Korzenie totalitaryzmu - Hannah Arendt

Kup ebooka

67.90 zł
56.36 zł (47,53 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp do wyda­nia pol­skiego

Wstęp do wyda­nia pol­skiego

Dwa zdję­cia, które utkwiły mi głę­boko w pamięci. Pierw­sze, z roku 1933, przed­sta­wia 27-let­nią kobietę o nie­ba­nal­nej uro­dzie, która spo­gląda przed sie­bie wzro­kiem peł­nym smutku i powagi, kon­tra­stu­ją­cym z jej mło­dzień­czym wyglą­dem. Na dru­gim, wyko­na­nym na krótko przed śmier­cią, Han­nah Arendt ma pomarsz­czoną twarz sta­ruszki, lecz wciąż to samo żywe spoj­rze­nie, w któ­rym inte­li­gen­cja mie­sza się z bólem. W spoj­rze­niu tym wyczy­tać można współ­czu­cie dla świata, który chło­nie sze­roko roz­war­tymi oczyma. Jedną foto­gra­fię dzielą od dru­giej decy­du­jące dla dorobku pisar­skiego Han­nah Arendt 42 lata życia spę­dzone poza nie­miecką ojczy­zną. W tym okre­sie doświad­czyła oso­bi­ście, czym są faszyzm, anty­se­mi­tyzm, wojna, bez­pań­stwo­wość (18 lat - od 1933 do 1951 roku), emi­gra­cja i zwią­zane z nią osa­mot­nie­nie. Obser­wo­wała demo­kra­cję ame­ry­kań­ską i nowo­cze­sne spo­łe­czeń­stwo masowe ery rewo­lu­cji tech­no­lo­gicz­nej, była świad­kiem wojny wiet­nam­skiej, pro­te­stów stu­denc­kich i kam­pa­nii oby­wa­tel­skiego nie­po­słu­szeń­stwa. Tematy te powra­cają na kar­tach jej ksią­żek w uogól­nio­nej, filo­zo­ficz­nej postaci, ale źró­dło inspi­ra­cji wydaje się oczy­wi­ste.

To prawda, że prze­ży­cia tego rodzaju nie były w naszej epoce niczym wyjąt­ko­wym. W bio­gra­fiach euro­pej­skich inte­lek­tu­ali­stów sta­no­wiły raczej regułę niż wyją­tek. Prawdą jest jed­nak rów­nież, że tylko nie­liczni spo­śród nich potra­fili sta­wić im czoło z równą odwagą, deter­mi­na­cją i prze­ni­kli­wo­ścią; że w tym dobo­ro­wym gro­nie naj­świet­niej­szych umy­słów tak nie­wiele osób miast łatwego potę­pia­nia dia­bła zdo­było się na wysi­łek prze­ana­li­zo­wa­nia tego, co się stało.

Na tle tuzin­ko­wych ujęć przed­sta­wia­ją­cych kon­dy­cję świata i czło­wieka współ­cze­snego książki Han­nah Arendt odzna­czają się ory­gi­nal­no­ścią, głę­bią i ostro­ścią spoj­rze­nia, nie­chę­cią do przyj­mo­wa­nia wygod­nych zało­żeń oraz prze­ko­na­niem, że źró­dła ana­li­zo­wa­nych zja­wisk tkwią głę­boko w nowo­żyt­nych dzie­jach ludz­ko­ści. Obo­jęt­ność na zmie­nia­jące się mody inte­lek­tu­alne czy­niła z nich dogodny przed­miot ataku ze strony wąsko­wy­spe­cja­li­zo­wa­nych uczo­nych, obu­rzo­nych swo­bod­nym wkra­cza­niem na zare­zer­wo­wane przez nich rewiry. Ale te same cechy spra­wiły zapewne, że książki te prze­trwały próbę czasu lepiej niż inne. Stwier­dze­nie to odnosi się szcze­gól­nie do Korzeni tota­li­ta­ry­zmu, które nie­odmien­nie figu­rują na spo­rzą­dza­nych coraz czę­ściej, w miarę dopeł­nia­nia się naszego stu­le­cia, sym­bo­licz­nych listach 100, 50 czy choćby tylko 10 naj­wy­bit­niej­szych dzieł XX wieku. Jeśli uświa­do­mimy sobie, że była to jedna z pierw­szych prac ata­ku­ją­cych fron­tal­nie cen­tralne zagad­nie­nia epoki, że prze­zwy­cię­żyć w niej autorka musiała ogra­ni­cze­nia wyni­ka­jące nie­uchron­nie z braku dystansu cza­so­wego i z nie­do­statku peł­no­war­to­ścio­wych źró­deł i że pro­ble­mom, któ­rymi się zajęła, poświę­cono potem tysiące stu­diów (a ich auto­rzy dys­po­no­wali nie­po­rów­na­nie więk­szym zaso­bem infor­ma­cji), tak wysoka ocena książki napi­sa­nej zale­d­wie w kilka lat po woj­nie i jesz­cze przed "rewe­la­cjami" Chrusz­czowa dobit­nie uka­zuje wiel­kość i nie­zwy­kłość Han­nah Arendt.

Postać autorki Korzeni tota­li­ta­ry­zmu nie jest obca czy­tel­ni­kowi pol­skiemu, mimo że żadna z jej ksią­żek nie uka­zała się do roku 1988 w któ­rym­kol­wiek z ofi­cjal­nych wydaw­nictw kra­jo­wych, w ofi­cy­nach pod­ziem­nych zaś w cało­ści opu­bli­ko­wano bodaj tylko O prze­mocy. Repu­ta­cja "owocu zaka­za­nego" spra­wiała, że jej nie­ła­twe w lek­tu­rze tek­sty budziły zain­te­re­so­wa­nie śro­do­wisk aka­de­mic­kich na długo przed poja­wie­niem się pierw­szych dopusz­czo­nych do druku prze­kła­dów. Naj­więk­sze zasługi dla popu­la­ry­za­cji Han­nah Arendt poło­żyła nie­wąt­pli­wie "Lite­ra­tura na świe­cie" poświę­ca­jąc jej twór­czo­ści numer spe­cjalny (1985, nr 6), nie licząc poje­dyn­czych prze­kła­dów z lat 1982-1983. Nie­mniej jed­nak tek­sty tam zamiesz­czone - sub­telne roz­wa­ża­nia filo­zo­ficzne i wypo­wie­dzi o kwe­stii żydow­skiej. - nie dają peł­nego wyobra­że­nia o ory­gi­nal­no­ści pisarki, zwłasz­cza zaś o spo­so­bie ujmo­wa­nia przez nią skom­pli­ko­wa­nych zagad­nień poli­tycz­nych łączą­cym mistrzow­ską ana­lizę socjo­po­li­tyczną z intu­icyj­nym wglą­dem psy­cho­lo­gicz­nym, naj­wy­raź­niej może widocz­nym w Korze­niach tota­li­ta­ry­zmu i w gło­śnej, acz­kol­wiek w Pol­sce do nie­dawna zupeł­nie nie­zna­nej, książce spro­wo­ko­wa­nej przez pro­ces Eich­manna. Na owym cha­rak­te­ry­stycz­nym stylu myśle­nia odci­snęła się na równi z indy­wi­du­al­no­ścią autorki jej powi­kłana bio­gra­fia.

Han­nah Arendt przy­szła na świat 14 paź­dzier­nika 1906 r. w Hano­we­rze, ale dzie­ciń­stwo i wcze­sną mło­dość spę­dziła w Königsbergu (Kró­lewcu), o któ­rym Kant - jego naj­słyn­niej­szy oby­wa­tel - pisał nie­gdyś, że z uwagi na roz­miary kon­tak­tów zewnętrz­nych oraz buj­ność życia w roz­ma­itych jego prze­ja­wach "jest odpo­wied­nim miej­scem zdo­by­wa­nia wie­dzy doty­czą­cej ludzi i świata nawet bez podró­żo­wa­nia". Wpraw­dzie w porów­na­niu z cza­sami swo­jej nie­daw­nej świet­no­ści, gdy był obok Ber­lina głów­nym cen­trum nie­miec­kiego Oświe­ce­nia, Kró­le­wiec począt­ków naszego wieku miał już pro­win­cjo­nalny cha­rak­ter, ale jed­nak w dal­szym ciągu sta­no­wił natu­ralne miej­sce styku Wschodu i Zachodu Europy. Orto­dok­syjni Żydzi rosyj­scy ucie­ka­jący ze strefy osie­dle­nia mie­szali się tu, w sto­licy Prus Wschod­nich, ze swo­imi "oświe­co­nymi" pobra­tym­cami, lojal­nymi oby­wa­telami Cesar­stwa Nie­miec­kiego.

Rodzice pisarki - zamożni, zasy­mi­lo­wani już przed­sta­wi­ciele wyż­szych sfer miesz­czań­skich o pru­sko-rosyj­skim rodo­wo­dzie i postę­po­wych prze­ko­na­niach - byli posta­ciami typo­wymi dla swo­jej epoki. Głę­boko zako­rze­nieni w kul­tu­rze nie­miec­kiej prze­ka­zali swo­jej córce gorące umi­ło­wa­nie nie­miec­kiego języka, poezji i filo­zo­fii. Ich zwią­zek z żydo­stwem był tak słaby, że Han­nah długo pozo­sta­wała nie­świa­doma swo­jego pocho­dze­nia. Od dziecka odzna­czała się zna­ko­mitą pamię­cią, sil­nym cha­rak­te­rem i żywą inte­li­gen­cją, nie­miesz­czącą się w sztyw­nym gor­se­cie pru­skiego sys­temu edu­ka­cyj­nego. Cechy te nara­żały ją na czę­ste kon­flikty z oto­cze­niem. Jeden z takich kon­flik­tów zakoń­czył się rele­go­wa­niem nie­po­kor­nej uczen­nicy z gim­na­zjum; w kon­se­kwen­cji Han­nah przy­go­to­wy­wała się samo­dziel­nie do matury, zda­jąc ją na rok przed rówie­śni­kami.

W 1924 r. Arendt pod­jęła stu­dia filo­zo­ficzne na uni­wer­sy­te­cie w Mar­burgu, gdzie Mar­tin Heideg­ger - pod­ów­czas młody, 35-letni pro­fe­sor - elek­try­zo­wał stu­den­tów wykła­dami, które zło­żyły się na Sein und Zeit - jedno z naj­do­nio­ślej­szych doko­nań myśli egzy­sten­cjal­nej. Przy­szła autorka The Human Con­di­tion, ze swą namięt­no­ścią filo­zo­fo­wa­nia oraz powagą i grun­tow­no­ścią myśle­nia, wyra­ża­jącą się w zacie­kłym dąże­niu do uchwy­ce­nia istoty ana­li­zo­wa­nych zja­wisk, nie mogła tra­fić lepiej. Pomię­dzy mło­dym pro­fe­so­rem i jego bły­sko­tliwą stu­dentką od pierw­szej chwili nawią­zała się bli­ska sym­pa­tia duchowa, która prze­ro­dziła się wkrótce w głę­bo­kie obu­stronne uczu­cie. Heideg­ger, mający rodzinę i oba­wia­jący się skan­dalu, zde­cy­do­wał się jed­nak po roku prze­rwać romans. Arendt opu­ściła zatem Mar­burg i kon­ty­nu­owała stu­dia we Fry­burgu u Hus­serla, a póź­niej w Heidel­bergu na semi­na­rium Jaspersa.

Bli­ski kon­takt z lumi­na­rzami filo­zo­fii euro­pej­skiej nie pozo­stał bez wpływu na styl myśle­nia i oso­bo­wość mło­dej kobiety. Pod kie­run­kiem Jaspersa przy­go­to­wy­wała roz­prawę dok­tor­ską o poję­ciu miło­ści u św. Augu­styna, a jed­no­cze­śnie uwagę jej coraz bar­dziej pochła­niała nie­zwy­kła postać Rahel Varn­ha­gen (któ­rej ber­liń­ski salon opi­suje w roz­dziale 2, w czę­ści I Korzeni tota­li­ta­ry­zmu). To wła­śnie stu­diu­jąc bio­gra­fię tej zapo­mnia­nej nieco muzy nie­miec­kiego roman­ty­zmu Han­nah, utoż­sa­mia­jąca się z nią pod­świa­do­mie, zain­te­re­so­wała się poważ­nie kwe­stią żydow­ską. Nowa pro­ble­ma­tyka wyma­gała ode­rwa­nia się od spe­ku­la­tyw­nej filo­zo­fii i zwró­ce­nia bacz­niej­szej uwagi na rze­czy­wi­stość schył­ko­wego okresu Repu­bliki Weimar­skiej. Arendt, któ­rej postawa ulega na początku lat trzy­dzie­stych wyraź­nemu upo­li­tycz­nie­niu, traci wiarę w dogmaty asy­mi­la­cjo­ni­zmu. "W spo­łe­czeń­stwie gene­ral­nie wrogo nasta­wio­nym do Żydów - a takie było ich poło­że­nie we wszyst­kich zamiesz­ki­wa­nych przez nich kra­jach aż po wiek XX - nie moża się zasy­mi­lo­wać nie godząc się zara­zem na anty­se­mi­tyzm" - kon­klu­duje w bio­gra­fii Raheli Varn­ha­gen1. W miarę postę­pów ruchu naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nego zbliża się coraz bar­dziej do syjo­ni­zmu i w swej twór­czo­ści podej­muje kry­tykę nie­miec­kiego Oświe­ce­nia z punktu widze­nia tej ide­olo­gii.

Na doj­ście hitle­row­ców do wła­dzy Arendt zare­ago­wała wzmo­żoną aktyw­no­ścią w żydow­skich orga­ni­za­cjach cha­ry­ta­tyw­nych. W prze­ci­wień­stwie do zwią­za­nego z ruchem komu­ni­stycz­nym męża, Ger­harda Sterna, który po poża­rze Reich­stagu zde­cy­do­wał się emi­gro­wać, nie miała zamiaru opusz­czać ojczy­zny. Dopiero krót­ko­trwałe uwię­zie­nie w poło­wie 1933 r. i wzra­sta­jące roz­cza­ro­wa­nie postawą śro­do­wisk inte­lek­tu­al­nych skło­niło ją do nie­le­gal­nego opusz­cze­nia Nie­miec. Jesie­nią 1933 r. 27-let­nia Han­nah Arendt-Stern zna­la­zła się w Paryżu, gdzie rzu­ciła się natych­miast w wir aktyw­no­ści emi­gra­cyj­nej, pro­wa­dząc zara­zem bujne życie towa­rzy­skie. Sto­lica Fran­cji przy­cią­gała jak magnes elitę ucie­ki­nie­rów z III Rze­szy, toteż wła­śnie tu miała Arendt oka­zję zbli­żyć się do takich ludzi, jak Wal­ter Ben­ja­min czy Ber­told Brecht. Nie­po­chła­nia­jąca zbyt wiele czasu posada w orga­ni­za­cji syjo­ni­stycz­nej udzie­la­ją­cej pomocy uchodź­com pozwa­lała jej uczęsz­czać na semi­na­rium Ale­xan­dre'a Kojeve'a w École des Hau­tes Études Socia­les.

Po wyjeź­dzie męża do Sta­nów Zjed­no­czo­nych zwią­zała się z Hein­ri­chem Blücherem, wybit­nym dzia­ła­czem KPD, który w okre­sie pro­ce­sów moskiew­skich stop­niowo odda­lał się od komu­ni­zmu. Pozwo­liło jej to wnik­nąć głę­biej w zja­wi­ska zacho­dzące w ruchu komu­ni­stycz­nym lat trzy­dzie­stych, choć wów­czas bar­dziej pocią­gała ją jesz­cze ana­liza ide­olo­gii ugru­po­wań skraj­nej pra­wicy dzia­ła­ją­cych we Fran­cji. Z nie­po­ko­jem śle­dziła nara­sta­jące z roku na rok uprze­dze­nia w sto­sunku do uchodź­ców, które przy­bie­rały postać urzę­do­wych prze­pi­sów wymie­rzo­nych w "nie­po­żą­da­nych cudzo­ziem­ców". Na ich pod­sta­wie w maju 1940 r., już po ślu­bie z Blücherem, wraz z tysią­cami innych apa­try­dów Han­nah została inter­no­wana w Gurs, gdzie przed­tem mie­ścił się obóz dla powra­ca­ją­cych z Hisz­pa­nii człon­ków Bry­gad Mię­dzy­na­ro­do­wych. Obser­wa­cje i prze­ży­cia z tego okresu miały istotny wpływ na jej wizję epoki współ­cze­snej jako grun­tow­nie odmien­nej, "nowa­tor­skiej" w sto­sunku do poprzed­nich. Już wów­czas nosiła się z myślą napi­sa­nia książki przed­sta­wia­ją­cej "impe­ria­lizm rasowy" jako pra­przy­czynę roz­gry­wa­ją­cej się na jej oczach apo­ka­lipsy. Z tam­tych lat pocho­dzą arty­kuły o trak­ta­tach mniej­szo­ścio­wych i Pro­uście, które po nie­wiel­kich mody­fi­ka­cjach włą­czone zostały do osta­tecz­nej wer­sji Korzeni tota­li­ta­ry­zmu.

W końcu 1940 r. Han­nah Arendt i jej mąż otrzy­mali wizy ame­ry­kań­skie i po prze­ła­ma­niu pię­trzą­cych się trud­no­ści dotarli w maju 1941 r. do Nowego Jorku. Wbrew pozo­rom opa­no­wa­nie języka angiel­skiego, a także oswo­je­nie się z kul­turą i cywi­li­za­cją Sta­nów Zjed­no­czo­nych nie przy­cho­dziło łatwo emi­gran­tom z Nie­miec, wywo­dzą­cym się ze śro­do­wisk inte­li­genc­kich. Wiele aspek­tów tej nowej dla nich rze­czy­wi­sto­ści budziło począt­kowo ich głę­boki sprze­ciw. Obser­wu­jąc życie Ame­ry­ka­nów, Arendt szybko doszła do wnio­sku, że "ist­nieje w tym kraju zasad­ni­cza sprzecz­ność mię­dzy wol­no­ścią poli­tyczną a nie­wolą spo­łeczną"2 i opi­nię tę pod­trzy­my­wała do końca życia. Wśród zróż­ni­co­wa­nych pod wie­loma wzglę­dami sku­pisk emi­gran­tów naj­bliż­sza jej była grupa "New World", zwią­zana z Ger­man Jewish Club w Nowym Jorku, toteż od końca 1941 r. w piśmie "Aufbau" - orga­nie klubu - regu­lar­nie publi­ko­wała felie­tony nawo­łu­jące m.in. do utwo­rze­nia odręb­nej żydow­skiej armii u boku sprzy­mie­rzo­nych.

Wzra­sta­jące zain­te­re­so­wa­nie pro­ble­mem anty­se­mi­ty­zmu prze­ro­dziło się w pro­jekt obszer­nej roz­prawy o sto­sunku do Żydów w dwu­dzie­sto­wiecz­nej Fran­cji - od sprawy Drey­fusa po Peta­ina. Gro­ma­dziła nie­zbędne do niej mate­riały, a jed­no­cze­śnie ener­gicz­nie, choć bez powo­dze­nia, wal­czyła o wyda­nie powie­rzo­nych jej pie­czy pism zmar­łego tra­gicz­nie Wal­tera Ben­ja­mina. W miarę napływu infor­ma­cji o zbrod­niach hitle­row­skich w Euro­pie uświa­da­miała sobie nie­od­wra­cal­ność zacho­dzą­cych wyda­rzeń i nie­ade­kwat­ność wszel­kich pro­po­no­wa­nych reme­diów, z syjo­ni­stycz­nym włącz­nie. Jej wła­sna kon­cep­cja sfe­de­ro­wa­nej żydow­sko-arab­skiej Pale­styny w ramach bry­tyj­skiego Com­mon­we­al­thu nie znaj­do­wała poplecz­ni­ków.

W tej sytu­acji ucieczką przed roz­pa­czą stała się dla niej praca w komi­sji zaj­mu­ją­cej się rato­wa­niem dorobku kul­tu­ral­nego Żydów euro­pej­skich (kie­ro­wała nią do 1952 r.) oraz w wydaw­nic­twie Schoc­ken Books, gdzie prze­for­so­wała m.in. pierw­szą ame­ry­kań­ską edy­cję Dzien­ni­ków Kafki. Arty­kuły i recen­zje zbli­ża­jące czy­tel­ni­kom "Par­ti­san Review" bądź "Nation" doro­bek dwu­dzie­sto­wiecz­nych auto­rów nie­miec­kiego obszaru języ­ko­wego, słabo tu wcze­śniej popu­la­ry­zo­wa­nych, dały Arendt prze­pustkę do krę­gów aka­de­mic­kich Sta­nów Zjed­no­czo­nych, ale nie one pochła­niały jej uwagę w poło­wie lat czter­dzie­stych. Poli­tyczny chaos spo­wo­do­wany gwał­tow­nym roz­kła­dem hitle­row­skiej Festung Europa, tro­ska o losy cywi­li­za­cji, wiara w uzdra­wia­jącą moc traf­nej dia­gnozy - wszystko to skła­niało pisarkę do kon­kre­ty­za­cji i mody­fi­ka­cji daw­niej­szych pla­nów badaw­czych w taki spo­sób, aby pro­jek­to­wana roz­prawa obok funk­cji poznaw­czych speł­niała rów­nież rolę katar­tyczną, uświa­da­mia­jąc współ­cze­snym przy­czynę kata­strofy, jej samej zaś pozwa­la­jąc prze­zwy­cię­żyć gnę­biące wielu emi­gran­tów poczu­cie bez­sil­no­ści.

W ciągu trwa­ją­cej pra­wie pięć lat pracy nad Korze­niami tota­li­ta­ry­zmu pier­wotny zamysł autor­ski był wie­lo­krot­nie zmie­niany i roz­sze­rzany. Wer­sja osta­teczna pierw­szego wyda­nia w nie­wiel­kim tylko stop­niu przy­po­mina zało­że­nia wyj­ściowe. Datu­jące się jesz­cze z okresu pobytu w Niem­czech zain­te­re­so­wa­nie anty­se­mi­ty­zmem dopro­wa­dziło Arendt do pod­ję­cia pro­ble­ma­tyki rasi­zmu, ta zaś z kolei do inten­syw­nych stu­diów nad zagad­nie­niami impe­ria­li­zmu. Jesz­cze na początku 1945 r. pla­no­wała obszerne stu­dium histo­ryczne dema­sku­jące dzie­więt­na­sto­wieczne źró­dła kry­zysu współ­cze­snego i uło­żone w kla­syczną heglow­ską triadę. Książka nosić miała tytuł: The Ele­ments of Shame: anti-Semi­tism, Impe­ria­lism, Racism lub zwięź­lej The Three Pil­lars of Hell3 i kon­cen­tro­wać się na prze­szło­ści, nim jed­nak została ukoń­czona, roz­po­czął się pro­ces norym­ber­ski. Napływ mate­ria­łów źró­dło­wych doty­czą­cych III Rze­szy spra­wił teraz, że Arendt posta­no­wiła uzu­peł­nić tekst ana­lizą "nowa­tor­skiej formy rzą­dów" hitle­row­skich Nie­miec. Późną jesie­nią 1947 r. uznała za wska­zane objąć ana­lizą rów­nież Zwią­zek Radziecki pod rzą­dami Sta­lina, mimo że jesz­cze w sierp­niu 1942 r. chwa­liła ZSRR za likwi­da­cję anty­se­mi­ty­zmu i trafną poli­tykę naro­do­wo­ściową4. Rela­cje Davida Rous­seta oraz Pola­ków, któ­rzy prze­szli przez radziec­kie obozy, rady­kal­nie zmie­niły jej ocenę poli­tyki Sta­lina, uwy­pu­kla­jąc zasad­ni­czą zbież­ność form i metod rzą­dze­nia zasto­so­wa­nych przez nazi­stów i bol­sze­wi­ków u wła­dzy. Wzmac­niały tę wizję wyda­rze­nia roz­gry­wa­jące się współ­cze­śnie w świeżo zdo­mi­no­wa­nych przez komu­ni­stów kra­jach Europy Środ­kowo-Wschod­niej. Pisa­niu tej czę­ści pracy towa­rzy­szyły nasi­la­jące się oznaki zim­nej wojny. Autorka okre­ślała teraz książkę jako "histo­rię tota­li­ta­ry­zmu" i osta­tecz­nie zde­cy­do­wała się na tytuł The Ori­gins of Tota­li­ta­ria­nism, akcen­tu­jący gene­tyczną stronę pro­blemu; nie była jed­nak z niego w pełni zado­wo­lona. Brzmiał zbyt aka­de­micko i sucho, przy­wo­dząc na myśl gło­śne dzieło Dar­wina The Ori­gins of Spe­cies (O powsta­wa­niu gatun­ków), fał­szy­wie suge­ro­wał stan­dar­dowe podej­ście histo­ryczne, mimo że duża część roz­prawy poświę­cona była ana­li­zie współ­cze­sno­ści; nie sygna­li­zo­wał jej nowa­tor­stwa for­mal­nego i meto­do­lo­gicz­nego, zwłasz­cza zaś jej filo­zo­ficzno-moral­nego wymiaru. Nie­przy­pad­kowo wydawca angiel­ski zde­cy­do­wał się na tytuł The Bur­den of Our Time, który akcen­to­wał tę wła­śnie stronę dzieła.

Kło­poty z tytu­łem nie były jedy­nym pro­ble­mem, z któ­rym bory­kać się musiała autorka. Nie­sza­blo­nowe uję­cie tematu i bez­ce­re­mo­nialne trak­to­wa­nie aktu­al­nych kwe­stii poli­tycz­nych spra­wiło, że książka, oddana w pośpie­chu do druku wio­sną 1950 r., z tru­dem toro­wała sobie drogę do czy­tel­ni­ków. Bostoń­ska ofi­cyna, do któ­rej zwró­ciła się pier­wot­nie Arendt, odrzu­ciła maszy­no­pis za radą swo­ich har­wardz­kich recen­zen­tów. Na szczę­ście wię­cej zro­zu­mie­nia oka­zała firma Har­co­urt, Brace and Co. Podob­nie było w Euro­pie - zna­le­zie­nie nie­miec­kiego wydawcy zabrało cały rok, we Fran­cji zaś, gdzie mody inte­lek­tu­alne dyk­to­wała lewica, oka­zało się to w ogóle nie­moż­liwe; dopiero w latach sie­dem­dzie­sią­tych uka­zały się tam tłu­ma­cze­nia tomu pierw­szego i trze­ciego.

Pierw­sze wyda­nie Korzeni tota­li­ta­ry­zmu z 1951 r. różni się nieco od wer­sji osta­tecz­nej (wyda­nie III z 1966 r.), na któ­rej oparta jest edy­cja pol­ska: poszcze­gólne czę­ści nie były poprze­dzone odręb­nymi wstę­pami, a bez­po­śred­nio po roz­dziale XII nastę­po­wały Uwagi koń­cowe, wyeli­mi­no­wane w wyda­niach póź­niej­szych; par­tie poświę­cone ana­li­zie impe­ria­li­zmu oraz tota­li­ta­ry­zmu nie były tak roz­bu­do­wane jak w wer­sji z 1966 r. Nie­mniej jed­nak już to pierw­sze wyda­nie zawiera te wszyst­kie skład­niki, które prze­są­dziły o nie­zwy­kłej repu­ta­cji książki: połą­cze­nie nowa­tor­skiej ana­lizy histo­rycz­nej z pro­ble­ma­tyką filo­zo­ficzną i etyczną doby współ­cze­snej; odrzu­ce­nie wygod­nych obie­go­wych sądów utrud­nia­ją­cych dotar­cie do prawdy; ory­gi­nalne, choć nie wyło­żone wprost zało­że­nia meto­do­lo­giczne. Jak tylu innych "mistrzów podej­rzeń" ostat­nich stu­leci Han­nah Arendt zakłada, że istota rze­czy nie pokrywa się z ich zewnętrz­nym wyglą­dem. Byt kryje się za zja­wi­skiem5. Sztuka inter­pre­ta­cji, dotar­cie do prawdy polega na odrzu­ce­niu zwod­ni­czych pozo­rów, albo­wiem "uda­wa­nie i zamie­rzone zwo­dze­nie ze strony wyko­nawcy, jak też złu­dze­nie i błąd ze strony obser­wa­tora sta­no­wią nie­uchronny moment całej sytu­acji"6.

W tym zaglą­da­niu pod powierzch­nię zja­wisk oprócz rze­tel­nej wie­dzy nie­zbędna jest wyobraź­nia, a także wraż­li­wość moralna. W efek­cie drobny nawet szcze­gół, cha­rak­te­ry­styczny cytat czy odle­głe sko­ja­rze­nie lite­rac­kie stać się mogą punk­tem wyj­ścia obszer­nych wywo­dów pro­wa­dzą­cych do daleko idą­cych uogól­nień. Ich celem nie jest by­naj­mniej two­rze­nie wiel­kich sys­te­mów ani pro­sta rekon­struk­cja fak­tów, lecz samo zro­zu­mie­nie roz­pa­try­wa­nych kwe­stii. W nie­miec­kiej tra­dy­cji filo­zo­ficz­nej ozna­cza to zwy­kle ich myślowe "prze­zwy­cię­że­nie"; dla Arendt zro­zu­mie­nie jakie­goś zja­wiska wymaga uświa­do­mie­nia sobie i prze­ana­li­zo­wa­nia jego wszel­kich kon­se­kwen­cji, przede wszyst­kim w sfe­rze poli­tycz­nej i etycz­nej. Jej podej­ście jest więc zde­cy­do­wa­nie odmienne od typo­wego podej­ścia histo­ry­ków sta­ra­ją­cych się odtwo­rzyć genezę i chro­no­lo­gię wyda­rzeń sytu­owa­nych w łań­cu­chach przy­czy­nowo-skut­ko­wych.

W wyja­śnia­niu histo­rycz­nym autorka dopa­truje się uspra­wie­dli­wia­nia, ponie­waż suge­ruje ono cią­gły i konieczny cha­rak­ter wyda­rzeń pro­wa­dzą­cych do teraź­niej­szo­ści. "Przy­czy­no­wość, czyli taki zde­ter­mi­no­wany ciąg wyda­rzeń, w któ­rym zawsze jedno zda­rze­nie powo­duje inne i może być przez nie wytłu­ma­czone, jest praw­do­po­dob­nie kate­go­rią zupeł­nie obcą i fał­szywą w dzie­dzi­nie nauk histo­rycz­nych i poli­tycz­nych - twier­dzi w wykła­dach z 1954 r. - Skład­niki tota­li­ta­ry­zmu two­rzą jego źró­dła, jeśli przez źró­dła nie rozu­miemy "przy­czyn". Same w sobie skład­niki praw­do­po­dob­nie ni­gdy niczego nie powo­dują. Stają się źró­dłami wyda­rzeń, jeśli ule­gają kry­sta­li­za­cji w okre­ślo­nych osta­tecz­nych for­mach. Wtedy i tylko wtedy możemy tro­pić ich dzieje wstecz. Wyda­rze­nie rzuca świa­tło na swą prze­szłość, ale nie daje się z niej ni­gdy wyde­du­ko­wać"7.

Jak wyja­śnia Han­nah Arendt w listach do Mary Under­wood, tymi "skry­sta­li­zo­wa­nymi" skład­ni­kami doj­rza­łego impe­ria­li­zmu raso­wego (czyli tota­li­ta­ry­zmu) są takie czyn­niki, jak anty­se­mi­tyzm, rasizm, upa­dek pań­stwa naro­do­wego, idea eks­pan­sji w imię eks­pan­sji, sojusz kapi­tału z motło­chem. Każdy z nich prze­sła­nia istotne, a nie­roz­strzy­gnięte pro­blemy epoki: za anty­se­mi­tyzmem kryje się kwe­stia żydow­ska, za rasi­zmem - roz­wój "ple­mien­nego nacjo­na­li­zmu" roz­bi­ja­ją­cego poczu­cie jed­no­ści rodzaju ludz­kiego; upa­dek pań­stwa naro­do­wego jest prze­ja­wem zała­ma­nia się dotych­cza­so­wej orga­ni­za­cji naro­dów euro­pej­skich oraz oświe­ce­nio­wej kon­cep­cji praw czło­wieka; eks­pan­sja w imię eks­pan­sji prze­sła­nia zagad­nie­nie orga­ni­za­cji świata na skalę glo­balną, przed któ­rym sta­nęli Euro­pej­czycy w dru­giej poło­wie XIX wieku8. Naro­dowy socja­lizm staje się w takim uję­ciu swo­istym roz­wią­za­niem auten­tycz­nych pro­ble­mów; roz­wią­za­niem strasz­li­wym i fał­szy­wym, ale prze­cież na swój spo­sób logicz­nym.

