Wstęp do wydania polskiego
Wstęp do wydania polskiego
Dwa zdjęcia, które utkwiły mi głęboko w pamięci. Pierwsze, z roku 1933,
przedstawia 27-letnią kobietę o niebanalnej urodzie, która spogląda
przed siebie wzrokiem pełnym smutku i powagi, kontrastującym z jej
młodzieńczym wyglądem. Na drugim, wykonanym na krótko przed śmiercią,
Hannah Arendt ma pomarszczoną twarz staruszki, lecz wciąż to samo żywe
spojrzenie, w którym inteligencja miesza się z bólem. W spojrzeniu tym
wyczytać można współczucie dla świata, który chłonie szeroko rozwartymi
oczyma. Jedną fotografię dzielą od drugiej decydujące dla dorobku
pisarskiego Hannah Arendt 42 lata życia spędzone poza niemiecką
ojczyzną. W tym okresie doświadczyła osobiście, czym są faszyzm,
antysemityzm, wojna, bezpaństwowość (18 lat - od 1933 do 1951 roku),
emigracja i związane z nią osamotnienie. Obserwowała demokrację
amerykańską i nowoczesne społeczeństwo masowe ery rewolucji
technologicznej, była świadkiem wojny wietnamskiej, protestów
studenckich i kampanii obywatelskiego nieposłuszeństwa. Tematy te
powracają na kartach jej książek w uogólnionej, filozoficznej postaci,
ale źródło inspiracji wydaje się oczywiste.
To prawda, że przeżycia tego rodzaju nie były w naszej epoce niczym
wyjątkowym. W biografiach europejskich intelektualistów stanowiły raczej
regułę niż wyjątek. Prawdą jest jednak również, że tylko nieliczni
spośród nich potrafili stawić im czoło z równą odwagą, determinacją i przenikliwością; że w tym doborowym gronie najświetniejszych umysłów tak
niewiele osób miast łatwego potępiania diabła zdobyło się na wysiłek
przeanalizowania tego, co się stało.
Na tle tuzinkowych ujęć przedstawiających kondycję świata i człowieka
współczesnego książki Hannah Arendt odznaczają się oryginalnością,
głębią i ostrością spojrzenia, niechęcią do przyjmowania wygodnych
założeń oraz przekonaniem, że źródła analizowanych zjawisk tkwią głęboko
w nowożytnych dziejach ludzkości. Obojętność na zmieniające się mody
intelektualne czyniła z nich dogodny przedmiot ataku ze strony
wąskowyspecjalizowanych uczonych, oburzonych swobodnym wkraczaniem na
zarezerwowane przez nich rewiry. Ale te same cechy sprawiły zapewne, że
książki te przetrwały próbę czasu lepiej niż inne. Stwierdzenie to
odnosi się szczególnie do Korzeni totalitaryzmu, które nieodmiennie
figurują na sporządzanych coraz częściej, w miarę dopełniania się
naszego stulecia, symbolicznych listach 100, 50 czy choćby tylko 10
najwybitniejszych dzieł XX wieku. Jeśli uświadomimy sobie, że była to
jedna z pierwszych prac atakujących frontalnie centralne zagadnienia
epoki, że przezwyciężyć w niej autorka musiała ograniczenia wynikające
nieuchronnie z braku dystansu czasowego i z niedostatku
pełnowartościowych źródeł i że problemom, którymi się zajęła, poświęcono
potem tysiące studiów (a ich autorzy dysponowali nieporównanie większym
zasobem informacji), tak wysoka ocena książki napisanej zaledwie w kilka
lat po wojnie i jeszcze przed "rewelacjami" Chruszczowa dobitnie ukazuje
wielkość i niezwykłość Hannah Arendt.
Postać autorki Korzeni totalitaryzmu nie jest obca czytelnikowi
polskiemu, mimo że żadna z jej książek nie ukazała się do roku 1988 w którymkolwiek z oficjalnych wydawnictw krajowych, w oficynach
podziemnych zaś w całości opublikowano bodaj tylko O przemocy.
Reputacja "owocu zakazanego" sprawiała, że jej niełatwe w lekturze
teksty budziły zainteresowanie środowisk akademickich na długo przed
pojawieniem się pierwszych dopuszczonych do druku przekładów. Największe
zasługi dla popularyzacji Hannah Arendt położyła niewątpliwie
"Literatura na świecie" poświęcając jej twórczości numer specjalny
(1985, nr 6), nie licząc pojedynczych przekładów z lat 1982-1983.
Niemniej jednak teksty tam zamieszczone - subtelne rozważania
filozoficzne i wypowiedzi o kwestii żydowskiej. - nie dają pełnego
wyobrażenia o oryginalności pisarki, zwłaszcza zaś o sposobie ujmowania
przez nią skomplikowanych zagadnień politycznych łączącym mistrzowską
analizę socjopolityczną z intuicyjnym wglądem psychologicznym,
najwyraźniej może widocznym w Korzeniach totalitaryzmu i w głośnej,
aczkolwiek w Polsce do niedawna zupełnie nieznanej, książce
sprowokowanej przez proces Eichmanna. Na owym charakterystycznym stylu
myślenia odcisnęła się na równi z indywidualnością autorki jej powikłana
biografia.
Hannah Arendt przyszła na świat 14 października 1906 r. w Hanowerze, ale
dzieciństwo i wczesną młodość spędziła w Königsbergu (Królewcu), o którym Kant - jego najsłynniejszy obywatel - pisał niegdyś, że z uwagi
na rozmiary kontaktów zewnętrznych oraz bujność życia w rozmaitych jego
przejawach "jest odpowiednim miejscem zdobywania wiedzy dotyczącej ludzi
i świata nawet bez podróżowania". Wprawdzie w porównaniu z czasami
swojej niedawnej świetności, gdy był obok Berlina głównym centrum
niemieckiego Oświecenia, Królewiec początków naszego wieku miał już
prowincjonalny charakter, ale jednak w dalszym ciągu stanowił naturalne
miejsce styku Wschodu i Zachodu Europy. Ortodoksyjni Żydzi rosyjscy
uciekający ze strefy osiedlenia mieszali się tu, w stolicy Prus
Wschodnich, ze swoimi "oświeconymi" pobratymcami, lojalnymi obywatelami
Cesarstwa Niemieckiego.
Rodzice pisarki - zamożni, zasymilowani już przedstawiciele wyższych
sfer mieszczańskich o prusko-rosyjskim rodowodzie i postępowych
przekonaniach - byli postaciami typowymi dla swojej epoki. Głęboko
zakorzenieni w kulturze niemieckiej przekazali swojej córce gorące
umiłowanie niemieckiego języka, poezji i filozofii. Ich związek z żydostwem był tak słaby, że Hannah długo pozostawała nieświadoma swojego
pochodzenia. Od dziecka odznaczała się znakomitą pamięcią, silnym
charakterem i żywą inteligencją, niemieszczącą się w sztywnym gorsecie
pruskiego systemu edukacyjnego. Cechy te narażały ją na częste konflikty
z otoczeniem. Jeden z takich konfliktów zakończył się relegowaniem
niepokornej uczennicy z gimnazjum; w konsekwencji Hannah przygotowywała
się samodzielnie do matury, zdając ją na rok przed rówieśnikami.
W 1924 r. Arendt podjęła studia filozoficzne na uniwersytecie w Marburgu, gdzie Martin Heidegger - podówczas młody, 35-letni profesor -
elektryzował studentów wykładami, które złożyły się na Sein und Zeit -
jedno z najdonioślejszych dokonań myśli egzystencjalnej. Przyszła
autorka The Human Condition, ze swą namiętnością filozofowania oraz
powagą i gruntownością myślenia, wyrażającą się w zaciekłym dążeniu do
uchwycenia istoty analizowanych zjawisk, nie mogła trafić lepiej.
Pomiędzy młodym profesorem i jego błyskotliwą studentką od pierwszej
chwili nawiązała się bliska sympatia duchowa, która przerodziła się
wkrótce w głębokie obustronne uczucie. Heidegger, mający rodzinę i obawiający się skandalu, zdecydował się jednak po roku przerwać romans.
Arendt opuściła zatem Marburg i kontynuowała studia we Fryburgu u Husserla, a później w Heidelbergu na seminarium Jaspersa.
Bliski kontakt z luminarzami filozofii europejskiej nie pozostał bez
wpływu na styl myślenia i osobowość młodej kobiety. Pod kierunkiem
Jaspersa przygotowywała rozprawę doktorską o pojęciu miłości u św.
Augustyna, a jednocześnie uwagę jej coraz bardziej pochłaniała niezwykła
postać Rahel Varnhagen (której berliński salon opisuje w rozdziale 2, w części I Korzeni totalitaryzmu). To właśnie studiując biografię tej
zapomnianej nieco muzy niemieckiego romantyzmu Hannah, utożsamiająca się
z nią podświadomie, zainteresowała się poważnie kwestią żydowską. Nowa
problematyka wymagała oderwania się od spekulatywnej filozofii i zwrócenia baczniejszej uwagi na rzeczywistość schyłkowego okresu
Republiki Weimarskiej. Arendt, której postawa ulega na początku lat
trzydziestych wyraźnemu upolitycznieniu, traci wiarę w dogmaty
asymilacjonizmu. "W społeczeństwie generalnie wrogo nastawionym do Żydów
- a takie było ich położenie we wszystkich zamieszkiwanych przez nich
krajach aż po wiek XX - nie moża się zasymilować nie godząc się zarazem
na antysemityzm" - konkluduje w biografii Raheli Varnhagen1.
W miarę postępów ruchu narodowosocjalistycznego zbliża się coraz
bardziej do syjonizmu i w swej twórczości podejmuje krytykę niemieckiego
Oświecenia z punktu widzenia tej ideologii.
Na dojście hitlerowców do władzy Arendt zareagowała wzmożoną aktywnością
w żydowskich organizacjach charytatywnych. W przeciwieństwie do
związanego z ruchem komunistycznym męża, Gerharda Sterna, który po
pożarze Reichstagu zdecydował się emigrować, nie miała zamiaru opuszczać
ojczyzny. Dopiero krótkotrwałe uwięzienie w połowie 1933 r. i wzrastające rozczarowanie postawą środowisk intelektualnych skłoniło ją
do nielegalnego opuszczenia Niemiec. Jesienią 1933 r. 27-letnia Hannah
Arendt-Stern znalazła się w Paryżu, gdzie rzuciła się natychmiast w wir
aktywności emigracyjnej, prowadząc zarazem bujne życie towarzyskie.
Stolica Francji przyciągała jak magnes elitę uciekinierów z III Rzeszy,
toteż właśnie tu miała Arendt okazję zbliżyć się do takich ludzi, jak
Walter Benjamin czy Bertold Brecht. Niepochłaniająca zbyt wiele czasu
posada w organizacji syjonistycznej udzielającej pomocy uchodźcom
pozwalała jej uczęszczać na seminarium Alexandre'a Kojeve'a w École des
Hautes Études Sociales.
Po wyjeździe męża do Stanów Zjednoczonych związała się z Heinrichem
Blücherem, wybitnym działaczem KPD, który w okresie procesów
moskiewskich stopniowo oddalał się od komunizmu. Pozwoliło jej to
wniknąć głębiej w zjawiska zachodzące w ruchu komunistycznym lat
trzydziestych, choć wówczas bardziej pociągała ją jeszcze analiza
ideologii ugrupowań skrajnej prawicy działających we Francji. Z niepokojem śledziła narastające z roku na rok uprzedzenia w stosunku do
uchodźców, które przybierały postać urzędowych przepisów wymierzonych w "niepożądanych cudzoziemców". Na ich podstawie w maju 1940 r., już po
ślubie z Blücherem, wraz z tysiącami innych apatrydów Hannah została
internowana w Gurs, gdzie przedtem mieścił się obóz dla powracających z Hiszpanii członków Brygad Międzynarodowych. Obserwacje i przeżycia z tego okresu miały istotny wpływ na jej wizję epoki współczesnej jako
gruntownie odmiennej, "nowatorskiej" w stosunku do poprzednich. Już
wówczas nosiła się z myślą napisania książki przedstawiającej
"imperializm rasowy" jako praprzyczynę rozgrywającej się na jej oczach
apokalipsy. Z tamtych lat pochodzą artykuły o traktatach
mniejszościowych i Prouście, które po niewielkich modyfikacjach
włączone zostały do ostatecznej wersji Korzeni totalitaryzmu.
W końcu 1940 r. Hannah Arendt i jej mąż otrzymali wizy amerykańskie i po
przełamaniu piętrzących się trudności dotarli w maju 1941 r. do Nowego
Jorku. Wbrew pozorom opanowanie języka angielskiego, a także oswojenie
się z kulturą i cywilizacją Stanów Zjednoczonych nie przychodziło łatwo
emigrantom z Niemiec, wywodzącym się ze środowisk inteligenckich. Wiele
aspektów tej nowej dla nich rzeczywistości budziło początkowo ich
głęboki sprzeciw. Obserwując życie Amerykanów, Arendt szybko doszła do
wniosku, że "istnieje w tym kraju zasadnicza sprzeczność między
wolnością polityczną a niewolą społeczną"2 i opinię tę
podtrzymywała do końca życia. Wśród zróżnicowanych pod wieloma
względami skupisk emigrantów najbliższa jej była grupa "New World",
związana z German Jewish Club w Nowym Jorku, toteż od końca 1941 r. w piśmie "Aufbau" - organie klubu - regularnie publikowała felietony
nawołujące m.in. do utworzenia odrębnej żydowskiej armii u boku
sprzymierzonych.
Wzrastające zainteresowanie problemem antysemityzmu przerodziło się w projekt obszernej rozprawy o stosunku do Żydów w dwudziestowiecznej
Francji - od sprawy Dreyfusa po Petaina. Gromadziła niezbędne do niej
materiały, a jednocześnie energicznie, choć bez powodzenia, walczyła o wydanie powierzonych jej pieczy pism zmarłego tragicznie Waltera
Benjamina. W miarę napływu informacji o zbrodniach hitlerowskich w Europie uświadamiała sobie nieodwracalność zachodzących wydarzeń i nieadekwatność wszelkich proponowanych remediów, z syjonistycznym
włącznie. Jej własna koncepcja sfederowanej żydowsko-arabskiej Palestyny
w ramach brytyjskiego Commonwealthu nie znajdowała popleczników.
W tej sytuacji ucieczką przed rozpaczą stała się dla niej praca w komisji zajmującej się ratowaniem dorobku kulturalnego Żydów
europejskich (kierowała nią do 1952 r.) oraz w wydawnictwie Schocken
Books, gdzie przeforsowała m.in. pierwszą amerykańską edycję
Dzienników Kafki. Artykuły i recenzje zbliżające czytelnikom "Partisan
Review" bądź "Nation" dorobek dwudziestowiecznych autorów niemieckiego
obszaru językowego, słabo tu wcześniej popularyzowanych, dały Arendt
przepustkę do kręgów akademickich Stanów Zjednoczonych, ale nie one
pochłaniały jej uwagę w połowie lat czterdziestych. Polityczny chaos
spowodowany gwałtownym rozkładem hitlerowskiej Festung Europa, troska o losy cywilizacji, wiara w uzdrawiającą moc trafnej diagnozy - wszystko
to skłaniało pisarkę do konkretyzacji i modyfikacji dawniejszych planów
badawczych w taki sposób, aby projektowana rozprawa obok funkcji
poznawczych spełniała również rolę katartyczną, uświadamiając
współczesnym przyczynę katastrofy, jej samej zaś pozwalając
przezwyciężyć gnębiące wielu emigrantów poczucie bezsilności.
W ciągu trwającej prawie pięć lat pracy nad Korzeniami totalitaryzmu
pierwotny zamysł autorski był wielokrotnie zmieniany i rozszerzany.
Wersja ostateczna pierwszego wydania w niewielkim tylko stopniu
przypomina założenia wyjściowe. Datujące się jeszcze z okresu pobytu w Niemczech zainteresowanie antysemityzmem doprowadziło Arendt do podjęcia
problematyki rasizmu, ta zaś z kolei do intensywnych studiów nad
zagadnieniami imperializmu. Jeszcze na początku 1945 r. planowała
obszerne studium historyczne demaskujące dziewiętnastowieczne źródła
kryzysu współczesnego i ułożone w klasyczną heglowską triadę. Książka
nosić miała tytuł: The Elements of Shame: anti-Semitism, Imperialism,
Racism lub zwięźlej The Three Pillars of Hell3 i koncentrować
się na przeszłości, nim jednak została ukończona, rozpoczął się proces
norymberski. Napływ materiałów źródłowych dotyczących III Rzeszy sprawił
teraz, że Arendt postanowiła uzupełnić tekst analizą "nowatorskiej formy
rządów" hitlerowskich Niemiec. Późną jesienią 1947 r. uznała za wskazane
objąć analizą również Związek Radziecki pod rządami Stalina, mimo że
jeszcze w sierpniu 1942 r. chwaliła ZSRR za likwidację antysemityzmu i trafną politykę narodowościową4. Relacje Davida Rousseta
oraz Polaków, którzy przeszli przez radzieckie obozy, radykalnie
zmieniły jej ocenę polityki Stalina, uwypuklając zasadniczą zbieżność
form i metod rządzenia zastosowanych przez nazistów i bolszewików u władzy. Wzmacniały tę wizję wydarzenia rozgrywające się współcześnie w świeżo zdominowanych przez komunistów krajach Europy
Środkowo-Wschodniej. Pisaniu tej części pracy towarzyszyły nasilające
się oznaki zimnej wojny. Autorka określała teraz książkę jako "historię
totalitaryzmu" i ostatecznie zdecydowała się na tytuł The Origins of
Totalitarianism, akcentujący genetyczną stronę problemu; nie była
jednak z niego w pełni zadowolona. Brzmiał zbyt akademicko i sucho,
przywodząc na myśl głośne dzieło Darwina The Origins of Species (O powstawaniu gatunków), fałszywie sugerował standardowe podejście
historyczne, mimo że duża część rozprawy poświęcona była analizie
współczesności; nie sygnalizował jej nowatorstwa formalnego i metodologicznego, zwłaszcza zaś jej filozoficzno-moralnego wymiaru.
Nieprzypadkowo wydawca angielski zdecydował się na tytuł The Burden of
Our Time, który akcentował tę właśnie stronę dzieła.
Kłopoty z tytułem nie były jedynym problemem, z którym borykać się
musiała autorka. Nieszablonowe ujęcie tematu i bezceremonialne
traktowanie aktualnych kwestii politycznych sprawiło, że książka, oddana
w pośpiechu do druku wiosną 1950 r., z trudem torowała sobie drogę do
czytelników. Bostońska oficyna, do której zwróciła się pierwotnie
Arendt, odrzuciła maszynopis za radą swoich harwardzkich recenzentów. Na
szczęście więcej zrozumienia okazała firma Harcourt, Brace and Co.
Podobnie było w Europie - znalezienie niemieckiego wydawcy zabrało cały
rok, we Francji zaś, gdzie mody intelektualne dyktowała lewica, okazało
się to w ogóle niemożliwe; dopiero w latach siedemdziesiątych ukazały
się tam tłumaczenia tomu pierwszego i trzeciego.
Pierwsze wydanie Korzeni totalitaryzmu z 1951 r. różni się nieco od
wersji ostatecznej (wydanie III z 1966 r.), na której oparta jest edycja
polska: poszczególne części nie były poprzedzone odrębnymi wstępami, a bezpośrednio po rozdziale XII następowały Uwagi końcowe, wyeliminowane
w wydaniach późniejszych; partie poświęcone analizie imperializmu oraz
totalitaryzmu nie były tak rozbudowane jak w wersji z 1966 r. Niemniej
jednak już to pierwsze wydanie zawiera te wszystkie składniki, które
przesądziły o niezwykłej reputacji książki: połączenie nowatorskiej
analizy historycznej z problematyką filozoficzną i etyczną doby
współczesnej; odrzucenie wygodnych obiegowych sądów utrudniających
dotarcie do prawdy; oryginalne, choć nie wyłożone wprost założenia
metodologiczne. Jak tylu innych "mistrzów podejrzeń" ostatnich stuleci
Hannah Arendt zakłada, że istota rzeczy nie pokrywa się z ich
zewnętrznym wyglądem. Byt kryje się za zjawiskiem5. Sztuka
interpretacji, dotarcie do prawdy polega na odrzuceniu zwodniczych
pozorów, albowiem "udawanie i zamierzone zwodzenie ze strony wykonawcy,
jak też złudzenie i błąd ze strony obserwatora stanowią nieuchronny
moment całej sytuacji"6.
W tym zaglądaniu pod powierzchnię zjawisk oprócz rzetelnej wiedzy
niezbędna jest wyobraźnia, a także wrażliwość moralna. W efekcie drobny
nawet szczegół, charakterystyczny cytat czy odległe skojarzenie
literackie stać się mogą punktem wyjścia obszernych wywodów prowadzących
do daleko idących uogólnień. Ich celem nie jest bynajmniej tworzenie
wielkich systemów ani prosta rekonstrukcja faktów, lecz samo zrozumienie
rozpatrywanych kwestii. W niemieckiej tradycji filozoficznej oznacza to
zwykle ich myślowe "przezwyciężenie"; dla Arendt zrozumienie jakiegoś
zjawiska wymaga uświadomienia sobie i przeanalizowania jego wszelkich
konsekwencji, przede wszystkim w sferze politycznej i etycznej. Jej
podejście jest więc zdecydowanie odmienne od typowego podejścia
historyków starających się odtworzyć genezę i chronologię wydarzeń
sytuowanych w łańcuchach przyczynowo-skutkowych.
W wyjaśnianiu historycznym autorka dopatruje się usprawiedliwiania,
ponieważ sugeruje ono ciągły i konieczny charakter wydarzeń prowadzących
do teraźniejszości. "Przyczynowość, czyli taki zdeterminowany ciąg
wydarzeń, w którym zawsze jedno zdarzenie powoduje inne i może być przez
nie wytłumaczone, jest prawdopodobnie kategorią zupełnie obcą i fałszywą
w dziedzinie nauk historycznych i politycznych - twierdzi w wykładach z 1954 r. - Składniki totalitaryzmu tworzą jego źródła, jeśli przez źródła
nie rozumiemy "przyczyn". Same w sobie składniki prawdopodobnie nigdy
niczego nie powodują. Stają się źródłami wydarzeń, jeśli ulegają
krystalizacji w określonych ostatecznych formach. Wtedy i tylko wtedy
możemy tropić ich dzieje wstecz. Wydarzenie rzuca światło na swą
przeszłość, ale nie daje się z niej nigdy wydedukować"7.
Jak wyjaśnia Hannah Arendt w listach do Mary Underwood, tymi
"skrystalizowanymi" składnikami dojrzałego imperializmu rasowego (czyli
totalitaryzmu) są takie czynniki, jak antysemityzm, rasizm, upadek
państwa narodowego, idea ekspansji w imię ekspansji, sojusz kapitału z motłochem. Każdy z nich przesłania istotne, a nierozstrzygnięte problemy
epoki: za antysemityzmem kryje się kwestia żydowska, za rasizmem -
rozwój "plemiennego nacjonalizmu" rozbijającego poczucie jedności
rodzaju ludzkiego; upadek państwa narodowego jest przejawem załamania
się dotychczasowej organizacji narodów europejskich oraz oświeceniowej
koncepcji praw człowieka; ekspansja w imię ekspansji przesłania
zagadnienie organizacji świata na skalę globalną, przed którym stanęli
Europejczycy w drugiej połowie XIX wieku8. Narodowy socjalizm
staje się w takim ujęciu swoistym rozwiązaniem autentycznych problemów;
rozwiązaniem straszliwym i fałszywym, ale przecież na swój sposób
logicznym.
