CZĘŚĆ DRUGA - IMPERIUM
Przedmowa
Mógłbym powiedzieć, że wszystko zaczęło się od przypadkowej rozmowy, ale nie zrobię tego. Mógłbym powiedzieć, że zainspirował mnie jakiś szczególny przypadek, potworność lub doniosłość chwili, ale tego również nie przyznam. Do napisania tej książki nie skłoniło mnie nic innego, jak wieloletni, niezmienny stan nasilającej się bezsilności, jaką odczuwam, obserwując naiwność, obojętność i ignorancję ludzi, których nie obchodzi, w jakim kierunku zmierza świat. Przez pierwszą część życia byłem tak jak każdy z nas - bardziej lub mniej szczęśliwą larwą, pożerającą po kawałku liść, który zamieszkiwała. Moje życie było procesem rozrastania się, wypełniania sobą przestrzeni fizycznej i przestrzeni mentalnej w świadomości innych. Egzystencja była niczym niezmąconą konsumpcją. Ten pierwszy etap życia był błogim czasem, bo wypełnionym prostymi obowiązkami, płytkimi przyjemnościami, rytuałami nieskażonymi ciężarem świadomości. Ale były w nim i te, które dawały przeczucie, że być może nie tędy droga, że nie tu leży prawda. Był to też okres, w którym dzięki przedzierającym się przez liście promieniom słońca zacząłem dostrzegać rozświetlaną miejscami ciemność, tkwiącą gdzieś obok, na pozór niewidoczną i ukrytą głębię, prawdę spoczywającą gdzieś poza zasięgiem wzroku. Zastanawiała mnie wtedy i przerażała ta mroczna otchłań i cisza, podobnie zresztą jak i świadomość, że tak naprawdę nie wiemy nic, że przemierzamy życie po omacku jak larwy na liściu, z którego pozostał już jedynie niewielki, kruchy fragment.
Siłą rzeczy okres ten nie mógł trwać wiecznie. Po kilkunastu latach beztroskiego przeżuwania, wydalania i spoglądania w niebo nadszedł czas, by z larwy przejść w dorosłą, mniej skrępowaną postać. I tu właśnie los wszedł w szatański układ z czasem, oszukując mnie, otumaniając i w końcu strącając w przepaść.
Żona, córka, przyjaciele, praca, czynsz, kredyt, przyszłość, wszystko stało się tym, czym musiało się stać - więzieniem i celą wśród niemych, głuchych i ślepych istnień. Nikt nie widzi, co kryje się za krawędzią. Nikt nie przeczuwa, że jego potomstwo skazane będzie na beznadziejną walkę o przetrwanie.
Ciemność poniżej pociągała mnie, kusiła i obiecywała, że to właśnie ona jest jedynym wyjściem i jedyną prawdziwą drogą. Wmawiała mi bezustannie, że jeśli zmienię postać i wzbiję się wzwyż, zawładnie mną bezduszny wiatr i będzie targał mną do końca życia. Szeptała do mnie, mówiąc, że będę niewolnikiem czasu, że każde "mogę" na "muszę" zamienię, a "wiem" za "mam" sprzedam. I kiedy tak stałem nad krawędzią i rozmyślałem, czasami dochodziło do mnie echo innych, spadających wokół larw. Traciłem powoli grunt pod nogami a jednak wciąż przedłużałem ślepą wegetację, spoglądałem raz po raz, to w dół, to w górę i zastanawiałem się: co począć? Co zmienić? Co zrobić, by nie skończyć w dole, pozostawiając po sobie jedynie obgryziony liść? Traciłem czas, esencję życia. Upływał, zamykając nade mną korony drzew, odmawiając mi upragnionego słońca i złudzenia, do którego wszyscy dążą.
A gdy wybiła ostatnia godzina, a ja wciąż wpatrzony w czeluść wyczekiwałem skrzydeł, osunąłem się lekko i powoli, bez podejrzeń zacząłem opadać w dół.
Płynnie, niemal niezauważalnie wirowałem na mym liściu po delikatnej linii naznaczonej dłonią losu. A gdy dotknąłem powierzchni mroku, zamknąłem oczy i powoli zanurzyłem się w bagnie rzeczywistości. Opadając na dno, w odmętach faktów i bredni zacząłem spoglądać w górę, ku zanikającym promieniom, ku wichurze oczekiwań i rozczarowań i zacząłem rozumieć, dlaczego nie chcę zwykłego przepoczwarzenia, dlaczego nie powinienem unosić się ponad bagnem i unikać go. W rozległym obrazie zniszczenia, który rozpościerał się wokół, mój mikroskopijny wkład stawał się nie tylko widoczny, ale i namacalny, bo po raz pierwszy świadomy.
Był to czas, w którym wsłuchiwałem się w ludzi, piłem ich słowa, trawiłem czyny i podążałem śladami, które pozostawiali. I nie trzeba było przekonywać mnie, że ziemia, po której pełznę ginie, że niewiele już czasu pozostało, a nam, pasożytom protestującym przeciw słabej przepustowości jej naczyń krwionośnych nie zależy już na ewolucji, że interesują nas jedynie kolejne organy, w których moglibyśmy złożyć jaja.
I tak oto postanowiłem swym małym larwim głosem wzbić się wysoko ponad odmęt uwarunkowań, ponad wypełniającą go próchnicę wartości. Postanowiłem spróbować zmienić coś, osuszyć mój kawałek moczarów, pozbyć się stęchlizny i smrodu, bezsilności i obojętności, powiedzieć innym larwom, że i one mogą coś zmienić, że tak jak ja muszą tylko chcieć. Tylko jak to zrobić, skoro wciąż są wysoko nade mną, w koronach drzew, w bezpiecznej odległości od ziemi, w komfortowej obfitości zieleni, w obiecującej perspektywie iluzorycznych zmian i oczekiwań?
Gdybym mógł, potrząsnąłbym pniem, strąciłbym je i sprawił, by wszystkie runęły w dół i przejrzały na oczy. Wiedziałem jednak, że nawet gdybym to zrobił, wszystkie w pośpiechu wpełzłyby ponownie na górę, obrzydzone jakością powietrza, ziemi i wody, które musiałyby ze mną dzielić. Jedyne, co mi pozostało, to przemówić do ich sumienia i poczucia bezpieczeństwa. Musiałem przekonać je, że oprócz tej łatwej i wygodnej drogi istnieje również inny, słuszny wybór, którego mogą dokonać.
Moim wyborem i moją drogą okazały się słowa i zapewne słowa do końca nimi pozostaną. Wierzę w to i trwam przy tym, bo jedyne, co mi pozostało, to wiara, że każdy ma w sobie siłę, której może zaufać.
Wszelkie informacje zawarte na kartach tej książki, jak i osoby, które spotkałem, są prawdziwe. Jedynie w kilku przypadkach zmieniłem nazwy i imiona tych, którzy na to zasługują, by uchronić ich przed niebezpieczeństwem prawa i bezprawia. Przypisy znajdujące się na ostatnich stronach dowodzą nie tylko moich obaw, ale i prawdy, która kryje się na tych stronach. Jest to historia poszukiwania prawdy i wiary w to, że mimo wszystko można coś zmienić, jeśli tylko wystarczy nam odwagi.
I. Sprzeciw
Był duszny lipcowy poranek dwutysięcznego roku. Klimatyzacja w redakcji działała bez zarzutu, a mimo to na mych plecach zdążyła już wykwitnąć niewielka, ciemna plama potu. Przeciśnięta przez pory pozostałością alkoholu była niezaprzeczalnym dowodem na to, że stres znów wzbierał. Pracowałem mozolnie nad kolejnym felietonem, próbując siłą woli pokonać złośliwość rzeczy martwych. Mój komputer był już zbyt stary i zmęczony, żeby nadążyć za wymogami Internetu i nie pomógł mu nawet kolejny przeszczep pasożytniczego Windowsa. Byłem wyczerpany nadążaniem za coraz większa ilością przetwarzanych informacji. Chwilami odczuwałem tę dziwną synchronizację z maszyną, gdy żadne nie nadążało za tymi samymi danymi. Co prawda sporadycznie pojawiały się takie chwile, gdy wydawało się, że opanowuję gąszcz pootwieranych dokumentów, ale wtedy zawsze zadzwonił telefon lub ktoś podszedł i cała koncentracja rozpadała się jak domek z kart. Tak było i tym razem.
Czerwona lampka na przetartym grzbiecie telefonu migała agresywnie, podpowiadając, że po drugiej stronie linii czekał redaktor naczelny Jack Fisher.
W miarę, jak moja dłoń zbliżała się do słuchawki, zacząłem analizować możliwy przebieg najbliższego kwadransa. Na biurku Jack'a wciąż leżał wczorajszy artykuł, a że jedynie artykuły bez zastrzeżeń pozostawały tam dłużej niż dziesięć minut, mogłem być pewny, że znów zinterpretował go nie tak, jak chciałem. Oczyma wyobraźni widziałem, jak krytykuje któryś bezsprzecznie poprawnych fragmentów tekstu, po czym wybiera banalne, przypadkowe sformułowanie i chwali je, dodając, że czegoś takiego właśnie oczekiwał.
Redaktor naczelny Financial Journal nigdy nie oczekiwał, że będę robił to, co do mnie należy. Tak jak każdy redaktor naczelny spodziewał się, że będę pisał tylko to, czego według niego pragną czytelnicy. A jeśli wziąć pod uwagę, że większość odbiorców pisma to dobrze zarabiający profesjonaliści między dwudziestym ósmym i czterdziestym piątym rokiem życia... Cóż, powiedzmy, że nie miałem zbyt wielkiego pola do popisu, jeśli chodzi o rzetelne przekazywanie informacji.
Jack Fisher, jak każdy szanujący się profesjonalista, oczekiwał informacji rzeczowych i przydatnych, o ile zgadzały się z ogólnie panującymi w mediach trendami. Dlatego każdy felieton, podobnie jak ten o efekcie cieplarnianym, który leżał na jego biurku, miał z założenia ograniczać się do informacji, które dawały choćby złudzenie użyteczności.
Cała sztuka polegała na tym, by przy pomocy oczywistych faktów i niezbyt wyszukanych frazesów wzbudzić w czytelniku poczucie własnej wartości i przekonanie, że wiedza, którą właśnie posiadł, nie pochodzi z czasopisma, a jest wynikiem przenikliwego intelektu i umiejętności logicznego rozumowania. Dlatego celowo wplatałem w tekst sformułowania, które pozostawiały miejsce na wątpliwość i odpowiedzi. Było dokładnie tak, jak mawiał mój profesor: "zamknij w klatce kota, a szczury wręczą sobie medale".
Kiedy podniosłem słuchawkę, utwierdziłem się w przekonaniu, że po raz kolejny tego dnia jestem obserwowany. Zanim głos z drugiego końca linii przedarł się przez ucho wewnętrzne, Keith jak zwykle wyrósł jak spod ziemi i przemknął obok niby przypadkowo.
- Tu Dawson. Słucham? - rzuciłem, patrząc na przemykającego obok szpiega. Nie był zbyt biegły w inwigilacji.
- Jerry, czy możesz podejść na moment? - zabrzmiał podejrzanie przyjazny głos mężczyzny po drugiej stronie.
- Zaraz będę - odpowiedziałem i odłożyłem słuchawkę.
Było naprawdę gorąco. Myśli ciążyły jak zbyt mocno załadowane wagony, a pociąg zadań, na który liczył Fisher, z trudem wspinał się na wzgórze koncentracji.
Byłem gotów na kolejną przegraną w batalii o pozory dziennikarskiego rzemiosła. Nie miałem więcej siły, by rozglądać się za Keithem i próbować odgadnąć, z jakiego powodu tym razem obserwuje mnie z ukrycia. Po raz pierwszy zauważyłem, że rozpoczął tę nieudolną kampanię obserwacyjną przed około dwoma tygodniami, dokładnie dwa dni po mojej rozmowie z Bennym Marsiano. Jeśli miało to jakiś związek z materiałami, jakie gromadziłem w sprawie budowy Proximity Centre, to trzeba przyznać, że był jeszcze bardziej nieporadnym śledczym niż ja, kiedy byłem w jego wieku. Wszystkie materiały obciążające Marsiano były tutaj, w redakcyjnym komputerze, a on wciąż zdawał się o tym nie wiedzieć. Albo nie obszedł zabezpieczeń konta, albo zrobił to tak, że nie zauważyłem. Musiał być więc prawdziwą sierotą albo niezłym cwaniakiem. Tak czy inaczej zostawiłem materiały tutaj, aby zidentyfikować konfidenta i posunąć sprawę naprzód.
Kiedy wszedłem do przestronnego pokoju szefa, Jack od razu przeszedł do sedna.
- Artykuł jest w porządku. Wykreśliłem tylko jedno zdanie, ale nie po to cię tu wezwałem - powiedział.
- Zamieniam się w słuch - odparłem, siadając naprzeciwko.
Czułem, że to jedna z tych okazji, kiedy chciał pokazać, że nasza poufałość służy jedynie osłabieniu czujności i wyprowadzeniu ataku nie do odparcia.
- McAlister nie odzywa się od rana i nie pojawił się w pracy - powiedział bez emocji.
- Dlaczego mi o tym mówisz?
- Wiesz dobrze, że miał opisać zjazd republikanów. Jeśli nawali i nie będę miał nawet pół strony sensownego tekstu na ten temat, będzie mógł pożegnać się z premią.
- Na pewno nawali. Mam go zastąpić?
- A jak ci się wydaje?
- W porządku - odparłem. - Jaki ma być tekst? Sensowny czy ciekawy?
Zastanawiałem się, czy zniosę kolejne godziny konferencji prasowych, nużących przemówień i oficjalną przedwyborczą gloryfikację konserwatywnych cnót i obłudy.
- Ciekawy - odpowiedział bez zastanowienia. - Ma być ciekawy. Dodaj tylko kilka cytatów, żeby wiedzieli, że czytają o polityce, a nie kronikę towarzyską.
- Rozumiem, że wciąż rozróżniamy te dwie dziedziny? - Spojrzałem na szefa. Jego wzrok skrył się pod splecionymi palcami dłoni. Najwidoczniej nie spodobało mu się to, co usłyszał.
- Jeśli nie chcesz... - powiedział, przerywając w pół zdania. - Zawsze mogę wysłać Keitha. Daję ci ten temat jedynie przez wzgląd na wszystko, kim byłeś, zanim...
- Nie ma potrzeby szturchać zwłok patykiem - przerwałem. - W porządku. Opiszę zjazd.
- Świetnie - Jack przyklasnął, jakby jego dłonie miały magiczną moc zatwierdzania kontraktów.
- A co z nimi? - spytałem, podchodząc do okna.
Na zewnątrz, pięć pięter pod nami, przesuwały się masy anonimowych przechodniów. Nie chodziło o nich i Jack doskonale o tym wiedział.
- Dlaczego by nie? - przyznał. - Zrób kilka zdjęć, ale postaraj się, żeby były... - zastanowił się, szukając odpowiedniego słowa i dokończył - obiektywne. W końcu, nie chcemy przecież, żeby ktoś posądził nas o brak obiektywizmu, prawda?
- Zapowiada się na sporą manifestację - przyznałem. - Kiedy jechałem tutaj rano, aż roiło się od mundurów. Podejrzewam, że przy Wachovia Centre będzie ich już całkiem sporo.
- Wiesz, że nie jesteśmy brukowcem - Fisher kontynuował. - Nie będziemy opisywać szarpaniny z policją, ale kilka kropel dramatyzmu nie zaszkodzi.
- Wiem, wiem. - Jego uwagi już dawno przestały robić na mnie wrażenie. Musiałem jedynie wyczekać do końca i zrobić swoje.
- Tylko pamiętaj - powiedział - jeśli coś schrzanisz, nie będziesz miał drugiej takiej szansy. Wiesz, o czym masz napisać?
Przytaknąłem.
- Zjazd republikanów, kilka fotek Cheneya, Busha i jakiś zarys kampanii wyborczej.
- Tak - potwierdził - to twój główny temat. Wszystko, co zdecydujesz dodać od siebie, robisz na własne ryzyko, więc uważaj. Nie chciałbym, żeby...
- Dobrze, rozumiem - przerwałem. - Dostanę fotografa, czy mam sam schrzanić te zdjęcia?
- Nie mam teraz nikogo wolnego. Jeśli chcesz, weź Keitha. Nie jest fotografem, ale i tak nie ma nic do roboty.
