Korpokracja - Paweł Śmieszek

Kup ebooka

29.99 zł
23.99 zł (7,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CZĘŚĆ DRUGA - IMPERIUM

Przedmowa

Mógłbym powiedzieć, że wszystko zaczęło się od przypadkowej rozmowy, ale nie zrobię tego. Mógłbym powiedzieć, że zainspirował mnie jakiś szczególny przypadek, potworność lub doniosłość chwili, ale tego również nie przyznam. Do napisania tej książki nie skłoniło mnie nic innego, jak wieloletni, niezmienny stan nasilającej się bezsilności, jaką odczuwam, obserwując naiwność, obojętność i ignorancję ludzi, których nie obchodzi, w jakim kierunku zmierza świat. Przez pierwszą część życia byłem tak jak każdy z nas - bardziej lub mniej szczęśliwą larwą, pożerającą po kawałku liść, który zamieszkiwała. Moje życie było procesem rozrastania się, wypełniania sobą przestrzeni fizycznej i przestrzeni mentalnej w świadomości innych. Egzystencja była niczym niezmąconą konsumpcją. Ten pierwszy etap życia był błogim czasem, bo wypełnionym prostymi obowiązkami, płytkimi przyjemnościami, rytuałami nieskażonymi ciężarem świadomości. Ale były w nim i te, które dawały przeczucie, że być może nie tędy droga, że nie tu leży prawda. Był to też okres, w którym dzięki przedzierającym się przez liście promieniom słońca zacząłem dostrzegać rozświetlaną miejscami ciemność, tkwiącą gdzieś obok, na pozór niewidoczną i ukrytą głębię, prawdę spoczywającą gdzieś poza zasięgiem wzroku. Zastanawiała mnie wtedy i przerażała ta mroczna otchłań i cisza, podobnie zresztą jak i świadomość, że tak naprawdę nie wiemy nic, że przemierzamy życie po omacku jak larwy na liściu, z którego pozostał już jedynie niewielki, kruchy fragment.

Siłą rzeczy okres ten nie mógł trwać wiecznie. Po kilkunastu latach beztroskiego przeżuwania, wydalania i spoglądania w niebo nadszedł czas, by z larwy przejść w dorosłą, mniej skrępowaną postać. I tu właśnie los wszedł w szatański układ z czasem, oszukując mnie, otumaniając i w końcu strącając w przepaść.

Żona, córka, przyjaciele, praca, czynsz, kredyt, przyszłość, wszystko stało się tym, czym musiało się stać - więzieniem i celą wśród niemych, głuchych i ślepych istnień. Nikt nie widzi, co kryje się za krawędzią. Nikt nie przeczuwa, że jego potomstwo skazane będzie na beznadziejną walkę o przetrwanie.

Ciemność poniżej pociągała mnie, kusiła i obiecywała, że to właśnie ona jest jedynym wyjściem i jedyną prawdziwą drogą. Wmawiała mi bezustannie, że jeśli zmienię postać i wzbiję się wzwyż, zawładnie mną bezduszny wiatr i będzie targał mną do końca życia. Szeptała do mnie, mówiąc, że będę niewolnikiem czasu, że każde "mogę" na "muszę" zamienię, a "wiem" za "mam" sprzedam. I kiedy tak stałem nad krawędzią i rozmyślałem, czasami dochodziło do mnie echo innych, spadających wokół larw. Traciłem powoli grunt pod nogami a jednak wciąż przedłużałem ślepą wegetację, spoglądałem raz po raz, to w dół, to w górę i zastanawiałem się: co począć? Co zmienić? Co zrobić, by nie skończyć w dole, pozostawiając po sobie jedynie obgryziony liść? Traciłem czas, esencję życia. Upływał, zamykając nade mną korony drzew, odmawiając mi upragnionego słońca i złudzenia, do którego wszyscy dążą.

A gdy wybiła ostatnia godzina, a ja wciąż wpatrzony w czeluść wyczekiwałem skrzydeł, osunąłem się lekko i powoli, bez podejrzeń zacząłem opadać w dół.

Płynnie, niemal niezauważalnie wirowałem na mym liściu po delikatnej linii naznaczonej dłonią losu. A gdy dotknąłem powierzchni mroku, zamknąłem oczy i powoli zanurzyłem się w bagnie rzeczywistości. Opadając na dno, w odmętach faktów i bredni zacząłem spoglądać w górę, ku zanikającym promieniom, ku wichurze oczekiwań i rozczarowań i zacząłem rozumieć, dlaczego nie chcę zwykłego przepoczwarzenia, dlaczego nie powinienem unosić się ponad bagnem i unikać go. W rozległym obrazie zniszczenia, który rozpościerał się wokół, mój mikroskopijny wkład stawał się nie tylko widoczny, ale i namacalny, bo po raz pierwszy świadomy.

Był to czas, w którym wsłuchiwałem się w ludzi, piłem ich słowa, trawiłem czyny i podążałem śladami, które pozostawiali. I nie trzeba było przekonywać mnie, że ziemia, po której pełznę ginie, że niewiele już czasu pozostało, a nam, pasożytom protestującym przeciw słabej przepustowości jej naczyń krwionośnych nie zależy już na ewolucji, że interesują nas jedynie kolejne organy, w których moglibyśmy złożyć jaja.

I tak oto postanowiłem swym małym larwim głosem wzbić się wysoko ponad odmęt uwarunkowań, ponad wypełniającą go próchnicę wartości. Postanowiłem spróbować zmienić coś, osuszyć mój kawałek moczarów, pozbyć się stęchlizny i smrodu, bezsilności i obojętności, powiedzieć innym larwom, że i one mogą coś zmienić, że tak jak ja muszą tylko chcieć. Tylko jak to zrobić, skoro wciąż są wysoko nade mną, w koronach drzew, w bezpiecznej odległości od ziemi, w komfortowej obfitości zieleni, w obiecującej perspektywie iluzorycznych zmian i oczekiwań?

Gdybym mógł, potrząsnąłbym pniem, strąciłbym je i sprawił, by wszystkie runęły w dół i przejrzały na oczy. Wiedziałem jednak, że nawet gdybym to zrobił, wszystkie w pośpiechu wpełzłyby ponownie na górę, obrzydzone jakością powietrza, ziemi i wody, które musiałyby ze mną dzielić. Jedyne, co mi pozostało, to przemówić do ich sumienia i poczucia bezpieczeństwa. Musiałem przekonać je, że oprócz tej łatwej i wygodnej drogi istnieje również inny, słuszny wybór, którego mogą dokonać.

Moim wyborem i moją drogą okazały się słowa i zapewne słowa do końca nimi pozostaną. Wierzę w to i trwam przy tym, bo jedyne, co mi pozostało, to wiara, że każdy ma w sobie siłę, której może zaufać.

Wszelkie informacje zawarte na kartach tej książki, jak i osoby, które spotkałem, są prawdziwe. Jedynie w kilku przypadkach zmieniłem nazwy i imiona tych, którzy na to zasługują, by uchronić ich przed niebezpieczeństwem prawa i bezprawia. Przypisy znajdujące się na ostatnich stronach dowodzą nie tylko moich obaw, ale i prawdy, która kryje się na tych stronach. Jest to historia poszukiwania prawdy i wiary w to, że mimo wszystko można coś zmienić, jeśli tylko wystarczy nam odwagi.

I. Sprzeciw

Był duszny lipcowy poranek dwutysięcznego roku. Klimatyzacja w redakcji działała bez zarzutu, a mimo to na mych plecach zdążyła już wykwitnąć niewielka, ciemna plama potu. Przeciśnięta przez pory pozostałością alkoholu była niezaprzeczalnym dowodem na to, że stres znów wzbierał. Pracowałem mozolnie nad kolejnym felietonem, próbując siłą woli pokonać złośliwość rzeczy martwych. Mój komputer był już zbyt stary i zmęczony, żeby nadążyć za wymogami Internetu i nie pomógł mu nawet kolejny przeszczep pasożytniczego Windowsa. Byłem wyczerpany nadążaniem za coraz większa ilością przetwarzanych informacji. Chwilami odczuwałem tę dziwną synchronizację z maszyną, gdy żadne nie nadążało za tymi samymi danymi. Co prawda sporadycznie pojawiały się takie chwile, gdy wydawało się, że opanowuję gąszcz pootwieranych dokumentów, ale wtedy zawsze zadzwonił telefon lub ktoś podszedł i cała koncentracja rozpadała się jak domek z kart. Tak było i tym razem.

Czerwona lampka na przetartym grzbiecie telefonu migała agresywnie, podpowiadając, że po drugiej stronie linii czekał redaktor naczelny Jack Fisher.

W miarę, jak moja dłoń zbliżała się do słuchawki, zacząłem analizować możliwy przebieg najbliższego kwadransa. Na biurku Jack'a wciąż leżał wczorajszy artykuł, a że jedynie artykuły bez zastrzeżeń pozostawały tam dłużej niż dziesięć minut, mogłem być pewny, że znów zinterpretował go nie tak, jak chciałem. Oczyma wyobraźni widziałem, jak krytykuje któryś bezsprzecznie poprawnych fragmentów tekstu, po czym wybiera banalne, przypadkowe sformułowanie i chwali je, dodając, że czegoś takiego właśnie oczekiwał.

Redaktor naczelny Financial Journal nigdy nie oczekiwał, że będę robił to, co do mnie należy. Tak jak każdy redaktor naczelny spodziewał się, że będę pisał tylko to, czego według niego pragną czytelnicy. A jeśli wziąć pod uwagę, że większość odbiorców pisma to dobrze zarabiający profesjonaliści między dwudziestym ósmym i czterdziestym piątym rokiem życia... Cóż, powiedzmy, że nie miałem zbyt wielkiego pola do popisu, jeśli chodzi o rzetelne przekazywanie informacji.

Jack Fisher, jak każdy szanujący się profesjonalista, oczekiwał informacji rzeczowych i przydatnych, o ile zgadzały się z ogólnie panującymi w mediach trendami. Dlatego każdy felieton, podobnie jak ten o efekcie cieplarnianym, który leżał na jego biurku, miał z założenia ograniczać się do informacji, które dawały choćby złudzenie użyteczności.

Cała sztuka polegała na tym, by przy pomocy oczywistych faktów i niezbyt wyszukanych frazesów wzbudzić w czytelniku poczucie własnej wartości i przekonanie, że wiedza, którą właśnie posiadł, nie pochodzi z czasopisma, a jest wynikiem przenikliwego intelektu i umiejętności logicznego rozumowania. Dlatego celowo wplatałem w tekst sformułowania, które pozostawiały miejsce na wątpliwość i odpowiedzi. Było dokładnie tak, jak mawiał mój profesor: "zamknij w klatce kota, a szczury wręczą sobie medale".

Kiedy podniosłem słuchawkę, utwierdziłem się w przekonaniu, że po raz kolejny tego dnia jestem obserwowany. Zanim głos z drugiego końca linii przedarł się przez ucho wewnętrzne, Keith jak zwykle wyrósł jak spod ziemi i przemknął obok niby przypadkowo.

- Tu Dawson. Słucham? - rzuciłem, patrząc na przemykającego obok szpiega. Nie był zbyt biegły w inwigilacji.

- Jerry, czy możesz podejść na moment? - zabrzmiał podejrzanie przyjazny głos mężczyzny po drugiej stronie.

- Zaraz będę - odpowiedziałem i odłożyłem słuchawkę.

Było naprawdę gorąco. Myśli ciążyły jak zbyt mocno załadowane wagony, a pociąg zadań, na który liczył Fisher, z trudem wspinał się na wzgórze koncentracji.

Byłem gotów na kolejną przegraną w batalii o pozory dziennikarskiego rzemiosła. Nie miałem więcej siły, by rozglądać się za Keithem i próbować odgadnąć, z jakiego powodu tym razem obserwuje mnie z ukrycia. Po raz pierwszy zauważyłem, że rozpoczął tę nieudolną kampanię obserwacyjną przed około dwoma tygodniami, dokładnie dwa dni po mojej rozmowie z Bennym Marsiano. Jeśli miało to jakiś związek z materiałami, jakie gromadziłem w sprawie budowy Proximity Centre, to trzeba przyznać, że był jeszcze bardziej nieporadnym śledczym niż ja, kiedy byłem w jego wieku. Wszystkie materiały obciążające Marsiano były tutaj, w redakcyjnym komputerze, a on wciąż zdawał się o tym nie wiedzieć. Albo nie obszedł zabezpieczeń konta, albo zrobił to tak, że nie zauważyłem. Musiał być więc prawdziwą sierotą albo niezłym cwaniakiem. Tak czy inaczej zostawiłem materiały tutaj, aby zidentyfikować konfidenta i posunąć sprawę naprzód.

Kiedy wszedłem do przestronnego pokoju szefa, Jack od razu przeszedł do sedna.

- Artykuł jest w porządku. Wykreśliłem tylko jedno zdanie, ale nie po to cię tu wezwałem - powiedział.

- Zamieniam się w słuch - odparłem, siadając naprzeciwko.

Czułem, że to jedna z tych okazji, kiedy chciał pokazać, że nasza poufałość służy jedynie osłabieniu czujności i wyprowadzeniu ataku nie do odparcia.

- McAlister nie odzywa się od rana i nie pojawił się w pracy - powiedział bez emocji.

- Dlaczego mi o tym mówisz?

- Wiesz dobrze, że miał opisać zjazd republikanów. Jeśli nawali i nie będę miał nawet pół strony sensownego tekstu na ten temat, będzie mógł pożegnać się z premią.

- Na pewno nawali. Mam go zastąpić?

- A jak ci się wydaje?

- W porządku - odparłem. - Jaki ma być tekst? Sensowny czy ciekawy?

Zastanawiałem się, czy zniosę kolejne godziny konferencji prasowych, nużących przemówień i oficjalną przedwyborczą gloryfikację konserwatywnych cnót i obłudy.

- Ciekawy - odpowiedział bez zastanowienia. - Ma być ciekawy. Dodaj tylko kilka cytatów, żeby wiedzieli, że czytają o polityce, a nie kronikę towarzyską.

- Rozumiem, że wciąż rozróżniamy te dwie dziedziny? - Spojrzałem na szefa. Jego wzrok skrył się pod splecionymi palcami dłoni. Najwidoczniej nie spodobało mu się to, co usłyszał.

- Jeśli nie chcesz... - powiedział, przerywając w pół zdania. - Zawsze mogę wysłać Keitha. Daję ci ten temat jedynie przez wzgląd na wszystko, kim byłeś, zanim...

- Nie ma potrzeby szturchać zwłok patykiem - przerwałem. - W porządku. Opiszę zjazd.

- Świetnie - Jack przyklasnął, jakby jego dłonie miały magiczną moc zatwierdzania kontraktów.

- A co z nimi? - spytałem, podchodząc do okna.

Na zewnątrz, pięć pięter pod nami, przesuwały się masy anonimowych przechodniów. Nie chodziło o nich i Jack doskonale o tym wiedział.

- Dlaczego by nie? - przyznał. - Zrób kilka zdjęć, ale postaraj się, żeby były... - zastanowił się, szukając odpowiedniego słowa i dokończył - obiektywne. W końcu, nie chcemy przecież, żeby ktoś posądził nas o brak obiektywizmu, prawda?

- Zapowiada się na sporą manifestację - przyznałem. - Kiedy jechałem tutaj rano, aż roiło się od mundurów. Podejrzewam, że przy Wachovia Centre będzie ich już całkiem sporo.

- Wiesz, że nie jesteśmy brukowcem - Fisher kontynuował. - Nie będziemy opisywać szarpaniny z policją, ale kilka kropel dramatyzmu nie zaszkodzi.

- Wiem, wiem. - Jego uwagi już dawno przestały robić na mnie wrażenie. Musiałem jedynie wyczekać do końca i zrobić swoje.

- Tylko pamiętaj - powiedział - jeśli coś schrzanisz, nie będziesz miał drugiej takiej szansy. Wiesz, o czym masz napisać?

Przytaknąłem.

- Zjazd republikanów, kilka fotek Cheneya, Busha i jakiś zarys kampanii wyborczej.

- Tak - potwierdził - to twój główny temat. Wszystko, co zdecydujesz dodać od siebie, robisz na własne ryzyko, więc uważaj. Nie chciałbym, żeby...

- Dobrze, rozumiem - przerwałem. - Dostanę fotografa, czy mam sam schrzanić te zdjęcia?

- Nie mam teraz nikogo wolnego. Jeśli chcesz, weź Keitha. Nie jest fotografem, ale i tak nie ma nic do roboty.

- W porządku. Coś jeszcze? - spytałem, stojąc w drzwiach.

- Przynieś dobry tekst - odparł. - To wszystko.

Wyszedłem na zewnątrz w gorący zaduch redakcji. Przemierzając otwartą przestrzeń między biurkami przyglądałem się mrówkom pracującym cierpliwie nad kolejnym wydaniem. Każda miała ściśle określoną funkcję i gdybym nie znał każdej z osobna, mógłbym pomyśleć, że znają się na tym, o czym piszą. Na przykład Helen, która uśmiechnęła się lekko, gdy przechodziłem obok jej biurka, pisała właśnie z zawziętą miną o kolejnej porażce sektora produkcyjnego, ofierze złożonej na ołtarzu chińskiej taniej siły roboczej. Znała doskonale temat i przepowiadała nadchodzącą katastrofę. A raczej powinna była przepowiedzieć. Gdyby ktoś przyjrzał się jej skupionym oczom i twarzy, oddającej wewnętrzne sprzeczności, mógłby odczytać z niej nie tylko świadomość klęski, ale też zakorzenioną głęboko wolę przetrwania, dziennikarską ambicję i ból konformizmu, który zamykał jej usta, tak, jak wszystkim wokół. W przeciągu następnych kilku lat region Filadelfii miał się okazać czarną dziurą bezrobocia, ale ani Helen, ani nikt inny z redakcji nie ośmielił się wspomnieć o tym choćby słowem. W ich szufladach piętrzą się sterty dokumentów, zalegają setki analiz, prognoz inwestycyjnych, międzynarodowych kontraktów, a i tak żaden po nie nie sięgnie. Byłoby to równoznaczne z naciśnięciem spustu pistoletu przyłożonego do skroni ich dziennikarskiej kariery. Helen z pewnością wiedziała, o czym pisze, ale dla dobra własnego i rodziny wolała udawać, że jest inaczej. Kryzys już deptał nam po piętach, czytelnictwo spadało, a redakcje w całym mieście redukowały personel. Wychodzenie przed szereg i alarmowanie publiki bez wyraźnych wytycznych z góry nie leżało w interesie żadnego dziennikarza. Zatrzymałem się i spojrzałem jeszcze raz na Helen. Było mi jej żal. Pomimo że mogła skryć się w czterech ścianach domu na kredyt, ogrzać ciepłem nadpobudliwego męża i pokrzepić myślą o przyszłości dwójki dzieci, widać było, że jest nieszczęśliwa. Zaprzedała się i nie mogła cofnąć do miejsca, w którym był jeszcze wybór. Wolny duch jej dziennikarskiej dociekliwości miotał się i szarpał w klatce pod biurkiem. Czasami szturchnęła tę klatkę, lub kopnęła butem, żeby uwięziony w niej uspokoił się, zamilkł i dał jej pracować, ale nawet wtedy wyrzuty sumienia nie znikały z jej twarzy.

Za kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt lat zasili szeregi martwych idealistów, którzy budzą się pod koniec życia ze świadomością, że byli tylko teoretykami. Niestety takich martwych idealistów pracujących w gazetach zdążyło się już zebrać całkiem sporo. Natomiast młodzi, wciąż żywi, którzy może i chcieliby coś zmienić, nie mieli jeszcze porządnego zaplecza - wiedzy i doświadczenia - niezbędnych do skutecznego wyrażana obaw i sprzeciwu. Zdarzali się jednak weterani - specjaliści w swoich dziedzinach, którzy potrafili wbrew systemowi zachować w sobie okruchy godności. I to właśnie oni, między wierszami felietonów przemycali prawdę wśród zniekształconej prasowej rzeczywistości. Osobiście nigdy nie zaliczałem się do tej kategorii. Rutyna pochłonęła mnie zbyt szybko i w końcu nie miałem już nic do powiedzenia. A przynajmniej nic na tyle znaczącego, by utożsamiać się z tą drużyną straceńców. Odkąd pamiętam, tkwiłem wąskim gronie zrezygnowanych hipokrytów.

Idąc dalej przez usianą biurkami przestrzeń, spostrzegłem Keitha obserwującego mnie znad ekranu Maca. Jego wzrok był odrobinę wolniejszy niż mój, więc zdążyłem uchwycić skrawek zainteresowania ukryty pod maską arogancji.

- Jeśli potrzebujesz czegoś, po prostu powiedz - zwróciłem się do niego najbardziej życzliwym głosem, na jaki było mnie stać.

- O, cześć, Jerry. - Udawał zdziwionego. - Wszystko w porządku? - Spojrzał wymownie w stronę gabinetu Jacka. - Fisher zdaje się łagodnieje na stare lata, co?

- Czy po to przywołujesz mnie wzrokiem całymi dniami? Żeby mi to powiedzieć?

- Nie rozumiem. - Zmieszał się. - O co ci chodzi, Jerry?

- Wiem, że z jakiegoś powodu bardzo intryguje cię to, co robię. Jeśli chcesz, ułatwię ci te podchody i odpowiem na wszystkie pytania. Tylko nie szpieguj mnie więcej, bo jesteś w tym tak nieudolny, jak Laurie, która właśnie stanęła za mną.

- Cześć, Jerry! - Kobiecy głos dobiegł zza moich pleców.

- Dla ciebie pan Dawson, dziecko - odrzekłem i odwróciłem się powoli. - Czego chcesz?

Drobna brunetka o nagich ramionach i głębokim dekolcie prowokującym wszystkich w biurze, stanęła za mną z szerokokątnym obiektywem wycelowanym prosto w moją twarz. Miała na sobie cienki, szary top bez rękawów i błękitne, idealnie dopasowane dżinsy. Jej strój spełniał swoją funkcję, przyciągając wzrok wszystkich facetów w redakcji, a mnie dodatkowo irytował.

- Pięknie - wyznała wyraźnie zachwycona obrazem mojej dojrzewającej irytacji. - Podobno wybiera się pan na zjazd Republikanów? Pan Fisher powiedział, że mogę jechać z panem. Oczywiście jeśli nie ma pan nic przeciwko, panie Dawson? - dodała, kładąc nacisk na przedostatnie słowo.

- No dobrze, mów mi Jerry, ale robieniem zdjęć podczas zlotu zajmie się Keith. Zresztą jest coś, o czym musimy z Keithem porozmawiać, prawda?

- Ależ nie nie, to nic takiego. - Chłopak wzdrygnął się i wskazał na rozczarowaną Laurie. - Ona na pewno robi lepsze fotki niż ja. Zresztą myślę, że powinna się uczyć. W końcu po to tutaj jesteś, prawda skarbie?

- Po pierwsze nie jestem twoim skarbem, już ci to mówiłam - syknęła, zwężając powieki. - A po drugie... - zrobiła małą przerwę, po czym zupełnie zignorowała chłopaka i zwróciła się do mnie, wypinając do przodu niewielkie, acz kształtne piersi. - No to jak będzie, panie Jerry?

- W porządku - zgodziłem się. - Tylko postaraj się nie plątać pod nogami.

Pomyślałem wtedy, że za kilka lat mógłbym się w niej zakochać. Wziąć mógłbym ją tu i teraz, ale zakochać się... To zupełnie inna bajka. Potrzebowała jeszcze kilku lat, musiała pozbyć się młodzieńczej głupoty, skosztować goryczy wpisanej w zawód. Byłem ciekaw, jak zachowa się, widząc regularną bitwę uliczną, nagłą transformację policjantów i chaos bezprawia, które miały rozegrać się tego dnia. Zastanawiało mnie, jak zareaguje na trójkę krawężników tłukących leżącego nastolatka. Od tego, gdzie leży jej lojalność, zależeć będzie cała przyszła kariera. Gdyby wybrała to, co słuszne, byłbym w stanie ją pokochać. Czarne oczy, pełne usta i olśniewający uśmiech przypominały mi, że kiedyś i ja byłem młody, że tak jak ona traktowałem życie jak obiecującą przygodę. Teraz byłem już tylko urzędnikiem, konduktorem odcinającym kupony w pociągu zmierzającym do kresu życia. Wydawało mi się, że dla niej byłbym w stanie wykrzesać coś jeszcze. Musiałbym tylko dokonać niemożliwego, pozbawić ją próżności, którą była przesiąknięta, oszczędzając przy tym jej młodzieńczą wiarę i naiwność. Potrzebowałem tego, tej nadziei na lepsze jutro, uczucia, które już wiele lat temu ulotniło się, wytarte przez napierającą rzeczywistość.

Kiedy zjeżdżaliśmy windą, do chłodnego podziemnego parkingu nie wiedzieliśmy, co tak naprawdę będziemy opisywać. Dla Laurie był to zjazd członków partii, grupy kongresmenów i przypuszczalnie najważniejszych ludzi w kraju. Jej zadaniem miało być udokumentowanie wystąpień, programów i pomyłek - oczywiście o ile udałoby się je wychwycić. Dla mnie spektakl był wyreżyserowany na potrzeby promocji. Każdy, kto liczył się w grze lub mógł zacząć znaczyć coś po listopadowych wyborach, był potencjalnie kurą znoszącą złote jajka. Konwent był wielką kurzą farmą, gdzie inwestorzy mogli obejrzeć okazy, podkarmić je obietnicami przyszłych tantiem i sprawdzić, na jaki zysk mogą liczyć. Cała sztuka polegała na tym, by wiedzieć, gdzie i kiedy warto pojawić się, by zadać odpowiednim osobom właściwe pytania. W taki dzień jak ten Nagroda Pulitzera była na wyciągnięcie ręki dla każdego młodego, niemającego nic do stracenia publicysty. Na moje szczęście miałem dość dużo do stracenia, więc bez wahania zrezygnowałem z opisywania rzeczy takimi, jakimi były naprawdę. Postanowiłem przedstawić dokładnie to, czego oczekiwał szef. Przemówienia przedwyborcze, podobnie jak opery mydlane, nie budziły we mnie zbyt ciepłych uczuć, postanowiłem więc odtworzyć cały program zjazdu bez konieczności uczestniczenia w nim.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po uruchomieniu zapłonu, było wyciągnięcie ze schowka niewielkiej radiostacji i dostrojenie jej do częstotliwości używanej przez filadelfijską policję. Następnie wyjechaliśmy na zewnątrz i zaparkowaliśmy na poboczu po przeciwnej stronie jezdni, tuż przed wejściem do lokalnego studia Fox News.

- I co teraz? - zapytała dziewczyna. - Dlaczego nie jedziemy do First Union Centre?

- O której rozpoczyna się konwent? - Skąd mogę wiedzieć? - odparła zdziwiona.

- No to może powiesz mi, jaki jest program obrad?

- Jestem tutaj tylko po to, żeby robić zdjęcia, no nie? - burknęła.

- Dokładnie - odparłem. - Więc proponuje ci zamilknąć i siedzieć cicho, dopóki nie nadarzy się taka okazja.

Nie odpowiedziała. Skrzyżowała ramiona na piersi i odwróciła głowę w kierunku chodnika. Po kilku minutach ciszy nie wytrzymała.

- Właściwie dlaczego tu siedzimy? - spytała nerwowo. - Myślisz, że nie mam lepszych rzeczy do roboty?

Spojrzałem na nią coraz bardziej poirytowany. Nie miała pojęcia o niczym. Była tak zielona jak ja w pierwszy dzień pracy, a siedziała w redakcji już kilka miesięcy. Miałem ochotę podziękować jej za współpracę. Na szczęście radioodbiornik w końcu zacharczał. Pośród szumów i trzasków rozległ się głos któregoś z funkcjonariuszy.

- Centrala? Tu Hamilton. Czy moglibyście przekierować trochę ruchu z głównej arterii na południe od ratusza?

- Tu centrala. O co chodzi, złotko? - odezwał się pewny kobiecy głos.

- Coś się tu kroi - kontynuował policjant. - Na chodniku roi się od ludzi z transparentami. - Stoję na rogu ulic South Broad Street i South Penn Street. Przyślijcie kogoś, jeśli nie chcecie mieć zatamowanego ruchu na południe od magistratu.

Wyłączyłem radio, spojrzałem na zdziwioną dziewczynę i ruszyłem w kierunku centrum.

- Jak ci się udało przechwycić ich sygnał? - zapytała, gdy mijaliśmy ostatni park w tej części miasta. - Nie wiesz, że korzystanie z pasma zastrzeżonego jest karalne?

Zastanawiałem się, czy pyta poważnie, czy może próbuje mi zaimponować wyrafinowanym poczuciem humoru.

- Gdybym nie wiedział, nie siedziałbym w wozie z zamkniętymi szybami przy plus trzydziestu stopniach, prawda? - odparłem.

- No właśnie. - Zrobiła kwaśną minę. - Nie chciałam nic mówić, ale mógłbyś zamontować klimatyzację.

Spojrzała, jakbym zaprosił ją na randkę w obrzyganym samochodzie. Nie zareagowałem. Zaczynała mnie irytować.

- W porządku. I co teraz? Jedziemy pod ratusz? - zapytała.

Z jakiegoś powodu jej głos działał mi na nerwy. Być może to wiek, być może to, że podobała mi się, być może to, że przy tym wszystkim robiła wrażenie po prostu głupiej. Wziąłem głęboki wdech i otworzyłem szybę. Chciałem uwolnić się od powietrza, które musiałem z nią dzielić. Dopuszczałem do siebie możliwość, że moje pierwsze wrażenie było jak najbardziej mylne, ale i tak przekląłem w duchu jej wielkie czarne oczy, głęboki dekolt i to, że jestem samcem. Wrzuciłem kierunkowskaz, zmieniłem pas i nacisnąłem na gaz. Chciałem mieć to za sobą.

