachorka. Przynieśli ją więc do mnie.

Babcia MacLeod - nie wiedziałam, jak ma na imię,chłopcy nie powiedzieli mi przed wyjazdem, a ona samajuż nie mogła - niemal na pewno była w końcowymstadium jakiegoś raka. Wychudła, skórę miałaszarą, a twarz wykrzywiał jej ból nawet wtedy, gdy byłanieprzytomna.

Ogień przygasał; powinnam go przegarnąć i dorzucić kolejny kawałek sosny, ale na moimkolanie spoczywała głowa Jamiego. Czy zdołamsięgnąć po drwa, nie budząc go? Oparłszy dla równowagijedną dłoń o jego ramię, wyciągnęłam drugąrękę i udało mi się uchwycić koniec niewielkiegobierwiona. Przeciągnęłam je do siebie, przygryzającwargę, i z trudem wepchnęłam na palenisko;czerwono-czarny żar rozjaśnił się i buchnęłachmura iskierek.

Jamie poruszył się pod moją dłonią i mruknął cośniewyraźnie, ale gdy ponownie oparłam się wygodniejw fotelu, westchnął, ułożył się i znów zasnął.

Rzuciłam okiem ku drzwiom, nasłuchując,nie słyszałam jednak niczego oprócz szelestudrzew. Oczywiście i tak nic bym nie usłyszała -zważywszy na to, że oczekiwałam młodego Iana.

Obaj z Jamiem na zmianę trzymali straż w zagajnikunad spalonymi resztkami dużego domu. Iana nie byłojuż od ponad dwóch godzin. Zbliżał się czas, gdy powiniensię pojawić, by coś zjeść i rozgrzać się przy ogniu.

- Ktoś próbował zabić białą maciorę -oświadczył trzy dni temu przy śniadaniu.

- Co takiego?! - Podałam mu miskę owsiankiozdobioną kawałkiem topiącego się masła i odrobiną miodu. Na szczęście, gdy wielki dom się palił,dzbany z miodem i skrzynki, w których trzymałam plastry,były w chłodni. - Jesteś pewien?

Kiwnął głową, biorąc ode mnie miskę i z rozkosząwdychając parę.

- Tak. Ma na boku ślad po nożu. Nie jest głębokii już się goi, cioteczko - dodał, zwracając się domnie; najwyraźniej uważał, że powinnam traktowaćzdrowie maciory z takim samym zainteresowaniemjak każdego innego mieszkańca Ridge.

- Tak? To dobrze - powiedziałam, choć gdyby sięjej to nie goiło, i tak niewiele mogłabym zrobić.

Mogłam - i robiłam to - leczyć konie, krowy,kozy, gronostaje, a nawet od czasu do czasu kurę,która nie chciała składać jaj; ale ta konkretna świniamusiała sobie radzić sama.

Na wspomnienie maciory Amy Higgins przeżegnałasię.

- Może to niedźwiedź - powiedziała. - Nicinnego by się nie odważyło. Aidan, zwróć uwagę, comówi pan Ian, nie oddalaj się od domu i pilnuj brata,gdy jesteście na dworze.

- Niedźwiedzie w zimie śpią, mamo - powiedziałAidan niecałkiem przytomnie.

Był bez reszty zajęty nowym bączkiem, którywystrugał mu Bobby - jego nowy ojczym - a któregonie nauczył się jeszcze dobrze puszczać. Utkwiwszy w bączku spojrzenie zezowatych oczu, położył gona stole, przytrzymał sznurek i szarpnął. Bączekprzeleciał przez stół, z ostrym dźwiękiem odbił sięod słoika z miodem i z dużą szybkością skierowałsię ku dzbankowi z mlekiem. Ian wyciągnął rękę,złapał go i nie przestając gryźć grzanki, pokazałgestem Aidanowi, by podał mu sznurek. Okręcił go wokółbączka i dobrze wyćwiczonym ruchem nadgarstka wprawiłgo w ruch na samym środku stołu. Aidan przyglądał siętemu z otwartymi ustami, a potem zanurkował pod stół,gdy bączek powędrował ku brzegowi i spadł.

- Nie, to nie zwierzę - powiedział Ian, gdy udałomu się przełknąć. - To było równe cięcie. Ktoś sięna nią rzucił z nożem albo szablą.

Jamie podniósł wzrok znad przypalonej grzanki.

- A znalazłeś jego ciało?

Ian zaśmiał się, ale pokręcił głową.

- Nie, jeśli go zabiła, to go zjadła - i nieznalazłem żadnych resztek.

- Świnie zwykle jedzą nieporządnie -zauważył Jamie.

Ugryzł kawałek grzanki, skrzywił się, ale jązjadł.

- Myślisz, że to Indianin? - spytałBobby.

Mały Orrie próbował zejść z kolan ojczyma,postawił go więc na jego ulubionym miejscu - podstołem.

Jamie i Ian wymienili spojrzenia, ja zaś poczułam,jak włosy na karku lekko mi się jeżą.

- Nie - odpowiedział Ian. - WszyscyCzirokezi, którzy mieszkają w pobliżu, dobrzeją znają - nie ruszyliby jej nawet trzyjardowymkijem. Myślą, że jest demonem.

- A Indianie podróżujący z północymieliby strzały albo tomahawki - dokończyłJamie.

- Jesteście pewni, że to nie była pantera? -spytała pełna wątpliwości Amy. - Pantery polująw zimie, prawda?

- Polują - potwierdził Jamie. - Wczorajwidziałem ślady pantery przy zielonym źródle. Hej,słyszycie mnie tam? - powiedział i pochylił się dochłopców pod stołem. - Bądźcie ostrożni, dobrze? -Wyprostował się i dodał: - Ian, jak sądzę, potrafiodróżnić ślady pazurów od cięcia nożem.

Uśmiechnął się do Iana, a ten uprzejmie pokiwałtylko głową, wpatrując się pełnym wątpliwościwzrokiem w koszyk z grzankami.

Nikt nawet nie zasugerował, że na białą macioręmógł zapolować jakiś mieszkaniec Ridge alboBrownsville. Miejscowi prezbiterianie nie zgadzalisię z Czirokezami w żadnej sprawie duchowej, alejedni i drudzy niezłomnie wierzyli, że maciora jestdemonem. Nie byłam pewna, czy przypadkiem nie mająracji. To zwierzę przeżyło bez szwanku nawet pożarwielkiego domu. Wynurzyła się ze swego legowiskapod fundamentami, wypychając spalone drewno,a za nią ruszył najnowszy miot niedorosłych jeszczeprosiąt.

- Moby Dick - powiedziałam nagle głośno.

Rollo z pełnym zdziwienia "hau" uniósł głowę,rzucił mi spojrzenie żółtych oczu i znów się położył,wzdychając.

- Jaki Dick? - spytał sennie Jamie.

Usiadł, przeciągnął się, jęknął, potarł dłoniątwarz i zamrugał.

- Właśnie uświadomiłam sobie, co miprzypomina ta maciora. To długa historia o wielorybie, opowiem ci jutro.

- Jeśli dożyję - powiedział, ziewając tak,że o mało nie wypadła mu szczęka. - Gdzie jest whisky? Czyteż potrzebujesz jej dla tej biednej kobiety? - Ruchemgłowy wskazał babcię MacLeod.

- Jeszcze nie. Tu jest.

Pochyliłam się i wsunęłam rękę do koszykastojącego pod moim krzesłem. Wyciągnęłam stamtądzakorkowaną butelkę.

Odkorkował i łyknął. Kolory powoli wracałymu na twarz. Całymi dniami polował lub rąbał drewno,przez pół nocy siedział w lodowatym lesie, więc nawetjego wielka witalność zaczynała słabnąć.

- Jak długo zamierzacie to ciągnąć? -spytałam cicho, by nie obudzić Higginsów:kilkudniowych małżonków Bobby'ego i Amy,a także dwóch chłopców i dwóch szwagierek Amy z pierwszego małżeństwa, które przybyły naślub z pięciorgiem dzieci poniżej dziesięciulat. Wszyscy oni spali w małej sypialni. Ponadtomieszkaliśmy tu my, ja z Jamiem, Ian, pies Iana Rollo,stara kobieta śpiąca na podłodze, a dodatkowo w dużym pokoju zgromadziliśmy wszystko to, co udałonam się uratować z pożaru. Czasami czułam się jakw ataku klaustrofobii. Nic dziwnego, że Ian i Jamieprzemierzali las nie tylko dlatego, że ich zdaniem ktośtam się czaił, ale i dlatego, by odetchnąć świeżympowietrzem.

- Już niedługo - zapewnił mnie, wzdrygającsię lekko po dużym łyku whisky. - Jeśli i dziśniczego nie zauważymy, to... - przerwał i odwróciłgłowę ku drzwiom.

Niczego nie słyszałam, zobaczyłam jednak, jakrusza się zapadka, a po chwili do pokoju wpadł powiewlodowatego powietrza, zimnymi palcami sięgającmi pod spódnicę i wzbudzając pióropusz iskierek napalenisku.

Pospiesznie złapałam szmatę i wygasiłamiskierki, zanim zdołały zapalić włosy babciMacLeod albo jej siennik. Gdy już udało mi sięzapanować nad ogniem, zobaczyłam, że Jamieprzywiązuje do pasa pistolet, rożek z prochemi woreczek z kulami. Rozmawiał cicho z Ianemprzy drzwiach. Ian miał policzki czerwone od zimna i najwyraźniej był podniecony. Także Rollo wstał i obwąchiwał nogi Iana, machał ogonem, oczekująclodowatej przygody.

- Ty lepiej zostań, a c?- powiedział Ian, drapiąc go między uszami. -Sheas.

Rollo warknął cicho i próbował przemknąć obokswego pana, ale ten zablokował mu drogę nogą. Jamieodwrócił się, włożył kurtkę, pochylił się i pocałował mnie leciutko.

- Zarygluj drzwi, a nighean- szepnął - i nie otwieraj nikomu oprócz nas.

- Ale co... - zaczęłam, lecz ich już niebyło.

***

Noc była zimna i czysta. Jamie odetchnął głębokoi wzdrygnął się, pozwalając, by ogarnął go chłód w miejsce ciepła żony, dymu i zapachu ognia. Kryształkilodu zadrżały mu w płucach, przyspieszyły biegkrwi. Pokręcił głową jak wilk wyczuwający zapach i wciągnął noc głęboko w siebie. Nie było właściwiewiatru, ale od wschodu czuć było lekki przepływ powietrza,niosący ze sobą gorzki zapach popiołu z ruinwielkiego domu i słabą nutę czegoś jakby krwi.

Spojrzał na siostrzeńca, ruchem głowy zadającpytanie. Ian potaknął - zobaczył ten gest na tlelawendowego blasku nieba.

- Tuż za ogrodem cioci leży martwa świnia -powiedział chłopak cicho.

- Tak? Ale to nie biała maciora?

Serce zatrzymało mu się na chwilę. Zastanowiłsię, czy byłoby mu żal zwierzęcia, czy też tańczyłby najego kościach. Ale Ian pokręcił głową. Jamie bardziejwyczuł, niż dostrzegł ten ruch.

- Nie, nie ta bestia. Jakaś młoda, może z zeszłorocznego miotu. Ktoś ją zarżnął, ale wyciąłtylko parę płatów szynki, a potem sporą część tego,co wyciął, rozrzucił w kawałkach na ścieżce.

Jamie obejrzał się zaskoczony.

- Co takiego?

Ian wzruszył ramionami.

- No właśnie. I jeszcze coś, wuju. Świnięzabito i porąbano toporem.

Kryształki lodu w krwi Jamiego zamarły tak nagle,że niemal przestało mu bić serce.

- Jezus Maria - szepnął, nie tyle zaskoczony,ile niechętny przyznać coś, co wiedział już oddłuższego czasu. - A więc to on.

- Ano tak.

Obaj wiedzieli, choć żaden nie chciał powiedziećtego głośno. W milczeniu oddalili się od chaty i zagłębili między drzewa.

Jamie odetchnął głęboko i westchnął, a jego oddech zarysował się w ciemności białąchmurką. Miał nadzieję, że Arch Bug zabrał swoje złoto i żonę i opuścił Ridge na zawsze - ale była to jedynienadzieja. Arch Bug był Grantem, a klan Grantów to mściwiludzie.

Jakieś pięćdziesiąt lat wcześniej Fraserowie z Glenhelm złapali Archa Buga na swoich ziemiach i dalimu wybór: stracisz oko albo pierwsze dwa palce prawejręki. Mężczyzna radził sobie bez dwóch palców. Niemogąc już napinać łuku, zwrócił się do topora,którym mimo swojego wieku potrafił rzucić zręczniejak Mohawk.

Nie pogodził się natomiast z przegraną sprawyStuartów i utratą złota jakobitów, przysłanego z Francji za późno, uratowanego - lub ukradzionego,zależnie od punktu widzenia - przez HektoraCamerona, który swoją jedną trzecią przywiózł doKaroliny Północnej. Tę część następnie ukradł -lub odzyskał - Arch Bug od wdowy po Cameronie.

Arch Bug nie pogodził się również z JamiemFraserem.

- Uważasz, że to pogróżka? - spytałIan. Oddalili się już od chaty, ale trzymali sięwśród drzew, okrążając obszerną polanę, na którejstał przedtem wielki dom. Został z niego jeszcze komin i pół ściany. Rysowały się teraz czarną masą na tlebrudnego śniegu.

- Nie wydaje mi się. Gdyby to miała byćpogróżka, dlaczego czekałby do tej pory?

W duchu dziękował jednak Bogu, że Brianna i jejdzieci bezpiecznie odeszły. Były gorsze pogróżki niżmartwa świnia, a według niego Arch Bug nie zawahałbysię przed żadną.

- Może odszedł, by zapewnić schronienie żonie,i teraz wrócił - wysunął przypuszczenie Ian.

To miało sens. Jeśli Arch Bug kogoś kochał, toswoją żonę Murdinę, która pomagała mu od ponadpięćdziesięciu lat.

- Może - potwierdził Jamie.

A jednak w tygodniach, które upłynęły od odejściaBugów, często czuł na plecach czyjeś spojrzenie. Czułw lesie ciszę, która nie była ciszą drzew i skał.

Nie pytał, czy Ian szukał śladów używaniatopora. Gdyby można je było znaleźć, Ian by jeznalazł. Śnieg nie padał już jednak od ponad tygodnia,a to, co zostało na ziemi, było zdeptane przez bardzowiele osób. Spojrzał w niebo. Wkrótce znów zaczniepadać.

Wszedł na niewielkie wzniesienie, ostrożnie,bo pokrywał je lód. W ciągu dnia śnieg topniał, ale z nadejściem nocy znów zamarzał; zwisał z okapu chatyi ze wszystkich gałęzi lśniącymi soplami, którewypełniały las światłem błękitnego świtu, a następnie we wschodzącym słońcu rozbłyskiwałyzłotymi diamentami. Teraz nie miały koloru -brzęczały tylko jak szkło, gdy potrącał ramieniemgałązki oblodzonych krzaków. Zatrzymał się,przykucnął na szczycie wzniesienia i spojrzał napolanę.

No dobrze. Pewność, że Arch Bug tu był,zapoczątkowała łańcuch półświadomychwniosków, a ostatni z nich przybrał w jego umyślewyraźny kształt.

- Wrócił dla jednej z dwóch przyczyn -powiedział do Iana. - Albo by mnie zabić, albo byodzyskać złoto. Całe.

Gdy odkrył zdradę Bugów i kazał im odejść,dał Archowi złotą sztabkę. Była to właściwiepołowa sztabki, która jednak pozwoliłaby temustarszemu małżeństwu przeżyć resztę życia skromnie,ale wygodnie. Jednakże Arch Bug nie był człowiekiemskromnym. Był niegdyś prawą ręką przywódcy klanuGrantów - choć przez pewien czas ukrywał swoją dumę,duma nie lubi długo pozostawać w ukryciu.

Ian rzucił mu zaciekawione spojrzenie.

- Całe złoto? - powtórzył. - Więc sądzisz,że schował je gdzieś tutaj tak, że nie mógł go łatwowydostać, gdy kazałeś mu odejść?

Jamie wzruszył ramionami, nie odrywającwzroku od polany. Nie było już domu, więc widział z tyłu stromą ścieżkę, wiodącą tam, gdzie niegdyśznajdował się ogród jego żony, bezpieczny za wysokąpalisadą, uniemożliwiającą jeleniom dostaniesię do środka. Część palisady wciąż rysowała sięczarnym kształtem na łatach śniegu. Jeśli Bóg pozwoli,pewnego dnia znów zrobi jej ogród.

- Gdyby chciał tylko skrzywdzić nas, już miałmożliwość.

Nawet stąd widział zarżniętą świnię. Ciemnykształt na ścieżce, otoczony kałużą krwi.

Odsunął od siebie niespodziewaną myśl o Malvie Christie i zmusił się, by rozważyć wszystkiemożliwości.

- Tak, schował je gdzieś tutaj - powtórzyłz większą pewnością. - Gdyby miał całe złoto,już dawno by zniknął. Czekał, szukając sposobu,by je wydobyć. Nie był jednak w stanie zrobić tegopotajemnie, więc teraz próbuje czegoś innego.

- Tak, ale czego? To... - Ruchem głowy Ian wskazałniewyraźny kształt na ścieżce. - Sądziłem, żemoże to być jakaś zasadzka, ale nie. Rozejrzałemsię.

- Może przynęta?

Zapach krwi dochodził nawet tutaj. Każdydrapieżnik musiał ją poczuć. W tym samym momenciezauważył jakiś ruch w pobliżu świni, położyłwięc rękę na ramieniu Iana. Rzeczywiście - coś sięporuszyło, a potem niewielki kształt przemknął i zniknąłza ciałem zabitego zwierzęcia.

- Lis - powiedzieli równocześnie i roześmiali się cicho.

- Jest też ta pantera za Zielonym Źródłem -powiedział Ian niepewnie. - Wczoraj widziałem jejślady. Czy to możliwe, by chciał ją zwabić świnią,mając nadzieję, że wybiegniemy walczyć z panterą,a on wtedy dotrze do złota, gdy będziemy zajęci?

Na tę myśl Jamie zmarszczył brwi i rzucił wzrokiem kuchacie. To prawda, pantera mogła wywabić mężczyzn,ale nie kobiety i dzieci. Gdzie zresztą można schowaćzłoto w tak gęsto zamieszkanym miejscu? Jegowzrok spoczął na długim, garbatym kształcie piecagarncarskiego, stojącego w pewnym oddaleniuod chaty, nieużywanego od chwili, gdy Briannaodeszła. Poczuł podniecenie - to byłoby... alenie. Arch wykradał złoto Jokaście Cameron po jednejsztabce i przemycał je na Ridge, a zaczął na długo,zanim Brianna odeszła. Może jednak...

Ian nagle zesztywniał, a Jamie gwałtownieodwrócił głowę, by zobaczyć, dlaczego. Nic niewidział. Potem jednak usłyszał to, co przed chwiląusłyszał Ian: głębokie świńskie chrząkanie, jakiśszelest, jakiś trzask, a potem wyraźny ruch wśródpoczerniałych belek spalonego domu - i naglewszystko zrozumiał.

- Jezus! - powiedział i złapał Iana za rękętak mocno, że ten jęknął zaskoczony. - Jest pod wielkimdomem!

Biała maciora wynurzyła się ze swegolegowiska pod ruinami domu. Widzieli potężnykremowy kształt na tle ciemnego nieba; kręciła głowąi łapała zapach, a potem ruszyła, jak potężnagroźba wędrująca w górę wzgórza.

Było to tak piękne, że Jamie miał ochotęsię roześmiać. Arch Bug chował złoto podfundamentami wielkiego domu w chwilach, gdy maciorawychodziła. Nikomu nie przyszłoby do głowy,by zagłębić się w jej jamę. Była znakomitymstróżem. Niewątpliwie, gotowy do odejścia,zamierzał odzyskać złoto w ten sam sposób -ostrożnie, sztabka po sztabce.

Potem jednak dom spłonął, a drewniane ścianyzawaliły się na fundamenty, co sprawiło, żenie można było do skarbu dotrzeć. Wymagało topracy i wysiłku, to zaś niewątpliwie zwróciłobyuwagę. Dopiero teraz, gdy oczyszczono już większośćruin, przy czym sadza i węgle rozniosły się po całejpolanie, Arch Bug mógł wyciągnąć coś, co byłoschowane pod domem, nie zwracając na siebie uwagi. Byłajednak zima i biała maciora, która choć nie spałajak niedźwiedź, rzadko wynurzała się z przytulnegolegowiska. Tylko jedzenie mogło ją wywabić nazewnątrz.

Słysząc odgłosy pożerania, Ian parsknąłz obrzydzeniem.

- Świnie nie są zbyt wrażliwe - mruknąłJamie. - Jeśli coś jest martwe, zjedzą to.

- Tak, ale to pewnie jej potomstwo.

- Czasami zjada swoje małe żywcem, więcwątpię, by się powstrzymała, gdy są martwe.

- Ciiiiiiiiiiiiii.

Umilkł natychmiast, wpatrzony w czarną plamę,która kiedyś była najpiękniejszym domem w hrabstwie. Rzeczywiście, zza chłodni wynurzyłasię ciemna postać i ostrożnie przemierzała śliskąścieżkę. Świnia, zajęta makabryczną ucztą,zignorowała człowieka, który najwyraźniejowinięty był ciemną peleryną i niósł coś w rodzajuworka.

***

Nie zamknęłam drzwi od razu; najpierw wyszłam na dwór,by przez chwilę odetchnąć świeżym powietrzem. Rollazostawiłam w środku. Jamie i Ian w jednej chwilizniknęli między drzewami. Rozejrzałam sięniespokojnie po polanie, rzuciłam okiem na drugąstronę, ku ciemnej masie lasu, ale niczego niedostrzegłam. Nic się nie ruszało, nie słyszałamżadnego dźwięku. Byłam ciekawa, co znalazł Ian -może jakieś nieznane ślady? To by wyjaśniało takpilne wezwanie Jamiego, bo najwyraźniej niedługoznów zacznie padać śnieg.

Księżyca nie było widać, ale niebo miałogłęboki, szaroróżowawy kolor, a na ziemi wciążleżał stary śnieg, choć zdeptany i gdzieniegdziestopiony. W efekcie przestrzeń wypełniał dziwnymleczny poblask, w którym wszystko wydawało sięunosić w powietrzu, jakby ktoś namalował to na szkle,bez zarysów i ostrych krawędzi. Po drugiej stronie polanystały spalone resztki wielkiego domu. Z tej odległościbyła to jedynie ciemna plama - jakby ktoś odcisnąłtam wielki, pobrudzony sadzą kciuk. Czułam w powietrzuciężar nadchodzącego śniegu, słyszałam go w stłumionym westchnieniu sosen.

Chłopcy MacLeod dotarli do nas z babcią przezgóry. Powiedzieli, że na wysokich przełęczach bardzotrudno było przejść. Jeszcze jedna burza śnieżna,a zostaniemy tu uwięzieni do marca, a może nawetkwietnia.

To mi przypomniało o pacjentce. Jeszcze razrozejrzałam się po polanie i ujęłam zasuwę. Rollopo drugiej stronie piszczał i drapał w drzwi, więcotwierając je, bezceremonialnie pchnęłam gokolanem.

- Zostań, psie. Nie martw się, wkrótce wrócą -powiedziałam. Wydał z siebie wysoki, niespokojnydźwięk i wiercił się, trącając mnie pyskiem w nogi, bymgo wypuściła. - Nie! - powtórzyłam, odciągającgo, żeby zaryglować drzwi. Rygiel wszedł na swoje miejscez uspokajającym stukotem, zwróciłam się więc doognia, rozcierając ręce. Rollo zadarł łeb i wydałz siebie ciche, żałosne wycie, od którego włosystanęły mi dęba. - Co jest? - zaniepokoiłamsię. - Cicho! - Przebudzone hałasem jedno z dzieciw sypialni rozpłakało się; słyszałam szelestpościeli i senne matczyne pomruki. Przyklęknęłamszybko i złapałam Rolla za pysk, zanim zdołał zawyćponownie.

- Cicho - powtórzyłam i spojrzałam,czy ten dźwięk nie obudził babci MacLeod. Leżałanieruchomo, z woskowobiałą twarzą i zamkniętymioczyma. Czekałam, automatycznie licząc sekundy przedkolejnym uniesieniem się jej piersi w oddechu. Sześć,siedem... - O, do diabła - mruknęłam pod nosem,uświadamiając sobie, co się stało.

Przeżegnałam się pospiesznie i przysunęłam kuniej na kolanach, ale bliższe badanie nie powiedziałomi nic nowego. Do ostatniej chwili usuwała się w cień;teraz też skorzystała z chwili zamieszania, byspokojnie umrzeć.

Rollo biegał tu i tam; nie wył już, ale byłniespokojny. Delikatnie położyłam dłoń nazapadniętej piersi babci MacLeod. Nie starałam sięjuż postawić diagnozy ani nieść pomocy, po prostubyło to konieczne potwierdzenie odejścia kobiety,której imienia nie znałam.

- Cóż, niech Bóg przyjmie twoją duszę, biedaczko- powiedziałam cicho i przysiadłam na piętach,zastanawiając się, co powinnam teraz zrobić.

Zgodnie ze zwyczajami szkockich góralinatychmiast po śmierci należy otworzyć drzwi, by duszamogła opuścić ciało. Przesunęłam niepewniepalcami po wargach. Może dusza wymknęła się szybko,gdy otwierałam drzwi, by wejść do chaty? Obawiałam sięjednak, że nie.