- W porządku. Coś jeszcze? - spytałem, stojąc w drzwiach.
- Przynieś dobry tekst - odparł. - To wszystko.
Wyszedłem na zewnątrz w gorący zaduch redakcji. Przemierzając otwartą przestrzeń między biurkami przyglądałem się mrówkom pracującym cierpliwie nad kolejnym wydaniem. Każda miała ściśle określoną funkcję i gdybym nie znał każdej z osobna, mógłbym pomyśleć, że znają się na tym, o czym piszą. Na przykład Helen, która uśmiechnęła się lekko, gdy przechodziłem obok jej biurka, pisała właśnie z zawziętą miną o kolejnej porażce sektora produkcyjnego, ofierze złożonej na ołtarzu chińskiej taniej siły roboczej. Znała doskonale temat i przepowiadała nadchodzącą katastrofę. A raczej powinna była przepowiedzieć. Gdyby ktoś przyjrzał się jej skupionym oczom i twarzy, oddającej wewnętrzne sprzeczności, mógłby odczytać z niej nie tylko świadomość klęski, ale też zakorzenioną głęboko wolę przetrwania, dziennikarską ambicję i ból konformizmu, który zamykał jej usta, tak, jak wszystkim wokół. W przeciągu następnych kilku lat region Filadelfii miał się okazać czarną dziurą bezrobocia, ale ani Helen, ani nikt inny z redakcji nie ośmielił się wspomnieć o tym choćby słowem. W ich szufladach piętrzą się sterty dokumentów, zalegają setki analiz, prognoz inwestycyjnych, międzynarodowych kontraktów, a i tak żaden po nie nie sięgnie. Byłoby to równoznaczne z naciśnięciem spustu pistoletu przyłożonego do skroni ich dziennikarskiej kariery. Helen z pewnością wiedziała, o czym pisze, ale dla dobra własnego i rodziny wolała udawać, że jest inaczej. Kryzys już deptał nam po piętach, czytelnictwo spadało, a redakcje w całym mieście redukowały personel. Wychodzenie przed szereg i alarmowanie publiki bez wyraźnych wytycznych z góry nie leżało w interesie żadnego dziennikarza. Zatrzymałem się i spojrzałem jeszcze raz na Helen. Było mi jej żal. Pomimo że mogła skryć się w czterech ścianach domu na kredyt, ogrzać ciepłem nadpobudliwego męża i pokrzepić myślą o przyszłości dwójki dzieci, widać było, że jest nieszczęśliwa. Zaprzedała się i nie mogła cofnąć do miejsca, w którym był jeszcze wybór. Wolny duch jej dziennikarskiej dociekliwości miotał się i szarpał w klatce pod biurkiem. Czasami szturchnęła tę klatkę, lub kopnęła butem, żeby uwięziony w niej uspokoił się, zamilkł i dał jej pracować, ale nawet wtedy wyrzuty sumienia nie znikały z jej twarzy.
Za kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt lat zasili szeregi martwych idealistów, którzy budzą się pod koniec życia ze świadomością, że byli tylko teoretykami. Niestety takich martwych idealistów pracujących w gazetach zdążyło się już zebrać całkiem sporo. Natomiast młodzi, wciąż żywi, którzy może i chcieliby coś zmienić, nie mieli jeszcze porządnego zaplecza - wiedzy i doświadczenia - niezbędnych do skutecznego wyrażana obaw i sprzeciwu. Zdarzali się jednak weterani - specjaliści w swoich dziedzinach, którzy potrafili wbrew systemowi zachować w sobie okruchy godności. I to właśnie oni, między wierszami felietonów przemycali prawdę wśród zniekształconej prasowej rzeczywistości. Osobiście nigdy nie zaliczałem się do tej kategorii. Rutyna pochłonęła mnie zbyt szybko i w końcu nie miałem już nic do powiedzenia. A przynajmniej nic na tyle znaczącego, by utożsamiać się z tą drużyną straceńców. Odkąd pamiętam, tkwiłem wąskim gronie zrezygnowanych hipokrytów.
Idąc dalej przez usianą biurkami przestrzeń, spostrzegłem Keitha obserwującego mnie znad ekranu Maca. Jego wzrok był odrobinę wolniejszy niż mój, więc zdążyłem uchwycić skrawek zainteresowania ukryty pod maską arogancji.
- Jeśli potrzebujesz czegoś, po prostu powiedz - zwróciłem się do niego najbardziej życzliwym głosem, na jaki było mnie stać.
- O, cześć, Jerry. - Udawał zdziwionego. - Wszystko w porządku? - Spojrzał wymownie w stronę gabinetu Jacka. - Fisher zdaje się łagodnieje na stare lata, co?
- Czy po to przywołujesz mnie wzrokiem całymi dniami? Żeby mi to powiedzieć?
- Nie rozumiem. - Zmieszał się. - O co ci chodzi, Jerry?
- Wiem, że z jakiegoś powodu bardzo intryguje cię to, co robię. Jeśli chcesz, ułatwię ci te podchody i odpowiem na wszystkie pytania. Tylko nie szpieguj mnie więcej, bo jesteś w tym tak nieudolny, jak Laurie, która właśnie stanęła za mną.
- Cześć, Jerry! - Kobiecy głos dobiegł zza moich pleców.
- Dla ciebie pan Dawson, dziecko - odrzekłem i odwróciłem się powoli. - Czego chcesz?
Drobna brunetka o nagich ramionach i głębokim dekolcie prowokującym wszystkich w biurze, stanęła za mną z szerokokątnym obiektywem wycelowanym prosto w moją twarz. Miała na sobie cienki, szary top bez rękawów i błękitne, idealnie dopasowane dżinsy. Jej strój spełniał swoją funkcję, przyciągając wzrok wszystkich facetów w redakcji, a mnie dodatkowo irytował.
- Pięknie - wyznała wyraźnie zachwycona obrazem mojej dojrzewającej irytacji. - Podobno wybiera się pan na zjazd Republikanów? Pan Fisher powiedział, że mogę jechać z panem. Oczywiście jeśli nie ma pan nic przeciwko, panie Dawson? - dodała, kładąc nacisk na przedostatnie słowo.
- No dobrze, mów mi Jerry, ale robieniem zdjęć podczas zlotu zajmie się Keith. Zresztą jest coś, o czym musimy z Keithem porozmawiać, prawda?
- Ależ nie nie, to nic takiego. - Chłopak wzdrygnął się i wskazał na rozczarowaną Laurie. - Ona na pewno robi lepsze fotki niż ja. Zresztą myślę, że powinna się uczyć. W końcu po to tutaj jesteś, prawda skarbie?
- Po pierwsze nie jestem twoim skarbem, już ci to mówiłam - syknęła, zwężając powieki. - A po drugie... - zrobiła małą przerwę, po czym zupełnie zignorowała chłopaka i zwróciła się do mnie, wypinając do przodu niewielkie, acz kształtne piersi. - No to jak będzie, panie Jerry?
- W porządku - zgodziłem się. - Tylko postaraj się nie plątać pod nogami.
Pomyślałem wtedy, że za kilka lat mógłbym się w niej zakochać. Wziąć mógłbym ją tu i teraz, ale zakochać się... To zupełnie inna bajka. Potrzebowała jeszcze kilku lat, musiała pozbyć się młodzieńczej głupoty, skosztować goryczy wpisanej w zawód. Byłem ciekaw, jak zachowa się, widząc regularną bitwę uliczną, nagłą transformację policjantów i chaos bezprawia, które miały rozegrać się tego dnia. Zastanawiało mnie, jak zareaguje na trójkę krawężników tłukących leżącego nastolatka. Od tego, gdzie leży jej lojalność, zależeć będzie cała przyszła kariera. Gdyby wybrała to, co słuszne, byłbym w stanie ją pokochać. Czarne oczy, pełne usta i olśniewający uśmiech przypominały mi, że kiedyś i ja byłem młody, że tak jak ona traktowałem życie jak obiecującą przygodę. Teraz byłem już tylko urzędnikiem, konduktorem odcinającym kupony w pociągu zmierzającym do kresu życia. Wydawało mi się, że dla niej byłbym w stanie wykrzesać coś jeszcze. Musiałbym tylko dokonać niemożliwego, pozbawić ją próżności, którą była przesiąknięta, oszczędzając przy tym jej młodzieńczą wiarę i naiwność. Potrzebowałem tego, tej nadziei na lepsze jutro, uczucia, które już wiele lat temu ulotniło się, wytarte przez napierającą rzeczywistość.
Kiedy zjeżdżaliśmy windą, do chłodnego podziemnego parkingu nie wiedzieliśmy, co tak naprawdę będziemy opisywać. Dla Laurie był to zjazd członków partii, grupy kongresmenów i przypuszczalnie najważniejszych ludzi w kraju. Jej zadaniem miało być udokumentowanie wystąpień, programów i pomyłek - oczywiście o ile udałoby się je wychwycić. Dla mnie spektakl był wyreżyserowany na potrzeby promocji. Każdy, kto liczył się w grze lub mógł zacząć znaczyć coś po listopadowych wyborach, był potencjalnie kurą znoszącą złote jajka. Konwent był wielką kurzą farmą, gdzie inwestorzy mogli obejrzeć okazy, podkarmić je obietnicami przyszłych tantiem i sprawdzić, na jaki zysk mogą liczyć. Cała sztuka polegała na tym, by wiedzieć, gdzie i kiedy warto pojawić się, by zadać odpowiednim osobom właściwe pytania. W taki dzień jak ten Nagroda Pulitzera była na wyciągnięcie ręki dla każdego młodego, niemającego nic do stracenia publicysty. Na moje szczęście miałem dość dużo do stracenia, więc bez wahania zrezygnowałem z opisywania rzeczy takimi, jakimi były naprawdę. Postanowiłem przedstawić dokładnie to, czego oczekiwał szef. Przemówienia przedwyborcze, podobnie jak opery mydlane, nie budziły we mnie zbyt ciepłych uczuć, postanowiłem więc odtworzyć cały program zjazdu bez konieczności uczestniczenia w nim.
Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po uruchomieniu zapłonu, było wyciągnięcie ze schowka niewielkiej radiostacji i dostrojenie jej do częstotliwości używanej przez filadelfijską policję. Następnie wyjechaliśmy na zewnątrz i zaparkowaliśmy na poboczu po przeciwnej stronie jezdni, tuż przed wejściem do lokalnego studia Fox News.
- I co teraz? - zapytała dziewczyna. - Dlaczego nie jedziemy do First Union Centre?
- O której rozpoczyna się konwent? - Skąd mogę wiedzieć? - odparła zdziwiona.
- No to może powiesz mi, jaki jest program obrad?
- Jestem tutaj tylko po to, żeby robić zdjęcia, no nie? - burknęła.
- Dokładnie - odparłem. - Więc proponuje ci zamilknąć i siedzieć cicho, dopóki nie nadarzy się taka okazja.
Nie odpowiedziała. Skrzyżowała ramiona na piersi i odwróciła głowę w kierunku chodnika. Po kilku minutach ciszy nie wytrzymała.
- Właściwie dlaczego tu siedzimy? - spytała nerwowo. - Myślisz, że nie mam lepszych rzeczy do roboty?
Spojrzałem na nią coraz bardziej poirytowany. Nie miała pojęcia o niczym. Była tak zielona jak ja w pierwszy dzień pracy, a siedziała w redakcji już kilka miesięcy. Miałem ochotę podziękować jej za współpracę. Na szczęście radioodbiornik w końcu zacharczał. Pośród szumów i trzasków rozległ się głos któregoś z funkcjonariuszy.
- Centrala? Tu Hamilton. Czy moglibyście przekierować trochę ruchu z głównej arterii na południe od ratusza?
- Tu centrala. O co chodzi, złotko? - odezwał się pewny kobiecy głos.
- Coś się tu kroi - kontynuował policjant. - Na chodniku roi się od ludzi z transparentami. - Stoję na rogu ulic South Broad Street i South Penn Street. Przyślijcie kogoś, jeśli nie chcecie mieć zatamowanego ruchu na południe od magistratu.
Wyłączyłem radio, spojrzałem na zdziwioną dziewczynę i ruszyłem w kierunku centrum.
- Jak ci się udało przechwycić ich sygnał? - zapytała, gdy mijaliśmy ostatni park w tej części miasta. - Nie wiesz, że korzystanie z pasma zastrzeżonego jest karalne?
Zastanawiałem się, czy pyta poważnie, czy może próbuje mi zaimponować wyrafinowanym poczuciem humoru.
- Gdybym nie wiedział, nie siedziałbym w wozie z zamkniętymi szybami przy plus trzydziestu stopniach, prawda? - odparłem.
- No właśnie. - Zrobiła kwaśną minę. - Nie chciałam nic mówić, ale mógłbyś zamontować klimatyzację.
Spojrzała, jakbym zaprosił ją na randkę w obrzyganym samochodzie. Nie zareagowałem. Zaczynała mnie irytować.
- W porządku. I co teraz? Jedziemy pod ratusz? - zapytała.
Z jakiegoś powodu jej głos działał mi na nerwy. Być może to wiek, być może to, że podobała mi się, być może to, że przy tym wszystkim robiła wrażenie po prostu głupiej. Wziąłem głęboki wdech i otworzyłem szybę. Chciałem uwolnić się od powietrza, które musiałem z nią dzielić. Dopuszczałem do siebie możliwość, że moje pierwsze wrażenie było jak najbardziej mylne, ale i tak przekląłem w duchu jej wielkie czarne oczy, głęboki dekolt i to, że jestem samcem. Wrzuciłem kierunkowskaz, zmieniłem pas i nacisnąłem na gaz. Chciałem mieć to za sobą.
Była jedenasta. Serce miasta i przechodnie kroczący mozolnie przez gęste lipcowe powietrze korzystali tłumnie z cienia, który wpełzł na lewą stronę jezdni. Karykatury drzew wtłoczone w kamienne płyty po obu stronach Park Street rzucały śmieszne plamy dziurawego cienia na czysty, schludny trotuar. Mechaniczna regularność ich kształtów i odstępy między nimi, podpowiadały, że na tych połaciach Ziemi niepodzielnie panował beton. Kiedy minęliśmy kolejne światła, zza sygnalizacji wyłoniła się sylwetka dziewiętnastowiecznego grafitowego gmachu, a tuż za nim nowoczesne drapacze chmur. W miarę, jak zbliżaliśmy się do centrum, ruch się nasilał, a na chodnikach przybywało ludzi. Przy prędkości trzydziestu mil na godzinę dało się zauważyć większą niż zwykle liczbę umundurowanych krawężników. Zostali tu ściągnięci z całej Pensylwanii. Nie pamiętam, żeby wcześniej rzucali się tak w oczy. Kiedy wjechałem w korytarz cienia rzucanego na ulicę zamkniętą między rzędem niewzruszonych, szklanych budynków, zauważyłem, że większość przechodniów zmierza w jednym kierunku. Sunęli ku dolnej Broad Street, gdzie tętniące życiem miasto powoli zanikało, uwalniając swą energię i ludzi na południe: w stronę Baltimore i za nim Waszyngtonu. Skręciłem w prawo i zatrzymałem się na jedynym płatnym parkingu w tej części miasta. Laurie spojrzała pytająco, pozbawiając się jedynej szansy na jakiekolwiek wyjaśnienie z mojej strony. Był to najdłuższy kontakt, na jaki pozwoliliśmy sobie, odkąd ją poznałem, a mimo to czułem, że te piętnaście minut wspólnej jazdy przekreśliło nadzieję na przyszły, urojony związek.
Wyjąłem ze schowka dyktafon, włożyłem do kieszeni i ruszyłem w kierunku ratusza, pozostawiając naburmuszoną dziewczynę samą sobie. Siedziała w samochodzie, zastanawiając się Bóg wie nad czym. Chociaż czasami wydaje mi się, że nawet On nie wie, o czym myślą kobiety.
Nie minęła chwila i ruch kompletnie zamarł. Kierowcy uwięzieni w swych pojazdach zaczęli nerwowo dusić klaksony, a uciążliwy do tej pory upał stał się nie do zniesienia. Zatrzymałem się i odwróciłem. Postanowiłem zaczekać na rozkapryszoną dziewczynę.
