Tracąc rozum
Co to jest tak naprawdę? Mówiąc szczerze: sam do końca nie wiem. Nie byłem u lekarza, psychologa czy innego specjalisty. Nie konsultowałem tego z nikim. Nikt nie postawił mi jasnej i jednoznacznej diagnozy. Ale wszystko wskazuje na to, że po prostu depresja. Miałem prawie wszystkie podręcznikowe objawy, działo się ze mną dokładnie to, co opisują we wszystkich książkach, ulotkach i artykułach na ten temat w popularnej prasie. Więc choć wcześniej byłem całkowicie przekonany co do tego, że jestem ostatnią znaną mi osobą, którą mogło to spotkać, musiałem się z tym pogodzić: miałem głębokie, depresyjne obniżenie nastroju, a może po prostu depresję.
Obserwowałem dokładnie swój stan, czytałem o fizjologicznych mechanizmach, które towarzyszą takim sytuacjom, i mniej więcej wiedziałem, co się ze mną dzieje. A może po prostu wymyśliłem sobie własną wersję, która pozwalała zachować choć złudzenie kontroli nad mechanizmami w mojej głowie. Wystarczył tylko jakiś powód, pretekst i katalizator i już zaczynało się piekło.
Dla mnie było nim, jak się okazało, odrzucenie, porzucenie, rozstanie. Kiedy to się działo, kiedy jakaś dziewczyna wyrzucała mnie ze swojego życia i skreślała z listy ważnych osób, nagle, nie wiadomo skąd, przychodził potworny smutek. Poczucie, że jest absolutnie najgorzej i, co więcej, nie ma szans, żeby było lepiej. Przekonanie, że nic się nie uda i nawet nie ma po co próbować, bo wszystko jest przegrane, wszystko stracone. Bezpowrotnie stracone. Przychodziła obezwładniająca bezsilność, paraliżujący strach, poczucie niemocy i braku jakiegokolwiek sensu. Apatia i zniechęcenie. Niemożność odczuwania jakiejkolwiek przyjemności. Niechęć do robienia czegokolwiek, bo po co, skoro nic już nie ma najmniejszego sensu.
Gdy taki atak smutku zdarzał mi się w domu, siadałem na łóżku w pościeli i potrafiłem tak siedzieć godzinami, nie mogąc się ruszyć na krok ani nawet odsunąć kołdry, nie mówiąc już o wstaniu z łóżka. Kiedy działo się to gdzieś między ludźmi, w jakimś klubie, knajpie, redakcji, biurze czy uczelni, na jakimś festiwalu albo imprezie, zaszywałem się w najciemniejszy kąt, odsuwałem, odcinałem od wszystkich i wszystkiego. Całe szczęście, że ktoś wymyślił kaptur. W takich momentach był po prostu niezbędny.
To taki stan, kiedy wystarczy jakiś najdrobniejszy szczegół, a niezwykle krucha równowaga sypie się w proch i pył; można wtedy boleśnie się poturbować, spadając z budowanej gdzieś w sobie drabiny. Tej, na którą mozolnie wspinało się przez poprzednie godziny, budując drobne zręby równowagi w głowie. Czasem jest to coś rzeczywistego, czasem tylko jakieś niewyraźne wspomnienie, mignięcie, przebłysk w głowie czegoś, co ma się w pamięci. Czasem rzeczywiście ma to jakiś bezpośredni związek z powodem, który wywołał depresję - bo ona udostępniła na Facebooku jakieś swoje zdjęcie albo przeszedł obok ktoś, kto pachnie tak jak ona, albo mija się restaurację, w której kiedyś jedliśmy razem obiad.
Czasem natomiast są to sprawy, które nie mają z tym wszystkim zupełnie nic wspólnego, a jednak z jakiegoś powodu działają bardzo destrukcyjnie na głowę. To są te wszystkie, z pozoru zupełnie abstrakcyjne, powody: kiedy przejedzie samochód, przeleci ptak albo zadzwoni dzwonek telefonu i okazuje się, że był to najsmutniejszy przejazd samochodu na świecie, najsmutniejszy przelot ptaka, najsmutniejszy dzwonek telefonu. Wtedy wszystko zaczyna się od początku. I znów leży się na podłodze, szlochając i nie mogąc się podnieść.
To działa na poziomie psychicznym, ale i na poziomie czysto fizycznym. Ten smutek czuje się w każdej części ciała. W każdym kawałku skóry. Czasem to iskra, która przechodzi przez cały organizm, jak porażenie prądem. Czasem to poczucie, jakby wszystkie organy kurczyły się na moment, kuliły z bólu, zwijały i chowały. Czasem zaś bolesne mrowienie, przechodzące przez całe ciało, od palców stóp aż po końcówki włosów. Albo bolesny, nieprzyjemny ucisk, który czuje się wszędzie: w zamkniętych z całej siły szczękach, w żołądku, w głowie. A czasem to już nic innego jak tylko zwykły, potworny ból, pewnie bardziej fantomowy niż prawdziwy, bardziej wyobrażony niż realny, ale nie mniej przez to uciążliwy, nie mniej niszczący.