Była jedenasta. Serce miasta i przechodnie kroczący mozolnie przez gęste lipcowe powietrze korzystali tłumnie z cienia, który wpełzł na lewą stronę jezdni. Karykatury drzew wtłoczone w kamienne płyty po obu stronach Park Street rzucały śmieszne plamy dziurawego cienia na czysty, schludny trotuar. Mechaniczna regularność ich kształtów i odstępy między nimi, podpowiadały, że na tych połaciach Ziemi niepodzielnie panował beton. Kiedy minęliśmy kolejne światła, zza sygnalizacji wyłoniła się sylwetka dziewiętnastowiecznego grafitowego gmachu, a tuż za nim nowoczesne drapacze chmur. W miarę, jak zbliżaliśmy się do centrum, ruch się nasilał, a na chodnikach przybywało ludzi. Przy prędkości trzydziestu mil na godzinę dało się zauważyć większą niż zwykle liczbę umundurowanych krawężników. Zostali tu ściągnięci z całej Pensylwanii. Nie pamiętam, żeby wcześniej rzucali się tak w oczy. Kiedy wjechałem w korytarz cienia rzucanego na ulicę zamkniętą między rzędem niewzruszonych, szklanych budynków, zauważyłem, że większość przechodniów zmierza w jednym kierunku. Sunęli ku dolnej Broad Street, gdzie tętniące życiem miasto powoli zanikało, uwalniając swą energię i ludzi na południe: w stronę Baltimore i za nim Waszyngtonu. Skręciłem w prawo i zatrzymałem się na jedynym płatnym parkingu w tej części miasta. Laurie spojrzała pytająco, pozbawiając się jedynej szansy na jakiekolwiek wyjaśnienie z mojej strony. Był to najdłuższy kontakt, na jaki pozwoliliśmy sobie, odkąd ją poznałem, a mimo to czułem, że te piętnaście minut wspólnej jazdy przekreśliło nadzieję na przyszły, urojony związek.

Wyjąłem ze schowka dyktafon, włożyłem do kieszeni i ruszyłem w kierunku ratusza, pozostawiając naburmuszoną dziewczynę samą sobie. Siedziała w samochodzie, zastanawiając się Bóg wie nad czym. Chociaż czasami wydaje mi się, że nawet On nie wie, o czym myślą kobiety.

Nie minęła chwila i ruch kompletnie zamarł. Kierowcy uwięzieni w swych pojazdach zaczęli nerwowo dusić klaksony, a uciążliwy do tej pory upał stał się nie do zniesienia. Zatrzymałem się i odwróciłem. Postanowiłem zaczekać na rozkapryszoną dziewczynę.

Wyziewy z rur wydechowych kłębiły się w wąskim korytarzu między biurowcami. Kiedy Laurie dotarła, ruszyliśmy razem wzdłuż wypchanej wozami ulicy, krztusząc się od gromadzącego się w nim zastygłego smogu. Jednokierunkowa droga, okrążająca gmach ratusza, była całkowicie zakorkowana. Pięć pasów tworzących Bulwar Kennedy'ego stało się areną dantejskich scen, w których główną rolę odgrywali pieklący się i kłócący z policją kierowcy. Postanowiliśmy przejść chodnikiem wokół ratusza. Chciałem sprawdzić, jak policja radzi sobie z tak poważnym zadaniem, podczas trwającego już dwa dni zjazdu. Szliśmy powoli, ramię w ramię. Przyglądałem się krzyczącym ludziom i wyobrażałem sobie, jak każdy zmienia się w terytorialne zwierzę, w dzikusa walczącego o fragment asfaltu. Wystarczyłoby odciąć im dopływ do taniego, niemal nieograniczonego paliwa z Bliskiego Wschodu, gazu ze Środkowej Azji i soi z Południowej Ameryki. Po chwili Laurie wytrąciła mnie z transu, wskazując źródło zamieszania. Obeszliśmy ratusz i naszym oczom ukazał się pierwszy tego dnia "punkt zapalny".

Na niewielkim placu, tuż przed wejściem do ponurego, masywnego gmachu rady miasta stało kilkudziesięciu dziennikarzy błyskających aparatami. Obiektywy były skierowane w stronę grupki młodych ludzi, stojących na środku skrzyżowania. Jeden z policjantów, oddzielających tłum od wysepki na środku, gestykulował, wykrzykując coś w stronę młodzieży, ale tamci nie reagowali. Zdawali się nie zwracać na niego uwagi. Ruch uliczny zamarł.

Podeszliśmy bliżej, żeby przyjrzeć się scenie. Laurie wyjęła aparat i zamontowała obiektyw. Czworo spośród aktorów stojących na przecięciu ulic miało przewiązane na oczach opaski. Ich nadgarstki związano z przodu. Mieli na sobie tradycyjne, latynoamerykańskie poncza, a głowy dwóch z nich zakrywały wielkie, słomiane kapelusze. Kilkoro innych uczestników happeningu trzymało wzniesione nad głowami tablice, opisane nazwami krajów, z których pochodzili skazańcy. Nazwy Meksyk, Gwatemala, Salwador i Kolumbia widniały posępnie na ociekających czerwoną farbą tekturowych płytach. Po obu stronach tej swoistej sceny stały grupki ludzi z pikietą i sztandarami głoszącymi "Zamknąć School of Americas", "Zamknąć Szkoły dla zabójców". Oprócz nich, wkoło, jak okiem sięgnąć, można było dostrzec ludzi trzymających wzniesione nad głowami białe, drewniane krzyże. Na każdym widniało zdjęcie, a także coś, co mogło być imieniem, nazwiskiem lub nazwą. W miejscu, gdzie zatrzymał się ruch, oprócz czterech związanych chłopców o wyraźnie latynoamerykańskich rysach stało pięciu białych, młodych mężczyzn ubranych w wojskowe lub paramilitarne mundury. Celowali w jeńców z automatycznych karabinów. Gdy na scenę wkroczył ostatni aktor, starszy mężczyzna w czarnym fraku i charakterystycznym, wysokim, ozdobionym amerykańską flagą kapeluszu, scena nabrała pełnego wymiaru. Wuj Sam stanął między na środku, żołnierzami i skazańcami, przyglądał się przez chwilę jednym i drugim, głaszcząc przy tym sztuczną, białą brodę, jakby analizował winę na podstawie postury ciała i koloru skóry, a potem zrobił dwa kroki w tył, stanął za plutonem egzekucyjnym i machnął ręką. Dowódca plutonu, śledzący każdy ruch amerykańskiego wodza bezbłędnie rozpoznał rozkaz i wydał komendę do strzału. Członkowie szwadronu nacisnęli na spusty. Nie usłyszałem wystrzału, ale widziałem, jak skazańcy upadają w milczeniu na asfalt i płyty wysepki na środku drogi.

Tuż po egzekucji pluton żołnierzy zaciągnął cztery ciała chłopów na koniec pasa betonu rozdzielającego sześć pasów ruchu. Tablica, która pojawiła się w dłoniach stojącego tam księdza głosiła: "miejsce pochówku". Wleczone po jezdni "zwłoki" pozostawiły na asfalcie ślady czerwonej farby, która doskonale oddawała nastrój przedstawienia. Ludzie zebrani wokół, zarówno ci z podniesionymi do góry krzyżami, fotografiami i tablicami, jak i zwykli przechodnie, którzy zatrzymali się, żeby obejrzeć spektakl, milczeli. Zupełnie jakby farba znacząca jezdnię przemawiała językiem krwi, którego nie sposób było zignorować. Kiedy wszyscy zmasakrowani zostali zaciągnięci i złożeni w stertę ciał, żołnierze zapalili po papierosie, zrobili sobie wspólne zdjęcie i rzucili niedopałki na mogiłę. W ostatniej scenie oddalili się, znikając w zebranym tłumie.

Przez dłuższą chwilą nikt się nie odezwał, ludzie patrzyli na siebie, nie wiedząc, jak zareagować. Szturchnąłem Laurie, żeby upewnić się, czy uchwyciła wszystkie akty przedstawienia. Kiedy przytaknęła, wskazałem na stojącego przy "mogile" księdza, dając do zrozumienia, że chcę, aby zrobiła jeszcze jedno. Po chwili ludzie z transparentami zaczęli skandować swoje hasła, czas wznowił bieg, a przechodnie ruszyli przed siebie. Skierowałem się w stronę księdza, żeby zdobyć materiał na pierwszy fragment artykułu.

Gdy się zbliżałem, dostrzegłem determinację na jego twarzy i zrozumiałem, że nic z tego, co powie, nie nada się do tekstu.

- Robi wrażenie - przyznałem.

- Dziękuję, staraliśmy się, żeby było przekonujące.

- Czy ksiądz często to robi? - zapytałem.

- Mów mi Thomas - powiedział, wyciągając dłoń.

- Jerry, Jerry Dawson.

- Nie, Jerry, niezbyt często. Ale to dobre ćwiczenie. Pomaga odzyskać kontakt z rzeczywistością.

- Musicie tkwić w niej po uszy, skoro stać was na wystawienie czegoś takiego.

- Nie - pokręcił głową. - To oni tkwią w niej po uszy. - Wskazał na grupkę podnoszących się młodych aktorów. Zdejmowali właśnie poplamione farbą ubrania i ścierali kolor ze skóry.

- Pracuję dla Financial Journal. Czy jest coś, co moi czytelnicy powinni wiedzieć o tym przedstawieniu?

- Jasne, że powinni - odparł, wskazując na tłum przed ratuszem. - Ci ludzie nie stoją tu bez powodu. Zasługują na to, żeby ktoś się o nich dowiedział.

- Zrobię co w mojej mocy - odparłem, ale chyba niezbyt przekonująco. Thomas przebiegł wzrokiem po mojej twarzy i chyba wyczuł, że kłamię. W jego oczach dostrzegłem determinację i wyzwanie. Chciał udowodnić, że warto. Chciał mnie przekonać.

- School of Americas trenuje członków szwadronów śmierci urządzających rzezie ludności cywilnej w krajach Ameryki Łacińskiej, a nikt u nas niczego z tym nie robi.

- Rozumiem, że to była inscenizacja jednej z takich masakr? - zapytałem.

Nie musiałem pytać. Wiedziałem, że Ameryka Łacińska była krwawą łaźnią obsługiwaną przez z CIA za Reagana a potem Busha. Wiedziałem też, że nikogo to nie interesuje i że ten ksiądz próbuje po prostu wykorzystać mnie, żeby to zmienić. Zamierzałem pozwolić mu spróbować.

- Tak, to "Masakra w El Mozote" - powiedział. - Salwador jedenasty grudnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt jeden. Około tysiąca zabitych, Batalion Atlacatl.

- Tysiąc zabitych - powtórzyłem w zadumie. - To spora liczba.

- To były trzy dni strachu, przesłuchań, tortur i gwałtów. Z całej wioski przeżył tylko jeden świadek - kobieta, która ukryła się w zaroślach. Żołnierze zabili jej męża i dzieci, a po wszystkim spalili ciała.

Wiedziałem, że nie mogę o tym napisać, a jednak moja wyobraźnia porwała mnie do minionych lat, gdy jako młody, naiwny student sprzeciwiałem się wszelkim przejawom agresji i nie myślałem o konsekwencjach, wierząc, że liczą się tylko ideały.

- Ideałami nie spłacisz długów - upomniałem się w myślach po raz kolejny.

Mimo wszystko chciałem, żeby mu się udało, chciałem pomóc i napisać o tym, jeśli nie teraz, to w niedalekiej przyszłości, gdy cały ten polityczny cyrk skończy się i ludzie będą znów bardziej skorzy do przyjęcia tekstu cięższego kalibru.

- No dobrze, rozumiem. Ale co to ma wspólnego z nami? - próbowałem go podpuścić.

- Więcej niż mogłoby się zdawać.

- Przecież to nie nasze terytorium - naciskałem. - Ksiądz mówi o ludobójstwie, a z tego, co zrozumiałem, to jakiś miejscowy oddział dokonał tej zbrodni. Czy byli tam jacyś Amerykanie?

Wyciągnąłem dyktafon. Mężczyzna w koloratce uśmiechnął się na ten widok.

- To prawda. Nie znajdziesz tam ani jednego amerykańskiego żołnierza. I nie jest to terytorium USA.

- Więc po co to całe zamieszanie?

Ksiądz spojrzał na pakujących się do furgonetki aktorów. Stali w bocznej uliczce po jego lewej. Żołnierze czekali, paląc papierosy. Dwóch "zabitych" podeszło do nich i zaczęli rozmawiać.

- Aztekowie i jankesi - pomyślałem. - Ostateczne pojednanie po latach.

- Przede wszystkim należałoby tu powiedzieć o całej powojennej historii - powiedział. - O dominacji na południowym kontynencie i działaniach na przesmyku Ameryki Środkowej. Jeśli rzucisz okiem na listę konfliktów zbrojnych w dwudziestym wieku, nie znajdziesz tam wielu pozycji opisujących jawne konfrontacje w Ameryce Łacińskiej. A to dlatego właśnie, że na własnym terytorium nie prowadzi się wojen. Jeśli już, to wojny domowe, chociaż i to jest ostatnią rzeczą, jakiej życzyliby sobie ekonomiści. Zamiast wysyłać wojsko do tych "demokratycznych" krajów lepiej uzbroić i wyszkolić ich lokalne siły zbrojne. One zawsze chętnie wykonają brudną robotę.

Przytaknąłem. Tego oczekiwał.

- Mówisz, że to nie nasze terytorium - ciągnął dalej. - To prawda, ale w tamtych czasach, kiedy powstawało amerykańskie imperium, pojęcie "strefa wpływów" było równoznaczne z terytorium. To złota lekcja, którą przejęliśmy od Brytyjczyków. Nie musisz rozszerzać terytorium, żeby zwiększyć zyski. Wielkie terytorium to koszt, spójrz, co stało się ze Związkiem Radzieckim. Z drugiej strony kraje, które są w twojej strefie wpływów, to idealne dojne krowy. Trzeba je tylko od czasu do czasu szturchnąć kijem, żeby nie schodziły z wyznaczonej ścieżki.

- Ścieżki kapitalizmu?

- Zgadza się.

- No dobrze, rozumiem, że to jest rozmowa na nieco dłuższą historyczną debatę. Ale jaka w tym wszystkim jest rola School of Americas?

- School of Americas to ośrodek szkoleniowy w forcie Bening w Georgii, którego pierwsza siedziba znajdowała się w Panamie. SOAs została utworzona w Wolnej Strefie Kanału Panamskiego, będącej de facto terytorium Stanów Zjednoczonych, wewnątrz marionetkowego państwa - Panamy. Była najlepszą instytucją szkoleniową poza granicami USA, w której to dyktatorzy i prezydenci terroryzowanych państw szkolili synów i zaufanych dowódców wojskowych.

- I to jest wszystko udokumentowane?

- Tak, wszystkie informacje na temat SOA są ogólnie dostępne. Każdy może sprawdzić i zweryfikować. Proszę - powiedział, podając mi jedną z ulotek, które miał ze sobą.

- Z jakiego powodu szkołę przeniesiono do Georgii? - spytałem, wpatrując się w czarno białą, wypełnioną danymi broszurę. Wyglądało na to, że są jednak rzeczy, których nie wiedziałem o Ameryce Łacińskiej.

- Z jakiego powodu przeniesiono szkołę? - powtórzył, jakby wyczuł moje wahanie. W jego oczach dostrzegłem triumf. - Z tego samego powodu, z jakiego podpisano Traktaty Panamskie. Kiedy w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym roku pułkownik Gwardii Narodowej, Omar Torrijos, dokonał przewrotu, pozbawiając władzy ówczesnego nowo wybranego dyktatora Panamy Arnulfo Arias...

- Nowo wybranego dyktatora? - przerwałem. - Jak można być wybranym dyktatorem?

- Jeśli ktoś jest obalany podczas trzech kadencji prezydenckich, a podczas jednej zawiesza konstytucję i zakłada tajną policję, próbuje przejąć władze nad ciałem ustawodawczym i kontrolować sąd najwyższy, to jak go można nazwać?

- Materiałem na dyktatora - stwierdziłem.

- No właśnie. Tak czy inaczej, kiedy Torrijos objął władzę w Panamie, School of Americas szkoliły latynoamerykańskich żołnierzy i szpiegów już od przeszło dwudziestu dwóch lat. Pomimo że Torrijos objął władzę za pomocą przewrotu i że był absolwentem SOAs, przejął kontrolę bez przelewu krwi, pozbawiając władzy oligarchię ustanowioną przez USA jeszcze na początku dwudziestego wieku, kiedy to utworzyliśmy marionetkowy rząd dla zabezpieczenia własnych interesów na południe od Meksyku. Strefa Kanału była państwem w państwie, a dla Panamczyków symbolem wyzysku i niewoli. Kiedy dziewięć lat później Torrijos dopiął swego, podpisując z Carterem traktat o przejęcie przez Panamczyków strefy kanału w dziewięćdziesiątym dziewiątym, usunięcie SOAs zostało w nim ujęte jako jedno z pierwszych zadań, jakie należało wykonać. Kto w końcu chciałby mieć amerykańską szkołę zabójców na swoim podwórku?

- Dlaczego ojciec wciąż powtarza, że to szkoła zabójców. Są na to jakieś dowody?

- Thomas, mów mi po imieniu.

- No tak. Masz rację.

- Jeśli spojrzysz na listę absolwentów placówki - przejechał palcem po liście z ulotki - trudno przeoczyć czołowych dyktatorów Ameryki Łacińskiej. Guillermo Rodriguez z Ekwadoru, Juan Velasco Alvarado z Peru, Leopold Galtieri z Argentyny, Manuel Noriega z Panamy, wszyscy byli absolwentami SOAs.

Według Departamentu Obrony, w przeciągu pięćdziesięciu lat istnienia szkoła wypuściła sześćdziesiąt jeden tysięcy absolwentów. Mniej niż jeden procent z nich ma coś wspólnego z naruszeniami praw człowieka. To bardzo wygodna argumentacja, ale zastanówmy się, ile może jeden człowiek. Mało tego, ile może sześciuset dziesięciu ludzi w odpowiednich miejscach1 ?

- Wszystko zależy od tego, co to za ludzie - odparłem.

- Uczniem szkoły - odparł ksiądz - był na przykład pułkownik Lima Estrada dowodzący D-2, Wojskową Agencją Wywiadowczą Gwatemali, która w ramach kampanii anty-powstańczej przeprowadziła pacyfikacje czterystu czterdziestu ośmiu wiosek Majów, mordując dziesiątki tysięcy mieszkańców1 . Jeden człowiek, jedna decyzja. Czy daje to jakieś wyobrażenie o skali problemu?

- Niech ojciec mówi dalej - zachęciłem. Ksiądz uśmiechnął się, więc poprawiłem: - Mów dalej.

- To właśnie w Gwatemali, w latach siedemdziesiąt osiem - osiemdziesiąt sześć, podczas rządów trzech kolejnych ludobójczych dyktatur wojskowych, niezmiennie około czterdzieści procent ministrów w kolejnych rządach było absolwentami SOAs. Podczas ponad trzydziestoletniej wojny domowej w tym kraju dziesiątki tysięcy ludzi zostało zamordowanych, a ogólna liczba zabitych przekroczyła dwieście tysięcy. Większość z generałów, biorących udział w licznych przewrotach, aktach terroru i morderstwach w tym okresie, było szkolonych w SOAs1 .

- To wszystko jest potworne, przyznaję, ale równocześnie brzmi jak odległa, nierealna historia - powiedziałem. - Jak my, ludzie żyjący w XXI wieku, mamy się do tego odnieść? Dla wielu przeciętnych Amerykanów rewelacje tego typu są jak opowieści o holokauście na lekcjach historii. Kiwamy głowami jak dzieci w szkole, a gdy nauczyciel się odwróci, robimy swoje. Jak ktokolwiek tutaj może przejąć się losem ludzi żyjących tam?

- Spójrz na to - powiedział, wyjmując z torby plik pełen zadrukowanych stron, zdjęć i map. Byłem pewny, że nie dotarło do niego nic z tego, co powiedziałem. Był jak w transie. Musiał udowodnić za wszelką cenę, że warto o tym napisać.

- To jest mapa Kolumbii. Według badań jednej z niezależnych organizacji, wśród trzdziestu trzech dowódców oddziałów i brygad obejmujących jurysdykcją cały obszar kraju aż trzydziestu zostało przeszkolonych w SOAs. Jeśli spojrzysz na mapę, z łatwością dostrzeżesz, że każdy batalion dowodzony przez nich wykonał co najmniej pięćdziesiąt egzekucji na przestrzeni siedmiu lat. Co drugi z tych batalionów zamordował w tym czasie ponad stu ludzi. W czterech okręgach dowódcy przeprowadzili w tym okresie egzekucje na ludności cywilnej w liczbie szacowanej między osiemset a dwa tysiące czterysta. W Kolumbii ponad dziesięć tysięcy żołnierzy zostało przeszkolonych w SOAs, czyniąc z tego kraju naszego największego klienta i największego gwałciciela praw człowieka w Ameryce Południowej2,3 .

- Ale wciąż nie widzę tu bezpośrednich dowodów na odpowiedzialność SOAs za te potworności.

- Wyszkolenie tych wszystkich ludzi ma bezpośredni i wciąż aktualny cel: zapewnienie i podtrzymanie pełnej kontroli Stanów Zjednoczonych nad strefą wpływów, zarówno z ekonomicznego, jak i militarnego punktu widzenia. Kolumbia jest przyczółkiem otwierającym możliwość inwazji na pozostałe kraje Ameryki Południowej, a obecność reżimów w pozostałych krajach daje nam dostęp do surowców naturalnych, jednocześnie otwierając wielkie rynki zbytu dla naszego przemysłu.

- A dowody? - zaczynałem tracić cierpliwość.

- Dobrze, że jestem przygotowany - wyznał, przeglądając teczkę. - O, proszę. To jest kopia raportu wydanego przez organ powołany do nadzorowania sił wywiadowczych, w którym stwierdzono, iż SOAs używało nieodpowiednich materiałów instruktażowych podczas trenowania oficerów z Ameryki Łacińskiej od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego do dziewięćdziesiątego pierwszego roku. Są tu praktyki takie jak egzekucje na grupach partyzantów, wymuszenia, znęcanie się psychiczne, naciski i bezprawne więzienie zatrzymanych. Albo niech pan posłucha tego. Niespełna trzy miesiące po tym raporcie, Pentagon udostępnił do wglądu publicznego siedem podręczników treningowych przygotowanych przez nasze dowództwo, których używano między tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym a dziewięćdziesiątym pierwszym rokiem nie tylko w Ameryce Łacińskiej, ale także podczas kursów na oficerów wywiadu w amerykańskiej SOAs. Podręczniki te, jak się okazało, bazowały częściowo na planach zajęć używanych jeszcze w osiemdziesiątym drugim roku, które z kolei oparte były na jeszcze starszych materiałach z czasów Projektu X. Materiały zawierały instrukcje w takich dziedzinach jak motywowanie strachem, oferowanie nagrody za martwych wrogów, a także wskazówki, jak torturować, dokonywać egzekucji i porywać członków rodzin poszukiwanych4,5,6,7 . Pentagon przyznał, że podręczniki były "błędem". Rozumiesz? Błędem!

- Nic dziwnego, że nikt o tym nie pisze. To niezbyt chlubny epizod w naszej historii.

- To prawda. Jedno trzeba mediom przyznać - dbają o właściwy wizerunek ojczyzny. To bardzo patriotyczne, nie uważasz?

- W końcu znajdzie się ktoś, kto to opisze.

- Być może, panie Dawson, być może. - Uśmiechnął się i podał mi dłoń.

- Zobaczę, co da się zrobić. - Oddałem uścisk i odprowadziłem wzrokiem w stronę furgonetki.

Gdy wróciłem na drugą stronę ulicy, Laurie przeglądała zdjęcia na ekranie malutkiego wyświetlacza. Podniosła wzrok jedynie na moment, zajęta przeglądaniem swoich arcydzieł.

- Co to był za cyrk? - spytała, wpatrując się wciąż w wyświetlacz aparatu.

- Nic takiego - odparłem, przypatrując się szkarłatnym smugom na środku jezdni.

Zaczekałem jeszcze chwilę, aż dziewczyna skończy majstrować przy lustrzance, po czym wskazałem na tłum zbierający się między dwoma pomnikami postawionymi przed ratuszem, a ścianą budynku za nimi. Na szerokim deptaku, oddzielonym od drogi łańcuchem i rzędem metalowych słupków, zgromadził się już całkiem spory tłum - sto, może sto pięćdziesiąt osób. Jednak w odróżnieniu od aktywnych agitatorów zamknięcia SOAs, ludzie stojący tu byli skoncentrowani i milczący. Być może dlatego właśnie policja zamiast wkroczyć do akcji, pozwoliła aktywistom dokończyć występ i zejść ze sceny. Ruch powoli wracał do normy i niecodzienny poranny korek zaczynał rzednąć. Tłum bezustannie napływał zza wschodniej i zachodniej części gmachu, wypełniając coraz szczelniej ograniczony łańcuchem deptak. Brak miejsca zmusił część protestujących do przejścia przez barierki i policja po raz pierwszy zainterweniowała, zatrzymując kilka niepokornych osób.

Mimo wszystko mundurowi byli opanowani. Niektórzy nawet się uśmiechali. Zdawali się być doskonale przeszkoleni, co do możliwości wyboru między użyciem siły a stanowczej perswazji. W powietrzu jednak dało się wyczuć napięcie, w miarę jak tłum po obu stronach chodnika gęstniał i ożywiał się. Część transparentów wzbiła się w górę, odsłaniając w końcu pierwszego aktora kolejnego aktu. Nie zastanawiając się, ruszyłem na drugą stronę ulicy. Przemykając między jadącymi samochodami, dotarłem do krawężnika, przedarłem się przez tłum i zagadnąłem chłopaka trzymającego jeden ze transparentów. Moja asystentka przebiegła na lewo, przemknęła przez pasy i podążyła za mną.

- Jesteś tutaj z jakiegoś konkretnego powodu? - zapytałem.

- A ty nie? - Chłopak z transparentem wzruszył ramionami i wrócił do obserwowania rozwoju akcji przed skrzyżowaniem.

Był czymś wyraźnie zaabsorbowany, jakby wiedział, że zaraz coś się wydarzy. Mógł mieć dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat. Miał zmierzwione, brązowe włosy, małą ciemną bródkę i koraliki na szyi nadające mu wygląd "new hippy". Podobnie jak większość ludzi wokół, również tych starszych i dość sędziwych, miał na sobie szarą, bawełnianą koszulkę, na której widniał napis: "Zaginieni w Ameryce - Ukrywanie Biednych".

- Czy jest coś konkretnego, co nie podoba się wam w Republikanach? - zapytałem, licząc, że tym razem uda się zebrać coś nadającego się do druku.

- Ej no, stary - jęknął, jakby zażenowany moim pytaniem. - Tu nie chodzi o nich, tu chodzi o nas, o ludzi.

- Czy możesz być bardziej precyzyjny? - Nie dawałem za wygraną.

- Jasne, stary. - Uśmiechnął się, przeciągając oba słowa. - Będę tak precyzyjny, jak tylko potrzeba. Ty jesteś Dawson, ten od antyglobalistów, prawda?

Zdziwiłem się. Moje zdjęcie od dawna nie pojawiało się pod felietonami. Jedyne, na co mogłem liczyć, to zawiść i pamięć tych, których udało mi się pogrążyć.

- Nawet jeśli, to już dawno o tym nie piszę. To stare dzieje.

- A szkoda, stary, szkoda. Antyglobaliści to banda durniów, nie widzą, co się dzieje u nas w kraju, a jęczą o biednych po drugiej stronie globu.

- Mniejsza o nich - przerwałem. - Powiedz lepiej, dlaczego tutaj stoisz? I dlaczego z bannerem "Kensington Welfare Rights Union"?

- Widzisz, stary, tam, gdzie mieszkam, na Kensington, źródłem utrzymania numero uno jest opieka społeczna. A wiesz co jest na drugiej pozycji? Trawa.

- Trawa? - spytałem, powtarzając w myślach ten niedorzeczny argument.

- Tak, trawa, zioło, narkotyki. Rozumiesz? Przemysł padł, rząd ma nas w dupie i wszyscy przechodzą do szarej strefy, dlatego to miasto zamienia się w slumsy.

- Obwiniacie o to Clintona i Demokratów, czy może szykujecie się na Busha i Republikanów, którzy go wspierają?

- Mam w dupie jednych i drugich. Polityka jest dla bogatych. My chcemy tylko pokazać, że jest problem. Nic więcej. Popatrz, człowieku, za siebie, masz tu wszystkich: przeciwników kary śmierci, studentów przeciw sweatshopom, związki pracownicze, związki niepełnosprawnych i nawet tych tutaj od naszych faszystowskich szkół dla morderców. Wszyscy chcemy pokazać, że możemy zrobić to razem. Popatrz, stary, i napisz o tym, bo to jest duża sprawa. To - powiedział, wskazując palcem w tłum. - To jest najważniejsze.

- Co takiego? - spytałem zniecierpliwiony.

- No to, że razem możemy więcej. Tu nie chodzi o politykę. Te dupki przyjechały tu z Waszyngtonu bawić się, pić i ćpać, kiedy miasto jest na granicy przepaści.

- Przepaści?

- No, przepaści. Przepaści ubóstwa. Tu chodzi o demokrację, o biednych ludzi i ich głos. O to, że mogą mieć głos i że można ich usłyszeć.

- Z tego, co wiem, to nie macie prawa głosu - stwierdziłem. - Burmistrz podpisał ustawę zakazującą tego typu demonstracji na czas zjazdu.

- Jasne, sprzedał nas, ale nie oddamy skóry tak łatwo - powiedział. - Będzie tutaj dzisiaj kilka tysięcy ludzi i pokażemy, że naprawdę możemy zrobić coś razem. Popatrz - wskazał na sporą grupę ludzi przechodzącą przez pasy około dwudziestu metrów od nas. - Zaczęło się.

Gdy wymawiał ostatnie słowo, przejście było wypełnione przechodniami maszerującymi z jednego brzegu jezdni na drugi. Po chwili druga fala przechodniów wtoczyła się na pasy i policja zdecydowała się wkroczyć do akcji. Gwizdki i pałki w dłoniach, dodatkowi niebiescy na środku jezdni. Po chwili było ich wystarczająco wielu, by utworzyć zwarty niebieski szereg odgradzający przechodniów na pasach od stojących w korku samochodów. Wyglądało na to, że drepczący tam i z powrotem przechodnie mają dwa wyjścia: rzucić się do walki albo zostać ofiarami zniecierpliwionego, odrobinę upokorzonego i zdeterminowanego oddziału prewencji. Nic takiego nie nastąpiło. Kiedy rząd policjantów zrobił krok do przodu, organizatorzy dopięli swego jednym genialnym, taktycznym posunięciem. Nagle przemycona przez przejście lina napięła się, a na pasy wtoczył się orszak niepełnosprawnych na wózkach i małych dzieci kroczących między nimi. Flesze dziennikarskich aparatów rozbłysły, a policjanci jak jeden mąż opuścili pałki i ostatecznie się wycofali. Po chwili kordon stojący między tłumem a drogą również odpuścił, a powstrzymywana do tej pory masa ludzi rozlała się po skrzyżowaniu, blokując na dobre ruch w obu kierunkach. Marsz siedmiu tysięcy aktywistów właśnie się rozpoczął, a mi pozostało jedynie poddać się i popłynąć z prądem tej ogromnej ludzkiej fali nadziei i uniesień.

Orszak przeszedł w pokojowym nastroju ponad sześć kilometrów, od ratusza do miejsca zjazdu partii. Wszystko po to, by delegaci zebrani wokół okien hoteli i restauracji mogli obserwować hasła i bannery wzywające do konkretnej akcji. Jedyną konkretną akcją, jaką podjęli, było odwrócenie się od okna.