Wyziewy z rur wydechowych kłębiły się w wąskim korytarzu między biurowcami. Kiedy Laurie dotarła, ruszyliśmy razem wzdłuż wypchanej wozami ulicy, krztusząc się od gromadzącego się w nim zastygłego smogu. Jednokierunkowa droga, okrążająca gmach ratusza, była całkowicie zakorkowana. Pięć pasów tworzących Bulwar Kennedy'ego stało się areną dantejskich scen, w których główną rolę odgrywali pieklący się i kłócący z policją kierowcy. Postanowiliśmy przejść chodnikiem wokół ratusza. Chciałem sprawdzić, jak policja radzi sobie z tak poważnym zadaniem, podczas trwającego już dwa dni zjazdu. Szliśmy powoli, ramię w ramię. Przyglądałem się krzyczącym ludziom i wyobrażałem sobie, jak każdy zmienia się w terytorialne zwierzę, w dzikusa walczącego o fragment asfaltu. Wystarczyłoby odciąć im dopływ do taniego, niemal nieograniczonego paliwa z Bliskiego Wschodu, gazu ze Środkowej Azji i soi z Południowej Ameryki. Po chwili Laurie wytrąciła mnie z transu, wskazując źródło zamieszania. Obeszliśmy ratusz i naszym oczom ukazał się pierwszy tego dnia "punkt zapalny".
Na niewielkim placu, tuż przed wejściem do ponurego, masywnego gmachu rady miasta stało kilkudziesięciu dziennikarzy błyskających aparatami. Obiektywy były skierowane w stronę grupki młodych ludzi, stojących na środku skrzyżowania. Jeden z policjantów, oddzielających tłum od wysepki na środku, gestykulował, wykrzykując coś w stronę młodzieży, ale tamci nie reagowali. Zdawali się nie zwracać na niego uwagi. Ruch uliczny zamarł.
Podeszliśmy bliżej, żeby przyjrzeć się scenie. Laurie wyjęła aparat i zamontowała obiektyw. Czworo spośród aktorów stojących na przecięciu ulic miało przewiązane na oczach opaski. Ich nadgarstki związano z przodu. Mieli na sobie tradycyjne, latynoamerykańskie poncza, a głowy dwóch z nich zakrywały wielkie, słomiane kapelusze. Kilkoro innych uczestników happeningu trzymało wzniesione nad głowami tablice, opisane nazwami krajów, z których pochodzili skazańcy. Nazwy Meksyk, Gwatemala, Salwador i Kolumbia widniały posępnie na ociekających czerwoną farbą tekturowych płytach. Po obu stronach tej swoistej sceny stały grupki ludzi z pikietą i sztandarami głoszącymi "Zamknąć School of Americas", "Zamknąć Szkoły dla zabójców". Oprócz nich, wkoło, jak okiem sięgnąć, można było dostrzec ludzi trzymających wzniesione nad głowami białe, drewniane krzyże. Na każdym widniało zdjęcie, a także coś, co mogło być imieniem, nazwiskiem lub nazwą. W miejscu, gdzie zatrzymał się ruch, oprócz czterech związanych chłopców o wyraźnie latynoamerykańskich rysach stało pięciu białych, młodych mężczyzn ubranych w wojskowe lub paramilitarne mundury. Celowali w jeńców z automatycznych karabinów. Gdy na scenę wkroczył ostatni aktor, starszy mężczyzna w czarnym fraku i charakterystycznym, wysokim, ozdobionym amerykańską flagą kapeluszu, scena nabrała pełnego wymiaru. Wuj Sam stanął między na środku, żołnierzami i skazańcami, przyglądał się przez chwilę jednym i drugim, głaszcząc przy tym sztuczną, białą brodę, jakby analizował winę na podstawie postury ciała i koloru skóry, a potem zrobił dwa kroki w tył, stanął za plutonem egzekucyjnym i machnął ręką. Dowódca plutonu, śledzący każdy ruch amerykańskiego wodza bezbłędnie rozpoznał rozkaz i wydał komendę do strzału. Członkowie szwadronu nacisnęli na spusty. Nie usłyszałem wystrzału, ale widziałem, jak skazańcy upadają w milczeniu na asfalt i płyty wysepki na środku drogi.
Tuż po egzekucji pluton żołnierzy zaciągnął cztery ciała chłopów na koniec pasa betonu rozdzielającego sześć pasów ruchu. Tablica, która pojawiła się w dłoniach stojącego tam księdza głosiła: "miejsce pochówku". Wleczone po jezdni "zwłoki" pozostawiły na asfalcie ślady czerwonej farby, która doskonale oddawała nastrój przedstawienia. Ludzie zebrani wokół, zarówno ci z podniesionymi do góry krzyżami, fotografiami i tablicami, jak i zwykli przechodnie, którzy zatrzymali się, żeby obejrzeć spektakl, milczeli. Zupełnie jakby farba znacząca jezdnię przemawiała językiem krwi, którego nie sposób było zignorować. Kiedy wszyscy zmasakrowani zostali zaciągnięci i złożeni w stertę ciał, żołnierze zapalili po papierosie, zrobili sobie wspólne zdjęcie i rzucili niedopałki na mogiłę. W ostatniej scenie oddalili się, znikając w zebranym tłumie.
Przez dłuższą chwilą nikt się nie odezwał, ludzie patrzyli na siebie, nie wiedząc, jak zareagować. Szturchnąłem Laurie, żeby upewnić się, czy uchwyciła wszystkie akty przedstawienia. Kiedy przytaknęła, wskazałem na stojącego przy "mogile" księdza, dając do zrozumienia, że chcę, aby zrobiła jeszcze jedno. Po chwili ludzie z transparentami zaczęli skandować swoje hasła, czas wznowił bieg, a przechodnie ruszyli przed siebie. Skierowałem się w stronę księdza, żeby zdobyć materiał na pierwszy fragment artykułu.
Gdy się zbliżałem, dostrzegłem determinację na jego twarzy i zrozumiałem, że nic z tego, co powie, nie nada się do tekstu.
- Robi wrażenie - przyznałem.
- Dziękuję, staraliśmy się, żeby było przekonujące.
- Czy ksiądz często to robi? - zapytałem.
- Mów mi Thomas - powiedział, wyciągając dłoń.
- Jerry, Jerry Dawson.
- Nie, Jerry, niezbyt często. Ale to dobre ćwiczenie. Pomaga odzyskać kontakt z rzeczywistością.
- Musicie tkwić w niej po uszy, skoro stać was na wystawienie czegoś takiego.
- Nie - pokręcił głową. - To oni tkwią w niej po uszy. - Wskazał na grupkę podnoszących się młodych aktorów. Zdejmowali właśnie poplamione farbą ubrania i ścierali kolor ze skóry.
- Pracuję dla Financial Journal. Czy jest coś, co moi czytelnicy powinni wiedzieć o tym przedstawieniu?
- Jasne, że powinni - odparł, wskazując na tłum przed ratuszem. - Ci ludzie nie stoją tu bez powodu. Zasługują na to, żeby ktoś się o nich dowiedział.
- Zrobię co w mojej mocy - odparłem, ale chyba niezbyt przekonująco. Thomas przebiegł wzrokiem po mojej twarzy i chyba wyczuł, że kłamię. W jego oczach dostrzegłem determinację i wyzwanie. Chciał udowodnić, że warto. Chciał mnie przekonać.
- School of Americas trenuje członków szwadronów śmierci urządzających rzezie ludności cywilnej w krajach Ameryki Łacińskiej, a nikt u nas niczego z tym nie robi.
- Rozumiem, że to była inscenizacja jednej z takich masakr? - zapytałem.
Nie musiałem pytać. Wiedziałem, że Ameryka Łacińska była krwawą łaźnią obsługiwaną przez z CIA za Reagana a potem Busha. Wiedziałem też, że nikogo to nie interesuje i że ten ksiądz próbuje po prostu wykorzystać mnie, żeby to zmienić. Zamierzałem pozwolić mu spróbować.
- Tak, to "Masakra w El Mozote" - powiedział. - Salwador jedenasty grudnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt jeden. Około tysiąca zabitych, Batalion Atlacatl.
- Tysiąc zabitych - powtórzyłem w zadumie. - To spora liczba.
- To były trzy dni strachu, przesłuchań, tortur i gwałtów. Z całej wioski przeżył tylko jeden świadek - kobieta, która ukryła się w zaroślach. Żołnierze zabili jej męża i dzieci, a po wszystkim spalili ciała.
Wiedziałem, że nie mogę o tym napisać, a jednak moja wyobraźnia porwała mnie do minionych lat, gdy jako młody, naiwny student sprzeciwiałem się wszelkim przejawom agresji i nie myślałem o konsekwencjach, wierząc, że liczą się tylko ideały.
- Ideałami nie spłacisz długów - upomniałem się w myślach po raz kolejny.
Mimo wszystko chciałem, żeby mu się udało, chciałem pomóc i napisać o tym, jeśli nie teraz, to w niedalekiej przyszłości, gdy cały ten polityczny cyrk skończy się i ludzie będą znów bardziej skorzy do przyjęcia tekstu cięższego kalibru.
- No dobrze, rozumiem. Ale co to ma wspólnego z nami? - próbowałem go podpuścić.
- Więcej niż mogłoby się zdawać.
- Przecież to nie nasze terytorium - naciskałem. - Ksiądz mówi o ludobójstwie, a z tego, co zrozumiałem, to jakiś miejscowy oddział dokonał tej zbrodni. Czy byli tam jacyś Amerykanie?
Wyciągnąłem dyktafon. Mężczyzna w koloratce uśmiechnął się na ten widok.
- To prawda. Nie znajdziesz tam ani jednego amerykańskiego żołnierza. I nie jest to terytorium USA.
- Więc po co to całe zamieszanie?
Ksiądz spojrzał na pakujących się do furgonetki aktorów. Stali w bocznej uliczce po jego lewej. Żołnierze czekali, paląc papierosy. Dwóch "zabitych" podeszło do nich i zaczęli rozmawiać.
- Aztekowie i jankesi - pomyślałem. - Ostateczne pojednanie po latach.
- Przede wszystkim należałoby tu powiedzieć o całej powojennej historii - powiedział. - O dominacji na południowym kontynencie i działaniach na przesmyku Ameryki Środkowej. Jeśli rzucisz okiem na listę konfliktów zbrojnych w dwudziestym wieku, nie znajdziesz tam wielu pozycji opisujących jawne konfrontacje w Ameryce Łacińskiej. A to dlatego właśnie, że na własnym terytorium nie prowadzi się wojen. Jeśli już, to wojny domowe, chociaż i to jest ostatnią rzeczą, jakiej życzyliby sobie ekonomiści. Zamiast wysyłać wojsko do tych "demokratycznych" krajów lepiej uzbroić i wyszkolić ich lokalne siły zbrojne. One zawsze chętnie wykonają brudną robotę.
Przytaknąłem. Tego oczekiwał.
- Mówisz, że to nie nasze terytorium - ciągnął dalej. - To prawda, ale w tamtych czasach, kiedy powstawało amerykańskie imperium, pojęcie "strefa wpływów" było równoznaczne z terytorium. To złota lekcja, którą przejęliśmy od Brytyjczyków. Nie musisz rozszerzać terytorium, żeby zwiększyć zyski. Wielkie terytorium to koszt, spójrz, co stało się ze Związkiem Radzieckim. Z drugiej strony kraje, które są w twojej strefie wpływów, to idealne dojne krowy. Trzeba je tylko od czasu do czasu szturchnąć kijem, żeby nie schodziły z wyznaczonej ścieżki.
- Ścieżki kapitalizmu?
- Zgadza się.
- No dobrze, rozumiem, że to jest rozmowa na nieco dłuższą historyczną debatę. Ale jaka w tym wszystkim jest rola School of Americas?
- School of Americas to ośrodek szkoleniowy w forcie Bening w Georgii, którego pierwsza siedziba znajdowała się w Panamie. SOAs została utworzona w Wolnej Strefie Kanału Panamskiego, będącej de facto terytorium Stanów Zjednoczonych, wewnątrz marionetkowego państwa - Panamy. Była najlepszą instytucją szkoleniową poza granicami USA, w której to dyktatorzy i prezydenci terroryzowanych państw szkolili synów i zaufanych dowódców wojskowych.
- I to jest wszystko udokumentowane?
- Tak, wszystkie informacje na temat SOA są ogólnie dostępne. Każdy może sprawdzić i zweryfikować. Proszę - powiedział, podając mi jedną z ulotek, które miał ze sobą.
- Z jakiego powodu szkołę przeniesiono do Georgii? - spytałem, wpatrując się w czarno białą, wypełnioną danymi broszurę. Wyglądało na to, że są jednak rzeczy, których nie wiedziałem o Ameryce Łacińskiej.
- Z jakiego powodu przeniesiono szkołę? - powtórzył, jakby wyczuł moje wahanie. W jego oczach dostrzegłem triumf. - Z tego samego powodu, z jakiego podpisano Traktaty Panamskie. Kiedy w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym roku pułkownik Gwardii Narodowej, Omar Torrijos, dokonał przewrotu, pozbawiając władzy ówczesnego nowo wybranego dyktatora Panamy Arnulfo Arias...
- Nowo wybranego dyktatora? - przerwałem. - Jak można być wybranym dyktatorem?
- Jeśli ktoś jest obalany podczas trzech kadencji prezydenckich, a podczas jednej zawiesza konstytucję i zakłada tajną policję, próbuje przejąć władze nad ciałem ustawodawczym i kontrolować sąd najwyższy, to jak go można nazwać?
- Materiałem na dyktatora - stwierdziłem.
- No właśnie. Tak czy inaczej, kiedy Torrijos objął władzę w Panamie, School of Americas szkoliły latynoamerykańskich żołnierzy i szpiegów już od przeszło dwudziestu dwóch lat. Pomimo że Torrijos objął władzę za pomocą przewrotu i że był absolwentem SOAs, przejął kontrolę bez przelewu krwi, pozbawiając władzy oligarchię ustanowioną przez USA jeszcze na początku dwudziestego wieku, kiedy to utworzyliśmy marionetkowy rząd dla zabezpieczenia własnych interesów na południe od Meksyku. Strefa Kanału była państwem w państwie, a dla Panamczyków symbolem wyzysku i niewoli. Kiedy dziewięć lat później Torrijos dopiął swego, podpisując z Carterem traktat o przejęcie przez Panamczyków strefy kanału w dziewięćdziesiątym dziewiątym, usunięcie SOAs zostało w nim ujęte jako jedno z pierwszych zadań, jakie należało wykonać. Kto w końcu chciałby mieć amerykańską szkołę zabójców na swoim podwórku?
- Dlaczego ojciec wciąż powtarza, że to szkoła zabójców. Są na to jakieś dowody?
- Thomas, mów mi po imieniu.
- No tak. Masz rację.
- Jeśli spojrzysz na listę absolwentów placówki - przejechał palcem po liście z ulotki - trudno przeoczyć czołowych dyktatorów Ameryki Łacińskiej. Guillermo Rodriguez z Ekwadoru, Juan Velasco Alvarado z Peru, Leopold Galtieri z Argentyny, Manuel Noriega z Panamy, wszyscy byli absolwentami SOAs.
Według Departamentu Obrony, w przeciągu pięćdziesięciu lat istnienia szkoła wypuściła sześćdziesiąt jeden tysięcy absolwentów. Mniej niż jeden procent z nich ma coś wspólnego z naruszeniami praw człowieka. To bardzo wygodna argumentacja, ale zastanówmy się, ile może jeden człowiek. Mało tego, ile może sześciuset dziesięciu ludzi w odpowiednich miejscach1
?
- Wszystko zależy od tego, co to za ludzie - odparłem.
- Uczniem szkoły - odparł ksiądz - był na przykład pułkownik Lima Estrada dowodzący D-2, Wojskową Agencją Wywiadowczą Gwatemali, która w ramach kampanii anty-powstańczej przeprowadziła pacyfikacje czterystu czterdziestu ośmiu wiosek Majów, mordując dziesiątki tysięcy mieszkańców1
. Jeden człowiek, jedna decyzja. Czy daje to jakieś wyobrażenie o skali problemu?
- Niech ojciec mówi dalej - zachęciłem. Ksiądz uśmiechnął się, więc poprawiłem: - Mów dalej.
- To właśnie w Gwatemali, w latach siedemdziesiąt osiem - osiemdziesiąt sześć, podczas rządów trzech kolejnych ludobójczych dyktatur wojskowych, niezmiennie około czterdzieści procent ministrów w kolejnych rządach było absolwentami SOAs. Podczas ponad trzydziestoletniej wojny domowej w tym kraju dziesiątki tysięcy ludzi zostało zamordowanych, a ogólna liczba zabitych przekroczyła dwieście tysięcy. Większość z generałów, biorących udział w licznych przewrotach, aktach terroru i morderstwach w tym okresie, było szkolonych w SOAs1
.