Streszczanie w tym miejscu poglądów wyrażonych w Korzeniach
totalitaryzmu nie wydaje się potrzebne. Czytelnik może je sobie z łatwością odtworzyć zagłębiając się po prostu w lekturę. Natomiast warto
uświadomić sobie, co nowego poglądy te wnosiły do toczonych wówczas
dyskusji. Jeśli przyjęto je, zwłaszcza w Europie, z mieszanymi
uczuciami, to nie tyle ze względu na ich merytoryczną zasadność, co z powodu płynących z nich wniosków, sprzecznych z dominującym nurtem
opinii publicznej. Wbrew rozpowszechnionej w krajach zwycięskiej
koalicji tezie o zbiorowej odpowiedzialności narodu niemieckiego,
pozwalającej pozostałym narodom zachować dobre samopoczucie i przekonanie o własnej wyższości moralnej, Hannah Arendt interpretowała
faszyzm jako "zbiorowy wstyd ludzkości", nawet Żydów - najciężej przezeń
doświadczonych - czyniła w jakimś stopniu współodpowiedzialnymi za jego
powstanie. Pierwotnie zamierzała nawet umieścić w książce rozdział
poświęcony krytycznej analizie współczesnego syjonizmu i postaw
wpływowych środowisk żydowskich podczas II wojny światowej. Dopiero
ataki na powstające państwo izraelskie skłoniły ją do rezygnacji z tego
pomysłu. Tezy jej książki zostały odebrane jako próba zdjęcia z Niemców
odpowiedzialności za zbrodnie wojenne, a przecież nie tego oczekiwano od
niemieckiej Żydówki o zdecydowanie antyfaszystowskiej przeszłości. W sześć lat po wojnie opinia publiczna najwyraźniej nie była jeszcze
przygotowana do beznamiętnej analizy zjawiska, oddzielającej informacje
od ocen i rezygnującej z wygodnej wizji faszyzmu jako zbiorowego
przejściowego szaleństwa milionów.
Wprawdzie już w 1942 r. Franz Neumann akcentował wewnętrzną logikę
systemów totalitarnych, ale tam, gdzie dopatrywał się on ręki
"Behemota", Arendt dostrzegała konsekwencje głębokich przeobrażeń
społecznych i ideologicznych ostatnich stuleci. Specyfika i zarazem
nowatorstwo jej ujęcia polega na prezentacji skomplikowanych zjawisk, w rodzaju antysemityzmu czy imperializmu, jako skutku ubocznego zmian
zachodzących w samym systemie społecznym, w skomplikowanej sieci
powiązań łączących rozmaite warstwy i grupy społeczeństwa. W tej
finezyjnej analizie powstawania i rozpadu państwa narodowego istotną
rolę przypisuje się - obok czynników natury socjologicznej - czynnikom
psychologicznym, rzeźbiącym świadomość zbiorową. Antysemityzm okazuje
się tu czymś zgoła nieprzypadkowym, co nie znaczy, że nieuchronnym. To
efekt braku identyfikacji coraz szerszych warstw społeczeństwa z państwem narodowym w okresie malejącej przydatności samych Żydów i grup
tradycyjnie ich wspierających. W porównaniu z teorią "kozła ofiarnego"
czy z koncepcją "wieczystego antysemityzmu" wyjaśnienie to ma wiele
zalet, lecz nie uśmierza wszelkich wątpliwości. Pomija przecież zupełnym
milczeniem istnienie odrębnego pod względem charakteru żydostwa
środkowo-wschodnioeuropejskiego i nie tłumaczy, dlaczego na tych
terenach - o tak odmiennej strukturze klasowej i etnicznej, gdzie
państwo narodowe w sensie zachodnim praktycznie nigdy nie powstało, a związek Żydów z władzą był znacznie słabszy - wrogość do Żydów narastała
w podobnym rytmie.
Mechanizm imperializmu ukazany w części drugiej ma analogiczne zalety i wady co wcześniejsza analiza antysemityzmu. Jest oryginalny,
wielowątkowy i misterny, lecz zarazem nie w pełni przekonywający.
Kapryśny dobór źródeł i ich dość swobodna interpretacja, nacisk położony
na teksty literackie, polerowanie drugorzędnych niekiedy szczegółów przy
jednoczesnym pomijaniu spraw zasadniczych - wszystko to przypomina nam
raz jeszcze, że mamy tu do czynienia nie ze standardową pracą
historyczną dochowującą wierności sztywnym regułom postępowania
badawczego, ale z niekonwencjonalną i błyskotliwą analizą opartą w dużym
stopniu na intuicji. Sugestywny obraz, jaki rysuje Hannah Arendt, wydaje
się więc nieco dowolny i niekompletny.
Opisywane przez nią zjawiska, takie jak polityczne usamodzielnianie się
burżuazji, sojusz motłochu z kapitałem, myślenie w kategoriach rasy,
powstanie ruchów ponadnarodowych, osłabienie tradycyjnej koncepcji praw
człowieka składają się niewątpliwie na pejzaż polityczny epoki
charakteryzującej się zaostrzoną rywalizacją mocarstw, która otrzymała
miano imperialistycznej, niemniej jednak ryzykowne byłoby twierdzenie,
że całkowicie ją wyjaśniają. Nie jest to bowiem lista kompletna ani w pełni ukazująca stopień ważności poszczególnych czynników. Rzucając snop
światła na niektóre motywacje, pozostałe pozostawia pisarka w półmroku.
Autorzy wydanych później prac na temat imperializmu stosunkowo rzadko
powołują się na poglądy zawarte w drugiej części trójksięgu, a jeszcze
rzadziej posługują się użytą w nim terminologią. Tylko nieliczni spośród
nich aprobują tak ostre wyodrębnienie epoki między rokiem 1884 a końcem
I wojny światowej jako zasadniczo odmiennej od poprzednich. Trudno
wszakże odmówić pisarce racji, gdy pokazuje, jak polityczne aspiracje
triumfującego mieszczaństwa, podchwycone przez motłoch i skojarzone z filozofią polityczną Hobbesa oraz nawykowym myśleniem w kategoriach ras,
doprowadziły do zniszczenia stabilnego systemu partyjnego i samego
państwa narodowego, stanowiącego podstawę dziewiętnastowiecznej
cywilizacji europejskiej, i tym samym utorowały drogę totalitaryzmowi.
Cokolwiek powiedzielibyśmy o zaletach i wadach tak konstruowanej wizji
imperializmu i antysemityzmu, nie ulega wątpliwości, że to nie im
zawdzięcza książka swą sławę i popularność. Bez części trzeciej,
poświęconej interpretacji dwudziestowiecznego totalitaryzmu,
traktowanego jako zwieńczenie wcześniej zarysowanych przemian,
pamiętałoby dziś o niej jedynie wąskie grono specjalistów. Tragiczne
wydarzenia rozgrywające się niedawno przed oczyma Europejczyków znalazły
dzięki Hannah Arendt frapujące wyjaśnienie, odwołujące się do
najnowszych zdobyczy nauk społecznych i opatrzone przejmującym
filozoficznym komentarzem.
Kluczowa dla całej konstrukcji koncepcja totalitaryzmu nie była
bynajmniej jej własnym pomysłem. Pojawiła się wszak już w 1925 roku w przemówieniach samego Mussoliniego oraz jego nadwornego filozofa -
Giovanniego Gentile. Obwieszczając z dumą powstanie lostato
totalitario, ideolodzy włoskiego korporacjonizmu nie mieli wątpliwości,
że otwierają nową wspaniałą epokę w dziejach ludzkości. Ruch
faszystowski ze swą totalną koncepcją życia (la concezione totale della
vita) opanował państwo włoskie nadając mu nowy, z gruntu odmienny
charakter. "Faszyzm traktuje państwo jako prawdziwą rzeczywistość
jednostki (...) dla faszysty wszystko jest państwem i nie istnieje nic -
ludzkiego czy duchowego - nic, co miałoby jakąś wartość, poza Państwem.
W tym sensie faszyzm jest totalitarny" - głosił wódz ruchu w 1932
roku9. W Niemczech przymiotnik totalitär - synonim totalnej
mobilizacji - propagowali między innymi pisarz Ernst Jünger i słynny
teoretyk prawa Carl Schmitt, ale wysocy funkcjonariusze III Rzeszy
posługiwali się nim raczej rzadko. Hitler napomykał sporadycznie o "tak
zwanym państwie totalitarnym", jednakże, w przeciwieństwie do duce,
wyraźnie preferował sformułowanie "państwo autorytarne".
Dla przeciwników Mussoliniego słowo totalitaryzm od początku brzmiało
złowieszczo. Posługiwali się nim zatem głównie po to, aby podkreślić
swój jednoznacznie negatywny stosunek do nowego ustroju. W takim
zabarwieniu emocjonalnym operował tym pojęciem np. Luigi Sturzo (Italy
and Fascism, London 1926), a potem inni czołowi liberałowie
kontynentalni. W słownictwie naukowym większości języków europejskich,
nie wyłączając rosyjskiego, termin totalitaryzm zadomowił się na dobre
dopiero w końcu lat trzydziestych, wyrażając krytyczny stosunek do
systemu rządów panujących we Włoszech i w Niemczech. Sporadycznie
posiłkowano się nim również w odniesieniu do ZSRR. Na zastanawiające
podobieństwo Związku Radzieckiego do państw faszystowskich wskazywali
m.in. Hans Kohn, Rudolf Hilferding czy Leon Trocki. W Polsce już w 1928
r. prawnik Maciej Starzewski pisał o państwach "totalnych", mając na
myśli Rosję Radziecką, Włochy oraz Turcję rządzoną przez
Kemala10. Jednak w publikacjach przedwojennych kontury
znaczeniowe nowego pojęcia rysowały się nader mgliście. Hermann
Rauschning, były dygnitarz hitlerowski, w opublikowanej w 1939 r. pracy,
uważanej za pierwszą próbę naukowej analizy niemieckiego faszyzmu,
traktuje nowy system rządów jako "rewolucję nihilizmu", nie dopatrując
się w nim żadnych treści pozytywnych. Zdecydowana większość badaczy
niemieckich, którzy znaleźli schronienie w Stanach Zjednoczonych,
koncentrowała uwagę na psychologicznych aspektach problemu (teoria
"osobowości autorytarnej" Theodora Adorno, "ucieczka od wolności" Ericha
Fromma, prace Wilhelma Reicha, Abrahama Maslowa, Herberta Marcuse i Bruno Bettelheima). Jedynie Franz Leopold i Siegmund Neumannowie gotowi
byli rozpatrywać państwo totalne w kategoriach wypracowanych przez
socjologię i politologię, toteż oni dopiero wypełnili pojęcie
totalitaryzmu konkretną treścią.
Pierwsze wydanie Behemotha F.L. Neumanna, odsłaniające "strukturę i praktykę narodowego socjalizmu", ukazało się w 1942 roku. O ile Carl
Schmitt czy Eric Voegelin rozpatrywali państwo totalitarne jako czysto
teoretyczną możliwość antyliberalnego systemu rządów, znoszącego
rozdział między społeczeństwem a państwem dzięki mobilizacji politycznej
wszystkich obywateli, o tyle Neumann nie miał żadnych wątpliwości, że
koncepcja ta znalazła już w III Rzeszy praktyczne urzeczywistnienie.
Interpretuje on faszyzm jako swoisty "imperializm społeczny" oparty na
totalitarnej gospodarce monopolistycznej. W narodowym socjalizmie widzi
nie ideologię, lecz "nową formę bytu społecznego", w której partia
posiadająca monopol władzy rządzi amorficznymi masami stosując przemoc
fizyczną i duchową (wszechobecna propaganda). Kultura sprowadza się do
propagandy; treści ideowe, zmienne i nieistotne, są nierozerwalnie
splecione z terrorem.
Hannah Arendt przejęła i rozwinęła wiele z tych poglądów. I ona
podkreśla związek propagandy z terrorem, brak programu politycznego,
bezkształtność organizacyjną; w podobny sposób - umiejętnością
zorganizowania zatomizowanych uprzednio mas - tłumaczy sukcesy ruchów
totalitarnych. Na tym kończą się jednak podobieństwa. Pojęciu
totalitaryzmu nadaje bowiem uczennica Heideggera sens szerszy i nieco
odmienny. Mieści się w nim równie dobrze Związek Radziecki pod rządami
Stalina, jak państwo Hitlera. Źródeł nowego stylu rządzenia,
porażającego obserwatorów równie skutecznym co bezwzględnym
likwidowaniem społeczeństwa obywatelskiego oraz wszelkich form autonomii
jednostek wobec państwa, doszukuje się ona w kondycji człowieka
współczesnego. Silniej niż poprzednicy akcentuje rolę antysemityzmu i czynników natury psychologicznej, jednak nie te elementy stanowią o oryginalności jej koncepcji. Kluczem do zrozumienia "straszliwego
nowatorstwa" totalitaryzmu czyni obozy koncentracyjne, widząc w nich
laboratoria totalnego panowania pracujące nad zmianą samej istoty
człowieczeństwa. Tam właśnie ujawniać się miało najwyraźniej "radykalne
zło" nowych systemów. Tak ujmowany totalitaryzm jest zjawiskiem
stopniowalnym i odwracalnym - zależnym od skali zinstytucjonalizowanego
terroru jako głównej metody rządzenia. III Rzesza stała się w pełni
totalitarna dopiero w końcu lat trzydziestych, Rosja Radziecka po roku
1928 i tylko do śmierci Stalina. Oba wcielenia upodobnia do siebie nie
tylko kult wodza i wszechwładza tajnej policji, lecz także ich
paradoksalny charakter: "monstrualne kłamstwo", leżące u podłoża tych
systemów, powoduje zagubienie się głównych aktorów w stworzonym przez
nich świecie pozorów.
Swej specyficznej wizji totalitaryzmu, odmiennej i od Orwellowskiej
"kontroli myśli"11, i od "permanentnej rewolucji" Siegmunda
Neumanna12, broniła autorka Man in Dark Times praktycznie do
końca życia, aczkolwiek zwiększający się dystans czasowy i spory wokół
kluczowego pojęcia przyczyniły się do modyfikacji pewnych jej elementów.
Zarzuty pod adresem Korzeni totalitaryzmu dotyczyły początkowo
przesadnego determinizmu i ulogicznienia wywodu, inwazji hipostaz,
dopatrywania się supersensu w doraźnych posunięciach dyktowanych
koniecznością pominięcia duchowo-religijnych aspektów zerwania z tradycją kultury europejskiej. Krytykowano zawartą w dziele wizję
historyczną sugerującą odpowiedzialność mieszczańskiej liberalnej Europy
za późniejszy rozwój wydarzeń, przekonanie, że presja zewnętrzna może
zmienić naturę istot ludzkich jako gatunku, brak dostatecznego
uzasadnienia tezy o strukturalnym podobieństwie hitleryzmu i stalinizmu.
Ten ostatni zarzut, wynikający ze znacznej przewagi ilościowej
materiałów poświęconych Niemcom, wydał się Hannah Arendt na tyle
istotny, że z początkiem 1952 r. przystąpiła do pracy nad książką
obrazującą intelektualne i historyczne źródła bolszewizmu. W miarę
wchodzenia w tę problematykę jej uwagę coraz bardziej przykuwał sam
marksizm i tradycja myślenia, która go zrodziła. Podczas gdy pisząc
swoje opus magnum zdecydowała się na analizę socjopolityczną,
przekonana, że filozofia europejska nie jest w stanie uporać się z istnieniem "radykalnego zła", to teraz wyzbyła się tych obaw i właśnie
filozoficzna strona zagadnienia pociągała ją coraz bardziej. W efekcie
zamiast "marksistowskich elementów totalitaryzmu" powstała seria esejów,
która złożyła się na tom The Human Condition, zawierający podstawowe
dla myśli Arendt rozróżnienie między vita activa a vita
contemplativa i między tym, co społeczne, a tym, co polityczne.
Produktem ubocznym tego tomu był wszakże szkic o ideologii i terrorze,
który w kolejnych wydaniach Korzeni uzupełnił analizę totalitaryzmu;
szkic podkreślający nowatorstwo, wewnętrzną logikę, ale i samodestruktywność rządów opartych na kłamstwie skojarzonym z terrorem.
Dalsze uzupełnienia książki były następstwem udziału autorki w zorganizowanej w Bostonie, pod auspicjami American Academy of Arts and
Sciences, specjalnej konferencji poświęconej zjawisku totalitaryzmu.
Konferencja ta zbiegła się przypadkowo w czasie ze śmiercią Stalina i fakt ten zaciążył w poważnej mierze nad przebiegiem obrad. Zmianę w nastawieniu do ZSRR wpływowych kół amerykańskiej opinii publicznej
dobitnie ilustrował brak sporów o istotę bolszewizmu. Czternaście lat
wcześniej, kiedy konferencja amerykańskich filozofów usankcjonowała
ostateczne wejście nowego pojęcia do języka nauk społecznych, 400
wybitnych przedstawicieli świata nauki i kultury potrafiło protestować
na łamach "New York Timesa" przeciwko zaliczeniu Związku Radzieckiego
przez Johna Deweya do grona reżimów totalitarnych13; teraz
jednak, po rewelacjach gen. Kriwickiego i książkach rozczarowanych
komunistów, po długotrwałej kampanii senatora Mc Carthy'ego, dyskusje
dotyczyły jedynie sposobu rozumienia tej nazwy.
Hannah Arendt opowiadała się raczej za interpretacją polityczną,
pozwalającą odróżnić totalitaryzm od tradycyjnej dyktatury. Stanowczo
odrzucała pogląd, jakoby nazizm bądź stalinizm stanowiły zastępczą
"świecką religię". Kładła nacisk na zmienność i dynamikę tych systemów.
Nic dziwnego, że na wydarzenia roku 1956 zareagowała politologicznym
esejem Refleksje o rewolucji węgierskiej, analizującym zmiany, jakie
zaszły w Związku Radzieckim i krajach satelickich po śmierci Stalina.
Tekst ten włączony został - jako epilog - do drugiego wydania Korzeni
totalitaryzmu z 1958 r., jednak szybka dezaktualizacja jego treści
sprawiła, że pominięto go w kolejnym wydaniu.
Tym, co w Refleksjach zasługuje na szczególną uwagę, nie jest
bynajmniej analiza reform zapoczątkowanych przez Chruszczowa, ale hołd
złożony budapeszteńskim powstańcom ucieleśniającym triumf prawdy nad
metodycznym kłamstwem, przede wszystkim zaś - fascynacja koncepcją rad
robotniczych. Jeśli w 1951 r. całą, nieśmiałą zresztą, nadzieję na
przezwyciężenie destruktywnych sił naszej epoki pokładała Arendt w koncepcji przyjaznych stosunków między narodami Europy (European comity
of nations), to teraz, obserwując spontaniczne rodzenie się na Węgrzech
form przedstawicielskich, właśnie w radach dostrzegła alternatywę
istniejącego systemu partyjnego i zabezpieczenie na przyszłość przed
syrenim głosem monistycznych ideologii. Pogląd ten znalazł później wyraz
w zainteresowaniu koncepcjami teoretycznymi Róży Luksemburg (rady
robotnicze i spontaniczna rewolucja), w poparciu udzielonym ruchowi
obywatelskiego nieposłuszeństwa w Stanach Zjednoczonych w okresie wojny
wietnamskiej czy w entuzjastycznej aprobacie demokracji amerykańskiej
opartej na pełnej swobodzie zrzeszania się i działania w celach
politycznych.
Przełamanie pesymistycznych obaw, że reżimy totalitarne są w stanie
powodować nieodwracalne zmiany w umysłach swoich ofiar czy wręcz
zmieniać samą istotę człowieczeństwa, widać najdobitniej w książce
Eichmann in Jerusalem (Eichmann w Jerozolimie) z 1963 r., w której
nieco metafizyczną koncepcję "radykalnego zła" zastąpiła zupełnie
przeciwstawną ideą "banalności zła".
Od roku 1955 aż do śmierci w grudniu 1975 r. Arendt prowadziła wykłady i seminaria na czołowych uczelniach amerykańskich (m.in. Princeton
University, Columbia University, Chicago University i od 1967 r. New
School for Social Research w Nowym Jorku). Zajęcia te, przede wszystkim
zaś kontakty ze studentami, przyczyniły się do wzmożonego
zainteresowania pisarki życiem politycznym kraju. Uwidoczniło się to
szczególnie wyraźnie w publikacjach z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Ekscentryczne, niekiedy krańcowe opinie na tematy
budzące powszechne zainteresowanie (np. bardzo krytyczna ocena
przymusowego dowożenia białej i kolorowej młodzieży do wspólnych szkół -
akcji stanowiącej trzon kampanii przeciwko dyskryminacji rasowej
prowadzonej przez administrację Kennedy'ego i Johnsona) wypowiadane
tonem apodyktycznym antagonizowały czasami znaczne odłamy opinii
publicznej. Odbijało się to, siłą rzeczy, na reputacji Arendt i jej
książek, ale dla powikłanych losów samej koncepcji totalitaryzmu nie
miało większego znaczenia. Środowiska naukowe Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej (z wyjątkiem Francji, gdzie w naukach społecznych prym
wiedli marksiści) kwestionowały co prawda jej wywody za spekulatywność,
lecz nie podważały bynajmniej zasadności terminologii, której używała.
Kluczowe pojęcie totalitaryzmu, sprecyzowane i skodyfikowane w połowie
lat pięćdziesiątych przez Carla Friedricha i Zbigniewa Brzezińskiego,
zrobiło wielką karierę, nie tylko w politologii. Na "syndrom
totalitarny" składać się miały następujące elementy:
1) ideologia państwowa - monopolistyczna i obowiązująca dla wszystkich
obywateli;
2) jedna masowa partia zorganizowana hierarchicznie, spleciona z administracją państwową;
3) siły zbrojne wraz z całym społeczeństwem całkowicie podporządkowane
partii i biurokratom;
4) zmonopolizowanie przez państwo informacji oraz środków masowego
przekazu;
5) fizyczny i psychologiczny terror policyjny jako jedna z głównych
metod rządzenia;
6) scentralizowane zarządzanie gospodarką.
W zestawie tym uderza całkowite pominięcie roli charyzmatycznego wodza,
stonowana ocena terroru i wymienienie na pierwszym miejscu czynnika
ideologicznego. Autorzy koncepcji syndromu najwyraźniej inspirowali się
przede wszystkim rzeczywistością polityczną ZSRR i krajów powojennej
Europy Środkowo-Wschodniej - jedynych spełniających wówczas powyższe
kryteria - nie zaś historycznymi już realiami hitlerowskich Niemiec bądź
Włoch Mussoliniego. Wskutek tego nieprzewidziane przez nich zmiany
zachodzące w obozie komunistycznym po śmierci Stalina pociągnęły za sobą
zakwestionowanie całej koncepcji wraz z towarzyszącą jej terminologią.
Odwilż w ZSRR oraz wydarzenia węgierskie i polskie z 1956 r.
potraktowane zostały przez krytyków tej koncepcji jako namacalny dowód
błędności przyjętych założeń. Wpływy tych krytyków stopniowo wzrastały,
osiągając apogeum w epoce détente z pierwszej połowy lat
siedemdziesiątych, gdy w politologii weszły w modę ujęcia pluralistyczne
i nawet coraz mniej liczni zwolennicy Friedricha i Brzezińskiego
rewidowali pod tym kątem swoje założenia.
Zarzuty formułowane pod adresem "totalitarystów" miały bardzo różnorodny
charakter. Twierdzono, że posługują się bronią ideologiczną, nie zaś
terminem naukowym posiadającym jakieś empiryczne odniesienie; wykazywano
podobieństwo Hitlera czy Stalina do greckich tyranów bądź orientalnych
despotów znanych już w starożytności; kwestionowano ustawianie Chin
Ludowych czy Związku Radzieckiego w jednym szeregu z III Rzeszą i faszystowskimi Włochami, ze względu na humanistyczny jakoby charakter
ideologii legitymizującej państwa komunistyczne; atakowano uproszczoną
dychotomię demokracja-totalitaryzm (odpowiadającą podziałowi na
społeczeństwo otwarte i zamknięte w terminologii Karla R. Poppera),
skoro analizowane reżimy cieszyły się z reguły poparciem znacznej
większości społeczeństwa. Pozycje krytyków osłabiał wszakże fakt, że nie
mieli do zaproponowania nic lepszego: żadnego innego pojęcia, które
odnosiłoby się do skrajnych reform i metod sprawowania władzy
niezależnie od towarzyszących im deklaracji ideowych. Termin "państwo
faszystowskie" usuwał zupełnie z pola widzenia kwestię rządów o orientacji marksistowskiej, natomiast próby operowania pojęciem reżimów
autorytarnych w odniesieniu do wszystkich krajów o ustrojach
niedemokratycznych prowadziły do zacierania podstawowych różnic między
nimi.
Potrzebę uściślenia i rewizji sensu pojęcia totalitaryzmu dostrzegali
również jego zwolennicy; w latach sześćdziesiątych zaczęto się nim
bowiem posługiwać w nader dowolnych kontekstach. Nowa Lewica atakowała
za jego pomocą Stany Zjednoczone prowadzące "brudną" wojnę w Wietnamie.