Laurie była podekscytowana. Przyznała, że nie spodziewała się tak fantastycznej imprezy, choć w jej przekonaniu ludzie powinni zrobić trochę więcej szumu. Była wyraźnie rozczarowana brakiem konkretnej rozróby albo regularnej bitwy, jak to miało miejsce rok wcześniej w Seattle czy Waszyngtonie podczas ogólnonarodowych marszy antyglobalistów. Próbowałem wytłumaczyć, że tego typu demonstracje bardziej szkodzą niż pomagają w osiągnięciu zamierzonego celu i że nikt przy zdrowych zmysłach nie przyjedzie tutaj, żeby walczyć z policją. Laurie nie była przekonana. W końcu rok wcześniej znalazł się ktoś, kto przyjechał do Seattle i pokazał, że można być niespełna rozumu. Nie odpowiedziałem. Nie miałem argumentów. W gruncie rzeczy miała rację, zawsze znajdzie się kilku przepełnionych testosteronem gówniarzy, którzy nic innego nie potrafią.

Gdy tłum w końcu ruszył, Mike i jego sztandar popłynęli z pozostałymi w dół South Broad Street. Zanim zniknął mi z pola widzenia, zdążyłem usłyszeć, jak krzyczy do kobiety, która stała kilka metrów od niego. Potem wskazał palcem w naszym kierunku i został porwany dalej. Kobieta zatrzymała się i odwróciła. Przypatrywała się nam przez chwilę, potem odkleiła dłoń od czoła i pomachała w naszym kierunku. Wyglądaliśmy jak trzy kikuty drzew na środku jezdni zalanej przypływem obywatelskiego zaangażowania. Oprócz nas jedynie dachy samochodów pozostawały nieruchome. Wszystko, co mieściło się między ścianami budynków po obu stronach jezdni, płynęło niczym kolorowa, naszpikowana transparentami rzeka.

- Jestem Jemma - powiedziała, gdy dotarliśmy do niej. Wyciągnęła dłoń na przywitanie. Uśmiechała się. Była pewna siebie. Robiła wrażenie kobiety, która wie, czego chce.

- Jerry, Jerry Dawson.

- Laurie - wtrąciła dziewczyna.

- Mike mówił, że powinnam z tobą pogadać. Jesteś dziennikarzem, tak?

- Zgadza się. Piszę dla Financial Journal - odparłem.

Zmierzyła mnie uważnym wzrokiem, jakby nie wierzyła, że pracuję właśnie dla tej gazety.

- Tak - powiedziała w końcu. - Zapewne chciałbyś wiedzieć, po co to wszystko?

- Każda opinia jest cenna - odparłem - ale może opowiesz o tym po drodze? - Wskazałem na pochód, rozlewający się w dół South Broad Street.

- W porządku, ale to spory kawałek - ostrzegła.

- Zaraz, zaraz! - zaprotestowała Laurie. - Chyba nie myślisz, że będę szła z tobą w tym upale na drugi koniec miasta?

- Jeśli chcesz, możesz zostać - mruknąłem - tylko oddaj aparat.

- Żebyś zebrał laury za wszystkie zdjęcia, które zrobiłam? O nie, idę z wami - oznajmiła i ruszyła przed siebie.

- Chodźmy - powiedziałem do Jemmy. - Bo zginie razem ze zdjęciami.

Jemma przytaknęła i ruszyliśmy za Laurie.

- Co chciałbyś wiedzieć? - zapytała.

- Przede wszystkim powiedz, czym się zajmujesz i dlaczego tu jesteś?

- Jemma Rockwell. Jestem jedną z organizatorek tego marszu. Pracuję z Mike'm.

- W Kensington Welfare Rights Union?

- Tak - odparła. - Od dwóch lat. To dobry chłopak. Świetnie się spisał od strony logistycznej.

- Czy na trasie zaplanowano podobne atrakcje jak z SOAs Watch?

- Szczerze mówiąc nie mam pojęcia. Nie wiedziałam, że zorganizują tamtą inscenizację. Jedyne, co uzgodniliśmy i na co wszyscy się zgodzili to to, że ma to być pokojowa demonstracja. Każda z organizacji samodzielnie decyduje, jakich środków użyje, żeby przedstawić protest. Większość ogranicza się do transparentów.

- Rozumiem, ale dlaczego akurat dzisiaj? Dlaczego podczas zjazdu Republikanów? Rozumiem, że chodzi o media?

- Zgadza się.

- Jak oceniasz szanse na zrelacjonowanie protestu?

- Słabo. Ale skoro pytasz, pewnie wiesz, jak to działa. Dlatego właśnie rozmawiam z tobą. Mike mówił kiedyś, że jesteś jednym z niewielu, którzy odważą się napisać coś więcej.

- Ten chłopak mnie przecenia. Tamte czasy minęły bezpowrotnie.

- Nie wiem, być może. Ale nie zaszkodzi spróbować.

- O czym chciałabyś, żebym napisał?

- Nie o tym marszu.

- Nie? - zdziwiłem się.

- Nie - odparła. - Jaki jest sens pisać o marszu protestujących, sprzeciwiających się lub opowiadających się za setką różnych kwestii. I tak nikt nie zrozumie, o co naprawdę chodzi.

- Coś mi mówi, że Mike udzieliłby innej odpowiedzi.

- Popatrz na te sępy dookoła - Jemma powiodła dłonią wzdłuż linii chodnika po przeciwnej stronie jezdni, a potem wskazała na reportera lokalnej stacji telewizyjnej, stojącego na poboczu z mikrofonem w dłoni. - Czy myślisz, że przyszedł tutaj, żeby zadawać pytania przechodniom? Wykonuje jedynie szablonową relację z miejsca zdarzenia, bez wnikliwej analizy, bez podania przyczyn i postulatów. Przekazuje po prostu najświeższe wiadomości z frontu czegoś, co nazwie potem "Bitwą o Filadelfię" lub nada jakiś inny idiotyczny tytuł.

- OK, rozumiem. W takim razie o czym według ciebie powinienem napisać?

- O tym, co robią tutaj Dick Cheney, Bush i cała reszta.

- A co takiego robią?

Wiedziałem, co odpowie, ale chciałem usłyszeć to z jej ust. Interesowała mnie intensywność jej reakcji. Z doświadczenia wiedziałem, że im bardziej ogniste przemowy i oskarżenia ktoś wysuwał, tym mniej wiarygodny był w tym, co mówił. Natomiast Jemma opowiadała wyjątkowo wstrzemięźliwie, jakby zbyt długo przyglądała się temu cyrkowi, żeby teraz ekscytować się kolejną odsłoną.

- Oboje dobrze wiemy, co robią. Chodzi o to, żeby teraz pozostali się dowiedzieli.

- Załóżmy, że nie wiem - powiedziałem, wyciągając z kieszeni dyktafon. - Nie masz nic przeciwko? - zapytałem.

- Nie, skądże - odparła, podrapała się w czoło, jakby wygrzebywała spod czaszki jakieś archiwalne dane, po czym rozpoczęła wywód. - W porządku. Skoro chcesz to usłyszeć, to weźmy na przykład takiego Andrew Card'a.

- Ma poprowadzić dzisiejszy zjazd i całą galę, prawda? - wtrąciłem.

- Tak, to właśnie on. Dam sobie rękę uciąć, że zajmie jakieś wysokie stanowisko w gabinecie prezydenta. Oczywiście o ile Al Gore nie rozjedzie Busha w ostatniej rundzie.

- Naturalnie - odparłem.

- No tak, ale kim właściwie jest Andrew Card. Wiesz może?

- Nie mam pojęcia - przyznałem.

- No właśnie. Jest prezesem Ford Company, a do dziewięćdziesiątego ósmego roku był szefem Amerykańskiego Stowarzyszenia Producentów Przemysłu Samochodowego. Jak myślisz, jaka jest szansa, że pozostanie obojętny wobec nacisku ze strony krajów żądających obniżenia poziomu emisji spalin? Czy z takim człowiekiem w gabinecie prezydenta można będzie mówić o lobbingu koncernów samochodowych?

- Lobbing wymaga strony, którą trzeba przekonać.

- A Andrew nie trzeba do niczego przekonywać - dokończyła. - Albo weźmy taką Gale Norton. Pewnie baluje gdzieś niedaleko z resztą chłopaków. Z tego, co wiem, ma największą szanse na ministerstwo zasobów naturalnych. Pracowała w nim w osiemdziesiątym piątym roku, ale co powinno nas zainteresować, to jej prywatna kariera, o której niewiele się dzisiaj mówi. Widzisz, Gale zaczynała jako główny prawnik w Mountain States Legal Foundation, gdzie reprezentowała takie korporacje, jak Amoco, Chevron, Exxon, Marathon Oil czy Texacco, a to był przecież dopiero początek jej kariery. Zaraz po tym wskoczyła na stanowisko asystenta wiceministra rolnictwa za czasów Reagana, a potem pracowała jako doradca do spraw środowiska naturalnego dla nikogo innego jak Busha seniora. W tym samym czasie pracowała dla firmy prawniczej Brownstein, Hyatt i Ferber, która to lobbowała w imieniu Delta Petroleum Corporation, zainteresowanej surowcami przybrzeżno-morskimi, Timet-Titanium Metals Corporations, przetwórcy metali, Shaw Group, wytwarzającej rury dla elektrowni i firm związanych z ropą, Warren Rogers Associates8,9 ... Chyba nie muszę dalej wymieniać?

- Nie, nie musisz. Pojmuję ogólny zarys.

- No więc najciekawsze jest to, że zarejestrowała się jako oficjalny lobbysta NL Industries, znanego poprzednio jako National Lead Company, firmy, która miała wytoczoną sprawę w związku z narażaniem dzieci na działanie ołowiu.

- Innymi słowy nie figuruje na szczycie listy popularności zielonych.

- Naturalnie, że nie, ale Bush senior, który zatrudnił ją jako doradcę w tych właśnie kwestiach, najwidoczniej nic sobie z tego nie robi. Ona sama znana jest z doktryny "Mądrego użytkowania", co nie oznacza nic innego, jak wyeliminowanie jakichkolwiek regulacji pro ekologicznych, które mogą ograniczyć rozwój gospodarczy8,9 . A to jest właśnie coś, co Bushowi młodszemu i jego sponsorom podoba się najbardziej.

- Myślisz, że wybierze ją na jakieś stanowisko?

- Jak znam życie, przyssie się do ministerstwa surowców naturalnych.

- Rozumiem cię, ale wiesz dobrze, że nie mogę o tym napisać. To tylko spekulacje. Poza tym do wyborów zostało jeszcze kilka miesięcy.

- I to jest właśnie największy problem. Możemy coś zrobić, ale dopiero po fakcie. A rzeczywistość dziś jest taka, że bogacze, prezesi i potentaci, zarabiający najwięcej ze wszystkich, to ci sami ludzie, którzy zajmują rządowe stołki. Większość zaczyna jako lobbyści, którzy wskakują potem na rządowe posadki, tylko po to, by po kilku latach oddanej służby korporacjom zostać przyjętymi z powrotem na ich łono, tym razem w charakterze prezesów, dyrektorów i innych zawodników pierwszej ligi. W międzyczasie ludzie i przyroda cierpią, ponosząc kolosalny koszt tej korupcyjnej roszady.

- Musiałbym mieć coś konkretniejszego - powiedziałem.

- Nic konkretniejszego nie znajdziesz. Mogłabym powiedzieć, że dr Condoleza Rice, która będzie jutro przemawiać wraz z Dickiem Cheneyem, była w zarządzie korporacji Chevron i Charles Schwab10 . Ale dopóki nie dostanie stanowiska związanego z ropą lub wojskiem, nie będzie miało to żadnego znaczenia. Przynajmniej nie dla prasy. Każdy rozumny wyborca powinien wiedzieć, że ktoś, kto raz dostał pensję z najwyższej półki, prędko nie zrezygnuje z tego rodzaju dochodów.

- Na pewno masz całą listę takich potencjalnie skorumpowanych polityków? - zapytałem.

- W zasadzie nie wiem, czy można w ogóle myśleć o nich w kategoriach korupcji. Cały ten system jest tak przeżarty przez brudne pieniądze, że trudno już odróżnić wszystkie subtelne formy sponsoringu i lobbingu od zwykłego łapówkarstwa.

- Musi być przecież jakiś sposób! Na pewno masz źródła informacji.

- Informacje pochodzą od ludzi. Ktoś pracuje dla senatora, ktoś inny dla prokuratora lub po prostu zostaje zwolniony z firmy za postępowanie zgodne z własnym sumieniem. Internet pod tym względem może być dla nas wybawieniem. Czy wiedziałeś, że Boeing wypuścił setki wadliwych samolotów 737?

- Nie, nie wiedziałem - przyznałem.

- Dokładnie. Nikt nie wiedział, dopóki dwóch zwolnionych pracowników nie wytoczyło im sprawy w sądzie. Myślisz, że wygrali?

- Trudno powiedzieć.

- Te samoloty mają wadę konstrukcyjną, której nie da się naprawić. Ich szkielet został wykonany z materiałów, które korodują już po ośmiu latach. Na całym świecie są ich setki, jeśli nie tysiące. To latające bomby zegarowe. Myślisz, że mielibyśmy te informacje, gdyby nie ci odważni ludzie?

- Nie wiem, ale co to ma wspólnego z tym konwentem?

- Powinieneś raczej zapytać o to, co to ma wspólnego z tobą?

- W takim razie powiedz, co według ciebie powinienem zrobić po naszej rozmowie?

- Tego nie mogę powiedzieć. To zależy tylko od ciebie. Ale pozwól, że dokończę to, co mam do powiedzenia o naszych gościach.

- Słucham.

- Oprócz Dicka Cheneya, o którym chyba nie muszę mówić, jest tutaj cała rzesza indywidualnych przedsiębiorców, którzy krążą wokół niego jak satelici i czekają na okazję, żeby dostać się do Białego Domu.

- Kto na przykład?

- Donald Evans, przewodniczący giganta energetycznego, Tom Brown Inc... Jest prawdziwym liderem w dzisiejszej grze. To on organizuje grupę "Pionierów", ludzi zaszczyconych tym tytułem po zebraniu przynajmniej stu tysięcy dolarów od firm i udziałowców10 . To oni właśnie będą mieli otwarte wejścia do białego domu. To im będą wyświadczane przysługi i to właśnie nimi powinieneś się zainteresować.

- Sto tysięcy to nieduża kwota jak na kampanię.

- Sto tysięcy? Ja mówię o milionach, dziesiątkach milionów dolarów. Nikt nie wie, ilu jest Pionierów i nikt nie chce się tym zainteresować. Wydają setki tysięcy dolarów, a bezrobotni w tym kraju nie mają za co żyć. Nie stać ich na opiekę zdrowotną i bankrutują lub umierają, jeśli choroba dopadnie ich, gdy są w dołku. Decyzje podejmowane na szczycie rujnują życie Amerykanom, którzy dźwigają na plecach zadłużenie tego kraju. Tymczasem Pionierzy i ich kukiełki podejmują decyzje, które są w interesie korporacji, a nie ich pracowników i reszty obywateli. A media potulnie milczą, biorąc udział w tym procederze, przez co większość ludzi nie ma o nim zielonego pojęcia.

- Wiesz dobrze, że przed wysuwaniem oskarżeń potrzebne są niezbite dowody. Bez nich żadna redakcja nie podejmie ryzyka.

- A co, jeśli powiem, że mam listę kandydatów do głównych resortów, a ci, których przed chwilą wymieniłam, mają już zapewnione miejsca?

- Nic mi to nie da. To tak jakbyś powiedziała, że ktoś się gdzieś włamie się do banku, tylko nie wiesz dokładnie gdzie i kiedy.

- To prawda, ale zanotuj to sobie. - Spojrzała na mnie, czekając, aż wyjmę notes.

Uniosłem dyktafon odrobinę wyżej. Skinęła głową z aprobatą i zaczęła wymieniać:

- Steven Griles, były lobbysta dla Amerykańskiego Instytutu Paliwowego, Narodowego Stowarzyszenia Górniczego i miedzy innymi firmy naftowej Sunoco. Będziesz mógł znaleźć go w ministerstwie spraw wewnętrznych10 .

- W porządku. Kto jeszcze?

- Ann Veneman, była dyrektor firmy Calgene, wykupionej później przez Monsanto, lidera na rynku pestycydów i genetycznie modyfikowanej żywności. Za jej kadencji w Calgene wprowadzono na rynek pierwsze genetycznie modyfikowane warzywa10 . Myślę, że taka kobieta na pewno przyda się członkom zarządu Monsanto przy przepychaniu przez granice naszych genetycznie modyfikowanych roślin.

- Kto jeszcze?

- James Connaughton.

- I według twoich informacji zostanie...?

- Tego jeszcze dokładnie nie wiem. Będziemy musieli poczekać do stycznia.

To, co mówiła Jemma, zdawało się być oczywiste, a jednak sposób, w jaki o tym mówiła, pewność, z jaką podawała nazwy, daty i nazwiska uświadomiły mi, jak niewiele tak naprawdę wiem o scenie politycznej i kryjących się w cieniu manipulatorach. Rzuciłem okiem na kroczącą obok Laurie. Nie była w ogóle zainteresowana rozmową. Nie wiem, czy to przez gwar ulicy nie docierały do niej słowa Jemmy, czy może wolała z jakiegoś powodu udawać niezainteresowaną. Tak czy inaczej szła po mojej prawej, celując co jakiś czas obiektywem w interesujący ją fragment tłumu.

- Czyli jesteś pewna, że Bush wygra? - zapytałem.

- Jestem realistką - odparła, rozglądając się za kimś. - Słuchaj, nie wiem, co zrobisz z tymi informacjami. Prawdopodobnie nic. Z resztą nie zdziwiłabym się, gdybyś to wszystko zignorował. Wiem, że dzisiaj każdy tekst musi być podparty dowodami i niewiele można zdziałać bez oficjalnych źródeł, ale teraz masz przynajmniej punkt zaczepienia. Jeśli będziesz chciał, na pewno znajdziesz coś, co potwierdzi te informacje. Tak naprawdę są setki ludzi, którzy śledzą każdy krok tych bandytów, a kiedy któryś popełni błąd, dowiesz się o tym z Internetu i będziesz mógł o tym napisać.

- Niestety to nie takie proste - odparłem nieco zbity z tropu. - Ale masz rację, mogę spróbować.

- Cieszę się, że się rozumiemy. A tak na marginesie, myślę, że najszybszą drogą będzie dotarcie do źródła.

- Źródła czego? - zapytałem zdziwiony.

- Źródła dolarów - odparła. - Gdybyśmy wiedzieli, kto wyłożył na tę kampanię najwięcej, moglibyśmy przewidzieć, dla kogo szykują stołki. Miękka kasa, która płynie z firm wprost do Białego Domu, jest chyba najlepszym tropem.

- Wybory dopiero w listopadzie - przyznałem. - Dwa miesiące to sporo czasu.

- Zgadza się. A ty masz szansę na napisanie o tym z zupełnie nowej strony. Trzeba tylko znaleźć odpowiedni punkt zaczepienia.

- Biura kampanii wyborczej?

- Dokładnie - odparła, ale nie powiedziała nic więcej. Tłum zatrzymał się przed pierwszym kordonem policji.

- Co się dzieje? odezwała się Laurie.

- Wejdź na śmietnik i zobacz - odparłem. Dziewczyna nawet na nas nie spojrzała. Wskoczyła na pojemnik, stojący pod latarnią, objęła jedną ręką słup, a drugą podniosła obiektyw. Po chwili aparat wypuścił serię błysków, po których w powietrzu rozległ się gwizd policyjnego gwizdka.

- Wszystko w porządku - powiedziała Laurie. - Nasi górą, gliny odpuszczają. Możemy iść dalej.

Zeskoczyła na chodnik pełna ekscytacji i ruszyła żwawo do przodu. Jemma spojrzała na mnie, a ja wzruszyłem ramionami.

- Co zrobisz? Takie są dzisiaj dzieciaki - westchnąłem.

- Masz dzieci, Jerry? - zapytała.

- Mam, córkę, ale nie mieszkamy razem.

- To niedobrze. Powinna wiedzieć co czeka ją za kilka lat. Powinna...

- Wie - przerwałem. - Siedzi w tym głębiej niż ja sam. A już na pewno głębiej niż bym tego chciał.

- Dzisiaj dzieciaki żyją tak, jakby nigdy nie musiały wyjść z piaskownicy.

- To nie ich wina tylko rodziców. To oni nie chcą dorosnąć.

- Napiszesz o tym? - zapytała.

- Nie wiem. Myślisz, że powinienem?

- Nie ważne, co myślę. Pytam, czy chcesz o tym napisać.

- Na razie muszę skleić ten artykuł. I ciągle nie mam nic nadającego się do publikacji.

- No to może to? - Wskazała na grupkę mężczyzn palących amerykańską flagę.

Jeden trzymał drzewiec, drugi podpalał płótno, a pozostała trójka wykrzykiwała coś, wznosząc do góry pięści. Chwilę potem dwaj policjanci na rowerach śmignęli koło nas i wjechali z dużą prędkością w tłum zebrany wokół piromanów. Jeden wyciągnął zza pasa butelkę wody mineralnej i spryskał dopalające się płótno, podczas gdy drugi odepchnął jednego z podpalaczy, grożąc mu wyprostowanym palcem.

- Jednak nie obędzie się bez incydentów - stwierdziłem.

- To nic. Nie pamiętasz, co działo się w zeszłym roku w Seattle?

- Pamiętam. No właśnie. Tak mi się wydawało, że coś tu za spokojnie.

- To dlatego, że nie dopuściliśmy do udziału żadnej ogólnokrajowej organizacji. Nie chcemy rozróby na własnym podwórku. Wyjaśniliśmy to komendantowi tutejszej policji i wydaje mi się, że uwierzył w nasze dobre intencje.

- Rzeczywiście - przyznałem. - Całość wygląda dość spokojnie. Jak na nielegalną demonstrację oczywiście.

- Dokładnie. I o to właśnie chodzi. To ogromny sukces. Nasi politycy dostali jasną wiadomość. Nie powinni byli odsprzedawać tego miejskiego terenu. Powinien być dostępny dla wszystkich obywateli. Zresztą policja to też ludzie, a my nie jesteśmy krajem trzeciego świata, żeby zamykać nas w parkach miejskich, albo separować od bogatych biznesowych dzielnic.

- Zaplanowali miejsce konwencji dość daleko - zauważyłem. - Z dala od centrum.

- Ale przecież oboje wiemy, że to nie o przemówienia w Wachovia Centre tu chodzi. Wszystko dzieje się tutaj, wzdłuż tej ulicy i dalej na zachód. Wszystkie ważne rozmowy będą miały miejsce w prywatnych salach pięciogwiazdkowych hoteli i restauracji. To przecież nie tam tylko tutaj, podczas ekskluzywnych śniadań i wieczornych przyjęć koktajlowych, nawiązywane będą kontakty i zawiązywane sojusze.

- Rzeczywiście trudno uwierzyć, że te czterdzieści pięć tysięcy uczestników przyjechało tu, żeby słuchać Laury Bush.

- To prawda. Zresztą nawet Colin Powell i Dick Cheney nie powiedzą nic, co mogłoby zainteresować delegatów. Jedynie sektor korporacyjny będzie uważnie wsłuchiwał się w to, co będą obiecywać.

Przytaknąłem, ale nie odezwałem się. Wiedziałem, że nie wyciągnę od niej niczego więcej. A już na pewno niczego, co mógłbym wykorzystać w artykule. Jemma uśmiechnęła się nieświadoma porażki.

- Będą węszyć obietnic ukrytych między wierszami - dodałem, jakby na otuchę.

- Zgadza się, będzie dokładnie tak, jak mówisz - przytaknęła, wprowadzając moją ciekawość w ślepy zaułek.

Nie wiedziała o tym, ale właśnie zgasiła ją jak papierosa. Nie dała się sprowokować i nie zdradziła niczego, czego nie usłyszałbym od każdego demonstranta z tłumu.

- Dziękuję ci za rozmowę - powiedziałem, podając jej rękę.

Jemma obrzuciła mnie zdziwionym spojrzeniem. Nie rozumiała, dlaczego przerywam w połowie. Nie wiedziała bowiem, że Fisher jest kapryśny i nie lubi, gdy ktoś wyskakuje przed szereg.

- Również dziękuję - odparła z rezerwą. - Mam nadzieję, że zapamiętałeś coś z tego, co mówiłam. Jeśli chcesz zobaczyć, co tak naprawdę tutaj robią... - Wyjęła z torebki notes, przewróciła kilka kartek i powiedziała: - Bądź jutro o dziewiątej przed Four Seasons Hotel.

- Dlaczego akurat tam? - zapytałem.

- Nie bój się, to nie żaden podstęp. - Uśmiechnęła się. - Będzie tam stadko senatorów i hien biznesu. Klasyczne wtorkowe śniadanko po okrągłym tysiączku za talerz.

- Jeśli do tego czasu nie znajdę nic, co nadawałoby się do druku, zajrzę - odparłem. Pożegnałem się i ruszyłem do przodu szukać Laurie.

Gdy doszliśmy pod First Union Centre, na miejscu było już kilka tysięcy ludzi. Tłoczyli się i kręcili wokół budynku Wahovia Centre, wypełniając otaczający go parking i rozstawiony na nim namiot. Jeśli wziąć pod uwagę skalę i rozmach, z jakim podjęto piętnaście tysięcy dziennikarzy z całego świata, manifestacja, która tam dotarła, nie robiła już tak wielkiego wrażenia. Na zewnątrz budynku Centrum, pośrodku wielkiego placu, rozbito ogromny prostokątny namiot-miasteczko, w którym dziennikarze mogli spokojnie rozlokować się i odpocząć, oczekując na przemówienia i inne punkty programu.

Jednym z przedstawicieli czwartej władzy był Jim Darroth, publicysta o kilka lat młodszy ode mnie, choć dorównujący mi entuzjazmem na poziomie pozbawionego złudzeń sceptyka. Zaczepił mnie, gdy podziwiałem dwie aktywistki, przebrane za prostytutki próbujące zwrócić na siebie uwagę mediów.

- Co myślisz o tym wszystkim? - zapytał, popijając kawę ze styropianowego kubka.

- Nie mam zdania - odparłem. - Tak naprawdę to nie powinno mnie tu być.

- To tak jak większości z nas. - Wskazał na kolegów po fachu. - A jednak tu jesteśmy.

Miał rację. Rozejrzałem się do dokoła i rzuciłem okiem pod dach pawilonu. Przedstawiciele prasy zdawali się zapominać, po co tam przybyli. Jeśli wierzyć organizatorom, tamtego dnia w namiocie powinno być co najmniej dziesięć tysięcy dziennikarzy, a patrząc na przestrzeń pod zadaszeniem, mogłem stwierdzić, że prawie dwie trzecie miejsc było zajętych. Dlaczego nie zajmowali się tym, co było naprawdę istotne? Dlaczego tkwili tam, czytając gazety, dzwoniąc do znajomych, drzemiąc lub czekając na Bóg wie co, zamiast relacjonować sesje w środku i protesty na zewnątrz?

W czasie, gdy Billy Tauzin i lider większości Dick Armey prowadzili tuż obok debatę o podatkach, jedynie część z ludzi mediów pofatygowała się, by zaszczycić ich swoją obecnością. Gdy wszedłem do środka, zobaczyłem niewielką grupkę kilkunastu korespondentów, którzy zadawali pytania o rzeczy naprawdę istotne. Zastanawiało mnie, po co tam jesteśmy, skoro nikt nie zadaje pytań, które powinniśmy zadawać, których oczekują od nas zwykli obywatele i oddani sprawie aktywiści tacy jak Jemma i Mike.

Zająłem miejsce, posłuchałem chwilę, zadałem kilka pytań rzuconych w pustą przestrzeń, wysłuchałem odpowiedzi, wymijających lub nietrafiających w sedno sprawy, i po kilkunastu minutach moderator w końcu przestał udzielać mi głosu. Zauważył zniesmaczenie na twarzach polityków i wybierał już tylko korporacyjne sępy z wielkich ogólnokrajowych stacji telewizyjnych. Wyszedłem na zewnątrz zrezygnowany i stanąłem pod namiotem.

Zaczynałem rozumieć siedzących tam reporterów, ich apatię i chęć powrotu do domu. Kupiłem kawę i usiadłem na jednym z plastykowych krzeseł, tuż przy wejściu, w miejscu z widokiem na parking. Obserwowałem, jak dwóch policjantów i trzech ochroniarzy szarpie się z wykrzykującymi coś kobietami. Domyślałem się, że ich głębokie, wyzywające dekolty i czarne skórzane mini spódniczki miały symbolizować kurestwo polityki. Dla mundurowych jednak, niewrażliwych na dwuznaczność tego artystycznego przekazu, nie różniły się niczym od prostytutek, które zaludniały wieczorami spokojne niegdyś ulice Filadelfii. Aktorki-aktywistki padły ofiarą własnej kreatywności. Zapomniały, że dla mundurowych istnieją tylko dwie strony barykady: ta, po której stoi państwo i ta, po której stoi obywatel.

Przyglądając się tej scenie, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że wszyscy stoimy po niewłaściwej stronie, tylko jeszcze o tym nie wiemy.

II. Miss Liberty

Następnego dnia, już bez Laurie, wybrałem się pod Four Season Hotel, tak jak zasugerowała Jemma. Potrzebowałem artykułu, a przemowy pod dachem First Union Centre nie oferowały nic poza tradycyjną kiełbasą wyborczą. Zaparkowałem samochód na najdroższym miejscu parkingowym, na jakim dane mi było się zatrzymać i ruszyłem szerokim trotuarem w stronę otoczonego fontannami hotelu. Na pierwszy rzut oka scena wyglądała dość zwyczajnie. Przed hotelem zatrzymywały się jedynie ekskluzywne wersje najdroższych samochodów, a grupki bogatych, odprężonych garniturów znikały za oszklonymi drzwiami, wymieniając spostrzeżenia na temat kolejnej aukcji politycznych marionetek. Większość przechodzących przez lobby gości kierowała się w stronę restauracji, gdzie przez szklane szyby mogli podziwiać ogród i fontanny, z których raz po raz wystrzeliwały słupy i wstęgi wody. Byłem pewien, że Jemma pomyliła się, podając mi adres tego miejsca. Być może było tu sporo delegatów, ale z pewnością nie robili nic niezwykłego. Był to zwykły poranek, śniadanie i dyskusja przy kawie za sto dolarów. Miejsce to nie różniło się niczym od tuzina podobnych miejsc rozsianych po całym mieście.