- To wszystko jest potworne, przyznaję, ale równocześnie brzmi jak odległa, nierealna historia - powiedziałem. - Jak my, ludzie żyjący w XXI wieku, mamy się do tego odnieść? Dla wielu przeciętnych Amerykanów rewelacje tego typu są jak opowieści o holokauście na lekcjach historii. Kiwamy głowami jak dzieci w szkole, a gdy nauczyciel się odwróci, robimy swoje. Jak ktokolwiek tutaj może przejąć się losem ludzi żyjących tam?
- Spójrz na to - powiedział, wyjmując z torby plik pełen zadrukowanych stron, zdjęć i map. Byłem pewny, że nie dotarło do niego nic z tego, co powiedziałem. Był jak w transie. Musiał udowodnić za wszelką cenę, że warto o tym napisać.
- To jest mapa Kolumbii. Według badań jednej z niezależnych organizacji, wśród trzdziestu trzech dowódców oddziałów i brygad obejmujących jurysdykcją cały obszar kraju aż trzydziestu zostało przeszkolonych w SOAs. Jeśli spojrzysz na mapę, z łatwością dostrzeżesz, że każdy batalion dowodzony przez nich wykonał co najmniej pięćdziesiąt egzekucji na przestrzeni siedmiu lat. Co drugi z tych batalionów zamordował w tym czasie ponad stu ludzi. W czterech okręgach dowódcy przeprowadzili w tym okresie egzekucje na ludności cywilnej w liczbie szacowanej między osiemset a dwa tysiące czterysta. W Kolumbii ponad dziesięć tysięcy żołnierzy zostało przeszkolonych w SOAs, czyniąc z tego kraju naszego największego klienta i największego gwałciciela praw człowieka w Ameryce Południowej2,3
.
- Ale wciąż nie widzę tu bezpośrednich dowodów na odpowiedzialność SOAs za te potworności.
- Wyszkolenie tych wszystkich ludzi ma bezpośredni i wciąż aktualny cel: zapewnienie i podtrzymanie pełnej kontroli Stanów Zjednoczonych nad strefą wpływów, zarówno z ekonomicznego, jak i militarnego punktu widzenia. Kolumbia jest przyczółkiem otwierającym możliwość inwazji na pozostałe kraje Ameryki Południowej, a obecność reżimów w pozostałych krajach daje nam dostęp do surowców naturalnych, jednocześnie otwierając wielkie rynki zbytu dla naszego przemysłu.
- A dowody? - zaczynałem tracić cierpliwość.
- Dobrze, że jestem przygotowany - wyznał, przeglądając teczkę. - O, proszę. To jest kopia raportu wydanego przez organ powołany do nadzorowania sił wywiadowczych, w którym stwierdzono, iż SOAs używało nieodpowiednich materiałów instruktażowych podczas trenowania oficerów z Ameryki Łacińskiej od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego do dziewięćdziesiątego pierwszego roku. Są tu praktyki takie jak egzekucje na grupach partyzantów, wymuszenia, znęcanie się psychiczne, naciski i bezprawne więzienie zatrzymanych. Albo niech pan posłucha tego. Niespełna trzy miesiące po tym raporcie, Pentagon udostępnił do wglądu publicznego siedem podręczników treningowych przygotowanych przez nasze dowództwo, których używano między tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym a dziewięćdziesiątym pierwszym rokiem nie tylko w Ameryce Łacińskiej, ale także podczas kursów na oficerów wywiadu w amerykańskiej SOAs. Podręczniki te, jak się okazało, bazowały częściowo na planach zajęć używanych jeszcze w osiemdziesiątym drugim roku, które z kolei oparte były na jeszcze starszych materiałach z czasów Projektu X. Materiały zawierały instrukcje w takich dziedzinach jak motywowanie strachem, oferowanie nagrody za martwych wrogów, a także wskazówki, jak torturować, dokonywać egzekucji i porywać członków rodzin poszukiwanych4,5,6,7
. Pentagon przyznał, że podręczniki były "błędem". Rozumiesz? Błędem!
- Nic dziwnego, że nikt o tym nie pisze. To niezbyt chlubny epizod w naszej historii.
- To prawda. Jedno trzeba mediom przyznać - dbają o właściwy wizerunek ojczyzny. To bardzo patriotyczne, nie uważasz?
- W końcu znajdzie się ktoś, kto to opisze.
- Być może, panie Dawson, być może. - Uśmiechnął się i podał mi dłoń.
- Zobaczę, co da się zrobić. - Oddałem uścisk i odprowadziłem wzrokiem w stronę furgonetki.
Gdy wróciłem na drugą stronę ulicy, Laurie przeglądała zdjęcia na ekranie malutkiego wyświetlacza. Podniosła wzrok jedynie na moment, zajęta przeglądaniem swoich arcydzieł.
- Co to był za cyrk? - spytała, wpatrując się wciąż w wyświetlacz aparatu.
- Nic takiego - odparłem, przypatrując się szkarłatnym smugom na środku jezdni.
Zaczekałem jeszcze chwilę, aż dziewczyna skończy majstrować przy lustrzance, po czym wskazałem na tłum zbierający się między dwoma pomnikami postawionymi przed ratuszem, a ścianą budynku za nimi. Na szerokim deptaku, oddzielonym od drogi łańcuchem i rzędem metalowych słupków, zgromadził się już całkiem spory tłum - sto, może sto pięćdziesiąt osób. Jednak w odróżnieniu od aktywnych agitatorów zamknięcia SOAs, ludzie stojący tu byli skoncentrowani i milczący. Być może dlatego właśnie policja zamiast wkroczyć do akcji, pozwoliła aktywistom dokończyć występ i zejść ze sceny. Ruch powoli wracał do normy i niecodzienny poranny korek zaczynał rzednąć. Tłum bezustannie napływał zza wschodniej i zachodniej części gmachu, wypełniając coraz szczelniej ograniczony łańcuchem deptak. Brak miejsca zmusił część protestujących do przejścia przez barierki i policja po raz pierwszy zainterweniowała, zatrzymując kilka niepokornych osób.
Mimo wszystko mundurowi byli opanowani. Niektórzy nawet się uśmiechali. Zdawali się być doskonale przeszkoleni, co do możliwości wyboru między użyciem siły a stanowczej perswazji. W powietrzu jednak dało się wyczuć napięcie, w miarę jak tłum po obu stronach chodnika gęstniał i ożywiał się. Część transparentów wzbiła się w górę, odsłaniając w końcu pierwszego aktora kolejnego aktu. Nie zastanawiając się, ruszyłem na drugą stronę ulicy. Przemykając między jadącymi samochodami, dotarłem do krawężnika, przedarłem się przez tłum i zagadnąłem chłopaka trzymającego jeden ze transparentów. Moja asystentka przebiegła na lewo, przemknęła przez pasy i podążyła za mną.
- Jesteś tutaj z jakiegoś konkretnego powodu? - zapytałem.
- A ty nie? - Chłopak z transparentem wzruszył ramionami i wrócił do obserwowania rozwoju akcji przed skrzyżowaniem.
Był czymś wyraźnie zaabsorbowany, jakby wiedział, że zaraz coś się wydarzy. Mógł mieć dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat. Miał zmierzwione, brązowe włosy, małą ciemną bródkę i koraliki na szyi nadające mu wygląd "new hippy". Podobnie jak większość ludzi wokół, również tych starszych i dość sędziwych, miał na sobie szarą, bawełnianą koszulkę, na której widniał napis: "Zaginieni w Ameryce - Ukrywanie Biednych".
- Czy jest coś konkretnego, co nie podoba się wam w Republikanach? - zapytałem, licząc, że tym razem uda się zebrać coś nadającego się do druku.
- Ej no, stary - jęknął, jakby zażenowany moim pytaniem. - Tu nie chodzi o nich, tu chodzi o nas, o ludzi.
- Czy możesz być bardziej precyzyjny? - Nie dawałem za wygraną.
- Jasne, stary. - Uśmiechnął się, przeciągając oba słowa. - Będę tak precyzyjny, jak tylko potrzeba. Ty jesteś Dawson, ten od antyglobalistów, prawda?
Zdziwiłem się. Moje zdjęcie od dawna nie pojawiało się pod felietonami. Jedyne, na co mogłem liczyć, to zawiść i pamięć tych, których udało mi się pogrążyć.
- Nawet jeśli, to już dawno o tym nie piszę. To stare dzieje.
- A szkoda, stary, szkoda. Antyglobaliści to banda durniów, nie widzą, co się dzieje u nas w kraju, a jęczą o biednych po drugiej stronie globu.
- Mniejsza o nich - przerwałem. - Powiedz lepiej, dlaczego tutaj stoisz? I dlaczego z bannerem "Kensington Welfare Rights Union"?
- Widzisz, stary, tam, gdzie mieszkam, na Kensington, źródłem utrzymania numero uno jest opieka społeczna. A wiesz co jest na drugiej pozycji? Trawa.
- Trawa? - spytałem, powtarzając w myślach ten niedorzeczny argument.
- Tak, trawa, zioło, narkotyki. Rozumiesz? Przemysł padł, rząd ma nas w dupie i wszyscy przechodzą do szarej strefy, dlatego to miasto zamienia się w slumsy.
- Obwiniacie o to Clintona i Demokratów, czy może szykujecie się na Busha i Republikanów, którzy go wspierają?
- Mam w dupie jednych i drugich. Polityka jest dla bogatych. My chcemy tylko pokazać, że jest problem. Nic więcej. Popatrz, człowieku, za siebie, masz tu wszystkich: przeciwników kary śmierci, studentów przeciw sweatshopom, związki pracownicze, związki niepełnosprawnych i nawet tych tutaj od naszych faszystowskich szkół dla morderców. Wszyscy chcemy pokazać, że możemy zrobić to razem. Popatrz, stary, i napisz o tym, bo to jest duża sprawa. To - powiedział, wskazując palcem w tłum. - To jest najważniejsze.
- Co takiego? - spytałem zniecierpliwiony.
- No to, że razem możemy więcej. Tu nie chodzi o politykę. Te dupki przyjechały tu z Waszyngtonu bawić się, pić i ćpać, kiedy miasto jest na granicy przepaści.
- Przepaści?
- No, przepaści. Przepaści ubóstwa. Tu chodzi o demokrację, o biednych ludzi i ich głos. O to, że mogą mieć głos i że można ich usłyszeć.
- Z tego, co wiem, to nie macie prawa głosu - stwierdziłem. - Burmistrz podpisał ustawę zakazującą tego typu demonstracji na czas zjazdu.
- Jasne, sprzedał nas, ale nie oddamy skóry tak łatwo - powiedział. - Będzie tutaj dzisiaj kilka tysięcy ludzi i pokażemy, że naprawdę możemy zrobić coś razem. Popatrz - wskazał na sporą grupę ludzi przechodzącą przez pasy około dwudziestu metrów od nas. - Zaczęło się.
Gdy wymawiał ostatnie słowo, przejście było wypełnione przechodniami maszerującymi z jednego brzegu jezdni na drugi. Po chwili druga fala przechodniów wtoczyła się na pasy i policja zdecydowała się wkroczyć do akcji. Gwizdki i pałki w dłoniach, dodatkowi niebiescy na środku jezdni. Po chwili było ich wystarczająco wielu, by utworzyć zwarty niebieski szereg odgradzający przechodniów na pasach od stojących w korku samochodów. Wyglądało na to, że drepczący tam i z powrotem przechodnie mają dwa wyjścia: rzucić się do walki albo zostać ofiarami zniecierpliwionego, odrobinę upokorzonego i zdeterminowanego oddziału prewencji. Nic takiego nie nastąpiło. Kiedy rząd policjantów zrobił krok do przodu, organizatorzy dopięli swego jednym genialnym, taktycznym posunięciem. Nagle przemycona przez przejście lina napięła się, a na pasy wtoczył się orszak niepełnosprawnych na wózkach i małych dzieci kroczących między nimi. Flesze dziennikarskich aparatów rozbłysły, a policjanci jak jeden mąż opuścili pałki i ostatecznie się wycofali. Po chwili kordon stojący między tłumem a drogą również odpuścił, a powstrzymywana do tej pory masa ludzi rozlała się po skrzyżowaniu, blokując na dobre ruch w obu kierunkach. Marsz siedmiu tysięcy aktywistów właśnie się rozpoczął, a mi pozostało jedynie poddać się i popłynąć z prądem tej ogromnej ludzkiej fali nadziei i uniesień.
Orszak przeszedł w pokojowym nastroju ponad sześć kilometrów, od ratusza do miejsca zjazdu partii. Wszystko po to, by delegaci zebrani wokół okien hoteli i restauracji mogli obserwować hasła i bannery wzywające do konkretnej akcji. Jedyną konkretną akcją, jaką podjęli, było odwrócenie się od okna.
Laurie była podekscytowana. Przyznała, że nie spodziewała się tak fantastycznej imprezy, choć w jej przekonaniu ludzie powinni zrobić trochę więcej szumu. Była wyraźnie rozczarowana brakiem konkretnej rozróby albo regularnej bitwy, jak to miało miejsce rok wcześniej w Seattle czy Waszyngtonie podczas ogólnonarodowych marszy antyglobalistów. Próbowałem wytłumaczyć, że tego typu demonstracje bardziej szkodzą niż pomagają w osiągnięciu zamierzonego celu i że nikt przy zdrowych zmysłach nie przyjedzie tutaj, żeby walczyć z policją. Laurie nie była przekonana. W końcu rok wcześniej znalazł się ktoś, kto przyjechał do Seattle i pokazał, że można być niespełna rozumu. Nie odpowiedziałem. Nie miałem argumentów. W gruncie rzeczy miała rację, zawsze znajdzie się kilku przepełnionych testosteronem gówniarzy, którzy nic innego nie potrafią.
Gdy tłum w końcu ruszył, Mike i jego sztandar popłynęli z pozostałymi w dół South Broad Street. Zanim zniknął mi z pola widzenia, zdążyłem usłyszeć, jak krzyczy do kobiety, która stała kilka metrów od niego. Potem wskazał palcem w naszym kierunku i został porwany dalej. Kobieta zatrzymała się i odwróciła. Przypatrywała się nam przez chwilę, potem odkleiła dłoń od czoła i pomachała w naszym kierunku. Wyglądaliśmy jak trzy kikuty drzew na środku jezdni zalanej przypływem obywatelskiego zaangażowania. Oprócz nas jedynie dachy samochodów pozostawały nieruchome. Wszystko, co mieściło się między ścianami budynków po obu stronach jezdni, płynęło niczym kolorowa, naszpikowana transparentami rzeka.
- Jestem Jemma - powiedziała, gdy dotarliśmy do niej. Wyciągnęła dłoń na przywitanie. Uśmiechała się. Była pewna siebie. Robiła wrażenie kobiety, która wie, czego chce.
- Jerry, Jerry Dawson.
- Laurie - wtrąciła dziewczyna.
- Mike mówił, że powinnam z tobą pogadać. Jesteś dziennikarzem, tak?
- Zgadza się. Piszę dla Financial Journal - odparłem.
Zmierzyła mnie uważnym wzrokiem, jakby nie wierzyła, że pracuję właśnie dla tej gazety.
- Tak - powiedziała w końcu. - Zapewne chciałbyś wiedzieć, po co to wszystko?
- Każda opinia jest cenna - odparłem - ale może opowiesz o tym po drodze? - Wskazałem na pochód, rozlewający się w dół South Broad Street.
- W porządku, ale to spory kawałek - ostrzegła.
- Zaraz, zaraz! - zaprotestowała Laurie. - Chyba nie myślisz, że będę szła z tobą w tym upale na drugi koniec miasta?
- Jeśli chcesz, możesz zostać - mruknąłem - tylko oddaj aparat.
- Żebyś zebrał laury za wszystkie zdjęcia, które zrobiłam? O nie, idę z wami - oznajmiła i ruszyła przed siebie.
- Chodźmy - powiedziałem do Jemmy. - Bo zginie razem ze zdjęciami.
Jemma przytaknęła i ruszyliśmy za Laurie.
- Co chciałbyś wiedzieć? - zapytała.
- Przede wszystkim powiedz, czym się zajmujesz i dlaczego tu jesteś?
- Jemma Rockwell. Jestem jedną z organizatorek tego marszu. Pracuję z Mike'm.