Można by myśleć, że ze względu na tak mało sprzyjającyklimat jak w Szkocji dopuszczono czasem odstępstwo od tego zwyczaju,wiedziałam jednak, że tak nie jest. Deszcz, śnieg, zawiejaczy wichura - szkoccy górale zawsze otwierali drzwi i zostawiali je otwarte całymi godzinami - i żebyuwolnić odchodzącą duszę, i z obawy, by dusza, którejprzeszkodzono, nie zawróciła i nie zamieszkała w środku jako duch. Większość chat była za mała, by siępogodzić z takim współmieszkańcem.

Mały Orrie już się obudził. Słyszałam, jak sobieśpiewa, zadowolony, piosenkę składającą sięz jednego słowa - imienia jego ojczyma.

- Bobby, Bobby, Bobby.

Usłyszałam cichy, rozespany śmiech i wymruczaną odpowiedź Bobby'ego.

- Hej, maluchu. Potrzebujesz może nocnika,akuszla? - Słysząc to celtyckieczułe słówko - a chuisle, czyli krewmego serca - uśmiechnęłam się. I ze względu na samosłowo, i dlatego, że brzmiało ono dziwnie w wymowie z Dorset.

Rollo znów wydał z siebie niespokojny dźwięk,uświadamiając mi potrzebę działania. Jeśli za paręgodzin Higginsowie wstaną, odkryją na podłodzeciało i zobaczą zamknięte drzwi, będą zaniepokojenitym naruszeniem odwiecznych obyczajów, ale też dlatego, żezmarła nieznajoma może zadomowić się przy ichognisku. To bardzo zły znak dla nowego małżeństwa i nowego roku. Jej obecność niewątpliwie niepokoiłatakże Rolla, a perspektywa, że za chwilę pies wszystkichpobudzi, niepokoiła z kolei mnie.

- No dobrze - zdecydowałam się. - Chodź,psie.

Jak zwykle na kołku przy drzwiach wisiały kawałkiuprzęży do naprawy. Wyplątałam stamtąd długielejce i zrobiłam z nich coś w rodzaju smyczy, którązałożyłam psu na szyję. Cieszył się, że możeze mną wyjść na dwór, i rzucił naprzód, gdy tylkootworzyłam drzwi. Trochę mniej odpowiadało mu to,że zaciągnęłam go do przybudówki, pospiesznieokręciłam niby-smycz wokół podpórki półek, potemzaś wróciłam do chaty po ciało babci MacLeod.

Nim wyszłam ponownie, rozejrzałam się ostrożnie,pamiętając o ostrzeżeniach Jamiego, ale noc trwałanieruchomo. Nawet drzewa milczały.

Biedna kobieta nie ważyła chyba więcej niżtrzydzieści kilo. Kości obojczyka wystawały,wypychając skórę, a palce miała kruche jak suchegałązki. Ale i tak trzydzieści kilo wagi to więcej,niż zdołałabym unieść, musiałam więc rozwinąćkoc, którym ją przedtem otuliłam, i użyć go jakosań. Wyciągnęłam ją na zewnątrz, mrucząc pod nosemmodlitwy i przepraszając. Zanim dociągnęłam ciałodo dobudowanej spiżarni, mimo chłodu dyszałamciężko i byłam cała spocona.

- Cóż, twoja dusza przynajmniej miała dośćczasu, by się oddalić - mruknęłam, przyklękając,aby obejrzeć zwłoki, zanim znów je zawinę. -I nie wydaje mi się, byś zechciała straszyć w spiżarni.

Powieki miała nie całkiem zamknięte - widaćbyło pasek białka, jakby próbowała je otworzyći ostatni raz spojrzeć na świat - a może by zobaczyćznaną twarz?

- Benedicite - szepnęłam i delikatnie zamknęłam jej oczy, zastanawiając się,czy kiedyś jakiś obcy człowiek zrobi to samo dla mnie. Taksię mogło zdarzyć, chyba że...

Jamie oświadczył, że zamierza pojechać doSzkocji, zabrać swoją prasę drukarską, a następniewrócić tu, by walczyć. A co, odezwał się gdzieś we mniecichy, tchórzliwy głosik, co by było, gdybyśmy niewrócili? Gdybyśmy pojechali do Lallybroch i tamzostali?

Jednakże już w chwili, gdy ta myśl pojawiła się w mojej głowie wraz z różową wizją rodziny, życia w pokoju i powolnego starzenia się, bez stałego lękuprzed zamieszaniem, głodem i przemocą, zrozumiałam,że nic by z tego nie wyszło.

Nie wiem, czy Thomas Wolfe miał rację, że nieda się wrócić do domu; cóż, ja nie mogę nic o tymwiedzieć - pomyślałam z pewną goryczą. Niemiałam domu, do którego mogłabym wrócić. Znałamjednak Jamiego. Pomijając jego idealizm - a byłidealistą, choć bardzo pragmatycznego rodzaju- chodziło o to, że był prawdziwym mężczyzną,a zatem musiał mieć prawdziwą pracę, nie tylkozajęcie, którym wypełniałby czas i zarabiał nażycie. Pracę. Rozumiałam tę różnicę.

Jakkolwiek byłam przekonana, że rodzinaJamiego przyjęłaby go z radością, nie wiadomo,jak ustosunkowaliby się do mnie, choć zapewne niewezwaliby księdza, by mnie egzorcyzmował. Rzecz w tym, że Jamie nie był już panem Lallybroch. I nigdy niebędzie.

- "...ani go więcej pozna miejsce jego" -mruknęłam, obmywając zaskakująco gładkieintymne części ciała starej kobiety. Możebyła młodsza, niż sądziłam. Od wielu dni nic niejadła. Nawet śmierć nie wpłynęła na jej wygląd,ale każdy zasługuje na to, by iść do grobu z czystymciałem.

Zatrzymałam się w pół ruchu. Czy będziemy w stanie ją pochować? A może po prostu będzie spokojniespoczywać pod słoikami z dżemem i torbami suchejfasoli aż do wiosny?

Wygładziłam jej ubranie, oddychając otwartymiustami, starając się odgadnąć temperaturę poparze oddechu. Nadchodzi dopiero drugi większy śniegtej zimy, a dotąd nie mieliśmy właściwie naprawdęciężkiego mrozu, który bywa najczęściej w drugiejpołowie stycznia. Jeśli ziemia jeszcze nie zamarzła,zapewne zdołamy kobietę pochować - jeżelioczywiście mężczyźni zechcą odrzucić śnieg.

Gdy zajmowałam się staruszką, Rollo położyłsię, zrezygnowany, ale w tej chwili uniósł nagle głowęi nadstawił uszu.

- Co się stało? - powiedziałam zaskoczonai odwróciłam się na kolanach, by wyjrzeć przez otwartedrzwi spiżarni. - Co się dzieje?

***

- Ruszamy na niego? - mruknął Ian.

Przez ramię miał przewieszony łuk. Opuścił terazrękę, a łuk zsunął się bezszelestnie w jego dłoń- gotów.

- Nie, najpierw niech znajdzie, po co przyszedł. -Jamie mówił powoli, starając się rozstrzygnąć,co zrobić z tym człowiekiem, który tak nagle się przednim pojawił.

Nie może go zabić. On i jego żona wywołalipoważne kłopoty swoją zdradą, to prawda, niezamierzał jednak - przynajmniej na razie - krzywdzićjego rodziny. Czy można uznać, że Arch Bug naprawdęjest złodziejem - w jego własnym pojęciu? Przecieżciotka Jamiego, Jokasta, nie miała większego prawado złota niż on - a może nawet mniejsze.

Jamie westchnął i oparł dłoń o pas, za który zatknąłsztylet i pistolet. Z drugiej strony nie może pozwolićBugowi oddalić się ze złotem. Nie może też po prostugo przepędzić i zostawić na wolności, by przysporzyłim jeszcze więcej kłopotów. Ale co, na litość boską,mają z nim począć, gdy go złapią? Zatrzymanie go tojak trzymanie węża w torbie, ale teraz to jedyne, comogą zrobić. Potem będą się martwić, co zrobić z workiem. Może uda im się zawrzeć jakiś układ.

Postać dotarła do czarnej plamy fundamentówi przeciskała się teraz niezręcznie międzykamieniami i pozostałymi jeszcze wypalonymibelkami. W lekkim wietrze ciemna peleryna unosiłasię i wydymała.

Nagle zaczął padać śnieg - cicho, powoli,dużymi płatkami, które jakby nie leciały z nieba,tylko pojawiały się nagle w powietrzu. MusnęłyJamiemu twarz i osiadły na rzęsach. Otarł je i skinął naIana.

- Obejdź od tyłu. Jeśli zacznie uciekać, puśćmu strzałę przed nosem, żeby przystanął. I trzymaj sięz tyłu, dobrze?

- To ty się trzymaj z tyłu, wuju - odszepnąłIan. - Jeśli zbliżysz się na odległość strzału z pistoletu, może trafić cię toporem, a nie zamierzamtłumaczyć się z tego przed ciocią Claire.

Jamie parsknął i szturchnął Iana. Załadowałi odbezpieczył pistolet, a potem zdecydowanymkrokiem, w padającym śniegu, ruszył ku ruinomdomu.

Widział kiedyś, jak Arch zabił toporem indykaz odległości sześciu metrów; prawda też, żewiększość pistoletów nie niesie dokładnie przywiększej odległości. Nie zamierzał zastrzelić tegoczłowieka, wyciągnął jednak pistolet i trzymał gow ręku.

- Arch! - zawołał. Pochylona postać,odwrócona do niego tyłem, grzebała w popiele. Nadźwięk głosu zesztywniała, wciąż zgięta.

- Arch Bug! - krzyknął Jamie ponownie. - Wyjdźstamtąd, człowieku. Chcę z tobą porozmawiać.

W odpowiedzi postać wyprostowała się nagle,odwróciła - i przez padający śnieg mignąłpłomień. Niemal równocześnie Jamie poczuł ogień w udzie. Zachwiał się.

To go ogromnie zaskoczyło. Arch Bug nie używałpistoletu; Jamie zdumiał się, że potrafi tak celniemierzyć lewą... Przykląkł w śniegu, ale już unoszącbroń, zdał sobie sprawę z dwóch rzeczy. Czarna postaćmierzyła do niego z drugiego pistoletu - ale nielewą ręką. A to znaczy...

- Jezus Maria, nie, Ian!

Ale Ian widział, jak Jamie pada, widział teżpistolet. W szumie wiatru, w śniegu Jamie nie słyszałświstu strzały, która pojawiła się jakby znikąd i trafiła postać w plecy. Postać wyprostowała się,zesztywniała i upadła. Nie zdążyła jeszcze dotknąćziemi, a Jamie już biegł, utykając. Przy każdym krokuuginała się pod nim prawa noga.

- Boże, nie. Boże, nie - powtarzał nie swoimgłosem.

Przez śnieg i noc przebił się jakiś głos wypełnionyrozpaczą. Potem nagle minął go Rollo, jak ciemna smuga- kto go wypuścił? Spomiędzy drzew rozległ się odgłoswystrzału, Ian krzyknął gdzieś niedaleko, wzywającpsa, ale Jamie nie miał czasu spojrzeć. Przedzierał sięprzez czarne kamienie, ślizgał na cienkiej warstewceświeżego śniegu, potykał. Nogę miał równocześniezimną i gorącą, ale nie miało to znaczenia. O Boże,proszę, nie...

Dotarł do czarnej postaci i rzucił się koło niejna kolana, macając. Wiedział od razu, od chwili, gdyzdał sobie sprawę, że postać trzyma pistolet prawąręką. Arch, bez dwóch palców dłoni, nie mógłby strzelićprawą ręką, ale... och Boże, nie...

Obrócił ją, czując, jak niskie, ciężkieciało staje się bezwładne jak świeżo zabityjeleń. Odsunął kaptur peleryny i powiódł dłonią,łagodnie i bezradnie, po miękkiej, okrągłej twarzyMurdiny Bug. Oddychała. Może... ale czuł też podręką grot strzały, która przeszyła szyję. Oddechbył bulgotliwy i mokry, także jego dłoń zrobiłasię już mokra i ciepła.

- Arch? - wychrypiała. - Chcę Archa. - I umarła.

3. Życie za życie

Zaprowadziłam Jamiego do spiżarki. Byłotam ciemno i zimno, szczególnie dla kogoś, kto nie maspodni, nie chciałam jednak ryzykować przebudzeniaHigginsów. Boże, nie teraz. Wszyscy wyskoczylibyz pokoju jak gromada przerażonych kuropatw, ja zaśaż skuliłam się na myśl o tym, że musiałabym spotkaćich wcześniej, niż będę na to gotowa. Nawet w świetledziennym opowiedzenie im o tym, co się stało, będzie czymśokropnym; teraz nie byłabym w stanie tego zrobić.

Nie mając innego wyjścia, Jamie i Ian położylipanią Bug w spiżarce koło babci MacLeod, wsunęlipod najniższą półkę, przykrywając jej twarzpeleryną. Widziałam wystające stopy w spękanych,zniszczonych butach i prążkowanych pończochach. Nagleten widok skojarzył mi się ze Złą Czarownicą z Zachodu,zakryłam więc usta dłonią, żeby nie wymknęła mi siężadna histeryczna uwaga.

Jamie zwrócił ku mnie głowę, ale wpatrzony był w głąb siebie. Na jego twarzy malowała się rozpacz,a zmarszczki pogłębiało światło świecy, którątrzymał w ręku.

- Co takiego? - powiedziałnieprzytomnie.

- Nic takiego. - Głos mi zadrżał. - Nictakiego, usiądź, proszę. - Postawiłam na ziemistołek i mój medyczny kuferek. Wyjęłam mu z rąkświecę i kubek z gorącą wodą. Starałam się myślećtylko i wyłącznie o tym, co mam do zrobienia. Nie o stopachi nie, na litość boską, o Archu Bugu.

Jamie siedział otulony kocem, ale nogi z konieczności miał nagie. Czułam, że pokrytesą gęsią skórką, bo włoski ocierały mi sięo dłoń. Brzegi koszuli, nasiąknięte na wpółwyschniętą już krwią, przykleiły mu się do skóry, alenie wydał z siebie żadnego dźwięku, gdy je oderwałami rozsunęłam mu nogi.

Poruszał się jak w malignie, ożywił się jednaktrochę, gdy przybliżyłam palącą się świecę dojego jąder.

- Uważaj na tę świecę, Angliszko, dobrze? -powiedział, osłaniając dłonią genitalia.

Podałam mu świecę, by sam ją trzymał, i pouczywszygo, żeby uważał na kapiący, gorący wosk, podjęłambadanie.

Z rany sączyła się krew, ale coraz słabiej,zanurzyłam więc kawałek płótna w gorącej wodzie i przystąpiłam do pracy. Ciało Jamiego było chłodne- chłód przytłumił nawet mocne zapachy spiżarki- czułam jednak jego zapach; zwykły u niego zapachsuchego piżma zmieszał się z zapachem krwi i potu.

W udzie, dość wysoko, widniała głębokarana długości czterech cali. Na szczęście byłaczysta.

- Istny John Wayne - powiedziałam, próbująclekkiego tonu. Jamie, wpatrzony dotychczas w płomieńświecy, przeniósł wzrok na mnie.

- Co takiego? - spytał chrapliwie.

- Nic poważnego - stwierdziłam. - Kula ciętylko drasnęła. Parę dni będzie ci trudno chodzić,ale bohater przeżywa, by w kolejnym dniu podjąćwalkę.

Kula w gruncie rzeczy przeszła mu między nogami,przecinając dość głęboko wewnętrzną stronę udaw pobliżu genitaliów i tętnicy udowej. Cal w prawo,a już by nie żył, cal wyżej...

- To nie bardzo pomaga, Angliszko - powiedziałcicho, ale w jego oczach pojawił się cień uśmiechu.

- Nie bardzo - przytaknęłam - aleodrobinę.

- Odrobinę - potwierdził i dotknął lekkomojej twarzy. Miał bardzo zimną i drżącą dłoń. Pokostkach drugiej ręki spływał gorący wosk, ale niezwracał na to uwagi. Zabrałam mu lichtarz i odstawiłamna półkę.

Czułam, jak wprost emanuje z niego smutek i poczuciewiny. Starałam się nie dopuścić tych uczuć do siebie, bogdybym poddała się sytuacji, która mnie przerastała,nie mogłabym mu pomóc. Nie byłam pewna, czy w ogólemogę mu pomóc, zamierzałam jednak spróbować.

- Jezus Maria - powiedział tak cicho, że ledwogo słyszałam. - Czemu nie pozwoliłem mu tego zabrać,jakie to ma w ogóle znaczenie? - Uderzył pięścią w kolano. - Boże, czemu nie pozwoliłem mu go po prostuzabrać?

- Nie wiedziałeś, kto to jest ani co zamierzazrobić - powiedziałam równie cicho, kładąc murękę na ramieniu. - To był wypadek.

Mięśnie miał napięte, stwardniałe na skutekudręki. Ja też to czułam - węzeł protestu i zaprzeczenia w gardle: nie, to nie może być prawda, to niemogło się zdarzyć - ale miałam coś do zrobienia. Z tym,co nieuniknione, uporam się później.

Zakrył twarz dłonią i powoli kręciłgłową. Nie odezwał się, gdy kończyłam czyszczenie i bandażowanie rany.

- Czy możesz zrobić coś dla Iana? - spytał,gdy skończyłam. Odsunął dłoń i spojrzał na mnie,gdy się podnosiłam. Twarz miał ściągniętą bólem,ale już spokojną. - On... - przełknął i rzucił okiemku drzwiom - jest w złym stanie, Angliszko.

Spojrzałam na whisky, którą z sobą przyniosłam- zostało ćwierć butelki. Jamie śledził mojespojrzenie, ale pokręcił głową.

- To nie wystarczy.

- To ty ją wypij. - Włożyłam mubutelkę do ręki i zacisnęłam na niej palce. -Polecenie lekarza - powiedziałam cicho, alezdecydowanie. Opierał się, chciał odstawić butelkę,więc zacisnęłam mocniej dłoń na jego palcach. - Jawiem - powiedziałam. - Jamie, wiem, ale nie możesz siępoddać, nie teraz.

Patrzył na mnie przez chwilę, a w końcu pokiwałgłową; godził się, bo musiał. Czułam, że się lekkorozluźnia. Ja też miałam zdrętwiałe palce, zimneod wody i lodowatego powietrza, ale cieplejsze niżon. Ujęłam jego wolną dłoń w obie ręce i trzymałammocno.

- Jest powód, dla którego bohater nigdy nieumiera, wiesz - powiedziałam i spróbowałam sięuśmiechnąć, choć twarz miałam sztywną. - Gdy zdarzasię to najgorsze, ktoś musi podjąć decyzję, corobić. Teraz wracaj do domu i ogrzej się. - Wyjrzałam w noc, na niebo koloru lawendy i powietrze wypełnionewirującymi płatkami śniegu. - Ja poszukamIana.

***

Gdzież on mógł pójść? Przy tej pogodzie - niezbytdaleko. Zważywszy na to, w jakim stanie duchabył, gdy razem z Jamiem przynieśli ciało pani Bug,pomyślałam, że mógł po prostu pobiec w las, nie dbająco to, gdzie idzie ani co się z nim dzieje. Miał jednak z sobąpsa. Cokolwiek czuje, nie zabrałby Rolla w wyjącąśnieżycę.

A śnieżyca właśnie się zaczynała. Powoliwchodziłam po zboczu ku zabudowaniom gospodarczym,kryjąc latarnię w fałdach peleryny. Przyszło minagle do głowy, że Arch Bug mógł się schronić w chłodnilub w wędzarni i... - o Boże, czy on wie? Na momentznieruchomiałam na ścieżce, a gęsto już padającyśnieg otulił mi głowę i ramiona jak welonem.

Byłam tak zaszokowana tym, co się stało, żenawet nie pomyślałam, czy Arch Bug wie, że jego żonanie żyje. Jamie powiedział, że gdy tylko zdał sobiesprawę z sytuacji, wołali Archa, by się pojawił,ale nie było odpowiedzi. Może Arch podejrzewał, żeto pułapka, a może po prostu uciekł. Widząc Jamiego i Iana, założył, że przecież nie zrobią krzywdy jegożonie, a w takim razie...

- Och, do diabła - mruknęłam pod nosem, ale niemogłam nic z tym zrobić. Miałam tylko nadzieję, że udami się coś zrobić dla Iana. Starłam dłonią śnieg z oczui z twarzy i powoli ruszyłam dalej. Światło latarniginęło w wirze płatków śniegowych. Gdybym znalazłaArcha - zacisnęłam mocniej palce na uchwycie latarni- musiałabym mu powiedzieć, wziąć go do chaty,pozwolić mu zobaczyć... O mój Boże! Jeśli wrócęz Archem, czy Jamiemu i Ianowi uda się zająć go natyle, bym zdążyła przenieść panią Bug ze spiżarki i pokazać mu ją w bardziej odpowiedni sposób? Nie miałamczasu usunąć wystającej strzały ani przyzwoicieprzygotować ciała. Wbiłam w dłoń paznokcie wolnejręki, starając się opanować.

- Jezu. Obym go tylko nie znalazła - mruknęłampod nosem. - Proszę, żebym go tylko nie znalazła.

Ale chłodnia, wędzarnia i stodoła były, dziękiBogu, puste. Nikt też nie mógł się schować w kurniku,bo kury głośno by się rozgdakały, a tymczasemspokojnie przesypiały burzę. Na widok kurnika oczymaduszy ujrzałam nagle panią Bug, jak rozrzuca im ziarnoz fartucha i zwołuje te głupie zwierzątka. Wszystkimim nadała imiona. Było mi wszystko jedno, czy jedliśmyIzabelę czy Alasdaire'a, ale na myśl, że teraz nikt jużnie zdoła odróżnić jednego kurczaka od drugiego aninie będzie się cieszyć, że Elspeth siedzi na dziesięciujajach, ścisnęło mi się serce.

W końcu znalazłam Iana w stodole - ciemnąpostać, zwiniętą na sianie przy nogach mułaClarence'a, który nastawił uszy, gdy się pojawiłam,i ryknął zachwycony perspektywą liczniejszegotowarzystwa. Kozy zameczały histerycznie, sądzącpewnie, że zjawił się wilk. Konie, zaskoczone, rzucałygłowami, parskały i rżały pytająco. Rollo,zwinięty w sianie obok swego pana, szczeknął krótkona znak, że nie podoba mu się to zamieszanie.

- Mamy tu całą cholerną arkę Noego -odezwałam się, strząsając śnieg z peleryny i wieszając lampę na haku. - Brakuje nam tylko parysłoni. Cicho, Clarence.

Ian zwrócił ku mnie twarz, widziałam jednak powyrazie jego oczu, że nie dotarło do niego to, copowiedziałam. Przykucnęłam obok i przyłożyłamdłoń do jego policzka, zimnego i szorstkiego odrosnącej brody.

- To nie była twoja wina - powiedziałamłagodnie.

- Wiem. Nie wiem tylko, jak uda mi się z tym żyć. -W jego słowach nie słyszałam dramatyzmu, jedyniezagubienie. Rollo polizał go w rękę, a Ianzagłębił dłoń w sierści psa, jakby szukając w nimoparcia. - Co mogę zrobić, cioteczko? - Spojrzał namnie bezsilnie. - Nic, prawda? Nie mogę tego cofnąć, niemogę tego zmienić, a jednak szukam sposobu, czegoś,co mógłbym zrobić, by wszystko naprawić... ale nie maniczego takiego.

Siadłam w sianie obok niego i objęłam go ramieniem,przyciągając ku sobie jego głowę. Poddał sięniechętnie, choć czułam, jak drży z wyczerpania i smutku.

- Kochałem ją - powiedział tak cicho, żeledwo go słyszałam. - Była dla mnie jak babcia,a ja...

- I ona ciebie kochała - szepnęłam. - Niewiniłaby cię. - Dotychczas trzymałam własneuczucia na wodzy w obliczu tego, co musiałam zrobić,ale teraz... Ian miał rację, nie było niczego, comoglibyśmy zrobić, i z tego poczucia bezsiły łzyzaczęły mi spływać po twarzy. Nie płakałam - poprostu smutku i szoku było za wiele, nie potrafiłamjuż ich powstrzymać.

Nie wiem, czy poczuł na skórze moje łzy, czy tylkodrżenie smutku, ale nagle też się poddał i rozszlochałw moich ramionach.

Całym sercem pragnęłam, by był małym chłopcemi by ten smutek i łzy zdołały zmyć jego poczuciewiny i przywrócić mu pokój. Wyrósł już jednakz takich prostych gestów, mogłam więc go tylkotrzymać i gładzić po plecach, wydając z siebieciche, bezradne dźwięki. Clarence też się do nasprzyłączył. Oddychał ciężko nad głową Iana i w zamyśleniu chwytał go za włosy. Ian szarpnął się i klepnął muła po nosie.

- Och! Idź sobie! - Zakrztusił się, na wpółroześmiał, popłakał jeszcze trochę, a potemwyprostował się i wytarł nos rękawem. Chwilęsiedział nieruchomo, próbując wziąć się w garść. Czekałam.

- Gdy zabiłem tamtego człowieka w Edynburgu- powiedział w końcu niewyraźnym, ale opanowanymjuż głosem - wuj Jamie wziął mnie do spowiedzi i nauczyłmodlitwy, którą się odmawia, gdy się kogoś zabiło,by powierzyć duszę tego człowieka Bogu. Czy odmówiszją ze mną, ciociu?

