Korzenie Polski. Tom 2 - Przemysław Urbańczyk

Kup ebooka

59.00 zł
47.20 zł (59,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Kulikowska

Źródło ilustracji na pierwszej stronie okładki

Hanna Udod/iStock

Źródło ilustracji na grzbiecie

Gabinet Numizmatyczny D. Marciniak/Wikimedia Commons

Źródło ilustracji na skrzydełku

Archiwum prywatne autora

Wydawca

Sylwia Ciuła-Malak

Recenzent

prof. dr hab. Sławomir Józef Moździoch

Redaktor prowadzący

Barbara Surówka

Redakcja

Grzegorz Antoszek

Korekta

Magdalena Gembara

Indeks osobowy i indeks geograficzny

Grzegorz Antoszek

Fotoedycja

Barbara Chmielarska-Łoś

Produkcja

Anna Bączkowska

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwo Naukowe PWN S.A.:

Michał Latusek

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w Internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej na www.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

DOI: https://doi.org/10.53271/2026.086

Copyright ? by Wydawnictwo Naukowe PWN S.A., Warszawa 2026

Copyright ? for the text by Przemysław Urbańczyk, Warszawa 2026

ISBN: 978-83-01-25228-1

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2026 r. (Wydanie I)

Warszawa 2026

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

02-460 Warszawa, ul. Gottlieba Daimlera 2

tel. 22 69 54 321, faks 22 69 54 288

infolinia 801 33 33 88

e-mail: pwn@pwn.com.pl; reklama@pwn.pl

www.pwn.pl

Wprowadzenie

Sukces, jakim okazała się wydana w grudniu 2024 roku książka Korzenie Polski, doceniona zarówno przez czytelników, jak i przez gremia rozdzielające nagrody (wyróżnienia Prezydenta Poznania i Rektora Uniwersytetu Warszawskiego), dowiódł, że najstarsze dzieje wciąż cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem mimo wymuszonego przez sytuację geopolityczną naszego zaangażowania w historię najnowszą. Skłoniło to Wydawnictwo Naukowe PWN do kontynuowania tego przedsięwzięcia pisarskiego.

Negocjacje nie trwały długo, bo już pisząc tę pierwszą książkę, byłem świadomy tego, że udało mi się tam poruszyć tylko część "z długiej listy zagadnień wymagających rozważenia" (tom 1, Wprowadzenie). Zasugerowana przez Wydawnictwo możliwość wydania drugiego tomu pozwala mi zapełnić przynajmniej niektóre z luk, jakie sam dostrzegłem w pierwszej książce. Mam nadzieję, że problemy omówione tu w dwudziestu ośmiu rozdziałach (dokładnie tyle samo co w pierwszym tomie), okażą się równie ciekawe dla czytelników zainteresowanych okolicznościami, w jakich wyłaniała się nasza państwowość.

Tematy te poruszałem w różnych okresach swojej pięćdziesięcioletniej aktywności naukowej i często pozostały na tej drodze jako samotne niedopowiedzenia porozrzucane po różnych, nie zawsze prominentnych publikacjach. Wracam teraz do tych zagadnień z niebezkrytyczną sympatią, znajdując wątki kiedyś porzucone, ale warte przypomnienia gwoli urozmaicenia rozważań nad wczesnopiastowską przeszłością - odległą, ale przecież niezmiernie ważną dla kształtowania się naszej tożsamości narodowej.

Te zamierzchłe czasy są bardzo słabo oświetlone przez źródła historyczne, co zmusza nas do wypełniania luk informacyjnych domysłami o różnym stopniu prawdopodobieństwa. Takie domyślanie się jest immanentną cechą badań nad przeszłością (nawet tą nie aż tak odległą), bo poświęcane temu spory wzbogacają nasze rozumienie dawnej rzeczywistości. Trzeba jednak uważać, żeby nie skazić tych dysput patriotycznym chciejstwem, które ma uładzić naszą historię tak, żebyśmy byli z niej wyłącznie dumni. Odkrywanie jej ciemniejszych stron nie jest przecież naganną słabością, lecz obowiązkiem sumiennego badacza!

Żaden badacz przeszłości nie powinien mieć złudzeń, że w swoich przemyśleniach odkrywa prawdę obiektywną i ostateczną, bo w naukach historycznych nie ma wniosków niepodważalnych. Każda wizja przeszłości ma charakter subiektywny, bo każdy autor na swój sposób dobiera i interpretuje źródła pisane oraz świadectwa archeologiczne. Musi więc spodziewać się krytyki, która, jeśli jest poparta solidną argumentacją, ma wartość naprowadzania naszej wiedzy na tory wiodące ku lepszemu poznaniu przeszłości. Zgodnie bowiem ze wskazówkami metodologicznymi Karla Poppera skuteczne podważenie obowiązującego schematu myślenia ma większą wartość naukową niż mnożenie argumentów potwierdzających.

*

O ile w pierwszym tomie poruszałem się głównie na poziomie państwa i geopolityki, o tyle w drugim, po przedstawieniu historii badań (rozdz. 2 i 3), przeważają rozważania nad religijnością (nie tylko chrześcijańską) i Kościołem. Jest to oczywiście rozróżnienie trochę sztuczne, bo przecież obie te sfery były we wczesnym średniowieczu ściśle ze sobą powiązane, szczególnie na poziomie sprawowania władzy politycznej, czyli zarządzania masami często zróżnicowanej kulturowo ludności, której integracja wymagała narzucenia podstawowych zasad porządku społeczno-politycznego i uzasadniającej go ideologii, której dostarczała wtedy głównie religia.

Z tego też powodu nawet przy omawianiu problemów pozornie niezwiązanych z religijnością, zawsze pojawia się ona w bezpośrednich lub w pobocznych wątkach narracji. Ta niemal wszechobecność chrześcijaństwa wynika też po części z tego, że wszystkie źródła historyczne, które powstały w tamtej epoce, zostały przecież napisane przez ludzi Kościoła. Reprezentują więc specyficzny punkt widzenia, którego nie sposób uniknąć, bo innych źródeł nie mamy.

Możemy jednak zmieniać perspektywę obserwacyjną, czego przykładów dostarczają rozdziały 18-20. Ukazują one odmienne spojrzenia na Bolesława Chrobrego, który wzbudzał skrajnie różne emocje u prominentnych postaci ówczesnej sceny politycznej. Król i cesarz Otto III, biskup Merseburga Thietmar oraz misyjny (arcy)biskup Bruno z Kwerfurtu patrzyli na polskiego władcę ze swoich specyficznych punktów widzenia, zdeterminowanych ich osobistą sytuacją i doświadczeniami życiowymi.

