Kornel Morawiecki. Autobiografia - Kornel Morawiecki, Artur Adamski

Kup ebooka

34.06 zł

-
Proszę czekać
?

Autorzy książki - Kornel Morawiecki i Artur Adamski, 2017 rok

.

ARTUR ADAMSKI: Ilu było członków Solidarności Walczącej?

KORNEL MORAWIECKI: Na to pytanie chyba nie znajdziemy precyzyjnej odpowiedzi. Nie prowadziliśmy żadnej ewidencji. W czasie pracy konspiracyjnej nie posługiwaliśmy się też nigdy pojęciem liczby członków danej struktury. Jeśli o tym rozmawialiśmy, to ważne dla nas było pojęcie możliwości organizacyjnych. Czyli - jaki zakres działalności dana grupa była w stanie prowadzić długotrwale i bezpiecznie? Jak wygląda jej zdolność przyjmowania nowych zadań i jej "potencjał odtwórczy"? Ta ostatnia kategoria oznaczała możliwość uzupełniania strat po aresztowaniach, likwidacjach punktów poligraficznych, zespołów redakcyjnych, sieci kolportażowych. Bywało, że kilka bardzo konsekwentnych i pełnych zapału osób, które do tego mogły poświęcić działalności dużą część swojego czasu, potrafiło przez całe lata drukować ogromne ilości prasy podziemnej. Innym razem - w środowisku ludzi zapracowanych, mających mniejsze pole manewru, zmagających się z inwigilacją - owoce pracy dużo liczniejszego grona bywały skromniejsze. Szacuję jednak, że zaangażowanych w pracę naszych struktur przez parę lat było przynajmniej dwa tysiące. Niektórzy z liderów Solidarności Walczącej uważają, że co najmniej dwa, trzy razy tyle. Do tego należałoby dodać znacznie większą liczbę osób, które nas w jakiś sposób wspierały. Właścicieli mieszkań, które służyły za azyl dla ukrywających się i pełniły rolę skrzynek kontaktowych. Tych wszystkich, u których w piwnicach, komórkach, garażach magazynowany był nasz sprzęt, papier i inne materiały poligraficzne. Kilkadziesiąt mieszkań osób nienależących do SW służyło za miejsce do nadawania audycji naszego radia. Jeśli więc pojęciem członka Solidarności Walczącej obejmiemy także te wszystkie osoby wspierające - zbliżymy się do kilkunastu tysięcy. Na zjazd w dwudziestą rocznicę powstania organizacji przyjechało około dwóch tysięcy ludzi.

Ilu członków podziemia poznałeś osobiście?

Na to pytanie jestem gotów odpowiedzieć dość precyzyjnie. Dysponuję nie tylko liczbą szacunkową, ale sumą dość dokładnego rachunku, jaki kiedyś przeprowadziłem. Wynika z niego, że osobiście spotkałem się z około tysiącem konspiratorów.

Znam wielu ludzi działających w Solidarności Walczącej od 1982 roku, którzy w czasach "konspiry" nigdy nie zetknęli się z przewodniczącym organizacji.

To by przemawiało za trafnością powyższych szacunków.

Solidarność Walcząca była więc największą, po NSZZ "Solidarność", organizacją podziemną lat osiemdziesiątych?

Nie sposób temu zaprzeczyć. Z wszystkich ustaleń wynika, że jeśli chodzi o liczby i zakres działania - po NSZZ "Solidarność" była Solidarność Walcząca, potem długo, długo nic i dopiero inne organizacje. W niczym to jednak nie umniejsza znaczenia formacji takich jak MRKS, Grupy Oporu Solidarni czy wiele innych, które zawsze szanowaliśmy i uważaliśmy za przyjaciół. SW rzeczywiście ma bardzo duży dorobek, a nawet wręcz niezwykłe dokonania. Zarazem jednak myślę, że dla ludzi z zewnątrz bywała często organizacją dość mityczną. Nie raz spotykałem się ze znacznym przecenianiem naszych możliwości. Na przykład gen. Czesław Kiszczak był zdania, że nasi ludzie opanowali wrocławską Służbę Bezpieczeństwa. Taka opinia nam pochlebia, ale - niestety - aż tak dobrze z nami nie było.

Potem zrobiono jednak dużo, by rolę Solidarności Walczącej umniejszyć.

Całe mnóstwo publikacji na temat historii najnowszej nawet nie wspominało o SW. A czy można opisać lata osiemdziesiąte, nie wspominając o nas? To tak, jakby, opowiadając o bitwie pod Grunwaldem, rozwodzić się o wojskach litewskich, ruskich, tatarskich, smoleńskich, a nie napisać o polskich. Szybko jednak okazało się, że taki opis jest możliwy. W jednym z numerów "Tygodnika Solidarność" wydanym w roku 1989, jeszcze pod redakcją Tadeusza Mazowieckiego, w "Kalendarium roku 1982" podane zostało mnóstwo faktów, ale ani słowa o powstaniu SW. Na pewno nie był to efekt przeoczenia. Jeśli w tamtych czasach ktoś miał cokolwiek wspólnego z działalnością polityczną, musiałby być ślepy, żeby nas nie dostrzec. Może byliśmy wtedy wyrzutem sumienia, depozytariuszami niewygodnych prawd? Może nie chciano dzielić się chwałą doprowadzenia do zmian, skutkujących potem obaleniem komunizmu? Szybko też staliśmy się świadkami tego, jak osiągnięcia Solidarności Walczącej przypisywane były innym. Nierzadko ocierało się to o prawdziwą groteskę. Nie tylko wśród nas, ale i wśród innych uczestników tamtych wydarzeń szczere rozbawienie budzi to, kto bywa kreowany na "głównego twórcę dolnośląskiego podziemia".

Mam nadzieję, że nasza rozmowa przypomni wiele tamtych wydarzeń i pomoże też w odpowiedzi na pytanie, kim jest przewodniczący Solidarności Walczącej. W latach osiemdziesiątych idol tysięcy tych, którzy nigdy go nie widzieli ani nie słyszeli. Jak płachta na byka działający wówczas na całą machinę propagandową PRL-u, z Jerzym Urbanem na czele. Człowiek malowany w makabrycznych barwach przez aparat represji i oczerniany też czasem przez niektórych sprzymierzeńców. Jedna z największych legend lat osiemdziesiątych, w Trzeciej Rzeczpospolitej skazana na medialny niebyt.

?

Kornel Morawiecki - wojenne dzieciństwo

.

Jakie są rodzinne korzenie Kornela Morawieckiego?

