JedenDemony i wyjazdy
- I niby dokąd się wybierasz, Sorrel?
Kulę się pod peleryną zarazy, kiedy okrągła sylwetka pana Lewisa staje mi na drodze. Właściciel Gospody Rękawica wygląda jak góra o łysym wierzchołku. Nie da się go obejść, przekroczyć ani przebyć na wskroś, zwłaszcza jeśli ktoś jest zwykłą barmanką, tak jak ja. Nie odrywając wzroku od zdartych butów mężczyzny, staram się ukryć worek z przygotowanymi przez siebie lekarstwami pod połami materiału, okrywającego mnie od czubka obolałej głowy aż po zszargane pantofelki.
- Mam przekazać wiadomość młynarzowi...
Moje kłamstwo przerywają rubaszne śmiechy i uderzające pięści. W świetle latarni główne drzwi pubu zdają się znajdować zaledwie dwadzieścia długości ode mnie, choć na drodze stoi labirynt topornie ciosanych stołów obleganych przez spoconą, pijaną klientelę oraz kobiety pracujące w wyblakłych, różowych strojach. Przez to, że chlebodawca stoi mi na drodze, nawet nie mogę się dostać do tych przeszkód.
- Wysprzątałam pokoje na godzinę - zapewniam w nadziei, że dzięki temu mnie przepuści. - Umyłam kufle dla barmana, przyniosłam worki z mąką...
- A co ze schodami? - Podciąga workowate spodnie z takim wysiłkiem, jakby wyrywał pieniek. - I z pościelą.
- Pościągałam pranie ze sznurków, przyniosłam je i poskładałam.
- Czyli zostały schody. - Kiedy rozbrzmiewa kolejna salwa śmiechu, pan Lewis wskazuje tłustym paluchem nad moim ramieniem. - Musisz zapracować na nocleg i wyżywienie. To nie placówka charytatywna.
Przypomina mi o tym na każdym kroku, a jeśli zostanę stąd wyrzucona - nie mam rodziny, pieniędzy ani żadnych perspektyw.
- Jest pan bardzo hojny, panie Lewis...
- Wręcz zbyt hojny. - Pociąga nosem, jakby nie podobało mu się jego własne zachowanie. - Łap za miotłę. Nie powinnaś nigdzie wychodzić, kiedy w gospodzie panuje taki ruch.
- Ale... Muszę przekazać młynarzowi jutrzejsze zamówienie na mąkę. To nie zajmie dużo czasu.
- I tak zawsze tutaj przychodzi po tym, jak zje paskudne żarcie przygotowane przez żonę. Bez mojego piwa podagra by go sparaliżowała. Powiesz mu, kiedy się tutaj pojawi.
- Przecież zaraz wrócę...
- Dlaczego nadal tutaj stoisz? I masz też zamieść za barem.
Zerkam na barmana, wiecznie skwaszonego typa, który na pewno nie chce, żebym znów kręciła mu się pod nogami.
Pod osłoną peleryny zaciskam dłoń na torbie.
- Tak jest, panie Lewis.
Obracam się na pięcie i udając się łukowatym przejściem na tył budynku, przekonuję samą siebie, że zdążę dotrzeć do Mare, jeśli szybko uporam się z obowiązkami. Starsza kobieta bardzo cierpi bez tego, co jej daję, zwłaszcza że zdająca się nie kończyć jesień jest zimna i wilgotna, a rano nie udało mi się stąd wymknąć. Kiedy przed oczami staje mi jej obraz - niczym pisklak zakutanej w gniazdku z koców - modlę się, żeby było jej wystarczająco ciepło.
Mijam swoje miejsce do spania, znajdujące się pod schodami, i przechodzę do kolejnego schowka. Wsunąwszy torbę do kieszeni, łapię pierwszą napotkaną rączkę i wspinam się po zużytych schodach, żeby zacząć od szczytu.
Młody mężczyzna, zajmujący jedną z kwater, rzuca się w dół schodów niczym burza, naciągając na grzbiet szarą kamizelkę, a poły koszuli powiewają za nim. Pogwizduje sobie pod nosem, najwyraźniej zadowolony z namiętnych zalotów.
- Tu coś ominęłaś - żartuje sobie, odpychając mnie na bok.
Mieszkał tu przez tydzień po tym, jak przybył z Prosperitus, królewskiej siedziby Wschodu. Jego miejskie maniery budziły podziw na prowincji i nie da się ukryć, że pławi się w uwadze. Paniom zdecydowanie przypadły do gustu jego monety.
Ciekawa jestem, kiedy wyjedzie, żebym już nigdy nie musiała zmieniać mu pościeli.
Po dotarciu na szczyt przesuwam miotłą od balustrady aż po ścianę. Przysięgam, pan Lewis po prostu czekał, aż znajdę wolną chwilę, bo nie widzę tu ani pyłku, by móc go zmieść na niższy stopień. Napotykam za to wiele stłumionych dźwięków kopulacji. Zza zamkniętych drzwi prowadzących do pokoi dziewcząt dobiegają pochrząkiwania i teatralne jęki, więc niezmiernie się cieszę, że mogę się stąd odsunąć, aby dłużej już ich nie słuchać.
Sallae Mae, nieoficjalna burdelmama, pojawia się u stóp schodów z interesantem. Blond włosy spływają jej po plecach, ale po trzydziestu czterech latach ciężkiego życia na jej twarzy widać zmarszczki, a w uśmiechu i głosie czai się cynizm. Mężczyzna wchodzi po schodach, więc przerywam pracę i odsuwam się na bok, żeby zrobić mu przejście. Choć spuszczam wzrok, rozpoznaję te buty do jazdy - są doskonałej jakości, z polerowanymi ostrogami, połyskującymi srebrzyście. To jeden z synów burmistrza.
- Może zejdziesz mi z drogi - mamrocze pod nosem.
Staram się stopić ze ścianą, wspominając, jak w zeszłym miesiącu pomagałam jego żonie przy porodzie. Syn, z którego narodzin jest tak dumny, żyje wyłącznie dzięki mnie, a to oznacza, że łączy nas niebezpieczny, nielegalny sekret.
Przekonuję samą siebie, że to właśnie dlatego mnie nienawidzi... dlaczego tak wielu mieszkańców wsi mnie nienawidzi.
Za nim, w obłoku perfum, przemyka Sallae Mae. Choć po kryjomu pomagam jej i pozostałym z wszelakimi trudnościami, żadna z nich nigdy nie poświęca mi uwagi. Z drugiej strony lepsze to niż rzeczywiste stronienie od mojej obecności.
Samotność to nie tylko brak ludzi w pobliżu.
Wracam do pracy; sztywne słomiane witki miotły suną po klepkach wygładzonych przez niezliczone stopy niczym kamienie z rzeki. Rękawica pozostawała stałym elementem mojej wioski z czasów sprzed Wielkiego Uwięzienia - a przynajmniej tak mówią - więc musi mieć kilkaset lat. Sama zresztą mam poczucie, jakbym mieszkała tu od wieków; każda noc i każdy dzień wyglądają dokładnie tak samo, są jak wyniszczająca monotonia dająca złudzenie nieskończoności.
Każdy stopień w dół, każda chwila, do której utraty jestem zmuszana, brzmią niczym czyjś krzyk wycelowany prosto w moją twarz. Lek w mojej torbie to ostatni korzeń, jaki przygotowałam; przynoszona przez niego ulga w bólu jest o stokroć więcej warta niż moje bezpieczeństwo. Powtarzam sobie, że niedługo pan Lewis zajmie się pozostałymi mieszkańcami i właśnie wtedy będę mogła...
Przez zgiełk pubu przedziera się donośny brzęk. Unoszę głowę.
W wejściu, zlany ulewą, stoi mleczarz, pan Cavenish, trzymając w górze pokryty krwią krowi dzwonek. Z drugiej ręki, niczym makabryczny gulasz, spływają zwierzęce wnętrzności, posoka skapuje na nogawkę spodni i wysokie po kolana buty.
- Demony! - wrzeszczy, wkraczając do środka. - Fulcrum upada! Idą po nas!
Ludzie się uchylają, gdy mężczyzna wymachuje fragmentami tkanki i zatacza się na stół. W żółtawym świetle latarni olejowych jego twarz jest groteskowo wykrzywiona, lecz gorsze pozostaje to, co pada z jego ust - nasze wspólne niewypowiedziane obawy właśnie stają się prawdą.
- Polują o zmierzchu, tropią nas po nocy! Przechwycono ją ze stada, rozdarto jej brzuch...
Wieśniacy sapią i cofają się, gdy na ich twarze spadają krople krwi, a wtedy przybysz zwraca się do kolejnej grupy - jej członkowie nie wykazują już wymuszonej wesołości, lecz szczere przerażenie ciągle towarzyszące nam ostatnimi czasy.
- Demony przedostały się przez Fulcrum i polują na nas... Mroczny Król powraca! To jego gwiazda pojawiła się na niebie!
Wędruję w dół schodów, ściągana potwierdzeniem tego, o co wszyscy się martwiliśmy od chwili, kiedy pierwsza krowa ze stada została zabita. Trzymam się jednak na obrzeżach, gdy zdjętą przerażeniem ciszę przerywa czyjś głos.
- W lesie są dzikie zwierzęta. Wiele z nich może atakować...
- Ścierwo leżało na południu - wypluwa pan Cavenish. - Jakie zwierzę zażyna krowę dokładnie na północy, na wschodzie... a teraz na południu! Ostrzegałem was dwa tygodnie temu, kiedy to się zaczęło! Wszystkim wam mówiłem! Otaczający nas mur nie powstrzyma...
- Wystarczy! - grzmi pan Lewis.
W następującym milczeniu wszystkie wskazówki otaczają nas, łączą z rzeczywistością, która nas pochłonie: zamordowane krowy, dziwne ślady stóp... całun ciemności zapadający na całą wioskę. Inni myślą dokładnie o tym samym - rozpoznaję to po skulonych ramionach i spuszczonych głowach.
To prawdopodobnie jedyna sytuacja, kiedy będę miała z nimi zbieżne zdanie. Nie żeby obchodziło ich, że też się boję. Być może nawet bardziej niż oni.
- To działanie magii - naskakuje pan Cavenish. - To przez nią Fulcrum osłabło, a demony są zwiastunami tego, co nadejdzie! Mroczny Król powstaje!
Kuląc się pod peleryną, wymykam się z obrębu światła latarni. Nie obawiam się, że wcześniej ktokolwiek mnie zauważył.
Przecież żaden z nich nie mógłby wskazać na mnie palcem, nie obciążając przy tym siebie.
- Wyprowadźcie go stąd - rozkazuje pan Lewis ze zmęczeniem.
Macha ręką w stronę w drzwi, a wtedy kilku mężczyzn wyrywa się ze stuporu i biorą za łokieć pana Cavenisha, a ten, zaciągnięty na zimny deszcz, powraca do tyrady.
- Doszło do nielegalnego użycia magii i całe Anathos przez to zginie! Wiecie o tym...
Gospodarz zatrzaskuje drzwi i opiera się o nie ciałem wielkim jak głaz. Choć trzymam się poza zasięgiem jego wzroku, widać wyraźnie, że czegoś szuka. Modlę się, by ta noc nie okazała się tą, której zawsze się obawiałam, tą, kiedy w końcu, ostatecznie, zostanę wygnana.
- Moglibyśmy pójść do Prawd - sugeruje ktoś. - Oni będą wiedzieli...
- Już tam byłem - wtrąca ktoś inny. - Nie chcą rozmawiać o...
- Koniec z tym - przerywa pan Lewis. - Dokończcie piwa. Następna kolejka na mój koszt.
Dzięki temu atmosfera nieco się rozluźnia; mężczyzna musi sprawić, żeby goście zostali, bo w przeciwnym razie pospieszą do domów, do żon i dzieci, żeby zabarykadować okna i drzwi, a on straci utarg za resztę nocy. Kiedy właściciel człapie od stolika do stolika, by ukoić nerwowe rozmowy, dostrzegam okazję. Oddalam się od schowka, gdzie chowam miotłę, i przemknąwszy przez opustoszałą kuchnię, wymykam się tylnym wyjściem.
Na zewnątrz deszcz spada ze wzburzonego, niespokojnego nieba. Zdaje się, że noc nie tylko przyszła wcześniej niż zwykle, lecz także stała się odrębną porą roku. Usłyszawszy rozmowy i pobrzękiwanie, skradam się tyłem Rękawicy i wyglądam zza rogu.
Mężczyźni odprowadzają pana Cavenisha główną ulicą, ale nie zachowują się przy tym brutalnie. Mleczarz nie niesie już w ręku wnętrzności, pozostał mu tylko dzwonek, którego smętny brzęk przypomina odliczanie i sprawia, że przenoszę się myślami do niszczejącego muru otaczającego moją wioskę. Nawet w najniższym punkcie murowany kamienny wał jest równie wysoki jak kryty strzechą dach Rękawicy i równie gruby jak beczka miodu pitnego. Mimo tego zastanawiam się, czy istoty o niewidzianych dotąd przez nikogo pyskach i zębach potrafią się na niego wspiąć. Lub nad nim przelecieć - jak smoki.
Może balas w fosie choć trochę nas ochronią.