Herbert Marcuse - prorok młodzieżowej kontestacji - szedł jeszcze dalej,
głosząc, że największym zagrożeniem totalitarnym naszych czasów jest
"totalna permisywność" społeczeństw zachodnich. Nowatorski charakter
złowrogich dwudziestowiecznych systemów podważały coraz częściej
podejmowane próby zlokalizowania źródeł totalitaryzmu w bardzo głębokiej
niekiedy przeszłości: w sposobach administrowania uzależnionymi od skali
wylewów antycznymi despocjami wschodnimi (tzw. hipoteza hydrauliczna K.
Wittfogela i J.N. Eisenstadta); w preindustrialnych buntach chłopskich
(Barrington Moore Jr); w dziedzictwie oświecenia i romantyzmu (J.
Talmon, S. Schapiro); w myśli filozofów i ideologów minionych czasów (K.
Popper, G.G. Iggers); w metodach mobilizacji społeczeństw podczas
konfliktów wojennych.
Dyskusje politologów ujawniały daleko idące rozbieżności w ocenie samej
natury analizowanego zjawiska. Totalitaryzm bywał więc przedstawiany
jako specyficzna forma rządów bądź też typ społeczeństwa; jako trwały
stan bądź dynamiczny proces; jako empiryczna rzeczywistość bądź jako
model teoretyczny, którego urzeczywistnienia nie jest w stanie zapewnić
nawet żelazna wola bezwzględnych administratorów, pozornie
nieskrępowanych żadnymi ograniczeniami. Spierano się o samą możliwość i zakres samoistnej ewolucji takich systemów, o sensowność wyodrębniania
ich lewicowych i prawicowych odmian i wreszcie, a może nawet przede
wszystkim, o charakter i przyczyny związków marksizmu z totalitaryzmem.
W tej ostatniej kwestii znaczący wkład do dyskusji wniósł Leszek
Kołakowski obnażając te aspekty myśli Marksa, które uczyniły stalinizm
jedną z uprawnionych wersji jego doktryny14.
W kraju, rzecz jasna, o żadnej dyskusji na ten temat nie mogło być mowy.
Z oczywistych względów cenzuralnych historycy i socjologowie polscy
mogli publicznie tylko odcinać się od "niewydarzonych pomysłów"
zachodnich politologów. Już samo rzeczowe poruszanie tej problematyki w niektórych publikacjach Franciszka Ryszki czy Jerzego W. Borejszy uznać
wypada w tej sytuacji za dowód odwagi, choć obaj autorzy nie kryją
swojego krytycyzmu wobec pojęcia totalitaryzmu i wobec użytku, jaki z niego czyniono.
Gorące dyskusje, które toczyły się ze zmiennym natężeniem od końca lat
sześćdziesiątych, nie doprowadziły co prawda do pełnego uzgodnienia
stanowisk, ale umożliwiły przynajmniej wyklarowanie zmodyfikowanej wizji
fenomenu totalitarnego. W tej nowej wizji, wolnej od sztywnego gorsetu
wielopunktowych syndromów, kładzie się nacisk na likwidację
społeczeństwa obywatelskiego pochłanianego przez wszechobecne państwo,
na dążenie gigantycznych monopartii do mobilizacji zatomizowanych
jednostek oraz na "permanentną rewolucję", jaką nieokiełznany aktywizm
ruchu generuje we wszystkich strukturach państwa. Ideologia, propaganda
czy terror traktowane są w tym ujęciu raczej jako narzędzia rządzenia
niż jako cechy pierwszoplanowe. Ich wyjątkowa pozycja wynikać ma ze
skali realizowanych przeobrażeń. Efektywna kontrola nad prywatnym i publicznym życiem obywateli, do czego rości sobie pretensje każde
państwo totalitarne, nie jest, zdaniem większości specjalistów, możliwa
bez nowoczesnych środków technicznych i zaawansowanych metod
indoktrynacji. Pozwala to dość precyzyjnie oddzielić tradycyjne
dyktatury od reżimów nowego typu. Jednocześnie w nowszych ujęciach
zdecydowanie odchodzi się od takiego obrazu systemów totalitarnych, jaki
propaganda i tajne policje tych reżimów starały się usilnie narzucić
swoim ofiarom - od wizji sztywnych, niezmiennych, perfekcyjnie
zorganizowanych i nieludzko sprawnych machin, wykutych z jednej bryły. W tych nowszych ujęciach akcentuje się ich zróżnicowanie, dynamizm i niestabilność; dostrzega się niekiedy w nich elementy pluralizmu czy
nawet zwyczajny chaos kompetencyjny. Co więcej - dopuszcza się możliwość
ewolucji ku formom mniej skrajnym bez presji albo ingerencji
zewnętrznej. O ile do niedawna jeszcze słowo totalitaryzm pojmowane było
dosłownie i kojarzyło się z czymś bezwzględnym, nieuchronnym,
wszechogarniającym i ostatecznym, o tyle dziś rozumiane jest raczej
przenośnie; oznacza nie tyle pewien stan faktyczny, co samo dążenie do
jego osiągnięcia; opisuje nie znieruchomiały monolit, lecz stopniowalny
i odwracalny fenomen socjopolityczny. Od typowych rządów autorytarnych
różni się on trzema zasadniczymi cechami: potrzebą mobilizacji mas,
istotną rolą oficjalnej ideologii oraz brakiem rozwiniętego pluralizmu w niektórych przynajmniej dziedzinach życia15.
W tym nieco rozwodnionym sensie pojęcie państwa totalitarnego
przetrzymało wszelkie krytyki i poczynając od drugiej połowy lat
siedemdziesiątych przeżywa prawdziwy renesans. Przyczyniła się do tego
klęska teorii konwergencji zakładającej stopniowe odideologizowanie i zbliżenie się do siebie rywalizujących systemów, a także takie
wydarzenia, jak krwawe rządy Czerwonych Khmerów w Kampuczy (obecnie
Kambodża), agresja radziecka w Afganistanie czy wprowadzenie stanu
wojennego w Polsce. Orwellowski rok 1984 przyniósł całą falę publikacji
analizujących na nowo trafność niegdysiejszych ocen i prognoz. Autorzy
niektórych wypowiedzi anonsowali przy tej okazji wejście w "epokę
posttotalitarną"; wspominano o "upadłym totalitaryzmie" (P. Hassner)
albo o "posttotalitarnym autorytaryzmie" (R. Lowenthal), niemniej jednak
przeważał pogląd, że zmiany, jakie zaszły np. w Chinach Ludowych czy w ZSRR od śmierci Mao Zedonga i Stalina, nie są aż tak poważne, by
usprawiedliwiać odejście od dotychczasowej terminologii. Wystarczy
zresztą rzucić okiem na nagłówki gazet, aby uświadomić sobie, że płk
Kaddafi, Kim Ir Sen bądź conducatore Ceauçescu to tylko nowe
wcielenia Wielkiego Brata toczącego walkę o zawładnięcie umysłami
poddanych. A jeśli w walce tej zepchnięty jest on dziś do defensywy, to
stało się tak w znacznej mierze za sprawą owych nielicznych
przenikliwych obserwatorów, którzy wzięli na siebie obowiązek głoszenia
nieprzyjemnych prawd o człowieku i świecie, który sobie stworzył -
takich właśnie jak George Orwell czy Hannah Arendt.
Daniel Grinberg
1. H. Arendt, Rahel Varnhagen. The Life of a Jewess, London 1958, s. 126 (wyd. pol. Rahel Varnhagen: historia życia niemieckiej Żydówki z epoki romantyzmu, Sejny 2012). [wróć]
2. E. Young-Bruehl, Hannah Arendt. For Love of the World, New Haven-London 1982, s. 166. [wróć]
3. Zob. ibid., s. 200. [wróć]
4. Zob. H. Arendt, Die Rückkehr des russischen Judentums, "Aufbau" z 28 VIII 1942, s. 18. [wróć]
5. Zob. H. Arendt, Zjawisko (przekład: H. Buczyńska-Garewicz), "Literatura na świecie" 1983, nr 3, s. 305. [wróć]
7. E. Young-Bruehl, op.cit. s. 201. [wróć]
8. Zob. ibid., s. 203. [wróć]
9. Hasło Fascismo, w Enciclopedia Italiana, Roma 1932, s. 326 [wróć]
10. Por. F. Ryszka, Państwo stanu wyjątkowego, wyd. II Wrocław 1985, s. 49. [wróć]
11. Zob. G. Orwell, Rok 1984 (przekład: J. Mieroszewski), Paryż 1958. [wróć]
12. Zob. S. Neumann, Permanent Revolution. The Total State in World of War, New York-London 1942. [wróć]
13. Zob. "New York Times" z 14 VIII 1939. [wróć]
14. Zob. L. Kołakowski, Główne nurty marksizmu. Powstanie - Rozwój - Rozpad, t. 1-3, Paryż 1976. [wróć]
15. Por. J. Linz, Totalitarian and Authoritarian Regimes, w: Handbook of Political Sciences, t. 3, Reading, Mass. 1975. [wróć]
Wstęp do pierwszego wydania
Weder dem Vergangenen anheimfallen
noch dem Zukünftigen.
Es kommt darauf an gegenwärtig zu sein.
Karl Jaspers
Wstęp do pierwszego wydania
Oddzielone nieprzerwanym łańcuchem lokalnych wojen i rewolucji, dwie
wojny światowe za życia jednego pokolenia, nieuwieńczone traktatem
pokojowym dla zwyciężonych ani wytchnieniem dla zwycięzców, zakończyły
się oczekiwaniem trzeciej wojny między pozostałymi przy życiu
mocarstwami. Ta chwila oczekiwania podobna jest do ciszy, która nastaje,
kiedy gaśnie wszelka nadzieja. Przestaliśmy wierzyć w możliwość
przywrócenia dawnego porządku świata i dawnych tradycji lub w ponowną
integrację rzesz ludzkich na pięciu kontynentach pogrążonych w chaosie
spowodowanym przez gwałtowność wojen i rewolucji oraz przez postępujący
rozkład tego wszystkiego, co jeszcze przetrwało. Mimo ogromnej
różnorodności warunków i okoliczności lokalnych wszędzie obserwujemy
narastanie tego samego zjawiska - poczucia bezdomności na nieznaną dotąd
skalę, poczucia wykorzenienia o nieznanej dotąd sile.
Nasza przyszłość nigdy nie była bardziej nie do przewidzenia, nigdy nie
byliśmy tak bardzo uzależnieni od sił politycznych, którym nie można
ufać, że będą postępowały zgodnie z wymaganiami zdrowego rozsądku i własnego interesu - sił, które oceniane za pomocą norm minionych stuleci
zdają się wcielać czyste szaleństwo. Ludzkość podzieliła się jakby na
tych, którzy wierzą we wszechmoc człowieka (wierzą, że wszystko jest
możliwe, jeśli się wie, jak pokierować masami), oraz tych, dla których
podstawowym doświadczeniem stała się własna bezsilność.
Na poziomie uogólnień historycznych i myśli politycznej rozpowszechniony
jest mało precyzyjny pogląd, że podstawowa struktura wszystkich
cywilizacji weszła w fazę rozkładu. Chociaż w niektórych częściach
świata może sprawiać wrażenie bardziej spójnej niż w innych, nigdzie nie
widać perspektyw dla naszego stulecia ani odpowiedniej reakcji na jego
okropności. Desperacka nadzieja i desperacki strach zdają się często
lepiej oddawać istotę wydarzeń niż wyważone sądy oraz przemyślane
analizy. O zasadniczych wydarzeniach naszej doby z równą łatwością
zapominają osoby przywiązane do wiary w nieuchronność losu, jak i te,
które cechuje lekkomyślny optymizm.
W książce tej staram się nie poddawać ani beztroskiemu optymizmowi, ani
beznadziejnej rozpaczy. Głosi ona, że postęp i przeznaczenie to dwie
strony tego samego medalu, że oba są wyrazem przesądu, a nie wiary.
Została napisana z przekonaniem, że możliwe okaże się odkrycie ukrytego
mechanizmu, pod wpływem którego rozpadły się wszystkie tradycyjne
elementy naszego świata duchowego i politycznego, a powstał konglomerat,
którego składniki utraciły swoją specyficzną wartość, stając się
nierozpoznawalne i bezużyteczne dla ludzi. Podporządkowanie się owemu
procesowi dezintegracji stanowi nieodpartą pokusę nie tylko dlatego, że
przyobleka się w fałszywą dostojność "historycznej konieczności", lecz
także dlatego, że wszystko poza nim zaczęło wydawać się zamarłe,
bezkrwiste, pozbawione znaczenia i nierzeczywiste.
Przekonanie, że wszystko, co się dzieje na ziemi, musi być zrozumiałe
dla człowieka, może prowadzić do zdroworozsądkowej interpretacji dziejów
za pomocą komunałów. Zrozumienie jednak to nie negowanie tego, co woła o pomstę do nieba, wnioskowanie o bezprecedensowych wydarzeniach na
podstawie precedensów lub wyjaśnianie zjawisk przy użyciu takich
analogii i uogólnień, że przestaje się odczuwać nacisk rzeczywistości i wstrząs wywołany przeżyciami. To raczej badanie i świadome dźwiganie
ciężaru, którym obarczyły nas wydarzenia, bez zaprzeczania przy tym ich
istnieniu i bez poddawania się obciążeniu z pokorą. Krótko mówiąc,
zrozumienie to stawianie czoła rzeczywistości i przeciwstawianie się
jej, jakakolwiek może lub mogła być.
W takim sensie musi okazać się możliwe zrozumienie i ustosunkowanie się
do skandalicznego faktu, że zjawisko tak drobne (i w polityce światowej
tak nieistotne), jak kwestia żydowska i antysemityzm, mogło się stać
katalizatorem najpierw dla ruchu nazistowskiego, potem dla wojny
światowej, a w końcu dla stworzenia fabryk śmierci. Musimy też zdobyć
się na zrozumienie groteskowej niewspółmierności przyczyn i skutków na
progu ery imperialistycznej, gdy trudności gospodarcze w ciągu
kilkudziesięciu lat doprowadziły do głębokich przeobrażeń warunków
politycznych na całym świecie; albo dziwacznej sprzeczności między
jawnym, cynicznym "realizmem" ruchów totalitarnych a przejawianym przez
nie lekceważeniem całej materii rzeczywistości; bądź też irytującej
niezgodności między rzeczywistą potęgą współczesnego człowieka (większą
niż kiedykolwiek przedtem - tak wielką, że zagraża już istnieniu jego
własnego świata) a niezdolnością ludzkości do życia w stworzonych przez
siebie warunkach i do zrozumienia sensu współczesnego świata.
Totalitarne dążenia do podboju całej kuli ziemskiej i nieograniczonego
panowania wskazywały zgubną drogę wyjścia z pułapki. Ich realizacja
mogła oznaczać zniszczenie ludzkości; gdziekolwiek dochodziły do głosu,
zaczynały niszczyć samą istotę człowieczeństwa. A jednak nie ma sensu
udawanie, że się nie dostrzega niszczycielskich sił działających w naszym stuleciu.
Kłopot polega na tym, że w naszej epoce doszło do takiego pomieszania
dobra ze złem, iż bez imperialistycznej "ekspansji dla samej ekspansji"
świat mógłby zatrzymać się w rozwoju. Bez "władzy dla samej władzy",
jako politycznego narzędzia burżuazji, być może nigdy nie ujawniłyby się
zasoby ludzkiej energii; bez fikcyjnego świata totalitarnych ruchów, w których z niezrównaną jasnością znalazły wyraz niepokoje naszej doby,
być może pędzilibyśmy ku przeznaczeniu nie zdając sobie w ogóle sprawy z tego, co się dzieje.
A jeśli prawdą jest, że w ostatnich stadiach totalitaryzmu ujawnia się
zło absolutne (absolutne, ponieważ do jego wyjaśnienia przestają
wystarczać zwykłe ludzkie motywy), prawdą jest również, że gdyby tak nie
było, być może nigdy nie poznalibyśmy prawdziwych korzeni zła.
Antysemityzm (a nie zwykła nienawiść do Żydów), imperializm (a nie
zwykły podbój), totalitaryzm (a nie sama dyktatura), prześcigając się w brutalności, ujawniły dobitnie, że godność ludzka potrzebuje nowych
gwarancji, które można znaleźć tylko w nowej zasadzie politycznej, w nowym prawie na ziemi, którego doniosłość musi tym razem pojąć cała
ludzkość, podczas gdy jego potęga musi pozostać ściśle ograniczona, musi
mieć źródła w nowo określonych całościach terytorialnych i w ich ramach
musi być kontrolowana.
Nie możemy sobie dłużej pozwalać na czerpanie z przeszłości tego, co
było w niej dobre, i nazywanie tego po prostu dziedzictwem, a odrzucanie
rzeczy złych jak martwego ciężaru, który sam czas pogrzebie w zapomnieniu. Podskórny nurt historii Zachodu wydobył się w końcu na
powierzchnię i domaga się uznania go za cząstkę naszej tradycji. Oto
dlaczego na nic się nie zdadzą wszystkie wysiłki zmierzające do
schronienia się przed srogością teraźniejszości w nostalgii za cichą,
nienaruszoną przeszłością lub w ukojeniu oczekiwanym od lepszej
przyszłości.
Hannah Arendt
Lato 1950
Wstęp
Wstęp
Antysemityzm, świecka ideologia XIX stulecia, która z nazwy, chociaż nie
z argumentacji, była nieznana do lat siedemdziesiątych, i religijna
nienawiść do Żydów wzniecana przez wzajemną wrogość dwóch ścierających
się wiar to oczywiście nie to samo. I nawet to, w jakim stopniu
ideologia wykorzystywała argumentację oraz oddziaływanie emocjonalne
religii, jest sprawą otwartą. Koncepcja nieprzerwanego ciągu
prześladowań, wygnań i rzezi od schyłku Cesarstwa Rzymskiego przez
średniowiecze, epokę nowożytną, aż po czasy najnowsze, często upiększona
przekonaniem, że współczesny antysemityzm to po prostu zeświecczona
wersja ludowych średniowiecznych przesądówK1, jest równie
zwodnicza (choć oczywiście mniej szkodliwa), jak odpowiadające jej
przekonanie antysemitów o istnieniu od czasów starożytnych tajnej
organizacji Żydów rządzącej lub aspirującej do rządzenia światem. Z punktu widzenia dziejów kwestii żydowskiej przepaść między późniejszym
średniowieczem a epoką nowożytną jest jeszcze głębsza niż między
starożytnością rzymską a wiekami średnimi lub niż traktowana często jako
przełomowy moment dziejów Żydów w diasporze - przepaść oddzielająca
katastrofy pierwszych krucjat od wczesnego średniowiecza. Od XV w. do
końca XVI w., przez prawie dwa stulecia, kiedy to stosunki żydów z chrześcijanami układały się kiepsko, obojętność Żydów na "okoliczności i wypadki świata zewnętrznego" osiągnęła niespotykane rozmiary, judaizm
zaś stał się "bardziej niż kiedykolwiek przedtem zamkniętym systemem
myślenia". Wtedy właśnie Żydzi, bez żadnego wpływu z zewnątrz, doszli do
wniosku, że "zasadnicza odmienność narodu żydowskiego od innych nacji
nie jest skutkiem innej wiary czy religii, lecz jego wewnętrznej
natury", i że odwieczny podział na żydów i chrześcijan prawdopodobnie
miał "charakter raczej rasowy niż doktrynalny"K2. Owa zmiana
w ocenie odmienności narodu żydowskiego, która upowszechniła się wśród
nie-Żydów znacznie później, bo dopiero w epoce Oświecenia, była, rzecz
jasna, warunkiem sine qua non narodzin antysemityzmu; warto zwrócić
uwagę na to, że doszło do niej najpierw wśród samych Żydów, i to mniej
więcej w tym czasie, kiedy europejskie chrześcijaństwo podzieliło się na
grupy etniczne, które uzyskały polityczną samodzielność w systemie
nowożytnych państw narodowych.
Historia antysemityzmu, jak historia nienawiści do Żydów, to nieodłączna
część długich i zawiłych dziejów relacji między chrześcijanami a żydami
żyjącymi w rozproszeniu. Dzieje te nie obchodziły praktycznie nikogo aż
do połowy XIX w., kiedy to zainteresowanie nimi zbiegło się z powstaniem
antysemityzmu i z jego pełną wściekłości reakcją na równouprawnienie
oraz asymilację Żydów - układ to najgorszy z możliwych do powstania
wiarygodnej historiografiiK3. Od tej pory wspólnym błędem
żydowskiej i nieżydowskiej historiografii - chociaż popełnianym
przeważnie z odmiennych pobudek - było wyodrębnianie dowodów wrogości w źródłach chrześcijańskich i żydowskich oraz uwypuklanie serii katastrof,
wygnań i rzezi, którymi odznaczały się dzieje Żydów, tak jak konflikty
zbrojne i niezbrojne, wojny, głód i zarazy znamionowały historię Europy.
Nie trzeba dodawać, że to historiografia żydowska, nastawiona
zdecydowanie polemicznie i apologetycznie, poszukiwała śladów nienawiści
do Żydów w dziejach chrześcijaństwa, podczas gdy antysemici
skoncentrowali się na wyszukiwaniu podobnych wypowiedzi u starożytnych
powag judaizmu. Kiedy wyszła na jaw owa żydowska tradycja gwałtownego
niekiedy nastawienia przeciwko chrześcijanom i nie-Żydom, "żydowska
opinia publiczna była nie tylko urażona, ale i szczerze
zaskoczona"K4, tak skutecznie jej rzecznicy przekonywali
siebie i innych o tym, co nie było prawdą, a więc o tym, że odrębność
Żydów była spowodowana wyłącznie wrogością i ciemnotą nie-Żydów.
Judaizm, jak twierdzili teraz na ogół żydowscy historycy, zawsze
przewyższa inne religie tolerancją i wiarą w równość wszystkich ludzi.
Fakt, że ta samooszukańcza teoria - której towarzyszyło przekonanie, iż
Żydzi zawsze byli biernym, cierpiącym przedmiotem chrześcijańskich
prześladowań, w rzeczywistości oznaczała kontynuację i uwspółcześnienie
dawnego mitu narodu wybranego i wywoływała nowe, często bardzo
skomplikowane formy odrębności podtrzymujące starodawną dychotomię -
musi mieć zapewne ironiczną wymowę dla tych, którzy z rozmaitych powodów
usiłują upiększać przeszłość i manipulowć danymi historycznymi. Bo jeśli
w ogóle Żydzi mieli ze swoimi nieżydowskimi sąsiadami coś wspólnego, co
podtrzymywałoby świeżo uzyskaną równość, to była tym właśnie określona
przez religię wzajemnie wroga przeszłość, równie bogata w osiągnięcia
kulturalne na najwyższym poziomie, jak obfitująca w przejawy fanatyzmu
oraz prymitywne przesądy na poziomie nieoświeconych mas.
Jednakże nawet irytujące stereotypy tego rodzaju żydowskiej
historiografii opierają się na solidniejszej podstawie faktograficznej
niż przestarzałe aspiracje społeczne i polityczne Żydów europejskich w XIX i na początku XX w. Chociaż dzieje kultury żydowskiej były
nieskończenie bardziej różnorodne, niż to wtedy zakładano, a przyczyny
katastrofy zależne od różnych okoliczności historycznych i geograficznych, to prawdą jest, że przyczyny te były bardziej
zróżnicowane w środowisku nieżydowskim niż w żydowskich wspólnotach. O fatalnych nieporozumieniach, wciąż widocznych w popularnych
prezentacjach żydowskich dziejów, zadecydowały dwa bardzo istotne
czynniki. Nigdzie i nigdy, od chwili zniszczenia świątyni1,
Żydzi nie mieli własnego terytorium ani własnego państwa. Ich fizyczne
przetrwanie zawsze uzależnione było od ochrony nieżydowskich władz, mimo
że pewne środki samoobrony - prawo noszenia broni - przyznawano "Żydom
we Francji i Niemczech aż do XIII stulecia"K5. Nie oznacza to,
że Żydzi zawsze byli odsunięci od władzy, ale prawdą jest, że przy
każdym gwałtownym starciu, niezależnie od jego przyczyn, nie tylko byli
narażeni na ataki, ale i bezsilni, toteż było zupełnie naturalne,
zwłaszcza w czasach ich kompletnego odosobnienia poprzedzających
przyznanie im równości politycznej, że skierowane przeciwko sobie
wybuchy przemocy odczuwali jako kolejne nawroty. Co więcej, w żydowskiej
tradycji katastrofy były rozpatrywane w kategoriach martyrologii, to zaś
miało uzasadnienie w wydarzeniach pierwszych stuleci naszej ery, kiedy
to zarówno żydzi, jak i chrześcijanie rzucili wyzwanie potędze Cesarstwa
Rzymskiego, oraz w warunkach średniowiecznych, kiedy dawano Żydom
możliwość wyrażenia zgody na chrzest i tym samym uniknięcia
prześladowań, nawet jeśli przemoc miała wówczas podłoże polityczne i gospodarcze, a nie religijne. Taka konfiguracja faktów stworzyła
złudzenie, któremu do dziś ulegają żydowscy i nieżydowscy historycy.