Stresz­cza­nie w tym miej­scu poglą­dów wyra­żo­nych w Korze­niach tota­li­ta­ry­zmu nie wydaje się potrzebne. Czy­tel­nik może je sobie z łatwo­ścią odtwo­rzyć zagłę­bia­jąc się po pro­stu w lek­turę. Nato­miast warto uświa­do­mić sobie, co nowego poglądy te wno­siły do toczo­nych wów­czas dys­ku­sji. Jeśli przy­jęto je, zwłasz­cza w Euro­pie, z mie­sza­nymi uczu­ciami, to nie tyle ze względu na ich mery­to­ryczną zasad­ność, co z powodu pły­ną­cych z nich wnio­sków, sprzecz­nych z domi­nu­ją­cym nur­tem opi­nii publicz­nej. Wbrew roz­po­wszech­nio­nej w kra­jach zwy­cię­skiej koali­cji tezie o zbio­ro­wej odpo­wie­dzial­no­ści narodu nie­miec­kiego, pozwa­la­ją­cej pozo­sta­łym naro­dom zacho­wać dobre samo­po­czu­cie i prze­ko­na­nie o wła­snej wyż­szo­ści moral­nej, Han­nah Arendt inter­pre­to­wała faszyzm jako "zbio­rowy wstyd ludz­ko­ści", nawet Żydów - naj­cię­żej prze­zeń doświad­czo­nych - czy­niła w jakimś stop­niu współ­od­po­wie­dzial­nymi za jego powsta­nie. Pier­wot­nie zamie­rzała nawet umie­ścić w książce roz­dział poświę­cony kry­tycz­nej ana­li­zie współ­cze­snego syjo­ni­zmu i postaw wpły­wo­wych śro­do­wisk żydow­skich pod­czas II wojny świa­to­wej. Dopiero ataki na powsta­jące pań­stwo izra­el­skie skło­niły ją do rezy­gna­cji z tego pomy­słu. Tezy jej książki zostały ode­brane jako próba zdję­cia z Niem­ców odpo­wie­dzial­no­ści za zbrod­nie wojenne, a prze­cież nie tego ocze­ki­wano od nie­miec­kiej Żydówki o zde­cy­do­wa­nie anty­fa­szy­stow­skiej prze­szło­ści. W sześć lat po woj­nie opi­nia publiczna naj­wy­raź­niej nie była jesz­cze przy­go­to­wana do bez­na­mięt­nej ana­lizy zja­wi­ska, oddzie­la­ją­cej infor­ma­cje od ocen i rezy­gnu­ją­cej z wygod­nej wizji faszy­zmu jako zbio­ro­wego przej­ścio­wego sza­leń­stwa milio­nów.

Wpraw­dzie już w 1942 r. Franz Neu­mann akcen­to­wał wewnętrzną logikę sys­te­mów tota­li­tar­nych, ale tam, gdzie dopa­try­wał się on ręki "Behe­mota", Arendt dostrze­gała kon­se­kwen­cje głę­bo­kich prze­obra­żeń spo­łecz­nych i ide­olo­gicz­nych ostat­nich stu­leci. Spe­cy­fika i zara­zem nowa­tor­stwo jej uję­cia polega na pre­zen­ta­cji skom­pli­ko­wa­nych zja­wisk, w rodzaju anty­se­mi­ty­zmu czy impe­ria­li­zmu, jako skutku ubocz­nego zmian zacho­dzą­cych w samym sys­te­mie spo­łecz­nym, w skom­pli­ko­wa­nej sieci powią­zań łączą­cych roz­ma­ite war­stwy i grupy spo­łe­czeń­stwa. W tej fine­zyj­nej ana­li­zie powsta­wa­nia i roz­padu pań­stwa naro­do­wego istotną rolę przy­pi­suje się - obok czyn­ni­ków natury socjo­lo­gicz­nej - czyn­ni­kom psy­cho­lo­gicz­nym, rzeź­bią­cym świa­do­mość zbio­rową. Anty­se­mi­tyzm oka­zuje się tu czymś zgoła nie­przy­pad­ko­wym, co nie zna­czy, że nie­uchron­nym. To efekt braku iden­ty­fi­ka­cji coraz szer­szych warstw spo­łe­czeń­stwa z pań­stwem naro­do­wym w okre­sie male­ją­cej przy­dat­no­ści samych Żydów i grup tra­dy­cyj­nie ich wspie­ra­ją­cych. W porów­na­niu z teo­rią "kozła ofiar­nego" czy z kon­cep­cją "wie­czy­stego anty­se­mi­ty­zmu" wyja­śnie­nie to ma wiele zalet, lecz nie uśmie­rza wszel­kich wąt­pli­wo­ści. Pomija prze­cież zupeł­nym mil­cze­niem ist­nie­nie odręb­nego pod wzglę­dem cha­rak­teru żydo­stwa środ­kowo-wschod­nio­eu­ro­pej­skiego i nie tłu­ma­czy, dla­czego na tych tere­nach - o tak odmien­nej struk­tu­rze kla­so­wej i etnicz­nej, gdzie pań­stwo naro­dowe w sen­sie zachod­nim prak­tycz­nie ni­gdy nie powstało, a zwią­zek Żydów z wła­dzą był znacz­nie słab­szy - wro­gość do Żydów nara­stała w podob­nym ryt­mie.

Mecha­nizm impe­ria­li­zmu uka­zany w czę­ści dru­giej ma ana­lo­giczne zalety i wady co wcze­śniej­sza ana­liza anty­se­mi­ty­zmu. Jest ory­gi­nalny, wie­lo­wąt­kowy i misterny, lecz zara­zem nie w pełni prze­ko­ny­wa­jący. Kapry­śny dobór źró­deł i ich dość swo­bodna inter­pre­ta­cja, nacisk poło­żony na tek­sty lite­rac­kie, pole­ro­wa­nie dru­go­rzęd­nych nie­kiedy szcze­gó­łów przy jed­no­cze­snym pomi­ja­niu spraw zasad­ni­czych - wszystko to przy­po­mina nam raz jesz­cze, że mamy tu do czy­nie­nia nie ze stan­dar­dową pracą histo­ryczną docho­wu­jącą wier­no­ści sztyw­nym regu­łom postę­po­wa­nia badaw­czego, ale z nie­kon­wen­cjo­nalną i bły­sko­tliwą ana­lizą opartą w dużym stop­niu na intu­icji. Suge­stywny obraz, jaki rysuje Han­nah Arendt, wydaje się więc nieco dowolny i nie­kom­pletny.

Opi­sy­wane przez nią zja­wi­ska, takie jak poli­tyczne usa­mo­dziel­nia­nie się bur­żu­azji, sojusz motło­chu z kapi­ta­łem, myśle­nie w kate­go­riach rasy, powsta­nie ruchów ponadna­ro­do­wych, osła­bie­nie tra­dy­cyj­nej kon­cep­cji praw czło­wieka skła­dają się nie­wąt­pli­wie na pej­zaż poli­tyczny epoki cha­rak­te­ry­zu­ją­cej się zaostrzoną rywa­li­za­cją mocarstw, która otrzy­mała miano impe­ria­li­stycz­nej, nie­mniej jed­nak ryzy­kowne byłoby twier­dze­nie, że cał­ko­wi­cie ją wyja­śniają. Nie jest to bowiem lista kom­pletna ani w pełni uka­zu­jąca sto­pień waż­no­ści poszcze­gól­nych czyn­ni­ków. Rzu­ca­jąc snop świa­tła na nie­które moty­wa­cje, pozo­stałe pozo­sta­wia pisarka w pół­mroku.

Auto­rzy wyda­nych póź­niej prac na temat impe­ria­li­zmu sto­sun­kowo rzadko powo­łują się na poglądy zawarte w dru­giej czę­ści trój­k­sięgu, a jesz­cze rza­dziej posłu­gują się użytą w nim ter­mi­no­lo­gią. Tylko nie­liczni spo­śród nich apro­bują tak ostre wyod­ręb­nie­nie epoki mię­dzy rokiem 1884 a koń­cem I wojny świa­to­wej jako zasad­ni­czo odmien­nej od poprzed­nich. Trudno wszakże odmó­wić pisarce racji, gdy poka­zuje, jak poli­tyczne aspi­ra­cje trium­fu­ją­cego miesz­czań­stwa, pod­chwy­cone przez motłoch i sko­ja­rzone z filo­zo­fią poli­tyczną Hob­besa oraz nawy­ko­wym myśle­niem w kate­go­riach ras, dopro­wa­dziły do znisz­cze­nia sta­bil­nego sys­temu par­tyj­nego i samego pań­stwa naro­do­wego, sta­no­wią­cego pod­stawę dzie­więt­na­sto­wiecz­nej cywi­li­za­cji euro­pej­skiej, i tym samym uto­ro­wały drogę tota­li­ta­ry­zmowi.

Cokol­wiek powie­dzie­li­by­śmy o zale­tach i wadach tak kon­stru­owa­nej wizji impe­ria­li­zmu i anty­se­mi­ty­zmu, nie ulega wąt­pli­wo­ści, że to nie im zawdzię­cza książka swą sławę i popu­lar­ność. Bez czę­ści trze­ciej, poświę­co­nej inter­pre­ta­cji dwu­dzie­sto­wiecz­nego tota­li­ta­ry­zmu, trak­to­wa­nego jako zwień­cze­nie wcze­śniej zary­so­wa­nych prze­mian, pamię­ta­łoby dziś o niej jedy­nie wąskie grono spe­cja­li­stów. Tra­giczne wyda­rze­nia roz­gry­wa­jące się nie­dawno przed oczyma Euro­pej­czy­ków zna­la­zły dzięki Han­nah Arendt fra­pu­jące wyja­śnie­nie, odwo­łu­jące się do naj­now­szych zdo­by­czy nauk spo­łecz­nych i opa­trzone przej­mu­ją­cym filo­zo­ficz­nym komen­ta­rzem.

Klu­czowa dla całej kon­struk­cji kon­cep­cja tota­li­ta­ry­zmu nie była by­naj­mniej jej wła­snym pomy­słem. Poja­wiła się wszak już w 1925 roku w prze­mó­wie­niach samego Mus­so­li­niego oraz jego nadwor­nego filo­zofa - Gio­van­niego Gen­tile. Obwiesz­cza­jąc z dumą powsta­nie lostato tota­li­ta­rio, ide­olo­dzy wło­skiego kor­po­ra­cjo­ni­zmu nie mieli wąt­pli­wo­ści, że otwie­rają nową wspa­niałą epokę w dzie­jach ludz­ko­ści. Ruch faszy­stow­ski ze swą totalną kon­cep­cją życia (la con­ce­zione totale della vita) opa­no­wał pań­stwo wło­skie nada­jąc mu nowy, z gruntu odmienny cha­rak­ter. "Faszyzm trak­tuje pań­stwo jako praw­dziwą rze­czy­wi­stość jed­nostki (...) dla faszy­sty wszystko jest pań­stwem i nie ist­nieje nic - ludz­kiego czy ducho­wego - nic, co mia­łoby jakąś war­tość, poza Pań­stwem. W tym sen­sie faszyzm jest tota­li­tarny" - gło­sił wódz ruchu w 1932 roku9. W Niem­czech przy­miot­nik totalitär - syno­nim total­nej mobi­li­za­cji - pro­pa­go­wali mię­dzy innymi pisarz Ernst Jünger i słynny teo­re­tyk prawa Carl Schmitt, ale wysocy funk­cjo­na­riu­sze III Rze­szy posłu­gi­wali się nim raczej rzadko. Hitler napo­my­kał spo­ra­dycz­nie o "tak zwa­nym pań­stwie tota­li­tar­nym", jed­nakże, w prze­ci­wień­stwie do duce, wyraź­nie pre­fe­ro­wał sfor­mu­ło­wa­nie "pań­stwo auto­ry­tarne".

Dla prze­ciw­ni­ków Mus­so­li­niego słowo tota­li­ta­ryzm od początku brzmiało zło­wiesz­czo. Posłu­gi­wali się nim zatem głów­nie po to, aby pod­kre­ślić swój jed­no­znacz­nie nega­tywny sto­su­nek do nowego ustroju. W takim zabar­wie­niu emo­cjo­nal­nym ope­ro­wał tym poję­ciem np. Luigi Stu­rzo (Italy and Fascism, Lon­don 1926), a potem inni czo­łowi libe­ra­ło­wie kon­ty­nen­talni. W słow­nic­twie nauko­wym więk­szo­ści języ­ków euro­pej­skich, nie wyłą­cza­jąc rosyj­skiego, ter­min tota­li­ta­ryzm zado­mo­wił się na dobre dopiero w końcu lat trzy­dzie­stych, wyra­ża­jąc kry­tyczny sto­su­nek do sys­temu rzą­dów panu­ją­cych we Wło­szech i w Niem­czech. Spo­ra­dycz­nie posił­ko­wano się nim rów­nież w odnie­sie­niu do ZSRR. Na zasta­na­wia­jące podo­bień­stwo Związku Radziec­kiego do państw faszy­stow­skich wska­zy­wali m.in. Hans Kohn, Rudolf Hil­fer­ding czy Leon Trocki. W Pol­sce już w 1928 r. praw­nik Maciej Sta­rzew­ski pisał o pań­stwach "total­nych", mając na myśli Rosję Radziecką, Wło­chy oraz Tur­cję rzą­dzoną przez Kemala10. Jed­nak w publi­ka­cjach przed­wo­jen­nych kon­tury zna­cze­niowe nowego poję­cia ryso­wały się nader mgli­ście. Her­mann Rau­sch­ning, były dygni­tarz hitle­row­ski, w opu­bli­ko­wa­nej w 1939 r. pracy, uwa­ża­nej za pierw­szą próbę nauko­wej ana­lizy nie­miec­kiego faszy­zmu, trak­tuje nowy sys­tem rzą­dów jako "rewo­lu­cję nihi­li­zmu", nie dopa­tru­jąc się w nim żad­nych tre­ści pozy­tyw­nych. Zde­cy­do­wana więk­szość bada­czy nie­miec­kich, któ­rzy zna­leźli schro­nie­nie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, kon­cen­tro­wała uwagę na psy­cho­lo­gicz­nych aspek­tach pro­blemu (teo­ria "oso­bo­wo­ści auto­ry­tar­nej" The­odora Adorno, "ucieczka od wol­no­ści" Eri­cha Fromma, prace Wil­helma Reicha, Abra­hama Maslowa, Her­berta Mar­cuse i Bruno Bet­tel­he­ima). Jedy­nie Franz Leopold i Sieg­mund Neu­man­no­wie gotowi byli roz­pa­try­wać pań­stwo totalne w kate­go­riach wypra­co­wa­nych przez socjo­lo­gię i poli­to­lo­gię, toteż oni dopiero wypeł­nili poję­cie tota­li­ta­ry­zmu kon­kretną tre­ścią.

Pierw­sze wyda­nie Behe­mo­tha F.L. Neu­manna, odsła­nia­jące "struk­turę i prak­tykę naro­do­wego socja­li­zmu", uka­zało się w 1942 roku. O ile Carl Schmitt czy Eric Voege­lin roz­pa­try­wali pań­stwo tota­li­tarne jako czy­sto teo­re­tyczną moż­li­wość anty­li­be­ral­nego sys­temu rzą­dów, zno­szą­cego roz­dział mię­dzy spo­łe­czeń­stwem a pań­stwem dzięki mobi­li­za­cji poli­tycz­nej wszyst­kich oby­wa­teli, o tyle Neu­mann nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści, że kon­cep­cja ta zna­la­zła już w III Rze­szy prak­tyczne urze­czy­wist­nie­nie. Inter­pre­tuje on faszyzm jako swo­isty "impe­ria­lizm spo­łeczny" oparty na tota­li­tarnej gospo­darce mono­po­li­stycz­nej. W naro­do­wym socja­li­zmie widzi nie ide­olo­gię, lecz "nową formę bytu spo­łecz­nego", w któ­rej par­tia posia­da­jąca mono­pol wła­dzy rzą­dzi amor­ficz­nymi masami sto­su­jąc prze­moc fizyczną i duchową (wszech­obecna pro­pa­ganda). Kul­tura spro­wa­dza się do pro­pa­gandy; tre­ści ide­owe, zmienne i nie­istotne, są nie­ro­ze­rwal­nie sple­cione z ter­ro­rem.

Han­nah Arendt prze­jęła i roz­wi­nęła wiele z tych poglą­dów. I ona pod­kre­śla zwią­zek pro­pa­gandy z ter­ro­rem, brak pro­gramu poli­tycz­nego, bez­kształt­ność orga­ni­za­cyjną; w podobny spo­sób - umie­jęt­no­ścią zor­ga­ni­zo­wa­nia zato­mi­zo­wa­nych uprzed­nio mas - tłu­ma­czy suk­cesy ruchów tota­li­tar­nych. Na tym koń­czą się jed­nak podo­bień­stwa. Poję­ciu tota­li­ta­ry­zmu nadaje bowiem uczen­nica Heideg­gera sens szer­szy i nieco odmienny. Mie­ści się w nim rów­nie dobrze Zwią­zek Radziecki pod rzą­dami Sta­lina, jak pań­stwo Hitlera. Źró­deł nowego stylu rzą­dze­nia, pora­ża­ją­cego obser­wa­to­rów rów­nie sku­tecz­nym co bez­względ­nym likwi­do­wa­niem spo­łe­czeń­stwa oby­wa­tel­skiego oraz wszel­kich form auto­no­mii jed­no­stek wobec pań­stwa, doszu­kuje się ona w kon­dy­cji czło­wieka współ­cze­snego. Sil­niej niż poprzed­nicy akcen­tuje rolę anty­se­mi­ty­zmu i czyn­ni­ków natury psy­cho­lo­gicz­nej, jed­nak nie te ele­menty sta­no­wią o ory­gi­nal­no­ści jej kon­cep­cji. Klu­czem do zro­zu­mie­nia "strasz­li­wego nowa­tor­stwa" tota­li­ta­ry­zmu czyni obozy kon­cen­tra­cyjne, widząc w nich labo­ra­to­ria total­nego pano­wa­nia pra­cu­jące nad zmianą samej istoty czło­wie­czeń­stwa. Tam wła­śnie ujaw­niać się miało naj­wy­raź­niej "rady­kalne zło" nowych sys­te­mów. Tak ujmo­wany tota­li­ta­ryzm jest zja­wi­skiem stop­nio­wal­nym i odwra­cal­nym - zależ­nym od skali zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wa­nego ter­roru jako głów­nej metody rzą­dze­nia. III Rze­sza stała się w pełni tota­li­tarna dopiero w końcu lat trzy­dzie­stych, Rosja Radziecka po roku 1928 i tylko do śmierci Sta­lina. Oba wcie­le­nia upodob­nia do sie­bie nie tylko kult wodza i wszech­wła­dza taj­nej poli­cji, lecz także ich para­dok­salny cha­rak­ter: "mon­stru­alne kłam­stwo", leżące u pod­łoża tych sys­te­mów, powo­duje zagu­bie­nie się głów­nych akto­rów w stwo­rzo­nym przez nich świe­cie pozo­rów.

Swej spe­cy­ficz­nej wizji tota­li­ta­ry­zmu, odmien­nej i od Orwel­low­skiej "kon­troli myśli"11, i od "per­ma­nent­nej rewo­lu­cji" Sieg­munda Neu­manna12, bro­niła autorka Man in Dark Times prak­tycz­nie do końca życia, acz­kol­wiek zwięk­sza­jący się dystans cza­sowy i spory wokół klu­czo­wego poję­cia przy­czy­niły się do mody­fi­ka­cji pew­nych jej ele­men­tów. Zarzuty pod adre­sem Korzeni tota­li­ta­ry­zmu doty­czyły począt­kowo prze­sad­nego deter­mi­ni­zmu i ulo­gicz­nie­nia wywodu, inwa­zji hipo­staz, dopa­try­wa­nia się super­sensu w doraź­nych posu­nię­ciach dyk­to­wa­nych koniecz­no­ścią pomi­nię­cia duchowo-reli­gij­nych aspek­tów zerwa­nia z tra­dy­cją kul­tury euro­pej­skiej. Kry­ty­ko­wano zawartą w dziele wizję histo­ryczną suge­ru­jącą odpo­wie­dzial­ność miesz­czań­skiej libe­ral­nej Europy za póź­niej­szy roz­wój wyda­rzeń, prze­ko­na­nie, że pre­sja zewnętrzna może zmie­nić naturę istot ludz­kich jako gatunku, brak dosta­tecz­nego uza­sad­nie­nia tezy o struk­tu­ral­nym podo­bień­stwie hitle­ry­zmu i sta­li­ni­zmu.

Ten ostatni zarzut, wyni­ka­jący ze znacz­nej prze­wagi ilo­ścio­wej mate­ria­łów poświę­co­nych Niem­com, wydał się Han­nah Arendt na tyle istotny, że z począt­kiem 1952 r. przy­stą­piła do pracy nad książką obra­zu­jącą inte­lek­tu­alne i histo­ryczne źró­dła bol­sze­wi­zmu. W miarę wcho­dze­nia w tę pro­ble­ma­tykę jej uwagę coraz bar­dziej przy­ku­wał sam mark­sizm i tra­dy­cja myśle­nia, która go zro­dziła. Pod­czas gdy pisząc swoje opus magnum zde­cy­do­wała się na ana­lizę socjo­po­li­tyczną, prze­ko­nana, że filo­zo­fia euro­pej­ska nie jest w sta­nie upo­rać się z ist­nie­niem "rady­kal­nego zła", to teraz wyzbyła się tych obaw i wła­śnie filo­zo­ficzna strona zagad­nie­nia pocią­gała ją coraz bar­dziej. W efek­cie zamiast "mark­si­stow­skich ele­men­tów tota­li­ta­ry­zmu" powstała seria ese­jów, która zło­żyła się na tom The Human Con­di­tion, zawie­ra­jący pod­sta­wowe dla myśli Arendt roz­róż­nie­nie mię­dzy vita activa a vita con­tem­pla­tiva i mię­dzy tym, co spo­łeczne, a tym, co poli­tyczne. Pro­duk­tem ubocz­nym tego tomu był wszakże szkic o ide­olo­gii i ter­ro­rze, który w kolej­nych wyda­niach Korzeni uzu­peł­nił ana­lizę tota­li­ta­ry­zmu; szkic pod­kre­śla­jący nowa­tor­stwo, wewnętrzną logikę, ale i samo­de­struk­tyw­ność rzą­dów opar­tych na kłam­stwie sko­ja­rzo­nym z ter­ro­rem.

Dal­sze uzu­peł­nie­nia książki były następ­stwem udziału autorki w zor­ga­ni­zo­wa­nej w Bosto­nie, pod auspi­cjami Ame­ri­can Aca­demy of Arts and Scien­ces, spe­cjal­nej kon­fe­ren­cji poświę­co­nej zja­wi­sku tota­li­ta­ry­zmu. Kon­fe­ren­cja ta zbie­gła się przy­pad­kowo w cza­sie ze śmier­cią Sta­lina i fakt ten zacią­żył w poważ­nej mie­rze nad prze­bie­giem obrad. Zmianę w nasta­wie­niu do ZSRR wpły­wo­wych kół ame­ry­kań­skiej opi­nii publicz­nej dobit­nie ilu­stro­wał brak spo­rów o istotę bol­sze­wi­zmu. Czter­na­ście lat wcze­śniej, kiedy kon­fe­ren­cja ame­ry­kań­skich filo­zo­fów usank­cjo­no­wała osta­teczne wej­ście nowego poję­cia do języka nauk spo­łecz­nych, 400 wybit­nych przed­sta­wi­cieli świata nauki i kul­tury potra­fiło pro­te­sto­wać na łamach "New York Timesa" prze­ciwko zali­cze­niu Związku Radziec­kiego przez Johna Deweya do grona reżi­mów tota­li­tar­nych13; teraz jed­nak, po rewe­la­cjach gen. Kri­wic­kiego i książ­kach roz­cza­ro­wa­nych komu­ni­stów, po dłu­go­trwa­łej kam­pa­nii sena­tora Mc Car­thy'ego, dys­ku­sje doty­czyły jedy­nie spo­sobu rozu­mie­nia tej nazwy.

Han­nah Arendt opo­wia­dała się raczej za inter­pre­ta­cją poli­tyczną, pozwa­la­jącą odróż­nić tota­li­ta­ryzm od tra­dy­cyj­nej dyk­ta­tury. Sta­now­czo odrzu­cała pogląd, jakoby nazizm bądź sta­li­nizm sta­no­wiły zastęp­czą "świecką reli­gię". Kła­dła nacisk na zmien­ność i dyna­mikę tych sys­te­mów. Nic dziw­nego, że na wyda­rze­nia roku 1956 zare­ago­wała poli­to­lo­gicz­nym ese­jem Reflek­sje o rewo­lu­cji węgier­skiej, ana­li­zu­ją­cym zmiany, jakie zaszły w Związku Radziec­kim i kra­jach sate­lic­kich po śmierci Sta­lina. Tekst ten włą­czony został - jako epi­log - do dru­giego wyda­nia Korzeni tota­li­ta­ry­zmu z 1958 r., jed­nak szybka dez­ak­tu­ali­za­cja jego tre­ści spra­wiła, że pomi­nięto go w kolej­nym wyda­niu.

Tym, co w Reflek­sjach zasłu­guje na szcze­gólną uwagę, nie jest by­naj­mniej ana­liza reform zapo­cząt­ko­wa­nych przez Chrusz­czowa, ale hołd zło­żony buda­pesz­teń­skim powstań­com ucie­le­śnia­ją­cym triumf prawdy nad meto­dycz­nym kłam­stwem, przede wszyst­kim zaś - fascy­na­cja kon­cep­cją rad robot­ni­czych. Jeśli w 1951 r. całą, nie­śmiałą zresztą, nadzieję na prze­zwy­cię­że­nie destruk­tyw­nych sił naszej epoki pokła­dała Arendt w kon­cep­cji przy­ja­znych sto­sun­ków mię­dzy naro­dami Europy (Euro­pean comity of nations), to teraz, obser­wu­jąc spon­ta­niczne rodze­nie się na Węgrzech form przed­sta­wi­ciel­skich, wła­śnie w radach dostrze­gła alter­na­tywę ist­nie­ją­cego sys­temu par­tyj­nego i zabez­pie­cze­nie na przy­szłość przed syre­nim gło­sem moni­stycz­nych ide­olo­gii. Pogląd ten zna­lazł póź­niej wyraz w zain­te­re­so­wa­niu kon­cep­cjami teo­re­tycz­nymi Róży Luk­sem­burg (rady robot­ni­cze i spon­ta­niczna rewo­lu­cja), w popar­ciu udzie­lo­nym ruchowi oby­wa­tel­skiego nie­po­słu­szeń­stwa w Sta­nach Zjed­no­czo­nych w okre­sie wojny wiet­nam­skiej czy w entu­zja­stycz­nej apro­ba­cie demo­kra­cji ame­ry­kań­skiej opar­tej na peł­nej swo­bo­dzie zrze­sza­nia się i dzia­ła­nia w celach poli­tycz­nych.

Prze­ła­ma­nie pesy­mi­stycz­nych obaw, że reżimy tota­li­tarne są w sta­nie powo­do­wać nie­od­wra­calne zmiany w umy­słach swo­ich ofiar czy wręcz zmie­niać samą istotę czło­wie­czeń­stwa, widać naj­do­bit­niej w książce Eich­mann in Jeru­sa­lem (Eich­mann w Jero­zo­li­mie) z 1963 r., w któ­rej nieco meta­fi­zyczną kon­cep­cję "rady­kal­nego zła" zastą­piła zupeł­nie prze­ciw­stawną ideą "banal­no­ści zła".

Od roku 1955 aż do śmierci w grud­niu 1975 r. Arendt pro­wa­dziła wykłady i semi­na­ria na czo­ło­wych uczel­niach ame­ry­kań­skich (m.in. Prin­ce­ton Uni­ver­sity, Colum­bia Uni­ver­sity, Chi­cago Uni­ver­sity i od 1967 r. New School for Social Rese­arch w Nowym Jorku). Zaję­cia te, przede wszyst­kim zaś kon­takty ze stu­den­tami, przy­czy­niły się do wzmo­żo­nego zain­te­re­so­wa­nia pisarki życiem poli­tycz­nym kraju. Uwi­docz­niło się to szcze­gól­nie wyraź­nie w publi­ka­cjach z prze­łomu lat sześć­dzie­sią­tych i sie­dem­dzie­sią­tych. Eks­cen­tryczne, nie­kiedy krań­cowe opi­nie na tematy budzące powszechne zain­te­re­so­wa­nie (np. bar­dzo kry­tyczna ocena przy­mu­so­wego dowo­że­nia bia­łej i kolo­ro­wej mło­dzieży do wspól­nych szkół - akcji sta­no­wią­cej trzon kam­pa­nii prze­ciwko dys­kry­mi­na­cji raso­wej pro­wa­dzo­nej przez admi­ni­stra­cję Ken­nedy'ego i John­sona) wypo­wia­dane tonem apo­dyk­tycz­nym anta­go­ni­zo­wały cza­sami znaczne odłamy opi­nii publicz­nej. Odbi­jało się to, siłą rze­czy, na repu­ta­cji Arendt i jej ksią­żek, ale dla powi­kła­nych losów samej kon­cep­cji tota­li­ta­ry­zmu nie miało więk­szego zna­cze­nia. Śro­do­wi­ska naukowe Sta­nów Zjed­no­czo­nych i Europy Zachod­niej (z wyjąt­kiem Fran­cji, gdzie w naukach spo­łecz­nych prym wie­dli mark­si­ści) kwe­stio­no­wały co prawda jej wywody za spe­ku­la­tyw­ność, lecz nie pod­wa­żały by­naj­mniej zasad­no­ści ter­mi­no­lo­gii, któ­rej uży­wała.

Klu­czowe poję­cie tota­li­ta­ry­zmu, spre­cy­zo­wane i sko­dy­fi­ko­wane w poło­wie lat pięć­dzie­sią­tych przez Carla Frie­dri­cha i Zbi­gniewa Brze­ziń­skiego, zro­biło wielką karierę, nie tylko w poli­to­lo­gii. Na "syn­drom tota­li­tarny" skła­dać się miały nastę­pu­jące ele­menty:

1) ide­olo­gia pań­stwowa - mono­po­li­styczna i obo­wią­zu­jąca dla wszyst­kich oby­wa­teli;

2) jedna masowa par­tia zor­ga­ni­zo­wana hie­rar­chicz­nie, sple­ciona z admi­ni­stra­cją pań­stwową;

3) siły zbrojne wraz z całym spo­łe­czeń­stwem cał­ko­wi­cie pod­po­rząd­ko­wane par­tii i biu­ro­kra­tom;

4) zmo­no­po­li­zo­wa­nie przez pań­stwo infor­ma­cji oraz środ­ków maso­wego prze­kazu;

5) fizyczny i psy­cho­lo­giczny ter­ror poli­cyjny jako jedna z głów­nych metod rzą­dze­nia;

6) scen­tra­li­zo­wane zarzą­dza­nie gospo­darką.

W zesta­wie tym ude­rza cał­ko­wite pomi­nię­cie roli cha­ry­zma­tycz­nego wodza, sto­no­wana ocena ter­roru i wymie­nie­nie na pierw­szym miej­scu czyn­nika ide­olo­gicz­nego. Auto­rzy kon­cep­cji syn­dromu naj­wy­raź­niej inspi­ro­wali się przede wszyst­kim rze­czy­wi­sto­ścią poli­tyczną ZSRR i kra­jów powo­jen­nej Europy Środ­kowo-Wschod­niej - jedy­nych speł­nia­ją­cych wów­czas powyż­sze kry­te­ria - nie zaś histo­rycz­nymi już realiami hitle­row­skich Nie­miec bądź Włoch Mus­so­li­niego. Wsku­tek tego nie­prze­wi­dziane przez nich zmiany zacho­dzące w obo­zie komu­ni­stycz­nym po śmierci Sta­lina pocią­gnęły za sobą zakwe­stio­no­wa­nie całej kon­cep­cji wraz z towa­rzy­szącą jej ter­mi­no­lo­gią. Odwilż w ZSRR oraz wyda­rze­nia węgier­skie i pol­skie z 1956 r. potrak­to­wane zostały przez kry­ty­ków tej kon­cep­cji jako nama­calny dowód błęd­no­ści przy­ję­tych zało­żeń. Wpływy tych kry­ty­ków stop­niowo wzra­stały, osią­ga­jąc apo­geum w epoce détente z pierw­szej połowy lat sie­dem­dzie­sią­tych, gdy w poli­to­lo­gii weszły w modę uję­cia plu­ra­li­styczne i nawet coraz mniej liczni zwo­len­nicy Frie­dri­cha i Brze­ziń­skiego rewi­do­wali pod tym kątem swoje zało­że­nia.

Zarzuty for­mu­ło­wane pod adre­sem "tota­li­ta­ry­stów" miały bar­dzo róż­no­rodny cha­rak­ter. Twier­dzono, że posłu­gują się bro­nią ide­olo­giczną, nie zaś ter­mi­nem nauko­wym posia­da­ją­cym jakieś empi­ryczne odnie­sie­nie; wyka­zy­wano podo­bień­stwo Hitlera czy Sta­lina do grec­kich tyra­nów bądź orien­tal­nych despo­tów zna­nych już w sta­ro­żyt­no­ści; kwe­stio­no­wano usta­wia­nie Chin Ludo­wych czy Związku Radziec­kiego w jed­nym sze­regu z III Rze­szą i faszy­stow­skimi Wło­chami, ze względu na huma­ni­styczny jakoby cha­rak­ter ide­olo­gii legi­ty­mi­zu­ją­cej pań­stwa komu­ni­styczne; ata­ko­wano uprosz­czoną dycho­to­mię demo­kra­cja-tota­li­ta­ryzm (odpo­wia­da­jącą podzia­łowi na spo­łe­czeń­stwo otwarte i zamknięte w ter­mi­no­lo­gii Karla R. Pop­pera), skoro ana­li­zo­wane reżimy cie­szyły się z reguły popar­ciem znacz­nej więk­szo­ści spo­łe­czeń­stwa. Pozy­cje kry­ty­ków osła­biał wszakże fakt, że nie mieli do zapro­po­no­wa­nia nic lep­szego: żad­nego innego poję­cia, które odno­si­łoby się do skraj­nych reform i metod spra­wo­wa­nia wła­dzy nie­za­leż­nie od towa­rzy­szą­cych im dekla­ra­cji ide­owych. Ter­min "pań­stwo faszy­stow­skie" usu­wał zupeł­nie z pola widze­nia kwe­stię rzą­dów o orien­ta­cji mark­si­stow­skiej, nato­miast próby ope­ro­wa­nia poję­ciem reżi­mów auto­ry­tar­nych w odnie­sie­niu do wszyst­kich kra­jów o ustro­jach nie­de­mo­kra­tycz­nych pro­wa­dziły do zacie­ra­nia pod­sta­wo­wych róż­nic mię­dzy nimi.