Przez dwie dekady życia pozostawałam odizolowana po wewnętrznej stronie muru Greensward, a wychodziłam poza niego wyłącznie po to, żeby zebrać potrzebne mi rośliny i korzenie. W innych okolicznościach, jeśli nie muszę, nie opuszczam pubu. Nawet w wiosce nigdy nie czułam się bezpieczna, a jeśli pomyśleć o tym, co nas prześladuje? Wiadomości z terytorium Anathos przypominają pożary leśne, grożą, że mnie strawią: mówiono o zwierzętach, a nawet ludziach zaatakowanych w osadach otaczających różne dwory królewskie. Pod osłoną nocy słyszałam od podróżników wiele pełnych obaw szeptów, których potwierdzenia odmawiali, gdy tylko nastało światło poranka.
Mleczarz ma rację. Jesteśmy tutaj nawiedzani, a chroniący nas mur to zarówno obrona jak i cel. Myli się jednak co do magii osłabiającej jego zdaniem Fulcrum. Przez całe życie dzierżyłam ułamek tej świętej energii i odmawiam uwierzenia, że miało to jakiekolwiek złe skutki, a każda ignorująca mnie w pubie osoba ma takie same odczucia. Włączając w to pana Cavenisha.
Nienawidzą faktu, iż nie raz musieli na mnie polegać i choć jestem sierotą omijaną z daleka, nauczyłam się jednej niezaprzeczalnej prawdy: nie istnieje nic, czego ci ludzie nie zrobiliby dla swojej rodziny.
Nie, przyczyną jest coś innego.
I właśnie tego musimy się obawiać, nawet bardziej niż demonów stanowiących wyłącznie zapowiedź zdecydowanie bardziej śmiercionośnego wroga.
DwaMysz pomiędzy szczurami
Czekam, aż trzech mężczyzn wysforuje się naprzód i ruszam za nimi jak duch, podążam za niepokojącym pobrzękiwaniem krowiego dzwonka. Peleryna, jakby spragniona zimnej wody, spija lodowaty deszcz, a brukowana uliczka pod zużytymi skórzanymi podeszwami wydaje się śliska niczym omszałe koryto rzeki. Okiennice stojących po obu stronach głównej ulicy domów szeregowych zostały szczelnie pozamykane i to samo tyczy się drzwi - te pozostają zaryglowane ze względów innych niż niekorzystna pogoda, lecz przewody kominowe są otwarte, a unoszące się z nich smużki dymu nikną na wietrze.
Zerkam przez ramię, gdy do moich uszu dociera odległe skrzypienie. Most przerzucony nad fosą właśnie się podnosi, a kiedy deski zatrzaskują się w odpowiednich miejscach wieży, wartownicy schodzą ze służby. To, że mężczyźni kierują się do Rękawicy, nie stanowi żadnego zaskoczenia, lecz żałuję, że nie pozostali na miejscach.
Przydaliby się tam ze swoimi widłami.
To zwykli cywile, jak my wszyscy. Nasza wioska znajduje się na skraju terytorium Prosperitus, więc nie mamy tu straży królewskiej - w końcu jesteśmy tylko lichym punktem handlowym. Właśnie dlatego nasz mur nie został naprawiony i brak nam obrońców.
Sami musimy o siebie dbać.
Skupiam się ponownie na wędrówce po ciągnącej się przede mną alei, skąpanej w odcieniach szarości. Kosmyki mgły, niczym niespokojne fantomowe kończyny, wiją się i prostują w strumieniach ulewy. Słyszę wyłącznie wodę: skapującą na dachy, rozbryzgującą się pod stopami, uderzającą w mój kaptur. Lecz ja nasłuchuję czegoś innego. Szukam... innych rzeczy. Raczej niemożliwe, żeby strażnicy pominęli wejście na froncie. Co jeśli demon wespnie się górą? Co jeśli władają czarną magią, dzięki czemu to, co stałe, dla nich nie jest niczym innym jak tylko powietrzem? I jak udało im się wydostać...
My mamy swój mur, a kontynent Anathos - Fulcrum. Różnicę między nimi stanowi fakt, że ten drugi powstał, by zatrzymać rzeczy wewnątrz i wytrzymać wieczność. Księga Czasu zawiera historię Wielkiego Uwięzienia. Po tym, jak Mroczny Król zgromadził i wypaczył naturalną magię kontynentu, a następnie użył jej, by podporządkować sobie populacje wszystkich punktów kompasu, przybyła Zbawicielka i ocaliła naszych przodków przed torturami oraz tyranią. Pracując w ukryciu, wyodrębniła maleńkie cząsteczki energii, nadal tkwiące w krajobrazie, skusiła niegodziwego władcę do udania się do szczeliny w ziemi, gdzie wytworzyła kłębiące się pole siłowe, a następnie uwięziła go w nim wraz z armią jego demonów.
Zatrzymuję się i oglądam przez ramię.
Później patrzę w niebo. Spod okrycia chmur nie wyziera gwiazda, która pojawiła się przed miesiącami, tak jasna, że zaćmiewa wszystkie inne znajdujące się w pobliżu. Muszę się zgodzić z pozostałymi. Jakimś sposobem jej obecność niesie ze sobą złowieszczą zapowiedź zagłady.
Kiedy ponownie obracam się przed siebie, pan Cavenish i jego eskorta akurat znikają za rogiem. Przez moment odnoszę wrażenie, że pozostaję jedyną żyjącą istotą wewnątrz muru, wszyscy inni są martwi, a żmudne, samotne życie, przez które brnę, nagle zostało zastąpione czymś o wiele gorszym. Na koniuszkach zakończeń nerwowych kiełkuje niepokój, a dłonie i stopy ogarnia odrętwienie, więc próbuję przedostać się przez zalewającą mnie falę paniki i zimnych dreszczy, by znów złączyć się z otaczającym światem. Wewnątrz mnie również znajduje się obracający, kipiący rdzeń, więc staczam się w wir strachu i grozy, gdy tylko napotykam najmniejszą przeszkodę.
Wsuwam rękę do kieszeni, gdzie wyczuwam wiązkę ziół.
Nie mogę sobie pozwolić, by się zatrzymać, a już na pewno nie mogę zawrócić.
Brnąc naprzód, przeskakuję wzrokiem po pozamykanych drzwiach, pozasłanianych oknach. Przy każdym domu przenikam zasłonę z desek i zaglądam do środka. Nigdy nie przekroczyłam głównych progów ani nie zostałam zaproszona do stołu - zawsze przemykałam tylnym wejściem, wprowadzana w tajemnicy, wykorzystywana w konkretnych celach.
Po wszystkim staję się kimś gorszym niż nieznajomą - kimś, kogo znają na wskroś i żałują, że tak jest.
Ponownie zamieram. Niełatwo rozróżnić, co jest rzeczywistym instynktem ostrzegawczym, a co strachem, lecz w momencie, kiedy podążający za mną cień porusza się i znika we mgle, już wiem, że oczy mnie nie myliły.
Coś na ulicy mnie śledzi.
Drżę pod zimnym ciężarem peleryny i czuję na karku ukłucia połamanych paznokci, ostrzeżenie, jakiego nigdy wcześniej nie odbierałam...
Kryj się.
Te dwa słowa wypowiedziane stanowczym głosem zajmują miejsce wszelkich myśli przelatujących przez głowę oraz niepokoju płynącego w żyłach. Przez całe życie ten rozkaz mnie prześladował, jakby był właściwym imieniem nadanym mi przez kogoś, kto dał mi życie, a następnie tu pozostawił.
Złapawszy w garść przemokniętą wełnę, rozpoczynam ucieczkę, a w myślach kłębią mi się wizje wszelakich obrzydliwych stworzeń z kłami i pazurami, grożących, że wyskoczą mi z głowy, żeby za mną podążyć. Choć, z drugiej strony, zagrożenie może być o wiele bardziej prozaiczne niż demon. Podsłuchałam w pubie historie o podróżujących mężczyznach próbujących uodpornić się na zarazę poprzez parzenie się. Mimo że sama noszę osłonę z innego powodu, nie chcę nawet myśleć, co to oznacza dla wszystkich innych.
Wszystkie drogi w wiosce prowadzą na targowisko, więc jeśli uda mi się dostać tak daleko, znajdę tam nie tylko kryjówkę, jakich wiele w pustych straganach, lecz również będzie się tam przechadzał stróż. Może mi pomoże, bo ma córkę, a jeśli zacznę krzyczeć, to kto wie, może zabrzmię jak ona?
Poza tym chyba nie jestem nieuzbrojona. Za paskiem tkwi zatknięty mały nóż, więc, krocząc niezdarnie, łapię za rękojeść i nie tracąc czasu, znów oglądam się za siebie.
Wyczuwszy podążającą za mną obecność, pozwalam sobie zaufać instynktowi bardziej niż oczom błądzącym w ciemności. Coraz bliżej do targu. Bliżej. Bliżej...
Wyłaniająca się przede mną osoba wywołuje takie zaskoczenie, że wymachując rękami i ślizgając się po bruku, robię coś, czego nigdy nie wolno robić.
Spoglądam prosto w oczy zagradzającemu mi drogę masywnemu mężczyźnie z zarostem.
Rozpoznaję go w ułamku sekundy, lecz wtedy przepływa przeze mnie wiązka energii i ślepnę. Następnie widzę kowala nie takim, jaki jest tej nocy, w deszczu, na ulicy, lecz w chwili jego śmierci: poorana, brodata twarz została po jednej stronie spalona; ciało poczerniało jak mięso pieczone na rożnie, kość policzkowa płonie bielą pośród ran, korzenie zębów trzonowych jak rzeki szkliwa rozchodzą się na kształt piór w odsłoniętych szczękach. Ponadto w oczodole brakuje oka, a włosy stopiły się z czaszką. Próbuje nabrać tchu, lecz potem... przestaje...
Moje zmysły zalewa tocząca agonia, agonia nie do opisania, malująca się również na twarzy. Płuca palą, jakbym wdychała sam ogień, zapach dymu i gotujących się mięśni wwierca mi się w nos. Ciało mi wiotczeje, serce trzepocze, by po chwili również się zatrzymać, bo jego śmierć przenosi się na mnie, przepływa przeze mnie.
Mężczyzna łapie moje ciało w trakcie upadku, szorstkie dłonie wbijają mi się w ramiona i trzyma je, bym nie rozsypała się na środku mokrej ulicy niczym zawartość przewróconego koszyka. Czuję, że zostaję ściągnięta w cienie, a kiedy człowiek przyciąga mnie do piersi, skupiam się - choć jest to nie do zniesienia - na ocalałej części twarzy: jej rysy są takie same, jak w tej chwili, nie jest starszy, nie zmieniły się nawet długość, kolor ani gęstość krzaczastej brody.
Jego śmierć czai się w pobliżu.
On jednak o tym nie wie. I wcale nie dlatego pochwycił mnie w ciemnościach.
- Dziecię umiera... - wykrztusza schrypniętym głosem. - Musisz przyjść do mojego nowo narodzonego syna. Teraz!
TrzyW którym łamię prawo
Kowal i jego siedmioosobowa rodzina mieszkają za sklepem tuż obok targu, ale nie ośmiela się on wprowadzić mnie od środka. Choć liczy się czas, a smród strachu mężczyzny atakuje moje nozdrza, gospodarz pędzi alejką zasłaną brudnym sianem i odchodami aż na tył budynku stanowiącego warsztat i dom. Jego popękana, usmarowana na czarno dłoń drży, kiedy sięga po żelazny pierścień przy solidnych drzwiach, a ja zerkam przez ramię, żeby sprawdzić, czy ktoś nas śledził.
Nikt. Nic.
Nie wyczuwam już depczącej mi po piętach obecności i wmawiam sobie, że po prostu pomyliłam ją z kowalem zmierzającym w moją stronę. W tym kłamstwie brakuje logiki, gdyż niebezpieczeństwo zbliżało się od tyłu, lecz czasami jestem zmuszona konstruować rzeczywistość, by sobie z nią jakoś poradzić.
- Tędy - odzywa się mężczyzna.
Wchodzę do środka, a on zasłania wejście swoją potężną posturą, lecz nie po to, aby mnie chronić. Jestem ostatnim, co ma ochotę wprowadzić do domu, więc się upewnia, że nikt mnie nie zobaczy, mimo że nikogo tam nie ma.
Zapach jest okropny. Świeża krew, stary pot, końskie kopyta i stopiony metal. W kuchni panuje bałagan; na drewnianym stole leżą porozrzucane kości kurczęce, do cna odarte z mięsa i chrząstek, na dnach blaszanych misek widać resztki gulaszu. Na blacie poustawiane są też bukłaki z napojami, ale biorąc pod uwagę kwaśny zapach, raczej zawierają w sobie miód pitny, a nie mleko czy wodę odpowiednie dla dzieci.
- Jest tam.
Buciska kowala, ciężkiego jak podkuwane przez niego konie, grzmią o podłogę i mężczyzna nie kłopocze się przeprosinami za stan domu. Zapewne według niego to domena kobiet.
Kiedy odsuwa podartą zasłonę, pierwszym, co widzę, są dzieci. Cztery córki przywierają do siebie, ubrane w szmaty. Ich blade twarze są brudne, włosy mają splątane i zmatowiałe. Wszystkie liczą poniżej pięciu lat, rodziły się co roku, odkąd kowal wziął sobie żonę. Pierwszą zabił na łóżku porodowym, bo płód nie chciał opuścić jej łona i gnił w środku.