Historiografia "zajmowała się dotychczas bardziej oddzieleniem się
chrześcijan od żydów niż na odwrót"K6, zacierając ważniejszy
skądinąd fakt, że dla dziejów Żydów większe znaczenie miało ich
oddzielenie się od świata nie-Żydów, szczególnie od środowiska
chrześcijańskiego, z tego oczywistego powodu, że samo przetrwanie narodu
jako widocznej całości uzależnione było od takiej dobrowolnej separacji,
a nie, jak wówczas przyjmowano, od wrogości chrześcijan i nie-Żydów.
Dopiero w XIX i XX w., po równouprawnieniu i wraz z postępami
asymilacji, antysemityzm zaczął odgrywać pewną rolę w utrzymywaniu
spójności narodu, bo dopiero wtedy Żydzi zaczęli przejawiać chęć wejścia
do nie-żydowskiego społeczeństwa.
Podczas gdy antyżydowskie uprzedzenia rozpowszechnione były szeroko
wśród wykształconych Europejczyków w minionym stuleciu, to antysemityzm
jako ideologia pozostał w zasadzie, z bardzo nielicznymi wyjątkami,
przywilejem ekscentryków, a zwłaszcza politycznych ekstremistów i maniaków. Nawet wątpliwe produkty żydowskiej apologetyki, które nigdy
nie przekonały nikogo, z wyjątkiem już przekonanych, stanowiły przykłady
niebotycznej erudycji i wiedzy w porównaniu z tym, co w dziedzinie badań
historycznych mieli do zaoferowania ludzie wrogo nastawieni do
ŻydówK7. Kiedy po zakończeniu wojny przez ponad dziesięć lat
gromadziłam materiał do tej książki, czerpiąc go z dokumentów źródłowych
oraz doskonałych niekiedy monografii, nie było ani jednej książki, która
przedstawiałaby temat wszechstronnie, w sposób odpowiadający
elementarnym wymaganiom nauki. I od tej pory prawie nic się nie
zmieniło2. Jest to tym bardziej godne ubolewania teraz, kiedy
zapotrzebowanie na bezstronne, uczciwe przedstawienie historii Żydów
jest większe niż kiedykolwiek przedtem. Konflikty polityczne XX w.
umieściły Żydów w centrum wydarzeń; kwestia żydowska oraz antysemityzm,
sprawy drugorzędne z punktu widzenia polityki światowej, stały się
katalizatorami rozwoju najpierw ruchu nazistowskiego i struktury
organizacyjnej III Rzeszy, w której każdy obywatel musiał udowodnić, że
nie jest Żydem, potem toczonej z bezprecedensowym okrucieństwem wojny
światowej i wreszcie narodzin w środku zachodniej cywilizacji nieznanej
dotąd zbrodni ludobójstwa. Wydało mi się oczywiste, że prócz lamentów i oskarżeń niezbędna jest także próba zrozumienia. Książka ta jest próbą
zrozumienia tego, co nawet przy wnikliwszym oglądzie budziło przede
wszystkim oburzenie.
Zrozumienie jednak to nie negowanie tego, co woła o pomstę do nieba,
wnioskowanie o bezprecedensowych wydarzeniach na podstawie precedensów
lub wyjaśnianie zjawisk przy użyciu takich analogii i uogólnień, że
przestaje się odczuwać nacisk rzeczywistości i wstrząs wywołany
przeżyciami. To raczej badanie i świadome dźwiganie ciężaru, którym
obarczyły nas wydarzenia, bez zaprzeczania przy tym ich istnieniu i bez
poddawania się obciążeniu z pokorą, tak jakby wszystko, co się przecież
naprawdę zdarzyło, skądinąd nie mogło się zdarzyć. Krótko mówiąc, to
stawianie czoła rzeczywistości, pozbawione3 uprzedzeń i pełne uwagi, i przeciwstawianie się jej, jakakolwiek może lub mogła być.
Warunkiem koniecznym, choć niewystarczającym, osiągnięcia takiego
zrozumienia jest pewna znajomość dziejów Żydów i równoległego rozwoju
antysemityzmu w dziewiętnastowiecznej Europie. W kolejnych rozdziałach
zajmuję się tylko tymi zjawiskami i wydarzeniami z ubiegłego stulecia,
które wiążą się bezpośrednio z "korzeniami totalitaryzmu". Wyczerpująca
historia antysemityzmu nie została jeszcze napisana i wykracza poza
problematykę tej książki*. Dopóki istnieje owa luka, ten fragment
książki jest usprawiedliwiony nawet z punktu widzenia wymagań nauki,
jako niezależny wkład do pełniejszego ujęcia historii, mimo że
pierwotnie pomyślany był jako element opisu prehistorii totalitaryzmu.
Poza tym to, co jest charakterystyczne dla historiografii antysemityzmu
- zdominowanie jej przez nieżydowskich szaleńców oraz żydowskich
apologetów i staranne unikanie tej problematyki przez renomowanych
historyków - dotyczy, mutatis mutandis, niemal wszystkich czynników, z których wykrystalizowało się później nowe zjawisko totalitaryzmu. Prawie
nie dostrzegł ich świat nauki ani opinia publiczna, ponieważ należały do
podskórnego nurtu historii Europy, gdzie, ukryte przed społeczeństwami i uwagą światłych ludzi, potrafiły nabrać zupełnie nieoczekiwanej
zjadliwości.
Ponieważ dopiero ostateczna katastrofa ujawniła i uświadomiła ludziom
obecność tych podskórnych nurtów, istniała skłonność do utożsamiania
totalitaryzmu z jego składnikami i korzeniami - jak gdyby każdy wybuch
antysemityzmu, rasizmu czy imperializmu można było utożsamiać z "totalitaryzmem". Złudzenie to jest tyleż mylące przy ustalaniu prawdy
historycznej, ileż szkodliwe przy ferowaniu ocen politycznych.
Totalitarna polityka - nie będąc bynajmniej po prostu polityką
antysemicką, rasistowską, imperialistyczną bądź komunistyczną - używa i nadużywa zaczerpniętych z rzeczywistości, wybranych elementów składowych
tych ideologii, takich jak walka klasowa czy konflikt interesów między
Żydami a ich otoczeniem, do chwili aż zupełnie zatracą swoją pierwotną
siłę oddziaływania oraz wartość propagandową. Niedocenianie roli, jaką w Stanach Zjednoczonych odgrywał i nadal odgrywa czysty rasizm w rządzeniu
południowymi stanami, byłoby na pewno poważnym błędem, lecz
popełnilibyśmy jeszcze większy błąd wyciągając z tego wniosek, że przez
ponad sto lat ta część kraju znajdowała się pod władzą totalitarną.
Jedynym bezpośrednim i niezafałszowanym następstwem
dziewiętnastowiecznych ruchów antysemickich nie był nazizm, ale
przeciwnie, syjonizm, który - przynajmniej w formie ideologicznej, jaką
przybrał na Zachodzie był rodzajem kontrideologii, "odpowiedzią" na
antysemityzm. Nie oznacza, to nawiasem mówiąc, że samoświadomość Żydów
była po prostu wytworem antysemityzmu; przecież choćby pobieżna
znajomość historii Żydów, której osią, od czasów babilońskiego wygnania,
było pragnienie przetrwania jako odrębnego narodu wbrew przygniatającym
realiom rozproszenia, powinna wystarczyć do rozwiania tego najnowszego
mitu, który stał się dość modny w kręgach intelektualnych po
"egzystencjalistycznej" interpretacji Żyda przez Sartre'a jako kogoś
postrzeganego i określanego jako Żyd przez innych.
Najlepszej ilustracji zarówno odrębności, jak i powiązań między
pretotalitarnym i totalitarnym antysemityzmem dostarcza chyba absurdalna
sprawa Protokołów mędrców Syjonu. Posługiwanie się przez nazistów tym
falsyfikatem jako podręcznikiem do nauki podboju świata na pewno nie
należy do dziejów antysemityzmu, ale tylko ten fakt może wyjaśnić,
dlaczego ta nieprawdopodobna opowieść okazała się dostatecznie
wiarygodna, aby czerpała z niej pożywkę antyżydowska propaganda.
Natomiast nie może to wyjaśnić, dlaczego totalitarne roszczenia do
rządów nad światem przy pomocy członków i z udziałem tajnych
stowarzyszeń w ogóle stały się atrakcyjnym celem politycznym. Ta
ostatnia funkcja, o wiele istotniejsza z politycznego (chociaż nie
propagandowego) punktu widzenia, ma źródła w imperializmie w ogóle, w jego wybuchowej kontynentalnej wersji, szczególnie zaś w postaci
"pan-ruchów" (pan movements).
Książka ta jest zatem ograniczona nie tylko w czasie i przestrzeni, ale
także w zakresie przedmiotu. Zajmuje się historią Żydów w Europie
Środkowej i Zachodniej, od czasów dworskich Żydów po sprawę Dreyfusa, z punktu widzenia jej znaczenia dla narodzin antysemityzmu i wpływu na
niego. Przedstawia ruchy antysemickie, silnie zakorzenione w ówczesnej
rzeczywistości na tle specyficznych stosunków łączących Żydów z nie-Żydami, a więc z jednej strony na tle roli, jaką Żydzi odgrywali w rozwoju państwa narodowego, a z drugiej - ich związków z nieżydowską
częścią społeczeństwa. Pojawienie się pierwszych partii antysemickich w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX w. wyznacza moment, w którym sprawa wykracza poza ograniczony, konkretny konflikt interesów
związany z doświadczeniem jednostek i wchodzi na drogę wiodącą do
"ostatecznego rozwiązania". Od tej chwili, w erze imperializmu, po
której nastąpił okres ruchów i rządów totalitarnych, nie sposób
odizolować kwestii żydowskiej lub ideologii antysemickiej od problemów
zupełnie niezwiązanych z realiami nowożytnej historii Żydów. I to nie
tylko dlatego ani nawet nie zasadniczo dlatego, że sprawy te odgrywały
główną rolę w polityce światowej, ale dlatego, że sam antysemityzm stał
się teraz narzędziem służącym do wyższych celów. Cele te zdecydowanie
przerastały partykularne interesy zarówno Żydów, jak i wrogo do nich
nastawionych środowisk, mimo że ich osiągnięcie wymagało, aby Żydzi
występowali w roli głównych ofiar.
Imperialistyczne i totalitarne wersje dwudziestowiecznego antysemityzmu
znajdzie czytelnik w drugiej i trzeciej części tej pracy.
Hannah Arendt
Lipiec 1967
1. Świątynia w Jerozolimie została zburzona w ?? r. n.e. za panowania cesarza Tytusa. [Uwaga: wszystkie przypisy gwiazdkowe zamieszczone u dołu strony pochodzą od tłumaczy lub od redakcji wydania polskiego.] [wróć]
2. W ciągu 36 lat dzielących nas od pierwszej edycji Korzeni totalitaryzmu w badaniach nad dziejami Żydów dokonał się znaczny postęp. Przestarzałe prace Graetza i Dubnowa zastąpiły nowsze opracowania z fundamentalną wielotomową edycją World History of the Jewish People (Jerusalem 1964-1980) na czele. Nowożytne dzieje Żydów przedstawiają kompetentnie Paul R. Mendes-Flohr i Jehuda Reinhart w opublikowanej niedawno książce The Jew in the Modem World. A Documentary History (New York-Oxford 1980). W powodzi publikacji poświęconych tragicznym i powikłanym losom "narodu wybranego" w XX w. wyróżniają się prace: Salo Barona, The Russian Jews under Tsars and Soviets (New York 1970); Herel Fein, Accounting for Genocide (New York 1979); Paula Hilberta, The Destruction of the European Jewry (Chicago 1961); Lucy Dawidowicz, The War Aga-inst the Jews. 1933-1945 (New York 1975) oraz historie ruchu syjonistycznego pióra Waltera Laquexura i Shlomo Avineri. Interesującą polemikę z poglądami H. Arendt na temat holocaustu, zwłaszcza zaś z opiniami wyrażonymi w książce Eichmann in Jerusalem, zawiera książka Jacoba Robinsona, And Crooked Shall Be Made Straight. The Eichmann Trial and Hannah Arendt's Narration (Philadelphia 1965). [wróć]
3. Od chwili napisania tych słów powstało kilka wybitnych prac poświęconych tej problematyce. Należą do nich książki Leona Poliakova (m.in. tłumaczona na wiele języków trzytomowa L'Histoire de l'antisémitisme)', George'a L. Mosse'a, Towards the Final Solution. A History of European Racism (New York 1978); Normana Cohna, Warrant for Genocide. The Myth of Jewish World Conspiracy and the Protocols of the Elders of Zion (London 1967). [wróć]
Rozdział I. Antysemityzm jako zniewaga dla zdrowego rozsądku
ROZDZIAŁ I
Antysemityzm jako zniewaga dla zdrowego rozsądku
Wielu ludzi wciąż jeszcze uważa za przypadek, że rdzeniem ideologii
nazistowskiej był antysemityzm, że polityka nazistów, konsekwentnie i bezkompromisowo, zmierzała do prześladowań i wreszcie do zagłady Żydów.
Dopiero zgroza na widok rozmiarów katastrofy, a bardziej jeszcze
bezdomność i poczucie wykorzenienia tych, którzy przetrwali, sprawiły,
że "kwestia żydowska" stała się tak widoczna w życiu politycznym. To, co
sami naziści uważali za swoje najważniejsze odkrycie, tj. rolę Żydów w polityce światowej, oraz dziedzinę, na której koncentrowała się ich
uwaga, czyli prześladowanie Żydów na całym świecie, opinia publiczna
uważała za pretekst do pozyskania mas albo za interesujący przykład
demagogii.
Można zrozumieć tę niechęć do poważnego potraktowania tego, co głosili
sami naziści. Trudno o aspekt historii współczesnej bardziej irytujący i niezrozumiały od faktu, że spośród wszystkich wielkich
nierozstrzygniętych zagadnień politycznych naszego stulecia akurat ów
pozornie drobny i nieistotny problem żydowski ma wątpliwy zaszczyt
wprawienia w ruch całej tej piekielnej machiny. Taka rozbieżność
przyczyny i skutków obraża nasz zdrowy rozsądek, nie wspominając już o poczuciu równowagi i harmonii historyków. W zestawieniu z samymi
wydarzeniami wszystkie wyjaśnienia antysemityzmu sprawiają wrażenie
pośpiesznie i przypadkowo wymyślonych dla przykrycia sprawy, która tak
poważnie zagraża naszemu poczuciu proporcji i zaufaniu do rozsądku.
Jedno z tych pośpiesznych wyjaśnień polega na utożsamianiu antysemityzmu
z wybujałym nacjonalizmem i jego ksenofobicznymi wybuchami. Tymczasem,
niestety, współczesny antysemityzm nasilał się w miarę słabnięcia
tradycyjnego nacjonalizmu, a osiągnął punkt szczytowy akurat w tym
czasie, kiedy załamał się europejski system państw narodowych i ich
chybotliwa równowaga.
Jak już zauważono, naziści nie byli zwyczajnymi nacjonalistami.
Nacjonalistyczną propagandę kierowali do swoich sympatyków, a nie do
przekonanych członków partii. Przeciwnie, tym ostatnim nigdy nie wolno
było rezygnować z konsekwentnie ponadnarodowego podejścia do polityki.
"Nacjonalizm" nazistów pod niejednym względem był podobny do szerzonej
ostatnio propagandy nacjonalistycznej w Związku Radzieckim, również
służącej wyłącznie do podtrzymywania uprzedzeń mas. Ograniczony
charakter nacjonalizmu, prowincjonalizm państwa narodowego, wzbudzał u nazistów autentyczną, nigdy nieprzezwyciężoną odrazę. Wciąż powtarzali,
że ich "ruch", mający zasięg międzynarodowy, tak jak ruch bolszewicki,
jest dla nich ważniejszy niż jakiekolwiek państwo związane z konieczności z określonym terytorium. Zresztą nie tylko naziści, ale i pięćdziesiąt lat dziejów antysemityzmu to dowody przeciwko utożsamianiu
antysemityzmu z nacjonalizmem. Pierwsze partie antysemickie działające w ostatnich dziesięcioleciach XIX w. były zarazem jednymi z pierwszych,
które nawiązywały kontakty międzynarodowe. Od samego początku zwoływały
międzynarodowe kongresy i dbały o koordynację działań w skali
międzynarodowej lub przynajmniej europejskiej.
Ogólne tendencje, takie jak jednoczesny schyłek państw narodowych i nasilenie się antysemityzmu, nie dają się przekonująco wyjaśnić przez
wskazanie jedynej przyczyny. W takich przypadkach historyk ma zwykle do
czynienia z bardzo skomplikowaną sytuacją historyczną, w której
wyodrębnienie jakiegoś czynnika jako "ducha epoki" sprawia mu
niesłychaną trudność. Istnieją jednak pewne przydatne zasady ogólne. Dla
naszych celów najważniejszą z nich jest wielkie odkrycie przez
Tocqueville'aK8 motywów gwałtownej nienawiści ludu
francuskiego do arystokracji w przededniu rewolucji, nienawiści, która
nasunęła Burke'owi spostrzeżenie, że rewolucja francuska dotyczyła
bardziej "kondycji dżentelmena" niż instytucji króla. Zdaniem
Tocqueville'a, Francuzi nienawidzili tracących władzę arystokratów
bardziej niż kiedykolwiek przedtem właśnie dlatego, że gwałtownej
utracie rzeczywistego znaczenia nie towarzyszył dostrzegalny upadek ich
fortun. Dopóki arystokraci zachowywali ogromne wpływy w sądownictwie,
byli nie tylko tolerowani, ale i szanowani. Kiedy szlachta utraciła
swoje przywileje, a wśród nich przywilej wyzysku i ucisku poddanych, lud
dostrzegł w niej pasożyta, niespełniającego żadnej rzeczywistej funkcji
w rządzeniu krajem. Innymi słowy, nigdy sam ucisk czy wyzysk nie jest
główną przyczyną niechęci; bogactwo bez widocznych funkcji jest
zdecydowanie bardziej nieznośne, ponieważ nikt nie rozumie, dlaczego
powinno być tolerowane.
Podobnie antysemityzm osiągnął punkt szczytowy, kiedy Żydzi utracili już
funkcje publiczne i wpływy, a pozostało im tylko bogactwo. Kiedy Hitler
doszedł do władzy, banki niemieckie były już prawie judenrein (a przecież w tej właśnie dziedzinie Żydzi dzierżyli kluczowe pozycje przez
ponad sto lat), a niemieccy Żydzi jako całość, po długim okresie
systematycznej poprawy statusu społecznego i wzrostu liczebnego, znikali
tak szybko, że statystycy przewidywali ich całkowite zniknięcie w ciągu
kilkudziesięciu lat. Co prawda, statystyka niekoniecznie odbija
rzeczywiste procesy historyczne, jednak zastanawiające jest, że z punktu
widzenia ludzi zajmujących się nią zawodowo, nazistowskie prześladowania
i eksterminacje mogą sprawiać wrażenie bezsensownego procesu, który
prawdopodobnie i tak by nastąpił.
To samo odnosi się do prawie wszystkich krajów Europy Zachodniej. Sprawa
Dreyfusa wybuchła nie za czasów II Cesarstwa, kiedy Żydzi francuscy
osiągnęli szczyty powodzenia i wpływów, lecz w III Republice, gdy
właściwie zniknęli z eksponowanych stanowisk (chociaż nie ze sceny
politycznej). Antysemityzm austriacki przybrał gwałtowne formy nie za
rządów Metternicha i Franciszka Józefa, lecz w powojennej Republice
Austriackiej, kiedy było zupełnie oczywiste, że żadna inna grupa nie
odczuwa tak silnie jak Żydzi utraty wpływów i prestiżu wskutek
zniknięcia monarchii habsburskiej.
Prześladowania grup odsuniętych od władzy lub tracących ją nie są
zapewne zbyt miłym widowiskiem, ale nie sama nikczemność ludzka jest ich
przyczyną. To właśnie sensowne przeświadczenie, że siła powinna być
funkcjonalna i czemuś służyć, instynktownie nakazuje ludziom okazywać
posłuszeństwo rzeczywistej władzy lub tolerować ją, a nienawidzić ludzi
posiadających bogactwo bez władzy. Społeczeństwo funkcjonuje i utrzymuje
swoisty porządek nawet w warunkach ucisku i wyzysku. Jedynie bogactwo
bez władzy lub chłodna obojętność uprzywilejowanych wywołuje wrażenie
ich zbędności, pasożytowania, a w konsekwencji nieznośności istniejącej
sytuacji, gdyż wtedy przecięte zostają wszystkie nici wiążące ludzi ze
sobą. Bogactwu, które nie wyzyskuje, brak nawet takich więzi jak te,
które istnieją między wyzyskiwaczem a wyzyskiwanym; chłodna obojętność
nie pociąga za sobą nawet minimum zainteresowania uciskającego
uciskanym.
Jednak schyłek zachodnio- i środkowoeuropejskiego żydostwa stwarza
jedynie atmosferę, w której rozgrywają się dalsze wypadki. Sam ten
schyłek tłumaczy je w równie małym stopniu, jak fakt utraty władzy przez
francuską arystokrację mógłby tłumaczyć rewolucję francuską. Znajomość
takiej prawidłowości przydatna jest wyłącznie do odrzucenia
zdroworozsądkowej sugestii, jakoby gwałtowną nienawiść lub nagłą rebelię
mogło spowodować tylko istnienie wielkiej potęgi bądź popełnienie
wielkich nadużyć i że wskutek tego zorganizowana nienawiść do Żydów
musiała być reakcją na ich znaczenie i siłę.
Poważniejsze, ponieważ wydaje się słuszne bardziej wartościowym ludziom,
jest inne zdroworozsądkowe złudzenie: Żydów jako całkowicie pozbawioną
znaczenia grupę wplątaną w ogólne nierozwiązywalne konflikty epoki można
było obciążyć odpowiedzialnością i ostatecznie przedstawić jako ukrytych
sprawców wszelkiego zła. Najlepiej ilustruje i zarazem demaskuje takie
wyjaśnienie, drogie sercom wielu liberałów, dowcip opowiadany po
pierwszej wojnie światowej. Antysemita stwierdza, że Żydzi spowodowali
wojnę. Odpowiedź brzmi: tak, Żydzi i cykliści. Dlaczego cykliści? - pyta
pierwszy. A dlaczego Żydzi? - odpowiada drugi.
Z teorii, że Żydzi są zawsze kozłami ofiarnymi, wynika, iż równie dobrze
mogliby nimi być i inni. Potwierdza to absolutną niewinność ofiary:
niewinność, która nie tylko sugeruje, że ofiara nie wyrządziła żadnego
zła, lecz że również nie zaszło w ogóle nic takiego, co mogłoby się
ewentualnie wiązać z rozpatrywaną sprawą. Prawdą jest, że teoria kozła
ofiarnego nigdy nie pojawia się w druku w czystej jednoznacznej postaci.
Ilekroć jej wyznawcy usiłują pracowicie wyjaśnić, dlaczego jakiś
określony kozioł ofiarny tak dobrze pasował do swojej roli, odchodzą od
teorii i dają się wciągnąć w zwyczajne badania historyczne, z których
wynika tylko to, że historia jest dziełem wielu różnych grup ludzkich i że z jakichś powodów jedna z nich została wybrana. Tak zwany kozioł
ofiarny z konieczności przestaje być niewinną ofiarą, na którą świat
zwala wszystkie swoje grzechy i przy pomocy której pragnie uniknąć kary.
Staje się grupą ludzi wśród innych grup wciągniętych w sprawy świata i nie przestaje być za nie współodpowiedzialny również wtedy, gdy pada
ofiarą niesprawiedliwości i okrucieństwa świata.
Do niedawna wewnętrzna niespójność teorii kozła ofiarnego była
wystarczającym powodem do jej odrzucenia jako jednej z licznych teorii,
u których podłoża tkwi eskapizm. Ale pojawienie się terroru jako
potężnej broni rządów sprawiło, że jej wiarygodność stała się większa
niż kiedykolwiek przedtem.