Łatwo nam dzisiaj komentować tę odległą przeszłość, bo jesteśmy mądrzejsi o wiedzę o rzeczywistym przebiegu procesów historycznych i ich ostatecznych wynikach. Ta wiedza może jednak skutkować mylnym przekonaniem, że taki, a nie inny tok dawnych wydarzeń był skutkiem jakiejś konieczności dziejowej. A przecież był to proces długi, skomplikowany i nieuchronnie obciążony ryzykiem alternatywnego rozwoju sytuacji, w wyniku którego historia Europy Środkowo-Wschodniej potoczyłaby się zupełnie inaczej, a więc inaczej wyglądałaby też jej ówczesna i dzisiejsza mapa polityczna.

Dotyczy to już najwcześniejszych dziejów naszej państwowości, które w dużym stopniu zdeterminowały naszą teraźniejszość polityczną i kulturową i mimo upływu ponad tysiąca lat wciąż wpływają na naszą zbiorową tożsamość. Toteż pamięć o tamtych odległych wydarzeniach wciąż jest dziś przywoływana w wewnętrznym dyskursie tożsamościowym oraz w negocjowanych wciąż relacjach geopolitycznych z bliższymi i dalszymi sąsiadami. Oni operują swoimi własnymi wizjami dawnych wydarzeń, które, co zrozumiałe, mogą być nie tylko odmienne, ale wręcz sprzeczne z naszymi.

Rozmawiamy o czasach, kiedy pojawiły się fundamentalne elementy naszej zbiorowej identyfikacji, które integrują nas wewnętrznie i odróżniają od innych tożsamości kolektywnych. Dla Polaków najważniejsze z nich to: własne państwo, nazwy własne (Polska i Polacy), własne terytorium (między Bałtykiem a pasem gór), własny język, zachodnia orientacja kulturowa i światopogląd chrześcijański.

Nie jestem zwolennikiem modnych niegdyś rozważań kontrfaktycznych[1], ale nietrudno sobie wyobrazić, że jeden lub wiele przypadków mogło skierować nasze odległe dzieje na zupełnie inną trajektorię. Nie chodzi o metaforę "efektu motyla", zgodnie z którą nawet najmniejsze działania i decyzje mogą przynieść dalekosiężne i nieoczekiwane skutki, ale o zmiany dużo większego kalibru. Przecież w drugiej ćwierci X wieku mogło nie pojawić się położone nad środkową Wartą państewko wczesnopiastowskie; mogły się przyjąć inne nazwy tego państwa i jego mieszkańców (np. Mieszkonia i Mieszkowianie); mogło się nie udać rozepchnięcie granic na cały Niż Polski i jego obrzeża; Mieszko I mógł związać się z Kościołem wschodnim albo trwać przy tradycjach pogańskich, zawierając potężny sojusz polityczno-ideologiczny z Połabianami (od Łużyczan do Obodrytów) i z Bałtami (od Prusów do Litwinów). Każda z tych i mnóstwa innych alternatyw historycznych z pewnością zmieniłaby przebieg tysiącletniej przeszłości wiodącej ku naszym czasom, które nabrałyby trochę lub zupełnie innego kształtu. Nie należy więc zapominać, że jesteśmy "produktami" długiego łańcucha przypadków historycznych, który mógł mieć zupełnie inną trajektorię, a więc i inne skutki.

Wartościowanie poszczególnych epizodów z przeszłości nie ma większego sensu, bo nawet to, co z dzisiejszej perspektywy nam się nie podoba, też ukształtowało naszą rzeczywistość. Możemy tylko starać się lepiej poznać przeszłość, tj. dokładniej odtworzyć przebieg dawnych wydarzeń i lepiej zrozumieć motywacje ludzi, którzy w nich uczestniczyli, podejmując decyzje, których konsekwencji (szczególnie tych długofalowych) nie mogli przewidzieć.

*

O ile każda trajektoria historyczna jest niepowtarzalna w swojej specyfice konkretnych procesów i wydarzeń, o tyle można szukać między nimi podobieństw ponad poziomem szczegółów. Pomagają w tym koncepcje teoretyczne, które umożliwiają uogólnienie zjawisk pozornie nieporównywalnych. Wybór schematu analitycznego zależy od decyzji badacza i celów, jakie sobie stawia. Próba uporządkowania badanego problemu z pomocą różnych modeli badawczych może otworzyć ciekawe perspektywy poznawcze, których szczegóły interpretacyjne mogą się od siebie zasadniczo różnić.

Na przykład możemy spojrzeć na proces kształtowania się państwa wczesnopiastowskiego jako rozciągnięty w czasie "obrzęd przejścia", tj. zgodnie ze schematem zidentyfikowanym przed ponad stu laty przez Arnolda van Gennepa (1909/2006). Wprawdzie francuski etnolog zajmował się przełomowymi okresami w życiu pojedynczych ludzi, którzy zgodnie z lokalną tradycją przechodzili z jednej fazy życia do następnej, ale jego opis pokonywania kolejnych progów dojrzałości można zastosować też do zmian, jakim podlegała zbiorowość, którą ukształtowano w państwo.

Kluczowe jest tu pojęcie "progu" wyznaczającego granicę, po przekroczeniu której następuje przełomowa zmiana statusu jednostki (u Gennepa) lub w naszym przypadku - zbiorowości ludzi zamieszkujących ziemie polskie przed ponad tysiącem lat. Tu chodzi o przekształcenie ustroju wodzowskiego (dawniej nazywanego demokracją wojenną lub wiecową) w stabilne państwo terytorialne (por. rozdz. 4). Sadzę bowiem, że i w tym procesie można wyróżnić sytuacje progowe, które skutkowały przejściem do nowej rzeczywistości.

Wstępna faza (wyłączenia/separacji) to przezwyciężenie "demokratycznych" ograniczeń ustroju wodzowskiego przez przywódcę, który podstępem i/lub przemocą stawia siebie ponad kontrolą instytucji wiecu, funkcjonującej dotąd przez uzgadnianie stanowiska większościowego. Poddana temu zbiorowość wchodzi w okres przejściowy (marginalny/liminalny), bo dawne mechanizmy sprawowania władzy społeczno-politycznej już nie funkcjonują, ale nowe nie zostały jeszcze trwale zinstytucjonalizowane. Ostatnią fazą (włączenia/integracji) była stabilizacja centralnego ośrodka władzy, czyli nadanie mu nowego zwierzchniego statusu.