Jest tu też starsza dziewczyna, nastolatka, i z tego, co sobie przypominam, to jego bratanica, przyjęta w pewnym momencie do pracy. Jest wymizerowana, chudziutkim ramieniem obejmuje dzieci. Nie wykazuje zainteresowania mną, bo przejętymi strachem oczami kontroluje tylko to, gdzie znajduje się kowal. Nawet nie chcę wiedzieć, ile razy bił ją pod tym dachem. Wszystko widzę w sposobie, w jaki kuli ramiona i spuszcza głowę.
Żadnemu z dzieci nie spoglądam w oczy. Już teraz nie potrafię znieść tego, co zauważam, więc nie chcę poznać ich przyszłości.
Odwracam się do stojącej w rogu pryczy. Młoda kobieta, pozwijana niczym sznur, leży na zakrwawionych kocach, przesiąknięta potem, i oddycha płytko. Pękaty brzuch ma w całości odsłonięty; pomiędzy rozsuniętymi kolanami widać pępowinę nadal łączącą ją z niebieskim noworodkiem, woskowatym i nieruchomym, leżącym między jej udami.
- Poród trwał większość dnia i... - zaczyna kowal.
Unoszę dłoń.
- Cisza.
Mam ochotę zdzielić go w twarz za to, że zmusił kobietę do kolejnego porodu. Pamiętam ją sprzed czasów, kiedy uczynił ją swoją klaczą rozpłodową: to dziewczyna w moim wieku, niegdyś beztroska i urocza. Ciemne włosy powiewały za nią, gdy tańczyła z siostrami w promieniach słońca padających na wiejski plac. Teraz umiera tu jak ciężko spracowany koń pociągowy. On za to weźmie sobie kolejną, by wychowała mu niechciane córki i, co ważniejsze, da mu upragnionego syna, bo ma tyle pieniędzy, że może sobie na to pozwolić.
Jeśli ta również umrze, powróci do studni młodych dziewcząt.
Uklęknąwszy przy pryczy, zbieram się w sobie, by spojrzeć na idealną, maleńką twarz noworodka. Chłopczyk ma otwarte oczy, więc kiedy w nie patrzę...
Nic. Żadnych odczuć, żadnych obrazów. Robię to, co innym przychodzi z taką łatwością, czyli patrzę wprost w źrenice drugiej osoby.
Przebiega mnie znajome uczucie smutku, wypełnia mi żyły gorzką rozpaczą. Muszę próbować pomagać dzieciom, nawet jeśli nienawidzę ich ojców, nawet jeśli oznacza to łamanie prawa i ryzyko batów pośrodku rynku. Kiedy porzucono mnie jako niemowlę, nieznajomy przejął się do tego stopnia, że uratował mi życie. Moim powołaniem stało się robienie tego samego, to jedyna spuścizna, jaką muszę wypełnić.
Poza tym, mimo że rodziny nigdy mnie nie zauważają i gardzą mną za bycie scur czy też najniższą z klasy niskiej, moja samotność słabnie, kiedy spozieram spod kaptura na uratowane przez siebie dzieci. Patrzę, jak żyją pełnią życia, i wiem, że mogą to robić tylko dzięki mnie, a tym samym stają się moimi dziećmi, innych nigdy nie będę miała.
Choć ode mnie stronią, kocham je. I opłakuję, gdy przybywam zbyt późno.
- Co z moim synem? - Kowal domaga się odpowiedzi chrapliwym głosem.
Kręcę głową, a wtedy on zaczyna szlochać. Nawet nie pyta o żonę, dzięki czemu natychmiast zwracam na nią uwagę.
Przysuwam się do niej, marząc o tym, by dopadły go wszystkie demony.
- Elly?
Jej pełne imię to Ellyne, lecz zdrobnienie zdaje się ją ocucić. Unosi powieki, spod których wypływają łzy i toczą się po skroniach. Nie ma siły, żeby się odezwać, a kiedy biorę ją za rękę, ta okazuje się gorąca jak żagiew. Nie patrzę jej w oczy. To, że poczuję jej śmierć, nie pomoże żadnej z nas.
Kobieta mamrocze coś do siebie, lecz nie potrafię wyłapać słów, bo słyszę jęki żałoby jej pijanego, rozpustnego mordercy.
- Musisz wytrzymać. - Delikatnie gładzę ją po tłustych włosach. - Jutro o poranku mogę ci przynieść lek.
I mogę zrobić dla niej coś jeszcze. Jeśli mi na to pozwoli.
- Zostaw nas - rozkazuję jej mężowi.
Ten nie rusza się z miejsca, tylko pociąga nosem, więc mierzę go wzrokiem spod kaptura.
- I zabierz ze sobą dzieci. Widziały już zbyt wiele.
Kowal wyciera nos w brudny wełniany rękaw.
- Żebyś mogła sprowadzić z powrotem mojego syna?
- Nie, żebym mogła spróbować ulżyć twojej żonie.
Mój ton sprawia, że dziewczęta drżą i choć mężczyzna znajduje się nade mną, jeśli chodzi o płeć i status, to jest zbyt osłupiały przez moją śmiałość, żeby mi odpowiedzieć.
- Idź - parskam.
Machnąwszy lekceważąco w stronę potomstwa, przegania te dary od losu, uznawane przez siebie za bezwartościowe wyłącznie dlatego, że nie mają penisów, i dzieci natychmiast się zrywają. Bratanica kowala, ta o rudych włosach obejmuje siostry ochronnym gestem, a kiedy przeciskają się obok cielska ojca, dziewczyna ogląda się na mnie, a na jej twarzy widnieje wyraz starszy od samego morza.
To, co pozostaje widoczne w jej oczach, sprawia, że czuję się wiekowa.
- Nakarm je czymś - rozkazuję mężczyźnie, kiedy maluchy znikają. - Nie miodem, który kupujesz za miedziaki.
W tej brudnej kuchni nie ma nic, czym pożywiłaby się nawet mucha, więc niech go losy, ale ktoś musi go oskarżyć o zaniedbanie.
Kowal się wymyka, z pewnością po bukłaki sfermentowanego miodu, a fakt, że nie zasuwa za sobą ciężkiej zasłony dla zachowania prywatności, wywołuje we mnie złość.
Podnoszę się szybko i szarpię za tkaninę w przejściu.
Wracam do Elly i raz jeszcze biorę ją za rękę.
- Musisz urodzić łożysko.
Jest za słaba, więc moje słowa trafiają w eter i już wiem, co stanie się jako następne. Wszystko to już widziałam: w ciągu doby ogarnie ją infekcja, już zakorzeniona w jej łonie, ja jednak ją dla niej wydobędę.
Dalej się nie posunę. Wystarczająco cierpiała w tym życiu, a jeśli uratuję ją przed grobem, nie stanie się to z mojej strony życzliwością.
- Ukoję twój ból - wykrztuszam.
Sięgam między zimne, wilgotne poły peleryny, żeby wyciągnąć mały nóż ze skórzanej pętelki przy pasie. Kusi mnie, by wyrządzić nim straszne rzeczy.
Gdyby ten brutal nie miał jąder, zniknęłoby wiele problemów.
Zamiast ruszyć za kowalem, drżę na widok szarej, gumowatej pępowiny. Następnie łapię za pierwszy lepszy brudny koc, żeby dać Elly poczucie intymności. Kobieta jęczy, gdy szorstka wełna muska zakrwawioną skórę, więc szepczę kojące słowa. Jeszcze raz zerkam na dziecię. Tak idealne rysy, maleńki nos i łuk ust, policzki tak okrągłe, że miał szansę przeżyć. Moją zemstą jest satysfakcja, iż kowalowi odmówiono tego, czego pragnie, jakby synowie byli jedynym, co wartościowe. Niestety, jego pogoń za męskim potomkiem się nie zakończy, tylko będzie kosztować życia kolejnych sióstr z wioski.
Obok pryczy leży tunika wyglądająca, jakby Elly rozdarła ją w czasie porodu. Owijam w nią stygnące niemowlę i przez chwilę fantazjuję, że pochowam jego szczątki jak należy, w Miejscu Spoczynku. Minął jednak kawał czasu, odkąd ktokolwiek z nas odważył się udać tak daleko poza mur.
Nie wiem, co się stanie z tym cennym naczyniem, które tak szybko wypłukało się z iskry życia. To samo tyczy się ciała Elly, a moja rozpacz jest tak głęboka, jakby tych dwoje pochodziło z mojej krwi. Zauważyłam, że pomimo izolacji szybko otaczam uczuciami mieszkańców wioski, choć żaden nigdy się do mnie nie przyznał.
- Moje dziewczynki... - szepcze kobieta.
Odsuwam nóż, żeby skupić się na jej otwartych ustach. Przedni ząb ma złamany - to coś nowego.
- Zapewnię im bezpieczeństwo. - Znów biorę ją za rękę, a pokrywające ją krew i pot scalają nasze dłonie, gdy składam przysięgę: - Pojadą do Prawd.
Świątynia Prawd pozostaje znana z przyjmowania w swoje podwoje opuszczonych kobiet. Dziewczynki i bratanica znajdą bezpieczne schronienie z tymi wizjonerami, w których nie wierzę. Przynajmniej ich mur jest solidny i potężny.
- On nigdy... na to nie pozwoli.
Przenoszę wzrok na czubek nosa Elly.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, co mogę zobaczyć, prawda?
- Tak - odpowiada słabo. - I z tego, co... możesz zrobić. Ale śmierć... nie zawsze jest... przekleństwem.
Zaciskam powieki, świadoma, że zgadzamy się w tej sprawie. Nie uratuję jej w sposób, w jaki jestem zdolna.
- W takim razie weź to. Męki z jego strony nie potrwają już długo, a kiedy nadejdzie jego czas, upewnię się, że twoje cudowne córki i bratanica kowala zostaną zabrane do świątyni.
Wyczuwam od niej ślad zaskoczenia, lecz nie trwa on długo.
- Obiecujesz...?
- Obiecuję z głębi swojego bijącego serca.
Znów sięgam między mokre fałdy peleryny, by wyjąć z niej wcześniej przygotowaną torbę. Mare potrzebuje ziół, ale Elly potrzebuje ich bardziej. Powinno się je zaparzyć jak herbatę, ale na to nie ma nadziei. Nie wolno mi zaufać w tej kwestii kowalowi, a muszę już stąd zniknąć. Ktoś mógłby wejść, na przykład przynosząc wieści dotyczące pana Cavenisha i tego, co wydarzyło się w pubie.
To nieodpowiedni czas, aby znaleziono mnie przy łożu kolejnej kobiety umierającej po porodzie.
Unoszę skraj peleryny i przeczesuję warstwy, by sięgnąć do halki. Nożem odcinam cienki kwadratowy kawałek wielkości dłoni i używszy kolana jako stołu, otwieram torbę i wysypuję z niej na materiał wysuszone płatki. Następnie zwijam go i związuję rogi wstążką od torebki.
- Chcę, żebyś włożyła to między tylne zęby i pogryzła. - Nachylam się i pomagam jej rozewrzeć wargi. - To uśmierzy ból.
Spłaszczam kawałek na kształt klina i przesuwam lek na bok, żeby nie zablokować jej gardła. Zamykam jej szczęki i liczę na to, że kobieta utrzyma lekarstwo w miejscu. Przez to, że są nierozcieńczone, zioła zadziałają mocno, a nie chciałabym, żeby się udusiła, gdyby straciła przytomność.
Szybko zalewa ją ulga, niosąc ze sobą krótką aurę światła. Przez chwilę wydaje mi się, że nas opuszcza, a wedle danego słowa nie zamierzam zatrzymywać procesu. Lecz nie - ten rozbłysk to kłamstwo wytworzone przez mój umysł, ponieważ jej ulga oznacza również moją.
Kiedy kobieta zapada w sen, który nie opuści jej do chwili, gdy zatrzyma się jej serce, ocieram łzę z oka i zdaję sobie sprawę, że rozmazałam na policzku jej krew. To wydaje się właściwe.
Zabieram zawiniątko i podnoszę się na nogi.
Znajduję kowala przy stole pełnym kości - rozrzucone białe patyki tworzą alegorię pożerania i łamania, jakich dopuścił się przez wszystkie dni i noce przeżyte na niegdyś uświęconej ziemi Anathos. Do ust przytyka bukłak i z pośpiechem ssie ustnik. Alkohol mąci mu umysł tak, że aż zachlapał sobie brodę.
Nigdzie nie widać dziewcząt, więc zapewne schowały się gdzieś nieopodal, w kryjówce poza tym domowym piekłem. Bratanica dobrze zaopiekuje się siostrami i mam nadzieję, że los kowala związany z gorącym ogniem kuźni spotka go już niebawem.
- Przyjdziesz do mnie za dwie godziny - rozkazuję, kładąc martwe dziecko na stole, na kościach. - Przygotuję dla niej zioła, a ty je jej podasz.
Moje przyjście tutaj stanowiłoby zbyt wielkie ryzyko, nawet w ciemności. On mnie nie obchodzi, lecz dziewczęta należy chronić przed moją obecnością, zwłaszcza po tym, co pan Cavenish przyniósł dziś do Rękawicy.
Kowal przesuwa potężną ręką po twarzy w geście poddania.
- Czyli nadal żyje.
- Tak. I zaopiekujesz się nią.
Schylam się, by spojrzeć na niego spod osłony kaptura. Patrzę mu prosto w oczy i znów, jak rażona piorunem, zostaję uderzona jego cierpieniem, lecz tym razem chłonę rozniecony ból ze wstrętną satysfakcją.