Jakoś nigdy się nimi za bardzo nie interesowałem. Choć wiedzę na ten temat zgłębia mój brat i co jakiś czas zapoznaję się z jego ustaleniami. Jedno z nich dotyczy naszej genealogii sięgającej aż do roku 1430, czyli prawie do bitwy pod Grunwaldem. Jednak sześćset lat temu po ziemi chodziły setki tysięcy przodków każdego z nas. Z samej więc statystyki wynika, że wielu Polaków musiało mieć przodków nie tylko walczących w wielkich bitwach, ale i zaangażowanych w mnóstwo innych doniosłych wydarzeń. Od jakiegoś czasu organizowane są zjazdy mojej rozgałęzionej familii - bardzo dla mnie sympatyczne, ogromnie interesujące. Nadrabiam na nich moje braki w wiedzy o dziejach rodziny.

Tyle razy, w różnych wystąpieniach politycznych czy wypowiedziach publicystycznych, Kornel Morawiecki wskazywał na wielkość polskiego dziedzictwa narodowego, a o własnym, rodowym nie wie za wiele?

Narodowe dziedzictwo jest dużo ważniejsze. Z refleksji nad nim znacznie więcej wynika. A z moją orientacją w rodzinnej historii też nie jest chyba najgorzej. Choć im dalej w przeszłość, tym więcej znaków zapytania. Wiadomo mi, że w małżeństwie moich przodków (takich rzeczywistych "przodków w prostej linii"), w początku XIX wieku na dziewięcioro dzieci przeżyło tylko troje (pierwsze i dwoje ostatnich), pozostałe umierały w dzieciństwie. Aż strach wyobrazić sobie tak okrutny los. Przychodzą na świat kolejne dzieci i wszystkie po kolei umierają. Ciekawą rzeczą jest to, że mój prapradziad, który miał na imię Józef, był trzecim Józefem, który przeżył. Widać moi praprapradziadowie bardzo uparli się mieć syna Józefa. Z drzewa genealogicznego wynika, że pomimo takich tragedii jest jednak trochę Morawieckich, którzy dożyli naszych czasów. Tak było np. z Andrzejem Morawieckim, nieżyjącym już profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego, w latach osiemdziesiątych jednym z liderów "Solidarności" na tej uczelni i najwybitniejszym biochemikiem w powojennej Polsce. Kiedy się poznaliśmy, oczywiście zwróciliśmy uwagę, że się tak samo nazywamy i w rozmowie ustaliliśmy, iż nasze rodzinne związki nie są odległe.

Jeszcze w XIX wieku moi przodkowie Morawieccy nosili nazwisko w nieco innym brzmieniu - Morawiccy. Według mojego brata prawdopodobnie pieczętowali się herbem Jelita. Mówił mi, że w Polsce były dwie rodziny Morawickich: jedni właśnie herbu Jelita, którzy pochodzili z Morawicy pod Kielcami oraz drudzy, herbu Topór, pochodzący z Morawicy pod Krakowem. Herby są jednak tym wątkiem rodzinnej przeszłości, który interesował mnie najmniej. Dopiero niedawno mój brat zaczął szukać informacji na ten temat. W rodzinnych wspomnieniach żywa była pamięć o postaciach wyróżniających się jakimiś patriotycznymi czynami, udziałem w walce o niepodległość. Przynależność do tej czy innej grupy społecznej miała dużo mniejsze znaczenie. A skoro w czasach Piłsudskiego pojawili się w rodzinie także socjaliści, tym bardziej taka sprawa jak herby, mogła popaść w zapomnienie. Oczywiście ci socjaliści, o których mówię, byli niepodległościowcami. Zmiany społeczne były dla nich ważne, ale głównym celem była wolność Polski.

Prapradziadkowie Kornela Morawieckiego - Michał i Julianna Tytko z dziećmi. Po prawej siedzi prababcia Paulina Morawiecka z domu Tytko, 1913 rok

Pradziadkowie Kornela Morawieckiego - Ignacy Morawiecki (1852-1918) i Paulina Morawiecka z domu Tytko (1866-1918)

Czyli nazwisko brzmi tak, jakby było utworzone od nazwy miejscowości...

Bardzo możliwe. Przodkowie pochodzą z ziemi świętokrzyskiej, co najmniej przed stuleciem należeli już do szlachty bardzo zubożałej. Według mojej babci nazwisko wzięło swój początek z podkieleckiej Morawicy. Jeden z pradziadków ze strony ojca był koniuszym u Wielowiejskich, dziadek - sekretarzem gminy. Rodzice matki, Szumańscy, należeli do ziemiaństwa, niegdyś lepiej sytuowanego, bardziej nobliwego niż Morawiccy i chyba pieczętującego się herbem Jastrzębiec, z którym zresztą związanych było wyjątkowo dużo polskich rodzin. Pewne natomiast jest, że Szumańscy pochodzą z Zagórowa w województwie wielkopolskim. Dziadek mojej mamy, Karol Szumański, walczył w powstaniu styczniowym w 1863 roku, był ordynansem gen. Mariana Langiewicza. W późniejszych latach miał ptaka, kosa, którego nauczył gwizdać Mazurka Dąbrowskiego. Gdy w Tarczynie, gdzie mieszkał, ulicą przechodzili rosyjscy żandarmi, pradziad mówił "kosiu" i kos zaczynał gwizdać tę patriotyczną melodię. Rosjanie się złościli, ale cóż mogli zrobić ptakowi. Brat stryjeczny dziadka, Józef Szumański, był wtedy w Warszawie drukarzem powstańczych gazet i biuletynów. Został zamordowany przez Rosjan, a jego pogrzeb był wielką demonstracją patriotyczną mieszkańców Warszawy. Mój ojciec, jego bracia i wielu innych krewnych rodzili się w Nawarzycach, z których przenieśli się do Rakowa leżącego nieopodal Jędrzejowa.

Dziadkowie Michał (1888-1957) i Helena (1888-1972) Morawieccy

Dziadkowie Michał (1888-1957) i Helena (1888-1972) Morawieccy

Później jednak rodzina związała się z Warszawą.

Nie posiadali majątku dającego możliwość utrzymania, szukali więc pracy w mieście. Ojciec matki, Władysław Szumański, w Warszawie został tramwajarzem. Rodzina wspominała go jako człowieka dumnego z tego, że był szlachcicem i socjalistą. Należał do PPS-u Józefa Piłsudskiego. Ojciec (tak jak i dziadek nazywał się Michał) też trafił do Warszawy, poszukując pracy. Ściągnął go tam kuzyn, wujek Jurek Imbor. Przez jakiś czas pracowali na kolei.

Pradziadkowie Kornela Morawieckiego ze strony matki - Karol Szumański (1845-1924) i Anna Ołga Szumańska z domu Leykam (1851-1925)

Nekrolog Józefa Szumańskiego, stryjecznego brata pradziadka, niepodległościowego konspiratora zamordowanego przez Rosjan w 1863 roku

Rodzice poznali się i pobrali już w Warszawie?