Nie myślałam ani nie odmawiałam Wiecznegoodpoczywania od wielu lat, więcprzypominałam sobie słowa z wahaniem i zacinającsię. Ian natomiast znał modlitwę na pamięć, a słowapłynęły mu bez trudu. Zastanawiałam się, jak częstomusiał odmawiać ją przez te lata.

Słowa wydawały się nieważne i pozbawionemocy, ginęły w szeleście siana i odgłosachwydawanych przez zwierzęta. A jednak poczułamodrobinę ulgi, że je wypowiedziałam. Miałam wrażeniesięgania ku czemuś niepojętemu, ku czemuś, co musi istnieć, bosam człowiek nie potrafi się odnaleźć w takiej sytuacji i sprostaćjej. Ja w każdym razie nie mogłam.

Ian siedział przez jakiś czas z zamkniętymioczyma. Otworzył je w końcu i spojrzał na mnie czarnymspojrzeniem; był bardzo blady.

- A potem, dodał wuj, trzeba z tym żyć -powiedział cicho. Przetarł twarz dłonią. - Nie wiemtylko, czy potrafię. - Było to proste stwierdzeniefaktu. Przeraziło mnie. Brakowało mi już łez,wydało mi się jednak, że spojrzałam w czarną otchłańbez dna - i nie potrafię oderwać wzroku. Odetchnęłamgłęboko, próbując znaleźć odpowiednie słowa;w końcu wyjęłam z kieszeni chustkę i podałamIanowi.

- Oddychasz, Ianie?

Wargi mu zadrżały.

- Tak, chyba tak.

- Na razie to wszystko, co musisz robić. -Wstałam, otrzepałam siano ze spódnicy i wyciągnęłam ku niemu rękę. - Chodź. Musimywrócić do chaty, zanim nas tu całkiem zawieje.

Śniegu było coraz więcej. Powiew wiatruzgasił świeczkę w latarni. Nie miało to znaczenia,trafiłabym do chaty nawet na ślepo. Ian szedł przedemną w milczeniu, wytyczając drogę przez świeżyśnieg. Pochylił głowę, walcząc z wiatrem, i opuściłwąskie ramiona.

Miałam nadzieję, że modlitwa mu chociaż trochępomogła, i zastanawiałam się, czy Mohawkowie mająlepsze sposoby radzenia sobie z niesprawiedliwąśmiercią niż Kościół katolicki. I nagle zdałamsobie sprawę, że wiem dokładnie, co Mohawkowiezrobiliby w takiej sytuacji, wiedział to też Ian- zrobił to. Owinęłam się szczelniej peleryną,wydało mi się bowiem, że przełknęłam wielką lodowąkulę.

4. Nie tak prędko

Po dłuższej dyskusji przenieśliśmyoba ciała na ganek. W środku nie było miejsca, byzłożyć je jak należy, a biorąc pod uwagę wszystkieokoliczności...

- Nie możemy pozwolić, by stary Arch trwał w niepewności dłużej, niż musi - powiedział Jamie,przecinając dyskusję. - Jeśli ciało będzieleżeć na widoku, wyjdzie czy nie wyjdzie, ale będziewiedział, że jego żona nie żyje.

- Będzie wiedział - potwierdził Bobby Higgins,rzucając niespokojne spojrzenie ku drzewom. - A co,twoim zdaniem, wtedy zrobi?

Jamie stał przez chwilę wpatrzony w las, w końcupokręcił głową.

- Będzie przeżywał żałobę, a ranozobaczymy, co mamy zrobić.

Nie był to normalny rodzaj czuwania przy zmarłych,ale staraliśmy się zachować wszystkie możliwerytuały. Amy podarowała pani Bug własnycałun, który utkała sobie po pierwszym ślubiei starannie przechowywała. Babcię MacLeodubraliśmy w resztki mojej drugiej koszuli i paręfartuchów, które dla okazania szacunku pospieszniezszyliśmy. Złożyliśmy ciała po dwóch stronachganku, tak że stykały się stopami. Na piersiach każdejzmarłej położyliśmy małą miseczkę z solą i kromkę chleba, choć nie mieliśmy pod ręką żadnegopożeracza grzechów. Napełniłam żarem niedużygliniany garnek i postawiłam obok ciał. Ustaliliśmy,że w nocy będziemy czuwać przy zmarłych kolejno, bona ganku nie zmieściłyby się więcej niż dwie czy trzyosoby naraz.

- "Jakże srebrzyste dziś księżyca lśnienie /Maluje biały śnieg i czarne cienie" - powiedziałamcicho. Tak było; śnieżyca się skończyła i będącyw trzeciej kwadrze księżyc rozsiewał czyste, zimneświatło, które wydobywało z cienia wszystkieobsypane śniegiem drzewa, rysując je delikatniei wyraźnie jak na japońskim drzeworycie. A w oddalistosy zwęglonych belek, ruiny wielkiego domu, kryły to,co pod nimi schowano.

Jamie i ja objęliśmy pierwsze czuwanie. Niktnie protestował, gdy to omawialiśmy, ale wszyscymyśleli o Archu Bugu, kryjącym się samotnie gdzieśw lesie.

- Myślisz, że on tu jest? - spytałam cichoJamiego. Pokazałam głową ciemne drzewa stojącew spokoju we własnych całunach.

- Gdybyś to ty miała tu leżeć, a nighean - powiedział Jamie, obrzucającspojrzeniem nieruchome białe postacie pod ścianąganku - byłbym obok ciebie, żywy czy martwy. Chodź,usiądź tu.

Siadłam obok niego. Przy naszych otulonychpeleryną kolanach stał garnek z żarem.

- Biedaczki - szepnęłam po chwili. - Takdaleko od Szkocji.

- To prawda. - Ujął moją dłoń. Palce miałtak samo zimne jak ja, lecz sama ich wielkość i siłaprzynosiły mi ukojenie. - Ale zostaną pochowanewśród ludzi, którzy znają ich obyczaje, choć nie wśródwłasnej rodziny.

- Masz rację. - Gdyby wnukowie babci MacLeodkiedykolwiek wrócili, przynajmniej znajdą kamieńna jej grobie i będą wiedzieli, że potraktowanoją życzliwie. Pani Bug nie miała żadnej rodzinypoza Archem, więc nikt nie przyjdzie i nie będzie szukaćkamienia nagrobnego, ale będzie leżała wśródludzi, którzy ją znali i kochali. A co z Archem? Jeślinawet miał w Szkocji jakąś rodzinę, nigdy o niej niewspominał; żona była dla niego wszystkim, tak samo jakon dla niej.

- Nie sądzisz, że Arch, hmm, mógłby... się zabić,gdy już się dowie? - spytałam.

Jamie zdecydowanie pokręcił głową.

- Nie, to do niego niepodobne.

W pewnym sensie to stwierdzenie przyniosło mi ulgę,ale gdzieś głębiej, tam, gdzie nie sięgało już mojewspółczucie, zastanawiałam się, co może zrobićczłowiek tak gwałtowny jak Arch, któremu zadano takiśmiertelny cios - pozbawiono kobiety, która niemalprzez całe życie była jego kotwicą i portem. Co zrobitaki człowiek? - zastanawiałam się. Popłynieszybciej niż wiatr, aż natrafi na rafę i utonie,czy przywiąże do swojego życia własnoręcznąkotwicę złości i uczyni zemstę swoją nowąbusolą? Widziałam, jaką winę noszą w sobie Jamiei Ian. A jaką nosi Arch? Czy jakikolwiek człowiek byłbyw stanie to znieść? Może musi obciążyć nią kogośinnego, po prostu by przeżyć.

Jamie nie podzielił się ze mną własnymiprzemyśleniami, zauważyłam jednak, żezatknął za pas i pistolet, i sztylet, pistolet zaśbył załadowany i odbezpieczony. Pod żywicznymzapachem jodły i świerka czułam zapach czarnegoprochu. Może chciał tylko przegnać wilka czy lisa...

Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu,przyglądając się zmiennym wzorom żaru na węglachw glinianym garnku i migotaniu światła nacałunach.

- Nie sądzisz, że powinniśmy się pomodlić? -szepnęłam.

- Od chwili gdy to się stało, Angliszko, nieprzestałem się modlić.

- Wiem, o czym mówisz.

I wiedziałam: o tej namiętnej modlitwie, żebyto się nie zdarzyło, o rozpaczliwej modlitwie o pokierowanie; o potrzebie zrobienia czegoś, gdynic już zrobić nie można. I oczywiście o modlitwie zaspokój dla tych, którzy właśnie odeszli. Babcia MacLeodprzynajmniej spodziewała się śmierci i moim zdaniemprzyjęła ją z wdzięcznością. Natomiast paniBug musiała się poczuć zaskoczona, że tak nagleumarła. Pojawiła mi się przed oczyma niepokojącawizja pani Bug - stoi w śniegu tuż przy ganku z rękomaopartymi na szerokich biodrach i wydętymi ustami i wpatruje się w swoje zwłoki. Zła, że tak bezwzględniepozbawiono ją ciała.

- To dla nas prawdziwy wstrząs - powiedziałamprzepraszająco do jej cienia.

- Tak, to prawda.

Jamie sięgnął za pazuchę i wyciągnąłbutelkę. Odkorkował ją i ostrożnie wylał po kilkakropel whisky na głowy obu zmarłych kobiet. Potem zaśmilczącym gestem uniósł butelkę ku babci MacLeod,a potem ku pani Bug.

- Murdino, żono Archibalda, byłaśwspaniałą kucharką - powiedział po prostu. -Do końca życia będę pamiętać twoje ciasteczka i będę myśleć o tobie nad poranną owsianką.

- Amen. - W moim drżącym głosiełzy mieszały się ze śmiechem. Wzięłam od niegobutelkę i przechyliłam do ust. Whisky przepaliłami ściśnięte gardło, rozkaszlałam się. - Znam jejprzepis na korniszony w occie; nie powinien pójść w zapomnienie, zapiszę go.

Wzmianka o pisaniu przywiodła mi na myślniedokończony list, złożony i czekający w mojejtorbie z robótką. Jamie poczuł, że zesztywniałam,i pytająco zwrócił ku mnie głowę.

- Myślałam o liście - odkaszlnęłam. -Roger i Bree wiedzą przecież, że dom się spalił,ucieszą się więc, gdy przeczytają, że wciążżyjemy. Zakładając, że list do nich dotrze.

Świadomi i niespokojnych czasów, i niepewności,czy historyczne dokumenty się zachowają, Jamie i Roger wypracowali kilka sposobów przekazywaniainformacji: poczynając od zamieszczaniazakodowanych informacji w różnych gazetach, po cośskomplikowanego związanego z Kościołem Szkockimi Bankiem Anglii. Wszystko to oczywiście opierało sięna podstawowym założeniu, że rodzina MacKenziebezpiecznie przeszła przez kamienie i pojawiła sięmniej więcej we właściwym czasie. Ale dla własnegospokoju zakładałam, że tak było.

- Nie chciałabym jednak zakończyć listuopowieścią o tym. - Wskazałam głową owiniętecałunami postacie. - Kochali panią Bug, a Breemartwiłaby się o Iana.

- Tak, masz rację - powiedział Jamie w zamyśleniu. - Prawdopodobnie Roger Mac wszystkoby przemyślał i zrozumiał, że to Arch... A wiedzieć i nie móc nic z tym zrobić... tak, byliby zmartwieni. Chybaże znajdą kolejny list, w którym opowiemy, jak się towszystko skończyło, ale Bóg jeden wie, ile czasu upłynie,zanim to rzeczywiście się skończy.

- A jeśli nie dostaną następnego listu... -Albo nie będziemy żyć tak długo, by go napisać,dodałam w myśli.

- Tak, lepiej im o tym nie mówić, nie tak odrazu.

Przysunęłam się bliżej i oparłam o niego, onzaś objął mnie ramieniem. Przez chwilę siedzieliśmyw milczeniu, wciąż niespokojni i pełni żalu, alepocieszeni myślą o Rogerze, Bree i dzieciach.

Z chaty za nami dobiegały różnedźwięki. Przedtem wszyscy zachowywali ciszę, terazjednak do głosu dochodziła normalność. Nie możnabyło długo utrzymać dzieci pod korcem. Słyszałam więcpytania, prośbę o jedzenie, gadaninę dzieciaków,podnieconych, że tak późno jeszcze nie śpią, pytaniaprzebijające się przez brzęk naczyń i odgłosyprzygotowywanego posiłku. Na następny czasczuwania będą paszteciki i podpłomyki. Pani Bugsię ucieszy. Z komina nagle strzelił snop iskier, któreopadły na ganek jak gwiazdy, rysując się wyraźnie na tleciemnego nieba i jasnego, świeżego śniegu.

Jamie objął mnie mocniej i mruknął z zadowoleniem.

- To, co powiedziałaś o tym białym śniegu i czarnych cieniach, to wiersz, prawda?

- Tak, to wiersz. Niezbyt odpowiedni na czuwanieprzy zmarłych. To zabawny, bożonarodzeniowywierszyk zatytułowany Wizyta świętegoMikołaja.

Jamie parsknął, a z jego ust uniósł się białyobłoczek pary.

- Nie sądzę, by słowo "odpowiedni"miało coś wspólnego z właściwym czuwaniem,Angliszko. Jeśli dasz żałobnikom dość picia, tojeszcze przed zmrokiem zaczną śpiewać O thoira-nall am Botul, a dzieciaki będą tańczyć napodwórku.

Nie roześmiałam się, ale bez trudu mogłam sobieto wyobrazić. Mieliśmy dość picia - w spiżarcestała beczułka świeżo uwarzonego piwa, a z kryjówki w stodole Bobby przyniósł zapasowyantałek whisky. Podniosłam rękę Jamiegoi pocałowałam zimne kostki. Wraz z rosnącąświadomością toczącego się za nami życia szoki poczucie zagubienia zaczęły zanikać. Chatabyła małą, tętniącą życiem wysepką wśród chłoduczarno-białej nocy.

- Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą- powiedział Jamie cicho, nawiązując do moichniewypowiedzianych myśli.

- O, ta myśl jest odpowiednia - zauważyłam. -Może nawet zbyt odpowiednia.

- Tak? Dlaczego?

- Bo po tej frazie zawsze słyszę następną:"Nie pytaj, komu bije dzwon; bije on tobie".

- Aha, a znasz całość? - Nie czekając na mojąodpowiedź, pochylił się i przegarnął kijem żar,wzbudzając wiązkę cichych iskierek. - To w gruncierzeczy nie jest wiersz; a w każdym razie niezamierzonyprzez autora wiersz.

- Nie? - zdziwiłam się. - Więc co to jest czy coto było?

- Medytacja. Coś pośredniego międzykazaniem a modlitwą. Napisał to w swoichRozważaniach na odpowiednie okazjeJohn Donne. Ta okazja jest chyba wystarczającoodpowiednia, prawda? - dodał z kwaśnymuśmieszkiem.

- Tak, myślę, że jest bardzo odpowiednia. Czegozatem nie znam?

Przyciągnął mnie bliżej i pochylił głowę,opierając ją na mojej.

- Niech sobie przypomnę, co zdołam. Na pewnonie odtworzę całości, ale te fragmenty, któremnie najbardziej poruszyły, zapamiętałem. -Słyszałam, jak oddycha powoli i lekko, koncentrującsię. - "Cała ludzkość jest dziełem jednegoautora - powiedział powoli - pomieszczonym w jednym tomie. Gdy umiera jeden człowiek, nie wydzierasię z książki rozdziału, tylko tłumaczy się gow lepszym języku, i każdy rozdział musi być takprzetłumaczony". Potem są fragmenty, których niepowtórzę z pamięci, ale podobał mi się ten. "Dzwonbije temu, kto myśli, że mu bije - uścisnął mi lekkodłoń - i choć potem ustaje, od tej chwili, którą taokazja na niego sprowadziła, jest połączony z Bogiem".

Zamyśliłam się nad tymi słowami.

- Masz rację, to mniej poetyczne, ale może niesiewięcej nadziei?

Czułam, jak się uśmiecha.

- Masz rację, ja też zawsze tak myślałem.

- Gdzie to przeczytałeś?

- Gdy byłem więźniem w Hellwater, John Greypożyczył mi tomik pism Johna Donne'a; tam to było.

- Bardzo oczytany dżentelmen - powiedziałam,nieco dotknięta przypomnieniem, że John Grey dzielił z Jamiem sporą część jego życia, a ja nie. Równocześniejednak cieszyłam się, że w tamtych trudnych czasachJamie miał przyjaciela. Jak często, zastanowiłamsię nagle, słyszał ten bijący dzwon?

Usiadłam prosto, sięgnęłam po flaszkę i zdrowopociągnęłam. Przez szczelinę w drzwiach wydostawałsię zapach pieczenia, cebuli i duszonego mięsa. W żołądku zaburczało mi nieprzyzwoicie, ale Jamie niezwrócił na to uwagi. Patrzył zamyślony ku zachodowi,gdzie chmura kryła większość góry.

- MacLeodowie powiedzieli, że gdy szli,na przełęczach śnieg sięgał im już po biodra -powiedział. - Skoro tu mamy stopę nowego śniegu,to na przełęczach będą trzy stopy. Nie ruszymy nigdzieprzed wiosenną odwilżą, Angliszko. Będziemy miećdość czasu, by wyciosać właściwe kamienie nagrobne- dodał, rzucając spojrzenie na naszych milczącychgości.

- A zatem wciąż zamierzasz jechać doSzkocji?

Tak powiedział po pożarze wielkiego domu, ale odtamtej pory o tym nie wspominał. Nie byłam pewna,czy rzeczywiście miał taki zamiar, czy też po prostureagował na natłok zdarzeń.

- Tak, chciałbym. Wydaje mi się, że nie możemytu zostać - stwierdził z pewnym żalem. - Z nadejściemwiosny cały kraj znów się zacznie gotować, a my zanadtozbliżyliśmy się do ognia. - Głową pokazał spaloneresztki wielkiego domu. - Następnym razem nie chciałbymdać się upiec.

Wiedziałam, że ma rację. Mogliśmy zbudowaćnowy dom, ale mało prawdopodobne, by pozwolono namw nim spokojnie mieszkać, choćby dlatego, że Jamiebył - a przynajmniej kiedyś był - pułkownikiemmilicji. Tylko fizyczna niesprawność lub nieobecnośćmogły zdjąć z niego tę odpowiedzialność. A nastrojew górach bynajmniej nie sprzyjały rebelii. Znałamwiele osób, które zostały pobite, którym spalonodobytek, które wygnano w lasy lub na bagna albo wręczzabito na skutek nieostrożnie wyrażanych przez niezapatrywań politycznych.

Pogoda nie pozwalała nam wyjechać,ale uniemożliwiała także ruch milicji orazbłąkających się band rzezimieszków. Ta myślprzeszyła mnie chłodem. Zadrżałam.

- Może wejdziesz do środka, a nighean? - spytał Jamie. - Mogę chwilęposiedzieć tu sam.

- Tak, a kiedy wyjdziemy z podpłomykami i miodem, zobaczymy, jak leżysz koło tych starych dam z toporem w głowie. Nie, nic mi nie jest. - Znów łyknęłamwhisky i oddałam mu butelkę. - Ale nie musimy jechaćaż do Szkocji - powiedziałam po chwili, patrząc,jak pije. - Możemy po prostu pojechać do New Berni wejdziesz w spółkę z Fergusem. - To właśnie,jak powiedział, zamierzał zrobić: pojechać doSzkocji, zabrać prasę drukarską, którą swegoczasu zostawił w Edynburgu, a potem wrócić, by dalejwalczyć, uzbrojony w ołów w formie czcionek zecerskich,a nie kul do muszkietu. Nie byłam pewna, który sposóbniesie z sobą większe niebezpieczeństwo.

- Nie sądzisz chyba, że twoja obecnośćpowstrzymałaby Archa przed próbą zdzielenia mnie w głowę, gdyby miał taki zamiar? - Jamie uśmiechnąłsię przelotnie. - Nie, Fergus, jeśli chce, ma prawowystawiać się na niebezpieczeństwo. Ja jednak niemam prawa wciągać jego i jego rodziny we własneniebezpieczeństwo.

- Co mi mówi wszystko, czego potrzebujęwiedzieć o tym, jakiego rodzaju drukami zamierzasz sięzajmować. A moja obecność może nie powstrzymałabyArcha przed atakiem na ciebie, mogłabym jednakprzynajmniej krzyknąć "uważaj", gdybym zobaczyła,że się za tobą skrada.

- Zawsze chcę, żebyś strzegła moich tyłów,Angliszko - zapewnił mnie poważnie. - A zatem jużwiesz, co zamierzam robić.

- Tak - westchnęłam. - Czasami żywiępróżną nadzieję, że się mylę co do ciebie, ale nigdysię to jeszcze nie zdarzyło.

Roześmiał się na te słowa.

- Nie, nie mylisz się - przytaknął - ale jednakwciąż tu jesteś. - Uniósł butelkę, przepijającdo mnie, i łyknął whisky. - Dobrze wiedzieć, że ktośbędzie za mną tęsknił, gdy padnę.

- Słyszałam to "gdy" zamiast "jeśli" -oświadczyłam zimno.

- To zawsze było "gdy", Angliszko -stwierdził łagodnie. - Każdy rozdział musi być takprzetłumaczony, prawda?

Odetchnęłam głęboko i patrzyłam, jak mój oddechunosi się chmurką pary.

- Żywię głęboką nadzieję, że nie będęmusiała tego robić - powiedziałam - alegdyby się tak stało, czy wolałbyś być pochowanytutaj, czy przewieziony do Szkocji? - Myślałam o granitowym, małżeńskim kamieniu z jego i moimimieniem na cmentarzu w St. Kilda. Gdy go zobaczyłam,omal nie doznałam ataku serca i nie byłam pewna, czywybaczyłam to Frankowi; choć w ten sposób osiągnąłto, co zamierzał.

Jamie parsknął lekko. Nie był to śmiech.

- Będę miał szczęście, jeśli w ogólespocznę w jakimś grobie, Angliszko. Znacznie bardziejprawdopodobne, że zostanę utopiony, spalony alboporzucony, bym gnił na jakimś polu bitwy. Nie martw się,jeśli na ciebie spadnie zagospodarowanie megociała. Po prostu zostaw je wronom.

- Dobrze, zapamiętam - powiedziałam.

- Czy bardzo nie chcesz jechać do Szkocji? - spytał,unosząc brwi.

Westchnęłam. Choć wiedziałam, że nie spocznie podtamtym konkretnym kamieniem, nie mogłam pozbyć sięmyśli, że w którymś momencie tam umrze.

- Nie o to chodzi. Nie chcę zostawiać gór. Nie chcępatrzeć, jak zieleniejesz i wyrzygujesz wnętrznościna statku. I nie chcę chyba wiedzieć, co może sięprzydarzyć na drodze do tego statku. PomijającEdynburg i prasę drukarską, chcesz chyba jednakpojechać do Lallybroch?

Kiwnął głową, nie odrywając wzroku odżarzących się węgli. Ich światło było słabe, alemalowało ciepłem łuki jego brwi i ześlizgiwałosię po długim, prostym nosie.

- Obiecałem, prawda? - powiedział po prostu. -Obiecałem matce młodego Iana, że go przywiozę,a po tym, co się tu stało, lepiej, żeby jechał.

Pokiwałam głową w milczeniu. Trzy tysiące milmoże Ianowi nie wystarczy uciec przed wspomnieniami,ale na pewno nie zaszkodzi. A radość ujrzenia rodziców,braci, sióstr, szkockich gór... może przyspieszy gojeniesię jego ran.

Jamie zakaszlał i przesunął kostkami palcówpo wargach.

- Jest jeszcze jedna rzecz - powiedział jakbynieśmiało. - Kolejna obietnica, można by rzec.

- Co masz na myśli?

Spojrzał mi w oczy.

- Przysiągłem sobie, że nie stanę z broniąprzeciwko swemu synowi.

Odetchnęłam głęboko i pokiwałam głową. Pochwili milczenia podniosłam wzrok.

- Nie spytałeś, co ja chciałabym zrobić zeswoim ciałem - powiedziałam to żartobliwym tonem,by trochę zmienić nastrój, ale jego palce tak gwałtownieowinęły się wokół moich, że mnie zaskoczył.

- Nie - powiedział cicho - i nigdynie spytam. - Nie patrzył na mnie, tylko w biel przednaszymi oczyma. - Nie mogę myśleć o tobie martwej,Claire. Wszystko, ale nie to. Nie mogę.

Wstał gwałtownie. Trzask drewna,łoskot spadającego cynowego dzbanka i podniesione głosy we wnętrzu chaty oszczędziły miodpowiedzi. Pokiwałam tylko głową i pozwoliłammu się podnieść, bo otworzyły się drzwi i wylało sięz nich światło.

***

Ranek wstał czysty i jasny. Na ziemi leżałaniecała stopa świeżego śniegu. Przed południemwiszące z okapu chaty sople zaczęły odpadać jakmałe sztylety, rozbijając się z brzękiem. Jamie i Ianposzli ze szpadlami na niewielki cmentarzyk na wzgórzu,by zobaczyć, gdzie się da wykopać dwa przyzwoitegroby.

- Zabierzcie z sobą Aidana i paru chłopców -powiedziałam przy śniadaniu. - Trzeba się ich stądpozbyć, żeby nie kręcili się pod nogami.

Jamie rzucił mi ostre spojrzenie, ale zgodziłsię. Dobrze wiedział, co myślę. Jeśli Arch Bug nie wiejeszcze, że jego żona nie żyje, niewątpliwie zaczniewyciągać wnioski, gdy zobaczy kopanie grobu.