- W Kensington Welfare Rights Union?
- Tak - odparła. - Od dwóch lat. To dobry chłopak. Świetnie się spisał od strony logistycznej.
- Czy na trasie zaplanowano podobne atrakcje jak z SOAs Watch?
- Szczerze mówiąc nie mam pojęcia. Nie wiedziałam, że zorganizują tamtą inscenizację. Jedyne, co uzgodniliśmy i na co wszyscy się zgodzili to to, że ma to być pokojowa demonstracja. Każda z organizacji samodzielnie decyduje, jakich środków użyje, żeby przedstawić protest. Większość ogranicza się do transparentów.
- Rozumiem, ale dlaczego akurat dzisiaj? Dlaczego podczas zjazdu Republikanów? Rozumiem, że chodzi o media?
- Zgadza się.
- Jak oceniasz szanse na zrelacjonowanie protestu?
- Słabo. Ale skoro pytasz, pewnie wiesz, jak to działa. Dlatego właśnie rozmawiam z tobą. Mike mówił kiedyś, że jesteś jednym z niewielu, którzy odważą się napisać coś więcej.
- Ten chłopak mnie przecenia. Tamte czasy minęły bezpowrotnie.
- Nie wiem, być może. Ale nie zaszkodzi spróbować.
- O czym chciałabyś, żebym napisał?
- Nie o tym marszu.
- Nie? - zdziwiłem się.
- Nie - odparła. - Jaki jest sens pisać o marszu protestujących, sprzeciwiających się lub opowiadających się za setką różnych kwestii. I tak nikt nie zrozumie, o co naprawdę chodzi.
- Coś mi mówi, że Mike udzieliłby innej odpowiedzi.
- Popatrz na te sępy dookoła - Jemma powiodła dłonią wzdłuż linii chodnika po przeciwnej stronie jezdni, a potem wskazała na reportera lokalnej stacji telewizyjnej, stojącego na poboczu z mikrofonem w dłoni. - Czy myślisz, że przyszedł tutaj, żeby zadawać pytania przechodniom? Wykonuje jedynie szablonową relację z miejsca zdarzenia, bez wnikliwej analizy, bez podania przyczyn i postulatów. Przekazuje po prostu najświeższe wiadomości z frontu czegoś, co nazwie potem "Bitwą o Filadelfię" lub nada jakiś inny idiotyczny tytuł.
- OK, rozumiem. W takim razie o czym według ciebie powinienem napisać?
- O tym, co robią tutaj Dick Cheney, Bush i cała reszta.
- A co takiego robią?
Wiedziałem, co odpowie, ale chciałem usłyszeć to z jej ust. Interesowała mnie intensywność jej reakcji. Z doświadczenia wiedziałem, że im bardziej ogniste przemowy i oskarżenia ktoś wysuwał, tym mniej wiarygodny był w tym, co mówił. Natomiast Jemma opowiadała wyjątkowo wstrzemięźliwie, jakby zbyt długo przyglądała się temu cyrkowi, żeby teraz ekscytować się kolejną odsłoną.
- Oboje dobrze wiemy, co robią. Chodzi o to, żeby teraz pozostali się dowiedzieli.
- Załóżmy, że nie wiem - powiedziałem, wyciągając z kieszeni dyktafon. - Nie masz nic przeciwko? - zapytałem.
- Nie, skądże - odparła, podrapała się w czoło, jakby wygrzebywała spod czaszki jakieś archiwalne dane, po czym rozpoczęła wywód. - W porządku. Skoro chcesz to usłyszeć, to weźmy na przykład takiego Andrew Card'a.
- Ma poprowadzić dzisiejszy zjazd i całą galę, prawda? - wtrąciłem.
- Tak, to właśnie on. Dam sobie rękę uciąć, że zajmie jakieś wysokie stanowisko w gabinecie prezydenta. Oczywiście o ile Al Gore nie rozjedzie Busha w ostatniej rundzie.
- Naturalnie - odparłem.
- No tak, ale kim właściwie jest Andrew Card. Wiesz może?
- Nie mam pojęcia - przyznałem.
- No właśnie. Jest prezesem Ford Company, a do dziewięćdziesiątego ósmego roku był szefem Amerykańskiego Stowarzyszenia Producentów Przemysłu Samochodowego. Jak myślisz, jaka jest szansa, że pozostanie obojętny wobec nacisku ze strony krajów żądających obniżenia poziomu emisji spalin? Czy z takim człowiekiem w gabinecie prezydenta można będzie mówić o lobbingu koncernów samochodowych?
- Lobbing wymaga strony, którą trzeba przekonać.
- A Andrew nie trzeba do niczego przekonywać - dokończyła. - Albo weźmy taką Gale Norton. Pewnie baluje gdzieś niedaleko z resztą chłopaków. Z tego, co wiem, ma największą szanse na ministerstwo zasobów naturalnych. Pracowała w nim w osiemdziesiątym piątym roku, ale co powinno nas zainteresować, to jej prywatna kariera, o której niewiele się dzisiaj mówi. Widzisz, Gale zaczynała jako główny prawnik w Mountain States Legal Foundation, gdzie reprezentowała takie korporacje, jak Amoco, Chevron, Exxon, Marathon Oil czy Texacco, a to był przecież dopiero początek jej kariery. Zaraz po tym wskoczyła na stanowisko asystenta wiceministra rolnictwa za czasów Reagana, a potem pracowała jako doradca do spraw środowiska naturalnego dla nikogo innego jak Busha seniora. W tym samym czasie pracowała dla firmy prawniczej Brownstein, Hyatt i Ferber, która to lobbowała w imieniu Delta Petroleum Corporation, zainteresowanej surowcami przybrzeżno-morskimi, Timet-Titanium Metals Corporations, przetwórcy metali, Shaw Group, wytwarzającej rury dla elektrowni i firm związanych z ropą, Warren Rogers Associates8,9
... Chyba nie muszę dalej wymieniać?
- Nie, nie musisz. Pojmuję ogólny zarys.
- No więc najciekawsze jest to, że zarejestrowała się jako oficjalny lobbysta NL Industries, znanego poprzednio jako National Lead Company, firmy, która miała wytoczoną sprawę w związku z narażaniem dzieci na działanie ołowiu.
- Innymi słowy nie figuruje na szczycie listy popularności zielonych.
- Naturalnie, że nie, ale Bush senior, który zatrudnił ją jako doradcę w tych właśnie kwestiach, najwidoczniej nic sobie z tego nie robi. Ona sama znana jest z doktryny "Mądrego użytkowania", co nie oznacza nic innego, jak wyeliminowanie jakichkolwiek regulacji pro ekologicznych, które mogą ograniczyć rozwój gospodarczy8,9
. A to jest właśnie coś, co Bushowi młodszemu i jego sponsorom podoba się najbardziej.
- Myślisz, że wybierze ją na jakieś stanowisko?
- Jak znam życie, przyssie się do ministerstwa surowców naturalnych.
- Rozumiem cię, ale wiesz dobrze, że nie mogę o tym napisać. To tylko spekulacje. Poza tym do wyborów zostało jeszcze kilka miesięcy.
- I to jest właśnie największy problem. Możemy coś zrobić, ale dopiero po fakcie. A rzeczywistość dziś jest taka, że bogacze, prezesi i potentaci, zarabiający najwięcej ze wszystkich, to ci sami ludzie, którzy zajmują rządowe stołki. Większość zaczyna jako lobbyści, którzy wskakują potem na rządowe posadki, tylko po to, by po kilku latach oddanej służby korporacjom zostać przyjętymi z powrotem na ich łono, tym razem w charakterze prezesów, dyrektorów i innych zawodników pierwszej ligi. W międzyczasie ludzie i przyroda cierpią, ponosząc kolosalny koszt tej korupcyjnej roszady.
- Musiałbym mieć coś konkretniejszego - powiedziałem.
- Nic konkretniejszego nie znajdziesz. Mogłabym powiedzieć, że dr Condoleza Rice, która będzie jutro przemawiać wraz z Dickiem Cheneyem, była w zarządzie korporacji Chevron i Charles Schwab10
. Ale dopóki nie dostanie stanowiska związanego z ropą lub wojskiem, nie będzie miało to żadnego znaczenia. Przynajmniej nie dla prasy. Każdy rozumny wyborca powinien wiedzieć, że ktoś, kto raz dostał pensję z najwyższej półki, prędko nie zrezygnuje z tego rodzaju dochodów.
- Na pewno masz całą listę takich potencjalnie skorumpowanych polityków? - zapytałem.
- W zasadzie nie wiem, czy można w ogóle myśleć o nich w kategoriach korupcji. Cały ten system jest tak przeżarty przez brudne pieniądze, że trudno już odróżnić wszystkie subtelne formy sponsoringu i lobbingu od zwykłego łapówkarstwa.
- Musi być przecież jakiś sposób! Na pewno masz źródła informacji.
- Informacje pochodzą od ludzi. Ktoś pracuje dla senatora, ktoś inny dla prokuratora lub po prostu zostaje zwolniony z firmy za postępowanie zgodne z własnym sumieniem. Internet pod tym względem może być dla nas wybawieniem. Czy wiedziałeś, że Boeing wypuścił setki wadliwych samolotów 737?
- Nie, nie wiedziałem - przyznałem.
- Dokładnie. Nikt nie wiedział, dopóki dwóch zwolnionych pracowników nie wytoczyło im sprawy w sądzie. Myślisz, że wygrali?
- Trudno powiedzieć.
- Te samoloty mają wadę konstrukcyjną, której nie da się naprawić. Ich szkielet został wykonany z materiałów, które korodują już po ośmiu latach. Na całym świecie są ich setki, jeśli nie tysiące. To latające bomby zegarowe. Myślisz, że mielibyśmy te informacje, gdyby nie ci odważni ludzie?
- Nie wiem, ale co to ma wspólnego z tym konwentem?
- Powinieneś raczej zapytać o to, co to ma wspólnego z tobą?
- W takim razie powiedz, co według ciebie powinienem zrobić po naszej rozmowie?
- Tego nie mogę powiedzieć. To zależy tylko od ciebie. Ale pozwól, że dokończę to, co mam do powiedzenia o naszych gościach.
- Słucham.
- Oprócz Dicka Cheneya, o którym chyba nie muszę mówić, jest tutaj cała rzesza indywidualnych przedsiębiorców, którzy krążą wokół niego jak satelici i czekają na okazję, żeby dostać się do Białego Domu.
- Kto na przykład?
- Donald Evans, przewodniczący giganta energetycznego, Tom Brown Inc... Jest prawdziwym liderem w dzisiejszej grze. To on organizuje grupę "Pionierów", ludzi zaszczyconych tym tytułem po zebraniu przynajmniej stu tysięcy dolarów od firm i udziałowców10
. To oni właśnie będą mieli otwarte wejścia do białego domu. To im będą wyświadczane przysługi i to właśnie nimi powinieneś się zainteresować.
- Sto tysięcy to nieduża kwota jak na kampanię.
- Sto tysięcy? Ja mówię o milionach, dziesiątkach milionów dolarów. Nikt nie wie, ilu jest Pionierów i nikt nie chce się tym zainteresować. Wydają setki tysięcy dolarów, a bezrobotni w tym kraju nie mają za co żyć. Nie stać ich na opiekę zdrowotną i bankrutują lub umierają, jeśli choroba dopadnie ich, gdy są w dołku. Decyzje podejmowane na szczycie rujnują życie Amerykanom, którzy dźwigają na plecach zadłużenie tego kraju. Tymczasem Pionierzy i ich kukiełki podejmują decyzje, które są w interesie korporacji, a nie ich pracowników i reszty obywateli. A media potulnie milczą, biorąc udział w tym procederze, przez co większość ludzi nie ma o nim zielonego pojęcia.
- Wiesz dobrze, że przed wysuwaniem oskarżeń potrzebne są niezbite dowody. Bez nich żadna redakcja nie podejmie ryzyka.
- A co, jeśli powiem, że mam listę kandydatów do głównych resortów, a ci, których przed chwilą wymieniłam, mają już zapewnione miejsca?
- Nic mi to nie da. To tak jakbyś powiedziała, że ktoś się gdzieś włamie się do banku, tylko nie wiesz dokładnie gdzie i kiedy.
- To prawda, ale zanotuj to sobie. - Spojrzała na mnie, czekając, aż wyjmę notes.
Uniosłem dyktafon odrobinę wyżej. Skinęła głową z aprobatą i zaczęła wymieniać:
- Steven Griles, były lobbysta dla Amerykańskiego Instytutu Paliwowego, Narodowego Stowarzyszenia Górniczego i miedzy innymi firmy naftowej Sunoco. Będziesz mógł znaleźć go w ministerstwie spraw wewnętrznych10
.
- W porządku. Kto jeszcze?
- Ann Veneman, była dyrektor firmy Calgene, wykupionej później przez Monsanto, lidera na rynku pestycydów i genetycznie modyfikowanej żywności. Za jej kadencji w Calgene wprowadzono na rynek pierwsze genetycznie modyfikowane warzywa10
. Myślę, że taka kobieta na pewno przyda się członkom zarządu Monsanto przy przepychaniu przez granice naszych genetycznie modyfikowanych roślin.
- Kto jeszcze?
- James Connaughton.
- I według twoich informacji zostanie...?
- Tego jeszcze dokładnie nie wiem. Będziemy musieli poczekać do stycznia.
To, co mówiła Jemma, zdawało się być oczywiste, a jednak sposób, w jaki o tym mówiła, pewność, z jaką podawała nazwy, daty i nazwiska uświadomiły mi, jak niewiele tak naprawdę wiem o scenie politycznej i kryjących się w cieniu manipulatorach. Rzuciłem okiem na kroczącą obok Laurie. Nie była w ogóle zainteresowana rozmową. Nie wiem, czy to przez gwar ulicy nie docierały do niej słowa Jemmy, czy może wolała z jakiegoś powodu udawać niezainteresowaną. Tak czy inaczej szła po mojej prawej, celując co jakiś czas obiektywem w interesujący ją fragment tłumu.
- Czyli jesteś pewna, że Bush wygra? - zapytałem.
- Jestem realistką - odparła, rozglądając się za kimś. - Słuchaj, nie wiem, co zrobisz z tymi informacjami. Prawdopodobnie nic. Z resztą nie zdziwiłabym się, gdybyś to wszystko zignorował. Wiem, że dzisiaj każdy tekst musi być podparty dowodami i niewiele można zdziałać bez oficjalnych źródeł, ale teraz masz przynajmniej punkt zaczepienia. Jeśli będziesz chciał, na pewno znajdziesz coś, co potwierdzi te informacje. Tak naprawdę są setki ludzi, którzy śledzą każdy krok tych bandytów, a kiedy któryś popełni błąd, dowiesz się o tym z Internetu i będziesz mógł o tym napisać.
- Niestety to nie takie proste - odparłem nieco zbity z tropu. - Ale masz rację, mogę spróbować.
- Cieszę się, że się rozumiemy. A tak na marginesie, myślę, że najszybszą drogą będzie dotarcie do źródła.
- Źródła czego? - zapytałem zdziwiony.
- Źródła dolarów - odparła. - Gdybyśmy wiedzieli, kto wyłożył na tę kampanię najwięcej, moglibyśmy przewidzieć, dla kogo szykują stołki. Miękka kasa, która płynie z firm wprost do Białego Domu, jest chyba najlepszym tropem.
- Wybory dopiero w listopadzie - przyznałem. - Dwa miesiące to sporo czasu.
- Zgadza się. A ty masz szansę na napisanie o tym z zupełnie nowej strony. Trzeba tylko znaleźć odpowiedni punkt zaczepienia.
- Biura kampanii wyborczej?
- Dokładnie - odparła, ale nie powiedziała nic więcej. Tłum zatrzymał się przed pierwszym kordonem policji.
- Co się dzieje? odezwała się Laurie.
- Wejdź na śmietnik i zobacz - odparłem. Dziewczyna nawet na nas nie spojrzała. Wskoczyła na pojemnik, stojący pod latarnią, objęła jedną ręką słup, a drugą podniosła obiektyw. Po chwili aparat wypuścił serię błysków, po których w powietrzu rozległ się gwizd policyjnego gwizdka.
- Wszystko w porządku - powiedziała Laurie. - Nasi górą, gliny odpuszczają. Możemy iść dalej.
Zeskoczyła na chodnik pełna ekscytacji i ruszyła żwawo do przodu. Jemma spojrzała na mnie, a ja wzruszyłem ramionami.