Głos wydobywający się z moich ust pochodzi z duszy, wibruje między nami, głęboki i niski:
- Dowiem się, jeśli tego nie zrobisz.
Przebłysk strachu w podbiegłych krwią oczach stanowi moją przewagę nad nimi wszystkimi. W świetle dnia, bezpieczni wśród latarni i liczb, mieszkańcy wioski wystrzegają się mnie, lecz... och, przybywali do mnie. Każdy z nich, na swój sposób, szukał mojej pomocy w związku z okropnymi czynami i wszyscy oni stawali się świadkami dziwnego i niepokojącego cudu.
Choć taniec ze śmiercią to jedyna wyróżniająca mnie cecha, zakładają, że istnieją inne, których mogłabym użyć przeciwko nim.
Jestem niezmiernie zadowolona, że ten mężczyzna obawia się tego, co mogę mu zrobić.
Prostuję się, gdy dociera do niego przesłanie.
- Pozbądź się chłopca w odpowiedni sposób, nie tak, jak zrobiłeś to z żoną i córką, które utraciłeś jako pierwsze. I wiedz, że w chwili twojej śmierci, bez względu na to, gdzie się znajdę i co przyjdzie mi robić, stanę się jej świadoma. I zacznę się nią radować.
Nie mówię mu, żeby uważał przy ogniu w kuźni. Nie ostrzegam, że niedługo zdarzy się wypadek. Nie wspominam o płomieniach, które najpierw odbiorą mu ciało, a następnie życie.
Wychodzę tak, jak przyszłam, wymykając się tyłem na lodowaty deszcz, w niebezpieczną noc. Jutro muszę udać się do Mare. O tak późnej godzinie pub będzie pełny, co oznacza stoły do wycierania, bałagan do sprzątania, kufle do umycia. Żadna z tych rzeczy, nawet starsza pacjentka, pozostająca na noc bez pomocy, nie jest tym, co zaprząta moje myśli.
Inna cząstka mnie, ta czająca się w ukryciu, ta, której nie uznaję za należącą do mnie, wyzwoliła się i niczym koń wypuszczony ze stajni, nie chce dać się poskromić, bo niełatwo odzyskać kontrolę nad złością i żądzą zemsty. Po prostu... tak trudno patrzy się na coś, co wydarza się ponownie i ponownie, i ponownie.
Tak trudno być w ten sposób wykorzystywanym i wyrzucanym i to samo tyczy tych młodych dziewcząt.
Powracając na drogę prowadzącą do pensjonatu, niemal mam nadzieję, że moje ścieżki skrzyżują się z tym, co kroczyło za moimi plecami. Choć wcześniej przed tym uciekłam, to nie mogę ignorować dotyczącej mnie prawdy.
Jestem jedną z istot, których mieszkańcy wioski boją się o zmroku.
A w chwili, gdy mam taki nastrój jak teraz, mają się czego bać.
CzteryPojawia się nieznajomy
W pubie panuje wyjątkowy hałas. Mężczyźni z wioski wymachują kuflami, odchylają głowy i wybuchają śmiechem, jakby wystrzeliwali kule armatnie w stronę tego, z czym musieli się wcześniej zmierzyć w czasie wtargnięcia pana Cavenisha. Powietrze wydaje się gęste od smrodu potu zmieszanego z odorem skwaśniałego piwa i podczas gdy przemykam, by sprzątnąć kolejną pustą szklanicę, sprawdzam drzwi. Od powrotu udało mi się kilkakrotnie zakraść do skrytki pod schodami, żeby przygotować więcej leku do zagryzania dla Elly.
Lepiej, żeby ten jej mąż się tutaj zjawił.
W ponurym nastroju wracam między stoliki i krzesła zajmujące większość przestrzeni. Bar znajduje się daleko po drugiej stronie, więc podchodzę do końca dziurawej, poplamionej lady i ustawiam zebrane naczynia obok tych już tam stojących, które będę musiała wyczyścić przez końcem wieczoru.
Rozlega się krzyk, trzask przewracanych krzeseł. Wtem - eksplozja śmiechu, bo trzej mężczyźni mający problem, żeby iść prosto, lawirują w stronę wyjścia.
- Nie stój tak, idź po szmatę! - woła pan Lewis.
Zjawił się w drzwiach w rogu, prowadzących do jego prywatnych kwater. Cała jego zrzędliwa dezaprobata stanowi przeciwieństwo jego żony, którą utracił kilka lat temu. Próbowałam ją uratować, lecz źle oszacowałam czas. Mogę sobie wmawiać, że to z tego powodu mną gardzi, ale prawda wygląda tak, iż nie lubił mnie, jeszcze zanim został wdowcem.
- Tak jest, panie Lewis.
Kij ze szmatą oraz wiadro stoją za barem, więc kiedy tam wchodzę, natykam się na barmana. Ciągnie właśnie za beczkę z taką siłą, jakby chciał sobie wyrwać ramię ze stawu, piorunuje mnie wzrokiem, jakbym wkraczała na jego terytorium. Jest jedyną osobą, na którą nie gniewam się za to, że mnie unika. Nie lubi tej pracy, nie lubi pubu, nie lubi pana Lewisa. Nie lubi nikogo ani niczego.
Tuż za drzwiami dla pracowników znajdują się pompa wodna i odpływ, więc ustawiam wiadro pod kurkiem. Żelazny uchwyt okazuje się równie ciepły, jak moja ręka, więc zaczynam machać ramieniem...
- Tak! Zrób to!
- Zrób...
- ...to!
Rozlegają się śpiewy, by po chwili uspokoiły się rozmowy. Sallae Mae rzuca powłóczyste spojrzenie spoconemu mężczyźnie z brodą, który krzyczał najgłośniej. Ma na sobie błękitną sukienkę z tak głębokim dekoltem, że wystarczy, aby nabrała głębiej tchu, a ukazałaby górną połowę tego, czym handluje, choć blond włosy zarzuciła na ramiona jako szal, mający ją nieco zakrywać - ale i część odsłaniać.
- Za miedziaka - kpi, podchodząc do niego, unosi spódnicę i stawia wygiętą stopę w pończosze na krześle między jego nogami.
W momencie, gdy moneta trafia do jej dłoni, unosi ją, a głosy klientów cichną do szeptów. Wszyscy się w nią wpatrują. Wtem wsuwa monetę za dekolt i zmierza do baru. Barman wygląda, jakby chciał rzucić pracę, ale schyla się za ladą i wyciąga zza niej wąski kieliszek na szczupłej nóżce.
- Dziękuję ci - mówi kobieta z przesadzonym ukłonem.
- To nie jest tanie - mamrocze pan Lewis.
Sallae Mae unosi wysoko kieliszek do szampana i siada na ladzie.
- Ja też nie jestem.
Widziałam już wcześniej tę sztuczkę salonową - zresztą, wszyscy ją widzieliśmy, ale mężczyźni lubią patrzeć, jak kobieta nabiera tchu - a że nie interesuje mnie jej układ oddechowy, to w momencie, gdy odchrząkuje, ja wykorzystuję sytuację. Przesuwam wiadro w miejsce, gdzie wstający pijacy powylewali płyn z kufli, i rzucam brudną szmatę na deski podłogowe. Siedząca na barze Sallae Mae otwiera usta, by wyciągnąć wysoki dźwięk w stronę szkła. Dźwięk przeszywa ucho jak nóż, lecz ona tylko wznosi się wyżej, śpiewając głośniej. Wyżej. Głośniej. Wyżej...
Szkło pęka na okruszki migoczące w świetle latarni.
Okrzyki i wiwaty są donośne i zbyt długotrwałe, zupełnie jakby kobieta uniosła konia pociągowego i zarzuciła go sobie na ramię. Sallae Mae pławi się w uwadze i nie rusza się z miejsca, tylko poprawia włosy, trzymając w ręce nóżkę kieliszka.
Główne wejście staje otworem.
To, co dostaje się do środka, wysysa z pubu wszelkie dźwięki i powietrze.
Mężczyzna, żołnierz, wysoki na co najmniej sześć długości. Górną, mocno umięśnioną część ciała okrywa skorodowana kolczuga i watowana, czarna skórzana opończa, jego silne nogi również są owinięte czarną skórą. Przy biodrze nosi sztylet z długim ostrzem, na przeciwległym udzie drugi sztylet, a zza ramienia wystaje gruba rękojeść pałasza, ułożona w zasięgu ręki.
Nikt się nie porusza, nawet Sallae Mae nie zsuwa się z baru.
Mężczyzna robi krok naprzód i z trzaskiem barykaduje wejście przed chłodem. Ma długie i czarne włosy, pasma po obu stronach twarzy splótł w warkoczyki, żeby mu nie przeszkadzały. Ma prosty nos i gładko ogoloną, kwadratową, wyrazistą żuchwę. Uważam, żeby nie spojrzeć mu prosto w oczy, choć kątem oka dostrzegam, że stracił jedno w bitwie - blizna przebiega od brwi do skroni, a matowa biel wbija się w świat. Obrażenie w żaden sposób nie ujmuje mu siły i władzy... ani seksualnego napięcia emanującego z niego jak błyskawica.
Jego piękno... jest brutalne.
A kobiety pracujące ewidentnie doceniają jego męskość. Krygują się przy stolikach w sposób niezwiązany z ich profesją. Mężczyźni za to zdają się w ogóle nie oddychać.
Pan Lewis zapina szelki, które do tej pory wisiały luźno na ramionach, i mówi spiętym głosem:
- No to czego chcesz?
Jakby miał naprawdę dość, że tego wieczoru otwierające się drzwi zwiastują niemiłe niespodzianki.
Wojownik powoli przeczesuje wzrokiem pub, a pijacy wiercą się na siedzeniach, czym przypominają mi niespokojne stado, świadome, że na ich pastwisko wkroczył głodny drapieżnik.
Kiedy wszyscy czekamy, aż mężczyzna się odezwie, obstawiam, że zebrani myślą dokładnie to, co ja: żadnych królewskich insygniów. Czyli to najemnik. Kogoś szuka, a kiedy go znajdzie? Skończy się rozlewem krwi.
- Pokoju - odzywa się niskim, dźwięcznym głosem. - I strawy.
PięćSen o koniach
- Zabierz to dla niego. No już.
Stoję przy ladzie, gdzie barman niecierpliwe popycha w moją stronę metalowy talerz, na którym leży kromka chleba, kawałek sera i pieczona noga indyka. Jedzenie zdążyło wystygnąć, bo przygotowałam je w ciągu dnia z kucharzem. Jestem zdziwiona, że barman go nie podgrzał, choć wiem, iż nienawidzi pracować nad otwartą kuchnią, ale z drugiej strony pan Lewis nie chce, żebym zbliżała się do jedzenia i napitków ze względu na zarazę. Zwykle zajmuję się opróżnionymi naczyniami.
Zresztą, kiedy tak patrzę na najemnika, wcale nie chcę do niego podchodzić. Osłabił to miejsce niczym dzika nawałnica; swoją obecnością obniżył temperaturę i sprawił, że wszyscy skuliliśmy się w sobie. Pub opustoszał - gnani instynktem samozachowawczym pijacy wytoczyli się na zewnątrz, a kobiety zostały zagonione na piętro przez pana Lewisa.
Nie wydawały się zadowolone z tego faktu.
Nasz pracodawca stoi przy pobliskim stoliku z dwoma pasterzami oraz farmerem i podsłuchuje mnie i barmana, z podejrzliwością przyglądając się najemnikowi. Kiedy z niecierpliwością wskazuje w jego stronę głową, a następnie piorunuje mnie wzrokiem, wiem, że nie mam wyboru. Nie żebym kiedykolwiek takowy miała.
- Tak jest, sir.
Wycieram ręce w pelerynę. Trzęsą mi się, gdy biorę talerz, a głosy, już teraz ciche, stają się jeszcze bardziej przyciszone, gdy wędruję między stolikami. Bez wątpienia mężczyźni chcą zobaczyć, co zostanie pożarte - ja czy jedzenie.
Najemnik osuszył kufel, który stoi pusty obok jego łokcia. Zbliżam się, czując na sobie jego wzrok, i staję się miodem pitnym - czymś, co się spija. Wbijam spojrzenie w dłonie mężczyzny i zauważam na nich zaleczone otarcia i odciski. Brakuje mu pierwszych paliczków obu małych palców i zastanawiam się, w jaki sposób je utracił. Wyobrażam go sobie, porwanego, jak ktoś grozi mu nożem.
Jeśli tak doszło do okaleczenia, mogę sobie również wyobrazić, że ten, kto się tego dopuścił, nie przeżył na tyle długo, by opowiedzieć tę historię.
- Dziękuję. - Jego głos brzmi zaskakująco delikatnie i zauważam w nim ślad akcentu. - Jestem głodny.
Dzięki temu, że się do mnie zwrócił, zdaję sobie sprawę, iż po prostu przed nim stałam, więc kładę talerz na stole. Kiedy nieznajomy się nie rusza, by sięgnąć po posiłek, zostaję zmuszona nachylić się i popchnąć go w jego stronę. Z bliska jego pierś wydaje się ogromna pod skórą i stalowym strojem do walki, a ramiona ma grube jak pniaki.
Czy pochodzi z Prosperitus? Nie wydaje mi się. Z docierających tu pogłosek wiem, że Król Rehm Sprawiedliwy trzyma populację pod ścisłą kontrolą, a najemnicy nie mają prawa wejścia na terytorium, aby nie zakłócać porządku.