- Najlepiej byłoby, gdyby przyszedłi porozmawiał ze mną - powiedział mi cicho,a jego słowa zagłuszał hałas czyniony przezprzygotowujących się do wyjścia chłopców, ich matki,które szykowały im jedzenie na drogę, i mniejszedzieci, które w drugiej izbie bawiły się w "staryniedźwiedź mocno śpi".

- Tak, i chłopcy mu w tym nie przeszkodzą -powiedziałam. - Ale jeśli nie zechce wyjść i porozmawiać...

Ian mówił, że podczas wydarzeń poprzedniejnocy słyszał wystrzał ze strzelby. Arch Bug nie potrafijednak dobrze strzelać i zapewne zawahałby się przedstrzeleniem do grupy, w której są dzieci.

Jamie pokiwał głową i wysłał Aidana po dwóchnajstarszych kuzynów.

Poszli z nimi także Bobby i muł Clarence. Wyżej nazboczu, tam, gdzie Jamie zamierzał pewnego dnia zbudowaćnam nowy dom, leżał stos świeżo pociętych sosnowychdesek. Jeśli uda się wykopać groby, Bobby przywiezieczęść desek, żeby zbić z nich trumny.

Z miejsca, gdzie stałam na ganku, widziałam terazobładowanego Clarence'a, zjeżdżającego w dół z wdziękiem baletnicy. Postawił uszy, jakbymiały mu pomóc w zachowaniu równowagi. Bobbyschodził razem z nim, od czasu do czasu poprawiającładunek. Zauważył mnie i pomachał, uśmiechającsię. Nawet z tej odległości widziałam wypalonąna jego policzku literę M. Odpowiedziałam mu tymsamym i weszłam do domu, by powiedzieć kobietom, żeczeka nas pogrzeb.

***

Następnego ranka podążyliśmy krętąścieżką na cmentarzyk. Dwie stare damy, niezwykłetowarzyszki w śmierci, leżały koło siebie w trumnachna saniach. Sanie ciągnął Clarence i muł jednej z pańMcCallum, mały, czarny, imieniem Pudding.

Nie byliśmy ubrani w nasze najlepsze rzeczy, bo niktnie miał najlepszych rzeczy - poza Amy McCallum-Higgins,która dla okazania szacunku włożyła obszytąkoronką ślubną chustkę. Byliśmy jednak czyści,dorośli byli trzeźwi, przynajmniej z wyglądu, i czujni. Bardzo czujni.

- Która z nich będzie nowym strażnikiem,mamo? - spytał Aidan, patrząc na dwie trumny, podczas gdysanie z jękiem drewna sunęły pod górę. - Któraumarła pierwsza?

- O... nie wiem, Aidan. - Amy najwyraźniej byłanieco zaskoczona. Zmarszczyła brwi, patrząc na trumny,a potem przeniosła wzrok na mnie. - Czy pani wie, paniFraser?

Pytanie uderzyło mnie jak kamyk; zmrużyłamoczy. Oczywiście nie wiedziałam, ale z pewnym wysiłkiempowstrzymałam się przed zerknięciem między drzewarosnące wzdłuż ścieżki. Nie miałam pojęcia, gdziedokładnie jest Arch Bug, ale nie miałam wątpliwości,że jest blisko. A jeśli jest na tyle blisko, że słyszytę rozmowę...

Przesąd powszechny wśród szkockich góralimówił, że ostatnia osoba pochowana na cmentarzustaje się strażnikiem i musi bronić dusz tych, którzy tamspoczywają, przed wszelkim złem, aż umrze ktoś kolejnyi zajmie miejsce strażnika. Wtedy dopiero poprzednistrażnik zostaje zwolniony ze swego obowiązkui może odejść do nieba. Uważałam, że Archowi niespodobałaby się myśl, że jego żona ma zostać na ziemi,by strzec grobów prezbiterian i grzeszników, takich jakMalva Christie.

Na myśl o Malvie, która zapewne byłaobecnym strażnikiem cmentarza, ścisnęło mi sięserce. Zapewne - bo aczkolwiek po jej śmierci naRidge zmarły także inne osoby, ona była ostatniąpochowaną na samym cmentarzu. Jej brat Allan leżałw pobliżu w lesie, w nieoznaczonym grobie. Niewiedziałam, czy było to na tyle blisko, by się liczyło,a ojciec...

Zakaszlałam, zasłaniając usta dłonią, i odchrząknęłam.

- Och, pani MacLeod - powiedziałam. -Umarła, kiedy wróciliśmy do chaty z panią Bug.

Lepiej nie mówić, że umarła, gdy wychodziłamz chaty. Mówiąc te słowa, patrzyłam na Amy, ale gdyodwróciłam głowę, by spojrzeć na ścieżkę,zobaczyłam go. Tuż przed sobą. W starym czarnympłaszczu, z gołą, pochyloną, siwą głową, Arch Bugszedł przez śnieg za saniami, powoli, jak kruk kroczącypo ziemi. Żałobników przebiegł dreszcz.

Odwrócił głowę i zobaczył mnie.

- Czy zechce pani śpiewać, pani Fraser? -spytał cicho i uprzejmie. - Chciałbym, by odeszła wedługwłaściwego obrządku.

- Ja... tak, oczywiście.

Zdenerwowana, szukałam w głowie czegośodpowiedniego. Nie czułam się na siłach, byułożyć właściwy caithris,pieśń żałobną za zmarłych, ani też by wydać z siebieformalne zawodzenie, które powinno towarzyszyćprawdziwemu, dobremu pogrzebowi szkockiegogórala.

Zdecydowałam się pospiesznie na psalm po gaelicku,którego nauczył mnie Roger - Is e Dia feina's buachaill dhomh. Każdy werset tego psalmumiał być śpiewany przez prowadzącego, a następniepowtarzany przez zgromadzenie. Było to jednak proste,i choć mój głos na zboczu góry wydawał się cienki i mało słyszalny, idący wokół mnie byli w staniepodjąć melodię. Zanim dotarliśmy na cmentarz,osiągnęliśmy już przyzwoity poziom głośności i zaangażowania.

Sanie zatrzymały się na skraju otoczonej sosnamipolany. Pod na wpół stopionym śniegiem rysowałosię kilka drewnianych krzyży i wzgórków. Pośrodkuwidniały dwa świeże groby, błotniste i surowe. Ichwidok przerwał śpiew gwałtownie jak kubeł zimnejwody.

Słońce przeświecało przez drzewa, blade, alejasne. Na gałęziach tuż przy polanie niestosowniewesoło rozmawiały z sobą kowaliki. Jamieprowadził muły i nie obejrzał się, gdy pojawił sięArch, teraz jednak odwrócił się do niego i wskazującbliższą sobie trumnę, spytał cicho:

- Czy chcesz raz jeszcze spojrzeć na żonę?

Dopiero gdy Arch kiwnął głową i podszedł dosań, zdałam sobie sprawę, że mężczyźni przybiligwoździami wieko trumny pani MacLeod, ale wieko trumnypani Bug leżało luźno. Bobby i Ian, patrząc w ziemię,zdjęli ją teraz z sań.

Arch rozplótł włosy, co było oznakążałoby. Nigdy przedtem nie widziałam ichrozpuszczonych. Były cienkie, białe i fruwały wokółjego twarzy jak dym, gdy się pochylił i delikatnieuniósł całun z twarzy Murdiny.

Przełknęłam z trudem i zacisnęłampalce. Usunęłam strzałę, co nie było przyjemne,potem zaś, zanim ją uczesałam, owinęłam jej gardłoczystym bandażem. Wyglądała dobrze, choć zupełnieinaczej; chyba nigdy nie widziałam jej bez czepka, a bandaż wokół gardła nadawał jej wygląd surowego,prezbiteriańskiego kapłana. Widziałam, żeArch cofnął się trochę; choć natychmiast odzyskałkontrolę nad wyrazem twarzy, bruzdy biegnące od nosado brody wydawały się znacznie głębsze. Poza tymotwierał i zamykał dłonie, jakby chciał złapać coś,czego tam nie było. Długo wpatrywał się w trumnę,po czym sięgnął do sporranu i coś wyciągnął. Gdyodwinął płaszcz, zobaczyłam, że za pasem nie maniczego. Przyszedł bez broni.

Przedmiot, który trzymał w ręku, był mały i lśniący. Pochylił się, próbując przymocować to cośdo całunu, ale z braku palców nie potrafił. Mruknąłcoś pod nosem po gaelicku, a potem podniósł wzrok namnie. Widziałam w jego oczach coś w rodzaju paniki,podeszłam więc szybko i wyjęłam ten przedmiot z jego ręki. Była to złota broszka, mała, piękniewykonana, w kształcie jaskółki w locie. Wyglądałana zupełnie nową. Wzięłam ją od niego i odsuwająccałun, przypięłam do chustki pani Bug. Nigdy przedtemnie widziałam tej broszki, ani u pani Bug, ani wśród jejrzeczy; przyszło mi do głowy, że Arch pewnie kazałją wykonać ze złota, które zabrał JokaścieCameron. Może wtedy, gdy zaczął wywozić sztabki pokolei, a może później. Obietnica złożona żonie,że lata ich ubóstwa i zależności minęły. Cóż,rzeczywiście minęły. Podniosłam wzrok na Archa, a gdy kiwnął głową, nasunęłam lekko całun na zimnątwarz jego żony.

Kierując się impulsem, wyciągnęłam rękę,by ująć jego dłoń, ale cofnął się i czekał spokojnie,aż Bobby przybije wieko. W pewnym momencie podniósłwzrok i powoli zmierzył nim Jamiego, a potem Iana.

Zacisnęłam wargi, spojrzałam na Jamiegoi wróciłam do jego boku. Na jego twarzy wyraźnierysował się smutek i wina, Arch najwyraźniej czuł tosamo. Czy żadnemu z nich nie przyszło do głowy, że i paniBug miała udział w tym, co się stało? Gdyby nie strzeliłado Jamiego... Ale ludzie nie zawsze zachowują sięracjonalnie i tak jak powinni. Zresztą czy to, żektoś przyczynił się do własnej śmierci, pomniejszatragedię?

Kątem oka zauważyłam niewielki pagórek -grób Malvy i jej syna, tylko odrobinę wystającyze śniegu. Okrągły, mokry i ciemny, jak czubek głowyniemowlęcia, które się rodzi. Spoczywaj w pokoju,pomyślałam i poczułam, że napięcie, w którymżyłam przez dwa ostatnie dni, opuszcza mnie. Teraz możeszodejść.

Przyszło mi do głowy, że to, co powiedziałam Amy i Aidanowi, nie zmienia kolejności zgonów i tego, któraz kobiet zostanie strażniczką. Zważywszy jednak nacharakter pani Bug, może spodoba jej się zarządzaniecmentarzem, zajmowanie się miejscowymi duchami jakgromadką kurcząt, przeganianiem złych duchów ostrymsłowem i groźbą.

Ta myśl podtrzymywała mnie na duchu podczaskrótkiego czytania z Biblii, modlitw i zbiorowegopłaczu - kobiet i dzieci, z których większośćnie miała pojęcia, dlaczego płaczą - podczasprzenoszenia trumien z sań i dość nieskładnegoodmawiania Modlitwy Pańskiej. W tejchwili brakowało mi bardzo Rogera, narzucanegoprzez niego spokojnego porządku w żałobnejceremonii i prawdziwego współczucia. On możewiedziałby, co powiedzieć o Murdinie Bug; terazbowiem, gdy skończyła się modlitwa, nikt się nieodezwał i zapadła długa, niezręczna cisza. Ludzieprzestępowali z nogi na nogę; staliśmy w śniegu i halki kobiet były mokre aż po kolana. Widziałam, jakJamie prostuje ramiona, jakby płaszcz był mu za ciasny,i patrzy na sanie, gdzie pod kocem leżą szpadle. Zanimjednak dał znak Ianowi i Bobby'emu, Ian wciągnąłgłęboko powietrze i wysunął się do przodu. Podszedłdo czekającej trumny pani Bug, stanął naprzeciwkopogrążonego w żałobie męża, najwyraźniejpragnąc przemówić. Arch dłuższą chwilę go ignorował,wpatrzony w trumnę, ale w końcu uniósł twarz bez wyrazu,czekając.

- To z mojej ręki - Ian przełknął - umarłata kobieta wielkiej wartości. Nie zabrałem jej życiaze złości ani celowo i pełen jestem żalu. Ale zmarłaz mojej ręki.

Siedzący obok Iana Rollo zaskomlał cicho,wyczuwając zdenerwowanie swego pana, ten jednakpołożył mu rękę na głowie i Rollo się uspokoił. Ianwyciągnął zza pasa nóż i położył go na trumnie przedArchem Bugiem, a potem wyprostował się i spojrzał muprosto w oczy.

- Przysięgałeś raz mojemu wujowi, w czasach wielkiego zła, i zaoferowałeś życie za tękobietę. Ja przysięgam na moją broń i oferuję tosamo. - Na chwilę zacisnął wargi, przełknął, ale niespuszczał z Archa ciemnych, trzeźwych oczu. - Być możety nie traktowałeś tego poważnie, ale ja tak.

Uświadomiłam sobie, że wstrzymujęoddech, i zmusiłam się do zaczerpnięciapowietrza. Zastanawiałam się, czy to był planJamiego. Ian najwyraźniej mówił szczerze, jednakszansa, że Arch przyjmie tę ofiarę na miejscu i na oczachkilkunastu świadków poderżnie Ianowi gardło,była niewielka, niezależnie do tego, co czuł. Jeślijednak publicznie odrzuci tę ofertę, otwierająsię możliwości bardziej oficjalnej i mniej krwawejrekompensaty, a młody Ian uwolni się przynajmniejod części swej winy. Cholerny góral, pomyślałam,patrząc na Jamiego nie bez pewnego podziwu.

Wyczuwałam, jak co kilka sekund przebiegajągo drobne fale energii, ale zdusił je wszystkie. Nieprzeszkodził Ianowi w próbie odkupienia, ale teżnie pozwoliłby go skrzywdzić, gdyby przypadkiem staryArch rzeczywiście zażądał krwi - a najwyraźniejuważał, że istnieje taka możliwość. Zerknęłamna Archa i też tak pomyślałam.

Stary człowiek patrzył chwilę na Iana,ściągnąwszy ciężkie, stalowoszare brwi, oczyma,które też były stalowoszare i zimne jak stal.

- To zbyt łatwe, chłopcze - powiedział w końcugłosem brzmiącym jak zardzewiałe żelazo. Spojrzałna Rolla, który stał obok Iana z uniesionymi uszamii czujnymi oczyma wilka. - Dasz mi swego psa, bym gozabił?

Maska Iana znikła natychmiast. Szoki przerażenie naraz nadały jego twarzy bardzomłody wygląd. Słyszałam, jak przełknął powietrzei wyprostował się, ale głos mu się łamał.

- Nie - odrzekł - on nic nie zrobił. To mojazbrodnia, nie jego.

Arch uśmiechnął się lekko, ale uśmiech nie objąłjego oczu.

- Tak, no widzisz. A to tylko zapchlonezwierzę, nie żona. - Słowo "żona" wymówiłszeptem. Odchrząknął, a potem przeniósł wzrok z Iana na Jamiego i na mnie. - Nie żona - powtórzyłcicho.

Miałam wrażenie, że moja krew jest tak zimna, żemrozi mi serce.

Nie spiesząc się, Arch przeniósł wzrok kolejno z jednego mężczyzny na drugiego, z Jamiego na Iana,któremu przyglądał się tak długo, że wydawałosię to całym życiem.

- Zobaczysz mnie znów, gdy będziesz miał coś,co warto będzie zabrać, chłopcze - powiedziałspokojnie, a potem odwrócił się na pięcie i zniknąłmiędzy drzewami.

5. Moralność dla podróżników w czasie

Na stole stała lampa elektryczna, ale Roger częstowolał pracować wieczorami przy świetle świec. Wyjąłteraz zapałkę z pudełka i zapalił ją jednym ruchemręki. Po liście Claire chyba nigdy nie uda mu się jużzapalić zapałki, by nie wspomnieć jej opowieści o pożarze wielkiego domu. Boże, jakże żałował, że gotam nie było.

Płomień zapałki przygasł, gdy przytknął go doknota, a przejrzysty wosk świecy na chwilę przyjąłniewyraźny, nieziemsko niebieski kolor, ale pochwili znów normalnie się rozjaśnił. Roger rzuciłokiem na Mandy, która śpiewała gromadzie pluszowychzabawek na kanapie. Była już po kąpieli i miałazachowywać się grzecznie, podczas gdy Jem jeszcze siępluskał. Zerkając na nią do czasu od czasu, Roger usiadłprzy biurku i otworzył notatnik.

Rozpoczął to jako po części żart, ale poczęści było to jedyne, co wymyślił, aby przemócparaliżujący strach.

- Można nauczyć dzieci, żeby nie przechodziłysame przez ulicę - zauważyła Bree - więc możnaje chyba nauczyć, żeby trzymały się z daleka odkamiennych kręgów.

Przytaknął, ale niezupełnie przekonany. Małedzieci, tak, można nauczyć, aby nie wkładaływidelców do gniazdek elektrycznych, ale gdy stają sięnastolatkami, opanowanymi pragnieniem poznaniasiebie i nieznanych zjawisk... Aż nazbyt żywo pamiętałsiebie z tego okresu. Jeśli nastoletniemu chłopcupowie się, że nie należy wkładać widelca do gniazdka,wystarczy się odwrócić, a on już rusza do szufladyze sztućcami. Może dziewczynki są inne, ale miał co dotego wątpliwości.

Spojrzał na kanapę, na której Amandależała teraz na plecach, z uniesionymi w góręnogami, podtrzymując stopami dużego, dośćsfatygowanego misia, któremu śpiewałaPanie Janie. Mandy była tak mała,że nie będzie pamiętać. Jem będzie. I pamięta -Roger widział to, gdy chłopiec budził się z koszmaru,z wielkimi oczyma wpatrzonymi w pustkę, i nie był w stanie opisać swego snu. Dzięki Bogu, nie zdarzało sięto często.

On sam na każde wspomnienie wciąż pokrywałsię zimnym potem. To ostatnie przejście... PrzytuliłJemmy'ego do piersi i wszedł... Boże, nie, nie było na tonazwy, bo ludzkość jako taka nigdy tego na szczęścienie doświadczyła. Nie było nawet niczego, z czym możnaby to doświadczenie porównać.

Nie działały tam żadne zmysły, a równocześniedziałały wszystkie, i to w takim nasileniuwrażliwości, że gdyby potrwało to dłużej, mogłobyprzyprawić o śmierć. Wyjąca pustka, w której dźwiękwydawał się atakować, pulsować w ciele, starającsię rozdzielić wszystkie jego komórki. Absolutnaślepota, ale taka, która wynika z patrzenia w słońce. I uderzenia... ciał? Duchów? Niewidocznychinnych, którzy przelatywali obok jak ćmy albo jakbywręcz przez ciebie? I do tego rozdzierający krzyk.

Czy był tam jakiś zapach? Zmarszczył brwi i próbowałsobie przypomnieć. Tak, był zapach, i co dziwne -zapach, który dawało się opisać: zapach powietrzaprzepalonego błyskawicą - ozonu.

"Mocno pachnie ozonem" - napisał, czującogromną ulgę, że choćby taka drobina wiąże tewspomnienia z normalnym światem. Ulga zniknęła jednakzaraz, gdy wrócił do walki z własną pamięcią. Miałwrażenie, że razem trzymała ich tylko jego wola;jedynie mocne postanowienie, że przeżyją. Wiedza,czego ma się spodziewać, absolutnie nie byłapomocna. To przeżycie było inne i znacznie gorsze niżpoprzednie. Wiedział, że ma na nie nie patrzeć - na duchy,jeśli tym były. "Patrzeć" nie było właściwymsłowem. Może "zwracać uwagę"? Znowu nie znalazłwłaściwego słowa i westchnął, zdenerwowany.

- "Wszystkie dzwony biją, wszystkie dzwonybiją...".

- "Bim, bam, bom" - włączył się cicho w piosenkę Amandy. - "Bim, bam, bom".

Przez chwilę postukiwał piórem w papier,zamyślony, potem pokręcił głową i znów pochyliłsię nad kartką, starając się wyjaśnić swoją pierwsząpróbę. Tamten moment, gdy znalazł się tak blisko -w odległości jednej chwili? jednego cala? -niewyobrażalnie blisko spotkania ze swoim ojcem i unicestwienia.

"Myślę, że nie można przeciąć własnej liniiżycia" - napisał powoli. I Bree, i Claire, kobietynauki, zapewniły go, że dwa przedmioty nie mogąistnieć w jednej i tej samej przestrzeni, niezależnieod tego, czy przedmioty te są cząstkami atomu, czysłoniami. A skoro tak, wyjaśniałoby to, dlaczego niemożna istnieć dwa razy w tym samym czasie. Przypuszczał,że właśnie to zjawisko sprawiło, że przy pierwszejpróbie o mało nie zginął. Wchodząc między kamienie,myślał o ojcu - i zapewne o ojcu takim, jakiegoznał on, Roger. Czyli oczywiście za jego własnegożycia.

Znów postukał piórem w kartkę, zamyślony,ale nie potrafił jeszcze zmusić się do opisania tegospotkania. Może później. Przerzucając kartki,wrócił do początku, gdzie zamieścił spis treści.

Praktyczny przewodnik dla podróżnikóww czasie

1. Zjawiska fizyczne

a. Znane miejsca

b. Dziedziczność

c. Śmiertelność

d. Wpływ i właściwości kamieniszlachetnych

e. Krew?

Wykreślił ostatni punkt, ale zawahał się. Czy maobowiązek opowiedzieć o wszystkim, co wie, w co wierzylub co podejrzewa? Claire uważała, że sam pomysł,iż konieczna lub przydatna jest ofiara krwi, to nonsens,pogański przesąd pozbawiony podstaw. Może marację - ostatecznie była naukowcem - wciąż jednakpamiętał noc, w której przez kamienie przeszła GeillisDuncan.

Na tle stojącego kamienia przez chwilęzawirowały długie blond włosy, unoszące się w corazsilniejszych podmuchach ognia. Zapach benzyny mieszałsię z palącym się ciałem, a pień, który nie był pniem,leżał opalony pośrodku kręgu. Ale Geillis Duncanposzła za daleko.

- W starych bajkach zawsze jest mowa o dwustulatach - powiedziała Claire. Bajki rozumianedosłownie, opowieści o ludziach ukradzionych przezelfy, "zabranych przez kamienie" na wzgórzachwróżek... Takie opowieści często zaczynają siętak: "Dawno, dawno, dwieście lat temu...". A w innychbajkach ludzie wracają do własnych miejsc, gdzie nie byłoich dwieście lat. Dwieście lat.

Claire, Bree, on sam - przy każdym przejściu różnicaczasu była ta sama: dwieście dwa lata, czyli niemaldokładnie tyle co w starych opowieściach. Ale GeillisDuncan poszła za daleko. Bardzo niechętnie napisałznów słowo "krew" i w nawiasie obok dodał "ogień"ze znakiem zapytania, ale nic więcej. Nie teraz, możepóźniej.

Dla uspokojenia spojrzał na regał, gdzie leżałlist, przyciśnięty małym wężem wyrzeźbionym z wiśniowego drzewa. "Wciąż żyjemy"...

Poczuł nagłą chęć, by przynieść drewnianąszkatułkę, wyciągnąć pozostałe listy, otworzyć jei przeczytać. Ciekawość, tak, ale też coś więcej. Chciałich dotknąć - Claire i Jamiego - przytulić dotwarzy, do serca, świadectwo, że żyli, wymazaćdzielący ich czas i przestrzeń. Zwalczył jednak tenimpuls. Postanowili - a raczej Bree postanowiła,a to byli jej rodzice.

- Nie chcę ich czytać wszystkich od razu -powiedziała, przerzucając zawartość szkatułkidługimi, szczupłymi placami - bo może... możejak już przeczytam je wszystkie, oni wtedy naprawdęodejdą.

Rozumiał ją. Dopóki choć jeden list pozostawałnieprzeczytany - żyli. I mimo ciekawościhistoryka podzielał jej odczucia. Poza tym...

Rodzice Brianny nie pisali tych listów jakdziennika, przeznaczonego dla oczu niezbyt wyraźnieokreślonych potomków. Pisali je w konkretnym,określonym celu - komunikacji z Bree i z nim. A toznaczyło, że listy mogą zawierać niepokojącewyznania. Jego teściowie mieli talent do takichobjawień.

Wbrew sobie wstał, wziął list do ręki, rozwinął goi raz jeszcze przeczytał postscriptum, po prostu by sięupewnić, że go sobie nie wymyślił.

Nie, nie wymyślił. Gdy siadał, słowo"krew" brzmiało mu jeszcze słabo w uszach. "Włoskidżentelmen". Chodziło o Karola Stuarta, nie mógłw ten sposób mówić o nikim innym. Chryste. Przez chwilęwpatrywał się w przestrzeń - Mandy zaczęła terazśpiewać Jingle Bells - ale otrząsnąłsię, przerzucił kilka stron i raz jeszcze uparcierozpoczął.

2. Moralność

a. Morderstwo i niesłusznaśmierć.

Zakładamy rzecz jasna, żeniedopuszczalne jest zabicie kogokolwiek z jakiejkolwiek przyczyny prócz samoobrony, ochronyinnej osoby lub uprawnionego użycia siły podczaswojny.