Potrzebę uści­śle­nia i rewi­zji sensu poję­cia tota­li­ta­ry­zmu dostrze­gali rów­nież jego zwo­len­nicy; w latach sześć­dzie­sią­tych zaczęto się nim bowiem posłu­gi­wać w nader dowol­nych kon­tek­stach. Nowa Lewica ata­ko­wała za jego pomocą Stany Zjed­no­czone pro­wa­dzące "brudną" wojnę w Wiet­na­mie. Her­bert Mar­cuse - pro­rok mło­dzie­żo­wej kon­te­sta­cji - szedł jesz­cze dalej, gło­sząc, że naj­więk­szym zagro­że­niem tota­li­tar­nym naszych cza­sów jest "totalna per­mi­syw­ność" spo­łe­czeństw zachod­nich. Nowa­tor­ski cha­rak­ter zło­wro­gich dwu­dzie­sto­wiecz­nych sys­te­mów pod­wa­żały coraz czę­ściej podej­mo­wane próby zlo­ka­li­zo­wa­nia źró­deł tota­li­ta­ry­zmu w bar­dzo głę­bo­kiej nie­kiedy prze­szło­ści: w spo­so­bach admi­ni­stro­wa­nia uza­leż­nio­nymi od skali wyle­wów antycz­nymi despo­cjami wschod­nimi (tzw. hipo­teza hydrau­liczna K. Wit­t­fo­gela i J.N. Eisen­stadta); w pre­in­du­strial­nych bun­tach chłop­skich (Bar­ring­ton Moore Jr); w dzie­dzic­twie oświe­ce­nia i roman­ty­zmu (J. Tal­mon, S. Scha­piro); w myśli filo­zo­fów i ide­olo­gów minio­nych cza­sów (K. Pop­per, G.G. Iggers); w meto­dach mobi­li­za­cji spo­łe­czeństw pod­czas kon­flik­tów wojen­nych.

Dys­ku­sje poli­to­lo­gów ujaw­niały daleko idące roz­bież­no­ści w oce­nie samej natury ana­li­zo­wa­nego zja­wi­ska. Tota­li­ta­ryzm bywał więc przed­sta­wiany jako spe­cy­ficzna forma rzą­dów bądź też typ spo­łe­czeń­stwa; jako trwały stan bądź dyna­miczny pro­ces; jako empi­ryczna rze­czy­wi­stość bądź jako model teo­re­tyczny, któ­rego urze­czy­wist­nie­nia nie jest w sta­nie zapew­nić nawet żela­zna wola bez­względ­nych admi­ni­stra­to­rów, pozor­nie nie­skrę­po­wa­nych żad­nymi ogra­ni­cze­niami. Spie­rano się o samą moż­li­wość i zakres samo­ist­nej ewo­lu­cji takich sys­te­mów, o sen­sow­ność wyod­ręb­nia­nia ich lewi­co­wych i pra­wi­co­wych odmian i wresz­cie, a może nawet przede wszyst­kim, o cha­rak­ter i przy­czyny związ­ków mark­si­zmu z tota­li­ta­ry­zmem. W tej ostat­niej kwe­stii zna­czący wkład do dys­ku­sji wniósł Leszek Koła­kow­ski obna­ża­jąc te aspekty myśli Marksa, które uczy­niły sta­li­nizm jedną z upraw­nio­nych wer­sji jego dok­tryny14.

W kraju, rzecz jasna, o żad­nej dys­ku­sji na ten temat nie mogło być mowy. Z oczy­wi­stych wzglę­dów cen­zu­ral­nych histo­rycy i socjo­lo­go­wie pol­scy mogli publicz­nie tylko odci­nać się od "nie­wy­da­rzo­nych pomy­słów" zachod­nich poli­to­lo­gów. Już samo rze­czowe poru­sza­nie tej pro­ble­ma­tyki w nie­któ­rych publi­ka­cjach Fran­ciszka Ryszki czy Jerzego W. Borej­szy uznać wypada w tej sytu­acji za dowód odwagi, choć obaj auto­rzy nie kryją swo­jego kry­ty­cy­zmu wobec poję­cia tota­li­ta­ry­zmu i wobec użytku, jaki z niego czy­niono.

Gorące dys­ku­sje, które toczyły się ze zmien­nym natę­że­niem od końca lat sześć­dzie­sią­tych, nie dopro­wa­dziły co prawda do peł­nego uzgod­nie­nia sta­no­wisk, ale umoż­li­wiły przy­naj­mniej wykla­ro­wa­nie zmo­dy­fi­ko­wa­nej wizji feno­menu tota­li­tar­nego. W tej nowej wizji, wol­nej od sztyw­nego gor­setu wie­lo­punk­to­wych syn­dro­mów, kła­dzie się nacisk na likwi­da­cję spo­łe­czeń­stwa oby­wa­tel­skiego pochła­nia­nego przez wszech­obecne pań­stwo, na dąże­nie gigan­tycz­nych mono­par­tii do mobi­li­za­cji zato­mi­zo­wa­nych jed­no­stek oraz na "per­ma­nentną rewo­lu­cję", jaką nie­okieł­znany akty­wizm ruchu gene­ruje we wszyst­kich struk­tu­rach pań­stwa. Ide­olo­gia, pro­pa­ganda czy ter­ror trak­to­wane są w tym uję­ciu raczej jako narzę­dzia rzą­dze­nia niż jako cechy pierw­szo­pla­nowe. Ich wyjąt­kowa pozy­cja wyni­kać ma ze skali reali­zo­wa­nych prze­obra­żeń. Efek­tywna kon­trola nad pry­wat­nym i publicz­nym życiem oby­wa­teli, do czego rości sobie pre­ten­sje każde pań­stwo tota­li­tarne, nie jest, zda­niem więk­szo­ści spe­cja­li­stów, moż­liwa bez nowo­cze­snych środ­ków tech­nicz­nych i zaawan­so­wa­nych metod indok­try­na­cji. Pozwala to dość pre­cy­zyj­nie oddzie­lić tra­dy­cyjne dyk­ta­tury od reżi­mów nowego typu. Jed­no­cze­śnie w now­szych uję­ciach zde­cy­do­wa­nie odcho­dzi się od takiego obrazu sys­te­mów tota­li­tar­nych, jaki pro­pa­ganda i tajne poli­cje tych reżi­mów sta­rały się usil­nie narzu­cić swoim ofia­rom - od wizji sztyw­nych, nie­zmien­nych, per­fek­cyj­nie zor­ga­ni­zo­wa­nych i nie­ludzko spraw­nych machin, wyku­tych z jed­nej bryły. W tych now­szych uję­ciach akcen­tuje się ich zróż­ni­co­wa­nie, dyna­mizm i nie­sta­bil­ność; dostrzega się nie­kiedy w nich ele­menty plu­ra­li­zmu czy nawet zwy­czajny chaos kom­pe­ten­cyjny. Co wię­cej - dopusz­cza się moż­li­wość ewo­lu­cji ku for­mom mniej skraj­nym bez pre­sji albo inge­ren­cji zewnętrz­nej. O ile do nie­dawna jesz­cze słowo tota­li­ta­ryzm poj­mo­wane było dosłow­nie i koja­rzyło się z czymś bez­względ­nym, nie­uchron­nym, wszech­ogar­nia­ją­cym i osta­tecz­nym, o tyle dziś rozu­miane jest raczej prze­no­śnie; ozna­cza nie tyle pewien stan fak­tyczny, co samo dąże­nie do jego osią­gnię­cia; opi­suje nie znie­ru­cho­miały mono­lit, lecz stop­nio­walny i odwra­calny feno­men socjo­po­li­tyczny. Od typo­wych rzą­dów auto­ry­tar­nych różni się on trzema zasad­ni­czymi cechami: potrzebą mobi­li­za­cji mas, istotną rolą ofi­cjal­nej ide­olo­gii oraz bra­kiem roz­wi­nię­tego plu­ra­li­zmu w nie­któ­rych przy­naj­mniej dzie­dzi­nach życia15.

W tym nieco roz­wod­nio­nym sen­sie poję­cie pań­stwa tota­li­tar­nego prze­trzy­mało wszel­kie kry­tyki i poczy­na­jąc od dru­giej połowy lat sie­dem­dzie­sią­tych prze­żywa praw­dziwy rene­sans. Przy­czy­niła się do tego klę­ska teo­rii kon­wer­gen­cji zakła­da­ją­cej stop­niowe odide­olo­gi­zo­wa­nie i zbli­że­nie się do sie­bie rywa­li­zu­ją­cych sys­te­mów, a także takie wyda­rze­nia, jak krwawe rządy Czer­wo­nych Khme­rów w Kam­pu­czy (obec­nie Kam­bo­dża), agre­sja radziecka w Afga­ni­sta­nie czy wpro­wa­dze­nie stanu wojen­nego w Pol­sce. Orwel­low­ski rok 1984 przy­niósł całą falę publi­ka­cji ana­li­zu­ją­cych na nowo traf­ność nie­gdy­siej­szych ocen i pro­gnoz. Auto­rzy nie­któ­rych wypo­wie­dzi anon­so­wali przy tej oka­zji wej­ście w "epokę post­to­ta­li­tarną"; wspo­mi­nano o "upa­dłym tota­li­ta­ry­zmie" (P. Has­sner) albo o "post­to­ta­li­tar­nym auto­ry­ta­ry­zmie" (R. Lowen­thal), nie­mniej jed­nak prze­wa­żał pogląd, że zmiany, jakie zaszły np. w Chi­nach Ludo­wych czy w ZSRR od śmierci Mao Zedonga i Sta­lina, nie są aż tak poważne, by uspra­wie­dli­wiać odej­ście od dotych­cza­so­wej ter­mi­no­lo­gii. Wystar­czy zresztą rzu­cić okiem na nagłówki gazet, aby uświa­do­mić sobie, że płk Kad­dafi, Kim Ir Sen bądź con­du­ca­tore Ceauçescu to tylko nowe wcie­le­nia Wiel­kiego Brata toczą­cego walkę o zawład­nię­cie umy­słami pod­da­nych. A jeśli w walce tej zepchnięty jest on dziś do defen­sywy, to stało się tak w znacz­nej mie­rze za sprawą owych nie­licz­nych prze­ni­kli­wych obser­wa­to­rów, któ­rzy wzięli na sie­bie obo­wią­zek gło­sze­nia nie­przy­jem­nych prawd o czło­wieku i świe­cie, który sobie stwo­rzył - takich wła­śnie jak Geo­rge Orwell czy Han­nah Arendt.

Daniel Grin­berg

1. H. Arendt, Rahel Varn­ha­gen. The Life of a Jewess, Lon­don 1958, s. 126 (wyd. pol. Rahel Varn­ha­gen: histo­ria życia nie­miec­kiej Żydówki z epoki roman­ty­zmu, Sejny 2012). [wróć]

2. E. Young-Bru­ehl, Han­nah Arendt. For Love of the World, New Haven-Lon­don 1982, s. 166. [wróć]

3. Zob. ibid., s. 200. [wróć]

4. Zob. H. Arendt, Die Rückkehr des rus­si­schen Juden­tums, "Aufbau" z 28 VIII 1942, s. 18. [wróć]

5. Zob. H. Arendt, Zja­wi­sko (prze­kład: H. Buczyń­ska-Gare­wicz), "Lite­ra­tura na świe­cie" 1983, nr 3, s. 305. [wróć]

6. Ibid., s. 306. [wróć]

7. E. Young-Bru­ehl, op.cit. s. 201. [wróć]

8. Zob. ibid., s. 203. [wróć]

9. Hasło Fasci­smo, w Encic­lo­pe­dia Ita­liana, Roma 1932, s. 326 [wróć]

10. Por. F. Ryszka, Pań­stwo stanu wyjąt­ko­wego, wyd. II Wro­cław 1985, s. 49. [wróć]

11. Zob. G. Orwell, Rok 1984 (prze­kład: J. Mie­ro­szew­ski), Paryż 1958. [wróć]

12. Zob. S. Neu­mann, Per­ma­nent Revo­lu­tion. The Total State in World of War, New York-Lon­don 1942. [wróć]

13. Zob. "New York Times" z 14 VIII 1939. [wróć]

14. Zob. L. Koła­kow­ski, Główne nurty mark­si­zmu. Powsta­nie - Roz­wój - Roz­pad, t. 1-3, Paryż 1976. [wróć]

15. Por. J. Linz, Tota­li­ta­rian and Autho­ri­ta­rian Regi­mes, w: Hand­book of Poli­ti­cal Scien­ces, t. 3, Reading, Mass. 1975. [wróć]

Wstęp do pierw­szego wyda­nia

Weder dem Ver­gan­ge­nen anhe­im­fal­len noch dem Zukünftigen. Es kommt darauf an gegenwärtig zu sein.

Karl Jaspers

Wstęp do pierw­szego wyda­nia

Oddzie­lone nie­prze­rwa­nym łań­cu­chem lokal­nych wojen i rewo­lu­cji, dwie wojny świa­towe za życia jed­nego poko­le­nia, nie­uwień­czone trak­ta­tem poko­jo­wym dla zwy­cię­żo­nych ani wytchnie­niem dla zwy­cięz­ców, zakoń­czyły się ocze­ki­wa­niem trze­ciej wojny mię­dzy pozo­sta­łymi przy życiu mocar­stwami. Ta chwila ocze­ki­wa­nia podobna jest do ciszy, która nastaje, kiedy gaśnie wszelka nadzieja. Prze­sta­li­śmy wie­rzyć w moż­li­wość przy­wró­ce­nia daw­nego porządku świata i daw­nych tra­dy­cji lub w ponowną inte­gra­cję rzesz ludz­kich na pię­ciu kon­ty­nen­tach pogrą­żo­nych w cha­osie spo­wo­do­wa­nym przez gwał­tow­ność wojen i rewo­lu­cji oraz przez postę­pu­jący roz­kład tego wszyst­kiego, co jesz­cze prze­trwało. Mimo ogrom­nej róż­no­rod­no­ści warun­ków i oko­licz­no­ści lokal­nych wszę­dzie obser­wu­jemy nara­sta­nie tego samego zja­wi­ska - poczu­cia bez­dom­no­ści na nie­znaną dotąd skalę, poczu­cia wyko­rze­nie­nia o nie­zna­nej dotąd sile.

Nasza przy­szłość ni­gdy nie była bar­dziej nie do prze­wi­dze­nia, ni­gdy nie byli­śmy tak bar­dzo uza­leż­nieni od sił poli­tycz­nych, któ­rym nie można ufać, że będą postę­po­wały zgod­nie z wyma­ga­niami zdro­wego roz­sądku i wła­snego inte­resu - sił, które oce­niane za pomocą norm minio­nych stu­leci zdają się wcie­lać czy­ste sza­leń­stwo. Ludz­kość podzie­liła się jakby na tych, któ­rzy wie­rzą we wszech­moc czło­wieka (wie­rzą, że wszystko jest moż­liwe, jeśli się wie, jak pokie­ro­wać masami), oraz tych, dla któ­rych pod­sta­wo­wym doświad­cze­niem stała się wła­sna bez­sil­ność.

Na pozio­mie uogól­nień histo­rycz­nych i myśli poli­tycz­nej roz­po­wszech­niony jest mało pre­cy­zyjny pogląd, że pod­sta­wowa struk­tura wszyst­kich cywi­li­za­cji weszła w fazę roz­kładu. Cho­ciaż w nie­któ­rych czę­ściach świata może spra­wiać wra­że­nie bar­dziej spój­nej niż w innych, ni­gdzie nie widać per­spek­tyw dla naszego stu­le­cia ani odpo­wied­niej reak­cji na jego okrop­no­ści. Despe­racka nadzieja i despe­racki strach zdają się czę­sto lepiej odda­wać istotę wyda­rzeń niż wywa­żone sądy oraz prze­my­ślane ana­lizy. O zasad­ni­czych wyda­rze­niach naszej doby z równą łatwo­ścią zapo­mi­nają osoby przy­wią­zane do wiary w nie­uchron­ność losu, jak i te, które cechuje lek­ko­myślny opty­mizm.

W książce tej sta­ram się nie pod­da­wać ani bez­tro­skiemu opty­mi­zmowi, ani bez­na­dziej­nej roz­pa­czy. Głosi ona, że postęp i prze­zna­cze­nie to dwie strony tego samego medalu, że oba są wyra­zem prze­sądu, a nie wiary. Została napi­sana z prze­ko­na­niem, że moż­liwe okaże się odkry­cie ukry­tego mecha­ni­zmu, pod wpły­wem któ­rego roz­pa­dły się wszyst­kie tra­dy­cyjne ele­menty naszego świata ducho­wego i poli­tycz­nego, a powstał kon­glo­me­rat, któ­rego skład­niki utra­ciły swoją spe­cy­ficzną war­tość, sta­jąc się nie­roz­po­zna­walne i bez­u­ży­teczne dla ludzi. Pod­po­rząd­ko­wa­nie się owemu pro­ce­sowi dez­in­te­gra­cji sta­nowi nie­od­partą pokusę nie tylko dla­tego, że przy­obleka się w fał­szywą dostoj­ność "histo­rycz­nej koniecz­no­ści", lecz także dla­tego, że wszystko poza nim zaczęło wyda­wać się zamarłe, bez­kr­wi­ste, pozba­wione zna­cze­nia i nie­rze­czy­wi­ste.

Prze­ko­na­nie, że wszystko, co się dzieje na ziemi, musi być zro­zu­miałe dla czło­wieka, może pro­wa­dzić do zdro­wo­roz­sąd­ko­wej inter­pre­ta­cji dzie­jów za pomocą komu­na­łów. Zro­zu­mie­nie jed­nak to nie nego­wa­nie tego, co woła o pomstę do nieba, wnio­sko­wa­nie o bez­pre­ce­den­so­wych wyda­rze­niach na pod­sta­wie pre­ce­den­sów lub wyja­śnia­nie zja­wisk przy uży­ciu takich ana­lo­gii i uogól­nień, że prze­staje się odczu­wać nacisk rze­czy­wi­sto­ści i wstrząs wywo­łany prze­ży­ciami. To raczej bada­nie i świa­dome dźwi­ga­nie cię­żaru, któ­rym obar­czyły nas wyda­rze­nia, bez zaprze­cza­nia przy tym ich ist­nie­niu i bez pod­da­wa­nia się obcią­że­niu z pokorą. Krótko mówiąc, zro­zu­mie­nie to sta­wia­nie czoła rze­czy­wi­sto­ści i przeciwsta­wia­nie się jej, jaka­kol­wiek może lub mogła być.

W takim sen­sie musi oka­zać się moż­liwe zro­zu­mie­nie i usto­sun­ko­wa­nie się do skan­da­licz­nego faktu, że zja­wi­sko tak drobne (i w poli­tyce świa­to­wej tak nie­istotne), jak kwe­stia żydow­ska i anty­se­mi­tyzm, mogło się stać kata­li­za­to­rem naj­pierw dla ruchu nazi­stow­skiego, potem dla wojny świa­to­wej, a w końcu dla stwo­rze­nia fabryk śmierci. Musimy też zdo­być się na zro­zu­mie­nie gro­te­sko­wej nie­współ­mier­no­ści przy­czyn i skut­ków na progu ery impe­ria­li­stycz­nej, gdy trud­no­ści gospo­dar­cze w ciągu kil­ku­dzie­się­ciu lat dopro­wa­dziły do głę­bo­kich prze­obra­żeń warun­ków poli­tycz­nych na całym świe­cie; albo dzi­wacz­nej sprzecz­no­ści mię­dzy jaw­nym, cynicz­nym "reali­zmem" ruchów tota­li­tar­nych a prze­ja­wia­nym przez nie lek­ce­wa­że­niem całej mate­rii rze­czy­wi­sto­ści; bądź też iry­tu­ją­cej nie­zgod­no­ści mię­dzy rze­czy­wi­stą potęgą współ­cze­snego czło­wieka (więk­szą niż kie­dy­kol­wiek przed­tem - tak wielką, że zagraża już ist­nie­niu jego wła­snego świata) a nie­zdol­no­ścią ludz­ko­ści do życia w stwo­rzo­nych przez sie­bie warun­kach i do zro­zu­mie­nia sensu współ­cze­snego świata.

Tota­li­tarne dąże­nia do pod­boju całej kuli ziem­skiej i nie­ogra­ni­czo­nego pano­wa­nia wska­zy­wały zgubną drogę wyj­ścia z pułapki. Ich reali­za­cja mogła ozna­czać znisz­cze­nie ludz­ko­ści; gdzie­kol­wiek docho­dziły do głosu, zaczy­nały nisz­czyć samą istotę czło­wie­czeń­stwa. A jed­nak nie ma sensu uda­wa­nie, że się nie dostrzega nisz­czy­ciel­skich sił dzia­ła­ją­cych w naszym stu­le­ciu.

Kło­pot polega na tym, że w naszej epoce doszło do takiego pomie­sza­nia dobra ze złem, iż bez impe­ria­li­stycz­nej "eks­pan­sji dla samej eks­pan­sji" świat mógłby zatrzy­mać się w roz­woju. Bez "wła­dzy dla samej wła­dzy", jako poli­tycz­nego narzę­dzia bur­żu­azji, być może ni­gdy nie ujaw­ni­łyby się zasoby ludz­kiej ener­gii; bez fik­cyj­nego świata tota­li­tar­nych ruchów, w któ­rych z nie­zrów­naną jasno­ścią zna­la­zły wyraz nie­po­koje naszej doby, być może pędzi­li­by­śmy ku prze­zna­cze­niu nie zda­jąc sobie w ogóle sprawy z tego, co się dzieje.

A jeśli prawdą jest, że w ostat­nich sta­diach tota­li­ta­ry­zmu ujaw­nia się zło abso­lutne (abso­lutne, ponie­waż do jego wyja­śnie­nia prze­stają wystar­czać zwy­kłe ludz­kie motywy), prawdą jest rów­nież, że gdyby tak nie było, być może ni­gdy nie pozna­li­by­śmy praw­dzi­wych korzeni zła.

Anty­se­mi­tyzm (a nie zwy­kła nie­na­wiść do Żydów), impe­ria­lizm (a nie zwy­kły pod­bój), tota­li­ta­ryzm (a nie sama dyk­ta­tura), prze­ści­ga­jąc się w bru­tal­no­ści, ujaw­niły dobit­nie, że god­ność ludzka potrze­buje nowych gwa­ran­cji, które można zna­leźć tylko w nowej zasa­dzie poli­tycz­nej, w nowym pra­wie na ziemi, któ­rego donio­słość musi tym razem pojąć cała ludz­kość, pod­czas gdy jego potęga musi pozo­stać ści­śle ogra­ni­czona, musi mieć źró­dła w nowo okre­ślo­nych cało­ściach tery­to­rial­nych i w ich ramach musi być kon­tro­lo­wana.

Nie możemy sobie dłu­żej pozwa­lać na czer­pa­nie z prze­szło­ści tego, co było w niej dobre, i nazy­wa­nie tego po pro­stu dzie­dzic­twem, a odrzu­ca­nie rze­czy złych jak mar­twego cię­żaru, który sam czas pogrze­bie w zapo­mnie­niu. Pod­skórny nurt histo­rii Zachodu wydo­był się w końcu na powierzch­nię i domaga się uzna­nia go za cząstkę naszej tra­dy­cji. Oto dla­czego na nic się nie zda­dzą wszyst­kie wysiłki zmie­rza­jące do schro­nie­nia się przed sro­go­ścią teraź­niej­szo­ści w nostal­gii za cichą, nie­na­ru­szoną prze­szło­ścią lub w uko­je­niu ocze­ki­wa­nym od lep­szej przy­szło­ści.

Han­nah Arendt Lato 1950

Wstęp

Wstęp

Anty­se­mi­tyzm, świecka ide­olo­gia XIX stu­le­cia, która z nazwy, cho­ciaż nie z argu­men­ta­cji, była nie­znana do lat sie­dem­dzie­sią­tych, i reli­gijna nie­na­wiść do Żydów wznie­cana przez wza­jemną wro­gość dwóch ście­ra­ją­cych się wiar to oczy­wi­ście nie to samo. I nawet to, w jakim stop­niu ide­olo­gia wyko­rzy­sty­wała argu­men­ta­cję oraz oddzia­ły­wa­nie emo­cjo­nalne reli­gii, jest sprawą otwartą. Kon­cep­cja nie­prze­rwa­nego ciągu prze­śla­do­wań, wygnań i rzezi od schyłku Cesar­stwa Rzym­skiego przez śre­dnio­wie­cze, epokę nowo­żytną, aż po czasy naj­now­sze, czę­sto upięk­szona prze­ko­na­niem, że współ­cze­sny anty­se­mi­tyzm to po pro­stu zeświec­czona wer­sja ludo­wych śre­dnio­wiecz­nych prze­są­dówK1, jest rów­nie zwod­ni­cza (choć oczy­wi­ście mniej szko­dliwa), jak odpo­wia­da­jące jej prze­ko­na­nie anty­se­mi­tów o ist­nie­niu od cza­sów sta­ro­żyt­nych taj­nej orga­ni­za­cji Żydów rzą­dzą­cej lub aspi­ru­ją­cej do rzą­dze­nia świa­tem. Z punktu widze­nia dzie­jów kwe­stii żydow­skiej prze­paść mię­dzy póź­niej­szym śre­dnio­wie­czem a epoką nowo­żytną jest jesz­cze głęb­sza niż mię­dzy sta­ro­żyt­no­ścią rzym­ską a wie­kami śred­nimi lub niż trak­to­wana czę­sto jako prze­ło­mowy moment dzie­jów Żydów w dia­spo­rze - prze­paść oddzie­la­jąca kata­strofy pierw­szych kru­cjat od wcze­snego śre­dnio­wie­cza. Od XV w. do końca XVI w., przez pra­wie dwa stu­le­cia, kiedy to sto­sunki żydów z chrze­ści­ja­nami ukła­dały się kiep­sko, obo­jęt­ność Żydów na "oko­licz­no­ści i wypadki świata zewnętrz­nego" osią­gnęła nie­spo­ty­kane roz­miary, juda­izm zaś stał się "bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek przed­tem zamknię­tym sys­te­mem myśle­nia". Wtedy wła­śnie Żydzi, bez żad­nego wpływu z zewnątrz, doszli do wnio­sku, że "zasad­ni­cza odmien­ność narodu żydow­skiego od innych nacji nie jest skut­kiem innej wiary czy reli­gii, lecz jego wewnętrz­nej natury", i że odwieczny podział na żydów i chrze­ści­jan praw­do­po­dob­nie miał "cha­rak­ter raczej rasowy niż dok­try­nalny"K2. Owa zmiana w oce­nie odmien­no­ści narodu żydow­skiego, która upo­wszech­niła się wśród nie-Żydów znacz­nie póź­niej, bo dopiero w epoce Oświe­ce­nia, była, rzecz jasna, warun­kiem sine qua non naro­dzin anty­se­mi­ty­zmu; warto zwró­cić uwagę na to, że doszło do niej naj­pierw wśród samych Żydów, i to mniej wię­cej w tym cza­sie, kiedy euro­pej­skie chrze­ści­jań­stwo podzie­liło się na grupy etniczne, które uzy­skały poli­tyczną samo­dziel­ność w sys­te­mie nowo­żyt­nych państw naro­do­wych.

Histo­ria anty­se­mi­ty­zmu, jak histo­ria nie­na­wi­ści do Żydów, to nie­od­łączna część dłu­gich i zawi­łych dzie­jów rela­cji mię­dzy chrze­ści­ja­nami a żydami żyją­cymi w roz­pro­sze­niu. Dzieje te nie obcho­dziły prak­tycz­nie nikogo aż do połowy XIX w., kiedy to zain­te­re­so­wa­nie nimi zbie­gło się z powsta­niem anty­se­mi­ty­zmu i z jego pełną wście­kło­ści reak­cją na rów­no­upraw­nie­nie oraz asy­mi­la­cję Żydów - układ to naj­gor­szy z moż­li­wych do powsta­nia wia­ry­god­nej histo­rio­gra­fiiK3. Od tej pory wspól­nym błę­dem żydow­skiej i nieżydow­skiej histo­rio­gra­fii - cho­ciaż popeł­nia­nym prze­waż­nie z odmien­nych pobu­dek - było wyod­ręb­nia­nie dowo­dów wro­go­ści w źró­dłach chrze­ści­jań­skich i żydow­skich oraz uwy­pu­kla­nie serii kata­strof, wygnań i rzezi, któ­rymi odzna­czały się dzieje Żydów, tak jak kon­flikty zbrojne i nie­zbrojne, wojny, głód i zarazy zna­mio­no­wały histo­rię Europy. Nie trzeba doda­wać, że to histo­rio­gra­fia żydow­ska, nasta­wiona zde­cy­do­wa­nie pole­micz­nie i apo­lo­ge­tycz­nie, poszu­ki­wała śla­dów nie­na­wi­ści do Żydów w dzie­jach chrze­ści­jań­stwa, pod­czas gdy anty­se­mici skon­cen­tro­wali się na wyszu­ki­wa­niu podob­nych wypo­wie­dzi u sta­ro­żyt­nych powag juda­izmu. Kiedy wyszła na jaw owa żydow­ska tra­dy­cja gwał­tow­nego nie­kiedy nasta­wie­nia prze­ciwko chrze­ści­ja­nom i nie-Żydom, "żydow­ska opi­nia publiczna była nie tylko ura­żona, ale i szcze­rze zasko­czona"K4, tak sku­tecz­nie jej rzecz­nicy prze­ko­ny­wali sie­bie i innych o tym, co nie było prawdą, a więc o tym, że odręb­ność Żydów była spo­wo­do­wana wyłącz­nie wro­go­ścią i ciem­notą nie-Żydów. Juda­izm, jak twier­dzili teraz na ogół żydow­scy histo­rycy, zawsze prze­wyż­sza inne reli­gie tole­ran­cją i wiarą w rów­ność wszyst­kich ludzi. Fakt, że ta samo­oszu­kań­cza teo­ria - któ­rej towa­rzy­szyło prze­ko­na­nie, iż Żydzi zawsze byli bier­nym, cier­pią­cym przed­mio­tem chrze­ści­jań­skich prze­śla­do­wań, w rze­czy­wi­sto­ści ozna­czała kon­ty­nu­ację i uwspół­cze­śnie­nie daw­nego mitu narodu wybra­nego i wywo­ły­wała nowe, czę­sto bar­dzo skom­pli­ko­wane formy odręb­no­ści pod­trzy­mu­jące sta­ro­dawną dycho­to­mię - musi mieć zapewne iro­niczną wymowę dla tych, któ­rzy z roz­ma­itych powo­dów usi­łują upięk­szać prze­szłość i mani­pu­lowć danymi histo­rycz­nymi. Bo jeśli w ogóle Żydzi mieli ze swo­imi nie­ży­dow­skimi sąsia­dami coś wspól­nego, co pod­trzy­my­wa­łoby świeżo uzy­skaną rów­ność, to była tym wła­śnie okre­ślona przez reli­gię wza­jem­nie wroga prze­szłość, rów­nie bogata w osią­gnię­cia kul­tu­ralne na naj­wyż­szym pozio­mie, jak obfi­tu­jąca w prze­jawy fana­ty­zmu oraz pry­mi­tywne prze­sądy na pozio­mie nie­oświe­co­nych mas.