Mama urodziła się nieopodal Warszawy. Była osobą jak na owe czasy nieźle wykształconą. Miała pełną maturę, co wówczas znaczyło niewspółmiernie więcej niż dzisiaj. Ojciec, absolwent gimnazjum im. Romualda Traugutta w Częstochowie, miał tylko małą maturę. To też wtedy nie było mało, ale ta różnica cenzusu między rodzicami pozwalała czasem mojej mamie żartować, że jest "mądrzejsza od ojca". Mama znała języki, ojciec jednak zasadniczo jej nie ustępował, zawsze czytał sporo książek. Pobrali się w Warszawie, natomiast wesele odbyło się w Rakowie w styczniu 1939 roku. Zamieszkali w Warszawie.

Prababcia ze strony matki Marianna Kałużna z domu Centaus

Dziadkowie ze strony matki - Władysław Klaudiusz Szumański (1877-1955) i Józefa Zofia Szumańska z Kałużnych (1881-1925)

Rodzice Kornela Morawieckiego - Michał Andrzej Morawiecki (1914-1977) i Jadwiga Morawiecka z Szumańskich (1912-1975). Fotografie z lat 1936-1937

Gdzie dokładnie?

Mieli mieszkanie w nowoczesnej, jak na owe czasy, kamienicy na Pradze. To była ulica Mińska 26, mieszkanie 14. Pamiętam adres, bo spędziłem tam dzieciństwo, rodzice nie wyprowadzili się stamtąd aż do połowy lat sześćdziesiątych. Lokal składał się tylko z jednego, choć liczącego około 22 metrów pokoju, dość dużej kuchni i toalety, co w czasach przedwojennych nie stanowiło standardu. Mieszkanie ogrzewane było piecem i kuchnią węglową. Opał na trzecie piętro trzeba było nosić z piwnicy. Po wojnie jedną z sąsiadek była pani Bokszczanin, wdowa po pułkowniku, legendarnym oficerze Armii Krajowej, a później członku kierownictwa organizacji Wolność i Niezawisłość, zamordowanym przez władze komunistyczne. Część miasta, w której mieszkaliśmy, przed włączeniem do Warszawy nazywała się Kamionek. To tutaj, bardzo blisko naszego domu, w 1864 roku przyszedł na świat Roman Dmowski. Świetnie pamiętam z dzieciństwa jego ulicę. Kamionkowska była dużo biedniejsza od Mińskiej. Nasza była skanalizowana, a wzdłuż Kamionkowskiej rynsztokami płynęły ścieki. W okolicy skutkowało to wszystkimi przykrymi konsekwencjami. Stały tam też kilkupiętrowe drewniane domy. Obok była fabryka Wedla, która potem przeniosła się niedaleko, na ul. Zamoyskiego.

Michał Andrzej Morawiecki w Parku Skaryszewskim w Warszawie, 1938 rok

Rodzice dobrze wspominali dwudziestolecie międzywojenne?

Nie za dobrze. Wiodło się im raz lepiej, raz gorzej, a przed samą wojną już całkiem nieźle. Nie były to jednak dobre czasy dla ludzi nieposiadających majątku ani zawodu gwarantującego stabilną pracę. Nie zapewniało jej nawet niezłe wykształcenie i wykazywanie inicjatywy. Mój ojciec starał się zawsze mieć pracę, szukał zajęcia w miarę pewnego i popłatnego. Nie było to łatwe. Mama sama bardzo dobrze nauczyła się angielskiego. Język ten opanowała do tego stopnia, że udzielała z niego lekcji. Gdy miała 13 lat, umarła jej matka. Opiekowała się nią starsza siostra Irena, studentka. Irenie nie było jednak dane studiów ukończyć - umarła na gruźlicę, kiedy miała około dwudziestu lat. Choć i tak rodzina mamy jakoś sobie radziła. Ojciec był tramwajarzem, co gwarantowało nie tylko względną stabilność i stosunkowo niezłe zarobki, ale też różne ulgi, deputaty, bezpłatną szkołę średnią dla dzieci. W sumie jednak we wspomnieniach rodziców czasy przedwojenne były raczej nielekkie. Z trudem do czegokolwiek się dochodziło.

Kilka miesięcy po ślubie rodziców wybuchła wojna.

Tak. Ojciec był żołnierzem zwiadu konnego artylerii. Walczył m.in. pod Mławą. Jak wspominał, prawdopodobnie nikogo nie zabił, ale, pędząc z meldunkami lub rozkazami, zajeździł dwa czy trzy konie. Zwierzęta padały pod jeźdźcem, zmuszone do długiego galopu. Ojciec zresztą znakomicie jeździł konno, uprawiał woltyżerkę. Kochał konie, ale we wrześniu 1939 roku musiał być dla nich bezlitosny. To, że był zmuszony je dobijać, musiało być dla niego ciężkim przeżyciem. Akurat to wspominał chyba najczęściej. Po klęsce ojcu udało się uniknąć niewoli. Zdobył cywilne ubrania, dotarł do żony, która tragiczny wrzesień przeżyła w bombardowanej Warszawie. Zniszczenia dotknęły najbliższe okolice, ale kamienica, w której mieszkali, ocalała. W kampanii wrześniowej walczyło wielu krewnych. Brat mojej mamy, Antoni Szumański, był oficerem, dostał się do niewoli i okupację spędził w oflagu w Woldenburgu.

Michał Andrzej Morawiecki - ojciec Kornela Morawieckiego, 1939 rok

Ojciec został później żołnierzem podziemia.

Należał do Związku Walki Zbrojnej, a potem do Armii Krajowej. Oficjalnie przyznał się do tego dopiero w 1956 roku. Wcześniej temat ten pojawiał się tylko epizodycznie, przypadkiem wynikał przy okazji jakichś rozmów. Jeszcze w czasach stalinowskich w naszym mieszkaniu spotykało się paru przyjaciół z dawnej konspiracji. Któregoś razu podochoceni alkoholem wyszli na balkon i zaczęli wrzeszczeć: "Morawiecki, Jurczakowski - AK!". Matka drżała ze strachu. Mogło się to źle skończyć, ale na szczęście nic się nie stało.

W późniejszych latach poznałeś jednak konspiracyjną przeszłość ojca?

Począwszy od 1956 roku o przynależności do Armii Krajowej można było mówić otwarcie. Wtedy dowiedziałem się, że przełożonymi ojca w AK byli Antoni Furtak i Roman Dulęba - często wówczas bywający w naszym domu. Dowiedziałem się, że ojciec składał przysięgę Armii Krajowej i miał pseudonim "Nel". Wiem na pewno, że w wojennym podziemiu zajmował się m.in. przewożeniem broni, zapewne był zaangażowany w gromadzenie amunicji, przygotowywanie arsenałów. Nie wiem nic o udziale ojca w akcjach zbrojnych, choć może takie były. Ważną częścią działalności ZWZ-AK było gromadzenie broni, szkolenie sił zbrojnych. Celem było przecież powstanie. I właśnie pod koniec lipca 1944 roku ojciec rozwoził broń do punktów koncentracji oddziałów powstańczych. Nic mi nie wiadomo o tym, by po wojnie był związany z jakąś konspiracją. Spotkania z akowcami miały chyba jedynie towarzyski charakter. Przyjaźnie zawiązane w czasie okupacji bywały bardzo mocne i trwałe.