Rozglądałem się jeszcze przez chwilę z nadzieją, że dostrzegę kogoś wartego uwagi, ale nikt taki nie pojawił się w zasięgu wzroku. Moją uwagę natomiast przykuła grupka młodych ludzi, dyskutujących przy małym skwerku po lewej. Była wśród nich szczupła blondynka, do złudzenia przypominająca jedną z kobiet, które widziałem przy Wachovia Centre dnia poprzedniego. Przyodziana w złotą koronę Miss Liberty i dopasowane lśniące trzewiki, przemierzała szerokość chodnika tam i z powrotem, jakby powtarzała nie do końca zapamiętaną rolę. Na jej piersiach spoczywało bikini w gwieździsty wzór z kopułami Białego Domu umieszczonymi w strategicznych miejscach, poniżej nich czarna mini i rajstopy z siatki o oczkach wielkich jak krokodyle łuski. Spod rajstop wystawały zatknięte tam pliki zwiniętych banknotów. Wyglądała jak prostytutka, która uciekła z domu wariatów i tak dobrze jej szło, że nie miała gdzie schować zarobionych dolarów.

Nie musiałem długo czekać na demonstrację przydatności jej stroju. Miss Liberty dopięła ostatnią zapinkę rybackich rajstop, po czym wraz z dwiema innymi kobietami ruszyły na podbój męskiej części gości. Grupka młodzieńców, niczym wierni fani, ruszyła za nimi.

Zasiadłem przy jednym ze stolików rozstawionych w wąskim ogródku tuż przy przeźroczystej ścianie jadalni na prawo od wejścia. Postanowiłem przyjrzeć się przedstawieniu.

- "Trent Lott's a corporate whore, we won't take any more!" - krzyczała blondynka. Kobiety skandowały za nią. Nie miały równie zmyślnego stroju co Miss Liberty, ale za to były równie zmotywowane. Dwie około dwudziestoletnie brunetki i trzydziestokilkuletnia blondynka. Wszystkie miały wyraz buntu na twarzy, a w ich oczach dostrzegłem niezwykłą determinację.

Trent Lott, którego tak żarliwie szkalowały, był liderem republikanów w senacie i, jak się później dowiedziałem, to właśnie na jego cześć urządzono to przedłużające się do późna śniadanie. Kobiety weszły do restauracji, wykrzykując "Tren Lott". Po chwili drzwi do lokalu rozsunęły się, wypuszczając na chodnik niewielką grupkę zdegustowanych tą sceną klientów. Chwilę po nich w drzwiach pojawiły się trzy kobiety, eskortowane przez ochronę hotelu. Towarzyszący im młodzieńcy zdawali się czekać na taki scenariusz. Gdy ochroniarze zajęli strategiczne pozycje po obu stronach drzwi, kilkuosobowa pikieta nagle rozszerzyła się, przyjmując w swe szeregi ludzi, którzy siedzieli do tej pory w samochodach zaparkowanych szczelnie jeden za drugim po drugiej stronie ulicy. W przeciągu kilku sekund grupa ustawiła się w długi rząd, zasłaniając ludziom wewnątrz widok na ulicę i fragment ogrodu. Tymczasem Miss Liberty podeszła do mojego stolika, zatrzymała się i zgięła wpół, udając, że poprawia coś przy butach. Widok kształtnych, wypiętych pośladków odbijał się bezczelnie nie tylko od szyby, ale i od twarzy wpatrzonych w nią mężczyzn w środku. Po kilku sekundach blondynka wyprostowała się, puściła do mnie oko i ruszyła wzdłuż szyby, omijając z gracją stoliki wystawione jakby jej na złość. Ku oburzeniu kobiet i osłupieniu mężczyzn prężyła półnagie ciało, przesyłając przy tym buziaki zażenowanym biznesmenom. Kiedy zainteresowanie hotelowych gości nieco osłabło, przeniosła się ze świtą przed hotelowe wejście, gdzie nieco głośniej i mniej teatralnie skandowali razem.

- "Lott, Lott, he's been bought, family values he ain't got!" - wykrzykiwali.

Jeden z mężczyzn stojących na chodniku wyjął plik banknotów i dołączył do koleżanki.

- Hej! - krzyknął za wychodzącymi z restauracji ludźmi. - Kupiliście dziś jakiegoś republikanina? Co udało się wam dostać za tysiąc dolarów?

Po kilku minutach pojawiła się policja i pierwsza ekipa telewizyjna. Jeden z ochroniarzy z hotelu próbował zasłonić kamerzyście widok protestujących i policjanci podeszli do niego.

- Czy oni czasami nie powinni przejść gdzieś dalej? - zapytał jeden z ochroniarzy hotelu.

- Mają prawo stać na publicznym chodniku - odparł policjant, dając mu do zrozumienia, że nie powinien ingerować.

Pamiętam, że kiedy było już po wszystkim i rozmawiałem z pewnym porucznikiem w wydziale cywilnym, skomentował to nieporozumienie jednym, wymownym zdaniem:

- Czasami musimy wyjaśniać im, że prawo działa, tyle że nie zawsze tak, jakby tego chcieli.

Jego słowa dały mi do myślenia. Sam trafniej nie określiłbym poziomu ignorancji, jakim potrafią wykazać się przedstawiciele biznesu i polityki. Choć nigdy się do tego nie przyznają, prawo jest dla nich jedynie jedną z wielu form legitymizacji władzy. Fakt, że słowa te wypowiedział policjant, tym dobitniej dowodzi roli, jaką według establishmentu spełnia władza wykonawcza. Według nich służby mundurowe mają za zadanie stać na straży prawa bogatych, a nie prawa per se.

Nie wiem, czy protest pod Four Season Hotel można było uznać za udany. Nigdy wcześniej nie byłem świadkiem czegoś podobnego i nie wiem też, jaką miarą można zmierzyć sukces takiego sprzeciwu. Widywałem już bitwy uliczne, podpalane samochody i demolowane sklepy podczas demonstracji, ale to, co przedstawiła grupa przed hotelem, było czymś zgoła innym. O ile tłumy agresywnych młodych ludzi wzbudzały w innych na ogół jedynie niepokój i niesmak, o tyle Miss Liberty i jej akcje dawały nadzieję na wywołanie głębszej, psychologicznej reakcji ze strony widzów. Odnosiły się bowiem bezpośrednio do sumienia, wywołując w winnych zdziwienie, zażenowanie, wstyd lub gniew. Był to nowy rodzaj aktywizmu, który podobnie jak cały aparat promocji i reklamy, sprowadzał się do skuteczności, odwoływał się do podświadomości odbiorcy, zmuszając go do zidentyfikowania się z sytuacją lub do jej całkowitej negacji.

Zaintrygowało mnie to. Ta atrakcyjna, dojrzała kobieta mi imponowała. Była pierwszym zjawiskiem od kilku dni, które warto było opisać. Postanowiłem zaproponować jej wywiad.

Kiedy w końcu skończyła, zaczepiłem ją i przedstawiłem, co miałem do zaoferowania. Obiecałem, że postaram się, by opublikowano jej przesłanie, zapał i energię, nie unikając przy tym najistotniejszych postulatów i żądań. Było to coś, na co niewielu mogło liczyć tamtego dnia. Obecność prasy była niemal namacalna, a jednak byli wciąż jedynie agentami wrogiego imperium. Aktywiści nie mogli liczyć na przychylność z ich strony. Jedyne, co dawało im nadzieję, to ten już przysłowiowy obiektywizm mediów, nadwyrężone przeświadczenie o sensie istnienia i wiara, że ktoś zauważy ich w kadrze ekranu, gdy nastąpi kluczowy moment. Kiedy zaproponowałem jej wywiad, prawdziwy, rzetelny wywiad, musiałem jawić się jej jako zbuntowany żołnierz, dezerter stojący nago na środku obozu wroga. Zmierzyła mnie wzrokiem, jakbym miał jakiś inny, ukryty motyw. W sumie nie dziwię się. Była piękną kobietą, stojącą przede mną w stroju bikini, a ja obiecywałem coś, czego trudno było odmówić. Każdy kierowany hormonami samiec starałby się wykorzystać taką sytuację. Z pewnością zdawała sobie z tego sprawę i chyba stąd pojawił się moment wahania.

Wiedziałem, że nie jestem jedynym reporterem, z jakim miała do czynienia. Sposób, w jaki mówiła, jak zmieniała tembr i barwę głosu sugerował, że miałem do czynienia z doświadczoną mówczynią. Niczym dyplomata idealnie dostosowywała się do oczekiwań rozmówcy, przejmując jego styl, poziom ekspresji i charakterystyczny dialekt. Zdumiewało mnie to i napełniało nadzieją. Jeśli to właśnie była nowa fala świadomych aktywistów, być może nie wszystko było jeszcze stracone.

Dopiero gdy poznałem ją bliżej, upewniłem się w przypuszczeniach. Dziewczyna nie była typową aktywistką, ale jedną z pierwszych w nowej fali działaczy, tworzących pomost pomiędzy szarym ludem, a wielkim biznesem i wszechobecnymi, oplatającym wszystko mackami. Nawet jej znajomi, których potem poznałem, przyznali, że Jass odstawała od nich pod wieloma względami. Wychowana w republikańskiej rodzinie była wśród swych obdartych i zubożałych towarzyszy niczym połyskująca dekoracja, której pochodzenie ciężko było ukryć. Klasa średnia, z której się wywodziła, oszczędziła jej wszystkich przykrości losu, przeciw którym pozostali musieli przeciwstawiać się na porządku dziennym. Nigdy nie brakowało jej niczego i chyba nigdy nie pomyślałaby o prowadzeniu tego rodzaju życia, gdyby było inaczej. Po ukończeniu wydziału prawa w Vermont pracowała przez dwa lata w spółce rozprowadzającej żywność. Następnie zatrudniła się w firmie konsultingowej doradzającej korporacjom, jak prowadzić politykę bardziej przyjazną dla środowiska. Wątpię, żeby którykolwiek z tych wychudzonych, twardych chłopaków, którzy jej towarzyszyli, mógł poszczycić się obejmowaniem wymarzonego stanowiska. Z drugiej strony jeśli uwierzyć ich zapewnieniom o bezinteresowności i poświeceniu, moglibyśmy założyć, że jakakolwiek praca w ramach kapitalistycznego systemu była z gruntu sprzeczna z ich przekonaniami, co w zasadzie usprawiedliwiałoby ich idealistyczny, choć na wskroś epikurejski sposób bycia.

Co się tyczy Jasmine, na pierwszy rzut oka można by przyznać, że kariera w doradztwie była również świadomym wyborem, w którym na plan pierwszy wysuwała się chęć naprawy świata. Ale czymże był konsulting i wszystkie pozostałe usługi, jeśli nie nowym produktem w kolejnej komercyjnej niszy? Firmy, które obsługiwała, stały przed koniecznością zmiany wizerunku, co dla niej z kolei stanowiło pretekst do pozostania w dotychczasowym bezpiecznym świecie. Zarabiając przyzwoicie, zapadała co noc w błogi sen, budząc się rano bez wyrzutów sumienia, ze świadomością własnej wartości. Mogłoby się zdawać, że to rozwiązanie idealne. Niestety czasami przychodzi taki dzień, kiedy bez względu na to, jak bardzo się staramy, jak sprawnie organizujemy sobie życie, wszystko co robimy okazuje się niewystarczające. Tak było i w jej przypadku. Z czasem przesiąkła ideami do tego stopnia, że zorganizowany, hermetyczny świat dochodowych firm odrzucił ją. Stała się ciałem obcym.

Po niespełna roku w firmie jej kompas moralny drgnął, a upragniona stabilizacja okazała się złudna, płytka i krucha. Ostatecznie porzuciła stanowisko na rzecz o wiele mniej płatnej posady w Rainforest Action Network. Zajęła się tam projektem zmian w sposobie finansowania kampanii wyborczych, co, jak się okazało, było zajęciem dla niej stworzonym. Dzięki kontaktom i obyciu w świecie wielkich korporacji stała się hybrydą tego, co najlepsze i najcenniejsze w jej profesji - zdolności do manipulacji, kompromisu i działania.

I w tej właśnie aktywnej roli miałem możliwość ją podziwiać. Gdy podszedłem, wiedziała, kim jestem, zanim zdążyłem się odezwać, zupełnie jakbym miał na czole napisane czarnym flamastrem: "dziennikarz".

- Nazywam się Jasmine Bloom - przejęła inicjatywę.

- Jerry Dawson. - Podałem jej dłoń. Spotkał mnie miękki i ciepły uścisk. Przez chwilę przyglądała mi się, jakby oceniała moją prawdomówność na podstawie nazwiska i dotyku dłoni, po czym uśmiechnęła się, obrzucając mnie ciepłym, zmysłowym spojrzeniem.

- Miło cię poznać, Jerry - powiedziała. Nie była ani poważna ani stanowcza. Jej drapieżne alter ego przykucnęło gdzieś pod ścianą świadomości i cierpliwie czekało.

- Chciałbym zadać ci kilka pytań - podjąłem, wyciągając dyktafon. - Oczywiście jeśli nie masz nic przeciwko?

- Masz na myśli wywiad? - zapytała, wchodząc do oklejonej reklamą budki telefonicznej.

- W zasadzie... - podjąłem, ale przerwałem od razu. Nie słyszała mnie. Budka była szczelnie zamknięta. Kiedy wyszła z tej prowizorycznej przebieralni, wyglądała mniej wyzywająco, choć wcale nie mniej ponętnie. Kręcone blond włosy, spięte z tyłu, podkreślały linię brwi i piękne jasnoniebieskie oczy. Miała na sobie białą, bawełnianą bluzkę stylizowaną na folklor z wycięciem na dekolt przewiązanym cienkim, luźnym sznurkiem i długie, bawełniane spodnie. Nie mogłem oderwać wzroku. To, co robiła, i to, jak wyglądała łączyło się teraz w efekcie synergii, bombardując świadomość wizerunkiem stworzonym do pożądania. Jej widok szeptał do mnie, wywoływał po imieniu ukryte potrzeby i najprymitywniejsze instynkty. Przez chwilę zapomniałem o wywiadzie. Chciałem po prostu stać i sycić się jej obecnością.

- Czy mam coś na twarzy? - zapytała, uśmiechając się.

- Poza tym bajecznym uśmiechem? - odparłem. - Nie.

- No dobrze - odparła nieco chłodniej. - Więc co z tym wywiadem?

- Nie mówiłem nic o wywiadzie - odparłem. - Chciałem po prostu zadać ci kilka pytań.

Uśmiechnąłem się lekko, próbując ją zachęcić, ale szczerze wątpię, żeby mój uśmiech był zachęcający. Próbowałem nie dać po sobie poznać, że emocje przejmują nade mną kontrolę, ale na to, oczywiście, było już za późno. Jass doskonale wyczuła moją słabość i potraktowała ją jak rzecz zupełnie naturalną. Przyglądała mi się z tą samą pobłażliwą miną, z jaką kobiety przyglądają się napalonym nastolatkiem wpatrzonym w ich dekolt.

Czułem na sobie jej rozbawiony wzrok i za wszelką cenę próbowałem się opanować. Wmawiałem sobie, że muszę tylko dowiedzieć się więcej, opisać ją, dokleić do reszty osób spotkanych w przeciągu tych dwóch dni, a potem zapomnieć o niej tak, jak się zapomina o ludziach, którzy tylko mijają nas w życiu, pozostawiając po sobie jedynie niknące echo. Prawda była jednak zupełnie inna. Imperatyw biologiczny przejął kontrolę, a mój umysł zdawał się błąkać gdzieś, próbując dogonić fantazje i myśli rozbiegane wokół Jasmine jak bezpańskie psy. Poddałem się jej zupełnie. Zostałem pokonany, zanim jeszcze zdałem sobie sprawę, że toczę walkę o panowanie nad sobą.

Nie wiem dokładnie, jak to zrobiła, ale nie minęło pół godziny, a stałem z nią przed szklanym wieżowcem na J.F.K. Bouleveard, zaczepiając przechodniów i wręczając im ulotki informujące o drugim spotkaniu o nazwie Shadow Convention, odbywającym się równolegle do zjazdu Republikanów.

- Więc naprawdę wierzysz, że twój konkurencyjny zjazd ma szanse na sukces? - zapytałem.

- Sądzę - odparła - że to pierwsza tego rodzaju okazja, żeby udowodnić sobie nawzajem, że potrafimy działać razem.

- Myślisz, że uda się wam wywrzeć wpływ na wyborców?

- Mam taką nadzieję - odparła i wyjęła po raz kolejny komórkę.

W przeciągu godziny otrzymała kilkanaście SMS-ów. Była jak centrum dowodzenia i centrala węzła komunikacyjnego w jednym. Po każdej wiadomości odpisywała jednej lub dwóm osobom rozmieszczonym w różnych częściach miasta. Dopiero potem wracała do mnie i ulotek.

- Tego rodzaju sojusze zazwyczaj kończą się, gdy ludzie... - podjąłem, ale urywałem w pół zdania. Jasmine znalazła bardziej interesującego rozmówcę. Spojrzała gdzieś za mnie, wytężyła wzrok i ruszyła do przodu, pozostawiając mnie w tyle.

- Zaczekaj sekundkę - rzuciła i zniknęła za moimi plecami.

Kiedy się odwróciłem, nagabywała jakiegoś chłopaka z aparatem na szyi i torbą na ramieniu.

Gdy patrzyłem, jak się oddala, zamęczając go pytaniami, pomyślałem, że może faktycznie ta kobieta uosabiała zjawisko, które warto było opisać.

Chłopak najwyraźniej nie był zainteresowany, ale nie dawała za wygraną. Z sekundy na sekundę oddalali się, pozostawiając mnie z garścią ulotek w ręku. Przez moment przeszło mi przez myśl, że powinienem rzucić to w cholerę i ruszyć za moim tematem. Czas naglił, a ja nie zebrałem jeszcze żadnych materiałów. Miałem zasadniczo dwa wyjścia: mogłem pozostać z Jass i bawić się w roznosiciela ulotek albo odzyskać kontrolę i zabrać się za to, za co mi płacą. Niestety imperatyw biologiczny wciąż trzymał mnie w hormonalnym uścisku i za każdym razem, gdy chciałem rzucić trzymanymi w dłoni ulotkami, przed oczami stawał mi obraz Jasmine: odważnej, nietuzinkowej, intrygującej.

- Liczę na ciebie, Bruce! - krzyknęła, pozwalając mu odejść. Chłopak pomachał jej nieco zmieszany.

- Znajomy? - zapytałem. Podejrzewałem, że znam odpowiedź. Jass bezbłędnie wychwyciła sugestię.

- Nie, nic z tych rzeczy - rzuciła. - To tylko kolega. Początkujący reporter. Zamęczam go, gdy tylko mam okazję. To właśnie na takich jak on możemy dziś najbardziej liczyć. Pytałeś o coś?

- Tak. Chciałem zapytać, czy myślisz, że... - zacząłem, ale znów wyrwała do przodu bez słowa. Kolejny nieznajomy, kolejna prośba o wsparcie, a ja z plikiem ulotek w ręku, stojący bezradnie na chodniku pełnym mijających mnie ludzi. Zaczynało mnie to irytować.

- Bill! Bill Murphy! - krzyknęła, machając radośnie do kogoś w tłumie. Elegancki mężczyzna około czterdziestki wychodził właśnie z restauracji po drugiej stronie ulicy. Jasmine przemknęła między sunącymi samochodami i zanim zdążyłem zareagować, stała już obok niego.

- Wiesz, naprawdę dobrze cię widzieć - wyznał, gdy dotarłem na drugą stronę. Schowałem ulotki i stanąłem w bezpiecznej odległości.

- Co tutaj robisz? Przyjechałaś z powodu zjazdu? - zapytał.

- Prowadzimy kampanię na rzecz wycofania z obrotu "miękkich pieniędzy" i lobbujemy za reformą finansowania wyborów.

- Ambitny cel - przyznał, wpatrując się w jej dekolt.

- Potrzebujemy każdego możliwego wsparcia. Twój głos byłby znaczący i mógłby zdziałać wiele dobrego. Pracowałeś z tymi ludźmi i wiesz, jak działa system.

- Chcesz powiedzieć, że jestem jednym z tych ludzi? - spytał rozbawiony.

- Wiem, że jesteś dobrym człowiekiem. Niewielu jest już takich jak ty. Wciąż pamiętam, co zrobiłeś dla mnie i dziewczyn w Seattle - przyznała, spuszczając teatralnie wzrok na jego buty.

- Nie ma co rozpamiętywać wczorajszych niepowodzeń - stwierdził, przyjmując ten sam melancholijny ton.

- Wiem, ale gdyby nie ty na pewno wytoczyliby proces - wyznała, uśmiechając się zalotnie.

- Ten restaurator to rozsądny mężczyzna. Dbał jedynie o swój interes.

- Tak, wiem, rozumiem. Tak czy inaczej bardzo chciałabym, abyś pojawił się na konferencji. To by dla mnie naprawdę dużo znaczyło.

Rozmawiali jeszcze chwilę w podobnym tonie, wymieniając uprzejmości i zapewniając się o wzajemnym szacunku. Stałem za jego plecami, wpatrując się w wystawę sklepową i tylko przez chwilę udało mi się uchwycić wzrok Jasmine w odbiciu szyby. Czerpała przyjemność z mojej obecności, zupełnie jakby po raz pierwszy mogła pokazać komuś, na co tak naprawdę ją stać. Gdy postać biznesmena zniknęła ze sklepowej witryny, odwróciłem się i podszedłem do prześwietlającej mnie wzrokiem Jasmine.

- I jak? Gotowy na coś naprawdę dziennikarskiego? - spytała, przechodząc znów na wygodniejszy, bardziej chodnikowy język.

- Co może być bardziej dziennikarskiego niż to? - odparłem, wyciągając przed siebie plik papierowych kartek.

- Wiem, wiem. Przepraszam. Nie powinnam się tobą wysługiwać, ale jak inaczej miałam cię zatrzymać? - Uśmiechnęła się.

- Bądźmy szczerzy - podjąłem. - Wiem, że zrobisz wiele dla tego artykułu. Więc może na początek zaczniesz traktować mnie poważnie?

- Traktować cię poważnie, powiadasz? - zdziwiła się. - Ależ, my się dopiero co poznaliśmy, Jerry - dodała z uśmiechem. Ostatecznie odebrała ulotki z mojej dłoni. Czyniąc to, musnęła delikatnie mój kciuk, przeciągając opuszkami po zmęczonej, opalonej skórze. Sekundy rozpłynęły się w elektryzującej chwili. Nagły dreszcz przebiegł po moich plecach i musiałem przyznać, że jest naprawdę dobra w tym, co robi. Gdyby istniał kurs uwodzenia dziennikarzy, Jass mogłaby go prowadzić.

- Myślisz, że za cztery lata będą widzieli potrzebę współpracy? - spytałem. Usilnie próbowałem wrócić do ostatniej myśli. Mówiła coś o organizowaniu się ludzi. Zastanawiałem się, czy to właśnie to pytanie miałem zadać. Jej oczy coraz silniej odciskały się w wyobraźni, a ja coraz mniej kontrolowałem prąd własnych myśli.

- Kto? Ludzie? Społeczeństwo? Czy może któraś z organizacji społecznych? - zapytała, wpatrując się we mnie błękitnymi oczami. - Musimy pędzić do Annenberg Centre - machnęła ręką, przywołując mnie. Nie próbowałem pytać, gdzie to jest. Jej telefon zdążył zadzwonić i znów zanurzyła się w organizowanie naprawy świata.

- Zatrzymajcie go tak długo, jak dacie radę! - krzyknęła do słuchawki. - Będę tam za piętnaście minut. Może uda się go przekonać, żeby włączył się do debaty.

- Jakiś problem? - zapytałem.

- Nie, wręcz przeciwnie - przyznała, chowając telefon do lewej kieszeni. - Chodźmy, muszę być przy stanowisku, zanim ekipa CNN zwinie się i odjedzie.

Zanim zorientowałem się, byliśmy już w połowie drogi na parking. Jakimś sposobem zmusiła mnie do biegu przełajowego przez centrum miasta. Gdy zatrzymałem się zdyszany, próbując złapać oddech, Jasmine zdążyła zaczepić jeszcze dwóch mężczyzn w garniturach, rozmawiających o czymś przed białą taksówką.

- Panowie wybaczą, że przeszkodzę - podjęła, dostosowując ton do ich głosów. Była jak kameleon dostrajający barwę słów do otoczenia. - Nazywam się Jasmine Bloom. Pracuję w komitecie na rzecz zmiany sposobu finansowania kampanii wyborczych. Czy panowie są zaznajomieni z problemem?

Mężczyźni spojrzeli po sobie zdziwieni, po czym wybuchnęli śmiechem. - Tak, tak, droga Pani, jesteśmy świadomi problemu. Ale obawiam się, że na to trochę za późno - przyznał jeden.

- Na zmiany na lepsze nigdy nie jest za późno. Zapraszam do Annenberg Centre przy Walnut Street 380. Główny punkt programu nie potrwa dłużej niż godzinę, ale jestem pewna, że nie pożałujecie, panowie, spędzonego tam czasu.

- Podobno się śpieszyliśmy? - wtrąciłem, przerywając tę coraz mniej formalną rozmowę.

- Liczę na panów. Zapraszam do stanowiska Democracy in Motion. Będę tam do dziewiętnastej i z chęcią odpowiem na wszelkie pytania związane z problemami poruszanymi przez mówców.

- Idziemy? - zapytała, zerkając kątem oka. Wybrała numer z drugiego telefonu i wślizgnęła się do taksówki. Nie pozostało mi nic innego, jak ruszyć za nią. W samochodzie postanowiła być powściągliwa. Zupełnie jakby podejrzewała, że i tak nie napiszę o niej ani o kampanii. Wyjęła z torby notebooka i w ciągu piętnastu minut drogi, jaka dzieliła nas od budynku zjazdu, wykonała dwie rozmowy telefoniczne, odpisując jednocześnie na kilka krótkich maili.

- Zastanawiam się tylko, po co ciągniesz mnie za sobą? - powiedziałem. - Szofera przecież nie potrzebujesz. Dziennikarza zapewne też nie.

- Ależ Jerry - przepraszam cię najmocniej, nie chciałam, żeby to tak wyszło. Wynagrodzę ci to jakoś, obiecuję - dodała i uśmiechnęła się po raz kolejny.

Kiedy podjechaliśmy pod budynek uniwersytetu, okolica wyglądała podejrzanie spokojnie. Nic nie wskazywało na to, że odbywa się tu wydarzenie skupiające uwagę komentatorów politycznych. Nigdzie w zasięgu wzroku nie dostrzegłem tłumów. Schludne, estetyczne chodniki przed budynkiem z czerwonej cegły świadczyły o porządku i praworządności panującej w tej części miasta. Budynek, w którym odbywał się zjazd, w odróżnieniu od Wachovia Centre, był antonimem komercji i megapolizmu. Mikroskopijność wydarzenia, które aspirowało do rangi alternatywnego konwentu, uderzała już przy wejściu. Przechodząc przez szklane, przyciemniane drzwi, miałem wrażenie, że wszyscy ci ludzie wtajemniczeni byli w jakiś dziwny, sekretny rytuał, o którym pozostali mieszkańcy Filadelfii mieli się dopiero dowiedzieć.

- Audytorium jest w tamtą stronę - Jasmine wskazała korytarz i schody prowadzące na górę. - Dołączę do ciebie, jak podopinam wszystko tutaj - powiedziała i ruszyła w stronę oczekującej na nią ekipy telewizyjnej. - Mam nadzieję, że znajdziesz tutaj to, czego szukasz - dodała, odwróciła się i zniknęła za zakrętem korytarza.

Ruszyłem wąskim przejściem kierowany oznakowaniem na ścianach. W obszernym, opuszczonym pomieszczeniu na pierwszym piętrze znajdowały się kanapy i fotele, w których w każdy inny dzień studenci dzielili się spostrzeżeniami na temat historii, sztuki i ekscentryzmu wykładowców. Tamtego dnia jednak nie było nikogo. Gdy wszedłem na otwartą przestrzeń holu na drugim piętrze, nie dostrzegłem tam żywej duszy. Jedynie szklane drzwi na środku pomieszczenia zdradzały przejawy wzmożonej aktywności po drugiej stronie. Burze oklasków i przytłumione głosy mówców wydobywające się zza ich mlecznej powierzchni podpowiadały, że się spóźniłem. Podszedłem i sięgnąłem po prospekt leżący na stoliku obok. Otworzyłem rozpiskę i spojrzałem na zegarek. Część oficjalna rozpoczęła się niespełna pół godziny wcześniej. Według informacji na karcie za drzwiami przemawiał właśnie założyciel Miejskiego Kościoła Międzywyznaniowego, wielebny Edwin Sanders. Po nim przemawiać miał Gubernator Kalifornii, Gary Johnson, i jeszcze garstka ludzi o niemówiących mi nic nazwiskach. W programie były między innymi przemowy, filmy, występy i kabarety. Znalazł się tam nawet wieczorny Rapid Response Panel, którego członkowie mieli komentować na żywo wydarzenia z konwentu republikanów. Całość okraszono intrygująca nazwą "Drug War Reform Day" i pomyślałem, że coś takiego z pewnością musiało wzbudzić sensację wśród miejscowej prasy. Nie muszę chyba dodawać, jak bardzo się myliłem.

Kiedy otworzyłem drzwi i wszedłem do niewielkiego audytorium Filadelfijskiego Uniwersytetu, mój wzrok przykuła jedna, jedyna kamera telewizyjna ustawiona na podeście po środku widowni. W przeciwieństwie do ogromnej sceny i dziesiątek operatorów w First Union Centre miejsce to nie mogło liczyć nawet na cień tamtego zainteresowania. Było to dość dziwne, zważywszy że w Filadelfii media są bardzo konkurencyjne. Mamy przecież mnóstwo stacji telewizyjnych, różnego rodzaju etniczne gazety, trzy dzienniki i przynajmniej dwa alternatywne wydawnictwa. Czas antenowy i miejsce na papierze poświęcone polityce w tym mieście ustępuje jedynie uwadze skierowanej na scenę polityczną Waszyngtonu, a jednak media i tak potraktowały to miejsce po macoszemu. Uznałem, że albo nie zostały zaproszone, albo najzwyczajniej w świecie postanowiły się nie fatygować. Ta druga ewentualność doskonale potwierdzałaby opinię o mediach podzielaną większość świeżo upieczonych antyglobalistów. W zasadzie liczba dziennikarzy na sali dowodziła, że medialny obiektywizm to mit.

Zdziwiło mnie również to, co działo się na scenie. Pomiędzy dwoma płóciennymi ekranami, na których wyświetlano obraz rejestrowany przez kamerę ustawiono mównicę, za którą w natchnionych gestach i boskim gniewie przemawiał do zebranych około pięćdziesięciokilkuletni, ciemnoskóry duchowny. Jego słowa zdawały się płynąć nie z kartki, a z jakiegoś ukrytego wewnątrz duszy miejsca, źródła, w którym rodzi się i rozrasta natchnienie. Masywna postura i niski, mocny, rezonujący głos porywały wyobraźnię słuchaczy w równym stopniu co słowa płynące z ust.