Jed­nakże nawet iry­tu­jące ste­reo­typy tego rodzaju żydow­skiej histo­rio­gra­fii opie­rają się na solid­niej­szej pod­sta­wie fak­to­gra­ficz­nej niż prze­sta­rzałe aspi­ra­cje spo­łeczne i poli­tyczne Żydów euro­pej­skich w XIX i na początku XX w. Cho­ciaż dzieje kul­tury żydow­skiej były nie­skoń­cze­nie bar­dziej róż­no­rodne, niż to wtedy zakła­dano, a przy­czyny kata­strofy zależne od róż­nych oko­licz­no­ści histo­rycz­nych i geo­gra­ficz­nych, to prawdą jest, że przy­czyny te były bar­dziej zróż­ni­co­wane w śro­do­wi­sku nie­ży­dow­skim niż w żydow­skich wspól­no­tach. O fatal­nych nie­po­ro­zu­mie­niach, wciąż widocz­nych w popu­lar­nych pre­zen­ta­cjach żydow­skich dzie­jów, zade­cy­do­wały dwa bar­dzo istotne czyn­niki. Ni­gdzie i ni­gdy, od chwili znisz­cze­nia świą­tyni1, Żydzi nie mieli wła­snego tery­to­rium ani wła­snego pań­stwa. Ich fizyczne prze­trwa­nie zawsze uza­leż­nione było od ochrony nie­ży­dow­skich władz, mimo że pewne środki samo­obrony - prawo nosze­nia broni - przy­zna­wano "Żydom we Fran­cji i Niem­czech aż do XIII stu­le­cia"K5. Nie ozna­cza to, że Żydzi zawsze byli odsu­nięci od wła­dzy, ale prawdą jest, że przy każ­dym gwał­tow­nym star­ciu, nie­za­leż­nie od jego przy­czyn, nie tylko byli nara­żeni na ataki, ale i bez­silni, toteż było zupeł­nie natu­ralne, zwłasz­cza w cza­sach ich kom­plet­nego odosob­nie­nia poprze­dza­ją­cych przy­zna­nie im rów­no­ści poli­tycz­nej, że skie­ro­wane prze­ciwko sobie wybu­chy prze­mocy odczu­wali jako kolejne nawroty. Co wię­cej, w żydow­skiej tra­dy­cji kata­strofy były roz­pa­try­wane w kate­go­riach mar­ty­ro­lo­gii, to zaś miało uza­sad­nie­nie w wyda­rze­niach pierw­szych stu­leci naszej ery, kiedy to zarówno żydzi, jak i chrze­ści­ja­nie rzu­cili wyzwa­nie potę­dze Cesar­stwa Rzym­skiego, oraz w warun­kach śre­dnio­wiecz­nych, kiedy dawano Żydom moż­li­wość wyra­że­nia zgody na chrzest i tym samym unik­nię­cia prze­śla­do­wań, nawet jeśli prze­moc miała wów­czas pod­łoże poli­tyczne i gospo­dar­cze, a nie reli­gijne. Taka kon­fi­gu­ra­cja fak­tów stwo­rzyła złu­dze­nie, któ­remu do dziś ule­gają żydow­scy i nieżydow­scy histo­rycy. Histo­rio­gra­fia "zaj­mo­wała się dotych­czas bar­dziej oddzie­le­niem się chrze­ści­jan od żydów niż na odwrót"K6, zacie­ra­jąc waż­niej­szy skąd­inąd fakt, że dla dzie­jów Żydów więk­sze zna­cze­nie miało ich oddzie­le­nie się od świata nie-Żydów, szcze­gól­nie od śro­do­wi­ska chrze­ści­jań­skiego, z tego oczy­wi­stego powodu, że samo prze­trwa­nie narodu jako widocz­nej cało­ści uza­leż­nione było od takiej dobro­wol­nej sepa­ra­cji, a nie, jak wów­czas przyj­mo­wano, od wro­go­ści chrze­ści­jan i nie-Żydów. Dopiero w XIX i XX w., po rów­no­upraw­nie­niu i wraz z postę­pami asy­mi­la­cji, anty­se­mi­tyzm zaczął odgry­wać pewną rolę w utrzy­my­wa­niu spój­no­ści narodu, bo dopiero wtedy Żydzi zaczęli prze­ja­wiać chęć wej­ścia do nie-żydow­skiego spo­łe­czeń­stwa.

Pod­czas gdy anty­ży­dow­skie uprze­dze­nia roz­po­wszech­nione były sze­roko wśród wykształ­co­nych Euro­pej­czy­ków w minio­nym stu­le­ciu, to anty­se­mi­tyzm jako ide­olo­gia pozo­stał w zasa­dzie, z bar­dzo nie­licz­nymi wyjąt­kami, przy­wi­le­jem eks­cen­try­ków, a zwłasz­cza poli­tycz­nych eks­tre­mi­stów i mania­ków. Nawet wąt­pliwe pro­dukty żydow­skiej apo­lo­ge­tyki, które ni­gdy nie prze­ko­nały nikogo, z wyjąt­kiem już prze­ko­na­nych, sta­no­wiły przy­kłady nie­bo­tycz­nej eru­dy­cji i wie­dzy w porów­na­niu z tym, co w dzie­dzi­nie badań histo­rycz­nych mieli do zaofe­ro­wa­nia ludzie wrogo nasta­wieni do ŻydówK7. Kiedy po zakoń­cze­niu wojny przez ponad dzie­sięć lat gro­ma­dzi­łam mate­riał do tej książki, czer­piąc go z doku­men­tów źró­dło­wych oraz dosko­na­łych nie­kiedy mono­gra­fii, nie było ani jed­nej książki, która przed­sta­wia­łaby temat wszech­stron­nie, w spo­sób odpo­wia­da­jący ele­men­tar­nym wyma­ga­niom nauki. I od tej pory pra­wie nic się nie zmie­niło2. Jest to tym bar­dziej godne ubo­le­wa­nia teraz, kiedy zapo­trze­bo­wa­nie na bez­stronne, uczciwe przed­sta­wie­nie histo­rii Żydów jest więk­sze niż kie­dy­kol­wiek przed­tem. Kon­flikty poli­tyczne XX w. umie­ściły Żydów w cen­trum wyda­rzeń; kwe­stia żydow­ska oraz anty­se­mi­tyzm, sprawy dru­go­rzędne z punktu widze­nia poli­tyki świa­to­wej, stały się kata­li­za­to­rami roz­woju naj­pierw ruchu nazi­stow­skiego i struk­tury orga­ni­za­cyj­nej III Rze­szy, w któ­rej każdy oby­wa­tel musiał udo­wod­nić, że nie jest Żydem, potem toczo­nej z bez­pre­ce­den­so­wym okru­cień­stwem wojny świa­to­wej i wresz­cie naro­dzin w środku zachod­niej cywi­li­za­cji nie­zna­nej dotąd zbrodni ludo­bój­stwa. Wydało mi się oczy­wi­ste, że prócz lamen­tów i oskar­żeń nie­zbędna jest także próba zro­zu­mie­nia. Książka ta jest próbą zro­zu­mie­nia tego, co nawet przy wni­kliw­szym oglą­dzie budziło przede wszyst­kim obu­rze­nie.

Zro­zu­mie­nie jed­nak to nie nego­wa­nie tego, co woła o pomstę do nieba, wnio­sko­wa­nie o bez­pre­ce­den­so­wych wyda­rze­niach na pod­sta­wie pre­ce­den­sów lub wyja­śnia­nie zja­wisk przy uży­ciu takich ana­lo­gii i uogól­nień, że prze­staje się odczu­wać nacisk rze­czy­wi­sto­ści i wstrząs wywo­łany prze­ży­ciami. To raczej bada­nie i świa­dome dźwi­ga­nie cię­żaru, któ­rym obar­czyły nas wyda­rze­nia, bez zaprze­cza­nia przy tym ich ist­nie­niu i bez pod­da­wa­nia się obcią­że­niu z pokorą, tak jakby wszystko, co się prze­cież naprawdę zda­rzyło, skąd­inąd nie mogło się zda­rzyć. Krótko mówiąc, to sta­wia­nie czoła rze­czy­wi­sto­ści, pozba­wione3 uprze­dzeń i pełne uwagi, i prze­ciw­sta­wia­nie się jej, jaka­kol­wiek może lub mogła być.

Warun­kiem koniecz­nym, choć nie­wy­star­cza­ją­cym, osią­gnię­cia takiego zro­zu­mie­nia jest pewna zna­jo­mość dzie­jów Żydów i rów­no­le­głego roz­woju anty­se­mi­ty­zmu w dzie­więt­na­sto­wiecz­nej Euro­pie. W kolej­nych roz­dzia­łach zaj­muję się tylko tymi zja­wi­skami i wyda­rze­niami z ubie­głego stu­le­cia, które wiążą się bez­po­śred­nio z "korze­niami tota­li­ta­ry­zmu". Wyczer­pu­jąca histo­ria anty­se­mi­ty­zmu nie została jesz­cze napi­sana i wykra­cza poza pro­ble­ma­tykę tej książki*. Dopóki ist­nieje owa luka, ten frag­ment książki jest uspra­wie­dli­wiony nawet z punktu widze­nia wyma­gań nauki, jako nie­za­leżny wkład do peł­niej­szego uję­cia histo­rii, mimo że pier­wot­nie pomy­ślany był jako ele­ment opisu prehisto­rii tota­li­ta­ry­zmu. Poza tym to, co jest cha­rak­te­ry­styczne dla histo­rio­gra­fii anty­se­mi­ty­zmu - zdo­mi­no­wa­nie jej przez nie­ży­dow­skich sza­leń­ców oraz żydow­skich apo­lo­ge­tów i sta­ranne uni­ka­nie tej pro­ble­ma­tyki przez reno­mo­wa­nych histo­ry­ków - doty­czy, muta­tis mutan­dis, nie­mal wszyst­kich czyn­ni­ków, z któ­rych wykry­sta­li­zo­wało się póź­niej nowe zja­wi­sko tota­li­ta­ry­zmu. Pra­wie nie dostrzegł ich świat nauki ani opi­nia publiczna, ponie­waż nale­żały do pod­skór­nego nurtu histo­rii Europy, gdzie, ukryte przed spo­łe­czeń­stwami i uwagą świa­tłych ludzi, potra­fiły nabrać zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nej zja­dli­wo­ści.

Ponie­waż dopiero osta­teczna kata­strofa ujaw­niła i uświa­do­miła ludziom obec­ność tych pod­skór­nych nur­tów, ist­niała skłon­ność do utoż­sa­mia­nia tota­li­ta­ry­zmu z jego skład­ni­kami i korze­niami - jak gdyby każdy wybuch anty­se­mi­ty­zmu, rasi­zmu czy impe­ria­li­zmu można było utoż­sa­miać z "tota­li­ta­ry­zmem". Złu­dze­nie to jest tyleż mylące przy usta­la­niu prawdy histo­rycz­nej, ileż szko­dliwe przy fero­wa­niu ocen poli­tycz­nych. Tota­li­tarna poli­tyka - nie będąc by­naj­mniej po pro­stu poli­tyką anty­se­micką, rasi­stow­ską, impe­ria­li­styczną bądź komu­ni­styczną - używa i nad­używa zaczerp­nię­tych z rze­czy­wi­sto­ści, wybra­nych ele­men­tów skła­do­wych tych ide­olo­gii, takich jak walka kla­sowa czy kon­flikt inte­re­sów mię­dzy Żydami a ich oto­cze­niem, do chwili aż zupeł­nie zatracą swoją pier­wotną siłę oddzia­ły­wa­nia oraz war­tość pro­pa­gan­dową. Nie­do­ce­nia­nie roli, jaką w Sta­nach Zjed­no­czo­nych odgry­wał i na­dal odgrywa czy­sty rasizm w rzą­dze­niu połu­dnio­wymi sta­nami, byłoby na pewno poważ­nym błę­dem, lecz popeł­ni­li­by­śmy jesz­cze więk­szy błąd wycią­ga­jąc z tego wnio­sek, że przez ponad sto lat ta część kraju znaj­do­wała się pod wła­dzą tota­li­tarną. Jedy­nym bez­po­śred­nim i nie­za­fał­szo­wa­nym następ­stwem dzie­więt­na­sto­wiecz­nych ruchów anty­se­mic­kich nie był nazizm, ale prze­ciw­nie, syjo­nizm, który - przy­naj­mniej w for­mie ide­olo­gicz­nej, jaką przy­brał na Zacho­dzie był rodza­jem kontride­olo­gii, "odpo­wie­dzią" na anty­se­mi­tyzm. Nie ozna­cza, to nawia­sem mówiąc, że samo­świa­do­mość Żydów była po pro­stu wytwo­rem anty­se­mi­ty­zmu; prze­cież choćby pobieżna zna­jo­mość histo­rii Żydów, któ­rej osią, od cza­sów babi­loń­skiego wygna­nia, było pra­gnie­nie prze­trwa­nia jako odręb­nego narodu wbrew przy­gnia­ta­ją­cym realiom roz­pro­sze­nia, powinna wystar­czyć do roz­wia­nia tego naj­now­szego mitu, który stał się dość modny w krę­gach inte­lek­tu­al­nych po "egzy­sten­cja­li­stycz­nej" inter­pre­ta­cji Żyda przez Sar­tre'a jako kogoś postrze­ga­nego i okre­śla­nego jako Żyd przez innych.

Naj­lep­szej ilu­stra­cji zarówno odręb­no­ści, jak i powią­zań mię­dzy pre­to­ta­li­tar­nym i tota­li­tar­nym anty­se­mi­ty­zmem dostar­cza chyba absur­dalna sprawa Pro­to­ko­łów mędr­ców Syjonu. Posłu­gi­wa­nie się przez nazi­stów tym fal­sy­fi­ka­tem jako pod­ręcz­ni­kiem do nauki pod­boju świata na pewno nie należy do dzie­jów anty­se­mi­ty­zmu, ale tylko ten fakt może wyja­śnić, dla­czego ta nie­praw­do­po­dobna opo­wieść oka­zała się dosta­tecz­nie wia­ry­godna, aby czer­pała z niej pożywkę anty­ży­dow­ska pro­pa­ganda. Nato­miast nie może to wyja­śnić, dla­czego tota­li­tarne rosz­cze­nia do rzą­dów nad świa­tem przy pomocy człon­ków i z udzia­łem taj­nych sto­wa­rzy­szeń w ogóle stały się atrak­cyj­nym celem poli­tycz­nym. Ta ostat­nia funk­cja, o wiele istot­niej­sza z poli­tycz­nego (cho­ciaż nie pro­pa­gan­do­wego) punktu widze­nia, ma źró­dła w impe­ria­li­zmie w ogóle, w jego wybu­cho­wej kon­ty­nen­tal­nej wer­sji, szcze­gól­nie zaś w postaci "pan-ruchów" (pan move­ments).

Książka ta jest zatem ogra­ni­czona nie tylko w cza­sie i prze­strzeni, ale także w zakre­sie przed­miotu. Zaj­muje się histo­rią Żydów w Euro­pie Środ­ko­wej i Zachod­niej, od cza­sów dwor­skich Żydów po sprawę Drey­fusa, z punktu widze­nia jej zna­cze­nia dla naro­dzin anty­se­mi­ty­zmu i wpływu na niego. Przed­sta­wia ruchy anty­se­mic­kie, sil­nie zako­rze­nione w ówcze­snej rze­czy­wi­sto­ści na tle spe­cy­ficz­nych sto­sun­ków łączą­cych Żydów z nie-Żydami, a więc z jed­nej strony na tle roli, jaką Żydzi odgry­wali w roz­woju pań­stwa naro­do­wego, a z dru­giej - ich związ­ków z nie­ży­dow­ską czę­ścią spo­łe­czeń­stwa. Poja­wie­nie się pierw­szych par­tii anty­se­mic­kich w latach sie­dem­dzie­sią­tych i osiem­dzie­sią­tych XIX w. wyzna­cza moment, w któ­rym sprawa wykra­cza poza ogra­ni­czony, kon­kretny kon­flikt inte­re­sów zwią­zany z doświad­cze­niem jed­no­stek i wcho­dzi na drogę wio­dącą do "osta­tecz­nego roz­wią­za­nia". Od tej chwili, w erze impe­ria­li­zmu, po któ­rej nastą­pił okres ruchów i rzą­dów tota­li­tar­nych, nie spo­sób odizo­lo­wać kwe­stii żydow­skiej lub ide­olo­gii anty­se­mic­kiej od pro­ble­mów zupeł­nie niezwią­zanych z realiami nowo­żyt­nej histo­rii Żydów. I to nie tylko dla­tego ani nawet nie zasad­ni­czo dla­tego, że sprawy te odgry­wały główną rolę w poli­tyce świa­to­wej, ale dla­tego, że sam anty­se­mi­tyzm stał się teraz narzę­dziem słu­żą­cym do wyż­szych celów. Cele te zde­cy­do­wa­nie prze­ra­stały par­ty­ku­larne inte­resy zarówno Żydów, jak i wrogo do nich nasta­wio­nych śro­do­wisk, mimo że ich osią­gnię­cie wyma­gało, aby Żydzi wystę­po­wali w roli głów­nych ofiar.

Impe­ria­li­styczne i tota­li­tarne wer­sje dwu­dzie­sto­wiecz­nego anty­se­mi­ty­zmu znaj­dzie czy­tel­nik w dru­giej i trze­ciej czę­ści tej pracy.

Han­nah Arendt Lipiec 1967

1. Świą­ty­nia w Jero­zo­li­mie została zbu­rzona w ?? r. n.e. za pano­wa­nia cesa­rza Tytusa. [Uwaga: wszyst­kie przy­pisy gwiazd­kowe zamiesz­czone u dołu strony pocho­dzą od tłu­ma­czy lub od redak­cji wyda­nia pol­skiego.] [wróć]

2. W ciągu 36 lat dzie­lą­cych nas od pierw­szej edy­cji Korzeni tota­li­ta­ry­zmu w bada­niach nad dzie­jami Żydów doko­nał się znaczny postęp. Prze­sta­rzałe prace Gra­etza i Dub­nowa zastą­piły now­sze opra­co­wa­nia z fun­da­men­talną wie­lo­to­mową edy­cją World History of the Jewish People (Jeru­sa­lem 1964-1980) na czele. Nowo­żytne dzieje Żydów przed­sta­wiają kom­pe­tent­nie Paul R. Men­des-Flohr i Jehuda Rein­hart w opu­bli­ko­wa­nej nie­dawno książce The Jew in the Modem World. A Docu­men­tary History (New York-Oxford 1980). W powo­dzi publi­ka­cji poświę­co­nych tra­gicz­nym i powi­kła­nym losom "narodu wybra­nego" w XX w. wyróż­niają się prace: Salo Barona, The Rus­sian Jews under Tsars and Soviets (New York 1970); Herel Fein, Acco­un­ting for Geno­cide (New York 1979); Paula Hil­berta, The Destruc­tion of the Euro­pean Jewry (Chi­cago 1961); Lucy Dawi­do­wicz, The War Aga-inst the Jews. 1933-1945 (New York 1975) oraz histo­rie ruchu syjo­ni­stycz­nego pióra Wal­tera Laqu­exura i Shlomo Avi­neri. Inte­re­su­jącą pole­mikę z poglą­dami H. Arendt na temat holo­cau­stu, zwłasz­cza zaś z opi­niami wyra­żo­nymi w książce Eich­mann in Jeru­sa­lem, zawiera książka Jacoba Robin­sona, And Cro­oked Shall Be Made Stra­ight. The Eich­mann Trial and Han­nah Arendt's Nar­ra­tion (Phi­la­del­phia 1965). [wróć]

3. Od chwili napi­sa­nia tych słów powstało kilka wybit­nych prac poświę­co­nych tej pro­ble­ma­tyce. Należą do nich książki Leona Polia­kova (m.in. tłu­ma­czona na wiele języ­ków trzy­to­mowa L'Histo­ire de l'antisémitisme)', Geo­rge'a L. Mosse'a, Towards the Final Solu­tion. A History of Euro­pean Racism (New York 1978); Nor­mana Cohna, War­rant for Geno­cide. The Myth of Jewish World Con­spi­racy and the Pro­to­cols of the Elders of Zion (Lon­don 1967). [wróć]

Roz­dział I. Anty­se­mi­tyzm jako znie­waga dla zdro­wego roz­sądku

ROZ­DZIAŁ I

Anty­se­mi­tyzm jako znie­waga dla zdro­wego roz­sądku

Wielu ludzi wciąż jesz­cze uważa za przy­pa­dek, że rdze­niem ide­olo­gii nazi­stow­skiej był anty­se­mi­tyzm, że poli­tyka nazi­stów, kon­se­kwent­nie i bez­kom­pro­mi­sowo, zmie­rzała do prze­śla­do­wań i wresz­cie do zagłady Żydów. Dopiero zgroza na widok roz­mia­rów kata­strofy, a bar­dziej jesz­cze bez­dom­ność i poczu­cie wyko­rze­nie­nia tych, któ­rzy prze­trwali, spra­wiły, że "kwe­stia żydow­ska" stała się tak widoczna w życiu poli­tycz­nym. To, co sami nazi­ści uwa­żali za swoje naj­waż­niej­sze odkry­cie, tj. rolę Żydów w poli­tyce świa­to­wej, oraz dzie­dzinę, na któ­rej kon­cen­tro­wała się ich uwaga, czyli prze­śla­do­wa­nie Żydów na całym świe­cie, opi­nia publiczna uwa­żała za pre­tekst do pozy­ska­nia mas albo za inte­re­su­jący przy­kład dema­go­gii.

Można zro­zu­mieć tę nie­chęć do poważ­nego potrak­to­wa­nia tego, co gło­sili sami nazi­ści. Trudno o aspekt histo­rii współ­cze­snej bar­dziej iry­tu­jący i nie­zro­zu­miały od faktu, że spo­śród wszyst­kich wiel­kich nie­roz­strzy­gnię­tych zagad­nień poli­tycz­nych naszego stu­le­cia aku­rat ów pozor­nie drobny i nie­istotny pro­blem żydow­ski ma wąt­pliwy zaszczyt wpra­wie­nia w ruch całej tej pie­kiel­nej machiny. Taka roz­bież­ność przy­czyny i skut­ków obraża nasz zdrowy roz­są­dek, nie wspo­mi­na­jąc już o poczu­ciu rów­no­wagi i har­mo­nii histo­ry­ków. W zesta­wie­niu z samymi wyda­rze­niami wszyst­kie wyja­śnie­nia anty­se­mi­ty­zmu spra­wiają wra­że­nie pośpiesz­nie i przy­pad­kowo wymy­ślo­nych dla przy­kry­cia sprawy, która tak poważ­nie zagraża naszemu poczu­ciu pro­por­cji i zaufa­niu do roz­sądku.

Jedno z tych pośpiesz­nych wyja­śnień polega na utoż­sa­mia­niu anty­se­mi­ty­zmu z wybu­ja­łym nacjo­na­li­zmem i jego kse­no­fo­bicz­nymi wybu­chami. Tym­cza­sem, nie­stety, współ­cze­sny anty­se­mi­tyzm nasi­lał się w miarę słab­nię­cia tra­dy­cyj­nego nacjo­na­li­zmu, a osią­gnął punkt szczy­towy aku­rat w tym cza­sie, kiedy zała­mał się euro­pej­ski sys­tem państw naro­do­wych i ich chy­bo­tliwa rów­no­waga.

Jak już zauwa­żono, nazi­ści nie byli zwy­czaj­nymi nacjo­na­li­stami. Nacjo­na­li­styczną pro­pa­gandę kie­ro­wali do swo­ich sym­pa­ty­ków, a nie do prze­ko­na­nych człon­ków par­tii. Prze­ciw­nie, tym ostat­nim ni­gdy nie wolno było rezy­gno­wać z kon­se­kwent­nie ponadna­ro­do­wego podej­ścia do poli­tyki. "Nacjo­na­lizm" nazi­stów pod nie­jed­nym wzglę­dem był podobny do sze­rzo­nej ostat­nio pro­pa­gandy nacjo­na­li­stycz­nej w Związku Radziec­kim, rów­nież słu­żą­cej wyłącz­nie do pod­trzy­my­wa­nia uprze­dzeń mas. Ogra­ni­czony cha­rak­ter nacjo­na­li­zmu, pro­win­cjo­na­lizm pań­stwa naro­do­wego, wzbu­dzał u nazi­stów auten­tyczną, ni­gdy nie­prze­zwy­cię­żoną odrazę. Wciąż powta­rzali, że ich "ruch", mający zasięg mię­dzy­na­ro­dowy, tak jak ruch bol­sze­wicki, jest dla nich waż­niej­szy niż jakie­kol­wiek pań­stwo zwią­zane z koniecz­no­ści z okre­ślo­nym tery­to­rium. Zresztą nie tylko nazi­ści, ale i pięć­dzie­siąt lat dzie­jów anty­se­mi­ty­zmu to dowody prze­ciwko utoż­sa­mia­niu anty­se­mi­ty­zmu z nacjo­na­li­zmem. Pierw­sze par­tie anty­se­mic­kie dzia­ła­jące w ostat­nich dzie­się­cio­le­ciach XIX w. były zara­zem jed­nymi z pierw­szych, które nawią­zy­wały kon­takty mię­dzy­na­ro­dowe. Od samego początku zwo­ły­wały mię­dzy­na­ro­dowe kon­gresy i dbały o koor­dy­na­cję dzia­łań w skali mię­dzy­na­ro­dowej lub przy­naj­mniej euro­pej­skiej.

Ogólne ten­den­cje, takie jak jed­no­cze­sny schy­łek państw naro­do­wych i nasi­le­nie się anty­se­mi­ty­zmu, nie dają się prze­ko­nu­jąco wyja­śnić przez wska­za­nie jedy­nej przy­czyny. W takich przy­pad­kach histo­ryk ma zwy­kle do czy­nie­nia z bar­dzo skom­pli­ko­waną sytu­acją histo­ryczną, w któ­rej wyod­ręb­nie­nie jakie­goś czyn­nika jako "ducha epoki" spra­wia mu nie­sły­chaną trud­ność. Ist­nieją jed­nak pewne przy­datne zasady ogólne. Dla naszych celów naj­waż­niej­szą z nich jest wiel­kie odkry­cie przez Tocqu­eville'aK8 moty­wów gwał­tow­nej nie­na­wi­ści ludu fran­cu­skiego do ary­sto­kra­cji w przeded­niu rewo­lu­cji, nie­na­wi­ści, która nasu­nęła Burke'owi spo­strze­że­nie, że rewo­lu­cja fran­cu­ska doty­czyła bar­dziej "kon­dy­cji dżen­tel­mena" niż insty­tu­cji króla. Zda­niem Tocqu­eville'a, Fran­cuzi nie­na­wi­dzili tra­cą­cych wła­dzę ary­sto­kra­tów bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek przed­tem wła­śnie dla­tego, że gwał­tow­nej utra­cie rze­czy­wi­stego zna­cze­nia nie towa­rzy­szył dostrze­galny upa­dek ich for­tun. Dopóki ary­sto­kraci zacho­wy­wali ogromne wpływy w sądow­nic­twie, byli nie tylko tole­ro­wani, ale i sza­no­wani. Kiedy szlachta utra­ciła swoje przy­wi­leje, a wśród nich przy­wi­lej wyzy­sku i uci­sku pod­da­nych, lud dostrzegł w niej paso­żyta, nie­speł­nia­ją­cego żad­nej rze­czy­wi­stej funk­cji w rzą­dze­niu kra­jem. Innymi słowy, ni­gdy sam ucisk czy wyzysk nie jest główną przy­czyną nie­chęci; bogac­two bez widocz­nych funk­cji jest zde­cy­do­wa­nie bar­dziej nie­zno­śne, ponie­waż nikt nie rozu­mie, dla­czego powinno być tole­ro­wane.

Podob­nie anty­se­mi­tyzm osią­gnął punkt szczy­towy, kiedy Żydzi utra­cili już funk­cje publiczne i wpływy, a pozo­stało im tylko bogac­two. Kiedy Hitler doszedł do wła­dzy, banki nie­miec­kie były już pra­wie juden­rein (a prze­cież w tej wła­śnie dzie­dzi­nie Żydzi dzier­żyli klu­czowe pozy­cje przez ponad sto lat), a nie­mieccy Żydzi jako całość, po dłu­gim okre­sie sys­te­ma­tycz­nej poprawy sta­tusu spo­łecz­nego i wzro­stu liczeb­nego, zni­kali tak szybko, że sta­ty­stycy prze­wi­dy­wali ich cał­ko­wite znik­nię­cie w ciągu kil­ku­dzie­się­ciu lat. Co prawda, sta­ty­styka nie­ko­niecz­nie odbija rze­czy­wi­ste pro­cesy histo­ryczne, jed­nak zasta­na­wia­jące jest, że z punktu widze­nia ludzi zaj­mu­ją­cych się nią zawo­dowo, nazi­stow­skie prze­śla­do­wa­nia i eks­ter­mi­na­cje mogą spra­wiać wra­że­nie bez­sen­sow­nego pro­cesu, który praw­do­po­dob­nie i tak by nastą­pił.

To samo odnosi się do pra­wie wszyst­kich kra­jów Europy Zachod­niej. Sprawa Drey­fusa wybu­chła nie za cza­sów II Cesar­stwa, kiedy Żydzi fran­cu­scy osią­gnęli szczyty powo­dze­nia i wpły­wów, lecz w III Repu­blice, gdy wła­ści­wie znik­nęli z eks­po­no­wa­nych sta­no­wisk (cho­ciaż nie ze sceny poli­tycz­nej). Anty­se­mi­tyzm austriacki przy­brał gwał­towne formy nie za rzą­dów Met­ter­ni­cha i Fran­ciszka Józefa, lecz w powo­jen­nej Repu­blice Austriac­kiej, kiedy było zupeł­nie oczy­wi­ste, że żadna inna grupa nie odczuwa tak sil­nie jak Żydzi utraty wpły­wów i pre­stiżu wsku­tek znik­nię­cia monar­chii habs­bur­skiej.

Prze­śla­do­wa­nia grup odsu­nię­tych od wła­dzy lub tra­cą­cych ją nie są zapewne zbyt miłym wido­wi­skiem, ale nie sama nik­czem­ność ludzka jest ich przy­czyną. To wła­śnie sen­sowne prze­świad­cze­nie, że siła powinna być funk­cjo­nalna i cze­muś słu­żyć, instynk­tow­nie naka­zuje ludziom oka­zy­wać posłu­szeń­stwo rze­czy­wi­stej wła­dzy lub tole­ro­wać ją, a nie­na­wi­dzić ludzi posia­da­ją­cych bogac­two bez wła­dzy. Spo­łe­czeń­stwo funk­cjo­nuje i utrzy­muje swo­isty porzą­dek nawet w warun­kach uci­sku i wyzy­sku. Jedy­nie bogac­two bez wła­dzy lub chłodna obo­jęt­ność uprzy­wi­le­jo­wa­nych wywo­łuje wra­że­nie ich zbęd­no­ści, paso­ży­to­wa­nia, a w kon­se­kwen­cji nie­zno­śno­ści ist­nie­ją­cej sytu­acji, gdyż wtedy prze­cięte zostają wszyst­kie nici wią­żące ludzi ze sobą. Bogac­twu, które nie wyzy­skuje, brak nawet takich więzi jak te, które ist­nieją mię­dzy wyzy­ski­wa­czem a wyzy­ski­wa­nym; chłodna obo­jęt­ność nie pociąga za sobą nawet mini­mum zain­te­re­so­wa­nia uci­ska­ją­cego uci­ska­nym.

Jed­nak schy­łek zachod­nio- i środ­ko­wo­eu­ro­pej­skiego żydo­stwa stwa­rza jedy­nie atmos­ferę, w któ­rej roz­gry­wają się dal­sze wypadki. Sam ten schy­łek tłu­ma­czy je w rów­nie małym stop­niu, jak fakt utraty wła­dzy przez fran­cu­ską ary­sto­kra­cję mógłby tłu­ma­czyć rewo­lu­cję fran­cu­ską. Zna­jo­mość takiej pra­wi­dło­wo­ści przy­datna jest wyłącz­nie do odrzu­ce­nia zdro­wo­roz­sąd­ko­wej suge­stii, jakoby gwał­towną nie­na­wiść lub nagłą rebe­lię mogło spo­wo­do­wać tylko ist­nie­nie wiel­kiej potęgi bądź popeł­nie­nie wiel­kich nad­użyć i że wsku­tek tego zor­ga­ni­zo­wana nie­na­wiść do Żydów musiała być reak­cją na ich zna­cze­nie i siłę.

Poważ­niej­sze, ponie­waż wydaje się słuszne bar­dziej war­to­ścio­wym ludziom, jest inne zdro­wo­roz­sąd­kowe złu­dze­nie: Żydów jako cał­ko­wi­cie pozba­wioną zna­cze­nia grupę wplą­taną w ogólne nie­roz­wią­zy­walne kon­flikty epoki można było obcią­żyć odpo­wie­dzial­no­ścią i osta­tecz­nie przed­sta­wić jako ukry­tych spraw­ców wszel­kiego zła. Naj­le­piej ilu­struje i zara­zem dema­skuje takie wyja­śnie­nie, dro­gie ser­com wielu libe­ra­łów, dow­cip opo­wia­dany po pierw­szej woj­nie świa­to­wej. Anty­se­mita stwier­dza, że Żydzi spo­wo­do­wali wojnę. Odpo­wiedź brzmi: tak, Żydzi i cykli­ści. Dla­czego cykli­ści? - pyta pierw­szy. A dla­czego Żydzi? - odpo­wiada drugi.

Z teo­rii, że Żydzi są zawsze kozłami ofiar­nymi, wynika, iż rów­nie dobrze mogliby nimi być i inni. Potwier­dza to abso­lutną nie­win­ność ofiary: nie­win­ność, która nie tylko suge­ruje, że ofiara nie wyrzą­dziła żad­nego zła, lecz że rów­nież nie zaszło w ogóle nic takiego, co mogłoby się ewen­tu­al­nie wią­zać z roz­pa­try­waną sprawą. Prawdą jest, że teo­ria kozła ofiar­nego ni­gdy nie poja­wia się w druku w czy­stej jed­no­znacz­nej postaci. Ile­kroć jej wyznawcy usi­łują pra­co­wi­cie wyja­śnić, dla­czego jakiś okre­ślony kozioł ofiarny tak dobrze paso­wał do swo­jej roli, odcho­dzą od teo­rii i dają się wcią­gnąć w zwy­czajne bada­nia histo­ryczne, z któ­rych wynika tylko to, że histo­ria jest dzie­łem wielu róż­nych grup ludz­kich i że z jakichś powo­dów jedna z nich została wybrana. Tak zwany kozioł ofiarny z koniecz­no­ści prze­staje być nie­winną ofiarą, na którą świat zwala wszyst­kie swoje grze­chy i przy pomocy któ­rej pra­gnie unik­nąć kary. Staje się grupą ludzi wśród innych grup wcią­gnię­tych w sprawy świata i nie prze­staje być za nie współ­od­po­wie­dzialny rów­nież wtedy, gdy pada ofiarą nie­spra­wie­dli­wo­ści i okru­cień­stwa świata.