Kornel Morawiecki, 1942 rok

Urodziłeś się w 1941 roku.

W maju, dwa i pół roku po ślubie rodziców. Przypuszczam, że obawiali się wcześniej, w tych wojennych realiach, powołać dziecko na świat. Być może po klęsce Francji doszli do wniosku, że nie ma co czekać na koniec okupacji, bo będzie ona stanem długotrwałym. Przyszedłem na świat na Mińskiej. Z rodzinnych wspomnień wiem, że poród był bardzo długi i ciężki, a moje życie przez kawał czasu wisiało na włosku. Bez końca ciągnęły się jakieś biegunki i inne przypadłości. Rodzice nie raz mieli wrażenie, że umieram. Szczęśliwie jednak przeżyłem, a potem, rosnąc, zdrowiałem. Mam dwoje rodzeństwa - w 1945 roku urodziła się moja siostra Zofia, a w 1953 - brat Ryszard.

Pamiętasz cokolwiek z czasów okupacji?

Nie jestem pewien, czy moje najwcześniejsze wspomnienia są zapisem zapamiętanych przeze mnie przeżyć, czy też najdawniejszych opowieści rodziców. W każdym razie, kiedy próbuję sięgnąć pamięcią do czasów, kiedy miałem parę lat, pojawiają się obrazy. Rzeczywiste, bo rodzice potwierdzali je swoimi opowiadaniami. Jeden wiąże się z okupowaną Warszawą. Szedłem, trzymając się ręki mojej mamy, i na widok groźnie wyglądającego hitlerowskiego patrolu chciałem gwałtownie skręcić. Wtedy mama mówiła do mnie: "Musimy iść prosto, Kornelku. Nie możemy uciekać, bo nas zastrzelą".

Drugi taki obraz wiąże się z pobytem na wsi. Letnie miesiące spędzałem zwykle u dziadków w Rakowie. Był to teren działania oddziałów leśnych, które oczywiście często kontaktowały się z mieszkańcami wiosek. Podczas jednego z moich pobytów w domu krewnych pojawili się Niemcy. Jeden z nich skierował do mnie pytanie: "Czy byli tutaj Jędrusie?". Ja miałem na to odpowiedzieć twierdząco, co wywołało przerażenie obecnych. "Jędrusiami" nazywano bowiem partyzantów. Na szczęście udało się Niemców przekonać, że liczące trzy lata dziecko nie miało na myśli żołnierzy podziemia, ale rówieśników, z których jeden miał na imię Jędruś. Tyle udaje mi się wydobyć z pierwszych lat mojego życia. Jak widać - bohaterem w czasie wojny nie byłem. Na widok okupantów od razu chciałem uciekać, a w czasie pierwszej z nimi rozmowy o mało nie zadenuncjowałem chłopaków z Armii Krajowej.

Te "chłopaki z AK" to zapewne twoi krewni? Wystarczy zajrzeć do indeksów książek o Armii Krajowej obwodu świętokrzyskiego, by zobaczyć, jak wiele razy pojawia się w tym kontekście twoje nazwisko. Różne imiona i pseudonimy, i wszystko to żołnierze AK.

Całe rodzeństwo mojego ojca należało do oddziałów leśnych okręgu kieleckiego AK. Właśnie te oddziały nazywano "Jędrusiami". Brat ojca, Romuald, miał pseudonim "Hardy", należał do bardzo sławnego wtedy zgrupowania AK "Baleta". Fenomenalnie jeździł konno. Potrafił stać na galopującym koniu. Drugi brat ojca, Józef, miał pseudonim "Longin". Nie pamiętam pseudonimu cioci Marii, także należącej do Armii Krajowej, o której opowiadano jako o dziewczynie wyjątkowo dzielnej, odważnej, ofiarnej. A akowców w rodzinie było więcej...

Gdzie byłeś w czasie powstania warszawskiego?

Właśnie w Rakowie, jak każdego wojennego lata. W 1944 roku ojciec tym bardziej nie zrobił wyjątku. Zbliżał się front, wszyscy spodziewali się walk w stolicy - powstania albo niemieckiej obrony przed Rosjanami. Ojciec został w Warszawie, ja z mamą, która wówczas była w ciąży z moją młodszą siostrą Zosią, byłem na wsi.

Ojciec brał udział w powstaniu?

Został w Warszawie właśnie z takim zamiarem - był żołnierzem AK. Jego pododdział miał punkt koncentracji w lewobrzeżnej Warszawie. Okazało się jednak, że już około południa 1 sierpnia Niemcy zamknęli wszystkie mosty na Wiśle, pilnowały ich silne oddziały. Rzeka była wezbrana, próbę przepłynięcia nocą i dotarcia do walczących podjąć mogli tylko dobrzy pływacy. Ojciec z kolegą ruszyli na północ, licząc na możliwość przedostania się do Warszawy przez Puszczę Kampinoską. Po dwóch dniach marszu dowiedzieli się od leśniczych, że duże siły hitlerowskie blokują wejście do miasta od strony Kampinosu. Miało ich być tyle, że mysz by się nie prześlizgnęła.

Jednym z mniej znanych, tragicznych wydarzeń związanych z powstaniem warszawskim było rozbicie oddziałów leśnych zmierzających do walczącej stolicy właśnie z Kampinosu.

O doświadczeniach z lat okupacji od ojca nie usłyszałem zbyt wiele. Wracał do nich dopiero po 1956 roku. W związku z tym, że ja niedługo później wyjechałem na studia, wyprowadzając się z domu rodzinnego w zasadzie już na zawsze, więcej o udziale ojca w AK i w powstaniu dowiedział się mój brat. Według jego informacji ojciec był szkolony w formacji lotniczej, przeznaczonej do przejęcia lotniska Okęcie. Nasz ojciec nie dotarł jednak do punktu koncentracji w rejonie Okęcia. Jak wiadomo, oddziały szturmujące znajdującą się tam niemiecką jednostkę poniosły duże straty i w dużej części zostały odcięte od dzielnic opanowanych przez powstańców. Według mojego brata w czasie okupacji w naszym mieszkaniu na Mińskiej wielokrotnie odbywały się zebrania i szkolenia żołnierzy AK. Ja raczej nie mogłem tego pamiętać. Cóż, jak widać, informacje o okupacyjnych przejściach ojca mam fragmentaryczne, a nawet częściowo sprzeczne. Ryszard te sprawy powoli wyjaśnia. Mam nadzieję, że za jakiś czas będziemy wiedzieli więcej.