- Co zrobisz? Takie są dzisiaj dzieciaki - westchnąłem.
- Masz dzieci, Jerry? - zapytała.
- Mam, córkę, ale nie mieszkamy razem.
- To niedobrze. Powinna wiedzieć co czeka ją za kilka lat. Powinna...
- Wie - przerwałem. - Siedzi w tym głębiej niż ja sam. A już na pewno głębiej niż bym tego chciał.
- Dzisiaj dzieciaki żyją tak, jakby nigdy nie musiały wyjść z piaskownicy.
- To nie ich wina tylko rodziców. To oni nie chcą dorosnąć.
- Napiszesz o tym? - zapytała.
- Nie wiem. Myślisz, że powinienem?
- Nie ważne, co myślę. Pytam, czy chcesz o tym napisać.
- Na razie muszę skleić ten artykuł. I ciągle nie mam nic nadającego się do publikacji.
- No to może to? - Wskazała na grupkę mężczyzn palących amerykańską flagę.
Jeden trzymał drzewiec, drugi podpalał płótno, a pozostała trójka wykrzykiwała coś, wznosząc do góry pięści. Chwilę potem dwaj policjanci na rowerach śmignęli koło nas i wjechali z dużą prędkością w tłum zebrany wokół piromanów. Jeden wyciągnął zza pasa butelkę wody mineralnej i spryskał dopalające się płótno, podczas gdy drugi odepchnął jednego z podpalaczy, grożąc mu wyprostowanym palcem.
- Jednak nie obędzie się bez incydentów - stwierdziłem.
- To nic. Nie pamiętasz, co działo się w zeszłym roku w Seattle?
- Pamiętam. No właśnie. Tak mi się wydawało, że coś tu za spokojnie.
- To dlatego, że nie dopuściliśmy do udziału żadnej ogólnokrajowej organizacji. Nie chcemy rozróby na własnym podwórku. Wyjaśniliśmy to komendantowi tutejszej policji i wydaje mi się, że uwierzył w nasze dobre intencje.
- Rzeczywiście - przyznałem. - Całość wygląda dość spokojnie. Jak na nielegalną demonstrację oczywiście.
- Dokładnie. I o to właśnie chodzi. To ogromny sukces. Nasi politycy dostali jasną wiadomość. Nie powinni byli odsprzedawać tego miejskiego terenu. Powinien być dostępny dla wszystkich obywateli. Zresztą policja to też ludzie, a my nie jesteśmy krajem trzeciego świata, żeby zamykać nas w parkach miejskich, albo separować od bogatych biznesowych dzielnic.
- Zaplanowali miejsce konwencji dość daleko - zauważyłem. - Z dala od centrum.
- Ale przecież oboje wiemy, że to nie o przemówienia w Wachovia Centre tu chodzi. Wszystko dzieje się tutaj, wzdłuż tej ulicy i dalej na zachód. Wszystkie ważne rozmowy będą miały miejsce w prywatnych salach pięciogwiazdkowych hoteli i restauracji. To przecież nie tam tylko tutaj, podczas ekskluzywnych śniadań i wieczornych przyjęć koktajlowych, nawiązywane będą kontakty i zawiązywane sojusze.
- Rzeczywiście trudno uwierzyć, że te czterdzieści pięć tysięcy uczestników przyjechało tu, żeby słuchać Laury Bush.
- To prawda. Zresztą nawet Colin Powell i Dick Cheney nie powiedzą nic, co mogłoby zainteresować delegatów. Jedynie sektor korporacyjny będzie uważnie wsłuchiwał się w to, co będą obiecywać.
Przytaknąłem, ale nie odezwałem się. Wiedziałem, że nie wyciągnę od niej niczego więcej. A już na pewno niczego, co mógłbym wykorzystać w artykule. Jemma uśmiechnęła się nieświadoma porażki.
- Będą węszyć obietnic ukrytych między wierszami - dodałem, jakby na otuchę.
- Zgadza się, będzie dokładnie tak, jak mówisz - przytaknęła, wprowadzając moją ciekawość w ślepy zaułek.
Nie wiedziała o tym, ale właśnie zgasiła ją jak papierosa. Nie dała się sprowokować i nie zdradziła niczego, czego nie usłyszałbym od każdego demonstranta z tłumu.
- Dziękuję ci za rozmowę - powiedziałem, podając jej rękę.
Jemma obrzuciła mnie zdziwionym spojrzeniem. Nie rozumiała, dlaczego przerywam w połowie. Nie wiedziała bowiem, że Fisher jest kapryśny i nie lubi, gdy ktoś wyskakuje przed szereg.
- Również dziękuję - odparła z rezerwą. - Mam nadzieję, że zapamiętałeś coś z tego, co mówiłam. Jeśli chcesz zobaczyć, co tak naprawdę tutaj robią... - Wyjęła z torebki notes, przewróciła kilka kartek i powiedziała: - Bądź jutro o dziewiątej przed Four Seasons Hotel.
- Dlaczego akurat tam? - zapytałem.
- Nie bój się, to nie żaden podstęp. - Uśmiechnęła się. - Będzie tam stadko senatorów i hien biznesu. Klasyczne wtorkowe śniadanko po okrągłym tysiączku za talerz.
- Jeśli do tego czasu nie znajdę nic, co nadawałoby się do druku, zajrzę - odparłem. Pożegnałem się i ruszyłem do przodu szukać Laurie.
Gdy doszliśmy pod First Union Centre, na miejscu było już kilka tysięcy ludzi. Tłoczyli się i kręcili wokół budynku Wahovia Centre, wypełniając otaczający go parking i rozstawiony na nim namiot. Jeśli wziąć pod uwagę skalę i rozmach, z jakim podjęto piętnaście tysięcy dziennikarzy z całego świata, manifestacja, która tam dotarła, nie robiła już tak wielkiego wrażenia. Na zewnątrz budynku Centrum, pośrodku wielkiego placu, rozbito ogromny prostokątny namiot-miasteczko, w którym dziennikarze mogli spokojnie rozlokować się i odpocząć, oczekując na przemówienia i inne punkty programu.
Jednym z przedstawicieli czwartej władzy był Jim Darroth, publicysta o kilka lat młodszy ode mnie, choć dorównujący mi entuzjazmem na poziomie pozbawionego złudzeń sceptyka. Zaczepił mnie, gdy podziwiałem dwie aktywistki, przebrane za prostytutki próbujące zwrócić na siebie uwagę mediów.
- Co myślisz o tym wszystkim? - zapytał, popijając kawę ze styropianowego kubka.
- Nie mam zdania - odparłem. - Tak naprawdę to nie powinno mnie tu być.
- To tak jak większości z nas. - Wskazał na kolegów po fachu. - A jednak tu jesteśmy.
Miał rację. Rozejrzałem się do dokoła i rzuciłem okiem pod dach pawilonu. Przedstawiciele prasy zdawali się zapominać, po co tam przybyli. Jeśli wierzyć organizatorom, tamtego dnia w namiocie powinno być co najmniej dziesięć tysięcy dziennikarzy, a patrząc na przestrzeń pod zadaszeniem, mogłem stwierdzić, że prawie dwie trzecie miejsc było zajętych. Dlaczego nie zajmowali się tym, co było naprawdę istotne? Dlaczego tkwili tam, czytając gazety, dzwoniąc do znajomych, drzemiąc lub czekając na Bóg wie co, zamiast relacjonować sesje w środku i protesty na zewnątrz?
W czasie, gdy Billy Tauzin i lider większości Dick Armey prowadzili tuż obok debatę o podatkach, jedynie część z ludzi mediów pofatygowała się, by zaszczycić ich swoją obecnością. Gdy wszedłem do środka, zobaczyłem niewielką grupkę kilkunastu korespondentów, którzy zadawali pytania o rzeczy naprawdę istotne. Zastanawiało mnie, po co tam jesteśmy, skoro nikt nie zadaje pytań, które powinniśmy zadawać, których oczekują od nas zwykli obywatele i oddani sprawie aktywiści tacy jak Jemma i Mike.
Zająłem miejsce, posłuchałem chwilę, zadałem kilka pytań rzuconych w pustą przestrzeń, wysłuchałem odpowiedzi, wymijających lub nietrafiających w sedno sprawy, i po kilkunastu minutach moderator w końcu przestał udzielać mi głosu. Zauważył zniesmaczenie na twarzach polityków i wybierał już tylko korporacyjne sępy z wielkich ogólnokrajowych stacji telewizyjnych. Wyszedłem na zewnątrz zrezygnowany i stanąłem pod namiotem.
Zaczynałem rozumieć siedzących tam reporterów, ich apatię i chęć powrotu do domu. Kupiłem kawę i usiadłem na jednym z plastykowych krzeseł, tuż przy wejściu, w miejscu z widokiem na parking. Obserwowałem, jak dwóch policjantów i trzech ochroniarzy szarpie się z wykrzykującymi coś kobietami. Domyślałem się, że ich głębokie, wyzywające dekolty i czarne skórzane mini spódniczki miały symbolizować kurestwo polityki. Dla mundurowych jednak, niewrażliwych na dwuznaczność tego artystycznego przekazu, nie różniły się niczym od prostytutek, które zaludniały wieczorami spokojne niegdyś ulice Filadelfii. Aktorki-aktywistki padły ofiarą własnej kreatywności. Zapomniały, że dla mundurowych istnieją tylko dwie strony barykady: ta, po której stoi państwo i ta, po której stoi obywatel.
Przyglądając się tej scenie, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że wszyscy stoimy po niewłaściwej stronie, tylko jeszcze o tym nie wiemy.
II. Miss Liberty
Następnego dnia, już bez Laurie, wybrałem się pod Four Season Hotel, tak jak zasugerowała Jemma. Potrzebowałem artykułu, a przemowy pod dachem First Union Centre nie oferowały nic poza tradycyjną kiełbasą wyborczą. Zaparkowałem samochód na najdroższym miejscu parkingowym, na jakim dane mi było się zatrzymać i ruszyłem szerokim trotuarem w stronę otoczonego fontannami hotelu. Na pierwszy rzut oka scena wyglądała dość zwyczajnie. Przed hotelem zatrzymywały się jedynie ekskluzywne wersje najdroższych samochodów, a grupki bogatych, odprężonych garniturów znikały za oszklonymi drzwiami, wymieniając spostrzeżenia na temat kolejnej aukcji politycznych marionetek. Większość przechodzących przez lobby gości kierowała się w stronę restauracji, gdzie przez szklane szyby mogli podziwiać ogród i fontanny, z których raz po raz wystrzeliwały słupy i wstęgi wody. Byłem pewien, że Jemma pomyliła się, podając mi adres tego miejsca. Być może było tu sporo delegatów, ale z pewnością nie robili nic niezwykłego. Był to zwykły poranek, śniadanie i dyskusja przy kawie za sto dolarów. Miejsce to nie różniło się niczym od tuzina podobnych miejsc rozsianych po całym mieście.
Rozglądałem się jeszcze przez chwilę z nadzieją, że dostrzegę kogoś wartego uwagi, ale nikt taki nie pojawił się w zasięgu wzroku. Moją uwagę natomiast przykuła grupka młodych ludzi, dyskutujących przy małym skwerku po lewej. Była wśród nich szczupła blondynka, do złudzenia przypominająca jedną z kobiet, które widziałem przy Wachovia Centre dnia poprzedniego. Przyodziana w złotą koronę Miss Liberty i dopasowane lśniące trzewiki, przemierzała szerokość chodnika tam i z powrotem, jakby powtarzała nie do końca zapamiętaną rolę. Na jej piersiach spoczywało bikini w gwieździsty wzór z kopułami Białego Domu umieszczonymi w strategicznych miejscach, poniżej nich czarna mini i rajstopy z siatki o oczkach wielkich jak krokodyle łuski. Spod rajstop wystawały zatknięte tam pliki zwiniętych banknotów. Wyglądała jak prostytutka, która uciekła z domu wariatów i tak dobrze jej szło, że nie miała gdzie schować zarobionych dolarów.
Nie musiałem długo czekać na demonstrację przydatności jej stroju. Miss Liberty dopięła ostatnią zapinkę rybackich rajstop, po czym wraz z dwiema innymi kobietami ruszyły na podbój męskiej części gości. Grupka młodzieńców, niczym wierni fani, ruszyła za nimi.
Zasiadłem przy jednym ze stolików rozstawionych w wąskim ogródku tuż przy przeźroczystej ścianie jadalni na prawo od wejścia. Postanowiłem przyjrzeć się przedstawieniu.
- "Trent Lott's a corporate whore, we won't take any more!" - krzyczała blondynka. Kobiety skandowały za nią. Nie miały równie zmyślnego stroju co Miss Liberty, ale za to były równie zmotywowane. Dwie około dwudziestoletnie brunetki i trzydziestokilkuletnia blondynka. Wszystkie miały wyraz buntu na twarzy, a w ich oczach dostrzegłem niezwykłą determinację.
Trent Lott, którego tak żarliwie szkalowały, był liderem republikanów w senacie i, jak się później dowiedziałem, to właśnie na jego cześć urządzono to przedłużające się do późna śniadanie. Kobiety weszły do restauracji, wykrzykując "Tren Lott". Po chwili drzwi do lokalu rozsunęły się, wypuszczając na chodnik niewielką grupkę zdegustowanych tą sceną klientów. Chwilę po nich w drzwiach pojawiły się trzy kobiety, eskortowane przez ochronę hotelu. Towarzyszący im młodzieńcy zdawali się czekać na taki scenariusz. Gdy ochroniarze zajęli strategiczne pozycje po obu stronach drzwi, kilkuosobowa pikieta nagle rozszerzyła się, przyjmując w swe szeregi ludzi, którzy siedzieli do tej pory w samochodach zaparkowanych szczelnie jeden za drugim po drugiej stronie ulicy. W przeciągu kilku sekund grupa ustawiła się w długi rząd, zasłaniając ludziom wewnątrz widok na ulicę i fragment ogrodu. Tymczasem Miss Liberty podeszła do mojego stolika, zatrzymała się i zgięła wpół, udając, że poprawia coś przy butach. Widok kształtnych, wypiętych pośladków odbijał się bezczelnie nie tylko od szyby, ale i od twarzy wpatrzonych w nią mężczyzn w środku. Po kilku sekundach blondynka wyprostowała się, puściła do mnie oko i ruszyła wzdłuż szyby, omijając z gracją stoliki wystawione jakby jej na złość. Ku oburzeniu kobiet i osłupieniu mężczyzn prężyła półnagie ciało, przesyłając przy tym buziaki zażenowanym biznesmenom. Kiedy zainteresowanie hotelowych gości nieco osłabło, przeniosła się ze świtą przed hotelowe wejście, gdzie nieco głośniej i mniej teatralnie skandowali razem.
- "Lott, Lott, he's been bought, family values he ain't got!" - wykrzykiwali.
Jeden z mężczyzn stojących na chodniku wyjął plik banknotów i dołączył do koleżanki.
- Hej! - krzyknął za wychodzącymi z restauracji ludźmi. - Kupiliście dziś jakiegoś republikanina? Co udało się wam dostać za tysiąc dolarów?
Po kilku minutach pojawiła się policja i pierwsza ekipa telewizyjna. Jeden z ochroniarzy z hotelu próbował zasłonić kamerzyście widok protestujących i policjanci podeszli do niego.
- Czy oni czasami nie powinni przejść gdzieś dalej? - zapytał jeden z ochroniarzy hotelu.
- Mają prawo stać na publicznym chodniku - odparł policjant, dając mu do zrozumienia, że nie powinien ingerować.
Pamiętam, że kiedy było już po wszystkim i rozmawiałem z pewnym porucznikiem w wydziale cywilnym, skomentował to nieporozumienie jednym, wymownym zdaniem:
- Czasami musimy wyjaśniać im, że prawo działa, tyle że nie zawsze tak, jakby tego chcieli.
Jego słowa dały mi do myślenia. Sam trafniej nie określiłbym poziomu ignorancji, jakim potrafią wykazać się przedstawiciele biznesu i polityki. Choć nigdy się do tego nie przyznają, prawo jest dla nich jedynie jedną z wielu form legitymizacji władzy. Fakt, że słowa te wypowiedział policjant, tym dobitniej dowodzi roli, jaką według establishmentu spełnia władza wykonawcza. Według nich służby mundurowe mają za zadanie stać na straży prawa bogatych, a nie prawa per se.