Przynajmniej na większość terytorium. Wykroczenie w takiej wiosce jak nasza zostałoby przez króla przebaczone - wręcz nie miałoby dla niego znaczenia.
Odchrząkuję.
- Czy miałby pan ochotę na więcej piwa?
- Tak, poproszę.
Podaje mi kufel, zamiast poczekać, aż sama go wezmę ze stolika. Uważam, aby go nie dotknąć, kiedy odbieram naczynie, lecz on w ostatnim momencie porusza palcem wskazującym. Muśnięcie na kciuku mnie zaskakuje, jakby coś zaskwierczało między naszymi ciałami.
- Zamierzam używać tego konkretnego kufla - mówi delikatnie. - Jeśli nie masz nic przeciwko.
Obracam się jak w transie i czuję na sobie jego wzrok, kiedy wracam do baru. W momencie, gdy stawiam naczynie przed barmanem, ten się cofa, jakby szkło zostało skażone, i wiem, o czym myśli. Ja zostałam już narażona na chorobę, więc nie podoba mu się pomysł dotykania czegokolwiek, czego ja tknęłam, o ile nie zostało najpierw umyte.
- Chce użyć tego - tłumaczę.
- To go napełnij.
Przeszedłszy za ladę, zakrywam dłoń szmatką, aby nie zostać oskarżoną o skażenie napoju. Następnie nalewam piwo z dolnej części beczki i zdecydowanie za szybko wracam do stolika. Najemnik kiwa głową, kiedy stawiam naczynie obok talerza, a gdy porusza się w bok, instynktownie odskakuję poza jego zasięg.
Choć przy szerokości jego ramion trudno uznać, że cokolwiek znajduje się poza jego zasięgiem.
Zatrzymuje się w pół ruchu.
- Nie musisz się mnie bać.
Wyciąga z kieszeni miedziaka i przesuwa go po stole, wywołując przy tym zgrzytliwy dźwięk na chropowatych deskach. Wszystko w nim wydaje się głośne, jakby wyssał dźwięk z reszty kontynentu.
- To dla ciebie - zwraca się do mnie.
Kręcę głową i cofam się w momencie, gdy otwierają się drzwi pubu. Wszyscy poza najemnikiem podnoszą wzrok, żeby zobaczyć, co przybyło. Co jeszcze przybyło...
Do środka wkracza kowal. Natychmiast odnajduje mnie pomiędzy przygnębionymi maruderami - jego wielki brzuch obraca się w moją stronę, jakby mnie namierzał. Zerkam na nakręcany zegar. Przynajmniej się nie spóźnił.
- Twój przyjaciel? - zagaduje przybysz.
- Smacznego.
Spuszczam głowę, choć chroni ją kaptur, i spieszę na tył budynku. Nikt mnie nie zatrzymuje, nawet pan Lewis.
Przy schodach schylam się i zdejmuję zasuwkę z drzwiczek przy podłodze. Przeciskam się przez nie, orientując się w przestrzeni dzięki światłu prześwitującemu przez szpary w schodach nad głową. Mam tutaj skrupulatnie czyszczony siennik oraz wybór peleryn wiszących na kołkach powbijanych w spód schodów. Obok stoi stół roboczy, a raczej nic innego jak deska ustawiona na dwóch stosach cegieł.
Zbiór małych glinianych naczyń zawiera różne maści, a moździerz wypełniają suszone liście, nad którymi nie miałam czasu popracować. Zbiór zwitków przygotowanych dla Elly, jest schowany w jednym z moich worków, więc sięgam po lekarstwo.
Wracam na miejsce i staję przed kowalem, po czym wciskam mu torbę do mięsistej łapy.
- Co cztery, pięć godzin należy włożyć jej świeży zwitek do ust. Powiedz bratanicy, żeby to zrobiła. O poranku przyniosę więcej.
Zerka na mały pakunek, jakby nigdy wcześniej takiego nie widział.
- I mam pogrzebać syna w Miejscu Spoczynku...
- Obchodzi mnie tylko twoja żona, która jeszcze żyje. Ten lek zmieni jej źrenice, więc dowiem się, czy rzeczywiście został podany.
Mamy widownię. Pan Lewis oraz pobliźniony najemnik, winny sprowadzenia do środka burzy, stoją w łukowatym przejściu. Wojownik trzyma w lewej ręce talerz, który mu dostarczyłam, i choć ten jest ciężki, cynowy, w dłoni mężczyzny wydaje się, jakby był ledwie liściem.
- Zaprowadź go pod ósemkę - rozkazuje pan Lewis.
Kowal spuszcza głowę i oddala się ociężale, przypominając coś, co raczej powinno przebywać w lesie, a nie w pubie czy w pensjonacie. Gospodarz się odsuwa, żeby go przepuścić. Najemnik tego nie robi. Żeby go ominąć, kowal musi się przecisnąć, ocierając się o brudną ścianę.
- Tak jest, sir.
Zebrawszy pelerynę, ruszam w górę schodów, a kiedy przybysz idzie za mną, myślę o tym, że zapewne nieczęsto się zdarza, żeby ktoś go dokądś prowadził. Pracodawca pozostaje na dole, przyglądając się nam, ale nie dlatego, żeby mnie chronić. Chce się dowiedzieć - tak jak i inni - co idący moim śladem zabójca zamierza ze mną zrobić, by ocenić, co może nadciągać w ich kierunku.
Piętro Rękawicy stanowi przypominający jaskinię korytarz pełen zamkniętych drzwi, oświetlony lampkami oliwnymi pozostawiającymi ślady dymu na suficie i ścianach. Idę prosto, a mając na uwadze jęki i skrzypienie łóżek, wnioskuję, że interes kwitnie, bez względu na obecność najnowszego gościa. Rumienię się okrutnie, prowadząc go do ostatniego pokoju po lewej i czując za sobą jego obecność. Klepki protestują przeciwko wadze przybysza, a ciche pobrzękiwanie broni oraz kolczugi przypomina syk zwiniętej żmii.
Choć sprowadził z sobą chłód, sprawia, iż rozmyślam o ogniu: w tej chwili jest zduszony i poskromiony, lecz potencjał destrukcji czai się w pobliżu, więc wmawiam sobie, że to ze względu na tę przyczajoną groźbę moje ciało wydaje się świadome każdego jego ruchu.
A jednak, z niewyjaśnionego powodu, nie obawiam się. Czuję się... żywa.
Po dotarciu na miejsce już chcę otworzyć przed nim drzwi, lecz wtedy nad moim ramieniem pojawia się ręka, by je pchnąć. Mężczyzna pachnie skórą, metalem i cedrowym mydłem; wciągam głęboko ten zapach, zapatrzona w mrok przypisanego mu pokoju. Do pomieszczenia wpada tylko jedno pasmo drżącego złotego światła, lecz i tak najemnik wchodzi do środka. Wygląda na to, że nie przejmuje się mogącym tam czyhać na niego nieznanym. Z drugiej strony, cokolwiek z choćby niewielkim przejawem instynktu przetrwania zeszłoby mu z drogi.
Kiedy się obraca, jedynie on jest skąpany w świetle z korytarza. On nie tylko pochodzi z cieni, lecz je ujarzmił.
- Nie wchodzisz? - pyta, odstawiając talerz i kufel gdzieś poza widokiem.
- Dlaczego miałabym... - Odkrztuszam. - Przepraszam. Co?
- Czyżby tamten wieśniak już wynajął twoje usługi? - Rejestruję, jak przesuwa spojrzeniem po mojej pelerynie. - Nie szkodzi. Zjem, czekając.
Marszczę brwi, próbując go zrozumieć.
- Kowal? Nie mam z nim nic wspólnego...
- Nie tak to wyglądało. - Mężczyzna wzrusza ramionami. - Nie ma potrzeby wstydzić się naszych profesji, prawda? Robię za pieniądze to, w czym jestem najlepszy, i nie oceniam innych za to, że robią to samo.
Ktoś szczytuje w sypialni po drugiej stronie, jakby chciał poprzeć ten punkt widzenia, a ja nie potrafię podjąć się niczego prócz wpatrywania się w siatkę na piersi obcego. Pomijając niedowierzanie i biorąc pod uwagę wszystkie nielegalne czyny, jakich się dopuściłam, fakt, że ktoś może mnie uważać za dziwkę, wydaje się chyba lepszy niż ryzykowanie, iż ktokolwiek zanadto zbliży się do prawdy.
- Cieszę się, że rozumiesz - bełkoczę.
- Czyli wrócisz. Jak skończysz z tamtym.
Podciągnąwszy część peleryny, nachylam się ku niemu.
- Wiesz, co to jest?
- Oczywiście, że tak. To płaszcz zarazy.
Oceniwszy siłę jego mięśni i długie, falujące włosy, kręcę głową i rozmyślam o Sallae Mae oraz innych kobietach, które wpatrywały się w niego z niemożliwym do udania głodem.
- Dlaczegóż ktoś taki jak ty miałby płacić za coś takiego... jak ja.
Rozszerza nozdrza, zaciągając się głęboko powietrzem, a kiedy zamyka oczy, odchyla nieco głowę, jakby czegoś smakował.
- Kwiaty na łące. Słońce. I... Świeże, mineralne źródło w niecce z kryształowych kamieni.
Ponownie unosi głowę, a jego głos brzmi teraz zupełnie inaczej, otula mnie.
- Pachniesz wolnością, jaką kiedyś się cieszyłem, dawno, dawno temu. Jak mogłabyś nie być piękna.
Zanim zdążę odpowiedzieć, wyciąga dłoń. Na jej środku spoczywa miedziak, taki sam położył wcześniej na stole.
- Weź to. I wróć.
W chwili milczenia zapadłej po jego słowach, samotność, która od zawsze mnie definiowała, łączy się z nieodczuwaną dotąd potrzebą. Jestem dziewicą, absolutnie niedotykaną i do tej pory staropanieństwo stanowiło najmniejszy z moich problemów. Lecz teraz, kiedy stoję tu z tym nieznajomym? Nagle zaczynam rozmyślać, jak wygląda akt miłosny.
I postanawiam, że choć raz mogłabym zapragnąć oddać swoje ciało - zwłaszcza jemu.
- Nie - odpowiadam ostro. - Nie wrócę tutaj.
- Dlaczego?
- Nie znam cię - wykrztuszam.
- Możesz mi mówić Merc. - Kłania mi się. - A ty jesteś...?
- Merc? Od mercenarius1? - I nie, wcale nie chcę wiedzieć, jak się nazywa. Już i tak zbliżył się za mocno, nawet jeśli nie ma z tym związku przestrzeń między naszymi ciałami. - Twoim imieniem jest twoja praca?
- Właśnie tak. Kim ty w takim razie jesteś?
- Jestem Sorrel. - Zadzieram podbródek, mimo że moją twarz skrywa kaptur. - Tak mi na imię.
Głos znów mu mięknie i czuję, jak każda wypowiadana przez niego sylaba przemyka po mojej skórze.
- Jak konie, biegające nad oceanem, dzikie i wolne.
Rozszerzam oczy ze zdziwienia.
- Co...?
- Zwiedziłem wszystkie zakątki Anathos. W niektóre miejsca nikt nie powinien się udawać. Najpiękniejszy widok, jaki widziałem, rozciągał się na wybrzeżu, gdzie dzikie konie galopują po falach przyboju, a morska piana staje się ich grzywą i ogonem.
Mój sen. Nikomu o nim nie mówiłam.
Raptownie zaczynam odczuwać ból głowy z powodów, nad którymi zamierzam dumać później, więc się jąkam:
- Czasami w nocy miewam wizje koni biegnących po plaży... ich kopyta przedzierają się przez kipiel, a ich grzywy łaskoczą mnie w twarz, gdy ścigamy się brzegiem oceanu.
Trzyma starą monetę między kciukiem a palcem wskazującym, natomiast kikut małego palca odstaje na bok.
- Ich sierści nie plami ni czerń, ni biel. Są koloru czystej miedzi, a gdy oświetlają je promienie słońca, lśnią tak, jak lśniła ta moneta, gdy dopiero co wyszła spod młota.
I wtedy wypowiada moje imię:
- Sorrel2.
Kiedy znów się skupiam, on stoi tuż przede mną, poruszywszy się bezdźwięcznie. Tak przemożnie pragnę spojrzeć mu w oczy, że aż się trzęsę, lecz nie odrywam wzroku od jego gardła.
- Weź to. - Wkłada mi miedziaka w dłoń i zaciska na nim palce. - Za twoje usługi na dole. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.
Gdy rozwijam coś, co owinął wokół monety, czuję się zdezorientowana. Wcześniej nosiła ślady zużycia, lecz teraz lśni, jakby została świeżo wybita... jej barwa jest identyczna z sierścią koni, nawiedzających mnie w snach, z której przypomnieniem miewam problemy w czasie czuwania.
- Co to za magia? - szepczę.
- Nie ma żadnej magii.
Unoszę wzrok na jego usta i wszystko niknie - światło za moimi plecami i otaczająca go ciemność, Rękawica i moja wioska, terytorium Prosperitus.
Samo Anathos.
- Kłamiesz. - Wyrzucam z siebie głównie oddech. To osobliwy wyczyn, jako iż moje płuca pozbawione są powietrza.
- Spójrz na mnie - rozkazuje. - Nie możesz nikogo tak naprawdę zobaczyć, jeśli nie popatrzysz mu w oczy.