Do nie­dawna wewnętrzna nie­spój­ność teo­rii kozła ofiar­nego była wystar­cza­ją­cym powo­dem do jej odrzu­ce­nia jako jed­nej z licz­nych teo­rii, u któ­rych pod­łoża tkwi eska­pizm. Ale poja­wie­nie się ter­roru jako potęż­nej broni rzą­dów spra­wiło, że jej wia­ry­god­ność stała się więk­sza niż kie­dy­kol­wiek przed­tem.

Zasad­ni­cza róż­nica mię­dzy współ­cze­snymi dyk­ta­tu­rami a wszyst­kimi tyra­niami z prze­szło­ści polega na tym, że ter­ror sto­so­wany jest obec­nie już nie jako śro­dek nisz­cze­nia i zastra­sza­nia opo­nen­tów, lecz jako narzę­dzie rzą­dze­nia dosko­nale posłusz­nymi masami ludz­kimi. Ter­ror, taki jakim go dziś znamy, ude­rza nie­spro­wo­ko­wany, jego ofiary są nie­winne nawet z punktu widze­nia prze­śla­dow­ców. Tak było w hitle­row­skich Niem­czech, gdzie pełny ter­ror skie­ro­wano prze­ciwko Żydom, tj. prze­ciwko ludziom o pew­nych szcze­gól­nych cechach nie­za­leż­nych od ich kon­kret­nego zacho­wa­nia. W Rosji Radziec­kiej sytu­acja jest bar­dziej zagma­twana, ale fakty są, nie­stety, aż nazbyt wymowne. Z jed­nej strony, sys­tem bol­sze­wicki, w odróż­nie­niu od nazi­stow­skiego, ni­gdy nie przy­znał, że mógłby sto­so­wać ter­ror prze­ciwko nie­win­nym ludziom, i cho­ciaż w świe­tle pew­nych prak­tyk może to zakra­wać na hipo­kry­zję, jest to róż­nica istotna. Z dru­giej strony, prak­tyka rosyj­ska jest nawet bar­dziej "nowo­cze­sna" od nie­miec­kiej. Arbi­tral­no­ści ter­roru nie ogra­ni­czają tu nawet podziały rasowe. Ponie­waż dawne kate­go­rie kla­sowe od dawna zarzu­cono, każdy oby­wa­tel może w Rosji nagle stać się ofiarą poli­cyj­nego ter­roru. Nie inte­re­sują nas tutaj osta­teczne kon­se­kwen­cje rzą­dów za pomocą ter­roru - to mia­no­wi­cie, że nikt, łącz­nie z jego wyko­naw­cami, nie może być wolny od stra­chu. Zaj­mu­jemy się jedy­nie dowol­no­ścią doboru ofiar, a tu decy­du­jące jest to, że obiek­tyw­nie są one nie­winne, że są wybie­rane nie­za­leż­nie od tego, co zro­biły lub czego nie zro­biły.

Na pierw­szy rzut oka może to wyglą­dać na spóź­nione potwier­dze­nie teo­rii kozła ofiar­nego i prawdą jest, że ofiara współ­cze­snego ter­roru ma wszyst­kie cechy kozła ofiar­nego - jest obiek­tyw­nie i abso­lut­nie nie­winna, ponie­waż nic, co zro­biła lub czego zanie­chała, nie ma zna­cze­nia i nie ma też żad­nego związku z jej losem.

Ist­nieje zatem pokusa powrotu do wyja­śnie­nia, które auto­ma­tycz­nie uwal­nia ofiarę od odpo­wie­dzial­no­ści: wydaje się to cał­ko­wi­cie zgodne z rze­czy­wi­sto­ścią, w któ­rej nic nie poraża nas moc­niej niż kom­pletna nie­win­ność jed­nostki wcią­gnię­tej w tryby prze­ra­ża­ją­cej machiny i pozba­wio­nej wszel­kich szans na zmianę swo­jego losu. Jed­nak ter­ror staje się formą spra­wo­wa­nia wła­dzy dopiero na ostat­nim szcze­blu swo­jego roz­woju. Chcąc usta­no­wić rządy tota­li­tarne, trzeba go przed­sta­wić jako narzę­dzie jakiejś kon­kret­nej ide­olo­gii, a ide­olo­gia ta musi uzy­skać popar­cie wielu, a nawet więk­szo­ści, zanim będzie można wpro­wa­dzić ter­ror na stałe. Dla histo­ryka istotne jest to, że zanim Żydzi stali się głów­nymi ofia­rami współ­cze­snego ter­roru, zna­leźli się w cen­trum ide­olo­gii nazi­stów. A ide­olo­gia, która musi zjed­ny­wać i mobi­li­zo­wać ludzi, nie może dowol­nie wybie­rać swo­ich ofiar. Ina­czej mówiąc, jeśli w paten­to­wane fał­szer­stwo w rodzaju Pro­to­ko­łów mędr­ców Syjonu wie­rzy tylu ludzi, że może się ono stać natchnie­niem całego ruchu poli­tycz­nego, zada­nie histo­ryka prze­staje się spro­wa­dzać do wykry­cia fał­szer­stwa. Zada­niem tym nie jest zaś na pewno zna­le­zie­nie wyja­śnień, które odrzu­cają pod­sta­wowy fakt poli­tyczny i histo­ryczny tej sprawy: to, że fał­szer­stwo jest uwa­żane za prawdę, jest to kon­sta­ta­cja waż­niej­sza od oko­licz­no­ści (dru­go­rzęd­nej z punktu widze­nia histo­ryka), że mamy do czy­nie­nia z fał­szer­stwem.

Wyja­śnia­nie za pomocą kozła ofiar­nego pozo­staje więc jedną z typo­wych form ucieczki przed doce­nie­niem powagi zja­wi­ska anty­se­mi­ty­zmu i zna­cze­nia faktu, że Żydzi zostali wcią­gnięci w burz­liwe cen­trum wyda­rzeń. Rów­nie roz­po­wszech­niona jest prze­ciw­stawna dok­tryna "wiecz­nego anty­se­mi­ty­zmu", gło­sząca, że nie­na­wiść do Żydów jest nor­malną i natu­ralną reak­cją, dla któ­rej dzieje stwa­rzają tylko mniej lub wię­cej oka­zji. Wybu­chy anty­se­mi­ty­zmu nie wyma­gają żad­nego wyja­śnie­nia, ponie­waż są natu­ralną kon­se­kwen­cją wiecz­nego pro­blemu. Akcep­ta­cja tej dok­tryny przez zawo­do­wych anty­se­mi­tów jest sprawą oczy­wi­stą - daje naj­lep­sze moż­liwe alibi dla wszel­kich bestialstw. Jeśli prawdą jest, że ludz­kość doma­gała się mor­do­wa­nia Żydów przez ponad dwa tysiące lat, to zabi­ja­nie ich jest nor­mal­nym, a nawet ludz­kim, zaję­ciem, a nie­na­wiść do Żydów w ogóle nie wymaga tłu­ma­cze­nia.

W tym wyja­śnie­niu, odwo­łu­ją­cym się w zało­że­niu do ist­nie­nia odwiecz­nego anty­se­mi­ty­zmu, naj­bar­dziej zaska­kuje, że przy­jęło je bar­dzo wielu bez­stron­nych histo­ry­ków, a nawet jesz­cze więk­sza liczba Żydów. Ta wła­śnie dziwna zbież­ność spra­wia, że teo­ria ta jest tak nie­bez­pieczna i zara­zem kło­po­tliwa. Jej eska­pi­styczne pod­łoże jest w obu przy­pad­kach iden­tyczne: jak ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów anty­se­mici pra­gną unik­nąć odpo­wie­dzial­no­ści za swoje czyny, tak jesz­cze bar­dziej zro­zu­miałe jest, że ata­ko­wani, zepchnięci do obrony Żydzi nie życzą sobie pod żad­nym pozo­rem dys­ku­to­wa­nia o swoim udziale w tej odpo­wie­dzial­no­ści. Jed­nak w wypadku żydow­skich, a czę­sto rów­nież chrze­ści­jań­skich wyznaw­ców tej dok­tryny eska­pi­styczne ten­den­cje ofi­cjal­nej apo­lo­ge­tyki wyni­kają z istot­niej­szych i mniej racjo­nal­nych pobu­dek.

Naro­dzi­nom oraz roz­wo­jowi współ­cze­snego anty­se­mi­ty­zmu towa­rzy­szą i są z nimi zwią­zane asy­mi­la­cja i seku­la­ry­za­cja Żydów, zanik daw­nych ducho­wych i reli­gij­nych war­to­ści juda­izmu. Nowa sytu­acja stwo­rzyła dla dużej czę­ści Żydów podwójne zagro­że­nie - roz­padu więzi wewnętrz­nych oraz fizycz­nej likwi­da­cji z zewnątrz. Żydzi, któ­rym leżało na sercu prze­trwa­nie ich ludu, w tych oko­licz­no­ściach w przy­pły­wie despe­ra­cji uchwy­cili się dzi­wacz­nej i błęd­nej, ale pocie­sza­ją­cej idei, że mimo wszystko anty­se­mi­tyzm oka­zać się może wspa­nia­łym środ­kiem utrzy­mu­ją­cym wspól­notę. W ten spo­sób uzna­nie odwiecz­no­ści anty­se­mi­ty­zmu dawa­łoby gwa­ran­cję wiecz­nego ist­nie­nia Żydów. Ten prze­sąd, będący zeświec­czoną wer­sją idei wiecz­no­ści zawar­tej w wie­rze w naród wybrany i nadej­ście Mesja­sza, został wzmoc­niony wsku­tek doświad­cza­nej przez Żydów wie­lo­wie­ko­wej wro­go­ści ze strony chrze­ści­jan, będą­cej potęż­nym czyn­ni­kiem umoż­li­wia­ją­cym prze­trwa­nie, zarówno duchowe, jak i poli­tyczne. Żydzi pomy­lili współ­cze­sny anty­chrze­ści­jań­ski anty­se­mi­tyzm ze starą reli­gijną nie­na­wi­ścią do żydów. Było to tym bar­dziej natu­ralne, że asy­mi­la­cja nie zbli­żyła ich do kul­tu­ro­wych i reli­gij­nych aspek­tów chrze­ści­jań­stwa. Dostrze­ga­jąc oczy­wi­ste symp­tomy osłab­nię­cia reli­gii chrze­ści­jań­skiej, mogli sobie w swej nie­wie­dzy wyobra­zić powrót tak zwa­nych ciem­nych wie­ków. Nie­wie­dza czy błędne rozu­mie­nie wła­snej prze­szło­ści są też czę­ściowo odpo­wie­dzialne za fatalne nie­do­ce­nie­nie rze­czy­wi­stych i bez­pre­ce­den­so­wych nie­bez­pie­czeństw, przed któ­rymi sta­nęli. Nie wolno wszakże zapo­mi­nać, że nie­do­sta­tek umie­jęt­no­ści poli­tycz­nych i sła­bość osądu były spo­wo­do­wane przez sam cha­rak­ter histo­rii Żydów, histo­rii narodu bez rządu, bez kraju i bez języka. Histo­ria Żydów przed­sta­wia nie­zwy­kły obraz narodu pod tym wzglę­dem wyjąt­ko­wego, który zaczął swe dzieje z jasną kon­cep­cją histo­rii, nie­mal świa­do­mie zde­cy­do­wany zre­ali­zo­wać dobrze obmy­ślany plan ziem­ski, a potem, nie porzu­ca­jąc tej kon­cep­cji, przez dwa tysiące lat uni­kał wszel­kich dzia­łań poli­tycz­nych. W rezul­ta­cie histo­ria poli­tyczna Żydów, w jesz­cze więk­szym stop­niu niż dzieje innych naro­dów, stała się igraszką nie­prze­wi­dzia­nych, przy­pad­ko­wych czyn­ni­ków. I tak Żydzi odgry­wali to jedną, to drugą rolę, za żadną nie przyj­mu­jąc odpo­wie­dzial­no­ści.

W obli­czu osta­tecz­nej kata­strofy, która dopro­wa­dziła Żydów tak bli­sko cał­ko­wi­tej zagłady, teza o odwiecz­nym anty­se­mi­ty­zmie stała się bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek nie­bez­pieczna. Dziś mogłaby roz­grze­szać ludzi nie­na­wi­dzą­cych Żydów ze zbrodni prze­ra­sta­ją­cych wyobraź­nię naszych przod­ków. Anty­se­mi­tyzm by­naj­mniej nie stał się tajemną gwa­ran­cją prze­trwa­nia narodu żydow­skiego, ale oka­zał się zagro­że­niem dla jego ist­nie­nia. Podob­nie jed­nak jak teo­ria kozła ofiar­nego i z podob­nych wzglę­dów także to wytłu­ma­cze­nie anty­se­mi­ty­zmu prze­trwało, mimo że zaprze­czyła mu rze­czy­wi­stość. Uwy­pu­kla ono prze­cież, mimo wszystko, za pomocą odmien­nych argu­men­tów, lecz z rów­nym upo­rem, ową zupełną i nie­ludzką nie­win­ność, w tak ude­rza­jący spo­sób cha­rak­te­ry­zu­jącą ofiary współ­cze­snego ter­roru, a więc wywo­łu­jącą wra­że­nie, że wyda­rze­nia potwier­dziły jego słusz­ność. Ma zaś tę prze­wagę nad teo­rią kozła ofiar­nego, że udziela jakiejś odpo­wie­dzi na nie­przy­jemne pyta­nie: dla­czego aku­rat Żydzi? - choćby to była odpo­wiedź pro­sząca się o kolejne pyta­nie: odwieczna nie­na­wiść.

Doprawdy musi zasta­na­wiać fakt, że jedy­nie dwie teo­rie, które przy­naj­mniej usi­łują wyja­śnić poli­tyczne zna­cze­nie ruchu anty­se­mic­kiego, zaprze­czają jakiej­kol­wiek szcze­gól­nej odpo­wie­dzial­no­ści Żydów i odże­gnują się od roz­pa­try­wa­nia tych spraw w kon­kret­nych kate­go­riach histo­rycz­nych. Zawarta w nich nega­cja sen­sow­no­ści ludz­kich zacho­wań ogrom­nie upo­dab­nia je do tych współ­cze­snych prak­tyk i form spra­wo­wa­nia wła­dzy, które, posłu­gu­jąc się arbi­tral­nym ter­ro­rem, likwi­dują samą moż­li­wość ludz­kich dzia­łań. Żydzi byli mor­do­wani w obo­zach zagłady, jakby zgod­nie z dawa­nym przez te teo­rie wyja­śnie­niem powo­dów, dla któ­rych byli znie­na­wi­dzeni: nie­za­leż­nie od tego, co zro­bili lub czego zanie­chali, nie­za­leż­nie od cnót i grze­chów. Co wię­cej, sami mor­dercy wyko­nu­jący jedy­nie roz­kazy i dumni ze swo­jej bez­na­mięt­nej sku­tecz­no­ści, zadzi­wia­jąco przy­po­mi­nali "nie­winne" narzę­dzia nie­ludz­kiego, bez­oso­bo­wego biegu wyda­rzeń, za jakie uwa­żano ich w myśl dok­tryny wiecz­nego anty­se­mi­ty­zmu.

Takie zbież­no­ści mię­dzy teo­rią i prak­tyką same w sobie nie są jesz­cze dowo­dem histo­rycz­nej prawdy, cho­ciaż wska­zują na to, że takie opi­nie zawsze poja­wiają się "w porę", i wyja­śniają, dla­czego tak wielu ludziom wydają się słuszne. Histo­ryka powinny inte­re­so­wać tylko w takim stop­niu, w jakim same są cząstką bada­nych przez niego cza­sów i ponie­waż stoją na dro­dze poszu­ki­wa­nia prawdy. Żyjąc spra­wami swo­jej epoki, histo­ryk rów­nie łatwo jak inni może ulec ich sile prze­ko­ny­wa­nia. Ostrożne podej­ście do ogól­nie akcep­to­wa­nych opi­nii mają­cych pre­ten­sje do wyja­śnia­nia wszel­kich tren­dów dzie­jo­wych jest szcze­gól­nie ważne dla histo­ryków cza­sów naj­now­szych, ponie­waż minione stu­le­cie stwo­rzyło obfi­tość ide­olo­gii uzna­ją­cych się za klu­cze do dzie­jów, a w rze­czy­wi­sto­ści będą­cych wyłącz­nie despe­rac­kimi pró­bami ucieczki przed rze­czy­wi­sto­ścią.

Tocząc słynny spór z sofi­stami Pla­ton odkrył, że ich "sztuka wymowy w ogóle jest sztuką pro­wa­dze­nia dusz ludz­kich za pomocą mów" (Faj­dros, 261 A) i że nie ma ona nic wspól­nego z prawdą. Doty­czy bowiem sądów z natury zmien­nych, cze­goś, co "staje się praw­dziwe wtedy, kiedy się wydaje, i tak długo, jak długo się wydaje" (Teaj­tet, 172B). Odkrył także, że pozy­cja prawdy w świe­cie jest bar­dzo nie­pewna, gdyż liczą się opi­nie: "Prze­cież tym się ludzi prze­ko­nywa i nakła­nia, a nie prawdą" (Faj­dros, 260A)1. Naj­bar­dziej ude­rza­jąca róż­nica mię­dzy sta­ro­żyt­nymi i nowo­żyt­nymi sofi­stami polega na tym, że sta­ro­żytni zado­wa­lali się w dys­ku­sji ulot­nym zwy­cię­stwem kosz­tem prawdy, pod­czas gdy nowo­żytni pra­gną trwal­szych zwy­cięstw kosz­tem rze­czy­wi­sto­ści. Ina­czej mówiąc, sta­ro­żytni sofi­ści niwe­czyli god­ność ludz­kiej myśli, nowo­żytni zaś niwe­czą god­ność ludz­kiego dzia­ła­nia. Sta­ro­żytni mani­pu­la­to­rzy logiki sta­no­wili pro­blem dla filo­zo­fów, pod­czas gdy nowo­żytni mani­pu­la­to­rzy fak­tów stają na dro­dze histo­ryka. Nisz­czona jest sama histo­ria, kiedy bowiem fakty prze­staje się inter­pre­to­wać jako zasad­ni­czą część minio­nego i dzi­siej­szego świata, a nad­używa się ich do udo­wod­nie­nia takich czy innych poglą­dów, zagro­żona jest sama moż­li­wość rozu­mie­nia dzie­jów, wyni­ka­jąca stąd, że histo­rię upra­wiają ludzie, a zatem i ludzie mogą ją pojąć.

Jeśli odrzuci się potoczne opi­nie, a tra­dy­cję prze­sta­nie się uwa­żać za nie­pod­wa­żalną, to zaiste pozo­sta­nie nie­wiele prze­wod­ni­ków po labi­ryn­cie nie­na­zwa­nych fak­tów. Jed­nak takie zawi­ło­ści histo­rio­gra­fii nie mają więk­szego zna­cze­nia, skoro się weź­mie pod uwagę wiel­kie wstrząsy naszych cza­sów oraz ich skutki dla histo­rycz­nych struk­tur świata zachod­niego. Ich bez­po­śred­nią kon­se­kwen­cją było ujaw­nie­nie ukry­tych przed naszym wzro­kiem skład­ni­ków dzie­jów. Nie ozna­cza to, że to, co zaczęło się roz­pa­dać pod­czas kry­zysu (być może naj­głęb­szego w dzie­jach Zachodu od upadku Cesar­stwa Rzym­skiego), było tylko fasadą, cho­ciaż wiele z tego, co jesz­cze kil­ka­dzie­siąt lat temu uwa­ża­li­śmy za nie­znisz­czalne, oka­zało się jedy­nie fasadą.

Jed­no­cze­sne osła­bie­nie euro­pej­skich państw naro­do­wych i nasi­le­nie się ruchów anty­se­mic­kich, zbież­ność w cza­sie upadku Europy zor­ga­ni­zo­wa­nej na zasa­dach naro­do­wych eks­ter­mi­na­cji Żydów, przy­go­to­wane przez zwy­cię­stwo anty­se­mi­ty­zmu nad wszyst­kimi "izmami" rywa­li­zu­ją­cymi o prze­ko­na­nie opi­nii publicz­nej, należy trak­to­wać jako poważną wska­zówkę w poszu­ki­wa­niu źró­deł anty­se­mi­ty­zmu. Nowo­żytny anty­se­mi­tyzm trzeba roz­pa­try­wać na ogól­nym tle roz­woju pań­stwa naro­do­wego, a jed­no­cze­śnie trzeba zna­leźć jego źró­dła w pew­nych aspek­tach histo­rii Żydów i w szcze­gól­nych funk­cjach, jakie speł­niał w ostat­nich stu­le­ciach. Jeśli w koń­co­wym sta­dium dez­in­te­gra­cji anty­se­mic­kie slo­gany oka­zały się naj­sku­tecz­niej­szym środ­kiem w inspi­ro­wa­niu i orga­ni­zo­wa­niu wiel­kich mas ludz­kich do impe­ria­li­stycz­nej eks­pan­sji i do nisz­cze­nia daw­nych form rzą­dze­nia, to histo­ria dotych­cza­so­wych sto­sun­ków mię­dzy Żydami a pań­stwem musi zawie­rać pod­sta­wowe wska­zówki do zro­zu­mie­nia nara­sta­nia wro­go­ści mię­dzy pew­nymi gru­pami spo­łe­czeń­stwa i Żydami. Tymi spra­wami zajmę się w następ­nym roz­dziale.

Jeśli ponadto roz­ra­sta­jący się nie­ustan­nie współ­cze­sny motłoch - tj. déclassés ze wszyst­kich klas - wyła­niał przy­wód­ców, któ­rzy, nie kło­po­cząc się pyta­niem, czy Żydzi są dosta­tecz­nie ważni, aby czy­nić z nich jądro ide­olo­gii poli­tycz­nej, raz po raz dostrze­gali w nich "klucz do dzie­jów" i główną przy­czynę wszel­kiego zła, to w histo­rii sto­sun­ków mię­dzy Żydami a spo­łe­czeń­stwem należy szu­kać wyja­śnie­nia wro­go­ści mię­dzy motło­chem a Żydami. Związki mię­dzy Żydami a spo­łe­czeń­stwem będą omó­wione w roz­dziale III.

Roz­dział IV doty­czy sprawy Drey­fusa, cze­goś w rodzaju próby gene­ral­nej do przed­sta­wie­nia naszych cza­sów. Ponie­waż stwa­rza ona szcze­gólną oka­zję dostrze­że­nia, w krót­kim momen­cie histo­rycz­nym, zazwy­czaj ukry­tych moż­li­wo­ści anty­se­mi­ty­zmu jako potęż­nej broni poli­tycz­nej w sys­te­mie dzie­więt­na­sto­wiecz­nej poli­tyki z jej sto­sun­kowo znaczną trzeź­wo­ścią osądu, sprawa ta została opi­sana szcze­gó­łowo.

W tych trzech roz­dzia­łach podej­muję zale­d­wie wstępną ana­lizę czyn­ni­ków, z któ­rych zdano sobie w pełni sprawę dopiero w momen­cie zmierz­chu państw naro­do­wych, gdy roz­wój impe­ria­li­zmu wysu­nął się na czoło sceny poli­tycz­nej.

1. Cytaty z Dia­lo­gów w prze­kła­dzie W. Witwic­kiego: Pla­ton, Faj­dros, War­szawa 1958; Pla­ton, Teaj­tet, War­szawa 1959. [wróć]

Roz­dział II. Żydzi, pań­stwo naro­dowe i naro­dziny anty­se­mi­ty­zmu

ROZ­DZIAŁ II

Żydzi, pań­stwo naro­dowe i naro­dziny anty­se­mi­ty­zmu

1. Dwu­znacz­ność rów­no­upraw­nie­nia i żydow­ski ban­kier pań­stwowy

U szczytu swego roz­woju w wieku XIX pań­stwo naro­dowe nadało lud­no­ści żydow­skiej rów­ność praw. Za abs­trak­cyjną i jawną sprzecz­no­ścią pole­ga­jącą na tym, że Żydzi otrzy­mali oby­wa­tel­stwo od rzą­dów, które stop­niowo, na prze­strzeni wie­ków, z naro­do­wo­ści uczy­niły wstępny waru­nek oby­wa­tel­stwa, a z jed­no­rod­no­ści popu­la­cji wyróż­nia­jącą cechę pań­stwa, kryły się jed­nak głęb­sze, star­sze i donio­ślej­sze sprzecz­no­ści.

Serii dekre­tów eman­cy­pa­cyj­nych, które stop­niowo i nie­pew­nie szły w ślady fran­cu­skiego edyktu z 1792 r., towa­rzy­szył dostrze­galny już przed­tem dwu­znaczny sto­su­nek pań­stwa naro­do­wego do jego żydow­skich miesz­kań­ców. Zała­ma­nie się feu­dal­nego porządku dało począ­tek nowemu, rewo­lu­cyj­nemu poję­ciu rów­no­ści, zgod­nie z któ­rym nie można już było tole­ro­wać "narodu wewnątrz narodu". Ogra­ni­cze­nia i przy­wi­leje Żydów musiały być znie­sione wraz ze wszyst­kimi innymi szcze­gól­nymi pra­wami i swo­bo­dami. Jed­nak ten wzrost rów­no­ści uza­leż­niony był w znacz­nej mie­rze od roz­woju nie­za­leż­nej machiny pań­stwo­wej, która bądź na zasa­dzie oświe­co­nego despo­ty­zmu, bądź w postaci rządu kon­sty­tu­cyj­nego, sto­jąc ponad wszyst­kimi kla­sami i par­tiami, mogłaby w cudow­nej izo­la­cji funk­cjo­no­wać, rzą­dzić i repre­zen­to­wać inte­resy narodu jako cało­ści. Dla­tego poczy­na­jąc od końca XVII w. nara­sta bez­pre­ce­den­sowe zapo­trze­bo­wa­nie na kre­dyt pań­stwowy, a sfera gospo­dar­czych inte­re­sów pań­stwa znacz­nie się roz­sze­rza. Tym­cza­sem wśród lud­no­ści euro­pej­skiej nie było grupy goto­wej udzie­lać pań­stwu kre­dytów lub zaan­ga­żo­wać się w roz­wój pań­stwowych przed­się­wzięć. Stało się więc oczy­wi­ste, że zostaną wezwani na pomoc Żydzi z ich wie­ko­wym doświad­cze­niem w roli udzie­la­ją­cych poży­czek i ze względu na ich powią­za­nia ze szlachtą euro­pej­ską, któ­rej czę­sto zawdzię­czali lokalną pro­tek­cję i któ­rej zwy­kli pro­wa­dzić inte­resy. W oczy­wi­stym inte­re­sie nowych przed­się­wzięć pań­stwa leżało przy­zna­nie Żydom pew­nych przy­wi­le­jów i trak­to­wa­nie ich jako odręb­nej grupy. Pań­stwo w żad­nym wypadku nie mogło sobie pozwo­lić na ich cał­ko­witą asy­mi­la­cję z pozo­stałą lud­no­ścią, odma­wia­jącą udzie­la­nia kre­dytów, nie­chętną popie­ra­niu i roz­wi­ja­niu inte­re­sów pań­stwa i postę­pu­jącą według utar­tych wzo­rów pry­wat­nej przed­się­bior­czo­ści kapi­ta­li­stycz­nej.

Rów­no­upraw­nie­nie Żydów wpro­wa­dzone przez sys­tem państw naro­do­wych w Euro­pie w ciągu wieku XIX miało zatem podwójną genezę i zawsze dostrze­galny dwu­znaczny sens. Z jed­nej strony było to skut­kiem struk­tury poli­tycz­nej i praw­nej nowego pań­stwa, która mogła funk­cjo­no­wać tylko w warun­kach praw­nej i poli­tycz­nej rów­no­ści. We wła­snym inte­re­sie rzą­dów leżało moż­li­wie szyb­kie i cał­ko­wite usu­nię­cie nierów­no­ści wła­ści­wych daw­nemu porząd­kowi. Z dru­giej strony było to oczy­wi­ste następ­stwo stop­nio­wego roz­sze­rza­nia okre­ślo­nych przy­wi­le­jów, przy­zna­wa­nych począt­kowo wyłącz­nie jed­nost­kom, a potem dzięki nim małym gru­pom zamoż­nych Żydów; dopiero kiedy ta ogra­ni­czona grupa nie była już w sta­nie zaspo­ka­jać wciąż rosną­cych potrzeb i przed­się­wzięć pań­stwo­wych, przy­wi­leje te roz­sze­rzono na wszyst­kich Żydów Zachod­niej i Środ­ko­wej EuropyK9.

Tak więc w tym samym cza­sie i w tym samym kraju rów­no­upraw­nie­nie ozna­czało rów­ność oraz przy­wi­leje, znisz­cze­nie sta­rych, auto­no­micz­nych wspól­not żydow­skich oraz świa­dome zacho­wa­nie Żydów jako odręb­nej grupy spo­łecz­nej, znie­sie­nie spe­cjal­nych restryk­cji i spe­cjal­nych praw oraz roz­sze­rze­nie takich praw na rosnącą grupę osób. Prze­słanką nowego sys­temu poli­tycz­nego stała się rów­ność warun­ków dla wszyst­kich oby­wa­teli pań­stwa. Cho­ciaż taka rów­ność naprawdę dopro­wa­dziła do pozba­wie­nia daw­nych klas rzą­dzą­cych w każ­dym razie przy­wi­leju rzą­dze­nia, a daw­nych klas uci­ska­nych prawa do ochrony, to jed­nak towa­rzy­szą tym pro­ce­som naro­dziny nowego spo­łe­czeń­stwa kla­so­wego, które podzie­liło oby­wa­teli pod wzglę­dem spo­łecz­nym i eko­no­micz­nym rów­nie sku­tecz­nie jak dawny ustrój. Rów­ność sta­nów, jaką wyobra­żali sobie jako­bini pod­czas rewo­lu­cji fran­cu­skiej, urze­czy­wist­niono tylko w Ame­ryce - na kon­ty­nen­cie euro­pej­skim zastą­piła ją czy­sto for­malna rów­ność wobec prawa.

Zasad­ni­cza sprzecz­ność mię­dzy pań­stwem opar­tym na rów­no­ści wobec prawa a spo­łe­czeń­stwem zbu­do­wa­nym na nierów­no­ści podzia­łów kla­so­wych unie­moż­li­wiła postępy w dzia­ła­niu repu­blik, a rów­nież naro­dziny nowej hie­rar­chii poli­tycz­nej. Nie­da­jąca się prze­zwy­cię­żyć nie­rów­ność warun­ków spo­łecz­nych - przy­na­leż­ność kla­sowa była jed­no­stce narzu­cona i aż do wybu­chu I wojny świa­to­wej prak­tycz­nie prze­są­dzona przez sam fakt uro­dze­nia się w danym śro­do­wi­sku - mogła mimo wszystko współ­ist­nieć z rów­no­ścią poli­tyczną. Tylko kraje zaco­fane poli­tycz­nie, takie jak Niemcy, zacho­wały pewne pozo­sta­ło­ści feu­da­li­zmu. Człon­ko­wie ary­sto­kra­cji, która zbio­rowo prze­obra­żała się w klasę, mieli tam uprzy­wi­le­jo­wany sta­tus poli­tyczny, mogli zatem jako grupa zacho­wać szcze­gólny sto­su­nek do pań­stwa. Ale były to pozo­sta­ło­ści. Tam gdzie sys­tem kla­sowy w pełni się ukształ­to­wał, o sta­tusie jed­nostki decy­do­wała jej przy­na­leż­ność kla­sowa i zwią­zek tej klasy z innymi, a nie pozy­cja w pań­stwie lub w jego apa­ra­cie.

Żydzi byli jedy­nym wyjąt­kiem od tej ogól­nej zasady. Nie two­rzyli odręb­nej klasy i nie nale­żeli do innych klas w swo­ich kra­jach. Nie skła­dali się jako grupa ani z robot­ni­ków, ani z przed­sta­wi­cieli klas śred­nich, wła­ści­cieli ziem­skich czy chło­pów. Bogac­two zda­wało się czy­nić z nich cząstkę klas śred­nich, lecz nie brali udziału w ich kapi­ta­li­stycz­nym roz­woju; prak­tycz­nie nie uczest­ni­czyli w budo­wa­niu prze­my­słu, a kiedy w ostat­nim okre­sie aktyw­no­ści w Euro­pie stali się pra­co­daw­cami na dużą skalę, zatrud­niali nie robot­ni­ków, ale "białe koł­nie­rzyki". Ina­czej mówiąc, ich sta­tus wyzna­czał sam fakt bycia Żydami, a nie sto­su­nek do innych klas. Szcze­gólna opieka ze strony pań­stwa (czy to w daw­nej postaci jaw­nych przy­wi­le­jów, czy to w for­mie spe­cjal­nych dekre­tów eman­cy­pa­cyj­nych, któ­rych nie potrze­bo­wała żadna inna grupa i które czę­sto trzeba było wpro­wa­dzać mimo wro­go­ści spo­łe­czeń­stwa) oraz szcze­gólne usługi wyświad­czane wła­dzom zapo­bie­gały wto­pie­niu ich w sys­tem kla­sowy, a także prze­obra­że­niu w odrębną klasęK10. Ile­kroć więc byli dopusz­czani i wcho­dzili do spo­łe­czeń­stwa, sta­wali się wyraź­nie okre­śloną, samo­istną grupą wewnątrz jed­nej z klas - ary­sto­kra­cji lub bur­żu­azji.