Ty w czasie powstania przebywałeś u rodziny.

Mieszkałem u rodziców ojca. Z dziadka żartowano, że był tchórzem, bo nie chciał się angażować w żadną działalność. Może rzeczywiście się bał. Na pewno nie przede wszystkim o siebie, ale o liczną rodzinę. Być może uznał też, że walka jego najbliższych w leśnych oddziałach była już dostatecznym igraniem ze śmiercią? Niemcy mordowali całe wioski, jeśli wiedzieli, że dają wsparcie ruchowi oporu, a wyjątkowo bezwzględni byli, kiedy ginęli ich ludzie. Było się więc czego bać. Z odwagi słynęła natomiast moja babcia, Helena Morawiecka, bardzo ofiarnie wspierająca partyzantów. Była matką chrzestną sztandaru partyzanckiego i częstym jej zajęciem było cerowanie zniszczonych ubrań leśnych żołnierzy. Odbywało się to pod bokiem Niemców, którzy stacjonowali w tym samym budynku, w którym w czasie wojny mieszkali moi dziadkowie. Babcia była wielką patriotką, czego wyrazem były imiona, jakie nadała swoim synom. Wszystkie na cześć wielkich Polaków. Tadeusz - w nawiązaniu do Kościuszki, Romuald na cześć Traugutta, Józef oczywiście na cześć Piłsudskiego. Tadeusz niestety zmarł w wieku trzech lat. W czasie okupacji najbardziej zasłużył się młodszy brat mojego ojca, Romuald Morawiecki. Brał udział m.in. w odbiciu więźniów z gestapo w Jędrzejowie. Dobrze zaplanowany i przeprowadzony, bardzo odważny atak miał na celu odbicie kolegi z oddziału Leszka Białego i jego współwięźniów. To było coś na miarę warszawskiej akcji pod Arsenałem, Biały był kimś w rodzaju Janka Bytnara "Rudego".

Jacyś członkowie twojej rodziny brali udział w powstaniu warszawskim?

Poza rodzicami niewiele miałem wtedy bliskiej rodziny w Warszawie. W powstaniu uczestniczyły m.in. siostry żony mojego wujka Alka. Jedna zginęła. Druga przeżyła i wyszła za Jurczakowskiego, przyjaciela ojca z konspiracji. Nie znam szczegółów, ale wiem, że należała do Batalionu "Parasol" i jako sanitariuszka zajmowała się rannymi, którzy brali udział w zamachu na Kutscherę.

Pojawienie się Armii Czerwonej było tylko zmianą okupanta?

Ja bym chyba jednak nie nazywał tego w ten sposób. Oczywiście Polska nie odzyskiwała niepodległości, traciła wschodnią połowę swojego terytorium, dla dużej części Polaków nie było to wyzwolenie, lecz dalszy ciąg eksterminacji. Sytuację z lat 1944-1945 w pewien sposób ilustruje wspomnienie mojego ojca. Wiadomo było, że lada miesiąc pojawią się Rosjanie. Z jednej strony z radością myślano o wypędzeniu znienawidzonych Niemców, ale tych ze Wschodu też się obawiano. Spodziewano się, że będą gwałcić, rabować, mordować. Pierwsze spotkanie mojego ojca z rosyjskim żołnierzem wyglądało jednak inaczej. Zdyszany, spocony krasnoarmiejec z karabinem złapał go za koszulę i prosto w twarz zadał pełne podniecenia pytanie: "Słysz, brat, skolko kilomietrow na Berlin?!".

Ciekawe, czy ten prosty człowiek zdawał sobie sprawę, że z okolic Jędrzejowa do Berlina miał jeszcze grubo ponad pół tysiąca kilometrów?

Ale interesował się przede wszystkim tym, gdzie jest Berlin! Cel miał jeden - bić Niemców. I taka była motywacja tysięcy żołnierzy rosyjskiej armii.

Szczególnie tych z oddziałów frontowych, działających na pierwszej linii...

Moi rodzice, dziadkowie z szacunkiem odnosili się do prostych rosyjskich żołnierzy. Doceniali ich dzielność.

Niemieccy okupanci zostawili inne wspomnienie?

Nie do porównania. Gdyby okupacja hitlerowska potrwała dłużej, mogliśmy przestać istnieć jako naród. Tak jak przestali istnieć polscy Żydzi. Przyjacielem ojca był Roman Dulęba, były więzień Auschwitz. Jak ich wieźli, co kawałek zatrzymywali pociąg, otwierali któryś wagon i wyprowadzali jednego z więźniów. Kogoś, kto prosił o wodę albo zupełnie przypadkowego. Wywleczonego rozstrzeliwali na miejscu i jechali dalej. Po jakimś czasie pociąg znów się zatrzymywał i historia się powtarzała. W końcu dojechali do Auschwitz, w którym na przywitanie kazano się wszystkim rozebrać do naga i tłuczono pałami tak, że można było tego nie przeżyć. Dulęba jakoś przetrwał ten obozowy koszmar. Po wojnie ożenił się z Estonką, ale nie przychodził w jej towarzystwie do naszego domu. Któregoś razu, kiedy pan Roman z ojcem wypili trochę alkoholu, ojciec tak trochę prowokacyjnie sobie zażartował: "Słuchaj, Roman. Powiedz, jak to się stało, że ty sobie akurat Niemkę za żonę wziąłeś?". Dulęba nic na to nie odpowiedział, tylko wstał, podszedł do mojego ojca i z całej siły trzasnął go w twarz. Ojciec, jak tylko doszedł do siebie, wstał i powiedział: "Roman, miałeś całkowitą rację. Żart był niestosowny. Bardzo cię przepraszam". Po czym usiadł i spotkanie potoczyło się dalej swoim rytmem, tak jakby nic nie zaszło.

Dla wielu jednak rok 1945 wcale nie był wyzwoleniem.