Coś w jego tonie wybudza mnie z zamroczenia i natychmiast spuszczam wzrok na miedziaka. Raptem wydaje się taki jak wcześniej, a jego powierzchnia staje się wyświechtana i zmatowiała.
- Nigdy - wykrztuszam. - Nigdy na ciebie nie spojrzę.
- Czy moje okaleczenie jest tak paskudne - unosi dłoń, jakby pocierał policzek - że wzbudza w tobie odrazę?
- Nie.
- Teraz to ty kłamiesz - cedzi. - Jeśli chciałabyś wiedzieć, oboje moich oczu sprawuje się dość dobrze, niezależnie od tego, jak prezentuje się jedno z nich, pozostaję więc zaznajomiony z własną brzydotą.
- Mam na sobie płaszcz zarazy - jeżę się. - Twój wygląd fizyczny i jakiekolwiek związane z nim niedoskonałości są dla mnie nieistotne.
- W takim razie udowodnij to i uważnie mi się przyjrzyj.
W ramach odpowiedzi wyciągam rękę z monetą. On się nie porusza.
- Zabierz to.
- Jest twoja.
- Nie, nie jest. Nie zamierzam mieć długu ani u ciebie, ani u kogokolwiek innego.
- To zapłata za już wykonane usługi. - Zamaszystym ruchem odsuwa rękę na bok. - Posiłek i piwo zostały pospiesznie dostarczone. Odprowadzono mnie również do tego pokoju.
Upuszczam monetę, a ona odbija się od podłogi. Nadal pobrzękuje, gdy pozostawiam go samego w ciemności.
A jednak to ja jestem tą samotną, która ucieka przed wszystkim, czego on pragnie, a czego ja muszę sobie odmówić:
Kryj się.
SześćJedyna prawdziwa przyjaciółka
- Sorrel, twoje pragnienie oszukania Śmierci z należnej jej opłaty stanie się twoim końcem.
Jest poranek następnego dnia i właśnie ignoruję wzgardliwe proklamacje pod pretekstem układania drewna w małym palenisku. Woda w czajniku już prawie się zagotowała, a na dnie cynowego kubka leżą resztki wysuszonych liści unslee. Oceniam kurczące się zapasy kłód drewna i wiem, że następnym razem, gdy udam się za mur po zbiory, będę musiała ich trochę nazbierać.
- Słyszałaś, co powiedziałam? - domaga się odpowiedzi dawna pani Prosperitus, lady Marehomen.
- Nie zmieniaj tematu. - Piorunuję ją wzrokiem przez ramię, choć kryję się pod kapturem peleryny. - Wypijesz to wszystko i nie zwrócisz uwagi na gorycz.
- Wypiję część i będę cały czas narzekała.
Na pryczy leży moja sędziwa przyjaciółka Mare, zawinięta w cienkie koce, zabrane przeze mnie z zapasów pensjonatu i przemycone do tego opuszczonego zakładu szewskiego. Leży tu, tak krucha i wymizerowana, bardziej przypomina nowo narodzone w tym świecie dziecię, jako że nie jest w stanie zadbać o podstawowe potrzeby i musi polegać na mnie, że pojawię się, gdy tylko dostanę szansę. Za każdym razem, kiedy tutaj przychodzę, obie ryzykujemy wykryciem, lecz stała się ona brzemieniem, którego nie mogę porzucić. Nikt inny z wioski się nią nie zajmie, a mam już wystarczająco na sumieniu.
Poza tym tak się składa, że lubię jej uszczypliwe towarzystwo.
- Ziemia Anathos nie pozostanie mi już długo łaskawa - przyznaje. - Dlaczego musisz przedłużać moją agonię?
Słowa przyjaciółki tną mnie na wylot. Nie u niej pierwszej przystanęłam o posępnym, zimnym brzasku. Najpierw udałam się do Elly, ale nie dotarłam dalej niż do alejki za kwaterami kowala, gdzie ten ładował jej ciało na wóz, a jego córki i bratanica czaiły się w drzwiach z minami, jakby marzyły, by podążyć za nią do grobu.
Zakładając, że zamierza się kłopotać z wykopaniem dołu.
- Jesteś dziś milcząca - zauważa Mare.
- Nie jestem, a ty masz świadomość, że ten napój służy tylko do uśmierzenia bólu. - Ponownie spoglądam w jej kierunku. - Jednakowoż podejrzewam, że twoje narzekania dotyczące smaku są twoją fundamentalną pasją. Jeśli jej zaniechasz, natychmiast wyzioniesz ducha.
Lekceważący gest dłoni zdradza wysoką pozycję, jaką kiedyś zajmowała Mare, i wyobrażam sobie pierścienie na palcach kobiety oraz pomalowane paznokcie.
- Kiedy odejdę, to za mną zatęsknisz.
Pochyliwszy się nad strzelającym ogniem, zaciskam dłoń na długim, wełnianym rękawie peleryny, lecz i tak przez materiał odczuwam gorąco, gdy łapię za żelazną rączkę czajnika z zagotowaną wodą. Kiedy zalewane w cynowym kubku liście wirują, wyobrażam sobie, jak jej prochy rozwiewa wiatr.
Muszę oczyścić gardło.
- I tak masz to wypić - powtarzam szorstko, bo choć nie potrafię poradzić sobie z własnym bólem, ten jej koję z pełną zawziętością, czy jej się to podoba, czy nie.
Nie budzi to aprobaty przyjaciółki.
Kiedy liście się namaczają, pozwalam sobie rzucić okiem na sfatygowane wnętrze. Moja jedyna przyjaciółka mieszka w starym warsztacie szewca. Ten zajmował go, zanim przeniósł się bliżej rynku. Wiszące na ścianie półki kiedyś zastawione inwentarzem rzemieślnika, w tej chwili przypominają żebra. Gdzieniegdzie widać pokryte kurzem buty - cienkie warstwy maskujące ich kontury przypominają stosy koców, które nałożyłam na Mare, by zagrzebać w nich jej leciwe ciało.
- Co nowego podsłuchałaś w tym twoim nędznym lokalu? - pyta.
- Rękawica nie należy do mnie. - Mieszam napój powyginaną łyżką. - I nie mam żadnych wiadomości.
- Kłamiesz, dziewczyno. Czy pojawiło się więcej zarżniętych krów?
Przełykając przekleństwo, kręcę głową i zastanawiam się, po co cokolwiek jej powiedziałam. Z drugiej strony, strach jest niczym woda - znajdzie każdą szczelinę, aby się w nią wsączyć.
Mare pociąga nosem.
- Cóż, jeśli kiedykolwiek słyszałam potwierdzenie, to to właśnie nim było.
- Przecież nic nie...
- Czyli zaatakował kolejny demon.
Wystarczy, że raz mrugnę, a widzę pana Cavenisha, stojącego w drzwiach pubu, z wnętrznościami w jednej dłoni i krowim dzwonkiem w drugiej.
- Nie wiemy, czy to to...
- Czy w lesie mieszka cokolwiek innego, co jest brutalne i odznacza się inteligencją? A może uważasz, że leśne wilki są na tyle bystre, by znać się na kompasie? Gdzie tym razem uderzyły?
Wyobrażam ją sobie na dworze Prosperitus, ubraną w jedwabie, obsługiwaną przez służących, i zastanawiam się, jakiego rodzaju życiem jest to, gdzie brak wspomnień jest darem. Umysł Mare nadal pozostaje lotny, więc nie oszczędza jej żadnego szczegółu upadku z tych wysokości, tej rachitycznej, przeciekającej gałęzi, która złapała ją w trakcie spadania i dała schronienie poniżej rang i standardów nawet samych ogrodników.
A jednak nigdy nie narzekała. Nigdy też nie mówiła, co się wydarzyło. Może to jej sposób na radzenie sobie z sytuacją.
Gdy pieśń płomieni staje się głośniejsza, kłamię:
- Jesteśmy tutaj bezpieczni, w wiosce wewnątrz muru.
- I to ty przynosisz mi drewno i to twoje wstrętne lekarstwo, a wszystko to znajdujesz na zewnątrz tych kruszejących kamieni. - Łagodniejszym tonem dodaje: - Martwię się o ciebie.
- Jestem ostatnią, o kogo musisz się martwić.
Liście opadły na blaszane dno, więc opatulam kubek materiałem i zanoszę jej napar. Podaję naczynie, a ona, nawet gdy bierze je w swe trupie dłonie, kręci głową.
- Wyjaw mi wiadomości, a wduszę to w siebie. W przeciwnym wypadku wystygnie.
Kiedy odpowiadam na jej zmarszczone brwi grymasem, uważam, żeby nie spojrzeć jej w oczy.
- Tylko ty jesteś zdolna spróbować zmusić mnie do czegoś kosztem własnego zdrowia.
- I co, zadziałało?
Siadam w nogach siennika. Choć nie może zobaczyć mojej twarzy, to i tak spuszczam głowę, żeby nie dojrzała rumieńca.
- Wczorajszej nocy przybył do pubu mężczyzna.
Natychmiast żałuję, że to wyznałam. Dokładnie w taki sam sposób wpadłam w kłopoty związane z demonami, martwymi krowami i punktami kompasu. Tyle że nie mam z kim o tym porozmawiać.
- W tej jaskini nikczemności pojawia się wielu mężczyzn - zauważa sucho.
- Czas na napój. Inaczej to wszystko, czym się z tobą podzielę.
Mare zrzędzi, ale bierze łyk.
- Uch, to jest okropne. Z pewnością żadna z ciebie kuchareczka. A teraz opowiedz mi o tym mężczyźnie.
W myślach pojawiają się szczegóły dotyczące najemnika: kruczoczarne włosy, strój wojenny oraz muskularna, oszałamiająca sylwetka, oślepiająca, choć nie zamknęłam oczu.
- Po jego pojawieniu się noc zmieniła się w najcichszą w dziejach pubu pana Lewisa.
Mare prycha.
- Jedyny sposób na to, żeby w tej gorzelni zapanowało coś przypominającego ciszę, to owinięcie człowiekowi głowy kocem.
- Nigdy tam nie byłaś.
- Słyszy się na ulicach różne rzeczy. - Kiedy kiwam głową w stronę kubka, kobieta kręci swoją. - Niczego mi nie powiedziałaś. Zawarłyśmy układ. Powiedz coś więcej o tym mężczyźnie.
Wypuściwszy oddech, rozważnie dobieram słowa:
- Ubrał się jak do walki... wszędzie miał broń, ale nie widziałam insygniów. Wiesz coś na temat tajnej straży króla? Coś o żołnierzach, którzy strzegą go, spowici w cienie?
Z jakiegoś powodu pragnę, by ten nieznajomy okazał się przyzwoitą osobą. A przynajmniej nie bandytą.
- Skąd wiedziałaś, że pochodzi z Prosperitus? - pyta.
- Chyba... nie wiem. Tak założyłam.
Mogę przywołać niewiele informacji dotyczących pozostałych trzech Królestw Anathos, jedynie iskierki plotek, podsłuchanych i sprawiających, że nigdy nie chcę odwiedzić żadnego z tych miejsc: są to niebezpieczne tereny z niebezpiecznymi ludźmi. Dlaczego demony nie mogły wybrać sobie lepszych ofiar zamiast nas?
Jednakże, jeśli Fulcrum upada, to może dokonali odpowiedniego wyboru.
Przyjaciółka sama z siebie bierze łyk leku, a kiedy marszczy przy tym nos, wygląda, jakby przytknęła ciepły kubek do ust wyłącznie z przyzwyczajenia i spodziewała się w nim herbaty.
- Każdy żołnierz z dworu króla musi nosić herb rodziny królewskiej - oświadcza dziarsko. - Zawsze panowało takie rozporządzenie, bez względu na to, czy człowiek znajdował się na służbie, czy nie. To oznacza, że albo twój mężczyzna pochodzi z innego dworu, gdzie panują inne tradycje, albo...
- Albo co? - I natychmiast kręcę głową. - On nie jest mój.
- Albo to łajdak na żołdzie. W takim wypadku postąpiłby mądrze, gdyby opuścił tę skromną osadę, znajdującą się na obrzeżach Prosperitus. Nasz król gardzi haniebną działalnością najemników. Jeśli ten przybysz zostanie ujęty, zawiśnie.
- Nigdy nie widziałam tu żadnego królewskiego strażnika ani żadnego delegata.
- O ile ci wiadomo.
Choć starannie unikam wzroku przyjaciółki, widzę, że stanowczo zaciska usta i zaczynam się zastanawiać nad wszystkimi zagadnieniami z jej przeszłości, o których mi nie opowiedziała.
- A ty jakiegoś widziałaś? - pytam niezwłocznie. - Mare, czy widziałaś...
- Koniec tematu uzbrojonych mężczyzn. Co z demonami? - Mierzy mnie srogim spojrzeniem. - I nie próbuj mnie chronić, dziewczyno. Mam prawo wiedzieć o wszystkim, co robisz.
Przypomniawszy sobie bieg przez mrok i zimny deszcz, na nowo przeżywam to, jak przeszły mnie ciarki ostrzeżenia.
- Powiedz mi - rozkazuje ponuro.
- Lękam się, że coś się wczoraj przedostało. Właśnie tutaj szłam, kiedy... wyczułam coś za sobą. - A ponieważ nie planuję rozmawiać na temat kowala, uzupełniam: - Właśnie dlatego się tu nie zjawiłam. Musiałam zawrócić.