Zasadnicza różnica między współczesnymi dyktaturami a wszystkimi
tyraniami z przeszłości polega na tym, że terror stosowany jest obecnie
już nie jako środek niszczenia i zastraszania oponentów, lecz jako
narzędzie rządzenia doskonale posłusznymi masami ludzkimi. Terror, taki
jakim go dziś znamy, uderza niesprowokowany, jego ofiary są niewinne
nawet z punktu widzenia prześladowców. Tak było w hitlerowskich
Niemczech, gdzie pełny terror skierowano przeciwko Żydom, tj. przeciwko
ludziom o pewnych szczególnych cechach niezależnych od ich konkretnego
zachowania. W Rosji Radzieckiej sytuacja jest bardziej zagmatwana, ale
fakty są, niestety, aż nazbyt wymowne. Z jednej strony, system
bolszewicki, w odróżnieniu od nazistowskiego, nigdy nie przyznał, że
mógłby stosować terror przeciwko niewinnym ludziom, i chociaż w świetle
pewnych praktyk może to zakrawać na hipokryzję, jest to różnica istotna.
Z drugiej strony, praktyka rosyjska jest nawet bardziej "nowoczesna" od
niemieckiej. Arbitralności terroru nie ograniczają tu nawet podziały
rasowe. Ponieważ dawne kategorie klasowe od dawna zarzucono, każdy
obywatel może w Rosji nagle stać się ofiarą policyjnego terroru. Nie
interesują nas tutaj ostateczne konsekwencje rządów za pomocą terroru -
to mianowicie, że nikt, łącznie z jego wykonawcami, nie może być wolny
od strachu. Zajmujemy się jedynie dowolnością doboru ofiar, a tu
decydujące jest to, że obiektywnie są one niewinne, że są wybierane
niezależnie od tego, co zrobiły lub czego nie zrobiły.
Na pierwszy rzut oka może to wyglądać na spóźnione potwierdzenie teorii
kozła ofiarnego i prawdą jest, że ofiara współczesnego terroru ma
wszystkie cechy kozła ofiarnego - jest obiektywnie i absolutnie
niewinna, ponieważ nic, co zrobiła lub czego zaniechała, nie ma
znaczenia i nie ma też żadnego związku z jej losem.
Istnieje zatem pokusa powrotu do wyjaśnienia, które automatycznie
uwalnia ofiarę od odpowiedzialności: wydaje się to całkowicie zgodne z rzeczywistością, w której nic nie poraża nas mocniej niż kompletna
niewinność jednostki wciągniętej w tryby przerażającej machiny i pozbawionej wszelkich szans na zmianę swojego losu. Jednak terror staje
się formą sprawowania władzy dopiero na ostatnim szczeblu swojego
rozwoju. Chcąc ustanowić rządy totalitarne, trzeba go przedstawić jako
narzędzie jakiejś konkretnej ideologii, a ideologia ta musi uzyskać
poparcie wielu, a nawet większości, zanim będzie można wprowadzić terror
na stałe. Dla historyka istotne jest to, że zanim Żydzi stali się
głównymi ofiarami współczesnego terroru, znaleźli się w centrum
ideologii nazistów. A ideologia, która musi zjednywać i mobilizować
ludzi, nie może dowolnie wybierać swoich ofiar. Inaczej mówiąc, jeśli w patentowane fałszerstwo w rodzaju Protokołów mędrców Syjonu wierzy
tylu ludzi, że może się ono stać natchnieniem całego ruchu politycznego,
zadanie historyka przestaje się sprowadzać do wykrycia fałszerstwa.
Zadaniem tym nie jest zaś na pewno znalezienie wyjaśnień, które
odrzucają podstawowy fakt polityczny i historyczny tej sprawy: to, że
fałszerstwo jest uważane za prawdę, jest to konstatacja ważniejsza od
okoliczności (drugorzędnej z punktu widzenia historyka), że mamy do
czynienia z fałszerstwem.
Wyjaśnianie za pomocą kozła ofiarnego pozostaje więc jedną z typowych
form ucieczki przed docenieniem powagi zjawiska antysemityzmu i znaczenia faktu, że Żydzi zostali wciągnięci w burzliwe centrum
wydarzeń. Równie rozpowszechniona jest przeciwstawna doktryna "wiecznego
antysemityzmu", głosząca, że nienawiść do Żydów jest normalną i naturalną reakcją, dla której dzieje stwarzają tylko mniej lub więcej
okazji. Wybuchy antysemityzmu nie wymagają żadnego wyjaśnienia, ponieważ
są naturalną konsekwencją wiecznego problemu. Akceptacja tej doktryny
przez zawodowych antysemitów jest sprawą oczywistą - daje najlepsze
możliwe alibi dla wszelkich bestialstw. Jeśli prawdą jest, że ludzkość
domagała się mordowania Żydów przez ponad dwa tysiące lat, to zabijanie
ich jest normalnym, a nawet ludzkim, zajęciem, a nienawiść do Żydów w ogóle nie wymaga tłumaczenia.
W tym wyjaśnieniu, odwołującym się w założeniu do istnienia odwiecznego
antysemityzmu, najbardziej zaskakuje, że przyjęło je bardzo wielu
bezstronnych historyków, a nawet jeszcze większa liczba Żydów. Ta
właśnie dziwna zbieżność sprawia, że teoria ta jest tak niebezpieczna i zarazem kłopotliwa. Jej eskapistyczne podłoże jest w obu przypadkach
identyczne: jak ze zrozumiałych względów antysemici pragną uniknąć
odpowiedzialności za swoje czyny, tak jeszcze bardziej zrozumiałe jest,
że atakowani, zepchnięci do obrony Żydzi nie życzą sobie pod żadnym
pozorem dyskutowania o swoim udziale w tej odpowiedzialności. Jednak w wypadku żydowskich, a często również chrześcijańskich wyznawców tej
doktryny eskapistyczne tendencje oficjalnej apologetyki wynikają z istotniejszych i mniej racjonalnych pobudek.
Narodzinom oraz rozwojowi współczesnego antysemityzmu towarzyszą i są z nimi związane asymilacja i sekularyzacja Żydów, zanik dawnych duchowych
i religijnych wartości judaizmu. Nowa sytuacja stworzyła dla dużej
części Żydów podwójne zagrożenie - rozpadu więzi wewnętrznych oraz
fizycznej likwidacji z zewnątrz. Żydzi, którym leżało na sercu
przetrwanie ich ludu, w tych okolicznościach w przypływie desperacji
uchwycili się dziwacznej i błędnej, ale pocieszającej idei, że mimo
wszystko antysemityzm okazać się może wspaniałym środkiem utrzymującym
wspólnotę. W ten sposób uznanie odwieczności antysemityzmu dawałoby
gwarancję wiecznego istnienia Żydów. Ten przesąd, będący zeświecczoną
wersją idei wieczności zawartej w wierze w naród wybrany i nadejście
Mesjasza, został wzmocniony wskutek doświadczanej przez Żydów
wielowiekowej wrogości ze strony chrześcijan, będącej potężnym
czynnikiem umożliwiającym przetrwanie, zarówno duchowe, jak i polityczne. Żydzi pomylili współczesny antychrześcijański antysemityzm
ze starą religijną nienawiścią do żydów. Było to tym bardziej naturalne,
że asymilacja nie zbliżyła ich do kulturowych i religijnych aspektów
chrześcijaństwa. Dostrzegając oczywiste symptomy osłabnięcia religii
chrześcijańskiej, mogli sobie w swej niewiedzy wyobrazić powrót tak
zwanych ciemnych wieków. Niewiedza czy błędne rozumienie własnej
przeszłości są też częściowo odpowiedzialne za fatalne niedocenienie
rzeczywistych i bezprecedensowych niebezpieczeństw, przed którymi
stanęli. Nie wolno wszakże zapominać, że niedostatek umiejętności
politycznych i słabość osądu były spowodowane przez sam charakter
historii Żydów, historii narodu bez rządu, bez kraju i bez języka.
Historia Żydów przedstawia niezwykły obraz narodu pod tym względem
wyjątkowego, który zaczął swe dzieje z jasną koncepcją historii, niemal
świadomie zdecydowany zrealizować dobrze obmyślany plan ziemski, a potem, nie porzucając tej koncepcji, przez dwa tysiące lat unikał
wszelkich działań politycznych. W rezultacie historia polityczna Żydów,
w jeszcze większym stopniu niż dzieje innych narodów, stała się igraszką
nieprzewidzianych, przypadkowych czynników. I tak Żydzi odgrywali to
jedną, to drugą rolę, za żadną nie przyjmując odpowiedzialności.
W obliczu ostatecznej katastrofy, która doprowadziła Żydów tak blisko
całkowitej zagłady, teza o odwiecznym antysemityzmie stała się bardziej
niż kiedykolwiek niebezpieczna. Dziś mogłaby rozgrzeszać ludzi
nienawidzących Żydów ze zbrodni przerastających wyobraźnię naszych
przodków. Antysemityzm bynajmniej nie stał się tajemną gwarancją
przetrwania narodu żydowskiego, ale okazał się zagrożeniem dla jego
istnienia. Podobnie jednak jak teoria kozła ofiarnego i z podobnych
względów także to wytłumaczenie antysemityzmu przetrwało, mimo że
zaprzeczyła mu rzeczywistość. Uwypukla ono przecież, mimo wszystko, za
pomocą odmiennych argumentów, lecz z równym uporem, ową zupełną i nieludzką niewinność, w tak uderzający sposób charakteryzującą ofiary
współczesnego terroru, a więc wywołującą wrażenie, że wydarzenia
potwierdziły jego słuszność. Ma zaś tę przewagę nad teorią kozła
ofiarnego, że udziela jakiejś odpowiedzi na nieprzyjemne pytanie:
dlaczego akurat Żydzi? - choćby to była odpowiedź prosząca się o kolejne
pytanie: odwieczna nienawiść.
Doprawdy musi zastanawiać fakt, że jedynie dwie teorie, które
przynajmniej usiłują wyjaśnić polityczne znaczenie ruchu antysemickiego,
zaprzeczają jakiejkolwiek szczególnej odpowiedzialności Żydów i odżegnują się od rozpatrywania tych spraw w konkretnych kategoriach
historycznych. Zawarta w nich negacja sensowności ludzkich zachowań
ogromnie upodabnia je do tych współczesnych praktyk i form sprawowania
władzy, które, posługując się arbitralnym terrorem, likwidują samą
możliwość ludzkich działań. Żydzi byli mordowani w obozach zagłady,
jakby zgodnie z dawanym przez te teorie wyjaśnieniem powodów, dla
których byli znienawidzeni: niezależnie od tego, co zrobili lub czego
zaniechali, niezależnie od cnót i grzechów. Co więcej, sami mordercy
wykonujący jedynie rozkazy i dumni ze swojej beznamiętnej skuteczności,
zadziwiająco przypominali "niewinne" narzędzia nieludzkiego,
bezosobowego biegu wydarzeń, za jakie uważano ich w myśl doktryny
wiecznego antysemityzmu.
Takie zbieżności między teorią i praktyką same w sobie nie są jeszcze
dowodem historycznej prawdy, chociaż wskazują na to, że takie opinie
zawsze pojawiają się "w porę", i wyjaśniają, dlaczego tak wielu ludziom
wydają się słuszne. Historyka powinny interesować tylko w takim stopniu,
w jakim same są cząstką badanych przez niego czasów i ponieważ stoją na
drodze poszukiwania prawdy. Żyjąc sprawami swojej epoki, historyk równie
łatwo jak inni może ulec ich sile przekonywania. Ostrożne podejście do
ogólnie akceptowanych opinii mających pretensje do wyjaśniania wszelkich
trendów dziejowych jest szczególnie ważne dla historyków czasów
najnowszych, ponieważ minione stulecie stworzyło obfitość ideologii
uznających się za klucze do dziejów, a w rzeczywistości będących
wyłącznie desperackimi próbami ucieczki przed rzeczywistością.
Tocząc słynny spór z sofistami Platon odkrył, że ich "sztuka wymowy w ogóle jest sztuką prowadzenia dusz ludzkich za pomocą mów" (Fajdros,
261 A) i że nie ma ona nic wspólnego z prawdą. Dotyczy bowiem sądów z natury zmiennych, czegoś, co "staje się prawdziwe wtedy, kiedy się
wydaje, i tak długo, jak długo się wydaje" (Teajtet, 172B). Odkrył
także, że pozycja prawdy w świecie jest bardzo niepewna, gdyż liczą się
opinie: "Przecież tym się ludzi przekonywa i nakłania, a nie prawdą"
(Fajdros, 260A)1. Najbardziej uderzająca różnica między
starożytnymi i nowożytnymi sofistami polega na tym, że starożytni
zadowalali się w dyskusji ulotnym zwycięstwem kosztem prawdy, podczas
gdy nowożytni pragną trwalszych zwycięstw kosztem rzeczywistości.
Inaczej mówiąc, starożytni sofiści niweczyli godność ludzkiej myśli,
nowożytni zaś niweczą godność ludzkiego działania. Starożytni
manipulatorzy logiki stanowili problem dla filozofów, podczas gdy
nowożytni manipulatorzy faktów stają na drodze historyka. Niszczona jest
sama historia, kiedy bowiem fakty przestaje się interpretować jako
zasadniczą część minionego i dzisiejszego świata, a nadużywa się ich do
udowodnienia takich czy innych poglądów, zagrożona jest sama możliwość
rozumienia dziejów, wynikająca stąd, że historię uprawiają ludzie, a zatem i ludzie mogą ją pojąć.
Jeśli odrzuci się potoczne opinie, a tradycję przestanie się uważać za
niepodważalną, to zaiste pozostanie niewiele przewodników po labiryncie
nienazwanych faktów. Jednak takie zawiłości historiografii nie mają
większego znaczenia, skoro się weźmie pod uwagę wielkie wstrząsy naszych
czasów oraz ich skutki dla historycznych struktur świata zachodniego.
Ich bezpośrednią konsekwencją było ujawnienie ukrytych przed naszym
wzrokiem składników dziejów. Nie oznacza to, że to, co zaczęło się
rozpadać podczas kryzysu (być może najgłębszego w dziejach Zachodu od
upadku Cesarstwa Rzymskiego), było tylko fasadą, chociaż wiele z tego,
co jeszcze kilkadziesiąt lat temu uważaliśmy za niezniszczalne, okazało
się jedynie fasadą.
Jednoczesne osłabienie europejskich państw narodowych i nasilenie się
ruchów antysemickich, zbieżność w czasie upadku Europy zorganizowanej na
zasadach narodowych eksterminacji Żydów, przygotowane przez zwycięstwo
antysemityzmu nad wszystkimi "izmami" rywalizującymi o przekonanie
opinii publicznej, należy traktować jako poważną wskazówkę w poszukiwaniu źródeł antysemityzmu. Nowożytny antysemityzm trzeba
rozpatrywać na ogólnym tle rozwoju państwa narodowego, a jednocześnie
trzeba znaleźć jego źródła w pewnych aspektach historii Żydów i w szczególnych funkcjach, jakie spełniał w ostatnich stuleciach. Jeśli w końcowym stadium dezintegracji antysemickie slogany okazały się
najskuteczniejszym środkiem w inspirowaniu i organizowaniu wielkich mas
ludzkich do imperialistycznej ekspansji i do niszczenia dawnych form
rządzenia, to historia dotychczasowych stosunków między Żydami a państwem musi zawierać podstawowe wskazówki do zrozumienia narastania
wrogości między pewnymi grupami społeczeństwa i Żydami. Tymi sprawami
zajmę się w następnym rozdziale.
Jeśli ponadto rozrastający się nieustannie współczesny motłoch - tj.
déclassés ze wszystkich klas - wyłaniał przywódców, którzy, nie
kłopocząc się pytaniem, czy Żydzi są dostatecznie ważni, aby czynić z nich jądro ideologii politycznej, raz po raz dostrzegali w nich "klucz
do dziejów" i główną przyczynę wszelkiego zła, to w historii stosunków
między Żydami a społeczeństwem należy szukać wyjaśnienia wrogości między
motłochem a Żydami. Związki między Żydami a społeczeństwem będą omówione
w rozdziale III.
Rozdział IV dotyczy sprawy Dreyfusa, czegoś w rodzaju próby generalnej
do przedstawienia naszych czasów. Ponieważ stwarza ona szczególną okazję
dostrzeżenia, w krótkim momencie historycznym, zazwyczaj ukrytych
możliwości antysemityzmu jako potężnej broni politycznej w systemie
dziewiętnastowiecznej polityki z jej stosunkowo znaczną trzeźwością
osądu, sprawa ta została opisana szczegółowo.
W tych trzech rozdziałach podejmuję zaledwie wstępną analizę czynników,
z których zdano sobie w pełni sprawę dopiero w momencie zmierzchu państw
narodowych, gdy rozwój imperializmu wysunął się na czoło sceny
politycznej.
1. Cytaty z Dialogów w przekładzie W. Witwickiego: Platon, Fajdros, Warszawa 1958; Platon, Teajtet, Warszawa 1959. [wróć]
Rozdział II. Żydzi, państwo narodowe i narodziny antysemityzmu
ROZDZIAŁ II
Żydzi, państwo narodowe i narodziny antysemityzmu
1. Dwuznaczność równouprawnienia i żydowski bankier państwowy
U szczytu swego rozwoju w wieku XIX państwo narodowe nadało ludności
żydowskiej równość praw. Za abstrakcyjną i jawną sprzecznością
polegającą na tym, że Żydzi otrzymali obywatelstwo od rządów, które
stopniowo, na przestrzeni wieków, z narodowości uczyniły wstępny warunek
obywatelstwa, a z jednorodności populacji wyróżniającą cechę państwa,
kryły się jednak głębsze, starsze i donioślejsze sprzeczności.
Serii dekretów emancypacyjnych, które stopniowo i niepewnie szły w ślady
francuskiego edyktu z 1792 r., towarzyszył dostrzegalny już przedtem
dwuznaczny stosunek państwa narodowego do jego żydowskich mieszkańców.
Załamanie się feudalnego porządku dało początek nowemu, rewolucyjnemu
pojęciu równości, zgodnie z którym nie można już było tolerować "narodu
wewnątrz narodu". Ograniczenia i przywileje Żydów musiały być zniesione
wraz ze wszystkimi innymi szczególnymi prawami i swobodami. Jednak ten
wzrost równości uzależniony był w znacznej mierze od rozwoju niezależnej
machiny państwowej, która bądź na zasadzie oświeconego despotyzmu, bądź
w postaci rządu konstytucyjnego, stojąc ponad wszystkimi klasami i partiami, mogłaby w cudownej izolacji funkcjonować, rządzić i reprezentować interesy narodu jako całości. Dlatego poczynając od końca
XVII w. narasta bezprecedensowe zapotrzebowanie na kredyt państwowy, a sfera gospodarczych interesów państwa znacznie się rozszerza. Tymczasem
wśród ludności europejskiej nie było grupy gotowej udzielać państwu
kredytów lub zaangażować się w rozwój państwowych przedsięwzięć. Stało
się więc oczywiste, że zostaną wezwani na pomoc Żydzi z ich wiekowym
doświadczeniem w roli udzielających pożyczek i ze względu na ich
powiązania ze szlachtą europejską, której często zawdzięczali lokalną
protekcję i której zwykli prowadzić interesy. W oczywistym interesie
nowych przedsięwzięć państwa leżało przyznanie Żydom pewnych przywilejów
i traktowanie ich jako odrębnej grupy. Państwo w żadnym wypadku nie
mogło sobie pozwolić na ich całkowitą asymilację z pozostałą ludnością,
odmawiającą udzielania kredytów, niechętną popieraniu i rozwijaniu
interesów państwa i postępującą według utartych wzorów prywatnej
przedsiębiorczości kapitalistycznej.
Równouprawnienie Żydów wprowadzone przez system państw narodowych w Europie w ciągu wieku XIX miało zatem podwójną genezę i zawsze
dostrzegalny dwuznaczny sens. Z jednej strony było to skutkiem struktury
politycznej i prawnej nowego państwa, która mogła funkcjonować tylko w warunkach prawnej i politycznej równości. We własnym interesie rządów
leżało możliwie szybkie i całkowite usunięcie nierówności właściwych
dawnemu porządkowi. Z drugiej strony było to oczywiste następstwo
stopniowego rozszerzania określonych przywilejów, przyznawanych
początkowo wyłącznie jednostkom, a potem dzięki nim małym grupom
zamożnych Żydów; dopiero kiedy ta ograniczona grupa nie była już w stanie zaspokajać wciąż rosnących potrzeb i przedsięwzięć państwowych,
przywileje te rozszerzono na wszystkich Żydów Zachodniej i Środkowej
EuropyK9.
Tak więc w tym samym czasie i w tym samym kraju równouprawnienie
oznaczało równość oraz przywileje, zniszczenie starych, autonomicznych
wspólnot żydowskich oraz świadome zachowanie Żydów jako odrębnej grupy
społecznej, zniesienie specjalnych restrykcji i specjalnych praw oraz
rozszerzenie takich praw na rosnącą grupę osób. Przesłanką nowego
systemu politycznego stała się równość warunków dla wszystkich obywateli
państwa. Chociaż taka równość naprawdę doprowadziła do pozbawienia
dawnych klas rządzących w każdym razie przywileju rządzenia, a dawnych
klas uciskanych prawa do ochrony, to jednak towarzyszą tym procesom
narodziny nowego społeczeństwa klasowego, które podzieliło obywateli pod
względem społecznym i ekonomicznym równie skutecznie jak dawny ustrój.
Równość stanów, jaką wyobrażali sobie jakobini podczas rewolucji
francuskiej, urzeczywistniono tylko w Ameryce - na kontynencie
europejskim zastąpiła ją czysto formalna równość wobec prawa.
Zasadnicza sprzeczność między państwem opartym na równości wobec prawa a społeczeństwem zbudowanym na nierówności podziałów klasowych
uniemożliwiła postępy w działaniu republik, a również narodziny nowej
hierarchii politycznej. Niedająca się przezwyciężyć nierówność warunków
społecznych - przynależność klasowa była jednostce narzucona i aż do
wybuchu I wojny światowej praktycznie przesądzona przez sam fakt
urodzenia się w danym środowisku - mogła mimo wszystko współistnieć z równością polityczną. Tylko kraje zacofane politycznie, takie jak
Niemcy, zachowały pewne pozostałości feudalizmu. Członkowie
arystokracji, która zbiorowo przeobrażała się w klasę, mieli tam
uprzywilejowany status polityczny, mogli zatem jako grupa zachować
szczególny stosunek do państwa. Ale były to pozostałości. Tam gdzie
system klasowy w pełni się ukształtował, o statusie jednostki decydowała
jej przynależność klasowa i związek tej klasy z innymi, a nie pozycja w państwie lub w jego aparacie.
Żydzi byli jedynym wyjątkiem od tej ogólnej zasady. Nie tworzyli
odrębnej klasy i nie należeli do innych klas w swoich krajach. Nie
składali się jako grupa ani z robotników, ani z przedstawicieli klas
średnich, właścicieli ziemskich czy chłopów. Bogactwo zdawało się czynić
z nich cząstkę klas średnich, lecz nie brali udziału w ich
kapitalistycznym rozwoju; praktycznie nie uczestniczyli w budowaniu
przemysłu, a kiedy w ostatnim okresie aktywności w Europie stali się
pracodawcami na dużą skalę, zatrudniali nie robotników, ale "białe
kołnierzyki". Inaczej mówiąc, ich status wyznaczał sam fakt bycia
Żydami, a nie stosunek do innych klas. Szczególna opieka ze strony
państwa (czy to w dawnej postaci jawnych przywilejów, czy to w formie
specjalnych dekretów emancypacyjnych, których nie potrzebowała żadna
inna grupa i które często trzeba było wprowadzać mimo wrogości
społeczeństwa) oraz szczególne usługi wyświadczane władzom zapobiegały
wtopieniu ich w system klasowy, a także przeobrażeniu w odrębną
klasęK10. Ilekroć więc byli dopuszczani i wchodzili do
społeczeństwa, stawali się wyraźnie określoną, samoistną grupą wewnątrz
jednej z klas - arystokracji lub burżuazji.