To brzmi jeszcze w miarę ładnie, niemal nieznośnie lirycznie. Lecz to oczywiście nie do końca tak. I to nie wszystko. Do tego dochodzą jeszcze wszystkie naprawdę nieprzyjemne i wstydliwe sprawy, które wiążą się z tym, że przez ten stan organizm naprawdę się rozpada, nie działa tak, jak powinien. Łzy, które naprawdę potrafią płynąć jak z niedokręconego kranu. To wszystko, co zalega w nosie i nie pozwala oddychać, ale też nie chce się do końca dać wydmuchać w kolejne chusteczki. Zaburzenia pracy żołądka, brak apetytu, bałagan wewnątrz, odczuwany przez cały czas. To wszystkie stany zapalne, drzemiące gdzieś tam w środku, które nagle zaczynają wybuchać jeden po drugim. To wszystkie osłabione miejsca, które kiedy organizm nie działa tak, jak powinien, zaczynają się odzywać coraz głośniej, boleć i dokuczać.
I tu się kończy poezja, metafory i patetyczne opisy. Tu się zaczyna trudna, brudna fizjologia, jeszcze bardziej pogarszająca sytuację i niepozwalająca normalnie funkcjonować. Sprawiająca, że to wszystko staje się jeszcze bardziej wstydliwe. Bo przecież nie zawsze znajdzie się obok ktoś, kto będzie chciał nie tylko słuchać tych wszystkich opowieści o cudzym smutku, jakimi się go zanudza, ale jeszcze na dodatek wycierać gęste ciemnożółte, prawie już zielone, smarki z nosa.
Do tego stanu idealnie pasuje powiedzenie: odbierać rozum. Tak jakby coś w głowie odcinało możliwość logicznego myślenia i realnej oceny sytuacji. Najbardziej widać to w tych krótkich momentach, kiedy wraca ta zdolność, kiedy przez chwilę znów ma się pełną świadomość. I rozumie się wtedy, jak bardzo ten stan wykrzywia postrzeganie rzeczywistości, jak bardzo ją deformuje, jak oszukuje głowę.
Tworzy się wtedy zupełnie irracjonalne koncepcje, wymyśla całkowicie pozbawione sensu plany, tworzy absolutnie bzdurne interpretacje faktów i uczuć. Po chwili czy po kilku godzinach, kiedy to zaćmienie mija, nagle widzi się, jakie głupstwa robiło się i myślało w tym czasie, jak bardzo to wszystko, co wydawało się fundamentalne, pewne i jednoznaczne, teraz już takie nie jest. I często okazuje się tylko jakąś jedną wielką bzdurą, budowaną z całkiem irracjonalnych elementów, tylko po to, żeby się nią zasłonić i próbować jej złapać, upadając.
Ta huśtawka jest wyjątkowo bolesna: przez moment wszystko wydaje się w miarę uporządkowane, a po chwili rozsypuje się na drobne kawałki, kiedy okazuje się, że ten pozorny spokój to były jednak mrzonki i pozory, niemające nic wspólnego z rzeczywistością. To boli jeszcze bardziej, bo pokazuje z całą bezwzględnością bezsilność i podporządkowanie chorobie. Pokazuje, że to jest ten moment, gdy nie ma się najmniejszej kontroli nad swoim życiem, nad tym, co się dzieje we własnej głowie. Że działa się nie tak, jak się chce i potrafi działać, kiedy umysł funkcjonuje normalnie, tylko tak, jak podpowiada choroba, według charakterystycznych dla niej schematów. W chwilach pełnej i jasnej świadomości to bardzo mocno boli. Upokarza. Ośmiesza. I staje się trudne do zniesienia.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
Pierwsze wyrzucenie z domu
Tracąc rozum
Trzymając się kurczowo
Oszukać czas
Nieobecność
Jechać donikąd
Jak stracić kontrolę
Bolesne święto
Dziewczyny są lepsze
Zapisywanie smutku
Podzielone przyjaźnie
Rok, dwa lata
Za blisko śmierci
Jak zniszczyć randkę
Ucieczki
Pryzmat
Teoria zombi
Samoupokarzanie
Kryzys
Drugie wyrzucenie z domu
Rachunek sumienia
Czarne plamy na mapie
Kryjówki
Odrzucone oświadczyny
Zabić Kurtza
Płacz
Odwrócone role
Drugi dom
Anhedonia
Randka
Zuckerberg
Terapia
Koniec zuchwałości
Dryf
Czas
Pozwolić odejść
Pornografia
Udawanie
Zmiany
Chłopaki płaczą