- Demony. - Robi na piersi znak półksiężyca; kciuk i palec wskazujący tworzą guzowate C nad jej sercem. - Są wśród nas. Z pewnością.
- Ale teraz, kiedy tutaj szłam, po drodze nie napotkałam niczego niezwykłego. Nikt nie został ranny, nie dostrzegłam żadnych anomalii. Może tylko umysł mnie zwodził.
- Nigdy nie powinnaś chadzać nocą. - Wzdycha z wyczerpaniem. - Już ci o tym mówiłam.
- W ciągu dnia muszę pracować w kuchni, przygotowywać chleby i sery...
- A jeśli zostaniesz zabita przez demona w czasie, kiedy zechcesz pomóc umierającej starszej pani? W jaki sposób ma to się okazać lepsze niż delikatne spóźnienie się do pracy, za którą nawet ci nie płacą?
- Pan Lewis daje mi schronienie oraz jedzenie...
- A ty urabiasz się po łokcie. Od teraz masz tu przychodzić wyłącznie za dnia.
- Mare. Dobrze wiesz, że lepiej, aby nikt nie zobaczył mnie w tej okolicy. Według burmistrza nie sposób odróżnić magii od ziół leczniczych.
- Z niego jest kawał aspinhaul.
Krztuszę się powietrzem, gdy przeklina, na co staruszka uśmiecha się, jakby radowała ją własna impertynencja.
- Poza tym, mieszkańcy nie wstawią się za nikim, kto o coś cię oskarży, nie po tym, jak uratowałaś wszystkie te dzieci.
- Oni mną gardzą.
- Nie, oni się ciebie boją. - Mare ponownie wykonuje w powietrzu typowy dla siebie gest. - A ja ich nie obchodzę. To, co dzieje się w tym miejscu, ich nie dotyczy.
- Mnie obchodzisz. - Stukam paznokciem w miedziany kubek. Stuk. Stuk. Stuk. - Jeszcze.
Kobieta się krzywi, ale choć raz bez protestu robi to, co jej każę. W towarzystwie trzasku ognia wracam myślami do chwili, kiedy znajdowałam się sam na sam z najemnikiem w przyciemnionym pokoju dla gości. Wydawał się tak niewzruszony cieniami mogącymi pochłonąć mniejszego człowieka. Myślał również, że jestem jak Sallae Mae, czymś, co można wykupić na krótki okres. Dla jego przyjemności.
Czuję gorąco na twarzy, lecz nie ze wstydu. Zastanawiam się, co mogłoby się zdarzyć, gdybym przyjęła tamtego miedziaka i zrobiła to, co mi kazał... Nie mogę uwierzyć w to, jakimi ścieżkami wędrują moje myśli. Powinnam się go bać, i właśnie tak się dzieje. Odnajduję w tym jednak coś jeszcze.
Przenoszę wzrok na małe palenisko, by zapatrzeć się w płomienie, jak falują w świetle, jak kosmyki ciepła łączą się i wyginają ku sobie...
Wyrwawszy się z zamyślenia, spoglądam na drogą, starą przyjaciółkę wspartą na poduszkach. Pusty kubek chybocze się w jej dłoni i kobieta skupia się na czymś, co znajduje się pomiędzy nami.
- Mare? - Odbieram jej naczynie i stukam ją w ramię. - Mare, spójrz na mnie. Mare.
Już zaczynam się obawiać, że dałam jej zbyt wiele leku, gdy ona obraca głowę w moją stronę, jakby powracała z odległego zakamarka pamięci.
- Chcę, byś coś dla mnie zrobiła, Sorrel.
Choć staram się nie dotykać ludzi, to ujmuję jej dłoń.
- Oczywiście. Wszystko.
Gdy ponownie milknie, wolną ręką poprawiam koce, jakby to miało ją ożywić.
- Podejdź do tamtych półek. - Zakrzywionym, sękatym jak gałąź palcem wskazuje na płytkie wnętrze izby. - Trzecia od góry.
Nie przemawia charakterystycznym władczym głosem, którego używa, kiedy mną komenderuje. Tak właściwie to nie jestem pewna, jaki to ton.
Odstawiam kubek i podchodzę do wskazanego miejsca.
- Mare?
- Znajdź luźną listwę. Pchnij w miejscu, gdzie łączy się z gzymsem.
Odnajduję szparę i drewno ustępuje pod naciskiem, ukazując ciemny otwór. Zerkam przez ramię i czekam na dalsze wytyczne.
- No dalej - zachęca miękko. - Wyjmij to.
- Czym jest "to"?
- Twoją przyszłością.
Wkładając dłoń do wgłębienia, rozmyślam o szczurach mogących znaleźć schronienie przed zimnem i wilgocią w nieszczelnych murach warsztatu. Miast zaciekłych ząbków wyczuwam coś przypominającego aksamit. Kiedy to wyciągam, czymkolwiek to jest, oszałamia mnie jego ciężar...
Czerwony, aksamitny worek związany na górze złotym chwostem odbijającym światła płomieni.
- Co to jest? - powtarzam.
- Otwórz to.
Nieudolnie robię to, co nakazano, i...
Na dłoń wysypują mi się królewskie monety, a następnie zsuwają się na podłogę, błyszcząc i pobrzękując u mych stóp.
- Mare... - wyduszam.
Leciwa towarzyszka siada w sposób, do którego nie była zdolna przez ostatnie miesiące.
- Gdy mnie wygnano, przemyciłam je w spódnicy sukni. Ponieważ prawnie nadal pozostawałam żoną szlachcica, nie poddano mnie przeszukaniu.
Z zachwytem obracam jedną z monet w palcach.
- Nigdy wcześniej żadnej nie widziałam.
Jakie one piękne. Każda z królewskich dnaka po jednej stronie przedstawia dumny profil brodatego króla, a po drugiej zatrważającą głowę grylon i och, jaka ta moneta jest ciężka! Są przesycone wartością.
- Chcę, żebyś wszystkie zabrała i dziś odeszła.
Gdy odnotowuję jej władczy rozkaz, obracam do niej głowę.
- Co? Nigdzie się nie wybieram!
- Nie jesteśmy już tutaj bezpieczne. Jeśli wczoraj w nocy coś wyczułaś...
- To był tylko mój strach.
- Nie wierzę w to. - Mare kładzie się z jękiem. - Zbliża się mój koniec i okazuje się, że jedyne, co zaprząta moje myśli, to ty.
Chcę jej przerwać, lecz ona autorytatywnie unosi rękę.
- Moje dzieci pozbawiono matki, gdy wygnano mnie z dworu, i żadne z nich nie trudziło się poszukiwaniami czy ofiarowaniem jałmużny na moje utrzymanie. Tym samym stałaś się jedyną córką, jaką mam, i to tobie należą się dobra doczesne, jakie posiadam.
Mrugam, by powstrzymać łzy, jako że nikt nigdy nie uznał mnie za swoją.
Jakby wyczuwając te emocje, odzywa się łagodniej:
- Kiedy ze spokojem umrę na tym łożu, a obie się zgodziłyśmy, że nie zainterweniujesz w tej sprawie, już nic nie będzie cię łączyło z tą wioską. Musisz odejść, i do tego teraz, tak abym nie musiała spędzać ostatnich swych dni zdjęta trwogą.
Zsuwam to, co zostało mi na dłoni, do aksamitnego woreczka, a następnie kucam, by zebrać pozostałe monety. Wszystkie je oglądam, obracam, lecz są dokładnie takie same - grylon i król. Grylon i król. Grylon i kr...
Nie, jedna się różni. Widnieje na niej młodsza wersja władcy, na rewersie znajduje się korona. To bez wątpienia starsza sztuka, z czasów, gdy Król Rehm dopiero wstąpił na tron.
- Sorrel.
- Nie możesz nazwać mnie córką i oczekiwać, że cię zostawię.
Poza tym mojej pomocy potrzebują rodzące takie jak Elly. Oraz niemowlęta. Nie chcę tego mówić na głos, mimo że Mare ma świadomość, co robię.
A poza tym jestem tchórzem. Choć zdarzają mi się przebłyski siły, to nigdy nie trwają długo, ponieważ nie taka jestem naprawdę. Nawet posiadając to złoto, okazałabym się na zewnątrz bezużyteczna - sparaliżowana lękiem, zagubiona w jeszcze większych niebezpieczeństwach Anathos.
Nie przetrwam poza murem otaczającym wioskę.
Mare raz jeszcze podnosi sękaty palec, by tym razem wycelować nim we mnie.
- W życiu każdego człowieka nadchodzi chwila, kiedy musi wybrać siebie ponad innych. Ty musisz to zrobić teraz. Chodzi o przetrwanie. Zabierz monety, kup konia od pana Brownly'ego i wyjedź.
- Wiesz, co się stanie w momencie, gdy użyję jednej z nich? - Unoszę ostatnią złotą dnaka. - Tu, w wiosce, lub gdziekolwiek indziej? Zostanę oskarżona o kradzież. Tylko członkowie dworu mogą ich używać. Poza tym... nie wyjadę.
- Musisz. - Przyjaciółka zniża głos, mimo że przebywamy tutaj same. - A ktoś o takich zdolnościach jak ty nie jest bezbronny.
- Nie wiem, o czym mówisz.
- Sorrel.
Wypowiada moje imię z takim naciskiem, że niemal spoglądam jej w oczy. W zalegającej między nami ciszy czuję strach dudniący mi w sercu.
- Nie mogę... nie przeżyję tam sama - oponuję. - Nie jestem wystarczająco silna.
- W takim razie znajdź kogoś, kto cię ochroni. - Kiwa głową w stronę monet. - One ci w tym pomogą. Złoto można stopić. Ich wartość nie kryje się w odcisku króla, lecz w samym metalu.
- Ale co z tobą? Kto przyniesie ci jedzenie i wodę?
- W ostatnim czasie zapadam w tak głęboki sen, że muszę przedzierać sobie drogę do świadomości. Nie odczuwam głodu ani pragnienia. Już niedługo odpłynę ku horyzontowi, gdzie spocznę na wieki z kochającym ojcem oraz matką, dla której stanowiłam świetlaną radość. Wystarczająco długo przebywałam na Anathos i czuję się na to gotowa. Moim jedynym zmartwieniem... jesteś ty.
Wkładam ostatnią monetę do woreczka, a gdy słodkie brzęczenie zostaje stłumione przez czerwony aksamit, przed moimi oczami staje najemnik z pubu oraz rękojeść miecza wystająca znad szerokich barów.
- To miejsce przecieka. - Spoglądam znacząco w stronę kąta, gdzie pod zabarykadowanym oknem od frontu zebrała się kałuża. - Powinnyśmy użyć części pieniędzy, aby przenieść cię do lepszego zakwaterowania.
- Nie. Zabierzesz je i zabezpieczysz swoją przyszłość dzięki temu, co pozostało mi z życia materialnego.
Odkładam małą fortunę do skrytki i osłaniam ją deską.
- Po zmroku powrócę z większą ilością jedzenia i leku.
- Sorrel. Nigdy cię o nic nie prosiłam, nawet wtedy, gdy rozpoczęła się nasza relacja.
Wracam myślami do chwili, kiedy ujrzałam ją po raz pierwszy na targu, kalendarz temu. Miała problem z utrzymaniem bochenka chleba i garści jeżyn, kiedy kuśtykała w łachmanach. Choć trwało południe, przystanęłam, aby jej pomóc, i z zaskoczeniem odkryłam, że mieszkała w miejscu uznanym przez wszystkich za opuszczony sklep. Od tamtej pory zawsze do niej wracałam.
- Jesteś ważniejsza od tej wioski - oświadcza uroczyście. - To, co czynisz, musi pozostać uchronione.
- Niczego nie robię.
Nie potrafię stać nieruchomo, więc wykonuję niepotrzebne czynności - rozkładam i składam koce u stóp siennika, przekładam żałosny stos drewna przy ogniu.
- Podejdź tutaj, dziecko.
Ciało odpowiada na wezwanie Mare, jeszcze zanim umysł zdecyduje, czy chcę się do niej zbliżać. W następnej chwili już siedzę u jej boku.
- Czy nigdy nie ukażesz mi swej twarzy? - Kiedy się nie ruszam, aby ściągnąć kaptur, wzdycha. - Nie obchodzi mnie, czy masz blizny.
To ona bierze mnie teraz za rękę. Jest tak odmienna od mojej - pozbawiona budulca, pozostały z niej tylko kości i ścięgna pod cienką skórą upstrzoną starczymi plamami. Jej milczenie stanowi głośniejszą prośbę, niż gdyby dalej wypowiadała słowa, lecz istnieje tak wiele powodów, czemu nie mogę spełnić jej życzenia, jej rozkazu.
Najważniejszym pozostaje to, iż towarzyszy mi przeczucie, że jeśli zabiorę monety, to przyspieszę jej śmierć.
A nie wiem, co zrobię w tej wiosce, na tym świecie, nie mając mojej jedynej, prawdziwej przyjaciółki.
SiedemPodróż za mur
Bardzo późnym popołudniem wychodzę tylnymi drzwiami Rękawicy i kieruję się w stronę wież strażniczych oraz mostu nad fosą. Nie odrywam wzroku od bruku, ale wokół siebie wyczuwam przepływ mieszkańców, słyszę ich rozmowy, chlupot wody w wiadrach, skrzypienie przewieszonych przez ramiona wiązek drewna - rzeczy, które mnie uspokajają, choć nie powinny. Widzę dowody zwykłego życia świadczącego o tym, że nie znajdujemy się w niebezpieczeństwie, mimo że to błędne założenie.