Zain­te­re­so­wa­nie pań­stwa naro­do­wego pod­trzy­my­wa­niem odręb­no­ści Żydów i zapo­bie­ga­niem ich asy­mi­la­cji w spo­łe­czeń­stwie kla­so­wym nie­wąt­pli­wie zbie­gało się z dąże­niem Żydów do obrony wła­snej odręb­no­ści i do prze­trwa­nia jako grupy. Jest rów­nież bar­dziej niż praw­do­po­dobne, że bez tej zbież­no­ści usi­ło­wa­nia władz nie przy­nio­słyby rezul­ta­tów. Usilne dąże­nie pań­stwa do wyrów­ny­wa­nia sytu­acji oby­wa­teli, spo­łe­czeń­stwa zaś do włą­cze­nia każ­dej jed­nostki w sys­tem kla­sowy, co łącz­nie nie­uchron­nie pocią­gało za sobą cał­ko­witą asy­mi­la­cję Żydów, mogło być powstrzy­mane tylko przez połą­cze­nie inter­wen­cji rządu z dobro­wol­nym współ­dzia­ła­niem zain­te­re­so­wa­nych. Mimo wszystko ofi­cjalna poli­tyka w sto­sunku do Żydów nie zawsze była tak spójna i tak nie­za­chwiana, jak mogli­by­śmy sądzić roz­pa­tru­jąc tylko jej osta­teczne rezul­tatyK11. Doprawdy zdu­mie­wa­jąca jest kon­se­kwen­cja, z jaką Żydzi odrzu­cali szansę pro­wa­dze­nia nor­mal­nych kapi­ta­li­stycz­nych przed­się­wzięć i biz­nesuK12. Ale bez zain­te­re­so­wa­nia i róż­nych zabie­gów ze strony władz Żydzi nie byliby w sta­nie zacho­wać toż­sa­mo­ści jako grupa.

W prze­ci­wień­stwie do wszyst­kich innych grup pozy­cję i cha­rak­ter Żydów okre­ślała struk­tura poli­tyczna pań­stwa. Ponie­waż jed­nak bra­ko­wało jej spo­łecz­nego odnie­sie­nia, Żydzi znaj­do­wali się w spo­łecz­nej próżni. Ich nie­rów­ność spo­łeczna była zupeł­nie odmienna od nie­rów­no­ści sys­temu kla­so­wego. Także to wyni­kało głów­nie z ich sto­sunku do pań­stwa. Sam fakt uro­dze­nia się Żydem mógł ozna­czać albo nad­miar przy­wi­le­jów, czyli spe­cjalną opiekę władz, albo ich nie­do­bór, czyli brak pew­nych praw i moż­li­wo­ści, któ­rych odmó­wiono Żydom, aby zapo­biec ich asy­mi­la­cji.

Sche­ma­tyczny zarys rów­no­cze­snego roz­kwitu i schyłku euro­pej­skiego sys­temu państw naro­do­wych oraz euro­pej­skiego żydo­stwa obej­muje w przy­bli­że­niu nastę­pu­jące etapy:

1. W XVII i XVIII stu­le­ciu nastę­po­wał powolny roz­wój państw naro­do­wych pod kura­telą monar­chów abso­lut­nych. Wszę­dzie wydo­by­wają się z mroku poje­dyn­czy Żydzi obej­mu­jąc cza­sem świetne, a zawsze wpły­wowe sta­no­wi­ska dwor­skich Żydów finan­su­ją­cych inte­resy pań­stwowe i prze­pro­wa­dza­ją­cych trans­ak­cje finan­sowe swo­ich ksią­żąt. Wpływ tych prze­mian na masy, żyjące na­dal w ramach mniej lub bar­dziej feu­dal­nego porządku, był rów­nie nikły, jak na Żydów jako całość.

2. Po rewo­lu­cji fran­cu­skiej, która gwał­tow­nie zmie­niła sytu­ację poli­tyczną na całym kon­ty­nen­cie euro­pej­skim, poja­wiło się pań­stwo naro­dowe we współ­cze­snym rozu­mie­niu, któ­rego trans­ak­cje finan­sowe wyma­gały znacz­nie więk­szych kapi­ta­łów i kre­dy­tów niż te, które sta­wiali do tej pory do dys­po­zy­cji ksią­żąt dwor­scy Żydzi. Tylko połą­czone bogac­two zamoż­niej­szej war­stwy zachod­nio- i środ­ko­wo­eu­ro­pej­skiego żydo­stwa, prze­ka­zane w tym celu czo­ło­wym żydow­skim ban­kie­rom, mogło zaspo­koić nowe, zwięk­szone zapo­trze­bo­wa­nie rzą­dów. W tym też okre­sie zamoż­nym Żydom, któ­rym w ciągu XVIII w. udało się osiąść w naj­waż­niej­szych ośrod­kach miej­skich i finan­so­wych, nadano przy­wi­leje potrzebne do tej pory tylko Żydom dwor­skim. W końcu we wszyst­kich ukształ­to­wa­nych już pań­stwach naro­do­wych wpro­wa­dzono rów­no­upraw­nie­nie. Nie przy­znano go tylko w tych kra­jach, gdzie z powodu małej liczeb­no­ści i ogól­nego zaco­fa­nia regionu Żydzi nie byli w sta­nie zor­ga­ni­zo­wać się w spe­cjalne wła­sne grupy, któ­rych eko­no­miczną funk­cją było udzie­la­nie pomocy finan­sowej rzą­dowi.

3. Ponie­waż bli­ski zwią­zek rządu pań­stwa naro­do­wego z Żydami wyni­kał z ogól­nego braku zain­te­re­so­wa­nia bur­żu­azji poli­tyką, a finan­sami kraju w szcze­gól­no­ści, w końcu XIX w. poło­żyły mu kres naro­dziny impe­ria­li­zmu, kiedy to roz­wój kapi­ta­li­stycz­nych inte­re­sów nie był już moż­liwy bez aktyw­nej pomocy poli­tycz­nej i inter­wen­cji pań­stwa. Jed­no­cze­śnie zaś impe­ria­lizm pod­ko­py­wał pod­stawy pań­stwa naro­do­wego i kur­tu­azyjne sto­sunki naro­dów euro­pej­skich zamą­cił duchem rywa­li­za­cji gospo­dar­czej. W pierw­szych dzie­się­cio­le­ciach tego okresu Żydzi stra­cili uprzy­wi­le­jo­waną pozy­cję w finan­sach pań­stwa na rzecz biz­nes­me­nów o impe­ria­li­stycz­nej men­tal­no­ści, stra­cili na zna­cze­niu jako grupa, cho­ciaż poje­dyn­czy Żydzi zacho­wali wpływy jako doradcy finan­sowi i ogól­no­eu­ro­pej­scy pośred­nicy. Tym Żydom jed­nak, w prze­ci­wień­stwie do dzie­więt­na­sto­wiecz­nych ban­kie­rów pań­stwo­wych, wspól­nota żydow­ska, pomimo jej bogac­twa, była jesz­cze mniej potrzebna niż dwor­skim Żydom z XVII i XVIII w. i dla­tego czę­sto się od niej zupeł­nie odci­nali. Zani­kło współ­dzia­ła­nie finan­sowe wewnątrz gmin żydow­skich i mimo że poje­dyn­czy Żydzi zaj­mu­jący eks­po­no­wane pozy­cje w oczach nie-Żydów uosa­biali całe żydo­stwo, miało to bar­dzo mało wspól­nego z rze­czy­wi­sto­ścią.

4. Jako grupa, zachod­nie żydo­stwo, tak jak i pań­stwo naro­dowe, ule­gło roz­kła­dowi w ciągu dzie­się­cio­leci poprze­dza­ją­cych wybuch I wojny świa­to­wej. W gwał­tow­nie osła­bio­nej powo­jen­nej Euro­pie Żydzi two­rzący zato­mi­zo­waną grupę zamoż­nych jed­no­stek pozba­wieni już byli daw­nej siły. Ich bogac­two stra­ciło na zna­cze­niu w epoce impe­ria­li­zmu; dla Europy o zachwia­nej rów­no­wa­dze sił mię­dzy uczu­ciami naro­do­wymi a ogól­no­eu­ro­pej­ską soli­dar­no­ścią, ponadna­ro­dowi, ogól­no­eu­ro­pej­scy Żydzi stali się przed­mio­tem powszech­nej nie­na­wi­ści z powodu swo­jego bez­u­ży­tecz­nego bogac­twa i przed­mio­tem pogardy ze względu na brak wła­dzy.

Zapo­trze­bo­wa­nie rzą­dów na regu­larne dochody i bez­pieczne finanse zro­dziło się w monar­chiach abso­lut­nych, które patro­no­wały powsta­niu państw naro­do­wych. Feu­dalni ksią­żęta i kró­lo­wie także potrze­bo­wali pie­nię­dzy, a nawet kre­dytu, ale tylko na szcze­gólne cele i do jed­no­ra­zo­wych ope­ra­cji. Jesz­cze w XVI w. Fug­ge­ro­wie, odda­jąc swój kre­dyt do dys­po­zy­cji pań­stwa, nie myśleli o stwo­rze­niu spe­cjal­nego kre­dytu pań­stwo­wego. Monar­cho­wie abso­lutni począt­kowo zaspo­ka­jali swoje potrzeby finan­sowe po czę­ści za pomocą sta­rych metod: wojny i gra­bieży, po czę­ści zaś posłu­gu­jąc się nowym środ­kiem - mono­po­lem podat­ko­wym. W ten spo­sób pod­wa­żyli potęgę i zruj­no­wali for­tuny szlachty nie uśmie­rza­jąc nara­sta­ją­cej wro­go­ści pod­da­nych.

Monar­cho­wie abso­lutni przez wiele lat szu­kali w spo­łe­czeń­stwie klasy, na któ­rej mogliby pole­gać rów­nie nie­za­wod­nie, jak feu­dalni monar­cho­wie pole­gali na szlach­cie. Od XV w. toczyła się we Fran­cji nie­ustanna walka mię­dzy gil­diami a monar­chią, pra­gnącą wcie­lić je do sys­temu pań­stwo­wego. Nie­wąt­pli­wie naj­bar­dziej inte­re­su­ją­cym eks­pe­ry­men­tem był roz­wój mer­kan­ty­li­zmu oraz podej­mo­wane przez pań­stwo abso­lutne próby zdo­by­cia abso­lutnego mono­polu w prze­my­śle i finan­sach. Jak wia­domo, skoń­czyło się to kata­strofą i ban­kruc­twem spo­wo­do­wa­nym przez zgodny opór rodzą­cej się bur­żu­azjiK13.

Przed wyda­niem dekre­tów zno­szą­cych nie­rów­ność każda rodzina ksią­żęca i każdy euro­pej­ski monar­cha miał już dwor­skiego Żyda pro­wa­dzą­cego jego inte­resy. W ciągu XVII i XVIII w. ci dwor­scy Żydzi jako poje­dyn­cze osoby zawsze mieli powią­za­nia euro­pej­skie i zawsze dys­po­no­wali euro­pej­skim kre­dy­tem. Nie two­rzyli jed­nak odręb­nego orga­ni­zmu finan­so­wego w skali mię­dzy­na­ro­do­wejK14. Cha­rak­te­ry­styczna dla tych cza­sów, w któ­rych poje­dyn­czy Żydzi oraz pierw­sze drobne sku­pi­ska zamoż­nych Żydów były potęż­niej­sze niż kie­dy­kol­wiek w XIX stu­le­ciuK15, była szcze­rość, z jaką dys­ku­to­wano o ich uprzy­wi­le­jo­wa­nym sta­tu­sie oraz ich pra­wach do niego. Ści­sły zwią­zek tych przy­wi­le­jów z wyświad­cza­nymi usłu­gami nie budził naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści. Nada­wa­nie uprzy­wi­le­jo­wa­nym Żydom tytu­łów szla­chec­kich, wsku­tek czego nawet zewnętrz­nie byli czymś wię­cej niż po pro­stu boga­tymi ludźmi, ucho­dziło we Fran­cji, Bawa­rii, Austrii i Pru­sach za rzecz zupeł­nie oczy­wi­stą. Sygna­łem, że okres ten dobiega końca, były dłu­go­trwałe sta­ra­nia Rot­szyl­dów o tytuł u władz austriac­kich (zakoń­czone suk­ce­sem w 1817 r.).

Do końca XVIII w. stało się jasne, że żaden stan ani żadna z klas w róż­nych kra­jach nie prze­ja­wia goto­wo­ści ani zdol­no­ści do tego, by stać się nową klasą rzą­dzącą, to zna­czy utoż­sa­miać się z wła­dzą, tak jak to czy­niła od wie­ków szlachtaK16. Nie­po­wo­dze­nie zabie­gów monar­chów abso­lut­nych o zna­le­zie­nie w spo­łe­czeń­stwie grupy, która by ją zastą­piła, dopro­wa­dziło do peł­nego roz­woju pań­stwa naro­do­wego przy­pi­su­ją­cego sobie cha­rak­ter ponad­kla­so­wej, zupeł­nie nie­za­leż­nej od spo­łe­czeń­stwa i jego par­ty­ku­lar­nych inte­re­sów, jedy­nej i praw­dzi­wej repre­zen­ta­cji całego narodu. Spo­wo­do­wało to zara­zem pogłę­bie­nie podziału mię­dzy pań­stwem a spo­łe­czeń­stwem, podziału cha­rak­teryzującego poli­tyczny byt narodu. Bez tego nie byłoby potrzeby ani nawet moż­li­wo­ści wpro­wa­dze­nia Żydów na rów­nych pra­wach do histo­rii Europy.

Kiedy zawio­dły wszyst­kie próby sprzy­mie­rze­nia się z któ­rąś z wiel­kich klas spo­łecz­nych, pań­stwo posta­no­wiło zor­ga­ni­zo­wać się jako ogromny koń­cem prze­my­słowo-han­dlowy Miało to jakoby zaspo­ka­jać tylko potrzeby admi­ni­stra­cyjne, lecz już począw­szy od końca XVIII w. zasięg oraz koszty przed­się­wzięć finan­so­wych i innych były tak znaczne, że trzeba było uznać ist­nie­nie odręb­nej sfery inte­re­sów pań­stwowych. U pod­staw ich nie­za­leż­nego roz­woju tkwił kon­flikt z potę­gami finan­so­wymi epoki - z bur­żu­azją, która obrała drogę pry­wat­nych inwe­sty­cji, uni­kała wszel­kich form inter­wen­cji pań­stwowej i odma­wiała finan­so­wego udziału w tym, co wyda­wało się bez­pro­duk­tyw­nym przed­się­wzię­ciem. Żydzi byli więc jedyną grupą lud­no­ści gotową finan­so­wać pań­stwo i wią­żącą swój los z jego dal­szym roz­wo­jem. Kre­dyt oraz powią­za­nia mię­dzy­na­ro­dowe dawały im wspa­niałe moż­li­wo­ści udzie­le­nia pomocy pań­stwu naro­do­wemu w prze­kształ­ca­niu się w jed­nego z naj­więk­szych przed­się­bior­ców i pra­co­daw­ców tam­tych cza­sówK17.

Ceną za speł­nia­nie takich usług, a jed­no­cze­śnie nagrodą za pono­szone ryzyko, musiały być wiel­kie przy­wi­leje i zasad­ni­cze zmiany w warun­kach życia Żydów. Naj­więk­szym przy­wi­lejem była rów­ność. Kiedy Münzjuden Fry­de­ryka pru­skiego lub dwor­scy Żydzi cesa­rza Austrii dzięki "ogól­nym przy­wi­le­jom" i "paten­tom" otrzy­mali ten sam sta­tus co pół wieku póź­niej wszy­scy pru­scy Żydzi w ramach rów­no­upraw­nie­nia, kiedy w końcu XVIII w. ber­liń­scy Żydzi będący u szczytu powo­dze­nia zdo­łali zapo­biec napły­wowi Żydów z pro­win­cji wschod­nich, ponie­waż nie chcieli dzie­lić się "rów­no­ścią" ze swo­imi bied­niej­szymi współ­ple­mień­cami, któ­rych nie uwa­żali za rów­nych sobie, kiedy wresz­cie w cza­sach Zgro­ma­dze­nia Naro­do­wego we Fran­cji Żydzi z Bor­de­aux i Awi­nionu gwał­tow­nie zapro­te­sto­wali prze­ciwko zrów­na­niu ich z Żydami ze wschod­nich pro­win­cji - stało się jasne, że przy­naj­mniej Żydzi nie myślą o rów­nych pra­wach, lecz o przy­wi­le­jach i spe­cjal­nych swo­bo­dach. I naprawdę nie jest zaska­ku­jące, że uprzy­wi­le­jo­wani Żydzi zwią­zani bez­po­śred­nio z przed­się­wzię­ciami rzą­do­wymi, w pełni świa­domi cha­rak­teru i warun­ków swo­jego sta­tusu, nie­chęt­nie akcep­to­wali poda­ru­nek wol­no­ści dla wszyst­kich Żydów. Zda­jąc sobie sprawę, że oni sami otrzy­mali ją za cenę usług, uwa­żali, że wol­ność nie powinna być powszech­nym pra­wemK18.

Dopiero w końcu XIX w., wraz z roz­wo­jem impe­ria­li­zmu, klasy posia­da­jące zaczęły rewi­do­wać swoją ocenę przed­się­wzięć pań­stwo­wych, które pier­wot­nie uwa­żały za bez­pro­duk­tywne. Impe­ria­li­styczna eks­pan­sja, a rów­no­cze­śnie udo­sko­na­le­nie i zmo­no­po­li­zo­wa­nie przez pań­stwo narzę­dzi prze­mocy spra­wiło, że pań­stwo stało się atrak­cyj­nym part­ne­rem w inte­re­sach. Ozna­czało to oczy­wi­ście, że Żydzi stop­niowo, ale auto­ma­tycz­nie, tra­cili swoją wyjąt­kową mono­po­li­styczną pozy­cję.

Okres powo­dze­nia, który umoż­li­wił Żydom wynie­sie­nie się z nie­bytu do waż­nej pozy­cji poli­tycz­nej, zakoń­czyłby się zresztą jesz­cze wcze­śniej, gdyby w roz­wi­ja­ją­cych się pań­stwach naro­do­wych ogra­ni­czyli się oni do speł­nia­nia funk­cji wyłącz­nie finan­so­wej. W poło­wie ubie­głego stu­le­cia nie­które pań­stwa zjed­nały sobie wystar­cza­jące zaufa­nie, aby radzić sobie bez wspie­ra­nia i finan­so­wa­nia przez Żydów poży­czek rzą­do­wychK19. Co wię­cej, upo­wszech­nia­nie się wśród oby­wa­teli świa­do­mo­ści wzra­sta­ją­cego uza­leż­nie­nia ich pry­wat­nych losów od losów pań­stwa wpły­wało na ich goto­wość do udzie­la­nia rzą­dom nie­zbęd­nych kre­dy­tów. Sym­bo­licz­nym wyra­zem rów­no­ści była powszechna dostęp­ność wszyst­kich rzą­do­wych obli­ga­cji, w któ­rych dostrze­żono teraz naj­bez­piecz­niej­szą formę inwe­sty­cji kapi­ta­ło­wych, po pro­stu dla­tego, że pań­stwo mogące pro­wa­dzić wojnę było jedy­nym czyn­ni­kiem gwa­ran­tu­ją­cym ochronę wła­sno­ści swo­ich oby­wa­teli. Poczy­na­jąc od połowy XIX w. Żydzi mogli zacho­wać wyróż­nioną pozy­cję tylko dzięki powie­rze­niu im innej, jesz­cze waż­niej­szej i brze­mien­nej w następ­stwa roli, rów­nież wią­żą­cej ich bez­po­śred­nio z losami pań­stwa. Nie posia­da­jąc wła­snego tery­to­rium ani rządu, Żydzi byli zawsze ele­men­tem ogól­no­eu­ro­pej­skim. Pań­stwo naro­dowe z koniecz­no­ści utrzy­my­wało ten ich mię­dzy­na­ro­dowy sta­tus, gdyż wła­śnie dzięki temu Żydzi mogli świad­czyć usługi finan­sowe. Nawet jed­nak wtedy, kiedy wyczer­pała się już eko­no­miczna uży­tecz­ność Żydów, ich ponadna­ro­dowy sta­tus miał ogromne zna­cze­nie w cza­sach kon­flik­tów mię­dzy­na­ro­dowych i wojen.

Pod­czas gdy zapo­trze­bo­wa­nie państw naro­do­wych na żydow­skie usługi nara­stało powoli i logicz­nie, mając źró­dła w ogól­nym kon­tek­ście histo­rii Europy, to zna­cze­nie poli­tyczne i eko­no­miczne Żydzi osią­gnęli nagle i nie­ocze­ki­wa­nie, zarówno dla nich samych, jak i dla ich sąsia­dów. Do końca śre­dnio­wie­cza żydow­scy lichwia­rze cał­ko­wi­cie utra­cili posia­dane wcze­śniej wpływy, a na początku XVI w. wyga­niano ich już z miast i ośrod­ków han­dlo­wych do wsi i mia­ste­czek, co spra­wiło, że ujed­no­li­coną ochronę odle­głych wyso­kich urzęd­ni­ków zastą­pił nie­pewny sta­tus przy­znany im przez drobną szlachtę lokalnąK20. Punk­tem zwrot­nym była wojna trzy­dzie­sto­let­nia, kiedy wła­śnie ze względu na swoje roz­pro­sze­nie ci drobni, nie­wiele zna­czący lichwia­rze potra­fili zagwa­ran­to­wać nie­zbędne zaopa­trze­nie dla najem­nych armii w odle­głych kra­jach i przy pomocy drob­nych dostaw­ców wyku­py­wać żyw­ność na obsza­rze całych pro­win­cji. Ponie­waż wojny były wtedy na wpół feu­dal­nymi, mniej lub bar­dziej pry­wat­nymi przed­się­wzię­ciami ksią­żąt, ani nie wzbu­dza­ją­cymi zain­te­re­so­wa­nia innych klas, ani nie uzy­sku­ją­cymi pomocy ludu, poło­że­nie Żydów ule­gło tylko nie­znacz­nej i mało widocz­nej popra­wie. Wzro­sła jed­nak liczba Żydów dwor­skich, ponie­waż stali się teraz potrzebni w każ­dej sie­dzi­bie feu­dal­nej.

Dopóki ci dwor­scy Żydzi obsłu­gi­wali drob­nych feu­da­łów, któ­rzy jako człon­ko­wie stanu szla­chec­kiego nie aspi­ro­wali do repre­zen­to­wa­nia jakiej­kol­wiek wła­dzy scen­tra­li­zo­wa­nej, byli oni na usłu­gach wyłącz­nie jed­nej grupy spo­łecz­nej. Wła­sność, którą ope­ro­wali, poży­czane pie­nią­dze, zaku­pione pro­dukty - wszystko to uwa­żano za pry­watną wła­sność ich panów, wsku­tek czego dzia­łal­ność, jaką pro­wa­dzili, nie mogła ich wcią­gnąć w poli­tykę. Znie­na­wi­dzeni czy fawo­ry­zo­wani, nie mogli nabrać poli­tycz­nego zna­cze­nia.

Kiedy jed­nak zmie­niała się pozy­cja feu­dała, kiedy prze­obra­żał się on w księ­cia czy króla, zmie­niały się także zada­nia jego dwor­skiego Żyda. Jako obcy ele­ment, nie­zbyt zain­te­re­so­wany takimi zmia­nami w swoim oto­cze­niu, Żydzi zazwy­czaj jako ostatni uświa­da­miali sobie pod­wyż­sze­nie swo­jego sta­tusu. W dal­szym ciągu zała­twiali pry­watne inte­resy, a ich lojal­ność była ich sprawą oso­bi­stą, nie­zwią­zaną ze wzglę­dami poli­tycz­nymi. Lojal­ność ozna­czała uczci­wość, a nie zaj­mo­wa­nie sta­no­wi­ska w kon­flik­cie lub wier­ność z pobu­dek poli­tycz­nych. Zaopa­try­wa­nie, ubie­ra­nie i żywie­nie armii, poży­cza­nie pie­nię­dzy na wyna­ję­cie żoł­nie­rzy ozna­czało jedy­nie zain­te­re­so­wa­nie pomyśl­no­ścią wspól­nika.

Te swo­iste związki Żydów z ary­sto­kra­cją były jedy­nymi związ­kami, które kie­dy­kol­wiek wią­zały ich jako grupę z inną war­stwą spo­łeczną. Związ­ków tych, które zani­kły na początku XIX w., nie zastą­piły już inne kon­takty. Jedyną ich pozo­sta­ło­ścią u Żydów (szcze­gól­nie austriac­kich i fran­cu­skich) było upodo­ba­nie do ary­sto­kra­tycz­nych tytu­łów, a u nie-Żydów pewna odmiana libe­ral­nego anty­se­mi­ty­zmu trak­tu­ją­cego jed­na­kowo Żydów i ary­sto­kra­cję z powodu ich rze­ko­mego soju­szu finan­so­wego wymie­rzo­nego w rosnącą potęgę bur­żu­azji. Dopóki nie doszło do cał­ko­wi­tego rów­no­upraw­nie­nia Żydów, takie argu­menty, roz­po­wszech­nione w Pru­sach i Fran­cji, zawie­rały pewną dozę praw­do­po­do­bień­stwa. Przy­wi­leje dwor­skich Żydów rze­czy­wi­ście bar­dzo wyraź­nie przy­po­mi­nały prawa i swo­body ary­sto­kra­cji. Żydzi także, rów­nie mocno jak ary­sto­kraci, oba­wiali się utraty przy­wi­le­jów i uży­wali iden­tycz­nych argu­men­tów prze­ciwko rów­no­ści. Wia­ry­god­ność tej inter­pre­ta­cji wzro­sła jesz­cze w XVIII w., kiedy to naj­bar­dziej uprzy­wi­le­jo­wa­nym nadano dru­go­rzędne tytuły, oraz na początku XIX w., kiedy bogaci Żydzi, któ­rzy zerwali więź z żydow­skimi gmi­nami, w poszu­ki­wa­niu nowego sta­tusu spo­łecz­nego zaczęli się wzo­ro­wać na ary­sto­kra­cji. Lecz to wszystko nie miało więk­szego zna­cze­nia, przede wszyst­kim dla­tego, że stan szla­checki chy­lił się ku upad­kowi, pod­czas gdy Żydzi - prze­ciw­nie - nie­ustan­nie zyski­wali na zna­cze­niu, a rów­nież dla­tego, że sama ary­sto­kra­cja (zwłasz­cza pru­ska) była pierw­szą klasą, która stwo­rzyła ide­olo­gię anty­se­mi­ty­zmu.

Żydzi byli dostaw­cami wojen­nymi i słu­gami kró­lów, ale nie anga­żo­wali się bez­po­śred­nio w kon­flikty ani tego od nich nie ocze­ki­wano. Kiedy te kon­flikty prze­ro­dziły się w wojny naro­dowe, wciąż pozo­sta­wali pier­wiast­kiem mię­dzy­na­ro­do­wym, któ­rego zna­cze­nie i uży­tecz­ność wyni­kały wła­śnie z nie­wią­za­nia się ze sprawą któ­regokolwiek narodu. Odsu­nięci od funk­cji dostaw­ców wojen­nych i ban­kie­rów pań­stwa (ostat­nią wojną finan­so­waną przez Żydów była wojna austriacko-pru­ska 1866 r., pod­czas któ­rej Bleichröder wspo­mógł Bismarcka, kiedy pru­ski par­la­ment odmó­wił mu kre­dytu), Żydzi stali się dorad­cami finan­so­wymi i pomoc­ni­kami przy zawie­ra­niu trak­ta­tów poko­jo­wych, a także, w mniej zor­ga­ni­zo­wany i bar­dziej nie­okre­ślony spo­sób, dostar­czy­cie­lami wia­do­mo­ści. Trak­tat Kon­gresu Wie­deń­skiego był ostat­nim, który zre­da­go­wano bez pomocy Żydów. Rola Bleichrödera w nego­cja­cjach poko­jo­wych mię­dzy Niem­cami a Fran­cją w 1871 r. była już bar­dziej zna­cząca niż jego finan­sowy wkład w wojnęK21, a jesz­cze waż­niej­sze usługi oddał w końcu lat sie­dem­dzie­sią­tych, kiedy dzięki powią­za­niom z Rot­szyl­dami umoż­li­wił Bismarc­kowi pośredni kon­takt z Ben­ja­mi­nem Disra­elim. Po raz ostatni Żydzi ode­grali istotną rolę jako doradcy przy zawie­ra­niu trak­tatu wer­sal­skiego. Ostat­nim Żydem zawdzię­cza­ją­cym roz­głos na sce­nie naro­do­wej swoim mię­dzy­na­ro­do­wym powią­za­niom był Wal­ther Rathe­nau. Nie­szczę­sny mini­ster spraw zagra­nicz­nych Repu­bliki Weimar­skiej zapła­cił życiem (jak to ujął po jego śmierci jeden z przy­ja­ciół) za to, że swój pre­stiż w kołach mię­dzy na rodo­wej finan­sjery oraz popar­cie Żydów całego świataK22 oddał do dys­po­zy­cji mini­strów nowej repu­bliki, zupeł­nie nie­zna­nych na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej.

Oczy­wi­ste jest, że anty­se­mic­kie rządy nie mogłyby posłu­gi­wać się Żydami do pro­wa­dze­nia wojen i nego­cja­cji. Lecz usu­nię­cie Żydów ze sceny mię­dzy­na­ro­do­wej wiąże się z czymś ogól­niej­szym i istot­niej­szym niż anty­se­mi­tyzm. Wła­śnie dla­tego, że posłu­gi­wano się Żydami jako czyn­ni­kiem mię­dzy­na­ro­do­wym, oka­zy­wali się oni przy­datni w cza­sie wojny i pokoju tylko dopóty, dopóki wszy­scy wal­czący sta­rali się świa­do­mie zacho­wać szanse na pokój, dopóki celem wszyst­kich był kom­pro­mi­sowy pokój i przy­wró­ce­nie modus vivendi. Gdy tylko zatrium­fo­wała kon­cep­cja "zwy­cię­stwo albo śmierć", a celem wojny stało się cał­ko­wite znisz­cze­nie prze­ciw­nika, Żydzi stra­cili wszelką uży­tecz­ność. Ta kon­cep­cja ozna­czała ich znisz­cze­nie, przy­naj­mniej jako wspól­noty, mimo że znik­nię­cie ze sceny poli­tycz­nej, a nawet zanik spe­cy­ficz­nego stylu zbio­ro­wego życia nie­ko­niecz­nie musiały pro­wa­dzić do ich fizycz­nej eks­ter­mi­na­cji. Jed­nak powta­rzany czę­sto argu­ment, że Żydzi sta­liby się nazi­stami z równą łatwo­ścią jak ich nie­mieccy współ­o­by­wa­tele, gdyby tylko pozwo­lono im przy­stą­pić do ruchu, podob­nie jak wstę­po­wali do wło­skiej par­tii faszy­stow­skiej, zanim faszyzm wło­ski wpro­wa­dził usta­wo­daw­stwo rasowe, jest słuszny tylko czę­ściowo. Jest praw­dziwy wyłącz­nie z punktu widze­nia psy­cho­lo­gii indy­wi­du­al­nych Żydów, nie­odbie­ga­ją­cej rzecz jasna zasad­ni­czo od psy­cho­lo­gii ich oto­cze­nia, nato­miast jest jaw­nie fał­szywy z histo­rycz­nego punktu widze­nia. Nazizm nawet bez anty­se­mi­tyzmu zadałby śmier­telny cios ist­nie­niu Żydów w Euro­pie; pogo­dze­nie się z tym ozna­cza­łoby samo­bój­stwo, nie­ko­niecz­nie dla poszcze­gól­nych osób pocho­dze­nia żydow­skiego, ale dla Żydów jako narodu.

Do pierw­szej sprzecz­no­ści, która prze­są­dziła o losach euro­pej­skiego żydo­stwa w ostat­nim stu­le­ciu, czyli do sprzecz­no­ści mię­dzy rów­no­ścią a uprzy­wi­le­jo­wa­niem (a raczej rów­no­ścią przy­znaną w for­mie przy­wi­leju w celu uprzy­wi­le­jo­wa­nia), należy dodać drugą sprzecz­ność: Żydom, jedy­nemu bez­pań­stwo­wemu naro­dowi w Euro­pie, bar­dziej niż innym naro­dom zagro­ził nagły upa­dek państw naro­do­wych. Jest to sytu­acja mniej para­dok­salna, niż może się wyda­wać na pierw­szy rzut oka. Repre­zen­tan­tów narodu, czy to jako­bi­nów od Robe­spierre'a po Cle­men­ceau, czy to przed­sta­wi­cieli reak­cyj­nych rzą­dów środ­ko­wo­eu­ro­pej­skich od Met­ter­ni­cha po Bismarcka, łączyło jedno: wszyst­kim im naprawdę zale­żało na "rów­no­wa­dze sił" w Euro­pie. Oczy­wi­ście usi­ło­wali naru­szyć tę rów­no­wagę na rzecz swo­ich kra­jów, ale ni­gdy nie marzyli o pod­da­niu swej wła­dzy całego kon­ty­nentu ani o cał­ko­wi­tym znisz­cze­niu sąsia­dów. Żydami można się było posłu­gi­wać nie tylko w inte­re­sie zacho­wa­nia tej nie­sta­bil­nej rów­no­wagi; stali się oni nawet swo­istym sym­bo­lem wspól­noty inte­re­sów naro­dów Europy.