Zainteresowanie państwa narodowego podtrzymywaniem odrębności Żydów i zapobieganiem ich asymilacji w społeczeństwie klasowym niewątpliwie
zbiegało się z dążeniem Żydów do obrony własnej odrębności i do
przetrwania jako grupy. Jest również bardziej niż prawdopodobne, że bez
tej zbieżności usiłowania władz nie przyniosłyby rezultatów. Usilne
dążenie państwa do wyrównywania sytuacji obywateli, społeczeństwa zaś do
włączenia każdej jednostki w system klasowy, co łącznie nieuchronnie
pociągało za sobą całkowitą asymilację Żydów, mogło być powstrzymane
tylko przez połączenie interwencji rządu z dobrowolnym współdziałaniem
zainteresowanych. Mimo wszystko oficjalna polityka w stosunku do Żydów
nie zawsze była tak spójna i tak niezachwiana, jak moglibyśmy sądzić
rozpatrując tylko jej ostateczne rezultatyK11. Doprawdy
zdumiewająca jest konsekwencja, z jaką Żydzi odrzucali szansę
prowadzenia normalnych kapitalistycznych przedsięwzięć i biznesuK12. Ale bez zainteresowania i różnych zabiegów ze strony
władz Żydzi nie byliby w stanie zachować tożsamości jako grupa.
W przeciwieństwie do wszystkich innych grup pozycję i charakter Żydów
określała struktura polityczna państwa. Ponieważ jednak brakowało jej
społecznego odniesienia, Żydzi znajdowali się w społecznej próżni. Ich
nierówność społeczna była zupełnie odmienna od nierówności systemu
klasowego. Także to wynikało głównie z ich stosunku do państwa. Sam fakt
urodzenia się Żydem mógł oznaczać albo nadmiar przywilejów, czyli
specjalną opiekę władz, albo ich niedobór, czyli brak pewnych praw i możliwości, których odmówiono Żydom, aby zapobiec ich asymilacji.
Schematyczny zarys równoczesnego rozkwitu i schyłku europejskiego
systemu państw narodowych oraz europejskiego żydostwa obejmuje w przybliżeniu następujące etapy:
1. W XVII i XVIII stuleciu następował powolny rozwój państw narodowych
pod kuratelą monarchów absolutnych. Wszędzie wydobywają się z mroku
pojedynczy Żydzi obejmując czasem świetne, a zawsze wpływowe stanowiska
dworskich Żydów finansujących interesy państwowe i przeprowadzających
transakcje finansowe swoich książąt. Wpływ tych przemian na masy, żyjące
nadal w ramach mniej lub bardziej feudalnego porządku, był równie nikły,
jak na Żydów jako całość.
2. Po rewolucji francuskiej, która gwałtownie zmieniła sytuację
polityczną na całym kontynencie europejskim, pojawiło się państwo
narodowe we współczesnym rozumieniu, którego transakcje finansowe
wymagały znacznie większych kapitałów i kredytów niż te, które stawiali
do tej pory do dyspozycji książąt dworscy Żydzi. Tylko połączone
bogactwo zamożniejszej warstwy zachodnio- i środkowoeuropejskiego
żydostwa, przekazane w tym celu czołowym żydowskim bankierom, mogło
zaspokoić nowe, zwiększone zapotrzebowanie rządów. W tym też okresie
zamożnym Żydom, którym w ciągu XVIII w. udało się osiąść w najważniejszych ośrodkach miejskich i finansowych, nadano przywileje
potrzebne do tej pory tylko Żydom dworskim. W końcu we wszystkich
ukształtowanych już państwach narodowych wprowadzono równouprawnienie.
Nie przyznano go tylko w tych krajach, gdzie z powodu małej liczebności
i ogólnego zacofania regionu Żydzi nie byli w stanie zorganizować się w specjalne własne grupy, których ekonomiczną funkcją było udzielanie
pomocy finansowej rządowi.
3. Ponieważ bliski związek rządu państwa narodowego z Żydami wynikał z ogólnego braku zainteresowania burżuazji polityką, a finansami kraju w szczególności, w końcu XIX w. położyły mu kres narodziny imperializmu,
kiedy to rozwój kapitalistycznych interesów nie był już możliwy bez
aktywnej pomocy politycznej i interwencji państwa. Jednocześnie zaś
imperializm podkopywał podstawy państwa narodowego i kurtuazyjne
stosunki narodów europejskich zamącił duchem rywalizacji gospodarczej. W pierwszych dziesięcioleciach tego okresu Żydzi stracili uprzywilejowaną
pozycję w finansach państwa na rzecz biznesmenów o imperialistycznej
mentalności, stracili na znaczeniu jako grupa, chociaż pojedynczy Żydzi
zachowali wpływy jako doradcy finansowi i ogólnoeuropejscy pośrednicy.
Tym Żydom jednak, w przeciwieństwie do dziewiętnastowiecznych bankierów
państwowych, wspólnota żydowska, pomimo jej bogactwa, była jeszcze mniej
potrzebna niż dworskim Żydom z XVII i XVIII w. i dlatego często się od
niej zupełnie odcinali. Zanikło współdziałanie finansowe wewnątrz gmin
żydowskich i mimo że pojedynczy Żydzi zajmujący eksponowane pozycje w oczach nie-Żydów uosabiali całe żydostwo, miało to bardzo mało wspólnego
z rzeczywistością.
4. Jako grupa, zachodnie żydostwo, tak jak i państwo narodowe, uległo
rozkładowi w ciągu dziesięcioleci poprzedzających wybuch I wojny
światowej. W gwałtownie osłabionej powojennej Europie Żydzi tworzący
zatomizowaną grupę zamożnych jednostek pozbawieni już byli dawnej siły.
Ich bogactwo straciło na znaczeniu w epoce imperializmu; dla Europy o zachwianej równowadze sił między uczuciami narodowymi a ogólnoeuropejską
solidarnością, ponadnarodowi, ogólnoeuropejscy Żydzi stali się
przedmiotem powszechnej nienawiści z powodu swojego bezużytecznego
bogactwa i przedmiotem pogardy ze względu na brak władzy.
Zapotrzebowanie rządów na regularne dochody i bezpieczne finanse
zrodziło się w monarchiach absolutnych, które patronowały powstaniu
państw narodowych. Feudalni książęta i królowie także potrzebowali
pieniędzy, a nawet kredytu, ale tylko na szczególne cele i do
jednorazowych operacji. Jeszcze w XVI w. Fuggerowie, oddając swój kredyt
do dyspozycji państwa, nie myśleli o stworzeniu specjalnego kredytu
państwowego. Monarchowie absolutni początkowo zaspokajali swoje potrzeby
finansowe po części za pomocą starych metod: wojny i grabieży, po części
zaś posługując się nowym środkiem - monopolem podatkowym. W ten sposób
podważyli potęgę i zrujnowali fortuny szlachty nie uśmierzając
narastającej wrogości poddanych.
Monarchowie absolutni przez wiele lat szukali w społeczeństwie klasy, na
której mogliby polegać równie niezawodnie, jak feudalni monarchowie
polegali na szlachcie. Od XV w. toczyła się we Francji nieustanna walka
między gildiami a monarchią, pragnącą wcielić je do systemu państwowego.
Niewątpliwie najbardziej interesującym eksperymentem był rozwój
merkantylizmu oraz podejmowane przez państwo absolutne próby zdobycia
absolutnego monopolu w przemyśle i finansach. Jak wiadomo, skończyło się
to katastrofą i bankructwem spowodowanym przez zgodny opór rodzącej się
burżuazjiK13.
Przed wydaniem dekretów znoszących nierówność każda rodzina książęca i każdy europejski monarcha miał już dworskiego Żyda prowadzącego jego
interesy. W ciągu XVII i XVIII w. ci dworscy Żydzi jako pojedyncze osoby
zawsze mieli powiązania europejskie i zawsze dysponowali europejskim
kredytem. Nie tworzyli jednak odrębnego organizmu finansowego w skali
międzynarodowejK14. Charakterystyczna dla tych czasów, w których pojedynczy Żydzi oraz pierwsze drobne skupiska zamożnych Żydów
były potężniejsze niż kiedykolwiek w XIX stuleciuK15, była
szczerość, z jaką dyskutowano o ich uprzywilejowanym statusie oraz ich
prawach do niego. Ścisły związek tych przywilejów z wyświadczanymi
usługami nie budził najmniejszych wątpliwości. Nadawanie
uprzywilejowanym Żydom tytułów szlacheckich, wskutek czego nawet
zewnętrznie byli czymś więcej niż po prostu bogatymi ludźmi, uchodziło
we Francji, Bawarii, Austrii i Prusach za rzecz zupełnie oczywistą.
Sygnałem, że okres ten dobiega końca, były długotrwałe starania
Rotszyldów o tytuł u władz austriackich (zakończone sukcesem w 1817 r.).
Do końca XVIII w. stało się jasne, że żaden stan ani żadna z klas w różnych krajach nie przejawia gotowości ani zdolności do tego, by stać
się nową klasą rządzącą, to znaczy utożsamiać się z władzą, tak jak to
czyniła od wieków szlachtaK16. Niepowodzenie zabiegów monarchów
absolutnych o znalezienie w społeczeństwie grupy, która by ją zastąpiła,
doprowadziło do pełnego rozwoju państwa narodowego przypisującego sobie
charakter ponadklasowej, zupełnie niezależnej od społeczeństwa i jego
partykularnych interesów, jedynej i prawdziwej reprezentacji całego
narodu. Spowodowało to zarazem pogłębienie podziału między państwem a społeczeństwem, podziału charakteryzującego polityczny byt narodu. Bez
tego nie byłoby potrzeby ani nawet możliwości wprowadzenia Żydów na
równych prawach do historii Europy.
Kiedy zawiodły wszystkie próby sprzymierzenia się z którąś z wielkich
klas społecznych, państwo postanowiło zorganizować się jako ogromny
końcem przemysłowo-handlowy Miało to jakoby zaspokajać tylko potrzeby
administracyjne, lecz już począwszy od końca XVIII w. zasięg oraz koszty
przedsięwzięć finansowych i innych były tak znaczne, że trzeba było
uznać istnienie odrębnej sfery interesów państwowych. U podstaw ich
niezależnego rozwoju tkwił konflikt z potęgami finansowymi epoki - z burżuazją, która obrała drogę prywatnych inwestycji, unikała wszelkich
form interwencji państwowej i odmawiała finansowego udziału w tym, co
wydawało się bezproduktywnym przedsięwzięciem. Żydzi byli więc jedyną
grupą ludności gotową finansować państwo i wiążącą swój los z jego
dalszym rozwojem. Kredyt oraz powiązania międzynarodowe dawały im
wspaniałe możliwości udzielenia pomocy państwu narodowemu w przekształcaniu się w jednego z największych przedsiębiorców i pracodawców tamtych czasówK17.
Ceną za spełnianie takich usług, a jednocześnie nagrodą za ponoszone
ryzyko, musiały być wielkie przywileje i zasadnicze zmiany w warunkach
życia Żydów. Największym przywilejem była równość. Kiedy Münzjuden
Fryderyka pruskiego lub dworscy Żydzi cesarza Austrii dzięki "ogólnym
przywilejom" i "patentom" otrzymali ten sam status co pół wieku później
wszyscy pruscy Żydzi w ramach równouprawnienia, kiedy w końcu XVIII w.
berlińscy Żydzi będący u szczytu powodzenia zdołali zapobiec napływowi
Żydów z prowincji wschodnich, ponieważ nie chcieli dzielić się
"równością" ze swoimi biedniejszymi współplemieńcami, których nie
uważali za równych sobie, kiedy wreszcie w czasach Zgromadzenia
Narodowego we Francji Żydzi z Bordeaux i Awinionu gwałtownie
zaprotestowali przeciwko zrównaniu ich z Żydami ze wschodnich prowincji
- stało się jasne, że przynajmniej Żydzi nie myślą o równych prawach,
lecz o przywilejach i specjalnych swobodach. I naprawdę nie jest
zaskakujące, że uprzywilejowani Żydzi związani bezpośrednio z przedsięwzięciami rządowymi, w pełni świadomi charakteru i warunków
swojego statusu, niechętnie akceptowali podarunek wolności dla
wszystkich Żydów. Zdając sobie sprawę, że oni sami otrzymali ją za cenę
usług, uważali, że wolność nie powinna być powszechnym prawemK18.
Dopiero w końcu XIX w., wraz z rozwojem imperializmu, klasy posiadające
zaczęły rewidować swoją ocenę przedsięwzięć państwowych, które
pierwotnie uważały za bezproduktywne. Imperialistyczna ekspansja, a równocześnie udoskonalenie i zmonopolizowanie przez państwo narzędzi
przemocy sprawiło, że państwo stało się atrakcyjnym partnerem w interesach. Oznaczało to oczywiście, że Żydzi stopniowo, ale
automatycznie, tracili swoją wyjątkową monopolistyczną pozycję.
Okres powodzenia, który umożliwił Żydom wyniesienie się z niebytu do
ważnej pozycji politycznej, zakończyłby się zresztą jeszcze wcześniej,
gdyby w rozwijających się państwach narodowych ograniczyli się oni do
spełniania funkcji wyłącznie finansowej. W połowie ubiegłego stulecia
niektóre państwa zjednały sobie wystarczające zaufanie, aby radzić sobie
bez wspierania i finansowania przez Żydów pożyczek
rządowychK19. Co więcej, upowszechnianie się wśród obywateli
świadomości wzrastającego uzależnienia ich prywatnych losów od losów
państwa wpływało na ich gotowość do udzielania rządom niezbędnych
kredytów. Symbolicznym wyrazem równości była powszechna dostępność
wszystkich rządowych obligacji, w których dostrzeżono teraz
najbezpieczniejszą formę inwestycji kapitałowych, po prostu dlatego, że
państwo mogące prowadzić wojnę było jedynym czynnikiem gwarantującym
ochronę własności swoich obywateli. Poczynając od połowy XIX w. Żydzi
mogli zachować wyróżnioną pozycję tylko dzięki powierzeniu im innej,
jeszcze ważniejszej i brzemiennej w następstwa roli, również wiążącej
ich bezpośrednio z losami państwa. Nie posiadając własnego terytorium
ani rządu, Żydzi byli zawsze elementem ogólnoeuropejskim. Państwo
narodowe z konieczności utrzymywało ten ich międzynarodowy status, gdyż
właśnie dzięki temu Żydzi mogli świadczyć usługi finansowe. Nawet jednak
wtedy, kiedy wyczerpała się już ekonomiczna użyteczność Żydów, ich
ponadnarodowy status miał ogromne znaczenie w czasach konfliktów
międzynarodowych i wojen.
Podczas gdy zapotrzebowanie państw narodowych na żydowskie usługi
narastało powoli i logicznie, mając źródła w ogólnym kontekście historii
Europy, to znaczenie polityczne i ekonomiczne Żydzi osiągnęli nagle i nieoczekiwanie, zarówno dla nich samych, jak i dla ich sąsiadów. Do
końca średniowiecza żydowscy lichwiarze całkowicie utracili posiadane
wcześniej wpływy, a na początku XVI w. wyganiano ich już z miast i ośrodków handlowych do wsi i miasteczek, co sprawiło, że ujednoliconą
ochronę odległych wysokich urzędników zastąpił niepewny status przyznany
im przez drobną szlachtę lokalnąK20. Punktem zwrotnym była wojna
trzydziestoletnia, kiedy właśnie ze względu na swoje rozproszenie ci
drobni, niewiele znaczący lichwiarze potrafili zagwarantować niezbędne
zaopatrzenie dla najemnych armii w odległych krajach i przy pomocy
drobnych dostawców wykupywać żywność na obszarze całych prowincji.
Ponieważ wojny były wtedy na wpół feudalnymi, mniej lub bardziej
prywatnymi przedsięwzięciami książąt, ani nie wzbudzającymi
zainteresowania innych klas, ani nie uzyskującymi pomocy ludu, położenie
Żydów uległo tylko nieznacznej i mało widocznej poprawie. Wzrosła jednak
liczba Żydów dworskich, ponieważ stali się teraz potrzebni w każdej
siedzibie feudalnej.
Dopóki ci dworscy Żydzi obsługiwali drobnych feudałów, którzy jako
członkowie stanu szlacheckiego nie aspirowali do reprezentowania
jakiejkolwiek władzy scentralizowanej, byli oni na usługach wyłącznie
jednej grupy społecznej. Własność, którą operowali, pożyczane pieniądze,
zakupione produkty - wszystko to uważano za prywatną własność ich panów,
wskutek czego działalność, jaką prowadzili, nie mogła ich wciągnąć w politykę. Znienawidzeni czy faworyzowani, nie mogli nabrać politycznego
znaczenia.
Kiedy jednak zmieniała się pozycja feudała, kiedy przeobrażał się on w księcia czy króla, zmieniały się także zadania jego dworskiego Żyda.
Jako obcy element, niezbyt zainteresowany takimi zmianami w swoim
otoczeniu, Żydzi zazwyczaj jako ostatni uświadamiali sobie podwyższenie
swojego statusu. W dalszym ciągu załatwiali prywatne interesy, a ich
lojalność była ich sprawą osobistą, niezwiązaną ze względami
politycznymi. Lojalność oznaczała uczciwość, a nie zajmowanie stanowiska
w konflikcie lub wierność z pobudek politycznych. Zaopatrywanie,
ubieranie i żywienie armii, pożyczanie pieniędzy na wynajęcie żołnierzy
oznaczało jedynie zainteresowanie pomyślnością wspólnika.
Te swoiste związki Żydów z arystokracją były jedynymi związkami, które
kiedykolwiek wiązały ich jako grupę z inną warstwą społeczną. Związków
tych, które zanikły na początku XIX w., nie zastąpiły już inne kontakty.
Jedyną ich pozostałością u Żydów (szczególnie austriackich i francuskich) było upodobanie do arystokratycznych tytułów, a u nie-Żydów
pewna odmiana liberalnego antysemityzmu traktującego jednakowo Żydów i arystokrację z powodu ich rzekomego sojuszu finansowego wymierzonego w rosnącą potęgę burżuazji. Dopóki nie doszło do całkowitego
równouprawnienia Żydów, takie argumenty, rozpowszechnione w Prusach i Francji, zawierały pewną dozę prawdopodobieństwa. Przywileje dworskich
Żydów rzeczywiście bardzo wyraźnie przypominały prawa i swobody
arystokracji. Żydzi także, równie mocno jak arystokraci, obawiali się
utraty przywilejów i używali identycznych argumentów przeciwko równości.
Wiarygodność tej interpretacji wzrosła jeszcze w XVIII w., kiedy to
najbardziej uprzywilejowanym nadano drugorzędne tytuły, oraz na początku
XIX w., kiedy bogaci Żydzi, którzy zerwali więź z żydowskimi gminami, w poszukiwaniu nowego statusu społecznego zaczęli się wzorować na
arystokracji. Lecz to wszystko nie miało większego znaczenia, przede
wszystkim dlatego, że stan szlachecki chylił się ku upadkowi, podczas
gdy Żydzi - przeciwnie - nieustannie zyskiwali na znaczeniu, a również
dlatego, że sama arystokracja (zwłaszcza pruska) była pierwszą klasą,
która stworzyła ideologię antysemityzmu.
Żydzi byli dostawcami wojennymi i sługami królów, ale nie angażowali się
bezpośrednio w konflikty ani tego od nich nie oczekiwano. Kiedy te
konflikty przerodziły się w wojny narodowe, wciąż pozostawali
pierwiastkiem międzynarodowym, którego znaczenie i użyteczność wynikały
właśnie z niewiązania się ze sprawą któregokolwiek narodu. Odsunięci od
funkcji dostawców wojennych i bankierów państwa (ostatnią wojną
finansowaną przez Żydów była wojna austriacko-pruska 1866 r., podczas
której Bleichröder wspomógł Bismarcka, kiedy pruski parlament odmówił mu
kredytu), Żydzi stali się doradcami finansowymi i pomocnikami przy
zawieraniu traktatów pokojowych, a także, w mniej zorganizowany i bardziej nieokreślony sposób, dostarczycielami wiadomości. Traktat
Kongresu Wiedeńskiego był ostatnim, który zredagowano bez pomocy Żydów.
Rola Bleichrödera w negocjacjach pokojowych między Niemcami a Francją w 1871 r. była już bardziej znacząca niż jego finansowy wkład w wojnęK21, a jeszcze ważniejsze usługi oddał w końcu lat
siedemdziesiątych, kiedy dzięki powiązaniom z Rotszyldami umożliwił
Bismarckowi pośredni kontakt z Benjaminem Disraelim. Po raz ostatni
Żydzi odegrali istotną rolę jako doradcy przy zawieraniu traktatu
wersalskiego. Ostatnim Żydem zawdzięczającym rozgłos na scenie narodowej
swoim międzynarodowym powiązaniom był Walther Rathenau. Nieszczęsny
minister spraw zagranicznych Republiki Weimarskiej zapłacił życiem (jak
to ujął po jego śmierci jeden z przyjaciół) za to, że swój prestiż w kołach między na rodowej finansjery oraz poparcie Żydów całego
świataK22 oddał do dyspozycji ministrów nowej republiki, zupełnie
nieznanych na arenie międzynarodowej.
Oczywiste jest, że antysemickie rządy nie mogłyby posługiwać się Żydami
do prowadzenia wojen i negocjacji. Lecz usunięcie Żydów ze sceny
międzynarodowej wiąże się z czymś ogólniejszym i istotniejszym niż
antysemityzm. Właśnie dlatego, że posługiwano się Żydami jako czynnikiem
międzynarodowym, okazywali się oni przydatni w czasie wojny i pokoju
tylko dopóty, dopóki wszyscy walczący starali się świadomie zachować
szanse na pokój, dopóki celem wszystkich był kompromisowy pokój i przywrócenie modus vivendi. Gdy tylko zatriumfowała koncepcja
"zwycięstwo albo śmierć", a celem wojny stało się całkowite zniszczenie
przeciwnika, Żydzi stracili wszelką użyteczność. Ta koncepcja oznaczała
ich zniszczenie, przynajmniej jako wspólnoty, mimo że zniknięcie ze
sceny politycznej, a nawet zanik specyficznego stylu zbiorowego życia
niekoniecznie musiały prowadzić do ich fizycznej eksterminacji. Jednak
powtarzany często argument, że Żydzi staliby się nazistami z równą
łatwością jak ich niemieccy współobywatele, gdyby tylko pozwolono im
przystąpić do ruchu, podobnie jak wstępowali do włoskiej partii
faszystowskiej, zanim faszyzm włoski wprowadził ustawodawstwo rasowe,
jest słuszny tylko częściowo. Jest prawdziwy wyłącznie z punktu widzenia
psychologii indywidualnych Żydów, nieodbiegającej rzecz jasna zasadniczo
od psychologii ich otoczenia, natomiast jest jawnie fałszywy z historycznego punktu widzenia. Nazizm nawet bez antysemityzmu zadałby
śmiertelny cios istnieniu Żydów w Europie; pogodzenie się z tym
oznaczałoby samobójstwo, niekoniecznie dla poszczególnych osób
pochodzenia żydowskiego, ale dla Żydów jako narodu.
Do pierwszej sprzeczności, która przesądziła o losach europejskiego
żydostwa w ostatnim stuleciu, czyli do sprzeczności między równością a uprzywilejowaniem (a raczej równością przyznaną w formie przywileju w celu uprzywilejowania), należy dodać drugą sprzeczność: Żydom, jedynemu
bezpaństwowemu narodowi w Europie, bardziej niż innym narodom zagroził
nagły upadek państw narodowych. Jest to sytuacja mniej paradoksalna, niż
może się wydawać na pierwszy rzut oka. Reprezentantów narodu, czy to
jakobinów od Robespierre'a po Clemenceau, czy to przedstawicieli
reakcyjnych rządów środkowoeuropejskich od Metternicha po Bismarcka,
łączyło jedno: wszystkim im naprawdę zależało na "równowadze sił" w Europie. Oczywiście usiłowali naruszyć tę równowagę na rzecz swoich
krajów, ale nigdy nie marzyli o poddaniu swej władzy całego kontynentu
ani o całkowitym zniszczeniu sąsiadów. Żydami można się było posługiwać
nie tylko w interesie zachowania tej niestabilnej równowagi; stali się
oni nawet swoistym symbolem wspólnoty interesów narodów Europy.