Nie wiem, czy protest pod Four Season Hotel można było uznać za udany. Nigdy wcześniej nie byłem świadkiem czegoś podobnego i nie wiem też, jaką miarą można zmierzyć sukces takiego sprzeciwu. Widywałem już bitwy uliczne, podpalane samochody i demolowane sklepy podczas demonstracji, ale to, co przedstawiła grupa przed hotelem, było czymś zgoła innym. O ile tłumy agresywnych młodych ludzi wzbudzały w innych na ogół jedynie niepokój i niesmak, o tyle Miss Liberty i jej akcje dawały nadzieję na wywołanie głębszej, psychologicznej reakcji ze strony widzów. Odnosiły się bowiem bezpośrednio do sumienia, wywołując w winnych zdziwienie, zażenowanie, wstyd lub gniew. Był to nowy rodzaj aktywizmu, który podobnie jak cały aparat promocji i reklamy, sprowadzał się do skuteczności, odwoływał się do podświadomości odbiorcy, zmuszając go do zidentyfikowania się z sytuacją lub do jej całkowitej negacji.
Zaintrygowało mnie to. Ta atrakcyjna, dojrzała kobieta mi imponowała. Była pierwszym zjawiskiem od kilku dni, które warto było opisać. Postanowiłem zaproponować jej wywiad.
Kiedy w końcu skończyła, zaczepiłem ją i przedstawiłem, co miałem do zaoferowania. Obiecałem, że postaram się, by opublikowano jej przesłanie, zapał i energię, nie unikając przy tym najistotniejszych postulatów i żądań. Było to coś, na co niewielu mogło liczyć tamtego dnia. Obecność prasy była niemal namacalna, a jednak byli wciąż jedynie agentami wrogiego imperium. Aktywiści nie mogli liczyć na przychylność z ich strony. Jedyne, co dawało im nadzieję, to ten już przysłowiowy obiektywizm mediów, nadwyrężone przeświadczenie o sensie istnienia i wiara, że ktoś zauważy ich w kadrze ekranu, gdy nastąpi kluczowy moment. Kiedy zaproponowałem jej wywiad, prawdziwy, rzetelny wywiad, musiałem jawić się jej jako zbuntowany żołnierz, dezerter stojący nago na środku obozu wroga. Zmierzyła mnie wzrokiem, jakbym miał jakiś inny, ukryty motyw. W sumie nie dziwię się. Była piękną kobietą, stojącą przede mną w stroju bikini, a ja obiecywałem coś, czego trudno było odmówić. Każdy kierowany hormonami samiec starałby się wykorzystać taką sytuację. Z pewnością zdawała sobie z tego sprawę i chyba stąd pojawił się moment wahania.
Wiedziałem, że nie jestem jedynym reporterem, z jakim miała do czynienia. Sposób, w jaki mówiła, jak zmieniała tembr i barwę głosu sugerował, że miałem do czynienia z doświadczoną mówczynią. Niczym dyplomata idealnie dostosowywała się do oczekiwań rozmówcy, przejmując jego styl, poziom ekspresji i charakterystyczny dialekt. Zdumiewało mnie to i napełniało nadzieją. Jeśli to właśnie była nowa fala świadomych aktywistów, być może nie wszystko było jeszcze stracone.
Dopiero gdy poznałem ją bliżej, upewniłem się w przypuszczeniach. Dziewczyna nie była typową aktywistką, ale jedną z pierwszych w nowej fali działaczy, tworzących pomost pomiędzy szarym ludem, a wielkim biznesem i wszechobecnymi, oplatającym wszystko mackami. Nawet jej znajomi, których potem poznałem, przyznali, że Jass odstawała od nich pod wieloma względami. Wychowana w republikańskiej rodzinie była wśród swych obdartych i zubożałych towarzyszy niczym połyskująca dekoracja, której pochodzenie ciężko było ukryć. Klasa średnia, z której się wywodziła, oszczędziła jej wszystkich przykrości losu, przeciw którym pozostali musieli przeciwstawiać się na porządku dziennym. Nigdy nie brakowało jej niczego i chyba nigdy nie pomyślałaby o prowadzeniu tego rodzaju życia, gdyby było inaczej. Po ukończeniu wydziału prawa w Vermont pracowała przez dwa lata w spółce rozprowadzającej żywność. Następnie zatrudniła się w firmie konsultingowej doradzającej korporacjom, jak prowadzić politykę bardziej przyjazną dla środowiska. Wątpię, żeby którykolwiek z tych wychudzonych, twardych chłopaków, którzy jej towarzyszyli, mógł poszczycić się obejmowaniem wymarzonego stanowiska. Z drugiej strony jeśli uwierzyć ich zapewnieniom o bezinteresowności i poświeceniu, moglibyśmy założyć, że jakakolwiek praca w ramach kapitalistycznego systemu była z gruntu sprzeczna z ich przekonaniami, co w zasadzie usprawiedliwiałoby ich idealistyczny, choć na wskroś epikurejski sposób bycia.
Co się tyczy Jasmine, na pierwszy rzut oka można by przyznać, że kariera w doradztwie była również świadomym wyborem, w którym na plan pierwszy wysuwała się chęć naprawy świata. Ale czymże był konsulting i wszystkie pozostałe usługi, jeśli nie nowym produktem w kolejnej komercyjnej niszy? Firmy, które obsługiwała, stały przed koniecznością zmiany wizerunku, co dla niej z kolei stanowiło pretekst do pozostania w dotychczasowym bezpiecznym świecie. Zarabiając przyzwoicie, zapadała co noc w błogi sen, budząc się rano bez wyrzutów sumienia, ze świadomością własnej wartości. Mogłoby się zdawać, że to rozwiązanie idealne. Niestety czasami przychodzi taki dzień, kiedy bez względu na to, jak bardzo się staramy, jak sprawnie organizujemy sobie życie, wszystko co robimy okazuje się niewystarczające. Tak było i w jej przypadku. Z czasem przesiąkła ideami do tego stopnia, że zorganizowany, hermetyczny świat dochodowych firm odrzucił ją. Stała się ciałem obcym.
Po niespełna roku w firmie jej kompas moralny drgnął, a upragniona stabilizacja okazała się złudna, płytka i krucha. Ostatecznie porzuciła stanowisko na rzecz o wiele mniej płatnej posady w Rainforest Action Network. Zajęła się tam projektem zmian w sposobie finansowania kampanii wyborczych, co, jak się okazało, było zajęciem dla niej stworzonym. Dzięki kontaktom i obyciu w świecie wielkich korporacji stała się hybrydą tego, co najlepsze i najcenniejsze w jej profesji - zdolności do manipulacji, kompromisu i działania.
I w tej właśnie aktywnej roli miałem możliwość ją podziwiać. Gdy podszedłem, wiedziała, kim jestem, zanim zdążyłem się odezwać, zupełnie jakbym miał na czole napisane czarnym flamastrem: "dziennikarz".
- Nazywam się Jasmine Bloom - przejęła inicjatywę.
- Jerry Dawson. - Podałem jej dłoń. Spotkał mnie miękki i ciepły uścisk. Przez chwilę przyglądała mi się, jakby oceniała moją prawdomówność na podstawie nazwiska i dotyku dłoni, po czym uśmiechnęła się, obrzucając mnie ciepłym, zmysłowym spojrzeniem.
- Miło cię poznać, Jerry - powiedziała. Nie była ani poważna ani stanowcza. Jej drapieżne alter ego przykucnęło gdzieś pod ścianą świadomości i cierpliwie czekało.
- Chciałbym zadać ci kilka pytań - podjąłem, wyciągając dyktafon. - Oczywiście jeśli nie masz nic przeciwko?
- Masz na myśli wywiad? - zapytała, wchodząc do oklejonej reklamą budki telefonicznej.
- W zasadzie... - podjąłem, ale przerwałem od razu. Nie słyszała mnie. Budka była szczelnie zamknięta. Kiedy wyszła z tej prowizorycznej przebieralni, wyglądała mniej wyzywająco, choć wcale nie mniej ponętnie. Kręcone blond włosy, spięte z tyłu, podkreślały linię brwi i piękne jasnoniebieskie oczy. Miała na sobie białą, bawełnianą bluzkę stylizowaną na folklor z wycięciem na dekolt przewiązanym cienkim, luźnym sznurkiem i długie, bawełniane spodnie. Nie mogłem oderwać wzroku. To, co robiła, i to, jak wyglądała łączyło się teraz w efekcie synergii, bombardując świadomość wizerunkiem stworzonym do pożądania. Jej widok szeptał do mnie, wywoływał po imieniu ukryte potrzeby i najprymitywniejsze instynkty. Przez chwilę zapomniałem o wywiadzie. Chciałem po prostu stać i sycić się jej obecnością.
- Czy mam coś na twarzy? - zapytała, uśmiechając się.
- Poza tym bajecznym uśmiechem? - odparłem. - Nie.
- No dobrze - odparła nieco chłodniej. - Więc co z tym wywiadem?
- Nie mówiłem nic o wywiadzie - odparłem. - Chciałem po prostu zadać ci kilka pytań.
Uśmiechnąłem się lekko, próbując ją zachęcić, ale szczerze wątpię, żeby mój uśmiech był zachęcający. Próbowałem nie dać po sobie poznać, że emocje przejmują nade mną kontrolę, ale na to, oczywiście, było już za późno. Jass doskonale wyczuła moją słabość i potraktowała ją jak rzecz zupełnie naturalną. Przyglądała mi się z tą samą pobłażliwą miną, z jaką kobiety przyglądają się napalonym nastolatkiem wpatrzonym w ich dekolt.
Czułem na sobie jej rozbawiony wzrok i za wszelką cenę próbowałem się opanować. Wmawiałem sobie, że muszę tylko dowiedzieć się więcej, opisać ją, dokleić do reszty osób spotkanych w przeciągu tych dwóch dni, a potem zapomnieć o niej tak, jak się zapomina o ludziach, którzy tylko mijają nas w życiu, pozostawiając po sobie jedynie niknące echo. Prawda była jednak zupełnie inna. Imperatyw biologiczny przejął kontrolę, a mój umysł zdawał się błąkać gdzieś, próbując dogonić fantazje i myśli rozbiegane wokół Jasmine jak bezpańskie psy. Poddałem się jej zupełnie. Zostałem pokonany, zanim jeszcze zdałem sobie sprawę, że toczę walkę o panowanie nad sobą.
Nie wiem dokładnie, jak to zrobiła, ale nie minęło pół godziny, a stałem z nią przed szklanym wieżowcem na J.F.K. Bouleveard, zaczepiając przechodniów i wręczając im ulotki informujące o drugim spotkaniu o nazwie Shadow Convention, odbywającym się równolegle do zjazdu Republikanów.
- Więc naprawdę wierzysz, że twój konkurencyjny zjazd ma szanse na sukces? - zapytałem.
- Sądzę - odparła - że to pierwsza tego rodzaju okazja, żeby udowodnić sobie nawzajem, że potrafimy działać razem.
- Myślisz, że uda się wam wywrzeć wpływ na wyborców?
- Mam taką nadzieję - odparła i wyjęła po raz kolejny komórkę.
W przeciągu godziny otrzymała kilkanaście SMS-ów. Była jak centrum dowodzenia i centrala węzła komunikacyjnego w jednym. Po każdej wiadomości odpisywała jednej lub dwóm osobom rozmieszczonym w różnych częściach miasta. Dopiero potem wracała do mnie i ulotek.
- Tego rodzaju sojusze zazwyczaj kończą się, gdy ludzie... - podjąłem, ale urywałem w pół zdania. Jasmine znalazła bardziej interesującego rozmówcę. Spojrzała gdzieś za mnie, wytężyła wzrok i ruszyła do przodu, pozostawiając mnie w tyle.
- Zaczekaj sekundkę - rzuciła i zniknęła za moimi plecami.
Kiedy się odwróciłem, nagabywała jakiegoś chłopaka z aparatem na szyi i torbą na ramieniu.
Gdy patrzyłem, jak się oddala, zamęczając go pytaniami, pomyślałem, że może faktycznie ta kobieta uosabiała zjawisko, które warto było opisać.
Chłopak najwyraźniej nie był zainteresowany, ale nie dawała za wygraną. Z sekundy na sekundę oddalali się, pozostawiając mnie z garścią ulotek w ręku. Przez moment przeszło mi przez myśl, że powinienem rzucić to w cholerę i ruszyć za moim tematem. Czas naglił, a ja nie zebrałem jeszcze żadnych materiałów. Miałem zasadniczo dwa wyjścia: mogłem pozostać z Jass i bawić się w roznosiciela ulotek albo odzyskać kontrolę i zabrać się za to, za co mi płacą. Niestety imperatyw biologiczny wciąż trzymał mnie w hormonalnym uścisku i za każdym razem, gdy chciałem rzucić trzymanymi w dłoni ulotkami, przed oczami stawał mi obraz Jasmine: odważnej, nietuzinkowej, intrygującej.
- Liczę na ciebie, Bruce! - krzyknęła, pozwalając mu odejść. Chłopak pomachał jej nieco zmieszany.
- Znajomy? - zapytałem. Podejrzewałem, że znam odpowiedź. Jass bezbłędnie wychwyciła sugestię.
- Nie, nic z tych rzeczy - rzuciła. - To tylko kolega. Początkujący reporter. Zamęczam go, gdy tylko mam okazję. To właśnie na takich jak on możemy dziś najbardziej liczyć. Pytałeś o coś?
- Tak. Chciałem zapytać, czy myślisz, że... - zacząłem, ale znów wyrwała do przodu bez słowa. Kolejny nieznajomy, kolejna prośba o wsparcie, a ja z plikiem ulotek w ręku, stojący bezradnie na chodniku pełnym mijających mnie ludzi. Zaczynało mnie to irytować.
- Bill! Bill Murphy! - krzyknęła, machając radośnie do kogoś w tłumie. Elegancki mężczyzna około czterdziestki wychodził właśnie z restauracji po drugiej stronie ulicy. Jasmine przemknęła między sunącymi samochodami i zanim zdążyłem zareagować, stała już obok niego.
- Wiesz, naprawdę dobrze cię widzieć - wyznał, gdy dotarłem na drugą stronę. Schowałem ulotki i stanąłem w bezpiecznej odległości.
- Co tutaj robisz? Przyjechałaś z powodu zjazdu? - zapytał.
- Prowadzimy kampanię na rzecz wycofania z obrotu "miękkich pieniędzy" i lobbujemy za reformą finansowania wyborów.
- Ambitny cel - przyznał, wpatrując się w jej dekolt.
- Potrzebujemy każdego możliwego wsparcia. Twój głos byłby znaczący i mógłby zdziałać wiele dobrego. Pracowałeś z tymi ludźmi i wiesz, jak działa system.
- Chcesz powiedzieć, że jestem jednym z tych ludzi? - spytał rozbawiony.
- Wiem, że jesteś dobrym człowiekiem. Niewielu jest już takich jak ty. Wciąż pamiętam, co zrobiłeś dla mnie i dziewczyn w Seattle - przyznała, spuszczając teatralnie wzrok na jego buty.
- Nie ma co rozpamiętywać wczorajszych niepowodzeń - stwierdził, przyjmując ten sam melancholijny ton.
- Wiem, ale gdyby nie ty na pewno wytoczyliby proces - wyznała, uśmiechając się zalotnie.
- Ten restaurator to rozsądny mężczyzna. Dbał jedynie o swój interes.
- Tak, wiem, rozumiem. Tak czy inaczej bardzo chciałabym, abyś pojawił się na konferencji. To by dla mnie naprawdę dużo znaczyło.
Rozmawiali jeszcze chwilę w podobnym tonie, wymieniając uprzejmości i zapewniając się o wzajemnym szacunku. Stałem za jego plecami, wpatrując się w wystawę sklepową i tylko przez chwilę udało mi się uchwycić wzrok Jasmine w odbiciu szyby. Czerpała przyjemność z mojej obecności, zupełnie jakby po raz pierwszy mogła pokazać komuś, na co tak naprawdę ją stać. Gdy postać biznesmena zniknęła ze sklepowej witryny, odwróciłem się i podszedłem do prześwietlającej mnie wzrokiem Jasmine.
- I jak? Gotowy na coś naprawdę dziennikarskiego? - spytała, przechodząc znów na wygodniejszy, bardziej chodnikowy język.
- Co może być bardziej dziennikarskiego niż to? - odparłem, wyciągając przed siebie plik papierowych kartek.
- Wiem, wiem. Przepraszam. Nie powinnam się tobą wysługiwać, ale jak inaczej miałam cię zatrzymać? - Uśmiechnęła się.