Przyjrzał się przez chwilę tym słowom, mruknął"nadęty dupek", wyrwał stronę z notatnika i zgniótł ją.

Nie zwracając uwagi na znaczenie słówJingle Bells w wykonaniu Mandy, wziąłnotatnik i raźnym krokiem ruszył na drugą stronę holu,do gabinetu Brianny.

- Jakież mam prawo gadać o moralności? -spytał.

Podniosła wzrok znad ogromnej płachtypapieru, na której leżała rozłożona turbinahydroelektryczna. W oczach miała ten dość nieprzytomnywyraz, mówiący, że wie, iż coś się do niej mówi, alejej mózg jeszcze nie jest w stanie zdać sobie sprawy, ktomówi i co mówi. Ponieważ dobrze znał to zjawisko,poczekał chwilę, nieco niecierpliwie, by jej myśliopuściły turbinę i skupiły się na nim.

- Gadać o...? - powtórzyła, ściągającbrwi. Zamrugała i spojrzała przytomniej. - A do kogomasz gadać?

- No cóż - pokazał jej zapisany notatniki nagle opanowała go nieśmiałość. - Noo, chybado dzieci.

- Ależ powinieneś gadać o moralności doswoich dzieci - powiedziała rozsądnie. - Jesteśich ojcem, to twoje zadanie.

- Och, ale... sam zrobiłem wiele rzeczy, przed którymiich przestrzegam - stwierdził, trochę zagubiony.

Krew. Tak, może chodziło o chronienie kogośinnego - a może nie.

Uniosła gęste, proste brwi.

- Nigdy nie słyszałeś o nieszkodliwejhipokryzji? Myślałam, że kandydatów na pastorówuczą takich rzeczy. A skoro już przy tym jesteśmy, czyżgadanie o moralności nie jest zajęciem pastora?

Patrzyła na niego niebieskimi oczyma,wyczekująco. Odetchnął głęboko. Pomyślałtrzeźwo, że Bree jak zawsze zmierza wprost do stojącegow pokoju byka i łapie go za rogi. Od ich powrotunigdy nie wspomniała nawet słowem, że niemalzostał wyświęcony, ani o tym, co zamierza terazzrobić ze swoim powołaniem. Ani słowa w ciągu rokuspędzonego w Ameryce, kiedy tak dużo się działo -operacja Mandy, decyzja o przeprowadzce do Szkocji,miesiące remontu Lallybroch, które kupili, aż dotej chwili, gdy otworzył drzwi. Ale gdy już raz je otworzył,to oczywiście weszła prosto w nie, przewróciła go i oparła stopę na jego piersi.

- Noo, tak, tak jest - powiedział i odwzajemniłjej spojrzenie.

- Okej - uśmiechnęła się do niego łagodnie- więc na czym polega problem?

- Bree, gdybym wiedział, tobym ci powiedział. -Czuł, jak serce podchodzi mu do gardła.

Wstała i położyła mu dłoń na ramieniu, zanimjednak któreś z nich zdążyło coś powiedzieć, w holurozległ się tupot nagich stópek, a od drzwi gabinetuRogera dobiegł ich pytający głos Jema: - Tato?

- Tu jestem - zawołał, ale Brianna szła już dodrzwi, więc ruszył za nią. Jem, w niebieskiej piżamiez Supermanem i mokrymi włosami sterczącymina wszystkie strony, stał przy jego biurku i z zainteresowaniem przyglądał się listowi.

- Co to jest? - spytał.

- Co jest? - powtórzyła natychmiastMandy, podbiegając i wdrapując się na krzesło, bypopatrzeć.

- To list od twego dziadka - odpowiedziałaBrianna spokojnie. Położyła dłoń na liście,zasłaniając większość postscriptum, a drugąwskazała ostatni akapit. - Przesyła wam buziaki,widzicie?

Twarz Jema rozjaśnił szeroki uśmiech.

- Powiedział, że nie zapomni.

Chłopiec był wyraźnie zadowolony.

- Buzi dziadzio - zawołała Mandy i pochylając się tak, że chmura czarnych kędziorówopadła jej na twarz, głośno cmoknęła list.

Rozdarta między przerażeniem a śmiechem, Breewyrwała jej list i starła wilgoć, ale papier, choć stary,był mocny.

- Nic się nie stało - powiedziała i podała list Rogerowi. - No to o czym czytamy dziświeczorem?

- O wieczątkach!

- O zwierzątkach - powiedział Jem, pochylającsię do siostry i powtarzając wyraźnie: - O zwie-rząt-kach.

- Okej - powiedziała pogodnie. - Ja pierw! -Wybiegła przez drzwi, chichocząc, a za nią ruszyłbrat. Brianna w trzy sekundy złapała Rogera za uszy,mocno pocałowała go w usta, puściła i rzuciłasię za potomstwem.

Usiadł, czując się znacznieszczęśliwszy. Wsłuchiwał się w odgłosy myciazębów i mycia buzi, a następnie z westchnieniemodłożył notatnik do szuflady. Mam dużo czasu- pomyślał. Wiele lat, zanim to może okazać siępotrzebne. Wiele lat.

Ostrożnie złożył list i stając na palcach,położył go na najwyższej półce regału,przesuwając małego węża, by go strzegł. Zgasiłświecę i poszedł dołączyć do rodziny.

***

Postscriptum. Widzę, że będę miałostatnie słowo, co rzadko zdarza się mężczyźniemieszkającemu w domu, w którym przebywa, gdy ostatnioliczyłem, osiem kobiet. Zamierzamy opuścić Ridge, gdytylko aura pozwoli, i udać się do Szkocji po moją prasędrukarską, a następnie z nią powrócić. Podróż w tych czasach jest niepewna i nie potrafię przewidzieć,kiedy ani czy zdołam napisać znowu. Nie wiem też, czyw ogóle otrzymacie ten list, ale nie tracę nadziei, żetak.

Chcę wam opowiedzieć, co się stało z własnością niegdyś przechowywaną przez Cameronówdla włoskiego dżentelmena. Nie sądzę, by mądrebyło zabieranie jej z sobą, a zatem przeniosłem ją w bezpieczne miejsce. Jemmy wie, co to za miejsce. Gdybyściew jakiejś chwili potrzebowali tej własności,powiedzcie mu, że strzeże jej Hiszpan. Gdyby tak sięstało, niech ją pobłogosławi ksiądz, bo jest na niejkrew.

Czasami żałuję, że nie mogę zobaczyćprzyszłości. Częściej jednak dziękuję Bogu,że nie mogę. Zawsze jednak będę widzieć waszetwarze.

Ucałujcie ode mnie dzieci. Twój kochającyojciec J.F.

***

Gdy dzieci zostały umyte, wycałowanei położone do łóżek, rodzice wrócili dobiblioteki, gdzie czekała na nich whisky i list.

- Włoski dżentelmen? - Bree spojrzała naRogera, unosząc jedną brew, co jak zawsze przypomniałomu Jamiego Frasera, toteż odruchowo rzucił okiem nakartkę papieru. - Czy chodzi mu o...?

- Karola Stuarta? Nie może to być niktinny.

Wzięła list i po raz kolejny - jak kilkanaścierazy przedtem - przeczytała postscriptum.

- A jeśli rzeczywiście chodzi mu o KarolaStuarta, to ten majątek...

- Znalazł złoto, a Jem wie, gdzie ono jest... - Rogerpowiedział to pytającym tonem, spoglądając w górę ku sufitowi, nad którym dzieci zapewne spały,otulone niewinnością i piżamkami z postaciamiz kreskówek.

Bree zmarszczyła brwi.

- Wie? Tato nie ujmuje tego w ten sposób, alejeśli rzeczywiście wie, to straszna tajemnica jak naośmioletniego chłopca.

- To prawda.

Jem może i ma osiem lat, ale doskonale potrafidochować tajemnicy, myślał Roger. Bree miałajednak rację, jej ojciec nigdy nie obciążyłbynikogo niebezpieczną informacją, a już na pewnonie ukochanego wnuka. W każdym razie nie bez ważnejprzyczyny - a postscriptum wskazywało wyraźnie,że informacja miała służyć jedynie w raziepotrzeby.

- Masz rację. Jem nie wie o złocie, tylko o Hiszpanie, kimkolwiek on jest. Czy nigdy nic ci o tym niewspominał?

Pokręciła głową i odwróciła się,bo nagły podmuch wiatru z otwartego okna rozwiałfiranki. Zanosiło się na deszcz. Bree wstała i pospiesznie zamknęła okno, a potem ruszyła nagórę, gestem wskazując Rogerowi, żeby sprawdziłokna na parterze. Lallybroch było dużym domem,wyposażonym w ogromną liczbę okien. Dzieci cały czaspróbowały je policzyć, ale ani razu nie udało im siędwa razy uzyskać tego samego wyniku.

Roger pomyślał, że któregoś dnia sam będziemusiał to zrobić i rozstrzygnąć sprawę, ale nie bardzomiał na to ochotę. Dom, jak większość starych domów,cechowała wyraźna osobowość. Lallybroch byłoprzytulne, duże, pełne wdzięku, zbudowane raczejdla wygody niż okazałe, a w jego murach snuło się echorozmów wielu pokoleń. Było to jednak także miejsce,które miało swoje sekrety, a niewiadoma liczba okiendoskonale pasowałaby do tego w jego pojęciufiglarnego domu.

Okna w kuchni - teraz wyposażonej w nowoczesnesprzęty, przyzwoitą kanalizację, ale wciąż z dawnymi granitowymi blatami, poplamionymi sokiemporzeczkowym, krwią upolowanych zwierząt i drobiu -były zamknięte. Przeszedł jednak przez kuchnię i przezspiżarkę. Światło w tylnym holu nie świeciło się,ale w podłodze przy ścianie widoczna była kratka, przezktórą płynęło powietrze do "księżej dziury"- komórki na dole.

Po powstaniu jego teść ukrywał się tam przezpewien czas, nim trafił do więzienia w Ardsmuir. Rogerzszedł tam raz, na krótką chwilę, gdy kupili dom, i wyszedł z wilgotnego, zatęchłego pomieszczenia,rozumiejąc doskonale, dlaczego Jamie Fraser wolałmieszkać w dziczy na dalekim zboczu góry, gdzie nic gonie ograniczało.

Lata ukrywania się, trudności, więzienia... JamieFraser nie był politykiem i lepiej niż większośćludzi znał prawdziwą cenę wojny, niezależnie od jejdeklarowanego celu. Roger widział, jak jego teśćod czasu do czasu pociera sobie nadgarstki, z którychdawno zniknęły ślady kajdanów, nie zniknęłanatomiast pamięć o ich ciężarze. Roger nie miałżadnych wątpliwości, że Jamie Fraser będzie żyłwolny - albo umrze, i przez chwilę z przenikającąaż do szpiku kości tęsknotą pożałował, że gotam nie ma, że nie walczy u boku teścia.

Zaczął padać deszcz. Słyszał uderzenia kropli nałupkowym dachu zabudowań, a potem głośniejszy szumulewy, która spowijała dom mgłą i wodą.

- Za nas i za nasze potomstwo - powiedział nagłos, ale cicho.

To była umowa między mężczyznami,niewypowiedziana, ale powszechnierozumiana. Najważniejsze było zachowanierodziny, ochrona dzieci, i cena za to - czy miałabynią być krew, pot czy dusza - musi być zapłacona.

- Oidche mhath - powiedział i skinął głową ku podziemnej komórce. - Dobranoczatem.

Przystanął chwilę w starej kuchni, czując, jak domgo obejmuje, chroni przed burzą. Kuchnia zawsze byłasercem domu - pomyślał, stwierdzając, że ciepłokuchni zapewnia taki sam komfort jak niegdyś ogień napustym teraz palenisku.

Spotkał się z Brianną u stóp schodów. Przebrałasię już do łóżka, choć nie miała zamiaru spać. W domuzawsze panował chłód, a podczas deszczu temperaturaspadła jeszcze o kilka stopni. Brianna nie nosiłajednak swetrów, tylko cienką koszulę nocną z białejbawełny, która - z małą czerwoną wstążką -wyglądała zwodniczo niewinnie. Biały materiałotulał jej piersi jak chmura szczyt góry.

Roześmiała się, gdy jej to powiedział. Nieprotestowała, kiedy objął jej piersi dłońmi. Przezcienki materiał czuł jej sutki jak kamyczki naplaży.

- Na górze? - szepnęła, pochylając się i przesuwając koniuszkiem języka wzdłuż jego dolnejwargi.

- Nie. - Pocałował ją mocno. - W kuchni. Tamjeszcze tego nie robiliśmy.

Kochali się, oparci o stary blat pokrytytajemniczymi plamami. Dźwięki, które z siebiewydawała, mieszały się z uderzeniami wiatru i deszczu o stare okiennice. Czuł, jak drży. On też miałmiękkie kolana, więc chwycił ją za ramiona i schowałtwarz w jej włosach. Serce biło mu powoli i mocno jakwerbel. Był nagi, więc zimny powiew, który dobiegłgdzieś z głębi domu, pokrył jego plecy i nogi gęsiąskórką. Brianna zwróciła ku niemu twarz.

- Zimno ci? - szepnęła. Ona była rozgrzana jakwęgielek na ogniu. Pragnął teraz jedynie wsunąć sięrazem z nią do łóżka i przeczekać burzę w cieple.

- Nie, wszystko w porządku. - Pochylił się i zebrał ubrania, które rzucił na podłogę. - Chodźmydo łóżka.

Na górze deszcz bił głośniej.

- "Ooo, a zwierzęta wchodziły parami"- śpiewała cicho Bree, gdy wchodzili po schodach. -"Słonie... i kangury...".

Roger uśmiechnął się. Można było sobiewyobrazić, że dom, wewnątrz przytulny, jest arkąunoszącą się na wzburzonych wodach. Parami. Dwojerodziców, dwoje dzieci. Może kiedyświęcej. Ostatecznie było tu mnóstwo miejsca.

Zgasiwszy lampę, wsłuchany w uderzenia deszczu w okiennice, Roger czekał na granicy snu, nie chcąc jeszczetracić tej miłej chwili.

- Nie spytamy go, prawda? - szepnęła Bree sennymgłosem. Czuł jej ciepły ciężar obok swego ciała. -Jema?

- Nie, oczywiście, że nie. Nie ma takiejpotrzeby.

Poczuł ukłucie ciekawości. Kim był tenHiszpan? Myśl o ukrytym skarbie zawsze kusiła,nie potrzebowali go jednak. Na razie mają dośćpieniędzy; poza tym trudno przypuszczać, że złotowciąż jest tam, gdzie Jamie je złożył.

Nie zapomniał też o ostatnim napomnieniu w postscriptum Jamiego.

"Niech ją pobłogosławi ksiądz, bo jestna niej krew". Słowa rozpłynęły się, gdy o nichmyślał. Pod powiekami dostrzegł nie złote sztabki,ale stary granitowy blat w kuchni, z ciemnymi plamami,które tak głęboko już w niego wrosły, że stały sięczęścią kamienia i nie dawały się usunąć żadnymszorowaniem, nie mówiąc już o zaklęciach.

Nie miało to znaczenia. Hiszpan, kimkolwiekbył, może je sobie zatrzymać. Rodzina jestbezpieczna.

6. Long Island

4 lipca 1776 roku w Filadelfii podpisanoDeklarację Niepodległości.

24 lipca generał-porucznik sir WilliamHowe przybył na Staten Island, gdzie w tawernie "PodRóżą i Koroną" w New Dorp założył swojąkwaterę.

13 sierpnia generał-porucznikJerzy Waszyngton przybył do Nowego Jorku, bywzmocnić fortyfikacje miasta opanowanego przezAmerykanów.

21 sierpnia William Ransom, poruczniklord Ellesmere, przybył do tawerny "Pod Różąi Koroną" w New Dorp, zgłaszając się z pewnymopóźnieniem na służbę jako najmłodszy i najnowszyczłonek sztabu generała.

22 sierpnia...

***

Porucznik Edward Markham, markiz Clarewell,wpatrywał się uważnie w twarz Williama, pozwalającmu podziwiać niezbyt apetyczny, bliski już pęknięciapryszcz na swoim czole.

- Dobrze się czujesz, Ellesmere?

- Dobrze - wydusił William przez zaciśniętezęby.

- Tylko że wyglądasz dość zielono. -Wyraźnie zaniepokojony Clarewell wsunął rękędo kieszeni. - Chcesz possać mojego korniszona?

Tym razem Williamowi niemal udało się dobiec dorelingu. Za jego plecami zgromadzeni pokpiwalisobie z korniszona Clarewella - kto może go possaći ile jego właściciel musiałby zapłacić za takąusługę. Żarty te przerywały protesty Clarewella,który upierał się, że jego wiekowa babcia zawszetwierdziła, iż korniszon najlepiej zapobiegachorobie morskiej, i najwyraźniej miała rację -patrzcie na niego, nic go nie bierze...

William zamrugał i załzawionymi oczymawpatrywał się w zbliżający się brzeg. Morzebyło dość spokojne, choć niewątpliwie coś sięszykowało. Nie miało to jednak żadnego znaczenia- nawet najłagodniejsze fale, najkrótsza drogamorska, zawsze wywracały jego żołądek na lewąstronę. Teraz też wciąż próbował coś z siebiewyrzucić, ale ponieważ nic już w nim nie zostało,mógł udawać, że wszystko jest w porządku. Wytarł usta,wyprostował się; czuł, że mimo upalnego dnia ciało mapokryte zimnym potem. Za chwilę zarzucą kotwicę,pora więc udać się pod pokład i skłonić będącychpod jego dowództwem żołnierzy, by zaprowadzilijaki taki porządek, nim zejdą do łodzi. Rzuciłokiem przez ramię i tuż za rufą zobaczył "River"i "Phoenixa". "Phoenix" był statkiem flagowymadmirała Howe'a, a na jego pokładzie płynął bratadmirała - generał. Czy będą musieli czekać,podskakując jak korki na coraz bardziej wzburzonychfalach, aż generał Howe i jego adiutant kapitanPickering wysiądą na brzeg? Miał nadzieję, że nie.

Jak się jednak okazało, żołnierzom pozwolonowylądować natychmiast.

- Jak najszybciej, panowie! - wołał głośnosierżant Cutter. - Zaraz będziemy gonić tychskurwysynów rebeliantów, zaraz! I biada każdemu,kogo złapię na ociąganiu się. Ty tam!

Odmaszerował, mocny jak czarnytytoń, by pogonić jakiegoś niezdarnegopodporucznika. William poczuł się nieco lepiej. Niemogło się przecież zdarzyć nic okropnego w świecie,w którym przebywał sierżant Cutter.

Ruszył za żołnierzami po drabinie i do szalupy,w podnieceniu całkowicie zapominając o swoimżołądku. Gdzieś na równinach Long Island miałrozegrać swoją pierwszą bitwę.

***

Osiemdziesiąt osiem fregat - słyszał,że admirał Howe właśnie sprowadził tyleokrętów. Rzeczywiście, zatokę Gravesendwypełniał las masztów. Wodę zapełniały szalupyprzewożące żołnierzy na brzeg. William mało się nieudławił z podniecenia. Czuł, że ogarnia ono równieżżołnierzy, gdy kaprale zwoływali kompanie z szalupi odmaszerowywali w równych szeregach, robiącmiejsce dla kolejnych przybyszów.

Ponieważ odległość od okrętów nie byładuża, konie oficerów płynęły do brzegu same,a nie na szalupach. William odskoczył, bo wielkiogier wynurzył się z fal i otrząsnął, mocząc słonymprysznicem wszystkich stojących w promieniu dziesięciustóp. Chłopak stajenny, który trzymał się jegouprzęży, wyglądał jak podtopiony szczur, ale takżesię otrząsnął i uśmiechnął szeroko do Williama. Twarzmiał białą z zimna, ale ożywioną podnieceniem.

William też miał konia - gdzieś tam. KapitanGriswold, starszy rangą członek sztabu Howe'a,pożyczył mu swego, bo nie było czasu, by sprowadzićskądś innego wierzchowca. Ransom założył więc, żektoś, kto zajmuje się jego koniem, go odnajdzie - choćnie wiedział jak.

Panował zorganizowany chaos. Brzeg w tym miejscubył terenem zalewowym, więc gromady czerwonychkurtek kręciły się wśród różnych morskich śmiecijak stada ptaków nadbrzeżnych. Okrzykom sierżantówtowarzyszył skrzek krążących nad nimi mew.

Williamowi dopiero tego ranka przedstawionokaprali, nie zapamiętał jeszcze dobrze ich twarzy, więcz pewną trudnością odszukał swoje cztery kompaniei wyprowadził je na wydmy porośnięte szorstkątrawą. Dzień był gorący, w ciężkich mundurach i z pełnym ekwipunkiem trudno było wytrzymać, pozwoliłwięc żołnierzom, by odpoczęli, napili się wodyalbo piwa z manierek, zjedli kawałek chleba albosera. Wkrótce wyruszyli.

Dokąd? W tej chwili jego myśli zajmowało przedewszystkim to właśnie pytanie. Pospieszna narada sztabupoprzedniego wieczoru - jego pierwsza - skupiłasię na podstawowych kwestiach planu inwazji. Z Gravesend połowa armii miała pomaszerowaćw głąb lądu i zwrócić się na północ ku BrooklynHeights, gdzie, jak uważano, okopały się siłyrebeliantów. Pozostała część wojska miałasię rozciągnąć wzdłuż wybrzeża aż po Montauk,tworząc linię obrony, która w razie potrzeby będziemogła przesunąć się w głąb Long Island, zmuszającrebeliantów do wycofania się i zamykając ich w sieci.

William nade wszystko pragnął znaleźćsię w pierwszej linii ataku. Wiedział, że jest tomało prawdopodobne. Nie znał zupełnie swoichpodkomendnych, a ich wygląd nie zrobił na nim dobregowrażenia. Żaden rozsądny dowódca nie posłałbytakich żołnierzy na pierwszą linię, chyba że mielibyposłużyć za mięso armatnie. Wzdrygnął się nieco natę przelotną myśl.

Howe nie lubił marnować ludzi; znany był z ostrożności, czasami nadmiernej - tak powiedziałmu ojciec. Lord John nie wspomniał, iż ten właśnie ryscharakteru generała Howe'a stał się głównąprzyczyną, dla której zgodził się, by syn dołączył dojego sztabu, ale William i tak to wiedział. Nie przejąłsię tym, uznając, że szanse na udział w znaczącychdziałaniach są i tak większe przy generale Howeniż na bagnach Karoliny Północnej z sir PeteremPackerem.

A poza tym... obrócił się powoli. Morzewypełniały brytyjskie okręty, a ziemię brytyjscyżołnierze; nigdy nie przyznałby się głośno, że tenwidok wywiera na nim wrażenie, ale coś ścisnęłogo w gardle; zdał sobie sprawę, że wstrzymuje oddech,zmusił się więc, by go wypuścić.

Teraz na brzeg przewożono działa. Chwiałysię niebezpiecznie na płaskodennychbarkach, obsługiwanych przez kilku klnącychżołnierzy. Konie i woły, ciągnące lawety i wózkiz amunicją, przemieszczały się po plaży głośną,rozbryzgującą piasek gromadą. Zwierzęta rżałyi muczały protestująco. Była to największa armia,jaką William kiedykolwiek widział.

- Sir. - Opuścił wzrok i zobaczył niskiegożołnierza o pełnych policzkach, nie starszego chybaod Williama, najwyraźniej zaniepokojonego.

- Tak?

- Pański szponton, sir, i pański koń -dodał żołnierz, wskazując długonogiego,gniadego wałacha, którego trzymał za lejce. - Z pozdrowieniami od kapitana Griswolda.

William ujął długi na siedem stóp szponton. Jegopolerowany, stalowy grot lśnił nawet podzachmurzonym niebem. Od ciężaru szpontonu przebiegłgo dreszcz podniecenia.

- Dziękuję. A ty jesteś...?

- Och! Perkins, sir. - Żołnierz pospieszniezasalutował. - Trzecia kompania, sir, nazywająnas rębaczami.

- Naprawdę? Cóż, mam nadzieję, że będzieciemieli okazję uzasadnić swą nazwę.

Perkins najwyraźniej nie zrozumiał.

- Dziękuję, Perkins - powtórzył William i gestem odprawił żołnierza.

Ujął konia za uzdę, czując, jak serce wypełnia muradość. Była to największa armia, jaką kiedykolwiekwidział, on zaś był jej członkiem.

***

Mógł mieć mniej szczęścia, ale mógł mieć teżwięcej. Jego kompanie miały się znaleźć w drugiejfali, idąc za strażą przednią pieszo i strzegącartylerii. Nie gwarantowało to akcji, ale dawałona nią szansę, jeżeli Amerykanie okażą sięchoć w połowie takimi wojownikami, jak o nichmówiono.

Minęło już południe, zanim mógł podnieśćszponton i krzyknąć "naprzód marsz!". Pogodazałamała się; teraz padał deszcz, przynosząc ulgęod upału.

Za porastającymi brzegi lasami ciągnęłasię szeroka, piękna równina. Pole traw upstrzonebyło dzikimi kwiatami o bogatych kolorach, dobrzewidocznych mimo niewyraźnego, deszczowegoświatła. Jeszcze dalej widział gromady ptaków- gołębi czy przepiórek, zbyt odległych, byje dokładnie rozpoznać - które mimo deszczuwzbijały się w powietrze, wypłaszane z gniazd przezmaszerujących żołnierzy.