- Spotkaliśmy się w mieście, w którym napisano i sygnowano Deklarację Niepodległości - mówił. - Wierzę, że dzisiejszego dnia musi zostać zapisana nowa deklaracja i że ta deklaracja pochodzić będzie właśnie z tego miejsca. - Wskazał na scenę pośród aplauzu i gwizdów. - Są bowiem ludzie, którzy muszą usłyszeć wiadomość przekazaną z tego właśnie miejsca. Są ludzie, którzy muszą zwrócić swój wzrok i uwagę na to właśnie miejsce - powtórzył, uderzając palcem o blat mównicy.

- Jestem przekonany, że to my będziemy ludźmi, którzy powiedzą, że oto powstaje nowa deklaracja i że ta deklaracja przedstawiana jest w imieniu nas wszystkich. Tutaj, w Filadelfii. Dzisiaj. Zapowiadamy, że nie będziemy dłużej bezczynnie czekać i pozostawiać niewinnych ludzi samym sobie. Nie będziemy pozwalać rodzinom, które są bezustannie represjonowane przez Wojnę z Narkotykami, by w osamotnieniu dźwigały ten ciężar. To właśnie my jesteśmy tymi, którzy podnoszą głos. Nie będziemy dłużej bezczynnie czekać i pozwalać spekulantom gromadzić bogactwo z wyzysku i wykorzystywania tych, którzy są nieproporcjonalnie dotknięci skutkami tej wojny. I to my musimy być tymi, którzy powiedzą, że niezbędna jest prawdziwa, a nie pozorna inwestycja w edukację, prawdziwa inwestycja w leczenie, prawdziwa inwestycja w zapobieganie, prawdziwa inwestycja we wszystkich obszarach, które mogą zmienić coś, które mogą sprawić, by narkotyki nie niszczyły naszych społeczności. Nie będziemy bezczynnie czekać i patrzeć, jak system prawa, cały system prawa karnego systematycznie wykorzystuje i wyzyskuje naszych braci. W szczególności zakłady karne. Ponieważ wiecie doskonale, co się dzieje. Wiecie, co stało się w tym kraju. Oni wszyscy znaleźli nowe złoto. A tym złotem jest czarne złoto. Wydobywają je w naszych społecznościach. Jestem przekonany, że dokładnie tak, jak nauczyli się kraść, dokładnie tak, jak nauczyli się tratować, dokładnie tak, jak nauczyli się bić, uciskać, poniżać i wykorzystywać w minionych latach tych, którzy mieli ziemię i pożądane surowce, tak samo teraz szukają tego nowego złota, czarnego złota. Złota, które napędza system penitencjarny, system penitencjarny, w którym spekulanci i paskarze bogacą się każdego dnia kosztem nas, tak jak siedzimy tutaj, w tej sali, w imieniu wojny, którą nazywają Wojną z Narkotykami. To my musimy jasno stwierdzić, że ta wojna jest zła i że nie będziemy dłużej siedzieć bezczynnie i przyglądać się, jak trwa nadal1 .

Lawina oklasków przetoczyła się przez salę. Nie było chyba nikogo, kto nie dałby się porwać energii duchownego.

Pomyślałem... Pomyślałem, że jest jakiś sens w tym, co mówił, choć nie do końca wiedziałem jaki. Gdybym wiedział, podszedłbym i przeprowadził wywiad, którego prawdopodobnie i tak nie mógłbym opublikować. Był zbyt radykalny, zbyt prawdziwy, bym mógł przekuć go na słowa.

- Dlatego że ten dzień jest dniem, jakiego nie znaliśmy wcześniej - kontynuował. - Dzisiejszego dnia możemy rozpocząć tu coś, co przetransformuje nasze społeczeństwo. Dzisiejszego dnia możemy zacząć coś, co sprawi, że prawo zostanie zmienione... - Jego zdania stawały się coraz krótsze, a ton głosu coraz bardziej zdecydowany. Publiczność reagowała bezbłędnie. Gwizdy i oklaski, będące wyrazem aprobaty, podtrzymywały atmosferę nadziei i zwycięstwa. Aplauz był jak refren wzniosłego hymnu płynącego z ust charyzmatycznego kapłana.

- Ten dzień - powiedział, powtarzając po raz ostatni - jest dniem, w którym mówimy: Koniec Wojny z Narkotykami. Dziękuję.

- Pięknie mówi, prawda? - Jasmine stanęła obok. Byłem tak zasłuchany, że nie zauważyłem, kiedy otworzyła drzwi i podkradła się od tyłu. Uśmiechała się. Jej błyszczące niebieskie oczy w półmroku audytorium przybrały barwę ciemnego szmaragdu.

- Myślałem, że jesteś z ekipą z CNN - odparłem.

- Nie byli zainteresowani udziałem w debacie.

- Ani tym co miałaś do powiedzenia?

- Zrobili kilka ujęć, chociaż jak dla mnie to kamera mogłaby być wyłączona. Widziałam po ich minach, że mówię o niewygodnych sprawach. Już po pierwszej minucie chcieli się uwolnić.

- Myślisz, że zmontują materiał o tym miejscu?

- Z pewnością, choć nie jestem pewna, czy będzie to pochlebna relacja. Wiesz, jak to jest. Wszystko zależy od tego, kto ma pakiet większościowy. No, ale dość o mnie. Jak ci się podoba impreza?

- Nie wiedziałem, że konserwatyści również odwiedzają takie miejsca - stwierdziłem, wskazując na wchodzącego na scenę gubernatora Nowego Meksyku.

- W niedzielę był tu Paul McCain, a wczoraj kongresmen John Campbell. Oboje są republikanami. Spójrz - powiedziała, wręczając mi dwie płyty oznaczone jako "Dzień 1" i "Dzień 2".

- I McCain przyszedł tu, żeby mówić o...?

- O reformie sposobu finansowania kampanii. Bardzo starał się wkomponować w niedzielny temat - przyznała Jasmine. - Ale jak obejrzysz sobie przemowę - powiedziała, wskazując na płytę - zobaczysz, że chodziło mu głównie o głosy dla Busha.

- Sam nie ma wielkich szans na wygraną - przyznałem.

- I dzięki Bogu - odparła i znów skupiła się na scenie.

- Aż tak nie cierpisz Republikanów? - zapytałem.

- Nie o to chodzi. Osobiście chciałabym, żeby wygrał kandydat zielonych, Ralph Nader. Nie miałabym też nic przeciwko McCainowi. Ale prawda jest taka, że dopiero kiedy Bush wygra, nasz ruch będzie mógł nabrać impetu. Ten człowiek będzie podejmował katastrofalne decyzje. I to dzięki niemu ludzie będą mogli wyrwać się z letargu.

- Katastrofalne decyzje - pomyślałem.

Zastanawiałem się, czy takie właśnie było prawdziwe oblicze aktywizmu. Poświęcanie status quo dla podźwignięcia się z popiołów.

- Czy to aby nie jest zbyt wysoka cena za to "przebudzenie?" - zapytałem.

- Nie ma innego wyjścia. Jest już za późno na czekanie. Trzeba działać, a Bush umożliwi działanie, stworzy przestrzeń, w której będziemy mogli się poruszać.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

CZĘŚĆ PIERWSZA - GŁUPIEC

I. Tabula Rasa

Gdy budzimy się rano i wszystko wskazuje na to, że nadchodzący dzień będzie prawdziwą kąpielą w szambie, bosym spacerem przez trawnik obsrany przez stado bezpańskich psów, uwierzcie mi, dzień ten najprawdopodobniej taki właśnie będzie. I nie dzieje się tak dlatego, że jakaś wredna, kosmiczna siła, niech to będzie karma, popycha nas wraz z wózeczkiem naszych nikczemnych uczynków. Dzieje się tak dlatego, że święcie wierzymy w nieuchronność losu.

W chwilach takich jak ta, gdy łatwiej jest zrzucić winę na los albo na tych, którzy go ujarzmili, by szczuć nas nim i poniżać, zastanawiamy się, co właściwie zrobiliśmy tym ludziom i dlaczego to właśnie nas wzięli za cel. Myślimy sobie, karma to suka, przypomina sobie o nas tylko wtedy, gdy zalegamy ze spłatą - i tkwimy w idiotycznym przekonaniu, że to nie my, a ktoś inny nawala na każdym kroku.

I tak, im większa porażka, tym chętniej szukamy winnych. Im bardziej upokarzająca sytuacja, tym łatwiej odsuwamy od siebie autorstwo własnej klęski. A jednak czasami zdarzają się dni, gdy możemy dać sobie dyspensę - dni, w których podnosimy się rano i od pierwszego momentu, wdechu i spojrzenia, wiemy, że spłacamy rachunek zaciągnięty nie przez nas, a przez kogoś innego. Czasami zdarzają się dni takie jak tamten.

Wyobraźcie sobie, że podnosicie się rano z wielkim bólem głowy, ale nie jesteście jeszcze pewni, czy to kac, czy może pozostałość po wczorajszej bójce. Wyobraźcie sobie, że nie wiecie, czy krew, która tu i ówdzie usztywniła wasze cuchnące ciuchy, pochodzi z jednej z ran, którymi wykwitło wasze ciało, czy może wręcz przeciwnie, jest odznaką chwały, herbem agresji, którą uprawialiście poprzedniej nocy. Załóżmy, że ciało, które próbujecie podźwignąć, jest obolałe do tego stopnia, iż z trudem odnajdujecie kończyny i zmuszacie je do heroicznego ruchu w górę. Załóżmy, że zwyczajny kac moralny jest pobożnym życzeniem, odległym luksusem, na który nie możecie sobie pozwolić. Macie przecież o wiele więcej na głowie niż tylko analizę własnego upodlenia. Przyjmijmy, że leżycie teraz u boku sześćdziesięcioletniej Marylin Monroe rozłożonej w pozycji "już dawno nie byłam tak rozluźniona, skarbie", a pokój, w którym obudziliście się, nie jest żadnym bliżej znanym pomieszczeniem, a jedynie pustą przestrzenią wypełnioną oparami alkoholu i zapachem seksu. Ogarnia was poczucie zażenowania i paląca potrzeba wydostania się z potrzasku. Chcecie się uwolnić, podrywacie się z łóżka, babcia otwiera lewe oko, tętno przyśpiesza i budzik, pieprzony budzik wyrywa was z tego cholernego koszmaru.

Sięgacie ręką po komórkę i próbujecie ją wyłączyć. Wiecie instynktownie, że tam jest. Przez sen, półprzytomni, nie tyle słyszycie, co czujecie, jak jęczy i charczy. Jesteście w połowie drogi z kanalizacji marzeń. Sięgacie po nią i już wiecie, że to ona jest wszystkiemu winna. Chwytacie komórkę, próbujecie wyłączyć, zaciskacie wokół niej pięść i rzucacie nią o ścianę. Robicie głęboki wdech, aby wasz mózg przyzwyczaił się do braku Marylin Monroe. I w tym właśnie momencie, gdy odwracacie wzrok, wasz układ nerwowy doznaje kolejnego wstrząsu. Marylin Monroe wciąż leży obok, może nieco młodsza, może odrobinę mniej zużyta, ale wciąż tak samo rozluźniona. Nie śpi. Spogląda na was lubieżnie. Zainfekowane dziąsła i brunatnożółte uzębienie odsłaniają uśmiech, który opowiada własną historię: mężczyzn, których całowała, whisky, którą piła, crack, który paliła, zaciągając się drżącymi dłońmi. Czujecie instynktownie i po chwili jesteście pewni, że musicie być niewidoczni, bezszelestni, zupełnie jakby was nie było, jakby straciła wzrok, wiecie, że musicie się podnieść, wstać i uciec, zanim zdąży wydusić dźwięk, do którego właśnie składa usta...

- Byłeś cudowny, skarbie - szepnęła zalotnie, wtulając się w mój nagi tors.

- Byłem? - spytałem głupio.

- Nie bądź taki skromny, złotko. Nie miałam takiego rżnięcia, odkąd zaczęłam się dobrze prowadzić.

Kłamała. Nie winię jej. Takie kobiety nie prowadzą się dobrze. Dają się prowadzić, a potem parkują z powrotem na miejscu, chodnik przed monopolowym, cztery płyty na prawo od wejścia.

Tak, zdecydowanie lepiej wyjść, zanim powie coś, czego wolałbym nie wiedzieć. Na samą myśl o dotykaniu jej, włos jeży mi się na głowie.

I co dalej? Niby wszystko w porządku, niby wszystko w normie. Wstaję, ubieram się, a ona patrzy na mnie kocim wzrokiem, śledząc moje dłonie walczące z rozporkiem. I właśnie wtedy, kiedy wydaje mi się, że opanowałem sytuację, kiedy myślę, że udało mi się cudem umknąć śmierci, wyssania przez miss zombie, narzucam bluzę, podchodzę do lustra i dostrzegam w nim gościa, którego nie rozpoznaję.

Ma średniej długości zaczesane do tyłu ciemne blond włosy i twarz ukrytą pod kilkudniowym zarostem. Wygląda na zmęczonego, trochę zaniedbanego, jakby kradł całą noc batoniki z maszyny przed motelem. Jasnoniebieskie, prawie szare oczy podpowiadają, że jest dobrym facetem, chociaż mogę się mylić, w końcu kradł te batoniki. I wtedy właśnie zadaję sobie pytanie: kim jest gość w lustrze? No właśnie. Nie wiem.

W taki właśnie sposób rozpoczął się tamten dzień. Który? Tamten. Dla mnie pierwszy, dla niego ostatni. Dlaczego rozdzielam siebie od niego? Spójrzmy prawdzie w oczy, on i ja to dwie zupełnie inne osoby. On jest tam, za zakrętem, przykucnięty trzyma cienką nitkę czasu przywiązaną na drugim końcu do mojej nogi i tylko czeka na odpowiedni moment, żeby szarpnąć i mi dowalić. Pociąga lekko, od czasu do czasu nadając morsem litanię parszywych uczynków, wybuchających mi w twarz z opóźnionym zapłonem. Chce, żebym się potknął, przewrócił, zatrzymał i zastanowił, ale ja nie mam zamiaru. Co to to nie. Kimkolwiek był, jest tam, a ja tutaj. Zostawił mnie samemu sobie, poza zasięgiem sumienia i zobowiązań, skazanego na wierzycieli, alimenty i urząd podatkowy, mimo że jestem przecież czysty jak łza, niewinny jak szata komunijna, dziewiczy jak czysta tablica, na której mogę zapisać, co mi się żywnie podoba.

Tak więc reasumując, tabula rasa: nic nie pamiętałem, nie wiedziałem, gdzie jestem, nie wiedziałem, kim jestem, i nie zastanawiałem się nawet, dlaczego mi to nie przeszkadza.

Wyszedłem na ulicę z cuchnącego motelowego pokoju. Nieprzyjemny, mroźny podmuch przetoczył się po ciele, przyklejając przepoconą, zakrwawioną koszulę do piersi, ramion i pleców. Zadrżałem.

Przede mną rozpościerał niewyszukany widok na pusty parking, za nim chodnik i przystanek autobusowy. Dalej rozciągała się dwupasmowa droga, biegnąca równolegle do ściany frontowej motelu. Za jezdnią rozciągało się wzniesienie pokryte szarą trawą, łysymi drzewami i krzakami.

Była zima. Wiatr dmuchnął, wgryzając się w skórę. Przez moment zastanawiałem się, czy nie wrócić. Wystarczyło wejść do środka i zamknąć drzwi.

Kawa i gorący prysznic były na wyciągnięcie ręki. Intymna chwila w zamkniętej kabinie i mała czarna z cukrem zdawały się mieć magiczną moc. Walczyłem z tą myślą najwyżej pięć sekund, bo moją uwagę przykuła nieco inna mała czarna.

Jedna z dobrodusznych dziewcząt zaparkowanych przy jezdni po prawej spostrzegła moje wahanie, poprawiła futerko, unosząc wystawione na chłód piersi i ruszyła mi na ratunek. Jej ciemne oczy i kakaowa cera przywodziły na myśl starą, zastygłą kawę, ani do końca czarną, ani wybieloną, z całą pewnością niestrawną.

- Czy wyglądam aż tak źle? - pomyślałem.

Piętnastodolarowa piękność uśmiechnęła się, lekceważąc wyraz zdegustowania na mojej twarzy i przyśpieszyła kroku. Wyglądała na czterdziestkę. Po kilku krokach na pięćdziesiątkę. Poczułem się jak ktoś zupełnie wyjątkowy.

Nagle zza rogu po prawej dobiegł pisk. Szara, zdezelowana furgonetka wyrzucona siłą odśrodkową wpadła w poślizg i runęła na jednokierunkową prowadzącą pod motel. Miała przyciemniane szyby, przerdzewiałe srebrne błotniki i nadpobudliwego kierowcę, który zdzierał asfalt z nonszalancją Jamesa Deana. Imponowanie dziwkom musiało być jego życiową ambicją. Dziewczyny z porannej zmiany nie wyglądały na zainteresowane. Jedna, stojąca z czekoladową czterdziestką poprawiła biustonosz, powiększając zapraszający gruźlicę dekolt, splunęła pod koła przejeżdżającego obok rowerzysty i odwróciła się w przeciwnym kierunku. Druga, zdeterminowana, wciąż uparcie kroczyła w moją stronę. Mimowolnie pomyślałem o portfelu.

- No tak, portfel - wymruczałem do siebie. - Wypadałoby sprawdzić, kim jesteś.

Kierowca furgonetki wyminął zaparkowanego pick upa, przyśpieszył i opanował pojazd, zarzucając tylnym zderzakiem na boki. Wyprostował i nacisnął hamulec zmuszając opony do kolejnego pisku. Długi, czarny ślad zdartej gumy kończył się tuż przede mną.

Spojrzałem na kierowcę i jego niedogoloną, kwadratową szczękę. Układał w myślach jakieś zdanie.

Czekałem przez chwilę z nadzieją, że ruszy do przodu. Kątem oka widziałem, że moja randka zbliżyła się na niebezpieczną odległość.

- Jeśli potrzebujesz wskazówek, lepiej kup mapę - rzuciłem w stronę kierowcy. Byłem poirytowany.

Kac zdążył już dojrzeć i siał spustoszenie. Nie miałem ochoty na rozmowy, zwłaszcza że nie miałem pojęcia, gdzie jestem. Poza tym jego gęba nie wróżyła niczego dobrego. Ruszyłem w lewo, chcąc go wyminąć, i tylko na moment mój wzrok zatrzymał się na twarzach w szoferce. Coś mnie tknęło. Zupełnie jakbym już gdzieś widział te gęby.

Gość za kierownicą spojrzał na mnie, jakbym ćwiczył na nim esperanto. Obrócił się w stronę pasażera, który z równie elokwentnym wyrazem twarzy wzruszył ramionami. Nagle wewnątrz pick upa coś się poruszyło, coś stuknęło o blachy i zaklęło głośno. Odwróciłem wzrok tylko na moment. Pasażer z przedniego siedzenia wyparował. Pomyślałem, że wbił się na tył, sprawdzić, co jest grane. Przez moment zapomniałem o irytacji i zbliżającej się adoratorce. Mój wzrok przyssał się do twarzy mężczyzny. Byłem pewny, że gdzieś go już widziałem.

Nagle kierowca obrócił się, dał znak komuś w tyle i chrząknął. Drzwi furgonetki rozsunęły się. Dwójka niezamaskowanych, całkowicie rozpoznawalnych zbirów wciągnęła mnie do środka.

- Ani słowa! - ryknął grubas, szarpiąc się ze mną, jakbym był workiem gnoju. Dyszał przy tym ciężko. Nie był w najlepszej formie. Męczył się, prawie mu współczułem.

- Na miłość boską! - usłyszałem głos z tyłu. Na twarzy pasażera, unoszącej się nade mną, malowało się zażenowanie.

- Pomożesz mi Cliff, czy jak? - Grubas szarpnął mocniej, dzięki czemu mogliśmy razem runąć na podłogę. Był dość niezdarny. Drugi zresztą również. Spięcie moich nadgarstków opaską samozaciskową okazało się sporym wyzwaniem. Z nogami poszło im lepiej, ale też mieli problemy. Dopiero gdy Gruby usiadł na mnie, chudy mógł zapoznać mnie z linką.

- Ile razy mam ci powtarzać?! - ryknął. - Bez imion, kurwa, bez imion!

Niezamaskowany, przedstawiony oficjalnie Cliff najwidoczniej nie przepadał za kolegą. Na jego twarzy, podobnie jak na twarzy grubego, nie było ani kominiarki ani pończochy, ani nawet chusty, tak nieocenionych w podobnych sytuacjach. Pomyślałem, że nie wróży to dobrze ani mnie ani ich kryminalnej karierze.

- Gdzie macie rajtki, chłopaki? - zapytałem. Wciągnęli mnie do środka więc wypadało zagadać. - Nie boicie się, że ktoś was rozpozna?

- Drugi raz nie uciekniesz - syknął Cliff.

- Dlaczego bandziory zawsze muszą wciągać ludzi do furgonetek? - spytałem. - Muszę przyznać, że jesteście wyjątkowo mało oryginalni.

- Stul ryj! - ryknął gruby. Obrócił się, podniósł i wsunął głowę między siedzenia. Kierowca toczył walkę z zapłonem.

- Co jest, do kurwy nędzy?! - wrzasnął jeszcze głośniej gruby. Kierowca spojrzał na niego, napiął się poirytowany i wrócił do piłowania rozrusznikiem.

- Nie mogę odpalić - krzyknął znad kierownicy.

- Pomocy - szepnąłem nieśmiało.

- Co on, kurwa, znowu kombinuje? - usłyszałem głos z tyłu. Postać przesunęła się na przód furgonetki i stanęła nade mną niczym kat. Kiedy podniosłem wzrok, zrozumiałem dlaczego się chował. Miał metr dwadzieścia w butach i zdeformowaną twarz. O mało nie parsknąłem śmiechem. Myślę, że tak reaguję na strach i na komicznych twardzieli.

- Coś z rozrusznikiem! - wrzasnął kierowca.

Karzeł trzymał w ręku taśmę izolacyjną. Rozciągnął ją, oderwał kawałek i z błyskiem w oku nachylił się nade mną.

- Pomocy! - krzyknąłem, próbując dopasować tembr do skrzeku karła. Nie spodobało mu się to. Kopnąłem energicznie w drzwi, a potem powtórzyłem to jeszcze dwa razy. Pokurcz sięgnął za kurtkę i wyjął zza pazuchy ogromny pistolet. Przyłożył mi zimną lufę do skroni i uśmiechnął się. To był paskudny, szeroki uśmiech. Przypominał ropuchę wyduszającą skrzek.

Wnętrze pojazdu było dość schludne. W powietrzu unosił się delikatny aromat brudnych skarpetek, ropy i nieświeżego oddechu. Podłoga wyścielona była niegrubym dywanikiem o włosiu przyjemnym w dotyku, a kolor butów grubego doskonale komponował się z gównem, w które wlazł ten drugi, szczuplejszy bandzior.

- Brzydzę się przemocą - wyznał mały, spoglądając na mnie z góry. - Ale nie pozostawiasz nam wyboru - nachylił się, przyjrzał mi się dokładnie, po czym z sadystycznym uśmiechem kopnął z całej siły w żebra. Nagły ból rozlał się po moim ciele, blokując na moment rozbiegane myśli. Chciałem go zapamiętać. Musiałem zapamiętać. Wiedziałem, że kiedyś zabiję tego karła, a do tego potrzebowałem pamięci, która najwyraźniej nie była moją najmocniejszą stroną.

Dołożył mi jeszcze ze dwa razy, zanim się uspokoiłem. Potem przypomniał sobie o taśmie w dłoni, przycisnął kolanem moją klatkę i zakleił mi usta. W międzyczasie kierowca wyszedł na ulicę, otworzył maskę i wymienił kilka kwiecistych uwag pod adresem silnika. Potem opuścił ją, wrócił za kierownicę, odmówił modlitwę, przekręcił kluczyk i zalał świece do końca.

- Do kurwy nędzy, Bobby! - warknął karzeł. - Ruszysz, czy mam przenieść tę kupę złomu na plecach?! - Pokurcz wydawał się być coraz bardziej poirytowany.

Zerknął na mnie nerwowo, jakby szukał pocieszenia. Uśmiechnąłem się do siebie i tylko przytaknąłem w geście solidarności.

- Melvin! - Kierowca o małpiej twarzy odwrócił wzrok w naszą stronę. - Suki! Jezu! Co robimy?!

- Wiedziałem! Do chuja, wiedziałem! - Cliff syknął, uderzając w coś pięścią...

I w tym momencie przerwę - dla objaśnienia sytuacji.

Otóż ja, na tym etapie wciąż bezimienny, leżałem na podłodze furgonetki. Nade mną stał Melvin, którego imię wspaniałomyślnie zdradził kierowca Bobby. Był z nami jeszcze Cliff, to ten, który siedział na miejscu pasażera. Był trochę strachliwy i czułem, że zaczął się pocić. Nogi trzymał mi gruby, wciąż jeszcze nieznany z imienia. Tak. To by było na tyle. A teraz kontynuujmy.

- Spokojnie panowie... - Melvin zdawał się być opanowany, ale krótki sygnał syreny wytrącił go z równowagi.

- Przepchnijcie pojazd! Powtarzam, przepchnijcie pojazd na pobocze! - glina z megafonem brzmiał jak naganiacz obwoźnego cyrku. - Tamujecie ruch!

- Cliff, Mike! - rzucił mały. - Wyskakujcie z Bobbym i przepchajcie nas z tych pieprzonych pasów.

Zanim zdążyli się ruszyć, skorzystałem z okazji i zacząłem mocniej wierzgać. Zdołałem kopnąć w tylną ściankę furgonetki. Sygnał syreny rozbrzmiał ponownie. Słyszałem wyraźnie dźwięk zatrzymującego się za nami radiowozu. Karzeł zacharczał i nadepnął podeszwą na moje gardło. Gruby Mike przycisnął mocniej moje nogi w kostkach.

- Przewozicie coś w środku? - usłyszałem głos gliniarza na zewnątrz.

- Nic przyjemnego - odparł kierowca. Bobby zdawał się być opanowany.

- Dokumenty i karta wozu - glina rzucił znudzonym głosem.

Cliff przeszedł na przednie siedzenie, żeby pomóc Bobbiemu. Przekopał schowki, boczne kieszenie i w końcu zlokalizował papiery dla kierowcy.

- Dzień dobry, panie władzo - Cliff zapiał falsetem.

- Proszę wyjść z wozu i otworzyć bagażnik - powiedział glina.

- No dobrze, ale uprzedzam, to nic przyjemnego - odparł Bobby.

- Słucham?

- Mam tam tylko kilka pustych klatek i dwa przejechane kocury.

- Proszę wyjść i pokazać.

Pechowy szofer wyszedł na jezdnię i stanął na wysokości drzwi po mojej lewej.

- Jak pan chce - powiedział.

Drzwi furgonetki rozsunęły się minimalnie i włochata łapa kierowcy podniosła niewielki plastikowy worek, leżący tuż przy mojej twarzy. W tym samym momencie subtelny do tej pory zapach zmienił się w dojrzały smród rozkładającego się ścierwa. - Jadę właśnie pozbyć się tego zucha - Bobby wysunął na zewnątrz worek i zademonstrował tak, by policjant mógł zobaczyć, powąchać, cofnąć się i może nawet wyrzygać. Glina, rzecz jasna, nawet nie drgnął. Spojrzał na kierowcę znad wąziutkich wąsów i powolnym ruchem dłoni odsunął od siebie ramię zakończone trupem. Mogłem to zobaczyć tylko dlatego, że uchylone przez kierowcę drzwi zaczęły się rozsuwać, powoli, niemal bezszelestnie niczym w idiotycznej scenie z komedii omyłek.

- Pan otworzy drzwi i pokaże te zwierzaki - powiedział policjant, zanim moja twarz zdążyła ukazać się w ciemnym wnętrzu furgonetki.

- Pan funkcjonariusz chce zobaczyć rozjechane zwierzęta? - Bobby tracił pewność siebie.

- Frank! - Policjant obrócił się i krzyknął do kogoś w radiowozie. - Skończ wpierdalać tego pączka i chodź pomóc.

Z przodu, ku zaskoczeniu kierowcy, rozległo się trzaśnięcie drzwiami. Latynos spojrzał na uciekającego wzdłuż drogi Cliffa i odruchowo sięgnął po broń. Gruby Mike puścił moje kostki, skinął na gotowego już karła i ruszył. W tym samym momencie furgonetka poruszyła się, drzwi rozsunęły się do końca, a ja ukazałem się w pełni okazałości. Glina z wąsem wyjął broń i wycelował w stojącego przed nim Bobbiego.

- Na kolana i ręce za głowę! - rozkazał. - Odsuń się od wozu i ręce za głowę - krzyknął. Potem zrobił krok w tył i odbezpieczył pistolet.

- Frank, goń tego gnoja! Mamy tu niezłą akcję! - dodał.

Nie wiem, czy chciał jeszcze coś dodać, ale nie zdążył. Boczne drzwi rozsunęły się do końca i ze środka wyskoczył Mike. W dłoniach zaciskał wielki kij bejsbolowy. Gruchnął nim po przegubach gliny. Pistolet opadł z brzękiem na jezdnię a tuż za nim twarz funkcjonariusza. Obróciłem się na bok. Mike jak opętany okładał glinę po plecach.

- Przestań Mike! - wrzasnął Melvin. - Bob, spierdalamy!

Bobby rozejrzał się, dostrzegł coś za furgonetką i zerwał się do ucieczki w przeciwnym kierunku. Krzyk drugiego policjanta rozległ się od strony radiowozu. Mike wciąż tłukł glinę leżącego na jezdni, pomagając sobie zamaszystymi kopnięciami. Huk wystrzału rozdarł powietrze i gruby Mike zachwiał się. Przyłożył dłoń do piersi, podniósł ją zakrwawioną i zatrzymał nieruchomo na wysokości twarzy. Przez moment próbował utrzymać równowagę, zataczając się i rozglądając na boki. Spojrzał na nas z głupkowatym zdziwieniem, jakby nie wierzył, że ktoś odważył się do niego strzelić, a potem runął na asfalt, uderzając głową w próg rozsuwanych drzwi.

Melvin zaklął po cichu. Przycisnął mocniej lufę do mojej skroni i szepnął.

- Odezwij się. Tylko się odezwij - syknął.

Spojrzał głębokimi czarnymi ślepiami w moje oczy, przeskoczył na przednie siedzenie i po cichu uchylił otwarte przez Cliffa drzwi. W tym samym momencie drugi policjant krzyknął i oddał strzał ostrzegawczy.