Dla­tego trudno uznać za przy­pa­dek, że kata­stro­falne klę­ski naro­dów Europy roz­po­częły się od kata­strofy Żydów. Wyjąt­kowo łatwo było zapo­cząt­ko­wać naru­sza­nie chwiej­nej rów­no­wagi sił w Euro­pie od znisz­cze­nia Żydów, wyjąt­kowo zaś trudno zro­zu­mieć, że w tym dziele znisz­cze­nia wcho­dziło w grę coś wię­cej niż nie­zwy­kle okrutny nacjo­na­lizm czy jakieś, odno­wione zupeł­nie nie w porę, "dawne uprze­dze­nia". Kiedy nade­szła kata­strofa, los Żydów uznano za "przy­pa­dek szcze­gólny", któ­rego histo­ria pod­le­gała wyjąt­ko­wym pra­wom i który zatem osta­tecz­nie nie miał żad­nego ogól­nego zna­cze­nia. To zała­ma­nie się euro­pej­skiej soli­dar­no­ści natych­miast zna­la­zło odzwier­cie­dle­nie w zała­ma­niu się soli­dar­no­ści Żydów w całej Euro­pie. Kiedy zaczęły się prze­śla­do­wa­nia Żydów nie­miec­kich, Żydzi z innych kra­jów euro­pej­skich uznali los tam­tych za wyjąt­kowy i zupeł­nie nie­po­dobny do ich wła­snego. Podob­nie upa­dek żydo­stwa nie­miec­kiego poprze­dziło jego roz­bi­cie na nie­zli­czone grupy, z któ­rych każda wie­rzyła i miała nadzieję, że jej pod­sta­wowe prawa ludz­kie będą chro­nione przez spe­cjalne przy­wi­leje - dla wete­ra­nów I wojny świa­to­wej, dla dzieci wete­ra­nów, dla dum­nych synów ojców zabi­tych w akcji. Spra­wiało to wra­że­nie, jakby likwi­da­cję wszyst­kich ludzi pocho­dze­nia żydow­skiego poprze­dziło bez­kr­wawe znisz­cze­nie i samo­roz­pad­nię­cie się narodu żydow­skiego, jakby Żydzi zawdzię­czali swoje ist­nie­nie wyłącz­nie innym naro­dom i ich nie­na­wi­ści.

Jed­nym z wciąż jesz­cze naj­bar­dziej poru­sza­ją­cych aspek­tów histo­rii Żydów jest to, że ich wej­ście do histo­rii Europy spo­wo­do­wane było przez ich ogól­no­eu­ro­pej­ski nie­na­ro­dowy cha­rak­ter w świe­cie powsta­ją­cych i już ist­nie­ją­cych naro­dów zor­ga­ni­zo­wa­nych w pań­stwa. Ta rola oka­zała się trwal­sza i waż­niej­sza od ich funk­cji ban­kie­rów pań­stwo­wych, co do pew­nego stop­nia tłu­ma­czy szcze­gólną aktyw­ność nowo­żyt­nych Żydów w sztuce i nauce. Coś w rodzaju histo­rycz­nej spra­wie­dli­wo­ści można dostrzec w jed­no­cze­sno­ści ich upadku oraz zbu­rze­nia sys­temu i struk­tury poli­tycz­nej, która mimo innych swo­ich sła­bo­ści potrze­bo­wała ele­mentu czy­sto euro­pej­skiego i potra­fiła go tole­ro­wać.

Dostoj­ność tego trwale euro­pej­skiego byto­wa­nia nie powinna pójść w zapo­mnie­nie z powodu licz­nych, nie­wąt­pli­wie mniej atrak­cyj­nych, aspek­tów żydow­skiej histo­rii w ciągu ostat­nich wie­ków. Ci nie­liczni auto­rzy euro­pej­scy, któ­rzy byli świa­domi tego aspektu "kwe­stii żydow­skiej", nie mieli szcze­gól­nej sym­pa­tii dla Żydów, ale kie­ro­wali się bez­stronną oceną sytu­acji ogól­no­eu­ro­pej­skiej. Nale­żeli do nich: Dide­rot, jedyny osiem­na­sto­wieczny filo­zof fran­cu­ski, który nie był do Żydów uprze­dzony i dostrze­gał w nich poży­teczne ogniwo łączące Euro­pej­czy­ków róż­nych naro­do­wo­ści, Wil­helm von Hum­boldt, który będąc świad­kiem rów­no­upraw­nie­nia Żydów w okre­sie rewo­lu­cji fran­cu­skiej zauwa­żył, że zatracą uni­wer­salny cha­rak­ter, kiedy staną się Fran­cu­zamiK23, i wresz­cie Fry­de­ryk Nie­tz­sche, który z pogardy dla Bismarc­kow­skiej Rze­szy Nie­miec­kiej ukuł poję­cie "dobrego Euro­pej­czyka", umoż­li­wia­jące pra­wi­dłową ocenę roli Żydów w histo­rii Europy i ratu­jące go przed wpad­nię­ciem w pułapkę taniego filo­se­mi­ty­zmu lub pro­tek­cjo­nal­nych postaw "postę­po­wych".

Ta ocena, cho­ciaż zupeł­nie poprawna, pomija jed­nak naj­po­waż­niej­szy para­doks tkwiący w dziw­nej histo­rii poli­tycz­nej Żydów. Spo­śród wszyst­kich naro­dów Europy Żydzi byli jedy­nym pozba­wio­nym wła­snego pań­stwa i dla­tego wła­śnie tak chęt­nym i nada­ją­cym się do zawie­ra­nia soju­szów z rzą­dami i pań­stwami, nie­za­leż­nie od tego, co sobą repre­zen­to­wały. Jed­no­cze­śnie jed­nak nie mieli oni żad­nej tra­dy­cji poli­tycz­nej ani poli­tycz­nego doświad­cze­nia i rów­nie słabo zda­wali sobie sprawę z napię­tych sto­sun­ków mię­dzy spo­łe­czeń­stwem a pań­stwem, jak z oczy­wi­stego ryzyka i zakresu wła­dzy zwią­za­nej z ich nową rolą. Ta zaś skromna wie­dza, czy raczej tra­dy­cyjna prak­tyka, jaką wnie­śli do poli­tyki, wywo­dziła się z Cesar­stwa Rzym­skiego, gdzie "ochra­niał" ich rzym­ski żoł­nierz, a póź­niej ze śre­dnio­wie­cza, gdy szu­ka­jąc obrony przed miej­scową lud­no­ścią i lokal­nymi wład­cami znaj­do­wali pro­tek­to­rów na odle­głych dwo­rach monar­szych i bisku­pich. W jakiś spo­sób z tych doświad­czeń wycią­gnęli wnio­sek, że wła­dza, szcze­gól­nie na naj­wyż­szych szcze­blach, jest do nich nasta­wiona przy­chyl­nie, nato­miast niżsi urzęd­nicy, a zwłasz­cza pro­ści ludzie, sta­no­wią dla nich zagro­że­nie. To prze­świad­cze­nie, które wyra­żało kon­kretną prawdę histo­ryczną, ale już nie odpo­wia­dało nowym warun­kom, było głę­boko zako­rze­nione i pod­świa­do­mie podzie­lała je ogromna więk­szość Żydów, tak jak odpo­wied­nie prze­świad­cze­nia na temat Żydów były roz­po­wszech­nione wśród nie-Żydów.

Histo­ria sto­sun­ków mię­dzy Żydami i rzą­dami obfi­tuje w przy­kłady bły­ska­wicz­nego prze­sta­wia­nia się żydow­skich ban­kie­rów z popie­ra­nia jed­nego rządu na popie­ra­nie innego, i to nawet po rewo­lu­cji. W 1848 r. fran­cu­scy Rot­szyl­do­wie w ciągu nie­ca­łej doby zerwali z Ludwi­kiem Fili­pem i zaofe­ro­wali swoje usługi krót­ko­trwa­łej repu­blice, a potem rów­nie szybko Napo­le­onowi III. To samo, nieco wol­niej, powtó­rzyło się po upadku II Cesar­stwa i usta­no­wie­niu III Repu­bliki. W Niem­czech ową łatwość i nagłość zmian sym­bo­li­zo­wały po rewo­lu­cji w 1918 r., z jed­nej strony, finan­sowa poli­tyka War­bur­gów, z dru­giej zaś - zmienne ambi­cje poli­tyczne Wal­thera Rathe­nauK24.

W tym typie zacho­wa­nia uwi­docz­nia się coś wię­cej niż tylko zwy­kły miesz­czań­ski ste­reo­typ, że nic nie przy­nosi więk­szego powo­dze­nia niż suk­cesK25. Gdyby Żydzi byli przed­sta­wi­cie­lami bur­żu­azji w zwy­kłym zna­cze­niu tego okre­śle­nia, mogliby wła­ści­wie osza­co­wać wspa­niałe moż­li­wo­ści udziału we wła­dzy zwią­zane z ich nowymi funk­cjami i przy­naj­mniej spró­bo­wać odgry­wać ową zmy­śloną rolę taj­nej potęgi świa­to­wej usta­na­wia­ją­cej i oba­la­ją­cej rządy, którą i tak przy­pi­sy­wali im anty­se­mici. Rze­czy­wi­stość była jed­nak krań­cowo odmienna. Żydzi, nie zna­jący wła­dzy i wcale nią nie zain­te­re­so­wani, ni­gdy nie myśleli o przed­się­bra­niu środ­ków moc­niej­szych niż łagodny nacisk w dru­go­rzęd­nych spra­wach zwią­za­nych z samo­obroną. Ten brak ambi­cji póź­niej obu­rzał zasy­mi­lo­wa­nych synów żydow­skich ban­kie­rów i biz­nes­me­nów. Pod­czas gdy część z nich, jak Disra­eli, marzyła o taj­nym żydow­skim sto­wa­rzy­sze­niu, do któ­rego mogliby nale­żeć, a które ni­gdy nie ist­niało, inni, lepiej poin­for­mo­wani, wyży­wali się w na wpół anty­se­mic­kich tyra­dach wymie­rzo­nych w zamoż­nych kup­ców nie­ma­ją­cych ani wła­dzy, ani wyso­kiego sta­tusu spo­łecz­nego.

Nie­win­no­ści tych poczy­nań ni­gdy w pełni nie zro­zu­mieli nie­ży­dow­scy poli­tycy i histo­rycy. Z dru­giej zaś strony, dla żydow­skich przed­sta­wi­cieli i auto­rów to oddzie­le­nie od wła­dzy było czymś tak oczy­wi­stym, że wła­ści­wie o tym nie wspo­mi­nali, jeśli pomi­nąć wyrazy zasko­cze­nia absur­dal­nymi podej­rze­niami, jakie kie­ro­wano pod ich adre­sem. W pamięt­ni­kach ubie­gło­wiecz­nych poli­ty­ków znaj­du­jemy wiele wzmia­nek o tym, że nie doj­dzie do wojny, ponie­waż nie życzą jej sobie Rot­szyl­do­wie lon­dyń­scy, pary­scy lub wie­deń­scy. Nawet tak trzeźwy i godny zaufa­nia histo­ryk jak J.A. Hob­son potra­fił jesz­cze w 1905 r. oświad­czyć: "Czy kto­kol­wiek poważ­nie zakłada, że któ­ryś z kra­jów euro­pej­skich mógłby roz­po­cząć wielką wojnę albo roz­pi­sać wielką pożyczkę rzą­dową, gdyby sprze­ci­wiali się temu Rot­szyl­do­wie i powią­zane z nimi osoby?"K26. Ten błąd w oce­nie jest rów­nie zabawny w swoim naiw­nym zało­że­niu, że wszy­scy myślą tak samo, jak szczere prze­ko­na­nie Met­ter­ni­cha, że "dyna­stia Rot­szyl­dów ode­grała we Fran­cji więk­szą rolę niż jaki­kol­wiek obcy rząd", czy jego ufna prze­po­wied­nia adre­so­wana do wie­deń­skich Rot­szyl­dów nie­długo przed rewo­lu­cją 1848 r.: "Gdy­bym miał być rzu­cony psom na pożar­cie, wy pój­dzie­cie ze mną". Prawda zaś wyglą­dała tak, że Rot­szyl­do­wie, tak jak i pozo­stali żydow­scy ban­kie­rzy, nie mieli żad­nego okre­ślo­nego pro­gramu poli­tycz­nego, nie wspo­mi­na­jąc już o spre­cy­zo­wa­nym celu, który mógłby, choćby pośred­nio, stwa­rzać zagro­że­nie dla pokoju. Prze­ciw­nie, idąc za przy­kła­dem roda­ków, ni­gdy nie sprzy­mie­rzali się z kon­kret­nymi rzą­dami, lecz raczej z wła­dzą jako taką. Jeśli przed­kła­dali i wtedy, i póź­niej rządy monar­chiczne nad repu­bli­kań­skie, to tylko dla­tego, że słusz­nie podej­rze­wali, iż repu­bliki są bar­dziej uza­leż­nione od woli ludu, któ­remu instynk­tow­nie nie ufali.

Jak głę­boka była wiara Żydów w pań­stwo i jak nie­wia­ry­god­nie słabo znali rze­czy­wi­ste warunki panu­jące w Euro­pie, oka­zało się w ostat­nich latach Repu­bliki Weimar­skiej, kiedy Żydzi, już mocno wystra­szeni rysu­ją­cymi się per­spek­ty­wami, cho­ciaż raz spró­bo­wali samo­dziel­nej dzia­łal­no­ści poli­tycz­nej. Przy pomocy kilku nie-Żydów zało­żyli wów­czas par­tię klas śred­nich, którą nazwali "par­tią pań­stwową" (Sta­at­spar­tei). Już w samej tej nazwie tkwiła sprzecz­ność. Naiwne prze­ko­na­nie Żydów, że owa "par­tia" mająca repre­zen­to­wać ich inte­resy spo­łeczne i poli­tyczne powinna być samym pań­stwem, było tak silne, że ni­gdy nie uświa­do­mili sobie istoty sto­sun­ków mię­dzy par­tią a pań­stwem. Gdyby ktoś zadał sobie trud poważ­nego potrak­to­wa­nia tej par­tii sza­cow­nych i zdez­o­rien­to­wa­nych dżen­tel­me­nów, doszedłby nie­chyb­nie do wnio­sku, że lojal­ność za wszelką cenę była fasadą, za którą zło­wro­gie siły knuły prze­wrót pań­stwowy.

Podob­nie jak zupeł­nie nie­świa­domi byli Żydzi rosną­cego napię­cia mię­dzy pań­stwem a spo­łe­czeń­stwem, jako ostatni zdali sobie także sprawę z tego, że oko­licz­no­ści posta­wiły ich w cen­trum kon­fliktu. Toteż ni­gdy nie potra­fili wła­ści­wie oce­nić anty­se­mi­ty­zmu czy raczej prze­oczyli moment, w któ­rym dys­kry­mi­na­cja spo­łeczna prze­kształ­ciła się w argu­ment poli­tyczny. Przez ponad sto lat, powoli i stop­niowo, anty­se­mi­tyzm toro­wał sobie drogę do pra­wie wszyst­kich warstw w zde­cy­do­wa­nej więk­szo­ści kra­jów euro­pej­skich, zanim obja­wił się nagle jako jedyna kwe­stia pozwa­la­jąca osią­gnąć nie­mal pełną zgod­ność poglą­dów. Prawo rzą­dzące tym pro­ce­sem było pro­ste: każda klasa spo­łeczna wcho­dząca w kon­flikt z pań­stwem jako takim sta­wała się anty­se­micka, ponie­waż Żydzi byli jedyną grupą spo­łeczną, która zda­wała się repre­zen­to­wać pań­stwo. Jedyną zaś klasą, która oka­zała się pra­wie nie­wraż­liwa na pro­pa­gandę anty­se­micką, byli robot­nicy. Zaab­sor­bo­wani walką kla­sową i uzbro­jeni w mark­si­stow­ską inter­pre­ta­cję dzie­jów, ni­gdy nie zna­leźli się w bez­po­śred­nim kon­flik­cie z pań­stwem, lecz tylko z inną klasą spo­łeczną - bur­żu­azją, któ­rej Żydzi z pew­no­ścią nie repre­zen­to­wali i któ­rej ważną czę­ścią ni­gdy nie byli.

*

Poli­tyczne rów­no­upraw­nie­nie Żydów w nie­któ­rych kra­jach na prze­ło­mie XVIII i XIX w., a także dys­ku­sje na ten temat na pozo­sta­łym obsza­rze Europy Środ­ko­wej i Zachod­niej spo­wo­do­wały przede wszyst­kim zasad­ni­czą zmianę ich postawy wobec pań­stwa, któ­rej jakby sym­bo­licz­nym wyra­zem była kariera dyna­stii Rot­szyl­dów. Nowa poli­tyka tych dwor­skich Żydów, któ­rzy jako pierwsi stali się pań­stwo­wymi ban­kie­rami w peł­nym zna­cze­niu tego okre­śle­nia, ujaw­niła się w chwili, kiedy prze­stało ich zado­wa­lać obsłu­gi­wa­nie jakie­goś kon­kret­nego księ­cia czy rządu za pośred­nic­twem mię­dzy­na­ro­do­wych powią­zań z dwor­skimi Żydami z innych kra­jów i posta­no­wili dzia­łać na skalę mię­dzy­na­ro­dową, obsłu­gu­jąc rów­no­cze­śnie i rów­no­le­gle rządy w Niem­czech, Fran­cji, Wiel­kiej Bry­ta­nii, Wło­szech i Austrii. Ten bez­pre­ce­den­sowy zwrot był w dużej mie­rze reak­cją Rot­szyl­dów na nie­bez­pie­czeń­stwa kry­jące się w rze­czy­wi­stej eman­cy­pa­cji, która wraz z rów­no­ścią stwa­rzała groźbę una­ro­do­wie­nia żydo­stwa w poszcze­gól­nych kra­jach i znisz­cze­nia tych wła­śnie mię­dzy­na­ro­do­wych uła­twień, od któ­rych zale­żała pozy­cja żydow­skich ban­kie­rów. Stary Meyer Amschel Rot­szyld, zało­ży­ciel dyna­stii, zro­zu­miał zapewne, że ponadna­ro­dowy sta­tus Żydów jest zagro­żony i że naj­le­piej zrobi, sta­ra­jąc się zapew­nić swo­jej rodzi­nie wyjąt­kową pozy­cję mię­dzy­na­ro­dową. Osa­dze­nie pię­ciu synów w pię­ciu cen­trach finan­so­wych Europy - we Frank­fur­cie, Paryżu, Lon­dy­nie, Neapolu i Wied­niu - było pomy­słową odpo­wie­dzią na kło­po­tliwe rów­no­upraw­nie­nie ŻydówK27.

Rot­szyl­do­wie zaczęli swoją zadzi­wia­jącą karierę od usług finan­so­wych dla Kurfürsta Hesji, czo­ło­wego lichwia­rza epoki, który nauczył ich pro­wa­dze­nia inte­re­sów i pod­su­nął im licz­nych klien­tów. Ogromne korzy­ści przy­nio­sło im zamiesz­ki­wa­nie we Frank­fur­cie, jedy­nym wiel­kim mie­ście, z któ­rego Żydów ni­gdy nie wygnano i gdzie na początku XIX w. sta­no­wili bli­sko 10% lud­no­ści. Jako dwor­scy Żydzi nie byli pod­dani jurys­dyk­cji ani księ­cia, ani Wol­nego Mia­sta, lecz bez­po­śred­nio pod­po­rząd­ko­wani odle­głemu cesa­rzowi w Wied­niu. W ten spo­sób łączyli wszyst­kie korzy­ści śre­dnio­wiecz­nego oraz nowo­żyt­nego sta­tusu Żydów i w znacz­nie mniej­szym stop­niu niż inni Żydzi dwor­scy uza­leż­nieni byli od szlachty lub od innych lokal­nych władz. Póź­niej­sza dzia­łal­ność finan­sowa dyna­stii, zgro­ma­dzona przez nią for­tuna i jesz­cze więk­sza sym­bo­liczna sława towa­rzy­sząca jej od początku XIX w. to fakty znane wystar­cza­jąco dobrzeK28. Na scenę wiel­kiego biz­nesu wkro­czyli Rot­szyl­do­wie pod koniec wojen napo­le­oń­skich, kiedy w latach 1811-1816 prze­szła przez ich ręce pra­wie połowa angiel­skich sub­wen­cji dla mocarstw kon­ty­nen­tal­nych. Gdy po klę­sce Napo­le­ona na całym kon­ty­nen­cie poja­wiło się zapo­trze­bo­wa­nie na wiel­kie pożyczki rzą­dowe na reor­ga­ni­za­cję machiny pań­stwo­wej, Rot­szyl­do­wie stali się nie­mal mono­po­li­stami w obsłu­dze poży­czek pań­stwo­wych. Utrzy­mali tę pozy­cję przez trzy poko­le­nia, bijąc na tym polu wszyst­kich żydow­skich i nieżydow­skich kon­ku­ren­tów. Jak to ujął Cape­fi­gueK29: "Dyna­stia Rot­szyl­dów stała się głów­nym skarb­ni­kiem Świę­tego Przy­mie­rza".

Mię­dzy­na­ro­dowy cha­rak­ter dyna­stii Rot­szyl­dów i jej nagłe wybi­cie się ponad wszyst­kich innych ban­kie­rów żydow­skich zmie­niły całą struk­turę żydow­skich inte­re­sów pań­stwo­wych. Minął czas przy­pad­ko­wych, nie­za­pla­no­wa­nych i nie­zor­ga­ni­zo­wa­nych przed­się­wzięć pozwa­la­ją­cych poje­dyn­czym Żydom, mają­cym dość sprytu, by wyko­rzy­stać wyjąt­kowe oka­zje, czę­sto w ciągu jed­nego życia osią­gać szczyty bogac­twa i spa­dać na dno nędzy; minął czas, w któ­rym taki bieg wyda­rzeń wła­ści­wie nie wpły­wał na losy Żydów jako cało­ści, jeśli te jed­nostki nie były zara­zem pro­tek­to­rami albo jał­muż­ni­kami dale­kich sku­pisk żydow­skich; minął wresz­cie czas, kiedy nie­za­leż­nie od liczby zamoż­nych lichwia­rzy i zakresu wpły­wów poje­dyn­czych Żydów dwor­skich nie było oznak roz­woju Żydów jako wyod­ręb­nio­nej grupy korzy­sta­ją­cej zbio­rowo z pew­nych przy­wi­le­jów i odda­ją­cej okre­ślone usługi. To wła­śnie mono­pol Rot­szyl­dów na pusz­cza­nie w obieg rzą­do­wych poży­czek spra­wił, że moż­liwe i konieczne stało się sze­ro­kie wyko­rzy­sty­wa­nie żydow­skiego kapi­tału oraz skie­ro­wa­nie poważ­nej czę­ści żydow­skich bogactw do przed­się­wzięć pań­stwo­wych, stwa­rza­jąc tym samym natu­ralną pod­stawę dla nowej wspól­noty Żydów Europy Środ­ko­wej i Zachod­niej. To, co w XVIII i XIX w. spro­wa­dzało się do nie­zor­ga­ni­zo­wa­nych powią­zań mię­dzy poje­dyn­czymi Żydami z róż­nych kra­jów, zostało teraz zastą­pione bar­dziej sys­te­ma­tycz­nym wyko­rzy­sty­wa­niem tych roz­pro­szo­nych oka­zji przez jedną firmę obecną fizycz­nie we wszyst­kich waż­nych sto­li­cach euro­pej­skich, pozo­sta­jącą w cią­głym kon­tak­cie ze wszyst­kimi war­stwami żydo­stwa, mającą wszyst­kie istotne infor­ma­cje oraz wszel­kie moż­li­wo­ści orga­ni­za­cyjneK30.

Wyjąt­kowa pozy­cja dyna­stii Rot­szyl­dów w pew­nym stop­niu zastą­piła Żydom tra­dy­cyjne więzy o cha­rak­te­rze reli­gij­nym i ducho­wym, któ­rych stop­niowe słab­nię­cie wsku­tek oddzia­ły­wa­nia zachod­niej kul­tury po raz pierw­szy zagro­ziło samemu ist­nie­niu Żydów. Dla świata zewnętrz­nego ta jedna rodzina stała się także sym­bo­lem praw­dzi­wo­ści żydow­skiego inter­na­cjo­na­li­zmu w świe­cie państw naro­do­wych i naro­dów zor­ga­ni­zo­wa­nych w pań­stwa. Doprawdy, gdzie można szu­kać lep­szego potwier­dze­nia fan­ta­stycz­nej kon­cep­cji żydow­skich rzą­dów nad świa­tem, niż w tej rodzi­nie zło­żo­nej z oby­wa­teli pię­ciu róż­nych kra­jów, wszę­dzie odgry­wa­ją­cych wybitną rolę, ści­śle współ­dzia­ła­ją­cych przy­naj­mniej z trzema róż­nymi rzą­dami (fran­cu­skim, austriac­kim i bry­tyj­skim), któ­rych czę­ste kon­flikty ani na chwilę nie naru­szyły soli­dar­no­ści przed­się­wzięć ich ban­kie­rów pań­stwo­wych? Żadna pro­pa­ganda nie stwo­rzy­łaby sym­bolu bar­dziej przy­dat­nego w poli­tyce niż ten, który stwo­rzyła sama rze­czy­wi­stość.

Powszechne prze­ko­na­nie, że Żydzi - w prze­ci­wień­stwie do innych naro­dów - byli ści­śle powią­zani przez pokre­wień­stwo i związki rodzinne, pod­sy­cane było w poważ­nej mie­rze przez obraz tej jed­nej rodziny, tak ide­al­nie una­ocz­nia­ją­cej poli­tyczne i gospo­dar­cze zna­cze­nie Żydów. Zgubną tego kon­se­kwen­cją było to, że kiedy, z powo­dów nie­ma­ją­cych z kwe­stią żydow­ską nic wspól­nego, pro­blemy rasowe wysu­nęły się na czoło sceny poli­tycznej, Żydzi wspa­niale paso­wali do wszyst­kich ide­olo­gii i dok­tryn okre­śla­ją­cych ludzi na pod­sta­wie związ­ków krwi i cech rodzin­nych.

Na ukształ­to­wa­nie się takiego obrazu Żydów wpły­nął rów­nież inny, mniej przy­pad­kowy, fakt. W prze­trwa­niu Żydów rodzina ode­grała daleko więk­szą rolę niż w jakiej­kol­wiek zachod­niej gru­pie poli­tycz­nej czy spo­łecz­nej, z wyjąt­kiem szlachty. Związki rodzinne nale­żały do naj­sil­niej­szych i naj­trwal­szych czyn­ni­ków, za pomocą któ­rych Żydzi opie­rali się asy­mi­la­cji i roz­pa­dowi. Jak upa­da­jący euro­pej­ski stan szla­checki zaostrzył swoje kodeksy mał­żeń­skie i dyna­styczne, tak w okre­sie ducho­wego i reli­gij­nego roz­kładu Żydzi zachod­nio­eu­ro­pej­scy stali się bar­dziej wyczu­leni na sprawy rodziny. Pozba­wieni daw­nej wiary w odku­pie­nie przez Mesja­sza i solid­nego zako­rze­nie­nia w ludo­wej tra­dy­cji, prze­sad­nie odczu­wali obcość, a cza­sem wro­gość śro­do­wi­ska, w któ­rym udało im się prze­trwać. We wła­snym kręgu rodzin­nym zaczęli upa­try­wać ostat­niej for­tecy, a swo­ich roda­ków trak­to­wać tak, jakby byli człon­kami wiel­kiej rodziny. Innymi słowy, stwo­rzony przez anty­se­mi­tów obraz Żydów jako jed­nej rodziny ści­śle zespo­lo­nej wię­zami krwi miał coś wspól­nego z wyobra­że­niami Żydów na wła­sny temat.

Taka sytu­acja w istotny spo­sób wpły­nęła na powsta­nie i roz­wój anty­se­mi­ty­zmu w XIX w. O tym, która grupa lud­no­ści w jakimś kraju sta­nie się anty­se­micka w okre­ślo­nym momen­cie histo­rycz­nym, decy­do­wały wyłącz­nie ogólne oko­licz­no­ści skła­nia­jące ją do gwał­tow­nego prze­ciw­sta­wie­nia się swo­jemu rzą­dowi. Jed­nak zasta­na­wia­jące podo­bień­stwo powta­rza­ją­cych się spon­ta­nicz­nie, raz po raz, argu­men­tów i wyobra­żeń, wią­zało się ści­śle z prawdą, którą znie­kształ­cały. Żydzi przed­sta­wiani są w nich zawsze jako mię­dzy­na­ro­dowa orga­ni­za­cja han­dlowa, ogól­no­świa­towy kon­cern rodzinny, który ma wszę­dzie iden­tyczne inte­resy, jako sto­jąca za tro­nami ukryta siła, spy­cha­jąca wszyst­kie widzialne wła­dze do roli fasady lub mario­ne­tek pocią­ga­nych za sznurki spoza sceny. Z powodu bli­skich kon­tak­tów z ośrod­kami wła­dzy pań­stwo­wej Żydów nie­ustan­nie utoż­sa­miano z wła­dzą, a z powodu ich stro­nie­nia od spo­łe­czeń­stwa i zamy­ka­nia się w wąskim kręgu rodzin­nym stale podej­rze­wano ich o pla­no­wa­nie znisz­cze­nia wszyst­kich struk­tur spo­łecz­nych.

2. Wcze­sny anty­se­mi­tyzm

Oczy­wi­sta, choć rzadko pamię­tana reguła uczy, że nastroje anty­ży­dow­skie nabie­rają poli­tycz­nego zna­cze­nia tylko w połą­cze­niu z poważną kwe­stią poli­tyczną lub w przy­padku jaw­nej sprzecz­no­ści inte­re­sów mię­dzy Żydami a jedną z waż­nych klas spo­łecz­nych. Współ­cze­sny anty­se­mi­tyzm, taki jaki znamy z kra­jów Europy Środ­ko­wej i Zachod­niej, ma pod­łoże raczej poli­tyczne niż eko­no­miczne, nato­miast gwał­towna ludowa nie­na­wiść do Żydów, cha­rak­te­ry­styczna dla Pol­ski i Rumu­nii, jest wyni­kiem skom­pli­ko­wa­nych sto­sun­ków kla­so­wych. Wsku­tek nie­zdol­no­ści rzą­dów do roz­wią­za­nia kwe­stii agrar­nej i stwo­rze­nia mini­mum rów­no­ści przez wyzwo­le­nie chło­pów, zie­miań­stwo w tych kra­jach nie tylko utrzy­mało domi­na­cję poli­tyczną, lecz także unie­moż­li­wiło nor­malny roz­wój miesz­czań­stwa. Tam­tejsi Żydzi, liczeb­nie sil­niejsi, ale słabi pod innymi wzglę­dami, pozor­nie speł­niali nie­które funk­cje klas śred­nich, ponie­waż na ogół byli kup­cami i skle­pi­ka­rzami, a jako grupa znaj­do­wali się mię­dzy zie­miań­stwem a kla­sami pozba­wio­nymi wła­sno­ści. Drobni posia­da­cze mogą jed­nak z rów­nym powo­dze­niem ist­nieć w gospo­darce feu­dal­nej, jak i w kapi­ta­li­stycz­nej. I tutaj, tak jak w innych kra­jach, Żydzi nie byli w sta­nie lub nie chcieli wejść na drogę prze­my­sło­wego kapi­ta­li­stycz­nego roz­woju, toteż rezul­ta­tem ich dzia­łal­no­ści było powsta­nie roz­pro­szo­nej i nie­efek­tyw­nej orga­ni­za­cji spo­ży­cia, któ­rej nie towa­rzy­szył odpo­wiedni sys­tem pro­duk­cji. Żydzi sta­no­wili prze­szkodę w nor­malnym kapi­ta­li­stycz­nym roz­woju, ponie­waż wła­śnie od nich spo­dzie­wano się, że będą dzia­łać w tym kie­runku, a nie byli w sta­nie zaspo­koić tych ocze­ki­wań. Wyda­wało się zatem, że ist­nieje kon­flikt inte­re­sów mię­dzy Żydami a tymi war­stwami spo­łe­czeń­stwa, z któ­rych zazwy­czaj wyra­stała klasa śred­nia. Nato­miast rządy bez więk­szego prze­ko­na­nia udzie­lały popar­cia bur­żu­azji, nie likwi­du­jąc szlachty i zie­miań­stwa. Zdo­były się tylko na pod­cię­cie eko­no­micz­nych pod­staw bytu Żydów. Było to w pew­nej mie­rze ustęp­stwo na rzecz opi­nii publicz­nej, ale także kon­se­kwen­cja faktu, że Żydzi w grun­cie rze­czy na­dal byli czę­ścią sta­rego feu­dal­nego porządku. Przez wieki byli pośred­ni­kami mię­dzy szlachtą a chło­pami, teraz two­rzyli klasę śred­nią, nie speł­nia­jąc jej funk­cji pro­duk­cyj­nych i będąc, prawdę mówiąc, jedną z prze­szkód na dro­dze do uprze­my­sło­wie­nia i wpro­wa­dze­nia sto­sun­ków kapi­ta­li­stycz­nychK31. Mimo że te warunki panu­jące w Euro­pie Wschod­niej miały klu­czowe zna­cze­nie dla żydow­skich mas, to jed­nak z inte­re­su­ją­cego nas punktu widze­nia są one raczej mało ważne. Zna­cze­nie poli­tyczne tego typu warun­ków ogra­ni­czało się do kra­jów zaco­fa­nych, w któ­rych wszech­obecny anty­se­mi­tyzm unie­moż­li­wiał wyko­rzy­sty­wa­nie ich do kon­kret­nych celów.