Jego kompanie maszerowały w pobliżuśrodka posuwającej się kolumny w porządnejformacji. Pomyślał z wdzięcznością o generaleHowe. Jako młodszy oficer sztabowy powinienwłaściwie pełnić służbę posłańca - jeździćmiędzy różnymi kompaniami na polu, przenosićrozkazy z kwatery głównej Howe'a oraz informacjedo i od dwóch pozostałych generałów: sir Henry'egoClintona i lorda Cornwallisa. Ponieważ jednakprzybył tak późno, nie znał żadnego innego oficeraani nie orientował się w składzie wojska. Nie miałpojęcia, kto jest kim, nie mówiąc już o tym, gdzie sięw danym momencie może znajdować. Jako posłaniecbyłby więc bezużyteczny. Generał Howe, który -mimo zamieszania związanego ze zbliżającą sięinwazją - jakoś znalazł dla niego chwilę, nie tylkoprzywitał go uprzejmie, ale również zaoferował muwybór: albo będzie towarzyszył kapitanowiGriswoldowi i działał pod jego rozkazami,albo obejmie komendę nad kilkoma kompaniami,których porucznik zachorował na gorączkęmalaryczną.

William złapał tę okazję i siedział teraz dumniena koniu ze szpontonem opartym w pętli, prowadzącżołnierzy na wojnę. Poprawił się nieco w siodle;cieszyła go nowa, wełniana, czerwona kurtka,porządnie związane włosy, sztywny skórzanyplastron wokół szyi i drobny, lecz wyczuwalnyciężar oficerskiego ryngrafu - niewielka srebrnapozostałość rzymskiej zbroi. Od niemal dwóch miesięcynie nosił munduru, więc choć przemoczony, uważał,że włożenie go to wspaniała chwila.

W pobliżu przemieszczała się kompaniaszwoleżerów. Usłyszał okrzyk ich oficerai zobaczył, że wysuwają się naprzód i kierują ku odległej kępie drzew. Czyżby cośdostrzegli? Nie. Z kępy wyfrunęła czarna chmurakosów, pokrzykując tak głośno, że niektóre koniesię spłoszyły. Szwoleżerowie natarli na drzewa z wyciągniętymi szablami, ale tylko na pokaz; jeśliktoś się tam chował, to dawno już uciekł. Szwoleżerowiewrócili od razu do maszerujących kolumn.

Siadł znów swobodniej na siodle i puściłszponton.

W polu widzenia nie było Amerykanów - ale i tak by ich nie zobaczyli. W drodze widział i słyszałdość, by wiedzieć, że tylko prawdziwi żołnierzeArmii Kontynentalnej walczą w zorganizowanychformacjach. Widział rezerwistów ćwiczącychna placach po wioskach, dzielił jedzenie z ludźmi,którzy należeli do lokalnej milicji. Nie byliżołnierzami. Podczas musztry wyglądali żałośnie,z trudem maszerowali w krok, ale wszyscy byli zdolnymimyśliwymi. Widział, jak strzelają do dzikich gęsii indyków, nie podzielał więc powszechnej wśródbrytyjskich żołnierzy pogardy dla Amerykanów.

Nie. Gdyby gdzieś w pobliżu byli Amerykanie,pierwszym ostrzeżeniem byłby prawdopodobnieupadek martwego żołnierza z konia. PrzywołałPerkinsa i przekazał kapralom rozkaz, byżołnierze pozostawali czujni, z załadowanąbronią. Widział, że po odebraniu tej wiadomościjeden z kaprali zesztywniał, najwyraźniej uznającten rozkaz za obrazę, ale posłuchał, więc William niecosię rozluźnił.

Wrócił myślami do niedawnej podróży. Ciekawbył, kiedy i gdzie spotka kapitana Richardsona,by przekazać zebrane wiadomości. Większośćobserwacji zapamiętywał; zapisywał tylkoto, co niezbędne, zresztą robił to szyfrem w małymegzemplarzu Nowego Testamentu, który dostałod babci, a który spoczywał wciąż w kieszeni jegocywilnego płaszcza, pozostawionego na StatenIsland. Teraz, gdy bezpiecznie wrócił do wojska, zapewnepowinien spisać swoje uwagi w raporcie; mógłby... Cośsprawiło, że stanął w strzemionach - akurat w porę,by zobaczyć i usłyszeć strzał z muszkietu spomiędzydrzew po lewej stronie.

- Stać! - krzyknął, widząc, że jego ludzieszykują się do oddania strzału. - Czekajcie!

Znajdowali się za daleko; bliżej maszerowałainna kolumna piechoty, której żołnierze przybralipostawę strzelecką i oddali salwę w stronęzagajnika. Pierwszy rząd ukląkł, a drugi strzelał nad ichgłowami. Spomiędzy drzew odpowiedziano ogniem. Williamwidział, że paru żołnierzy padło, kilku innychpotknęło się, ale linia się nie załamała, tylkozwarła szyki. Kolejne dwie salwy, iskry odpowiedzi,ale bardziej sporadyczne. Kątem oka dostrzegł jakiśruch i obrócił się w siodle: gromada mężczyznw myśliwskich koszulach oddalała się od kępypo drugiej jej stronie. Kompania przed nimi także ichdostrzegła. Na rozkaz sierżanta nasadzili bagnetyi pobiegli, choć William widział wyraźnie, że nigdynie dościgną uciekających.

Tego rodzaju potyczki zdarzały się przez całepopołudnie. Armia posuwała się naprzód, poległychzabierano i przenoszono na tyły, było ich jednakniewielu. W pewnym momencie otworzono ogień do jednej z kompanii Williama. Czuł się niemal bogiem, dając rozkazdo ataku. Jego żołnierze ruszyli w las z nasadzonymibagnetami jak gromada gniewnych szerszeni i udałoim się zabić jednego rebelianta, którego ciałowyciągnęli na równinę. Kapral chciał powiesićgo na drzewie jako przestrogę dla innych, by widzieli,co ich czeka, William jednak zdecydowanie odrzuciłpropozycję jako niehonorową. Kazał złożyćpoległego na granicy lasu, gdzie przyjaciele mogligo odnaleźć.

Pod wieczór nadeszły rozkazy od generałaClintona. Nie będą rozbijać obozu; zatrzymają siętylko na chwilę, zjedzą zimny prowiant, a potem rusządalej. Przez szeregi przebiegł odgłos zaskoczenia,ale nie narzekania. Przybyli tu, by walczyć, podjęliwięc marsz z jeszcze większym poczuciem misji.

Po zmierzchu miejscowi przestali ich atakować. Odczasu do czasu popadało, ale nie było zimno i choćmundury nasiąkły wodą, William wolał chłódi wilgoć niż duchotę i upał poprzedniego dnia. W każdym razie deszcz na szczęście trochę uspokoiłjego konia. Wałach był nerwowy i płochliwy, Williamzaczął się więc zastanawiać, czy pożyczka ze stronykapitana Griswolda rzeczywiście była gestemżyczliwości. Zmęczony jednak długim dniem końnareszcie przestał uskakiwać na widok miotanychwiatrem gałęzi i szarpać wodze; podążałteraz naprzód z opuszczonymi uszami, zmęczony i zrezygnowany.

Przez kilka pierwszych godzin nocnego marszu niebyło tak źle, ale po północy żołnierze zaczęliodczuwać wyczerpanie i brak snu. Potykali się,zwolnili, a ponadto opanowało ich przygnębienie,gdy zdali sobie sprawę z ciemności i wysiłku, jakieich jeszcze czekają przed świtem. William wezwał doswego boku Perkinsa. Rumiany żołnierz pokazał się,ziewając i trąc oczy; maszerował obok, trzymającbroń na strzemieniu Williama, gdy ten wyjaśniał, o comu chodzi.

- Śpiewać? - powtórzył Perkins pełnymwątpliwości głosem. - Tak, chyba umiem śpiewać, sir,ale tylko hymny.

- Nie o to mi chodziło - odrzekłWilliam. - Idź i spytaj sierżanta... Millikina,prawda? Irlandczyka. Wszystko, na co ma ochotę. Tylkożeby było głośno i żywo. - Ostatecznie niepróbowali ukryć swojej obecności. Ci Amerykaniedokładnie wiedzieli, gdzie są.

- Tak, sir - powiedział niepewnie Perkins,puścił strzemię i natychmiast zniknął w mroku nocy. Pokilku minutach William usłyszał bardzo głośnyirlandzki głos Patricka Millikina śpiewającybardzo sprośną piosenkę. Przez szeregi żołnierzyprzebiegł śmiech. Zanim sierżant dotarł do pierwszegorefrenu, dołączyło do niego kilka głosów; jeszczedwie zwrotki i wrzeszczeli już wszyscy - łącznie z Williamem. Oczywiście maszerując szybkim tempemz pełnym ekwipunkiem, nie byli w stanie tego długoutrzymać, zanim jednak wyczerpali repertuarulubionych piosenek i stracili oddech, zdążyli sięobudzić i nabrać optymizmu.

Tuż przed świtem William poczuł zapach morza i cuchnący smród trzęsawisk. Żołnierze, już i takmokrzy, przechodzili teraz przez niewielkie strumyki i utworzone przez przypływ zatoczki. Kilka minut późniejspokój nocy zburzył wystrzał armatni. Żyjącena bagnach ptaki uniosły się w jaśniejące niebo z głośnym krzykiem.

***

W ciągu następnych dwóch dni William nigdy niewiedział, gdzie jest. W wojskowych raportach i pospiesznieprzekazywanych wiadomościach pojawiały się odczasu do czasu takie nazwy jak Jamaica Pass, Flatbush czyGowanus Creek, ale równie dobrze mogli mówić Jowiszalbo druga strona Księżyca - tyle samo niosły dlaniego znaczenia. W końcu zobaczył też Amerykanów,cały ich tłum wynurzający się z trzęsawisk. Kilkapierwszych potyczek było zaciętych, ale kompanięWilliama trzymano na tyłach jako pomoc. Tylko razznaleźli się dość blisko, by strzelać w odpowiedzina atak grupy Amerykanów.

Niemniej jednak cały czas czuł podniecenie, starałsię równocześnie wszystko słyszeć i widzieć. Miałzawroty głowy od zapachu prochu, a ciało mu drżałood dźwięku salw armatnich. Gdy o zmroku przerwano ogień,zjadł suchara i ser, ale nie czuł nawet ich smaku; spałkrótko, po prostu z wyczerpania.

Późnym popołudniem drugiego dnia znaleźlisię za dużymi, kamiennymi zabudowaniami farmy,gdzie Brytyjczycy i część oddziałów heskich umieściliartylerię. Z okien na piętrze wystawały lufy dział,lśniące i mokre na skutek ciągłego deszczu.

Problemem był teraz mokry proch. Kulom nic się niestało, ale jeśli nasypany na spłonkę proch zostawałtam dłużej niż parę minut, zaczynał się zbrylać i nie działał; dlatego też rozkaz załadowania trzebabyło odwlekać do ostatniego momentu przed oddaniemstrzału. William aż zaciskał zęby, niespokojny,kiedy miał wydać taki rozkaz. Z drugiej stronyczasami nie żywił żadnych wątpliwości. Wznoszącgłośne okrzyki, spora liczba Amerykanów wybiegłaspomiędzy drzew przed domem i ruszyła ku drzwiom i oknom. Ogień z muszkietów przebywających w środkużołnierzy dosięgnął kilku, ale kilku innym udałosię dotrzeć aż do domu, gdzie zaczęli się wspinać dorozbitych okien. William odruchowo ściągnął wodzei skierował się w prawo, dość daleko, by spojrzeć nadom z tyłu. Rzeczywiście, duża grupa wspinała siępo murze, wykorzystując pnącze porastające.

- Tędy! - krzyknął, zawracając konia i unosząc szponton. - Olson, Jeffries! Do tyłu! Ładowaći strzelać, gdy tylko znajdziecie się w zasięgu!

Dwie z jego kompanii rzuciły się biegiem,odrywając zębami zakończenia pocisków, ale grupażołnierzy heskich w zielonych kurtkach znalazła siętam wcześniej. Łapali Amerykanów za nogi i ściągaliz pnącz, by zabić na ziemi.

William wstrzymał więc konia i ruszył w drugąstronę, zobaczyć, co się dzieje od frontu, akurat w chwili, gdy z otwartego okna na piętrze wypadł brytyjskiartylerzysta. Mężczyzna wylądował na ziemi,na podwiniętej nodze, i leżał, krzycząc. Jeden zeznajdujących się blisko żołnierzy Williama rzuciłsię naprzód, złapał artylerzystę za ramiona, alenatychmiast padł postrzelony przez kogoś we wnętrzudomu. Jego kapelusz potoczył się w krzaki.

Resztę tego dnia spędzili przy kamiennejfarmie. Amerykanie czterokrotnie podejmowaliwycieczki. Dwukrotnie udało im się pokonaćBrytyjczyków i na krótką chwilę przejąćarmaty, za każdym jednak razem nowym falombrytyjskich żołnierzy udawało się ich wyrzucićlub zabić. William nigdy nie zdołał zbliżyć siędo domu bardziej niż na jakieś dwieście jardów, razjednak zdołał rozmieścić jedną ze swych kompaniimiędzy domem a linią ataku zdesperowanych, głośnokrzyczących Amerykanów przebranych za Indian. Jeden z rebeliantów uniósł długą strzelbę i namierzył go, alespudłował. William wyciągnął szablę, zamierzającuderzyć napastnika, ale oddany przez kogoś strzałrzucił tamtego na ziemię, tak że stoczył się po zboczuniewielkiego wzniesienia.

William zamierzał podjechać bliżej, by zobaczyć,czy ten człowiek jest martwy. Jego towarzysze uciekli jużza róg domu, ścigani przez brytyjskich żołnierzy. Końnie chciał go jednak słuchać; przyzwyczajony doodgłosów strzałów z muszkietów, denerwowałsię, słysząc artylerię, w tej zaś właśnie chwiliprzemówiła armata, więc wałach położył uszy posobie i ruszył z kopyta. William wciąż w jednej ręcetrzymał szablę, a w drugiej wodze; nagły ruch koniasprawił, że stracił równowagę, gdy zaś koń rzuciłsię w lewo, prawa stopa Williama wysunęła się zestrzemienia. Spadł na ziemię; miał dość przytomnościumysłu, by wypuścić szablę. Wylądował na jednymramieniu, potoczył się, podniósł się na czworaka,cały umazany błotem i trawą, równocześniedziękując Bogu, że jego lewa stopa nie utkwiław strzemieniu, i przeklinając konia. Działaw zabudowaniach przestały się odzywać -najwyraźniej Amerykanie byli tam znowu i walczyliwręcz z obsługą dział. William splunął w błoto i zaczął się ostrożnie wycofywać, bo wydawałomu się, że jest w zasięgu wzroku z górnych okien. Polewej dostrzegł Amerykanina, który przedtempróbował go zastrzelić, teraz zaś wciąż leżał namokrej trawie. Rzucając niespokojne spojrzenieku farmie, William podczołgał się do mężczyzny,który leżał twarzą w dół i nie ruszał się. Chciałzobaczyć twarz tego człowieka - nie wiedziałwłaściwie dlaczego. Podniósł się na kolanach i chwycił mężczyznę za ramiona, by go odwrócić.

Amerykanin był martwy. Strzał trafił go w głowę,usta i oczy miał otwarte, ciało ciężkie i bezwładne. Miałna sobie coś w rodzaju munduru milicji. Williamzauważył drewniane guziki z wypalonymi na nichliterami PUT. To coś oznaczało, ale jego oszołomionymózg nie potrafił sobie przypomnieć co. Delikatnieułożył mężczyznę z powrotem na trawie, wstałna drżących kolanach i wrócił po szablę. Po kilkukrokach zatrzymał się, zawrócił, ukląkł przy zmarłymi zimnymi placami zamknął mu oczy.

***

Ku radości żołnierzy tego wieczoru rozbiliobóz. Wykopano miejsca pod kuchnię, podjechały wozyz zaopatrzeniem, a wilgotne powietrze wypełniłzapach pieczonego mięsa i świeżego chleba. Williamledwo zdążył usiąść, by coś zjeść, gdy u jego boku z przepraszającą miną pojawił się Perkins, zwiastunnieszczęścia: William miał natychmiast stawić sięw kwaterze polowej generała Howe'a. Łapiącpo drodze bochen chleba i wsuwając do niego kawałpieczonej wieprzowiny, ruszył, by zjeść po drodze.

Trzej generałowie i wszyscy oficerowie sztabuzebrali się, by przedyskutować rezultaty działańtego dnia. Generałowie siedzieli przy niewielkimstole, gęsto zasłanym meldunkami i pospiesznierysowanymi mapami. William znalazł miejsce wśródoficerów sztabowych, stojących z szacunkiem przyścianach dużego namiotu.

Sir Henry opowiadał się za atakiem na Brooklyn Heightsz samego rana.

- Łatwo możemy ich przegonić - powiedziałClinton, wskazując ruchem dłoni meldunki. - Stracilipołowę ludzi, jeśli nie więcej, a od początku niebyło ich znowu tak dużo.

- Nie tak łatwo - zaprotestował lordCornwallis, wydymając grube wargi. - Widział pan,jak walczą. Tak, możemy ich stamtąd przegonić, alebędzie nas to sporo kosztować. Jak pan uważa, sir? -dodał, zwracając się z szacunkiem do Howe'a.

Wargi Howe'a niemal zniknęły, tylko białalinia wskazywała, gdzie się przedtem znajdowały.

- Nie mogę sobie pozwolić na takie zwycięstwojak to ostatnie - rzucił - a gdybym mógł wybierać, tonie chcę takiego zwycięstwa. - Uniósł wzrok znad stołui przesunął nim po młodszych oficerach, stojącychwzdłuż ścian namiotu. - Na tym cholernym wzgórzu w Bostonie straciłem wszystkich członków sztabu -dodał spokojniej. - Dwudziestu ośmiu, wszystkich co dojednego. - Zatrzymał wzrok na Williamie, najmłodszymz obecnych tu młodszych oficerów, i pokręcił głowąjakby do siebie. Zwrócił się do sir Henry'ego. -Przerwać walkę - zadecydował.

Sir Henry nie był zadowolony, William wyraźnieto widział, ale skinął głową.

- Zaoferować im warunki?

- Nie - zaprzeczył zdecydowanie Howe. - Jakpan powiedział, stracili niemal połowę ludzi. Tylkoszaleniec walczyłby dalej bez powodu, ale oni... tak,sir, czy chciał pan coś powiedzieć?

William zdał sobie nagle sprawę, że Howe zwracasię do niego. Te okrągłe oczy wwiercały się w jegopierś.

- Ja... - zaczął, ale przywołał się doporządku i wyprostował. - Tak, sir. Tam dowodzigenerał Putnam, tam nad strumieniem. On... może nie jestszaleńcem, sir - dodał ostrożnie - ale uważany jestza upartego człowieka.

Howe czekał, mrużąc oczy.

- Upartego człowieka - powtórzył. - Tak,zapewne jest uparty.

- Był jednym z dowódców pod Breed's Hill,nieprawdaż? - zauważył lord Cornwallis. - A stamtądAmerykanie uciekali najszybciej, jak mogli.

- Tak, ale... - William przerwał,sparaliżowany przez utkwione w nim spojrzenia trzechgenerałów. Howe machnął niecierpliwie ręką,by mówił dalej. - Z całym szacunkiem, milordzie- powiedział, ciesząc się, że głos mu nie drży -słyszałem, że w Bostonie Amerykanie zaczęliuciekać, dopiero gdy wykorzystali całą posiadanąamunicję. Wydaje mi się... że tu sytuacja jest inna,a jeśli idzie o generała Putnama, to pod Breed's Hillza nim nie było już nikogo.

- A pan sądzi, że tu jest. - Nie było topytanie.

- Tak, sir - William starał się nie patrzećzbyt wymownie na stos meldunków na stole. - Jestemtego pewien, sir. Wydaje mi się, że na wyspie jest chybacała Armia Kontynentalna, sir. - Starał się, by niezabrzmiało to jak pytanie. Usłyszał tę informacjędzień wcześniej od przejeżdżającego majora, ale możenie była to prawda. - Jeśli to Putnam tu dowodzi...

- Skąd pan wie, że to Putnam, poruczniku? -przerwał Clinton, wpatrując się w Williama rybimokiem.

- Niedawno wróciłem z... ekspedycjizbierania informacji, sir. Przeszedłem przezConnecticut. Słyszałem tam od wielu ludzi, że milicjazbiera się, by towarzyszyć generałowi Putnamowi,który ma połączyć siły z generałem Waszyngtonempod Nowym Jorkiem. A na ubraniu jednego z rebeliantów,który dziś po południu zginął nad strumieniem,widziałem guziki z wyrzeźbionymi literami PUT. Takgo nazywają, sir, generała Putnama. Stary Put.

Zanim Clinton czy Cornwallis zdołali cośpowiedzieć, generał Howe wyprostował się.

- Uparty człowiek - powtórzył. - Cóż, może i jest uparty. Niemniej jednak wstrzymajcie walkę. Znajdujesię na pozycji, której nie da się utrzymać, musi towiedzieć. Dajmy mu szansę, by to przemyślał, a jeślichce - naradził się z Waszyngtonem. Może Waszyngtonjest rozsądniejszym dowódcą, a gdyby nam się udałouzyskać kapitulację całej Armii Kontynentalnejbez dalszego rozlewu krwi, to wydaje mi się, że wartozaryzykować, panowie. Ale nie zaoferujemy imwarunków.

Co oznaczało, że jeśli Amerykaniepostąpią rozsądnie, będą musieli się poddaćbezwarunkowo. A jeśli nie? William słyszał opowieścio walce pod Breed's Hill, co prawda z ust Amerykanów,a zatem zapewne nie do końca wiarygodne. Mówionojednak, że gdy skończyła im się amunicja, buntownicywyjęli gwoździe ze swoich fortyfikacji, a nawetz obcasów własnych butów, i strzelali nimi doBrytyjczyków. Wycofali się dopiero wtedy, gdypozostało im tylko rzucać kamieniami.

- Jeśli jednak Putnam spodziewa się posiłkówod Waszyngtona, po prostu będzie czekać - powiedziałClinton, marszcząc brwi - a wtedy będziemy mieć ich tuwszystkich. Czy nie lepiej...

- Nie to miałeś na myśli - przerwał Howe -prawda, Ellesmere? Gdy mówiłeś, że w Breed's Hillza nim nie było już nikogo?

- Tak, sir - powiedział William z wdzięcznością. - Chodzi mi o to, że tu ma czegostrzec. Za sobą. Nie sądzę, by czekał, aż reszta armiiprzyjdzie mu z pomocą. Wydaje mi się, że on osłania jejodwrót.

Na te słowa lord Cornwallis uniósł wysoko brwi,Clinton zaś spojrzał z niechęcią na Williama, któryzbyt późno przypomniał sobie, że to on właśniedowodził tym pyrrusowym zwycięstwem pod Breed's Hill,a zatem zapewne był dość wrażliwy na punkcie IsraelaPutnama.

- A dlaczegóż to szukamy rady u chłopca,który ma jeszcze mleko pod... Czy był pan już w walce,sir? - spytał Williama.

- Walczyłbym teraz, sir - odpowiedział,oblewając się gorącym rumieńcem - gdyby mnie tunie zatrzymano.

Lord Cornwallis roześmiał się, również po twarzyHowe'a przemknął uśmieszek.

- Postaramy się, by pan zobaczył dośćkrwi, poruczniku - powiedział sucho - ale niedzisiaj. Kapitanie Ramsay - spośród starszychczłonków sztabu przywołał niskiego mężczyznę o kwadratowych ramionach, który wystąpił naprzód i zasalutował - niech pan zabierze stąd Ellesmere'a,żeby opowiedział panu o rezultatach tego zbieraniainformacji. I niech pan mi później przekaże wszystko,co pan uzna za interesujące. Tymczasem - zwróciłsię ku dwóm generałom - proszę zawiesić walkę,aż do dalszych rozkazów.

***

Odprowadzany przez kapitana Ramsaya William niebył już świadkiem dalszych rozważań generałów.

Zastanawiał się, czy nie wyrwał się zanadtoze swymi uwagami. Co prawda generał Howe zadał mupytanie wprost, musiał więc na nie odpowiedzieć, jeślijednak porównać zaledwie miesiąc zbieraniainformacji z połączoną wiedzą tak wieludoświadczonych oficerów...

Zdradził się ze swymi wątpliwościami przedkapitanem Ramsayem, który wydawał się dość oschły,ale nastawiony raczej przyjaźnie.

- Och, nie miał pan wyboru, musiał się pan odezwać- zapewnił go Ramsay. - Jednakże...

By dotrzymać kroku Ramsayowi, William obiegł kupęmuła.

- Jednakże? - powtórzył pytająco.

Ramsay nie odpowiedział od razu. Prowadził go przezobóz, wzdłuż przejść między namiotami, od czasu do czasupozdrawiając siedzących wokół ognisk mężczyzn.

W końcu przybyli do jego namiotu; odsunąłklapę i wskazał Williamowi wejście.

- Słyszał pan o pewnej damie imieniemKasandra? - spytał w końcu. - Chyba Greczynka. Niecieszyła się szczególną popularnością.

***

Po wydarzeniach dnia wojsko spało mocno, tak samojak William.

- Pańska herbata, sir.

Zamrugał zdezorientowany i wciąż zagubionyw śnie, w którym szedł przez prywatne zoo księciaDevonshire pod rękę z orangutanem. Patrzyła naniego jednak nie morda orangutana, tylko okrągła twarzszeregowego Perkinsa.