- ...kolejna.
- Doprawdy? W którym punkcie kompasu?
- Ścierwo zostało skierowane na południe. Tym razem przeliczymy bydło...
Jeszcze mocniej schylam głowę w nadziei, że kaptur uchroni mnie przed usłyszeniem dalszej rozmowy, lecz kiedy to nie działa, dociera do mnie, iż wokół znajdują się sami mężczyźni. W zwykłych okolicznościach kręciłyby się między nimi kobiety, przybywające i oddalające się, prowadzące stada małych untas, którym wolno przebywać po wewnętrznej stronie muru po zapadnięciu zmroku, zaganiające dzieci do domu, aby przygotowały się do wieczornego posiłku, wiozące pranie znad rzeki. Zastanawiam się, czy to jakiś nieznany mi jeszcze nowy edykt burmistrza, czy też wszyscy mężowie, ojcowie, wujkowie i bracia postanowili jednomyślnie stawić opór.
I Mare uważa, że przetrwam sama, nawet mając złoto?
Kamienny mur łączy dwie wieże strażnicze, a gdy wchodzę do tunelu pomiędzy nimi, moje kroki odbijają się echem od ścian. Unoszę głowę i staram się skupiać na sekcjach kamienia pozostających w całości, zamiast tych, gdzie zaprawa kruszeje, wychodząc na blednące słońce, przeszukuję łąki rozciągające się ku odległej granicy lasu. Ogrodzenia wokół pastwiska są takie jak zawsze - solidne i bez przerw, lecz nie pasą się na nich konie. Stada baranów i krów nie nagryzają trawy za stodołami. Żywy inwentarz został najwyraźniej zamknięty pod osłoną stodół. Tak jak kobiety w domach.
A jednak nikt mnie nie zatrzymuje, gdy przekraczam most.
Deski pod stopami są śliskie od błota, zbite na szerokość głównej drogi w wiosce. Odmawiam spojrzenia w dół na mętne wody. Przeprawę wybudowano na wysokości co najmniej dziesięciu czy piętnastu długości, aby się upewnić, że jesteśmy poza zasięgiem balas, czerwonookich drapieżników o wielu zębiskach i rogach na plecach, które wzburzają fosę. Nie chcę dostać przypomnienia o tym, jak bardzo są głodne.
Rozmyślam, jaki demon odważyłby się stanąć w szranki z naszymi gadzimi strażnikami i drżę na własną konkluzję.
Dotarłszy na skraj mostu, schodzę na polną drogę rozwidlającą się na prawo i lewo. Wiele zadeptanych ścieżek, w tej chwili błotnistych od deszczu, łączy się z większymi, więc wybieram tę wiodącą przez łąkę aż do linii drzew. Nikt inny się nią nie udaje, więc wędruję sama pomiędzy zielono-żółtymi ostrzami. Czystemu, niebieskiemu niebu nad głową towarzyszy pełne słońce wiszące jednak tak nisko nad horyzontem, że jestem zadowolona z peleryny, bo zrobiło się zimno.
Nie rozwodzę się natomiast nad żadną z tych rzeczy.
Nawet w świetle dnia niepokojąca gwiazda, która nagle pojawiła się na niebie, jest wystarczająco jasna, by ją dostrzec. Przysięgam, że się zbliża, a widok jej bezwzględnego blasku sprawia, iż brak mi osłony chmur.
Skupiam się więc na śniegowej czapie pokrywającej Smoczą Górę. W tej chwili żadne z potężnych, łuskowatych stworzeń nie patroluje leża, lecz nieraz widywałam, jak zataczały koła nad skalistym wierzchołkiem. Choć to budzące postrach stworzenia, to tak naprawdę są jak osy chroniące swe gniazdo. Wystarczy zostawić je w spokoju, a zadowalają się własną ziejącą ogniem introwersją, poza tym zwykle wybierają jako posiłek grylons, a nie żylastych ludzi.
Co gdyby demon stawił im czoła? Smoki zapewne by wygrały.
Sama możliwość wątpliwości sprawia, że przyspieszam kroku.
Po dotarciu na skraj lasu spoglądam poprzez splątane gałęzie - ścieżka niknie, lecz wiem, dokąd zmierzam. I całe szczęście, bo przez korony drzew nie dociera tu zbyt wiele słabnącego światła słonecznego, przez co ciemny fiolet zmienił barwę na zbliżoną do czerni. To ostatnie stadium zmiany barw, co oznacza, że listowie niedługo opadnie, a do czasu nadejścia wiosny pojawi się świeża warstwa gleby, na której wyrosną potrzebne mi rośliny.
Ziemia pod stopami jest gąbczasta, a docierający do nosa zapach silny i ziemisty. Zazwyczaj odnajduję w tym pokrzepienie, a wycieczki po zbiory to mój czas, żeby odpocząć. Niestety, teraz już tak nie jest. Wyciągam mały nóż i serce traci rytm, gdy idę przed siebie równym, cichym krokiem.
Wolałabym nie przebywać w tym miejscu o tak późnej porze, ale postanowiłam, że Mare potrzebuje czegoś więcej niż podawane jej dotychczas unslee. Szukam kwitnącego nocą alsaag, którego lecznicze właściwości pomagają na serce i oddech. Jeśli obdarzę jej ciało większą siłą, być może pozostanie ze mną nieco dłużej.
Weryfikuję pozycję słońca wiszącego niżej nad horyzontem niż w momencie, gdy opuszczałam kuchnię Rękawicy. Do zbioru potrzebny jest mi zmierzch, gdyż albo zbierze się pąki w momencie ich rozkwitu, albo ich składniki stają się bezwartościowe.
Wyczuwam smród i staję.
W powietrzu czuć zapach gnijącego ciała.
Pierwszą myślą jest szybki odwrót do wioski, lecz, na losy, co jeśli to ciało Elly? Co jeśli jej okropny mąż po prostu ją tutaj porzucił?
Kieruję się w stronę koszmarnego fetoru i choć liście oraz gałęzie niczym dłonie próbują mnie powstrzymać, przedzieram się, uchylam, zbaczam ze ścieżki, dalej i dalej, myśli mi wirują...
- Och... losy - szepczę.
Na plecach leży martwa krowa; sercowate kopyta biednego zwierzęcia tkwią na końcach rozrzuconych, wiotkich nóg. Rozdarty brzuch tworzy poszarpaną czeluść, a odrzucone na bok wnętrzności wyglądają, jakby ten, kto ją zaatakował, był wybredny co do posiłku. Zataczam się w tył i muszę osłonić usta i nos, aby nie zwymiotować. Zwłoki muszą tutaj leżeć już od jakiegoś czasu, biorąc pod uwagę ospałe muchy. Owady zdążyły się już najeść, a ciepło dnia ponownie wznieciło cuchnącą woń.
Gdy patrzę w mętne, puste spojrzenie, nic nie widzę, nic nie czuję. Jej śmierć miała miejsce co najmniej przed tygodniem.
Unoszę wzrok, wiedząc doskonale, co zobaczę.
Zachodzące słońce znajduje się idealnie na linii zwłok.
Na zachodzie. W ostatnim punkcie kompasu.
Z moich ust wydobywa się pełen błagania dźwięk, gdy cofam się, aż natrafiam plecami na pień.
- O losy... jesteśmy zgubieni.
Wszystko w moim wnętrzu wrzeszczy, bym wracała do wioski i powiedziała innym, co zobaczyłam - a wiem, że by mi uwierzyli, ponieważ leży tu truchło. Zwłoki mówią same za siebie.
Lecz wtedy przypominam sobie o Mare. Potrzebuję tych liści, by utrzymać ją przy życiu, zwłaszcza teraz, skoro przyjęła mnie jak matka.
Nawet jeśli zebranie ich może mnie kosztować życie, biorąc pod uwagę to, co zjadło tę krowę.
Muszę po prostu szybko rozprawić się z tym zadaniem.
Potykając się, upadając i młócąc rękami, przedzieram się przez gałęzie i przeszukuję poszycie, bo dzień chyli się ku końcowi w zastraszającym tempie, a złowieszcza gwiazda staje się coraz bardziej wyrazista, jakby mnie prześladowała. Sakwa na zbiory obija mi się o biodro, a peleryna zaczepia o krzewy i gałęzie, łącznie z kapturem, który niemal spada mi z głowy.
Alsaag jest nieśmiałą rośliną skrywającą się pod liśćmi wielkości talerzy, rosnącymi na poszyciu i wiem, że muszę zwolnić, lub przegapię jej niesamowity blask, lecz z toczącego mnie strachu krew szybciej krąży mi w żyłach, więc przyspieszam, biegnę dalej, szybciej, dalej...
Raptownie zdaję sobie sprawę, iż zawędrowałam bardzo głęboko w las.
Zatrzymuję się i rozglądam. Tak wiele cieni zamyka się na mnie, śledzi tak samo jak poprzedniej nocy, gdy pędziłam ulicą w wiosce.
Być może przegapiłam znamienną poświatę rośliny, lecz jeśli teraz zawrócę i niczego nie znajdę, zrobi się zbyt późno, by znów udać się w dalszą drogę. Miast tego kontynuuję, próbując przeczesywać runo leśne, choć tak naprawdę wyszukuję demonów. Wyobrażam je sobie jako stwory wielkości dwóch dorosłych mężczyzn, z białymi drapieżnymi zębiskami, pazurami jak u grylon oraz...
Coś łaskocze mnie w nos, więc pocieram twarz pod kapturem. Kiedy dzieje się to ponownie, zauważam, że coś się unosi - czarne kosmyki wirują w powietrzu niczym płatki śniegu. Nagromadziły się na gałęziach, ciemnych liściach, moich rękawach. Nie zdążam jednak się nad tym zastanowić, gdyż dostrzegam pierwszy poblask.
Nareszcie.
Łatka alsaag rzuca delikatne cienie spod szerokich liści wallsa. Rzucam się do przodu i w dół, by zerwać sercowate pąki z gęstych zarośli. W stygnącym powietrzu kwitnie odór martwego ciała i sprowadza mnie myślami do krowy - nie żebym potrzebowała przypomnienia. To, że coś, co może tak efektywnie utrzymywać życie, pachnie jak trup zostawiony w upale, zawsze wydawało mi się jednym z najgorszych żartów natury. Aż muszę przełknąć żółć.
W pobliżu rośnie więcej roślin, lecz moje zbiory spowalnia fakt, że co rusz oglądam się przez ramię i muszę mrugać przez kłębki spadające z nieba, mimo że brak na nim jakichkolwiek chmur. I to nie śnieg, jaki kiedykolwiek wcześniej widziałam.
Przesuwam się w głąb gęstwiny, a ręce zaczynają mi drżeć z poczucia, że kończy mi się czas. Do przodu gnają mnie pojawiające się przed oczami obrazy nieumiejącej się podnieść Mare, co tylko sprawia, iż jestem bardziej zdeterminowana, by utrzymać ją przy życiu.
Nagle moje uszy wypełnia szum i wiem, że dotarłam zdecydowanie za daleko.
Odnoszę wrażenie, jakby w pobliżu znajdowała się rzeka, choć na pewno nie ma tu żadnej wody. Mam też świadomość, co oznacza ten łagodny ryk.
Później zacznę się zastanawiać, dlaczego parłam naprzód, lecz jedna rzecz pozostaje prawdą.
Całe moje życie zmienia się w momencie, gdy wydostaję się z lasu i wstępuję na blady, sypki piach wdzierający się między pnie i zabijający system korzeniowy drzewnego obrzeża. Stojąc wśród szkieletowych drzew cangjas i tallsi, wykrzywiam szyję, by spojrzeć w górę, górę... górę.
Fulcrum stanowi wznoszący się, burzliwy wir, horyzontalne pasmo kotłującej się energii rozciągające się w obu kierunkach, choć oko wykol. Wysokie aż po samo niebo, pulsuje w prawo, a jego tępy ryk wgryza mi się w umysł. Cud ten nie został w istocie stworzony z wybielonych cząsteczek uwięzionych w spirali - to wysuszona ziemia, wciągnięta w jego wirujący nurt, wyrzucana na szczycie, by zostać ponownie zassana u podstawy w niekończącym się cyklu trwającym od stuleci.
Do tej pory obserwowałam to zjawisko tylko kilka razy. W reakcji na ładunek elektryczny moje ciało przeszywa dreszcz. Fulcrum pozostaje czystą magią, zawiera całą energię żywiołów, pozostałą po tym, jak Mroczny Król objął władzę, zebraną przez Zbawicielkę i stężoną w tym miejscu w trakcie Wielkiego Uwięzienia.
By utrzymać w środku zło i jego armię nieumarłych.
Tyle że... coś jest bardzo, bardzo nie tak.
W sercu wiru, przez blade fale przedziera się czarne zanieczyszczenie. Pasma zgnilizny przesyciły całość tego, co nas chroni, i to właśnie z tego wydziela się czarny śnieg.
Mleczarz ma rację. Fulcrum upada.
A w jego środku Mroczny Król i jego demoniczni żołnierze są gotowi, by...
Z początku nie spostrzegam kakofonii po lewej, zdjęta szumem Fulcrum i grozą tego, co widzę. Lecz wtedy moje uszy to rejestrują.
Krzyki.
Ktoś ma kłopoty.