Dlatego trudno uznać za przypadek, że katastrofalne klęski narodów
Europy rozpoczęły się od katastrofy Żydów. Wyjątkowo łatwo było
zapoczątkować naruszanie chwiejnej równowagi sił w Europie od
zniszczenia Żydów, wyjątkowo zaś trudno zrozumieć, że w tym dziele
zniszczenia wchodziło w grę coś więcej niż niezwykle okrutny nacjonalizm
czy jakieś, odnowione zupełnie nie w porę, "dawne uprzedzenia". Kiedy
nadeszła katastrofa, los Żydów uznano za "przypadek szczególny", którego
historia podlegała wyjątkowym prawom i który zatem ostatecznie nie miał
żadnego ogólnego znaczenia. To załamanie się europejskiej solidarności
natychmiast znalazło odzwierciedlenie w załamaniu się solidarności Żydów
w całej Europie. Kiedy zaczęły się prześladowania Żydów niemieckich,
Żydzi z innych krajów europejskich uznali los tamtych za wyjątkowy i zupełnie niepodobny do ich własnego. Podobnie upadek żydostwa
niemieckiego poprzedziło jego rozbicie na niezliczone grupy, z których
każda wierzyła i miała nadzieję, że jej podstawowe prawa ludzkie będą
chronione przez specjalne przywileje - dla weteranów I wojny światowej,
dla dzieci weteranów, dla dumnych synów ojców zabitych w akcji.
Sprawiało to wrażenie, jakby likwidację wszystkich ludzi pochodzenia
żydowskiego poprzedziło bezkrwawe zniszczenie i samorozpadnięcie się
narodu żydowskiego, jakby Żydzi zawdzięczali swoje istnienie wyłącznie
innym narodom i ich nienawiści.
Jednym z wciąż jeszcze najbardziej poruszających aspektów historii Żydów
jest to, że ich wejście do historii Europy spowodowane było przez ich
ogólnoeuropejski nienarodowy charakter w świecie powstających i już
istniejących narodów zorganizowanych w państwa. Ta rola okazała się
trwalsza i ważniejsza od ich funkcji bankierów państwowych, co do
pewnego stopnia tłumaczy szczególną aktywność nowożytnych Żydów w sztuce
i nauce. Coś w rodzaju historycznej sprawiedliwości można dostrzec w jednoczesności ich upadku oraz zburzenia systemu i struktury
politycznej, która mimo innych swoich słabości potrzebowała elementu
czysto europejskiego i potrafiła go tolerować.
Dostojność tego trwale europejskiego bytowania nie powinna pójść w zapomnienie z powodu licznych, niewątpliwie mniej atrakcyjnych, aspektów
żydowskiej historii w ciągu ostatnich wieków. Ci nieliczni autorzy
europejscy, którzy byli świadomi tego aspektu "kwestii żydowskiej", nie
mieli szczególnej sympatii dla Żydów, ale kierowali się bezstronną oceną
sytuacji ogólnoeuropejskiej. Należeli do nich: Diderot, jedyny
osiemnastowieczny filozof francuski, który nie był do Żydów uprzedzony i dostrzegał w nich pożyteczne ogniwo łączące Europejczyków różnych
narodowości, Wilhelm von Humboldt, który będąc świadkiem
równouprawnienia Żydów w okresie rewolucji francuskiej zauważył, że
zatracą uniwersalny charakter, kiedy staną się FrancuzamiK23,
i wreszcie Fryderyk Nietzsche, który z pogardy dla Bismarckowskiej
Rzeszy Niemieckiej ukuł pojęcie "dobrego Europejczyka", umożliwiające
prawidłową ocenę roli Żydów w historii Europy i ratujące go przed
wpadnięciem w pułapkę taniego filosemityzmu lub protekcjonalnych postaw
"postępowych".
Ta ocena, chociaż zupełnie poprawna, pomija jednak najpoważniejszy
paradoks tkwiący w dziwnej historii politycznej Żydów. Spośród
wszystkich narodów Europy Żydzi byli jedynym pozbawionym własnego
państwa i dlatego właśnie tak chętnym i nadającym się do zawierania
sojuszów z rządami i państwami, niezależnie od tego, co sobą
reprezentowały. Jednocześnie jednak nie mieli oni żadnej tradycji
politycznej ani politycznego doświadczenia i równie słabo zdawali sobie
sprawę z napiętych stosunków między społeczeństwem a państwem, jak z oczywistego ryzyka i zakresu władzy związanej z ich nową rolą. Ta zaś
skromna wiedza, czy raczej tradycyjna praktyka, jaką wnieśli do
polityki, wywodziła się z Cesarstwa Rzymskiego, gdzie "ochraniał" ich
rzymski żołnierz, a później ze średniowiecza, gdy szukając obrony przed
miejscową ludnością i lokalnymi władcami znajdowali protektorów na
odległych dworach monarszych i biskupich. W jakiś sposób z tych
doświadczeń wyciągnęli wniosek, że władza, szczególnie na najwyższych
szczeblach, jest do nich nastawiona przychylnie, natomiast niżsi
urzędnicy, a zwłaszcza prości ludzie, stanowią dla nich zagrożenie. To
przeświadczenie, które wyrażało konkretną prawdę historyczną, ale już
nie odpowiadało nowym warunkom, było głęboko zakorzenione i podświadomie
podzielała je ogromna większość Żydów, tak jak odpowiednie
przeświadczenia na temat Żydów były rozpowszechnione wśród nie-Żydów.
Historia stosunków między Żydami i rządami obfituje w przykłady
błyskawicznego przestawiania się żydowskich bankierów z popierania
jednego rządu na popieranie innego, i to nawet po rewolucji. W 1848 r.
francuscy Rotszyldowie w ciągu niecałej doby zerwali z Ludwikiem Filipem
i zaoferowali swoje usługi krótkotrwałej republice, a potem równie
szybko Napoleonowi III. To samo, nieco wolniej, powtórzyło się po upadku
II Cesarstwa i ustanowieniu III Republiki. W Niemczech ową łatwość i nagłość zmian symbolizowały po rewolucji w 1918 r., z jednej strony,
finansowa polityka Warburgów, z drugiej zaś - zmienne ambicje polityczne
Walthera RathenauK24.
W tym typie zachowania uwidocznia się coś więcej niż tylko zwykły
mieszczański stereotyp, że nic nie przynosi większego powodzenia niż
sukcesK25. Gdyby Żydzi byli przedstawicielami burżuazji w zwykłym
znaczeniu tego określenia, mogliby właściwie oszacować wspaniałe
możliwości udziału we władzy związane z ich nowymi funkcjami i przynajmniej spróbować odgrywać ową zmyśloną rolę tajnej potęgi
światowej ustanawiającej i obalającej rządy, którą i tak przypisywali im
antysemici. Rzeczywistość była jednak krańcowo odmienna. Żydzi, nie
znający władzy i wcale nią nie zainteresowani, nigdy nie myśleli o przedsiębraniu środków mocniejszych niż łagodny nacisk w drugorzędnych
sprawach związanych z samoobroną. Ten brak ambicji później oburzał
zasymilowanych synów żydowskich bankierów i biznesmenów. Podczas gdy
część z nich, jak Disraeli, marzyła o tajnym żydowskim stowarzyszeniu,
do którego mogliby należeć, a które nigdy nie istniało, inni, lepiej
poinformowani, wyżywali się w na wpół antysemickich tyradach
wymierzonych w zamożnych kupców niemających ani władzy, ani wysokiego
statusu społecznego.
Niewinności tych poczynań nigdy w pełni nie zrozumieli nieżydowscy
politycy i historycy. Z drugiej zaś strony, dla żydowskich
przedstawicieli i autorów to oddzielenie od władzy było czymś tak
oczywistym, że właściwie o tym nie wspominali, jeśli pominąć wyrazy
zaskoczenia absurdalnymi podejrzeniami, jakie kierowano pod ich adresem.
W pamiętnikach ubiegłowiecznych polityków znajdujemy wiele wzmianek o tym, że nie dojdzie do wojny, ponieważ nie życzą jej sobie Rotszyldowie
londyńscy, paryscy lub wiedeńscy. Nawet tak trzeźwy i godny zaufania
historyk jak J.A. Hobson potrafił jeszcze w 1905 r. oświadczyć: "Czy
ktokolwiek poważnie zakłada, że któryś z krajów europejskich mógłby
rozpocząć wielką wojnę albo rozpisać wielką pożyczkę rządową, gdyby
sprzeciwiali się temu Rotszyldowie i powiązane z nimi osoby?"K26.
Ten błąd w ocenie jest równie zabawny w swoim naiwnym założeniu, że
wszyscy myślą tak samo, jak szczere przekonanie Metternicha, że
"dynastia Rotszyldów odegrała we Francji większą rolę niż jakikolwiek
obcy rząd", czy jego ufna przepowiednia adresowana do wiedeńskich
Rotszyldów niedługo przed rewolucją 1848 r.: "Gdybym miał być rzucony
psom na pożarcie, wy pójdziecie ze mną". Prawda zaś wyglądała tak, że
Rotszyldowie, tak jak i pozostali żydowscy bankierzy, nie mieli żadnego
określonego programu politycznego, nie wspominając już o sprecyzowanym
celu, który mógłby, choćby pośrednio, stwarzać zagrożenie dla pokoju.
Przeciwnie, idąc za przykładem rodaków, nigdy nie sprzymierzali się z konkretnymi rządami, lecz raczej z władzą jako taką. Jeśli przedkładali
i wtedy, i później rządy monarchiczne nad republikańskie, to tylko
dlatego, że słusznie podejrzewali, iż republiki są bardziej uzależnione
od woli ludu, któremu instynktownie nie ufali.
Jak głęboka była wiara Żydów w państwo i jak niewiarygodnie słabo znali
rzeczywiste warunki panujące w Europie, okazało się w ostatnich latach
Republiki Weimarskiej, kiedy Żydzi, już mocno wystraszeni rysującymi się
perspektywami, chociaż raz spróbowali samodzielnej działalności
politycznej. Przy pomocy kilku nie-Żydów założyli wówczas partię klas
średnich, którą nazwali "partią państwową" (Staatspartei). Już w samej
tej nazwie tkwiła sprzeczność. Naiwne przekonanie Żydów, że owa "partia"
mająca reprezentować ich interesy społeczne i polityczne powinna być
samym państwem, było tak silne, że nigdy nie uświadomili sobie istoty
stosunków między partią a państwem. Gdyby ktoś zadał sobie trud
poważnego potraktowania tej partii szacownych i zdezorientowanych
dżentelmenów, doszedłby niechybnie do wniosku, że lojalność za wszelką
cenę była fasadą, za którą złowrogie siły knuły przewrót państwowy.
Podobnie jak zupełnie nieświadomi byli Żydzi rosnącego napięcia między
państwem a społeczeństwem, jako ostatni zdali sobie także sprawę z tego,
że okoliczności postawiły ich w centrum konfliktu. Toteż nigdy nie
potrafili właściwie ocenić antysemityzmu czy raczej przeoczyli moment, w którym dyskryminacja społeczna przekształciła się w argument polityczny.
Przez ponad sto lat, powoli i stopniowo, antysemityzm torował sobie
drogę do prawie wszystkich warstw w zdecydowanej większości krajów
europejskich, zanim objawił się nagle jako jedyna kwestia pozwalająca
osiągnąć niemal pełną zgodność poglądów. Prawo rządzące tym procesem
było proste: każda klasa społeczna wchodząca w konflikt z państwem jako
takim stawała się antysemicka, ponieważ Żydzi byli jedyną grupą
społeczną, która zdawała się reprezentować państwo. Jedyną zaś klasą,
która okazała się prawie niewrażliwa na propagandę antysemicką, byli
robotnicy. Zaabsorbowani walką klasową i uzbrojeni w marksistowską
interpretację dziejów, nigdy nie znaleźli się w bezpośrednim konflikcie
z państwem, lecz tylko z inną klasą społeczną - burżuazją, której Żydzi
z pewnością nie reprezentowali i której ważną częścią nigdy nie byli.
*
Polityczne równouprawnienie Żydów w niektórych krajach na przełomie
XVIII i XIX w., a także dyskusje na ten temat na pozostałym obszarze
Europy Środkowej i Zachodniej spowodowały przede wszystkim zasadniczą
zmianę ich postawy wobec państwa, której jakby symbolicznym wyrazem była
kariera dynastii Rotszyldów. Nowa polityka tych dworskich Żydów, którzy
jako pierwsi stali się państwowymi bankierami w pełnym znaczeniu tego
określenia, ujawniła się w chwili, kiedy przestało ich zadowalać
obsługiwanie jakiegoś konkretnego księcia czy rządu za pośrednictwem
międzynarodowych powiązań z dworskimi Żydami z innych krajów i postanowili działać na skalę międzynarodową, obsługując równocześnie i równolegle rządy w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoszech i Austrii. Ten bezprecedensowy zwrot był w dużej mierze reakcją Rotszyldów
na niebezpieczeństwa kryjące się w rzeczywistej emancypacji, która wraz
z równością stwarzała groźbę unarodowienia żydostwa w poszczególnych
krajach i zniszczenia tych właśnie międzynarodowych ułatwień, od których
zależała pozycja żydowskich bankierów. Stary Meyer Amschel Rotszyld,
założyciel dynastii, zrozumiał zapewne, że ponadnarodowy status Żydów
jest zagrożony i że najlepiej zrobi, starając się zapewnić swojej
rodzinie wyjątkową pozycję międzynarodową. Osadzenie pięciu synów w pięciu centrach finansowych Europy - we Frankfurcie, Paryżu, Londynie,
Neapolu i Wiedniu - było pomysłową odpowiedzią na kłopotliwe
równouprawnienie ŻydówK27.
Rotszyldowie zaczęli swoją zadziwiającą karierę od usług finansowych dla
Kurfürsta Hesji, czołowego lichwiarza epoki, który nauczył ich
prowadzenia interesów i podsunął im licznych klientów. Ogromne korzyści
przyniosło im zamieszkiwanie we Frankfurcie, jedynym wielkim mieście, z którego Żydów nigdy nie wygnano i gdzie na początku XIX w. stanowili
blisko 10% ludności. Jako dworscy Żydzi nie byli poddani jurysdykcji ani
księcia, ani Wolnego Miasta, lecz bezpośrednio podporządkowani odległemu
cesarzowi w Wiedniu. W ten sposób łączyli wszystkie korzyści
średniowiecznego oraz nowożytnego statusu Żydów i w znacznie mniejszym
stopniu niż inni Żydzi dworscy uzależnieni byli od szlachty lub od
innych lokalnych władz. Późniejsza działalność finansowa dynastii,
zgromadzona przez nią fortuna i jeszcze większa symboliczna sława
towarzysząca jej od początku XIX w. to fakty znane wystarczająco
dobrzeK28. Na scenę wielkiego biznesu wkroczyli Rotszyldowie pod
koniec wojen napoleońskich, kiedy w latach 1811-1816 przeszła przez ich
ręce prawie połowa angielskich subwencji dla mocarstw kontynentalnych.
Gdy po klęsce Napoleona na całym kontynencie pojawiło się
zapotrzebowanie na wielkie pożyczki rządowe na reorganizację machiny
państwowej, Rotszyldowie stali się niemal monopolistami w obsłudze
pożyczek państwowych. Utrzymali tę pozycję przez trzy pokolenia, bijąc
na tym polu wszystkich żydowskich i nieżydowskich konkurentów. Jak to
ujął CapefigueK29: "Dynastia Rotszyldów stała się głównym
skarbnikiem Świętego Przymierza".
Międzynarodowy charakter dynastii Rotszyldów i jej nagłe wybicie się
ponad wszystkich innych bankierów żydowskich zmieniły całą strukturę
żydowskich interesów państwowych. Minął czas przypadkowych,
niezaplanowanych i niezorganizowanych przedsięwzięć pozwalających
pojedynczym Żydom, mającym dość sprytu, by wykorzystać wyjątkowe okazje,
często w ciągu jednego życia osiągać szczyty bogactwa i spadać na dno
nędzy; minął czas, w którym taki bieg wydarzeń właściwie nie wpływał na
losy Żydów jako całości, jeśli te jednostki nie były zarazem
protektorami albo jałmużnikami dalekich skupisk żydowskich; minął
wreszcie czas, kiedy niezależnie od liczby zamożnych lichwiarzy i zakresu wpływów pojedynczych Żydów dworskich nie było oznak rozwoju
Żydów jako wyodrębnionej grupy korzystającej zbiorowo z pewnych
przywilejów i oddającej określone usługi. To właśnie monopol Rotszyldów
na puszczanie w obieg rządowych pożyczek sprawił, że możliwe i konieczne
stało się szerokie wykorzystywanie żydowskiego kapitału oraz skierowanie
poważnej części żydowskich bogactw do przedsięwzięć państwowych,
stwarzając tym samym naturalną podstawę dla nowej wspólnoty Żydów Europy
Środkowej i Zachodniej. To, co w XVIII i XIX w. sprowadzało się do
niezorganizowanych powiązań między pojedynczymi Żydami z różnych krajów,
zostało teraz zastąpione bardziej systematycznym wykorzystywaniem tych
rozproszonych okazji przez jedną firmę obecną fizycznie we wszystkich
ważnych stolicach europejskich, pozostającą w ciągłym kontakcie ze
wszystkimi warstwami żydostwa, mającą wszystkie istotne informacje oraz
wszelkie możliwości organizacyjneK30.
Wyjątkowa pozycja dynastii Rotszyldów w pewnym stopniu zastąpiła Żydom
tradycyjne więzy o charakterze religijnym i duchowym, których stopniowe
słabnięcie wskutek oddziaływania zachodniej kultury po raz pierwszy
zagroziło samemu istnieniu Żydów. Dla świata zewnętrznego ta jedna
rodzina stała się także symbolem prawdziwości żydowskiego
internacjonalizmu w świecie państw narodowych i narodów zorganizowanych
w państwa. Doprawdy, gdzie można szukać lepszego potwierdzenia
fantastycznej koncepcji żydowskich rządów nad światem, niż w tej
rodzinie złożonej z obywateli pięciu różnych krajów, wszędzie
odgrywających wybitną rolę, ściśle współdziałających przynajmniej z trzema różnymi rządami (francuskim, austriackim i brytyjskim), których
częste konflikty ani na chwilę nie naruszyły solidarności przedsięwzięć
ich bankierów państwowych? Żadna propaganda nie stworzyłaby symbolu
bardziej przydatnego w polityce niż ten, który stworzyła sama
rzeczywistość.
Powszechne przekonanie, że Żydzi - w przeciwieństwie do innych narodów -
byli ściśle powiązani przez pokrewieństwo i związki rodzinne, podsycane
było w poważnej mierze przez obraz tej jednej rodziny, tak idealnie
unaoczniającej polityczne i gospodarcze znaczenie Żydów. Zgubną tego
konsekwencją było to, że kiedy, z powodów niemających z kwestią żydowską
nic wspólnego, problemy rasowe wysunęły się na czoło sceny politycznej,
Żydzi wspaniale pasowali do wszystkich ideologii i doktryn określających
ludzi na podstawie związków krwi i cech rodzinnych.
Na ukształtowanie się takiego obrazu Żydów wpłynął również inny, mniej
przypadkowy, fakt. W przetrwaniu Żydów rodzina odegrała daleko większą
rolę niż w jakiejkolwiek zachodniej grupie politycznej czy społecznej, z wyjątkiem szlachty. Związki rodzinne należały do najsilniejszych i najtrwalszych czynników, za pomocą których Żydzi opierali się asymilacji
i rozpadowi. Jak upadający europejski stan szlachecki zaostrzył swoje
kodeksy małżeńskie i dynastyczne, tak w okresie duchowego i religijnego
rozkładu Żydzi zachodnioeuropejscy stali się bardziej wyczuleni na
sprawy rodziny. Pozbawieni dawnej wiary w odkupienie przez Mesjasza i solidnego zakorzenienia w ludowej tradycji, przesadnie odczuwali obcość,
a czasem wrogość środowiska, w którym udało im się przetrwać. We własnym
kręgu rodzinnym zaczęli upatrywać ostatniej fortecy, a swoich rodaków
traktować tak, jakby byli członkami wielkiej rodziny. Innymi słowy,
stworzony przez antysemitów obraz Żydów jako jednej rodziny ściśle
zespolonej więzami krwi miał coś wspólnego z wyobrażeniami Żydów na
własny temat.
Taka sytuacja w istotny sposób wpłynęła na powstanie i rozwój
antysemityzmu w XIX w. O tym, która grupa ludności w jakimś kraju stanie
się antysemicka w określonym momencie historycznym, decydowały wyłącznie
ogólne okoliczności skłaniające ją do gwałtownego przeciwstawienia się
swojemu rządowi. Jednak zastanawiające podobieństwo powtarzających się
spontanicznie, raz po raz, argumentów i wyobrażeń, wiązało się ściśle z prawdą, którą zniekształcały. Żydzi przedstawiani są w nich zawsze jako
międzynarodowa organizacja handlowa, ogólnoświatowy koncern rodzinny,
który ma wszędzie identyczne interesy, jako stojąca za tronami ukryta
siła, spychająca wszystkie widzialne władze do roli fasady lub
marionetek pociąganych za sznurki spoza sceny. Z powodu bliskich
kontaktów z ośrodkami władzy państwowej Żydów nieustannie utożsamiano z władzą, a z powodu ich stronienia od społeczeństwa i zamykania się w wąskim kręgu rodzinnym stale podejrzewano ich o planowanie zniszczenia
wszystkich struktur społecznych.
2. Wczesny antysemityzm
Oczywista, choć rzadko pamiętana reguła uczy, że nastroje antyżydowskie
nabierają politycznego znaczenia tylko w połączeniu z poważną kwestią
polityczną lub w przypadku jawnej sprzeczności interesów między Żydami a jedną z ważnych klas społecznych. Współczesny antysemityzm, taki jaki
znamy z krajów Europy Środkowej i Zachodniej, ma podłoże raczej
polityczne niż ekonomiczne, natomiast gwałtowna ludowa nienawiść do
Żydów, charakterystyczna dla Polski i Rumunii, jest wynikiem
skomplikowanych stosunków klasowych. Wskutek niezdolności rządów do
rozwiązania kwestii agrarnej i stworzenia minimum równości przez
wyzwolenie chłopów, ziemiaństwo w tych krajach nie tylko utrzymało
dominację polityczną, lecz także uniemożliwiło normalny rozwój
mieszczaństwa. Tamtejsi Żydzi, liczebnie silniejsi, ale słabi pod innymi
względami, pozornie spełniali niektóre funkcje klas średnich, ponieważ
na ogół byli kupcami i sklepikarzami, a jako grupa znajdowali się między
ziemiaństwem a klasami pozbawionymi własności. Drobni posiadacze mogą
jednak z równym powodzeniem istnieć w gospodarce feudalnej, jak i w kapitalistycznej. I tutaj, tak jak w innych krajach, Żydzi nie byli w stanie lub nie chcieli wejść na drogę przemysłowego kapitalistycznego
rozwoju, toteż rezultatem ich działalności było powstanie rozproszonej i nieefektywnej organizacji spożycia, której nie towarzyszył odpowiedni
system produkcji. Żydzi stanowili przeszkodę w normalnym
kapitalistycznym rozwoju, ponieważ właśnie od nich spodziewano się, że
będą działać w tym kierunku, a nie byli w stanie zaspokoić tych
oczekiwań. Wydawało się zatem, że istnieje konflikt interesów między
Żydami a tymi warstwami społeczeństwa, z których zazwyczaj wyrastała
klasa średnia. Natomiast rządy bez większego przekonania udzielały
poparcia burżuazji, nie likwidując szlachty i ziemiaństwa. Zdobyły się
tylko na podcięcie ekonomicznych podstaw bytu Żydów. Było to w pewnej
mierze ustępstwo na rzecz opinii publicznej, ale także konsekwencja
faktu, że Żydzi w gruncie rzeczy nadal byli częścią starego feudalnego
porządku. Przez wieki byli pośrednikami między szlachtą a chłopami,
teraz tworzyli klasę średnią, nie spełniając jej funkcji produkcyjnych i będąc, prawdę mówiąc, jedną z przeszkód na drodze do uprzemysłowienia i wprowadzenia stosunków kapitalistycznychK31. Mimo że te
warunki panujące w Europie Wschodniej miały kluczowe znaczenie dla
żydowskich mas, to jednak z interesującego nas punktu widzenia są one
raczej mało ważne. Znaczenie polityczne tego typu warunków ograniczało
się do krajów zacofanych, w których wszechobecny antysemityzm
uniemożliwiał wykorzystywanie ich do konkretnych celów.
Antysemityzm po raz pierwszy wybuchnął w Prusach bezpośrednio po porażce
zadanej im przez Napoleona w 1807 r., kiedy to
reformatorzy1 zmienili strukturę polityczną do tego
stopnia, że szlachta utraciła swoje przywileje, a klasy średnie uzyskały
swobodę rozwoju. Ta reforma, będąca "odgórną rewolucją", przekształciła
na wpół feudalną strukturę Prus oświeconego despotyzmu w mniej więcej
nowoczesne państwo narodowe, którego ostatnim stadium była Rzesza
Niemiecka w kształcie z 1871 roku.