- Stój, bo strzelam! - wrzasnął w kierunku Bobbiego. Jego głos drżał. Nie wiedziałem, czy mówi do mnie, czy do biegnącego wzdłuż chodnika kierowcy. Do furgonetki podszedł bezpański kundel. Zatrzymał się przy zalanym krwią policjancie, obwąchał go, zawarczał i przeszedł dalej.

- Co z tą karetką, do diabła?! - mundurowy warknął do krótkofalówki.

Na krótki moment Bobby zniknął z jego świadomości. Melvin również mu umknął, zapewne przeklinając w myślach posranego ze strachu Cliffa. Tymczasem w otworze rozsuniętych drzwi zobaczyłem go w całej okazałości: tłusty, nieprzyzwoicie spocony glina z trudem podnosił się z pozycji klęczącej. Otarł czoło i pokiwał głową. Minęło kilka długich sekund, zanim jego wzrok mnie uchwycił.

- A ty to, kurwa, kto? - powiedział, zaciskając z wrażenia kciuk na krótkofalówce.

Gdybym mógł, uśmiechnąłbym się. Spojrzałem tylko w kierunku drzwi pasażera. Otwarte na oścież zdradzały drogę ucieczki karła. Sznur samochodów jadących z naprzeciwka musiał zapewnić mu osłonę w ucieczce. Na jego nieszczęście sygnał kolejnych radiowozów rozbrzmiewał z kierunku, w którym zmierzał. Miałem nadzieję, że nie zauważą go, dokładnie tak, jak nie zauważa się psów, gdy kierowcy nie chce się ruszyć kierownicą.

* * *

Wchodząc do ociekającego sennością komisariatu, pomyślałem o emerytowanej Marylin Monroe. Co robi teraz, o tej porze? Co może robić emerytowana Marylin Monroe? Myśl ta była najdalszym wspomnieniem, przy którym mogłem zakotwiczyć ciekawość: zęby Marylin Monroe i wyraz jej twarzy. Musiałem przyznać sam przed sobą, że zaczynało mnie to niepokoić.

- Tędy - zachęcił młody funkcjonariusz. - Proszę usiąść - wskazał na krzesło w przyciemnionym żaluzjami holu. - Zaraz ktoś się panem zajmie, panie Dawson.

W poczekalni obok siedział pobity chłopak z dziwną siatką spinającą włosy na głowie. Gniewne latynoskie spojrzenie podpowiadało, że matka, którą kocha nad życie, nie spisała się najlepiej. Brązowa pończocha naciągnięta na skroń w założeniu miała odstraszać innych samców, a jednak siniak pod opuchniętym okiem nadawał mu wygląd pobitej żony. Czy tak stylizują się tutejsze gangi? Z trudem zdławiłem cisnący się na usta uśmiech.

- Proszę za mną - powiedział młody, około trzydziestoletni gość. Był wysoki i dobrze zbudowany. Typowy hollywoodzki produkt. Nieprzyzwoicie przystojny, jak z reklamy. Kiedy doszliśmy do biurka, wskazał na krzesło, usiadł i wyjął notes. Hollywoodzki potwór, blond twardziel o twarzy dziecka z notatnikiem w dłoni wydawał się mimo wszystko życzliwy.

- Miło znów pana widzieć - powiedział po dłuższej chwili i uśmiechnął się.

- Wzajemnie - odparłem, starając się nie zdradzać, że go nie rozpoznaję. - Może przejdziemy do rzeczy?

- W porządku - rzucił. - Wiem, że jest pan zmęczony i na pewno chce pan wrócić do domu, ale jeśli mamy złapać tych, którzy to panu zrobili, musimy teraz zebrać więcej informacji.

Otarłem ręką czoło i odruchowo wsunąłem dłoń do kieszeni. Nie znalazłem pudełka papierosów. Znalazłem za to odruch.

- Palę - westchnąłem. - Pięknie, kurwa... Do tego wszystkiego muszę rzucić palenie.

- To straszny nałóg, wiem - powiedział laleczka. Wyjął z szuflady paczkę Marlboro i poczęstował mnie jednym. - Niech pan zatrzyma - powiedział i położył przede mną paczkę. - Przydadzą się panu. Przynajmniej dopóki pan nie rzuci.

Zaciągnąłem się i zakaszlałem, czując pieczenie w krtani.

- Albo masz raka, albo jednak nie palisz - pomyślałem.

- Panie Dawson - powiedział po dłuższej chwili - podczas wstępnych zeznań powiedział pan, że nie wie, kim byli napastnicy i nie ma pojęcia, w jakim celu próbowali pana uprowadzić.

- Zna mnie - pomyślałem.

- Panie Dawson? - powtórzył.

- Tak? No, tak. Jasne. Napastnicy - powtórzyłem tępo.

- Powtórzyć pytanie?

- Proszę.

- Pytałem, czy rzeczywiście nie wie pan, dlaczego ktoś chciał pana uprowadzić?

- Cóż... Panie...

- Detektywie - poprawił.

- Panie detektywie. - Uśmiechnąłem się. - Powody uprowadzeń sprowadzają się zwykle do jednej z trzech rzeczy: zabójstwo, okup lub wydobycie informacji z zabójstwem w pakiecie.

- No tak... - Laleczka westchnął. Najwidoczniej nie spodobało mu się moje nastawienie. - A te siniaki i krew na pańskim ubraniu?

- Co z nimi?

- O to właśnie pytam. Czy to jest pańska krew?

- Czy to moja krew?

- Tak. Nie rozumie pan pytania?

- Rozumiem. Tak. To moja krew. Zostałem napadnięty, pobity, zakneblowany i związany. To chyba normalne, że trochę krwi rozlało się tu i tam.

Detektyw zmierzył mnie wzrokiem, który mówił, że stać mnie na więcej. Nachylił się do przodu, złożył dłonie w piramidkę na wysokości ust i zamilkł.

- Niech pan posłucha - kontynuowałem. - Mówiłem już, że ściągnęli mnie siłą z ulicy. Pewnie wzięli mnie za kogoś, kim nie jestem. Spuścili łomot, a potem pojawiła się kawaleria. Kiedy drugi funkcjonariusz zdecydował się w końcu włączyć do zabawy, uciekli. To wszystko. Tyle wiem na ten temat.

- No dobrze. Ale to nie wyjaśnia zaschniętej krwi na pańskiej koszuli. Będziemy musieli wziąć ją do analizy.

Nie odpowiedziałem. Miał zupełną rację. Od początku bałem się, że zauważy ten niekoniecznie drobny szczegół. Cokolwiek robiłem poprzedniego dnia, nie było zwykłym spacerem po parku.

- Czy jest ktoś, do kogo może pan zadzwonić? Potrzebne będą panu ubrania na zmianę.

- Po co?

- Cóż. Nie chcemy chyba, żeby chodził pan obryzgany krwią po ulicach? Poza tym, jak już mówiłem, nie może pan wyjść w tej koszuli. Ona zostaje tutaj.

- W porządku. Wystarczy kurtka. Czy potrzebujecie mnie do czegoś jeszcze?

Laleczka czekał chwilę z odpowiedzią.

- Niech pan powie - odezwał się. - Ten Melvin, o którym pan wspominał, składając wstępne zeznania, czy to ten sam mężczyzna, którego widać na zdjęciu? - Podsunął mi pod nos teczkę z portretem karła. Na zdjęciu lekko uśmiechnięty Melvin trzymał pod brodą tabliczkę z numerem członkostwa w policyjnym fanklubie dla zawodowo aktywnych.

- Tak, to ten sam - potwierdziłem.

- W takim razie mamy punkt zaczepienia. Niech pan zaczeka. - Wstał i ruszył w stronę korytarza. Zatrzymał się na moment przy kolesiu siedzącym dwa biurka za nami, powiedział coś, a tamten wstał, podszedł do mnie i usiadł na miejscu detektywa. Był przysadzisty, o wysokim czole i przystrzyżonej równo gęstej brodzie. Przyglądał mi się przez chwilę kpiącym wzrokiem, jakby chciał, żebym coś powiedział, rozpoznał go albo przeprosił. Potem wziął do ręki teczkę ze zdjęciami i przekartkował ją, kręcąc głową. Zanim Kpiący zdecydował się odezwać, Laleczka znów się pojawił. Dał znak koledze, tamten wstał i każdy wrócił na miejsce.

- Proszę rzucić okiem - powiedział, stając nade mną po drugiej stronie biurka. - Czy rozpoznaje pan któregoś? - Wyjął papierosa, zapalił i rozsiadł się wygodnie w fotelu.

- Ten - powiedziałem w połowie pierwszej teczki. - I ten też - wskazałem chudego Cliffa i kierowcę.

- No to mamy komplet - rzucił zadowolony. - Tych dwóch znamy dość dobrze. Nie są może geniuszami zbrodni, ale do świętych też nie należą.

- Czy to wszystko? Mogę już iść?

- W zasadzie... - przyznał, spoglądając jeszcze raz na splamioną krwią koszulę. - Nie widzę potrzeby, żeby zatrzymywać pana tutaj. Musi pan jednak liczyć się z tym, że jest pan niewygodnym świadkiem.

- Jestem świadom. Coś jeszcze?

- Cóż... Z uwagi na dobro śledztwa zaleciłbym panu zostać w mieście, ale tak naprawdę dopóki nie znajdziemy ich wszystkich, nie jestem w stanie zapewnić panu bezpieczeństwa. Mógłbym oczywiście postawić radiowóz przed pana domem, ale to może okazać się niewystarczające. Tak więc najlepiej będzie, jeśli zaszyje się pan gdzieś i nie będzie wychylał przez jakiś czas. Przynajmniej dopóki nie złapiemy pozostałej trójki.

- W porządku. Zrozumiałem. - Podniosłem się, gotowy do wyjścia.

- Nie zapomniał pan o czymś?

- Słucham?

- Koszula. - Wskazał na biurko. - Proszę zostawić ją tutaj.

Zdjąłem ją i zawiesiłem na krześle. Skinąłem, zapiąłem kurtkę i wyszedłem.

Cieszyłem się, że nie zapytali, kim jestem, ani nie dochodzili, jak się tam znalazłem. Wyglądało na to, że wystarczyły im dane z prawa jazdy i rozmowa, którą najwidoczniej odbyliśmy.

W portfelu, który do mnie należał, oprócz prawa jazdy znalazłem dokumenty wozu i kilka kart debetowych. Dopiero po wyjściu z komisariatu mogłem przyjrzeć się im, próbując zidentyfikować siebie.

Według plastikowego prostokąta w dłoni nazywałem się Jeremy Dawson. Mieszkałem w apartamencie przy Panama Street 29. Oprócz dokumentów ukrytych w portfelu, w kieszeni kurtki znalazłem jeszcze kwit ze strzeżonego parkingu. Był na nim mandat, koszt holowania i przede wszystkim data utraty samochodu. Z pomiętego świstka papieru wywnioskowałem, że ford tkwił na policyjnym składowisku już co najmniej dwa dni. Nie mogłem być pewien, czy nie rozstałem się z nim o wiele wcześniej, ale na początek ta informacja wystarczyła. W portfelu, między trzema prawie pustymi przegródkami, znalazłem kilka dolarów i stare paragony. Zasobność portfela mogła oznaczać, że byłem "pod kreską" albo, co zgadzałoby się z kwitem z policyjnego parkingu, że przez ostatnich kilka dni korzystałem z taksówek. W końcu żaden Amerykanin przy zdrowych zmysłach nie posuwa się do korzystania z transportu miejskiego, jeśli nie jest naprawdę zdesperowany. Zdesperowany raczej nie byłem, chociaż gdyby ktoś spotkał mnie wtedy, mógłby spokojnie wziąć za bezdomnego: kilkudniowy zarost, brudne, pogniecione ubranie, siniaki na twarzy i drobne rozcięcia na czole mówiły same za siebie.

Po wyjściu z komisariatu skierowałem się w stronę banku wciśniętego między muzeum i obskurną pizzerią na rogu. Wsunąłem kartę do bankomatu i rozejrzałem się dokoła. Czułem się jak złodziej okradający krewnego. Jakaś kobieta ustawiła się za mną i czekała cierpliwie, aż skończę. Na ekranie bankomatu SkyNet zażądał PIN-u. Zakląłem, walnąłem pięścią w klawiaturę i zrezygnowany oparłem głowę o obudowę. Czterocyfrowy język kodu był poza zasięgiem. Na szczęście bank znajdował się tuż obok, a kobieta w okienku wykazała się większą wyrozumiałością niż automat. Wystarczyło moje prawo jazdy i spojrzenie na zmarnowaną twarz.

Wybrałem dwieście czterdzieści dwa dolary z konta, wyszedłem na chodnik i zatrzymałem taksówkę. Kierowca wlókł się leniwie przez poranne korki, skrzyżowania i wąskie jednokierunkowe ulice, jakby wyczuł, że nie wiem, gdzie jedziemy i celowo wybrał okrężną trasę. Parking znajdował się dość daleko, więc kiedy mój nowy hinduski przyjaciel zatrzymał się przed składowiskiem złupionych wozów, byłem lżejszy o okrągłe pięćdziesiąt pięć dolarów.

Pracownik parkingu okazał się bardzo pomocny, pomógł nawet otworzyć łomem zgniecione od strony kierowcy drzwi. Cokolwiek uderzyło w samochód, nie było żadnym monstrum. Cały bok od strony pasażera był sprasowany i porysowany, zupełnie jakby po uderzeniu auto wpadło w poślizg, zatrzymało się na ścianie i ponownie ruszyło, zdzierając lakier o beton. Silnik chodził bez zarzutu, a wnętrze było nienaruszone i tylko boczna szyba kierowcy była podejrzanie nisko opuszczona. Przekopałem schowek w poszukiwaniu wskazówek, ale jedyne co znalazłem, to notes z adresami i rozładowana komórka.

Kiedy jechałem w stronę mieszkania, czułem delikatny przypływ ekscytacji. Byłem jak nastolatek zmierzający po spadek. Mogłem odziedziczyć penthouse albo obskurną norę. Wydruki z banku nie napawały optymizmem, ale miałem nadzieję, że to, co zastanę na miejscu, nie okaże się pijacką meliną.

Stanąłem w wąskim, mrocznym korytarzu na parterze i zatrzasnąłem drzwi. Zza progu mieszkania po prawej, w głębi korytarza, wyłonił się czyjś zgarbiony profil. Podszedłem bliżej, przyglądając się zbliżającemu się starcowi, który dokuśtykał z trudem do schodów, wsparł się o balustradę i zagrodził mi drogę na górę czarną, drewnianą laską.

- Czynsz, panie Dawson. Wie pan co to takiego? - wycharczał w moim kierunku.

Starałem się nie wpatrywać w jego szklane oko, ani nie spoglądać na sztywną, jakby trochę dłuższą lewą nogę, ale widziałem go wtedy po raz pierwszy i wydawał się fascynująco groteskowy.

- Czy pan mówi do mnie, czy do kogoś obok? - spytałem, przyglądając się perle w lewym oczodole.

Była jaśniejsza od lewego oka, jakby starła się od wieloletniego mrugania. Mężczyzna wsparł się drugą dłonią o balustradę, żeby utrzymać równowagę. Zastanawiałem się, jakim cudem udawało mu się jeszcze egzekwować czynsz od kogokolwiek. Ominąłem go, wszedłem kilka stopni wyżej i stanąłem, patrząc, jak z trudem obraca się w moją stronę.

- Do pana mówię, a do kogo, do cholery, miałbym mówić?

Wyciągnąłem z portfela trzy pięćdziesiątki, zszedłem niżej i wcisnąłem je do kieszeni starca.

- To za dzisiejszy dzień. Jutro będę miał resztę pieniędzy.

- Jutro, jutro. Zawsze tylko jutro. Czy wy nie znacie innego słowa? - wycharczał poirytowany.

Ruszyłem na górę, sięgając po klucz. Oczywiście nie było go w żadnej kieszeni.

- Nie ma pan czasami zapasowego klucza? - krzyknąłem w dół, wychylając się przez barierkę.

- A po cholerę ci klucz? - warknął. - Przecież wiesz, że muszę wymienić zamek na nowy! Przez te twoje machloje znów zdemolowali mi lokal - wycharczał. Zanim zdążyłem stanąć przed moim "lokalem", trzask zamykanych drzwi potwierdził koniec rozmowy.

Przekręciłem gałkę drzwi i lekko je pchnąłem. Wewnątrz było ciemno. W powietrzu unosił się słodkawy odór metanu z domieszką stęchlizny. Zepsute jedzenie, niewyrzucone śmieci - melina, moje mieszkanie, mój apartament. Wąski przedpokój prowadził do otwartego salonu. W przyćmionych prześwitach między zasłonami skrzył się słaby blask zimowego słońca. Na stole dojrzałem resztki pizzy i muchy krążące nad pudełkiem. Były tłuste i leniwe. Wydawały jednostajny niski dźwięk. W drodze do okna potknąłem się o coś, co przypominało zwłoki. Po rozsunięciu zasłon okazały się wypchaną po brzegi torbą podróżną. Blade światło rozlało się po zdewastowanym salonie. Na podłodze leżały poprzewracane regały na książki, rozpruty fotel i kilka egzemplarzy Przeglądu Politycznego. Kanapa również straciła wnętrzności na rzecz dywanu, który usiany był fragmentami gąbki i waty. Rozejrzałem się dookoła, zastanawiając, od czego zacząć. Kuchnia i łazienka czekały na inspekcję po lewej, sypialnia po prawej. Wszystkie pomieszczenia były mocno zdemolowane. Jedynym miejscem, do którego nie byli w stanie się dobrać, był sejf ukryty w ścianie salonu. Otaczała go seria dziur po kulach, dowodząca chwilowej frustracji włamywacza.

Przyłożyłem krzesło do drzwi, blokując klamkę i zabrałem się za porządkowanie bajzlu. Potem wziąłem długi prysznic, ogoliłem się i przyjrzałem nieco lepiej doprowadzonej do porządku twarzy. Stojąc przed lustrem przyglądałem się sobie i szukałem w odbiciu czegoś znajomego. Zupełnie jakby ktoś przedstawił mi dawnego kumpla, którego za nic nie mogłem sobie przypomnieć.

I chyba wtedy dotarło do mnie, że gość w lustrze jest dość przystojny. Być może miał kilka nadprogramowych kilogramów, a podkrążone oczy nie były powodem do chwały, ale generalnie, pod maską odświeżonego bezdomnego krył się całkiem przystojny facet.

Zastanawiające było, co robiłem w takiej norze? Przecież z taką twarzą, mogłem mieć wszystko. Wystarczyło postarać się o odpowiednią kobietę i byłbym ustawiony na całe życie.

A jednak nie spodobała mi się ta myśl. Nie spodobało mi się też to, co mówiła o mnie.

Po kilku kwadransach, gdy przywróciłem mieszkanie do jako takiego ładu, usiadłem w rozprutym fotelu i wziąłem do ręki prawo jazdy.

Zastanawiałem się, czy dawny "ja" siliłby się na zabezpieczenie sejfu wyjątkowo wymyślnym szyfrem. Spojrzałem na mieszkanie, niechlujne i kiepsko utrzymane, w stanie, który sugerował odpowiedź na pytanie. Dawny "ja" był nieudacznikiem. Musiałem się z tym pogodzić. Nie wygrałem wygranej na loterii. Odziedziczyłem spis grzechów i zaniedbań leniwego człowieka.

Wstałem i podszedłem do sejfu. Szyfr nie mógł być specjalnie skomplikowany. Spojrzałem na prawo jazdy i datę urodzenia. Sięgnąłem po pokrętło i wykręciłem pierwszą kombinację. Potem pozamieniałem kolejność lat i miesięcy. Po trzeciej próbie usłyszałem kliknięcie i ku mojemu zdziwieniu zamek otworzył się. To zaczynał być naprawdę dobry dzień. Czegokolwiek intruzi szukali, musiało mieć sporą wartość.

Pociągnąłem ciężkie drzwiczki sejfu i zajrzałem do ziejącego pustką wnętrza. Oprócz oczywistego braku oszczędności na dolnej półce dojrzałem dwie dość sporych rozmiarów koperty i Berettę M9 z niewielkim napisem "REPLICA" po obu stronach lufy.

- Po co mu broń? - zdziwiłem się. Nie miałem pojęcia i w końcu uznałem, że nie chcę wiedzieć.

Wyjąłem koperty i usiadłem na tapczanie. Wysypałem zawartość na szklaną ławę. W jednej znajdował się maszynopis, raport lub szkic tekstu. Z notatek i bazgrołów na marginesach ciężko było cokolwiek odczytać. W drugiej kopercie znalazłem zapiski i zdjęcia, a oprócz nich również dwie płyty z zapisanymi na nich datami. Ktokolwiek włamał się do mieszkania, musiał szukać właśnie tego.

Zawartość około piętnastostronicowego raportu nie była jakoś szczególnie powalająca. Napisano go topornym językiem, bez wyczucia i polotu. Jedyne co zrozumiałem z komentarzy autora to to, że od dłuższego czasu grupka bandziorów zastrasza przedsiębiorców, próbując zmusić ich do sprzedaży nieruchomości w okolicy stadionu.

Jeżeli to był powód tego całego bajzlu, musiałem założyć, że problem pozostał nierozwiązany. Moje obolałe ciało było tego doskonałym dowodem.

Zdjęcia i opisy złożone w drugiej kopercie nijak się miały do treści tekstu. Moją uwagę przykuła długa i skrupulatnie sporządzona adnotacja załączona do serii fotografii z niejakim Donnym Marsiano. Z komentarzy wynikało, że obserwowałem go dość skrupulatnie. Wiedziałem, że miał ochroniarza, kierowcę i gosposię, która gospodarowała również zawartością jego spodni. Na liście nazwisk było sporo mętów społecznych o niebezpiecznie brzmiących ksywach. Były tam zapisane godziny obiadów, miejsca poufnych spotkań i nazwiska interesantów, a nawet ilość wizyt drobnych dilerów i dziwek zamawianych pod nieobecność żony.

Z zapisków domyśliłem się, że Donny był członkiem tutejszej rady miejskiej i kandydatem partii na burmistrza.Z kolei ludzie, którzy bawili w jego domu, należeli do rodzaju tych, którzy z łatwością przekraczają cienką linię prawa. Byli wśród nich biznesmeni włoskiego pochodzenia, zajmujący się z reguły wszystkim: od sprzedaży lewej elektroniki, broni i narkotyków, po "ochronę" miejscowych lokali, a na morderstwach kończąc. Bywali tam również członkowie gangu motocyklistów, biali chłopcy, rzadko zapuszczający się w wypieszczone, bezpieczne przedmieścia Filadelfii. Czasami podjeżdżali na motorach, ale o wiele częściej pojawiali się wieczorem - po dwóch lub trzech w nierzucającym się w oczy pick upie. Jedynie kamizelki z prymitywnym symbolem gangu na plecach zdradzały prawdziwą profesję. Czego mogli chcieć od radnego? Czego chcieli od kandydata na burmistrza? Tego, niestety, nie znalazłem w zapiskach.

Bywali u niego też prawdziwi biznesmeni, a nawet politycy z krwi i kości. Na ich temat nie było wiele informacji. Przy imieniu jednego napisane było: "sędzia", a na samych zdjęciach, nad postaciami dwóch innych widniały imiona z tytułem "prezes". Wszystko to wyglądało dość intrygująco, a jednak nie na tyle, żeby od razu pochłonąć mnie bez reszty. W końcu był to przecież klasyczny układ korupcyjny: władza - pieniądze - biznes - władza, a ja miałem na głowie inne, całkowicie niestandardowe problemy - takie jak na przykład zdobycie informacji o samym sobie.

Postanowiłem dać zagadce kilka dni wolnego i przekonać się, czy umrze śmiercią naturalną w kolejce priorytetów.

Ogarnąłem resztę myśli, zwinąłem je w rulon i wepchnąłem pod poduszkę by dojrzały przez noc. Nie chciałem myśleć o niczym. Chciałem po prostu zasnąć i odpłynąć. I tylko na krótko przed snem, zanim zapadłem się w inny wymiar, pomyślałem, że byłoby naprawdę do dupy, gdybym jutro rano znów niczego nie pamiętał.

* * *

Tamta noc była dziwna. Byłem obcy we własnym domu. I nie chodziło o to, że nie czułem się bezpiecznie. Chodziło o każdego potencjalnego intruza, który podając się za przyjaciela, kochankę lub wroga rościłby sobie prawo do fragmentu mojego życia. Kiedy budziłem się w nocy i rozglądałem po obcym pokoju, powoli dojrzewała we mnie irytująca świadomość: to nie jest moje życie, to nie jest mój dom, a jednak jestem przypisany do niego i do wszystkich, którzy tu zawitają. Prędzej czy później ktoś zgłosi się po odbiór swojej części "mnie", a ja będę musiał walczyć z nim, dopóki nie odprawię go z kwitkiem. Myśli przychodziły przez sen, budziły mnie i znikały we mgle nocy. Były irytujące jak upokarzające wspomnienia. Świadomość, że na dłuższą metę nie będę w stanie uniknąć wszystkiego, co pozostawił po sobie Jerry, drażniła mnie i wypełniała palącym poczuciem niesprawiedliwości.

Zanim ranek wybudził mnie z niespokojnego snu, zdążyłem dojrzeć do decyzji o nieuniknionym - o odzyskaniu przynajmniej części wspomnień. Musiałem rozliczyć się z przeszłością. Nie chciałem, żeby dopadła mnie w najmniej oczekiwanym momencie. Postanowiłem rozwiązać zagadkę kopert, dowiedzieć się więcej o sobie i poszerzyć krąg znajomych, sprowadzający się obecnie do kulawego starca i Laleczki. Wiedziałem, że nawet gdybym nie odzyskał pamięci, zawsze mogłem liczyć na cudzą.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po podźwignięciu się z pustego łóżka, była słodka chwila relaksu w kafelkowanej łazience w stylu późnego Nixona. Stojak na gazety miałem pod lewą ręką, rolkę papieru pod prawą. Kiedy siedziałem, wertując czasopisma, i koncentrowałem myśli wokół artykułów finansowych, reklam zegarków za dwa tysiące i drobnych ogłoszeń, dostrzegłem coś, co wprawiło moje serce w drżenie. Pod jednym z artykułów, drobnym drukiem, przy słowie "autor" widniało nazwisko "Dawson" - moje imię i nazwisko: "Jeremy Dawson".

- Jestem dziennikarzem - pomyślałem i uśmiechnąłem się. W tamtym momencie było to nie tylko logiczne założenie, ale i cholernie przyjemna myśl. Z bezdomnego, bezimiennego włóczęgi stałem się nagle kimś wartościowym. Byłem skłonny uwierzyć, że nie mam się czego wstydzić, a to było naprawdę dobre uczucie.

Zastanawiało mnie jednocześnie, jak to jest być dziennikarzem. Jak to jest manipulować innymi, wymuszać na nich własny punkt widzenia, zaskarbiając sobie przy okazji ich podziw? Szybko doszedłem do wniosku, że moje dotychczasowe życie nie mogło być aż tak żałosne, że być może zbyt ostro oceniłem tekst znaleziony w sejfie, że może nie warto odcinać się od przeszłości zupełnie, do końca, zwłaszcza tak intrygującej przeszłości jak ta wynikająca z artykułu. I wtedy właśnie po raz pierwszy pomyślałem, że może warto byłoby pogodzić się z dawnym sobą.

Uznałem, że moja była lub obecna praca musiała być naprawdę niezła, skoro wysilałem się i przepychałem łokciami w tłumie ścigających się szczurów. Miałem w końcu własną kolumnę, listy od czytelników i generalnie satysfakcję z pracy w tak renomowanym tygodniku jak filadelfijski Financial Journal.

Sam artykuł, który miałem przed oczami, był również radosnym znaleziskiem. Rzucał bowiem nieco światła na ponurą sprawę ukrytą w kopertach w sejfie. Artykuł nie był długi, zaledwie dwie kolumny, ale dokładnie opisywał plany inwestorów związane z budową ogromnego centrum handlowego na jednym z niewielu tak naprawdę atrakcyjnych inwestycyjno terenów miasta. Liczba miejsc po przecinku w kwocie, na którą wyceniono inwestycję działała na wyobraźnię, a usytuowanie kompleksu, tuż przy największym miejskim stadionie, sugerowało nieuniknioną rentowność całego przedsięwzięcia. Inwestycja tego kalibru musiała nieść ze sobą również wyzwania. Z artykułu wynikało, że przy Pattison Avenue, gdzie planowano wybudować komercyjnego molocha, znajdowały się dwie większe sieci handlowe i przynajmniej dziesięć innych, małych rodzinnych firm. Większość z nich prosperowała tam od pokoleń, kilka od momentu założenia jeszcze w złotych latach pięćdziesiątych. Autor poddawał w wątpliwość realność inwestycji, podkreślając, że większość lokali jest własnością rodzin pochodzenia włoskiego, które bardziej od pieniędzy cenią sobie rodzinne wartości i własne korzenie. Co więcej, autor sugerował, że obszar miasta, o którym mowa, był niczym innym jak częścią systemu korzeniowego lokalnej filadelfijskiej mafii.

Spojrzałem jeszcze raz na nazwę ulicy. Wszystko się zgadzało. To właśnie ten projekt przysporzył Jerry'emu nowych, niebezpiecznych przyjaciół. Ulica Pattison Avenue pojawiała się co najmniej dwa razy w raporcie Jerry'ego. Były tam nazwiska właścicieli punktów gastronomicznych, firm usługowo-handlowych, a nawet najemców lokali mieszkalnych, którzy wszyscy zgodnie odmawiali sprzedaży swojej własności. Sprawa z pewnością warta była zgłębienia.

* * *

Redakcja Philadelphia Journal znajdowała się przy Market Street 400. To niecałe dziesięć minut drogi od mojego apartamentu. Ciemne szkło szyb, obramowane pasami szarego betonu podpowiadało, że powinienem był ubrać się nieco bardziej formalnie na wizytę. Kiedy wchodziłem do recepcji, przywitał mnie zdziwiony i nieco zniesmaczony tłum mijanych twarzy. Odniosłem wrażenie, że część mężczyzn w drogich garniturach zna mnie, ale z jakiegoś powodu nie chce się do tego przyznać.

- Dzień dobry, panie Dawson - przywitał mnie mężczyzna za biurkiem. Miał około czterdziestki, mundur ochroniarza i idiotyczny wyraz twarzy.

- Dzień dobry - Podszedłem bliżej, żeby odnaleźć imię na jego identyfikatorze. - Dzień dobry, Ben.

- Wszystko w porządku, panie Dawson? - spytał, spoglądając dwuznacznie na mój niecodzienny image.

- Tak, tak, wszystko w porządku. Miałem małą awarię, to wszystko. - Wskazałem palcem na rozcięcie nad lewym okiem.