Na pewno. Dla wielu tysięcy otworzył się wtedy nowy rozdział terroru. Niestety - przede wszystkim dla ocalałej części polskiej elity. Dla tych, którzy w czasie okupacji wykazali się bohaterstwem. Sytuacja narodu była jednak w zasadniczy sposób lepsza. Nie było powszechnego, permanentnego zagrożenia, które stanowiło codzienność w czasie okupacji hitlerowskiej. Skończyła się wszechobecność śmierci. Stalinizm był ponury, okrutny i też oznaczał ludobójstwo. Kryło się ono jednak głównie w urzędach, sądach, kazamatach. Nie było łapanek i ulicznych egzekucji. A przynajmniej nie były to wydarzenia tak rzucające się w oczy. Bo przecież była i Obława Augustowska, i inne krwawe pacyfikacje. Przynajmniej do 1946 roku NKWD z polskojęzycznymi kolaborantami potrafiło palić wioski, a na rynku niejednego miasteczka wieszać i rozstrzeliwać tak samo, jak Niemcy. Wiadomości o terrorze w rejonach działania partyzantki antykomunistycznej oczywiście docierały do ludzi. Mówiło się o tym - choć raczej należałoby powiedzieć szeptało - ze strachem. I to było nie do zaakceptowania, ale też wiedza na ten temat była niepełna, fragmentaryczna, niepotwierdzona. Statystycznie mniejszy był rozmiar zbrodni. Polska stała się częścią imperium sowieckiego, była skazana na zwasalizowanie, skomunizowanie, ale nie na unicestwienie. A taki los przewidywał dla nas hitlerowski Generalplan Ost.

Rodzice wojnę przeżyli, dom na Mińskiej ocalał...

Tak. To duże szczęście, jak na tamte realia. Praga też doznała zniszczeń. Pamiętam zburzone, wypalone budynki w okolicach naszego domu na Mińskiej. Prawdziwie apokaliptyczny pejzaż rozciągał się jednak po drugiej stronie Wisły. Dobrze mam w pamięci pierwszy spacer po Starym Mieście. Mosty były zburzone, możliwość przejścia pojawiła się dopiero po jakimś czasie, kiedy przy filarach zerwanego mostu Kierbedzia (dzisiejszego mostu Śląsko-Dąbrowskiego) zbudowano przeprawę pontonową. Starówka była jedną kupą gruzów. W wielu rejonach trudno było rozpoznać, czy była tam wcześniej ulica, plac czy podwórka kamienic. Zatracona została nawet ta topograficzna czytelność. Wraz z ojcem dotarłem do miejsca, w którym stała katedra św. Jana Chrzciciela. Jej też nie było, ale udało się nam przebrnąć przez gruzy i wejść do udostępnionych dla zwiedzających podziemi. W kryptach można było zobaczyć resztki ocalałych pamiątek. Ojciec rozpoznawał historyczne grobowce. W tej chwili już nie pamiętam, do kogo akurat te należały...

Mieliście mieszkanie w powojennej, zamienionej w morze gruzów, Warszawie...

Nie wiem, ilu ludzi dzisiaj zdaje sobie sprawę z tego, w jakich warunkach wtedy się mieszkało. W wielu miejscach stolicy pojawiały się budy, szopy czy prymitywne baraki. Przypominało to południowoamerykańskie fawele...

A klimatu nie mamy południowoamerykańskiego...

Ludzie mieszali w tym całymi latami, musieli przetrwać niejedną zimę. Blisko mojego domu stała szopa z niedopalonych belek, desek, szmat, kawałków blachy. Dzisiaj czasem coś takiego się widzi gdzieś przy wysypiskach śmieci, sklecone przez bezdomnych. A wtedy to była sytuacja niemal powszechna. Człowiek z szopy na rogu Mińskiej i Bliskiej mieszkał w tym kilka lat. W miejscach, w których ruszyła odbudowa, w punktach bardziej ruchliwych czy reprezentacyjnych takie budy poznikały. Przez długie lata było ich jednak pełno w podwórkach, bocznych ulicach. Stały oparte o kikuty wypalonych ścian... Z kolei w naszym jednopokojowym mieszkaniu normą stało się przebywanie dwudziestu i więcej osób. Śpiący pokotem wypełniali całą podłogę. No bo gdzie się mieli podziać? Przez nasze mieszkanie przewinęło się mnóstwo ludzi. Większa część miasta przecież nie istniała. Strasznie trudno było w tych warunkach utrzymać higienę. Prawdziwą plagą były pluskwy. Tłukliśmy je na dziesiątki sposobów, a one wydawały się niezniszczalne. Wszystkie warszawskie budynki opanowywały coraz to nowe rojowiska tego robactwa. Paliliśmy je, zadymialiśmy, jakąś chemię, chyba DDT, sypaliśmy - nic nie pomagało. Podobno zwały gruzów, przemieszanych z ciągle wilgotnym drewnem, stanowią idealne warunki dla rozmnażania tych robaków. W efekcie zmielona wojną Polska, na domiar złego, była potwornie zapluskwiona. W Londynie czy w dotkniętych wojną miastach niemieckich ponoć nie było pod tym względem lepiej.

W mieszkaniu przy ul. Mińskiej w Warszawie około 1950 roku. Kornel w górnym rzędzie drugi z prawej, obok matka chrzestna Stefania Tussowy. Na górze z lewej siostra Kornela - Zofia, mama Jadwiga i ojciec Michał Andrzej. Za stołem brat ojca Romuald Morawiecki ps. Hardy

W latach czterdziestych zacząłeś też chodzić do szkoły.

Tak. Zaliczono mi pierwszą klasę na podstawie oświadczenia kierownika szkoły z Rakowa, pana Malinowskiego. Uznano, że w czasie pobytów na wsi zrealizowałem program wstępnej klasy szkoły podstawowej. Co zresztą nie było dalekie od prawdy. Dzięki temu zacząłem naukę od klasy drugiej i byłem o rok "przyspieszony" w edukacji. Moja szkoła znajdowała się w baraku. Kiedy byłem w trzeciej czy czwartej klasie, zaczęto nas przenosić do rzeczywistego szkolnego budynku przy ul. Skaryszewskiej, niedaleko Dworca Wschodniego. Wszyscy wiedzieliśmy, jaką rolę pełniła nasza szkoła w czasie okupacji. To do niej zwożono zatrzymanych w czasie łapanek. Na jej terenie dokonywano selekcji, dzieląc złapanych na tych, którzy pojadą na roboty do Niemiec, trafią na Pawiak, do Auschwitz albo zostaną rozstrzelani w ulicznej egzekucji. Świadomość tego pasma nieszczęść, jakie całymi latami rozgrywały się na szkolnym boisku, towarzyszyła nam w czasie np. gry w piłkę. Tak jak i wtedy, kiedy graliśmy w palanta przed fabryką WFM (Warszawska Fabryka Motocykli), która znajdowała się niemal naprzeciw naszego domu na Mińskiej, a w czasie okupacji nazywała się "Pocisk".

Ciągle obecny cień niedawnych tragedii...

Był widoczny na każdym kroku. I obecny w codziennych rozmowach. Bardzo przeżywano np. los Żydów...

Żydów? Tak wiele się dziś mówi o obojętności na ich zagładę, o polskim antysemityzmie...