Anty­se­mi­tyzm po raz pierw­szy wybuch­nął w Pru­sach bez­po­śred­nio po porażce zada­nej im przez Napo­le­ona w 1807 r., kiedy to refor­ma­to­rzy1 zmie­nili struk­turę poli­tyczną do tego stop­nia, że szlachta utra­ciła swoje przy­wi­leje, a klasy śred­nie uzy­skały swo­bodę roz­woju. Ta reforma, będąca "odgórną rewo­lu­cją", prze­kształ­ciła na wpół feu­dalną struk­turę Prus oświe­co­nego despo­ty­zmu w mniej wię­cej nowo­cze­sne pań­stwo naro­dowe, któ­rego ostat­nim sta­dium była Rze­sza Nie­miecka w kształ­cie z 1871 roku.

Cho­ciaż ban­kie­rzy ber­liń­scy w tam­tych cza­sach w więk­szo­ści byli Żydami, pru­skie reformy nie wyma­gały od nich poważ­niej­szej pomocy finan­so­wej. Szczera sym­pa­tia pru­skich refor­ma­to­rów i opo­wie­dze­nie się przez nich za rów­no­upraw­nie­niem Żydów, to kon­se­kwen­cja świe­żej rów­no­ści wszyst­kich oby­wa­teli, znie­sie­nia przy­wi­le­jów i wpro­wa­dze­nia wol­nego han­dlu. Nie byli oni zain­te­re­so­wani zacho­wa­niem Żydów jako Żydów dla spe­cjal­nych celów. Na argu­ment, że w warun­kach rów­no­ści "Żydzi mogą prze­stać ist­nieć", zawsze odpo­wia­dano: "Cóż z tego? Jakie ma to zna­cze­nie dla rządu, który pra­gnie tylko tego, aby stali się dobrymi oby­wa­te­lami?"K32. Ponadto eman­cy­pa­cja była sto­sun­kowo nie­szko­dliwa, ponie­waż Prusy stra­ciły wła­śnie pro­win­cje wschod­nie, gdzie żyło wielu Żydów, z reguły ubo­gich. Dekret o rów­no­upraw­nie­niu z 1812 r. doty­czył tylko zamoż­nych i uży­tecz­nych śro­do­wisk żydow­skich, któ­rym już wcze­śniej przy­znano więk­szość praw oby­wa­tel­skich i które, wsku­tek powszech­nego znie­sie­nia przy­wi­le­jów, sil­nie odczu­łyby obni­że­nie sta­tusu. Dla tych grup eman­cy­pa­cja zna­czyła nie­wiele wię­cej niż ogólne prawne potwier­dze­nie sta­tus quo.

Ale pro­ży­dow­skie sym­pa­tie pra­skich refor­ma­to­rów były czymś wię­cej niż logiczną kon­se­kwen­cją ich ogól­nych aspi­ra­cji poli­tycz­nych. Kiedy pra­wie dzie­sięć lat póź­niej, w kli­ma­cie nara­sta­ją­cego anty­se­mi­ty­zmu, Wil­helm von Hum­boldt stwier­dził: "Naprawdę kocham Żydów tylko en masse; en detail raczej ich uni­kam"K33, prze­ciw­sta­wiał się domi­nu­ją­cej modzie fawo­ry­zo­wa­nia poje­dyn­czych Żydów i pogar­dza­nia Żydami jako naro­dem. Jako praw­dziwy demo­krata, pra­gnął wyzwo­lić uci­skany lud, a nie obda­rzać przy­wi­le­jami jed­nostki. Był to rów­nież pogląd zgodny z tra­dy­cją pru­skich urzęd­ni­ków, któ­rzy, na co czę­sto zwra­cano uwagę, doma­gali się upar­cie przez cały wiek XVIII poprawy warun­ków życia i lep­szej edu­ka­cji Żydów. Ich popar­cie wyni­kało nie tylko z racji stanu czy rachub eko­no­micz­nych, lecz także z natu­ral­nej sym­pa­tii dla jedy­nej grupy spo­łecz­nej rów­nież wyalie­no­wa­nej ze spo­łe­czeń­stwa i znaj­du­ją­cej się, choć z zupeł­nie innych przy­czyn, w sfe­rze oddzia­ły­wa­nia pań­stwa. Wykształ­ce­nie kadr urzęd­ni­ków, lojal­nych wobec pań­stwa, i to nie­za­leż­nie od tego, kto jest u wła­dzy, ode­rwa­nych od wła­snej klasy, było jed­nym ze świet­niej­szych osią­gnięć daw­nego pań­stwa pru­skiego. Urzęd­nicy ci odgry­wali decy­du­jącą rolę w osiem­na­sto­wiecz­nych Pru­sach i byli praw­dziwymi poprzed­ni­kami refor­ma­to­rów. Pomimo znacz­nej utraty wpły­wów na rzecz ary­sto­kra­cji po Kon­gre­sie Wie­deń­skim, przez cały wiek XIX pozo­stali ostoją machiny pań­stwo­wejK34.

W posta­wie refor­ma­to­rów, a zwłasz­cza w dekre­cie o rów­no­upraw­nie­niu z 1812 r., w oso­bliwy spo­sób prze­ja­wiło się szcze­gólne zain­te­re­so­wa­nie pań­stwa Żydami. Minęło dawne szczere uzna­nie ich uży­tecz­no­ści jako Żydów (Fry­de­ryk II, król pru­ski, wykrzyk­nął na wia­do­mość o moż­li­wo­ści maso­wej kon­wer­sji: "Mam nadzieję, że zanie­chają tego dia­bel­skiego pomy­słu!")K35. Rów­no­upraw­nie­nie przy­znano w imię zasad i - zgod­nie z men­tal­no­ścią epoki - każda alu­zja do spe­cjal­nych usług speł­nia­nych przez Żydów byłaby świę­to­kradz­twem. Cho­ciaż szcze­gólne oko­licz­no­ści, które dopro­wa­dziły do rów­no­upraw­nie­nia, znane były dosko­nale wszyst­kim zain­te­re­so­wa­nym, teraz je ukry­wano, jak gdyby sta­no­wiły wielką i strasz­liwą tajem­nicę. Sam dekret przed­sta­wiano jako naj­bły­sko­tliw­sze osią­gnię­cie w pro­ce­sie prze­cho­dze­nia od pań­stwa feu­dal­nego do pań­stwa naro­do­wego i spo­łe­czeń­stwa, w któ­rym nie będzie żad­nych spe­cjal­nych przy­wi­le­jów.

Nagły i nie­ocze­ki­wany wybuch anty­se­mi­ty­zmu był jedną z form gorz­kiej reak­cji ary­sto­kra­cji, klasy, która została ude­rzona naj­sil­niej. Czo­łowy rzecz­nik anty­se­mi­ty­zmu, Ludwig von der Mar­witz (wyróż­nia­jący się współ­twórca ide­olo­gii kon­ser­wa­tyw­nej) przed­ło­żył wła­dzom roz­wle­kłą pety­cję, w któ­rej stwier­dzał, że Żydzi będą jedyną uprzy­wi­le­jo­waną grupą, i mówił o "prze­obra­że­niu się sta­rej, budzą­cej postrach monar­chii pru­skiej w nowo­modne pań­stwo żydow­skie". Atak poli­tyczny był sprzę­żony z boj­ko­tem towa­rzy­skim, który zmie­nił nie­mal z dnia na dzień obli­cze ber­liń­skiej socjety. Bo to ary­sto­kraci jako jedni z pierw­szych nawią­zali przy­ja­zne sto­sunki z Żydami i roz­sła­wili w końcu stu­le­cia salony żydow­skich dam, w któ­rych przez krótki czas zbie­rało się praw­dzi­wie mie­szane towa­rzy­stwo. To prawda, ten brak prze­są­dów był w jakimś stop­niu efek­tem usług wyświad­cza­nych im przez żydow­skich lichwia­rzy, któ­rzy przez stu­le­cia byli wyłą­czeni z więk­szych trans­ak­cji i jedyną oka­zję zna­leźli w udzie­la­niu bez­pro­duk­tyw­nych eko­no­micz­nie, ale waż­nych towa­rzy­sko poży­czek ludziom mają­cym skłon­no­ści do życia ponad stan. Godne uwagi jest jed­nak to, że te kon­takty zostały prze­rwane w cza­sach, kiedy monar­chie abso­lutne, dys­po­nu­jące więk­szymi moż­li­wo­ściami finan­so­wymi, uczy­niły z pry­wat­nych poży­czek i z drob­nego poje­dyn­czego Żyda dwor­skiego zabytki prze­szło­ści. Natu­ralna nie­chęć szlach­cica do wyzby­wa­nia się cen­nego źró­dła pomocy w nagłych przy­pad­kach skła­niała go raczej do poślu­bie­nia Żydówki mają­cej zamoż­nego ojca, niż do nie­na­wi­ści skie­ro­wa­nej prze­ciwko Żydom.

1. Ter­min odnosi się do barona Hein­ri­cha Frie­dri­cha von Ste­ina, księ­cia Karla von Har­den­berga oraz gene­rała Ger­harda von Schan­kor­sta, pro­jek­to­daw­ców naj­istot­niej­szych reform. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Naj­now­szym przy­kła­dem takiego poglądu jest książka Nor­mana Cohna War­rant for Geno­cide. The Myth of the Jewish World-con­spi­racy and the "Pro­to­cols of the Elders of Zion", New York 1966. W przy­ję­tym zało­że­niu, autor w ogóle neguje ist­nie­nie cze­goś takiego jak histo­ria Żydów. Żydami są w jego uję­ciu "ludzie (...) roz­pro­szeni po całej Euro­pie od kanału La Man­che po Wołgę, któ­rych łączyło bar­dzo nie­wiele poza pocho­dze­niem od wyznaw­ców reli­gii moj­że­szo­wej" (s. 15). Anty­se­mici, prze­ciw­nie, mogą się powo­łać bez­po­śred­nio na utrzy­mu­jącą się nie­prze­rwa­nie od śre­dnio­wie­cza tra­dy­cję dopa­try­wa­nia się w Żydach "narzę­dzi Sza­tana, czci­cieli dia­bła, demo­nów w ludz­kiej postaci" (s. 41), a jedyną pod­stawą tak daleko idą­cych uogól­nień, na jakie decy­duje się uczony autor Pur­suit of the Mil­le­nium, jest wyłączne zain­te­re­so­wa­nie "naj­skraj­niej­szym rodza­jem anty­se­mi­ty­zmu, takim, który dopro­wa­dza do rzezi i prób ludo­bój­stwa" (s. 16). Autor ten stara się rów­nież wyka­zać, że "lud­ność Nie­miec w swo­jej masie w rze­czy­wi­sto­ści ni­gdy nie ule­gła anty­ży­dow­skiemu fana­ty­zmowi" i że eks­ter­mi­na­cję "zor­ga­ni­zo­wali i zasad­ni­czo prze­pro­wa­dzali fachowcy z SD i SS", orga­ni­za­cji, które "w żad­nym razie nie repre­zen­tują typo­wego prze­kroju spo­łe­czeń­stwa nie­miec­kiego" (s. 212 i n.). Jak bar­dzo chcia­łoby się, aby to stwier­dze­nie było zgodne z fak­tami! Sku­tek jest taki, że książkę czyta się tak, jak gdyby została napi­sana jakieś 40 lat temu przez nazbyt pomy­sło­wego członka nie­szczę­snej pamięci Verein zur Bekämpfung des Anti­se­mi­ti­smus. [wróć]

2. Cytaty pocho­dzą z książki J. Katza, Exc­lu­si­ve­ness and Tole­rance. Jewish-Gen­tile Rela­tions in Medie­val and Modem Times, New York 1962 (rozdz. 12), cał­ko­wi­cie ory­gi­nal­nej pracy na naj­wyż­szym pozio­mie, która powinna była doprawdy pod­wa­żyć, jak głosi obwo­luta, "wiele złu­dzeń współ­cze­snych Żydów", lecz nie doko­nała tego wsku­tek pra­wie zupeł­nego braku omó­wień w pra­sie. Katz należy do młod­szego poko­le­nia żydow­skich histo­ry­ków, z któ­rych wielu wykłada na Uni­wer­sy­te­cie Jero­zo­lim­skim i publi­kuje po hebraj­sku. Pozo­staje dla mnie tajem­nicą, dla­czego ich prace nie są szyb­ciej tłu­ma­czone i publi­ko­wane w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Wraz z nimi defi­ni­tyw­nie skoń­czyło się "łzawe" przed­sta­wia­nie żydow­skich dzie­jów, prze­ciwko czemu bli­sko 40 lat temu pro­te­sto­wał Salo W. Baron. [wróć]

3. Warto zauwa­żyć, że pierw­szy nowo­żytny histo­ryk żydow­ski, J.M. Jost, piszą cy w Niem­czech w poło­wie XIX w., był znacz­nie mniej podatny na prze­sądy świec­kiej histo­rio­gra­fii niż jego sław­niejsi następcy. [wróć]

4. J. Katz, op. cit., s. 196. [wróć]

5. Ibid., s. 6. [wróć]

6. Ibid., s. 7. [wróć]

7. Jedy­nym wyjąt­kiem jest anty­se­micki histo­ryk Wal­ter Frank, sto­jący na czele Reich­sin­sti­tut für Geschichte des Neuen Deutsch­land, wydawca dzie­wię­ciu tomów For­schun­gen zur Juden­frage (1937-1944). Zwłasz­cza jego wła­sne arty kuły wciąż jesz­cze mogą przy­nieść korzyść czy­ta­ją­cym. [wróć]

8. Zob. A. de Tocqu­eville, Dawny ustrój i rewo­lu­cja, tłum. A. Wol­ska, War­szawa 1970, ks. II, rozdz. 1. [wróć]

9. Prawa i swo­body przy­znane dwor­skim Żydom w ciągu XVII i XVIII w. mogą się wyda­wać współ­cze­snym histo­ry­kom zale­d­wie zwia­stu­nami rów­no­ści: dwor­scy Żydzi mogli miesz­kać, gdzie im się podo­bało, mogli swo­bod­nie podró­żo­wać w gra­ni­cach wła­da­nia suwe­rena, mogli nosić broń i mieli prawo do spe­cjal­nej ochrony ze strony władz lokal­nych. W rze­czy­wi­sto­ści ci dwor­scy Żydzi, w Pru­sach noszący cha­rak­te­ry­styczną nazwę Gene­ral­pri­vi­le­gierte Juden, nie tylko mieli lep­sze warunki od swo­ich roda­ków, na­dal pod­da­nych nie­mal śre­dnio­wiecz­nym restryk­cjom, ale też wio­dło im się lepiej niż ich nie­ży­dow­skim sąsia­dom. Stan­dar­dem życio­wym prze­wyż­szali wyraź­nie ówcze­sne klasy śred­nie; ich przy­wi­leje były na ogół więk­sze od tych, które przy­znano kup­com. Taka sytu­acja nie mogła ujść uwagi współ­cze­snych. Chri­stian Wil­helm Dohm - wybitny rzecz­nik rów­no­upraw­nie­nia Żydów w osiem­na­sto­wiecz­nych Pru­sach - skar­żył się na wpro­wa­dzoną przez Fry­de­ryka Wil­helma I prak­tykę udzie­la­nia boga­tym Żydom wszel­kiego typu fawo­rów i wspar­cia, czę­sto "kosz­tem i z pomi­nię­ciem pra­co­wi­tych, legal­nych (tj. nie­ży­dow­skich) oby­wa­teli". Ch.W. Dohm, Denkwürdigkeiten meiner Zeit, Lemgo 1814-1819, t. IV, s. 487. [wróć]

10. Jacob Lest­schin­sky w jed­nej z wcze­snych ana­liz kwe­stii żydow­skiej wska zał, że Żydzi nie należą do żad­nej klasy spo­łecz­nej, i pisał o Klas­se­ne­in­schieb­sel ("Weltwirt­scha­fts Archiv" 1929, t. 30, s. 123), ale dostrze­gał wy łącz­nie ujemne strony tej sytu­acji w Euro­pie Wschod­niej, a nie jej wiel­kie pozy­tywy w kra­jach Europy Zachod­niej i Środ­ko­wej. [wróć]

11. Na przy­kład za pano­wa­nia Fry­de­ryka II, po woj­nie sied­mio­let­niej, pod jęto w Pru­sach zde­cy­do­wane wysiłki, aby wpro­wa­dzić dla Żydów swo­isty sys­tem han­dlowy. Dotych­cza­sowe, ogólne prze­pisy w spra­wie Żydów z 1750 r. zastą­piono sys­temem zezwo­leń wyda­wa­nych wyłącz­nie tym miesz­kań­com, któ­rzy zain­we­stują poważną część swo­ich for­tun w nowe manu­fak­tury. Ale i w Pru­sach, jak wszę­dzie, tego typu przed­się­wzię­cia zakoń­czyły się klę­ską. [wróć]

12. Felix Prie­batsch, Die Juden­po­li­tik des fürstlichen Abso­lu­ti­smus im 17. und 18. Jahr­hun­dert, "For­schun­gen und Ver­su­che zur Geschichte des Mit­tela lters und der Neu­zeit" 1915, przy tacza ty pow y przyk ład z początku XVIII w.: "Kiedy sub­sy­dio­wana przez admi­ni­stra­cję wytwór­nia luster w Neu­haus w Dol­nej Austrii prze­stała pro­du­ko­wać, Żyd Wer­the­imer dał cesa­rzowi pie­nią­dze na jej kupno. Gdy Wer­the­imera popro­szono, aby za kupił wytwór­nię, ten odmó­wił, oświad­cza­jąc, że ma czas zupeł­nie zajęty pro­wa­dze­niem trans­ak­cji finan­so­wych". Zob. też M. Köhler, Beiträge zur neu­eren jüdische Wirt­scha­fts­ge­schichte. Die Juden in Hal­ber­stadt und Umge­bung, "Stu­dien zur Geschichte der Wirt­schaft und Geisen­kul­tur" 1927, t. 3. Zgodny z tą tra­dy­cją powstrzy­my­wa­nia się boga­tych Żydów od zaj­mo­wa­nia naprawdę waż­nych pozy­cji wła­dzy w kapi­ta­li­zmie jest fakt, że w 1911 r. pary­scy Rot­szyl­do­wie sprze­dali gru­pie Royal Shell swój udział w polach naf­to­wych w Baku, a prze­cież przed­tem byli, poza Roc­ke­fel­le­rem, naj­więk­szymi poten­ta­tami naf­to­wymi na świe­cie. O tym incy­den­cie wspo­mina R. Lewin­sohn, Wie sie gross und reich wur­den, Ber­lin 1927. Za ogól­nie obo­wią­zu­jącą regułę można przy­jąć takie oto stwier­dze­nie André Say­ona (Les Juifs, "Revue Eco­no­mi­que Inter­na­tio­nale" 1923) w pole­mice z Wer­ne­rem Som­bar­tem, który Żydów utoż­sa­miał z roz­wo­jem kapi­ta­li­zmu: "Rot­szyl­do­wie i inni Izra­elici, któ­rzy prze­cież głów­nie byli zaan­ga­żo­wani w udzie­la­nie poży­czek pań­stwo­wych i w mię­dzy­na­ro­dowe obroty kapi­ta­łem, wcale nie pró­bo­wali (...) stwo­rzyć wiel­kiego prze­my­słu". [wróć]

13. Nie spo­sób jed­nak prze­ce­nić wpły­wów tych eks­pe­ry­men­tów na dal­szy bieg wyda­rzeń. Fran­cja była jedy­nym kra­jem, który kon­se­kwent­nie eks­pe­ry­men­to­wał z sys­te­mem mer­kan­ty­li­stycz­nym, co dopro­wa­dziło do wcze­snego roz­kwitu manu­fak­tur zawdzię­cza­ją­cych ist­nie­nie inge­ren­cji pań­stwa. Po tym doświad­cze­niu ni­gdy już nie doszła do sie­bie. W erze wol­nej przed­się­bior­czo­ści fran­cu­ska bur­żu­azja wystrze­gała się nie­eko­no­micz­nego inwe­sto­wa­nia w rodzime zakłady wytwór­cze, pod­czas gdy biu­ro­kra­cja fran­cu­ska, będąca rów­nież pro­duk­tem sys­temu mer­kan­ty­li­stycz­nego, prze­żyła jego upa­dek. Mimo utraty wszyst­kich funk­cji pro­duk­cyj­nych, jesz­cze i dziś biu­ro­kra­cja jest dla Fran­cji bar­dziej cha­rak­te­ry­styczna i sta­nowi więk­szą prze­szkodę w popra­wie poło­że­nia kraju niż bur­żu­azja. [wróć]

14. Tak było w Anglii od cza­sów Mar­rano, ban­kiera kró­lo­wej Elż­biety, i w przy­padku żydow­skich finan­si­stów na usłu­gach armii Crom­wella, do chwili gdy jeden z dwu­na­stu żydow­skich makle­rów do pusz­czo­nych do lon­dyń­skiej giełdy prze­jął czwartą część wszyst­kich ówcze­snych poży­czek rzą­do­wych. (Zob. też S.W. Baron, A Social and Reli­gious History of the Jews, New York 1937, t. II: Jews and Capi­ta­lism). Tak było rów­nież w Austrii, gdzie w ciągu zale­d­wie czter­dzie­stu lat (1695-1739) Żydzi udzie­lili wład­com kre­dy­tów na sumę ponad 35 mln flo­re­nów i gdzie śmierć Samu­ela Oppen­he­imera w 1703 r. spo­wo­do­wała ciężki kry­zys finan­sowy pań­stwa i cesa­rza. W Bawa­rii w 1808 r. Żydzi żyro­wali i nego­cjo­wali 80% wszyst­kich poży­czek rzą­do­wych (zob. M. Grun­wald, Samuel Oppen­he­imer und sein Kreis, Wien 1913). We Fran­cji warunki szcze­gól­nie sprzy­jały Żydom; już Col­bert zachwa­lał ich uży­tecz­ność dla pań­stwa (zob. S.W. Baron, op. cit.), a w poło­wie XVIII w. wdzięczny król nadał tytuł barona nie­miec­kiemu Żydowi, Lief­ma­nowi Cal­me­rowi, doce­nia­jąc jego usługi i lojal­ność wobec "Naszego pań­stwa i Naszej Oso by" (zob. R. Anchel, Un baron juif français au 18e si?cle, Lief­man Cal­mer, "Souve­nir et Science" 1930, 1.I, s. 52-55). Podob­nie było w Pru­sach, gdzie Münzjuden Fry­de­ryka II otrzy­my­wali tytuły i gdzie w końcu XVIII w. czte­ry­sta żydow­skich rodzin two­rzyło jedną z naj­bo­gat­szych grup w Ber linie. (Jeden z naj­lep­szych opi­sów Ber­lina i roli Żydów w spo­łe­czeń­stwie u schyłku XVIII w. można zna­leźć w: W. Dil­they, Das Leben Schle­ierma- chers, w: Gesam­melte Schri­ften, t. 2, Stut­t­gart 1970, s. 182 i n.) [wróć]

15. Na początku XVIII w. Żydom austriac­kim udało się zaka­zać druku Ent- deck­tes Juden­tum Eisen­men­gera z 1703 r., a w końcu tego stu­le­cia ber­liń­skie przed­sta­wie­nia Kupca wenec­kiego musiały być poprze­dzane małym pro­lo­giem, prze­pra­sza­ją­cym żydow­skich widzów (jesz­cze nie­równo-upraw­nio­nych). [wróć]

16. Jedy­nym i nie­istot­nym wyjąt­kiem mogą być poborcy podat­ków, nazywa ni we Fran­cji fer­miers-généraux, któ­rzy wydzier­ża­wili od pań­stwa prawo do ścią­ga­nia podat­ków, gwa­ran­tu­jąc wła­dzom stałe dochody. Swoje wiel­kie for­tuny zawdzię­czali monar­chii abso­lut­nej, od któ­rej byli bez­po­śred­nio uza­leż­nieni. Byli jed­nak zbyt wąską grupą i zbyt odosob­nio­nym zja­wi­skiem, aby odgry­wać samo­dzielną rolę w gospo­darce kraju. [wróć]

17. Nie­zbęd­ność i pilną potrzebę powią­zań mię­dzy przed­się­bior­cami pań­stwo­wymi a Żydami można naj­wy­raź­niej dostrzec w tych wypad­kach, kiedy decy­zje leżały w rękach urzęd­ni­ków o zde­cy­do­wa­nie anty­ży­dow­skim nasta­wie­niu. I tak Bismarck miał w mło­do­ści na kon­cie kilka anty­se­mic­kich wystą­pień, aby jako kanc­lerz Rze­szy stać się bli­skim przy­ja­cie­lem Bleichrödera i nie­za­wod­nym obrońcą Żydów przed ruchem ber­liń­skich anty­se­mi­tów, kie­ro­wa­nym przez kape­lana nadwor­nego - Sto­ec­kera. Wil­helm II, który jako następca tronu i przed­sta­wi­ciel nasta­wio­nej anty­se­micko szlachty pru­skiej miał bar­dzo przy­ja­zny sto­su­nek do ruchów anty­se­mic­kich z lat osiem­dzie­sią­tych, wstą­piw­szy na tron w jed­nej chwili zmie­nił poglądy i odże­gnał się od swych pro­te­go­wa­nych - anty­se­mi­tów. [wróć]

18. Już w XVIII w., gdzie­kol­wiek grupy Żydów sta­wały się dosta­tecz­nie za możne, aby być przy­datne dla pań­stwa, uzy­ski­wały przy­wi­leje i były oddzie­lane od swo­ich mniej zamoż­nych i uży­tecz­nych braci w tym samym kraju. Tak jak Schut­zju­den w Pru­sach, Żydzi z Bor­de­aux i Bajonny we Fran­cji cie­szyli się rów­no­ścią na długo przed rewo­lu­cją fran­cu­ską i pro­szono ich nawet o przed­sta­wie­nie swo­ich skarg i pro­po­zy­cji razem z innymi Sta­nami Gene­ral­nymi w Convo­ca­tion des Etats Généraux w 1787 roku. [wróć]

19. Jean Cape­fi­gue, Histo­ire des gran­des opérations financi?res, t. III: Banque, Bour­ses, Emprunts, Paris 1855, suge­ruje, że za monar­chii lip­co­wej jedy­nie Żydzi, zwłasz­cza dyna­stia Rot­szyl­dów, zapo­bie­gli powsta­niu sil­nego kre­dytu pań­stwo­wego opar­tego na Banku Fran­cji. Twier­dzi także, że wyda­rze­nia z 1848 r. uczy­niły Rot­szyl­dów zbęd­nymi. Raphael Strauss, The Jews in the Eco­no­mic Evo­lu­tion of Cen­tral Europe, "Jewish Social Stu­dies" 1941, t. III, nr 1, też uważa, że po 1830 r. "kre­dyt publiczny stał się już mniej ryzy­kowny i wobec tego obsłu­gi­wały go w coraz więk­szym stop­niu banki chrze­ści­jań­skie". Prze­ciwko tej inter­pre­ta­cji prze­ma­wiają dosko­nałe sto­sunki Rot­szyl­dów z Napo­le­onem III, mimo że nie ma wąt­pli­wo­ści co do ogól­nych ten­den­cji ujaw­nia­ją­cych się w tam­tych cza­sach. [wróć]

20. Zob. F. Prie­batsch, op. cit. [wróć]

21. Według pew­nej aneg­doty prze­ka­zy­wa­nej przez wszyst­kich bio­gra­fów, natych­miast po poko­na­niu Fran­cu­zów w 1871 r. Bismarck miał powie­dzieć: "Przede wszyst­kim Bleichröder musi się udać do Paryża, aby spo­tkać się z tam­tej­szymi Żydami i omó­wić to [5 mld fran­ków kon­try­bu­cji - H.A.] z ban­kie­rami". Zob. O. Joechlin­ger, Bismarck und die Juden, Ber­lin 1921. [wróć]

22. Zob. W. Frank, Wal­ther Rathe­nau und die blonde Rasse, "For­schun­gen zur Juden­frage", t. I V, 1940. Mimo ofi­cjal­nej pozy­cji u nazi­stów Frank zacho­wał pewną sta­ran­ność w dobo­rze źró­deł i metod. W cyto­wa­nym arty­kule powo­łuje się na nekro­logi Rathe­naua z "Isra­eli­ti­sches Fami­lien- blatt" (Ham­burg, 6 lipca 1922), "Die Zeit" (czer­wiec 1922) i "Ber­li­ner Tage­blatt" (31 maja 1922). [wróć]

23. W. von Hum­boldt, Tagebücher (oprac. Leit­zmann), Ber­lin 1916-1918, t. I, s. 475. W arty­kule Juif w: Encyc­lo­pe­die, 1751-1765, t. IX, napi­sa­nym praw­do­po­dob­nie przez Dide­rota, czy­tamy: "I tak roz­pro­szeni w naszych cza­sach (...) [Żydzi - H.A.] stali się pośred­ni­kami w komu­ni­ka­cji mię­dzy naj­od­le­glej­szymi kra­jami. Są jak koła zębate i gwoź­dzie potrzebne przy wiel­kiej budowli do złą­cze­nia i utrzy­ma­nia razem wszyst­kich czę­ści". [wróć]

24. Wal­ther Rathe­nau, mini­ster spraw zagra­nicz­nych Repu­bliki Weimar­skiej w 1921 r. i jeden z wybit­nych repre­zen­tan­tów świe­żych dążeń Nie­miec do demo­kra­cji, jesz­cze w 1917 r. roz­gła­szał swoje "głę­boko monar­chiczne prze­ko­na­nia", zgod­nie z któ­rymi kra­jem rzą­dzić powi­nien tylko czło­wiek "namasz­czony", a nie żaden "par­we­niusz, któ­remu się powio­dło". Zob. W. Rathe­nau, Von kom­men­den Din­gen, Ber­lin 1917, s. 247. [wróć]

25. Nie powin­ni­śmy jed­nak zapo­mi­nać o tym miesz­czań­skim wzorcu. W sfe­rze indy­wi­du­al­nych moty­wów oraz wzo­rów postę­po­wa­nia metody dyna­stii Rot­szyl­dów nie róż­niły się zbyt­nio od metod ich chrze­ści­jań­skich kole­gów. Na przy­kład ban­kier Napo­le­ona, Ouvrard, dostar­czyw­szy mu środ­ków finan­so­wych na pro­wa­dze­nie "stu­dnio­wej" wojny, nie­zwłocz­nie zaofe­ro­wał swoje usługi powra­ca­ją­cym Bur­bo­nom. [wróć]

26. J. A. Hob­son, Impe­ria­lism, Lon­don 1905; cyt. z nie­po­pra­wio­nego wyda­nia, Lon­don 1938, s. 57. [wróć]

27. O tym, jak dobrze znali Rot­szyl­do­wie źró­dła swo­jej siły, świad­czy obo­wią­zu­jące ich pier­wot­nie prawo dyna­styczne, zgod­nie z któ­rym córki wraz z mężami były wyłą­czane z inte­re­sów rodziny. Dziew­czę­tom pozwa­lano poślu­biać nie­ży­dow­skich ary­sto­kra­tów (a po 1871 r. wręcz je do tego zachę­cano); męscy potom­ko­wie musieli żenić się wyłącz­nie z Żydów­kami i jeśli to moż­liwe (jak było w pierw­szym poko­le­niu) z człon­ki­niami rodziny. [wróć]

28. Zob. zwłasz­cza E. Cesar Conte Corti, The Rise of the House of Rot­schild, New York 1927. [wróć]

29. J. Cape­fi­gue, op. cit. [wróć]

30. Ni­gdy nie można było się prze­ko­nać, w jakim stop­niu Rot­szyl­do­wie korzy­stali z żydow­skich kapi­ta­łów dla wła­snych inte­re­sów i jak daleko się­gała ich kon­trola nad żydow­skimi ban­kie­rami. Rodzina ni­gdy nie dopu­ściła bada­czy do swo­ich archi­wów. [wróć]

31. J.W. Par­kes, The Emer­gence of the Jewish Pro­blem, 1878-1939, b.m. 1946, w roz­dzia­łach IV i VI zwięźle i bez­stron­nie przed­sta­wia te warunki. [wróć]

32. Ch.W. Dohm, Über die bürgerliche Ver­bes­se­rung der Juden, Ber­lin-Stet­tin 1781,1.I, s. 174. [wróć]

33. Wil­helm und Caro­line von Hum­boldt in ihren Brie­fen, Ber­lin 1900, t. V, s. 236. [wróć]

34. Dosko­nały opis tych urzęd­ni­ków, zasad­ni­czo nie­róż­nią­cych się od urzęd­ni­ków z innych kra­jów, podaje H. Pirenne, A History of Europe from the Inva­sion to the XVI Cen­tury, Lon­don 1939, s. 361-362: "Wolni od uprze­dzeń kla­so­wych i wro­dzy przy­wi­le­jom wiel­kich panów, któ­rzy nimi gar­dzili (...) to nie król prze­ma­wiał przez nich, ale ano­ni­mowa monar­chia, sto­jąca ponad wszyst­kim, pod­da­jąca wszystko swo­jej wła­dzy". [wróć]

35. Zob. Kle­ines Jahr­buch des Nützlichen und Ange­neh­men für Isra­eli­ten, 1847. [wróć]