- Ach tak, rozumiem - powiedział, przytakując. - Mam nadzieję, że to nic poważnego?

- Tego właśnie próbuję się dowiedzieć. Powiedz mi, nie masz może klucza do mojego biura? Zdaje się, że gdzieś go zostawiłem.

- Do pańskiego biura? - Uśmiechnął się, z trudem powstrzymując chichot. - Wie pan co? Myślę, że dzisiaj będzie otwarte - dodał i puścił porozumiewawczo oko.

- Piętro...?

- Czwarte - odpowiedział, zastanawiając się, co ze mną nie tak.

- Dzięki - rzuciłem, podciągając opadające spodnie dresowe i ruszyłem w stronę windy.

Na czwartym piętrze jedenastopiętrowego budynku znajdowały się trzy osobne pokoje, zarezerwowane dla redaktora, zastępcy i kogoś jeszcze, natomiast cała pozostała przestrzeń między nimi, a windą należała do hordy "rzemieślników" tkwiących przy biurkach ze wzrokiem wlepionym w ekrany monitorów. Naturalnie żaden nie zwrócił na mnie uwagi, poza jakimś chłopakiem stojącym akurat obok maszyny z kawą tuż przy wejściu do windy. Na mój widok przestał słuchać otyłej brunetki i zatrzymał kubek w połowie drogi do ust.

- Jerry, na miłość boską - szepnął konfidencjonalnie. Wziął mnie pod rękę i przeciągnął na bok, zaglądając przy tym przez ramię w stronę pokoju szefa. Żaluzja za szybą poruszyła się, wygięła i znów wyprostowała. Wyglądało to tak, jakbym nie był mile widziany.

- Cześć. - Wyciągnąłem dłoń. Byłem pewien, że właśnie tak zachowują się ludzie po przyjściu do pracy. Młody spojrzał zdziwiony, a potem niepewnie uścisnął dłoń.

- Wyglądasz koszmarnie. Co się z tobą działo?

Rozejrzałem się po otwartej przestrzeni biurowej. Nikt inny mnie nie zauważył.

- Przyszedłem wziąć urlop, najlepiej zdrowotny.

- Ale przecież ty jesteś na urlopie i to od prawie pół roku. Fisher już dawno przestał za tobą wydzwaniać. Gdzieś ty był? I co ci się stało?

- Miło, że w końcu się pan pojawił, panie Dawson - głos zza pleców brzmiał śmiertelnie poważnie. Młody dziennikarz wyprostował się, a ja, próbując zrobić to jak najwolniej, obróciłem się, obnażając siniaki i rozcięcia na twarzy. Nie ukrywam, że odczułem satysfakcję, kiedy ten nieznany mi, choć podający się za naczelnego mężczyzna zmienił minę z poirytowanej na zdziwioną, a potem zaniepokojoną.

- W coś ty się znowu wpakował, Jerry? - zapytał, przechodząc w tryb koleżeński.

- Właśnie próbuję się tego dowiedzieć - odparłem. - Myślę, że wezmę jeszcze tydzień lub dwa chorobowego. Oczywiście o ile to nie problem.

Fisher zmierzył mnie nieprzyjemnym spojrzeniem. Jak każdy szef prawidłowo zareagował na "chorobowe". Przez chwilę wpatrywał się intensywnie w moją twarz, a gdy uznał, że nie znajdzie tam odpowiedzi na pytania, powiedział:

- Przecież... - zaczął, zawahał się i nie skończył. Widocznie dostrzegł coś w mojej twarzy, co uzasadniało niedorzeczne plany. Pokiwał głową zamyślony i powiedział:

- W porządku, ale najpierw powiedz, o co chodzi. Kto cię tak urządził?

- Przyszedłem po materiały z biurka, w ten sposób będę mógł pracować w domu. Oczywiście o ile nie masz nic przeciwko?

Naczelny spojrzał na chłopaka, dając mu do zrozumienia, żeby zniknął. Potem przysunął się bliżej, tak, że poczułem tytoń w jego oddechu.

- Przestań się zgrywać i lepiej powiedz, o co chodzi? Czy to ma jakiś związek z Marsiano? - szepnął.

Młody, który zdążył tylko cofnąć się, poruszył się nagle i zamarł, jakby dźwięk usłyszanego imienia uaktywnił zakodowany w nim algorytm. Odwrócił głowę, zaczepiając wzrokiem o przechodzącą obok blondynkę, ale ucho ustawił dokładnie w naszą stronę.

- Możliwe - potwierdziłem - ale w tej chwili nie jestem w stanie nic więcej powiedzieć. Gdzie jest moje biurko?

- Jak to gdzie? - oburzył się szef. - Tam, gdzie zawsze.

- Gdzie jest moje biurko? - powtórzyłem najspokojniej, jak tylko mogłem. Spojrzałem mu prosto w oczy i nie spuszczałem wzroku, dopóki nie zrozumiał, że pytam poważnie.

- Tam po prawej, drugie od końca. - Wskazał, trzymając przez chwilę dłoń w powietrzu. W jego oczach pojawił się niepokój. Był pierwszą osobą, która zrozumiała, że stary Jerry zniknął. Ruszyłem w głąb biura. Dołączył do mnie dopiero po chwili.

Biurko, które mi wskazał, było czyste i uporządkowane. Byłem porządnym kolesiem albo miałem porządne koleżanki w redakcji. Wszystko jedno. Przeszukałem je - biurko, nie koleżanki - schowałem notes znaleziony w szufladzie, skopiowałem zawartość dysku na pendrive'a i wstałem, gotowy do wyjścia. Naczelny stał za mną z założonymi na piersi rękoma. Szczeliny jego powiek zwęziły się, nadając twarzy wygląd przyczajonej łasicy. Zanim zdążył zadać pytanie, spojrzałem na postać na drugim końcu biura. Młody w dalszym ciągu stał tam, gdzie go zostawiliśmy i wciąż się przyglądał. Po chwili odebrał telefon i zaczął gorączkowo gestykulować. Przez cały czas nie spuszczał ze mnie wzroku.

- Jerry? - zabrzmiał głos redaktora Fishera.

- Tak? - odparłem oderwany od lustrowania młodego.

- Jak tam twoja siostra, Jerry? Cała i zdrowa? - Fisher zmrużył oczy. Jego głos sugerował obojętność, ale skupienie na twarzy zdradzało co innego.

- Kiepski z niego manipulator - pomyślałem.

Jego czujne szare oczy były jak znak ostrzegawczy dla każdego, kogo zamierzał wysterować.

- Co to? Jakiś test? - zapytałem.

- Pytam po prostu. Dawno nic o niej nie mówiłeś - przekonywał głosem dobrego wujka. - Wraca do zdrowia?

- Tak, tak - potwierdziłem. - Wszystko w porządku.

- To dobrze, Jerry, to dobrze - powiedział spokojnym, odrobinę zawiedzionym głosem.

- Muszę już lecieć. Jeśli będę potrzebny... - próbowałem dokończyć, ale nie zdążyłem.

Redaktor podniósł dłoń, przerywając mi w pół zdania.

- Problem w tym, Jerry - powiedział bardzo powoli - że ty nie masz siostry. I nigdy nie miałeś.

Westchnąłem. Chwila ciszy, na którą mu pozwoliłem, nie była nawet kłopotliwa. Kiedy uznałem, że nasycił się zwycięstwem, wzruszyłem ramionami i uśmiechnąłem się głupio.

- No cóż, przyłapałeś mnie. Punkt dla ciebie, ale teraz naprawdę muszę lecieć. - Wstałem.

- Naprawdę? - zapytał, zagradzając mi ramieniem drogę. - To naprawdę wszystko, co masz do powiedzenia?

- Cóż... - westchnąłem. - Jakby to powiedzieć?

Przesunąłem dłonią po twarzy i podrapałem się za uchem. Potem przeciągnąłem palcami nad rozcięty łuk brwiowy. Zabolało.

- Jeszcze nie wróciłem do siebie po tym... no wiesz, po tym wszystkim.

- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że nie pamiętasz? - Znów przysunął się nieprzyjemnie blisko.

- Tego nie powiedziałem.

- Ale nie słyszę, żebyś zaprzeczał - odparł jakby zatroskany. Znów wzruszyłem ramionami.

- Co zrobić? - Uśmiechnąłem się głupio.

- Ile pamiętasz z tego, co wydarzyło się... - Wskazał na ranę na moim czole - przed tym?

- Przed czym? - odparłem.

Fisher pokręcił tylko siwą głową.

- Posłuchaj, jak tylko czegoś się dowiem, będziesz pierwszą osobą, której o tym powiem - skłamałem. Poklepałem go po ramieniu, skinąłem i ruszyłem w stronę rozmawiającego z kimś młodego. W miarę jak się zbliżałem, słyszałem, że mówi coraz ciszej. Spoglądał na mnie, zaciskając nerwowo dłoń na telefonie. Wyglądał, jakby relacjonował zaskakujące zjawisko.

- I jak tam, kolego? - spytałem, mijając go. Wszedłem do windy, nie czekając na odpowiedź i odwróciłem się w kierunku biura. Chłopak przerwał połączenie i schował telefon.

- W porządku. A u ciebie? - zapytał zmieszany.

- Jak tam raport? Mam nadzieję, że nie zapomniałeś wspomnieć, że żyję. - Spojrzałem na zawieszony na jego szyi identyfikator.

- Keith! - Pomyślałem. - Tak się nazywa ta szumowina: Keith kabel.

- Chciałbym, żebyś wiedział, Keith, że zawsze możesz liczyć na swoje miejsce w mojej kolumnie, ba, może nawet na stronie! - Uśmiechnąłem się.

Keith przełknął ślinę. Wyraz jego twarzy sugerował, że nie spodziewał się, że go rozpoznam. Wyciągnął komórkę, przycisnął dwa razy zieloną słuchawkę i zanim drzwi windy się zamknęły, usłyszałem dwa słowa.

- On pamięta.

II. Znalezisko

Gdy wróciłem do domu, drzwi były zamknięte, a zamek wymieniony. Po krótkiej negocjacji warunków spłaty czynszu, Tom zgodził się dać mi jeden z kluczy, zaznaczając przy tym, że nie będzie tolerował kolejnych opóźnień. Nowy zamek dał mi poczucie spokoju i mogłem w końcu zabrać się do pracy.

Komputer, który nie ucierpiał podczas włamania, a jedynie "przeniósł się" z biurka na dywan, zawierał więcej informacji niż przypuszczałem. Kimkolwiek byli wandale, nie interesowały ich dane z dysku albo nie wpadli na to, by go włączyć, zanim wyrwali go z sieci.

W przeciągu kilku godzin przejrzałem setki stron tekstu i artykułów o firmach zainteresowanych "inwestycją stulecia". Pośród potencjalnych wspólników przedsięwzięcia były takie giganty jak Pizza Hut, Cinema City czy AMF Bowling Centres. Deweloperzy prześcigali się pomysłowością, by przejąć intratny kontrakt, natomiast radni, choć nie przedstawili jeszcze oficjalnego stanowiska, nie zaprzeczali oskarżeniom protestujących. Kwestia dzielnicy wypełnionej blokami, sklepami i małymi restauracjami, których żadnym sposobem nie można było usunąć z miejskich map, była beztrosko omijana we wszystkich artykułach.

Dopiero w pliku oznaczonym jako "Lista Marsiano" znalazłem schematy powiązań i zależności między przynajmniej tuzinem członków rady miejskiej i firmami, które zainteresowane były ulokowaniem kapitału.

W miarę przeglądania tych skrupulatnie zebranych materiałów, doszedłem do wniosku, że przy tak wielkiej liczbie zamieszanych, utrzymanie wszystkiego w tajemnicy było po prostu niemożliwe. Część radnych z pewnością kpiła sobie z obietnic bajecznych zysków z inwestycji. I na pewno niejeden krzywił się na decyzje, zapadające przy wyborze metod rozwiązania problemu. Bez uprzedniego przejęcia parceli, planami, które tak pieczołowicie układano, można było sobie co najwyżej tyłek podetrzeć.

Nagle, w gąszczu plików, w oczy rzucił się jeden w formacie ".wav", którego nazwa brzmiała dość obiecująco: "Rozmowa z M". Założyłem słuchawkę tak, by drugie ucho gotowe było wykryć niespodziewanych gości, włączyłem nagranie i dałem się ponieść nowej detektywistycznej pasji.

- Dzień dobry, panie Marsiano - rozpoznałem swój głos.

- Dzień dobry - odpowiedział.

- Dziękuję, że zechciał się pan spotkać. Postaram się nie zająć zbyt wiele pańskiego czasu.

- W czym mogę panu pomóc? - zapytał.

- Kochanie? Czy przynieść wam kawy? - Z korytarza dobiegł głos kobiety.

- Nie, nie trzeba, skarbie, pan Dawson nie zabawi zbyt długo.

- Może przejdę do rzeczy? - zapytałem.

- Proszę bardzo.

- Tak więc na początek chciałem, aby sprostował pan informację, którą chcemy opublikować w piątkowym wydaniu Financial Journal...

Zatrzymałem plik. Rzuciłem okiem na zegarek i sprawdziłem kalendarz. Był poniedziałek, 29 stycznia 2001 roku. Następnie sprawdziłem datę utworzenia pliku. I tutaj moje zdziwienie było nieco większe. Od czasu rozmowy z Donnym minęło ponad dziewięć miesięcy. Nagrano ją 12 kwietnia 2000. Co, do cholery, robiłem przez pół roku? Dlaczego nie raczyłem napisać choćby jednego artykułu na ten temat?

Mój wzrok mimowolnie zatrzymał się na rozprutej sofie. Zaklejone taśmą skórzane siedzenie sugerowało odpowiedź. Możliwe, że po prostu się bałem, ale z drugiej strony, czy strach przed włamaniem powstrzymałby tak dzielnego dziennikarza? Czy ciekawość i instynkt nie są silniejsze od strachu? Tak czy inaczej coś powstrzymało mnie i chciałem wiedzieć, co to było. Musiałem wiedzieć, co to było.

Założyłem drugą słuchawkę, rozsiadłem się w niewygodnym fotelu i wznowiłem zatrzymane nagranie.

- Słucham pana - powiedział Marsiano. - Jaką rewelację chce pan ujawnić w tej pańskiej kolumnie?

- Artykuł jest już gotowy, proszę spojrzeć. - Usłyszałem chrząknięcie i długą, nieprzerwaną niczym ciszę.

- Pan chyba żartuje? - oburzył się. - Mam uwierzyć, że pański redaktor opublikuje coś takiego? Przecież to stek bzdur. Czy wie pan, że jako reprezentant piętnastego okręgu planuję kandydować do senatu?Myśli pan, że pozwoliłbym sobie na taki przekręt?

- Mam dowody.

- Dowody? Na co?

- Wiem, że sześć z dziesięciu wypadków, które miały miejsce w ostatnim czasie, to pobicia. Za każdym razem rozboju dokonała grupa białych mężczyzn, niezrzeszonych z żadnym gangiem. To nie było wymuszenie haraczu. Pracują na zlecenie kogoś z zewnątrz, komu bardzo zależy na tych parcelach. Wiem również, że pożar, który strawił budynek na rogu Pattison i Darien, był skutkiem podpalenia. Poza tym w ostatnim napadzie na sklep Vincenco Diego sprawcy nie ukradli nawet ćwierćdolarówki. Pobicia i wandalizm to moim zdaniem ostrzeżenie. Nie do końca przemyślane.

- Doprawdy nie wiem, dlaczego pan mi o tym wszystkim mówi.

- Mówię, bo tu nie chodzi już tylko o mieszkańców dzielnicy. Tu chodzi o wojnę, którą przez swoje małe rozgrywki rozpocznie pan z mafią. Pan wie, że kuzyn Vincenca jest przyjacielem jednego z członków rodziny Scarfo?

- Niech pan się o mafię nie martwi, panie Dawson. Niech pan to zostawi profesjonalistom. Policja doskonale radzi sobie z tym problemem. A jeśli chodzi o te nieszczęśliwe wypadki, to mogę jedynie dodać, że Filadelfia to niebezpieczne miasto.

- Czyli zaprzecza pan, jakoby miał pan coś wspólnego z grupą przestępczą odpowiedzialną za nękanie mieszkańców Pattison Avenue?

- Oczywiście. I wie pan, co jeszcze panu powiem? Jeśli dalej będzie pan rzucał oskarżenia na lewo i prawo, ktoś może stracić cierpliwość i narobić panu kłopotów.

- To zabrzmiało jak groźba - odparłem.

- To nie groźba, to ostrzeżenie i proszę nie przekręcać moich słów. Zresztą wie pan doskonale, do czego polityk może się posunąć, a do czego nie. Jeśli wydaje się panu, że ktoś zrobi dla pana wyjątek w tej kwestii, to grubo się pan myli.

Zatrzymałem nagranie. Wyglądało na to, że mimo wszystko Jerry był facetem z ikrą. Nie bawił się w ciche oskarżenia. Zamiast atakować Marsiano zza redakcyjnego biurka, postanowił stanąć z nim twarzą w twarz. Teraz zapewne uznałby to za głupotę, ale wtedy, w tamtym momencie pójście do Donny'ego z jakiegoś powodu wydawało mu się uzasadnione. Nie wróżyło to dobrze na przyszłość. Odważni głupcy rzadko dożywają końca rozgrywki.

Pomyślałem, że dobrze byłoby znaleźć ten artykuł. Jeśli to nie był blef ani prowokacja i jeśli Jerry rzeczywiście opublikował go, tak, jak obiecał Donny'emu, tekst powinien rzucić trochę światła na całą tę aferę z Marsiano. Zastanawiało mnie też coś innego. Jeśli rzeczywiście miał opublikować tekst, po jaką cholerę pchał się w objęcia króla złoczyńców? A może ten artykuł to blaga, a cała scena to zwykła prowokacja?

Dumałem chwilę nad tym pytaniem, po czym zrobiłem to, co każdy szanujący się egocentryk robi przynajmniej raz dziennie: włączyłem przeglądarkę i wpisałem swoje nazwisko. W rezultatach wyszukiwania już na pierwszej stronie pojawiły się jego teksty. Większość dotyczyła spraw lokalnych i koszmarnie nieistotnych. Regionalne wydarzenia, opisywane jak międzynarodowe igrzyska przedsiębiorczych, prawych i uczciwych, robiły wrażenie pisanych pod zamówienie, bez krzty indywidualizmu i polotu. Jedynie sporadycznie pojawiały się między nimi analizy gospodarcze, ukryte pod płaszczykiem osobistych historii tego czy innego polityka. Artykułów z prawdziwego zdarzenia było jak na lekarstwo, tak że w miarę czytania mój szacunek do dawnego siebie znów zaczął topnieć. Artykułów było sporo, a te najwcześniejsze sięgały 1998 roku. Czytając wcześniejsze, doszedłem do wniosku, że nie zawsze byłem tak nędznym dziennikarzyną. Pierwsze artykuły dowodziły, że wszystko, co napisałem potem, od marca 2000 roku było obciążone jakimś namacalnym balastem, paraliżującą ostrożnością; zupełnie jakby Donny Marsiano rzucał potężny cień na moje małe biurko. Nie muszę chyba dodawać, że po artykule przedstawianym Donny'emu nie było ani śladu? Pozostawało zadać sobie jedno pytanie: dlaczego Jerry nie napisał artykułu? Czy spotkało go coś, o czym powinienem wiedzieć?

Był późny wieczór, gdy zakończyłem analizę artykułów. Dopiero gdy doszedłem do wniosku, że kawał drania ze mnie, mój nastrój uległ nieznacznej poprawie. Okazało się bowiem, że oprócz stałego etatu w Financial Journal, pisywałem również obszerne felietony w różnych miesięcznikach o nakładzie ogólnokrajowym. Być może właśnie dlatego Fisher nie zwolnił mnie jeszcze po tylu miesiącach dziennikarskiej fuszerki, a artykuły pojawiały się nieprzerwanie do połowy sierpnia. Wyglądało na to, że moje nazwisko wciąż jeszcze coś znaczyło w dziennikarskim światku. Przynajmniej dopóki nie zacząłem prowadzić moich małych, tajnych, a potem jawnych poszukiwań.

Oficjalnie Jerry był wziętym reporterem. Przenikał do środowisk i opisywał je od wewnątrz jak nieszkodliwy pasożyt. Wkradał się do sekt, w których starzy szamani i charyzmatyczni pedofile biorą pod opiekę wyzwolone nastolatki, gdzie przekwalifikowani złodzieje zakładają interesy życia, pozbawiając oszczędności samotnych frajerów. Jerry dołączał do grup anarchistycznych, stowarzyszeń antyglobalistów i innych żyjących złudzeniami idealistów. Zapoznawał się z ich ideami, zaprzyjaźniał z członkami, a potem zdobywał zaufanie i wszystkie potrzebne informacje. Na koniec dokonywał bezkompromisowej analizy i dokładnie opisywał, rozmieniając ich wielkie, szlachetne idee na drobne monety bezwartościowych przekonań.

Z artykułów wynikało, że większość członków infiltrowanych grup miała jedynie śladową wiedzę o tym, co dzieje się na świecie. Nie wiedzieli, jakie mechanizmy rządzą gospodarką, społeczeństwem i psychologią tłumów. Każda przytoczona wypowiedź zatwardziałych antyglobalistów była z łatwością ośmieszana przytłaczającą ilością kontrargumentów. Zagorzali anarchiści byli wielokrotnie demaskowani. Z brutalną dokładnością Jerry ukazywał hipokryzję i brak wierności przekonaniom. Momentami można było przysiąc, że mój imiennik, był "świętym mieczem konserwatywnej prawicy", zmiatającym z powierzchni ziemi zamęt wzniecany przez tych mało znaczących, naiwnych buntowników. A jednak czytając jego felietony, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Jerry próbował przygotować czytelników do przyjęcia szerszego i głębszego obrazu społecznych potrzeb przejawianych przez te lewackie i śmiesznie subkultury. Z artykułów można było wywnioskować, że przygotowywał się do tego od dłuższego czasu, realizując stopniowo politykę małych kroczków, wodząc za nos setki dorosłych czytelników, podawał im wiedzę i dawkował jak małym dzieciom: powoli, stopniowo i ostrożnie. Wszystko po to, by nie zniechęcić ich do dalszej lektury.

Tuż przed północą wiedziałem co nieco o sobie, a raczej o dawnym Jerrym i muszę powiedzieć, że nie byłem tym ani zaskoczony ani zniesmaczony. Naiwność, z jaką poświęcał się pracy, była w zasadzie zrozumiała. W końcu nawet ja, obecny Dawson, nie zajmowałem się niczym innym jak powielaniem schematu. Byłem człowiekiem bez pamięci, przyjaciół i rodziny, a jedyne na czym potrafiłem się skupić to sprawa, której skutki nie interesowały mnie tak, jak powinny. Byłem jak dziecko, któremu po raz pierwszy pokazuje się ulubioną zabawkę. Wiedziałem, że muszę rozwiązać zagadkę, nie po to, żeby poczuć się bezpiecznie i nie przez spadek po Jerrym, ale dla samej frajdy poszukiwań, dla połechtania niezaspokojonej ciekawości, która właśnie się we mnie budziła.

Nie był to jednak koniec nowości. Podczas przeglądania danych z pamięci redakcyjnego komputera, natrafiłem na plik, którego zawartość wywołała dziwne uczucie. Nagle któraś z szufladek w głowie przywołała obraz Marty'ego McFly'a z "Powrotu do Przyszłości". Plik stanowił bowiem zapis wydarzeń sprzed kilku miesięcy i był niczym innym jak wiadomością dla Jerry'ego zagubionego w odległej czasoprzestrzeni. Niczym młody Michael J. Fox czytałem wiadomość od człowieka z przeszłości: "Jeśli czytasz ten list, to znaczy, że mi się nie udało" - tak brzmiało mniej więcej filmowe przesłanie bohatera. Zaiste, Jerry, nie udało ci się. Szkoda tylko, że podczas czytania artykułów nie zastanowiłem się nad tym odrobinę dłużej.

W pliku o enigmatycznej nazwie ".txt" znalazłem coś w rodzaju dziennika, w którym oprócz intymnych szczegółów z życia Jerry'ego opisanych pompatycznym tonem, językiem silącym się na literacki, znajdowały się również krótkie i rzeczowe opisy rozciągające pomost między mną a przeszłością.

Wpis z osiemnastego kwietnia szczególnie przykuł moją uwagę.

18 kwiecień 2000

Marsiano nie żartował. Było ich czterech. Zaskoczyli mnie późnym popołudniem. Już nigdy nie założę słuchawek na uszy. Związali mnie i posadzili na fotelu. Zdemolowali mieszkanie i dokładnie przeszukali każdy kąt. Sejfu nie znaleźli. Dopytywali się, dlaczego interesuję się Pattison Avenue, i czy mam zamiar napisać o niej artykuł. Jeszcze do dziś mam ślad po lufie na skroni. Zwinęli dysk z komputera, wszystkie pamięci przenośne i płyty. Do materiałów w sejfie nie dotarli. Karzeł wyglądał tak śmiesznie, że nie powstrzymałem się i parsknąłem śmiechem. To był błąd. Skopał mnie niemiłosiernie. Zagrozili, że dotrą do Liz i Pat. Nie mogę sobie na to pozwolić.

Czyżby to był właśnie powód, dla którego Jerry tak ociągał się z opisaniem całej sprawy? Plik zmodyfikowano jeszcze kilka razy, a każdy kolejny wpis wydawał się omijać któreś z zaryglowanych drzwi w mojej głowie. Pośród kolejnych istotnych wydarzeń były między innymi enigmatyczne zapisy rozmów i wspomnienia o przełomach w gromadzeniu materiałów do książki, kontakty z tajemniczym informatorem, i co najważniejsze, cała lista osób z nazwiskami, datami i dokładnym opisem spotkań.

Wpis z osiemnastego kwietnia nie otwierał dziennika, ale był zdecydowanie pierwszym z serii niepokojących zapisów. Był też jedynym, który mogłem wpleść w moją obecną rzeczywistość. Wieńczył bowiem sześciodniową ciszę po rozmowie z przyszłym senatorem Marsiano. I to właśnie te sześć dni przerwy w literackim życiorysie Jerry'ego przykuło moją uwagę. W zasadzie wszystkie wpisy przed nim i po nim zapisane były z jedno lub dwudniowym odstępem. Cokolwiek Marsiano zrobił, zrobił to dobrze, gdyż literat ukryty w Jerrym zamilkł prawie na tydzień.

W pozostałych plikach, bez większego zaskoczenia, natrafiłem na różnego rodzaju materiały kompromitujące osoby zamieszane w przekręt przy budowie centrum handlowego. Dowiedziałem się, że część radnych miasta Filadelfia zakupiła spore pakiety w lokalnych firmach, dopuszczonych do inwestycji i budowy tego komercyjnego giganta. Sam Marsiano był współwłaścicielem firmy budowlanej, która wygrała przetarg na pierwszą, wartą ponad sto milionów, konstrukcyjną fazę projektu.

Sprawa wydawała się prosta, a jednak wszystko co miałem to poszlaki. Poza tym wyglądało na to, że Jerry przez długi czas bał się cokolwiek ujawniać i dopiero przed moim wejściem na scenę zdarzyło się coś, co wpłynęło na zmianę jego zdania i zmusiło do działania.

Cokolwiek to było, musiało mieć związek z aferą. Melvin i jego zbiry nie próbowałyby porwać mnie po raz drugi bez powodu. Ktoś najwyraźniej wyczuł zagrożenie i postanowił uciszyć niewygodnego dziennikarza. Wynajęcie do tego gangsterów amatorów, na których łatwo zrzucić winę, nie okrywając się tym samym podejrzeniami, było sprytnym posunięciem. Naturalnie Marsiano był podejrzanym numer jeden.

Liz i Pat, wspomniane we wpisie, były kluczem do rozwiązania zagadki. Wiedziałem, że muszę skontaktować się z nimi bez względu na to, kim były. Mogły być nawet prostytutkami albo zakonnicami, u których Jerry stołował się co niedzielę. Ważne, że mogły mieć zupełnie nowe informacje - takie, które pomogłyby pchnąć sprawę do przodu.

Nazajutrz przekopałem mieszkanie w poszukiwaniu śladów istnienia rzekomej Elizabeth i Pat. Niestety poza wpisami w pamiętniku i pozycjach w książce adresowej nie znalazłem niczego, co wskazywałoby na ich obecność w moim życiu. Doszedłem do wniosku, że jedynym rozwiązaniem będzie skontaktować się i spotkać z nimi, żeby opowiedziały swoją wersję tej historii.

Elizabeth była dość zaskoczona, ale ucieszyła się, że żyję. Z jej głosu wyczytałem, że znaliśmy się dobrze i że nie próbowała dominować nade mną w żaden sposób. Była swobodna w rozmowie i dość bezpośrednia, co w połączeniu ze zmysłowym głosem dawało wyobrażenie silnej i pięknej kobiety. Z powodzeniem mogłaby być byłą żoną, choć na pewno nie była nią w tamtym momencie. Podejrzewałem, że nie wytrzymałbym na dłuższą metę z tego typu kobietą. Stworzenia te powinny być przecież kruche i delikatne. Cała reszta natomiast nadaje się jedynie do obfitych zbiorów osobliwości na wystawie okrucieństw losu. Okrucieństw wyrządzanych mężczyznom, rzecz jasna.

Elizabeth zaprosiła mnie na kolację, uprzedzając, bym nie przynosił żadnego alkoholu. Mogło to oznaczać, jedną z dwóch rzeczy: albo nie miałem gustu jeśli idzie o alkohol, albo gustowałem w nim zbyt ochoczo.

Kiedy otworzyła drzwi, zdziwiłem się nieco, widząc, że jest ładniejsza, niż się spodziewałem. Prawdę mówiąc wyglądała oszałamiająco i pomyślałem, że gdyby nie makijaż, mogłaby wyglądać na o wiele młodszą. Długie blond włosy, ładne błękitne oczy i drobna budowa podpowiadały, że pośpieszyłem się z identyfikacją głosu jako należącego do żony.

- Patsy, nie każ stać ojcu w drzwiach - odezwał się głos zza jej pleców. - Proszę cię, nie rób scen.

Nie muszę chyba mówić, jak czuje się facet, który właśnie dowiedział się, że jest ojcem? Musiałem szybko przestawić się z trybu lubieżnego w... No właśnie, w jaki? Najlepiej w neutralny.

- Co się tak gapisz? - dziewczyna burknęła. - Wejdź. Czekamy na ciebie.

- Cześć - wyrzuciłem z siebie, wziąłem głęboki oddech i wszedłem do środka.

- Masz wino? - zapytała. - Muszę się napić.

- Co na to twoja matka? - spytałem, podając butelkę taniego wina.

Wytrzeszczyła oczy, patrząc zdziwiona, po czym poklepała po ramieniu i uśmiechnęła się lekko.