Chociaż bankierzy berlińscy w tamtych czasach w większości byli Żydami,
pruskie reformy nie wymagały od nich poważniejszej pomocy finansowej.
Szczera sympatia pruskich reformatorów i opowiedzenie się przez nich za
równouprawnieniem Żydów, to konsekwencja świeżej równości wszystkich
obywateli, zniesienia przywilejów i wprowadzenia wolnego handlu. Nie
byli oni zainteresowani zachowaniem Żydów jako Żydów dla specjalnych
celów. Na argument, że w warunkach równości "Żydzi mogą przestać
istnieć", zawsze odpowiadano: "Cóż z tego? Jakie ma to znaczenie dla
rządu, który pragnie tylko tego, aby stali się dobrymi
obywatelami?"K32. Ponadto emancypacja była stosunkowo
nieszkodliwa, ponieważ Prusy straciły właśnie prowincje wschodnie, gdzie
żyło wielu Żydów, z reguły ubogich. Dekret o równouprawnieniu z 1812 r.
dotyczył tylko zamożnych i użytecznych środowisk żydowskich, którym już
wcześniej przyznano większość praw obywatelskich i które, wskutek
powszechnego zniesienia przywilejów, silnie odczułyby obniżenie statusu.
Dla tych grup emancypacja znaczyła niewiele więcej niż ogólne prawne
potwierdzenie status quo.
Ale prożydowskie sympatie praskich reformatorów były czymś więcej niż
logiczną konsekwencją ich ogólnych aspiracji politycznych. Kiedy prawie
dziesięć lat później, w klimacie narastającego antysemityzmu, Wilhelm
von Humboldt stwierdził: "Naprawdę kocham Żydów tylko en masse; en
detail raczej ich unikam"K33, przeciwstawiał się dominującej
modzie faworyzowania pojedynczych Żydów i pogardzania Żydami jako
narodem. Jako prawdziwy demokrata, pragnął wyzwolić uciskany lud, a nie
obdarzać przywilejami jednostki. Był to również pogląd zgodny z tradycją
pruskich urzędników, którzy, na co często zwracano uwagę, domagali się
uparcie przez cały wiek XVIII poprawy warunków życia i lepszej edukacji
Żydów. Ich poparcie wynikało nie tylko z racji stanu czy rachub
ekonomicznych, lecz także z naturalnej sympatii dla jedynej grupy
społecznej również wyalienowanej ze społeczeństwa i znajdującej się,
choć z zupełnie innych przyczyn, w sferze oddziaływania państwa.
Wykształcenie kadr urzędników, lojalnych wobec państwa, i to niezależnie
od tego, kto jest u władzy, oderwanych od własnej klasy, było jednym ze
świetniejszych osiągnięć dawnego państwa pruskiego. Urzędnicy ci
odgrywali decydującą rolę w osiemnastowiecznych Prusach i byli
prawdziwymi poprzednikami reformatorów. Pomimo znacznej utraty wpływów
na rzecz arystokracji po Kongresie Wiedeńskim, przez cały wiek XIX
pozostali ostoją machiny państwowejK34.
W postawie reformatorów, a zwłaszcza w dekrecie o równouprawnieniu z 1812 r., w osobliwy sposób przejawiło się szczególne zainteresowanie
państwa Żydami. Minęło dawne szczere uznanie ich użyteczności jako Żydów
(Fryderyk II, król pruski, wykrzyknął na wiadomość o możliwości masowej
konwersji: "Mam nadzieję, że zaniechają tego diabelskiego
pomysłu!")K35. Równouprawnienie przyznano w imię zasad i -
zgodnie z mentalnością epoki - każda aluzja do specjalnych usług
spełnianych przez Żydów byłaby świętokradztwem. Chociaż szczególne
okoliczności, które doprowadziły do równouprawnienia, znane były
doskonale wszystkim zainteresowanym, teraz je ukrywano, jak gdyby
stanowiły wielką i straszliwą tajemnicę. Sam dekret przedstawiano jako
najbłyskotliwsze osiągnięcie w procesie przechodzenia od państwa
feudalnego do państwa narodowego i społeczeństwa, w którym nie będzie
żadnych specjalnych przywilejów.
Nagły i nieoczekiwany wybuch antysemityzmu był jedną z form gorzkiej
reakcji arystokracji, klasy, która została uderzona najsilniej. Czołowy
rzecznik antysemityzmu, Ludwig von der Marwitz (wyróżniający się
współtwórca ideologii konserwatywnej) przedłożył władzom rozwlekłą
petycję, w której stwierdzał, że Żydzi będą jedyną uprzywilejowaną
grupą, i mówił o "przeobrażeniu się starej, budzącej postrach monarchii
pruskiej w nowomodne państwo żydowskie". Atak polityczny był sprzężony z bojkotem towarzyskim, który zmienił niemal z dnia na dzień oblicze
berlińskiej socjety. Bo to arystokraci jako jedni z pierwszych nawiązali
przyjazne stosunki z Żydami i rozsławili w końcu stulecia salony
żydowskich dam, w których przez krótki czas zbierało się prawdziwie
mieszane towarzystwo. To prawda, ten brak przesądów był w jakimś stopniu
efektem usług wyświadczanych im przez żydowskich lichwiarzy, którzy
przez stulecia byli wyłączeni z większych transakcji i jedyną okazję
znaleźli w udzielaniu bezproduktywnych ekonomicznie, ale ważnych
towarzysko pożyczek ludziom mającym skłonności do życia ponad stan.
Godne uwagi jest jednak to, że te kontakty zostały przerwane w czasach,
kiedy monarchie absolutne, dysponujące większymi możliwościami
finansowymi, uczyniły z prywatnych pożyczek i z drobnego pojedynczego
Żyda dworskiego zabytki przeszłości. Naturalna niechęć szlachcica do
wyzbywania się cennego źródła pomocy w nagłych przypadkach skłaniała go
raczej do poślubienia Żydówki mającej zamożnego ojca, niż do nienawiści
skierowanej przeciwko Żydom.
1. Termin odnosi się do barona Heinricha Friedricha von Steina, księcia Karla von Hardenberga oraz generała Gerharda von Schankorsta, projektodawców najistotniejszych reform. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Najnowszym przykładem takiego poglądu jest książka Normana Cohna Warrant for Genocide. The Myth of the Jewish World-conspiracy and the "Protocols of the Elders of Zion", New York 1966. W przyjętym założeniu, autor w ogóle neguje istnienie czegoś takiego jak historia Żydów. Żydami są w jego ujęciu "ludzie (...) rozproszeni po całej Europie od kanału La Manche po Wołgę, których łączyło bardzo niewiele poza pochodzeniem od wyznawców religii mojżeszowej" (s. 15). Antysemici, przeciwnie, mogą się powołać bezpośrednio na utrzymującą się nieprzerwanie od średniowiecza tradycję dopatrywania się w Żydach "narzędzi Szatana, czcicieli diabła, demonów w ludzkiej postaci" (s. 41), a jedyną podstawą tak daleko idących uogólnień, na jakie decyduje się uczony autor Pursuit of the Millenium, jest wyłączne zainteresowanie "najskrajniejszym rodzajem antysemityzmu, takim, który doprowadza do rzezi i prób ludobójstwa" (s. 16). Autor ten stara się również wykazać, że "ludność Niemiec w swojej masie w rzeczywistości nigdy nie uległa antyżydowskiemu fanatyzmowi" i że eksterminację "zorganizowali i zasadniczo przeprowadzali fachowcy z SD i SS", organizacji, które "w żadnym razie nie reprezentują typowego przekroju społeczeństwa niemieckiego" (s. 212 i n.). Jak bardzo chciałoby się, aby to stwierdzenie było zgodne z faktami! Skutek jest taki, że książkę czyta się tak, jak gdyby została napisana jakieś 40 lat temu przez nazbyt pomysłowego członka nieszczęsnej pamięci Verein zur Bekämpfung des Antisemitismus. [wróć]
2. Cytaty pochodzą z książki J. Katza, Exclusiveness and Tolerance. Jewish-Gentile Relations in Medieval and Modem Times, New York 1962 (rozdz. 12), całkowicie oryginalnej pracy na najwyższym poziomie, która powinna była doprawdy podważyć, jak głosi obwoluta, "wiele złudzeń współczesnych Żydów", lecz nie dokonała tego wskutek prawie zupełnego braku omówień w prasie. Katz należy do młodszego pokolenia żydowskich historyków, z których wielu wykłada na Uniwersytecie Jerozolimskim i publikuje po hebrajsku. Pozostaje dla mnie tajemnicą, dlaczego ich prace nie są szybciej tłumaczone i publikowane w Stanach Zjednoczonych. Wraz z nimi definitywnie skończyło się "łzawe" przedstawianie żydowskich dziejów, przeciwko czemu blisko 40 lat temu protestował Salo W. Baron. [wróć]
3. Warto zauważyć, że pierwszy nowożytny historyk żydowski, J.M. Jost, piszą cy w Niemczech w połowie XIX w., był znacznie mniej podatny na przesądy świeckiej historiografii niż jego sławniejsi następcy. [wróć]
4. J. Katz, op. cit., s. 196. [wróć]
7. Jedynym wyjątkiem jest antysemicki historyk Walter Frank, stojący na czele Reichsinstitut für Geschichte des Neuen Deutschland, wydawca dziewięciu tomów Forschungen zur Judenfrage (1937-1944). Zwłaszcza jego własne arty kuły wciąż jeszcze mogą przynieść korzyść czytającym. [wróć]
8. Zob. A. de Tocqueville, Dawny ustrój i rewolucja, tłum. A. Wolska, Warszawa 1970, ks. II, rozdz. 1. [wróć]
9. Prawa i swobody przyznane dworskim Żydom w ciągu XVII i XVIII w. mogą się wydawać współczesnym historykom zaledwie zwiastunami równości: dworscy Żydzi mogli mieszkać, gdzie im się podobało, mogli swobodnie podróżować w granicach władania suwerena, mogli nosić broń i mieli prawo do specjalnej ochrony ze strony władz lokalnych. W rzeczywistości ci dworscy Żydzi, w Prusach noszący charakterystyczną nazwę Generalprivilegierte Juden, nie tylko mieli lepsze warunki od swoich rodaków, nadal poddanych niemal średniowiecznym restrykcjom, ale też wiodło im się lepiej niż ich nieżydowskim sąsiadom. Standardem życiowym przewyższali wyraźnie ówczesne klasy średnie; ich przywileje były na ogół większe od tych, które przyznano kupcom. Taka sytuacja nie mogła ujść uwagi współczesnych. Christian Wilhelm Dohm - wybitny rzecznik równouprawnienia Żydów w osiemnastowiecznych Prusach - skarżył się na wprowadzoną przez Fryderyka Wilhelma I praktykę udzielania bogatym Żydom wszelkiego typu faworów i wsparcia, często "kosztem i z pominięciem pracowitych, legalnych (tj. nieżydowskich) obywateli". Ch.W. Dohm, Denkwürdigkeiten meiner Zeit, Lemgo 1814-1819, t. IV, s. 487. [wróć]
10. Jacob Lestschinsky w jednej z wczesnych analiz kwestii żydowskiej wska zał, że Żydzi nie należą do żadnej klasy społecznej, i pisał o Klasseneinschiebsel ("Weltwirtschafts Archiv" 1929, t. 30, s. 123), ale dostrzegał wy łącznie ujemne strony tej sytuacji w Europie Wschodniej, a nie jej wielkie pozytywy w krajach Europy Zachodniej i Środkowej. [wróć]
11. Na przykład za panowania Fryderyka II, po wojnie siedmioletniej, pod jęto w Prusach zdecydowane wysiłki, aby wprowadzić dla Żydów swoisty system handlowy. Dotychczasowe, ogólne przepisy w sprawie Żydów z 1750 r. zastąpiono systemem zezwoleń wydawanych wyłącznie tym mieszkańcom, którzy zainwestują poważną część swoich fortun w nowe manufaktury. Ale i w Prusach, jak wszędzie, tego typu przedsięwzięcia zakończyły się klęską. [wróć]
12. Felix Priebatsch, Die Judenpolitik des fürstlichen Absolutismus im 17. und 18. Jahrhundert, "Forschungen und Versuche zur Geschichte des Mittela lters und der Neuzeit" 1915, przy tacza ty pow y przyk ład z początku XVIII w.: "Kiedy subsydiowana przez administrację wytwórnia luster w Neuhaus w Dolnej Austrii przestała produkować, Żyd Wertheimer dał cesarzowi pieniądze na jej kupno. Gdy Wertheimera poproszono, aby za kupił wytwórnię, ten odmówił, oświadczając, że ma czas zupełnie zajęty prowadzeniem transakcji finansowych". Zob. też M. Köhler, Beiträge zur neueren jüdische Wirtschaftsgeschichte. Die Juden in Halberstadt und Umgebung, "Studien zur Geschichte der Wirtschaft und Geisenkultur" 1927, t. 3. Zgodny z tą tradycją powstrzymywania się bogatych Żydów od zajmowania naprawdę ważnych pozycji władzy w kapitalizmie jest fakt, że w 1911 r. paryscy Rotszyldowie sprzedali grupie Royal Shell swój udział w polach naftowych w Baku, a przecież przedtem byli, poza Rockefellerem, największymi potentatami naftowymi na świecie. O tym incydencie wspomina R. Lewinsohn, Wie sie gross und reich wurden, Berlin 1927. Za ogólnie obowiązującą regułę można przyjąć takie oto stwierdzenie André Sayona (Les Juifs, "Revue Economique Internationale" 1923) w polemice z Wernerem Sombartem, który Żydów utożsamiał z rozwojem kapitalizmu: "Rotszyldowie i inni Izraelici, którzy przecież głównie byli zaangażowani w udzielanie pożyczek państwowych i w międzynarodowe obroty kapitałem, wcale nie próbowali (...) stworzyć wielkiego przemysłu". [wróć]
13. Nie sposób jednak przecenić wpływów tych eksperymentów na dalszy bieg wydarzeń. Francja była jedynym krajem, który konsekwentnie eksperymentował z systemem merkantylistycznym, co doprowadziło do wczesnego rozkwitu manufaktur zawdzięczających istnienie ingerencji państwa. Po tym doświadczeniu nigdy już nie doszła do siebie. W erze wolnej przedsiębiorczości francuska burżuazja wystrzegała się nieekonomicznego inwestowania w rodzime zakłady wytwórcze, podczas gdy biurokracja francuska, będąca również produktem systemu merkantylistycznego, przeżyła jego upadek. Mimo utraty wszystkich funkcji produkcyjnych, jeszcze i dziś biurokracja jest dla Francji bardziej charakterystyczna i stanowi większą przeszkodę w poprawie położenia kraju niż burżuazja. [wróć]
14. Tak było w Anglii od czasów Marrano, bankiera królowej Elżbiety, i w przypadku żydowskich finansistów na usługach armii Cromwella, do chwili gdy jeden z dwunastu żydowskich maklerów do puszczonych do londyńskiej giełdy przejął czwartą część wszystkich ówczesnych pożyczek rządowych. (Zob. też S.W. Baron, A Social and Religious History of the Jews, New York 1937, t. II: Jews and Capitalism). Tak było również w Austrii, gdzie w ciągu zaledwie czterdziestu lat (1695-1739) Żydzi udzielili władcom kredytów na sumę ponad 35 mln florenów i gdzie śmierć Samuela Oppenheimera w 1703 r. spowodowała ciężki kryzys finansowy państwa i cesarza. W Bawarii w 1808 r. Żydzi żyrowali i negocjowali 80% wszystkich pożyczek rządowych (zob. M. Grunwald, Samuel Oppenheimer und sein Kreis, Wien 1913). We Francji warunki szczególnie sprzyjały Żydom; już Colbert zachwalał ich użyteczność dla państwa (zob. S.W. Baron, op. cit.), a w połowie XVIII w. wdzięczny król nadał tytuł barona niemieckiemu Żydowi, Liefmanowi Calmerowi, doceniając jego usługi i lojalność wobec "Naszego państwa i Naszej Oso by" (zob. R. Anchel, Un baron juif français au 18e si?cle, Liefman Calmer, "Souvenir et Science" 1930, 1.I, s. 52-55). Podobnie było w Prusach, gdzie Münzjuden Fryderyka II otrzymywali tytuły i gdzie w końcu XVIII w. czterysta żydowskich rodzin tworzyło jedną z najbogatszych grup w Ber linie. (Jeden z najlepszych opisów Berlina i roli Żydów w społeczeństwie u schyłku XVIII w. można znaleźć w: W. Dilthey, Das Leben Schleierma- chers, w: Gesammelte Schriften, t. 2, Stuttgart 1970, s. 182 i n.) [wróć]
15. Na początku XVIII w. Żydom austriackim udało się zakazać druku Ent- decktes Judentum Eisenmengera z 1703 r., a w końcu tego stulecia berlińskie przedstawienia Kupca weneckiego musiały być poprzedzane małym prologiem, przepraszającym żydowskich widzów (jeszcze nierówno-uprawnionych). [wróć]
16. Jedynym i nieistotnym wyjątkiem mogą być poborcy podatków, nazywa ni we Francji fermiers-généraux, którzy wydzierżawili od państwa prawo do ściągania podatków, gwarantując władzom stałe dochody. Swoje wielkie fortuny zawdzięczali monarchii absolutnej, od której byli bezpośrednio uzależnieni. Byli jednak zbyt wąską grupą i zbyt odosobnionym zjawiskiem, aby odgrywać samodzielną rolę w gospodarce kraju. [wróć]
17. Niezbędność i pilną potrzebę powiązań między przedsiębiorcami państwowymi a Żydami można najwyraźniej dostrzec w tych wypadkach, kiedy decyzje leżały w rękach urzędników o zdecydowanie antyżydowskim nastawieniu. I tak Bismarck miał w młodości na koncie kilka antysemickich wystąpień, aby jako kanclerz Rzeszy stać się bliskim przyjacielem Bleichrödera i niezawodnym obrońcą Żydów przed ruchem berlińskich antysemitów, kierowanym przez kapelana nadwornego - Stoeckera. Wilhelm II, który jako następca tronu i przedstawiciel nastawionej antysemicko szlachty pruskiej miał bardzo przyjazny stosunek do ruchów antysemickich z lat osiemdziesiątych, wstąpiwszy na tron w jednej chwili zmienił poglądy i odżegnał się od swych protegowanych - antysemitów. [wróć]
18. Już w XVIII w., gdziekolwiek grupy Żydów stawały się dostatecznie za możne, aby być przydatne dla państwa, uzyskiwały przywileje i były oddzielane od swoich mniej zamożnych i użytecznych braci w tym samym kraju. Tak jak Schutzjuden w Prusach, Żydzi z Bordeaux i Bajonny we Francji cieszyli się równością na długo przed rewolucją francuską i proszono ich nawet o przedstawienie swoich skarg i propozycji razem z innymi Stanami Generalnymi w Convocation des Etats Généraux w 1787 roku. [wróć]
19. Jean Capefigue, Histoire des grandes opérations financi?res, t. III: Banque, Bourses, Emprunts, Paris 1855, sugeruje, że za monarchii lipcowej jedynie Żydzi, zwłaszcza dynastia Rotszyldów, zapobiegli powstaniu silnego kredytu państwowego opartego na Banku Francji. Twierdzi także, że wydarzenia z 1848 r. uczyniły Rotszyldów zbędnymi. Raphael Strauss, The Jews in the Economic Evolution of Central Europe, "Jewish Social Studies" 1941, t. III, nr 1, też uważa, że po 1830 r. "kredyt publiczny stał się już mniej ryzykowny i wobec tego obsługiwały go w coraz większym stopniu banki chrześcijańskie". Przeciwko tej interpretacji przemawiają doskonałe stosunki Rotszyldów z Napoleonem III, mimo że nie ma wątpliwości co do ogólnych tendencji ujawniających się w tamtych czasach. [wróć]
20. Zob. F. Priebatsch, op. cit. [wróć]
21. Według pewnej anegdoty przekazywanej przez wszystkich biografów, natychmiast po pokonaniu Francuzów w 1871 r. Bismarck miał powiedzieć: "Przede wszystkim Bleichröder musi się udać do Paryża, aby spotkać się z tamtejszymi Żydami i omówić to [5 mld franków kontrybucji - H.A.] z bankierami". Zob. O. Joechlinger, Bismarck und die Juden, Berlin 1921. [wróć]
22. Zob. W. Frank, Walther Rathenau und die blonde Rasse, "Forschungen zur Judenfrage", t. I V, 1940. Mimo oficjalnej pozycji u nazistów Frank zachował pewną staranność w doborze źródeł i metod. W cytowanym artykule powołuje się na nekrologi Rathenaua z "Israelitisches Familien- blatt" (Hamburg, 6 lipca 1922), "Die Zeit" (czerwiec 1922) i "Berliner Tageblatt" (31 maja 1922). [wróć]
23. W. von Humboldt, Tagebücher (oprac. Leitzmann), Berlin 1916-1918, t. I, s. 475. W artykule Juif w: Encyclopedie, 1751-1765, t. IX, napisanym prawdopodobnie przez Diderota, czytamy: "I tak rozproszeni w naszych czasach (...) [Żydzi - H.A.] stali się pośrednikami w komunikacji między najodleglejszymi krajami. Są jak koła zębate i gwoździe potrzebne przy wielkiej budowli do złączenia i utrzymania razem wszystkich części". [wróć]
24. Walther Rathenau, minister spraw zagranicznych Republiki Weimarskiej w 1921 r. i jeden z wybitnych reprezentantów świeżych dążeń Niemiec do demokracji, jeszcze w 1917 r. rozgłaszał swoje "głęboko monarchiczne przekonania", zgodnie z którymi krajem rządzić powinien tylko człowiek "namaszczony", a nie żaden "parweniusz, któremu się powiodło". Zob. W. Rathenau, Von kommenden Dingen, Berlin 1917, s. 247. [wróć]
25. Nie powinniśmy jednak zapominać o tym mieszczańskim wzorcu. W sferze indywidualnych motywów oraz wzorów postępowania metody dynastii Rotszyldów nie różniły się zbytnio od metod ich chrześcijańskich kolegów. Na przykład bankier Napoleona, Ouvrard, dostarczywszy mu środków finansowych na prowadzenie "studniowej" wojny, niezwłocznie zaoferował swoje usługi powracającym Burbonom. [wróć]
26. J. A. Hobson, Imperialism, London 1905; cyt. z niepoprawionego wydania, London 1938, s. 57. [wróć]
27. O tym, jak dobrze znali Rotszyldowie źródła swojej siły, świadczy obowiązujące ich pierwotnie prawo dynastyczne, zgodnie z którym córki wraz z mężami były wyłączane z interesów rodziny. Dziewczętom pozwalano poślubiać nieżydowskich arystokratów (a po 1871 r. wręcz je do tego zachęcano); męscy potomkowie musieli żenić się wyłącznie z Żydówkami i jeśli to możliwe (jak było w pierwszym pokoleniu) z członkiniami rodziny. [wróć]
28. Zob. zwłaszcza E. Cesar Conte Corti, The Rise of the House of Rotschild, New York 1927. [wróć]
29. J. Capefigue, op. cit. [wróć]
30. Nigdy nie można było się przekonać, w jakim stopniu Rotszyldowie korzystali z żydowskich kapitałów dla własnych interesów i jak daleko sięgała ich kontrola nad żydowskimi bankierami. Rodzina nigdy nie dopuściła badaczy do swoich archiwów. [wróć]
31. J.W. Parkes, The Emergence of the Jewish Problem, 1878-1939, b.m. 1946, w rozdziałach IV i VI zwięźle i bezstronnie przedstawia te warunki. [wróć]
32. Ch.W. Dohm, Über die bürgerliche Verbesserung der Juden, Berlin-Stettin 1781,1.I, s. 174. [wróć]
33. Wilhelm und Caroline von Humboldt in ihren Briefen, Berlin 1900, t. V, s. 236. [wróć]
34. Doskonały opis tych urzędników, zasadniczo nieróżniących się od urzędników z innych krajów, podaje H. Pirenne, A History of Europe from the Invasion to the XVI Century, London 1939, s. 361-362: "Wolni od uprzedzeń klasowych i wrodzy przywilejom wielkich panów, którzy nimi gardzili (...) to nie król przemawiał przez nich, ale anonimowa monarchia, stojąca ponad wszystkim, poddająca wszystko swojej władzy". [wróć]
35. Zob. Kleines Jahrbuch des Nützlichen und Angenehmen für Israeliten, 1847. [wróć]