Jakiej obojętności? Jakim antysemityzmie? Przez cały, kilkunastoletni czas mojego zamieszkiwania w Warszawie nigdy nie zetknąłem się z jakimkolwiek przejawem antysemityzmu. Nie przypominam sobie czegokolwiek, co można by tak nazwać. Pamiętam natomiast mnóstwo rozmów moich rodziców, znajomych, krewnych, którym w głowach się nie mogło pomieścić to, co się stało z narodem żydowskim. Bo to się przecież nie może zmieścić w głowie, że liczącą parę milionów, zamieszkującą Polskę od kilku stuleci żydowską społeczność wymordowano niemal doszczętnie. Wystrzelano, zagazowano, spalono! Jedną trzecią przedwojennej Warszawy stanowili Żydzi. I co zostało? Kupki gruzów, okruchy, popioły... Trudno mi sobie nawet wyobrazić jakąś niechęć do Żydów, tym bardziej wtedy w Warszawie. Ich unicestwiono, z dziećmi, kobietami. Plan ich ostatecznego wyniszczenia został zrealizowany niemal w całości. Nas wyrżnięto tylko w części. Nie zdążono w podobnym stopniu. To była niewyobrażalna tragedia i mówiono o niej ze szczerym bólem.

I Żydzi rzeczywiście byli obecni jako temat codziennych rozmów?

Tak! Mówiło się o nich jako o narodzie, który był wśród nas, a teraz go nie ma! Nie wyjechał, nie przeniósł się gdzieś indziej, ale został niemal w całości wymordowany. Przestał istnieć!

Dziś często przywołuje się okres międzywojenny jako czas różnych konfliktów. Ileż jest dzisiaj publikacji przypominających hasło "Wasze ulice, nasze kamienice".

Skrajnie odmienne było to, czego dowiedziałem się w domu czy od krewnych ze wsi. Właśnie z tych bardzo licznych związanych z Żydami wspomnień rodziców i ich znajomych zbudował mi się złożony obraz tej społeczności, która razem z Polakami żyła na tej samej ziemi od średniowiecza i została niemal doszczętnie wymordowana przez hitlerowców. Była ona bardzo niejednolita, m.in. pod względem majątkowym. Najwięcej było żydowskiej biedoty, utrzymującej się z drobnego handlu i usług. Tylko niewielka część miała domy, duże sklepy, fabryki... W naszym mieszkaniu na Mińskiej Żydów przypominało też kilka przedmiotów pochodzących z getta. Nie wiem, jak do nas trafiły. Być może ojciec, który bywał z drugiej strony Wisły, znalazł je w ruinach?

Co to były za przedmioty?

Duży mosiężny żyrandol i kilka książek - tomy wierszy Słowackiego. Czytałem je mnóstwo razy, obszernych fragmentów nauczyłem się na pamięć. Te rzeczy służyły nam na co dzień, ale nie były tylko zwykłymi przedmiotami. Wiązała się z nimi stale obecna świadomość ich pochodzenia.

Książki Juliusza Słowackiego, których właściciele zginęli w getcie... Żyrandol ze spalonego żydowskiego domu - pamiątka koszmaru rozświetlająca mrok w ponurych czasach... Sporo symbolicznych treści...

Ale też wynik powojennych realiów. Kto dziś pamięta, jak bardzo ciężkie były nie tylko lata okupacji, ale i czasy powojenne. Rzeczy, które dzisiaj dawno wylądowałyby na śmietniku, uchodziły wtedy za luksus. Ludzie mieli zwykle jak na lekarstwo ubrań, często znoszonych i połatanych. Podobnie z różnymi sprzętami, np. garnkami, które łatano, nitowano. Pamiętam, jak mama kupiła pierwszy garnek aluminiowy. Dziś zapewne uznany byłby za niezdrowy, byle jaki. A wtedy to było święto. Przez lata czterdzieste, pięćdziesiąte, miliony Polaków bardzo ciężko pracowały, marnie jadły, żyły w wielkiej biedzie. Z wojny wyszliśmy wszyscy strasznie ograbieni, pokiereszowani...

Pokiereszowani?

Wojna to nie tylko ofiary, cierpienia, heroizm, ale też szerzące się patologie. Iluż ludziom przetrąciła kręgosłup, nie pozwoliła już nigdy wrócić do równowagi, odnaleźć się w życiu. Jak ktoś otarł się o wojenne potworności, napatrzył się na okrucieństwo, przeżył śmierć bliskich - czasem tracił wiarę w sens czegokolwiek. W pewnym, na szczęście dużo mniejszym, stopniu dotyczyło to także mojej rodziny. Młodszy brat ojca, wujek Józek, przed wojną studiował w Szkole Głównej Handlowej. Był w AK, prawdziwie bohatersko walczył z Niemcami. Po wojnie, w młodym wieku, umarł na serce. Widząc tych ludzi przewijających się przez nasze mieszkanie na Mińskiej, szczególnie mężczyzn, nie miałem wątpliwości, że świat wartości wielu z nich jest rozchwiany. Nie cenili swojego życia, lekko je traktowali. Byli dumni, ale i bezwzględni wobec samych siebie. Niedawna wszechobecność śmierci i zniszczenia odebrała im wiarę w przyszłość, w sens budowania czegokolwiek trwałego. Mamy wiele utrwalonych świadectw entuzjazmu towarzyszącego odbudowie, ale to tylko część obrazu tamtych czasów. Jakże wielu pogrążyło się wtedy w pijaństwie! Na mieście grasowały watahy chuliganów atakujących przechodniów bez jakiegokolwiek powodu. Albo też gotowe ciężko pobić dla jakiegokolwiek łupu, paru groszy czy tylko dla wyładowania agresji. Pamiętam, że na Mińskiej zdarzało się, iż jakaś banda zaczynała nagle rzucać w ludzi kamieniami, bez żadnej przyczyny. Miałem może jedenaście lat, kiedy, wychodząc z domu, natknąłem się na taką awanturę. Jeden z pierwszych kamieni ugodził mnie w głowę, zalałem się krwią, straciłem przytomność. Do domu przynieśli mnie sąsiedzi. Nie była to wtedy sytuacja odosobniona. Jakiś czas później inna banda chciała mnie pobić na ulicy. Z opresji wybawił mnie sąsiad, pan Kobyliński, były żołnierz AK. Odprowadził mnie do domu i poradził rodzicom, żebym jak najmniej wychodził, bo na ulicy często jest niebezpiecznie. W tamtych latach rzeczywiście było.

Kornel z rodzicami i siostrą Zosią, około 1950 roku

Lata twojego dzieciństwa były czasem większego niż dzisiaj społecznego, moralnego rozchwiania?