- Chodź, tatko, Liz jest dzisiaj w nie najgorszym humorze, powinniśmy to jakoś przeżyć. Frank też jest, cieszysz się?

Pat ruszyła w stronę salonu, przyglądając się swojemu kacowi w butelce.

- Ciągle nic nie pamiętam - pomyślałem.

- W końcu jesteś! - Elizabeth wstała od stołu. - Dlaczego się nie odzywałeś? Martwiłyśmy się o ciebie.

Przez moment nie mogłem oderwać wzroku od mężczyzny przy stole. Nakładał właśnie coś na talerz, nie zwracając na mnie uwagi. Po chwili wstał, podszedł, podał mi rękę i się przywitał.

- Cześć, Jerry - powiedział neutralnym głosem. Miał kamienną, nie wyrażającą emocji twarz. Zupełnie jakby przybrał maskę tylko po to, żeby utrudnić mi rozszyfrowanie naszych relacji.

Jeśli Liz lubiła męskie maszyny, na pewno znalazła w nim to, czego chciała. Facet zdawał się nie posiadać mimiki twarzy. Dopiero po chwili ślad irytacji wyłonił się zza tej fasady, ale nawet ona przypominała leniwą obojętność.

- Siadaj - powiedział. - Liz namęczyła się, żeby to wszystko przygotować. Pat miała oczywiście pilniejsze zajęcia w tym czasie. - Obrzucił dziewczynę chłodnym spojrzeniem.

- Cześć - powiedziałem.

Pat wskazała miejsce przy stole.

- Co się stało, że tak nagle zadzwoniłeś? - zapytała była żona. - Wszystko w porządku?

Stanęła na odległość wyciągniętej dłoni i spojrzała na mnie, przekrzywiając głowę jak zaciekawiony pies.

- Coś ty sobie znów zrobił? - Pokręciła głową.

- W zasadzie to nie ja.

- Mamo, daj spokój. I bez twoich uwag ojciec ma dużo na głowie.

- Dzięki, Pat - powiedziałem.

- Nic ci nie jest? - Liz zdawała się być nieprzekonana. -To znaczy poza tymi siniakami?

- Wszystko w porządku. Wszystkie kości na swoim miejscu.

- Siadamy czy nie? - rzuciła Pat.

- Śpieszysz się gdzieś? - zapytał facet po mojej prawej.

- A nawet jeśli? - syknęła Pat. - To nie twoja pieprzona sprawa. Mówię do nich - wskazała nas i zajęła miejsce przy stole.

Ojczym nie był w ogóle zaskoczony. Sprawiał wrażenie faceta, którego trudno zaskoczyć. Na jego twarzy malował się tylko delikatny ślad smutku, jakby roztargnienie kłębiło się w nim i nie mogło znaleźć ujścia na zewnątrz. Liz tylko pokiwała głową i dołączyła do Pat przy stole.

Usiadłem naprzeciwko. Frank usiadł po mojej prawej.

Liz zabrała się do nakładania mięsa.

Atmosfera zastygła. Ciszę przerywały jedynie odgłosy sztućców uderzających o zastawę.

I nie chodziło ani o agresywną odzywkę Pat, ani o to, że byłem gościem we własnym domu. Czułem, jak między nami kłębi się i kumuluje śliski temat, coś, czego nikt nie chce ruszyć z obawy, że zacznie śmierdzieć. Zupełnie jakby to do mnie należał ten przykry obowiązek. Po kilku minutach niemego przeżuwania, gdy miałem już dość ich analitycznych spojrzeń, gdy przyswoiłem świadomość ojcostwa i zbliżałem się niebezpiecznie do ostatniego kawałka na talerzu, postanowiłem zabrać się do zbierania informacji.

- Dobra ta pieczeń. Używasz pieprzu ziołowego czy czarnego? - spytałem.

- Chyba nie jesteś tutaj żeby rozmawiać o kulinariach? - odparła - Mów, o co chodzi?

- Daj człowiekowi spokojnie zjeść - dodał pan domu.

- Właśnie zastanawiam się, jakby tu zacząć - powiedziałem.

- Od początku, Jerry - wtrąciła Pat. - Od początku - powtórzyła, kładąc nacisk na drugie słowo.

- Hmm... - odłożyłem sztućce i wytarłem usta chusteczką. Wszyscy czekali. Nie było wyjścia, musiałem im powiedzieć. - Pamiętacie może ten artykuł, przez który zdemolowali mi mieszkanie jakieś pół roku temu?

- Ten o Proximity Centre? - spytała dziewczyna.

Zawahałem się. Coś poruszyło się w pamięci.

- Proximity Centre... - powtórzyłem, próbując wywołać coś z tej czarnej dziury.

- Tak. To te, które budują w południowej części miasta - powiedziała Elizabeth.

Zastygłem na moment.

- Budują - powtórzyłem w myślach.

Sięgnąłem po lampkę i spłukałem gardło czerwonym winem. Było to coś, czego się nie spodziewałem. Projekt był już w fazie realizacji. Byłem pewny, że to aktualna sprawa, że wszystko co mnie spotkało, łącznie z utratą pamięci, ma początek i koniec we wścibskiej naturze Jerry'ego. W jednej chwili ostatnie pół roku życia, jego życia i cały wysiłek, który włożył w rozpracowanie afery, szlag trafił.

- Dlaczego pytasz? - spytała Elizabeth. - Co centrum handlowe ma wspólnego z twoją wizytą?

Zacisnąłem pięść, wziąłem głęboki oddech i powoli odłożyłem lampkę na stół. Dziewczyny nie spuszczały ze mnie oczu. Tymczasem pan domu mamlał befsztyk, zupełnie mnie ignorując. Zastanawiałem się, dlaczego mam przemożną ochotę przysunąć mu w ten cwaniacki pysk.

- Czyli artykuł, który pisałem, nie poszedł do druku?

- Jeśli chodzi ci o Centrum to nie, nie poszedł - powiedziała Pat.

- A budują je już od...?

- Odkąd przestałeś nas odwiedzać - Pat ucięła.

- Czyli to będzie już jakieś...? - zacząłem, próbując wydobyć z niej coś więcej.

- Grubo ponad pół roku - dokończyła. - Budowa ruszyła podejrzanie szybko. Czytałam, że jedyny problem, jaki się pojawił, to brak terenu pod inwestycje.

- Ludzie nie chcieli odsprzedawać miastu - dodała Liz.

- Jak to miastu? - spytałem zdziwiony.

- Tak to załatwili - odezwał się, milczący do tej pory Frank. Wytarł usta w chusteczkę i rzucił ją na talerz. - Miasto przejęło cały teren, parcelę po parceli, co w przypadku firmy prywatnej trwałoby o wiele dłużej, o ile byłoby to w ogóle możliwe. Kiedy już wykupili wszystkie działki, miasto wystawiło teren na sprzedaż.

- I nikomu nie przeszkadzało, że pieniądze podatników są wykorzystywane do wywłaszczania - wtrąciła Liz. - Użyli moich pieniędzy, żeby okraść tych ludzi z dorobku całego życia.

- Tak to już jest - Frank przesunął sztućce na środek talerza. - Kwoty, które włoskie rodziny otrzymały od miasta, były śmiesznie małe i wystarczająco podejrzane, żeby napisać o tym w którejkolwiek z gazet, a jednak nikt nie raczył o tym nawet wspomnieć.

Spojrzał, jakby to po mnie spodziewał się tego bohaterskiego czynu.

- A poza tym dlaczego zadajesz te głupie pytania? Chyba nie powiesz, że cała ta sprawa umknęła twojej uwadze? Gdzie byłeś przez ostatnie kilka miesięcy? Nie wiedziałeś o rozpoczęciu budowy? Ty? Dobre sobie.

Nie zrozumiałem aluzji, chociaż jego wzrok mówił, że powinienem.

- Wolałbym nie odpowiadać na to pytanie. - Zdjąłem chusteczkę z talerza, sięgnąłem po miskę i nałożyłem kurczaka z ryżem

- Wolałbyś? Czy może nie możesz odpowiedzieć? - Frank nie dawał za wygraną.

Kobiety wciąż nie spuszczały ze mnie wzroku, ale dopiero teraz ich uwaga przyjęła tę formę skupienia, która nadzwyczaj drażni i męczy jednocześnie.

- No dobra, do cholery, przecież nie przyszedłbym tutaj, gdyby nic się nie stało, prawda? - Miałem dość tych podchodów.

- A co się tak właściwie stało? - zapytała Elizabeth.

Zamilkłem. Na tym etapie milczenie wychodziło mi już całkiem nieźle. Spuściłem wzrok na talerz w poszukiwaniu odpowiedzi. Wróżenie z ryżu nie było moją mocną stroną.

- Co się stało? - Pat wstała i stanęła nade mną.

Tak naprawdę nie wiedziałem. Czułem, że umknęło mi coś ważnego. Wskazówki pozostawione w sejfie Jerry'ego okazały się prowadzić mnie w zupełnie inną stronę. Mój plan, o ile można go tak nazwać, załamał się. Znów byłem w punkcie wyjścia. Sprawa, która miała mnie napędzać, prysła bez zapowiedzi. Mało tego wyglądało na to, że po kilkumiesięcznym milczeniu, zbieraniu materiałów i opracowywaniu taktyki Jerry i tak był pionkiem bez znaczenia. Został uśmiercony, a na jego miejscu pojawiłem się ja.

Świadomość ta całkowicie zmieniała reguły gry. Musiałem jak najprędzej podjąć decyzję. Mogłem porzucić przeszłość i zaakceptować porażkę, jaką zaserwował mi Jerry albo spróbować odzyskać pamięć i dojść do sedna sprawy. Wolność i życie w cieniu przegranego lub utrata siebie i naprostowanie tego, co spieprzył. Nie mogłem, rzecz jasna, pogodzić się z żadną z tych opcji.

- Nie jestem Jerrym - powiedziałem w końcu.

- On chyba naprawdę kiepsko się czuje - stwierdziła Pat.

- Słucham? - rzuciła Elizabeth. - Czy mógłbyś to powtórzyć, bo chyba się przesłyszałam?

- Nie jestem twoim byłym mężem.

- Przestań pleść bzdury! - uniosła się. - Na miłość boską, weź się w garść i skończ to, co zacząłeś!

- Nie rozumiecie - odparłam spokojnie. - Nie jestem tym Jerrym, który był tutaj ostatnim razem, bez względu na to, kiedy to było. Coś się stało i jak na razie nic nie wskazuje na to, żeby sytuacja miała się zmienić.

- Wszyscy się zmieniamy, Jerry. To nieuniknione - powiedziała Liz, jakby instynktownie czując, o czym mówię. Spojrzała z naciskiem w stronę córki.

- Nie o to chodzi - westchnąłem zniecierpliwiony. - Przedwczoraj obudziłem się w jakimś motelu cały w krwi i bez najmniejszego pojęcia, skąd się tam wziąłem.

- Wielka mi nowina - parsknęła Pat.

- Słuchaj i daj skończyć - odparłem. - Nie miałem pojęcia, jak tam trafiłem ani kim jestem. Dotarcie do was zajęło mi dwa dni, a teraz jestem pewien, że widzę was pierwszy raz w życiu.

Frank pokręcił głową zniesmaczony.

- Zabiłeś kogoś? - zapytał.

- Na miłość boską, Frank! Słyszysz, co on mówi? - Elizabeth chyba uwierzyła w moją historię.

- Nie mam pojęcia - odparłem. - To raczej was powinienem zapytać. Czy byłbym w stanie zrobić komuś krzywdę?

Pat spojrzała mi prosto w oczy, uśmiechnęła się głupio i wzruszyła ramionami. To wystarczyło.

- Nie - odpowiedziała Liz. - To nie w twoim stylu.

- A co jest w moim stylu?

- Lepiej powiedz, co teraz zamierzasz zrobić - odparła. - Przyznaję, że wszedłeś sobie tutaj jakby nigdy nic, ale nie wszędzie ci się to uda.

- W redakcji się udało - rzuciłem.

- W porządku - wtrąciła Pat. - Załóżmy, że faktycznie jest, jak mówisz. Co zamierzasz teraz zrobić?

- Nie mam pojęcia. Teraz, kiedy wiem, że Marsiano wygrał, dobrze byłoby przynajmniej dowiedzieć się dlaczego. Musiał chyba coś na mnie mieć, skoro do tej pory nie wyciągnąłem jego brudów na światło dzienne. Podejrzewam, że zagroził, że zrobi wam krzywdę. Frank, jak długo jesteście z Liz?

Cała trójka patrzyła na siebie, jakby związani byli niewidzialną, duszącą ich szyje nitką. Na ich twarzach nie było zrozumienia. Zamiast niej dostrzegłem podejrzliwość. Frank przerwał przedłużającą się ciszę, odsuwając teatralnie talerz.

- Są dwie opcje - powiedział. - Ten... jak mu? Marsiano?

- Tak, Marsiano.

- Albo faktycznie miał coś na ciebie, albo zagroził, że naśle kogoś na nas, albo...

- Albo zrobiłeś coś, czego nie pamiętasz - dokończyła Pat.

- O czym ty w ogóle mówisz, Jerry? - wtrąciła Liz. - Jaki Marsiano? Pierwsze słyszę.

Pat patrzyła na mnie wielkimi błękitnymi oczami i przetwarzała coś.

- Powiedz lepiej co z twoją książką? - rzuciła.

- Książką? - zapytałem zdziwiony. W moim umyśle pojawił się impuls. Faktycznie, w pliku Jerry'ego z zapisem ostatnich kilku miesięcy było wspomniane coś o gromadzeniu materiałów do książki.

- Tak, z książką? Nie pamiętasz? - spytała Elizabeth.

- No właśnie, co z twoją książką? - Frank zastukał palcem o stół, jakby rościł sobie prawo do tantiem.

Spojrzałem na nich kompletnie zbity z tropu i przeciągnąłem dłońmi po zmęczonej twarzy. Gdy starłem z czoła znużenie i zaskoczenie, obecni przy stole wymienili konspiracyjne spojrzenia.

- Czy jesteś pewien, że nie pamiętasz nic o książce? - spytała Elizabeth.

- Jestem pewien, że nie pamiętam - odpowiedziałem. - Przecież mówiłem, że nie pamiętam.

- A co, gdybym powiedział ci, Jerry - Frank ożywił się nieco, rzucił okiem na Pat i ciągnął dalej - że w twoim domu, pod dywanem w salonie znajduje się schowek, w którym trzymasz to, co bałeś się trzymać w sejfie?

- Powiedziałbym, że to sprawdzę, że to mało prawdopodobne, ale sprawdzę. Powiedziałbym też, że chciałbym wiedzieć, skąd wiesz o tajnym schowku w moim mieszkaniu i zapytałbym jeszcze, co w ogóle wiesz o mnie i o książce.

- Niewiele - odparła Pat - poza tym, o co wypytywałeś mnie i Nicka, niewiele.

- Mnie nie pytaj - Elizabeth wzruszyła ramionami. - Nie przesłuchiwałeś mnie, tylko ich.

- Moim zdaniem nawet zbyt dokładnie - odezwał się Frank.

- Ach, dajże już spokój, Frank - jęknęła Pat. - Przecież nikt nie kazał ci...

- Wystarczy! - przerwał. - Myślę, że najlepiej będzie, jeśli Jerry sam dojdzie do tego, co się stało. To nie nasza sprawa. Jerry, ta rodzina i tak już dość przez ciebie wycierpiała.

- Masz chyba na myśli, że to twoja kariera ucierpiała, Frank! - syknęła Pat.

- Przestańcie oboje - ucięła Elizabeth. - Co planujesz? Musisz iść do neurologa. Może jest ktoś, kto mógłby ci pomóc? Może jakaś kuracja? Na pewno jest coś, co pozwoli ci sobie przypomnieć.

- Ale w tym właśnie problem. Może ja niekoniecznie chcę sobie przypomnieć? Z tego, co widzę, Jerry był niezłym artystą i tak naprawdę niewiele udało mu się w życiu osiągnąć.

- Do artysty wiele mu brakowało.

- Więc aktywistą. Zgrywał się na wielkiego aktywistę - odparłem.

- Po pierwsze - Pat uniosła kciuk do wyliczanki - nie mów o sobie w trzeciej osobie. Po drugie nie mów o sobie tak, jakbyś był kimś, kim nie jesteś. Przecież się wcale nie zmieniłeś. Patrzę na ciebie i widzę tego samego dziwaka co zawsze. I po trzecie nie byłeś i chyba nigdy nie będziesz aktywistą. Jesteś zbyt zapatrzony w siebie, żeby można było cię tak nazwać.

- Dobra, mniejsza z tym. Powiedzcie co z książką? - zapytałem.

- Myślę, że najlepiej będzie, jeśli sam ją przeczytasz i zdecydujesz, co zrobić dalej - przyznała Elizabeth.

- Masz rację. Może to rzeczywiście nie taki zły pomysł - odparłem.

Liz wstała i wyniosła talerze. Pat rozlała resztę wina do lampek.

Resztę wieczoru spędziliśmy na rozmowie o dzieciństwie Pat, kompromitujących scenach ze ślubu Franka i Elizabeth i niecodziennym zjawisku zwanym amnezją. W zasadzie czułem się jak stary znajomy, odwiedzający ich po dłuższej przerwie. Byłem osobliwym zjawiskiem w życiu trójki dziwaków, z których jedynie Pat odbierała mnie, jakby nic się nie stało. Jej młodzieńczy nonkonformizm emanował w każdym geście. Uznałem, że jeśli ktoś miał do Jerry'ego największy dostęp, to była właśnie ona. Pozostawało jedynie zadać pytanie: czy pełniła w tym wszystkim jakąś rolę? I kim właściwie jest ten Nick, o którym wspominała?

Po obejrzeniu serii nudnych rodzinnych zdjęć, postanowiłem zabrać się stamtąd i uwolnić ich od mojej osoby. Pat odprowadziła mnie do drzwi, po raz ostatni próbując upewnić się, czy nie symuluję amnezji.

- Nick cię pozdrawia. Martwił się o ciebie tak samo jak ja. Nie odzywałeś się tak długo.

- Kto to jest Nick? - odparłem najzupełniej szczerze.

- Mój chłopak, Jerry. Facet, z którym sypiam. Pamiętasz?

- Nie, nie pamiętam - odparłem niepewny. Zastanawiałem się, czy mam jakoś zareagować.

- Ty rzeczywiście nic nie pamiętasz? - uśmiechnęła się lekko.

- Nic a nic.

- Spoko, zupełnie jakbym miała nowego starego - dodała.

- Skoro tak twierdzisz.

- Może to i lepiej.

- Lepiej? - spytałem.

- Tak, będziemy mogli zacząć, jak ty to ująłeś? Z czystym kontem?

Wzruszyłem ramionami. Chciałem być obojętny. Ale nie potrafiłem. Patrząc na nią, odniosłem dziwne wrażenie, że jest bardzo ważna i że to właśnie ona trzymała Jerry'ego w kontakcie z pozostałą dwójką. Patrząc na nią, po raz pierwszy poczułem, że wraz z pamięcią straciłem coś ważnego, wspomnienia o Pat i te lata, gdy byłem jej ojcem.

- Jak tam sobie chcesz - rzuciłem.

- Teoretycznie, dopóki nie odzyskasz pamięci, nie mogę mieć do ciebie o nic pretensji. A nawet gdybym miała, nie wiedziałbyś, o co chodzi.

- No, raczej tak.

- Tak więc, Jerry, jesteś zupełnie obcym facetem - mówiąc to stanęła na palcach i pocałowała mnie w policzek. - Dobrze, że nic ci nie jest.

- Dziwne uczucie - pomyślałem i ruszyłem w stronę samochodu.

Gdy wsiadłem do starego forda, mój umysł automatycznie przeniósł się do schowka w salonie. Ciekawość zaczęła drążyć wyobraźnię, a ta wiła się jak rozjuszona żmija. Dlaczego ukryłem ją tak dokładnie? Co ważnego mogłem zapisać w pendrivie, że wymagało to osobnej, starannie zakamuflowanej skrytki?

W drodze do domu zahaczyłem o sklep na rogu i zaopatrzyłem się w butelkę taniej whisky. Smak Burbona był jedną z tych rzeczy, które przypomniały mi się bez problemu. Właściwie nie było to wspomnienie a odruch, mimowolny uśmiech na wspomnienie smaku uwięzionego na dnie szkła. Była to również jedna z tych rzeczy, które lubiłem w sobie i za które się szanowałem. Potrafiłem wypić i szybko się regenerowałem. Pierwszą szklankę wypiłem jednym haustem. Drugą nalałem, by poczekała, aż pierwsza zacznie działać.

Odsunąłem na bok szklaną ławę, zerwałem przybity do podłogi dywan i od razu zauważyłem szparę w podłogowych klepkach. Podważyłem jedną z drewnianych płytek i wyjąłem. Na spodniej stronie, w wydrążonym otworze znajdował się przyklejony taśmą pendrive.

Kiedy otworzyłem zawartość pamięci, w środku znalazłem folder, a w nim plik tekstowy i kilka zdjęć z trójką nowo poznanych krewnych, choć na dobrą sprawę Franka można było zaliczyć do zupełnie innej, odległej rodziny stworzeń. Zdjęcia, na które patrzyłem, jak każde inne rodzinne fotografie, odznaczały się elementami dynamiki, emocji i znudzenia. Łączył je klasyczny wątek popołudniowego barbecue pod pretekstem spotkania lub spotkania pod pretekstem barbecue. I zapewne nie byłoby w nich nic dziwnego, gdyby nie wiadomość rozczłonkowana na powierzchni zeskanowanych fotografii. Napis głosił: "Co dalej? Twój ruch".

Gdybym był grafologiem z pewnością z linii flamastra wyczytałbym, że autor tajemniczego tekstu był inteligentnym, zdyscyplinowanym choć nerwowym osobnikiem. Niestety ostre skrzywione pismo nie sugerowało nic poza ewentualnym agresywnym usposobieniem autora. Jedyne, co mogłem wywnioskować ze słów nakreślonych czarnym flamastrem to to, że na pewno nie chodziło tu o rozgrywaną na odległość partię szachów.

Zdjęcia wykonano z różnych odległości tak, aby dać do zrozumienia, że byłem obserwowany. Były profesjonalnie wykadrowane i im dłużej się im przyglądałem, tym bardziej byłem przekonany, że nie były dziełem zbirów Marsiano. Data, którą aparat naświetlił na kliszy, została umieszczona tam najwidoczniej celowo, tak abym już na pierwszy rzut oka wiedział, kiedy i o której godzinie moje życie było w niebezpieczeństwie. Tymczasem nie chodziło przecież o moje bezpieczeństwo. To Frank, Liz i Pat mieli być kartą przetargową.

Sącząc whisky z niskiej, wypełnionej lodem szklanki przeglądałem zdjęcia i zastanawiałem się, co o tym wszystkim myśleć. Czy to była moja rodzina? Czy powinienem się martwić?

Naburmuszona mina Jerry'ego podczas nakładania warzyw sugerowała, że nie czuł się tam najlepiej. Wyglądał jak daleki krewny, który trafił tam przez pomyłkę i właśnie uzmysłowił sobie, jak bardzo tego żałuje. Frank stał przy grillu, Liz gestykulowała, stojąc nade Jerrym, a Pat śmiała się do rozpuku, przytrzymując dłonią czoło, by nie opadło na blat stołu. Było jednak coś, co niepokoiło mnie w tych zdjęciach: odległość, z jakiej je wykonano. Na pierwszym, zapewne celowo, ujęto dom Jerry'ego z odległości kilkudziesięciu metrów. Na drugim powiększono i złapano w kadr ogród, tak, że widać było wyraźnie postacie kręcące się wokół stołu. I dopiero na trzecim dostrzec można było kwaśny wyraz twarzy i zmarszczone brwi, kiedy cały w majonezowym sosie Jerry podnosił z talerza piłkę bejsbolową sąsiadów.

Jakby nie patrzeć było to ostrzeżenie. Sekwencja zdjęć mówiła: mam cię jak na dłoni i nie chodzi o kadr obiektywu.

Nie wiedziałem, na ile Jerry wziął to na poważnie i czy był to ostatni sygnał ze strony szantażysty. Zastanawiało mnie, dlaczego Jerry w ogóle zeskanował i zachował te zdjęcia. Jaki mógł mieć powód, żeby je tutaj ukryć? Jeśli chciał zataić to wszystko przed Liz i Pat, mógł przecież po prostu się ich pozbyć. A jednak z jakiegoś powodu nie zrobił tego. Czyżby planował mały odwet? Bo jeśli tak to zbieranie dowodów musiało utknąć w martwym punkcie. Oprócz fotek i pliku tekstowego nie było tam nic innego, a fotografie przecież niczego nie dowodziły.

Z drugiej strony przyczyną zabezpieczenia zdjęć mogła być najzwyklejsza rzecz w świecie: potrzeba sprawiedliwości. Same fotografie nie stanowiły żadnego dowodu, ale w połączeniu ze świeżą klepsydrą ozdobioną nazwiskiem Dawson, obrazy miały potencjał stać się nie lada zagadką do rozwiązania. Mogłyby poruszyć wyobraźnię niejednego detektywa. Nie można też zapomnieć, że Jerry pisał wtedy książkę, a jeżeli książka ta warta była ryzykowania dla niej życia i jeżeli faktycznie zamierzał ją opublikować, to może właśnie temu miały służyć ukryte zdjęcia. Każdy wie, że nic tak nie nakręca biznesu, jak świeży trup, a pozostawienie dowodów ewentualnego zabójstwa byłoby jak heroinowy strzał w skostniałą żyłę każdego wygłodniałego bestsellerów redaktora.

Odsunąłem temat zdjęć i zabrałem się za przeglądanie tekstu. Myślałem, że pójdzie łatwiej, ale nie poszło. Przeczytanie "książki" Jerry'ego zajęło mi kilka godzin. W pliku zapisanym na pendrivie i pieczołowicie ukrytym jak największy skarb znajdowało się trzysta siedemdziesiąt siedem stron dziennikarskiego samouwielbienia. To, co Pat i Liz nazwały książką, w niczym nie przypominało profesjonalnej publikacji. Daleko było jej do reportażu, a jeszcze dalej do publikacji naukowej. Co prawda tekst zawierał kilka ciekawych źródeł, ich analizę i próbę oceny pewnych zjawisk, ale ogólny moralizatorski styl, fabularyzowanie faktów i bezpardonowy ekshibicjonizm przekreślały tekst jako dokumentalny. Nie rozumiałem, jak Jerry mógł pomylić się tak bardzo. Dla tego tekstu zaryzykował przecież i stracił wszystko, nad czym pracował przez większość życia. Powinien wiedzieć, że relacjonując własny upadek, nie miał szans na wzbudzenie zainteresowania wydawców. Jego naiwność była rażąca, a podejście do sprawy nieprofesjonalne. Było jednak coś, co działało na jego obronę. W tekście znalazło się nie tylko archiwum części jego życia, ale również sprawy, o których nie miałem do tej pory pojęcia. Choćbym nie wiem jak odcinał się od Jerry'ego, choćby nie wiem, jak mnie irytował, jednego nie mogłem mu odmówić: przekonał mnie.

PRZEDMOWA

Większość zdarzeń, o których tutaj przeczytacie, wydarzyła się naprawdę. Odcisnęły piętno nie tylko na bohaterze, ale i na milionach innych, często niemych postaci, ludzi pokonujących własne demony z uporem i heroizmem. Ich historie są zwykle tragiczne i zupełnie nam obce. Im mniej wydają się prawdziwe, tym łatwiej są zatajane i częściej przemilczane.

Ludzie i władza toczą nieustanny bój, w którym naiwność, energia, wiara i egoizm są motorem ich działania, motywują ich lub hamują i spychają w przepaść. To właśnie o nich jest ta książka. O nich i o ludziach, którzy w tej walce jeszcze nie uczestniczą, czyli po części również o nas samych.

Mówiąc, że większość zdarzeń spisanych tu jest prawdą, nie sugeruję wcale, że reszta jest jedynie wytworem wyobraźni. Ludzie tacy jak Jerry istnieją. Żyją wśród nas i brną uparcie pod prąd. Ich opór i walka bywają treścią komentarzy, rzadziej nagłówków gazet, ale ich historie i tak zazwyczaj giną w ogłupiającym jazgocie mediów i szumie umykającego życia. To właśnie ich ucieleśnieniem jest główny bohater i to ich historie ubiera niczym kostium.

Fikcja zatem przeplata się tu z prawdą, by rozwiać anonimowość tych dzielnych ludzi i zdemaskować iluzje naszej codziennej rzeczywistości - w szkołach, na uniwersytetach, w telewizji i prasie. Mieszają się one, by podkreślić istnienie ludzi, którzy podejmując decyzje zza kulis, zniewalają nas, a tych, którzy stawiają opór, niszczą.

Fabuła i bohaterzy są zatem nie tylko motorem akcji, ale również siłą napędową faktów, które przesuwają się nam przed oczami niczym scenografię niedorzecznego filmu. Są to fakty, przed którymi nauczyliśmy się bronić i które oddalamy od siebie uspokojeni złudzeniem izolacji. Zwykle nie obchodzą nas sprawy, które nie dotykają nas bezpośrednio. Wytworzyliśmy pancerz ochronny z własnej, trudnej lub wygodnej rzeczywistości, w której nie ma miejsca na cierpienie innych.

Nasz bohater przybiera więc rolę medium chłonącego świadomość, przenoszącego nas w miejsca rzeczywiste i w te wykreowane, które dzięki historii i autentycznym wydarzeniom mogą okazać się bliższe prawdzie niż świat, który, jak sądzimy, znamy. Jerry porywa nas w rzeczywistość zbudowaną na szkielecie nagiej prawdy, która nas otacza i przed którą nie sposób się ukryć. Aby zachować siłę tej prawdy i przełamać wniesione przez nas przekonania, Jerry zabiera nas w podróż do miejsc i czasów, które powinniśmy poznać, a jeśli je znamy, odkryć na nowo.

Pejzaż, który ukazuje, nie jest jednak kompletny. Jest jedynie fragmentem rzeczywistości. Całkowity obraz zniszczenia mógłby go okaleczyć, zabić w nim to, co istotne i zdyskwalifikować jako nośnika akcji. Prawda i fikcja mieszają się zatem, by chronić w bohaterze to, co ludzkie: siłę, wiarę i odwagę, a nam dawkować świadomość tak, byśmy mieli siłę udźwignąć jej ciężar. Od świadomości bowiem do szaleństwa dzieli nas zwykle cienka granica.

W dzisiejszych czasach stanąć twarzą w twarz z prawdą to prawdziwa odwaga. Nie zlekceważyć jej i nie przejść obok obojętnie to prawdziwy heroizm. Ostatecznie dać się prawdzie pochłonąć i stracić niewinność to cnota.