Można to rozpisać bardziej szczegółowo, odwołując się do doświadczeń antropologii historycznej, która bada między innymi procesy wiodące ku państwowości - w różnych czasach, w różnych miejscach i w różnych uwarunkowaniach. Mimo zróżnicowania konkretnych przypadków można w nich dostrzec pewne powtarzające się regularności/fazy. Tę wiedzę można wykorzystać do odtworzenia hipotetycznego przebiegu procesu państwotwórczego, który może mieć zastosowanie również do objaśnienia początków państwa wczesnopiastowskiego. Tak skonstruowany rozdział 4, jak i inne rozważania bardziej teoretyczne (rozdz. 1, 2, 8 i 22) czytelnik niezainteresowany taką "abstrakcją" może pominąć bez szkody dla zrozumienia pozostałych zagadnień.

*

W newralgicznym dla naszych rozważań dialogu historyków z archeologami zwraca uwagę dysproporcja podstaw wnioskowania. O ile pisanych źródeł dotyczących początków polskiej państwowości jest bardzo mało i więcej już ich raczej nie przybędzie, o tyle archeolodzy stają przed problemem dokładnie odwrotnym, tj. nadmiarem danych, za których ciągłym przyrostem trudno nadążyć. Podstawowym zadaniem jest ich systematyczne gromadzenie i filtrowanie w celu wychwycenia rzeczywiście ważnych informacji. Jak w wielu innych naukach, pewne nadzieje można wiązać z rozwojem przetwarzania i analizy wielkich zbiorów danych pozwalających na lepszą selekcję informacji i pozyskiwanie z nich nowej wiedzy.

Istnieje jednak obawa, że bierne przejęcie metod data mining z nauk przyrodniczych, a nawet społecznych może prowadzić do wniosków banalnych lub "bezużytecznych" z punktu widzenia potrzeb archeologii. Może więc sztuczna inteligencja? Sprawdzałem kilka razy, ale na nawet niezbyt trudne pytania dostawałem odpowiedzi trywialne, chociaż sformułowane bardzo ładnym językiem. Co gorsza, jeżeli SI nie znała odpowiedzi, to zaczynała "halucynować", byle tylko nie przyznać się do niewiedzy czy choćby wątpliwości, które są wszak stałymi problemami badaczy historii.

Czy humanistyka, zawsze tak pełna niepewności w swoim rozdyskutowaniu skupionym na tradycji, na wartościach, a nawet na wrażeniach, ma wiązać swoją przyszłość z rozwojem technologii? Mam nadzieję, że nie - że historyk i archeolog pozostaną niewzruszenie arbitrami oceny istotności informacji i sensowności wyciąganych z nich wniosków, pozwalających badaczom przeszłości wciąż poprawiać jej obraz. Opisany proces zapewne nigdy nie skończy się sformułowaniem jednej, ostatecznej wizji historii, którą wszyscy zgodnie zaakceptują.

*

W tym tomie postanowiłem trzymać się w dalszym ciągu oryginalnego autoeksperymentu redaktorskiego, który polegał na nadaniu każdemu rozdziałowi (tym razem łącznie ze niniejszym Wprowadzeniem) takiej samej objętości w postaci całkowicie arbitralnie narzuconego sobie limitu około dwóch tysięcy słów. Do utrzymania tej zasady przekonała mnie pozytywna reakcja czytelników, którzy docenili to, że przeczytanie każdego rozdziału zajmuje niemal dokładnie tyle samo czasu, co znakomicie ułatwia planowanie lektury.

W ten sposób podkreślam też równą wagę każdego z rozważanych w nich zagadnień i powstrzymuję swoją skłonność do nadmiernego gadulstwa. Radykalne ograniczenie długości każdego rozdziału musi skutkować radykalną redukcją odniesień do oryginalnych źródeł i do obszernej literatury zawierającej interpretacje innych autorów. Nie zmniejsza to jednak powagi, z jaką potraktowałem każdy problem - może z wyjątkiem rozdziału 28, w którym nad wyraz swobodnie popuściłem wodze niefrasobliwej fantazji. Uznałem jednak, że nawet tak ryzykowna metodycznie prowokacja intelektualna jak "gra z Dagome iudex" może mieć swój walor poznawczy, pokazując "nieskończoną" wielość podejść do tekstów napisanych w bardzo odległych czasach.

Narzucona sobie dyscyplina redaktorska nie gwarantuje pełnej oryginalności każdego rozdziału i uważny czytelnik łatwo dostrzeże powtarzanie się w różnych miejscach przywołań pewnych faktów i ich interpretacji. Jest to nie do uniknięcia, bo mimo skupiania się kolejno na różnych zagadnieniach szczegółowych, krążymy przecież cały czas wokół głównego tematu początków państwa polskiego. Te pozornie zbędne powtórzenia stanowią więc pewną nić przewodnią narracji, wiążąc ze sobą poszczególne rozdziały.

Uważny czytelnik dostrzeże też, że w różnych miejscach te same wydarzenia, a nawet te same źródła, są trochę inaczej interpretowane, bo rozpatrywanie ich w różnych kontekstach może prowadzić do mniej lub bardziej różniących się wniosków. Wiedza historyczna nie jest bowiem monolitem, a poświęcane jej spory mają walor głównie porządkująco-weryfikujący, chociaż niekoniecznie przybliżają nas do ostatecznego zrozumienia dawno minionej rzeczywistości w całym kompleksowym bogactwie jej szczegółów.

Chociaż jestem przywiązany do swoich własnych wizji rozmaitych aspektów sytuacji sprzed ponad tysiąca lat, to nie mam złudzeń, że posiadłem o niej wiedzę ostateczną i powszechnie akceptowalną. Odkrycia nowych źródeł informacji i nowe spojrzenia na źródła od dawna już znane mogą bowiem przynieść nowe interpretacje, zniuansowane w ważnych szczegółach lub wręcz jawnie konkurencyjne. Może więc i wiele z ujęć naszkicowanych w dwóch książkach o Korzeniach Polski okaże się zupełnie lub częściowo nietrafnych? Mogę tylko powtórzyć za Poncjuszem Piłatem: "com napisał, napisałem" (J 19, 22), a przyszłość na pewno to zweryfikuje.