- Bądźmy szczerzy - podjąłem. - Wiem, że zrobisz wiele dla tego artykułu. Więc może na początek zaczniesz traktować mnie poważnie?
- Traktować cię poważnie, powiadasz? - zdziwiła się. - Ależ, my się dopiero co poznaliśmy, Jerry - dodała z uśmiechem. Ostatecznie odebrała ulotki z mojej dłoni. Czyniąc to, musnęła delikatnie mój kciuk, przeciągając opuszkami po zmęczonej, opalonej skórze. Sekundy rozpłynęły się w elektryzującej chwili. Nagły dreszcz przebiegł po moich plecach i musiałem przyznać, że jest naprawdę dobra w tym, co robi. Gdyby istniał kurs uwodzenia dziennikarzy, Jass mogłaby go prowadzić.
- Myślisz, że za cztery lata będą widzieli potrzebę współpracy? - spytałem. Usilnie próbowałem wrócić do ostatniej myśli. Mówiła coś o organizowaniu się ludzi. Zastanawiałem się, czy to właśnie to pytanie miałem zadać. Jej oczy coraz silniej odciskały się w wyobraźni, a ja coraz mniej kontrolowałem prąd własnych myśli.
- Kto? Ludzie? Społeczeństwo? Czy może któraś z organizacji społecznych? - zapytała, wpatrując się we mnie błękitnymi oczami. - Musimy pędzić do Annenberg Centre - machnęła ręką, przywołując mnie. Nie próbowałem pytać, gdzie to jest. Jej telefon zdążył zadzwonić i znów zanurzyła się w organizowanie naprawy świata.
- Zatrzymajcie go tak długo, jak dacie radę! - krzyknęła do słuchawki. - Będę tam za piętnaście minut. Może uda się go przekonać, żeby włączył się do debaty.
- Jakiś problem? - zapytałem.
- Nie, wręcz przeciwnie - przyznała, chowając telefon do lewej kieszeni. - Chodźmy, muszę być przy stanowisku, zanim ekipa CNN zwinie się i odjedzie.
Zanim zorientowałem się, byliśmy już w połowie drogi na parking. Jakimś sposobem zmusiła mnie do biegu przełajowego przez centrum miasta. Gdy zatrzymałem się zdyszany, próbując złapać oddech, Jasmine zdążyła zaczepić jeszcze dwóch mężczyzn w garniturach, rozmawiających o czymś przed białą taksówką.
- Panowie wybaczą, że przeszkodzę - podjęła, dostosowując ton do ich głosów. Była jak kameleon dostrajający barwę słów do otoczenia. - Nazywam się Jasmine Bloom. Pracuję w komitecie na rzecz zmiany sposobu finansowania kampanii wyborczych. Czy panowie są zaznajomieni z problemem?
Mężczyźni spojrzeli po sobie zdziwieni, po czym wybuchnęli śmiechem. - Tak, tak, droga Pani, jesteśmy świadomi problemu. Ale obawiam się, że na to trochę za późno - przyznał jeden.
- Na zmiany na lepsze nigdy nie jest za późno. Zapraszam do Annenberg Centre przy Walnut Street 380. Główny punkt programu nie potrwa dłużej niż godzinę, ale jestem pewna, że nie pożałujecie, panowie, spędzonego tam czasu.
- Podobno się śpieszyliśmy? - wtrąciłem, przerywając tę coraz mniej formalną rozmowę.
- Liczę na panów. Zapraszam do stanowiska Democracy in Motion. Będę tam do dziewiętnastej i z chęcią odpowiem na wszelkie pytania związane z problemami poruszanymi przez mówców.
- Idziemy? - zapytała, zerkając kątem oka. Wybrała numer z drugiego telefonu i wślizgnęła się do taksówki. Nie pozostało mi nic innego, jak ruszyć za nią. W samochodzie postanowiła być powściągliwa. Zupełnie jakby podejrzewała, że i tak nie napiszę o niej ani o kampanii. Wyjęła z torby notebooka i w ciągu piętnastu minut drogi, jaka dzieliła nas od budynku zjazdu, wykonała dwie rozmowy telefoniczne, odpisując jednocześnie na kilka krótkich maili.
- Zastanawiam się tylko, po co ciągniesz mnie za sobą? - powiedziałem. - Szofera przecież nie potrzebujesz. Dziennikarza zapewne też nie.
- Ależ Jerry - przepraszam cię najmocniej, nie chciałam, żeby to tak wyszło. Wynagrodzę ci to jakoś, obiecuję - dodała i uśmiechnęła się po raz kolejny.
Kiedy podjechaliśmy pod budynek uniwersytetu, okolica wyglądała podejrzanie spokojnie. Nic nie wskazywało na to, że odbywa się tu wydarzenie skupiające uwagę komentatorów politycznych. Nigdzie w zasięgu wzroku nie dostrzegłem tłumów. Schludne, estetyczne chodniki przed budynkiem z czerwonej cegły świadczyły o porządku i praworządności panującej w tej części miasta. Budynek, w którym odbywał się zjazd, w odróżnieniu od Wachovia Centre, był antonimem komercji i megapolizmu. Mikroskopijność wydarzenia, które aspirowało do rangi alternatywnego konwentu, uderzała już przy wejściu. Przechodząc przez szklane, przyciemniane drzwi, miałem wrażenie, że wszyscy ci ludzie wtajemniczeni byli w jakiś dziwny, sekretny rytuał, o którym pozostali mieszkańcy Filadelfii mieli się dopiero dowiedzieć.
- Audytorium jest w tamtą stronę - Jasmine wskazała korytarz i schody prowadzące na górę. - Dołączę do ciebie, jak podopinam wszystko tutaj - powiedziała i ruszyła w stronę oczekującej na nią ekipy telewizyjnej. - Mam nadzieję, że znajdziesz tutaj to, czego szukasz - dodała, odwróciła się i zniknęła za zakrętem korytarza.
Ruszyłem wąskim przejściem kierowany oznakowaniem na ścianach. W obszernym, opuszczonym pomieszczeniu na pierwszym piętrze znajdowały się kanapy i fotele, w których w każdy inny dzień studenci dzielili się spostrzeżeniami na temat historii, sztuki i ekscentryzmu wykładowców. Tamtego dnia jednak nie było nikogo. Gdy wszedłem na otwartą przestrzeń holu na drugim piętrze, nie dostrzegłem tam żywej duszy. Jedynie szklane drzwi na środku pomieszczenia zdradzały przejawy wzmożonej aktywności po drugiej stronie. Burze oklasków i przytłumione głosy mówców wydobywające się zza ich mlecznej powierzchni podpowiadały, że się spóźniłem. Podszedłem i sięgnąłem po prospekt leżący na stoliku obok. Otworzyłem rozpiskę i spojrzałem na zegarek. Część oficjalna rozpoczęła się niespełna pół godziny wcześniej. Według informacji na karcie za drzwiami przemawiał właśnie założyciel Miejskiego Kościoła Międzywyznaniowego, wielebny Edwin Sanders. Po nim przemawiać miał Gubernator Kalifornii, Gary Johnson, i jeszcze garstka ludzi o niemówiących mi nic nazwiskach. W programie były między innymi przemowy, filmy, występy i kabarety. Znalazł się tam nawet wieczorny Rapid Response Panel, którego członkowie mieli komentować na żywo wydarzenia z konwentu republikanów. Całość okraszono intrygująca nazwą "Drug War Reform Day" i pomyślałem, że coś takiego z pewnością musiało wzbudzić sensację wśród miejscowej prasy. Nie muszę chyba dodawać, jak bardzo się myliłem.
Kiedy otworzyłem drzwi i wszedłem do niewielkiego audytorium Filadelfijskiego Uniwersytetu, mój wzrok przykuła jedna, jedyna kamera telewizyjna ustawiona na podeście po środku widowni. W przeciwieństwie do ogromnej sceny i dziesiątek operatorów w First Union Centre miejsce to nie mogło liczyć nawet na cień tamtego zainteresowania. Było to dość dziwne, zważywszy że w Filadelfii media są bardzo konkurencyjne. Mamy przecież mnóstwo stacji telewizyjnych, różnego rodzaju etniczne gazety, trzy dzienniki i przynajmniej dwa alternatywne wydawnictwa. Czas antenowy i miejsce na papierze poświęcone polityce w tym mieście ustępuje jedynie uwadze skierowanej na scenę polityczną Waszyngtonu, a jednak media i tak potraktowały to miejsce po macoszemu. Uznałem, że albo nie zostały zaproszone, albo najzwyczajniej w świecie postanowiły się nie fatygować. Ta druga ewentualność doskonale potwierdzałaby opinię o mediach podzielaną większość świeżo upieczonych antyglobalistów. W zasadzie liczba dziennikarzy na sali dowodziła, że medialny obiektywizm to mit.
Zdziwiło mnie również to, co działo się na scenie. Pomiędzy dwoma płóciennymi ekranami, na których wyświetlano obraz rejestrowany przez kamerę ustawiono mównicę, za którą w natchnionych gestach i boskim gniewie przemawiał do zebranych około pięćdziesięciokilkuletni, ciemnoskóry duchowny. Jego słowa zdawały się płynąć nie z kartki, a z jakiegoś ukrytego wewnątrz duszy miejsca, źródła, w którym rodzi się i rozrasta natchnienie. Masywna postura i niski, mocny, rezonujący głos porywały wyobraźnię słuchaczy w równym stopniu co słowa płynące z ust.
- Spotkaliśmy się w mieście, w którym napisano i sygnowano Deklarację Niepodległości - mówił. - Wierzę, że dzisiejszego dnia musi zostać zapisana nowa deklaracja i że ta deklaracja pochodzić będzie właśnie z tego miejsca. - Wskazał na scenę pośród aplauzu i gwizdów. - Są bowiem ludzie, którzy muszą usłyszeć wiadomość przekazaną z tego właśnie miejsca. Są ludzie, którzy muszą zwrócić swój wzrok i uwagę na to właśnie miejsce - powtórzył, uderzając palcem o blat mównicy.
- Jestem przekonany, że to my będziemy ludźmi, którzy powiedzą, że oto powstaje nowa deklaracja i że ta deklaracja przedstawiana jest w imieniu nas wszystkich. Tutaj, w Filadelfii. Dzisiaj. Zapowiadamy, że nie będziemy dłużej bezczynnie czekać i pozostawiać niewinnych ludzi samym sobie. Nie będziemy pozwalać rodzinom, które są bezustannie represjonowane przez Wojnę z Narkotykami, by w osamotnieniu dźwigały ten ciężar. To właśnie my jesteśmy tymi, którzy podnoszą głos. Nie będziemy dłużej bezczynnie czekać i pozwalać spekulantom gromadzić bogactwo z wyzysku i wykorzystywania tych, którzy są nieproporcjonalnie dotknięci skutkami tej wojny. I to my musimy być tymi, którzy powiedzą, że niezbędna jest prawdziwa, a nie pozorna inwestycja w edukację, prawdziwa inwestycja w leczenie, prawdziwa inwestycja w zapobieganie, prawdziwa inwestycja we wszystkich obszarach, które mogą zmienić coś, które mogą sprawić, by narkotyki nie niszczyły naszych społeczności. Nie będziemy bezczynnie czekać i patrzeć, jak system prawa, cały system prawa karnego systematycznie wykorzystuje i wyzyskuje naszych braci. W szczególności zakłady karne. Ponieważ wiecie doskonale, co się dzieje. Wiecie, co stało się w tym kraju. Oni wszyscy znaleźli nowe złoto. A tym złotem jest czarne złoto. Wydobywają je w naszych społecznościach. Jestem przekonany, że dokładnie tak, jak nauczyli się kraść, dokładnie tak, jak nauczyli się tratować, dokładnie tak, jak nauczyli się bić, uciskać, poniżać i wykorzystywać w minionych latach tych, którzy mieli ziemię i pożądane surowce, tak samo teraz szukają tego nowego złota, czarnego złota. Złota, które napędza system penitencjarny, system penitencjarny, w którym spekulanci i paskarze bogacą się każdego dnia kosztem nas, tak jak siedzimy tutaj, w tej sali, w imieniu wojny, którą nazywają Wojną z Narkotykami. To my musimy jasno stwierdzić, że ta wojna jest zła i że nie będziemy dłużej siedzieć bezczynnie i przyglądać się, jak trwa nadal1
.
Lawina oklasków przetoczyła się przez salę. Nie było chyba nikogo, kto nie dałby się porwać energii duchownego.
Pomyślałem... Pomyślałem, że jest jakiś sens w tym, co mówił, choć nie do końca wiedziałem jaki. Gdybym wiedział, podszedłbym i przeprowadził wywiad, którego prawdopodobnie i tak nie mógłbym opublikować. Był zbyt radykalny, zbyt prawdziwy, bym mógł przekuć go na słowa.
- Dlatego że ten dzień jest dniem, jakiego nie znaliśmy wcześniej - kontynuował. - Dzisiejszego dnia możemy rozpocząć tu coś, co przetransformuje nasze społeczeństwo. Dzisiejszego dnia możemy zacząć coś, co sprawi, że prawo zostanie zmienione... - Jego zdania stawały się coraz krótsze, a ton głosu coraz bardziej zdecydowany. Publiczność reagowała bezbłędnie. Gwizdy i oklaski, będące wyrazem aprobaty, podtrzymywały atmosferę nadziei i zwycięstwa. Aplauz był jak refren wzniosłego hymnu płynącego z ust charyzmatycznego kapłana.
- Ten dzień - powiedział, powtarzając po raz ostatni - jest dniem, w którym mówimy: Koniec Wojny z Narkotykami. Dziękuję.
- Pięknie mówi, prawda? - Jasmine stanęła obok. Byłem tak zasłuchany, że nie zauważyłem, kiedy otworzyła drzwi i podkradła się od tyłu. Uśmiechała się. Jej błyszczące niebieskie oczy w półmroku audytorium przybrały barwę ciemnego szmaragdu.
- Myślałem, że jesteś z ekipą z CNN - odparłem.
- Nie byli zainteresowani udziałem w debacie.
- Ani tym co miałaś do powiedzenia?
- Zrobili kilka ujęć, chociaż jak dla mnie to kamera mogłaby być wyłączona. Widziałam po ich minach, że mówię o niewygodnych sprawach. Już po pierwszej minucie chcieli się uwolnić.
- Myślisz, że zmontują materiał o tym miejscu?
- Z pewnością, choć nie jestem pewna, czy będzie to pochlebna relacja. Wiesz, jak to jest. Wszystko zależy od tego, kto ma pakiet większościowy. No, ale dość o mnie. Jak ci się podoba impreza?
- Nie wiedziałem, że konserwatyści również odwiedzają takie miejsca - stwierdziłem, wskazując na wchodzącego na scenę gubernatora Nowego Meksyku.
- W niedzielę był tu Paul McCain, a wczoraj kongresmen John Campbell. Oboje są republikanami. Spójrz - powiedziała, wręczając mi dwie płyty oznaczone jako "Dzień 1" i "Dzień 2".
- I McCain przyszedł tu, żeby mówić o...?
- O reformie sposobu finansowania kampanii. Bardzo starał się wkomponować w niedzielny temat - przyznała Jasmine. - Ale jak obejrzysz sobie przemowę - powiedziała, wskazując na płytę - zobaczysz, że chodziło mu głównie o głosy dla Busha.
- Sam nie ma wielkich szans na wygraną - przyznałem.
- I dzięki Bogu - odparła i znów skupiła się na scenie.
- Aż tak nie cierpisz Republikanów? - zapytałem.
- Nie o to chodzi. Osobiście chciałabym, żeby wygrał kandydat zielonych, Ralph Nader. Nie miałabym też nic przeciwko McCainowi. Ale prawda jest taka, że dopiero kiedy Bush wygra, nasz ruch będzie mógł nabrać impetu. Ten człowiek będzie podejmował katastrofalne decyzje. I to dzięki niemu ludzie będą mogli wyrwać się z letargu.
- Katastrofalne decyzje - pomyślałem.
Zastanawiałem się, czy takie właśnie było prawdziwe oblicze aktywizmu. Poświęcanie status quo dla podźwignięcia się z popiołów.
- Czy to aby nie jest zbyt wysoka cena za to "przebudzenie?" - zapytałem.
- Nie ma innego wyjścia. Jest już za późno na czekanie. Trzeba działać, a Bush umożliwi działanie, stworzy przestrzeń, w której będziemy mogli się poruszać.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.