- Co takiego? - odezwał siębezmyślnie. Wydawało mu się, że Perkins unosi się w jakichś oparach, które nie znikały od mrugania. Gdyusiadł i wziął do ręki parującą filiżankę,stwierdził, że to dlatego, iż powietrze wypełniamgła.

Wszystkie dźwięki były stłumione. Słychaćbyło co prawda normalne odgłosy budzącegosię obozu, ale dochodziły one jakby z daleka,stłumione. Nic więc dziwnego, że gdy kilka minutpóźniej wysunął głowę z namiotu, stwierdził, iżcały teren spowijają gęste, przybyłe tu z bagienopary. Nie miało to większego znaczenia, wojsko nigdziesię nie ruszało. Rozkaz z kwatery Howe'a oficjalnieogłosił zawieszenie działań. Można było tylkoczekać, aż Amerykanie pójdą po rozum do głowy i poddadzą się.

Żołnierze przeciągali się, ziewali i szukali rozrywek. William właśnie doszedł dokulminacyjnego momentu zaciętej gry hazardowejz kapralami Yarnellem i Jeffriesem, gdy znów pojawiłsię Perkins.

- Pozdrowienia od pułkownika Spencera, sir. I ma pan się stawić u generała Clintona.

- Tak? A po co? - spytał William.

Perkins wydawał się zaskoczony. Nie przyszło mudo głowy, by spytać posłańca, po co.

- Po prostu... pewnie pana potrzebuje -odrzekł, starając się być pomocnym.

- Wielkie dzięki, szeregowy Perkins -powiedział William, ale Perkins nie zrozumiał jegosarkazmu. Z uśmiechem i z ulgą zaczął się wycofywać,nie czekając, aż zostanie odesłany. - Perkins! -krzyknął William i żołnierz odwrócił się z zaskoczeniem na twarzy. - W którą stronę?

- Co? Chciałem powiedzieć... co, sir?

- W którym kierunku? Gdzie znajduje się kwateragenerała Clintona? - powtórzył William, starającsię zachować cierpliwość.

- O, huzar... przyszedł z... - Perkins obracałsię powoli jak kogut na dachu, marszcząc brwi w skupieniu- stamtąd - wskazał palcem. - Widziałem za nim towzgórze.

Przy ziemi mgła wciąż była gęsta, ale od czasu doczasu wyłaniały się grzbiety pagórków i wysokiedrzewa. William bez trudu zlokalizował wzgórze,o którym mówił Perkins. Miało dziwny, zgarbionykształt.

- Dziękuję, Perkins. Możesz odejść - dodałszybko, zanim Perkins zdążył się odwrócić. Patrzył,jak szeregowiec znika w ruchomej masie mgły i ciał. Potem pokręcił głową i udał się, by przekazaćdowodzenie kapralowi Evansowi.

Koniowi nie podobała się mgła, Williamowitakże nie. Czuł się w niej nieswojo, jak gdyby ktośdyszał mu w kark. Była to jednak mgła morska - ciężka,wilgotna i zimna, ale nie dusząca. Były w niej miejscajaśniejsze i gęstsze; odnosiło się wrażenie,że się porusza. Widział zaledwie na kilka stóp przedsobą i ledwo dostrzegał niewyraźny kształt wzgórzawskazanego przez Perkinsa, choć jego szczyt pojawiałsię i znikał, jakby wyczarowywany.

Czego może chcieć od niego sir Henry, zastanawiałsię. Czy tylko jego wezwano, czy też było to spotkaniemające na celu zapoznanie oficerów liniowychz jakąś zmianą strategii? Może ludzie Putnamasię poddali? Powinni, niewątpliwie. W tychokolicznościach nie mogli liczyć na zwycięstwoi chyba to rozumieją. Podejrzewał jednak,że Putnam będzie musiał porozumieć się w tejsprawie z Waszyngtonem. Podczas walki przy starejkamiennej farmie na grzbiecie odległego wzgórzazauważył grupę jeźdźców. Powiewała nadnimi nieznana mu flaga. Ktoś wskazał ich wówczas i powiedział: "To on, Waszyngton. Szkoda, że nie mamy tudwudziestkiczwórki. Nauczylibyśmy go tak się gapić",i roześmiał się.

Rozsądek mówił, że się poddadzą. Williamadręczyło jednak niewyraźne odczucie, którenie miało nic wspólnego z mgłą. W ciągu miesiącaspędzonego w podróży miał okazję rozmawiać z wieloma Amerykanami. Większość z nich też czułasię niepewnie; nie chcieli konfliktu z Anglią, a szczególnie nie chcieli mieć nic do czynienia z powstaniemzbrojnym, co było bardzo rozsądne. Natomiast ci,którzy popierali rewoltę, byli naprawdę bardzozdeterminowani. Może Ramsay przekazał część tychinformacji generałom. Nie wydawał się co prawdaspecjalnie poruszony doniesieniami Williama,nie mówiąc już o jego opiniach, ale może...

Koń potknął się, William poleciał w siodle naprzódi niechcący szarpnął wodzami. Zdenerwowanykoń odwrócił głowę i złapał wielkimi zębamiskórzane buty Williama.

- Ty bydlaku! - Końcami cugli uderzył koniaw nos i z całej siły odciągnął jego głowę do tyłu,aż rozsunięte wargi znalazły się niemal na jegokolanach. Pokazawszy, kto tu rządzi, powoli zwolniłnacisk. Koń parsknął i gwałtownie potrząsnąłgrzywą, ale nie dyskutując już więcej, podjąłwędrówkę.

Jechali już od dobrej chwili - myląca byłanie tylko odległość, ale i czas. William spojrzał nawzgórze będące jego drogowskazem i stwierdził,że znowu zniknęło. Zapewne wkrótce się pojawi.

Ale się nie pojawiło.

Mgła przesuwała się wokół niego. Słyszał,jak z liści drzew, które nagle wynurzały się z mgły i równie nagle w niej ginęły, skapuje wilgoć. Pagórekpozostawał uparcie niewidoczny. Przyszło mu do głowy,że już od pewnego czasu nie słyszał żadnych ludzkichgłosów.

A powinien.

Gdyby zbliżał się do kwatery Clintona, nie tylkopowinien słyszeć wszystkie normalne odgłosyobozu, ale także natknąć się na ludzi, konie,ogniska, wozy, namioty. Tymczasem nie dobiegałydo niego żadne dźwięki oprócz odgłosu płynącejwody. Najwyraźniej wyjechał poza obóz.

- Niech cię cholera, Perkins - mruknął podnosem.

Zatrzymał się na chwilę i sprawdził swój pistolet,wąchając proch na panewce. Gdy dostanie się do niegowilgoć, pachnie inaczej. Jeszcze jest w porządku,pomyślał. Zapach dobrego prochu jest gorący i drażni nos, a mokry proch wydziela z siebie siarkowysmród zepsutego jajka.

Nie dostrzegł żadnego niebezpieczeństwa,ale trzymał pistolet w ręce. Mgła była tak gęsta,że pozwalała widzieć tylko na kilka stóp. Ktośmógł się z niej nagle wynurzyć, a wtedy będziemusiał natychmiast zadecydować - strzelać czynie. Panowała cisza. Artyleria milczała, nie byłoteż słychać przypadkowych strzałów z muszkietówjak poprzedniego dnia. Wróg się wycofywał, nie miał codo tego wątpliwości, czy jednak powinien strzelać,gdyby wpadł na jakiegoś Amerykanina, który tak jak i on zagubił się we mgle? Na tę myśl spociły mu się dłonie,uznał jednak, że będzie musiał, bo Amerykanin zapewnenie wahałby się, by strzelić, gdy tylko ujrzy czerwonymundur.

Groziło mu, że zginie z ręki własnychżołnierzy, i to upokorzenie martwiło go bardziejniż sama perspektywa śmierci, choć nie zapominałteż zupełnie o tym ryzyku. Tymczasem cholerna mgłagęstniała. Na próżno szukał wzrokiem słońca, bywyczuć kierunek - nieba nie było widać. Stłumiłsłaby dreszcz paniki. To prawda, na tej cholernej wyspiebyły przecież trzydzieści cztery tysiące brytyjskichżołnierzy. Nawet w tej chwili na pewno znajduje sięw zasięgu strzału z pistoletu całkiem znacznej ichliczby. I wystarczy, bym znalazł się w zasięgu strzałujednego Amerykanina - przypomniał sobie ponuro,przedzierając się przez zarośla modrzewi. W pobliżusłyszał szelesty i trzask gałęzi. Niewątpliwiew lesie były jakieś istoty, ale jakie? Żołnierzebrytyjscy nie wędrowaliby w tej mgle, to pewne. Dodiabła z Perkinsem! Jeśli zatem usłyszy ruchwiększej liczby ludzi, zatrzyma się i pozostanie w ukryciu. Inaczej może mieć tylko nadzieję, że natrafina jakiś oddział albo usłyszy coś niewątpliwiewojskowego, na przykład wykrzykiwane rozkazy.

Przez jakiś czas jechał powoli, w końcu odłożyłpistolet, stwierdzając, że od tego ciężaruzmęczyła mu się ręka. Boże, jak długo już go niema? Godzinę? Dwie? Czy powinien zawrócić? Nie miałjednak pojęcia, co to znaczy "zawrócić". Możeporusza się po okręgu. Okolica wszędzie wyglądałatak samo - szara ściana drzew, skał i traw. Wczoraj całyczas był ożywiony i gotowy do ataku, dzisiaj jegoentuzjazm do walki zdecydowanie osłabł.

Nagle ktoś zastąpił mu drogę. Koń cofnąłsię tak gwałtownie, że William tylko niewyraźniedostrzegał, iż to człowiek, zauważył jednak,że nie ma on brytyjskiego munduru. Wyciągnąłbypistolet, gdyby nie musiał obiema rękoma próbowaćuspokoić konia. Koń popadł w histerię, skakał w kółko, a przy każdym lądowaniu William czuł, jakskrzypi mu kręgosłup. Otoczenie migało wokółniego mieszanką szarości i zieleni, docierałyjednak do niego głosy, wyrażające albo kpinę,albo zachętę. Po chwili, która wydawała sięwiekiem, ale zapewne trwała nie więcej niż pół minuty,Williamowi udało się uspokoić cholerne zwierzę,które dyszało, parskało, kręciło głową,pokazywało białka oczu i było całe mokre odpotu.

- Ty pieprzona kocia karmo - powiedziałWilliam, odciągając głowę konia na bok. Poczuł nanogach gorący, wilgotny koński oddech.

- Nie jest to najspokojniejszy koń, jakiegowidziałem - przytaknął jakiś głos, a czyjaś rękazłapała za uzdę - wygląda jednak zdrowo.

William zobaczył krępego i ogorzałegoczłowieka w ubraniu myśliwego, a potem ktośinny złapał go od tyłu wokół pasa i ściągnąłz konia. Padł na ziemię mocno i płasko na plecy, co nachwilę odebrało mu oddech, próbował jednak dzielniewyciągnąć pistolet. Jakieś kolano wbiło mu sięw pierś, a duża ręka odebrała mu broń. Brodata twarzzaśmiała się do niego.

- Nie jesteś zbyt towarzyski - powiedziałmężczyzna karcąco. - Myślałem, że wy, wszyscyBrytyjczycy, jesteście dobrze wychowani.

- Pozwól mu wstać i wziąć się za ciebie,Harry, to zapewne cię ucywilizuje - odezwałsię inny mężczyzna, niższy, lżejszej budowy,przemawiający jak człowiek wykształcony, możenauczyciel. Zaglądał nad ramieniem mężczyznyklęczącego na piersi Williama. - Mógłbyś jednakpozwolić mu oddychać.

Nacisk na pierś Williama ustąpił i udało mu sięzaczerpnąć powietrza, ale po chwili musiał je łapaćznów, bo ten, który go przytrzymywał, uderzył go w żołądek. Jakieś ręce zaczęły przeszukiwać mukieszenie, zerwano mu przez głowę ryngraf, boleśniedrapiąc nos. Ktoś sięgnął po jego pas, rozpiął i wyciągnął go, pogwizdując z radością na widokprzyczepionego do niego sprzętu.

- Bardzo ładnie - powiedział z uznaniem drugimężczyzna. Spojrzał na leżącego na ziemi Williama,który łapał powietrze jak wyrzucona na brzeg ryba. -Dziękujemy panu, jesteśmy zobowiązani. Wszystkow porządku, Allan? - zawołał ku mężczyźnietrzymającemu konia.

- Tak, mam go - odpowiedział nosowy szkockigłos. - Ruszajmy.

Mężczyźni oddalili się i przez chwilęWilliamowi wydawało się, że został sam, potem jednakmocna dłoń złapała go za ramię i przekręciłana brzuch. Siłą woli podniósł się na kolana, ale tasama ręka złapała go teraz za związane włosyi odciągnęła mu głowę do tyłu, odsłaniającgardło. Dostrzegł błysk noża i szeroki uśmiechmężczyzny. Nie miał jednak ani czasu, ani dość powietrzaw płucach, by się pomodlić bądź zakląć. Nóż opadł,a William poczuł mocne szarpnięcie za włosy, któresprawiło, że do oczu napłynęły mu łzy. Mężczyznamruknął coś niezadowolony i jeszcze raz opuściłnóż, w końcu triumfalnie unosząc włosy Williama.

- Pamiątka - zachichotał, okręcił sięna pięcie i ruszył za przyjaciółmi. Przez mgłędobiegło Williama brzmiące jak szyderstwo rżeniejego konia.

***

William żałował poniewczasie, że nie udało musię zabić przynajmniej jednego, ale złapali go łatwojak dziecko, obrobili i zostawili leżącego naziemi jak jakiś kawałek gówna. Był tak wściekły, żezatrzymał się i uderzył pięścią w pień drzewa. Bólw ręce sprawił, że głośno wciągnął powietrze w płuca, nie złagodził jednak chęci zemsty. Wsunąłbolącą dłoń między uda, sycząc przez zęby, pókiból nie ustąpił. Oddychając ciężko, pomacał sięz tyłu po głowie. Wyczuł ostre kosmyki włosów i znówopanowała go taka wściekłość, że z całej siłykopnął w drzewo, co spowodowało, że teraz z koleiskakał na jednej nodze, przeklinając, a w końcu padłna skałę i oparł czoło o kolana. Powoli oddech musię uspokoił i wróciła zdolność rozsądnegomyślenia.

No właśnie. Wciąż tkwił gdzieś w lasach Long Island,tylko teraz bez konia, jedzenia i broni. I włosów. Na tęmyśl wyprostował się i zacisnął pięści. Z pewnymtrudem opanował nowy przypływ wściekłości. Niemiał teraz czasu na gniew. Jeśli kiedykolwiek uda mu siędopaść Harry'ego, Allana czy drobnego mężczyznęposługującego się starannym językiem... Cóż,może kiedyś do tego dojdzie.

Na razie najważniejsze było odszukanieobozu. Najchętniej by zdezerterował, złapał statekdo Francji i nigdy nie wrócił, zostawiając wojsko w przekonaniu, że zginął. Nie mógł jednak tego zrobićz wielu powodów, między innymi z powodu ojca,który prawdopodobnie wolałby, żeby rzeczywiściezginął, niż tchórzliwie uciekł.

Nie ma co. Podniósł się, zrezygnowany, starającsię wzbudzić w sobie wdzięczność, że bandyciprzynajmniej zostawili mu płaszcz. Gdzieniegdzie mgłasię przerzedzała, ale przy samej ziemi wciąż byławilgotna i zimna. To go jednak nie martwiło - krewwciąż w nim wrzała. Rozejrzał się po cieniach skał i drzew - wyglądały dokładnie tak samo jak wszystkiepieprzone skały i drzewa, które widział w ciągu tegoprzeklętego dnia.

- No dobrze - powiedział głośno i wysunąłpalec, obracając się równocześnie - raz, dwa,trzy, raz, dwa, trzy, złap Francuza jak się patrzy... a,do diabła.

Utykając lekko, ruszył przed siebie. Niemiał pojęcia, dokąd zmierza, musiał się jednakruszyć - albo pęknąć. Przez jakiś czas zabawiałsię odtwarzaniem minionego incydentu, ale przyzmienionych rolach. Widział siebie, jak chwyta grubegoo imieniu Harry i rozbija mu nos na krwawą miazgę, a potem głowę o skałę. Zabiera mu nóż i patroszytego zarozumiałego małego skurwysyna,wyrywa mu płuca... Istniało coś, co nazywałosię krwawym orłem - niegdyś stosowały to dzikieplemiona germańskie. Przecinano człowieka od tyłui wyciągano mu płuca, które machały jak skrzydła,póki człowiek nie umarł.

Stopniowo się uspokajał, ale tylko dlatego, żenie da się utrzymywać gniewu na takim poziomie.

Stopa mniej go bolała, kostki palców były otarte,ale już nie pulsowały tak bardzo. Fantazje na tematzemsty zaczęły mu się wydawać absurdalne. Czyto na tym polegał bitewny amok? Czy wtedy pragnie sięstrzelać i godzić szablą nie dlatego, że zabijaniejest obowiązkiem, tylko dlatego, że się to lubi, że siętego chce, tak jak się chce kobiety? I czy później człowiekczuje się głupcem? Zastanawiał się nad zabijaniemw bitwie - nie ciągle, ale od czasu do czasu. Z wielkimwysiłkiem starał się to sobie wyobrazić, gdypostanowił wstąpić do wojska, i zdał sobie sprawę,że temu aktowi może towarzyszyć żal.

Ojciec mówił mu o tym wprost i nie starając sięusprawiedliwiać. Opowiadał o okolicznościach, w których pierwszy raz zabił człowieka. Nie w bitwie,ale po bitwie. Była to egzekucja pewnego Szkota,rannego i zostawionego na polu pod Culloden.

- Takie były rozkazy - powiedział ojciec. -Żadnej litości. Mieliśmy te rozkazy na piśmie,podpisane przez Cumberlanda. - Opowiadając,ojciec wpatrywał się w regały z książkami, w tejjednak chwili spojrzał wprost na Williama. - Rozkazy- powtórzył. - Słuchasz rozkazów, oczywiściemusisz, ale nadejdzie taki czas, kiedy nie będziesz miałżadnych rozkazów, albo znajdziesz się w sytuacji,która nagle się zmieni. I będą takie przypadki -będą takie przypadki - gdy twój honor ci powie, że niemożesz posłuchać rozkazu. W takich okolicznościachmusisz postąpić zgodnie z własnym sumieniem i byćgotowy ponieść konsekwencje.

William skinął wówczas poważnie głową. Właśnieprzyniósł ojcu papiery do podpisu, ponieważ lord Johnbył jego opiekunem i musiał wyrazić zgodę. Williamuważał, że podpis będzie zwykłą formalnością, niespodziewał się ani spowiedzi, ani kazania - jeśli tobyło to.

- Nie powinienem był tego zrobić - powiedziałnagle ojciec. - Nie powinienem był go zastrzelić.

- Ale... papy rozkazy...

- Nie dotyczyły mnie, w każdym razie niebezpośrednio. Nie miałem wtedy jeszcze w rękupowołania do wojska. Pojechałem na kampanię z bratem, ale nie byłem jeszcze żołnierzem. Władza armiimnie nie dotyczyła, mogłem odmówić.

- Gdyby papa to zrobił, czy nie zastrzeliłby goktoś inny? - spytał praktycznie William.

Ojciec uśmiechnął się, ale bez wesołości.

- Tak, niewątpliwie, ale nie w tym rzecz. To prawda,że nigdy nie przyszło mi do głowy, że miałem wówczaswybór - ale o to właśnie chodzi. Zawsze ma się wybór,Williamie. Pamiętaj o tym, dobrze?

Nie czekając na odpowiedź, pochylił się,wyjął pióro z biało-niebieskiego chińskiegowazonu stojącego na biurku i otworzył kryształowykałamarz.

- Czy jesteś pewien? - spytał jeszcze, patrzącna Williama poważnie, a usłyszawszy potwierdzenie,podpisał. Potem uniósł wzrok i uśmiechnął się. -Jestem z ciebie dumny, Williamie - powiedział cicho- i zawsze będę.

William westchnął. Nie wątpił, że ojciec zawsze gobędzie kochał, ale jeśli chodzi o dumę, ta konkretnaekspedycja raczej nie okryje go chwałą. Będzie miałszczęście, jeśli uda mu się wrócić do żołnierzy,zanim ktoś zauważy, że już go długo nie ma, i podniesie alarm. Boże drogi, co za upokorzenie -dać się zauważyć dzięki temu, że się zgubił i dałobrabować. Lepsze to jednak niż dać się zauważyćprzez śmierć z rąk bandytów.

Podążał ostrożnie przez spowity mgłąlas. Podłoże nie było trudne, choć zdarzały siębagniste miejsca, tam gdzie w zagłębieniach terenugromadziła się woda. Raz usłyszał odgłos wystrzału z muszkietu i podążył w tym kierunku, ale zanim dotarł,wszystko umilkło. Wędrował więc ponuro naprzód,zastanawiając się, ile mu zajmie pokonanie pieszocałej cholernej wyspy i ile mu jeszcze zostało. Terenwzniósł się stromo, teraz musiał się więc wspinać. Potwarzy spływał mu pot. Wydawało mu się, że im jestwyżej, tym mgła jest rzadsza - i rzeczywiście, w pewnymmomencie stanął na niewielkim, skalistym cyplu, skądprzez chwilę poniżej widział ziemię, całkowiciepokrytą wirującą szarą mgłą. Od tego widokuzakręciło mu się w głowie, więc zanim ruszył dalej,musiał przysiąść z zamkniętymi oczyma.

Dwukrotnie usłyszał odgłosy ludzi i koni, alebyły one nie takie, jak powinny być - nie było w nichrytmu wojska, więc odwrócił się i ostrożnie podążyłw przeciwnym kierunku.

Stwierdził, że teren zaczął się zmieniaćna coś w rodzaju karłowatego lasu - niskiedrzewa rosły na jasnej ziemi, która trzeszczałamu pod nogami. Potem usłyszał wodę - faleuderzające o plażę. Morze. Dzięki Bogu choć za to- pomyślał i pospieszył w tym kierunku. Zbliżałsię już do plaży, gdy nagle dotarły do niego innedźwięki. Łodzie... Szuranie łodzi - więcej niżjednej - po piasku, brzęk wioseł. I plusk. I głosy,stłumione, ale podniecone. Cholera jasna! Schowałsię pod gałęzią karłowatej sosny, mającnadzieję, że w przesuwającej się mgle otworzysię szczelina. Nagły ruch sprawił, że rzucił sięw bok, sięgając po pistolet, ale zaraz zdał sobiesprawę, że nie ma go już u pasa. Zobaczył jednak, żejego przeciwnikiem była niebieska czapla, któraspojrzała na niego żółtym okiem i poderwała się w niebo. Spomiędzy krzewów w odległości nie więcejniż dziesięciu stóp dobiegł go zaniepokojony okrzyk,strzał z muszkietu - i czapla dosłownie wybuchła,siejąc pióra dokładnie nad jego głową. Poczuł kroplekrwi ptaka, znacznie cieplejsze niż pot na jego twarzy, i nagle usiadł, bo ujrzał mroczki przed oczyma. Nie odważyłsię ruszyć, nie mówiąc już o zawołaniu. Spomiędzykrzewów dobiegał go szept, nie dość głośny, by mógłrozróżnić słowa, ale po chwili usłyszał stopniowooddalający się szelest. Starając się robić jaknajmniej hałasu, opadł na czworaki i odczołgał sięw przeciwnym kierunku, dopóki nie uznał, że możeznów bezpiecznie stanąć na nogach. Wydawało musię, że wciąż słyszy głosy, podszedł więc powoliw tamtą stronę. Serce biło mu mocno. Doszedł gozapach tytoniu, więc zamarł w miejscu, ale nie widział w pobliżu żadnego ruchu. Wciąż słyszał głosy, choćdość odległe. Pociągnął ostrożnie nosem, ale zapachznikł. Może coś sobie wyobraził? Ruszył więc dalej w kierunku dźwięków.

Teraz słyszał je wyraźniej. Cichenawoływania. Ciche, ale stanowcze. Szczęk wiosełw dulkach i plusk stóp w wodzie. Przesuwanie sięi pomruki ludzi, niemal zlewające się z szumemmorza i traw. Rzucił rozpaczliwie wzrokiem na niebo, alesłońca wciąż nie było widać. Musiał być po zachodniejstronie wyspy, był tego pewien. Prawie pewien. A jeślitak...

A jeśli tak, to dźwięki, które słyszał, musiałynależeć do amerykańskich żołnierzy, uciekającychz wyspy na Manhattan.

- Nie ruszaj się! - Szeptowi za jego plecamitowarzyszył nacisk lufy pistoletu, który wbijałmu się mocno w nerkę. Zamarł w miejscu. Na chwilęnacisk zelżał, ale zaraz wrócił z siłą, od którejnapłynęły mu łzy do oczu. Wydał z siebie cichy dźwięk i wygiął się do tyłu, zanim jednak zdołał się odezwać,jakieś kościste ręce złapały go za nadgarstki i szarpnęły do tyłu.

- Nie ma takiej potrzeby - odezwał się głos,głęboki, załamujący się i kłótliwy. - Odsuńsię, to go zastrzelę.

- Nie, nie zastrzelisz - przemówił ktoś inny,równie głębokim, ale mniej złośliwym głosem. -To tylko młodziak. I ładny. - Jedna z kościstychdłoni pogłaskała go po policzku. Zesztywniał, alekimkolwiek była ta osoba, już zdążyła mocno związaćmu ręce. - Co więcej, gdybyś chciała go zastrzelić,to już byś to zrobiła, siostro - dodał głos. - Odwróćsię, chłopcze.