1Czy przeszłość jest poznawalna?

W pierwszym odruchu chyba każdy uzna to pytanie za retoryczne, jeśli nie wręcz za absurdalne. Wszyscy przecież nieustannie odwołujemy się do przeszłości, która konstytuuje naszą świadomość indywidualną i poczucie zbiorowej tożsamości opartej na wspólnocie doświadczeń historycznych. Po głębszej refleksji ta pozornie niepoważna prowokacja intelektualna nabiera jednak pewnego sensu, który powinien uczulić nas na pułapki myślenia opartego na uproszczonym podejściu zdroworozsądkowym.

Zacznę te rozważania od prowokacyjnego stwierdzenia, że przeszłość ciągle się zmienia. Niewielu ludzi sobie to uświadamia i nawet wśród badaczy zawodowo zajmujących się pisaniem o przeszłości wydaje się dominować przekonanie, że jest ona niezmienna i obiektywnie poznawalna - ergo dotarcie do pełnej prawdy historycznej jest tylko kwestią czasu i doskonalenia metod badawczych. Ta naiwna, choć pełna poznawczego optymizmu wiara sprawia, że notorycznie mylimy zmienność naszych poglądów z przybliżaniem się do "obiektywnej prawdy" o minionych czasach.

Tymczasem to, co nazywamy przeszłością, jest tylko projekcją naszych wyobrażeń i interpretacji, którą mniej lub bardziej świadomie manipulujemy. Są oczywiście pewne niepodważalne fakty i daty, ale jest ich tym mniej, im bardziej zagłębiamy się w odległe czasy, dla których dysponujemy tylko pojedynczymi pewnikami. Fakty i daty same w sobie nie są jednak przeszłością, lecz mniej lub bardziej uporządkowanym zbiorem informacji. Dopiero po umieszczeniu ich w odpowiednich kontekstach, wzbogaceniu ich o relacje łączące je z innymi faktami i obudowaniu domysłami stają się historią, która jest tylko interpretacją przeszłości.

Przeszłość w postaci historii jest nieustannie i wciąż "produkowana" - tu i teraz! Dotyczy to nawet przeszłości niezbyt odległej od dnia dzisiejszego, a więc takiej, którą sami dobrze pamiętamy. Nasza indywidualna pamięć nigdy bowiem nie oddaje dawnej (a nawet niedawnej) rzeczywistości, lecz subiektywnie ją rekonstruuje, tworząc osobiste wizje, bo każdy z nas nieco inaczej pamięta przeszłość. A każda rekonstrukcja nieuchronnie zmienia oryginał.

To właśnie te rekonstrukcje - a nie "obiektywna" rzeczywistość przeszłych zdarzeń - stają się naszym osobistym układem odniesienia, który może się różnić, i na ogół różni, od wyobrażeń, jakie budują sobie inni ludzie. Nie ma więc jednolicie obiektywnej wiedzy o przeszłych doświadczeniach, na której budowana jest kolektywna świadomość, organizująca wiedzę o faktach w spójną całość i projektująca przyszłość. Stwarza to siłą rzeczy swoiście fałszywe pole dla formułowania bieżących ocen i prognozowania przewidywalnej przyszłości.

*

Historia każdego kraju obfituje w liczne przykłady manipulowania przeszłością. Im bardziej zbliżamy się do czasów współczesnych, tym będzie ich więcej, a widoczne zmiany wprowadzane do wciąż na nowo odczytywanej przeszłości stają się coraz częstsze. Wbrew powszechnemu przekonaniu dzieje manipulacji przeszłością są jednak o wiele dłuższe niż dzieje nowożytnych reżimów totalitarnych. Ekskurs w znacznie odleglejsze czasy pokaże, że rozmaite zabiegi, którym poddawano przeszłość, były nieodłączną częścią naszych (pra)dziejów. Względność przeszłości nie jest więc specyficzną cechą naszych czasów, chociaż w różnych epokach przeszłość była traktowana odmiennie.

Minimalne było "zapotrzebowanie" na przeszłość (podobnie jak i na przyszłość) w tradycyjnych społecznościach egalitarnych, bowiem podstawą ich trwania była jedność i niezmienność czasu społecznego, gwarantowana cyklicznością zmian obserwowanych w przyrodzie. O ile dla nas normą jest życie teraźniejszością z perspektywą na przyszłość i z sięganiem do doświadczeń z przeszłości, o tyle w społecznościach pierwotnych najważniejsza była teraźniejszość. Ta teraźniejszość była jednak wciąż reprodukowaną przeszłością - czasem cyklicznym, ciągłym odtwarzaniem przeszłych mitycznych zdarzeń. Ten świat był niezmienny i to było jego największą zaletą.

Taki czas pojmowany jako splot przeszłości, teraźniejszości i przyszłości dawał poczucie bezpieczeństwa indywidualnego i zbiorowego. Świetnie nadawał się też do manipulacji magicznych dających ułudę kontroli nad otaczającą człowieka przyrodą. Czas, który był przewidywalny w swojej powtarzalności, był nieodłączną częścią wizji porządku kosmicznego, w którym ludzie, czas i bogowie tworzyli jedność. Życie indywidualne i zachowania społeczne regulowane były zasadami wywodzonymi często od "początku Świata", które miały też obowiązywać do "końca Świata". To poczucie kosmicznej stabilności umacniały antropogenetyczne mity o pierwszych ludziach, utrwalające przekonanie o niezmienności świata danego człowiekowi przez siły nadprzyrodzone.

Był to czas zredukowany do niezbędnego minimum, pozwalającego trwać znanej rzeczywistości i zapobiegającego zmianom, w których upatrywano zagrożenia dla bezpiecznej stabilności. Powtarzalność, a nie rozwój, trwanie, a nie zmiana, "dzisiaj", a nie "wczoraj" czy "jutro" - to były fundamenty świata społeczeństw egalitarnych. Przeszłość była własnością społeczną - była mitem uzasadniającym i utrwalającym teraźniejszość, która miała być niezmienna w swojej powtarzalności.

Zmieniało się to w miarę postępu procesu hierarchizacji struktur władzy społecznej, czyli zdobywania przez ambitne jednostki rosnącego wpływu na podejmowanie decyzji w imieniu wspólnoty. Dla nich przeszłość nabrała znaczenia praktycznego, jako narzędzie utrzymywania i legitymizacji korzystnego dla nich porządku społecznego. Następowało zawładnięcie przeszłości przez elitę, która używała jej jako praktycznego narzędzia w podtrzymywaniu swojego zwierzchniego statusu i reprodukowaniu struktur dominacji społecznej. Pomocne w tym były etnogenetyczne mity o początkach konkretnych zbiorowości - wiązały one grupową przeszłość z przywództwem wywodzonym z głębokich pradziejów i uzasadnianym wsparciem sił wyższych, co nadawało temu przywództwu wymiar sakralny.

W społeczeństwach o ustabilizowanej i scentralizowanej strukturze władzy czas miniony definiowano przede wszystkim genealogią aktualnego władcy. Przeszłość miała bowiem uzasadniać kształt współczesności i zapewniać przyszłość przewidywalną, tj. reprodukującą teraźniejszość. Odmienność przeszłości od teraźniejszości ignorowano, a zmian w przyszłości nie przewidywano. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość stanowiły jedność poddaną ścisłej kontroli elit politycznych, dla których wszelka myśl o możliwej zmianie ustroju była niebezpiecznym zamachem na ich zwierzchni status. "Oficjalną" wersję przeszłości wykładały mity dynastyczne wskazujące szczególne predyspozycje przywódcze rządzącego rodu. Przeszłością świadomie więc manipulowano i kształtowano ją, używając jej do kontrolowania teraźniejszości.

Sprzyjało temu wprowadzenie pisma, które stanowiło kapitalne narzędzie do tworzenia, utrwalania i przechowywania przeszłości. Przeszłość zapisana była o wiele podatniejsza na manipulacje niż podtrzymywana zbiorowo i powszechnie dostępna tradycja ustna. W sytuacji, w której umiejętność pisania i czytania miała charakter wybitnie elitarny, wprowadzanie do przeszłości odpowiednich zmian było dużo łatwiejsze, bo nie wymagało konfrontowania ich z kolektywną pamięcią.

Władcy zatrudniający pisarzy i archiwistów mieli pełną kontrolę nad tym, co było zapisywane i jak było to odczytywane. Doskonałym tego przykładem jest nasza pierwsza Kronika Polaków, napisana przez trudnego dziś do zidentyfikowania autora, tradycyjnie nazywanego Anonimem Gallem. Był on cudzoziemskim specjalistą zatrudnionym na dworze Bolesława III Krzywoustego. Sam wspomina o swoim wynagrodzeniu i o tym, że swoją wiedzę o początkach polskiego państwa i dynastii piastowskiej czerpał od "starców" i biskupów, którzy oczywiście przekazywali mu informacje odpowiednio wyselekcjonowane i ukształtowane tak, aby realizować politykę propagandową państwa i Kościoła.

Świadomość tej sytuacji sprawia nam poważne problemy interpretacyjne. Tylko część podanych przez Anonima Galla "faktów" można zweryfikować przez odniesienie ich do zapisów powstałych w innych państwach, gdzie przecież tamtejsi autorzy też pracowali w określonych warunkach politycznych, specyficznie kształtujących ich poglądy. Tworzy to czasem chaos informacyjny, który trudno sensownie i bezdyskusyjnie uporządkować.

*

Przeszłość pojawiła się jako względnie niezależny byt chyba dopiero w okresie Oświecenia, kiedy zaczęto się nią zajmować programowo w ramach ogólnego trendu do badania wszystkiego. Prawdziwego rozwoju badania nad przeszłością zaznały jednak dopiero po przyjęciu w drugiej połowie XIX wieku ewolucjonistycznego dogmatu o ciągłym postępie charakteryzującym dzieje ludzkości. Mimo okresowych wahań poglądów jest to wciąż kamień węgielny naszego myślenia o przeszłości, dostarcza bowiem prostego klucza do jej zrozumienia i pozwala konstruować proste ciągi przyczynowo-skutkowe.

Pasuje to do naszego sposobu widzenia rzeczywistości. Sekwencyjne pojmowanie czasu narzucone przez liniową strukturę języka determinuje przecież sekwencyjne przedstawianie zmian zachodzących w czasie, a następstwo zdarzeń wydaje się odzwierciedlać ukrytą konsekwencję przemian. Uporządkowanie faktów utożsamiane jest z faktycznym porządkiem rządzącym dynamiką procesów historycznych. Upływ czasu utożsamiany jest z rozwojem (postępem), a chronologiczna sekwencja zdarzeń z łańcuchem przyczynowo-skutkowym.

Jesteśmy przy tym skłonni do skupiania uwagi raczej na tym, co jest nam znane, czy też na tym, co wydaje nam się, że jest nam znane. Eksponujemy więc raczej widziane w przeszłości podobieństwa, a nie różnice, które wymagają dodatkowych wyjaśnień. Pomijamy też wpływ przypadkowości, która zakłócałaby uładzone łańcuchy przyczynowo-skutkowe. Analizując przeszłość, podkreś-lamy zimną logikę, która jednoznacznie kierowała rozwojem dawnych zdarzeń, prowadzącym konsekwentnie do naszych czasów.

Przykładem takiego sposobu myślenia o przeszłości jest choćby i powyższa próba usystematyzowania dziejów manipulacji przeszłością, która podkreśla proste zależności pomiędzy poszczególnymi etapami tak zarysowanego procesu rozwoju świadomości historiozoficznej. Tymczasem nie był to skutek prostego kumulowania się wiedzy, lecz raczej proces stymulowany zmianami w organizacji społeczno-politycznej i wprowadzaniem nowych strategii kontrolowania przeszłości. Kolejne etapy nie oznaczały przecież nagłego zarzucenia poprzedniej koncepcji, lecz raczej rozbudowywanie refleksji "historycznej" o nowe elementy.

*

Czy nam się to podoba, czy nie, to teraźniejszość warunkuje nasze widzenie przeszłości - chociaż niechętnie się do tego przyznajemy. Deklarując badawczy obiektywizm, dokonujemy przecież (nie zawsze w sposób uświadomiony) niezliczonych ocen i kształtujemy przeszłość tak, aby bardziej przystawała do realiów teraźniejszości. Większość ludzi robi to nieświadomie, są jednak i tacy, którzy produkują przeszłość oportunistyczną, tj. zgodną z aktualnym zapotrzebowaniem elit politycznych, odpowiednio sterujących "polityką historyczną".