Nie wiem, jak by to wyglądało w statystykach. Nie przypuszczam też jednak, żeby istniały jakieś wiarygodne dane na ten temat. To wojenne okaleczenie, pogubienie było odczuwalne na każdym kroku. Marek Hłasko w swoich opowiadaniach oddawał to dość wiernie. Wszechobecna agresja, obojętność na sprawy najbardziej fundamentalne udzielała się tym, którzy przez okupację przeszli bohatersko. Może to był prosty efekt wojny, a może też powszechnej świadomości, że wojenne ofiary wcale nie przełożyły się na normalny porządek w kraju po klęsce Hitlera? Knajpy pełne były pijaków i awanturników, którzy często wcześniej byli porządnymi ludźmi. Kiedy miałem 11-12 lat, przez jakiś czas chodziłem na obiady do restauracji. Mama znalazła taką porządniejszą, gdzie nie było wielkiego pijaństwa, i dawała mi po pięć złotych na każdy posiłek. Pamiętam, że gospodarowałem tymi pieniędzmi tak, aby co jakiś czas mieć obiad z mięsem. W tej jadłodajni przytrafiło mi się pierwsze spotkanie z... no cóż, chyba z pedofilem. Nie był specjalnie subtelny. Zaproponował po prostu, żebym "poszedł z nim w krzaki". Oczywiście nie poszedłem, a rodzice, kiedy się o tym dowiedzieli, ostatecznie skończyli z moim stołowaniem się poza domem. Taka niejednoznaczna historia zdarzyła mi się jeszcze parę lat później i zaczęła się w jednym z "miejsc mojego dzieciństwa". Był nim park Skaryszewski, do którego często chodziłem np. czytać książki, kiedy pogoda temu sprzyjała. Pływałem w tamtejszym jeziorku, miałem też ulubione drzewo, na które często się wspinałem i siedziałem godzinami, ukryty w gałęziach. Obserwowałem toczące się wokół wydarzenia, podpatrywałem zachowanie ludzi i zwierząt, zastanawiałem się nad życiem, marzyłem. Miałem jakieś 16 lat, kiedy w parku tym poznałem człowieka koło trzydziestki. Był filologiem orientalistą, asystentem na Uniwersytecie. Często spotykaliśmy się w tamtej okolicy. Sporo się od niego dowiedziałem, w zasadzie rozświetlał nieznane mi wcześniej obszary, pożyczał książki: Alberta Camusa, Ernesta Hemingwaya i - pierwszy raz po wojnie wydanego - Witolda Gombrowicza. Pływaliśmy łódką po jeziorku, dużo rozmawialiśmy: o literaturze, filozofii, kulturach Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Dowiedziałem się, jak trudnym językiem jest np. arabski, na czym polegają różnice gramatyczne, fonetyczne. Z mojej strony było to coś w rodzaju młodzieńczej przyjaźni, ale czym było z jego strony - człowieka być może dwukrotnie ode mnie starszego? Teoretycznie nic niepokojącego się nie zdarzyło. Mieszkał w centrum i zapraszał mnie do siebie, ale nigdy z tej oferty nie skorzystałem. Dopiero po latach przyszło mi do głowy, że mogło to mieć jakiś homoseksualny podtekst. W sumie nic złego jednak się nie stało, sporo temu człowiekowi zawdzięczam, a nawet nie wiem, jak się nazywał.

Kornel z rodzicami i rodzeństwem - Zofią i Ryszardem. Boże Narodzenie 1953 roku

W efekcie przykrych przygód z ludźmi z knajpy czy z ulicy więcej bywałeś w domu, ogromnie zatłoczonym od nadmiaru lokatorów. Była tam w ogóle możliwość uczenia się?

Nie miałem wyjścia - trzeba sobie było radzić, odrabiając lekcje czasem na korytarzu albo w toalecie. Dziś może się wydać dziwne, że przez co najmniej parę lat moi rodzice mieli służącą. W tych biednych czasach, w przepełnionym mieszkaniu znajdywało się miejsce także i dla niej. Służąca nie była wtedy żadnym atrybutem zamożności. To była jakby kontynuacja dawnego zwyczaju. Wiejskie dziewczyny, które nie miały szans na dobrą przyszłość w rodzinnych stronach, szukały prostego zajęcia w mieście. Służyły nawet u ubogich rodzin, zadowalając się jakimś kątem i bardzo skromną zapłatą. Po pewnym czasie znajdywały ciekawszą pracę, np. w fabryce, wychodziły za mąż. Pamiętam nawet dwie służące, które były z nami, każda po parę lat, pomimo niedostatku i ciasnoty.

Nie miałem problemu ze skupieniem się w mieszkaniu pełnym ludzi. Lubiłem się uczyć, a przede wszystkim - czytać. Czytało się wtedy też inaczej niż dziś. Książek brakowało, w czasie wojny spłonęły wraz z bibliotekami i miastem. Literatura, którą drukowano począwszy od lat czterdziestych, była dość koszmarna - produkcyjniaki, tłumaczenia sowieckiej propagandy itd. Trudno było choćby o powieści historyczne czy przygodowe. Czytało się więc przede wszystkim to, co ocalało z czasów przedwojennych, choć często były to książki z brakującymi stronami, zdekompletowane, nadpalone, "zaczytane na śmierć". W bibliotekach zasadą było udostępnianie pewnych tytułów tylko na jeden dzień. Jak się nie oddało w terminie, traciło się prawo do następnej książki. Nauczyło mnie to bardzo szybkiego czytania, wykorzystywania każdej wolnej chwili, przy każdej okazji, w każdych warunkach. Tym sposobem pochłaniałem mnóstwo literatury. Chyba wszystko po kolei: Sienkiewicza, Karola Maya, Conan Doyle'a, Żeromskiego, Prusa, a także Kraszewskiego, Jeźdźca bez głowy Thomasa Reida, powieści Marka Twaina, Tarzana Edgara Rice'a Burroughsa itd. Potem czytałem po kolei wszystko Conrada. Do jego twórczości wracałem zresztą wielokrotnie. Kiedy miałem już swoją rodzinę, czytaliśmy w domu na głos Szaleństwo Almayera czy Lorda Jima.

Kornel na obozie, 1954 rok

Nauczyciele zachęcali do czytania?

Ogromnie! W moich szkołach przeważali przedwojenni pedagodzy. Mieli ogromny, twórczy wpływ na swoich uczniów. W roku 1954 zacząłem chodzić do Liceum im. Adama Mickiewicza na Saskiej Kępie, jednego z lepszych w Warszawie, ze wspaniałymi tradycjami. Kontakty z niektórymi nauczycielami przetrwały przez dziesięciolecia. Duży wpływ miała na mnie nauczycielka fizyki - Jadzia Wasilewska-Jantar.

Słyszałem, że byłeś na placu Defilad w czasie sławetnego przemówienia Gomułki w 1956 roku.

Byłem na obrzeżach tego wielkiego zgromadzenia. Nadmiernego wrażenia na mnie nie zrobiło. Ludzi było mnóstwo, w sporej części agresywnych. Ścisk, od jakichś podchmielonych jegomościów dostałem po twarzy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki