4 lipca 1776 roku w Filadelfii podpisanoDeklarację Niepodległości.
24 lipca generał-porucznik sir WilliamHowe przybył na Staten Island, gdzie w tawernie "PodRóżą i Koroną" w New Dorp założył swojąkwaterę.
13 sierpnia generał-porucznikJerzy Waszyngton przybył do Nowego Jorku, bywzmocnić fortyfikacje miasta opanowanego przezAmerykanów.
21 sierpnia William Ransom, poruczniklord Ellesmere, przybył do tawerny "Pod Różąi Koroną" w New Dorp, zgłaszając się z pewnymopóźnieniem na służbę jako najmłodszy i najnowszyczłonek sztabu generała.
22 sierpnia...
***
Porucznik Edward Markham, markiz Clarewell,wpatrywał się uważnie w twarz Williama, pozwalającmu podziwiać niezbyt apetyczny, bliski już pęknięciapryszcz na swoim czole.
- Dobrze się czujesz, Ellesmere?
- Dobrze - wydusił William przez zaciśniętezęby.
- Tylko że wyglądasz dość zielono. -Wyraźnie zaniepokojony Clarewell wsunął rękędo kieszeni. - Chcesz possać mojego korniszona?
Tym razem Williamowi niemal udało się dobiec dorelingu. Za jego plecami zgromadzeni pokpiwalisobie z korniszona Clarewella - kto może go possaći ile jego właściciel musiałby zapłacić za takąusługę. Żarty te przerywały protesty Clarewella,który upierał się, że jego wiekowa babcia zawszetwierdziła, iż korniszon najlepiej zapobiegachorobie morskiej, i najwyraźniej miała rację -patrzcie na niego, nic go nie bierze...
William zamrugał i załzawionymi oczymawpatrywał się w zbliżający się brzeg. Morzebyło dość spokojne, choć niewątpliwie coś sięszykowało. Nie miało to jednak żadnego znaczenia- nawet najłagodniejsze fale, najkrótsza drogamorska, zawsze wywracały jego żołądek na lewąstronę. Teraz też wciąż próbował coś z siebiewyrzucić, ale ponieważ nic już w nim nie zostało,mógł udawać, że wszystko jest w porządku. Wytarł usta,wyprostował się; czuł, że mimo upalnego dnia ciało mapokryte zimnym potem. Za chwilę zarzucą kotwicę,pora więc udać się pod pokład i skłonić będącychpod jego dowództwem żołnierzy, by zaprowadzilijaki taki porządek, nim zejdą do łodzi. Rzuciłokiem przez ramię i tuż za rufą zobaczył "River"i "Phoenixa". "Phoenix" był statkiem flagowymadmirała Howe'a, a na jego pokładzie płynął bratadmirała - generał. Czy będą musieli czekać,podskakując jak korki na coraz bardziej wzburzonychfalach, aż generał Howe i jego adiutant kapitanPickering wysiądą na brzeg? Miał nadzieję, że nie.
Jak się jednak okazało, żołnierzom pozwolonowylądować natychmiast.
- Jak najszybciej, panowie! - wołał głośnosierżant Cutter. - Zaraz będziemy gonić tychskurwysynów rebeliantów, zaraz! I biada każdemu,kogo złapię na ociąganiu się. Ty tam!
Odmaszerował, mocny jak czarnytytoń, by pogonić jakiegoś niezdarnegopodporucznika. William poczuł się nieco lepiej. Niemogło się przecież zdarzyć nic okropnego w świecie,w którym przebywał sierżant Cutter.
Ruszył za żołnierzami po drabinie i do szalupy,w podnieceniu całkowicie zapominając o swoimżołądku. Gdzieś na równinach Long Island miałrozegrać swoją pierwszą bitwę.
***
Osiemdziesiąt osiem fregat - słyszał,że admirał Howe właśnie sprowadził tyleokrętów. Rzeczywiście, zatokę Gravesendwypełniał las masztów. Wodę zapełniały szalupyprzewożące żołnierzy na brzeg. William mało się nieudławił z podniecenia. Czuł, że ogarnia ono równieżżołnierzy, gdy kaprale zwoływali kompanie z szalupi odmaszerowywali w równych szeregach, robiącmiejsce dla kolejnych przybyszów.
Ponieważ odległość od okrętów nie byładuża, konie oficerów płynęły do brzegu same,a nie na szalupach. William odskoczył, bo wielkiogier wynurzył się z fal i otrząsnął, mocząc słonymprysznicem wszystkich stojących w promieniu dziesięciustóp. Chłopak stajenny, który trzymał się jegouprzęży, wyglądał jak podtopiony szczur, ale takżesię otrząsnął i uśmiechnął szeroko do Williama. Twarzmiał białą z zimna, ale ożywioną podnieceniem.
William też miał konia - gdzieś tam. KapitanGriswold, starszy rangą członek sztabu Howe'a,pożyczył mu swego, bo nie było czasu, by sprowadzićskądś innego wierzchowca. Ransom założył więc, żektoś, kto zajmuje się jego koniem, go odnajdzie - choćnie wiedział jak.
Panował zorganizowany chaos. Brzeg w tym miejscubył terenem zalewowym, więc gromady czerwonychkurtek kręciły się wśród różnych morskich śmiecijak stada ptaków nadbrzeżnych. Okrzykom sierżantówtowarzyszył skrzek krążących nad nimi mew.
Williamowi dopiero tego ranka przedstawionokaprali, nie zapamiętał jeszcze dobrze ich twarzy, więcz pewną trudnością odszukał swoje cztery kompaniei wyprowadził je na wydmy porośnięte szorstkątrawą. Dzień był gorący, w ciężkich mundurach i z pełnym ekwipunkiem trudno było wytrzymać, pozwoliłwięc żołnierzom, by odpoczęli, napili się wodyalbo piwa z manierek, zjedli kawałek chleba albosera. Wkrótce wyruszyli.
Dokąd? W tej chwili jego myśli zajmowało przedewszystkim to właśnie pytanie. Pospieszna narada sztabupoprzedniego wieczoru - jego pierwsza - skupiłasię na podstawowych kwestiach planu inwazji. Z Gravesend połowa armii miała pomaszerowaćw głąb lądu i zwrócić się na północ ku BrooklynHeights, gdzie, jak uważano, okopały się siłyrebeliantów. Pozostała część wojska miałasię rozciągnąć wzdłuż wybrzeża aż po Montauk,tworząc linię obrony, która w razie potrzeby będziemogła przesunąć się w głąb Long Island, zmuszającrebeliantów do wycofania się i zamykając ich w sieci.
William nade wszystko pragnął znaleźćsię w pierwszej linii ataku. Wiedział, że jest tomało prawdopodobne. Nie znał zupełnie swoichpodkomendnych, a ich wygląd nie zrobił na nim dobregowrażenia. Żaden rozsądny dowódca nie posłałbytakich żołnierzy na pierwszą linię, chyba że mielibyposłużyć za mięso armatnie. Wzdrygnął się nieco natę przelotną myśl.
Howe nie lubił marnować ludzi; znany był z ostrożności, czasami nadmiernej - tak powiedziałmu ojciec. Lord John nie wspomniał, iż ten właśnie ryscharakteru generała Howe'a stał się głównąprzyczyną, dla której zgodził się, by syn dołączył dojego sztabu, ale William i tak to wiedział. Nie przejąłsię tym, uznając, że szanse na udział w znaczącychdziałaniach są i tak większe przy generale Howeniż na bagnach Karoliny Północnej z sir PeteremPackerem.
A poza tym... obrócił się powoli. Morzewypełniały brytyjskie okręty, a ziemię brytyjscyżołnierze; nigdy nie przyznałby się głośno, że tenwidok wywiera na nim wrażenie, ale coś ścisnęłogo w gardle; zdał sobie sprawę, że wstrzymuje oddech,zmusił się więc, by go wypuścić.
Teraz na brzeg przewożono działa. Chwiałysię niebezpiecznie na płaskodennychbarkach, obsługiwanych przez kilku klnącychżołnierzy. Konie i woły, ciągnące lawety i wózkiz amunicją, przemieszczały się po plaży głośną,rozbryzgującą piasek gromadą. Zwierzęta rżałyi muczały protestująco. Była to największa armia,jaką William kiedykolwiek widział.
- Sir. - Opuścił wzrok i zobaczył niskiegożołnierza o pełnych policzkach, nie starszego chybaod Williama, najwyraźniej zaniepokojonego.
- Tak?
- Pański szponton, sir, i pański koń -dodał żołnierz, wskazując długonogiego,gniadego wałacha, którego trzymał za lejce. - Z pozdrowieniami od kapitana Griswolda.
William ujął długi na siedem stóp szponton. Jegopolerowany, stalowy grot lśnił nawet podzachmurzonym niebem. Od ciężaru szpontonu przebiegłgo dreszcz podniecenia.
- Dziękuję. A ty jesteś...?
- Och! Perkins, sir. - Żołnierz pospieszniezasalutował. - Trzecia kompania, sir, nazywająnas rębaczami.
- Naprawdę? Cóż, mam nadzieję, że będzieciemieli okazję uzasadnić swą nazwę.
Perkins najwyraźniej nie zrozumiał.
- Dziękuję, Perkins - powtórzył William i gestem odprawił żołnierza.
Ujął konia za uzdę, czując, jak serce wypełnia muradość. Była to największa armia, jaką kiedykolwiekwidział, on zaś był jej członkiem.
***
Mógł mieć mniej szczęścia, ale mógł mieć teżwięcej. Jego kompanie miały się znaleźć w drugiejfali, idąc za strażą przednią pieszo i strzegącartylerii. Nie gwarantowało to akcji, ale dawałona nią szansę, jeżeli Amerykanie okażą sięchoć w połowie takimi wojownikami, jak o nichmówiono.
Minęło już południe, zanim mógł podnieśćszponton i krzyknąć "naprzód marsz!". Pogodazałamała się; teraz padał deszcz, przynosząc ulgęod upału.
Za porastającymi brzegi lasami ciągnęłasię szeroka, piękna równina. Pole traw upstrzonebyło dzikimi kwiatami o bogatych kolorach, dobrzewidocznych mimo niewyraźnego, deszczowegoświatła. Jeszcze dalej widział gromady ptaków- gołębi czy przepiórek, zbyt odległych, byje dokładnie rozpoznać - które mimo deszczuwzbijały się w powietrze, wypłaszane z gniazd przezmaszerujących żołnierzy.
Jego kompanie maszerowały w pobliżuśrodka posuwającej się kolumny w porządnejformacji. Pomyślał z wdzięcznością o generaleHowe. Jako młodszy oficer sztabowy powinienwłaściwie pełnić służbę posłańca - jeździćmiędzy różnymi kompaniami na polu, przenosićrozkazy z kwatery głównej Howe'a oraz informacjedo i od dwóch pozostałych generałów: sir Henry'egoClintona i lorda Cornwallisa. Ponieważ jednakprzybył tak późno, nie znał żadnego innego oficeraani nie orientował się w składzie wojska. Nie miałpojęcia, kto jest kim, nie mówiąc już o tym, gdzie sięw danym momencie może znajdować. Jako posłaniecbyłby więc bezużyteczny. Generał Howe, który -mimo zamieszania związanego ze zbliżającą sięinwazją - jakoś znalazł dla niego chwilę, nie tylkoprzywitał go uprzejmie, ale również zaoferował muwybór: albo będzie towarzyszył kapitanowiGriswoldowi i działał pod jego rozkazami,albo obejmie komendę nad kilkoma kompaniami,których porucznik zachorował na gorączkęmalaryczną.
William złapał tę okazję i siedział teraz dumniena koniu ze szpontonem opartym w pętli, prowadzącżołnierzy na wojnę. Poprawił się nieco w siodle;cieszyła go nowa, wełniana, czerwona kurtka,porządnie związane włosy, sztywny skórzanyplastron wokół szyi i drobny, lecz wyczuwalnyciężar oficerskiego ryngrafu - niewielka srebrnapozostałość rzymskiej zbroi. Od niemal dwóch miesięcynie nosił munduru, więc choć przemoczony, uważał,że włożenie go to wspaniała chwila.
W pobliżu przemieszczała się kompaniaszwoleżerów. Usłyszał okrzyk ich oficerai zobaczył, że wysuwają się naprzód i kierują ku odległej kępie drzew. Czyżby cośdostrzegli? Nie. Z kępy wyfrunęła czarna chmurakosów, pokrzykując tak głośno, że niektóre koniesię spłoszyły. Szwoleżerowie natarli na drzewa z wyciągniętymi szablami, ale tylko na pokaz; jeśliktoś się tam chował, to dawno już uciekł. Szwoleżerowiewrócili od razu do maszerujących kolumn.
Siadł znów swobodniej na siodle i puściłszponton.
W polu widzenia nie było Amerykanów - ale i tak by ich nie zobaczyli. W drodze widział i słyszałdość, by wiedzieć, że tylko prawdziwi żołnierzeArmii Kontynentalnej walczą w zorganizowanychformacjach. Widział rezerwistów ćwiczącychna placach po wioskach, dzielił jedzenie z ludźmi,którzy należeli do lokalnej milicji. Nie byliżołnierzami. Podczas musztry wyglądali żałośnie,z trudem maszerowali w krok, ale wszyscy byli zdolnymimyśliwymi. Widział, jak strzelają do dzikich gęsii indyków, nie podzielał więc powszechnej wśródbrytyjskich żołnierzy pogardy dla Amerykanów.
Nie. Gdyby gdzieś w pobliżu byli Amerykanie,pierwszym ostrzeżeniem byłby prawdopodobnieupadek martwego żołnierza z konia. PrzywołałPerkinsa i przekazał kapralom rozkaz, byżołnierze pozostawali czujni, z załadowanąbronią. Widział, że po odebraniu tej wiadomościjeden z kaprali zesztywniał, najwyraźniej uznającten rozkaz za obrazę, ale posłuchał, więc William niecosię rozluźnił.
Wrócił myślami do niedawnej podróży. Ciekawbył, kiedy i gdzie spotka kapitana Richardsona,by przekazać zebrane wiadomości. Większośćobserwacji zapamiętywał; zapisywał tylkoto, co niezbędne, zresztą robił to szyfrem w małymegzemplarzu Nowego Testamentu, który dostałod babci, a który spoczywał wciąż w kieszeni jegocywilnego płaszcza, pozostawionego na StatenIsland. Teraz, gdy bezpiecznie wrócił do wojska, zapewnepowinien spisać swoje uwagi w raporcie; mógłby... Cośsprawiło, że stanął w strzemionach - akurat w porę,by zobaczyć i usłyszeć strzał z muszkietu spomiędzydrzew po lewej stronie.
- Stać! - krzyknął, widząc, że jego ludzieszykują się do oddania strzału. - Czekajcie!
Znajdowali się za daleko; bliżej maszerowałainna kolumna piechoty, której żołnierze przybralipostawę strzelecką i oddali salwę w stronęzagajnika. Pierwszy rząd ukląkł, a drugi strzelał nad ichgłowami. Spomiędzy drzew odpowiedziano ogniem. Williamwidział, że paru żołnierzy padło, kilku innychpotknęło się, ale linia się nie załamała, tylkozwarła szyki. Kolejne dwie salwy, iskry odpowiedzi,ale bardziej sporadyczne. Kątem oka dostrzegł jakiśruch i obrócił się w siodle: gromada mężczyznw myśliwskich koszulach oddalała się od kępypo drugiej jej stronie. Kompania przed nimi także ichdostrzegła. Na rozkaz sierżanta nasadzili bagnetyi pobiegli, choć William widział wyraźnie, że nigdynie dościgną uciekających.
Tego rodzaju potyczki zdarzały się przez całepopołudnie. Armia posuwała się naprzód, poległychzabierano i przenoszono na tyły, było ich jednakniewielu. W pewnym momencie otworzono ogień do jednej z kompanii Williama. Czuł się niemal bogiem, dając rozkazdo ataku. Jego żołnierze ruszyli w las z nasadzonymibagnetami jak gromada gniewnych szerszeni i udałoim się zabić jednego rebelianta, którego ciałowyciągnęli na równinę. Kapral chciał powiesićgo na drzewie jako przestrogę dla innych, by widzieli,co ich czeka, William jednak zdecydowanie odrzuciłpropozycję jako niehonorową. Kazał złożyćpoległego na granicy lasu, gdzie przyjaciele mogligo odnaleźć.
Pod wieczór nadeszły rozkazy od generałaClintona. Nie będą rozbijać obozu; zatrzymają siętylko na chwilę, zjedzą zimny prowiant, a potem rusządalej. Przez szeregi przebiegł odgłos zaskoczenia,ale nie narzekania. Przybyli tu, by walczyć, podjęliwięc marsz z jeszcze większym poczuciem misji.
Po zmierzchu miejscowi przestali ich atakować. Odczasu do czasu popadało, ale nie było zimno i choćmundury nasiąkły wodą, William wolał chłódi wilgoć niż duchotę i upał poprzedniego dnia. W każdym razie deszcz na szczęście trochę uspokoiłjego konia. Wałach był nerwowy i płochliwy, Williamzaczął się więc zastanawiać, czy pożyczka ze stronykapitana Griswolda rzeczywiście była gestemżyczliwości. Zmęczony jednak długim dniem końnareszcie przestał uskakiwać na widok miotanychwiatrem gałęzi i szarpać wodze; podążałteraz naprzód z opuszczonymi uszami, zmęczony i zrezygnowany.
Przez kilka pierwszych godzin nocnego marszu niebyło tak źle, ale po północy żołnierze zaczęliodczuwać wyczerpanie i brak snu. Potykali się,zwolnili, a ponadto opanowało ich przygnębienie,gdy zdali sobie sprawę z ciemności i wysiłku, jakieich jeszcze czekają przed świtem. William wezwał doswego boku Perkinsa. Rumiany żołnierz pokazał się,ziewając i trąc oczy; maszerował obok, trzymającbroń na strzemieniu Williama, gdy ten wyjaśniał, o comu chodzi.
- Śpiewać? - powtórzył Perkins pełnymwątpliwości głosem. - Tak, chyba umiem śpiewać, sir,ale tylko hymny.
- Nie o to mi chodziło - odrzekłWilliam. - Idź i spytaj sierżanta... Millikina,prawda? Irlandczyka. Wszystko, na co ma ochotę. Tylkożeby było głośno i żywo. - Ostatecznie niepróbowali ukryć swojej obecności. Ci Amerykaniedokładnie wiedzieli, gdzie są.
- Tak, sir - powiedział niepewnie Perkins,puścił strzemię i natychmiast zniknął w mroku nocy. Pokilku minutach William usłyszał bardzo głośnyirlandzki głos Patricka Millikina śpiewającybardzo sprośną piosenkę. Przez szeregi żołnierzyprzebiegł śmiech. Zanim sierżant dotarł do pierwszegorefrenu, dołączyło do niego kilka głosów; jeszczedwie zwrotki i wrzeszczeli już wszyscy - łącznie z Williamem. Oczywiście maszerując szybkim tempemz pełnym ekwipunkiem, nie byli w stanie tego długoutrzymać, zanim jednak wyczerpali repertuarulubionych piosenek i stracili oddech, zdążyli sięobudzić i nabrać optymizmu.
Tuż przed świtem William poczuł zapach morza i cuchnący smród trzęsawisk. Żołnierze, już i takmokrzy, przechodzili teraz przez niewielkie strumyki i utworzone przez przypływ zatoczki. Kilka minut późniejspokój nocy zburzył wystrzał armatni. Żyjącena bagnach ptaki uniosły się w jaśniejące niebo z głośnym krzykiem.
***
W ciągu następnych dwóch dni William nigdy niewiedział, gdzie jest. W wojskowych raportach i pospiesznieprzekazywanych wiadomościach pojawiały się odczasu do czasu takie nazwy jak Jamaica Pass, Flatbush czyGowanus Creek, ale równie dobrze mogli mówić Jowiszalbo druga strona Księżyca - tyle samo niosły dlaniego znaczenia. W końcu zobaczył też Amerykanów,cały ich tłum wynurzający się z trzęsawisk. Kilkapierwszych potyczek było zaciętych, ale kompanięWilliama trzymano na tyłach jako pomoc. Tylko razznaleźli się dość blisko, by strzelać w odpowiedzina atak grupy Amerykanów.
Niemniej jednak cały czas czuł podniecenie, starałsię równocześnie wszystko słyszeć i widzieć. Miałzawroty głowy od zapachu prochu, a ciało mu drżałood dźwięku salw armatnich. Gdy o zmroku przerwano ogień,zjadł suchara i ser, ale nie czuł nawet ich smaku; spałkrótko, po prostu z wyczerpania.
Późnym popołudniem drugiego dnia znaleźlisię za dużymi, kamiennymi zabudowaniami farmy,gdzie Brytyjczycy i część oddziałów heskich umieściliartylerię. Z okien na piętrze wystawały lufy dział,lśniące i mokre na skutek ciągłego deszczu.
Problemem był teraz mokry proch. Kulom nic się niestało, ale jeśli nasypany na spłonkę proch zostawałtam dłużej niż parę minut, zaczynał się zbrylać i nie działał; dlatego też rozkaz załadowania trzebabyło odwlekać do ostatniego momentu przed oddaniemstrzału. William aż zaciskał zęby, niespokojny,kiedy miał wydać taki rozkaz. Z drugiej stronyczasami nie żywił żadnych wątpliwości. Wznoszącgłośne okrzyki, spora liczba Amerykanów wybiegłaspomiędzy drzew przed domem i ruszyła ku drzwiom i oknom. Ogień z muszkietów przebywających w środkużołnierzy dosięgnął kilku, ale kilku innym udałosię dotrzeć aż do domu, gdzie zaczęli się wspinać dorozbitych okien. William odruchowo ściągnął wodzei skierował się w prawo, dość daleko, by spojrzeć nadom z tyłu. Rzeczywiście, duża grupa wspinała siępo murze, wykorzystując pnącze porastające.
- Tędy! - krzyknął, zawracając konia i unosząc szponton. - Olson, Jeffries! Do tyłu! Ładowaći strzelać, gdy tylko znajdziecie się w zasięgu!
Dwie z jego kompanii rzuciły się biegiem,odrywając zębami zakończenia pocisków, ale grupażołnierzy heskich w zielonych kurtkach znalazła siętam wcześniej. Łapali Amerykanów za nogi i ściągaliz pnącz, by zabić na ziemi.
William wstrzymał więc konia i ruszył w drugąstronę, zobaczyć, co się dzieje od frontu, akurat w chwili, gdy z otwartego okna na piętrze wypadł brytyjskiartylerzysta. Mężczyzna wylądował na ziemi,na podwiniętej nodze, i leżał, krzycząc. Jeden zeznajdujących się blisko żołnierzy Williama rzuciłsię naprzód, złapał artylerzystę za ramiona, alenatychmiast padł postrzelony przez kogoś we wnętrzudomu. Jego kapelusz potoczył się w krzaki.
Resztę tego dnia spędzili przy kamiennejfarmie. Amerykanie czterokrotnie podejmowaliwycieczki. Dwukrotnie udało im się pokonaćBrytyjczyków i na krótką chwilę przejąćarmaty, za każdym jednak razem nowym falombrytyjskich żołnierzy udawało się ich wyrzucićlub zabić. William nigdy nie zdołał zbliżyć siędo domu bardziej niż na jakieś dwieście jardów, razjednak zdołał rozmieścić jedną ze swych kompaniimiędzy domem a linią ataku zdesperowanych, głośnokrzyczących Amerykanów przebranych za Indian. Jeden z rebeliantów uniósł długą strzelbę i namierzył go, alespudłował. William wyciągnął szablę, zamierzającuderzyć napastnika, ale oddany przez kogoś strzałrzucił tamtego na ziemię, tak że stoczył się po zboczuniewielkiego wzniesienia.
William zamierzał podjechać bliżej, by zobaczyć,czy ten człowiek jest martwy. Jego towarzysze uciekli jużza róg domu, ścigani przez brytyjskich żołnierzy. Końnie chciał go jednak słuchać; przyzwyczajony doodgłosów strzałów z muszkietów, denerwowałsię, słysząc artylerię, w tej zaś właśnie chwiliprzemówiła armata, więc wałach położył uszy posobie i ruszył z kopyta. William wciąż w jednej ręcetrzymał szablę, a w drugiej wodze; nagły ruch koniasprawił, że stracił równowagę, gdy zaś koń rzuciłsię w lewo, prawa stopa Williama wysunęła się zestrzemienia. Spadł na ziemię; miał dość przytomnościumysłu, by wypuścić szablę. Wylądował na jednymramieniu, potoczył się, podniósł się na czworaka,cały umazany błotem i trawą, równocześniedziękując Bogu, że jego lewa stopa nie utkwiław strzemieniu, i przeklinając konia. Działaw zabudowaniach przestały się odzywać -najwyraźniej Amerykanie byli tam znowu i walczyliwręcz z obsługą dział. William splunął w błoto i zaczął się ostrożnie wycofywać, bo wydawałomu się, że jest w zasięgu wzroku z górnych okien. Polewej dostrzegł Amerykanina, który przedtempróbował go zastrzelić, teraz zaś wciąż leżał namokrej trawie. Rzucając niespokojne spojrzenieku farmie, William podczołgał się do mężczyzny,który leżał twarzą w dół i nie ruszał się. Chciałzobaczyć twarz tego człowieka - nie wiedziałwłaściwie dlaczego. Podniósł się na kolanach i chwycił mężczyznę za ramiona, by go odwrócić.
Amerykanin był martwy. Strzał trafił go w głowę,usta i oczy miał otwarte, ciało ciężkie i bezwładne. Miałna sobie coś w rodzaju munduru milicji. Williamzauważył drewniane guziki z wypalonymi na nichliterami PUT. To coś oznaczało, ale jego oszołomionymózg nie potrafił sobie przypomnieć co. Delikatnieułożył mężczyznę z powrotem na trawie, wstałna drżących kolanach i wrócił po szablę. Po kilkukrokach zatrzymał się, zawrócił, ukląkł przy zmarłymi zimnymi placami zamknął mu oczy.
***
Ku radości żołnierzy tego wieczoru rozbiliobóz. Wykopano miejsca pod kuchnię, podjechały wozyz zaopatrzeniem, a wilgotne powietrze wypełniłzapach pieczonego mięsa i świeżego chleba. Williamledwo zdążył usiąść, by coś zjeść, gdy u jego boku z przepraszającą miną pojawił się Perkins, zwiastunnieszczęścia: William miał natychmiast stawić sięw kwaterze polowej generała Howe'a. Łapiącpo drodze bochen chleba i wsuwając do niego kawałpieczonej wieprzowiny, ruszył, by zjeść po drodze.
Trzej generałowie i wszyscy oficerowie sztabuzebrali się, by przedyskutować rezultaty działańtego dnia. Generałowie siedzieli przy niewielkimstole, gęsto zasłanym meldunkami i pospiesznierysowanymi mapami. William znalazł miejsce wśródoficerów sztabowych, stojących z szacunkiem przyścianach dużego namiotu.
Sir Henry opowiadał się za atakiem na Brooklyn Heightsz samego rana.
- Łatwo możemy ich przegonić - powiedziałClinton, wskazując ruchem dłoni meldunki. - Stracilipołowę ludzi, jeśli nie więcej, a od początku niebyło ich znowu tak dużo.
- Nie tak łatwo - zaprotestował lordCornwallis, wydymając grube wargi. - Widział pan,jak walczą. Tak, możemy ich stamtąd przegonić, alebędzie nas to sporo kosztować. Jak pan uważa, sir? -dodał, zwracając się z szacunkiem do Howe'a.
Wargi Howe'a niemal zniknęły, tylko białalinia wskazywała, gdzie się przedtem znajdowały.
- Nie mogę sobie pozwolić na takie zwycięstwojak to ostatnie - rzucił - a gdybym mógł wybierać, tonie chcę takiego zwycięstwa. - Uniósł wzrok znad stołui przesunął nim po młodszych oficerach, stojącychwzdłuż ścian namiotu. - Na tym cholernym wzgórzu w Bostonie straciłem wszystkich członków sztabu -dodał spokojniej. - Dwudziestu ośmiu, wszystkich co dojednego. - Zatrzymał wzrok na Williamie, najmłodszymz obecnych tu młodszych oficerów, i pokręcił głowąjakby do siebie. Zwrócił się do sir Henry'ego. -Przerwać walkę - zadecydował.
Sir Henry nie był zadowolony, William wyraźnieto widział, ale skinął głową.
- Zaoferować im warunki?
- Nie - zaprzeczył zdecydowanie Howe. - Jakpan powiedział, stracili niemal połowę ludzi. Tylkoszaleniec walczyłby dalej bez powodu, ale oni... tak,sir, czy chciał pan coś powiedzieć?
William zdał sobie nagle sprawę, że Howe zwracasię do niego. Te okrągłe oczy wwiercały się w jegopierś.
- Ja... - zaczął, ale przywołał się doporządku i wyprostował. - Tak, sir. Tam dowodzigenerał Putnam, tam nad strumieniem. On... może nie jestszaleńcem, sir - dodał ostrożnie - ale uważany jestza upartego człowieka.
Howe czekał, mrużąc oczy.
- Upartego człowieka - powtórzył. - Tak,zapewne jest uparty.
- Był jednym z dowódców pod Breed's Hill,nieprawdaż? - zauważył lord Cornwallis. - A stamtądAmerykanie uciekali najszybciej, jak mogli.
- Tak, ale... - William przerwał,sparaliżowany przez utkwione w nim spojrzenia trzechgenerałów. Howe machnął niecierpliwie ręką,by mówił dalej. - Z całym szacunkiem, milordzie- powiedział, ciesząc się, że głos mu nie drży -słyszałem, że w Bostonie Amerykanie zaczęliuciekać, dopiero gdy wykorzystali całą posiadanąamunicję. Wydaje mi się... że tu sytuacja jest inna,a jeśli idzie o generała Putnama, to pod Breed's Hillza nim nie było już nikogo.
- A pan sądzi, że tu jest. - Nie było topytanie.
- Tak, sir - William starał się nie patrzećzbyt wymownie na stos meldunków na stole. - Jestemtego pewien, sir. Wydaje mi się, że na wyspie jest chybacała Armia Kontynentalna, sir. - Starał się, by niezabrzmiało to jak pytanie. Usłyszał tę informacjędzień wcześniej od przejeżdżającego majora, ale możenie była to prawda. - Jeśli to Putnam tu dowodzi...
- Skąd pan wie, że to Putnam, poruczniku? -przerwał Clinton, wpatrując się w Williama rybimokiem.
- Niedawno wróciłem z... ekspedycjizbierania informacji, sir. Przeszedłem przezConnecticut. Słyszałem tam od wielu ludzi, że milicjazbiera się, by towarzyszyć generałowi Putnamowi,który ma połączyć siły z generałem Waszyngtonempod Nowym Jorkiem. A na ubraniu jednego z rebeliantów,który dziś po południu zginął nad strumieniem,widziałem guziki z wyrzeźbionymi literami PUT. Takgo nazywają, sir, generała Putnama. Stary Put.
Zanim Clinton czy Cornwallis zdołali cośpowiedzieć, generał Howe wyprostował się.
- Uparty człowiek - powtórzył. - Cóż, może i jest uparty. Niemniej jednak wstrzymajcie walkę. Znajdujesię na pozycji, której nie da się utrzymać, musi towiedzieć. Dajmy mu szansę, by to przemyślał, a jeślichce - naradził się z Waszyngtonem. Może Waszyngtonjest rozsądniejszym dowódcą, a gdyby nam się udałouzyskać kapitulację całej Armii Kontynentalnejbez dalszego rozlewu krwi, to wydaje mi się, że wartozaryzykować, panowie. Ale nie zaoferujemy imwarunków.
Co oznaczało, że jeśli Amerykaniepostąpią rozsądnie, będą musieli się poddaćbezwarunkowo. A jeśli nie? William słyszał opowieścio walce pod Breed's Hill, co prawda z ust Amerykanów,a zatem zapewne nie do końca wiarygodne. Mówionojednak, że gdy skończyła im się amunicja, buntownicywyjęli gwoździe ze swoich fortyfikacji, a nawetz obcasów własnych butów, i strzelali nimi doBrytyjczyków. Wycofali się dopiero wtedy, gdypozostało im tylko rzucać kamieniami.
- Jeśli jednak Putnam spodziewa się posiłkówod Waszyngtona, po prostu będzie czekać - powiedziałClinton, marszcząc brwi - a wtedy będziemy mieć ich tuwszystkich. Czy nie lepiej...
- Nie to miałeś na myśli - przerwał Howe -prawda, Ellesmere? Gdy mówiłeś, że w Breed's Hillza nim nie było już nikogo?
- Tak, sir - powiedział William z wdzięcznością. - Chodzi mi o to, że tu ma czegostrzec. Za sobą. Nie sądzę, by czekał, aż reszta armiiprzyjdzie mu z pomocą. Wydaje mi się, że on osłania jejodwrót.
Na te słowa lord Cornwallis uniósł wysoko brwi,Clinton zaś spojrzał z niechęcią na Williama, któryzbyt późno przypomniał sobie, że to on właśniedowodził tym pyrrusowym zwycięstwem pod Breed's Hill,a zatem zapewne był dość wrażliwy na punkcie IsraelaPutnama.
- A dlaczegóż to szukamy rady u chłopca,który ma jeszcze mleko pod... Czy był pan już w walce,sir? - spytał Williama.
- Walczyłbym teraz, sir - odpowiedział,oblewając się gorącym rumieńcem - gdyby mnie tunie zatrzymano.
Lord Cornwallis roześmiał się, również po twarzyHowe'a przemknął uśmieszek.
- Postaramy się, by pan zobaczył dośćkrwi, poruczniku - powiedział sucho - ale niedzisiaj. Kapitanie Ramsay - spośród starszychczłonków sztabu przywołał niskiego mężczyznę o kwadratowych ramionach, który wystąpił naprzód i zasalutował - niech pan zabierze stąd Ellesmere'a,żeby opowiedział panu o rezultatach tego zbieraniainformacji. I niech pan mi później przekaże wszystko,co pan uzna za interesujące. Tymczasem - zwróciłsię ku dwóm generałom - proszę zawiesić walkę,aż do dalszych rozkazów.
***
Odprowadzany przez kapitana Ramsaya William niebył już świadkiem dalszych rozważań generałów.
Zastanawiał się, czy nie wyrwał się zanadtoze swymi uwagami. Co prawda generał Howe zadał mupytanie wprost, musiał więc na nie odpowiedzieć, jeślijednak porównać zaledwie miesiąc zbieraniainformacji z połączoną wiedzą tak wieludoświadczonych oficerów...
Zdradził się ze swymi wątpliwościami przedkapitanem Ramsayem, który wydawał się dość oschły,ale nastawiony raczej przyjaźnie.
- Och, nie miał pan wyboru, musiał się pan odezwać- zapewnił go Ramsay. - Jednakże...
By dotrzymać kroku Ramsayowi, William obiegł kupęmuła.
- Jednakże? - powtórzył pytająco.
Ramsay nie odpowiedział od razu. Prowadził go przezobóz, wzdłuż przejść między namiotami, od czasu do czasupozdrawiając siedzących wokół ognisk mężczyzn.
W końcu przybyli do jego namiotu; odsunąłklapę i wskazał Williamowi wejście.
- Słyszał pan o pewnej damie imieniemKasandra? - spytał w końcu. - Chyba Greczynka. Niecieszyła się szczególną popularnością.
***
Po wydarzeniach dnia wojsko spało mocno, tak samojak William.
- Pańska herbata, sir.
Zamrugał zdezorientowany i wciąż zagubionyw śnie, w którym szedł przez prywatne zoo księciaDevonshire pod rękę z orangutanem. Patrzyła naniego jednak nie morda orangutana, tylko okrągła twarzszeregowego Perkinsa.
- Co takiego? - odezwał siębezmyślnie. Wydawało mu się, że Perkins unosi się w jakichś oparach, które nie znikały od mrugania. Gdyusiadł i wziął do ręki parującą filiżankę,stwierdził, że to dlatego, iż powietrze wypełniamgła.
Wszystkie dźwięki były stłumione. Słychaćbyło co prawda normalne odgłosy budzącegosię obozu, ale dochodziły one jakby z daleka,stłumione. Nic więc dziwnego, że gdy kilka minutpóźniej wysunął głowę z namiotu, stwierdził, iżcały teren spowijają gęste, przybyłe tu z bagienopary. Nie miało to większego znaczenia, wojsko nigdziesię nie ruszało. Rozkaz z kwatery Howe'a oficjalnieogłosił zawieszenie działań. Można było tylkoczekać, aż Amerykanie pójdą po rozum do głowy i poddadzą się.
Żołnierze przeciągali się, ziewali i szukali rozrywek. William właśnie doszedł dokulminacyjnego momentu zaciętej gry hazardowejz kapralami Yarnellem i Jeffriesem, gdy znów pojawiłsię Perkins.
- Pozdrowienia od pułkownika Spencera, sir. I ma pan się stawić u generała Clintona.
- Tak? A po co? - spytał William.
Perkins wydawał się zaskoczony. Nie przyszło mudo głowy, by spytać posłańca, po co.
- Po prostu... pewnie pana potrzebuje -odrzekł, starając się być pomocnym.
- Wielkie dzięki, szeregowy Perkins -powiedział William, ale Perkins nie zrozumiał jegosarkazmu. Z uśmiechem i z ulgą zaczął się wycofywać,nie czekając, aż zostanie odesłany. - Perkins! -krzyknął William i żołnierz odwrócił się z zaskoczeniem na twarzy. - W którą stronę?
- Co? Chciałem powiedzieć... co, sir?
- W którym kierunku? Gdzie znajduje się kwateragenerała Clintona? - powtórzył William, starającsię zachować cierpliwość.
- O, huzar... przyszedł z... - Perkins obracałsię powoli jak kogut na dachu, marszcząc brwi w skupieniu- stamtąd - wskazał palcem. - Widziałem za nim towzgórze.
Przy ziemi mgła wciąż była gęsta, ale od czasu doczasu wyłaniały się grzbiety pagórków i wysokiedrzewa. William bez trudu zlokalizował wzgórze,o którym mówił Perkins. Miało dziwny, zgarbionykształt.
- Dziękuję, Perkins. Możesz odejść - dodałszybko, zanim Perkins zdążył się odwrócić. Patrzył,jak szeregowiec znika w ruchomej masie mgły i ciał. Potem pokręcił głową i udał się, by przekazaćdowodzenie kapralowi Evansowi.
Koniowi nie podobała się mgła, Williamowitakże nie. Czuł się w niej nieswojo, jak gdyby ktośdyszał mu w kark. Była to jednak mgła morska - ciężka,wilgotna i zimna, ale nie dusząca. Były w niej miejscajaśniejsze i gęstsze; odnosiło się wrażenie,że się porusza. Widział zaledwie na kilka stóp przedsobą i ledwo dostrzegał niewyraźny kształt wzgórzawskazanego przez Perkinsa, choć jego szczyt pojawiałsię i znikał, jakby wyczarowywany.
Czego może chcieć od niego sir Henry, zastanawiałsię. Czy tylko jego wezwano, czy też było to spotkaniemające na celu zapoznanie oficerów liniowychz jakąś zmianą strategii? Może ludzie Putnamasię poddali? Powinni, niewątpliwie. W tychokolicznościach nie mogli liczyć na zwycięstwoi chyba to rozumieją. Podejrzewał jednak,że Putnam będzie musiał porozumieć się w tejsprawie z Waszyngtonem. Podczas walki przy starejkamiennej farmie na grzbiecie odległego wzgórzazauważył grupę jeźdźców. Powiewała nadnimi nieznana mu flaga. Ktoś wskazał ich wówczas i powiedział: "To on, Waszyngton. Szkoda, że nie mamy tudwudziestkiczwórki. Nauczylibyśmy go tak się gapić",i roześmiał się.
Rozsądek mówił, że się poddadzą. Williamadręczyło jednak niewyraźne odczucie, którenie miało nic wspólnego z mgłą. W ciągu miesiącaspędzonego w podróży miał okazję rozmawiać z wieloma Amerykanami. Większość z nich też czułasię niepewnie; nie chcieli konfliktu z Anglią, a szczególnie nie chcieli mieć nic do czynienia z powstaniemzbrojnym, co było bardzo rozsądne. Natomiast ci,którzy popierali rewoltę, byli naprawdę bardzozdeterminowani. Może Ramsay przekazał część tychinformacji generałom. Nie wydawał się co prawdaspecjalnie poruszony doniesieniami Williama,nie mówiąc już o jego opiniach, ale może...
Koń potknął się, William poleciał w siodle naprzódi niechcący szarpnął wodzami. Zdenerwowanykoń odwrócił głowę i złapał wielkimi zębamiskórzane buty Williama.
- Ty bydlaku! - Końcami cugli uderzył koniaw nos i z całej siły odciągnął jego głowę do tyłu,aż rozsunięte wargi znalazły się niemal na jegokolanach. Pokazawszy, kto tu rządzi, powoli zwolniłnacisk. Koń parsknął i gwałtownie potrząsnąłgrzywą, ale nie dyskutując już więcej, podjąłwędrówkę.
Jechali już od dobrej chwili - myląca byłanie tylko odległość, ale i czas. William spojrzał nawzgórze będące jego drogowskazem i stwierdził,że znowu zniknęło. Zapewne wkrótce się pojawi.
Ale się nie pojawiło.
Mgła przesuwała się wokół niego. Słyszał,jak z liści drzew, które nagle wynurzały się z mgły i równie nagle w niej ginęły, skapuje wilgoć. Pagórekpozostawał uparcie niewidoczny. Przyszło mu do głowy,że już od pewnego czasu nie słyszał żadnych ludzkichgłosów.
A powinien.
Gdyby zbliżał się do kwatery Clintona, nie tylkopowinien słyszeć wszystkie normalne odgłosyobozu, ale także natknąć się na ludzi, konie,ogniska, wozy, namioty. Tymczasem nie dobiegałydo niego żadne dźwięki oprócz odgłosu płynącejwody. Najwyraźniej wyjechał poza obóz.
- Niech cię cholera, Perkins - mruknął podnosem.
Zatrzymał się na chwilę i sprawdził swój pistolet,wąchając proch na panewce. Gdy dostanie się do niegowilgoć, pachnie inaczej. Jeszcze jest w porządku,pomyślał. Zapach dobrego prochu jest gorący i drażni nos, a mokry proch wydziela z siebie siarkowysmród zepsutego jajka.
Nie dostrzegł żadnego niebezpieczeństwa,ale trzymał pistolet w ręce. Mgła była tak gęsta,że pozwalała widzieć tylko na kilka stóp. Ktośmógł się z niej nagle wynurzyć, a wtedy będziemusiał natychmiast zadecydować - strzelać czynie. Panowała cisza. Artyleria milczała, nie byłoteż słychać przypadkowych strzałów z muszkietówjak poprzedniego dnia. Wróg się wycofywał, nie miał codo tego wątpliwości, czy jednak powinien strzelać,gdyby wpadł na jakiegoś Amerykanina, który tak jak i on zagubił się we mgle? Na tę myśl spociły mu się dłonie,uznał jednak, że będzie musiał, bo Amerykanin zapewnenie wahałby się, by strzelić, gdy tylko ujrzy czerwonymundur.
Groziło mu, że zginie z ręki własnychżołnierzy, i to upokorzenie martwiło go bardziejniż sama perspektywa śmierci, choć nie zapominałteż zupełnie o tym ryzyku. Tymczasem cholerna mgłagęstniała. Na próżno szukał wzrokiem słońca, bywyczuć kierunek - nieba nie było widać. Stłumiłsłaby dreszcz paniki. To prawda, na tej cholernej wyspiebyły przecież trzydzieści cztery tysiące brytyjskichżołnierzy. Nawet w tej chwili na pewno znajduje sięw zasięgu strzału z pistoletu całkiem znacznej ichliczby. I wystarczy, bym znalazł się w zasięgu strzałujednego Amerykanina - przypomniał sobie ponuro,przedzierając się przez zarośla modrzewi. W pobliżusłyszał szelesty i trzask gałęzi. Niewątpliwiew lesie były jakieś istoty, ale jakie? Żołnierzebrytyjscy nie wędrowaliby w tej mgle, to pewne. Dodiabła z Perkinsem! Jeśli zatem usłyszy ruchwiększej liczby ludzi, zatrzyma się i pozostanie w ukryciu. Inaczej może mieć tylko nadzieję, że natrafina jakiś oddział albo usłyszy coś niewątpliwiewojskowego, na przykład wykrzykiwane rozkazy.
Przez jakiś czas jechał powoli, w końcu odłożyłpistolet, stwierdzając, że od tego ciężaruzmęczyła mu się ręka. Boże, jak długo już go niema? Godzinę? Dwie? Czy powinien zawrócić? Nie miałjednak pojęcia, co to znaczy "zawrócić". Możeporusza się po okręgu. Okolica wszędzie wyglądałatak samo - szara ściana drzew, skał i traw. Wczoraj całyczas był ożywiony i gotowy do ataku, dzisiaj jegoentuzjazm do walki zdecydowanie osłabł.
Nagle ktoś zastąpił mu drogę. Koń cofnąłsię tak gwałtownie, że William tylko niewyraźniedostrzegał, iż to człowiek, zauważył jednak,że nie ma on brytyjskiego munduru. Wyciągnąłbypistolet, gdyby nie musiał obiema rękoma próbowaćuspokoić konia. Koń popadł w histerię, skakał w kółko, a przy każdym lądowaniu William czuł, jakskrzypi mu kręgosłup. Otoczenie migało wokółniego mieszanką szarości i zieleni, docierałyjednak do niego głosy, wyrażające albo kpinę,albo zachętę. Po chwili, która wydawała sięwiekiem, ale zapewne trwała nie więcej niż pół minuty,Williamowi udało się uspokoić cholerne zwierzę,które dyszało, parskało, kręciło głową,pokazywało białka oczu i było całe mokre odpotu.
- Ty pieprzona kocia karmo - powiedziałWilliam, odciągając głowę konia na bok. Poczuł nanogach gorący, wilgotny koński oddech.
- Nie jest to najspokojniejszy koń, jakiegowidziałem - przytaknął jakiś głos, a czyjaś rękazłapała za uzdę - wygląda jednak zdrowo.
William zobaczył krępego i ogorzałegoczłowieka w ubraniu myśliwego, a potem ktośinny złapał go od tyłu wokół pasa i ściągnąłz konia. Padł na ziemię mocno i płasko na plecy, co nachwilę odebrało mu oddech, próbował jednak dzielniewyciągnąć pistolet. Jakieś kolano wbiło mu sięw pierś, a duża ręka odebrała mu broń. Brodata twarzzaśmiała się do niego.
- Nie jesteś zbyt towarzyski - powiedziałmężczyzna karcąco. - Myślałem, że wy, wszyscyBrytyjczycy, jesteście dobrze wychowani.
- Pozwól mu wstać i wziąć się za ciebie,Harry, to zapewne cię ucywilizuje - odezwałsię inny mężczyzna, niższy, lżejszej budowy,przemawiający jak człowiek wykształcony, możenauczyciel. Zaglądał nad ramieniem mężczyznyklęczącego na piersi Williama. - Mógłbyś jednakpozwolić mu oddychać.
Nacisk na pierś Williama ustąpił i udało mu sięzaczerpnąć powietrza, ale po chwili musiał je łapaćznów, bo ten, który go przytrzymywał, uderzył go w żołądek. Jakieś ręce zaczęły przeszukiwać mukieszenie, zerwano mu przez głowę ryngraf, boleśniedrapiąc nos. Ktoś sięgnął po jego pas, rozpiął i wyciągnął go, pogwizdując z radością na widokprzyczepionego do niego sprzętu.
- Bardzo ładnie - powiedział z uznaniem drugimężczyzna. Spojrzał na leżącego na ziemi Williama,który łapał powietrze jak wyrzucona na brzeg ryba. -Dziękujemy panu, jesteśmy zobowiązani. Wszystkow porządku, Allan? - zawołał ku mężczyźnietrzymającemu konia.
- Tak, mam go - odpowiedział nosowy szkockigłos. - Ruszajmy.
Mężczyźni oddalili się i przez chwilęWilliamowi wydawało się, że został sam, potem jednakmocna dłoń złapała go za ramię i przekręciłana brzuch. Siłą woli podniósł się na kolana, ale tasama ręka złapała go teraz za związane włosyi odciągnęła mu głowę do tyłu, odsłaniającgardło. Dostrzegł błysk noża i szeroki uśmiechmężczyzny. Nie miał jednak ani czasu, ani dość powietrzaw płucach, by się pomodlić bądź zakląć. Nóż opadł,a William poczuł mocne szarpnięcie za włosy, któresprawiło, że do oczu napłynęły mu łzy. Mężczyznamruknął coś niezadowolony i jeszcze raz opuściłnóż, w końcu triumfalnie unosząc włosy Williama.
- Pamiątka - zachichotał, okręcił sięna pięcie i ruszył za przyjaciółmi. Przez mgłędobiegło Williama brzmiące jak szyderstwo rżeniejego konia.
***
William żałował poniewczasie, że nie udało musię zabić przynajmniej jednego, ale złapali go łatwojak dziecko, obrobili i zostawili leżącego naziemi jak jakiś kawałek gówna. Był tak wściekły, żezatrzymał się i uderzył pięścią w pień drzewa. Bólw ręce sprawił, że głośno wciągnął powietrze w płuca, nie złagodził jednak chęci zemsty. Wsunąłbolącą dłoń między uda, sycząc przez zęby, pókiból nie ustąpił. Oddychając ciężko, pomacał sięz tyłu po głowie. Wyczuł ostre kosmyki włosów i znówopanowała go taka wściekłość, że z całej siłykopnął w drzewo, co spowodowało, że teraz z koleiskakał na jednej nodze, przeklinając, a w końcu padłna skałę i oparł czoło o kolana. Powoli oddech musię uspokoił i wróciła zdolność rozsądnegomyślenia.
No właśnie. Wciąż tkwił gdzieś w lasach Long Island,tylko teraz bez konia, jedzenia i broni. I włosów. Na tęmyśl wyprostował się i zacisnął pięści. Z pewnymtrudem opanował nowy przypływ wściekłości. Niemiał teraz czasu na gniew. Jeśli kiedykolwiek uda mu siędopaść Harry'ego, Allana czy drobnego mężczyznęposługującego się starannym językiem... Cóż,może kiedyś do tego dojdzie.
Na razie najważniejsze było odszukanieobozu. Najchętniej by zdezerterował, złapał statekdo Francji i nigdy nie wrócił, zostawiając wojsko w przekonaniu, że zginął. Nie mógł jednak tego zrobićz wielu powodów, między innymi z powodu ojca,który prawdopodobnie wolałby, żeby rzeczywiściezginął, niż tchórzliwie uciekł.
Nie ma co. Podniósł się, zrezygnowany, starającsię wzbudzić w sobie wdzięczność, że bandyciprzynajmniej zostawili mu płaszcz. Gdzieniegdzie mgłasię przerzedzała, ale przy samej ziemi wciąż byławilgotna i zimna. To go jednak nie martwiło - krewwciąż w nim wrzała. Rozejrzał się po cieniach skał i drzew - wyglądały dokładnie tak samo jak wszystkiepieprzone skały i drzewa, które widział w ciągu tegoprzeklętego dnia.
- No dobrze - powiedział głośno i wysunąłpalec, obracając się równocześnie - raz, dwa,trzy, raz, dwa, trzy, złap Francuza jak się patrzy... a,do diabła.
Utykając lekko, ruszył przed siebie. Niemiał pojęcia, dokąd zmierza, musiał się jednakruszyć - albo pęknąć. Przez jakiś czas zabawiałsię odtwarzaniem minionego incydentu, ale przyzmienionych rolach. Widział siebie, jak chwyta grubegoo imieniu Harry i rozbija mu nos na krwawą miazgę, a potem głowę o skałę. Zabiera mu nóż i patroszytego zarozumiałego małego skurwysyna,wyrywa mu płuca... Istniało coś, co nazywałosię krwawym orłem - niegdyś stosowały to dzikieplemiona germańskie. Przecinano człowieka od tyłui wyciągano mu płuca, które machały jak skrzydła,póki człowiek nie umarł.
Stopniowo się uspokajał, ale tylko dlatego, żenie da się utrzymywać gniewu na takim poziomie.
Stopa mniej go bolała, kostki palców były otarte,ale już nie pulsowały tak bardzo. Fantazje na tematzemsty zaczęły mu się wydawać absurdalne. Czyto na tym polegał bitewny amok? Czy wtedy pragnie sięstrzelać i godzić szablą nie dlatego, że zabijaniejest obowiązkiem, tylko dlatego, że się to lubi, że siętego chce, tak jak się chce kobiety? I czy później człowiekczuje się głupcem? Zastanawiał się nad zabijaniemw bitwie - nie ciągle, ale od czasu do czasu. Z wielkimwysiłkiem starał się to sobie wyobrazić, gdypostanowił wstąpić do wojska, i zdał sobie sprawę,że temu aktowi może towarzyszyć żal.
Ojciec mówił mu o tym wprost i nie starając sięusprawiedliwiać. Opowiadał o okolicznościach, w których pierwszy raz zabił człowieka. Nie w bitwie,ale po bitwie. Była to egzekucja pewnego Szkota,rannego i zostawionego na polu pod Culloden.
- Takie były rozkazy - powiedział ojciec. -Żadnej litości. Mieliśmy te rozkazy na piśmie,podpisane przez Cumberlanda. - Opowiadając,ojciec wpatrywał się w regały z książkami, w tejjednak chwili spojrzał wprost na Williama. - Rozkazy- powtórzył. - Słuchasz rozkazów, oczywiściemusisz, ale nadejdzie taki czas, kiedy nie będziesz miałżadnych rozkazów, albo znajdziesz się w sytuacji,która nagle się zmieni. I będą takie przypadki -będą takie przypadki - gdy twój honor ci powie, że niemożesz posłuchać rozkazu. W takich okolicznościachmusisz postąpić zgodnie z własnym sumieniem i byćgotowy ponieść konsekwencje.
William skinął wówczas poważnie głową. Właśnieprzyniósł ojcu papiery do podpisu, ponieważ lord Johnbył jego opiekunem i musiał wyrazić zgodę. Williamuważał, że podpis będzie zwykłą formalnością, niespodziewał się ani spowiedzi, ani kazania - jeśli tobyło to.
- Nie powinienem był tego zrobić - powiedziałnagle ojciec. - Nie powinienem był go zastrzelić.
- Ale... papy rozkazy...
- Nie dotyczyły mnie, w każdym razie niebezpośrednio. Nie miałem wtedy jeszcze w rękupowołania do wojska. Pojechałem na kampanię z bratem, ale nie byłem jeszcze żołnierzem. Władza armiimnie nie dotyczyła, mogłem odmówić.
- Gdyby papa to zrobił, czy nie zastrzeliłby goktoś inny? - spytał praktycznie William.
Ojciec uśmiechnął się, ale bez wesołości.
- Tak, niewątpliwie, ale nie w tym rzecz. To prawda,że nigdy nie przyszło mi do głowy, że miałem wówczaswybór - ale o to właśnie chodzi. Zawsze ma się wybór,Williamie. Pamiętaj o tym, dobrze?
Nie czekając na odpowiedź, pochylił się,wyjął pióro z biało-niebieskiego chińskiegowazonu stojącego na biurku i otworzył kryształowykałamarz.
- Czy jesteś pewien? - spytał jeszcze, patrzącna Williama poważnie, a usłyszawszy potwierdzenie,podpisał. Potem uniósł wzrok i uśmiechnął się. -Jestem z ciebie dumny, Williamie - powiedział cicho- i zawsze będę.
William westchnął. Nie wątpił, że ojciec zawsze gobędzie kochał, ale jeśli chodzi o dumę, ta konkretnaekspedycja raczej nie okryje go chwałą. Będzie miałszczęście, jeśli uda mu się wrócić do żołnierzy,zanim ktoś zauważy, że już go długo nie ma, i podniesie alarm. Boże drogi, co za upokorzenie -dać się zauważyć dzięki temu, że się zgubił i dałobrabować. Lepsze to jednak niż dać się zauważyćprzez śmierć z rąk bandytów.
Podążał ostrożnie przez spowity mgłąlas. Podłoże nie było trudne, choć zdarzały siębagniste miejsca, tam gdzie w zagłębieniach terenugromadziła się woda. Raz usłyszał odgłos wystrzału z muszkietu i podążył w tym kierunku, ale zanim dotarł,wszystko umilkło. Wędrował więc ponuro naprzód,zastanawiając się, ile mu zajmie pokonanie pieszocałej cholernej wyspy i ile mu jeszcze zostało. Terenwzniósł się stromo, teraz musiał się więc wspinać. Potwarzy spływał mu pot. Wydawało mu się, że im jestwyżej, tym mgła jest rzadsza - i rzeczywiście, w pewnymmomencie stanął na niewielkim, skalistym cyplu, skądprzez chwilę poniżej widział ziemię, całkowiciepokrytą wirującą szarą mgłą. Od tego widokuzakręciło mu się w głowie, więc zanim ruszył dalej,musiał przysiąść z zamkniętymi oczyma.
Dwukrotnie usłyszał odgłosy ludzi i koni, alebyły one nie takie, jak powinny być - nie było w nichrytmu wojska, więc odwrócił się i ostrożnie podążyłw przeciwnym kierunku.
Stwierdził, że teren zaczął się zmieniaćna coś w rodzaju karłowatego lasu - niskiedrzewa rosły na jasnej ziemi, która trzeszczałamu pod nogami. Potem usłyszał wodę - faleuderzające o plażę. Morze. Dzięki Bogu choć za to- pomyślał i pospieszył w tym kierunku. Zbliżałsię już do plaży, gdy nagle dotarły do niego innedźwięki. Łodzie... Szuranie łodzi - więcej niżjednej - po piasku, brzęk wioseł. I plusk. I głosy,stłumione, ale podniecone. Cholera jasna! Schowałsię pod gałęzią karłowatej sosny, mającnadzieję, że w przesuwającej się mgle otworzysię szczelina. Nagły ruch sprawił, że rzucił sięw bok, sięgając po pistolet, ale zaraz zdał sobiesprawę, że nie ma go już u pasa. Zobaczył jednak, żejego przeciwnikiem była niebieska czapla, któraspojrzała na niego żółtym okiem i poderwała się w niebo. Spomiędzy krzewów w odległości nie więcejniż dziesięciu stóp dobiegł go zaniepokojony okrzyk,strzał z muszkietu - i czapla dosłownie wybuchła,siejąc pióra dokładnie nad jego głową. Poczuł kroplekrwi ptaka, znacznie cieplejsze niż pot na jego twarzy, i nagle usiadł, bo ujrzał mroczki przed oczyma. Nie odważyłsię ruszyć, nie mówiąc już o zawołaniu. Spomiędzykrzewów dobiegał go szept, nie dość głośny, by mógłrozróżnić słowa, ale po chwili usłyszał stopniowooddalający się szelest. Starając się robić jaknajmniej hałasu, opadł na czworaki i odczołgał sięw przeciwnym kierunku, dopóki nie uznał, że możeznów bezpiecznie stanąć na nogach. Wydawało musię, że wciąż słyszy głosy, podszedł więc powoliw tamtą stronę. Serce biło mu mocno. Doszedł gozapach tytoniu, więc zamarł w miejscu, ale nie widział w pobliżu żadnego ruchu. Wciąż słyszał głosy, choćdość odległe. Pociągnął ostrożnie nosem, ale zapachznikł. Może coś sobie wyobraził? Ruszył więc dalej w kierunku dźwięków.
Teraz słyszał je wyraźniej. Cichenawoływania. Ciche, ale stanowcze. Szczęk wiosełw dulkach i plusk stóp w wodzie. Przesuwanie sięi pomruki ludzi, niemal zlewające się z szumemmorza i traw. Rzucił rozpaczliwie wzrokiem na niebo, alesłońca wciąż nie było widać. Musiał być po zachodniejstronie wyspy, był tego pewien. Prawie pewien. A jeślitak...
A jeśli tak, to dźwięki, które słyszał, musiałynależeć do amerykańskich żołnierzy, uciekającychz wyspy na Manhattan.
- Nie ruszaj się! - Szeptowi za jego plecamitowarzyszył nacisk lufy pistoletu, który wbijałmu się mocno w nerkę. Zamarł w miejscu. Na chwilęnacisk zelżał, ale zaraz wrócił z siłą, od którejnapłynęły mu łzy do oczu. Wydał z siebie cichy dźwięk i wygiął się do tyłu, zanim jednak zdołał się odezwać,jakieś kościste ręce złapały go za nadgarstki i szarpnęły do tyłu.
- Nie ma takiej potrzeby - odezwał się głos,głęboki, załamujący się i kłótliwy. - Odsuńsię, to go zastrzelę.
- Nie, nie zastrzelisz - przemówił ktoś inny,równie głębokim, ale mniej złośliwym głosem. -To tylko młodziak. I ładny. - Jedna z kościstychdłoni pogłaskała go po policzku. Zesztywniał, alekimkolwiek była ta osoba, już zdążyła mocno związaćmu ręce. - Co więcej, gdybyś chciała go zastrzelić,to już byś to zrobiła, siostro - dodał głos. - Odwróćsię, chłopcze.
Odwrócił się powoli i zobaczył, że złapałygo dwie stare kobiety, niskie i przysadziste jaktrolle. Jedna z nich trzymała pistolet i paliła fajkę- to jej tytoń poczuł przedtem. Widząc, że na jegotwarzy odmalowało się zaskoczenie i obrzydzenie,uniosła kącik ust, wciąż trzymając jednak brązowymizębami cybuch fajki.
- "Pięknym jest czyniący piękno" -zauważyła, przyglądając mu się. - Nie będę jednakmarnować kuli.
- Pani - odezwał się William, próbując, czynie zyska czegoś urokiem - mam wrażenie, że biorąmnie panie za kogoś innego. Jestem żołnierzemkróla...
Obie wybuchnęły śmiechem, który brzmiał jakskrzypienie zardzewiałych zawiasów.
- Nigdy bym nie zgadła - powiedziałafajczarka, uśmiechając się szeroko, ale wciążtrzymając w zębach fajkę. - A ja myślałam, że tokuglarz.
- Cicho, synek - przerwała jej siostra. - Niezrobimy ci krzywdy, o ile będziesz stał cicho i się nieodzywał. - Przyjrzała mu się uważnie. - Biłeś się,co? - powiedziała nie bez współczucia.
Nie czekając na odpowiedź, pchnęła go, ażusiadł na kamieniu, pokrytym muszelkami i mokrymiwodorostami. To po nich poznał, że jest bliskomorza.
Nie odzywał się, nie dlatego, że bał się kobiet,ale dlatego, że nie miał nic do powiedzenia. Siedziałwięc, wsłuchując się w dźwięki exodusu. Nie miałpojęcia, ilu ludzi bierze w tym udział, bo nie miałpojęcia, od jak dawna to trwa. Nikt nie mówił niczegoprzydatnego, padały jedynie słówka rzucane przypracy, pomruki oczekiwania. Tu i ówdzie rozlegał sięstłumiony, nerwowy śmiech. Mgła nad wodą przerzedzałasię. Widział ich teraz - znajdowali się niecałe stojardów dalej; niewielka flotylla płaskodennychłodzi i kilka rybackich keczów kursowała tami z powrotem po gładkiej jak szkło wodzie, a grupka nawybrzeżu cały czas malała. Trzymali dłonie na bronii nieustannie oglądali się przez ramię, czy ktoś ich nieściga.
W tym momencie nie martwił się o własnąprzyszłość. Czuł tylko upokorzenie, że musi bezsilniepatrzeć na odwrót całej armii amerykańskiej, a cowięcej, że będzie musiał wrócić i opowiedzieć togenerałowi Howe'owi. Tak się tym przejmował, żenawet nie pomyślał, czy kobiety nie zamierzają gougotować i zjeść. Ponieważ koncentrował się nascenie na plaży, nie przyszło mu do głowy, że skoroon może widzieć Amerykanów, oni mogą widziećjego. Wszyscy byli jednak tak skupieni na odwrocie,że rzeczywiście żaden go nie zauważył. Dopierogdy jeden popatrzył w głąb wybrzeża, jakby czegośszukając, zauważył go, zesztywniał, a potemrzuciwszy spojrzenie na niespodziewającychsię niczego towarzyszy, wspiął się po żwirze, niespuszczając Williama z oczu.
- Co to takiego, matko? - spytał. Miał nasobie mundur kontynentalnego oficera, był niskii przysadzisty, podobnie jak obie kobiety, ale znaczniewiększy. Na jego twarzy nie malował się żaden wyraz, alewidać było, że za przekrwionymi oczami intensywniepracuje mózg.
- Byłyśmy na rybach - powiedziała fajczarka- i złapałyśmy tego karmazyna, ale chyba wrzucimygo z powrotem do wody.
- Tak? Ale może jeszcze nie teraz?
Gdy mężczyzna się zbliżył, William zesztywniałi wpatrywał się w niego z możliwie jak najbardziejobojętnym wyrazem twarzy. Tamten usiłował przebićwzrokiem rzednącą mgłę za Williamem.
- Jest was tu więcej, chłopcze?
William nie odezwał się. Mężczyzna westchnął,zamierzył się i uderzył Williama w brzuch. Tenzwinął się, spadł ze skały i leżał na piasku,wymiotując. Mężczyzna złapał go za kołnierz i podniósł, jakby nic nie ważył.
- Odpowiedz mi, chłopcze, nie mam zbyt wiele czasu,a nie chcę być pochopny - mówił spokojnie, ale trzymałrękę na nożu zatkniętym za pas.
William wytarł usta, gdy tylko zdołał sięgnąćręką, i spojrzał na mężczyznę płonącymioczyma. W porządku - myślał i czuł, jak ogarniago spokój. Jeśli mam tu umrzeć, to przynajmniej umrę zacoś. Ta myśl przyniosła mu niemal ulgę. Siostra fajczarkiprzerwała jednak tę scenę, dźgając mężczyznęmuszkietem pod żebra.
- Gdyby ich było więcej, już byśmy ich dawnousłyszały - powiedziała z lekkim oburzeniem. -Żołnierze nie zachowują się cicho.
- To prawda - przytaknęła fajczarka i wyjęła fajkę z ust, by splunąć. - Ten się zgubił,to widać. I jak widzisz, nie chce z tobą rozmawiać -zaśmiała się do Williama, ukazując jeden jedynyząb. - Wolisz umrzeć niż mówić, co, chłopcze?
William pochylił leciutko głowę i kobietyzaśmiały się. Nie można było tego inaczej nazwać. Poprostu zachichotały.
- No, ruszaj - powiedziała ciotka oficerowi,machając ręką ku plaży - bo odpłyną bezciebie.
Mężczyzna nie spojrzał na nią - nie odrywałoczu od Williama - po chwili jednak kiwnął głową i zawrócił na plażę.
William czuł, że jedna z kobiet stanęła za nim, cośostrego dotknęło jego nadgarstka i sznurek, którymgo związały, opadł. Chciał potrzeć sobie nadgarstki,ale się powstrzymał.
- Idź, chłopcze - powiedziała fajczarkaniemal łagodnie - zanim ktoś jeszcze cię zobaczy i zacznie mieć pomysły.
Więc odszedł.
Na szczycie wydmy zatrzymał się i spojrzał zasiebie. Kobiety zniknęły, ale mężczyzna siedziałna rufie łodzi, która szybko oddalała się od niemalpustego już brzegu, i wpatrywał się w niego.
W końcu pokazało się słońce - bladypomarańczowy krąg, otoczony lekką mgiełką. Byłojuż popołudnie. William zawrócił w głąb wyspy i skierował się na południowy zachód, długo jednakjeszcze czuł na plecach czyjś wzrok.
Bolał go brzuch, a jedyna myśl, jaka kołatałamu się w głowie, to wspomnienie słów kapitana Ramsaya:"Czy słyszał pan o damie imieniem Kasandra?".