W Polsce komunistycznej byliśmy świadkami niemal instytucjonalnego tworzenia nowej przeszłości, zmieniającej wcześniejsze jej interpretacje. Wydawało się przez pewien czas, że ta zaimplantowana nam przeszłość rozsypie się z dnia na dzień po 1989 roku. Okazało się jednak, że są ludzie, którzy traktują ją wciąż jak swoją własność, broniąc się w ten sposób przed poddaniem w wątpliwość swoich życiorysów. Jak każdy z nas budują własną przyszłość na podtrzymywaniu swojej pozytywnej wizji przeszłości takiej, jaką dobrze poznali, i w szerokim spektrum publikacji o przeszłości znajdą takie, którzy zaoferują im odpowiednią jej wersję.

Historycy dysponują wielką władzą, chociaż tylko niektórzy z nich zdają sobie z tego sprawę - wskrzeszają przeszłość i manipulują nią tak, by pasowała do akceptowanego lub pożądanego obrazu teraźniejszości. Kieruje w tym nimi wiara, że istnieje jakaś wspólna historia, którą można zadekretować w imię politycznie słusznej prawdy historycznej. Nie ma powodu, by się na nich obrażać, gdyż tak było "zawsze". Każda generacja od nowa pisze historię, nasz obraz przeszłości jest bowiem nierozerwalnie związany z naszym widzeniem i rozumieniem teraźniejszości.

Przeświadczenie o możliwości skutecznego kontrolowania przeszłości daje orwellowsko złudną nadzieję, że można zapanować nad teraźniejszością i zaplanować przyszłość. Tymczasem przeszłość w postaci historii nie przestanie się zmieniać, gdyż obrazy przeszłości, interpretacje teraźniejszości i wizje przyszłości wzajemnie warunkują się w ciągłym procesie ścierania się poglądów.

Ważne jest, aby mieć świadomość tego, że przeszłość jest nieustannie i wciąż "produkowana" w niezliczonej liczbie osobistych egzemplarzy. Zmienia się więc, bo jest nierozerwalnie związana z teraźniejszością, z czasem i miejscem, w którym ten proces następuje, oraz z osobą, która zadaje sobie trud myślenia o niej. Obraz przeszłości, jaki produkujemy i oferujemy, jest nierozerwalnie związany z naszym widzeniem i rozumieniem teraźniejszości. Nauki historyczne są konsumentami koncepcji i teorii interpretujących teraźniejszość. Doskonalenie (a w każdym razie zmiana) interpretacji współczesności powoduje (zawsze z pewnym opóźnieniem) modyfikacje w obrazie przeszłości.

Dlatego też każda generacja od nowa pisze historię, bo inaczej patrzy na przeszłość. Po okresie nasycenia poprzednią wersją sformułowaną odpowiednio do aktualnych w danym czasie potrzeb i według ówczesnych możliwości następuje okres pewnej akceptacji, a więc i stagnacji. Kończy go "bunt" kolejnej generacji badaczy, którzy potrzeby te uznają za nieaktualne, a możliwości za przebrzmiałe. Wprowadzane przez nich zmiany nie muszą dotyczyć całej przeszłości i na ogół obejmują tylko pewne okresy, na których skupiło się zainteresowanie jakiejś grupy badaczy szukających nowych danych, ale przede wszystkim nowych interpretacji. Takie przewartościowania są nieuniknione, bo interpretacje przeszłości, teraźniejszości i przyszłości wzajemnie warunkują się w ciągłym procesie ścierania się poglądów i dążenia do sformułowania wizji dominującej.

Nie każdy jednak ma taką samą szansę wypromowania swojej wersji przeszłości. Istnieją bowiem uznane autorytety naukowe, których interpretacje niejako automatycznie są więcej warte, bardziej akceptowane i częściej powtarzane w kręgu zawodowych "producentów" przeszłości. Podlegają one też szybszemu upowszechnieniu poprzez podręczniki zalecane w systemie szkolnym i szerokiemu popularyzowaniu przez różnorodne media.

W trwającej nieustannie grze o przyszłość, przeszłość jest ważną kartą przetargową, co dobrze zrozumiał już George Orwell. Świadomość tej zależności pozwoli nam spokojniej konstatować rozbieżności pomiędzy naszą indywidualną historią (przeżytą osobiście i odczuwaną subiektywnie), a historią oficjalnie promowaną, która jest wciąż poddawana naciskom zmieniających się układów politycznych.

Zależności tej wydaje się nie dostrzegać zarówno większość badaczy przeszłości, jak i interpretatorów teraźniejszości. Ci pierwsi grzeszą niewinną naiwnością, sądząc, że przeszłość (szczególnie ta bardziej odległa) jest obiektem badań samym w sobie, niezależnym od zmian zachodzących współcześnie. Nie zwracają więc uwagi na wpływ, jaki na wyniki ich badań wywiera dzisiejsza zmienność historiozofii, paradygmatów i metodologii patrzenia na rzeczywistość społeczną. Ci drudzy zaś grzeszą pychą, sądząc, że uda im się zrozumieć teraźniejszość bez dostatecznej wiedzy o przeszłości - nawet tej zamierzchłej, która wydaje się im nie mieć związku z teraźniejszością. Te nieporozumienia wynikające z niezrozumienia zacierają się nieco w przypadku badań nad historią najnowszą, która jednak też przecież (a może tym bardziej) nie jest wolna od wpływu bieżącej polityki.

2Długa droga do państwowości

Chociaż Mieszko I jest symbolicznym budowniczym państwa piastowskiego, to przecież poprzedzali go ludzie, którzy położyli podwaliny pod konstrukcję polityczną, która w XI wieku została nazwana Polską (por. rozdz. 6). Pojawienie się tego państwa poprzedziły tysiąclecia procesów historycznych.

Dla archeologów jest to oczywiste, bo "długie trwanie" (la longue durée) jest ich naturalną perspektywą badawczą. Narracje obejmujące stulecia, tysiąclecia, epoki i jeszcze dłuższe okresy, sięgające początków ludzkości, odegrały kluczową rolę w rozwoju archeologii jako samodzielnej nauki. Tę specyfikę podkreśla zaprezentowana na końcu tego rozdziału pięciotomowa prezentacja aktualnego stanu wiedzy o niemal pół milionie lat obecności ludzi na ziemiach polskich. Niestety, tak głębokie podejście jest coraz rzadsze, bo współczesna archeologia mocno przechyliła się w kierunku "krótkoterminowego" oglądu przeszłości, czyli analiz konkretnych sytuacji czy wręcz studiów pojedynczych przypadków (case studies).

Przez sto kilkadziesiąt lat podstawowym problemem archeologów było czasowe i przestrzenne uporządkowanie wiedzy faktograficznej, szybko przyrastającej wskutek ciągłego dokonywania kolejnych odkryć. Aby zapobiec chaosowi informacyjnemu wprowadzano coraz dokładniejsze standardy chronologiczne, dzieląc pradzieje najpierw na epoki kamienia, brązu i żelaza, w których stopniowo wyróżniano okresy (np. starsza, środkowa i młodsza epoka kamienia) i kultury archeologiczne (np. kultura łużycka) i nadawano im coraz dokładniejsze ramy czasowe i geograficzne. Równolegle konstruowano coraz bardziej rozbudowane schematy klasyfikacyjne, które porządkowały i ułatwiały opis lawinowo przyrastających znalezisk.

Równocześnie archeolodzy rozbudowywali specjalistyczny język, albo nadając przedmiotom i zjawiskom z odległej przeszłości specyficzne nazwy, albo wprowadzając nowe znaczenia pojęć zaczerpniętych z języka codziennego (np. kora, profil, rdzeń, retusz, rondel, wiór), albo też wymyślając zupełnie nowe terminy dla przedmiotów, które nie mają współczesnych analogii. Dotyczy to głównie najstarszych odcinków pradziejów, których badacze operują językiem niezrozumiałym dla niespecjalistów (np. dymarka, krzemieniarstwo, liściak, łuszczeń, megalit, tylczak). Liczne są też zapożyczenia z innych języków (np. debitaż, palafit, sondaż, traseologia). To sprawia, że język, jakim posługują się archeolodzy, może prowadzić niewprawnego słuchacza lub czytelnika na manowce poznawcze (w przypadku zmiany znaczenia słów pospolitych) lub postawić go w sytuacji całkowitego niezrozumienia specjalistycznego wywodu. W tym względzie archeologia nie różni się jednak od innych nauk, które też tworzą swoje systemy komunikacji wewnętrznej.

Proces postępującej klasyfikacji i terminologizacji trwa do dzisiaj, bo ogromu informacji, jakie wciąż pozyskujemy wskutek ciągłego przyrostu świadectw archeologicznych i doskonalenia metod ich analizowania, nie da się uporządkować bez odpowiednio zestandaryzowanych narzędzi ich opisu. To dążenie do coraz dokładniejszego porządkowania ciągle przyrastających źródeł powodowało narzucanie coraz węższych ram chronologicznych i geograficznych okresom czy kulturom.

Tendencja do ciągłego kodyfikowania informacji skutkowała też postępującą specjalizacją badawczą, bo znajomość wciąż rozbudowywanych schematów porządkowania wymaga coraz bardziej specjalistycznej wiedzy, której opanowanie wymaga coraz więcej czasu. Taki kierunek doskonalenia teoretycznych i praktycznych narzędzi badawczych nieuchronnie determinuje nasze widzenie przeszłości.

Schematy chronologiczne, wymyślone i narzucone pradziejom w zbożnym celu unaukowienia archeologii utrudniają nam dzisiaj operowanie perspektywą "długiego trwania", nie mówiąc już o "bardzo długim trwaniu". Ciągłe doskonalenie podziałów chronologiczno-przestrzennych i terminologii wymusza postępującą specjalizację wiedzy o odległej przeszłości, bo jeden człowiek od dawna nie jest już w stanie zapanować nad całością dostępnej nam wiedzy.

Archeologia padła więc ofiarą własnego rozwoju, tracąc stopniowo to, co decydowało kiedyś o jej specyfice wśród nauk historycznych, tj. zdolności do patrzenia na procesy najdłuższe spośród wszystkich innych nauk antropologicznych. "Doskonałość" badawczą osiąga się dziś bowiem przez zawężanie perspektywy czasowo-przestrzennej, co nieuchronnie skutkuje utratą rozległości spojrzenia, a więc i ograniczeniem umiejętności operowania głębią czasową "długiego trwania" oraz szeroką perspektywą geograficzną.

Wzorem kariery naukowej stała się postępująca specjalizacja, tj. ciągłe doskonalenie wiedzy faktograficznej. Innymi słowy przedmiotem dumy stało się posiadanie coraz większej wiedzy o coraz mniejszych wycinkach pradziejów. Już nie opatrzona wątpliwościami analiza długich procesów zmian, lecz precyzyjne "cięcia diagnostyczne"; nie ogół, lecz detale zdają się skupiać uwagę większości archeologów; nie "długie trwanie", lecz "precyzyjne dłubanie" determinuje dzisiaj zainteresowania badawcze.

Kult tzw. profesjonalizmu, czyli ekstremalnej specjalizacji, niepoddającej się koordynacji czy ukierunkowaniu, skutkuje fragmentaryzacją sceny badawczej. Eksperci wiedzą coraz więcej o coraz węższych wycinkach przeszłości, a równolegle zmniejsza się ich wiedza o obszarach spoza ich specjalności badawczej. Warunkująca rozwój wiedzy naukowej specjalizacja wymaga bowiem poświęcania jej coraz większej ilości czasu, którego brakuje na poznawanie innych obszarów badawczych - nawet tych bliskich tematycznie.

Nie jest to oczywiście problem specyficznie archeologiczny, bo dotyczy wszystkich nauk - łącznie z pokrewną nam historią, gdzie też ma zastosowanie humorystyczna uwaga, że chcemy mieć "coraz głębszą wiedzę na coraz węższy temat" (to know more and more about less and less - Guildi, Armitage 2014, s. 49). Kreuje to względnie izolowane nisze badawcze, co skutkuje utratą równowagi między wiedzą o szczegółach a rozumieniem generaliów.

Sukces tej "szkoły zawężania horyzontów" skutkuje zalewem publikacji przyczynkarskich. Pisze się więc coraz więcej, ale teksty mają coraz mniejsze znaczenie - są coraz mniej czytane, bo są adresowane do coraz węższych kręgów odbiorców, którzy muszą być równie wyspecjalizowani, co ich autorzy. Coraz trudniej znaleźć w zalewie publikacji archeologicznych teksty wykraczające poza schemat czysto opisowy, który jest rzadko kontekstualizowany czasowo i przestrzennie.