Odwrócił się powoli i zobaczył, że złapałygo dwie stare kobiety, niskie i przysadziste jaktrolle. Jedna z nich trzymała pistolet i paliła fajkę- to jej tytoń poczuł przedtem. Widząc, że na jegotwarzy odmalowało się zaskoczenie i obrzydzenie,uniosła kącik ust, wciąż trzymając jednak brązowymizębami cybuch fajki.

- "Pięknym jest czyniący piękno" -zauważyła, przyglądając mu się. - Nie będę jednakmarnować kuli.

- Pani - odezwał się William, próbując, czynie zyska czegoś urokiem - mam wrażenie, że biorąmnie panie za kogoś innego. Jestem żołnierzemkróla...

Obie wybuchnęły śmiechem, który brzmiał jakskrzypienie zardzewiałych zawiasów.

- Nigdy bym nie zgadła - powiedziałafajczarka, uśmiechając się szeroko, ale wciążtrzymając w zębach fajkę. - A ja myślałam, że tokuglarz.

- Cicho, synek - przerwała jej siostra. - Niezrobimy ci krzywdy, o ile będziesz stał cicho i się nieodzywał. - Przyjrzała mu się uważnie. - Biłeś się,co? - powiedziała nie bez współczucia.

Nie czekając na odpowiedź, pchnęła go, ażusiadł na kamieniu, pokrytym muszelkami i mokrymiwodorostami. To po nich poznał, że jest bliskomorza.

Nie odzywał się, nie dlatego, że bał się kobiet,ale dlatego, że nie miał nic do powiedzenia. Siedziałwięc, wsłuchując się w dźwięki exodusu. Nie miałpojęcia, ilu ludzi bierze w tym udział, bo nie miałpojęcia, od jak dawna to trwa. Nikt nie mówił niczegoprzydatnego, padały jedynie słówka rzucane przypracy, pomruki oczekiwania. Tu i ówdzie rozlegał sięstłumiony, nerwowy śmiech. Mgła nad wodą przerzedzałasię. Widział ich teraz - znajdowali się niecałe stojardów dalej; niewielka flotylla płaskodennychłodzi i kilka rybackich keczów kursowała tami z powrotem po gładkiej jak szkło wodzie, a grupka nawybrzeżu cały czas malała. Trzymali dłonie na bronii nieustannie oglądali się przez ramię, czy ktoś ich nieściga.

W tym momencie nie martwił się o własnąprzyszłość. Czuł tylko upokorzenie, że musi bezsilniepatrzeć na odwrót całej armii amerykańskiej, a cowięcej, że będzie musiał wrócić i opowiedzieć togenerałowi Howe'owi. Tak się tym przejmował, żenawet nie pomyślał, czy kobiety nie zamierzają gougotować i zjeść. Ponieważ koncentrował się nascenie na plaży, nie przyszło mu do głowy, że skoroon może widzieć Amerykanów, oni mogą widziećjego. Wszyscy byli jednak tak skupieni na odwrocie,że rzeczywiście żaden go nie zauważył. Dopierogdy jeden popatrzył w głąb wybrzeża, jakby czegośszukając, zauważył go, zesztywniał, a potemrzuciwszy spojrzenie na niespodziewającychsię niczego towarzyszy, wspiął się po żwirze, niespuszczając Williama z oczu.

- Co to takiego, matko? - spytał. Miał nasobie mundur kontynentalnego oficera, był niskii przysadzisty, podobnie jak obie kobiety, ale znaczniewiększy. Na jego twarzy nie malował się żaden wyraz, alewidać było, że za przekrwionymi oczami intensywniepracuje mózg.

- Byłyśmy na rybach - powiedziała fajczarka- i złapałyśmy tego karmazyna, ale chyba wrzucimygo z powrotem do wody.

- Tak? Ale może jeszcze nie teraz?

Gdy mężczyzna się zbliżył, William zesztywniałi wpatrywał się w niego z możliwie jak najbardziejobojętnym wyrazem twarzy. Tamten usiłował przebićwzrokiem rzednącą mgłę za Williamem.

- Jest was tu więcej, chłopcze?

William nie odezwał się. Mężczyzna westchnął,zamierzył się i uderzył Williama w brzuch. Tenzwinął się, spadł ze skały i leżał na piasku,wymiotując. Mężczyzna złapał go za kołnierz i podniósł, jakby nic nie ważył.

- Odpowiedz mi, chłopcze, nie mam zbyt wiele czasu,a nie chcę być pochopny - mówił spokojnie, ale trzymałrękę na nożu zatkniętym za pas.

William wytarł usta, gdy tylko zdołał sięgnąćręką, i spojrzał na mężczyznę płonącymioczyma. W porządku - myślał i czuł, jak ogarniago spokój. Jeśli mam tu umrzeć, to przynajmniej umrę zacoś. Ta myśl przyniosła mu niemal ulgę. Siostra fajczarkiprzerwała jednak tę scenę, dźgając mężczyznęmuszkietem pod żebra.

- Gdyby ich było więcej, już byśmy ich dawnousłyszały - powiedziała z lekkim oburzeniem. -Żołnierze nie zachowują się cicho.

- To prawda - przytaknęła fajczarka i wyjęła fajkę z ust, by splunąć. - Ten się zgubił,to widać. I jak widzisz, nie chce z tobą rozmawiać -zaśmiała się do Williama, ukazując jeden jedynyząb. - Wolisz umrzeć niż mówić, co, chłopcze?

William pochylił leciutko głowę i kobietyzaśmiały się. Nie można było tego inaczej nazwać. Poprostu zachichotały.

- No, ruszaj - powiedziała ciotka oficerowi,machając ręką ku plaży - bo odpłyną bezciebie.

Mężczyzna nie spojrzał na nią - nie odrywałoczu od Williama - po chwili jednak kiwnął głową i zawrócił na plażę.

William czuł, że jedna z kobiet stanęła za nim, cośostrego dotknęło jego nadgarstka i sznurek, którymgo związały, opadł. Chciał potrzeć sobie nadgarstki,ale się powstrzymał.

- Idź, chłopcze - powiedziała fajczarkaniemal łagodnie - zanim ktoś jeszcze cię zobaczy i zacznie mieć pomysły.

Więc odszedł.

Na szczycie wydmy zatrzymał się i spojrzał zasiebie. Kobiety zniknęły, ale mężczyzna siedziałna rufie łodzi, która szybko oddalała się od niemalpustego już brzegu, i wpatrywał się w niego.

W końcu pokazało się słońce - bladypomarańczowy krąg, otoczony lekką mgiełką. Byłojuż popołudnie. William zawrócił w głąb wyspy i skierował się na południowy zachód, długo jednakjeszcze czuł na plecach czyjś wzrok.

Bolał go brzuch, a jedyna myśl, jaka kołatałamu się w głowie, to wspomnienie słów kapitana Ramsaya:"Czy słyszał pan o damie imieniem Kasandra?".

7. Niepewna przyszłość

Lallybroch, hrabstwo Inverness, Szkocja, wrzesień 1980

Nie wszystkie listy były datowane, ale niektóretak. Bree przejrzała pobieżnie kilka leżącychna wierzchu i z poczuciem, że siedzi na szczyciediabelskiego młyna, wybrała jeden, z datą 2 marcaA.D. 1777.

- Myślę, że ten jest następny. - Z trudemoddychała. - Jest cienki, krótki.

Rzeczywiście miał zaledwie półtorej strony,czego przyczyna była jasna. Cały był napisany przezjej ojca. Na widok niezręcznego pisma ścisnęło sięjej serce.

- Nigdy nie pozwolimy żadnemu nauczycielowizmuszać Jemmy'ego do pisania prawą ręką -powiedziała z ogniem do Rogera. - Nigdy.

- Dobrze - odrzekł zaskoczony i trochęrozbawiony jej wybuchem. - Ani lewą, jeśli takwolisz.

2 marca Anno Domini 1777

Fraser Ridge, kolonia Karolina Północna

Moja najdroższa Córko!

Przygotowujemy się teraz do wyjazdudo Szkocji. Nie na zawsze, a nawet nie na długo. Mojeżycie - nasze życie - związane jest z Ameryką,i mówiąc szczerze, wolałbym dać się użądlić naśmierć szerszeniom niż raz jeszcze postawić stopęna pokładzie statku. Staram się nie rozważać tejperspektywy, są jednak dwie istotne przyczyny, któreskłaniają mnie do tej decyzji.

Gdybym nie miał daru tej wiedzy, którąprzynieśliście mi ty, twoja matka i Roger Mac, zapewnemyślałbym - jak zdecydowana większość ludzi w kolonii - że Kongres Kontynentalny nie przetrwanawet sześciu miesięcy, a armia Waszyngtonajeszcze mniej. Rozmawiałem osobiście z człowiekiemz Cross Creek, którego zwolniono (z honorem) z ArmiiKontynentalnej z powodu jątrzącej się rany naramieniu - twoja matka oczywiście się tym zajęła,bardzo krzyczał i musiałem na nim usiąść - któryopowiadał, że Waszyngton ma zaledwie kilka tysięcyregularnych żołnierzy, bardzo źle wyposażonychw broń i źle ubranych. Ponadto wszystkim należą siępieniądze, a raczej ich nie otrzymają. Większość jegoludzi to milicja, której członkowie zaciągnęlisię na krótkie kontrakty, dwu- lub trzymiesięczne, i już teraz ich liczba maleje, bo muszą wrócić do domu,do prac w polu.

Ja jednak wiem; równocześnie nie mogę byćpewien, jak te rzeczy, które wiem, się urzeczywistnią. Czymam w jakiś sposób stać się ich częścią? Czy powinienemsię wstrzymać? Czy to w jakiś sposób zapobieże naszympragnieniom lub utrudni ich sukces? Często żałuję, żenie mogę przedyskutować tych spraw z twoim mężem,choć ponieważ jest prezbiterianinem, zapewneuznałby je za jeszcze bardziej niepokojące niż ja, i ostatecznie to nie ma znaczenia. Jestem tym, czym uczyniłmnie Bóg, i muszę sobie radzić z czasami, w którychmnie umieścił.

Choć wciąż jeszcze mam władzę nad zmysłemwzroku i słuchu, nie utraciłem też kontroli nad swymikiszkami, nie jestem jednak człowiekiem młodym. Mampałasz i strzelbę i umiem ich użyć, ale mam także prasędrukarską, którą mogę wykorzystać znacznieskuteczniej. Pamiętam, że pałasza czy muszkietumożna używać przeciwko jednemu wrogowi,natomiast słowa potrafią oddziaływać na dużąliczbę.

Twoja matka - niewątpliwie rozważającperspektywę mojej choroby morskiej, trwającejparę tygodni w jej przytomności - sugeruje, żemoże lepiej byłoby wejść w spółkę z Fergusem i wykorzystać prasę "L'Oignon", zamiast wyjeżdżaćdo Szkocji po moją własną.

Rozważałem to, nie mogę jednak narażaćFergusa i jego rodziny na niebezpieczeństwo,wykorzystując ich prasę do takiego celu, jakimam na myśli. Między Charlestonem a Norfolkiemjest jedynie kilka działających drukarni. Nawetgdybym drukował z zachowaniem tajemnicy, wkrótcepodejrzenie spoczęłoby na nas, bo New Bern jest centrumuczuć lojalistycznych. Źródło moich pamfletówbyłoby znane niemal natychmiast.

Pomijając troskę o Fergusa i jegorodzinę, sądzę, że mogę odnieść korzyść z wizytyw Edynburgu, gdzie mam własną prasę drukarską. Miałemtam też różnych znajomych, może część z nich uniknęławięzienia lub szubienicy.

Drugą i bardzo ważną przyczyną,która skłania mnie do podróży do Szkocji, jest twójkuzyn Ian. Wiele lat temu przysiągłem jego matce,na pamięć naszej matki, że go jej przywiozę, i zamierzam to uczynić; choć mężczyzna, któregoprzywiozę do Lallybroch, nie jest tym chłopakiem,który je opuścił. Bóg jeden wie, jak się teraz będąpostrzegać, Ian i Lallybroch, a Bóg ma bardzo dziwnepoczucie humoru. Jeśli jednak ma on w ogóle wrócić,musi się to stać teraz.

Śnieg już się topi, całymi dniamiwoda kapie z dachu, a rankami sople wiszą niemaldo samej ziemi. Za kilka tygodni drogi będą jużprzejezdne. Dziwnym jest prosić Cię o modlitwę zabezpieczeństwo tej podróży, która zakończy sięna długo, zanim się o niej dowiesz - dobrze czy źle- ale i tak o to proszę. Powiedz Rogerowi, że moimzdaniem Bóg nie zwraca uwagi na czas, i uściskaj ode mniedzieci.

Twój bardzo kochający ojciec

J.F.

Roger rozparł się wygodniej na fotelu, uniósł brwii spojrzał na nią.

- Francuski łącznik? Jak sądzisz?

- Co takiego? - zmarszczyła brwi, zaglądającmu przez ramię, i zobaczyła, którą część tekstuwskazuje palcem. - Tam, gdzie mówi o przyjaciołachw Edynburgu?

- Tak. Czy większość jego znajomych w Edynburgunie była szmuglerami?

- Tak mówiła mama.

- Stąd ta wzmianka o szubienicy. A skądnajczęściej szmuglowali towary?

Jej żołądek lekko podskoczył.

- Och, chyba żartujesz. Myślisz, że zamierzanawiązać kontakty z francuskimi szmuglerami?

- Niekoniecznie szmuglerami. Najwyraźniejznał tam wielu buntowników, złodziei i prostytutek. -Roger uśmiechnął się przelotnie, ale zaraz znówspoważniał. - Powiedziałem mu jednak wszystko, cowiedziałem o przebiegu wojny o niepodległość - coprawda nie w szczegółach, bo to nie mój okres - i na pewnomówiłem mu, jak ważna okaże się dla AmerykanówFrancja. Myślę tylko - przerwał nieco niezręcznie i uniósł na nią wzrok - że nie jedzie do Szkocji, by uniknąćwalki. Wyraźnie to mówi.

- Sądzisz więc, że szuka politycznychkoneksji? - spytała powoli. - Że nie chodzi tylkoo to, żeby porwać prasę drukarską, zostawić Ianaw Lallybroch i zaraz wracać do Ameryki?

Przyjęła ten pomysł z pewną ulgą. Wizja rodzicówprowadzących intrygi w Edynburgu i Paryżu budziłajakoś mniej przerażenia niż perspektywa, że znajdąsię w środku rebelii i walki. I będzie to dotyczyćich obojga, pomyślała. Gdziekolwiek pojedzie ojciec,będzie tam też matka.

Roger wzruszył ramionami.

- Ta uwaga, że jest tym, czym uczynił go Bóg. Wiesz,co przez to rozumie?

- Cholerny facet - powiedziałacicho. Przysunęła się bliżej do Rogera i położyła mu rękę na ramieniu, jakby chciałasię upewnić, że nie zniknie nagle. - Powiedział mikiedyś, że krew mu niestraszna. Że rzadko wybierałwalkę z własnej woli, ale zarazem wiedział, że jest doniej stworzony.

- Tak, no tak - potwierdził Roger równie cicho- ale nie jest już tym młodym lordem, który chwytałza pałasz i prowadził trzydziestu ludzi na z góryprzegraną bitwę, a potem przyprowadzał ich z powrotemdo domu. Teraz wie znacznie więcej, co człowiek możezrobić, i myślę, że to właśnie zamierza.

- Ja też tak sądzę. - Ścisnęło ją w gardle,i ze strachu, i z dumy.

Roger przykrył jej dłoń swoją.

- Pamiętam coś, co powiedziała twojamatka... - szepnął z namysłem - gdy opowiadała... o tym, jak wróciła i jak została lekarzem. Coś, cotwój... co Frank... jej powiedział. Coś w tym sensie, że tookropnie niewygodne dla ludzi wokół niej, ale wielkiebłogosławieństwo dla niej, że wie, czym ma być. Myślę,że miał rację. A Jamie to wie.

Pokiwała głową. Zapewne nie powinnamtego mówić, pomyślała, ale nie potrafiła jużpowstrzymać słów.

- A czy ty wiesz?

Długo milczał, ze wzrokiem utkwionym w leżącychna stole kartkach. W końcu jednak potrząsnął głową,tak lekko, że raczej to wyczuła, niż zobaczyła.

- Dawniej wiedziałem - powiedział cicho i puścił jej dłoń.

***

Najpierw chciała walnąć go w kark. Potem - złapaćgo za ramiona, pochylić się, spojrzeć mu z bliska w oczyi powiedzieć spokojnie, ale wyraźnie: "Co, u diabła,masz na myśli?".

Nie zrobiła jednak ani jednego, ani drugiego, bodoprowadziłoby to do dłuższej rozmowy, zupełnieniewłaściwej dla uszu dzieci, a ich potomstwo byłow tej chwili w holu, zaledwie parę metrów oddrzwi. Słyszała, jak rozmawiają.

- Widzisz to? - mówił Jemmy.

- Aha.

- Dawno, dawno temu przyszli tu źli ludzie,szukając dziadka. Źli Anglicy. To oni to zrobili.

Usłyszawszy słowa Jemmy'ego, Roger odwróciłgłowę i z półuśmiechem przytrzymał spojrzenieBrianny.

- Źli Anglicy - posłusznie powtórzyłaMandy. - Zrobić im porządek!

Mimo zdenerwowania Brianna nie mogła nieodpowiedzieć Rogerowi uśmiechem, choć poczułalekkie mrowienie w żołądku na wspomnienie, jak jej wujIan - taki spokojny, taki życzliwy - pokazywałjej ślady po szablach na drewnianej boazerii w holu i mówił: "Zachowaliśmy to tak, by pokazać dzieciom i powiedzieć im, że tacy właśnie są Anglicy". W jegogłosie brzęczała wtedy stal. Teraz, słysząc słabe i absurdalnie dziecinne echo tego w głosie Jemmy'ego,po raz pierwszy zwątpiła, czy mądrze jest podtrzymywaćtę konkretną rodzinną tradycję.

- Czy ty mu o tym powiedziałeś? - spytałaRogera, gdy głosy dzieci oddaliły się ku kuchni. -Bo ja nie.

- Część opowiedziała mu Annie, uznałem więc,że lepiej dopowiedzieć mu resztę. - Uniósł brwi. -Czy powinienem był mu powiedzieć, by zwrócił się dociebie?

- Och nie, nie, nie o to chodzi, ale czy powinniśmyuczyć go nienawiści do Anglików?

Roger uśmiechnął się.

- Nienawiść to chyba za silne słowo. Zresztąpowiedział "źli Anglicy", a ci, którzy tozrobili, byli złymi Anglikami. Poza tym jeślibędzie dorastać tu, w Highlands, na pewno usłyszyróżne kąśliwe uwagi o Anglikach, ale zestawi jeze wspomnieniem o twojej matce. Ostatecznie twój ojcieczawsze nazywał ją Angliszką.

Zerknął na list na stole, potem na zegar wiszącyna ścianie i gwałtownie wstał.

- Rany, jestem spóźniony. Jak będę w mieście,zajrzę do banku. Potrzebujesz może czegoś ze sklepugospodarczego?

- Tak - odrzekła sucho - nowej pompy dowirówki do mleka.

- Dobrze - powiedział, całując jąpospiesznie, i wyszedł, po drodze wkładająckurtkę.

Otworzyła usta, by zawołać, że żartowała, alew końcu się nie odezwała. Akurat w tym sklepie mogłabyć pompa do wirówki. Mieścił się w dużym, zawszezatłoczonym budynku na przedmieściach Inverness i zaopatrywał okoliczne farmy we wszystko, czego mogłypotrzebować - widły, gumowe wiadra, bele drutu i zmywarki, a także naczynia, słoje na przetwory i sporotajemniczych przedmiotów, których zastosowaniemogła jedynie zgadywać.

Wysunęła głowę na korytarz, ale dzieci były w kuchni z Annie MacDonald, dziewczyną do pomocy. Śmiechi odgłosy pracy antycznego tostera, który tuzastali, przepłynęły przez zielone drzwi razem z zachęcającym zapachem gorących grzanek. Zapach i śmiech ciągnęły ją jak magnes, a ciepło domu otulałojak miękki pled.

Zatrzymała się jednak, by złożyć list, a nawspomnienie ostatniej uwagi Rogera zacisnęłausta. "Dawniej wiedziałem". Parsknęła gniewnie,włożyła z powrotem list do szkatułki i wyszłado holu. Tam zatrzymał ją widok dużej koperty,która leżała na stole przy drzwiach. Kładziono na nimcodzienną pocztę, a także zawartość kieszeniRogera i Jemmy'ego. Wyciągnęła kopertęze stosu reklam, kamyków, resztek ołówka, ogniwłańcucha od roweru i... czyżby to była martwamysz? Niewątpliwie. Spłaszczona i wysuszona, ale z wciąż różowym ogonkiem. Wyjęła ją z tego stosu i przyciskając kopertę do piersi, ruszyła na herbatęi grzanki.

Szczerze mówiąc, pomyślała, nie tylko Rogernie dzieli się wszystkim. Różnica polegała na tym,że ona zamierza mu powiedzieć, co chodzi jej po głowie,gdy tylko wszystko ustali.

8. Wiosenna odwilż

Fraser's Ridge, kolonia Karolina Północna,marzec 1777

Pomyślałam, że dzięki ogromnemu pożarowipakowanie jest łatwiejsze. Obecnie posiadałamjedną suknię, jedną koszulę, trzy halki - w tym jednąwełnianą i dwie muślinowe - dwie pary pończoch (gdydom się spalił, jedne miałam na nogach, a drugą paręnieuważnie zostawiłam suszącą się na krzaku,kilka tygodni przed pożarem; odkryłam je późniejw stanie nieco zniszczonym, ale wciąż nadającym siędo noszenia), szal i parę butów. Jamie skombinowałskądś dla mnie okropny płaszcz; nie wiedziałam skąd i niechciałam pytać. Był z grubej wełny w kolorze trądu,a śmierdział, jakby ktoś w nim umarł i leżał przez parędni. Wygotowałam go z ługowym mydłem, ale wciąż tkwiłw nim ślad poprzedniego użytkownika.

Z drugiej strony - nie marzłam.

Mój sprzęt medyczny również pakowało siębez problemu. Wzdychając na wspomnienie pięknegokuferka z eleganckimi narzędziami i licznymibuteleczkami, przejrzałam to, co udało mi sięuratować z gabinetu. Uszkodzony tubus mikroskopu,trzy nadpalone dzbanki - jeden bez przykrywkii jeden pęknięty; duża puszka z gęsim smalcempomieszanym z kamforą, niemal już pusta po katarachi kaszlach tej zimy; garść nadpalonych stron wyrwanychz zeszytu Daniela Rawlingsa, który ja prowadziłamdalej. Trochę pocieszył mnie fakt, że na tych uratowanychstronach zachowała się specjalna receptura doktoraRawlingsa przeciw biegunce.

Była to jedyna z jego receptur, która,jak stwierdziłam, dobrze działała, i choć już oddawna pamiętałam jej składniki, fakt, że miałamją pod ręką, jakoś mi pomagał zachować pamięćo nim. Nigdy nie spotkałam Daniela Rawlingsa, alebył moim przyjacielem od dnia, w którym Jamie dał mijego kuferek i zeszyt z opisem przypadków. Ostrożniezłożyłam papier i wsunęłam do kieszeni.

W płomieniach przepadła większość ziół i lekarstw, a także różne gliniane pojemniki,szklane fiolki, duże miski, w których hodowałampenicylinę, a ponadto piły chirurgiczne. Wciążmiałam skalpel i pociemniałe ostrze małej piłki doamputacji; rączka się spaliła, ale Jamie zrobiłmi nową.

Mieszkańcy Ridge byli hojni - tak hojni,jak mogą być ludzie, którzy pod koniec zimy samiwłaściwie nic nie mają. Zgromadziliśmy dośćjedzenia na podróż, a wiele kobiet przyniosło mi coś z domowych zapasów. Miałam więc niewielkie dzbanuszkiz lawendą, rozmarynem, żywokostem i gorczycą,dwie cenne stalowe igły, małą szpulkę jedwabnychnici do zszywania ran i do używania przy czyszczeniuzębów (choć nie wspomniałam o tym ostatnim, bo kobietypoczułyby się głęboko dotknięte), a także małyzapas bandaży i gazy.

Jednej rzeczy na pewno mi nie brakowało, a mianowicie alkoholu. Składzik uratował sięprzed ogniem, tak samo jak gorzelnia. Ponieważ zbożadla zwierząt i domowników było aż nadto, Jamiedzielnie przerobił resztę na bardzo surowy, ale mocnyalkohol. Zamierzaliśmy go zabrać, by po drodzezamieniać na potrzebne nam towary. Małą beczułkęzachowałam dla specjalnego własnego użytku; naboku starannie napisałam sauerkraut,by zniechęcić ewentualnych rabusiów.

- A jeśli napadną nas bandyci, którzy niepotrafią czytać? - spytał rozbawiony Jamie.

- Myślałam o tym - poinformowałam go,pokazując małą zakorkowaną buteleczkęwypełnioną mętnym płynem. - Eau desauerkraut. Wyleję ją na beczułkę, jak tylkozobaczę coś podejrzanego.

- Powinniśmy zatem mieć nadzieję, że cibandyci nie będą Niemcami.

Ciąg dalszy w wersji pełnej