Bo też wyjście poza granice wąskiej specjalizacji skutkuje ryzykiem popełnienia grzechu nieznajomości rozmaitych szczegółów, które są przedmiotem badań wąsko wyspecjalizowanych badaczy nieomieszkujących wytknąć śmiałkowi "rażących" luk w jego wiedzy faktograficznej. Dominuje podejrzliwość wobec narracji wykraczających poza mikrohistorie i analizy oparte na dogłębnej znajomości mnóstwa faktów.

*

Wbrew pozorom dużo łatwiej jest działać na poziomie informacji bardzo szczegółowych. Poza tym sens podejmowania trudu uogólnienia perspektywy, np. w postaci wizji "długiego trwania", kwestionowany jest przez zwolenników potrzeby długiego doskonalenia wiedzy faktograficznej, która dopiero w nieokreślonej przyszłości ma zostać ewentualnie (!) przekształcona w wizje syntetyczne.

Przeszłość jest dziś więc traktowana skrajnie redukcjonistycznie, tj. jako suma odrębnych części, których dogłębne poznanie umożliwi kiedyś zrozumienie całości. Konstruowanie wizji długookresowych procesów jest krępowane przez dyskusję o "bardzo ważnych" szczegółach. Wzorem publikacji naukowej staje się styl "reporterski", który odwołując się do tzw. obiektywizmu, unika ryzyka zajmowania stanowiska interpretacyjnego, poprzestając na prezentacji samych faktów.

Iluzja osiągnięcia wiedzy dokładnej skutkuje sceptycyzmem odnośnie do szerszych ujęć syntetycznych. Wzmacnia go, skądinąd słuszne, podejrzenie, że im bardziej ogólne jest nasze spojrzenie na przeszłość, tym większy wpływ na kształt proponowanej wizji mają rozmaite teorie - np. antropologiczne koncepcje różnych typów tzw. społeczeństw tradycyjnych czy interpretacje tworzenia pierwszych państw (por. rozdz. 4).

Niedostatek uogólnień (poza ujęciami podręcznikowymi i opracowaniami popularnonaukowymi) staje się już doskwierający. Coraz mniej jest śmiałków odważnie podejmujących ryzyko selekcji informacji, wskazując te ważniejsze z punktu widzenia oglądu wykraczającego poza "studia przypadków" i mikrohistorie. A brak wielkich narracji utrudnia ocenę przydatności informacji szczegółowych do konstruowania szerszych wizji, które udostępnia się w formie odpowiednio zredukowanej.

Skutkiem tego jest marginalizacja nauki, tj. samoizolacja w wąskich kręgach czy wręcz kółkach specjalistów, niezainteresowanych dialogiem z mniej uświadomionymi odbiorcami wiedzy naukowej. Oglądana z zewnątrz, taka wiedza o przeszłości wydaje się coraz bardziej pofragmentowana i coraz mniej przydatna tym, którzy nie opanowali wiedzy "prawdziwej", tj. nasyconej ogromną ilością szczegółów upakowanych w ściśle zdefiniowane komórki, pomiędzy którymi przepływ informacji jest stosunkowo niewielki.

Tak pojmowana introwertyczna naukowość odbiera nam śmiałość długookresowego oglądu przeszłości i pozbawia archeologię funkcji edukacyjnej, tj. obowiązku (?) formułowania wizji przydatnych w szerszym dyskursie o kondycji człowieka oraz jej uwarunkowaniach historyczno-kulturowych i historyczno-ekologicznych. Rozmowa o ludziach jest wypierana przez specjalistyczne spieranie się o "garnki", "miecze" i "zapinki". Coraz więcej wiemy o dawnej technologii i technikach produkcyjnych, o rolnictwie, hodowli, górnictwie, złotnictwie czy garncarstwie, ale nie wzrasta proporcjonalnie nasza wiedza o społeczeństwach przeszłości.

Coraz bardziej hermetyczna wiedza jest coraz słabiej przyswajana, czy wręcz nieprzyswajalna, nie tylko przez ludzi po prostu zainteresowanych przeszłością, ale nawet i niespecjalistów w danej dziedzinie studiów szczegółowych. Sprawia to, że do opinii publicznej bardziej przemawiają "mity o naszej odległej przeszłości [...] formułowane przez amatorów" (Guildi, Armitage 2014, s. 54). Takie naiwne, tj. skrajnie uproszczone, żeby nie powiedzieć prostackie, interpretacje pseudonaukowe mają dużą siłę perswazyjną, gdyż są łatwo przyswajalne, a po ich upowszechnieniu się są bardzo trudne do wykorzenienia. Ich prominentnymi przykładami są choćby fantastyczne wizje obecności kosmitów wypromowane niegdyś przez szwajcarskiego hotelarza Ericha von Dänikena czy bliższe nam rojenia tzw. Turbo-Słowian o rzekomym imperium "Wielkiej Lechii", które miało się rozciągać od Renu do Uralu i od Bałtyku do Bałkanów, a którego istnienie naukowcy z jakiegoś powodu starannie przemilczają (por. krytykę w: Żuchowicz 2018; Wójcik 2019).

*

Archeologia nie może zrezygnować ze swojego największego atutu, tj. oglądu przeszłości z pomocą głębokich cięć chronologicznych. Nie podważając potrzeby pogłębiania wiedzy szczegółowej, trzeba równolegle podejmować próby głębokiego, a nawet bardzo głębokiego chronologicznie spojrzenia na nasze pradzieje. Obok bezustannego skupiania się na szczegółach należy też wykorzystywać tak zdobytą wiedzę do ukazywania procesów zmian zachodzących w ciągu stuleci, a nawet tysiącleci.

Może to wymagać świadomego odrzucenia schematów porządkujących, które zbytnio szufladkują naszą wiedzę o odległej przeszłości i oddzielają od siebie badania nad z góry wydzielonymi wycinkami pradziejów, zaczynających coraz bardziej przypominać odrębne "światy". Podziały chronologiczne, które odegrały ważną historycznie rolę w porządkowaniu wiedzy o pradziejach, powodują dzisiaj nieciągłość naszego oglądu odległej przeszłości. Bo też "epoka kamienia", "epoka brązu", "epoka żelaza" czy "średniowiecze" są dzisiaj badane oddzielnie, a nawet wykształciły swoje specyficzne "języki", które mogą być hermetycznie zamknięte przed laikami.