Felix Stone
7 Rue de la Papillon
84220 Gordes
France
2 czerwca 2012
Felixie, mój ukochany bracie,
dziękuję za kartkę urodzinową, pióro wieczne i książkę, którą zaczęłam czytać w dniu, w którym do mnie dotarła (w czwartek), a skończyłam dzisiaj. Była dokładnie taka, jak opisałeś. Nieprawdopodobna i elektryzująca, pomysłowa i w sam raz dla mnie. Nie ma różnicy między siedemdziesięcioma dwoma a siedemdziesięcioma trzema laty: ten sam artretyzm, te same zaparcia i problemy ze snem, do tego postanowiłam przestać farbować włosy. Jak wiesz, nie przywiązuję dużej wagi do urodzin, ale to miłe, że zawsze o nich pamiętasz. Trudy i Millie oczywiście przyszły na przekąski i karty. Dzieci się do mnie odezwały - Bruce zamówił tartę truskawkową w cukierni (i tak przyjeżdża w następny weekend, żeby wyczyścić mi rynny), ale była paskudna, więc ją wyrzuciłam. Pewnie kosztowała go fortunę. Fiona zadzwoniła z Londynu. Powiedziała, że przyjedzie do domu dopiero w Boże Narodzenie, bo ma kołowrót w pracy, a teraz projektuje coś w Sydney, na litość boską, więc spędzi miesiąc w Australii. Zapewniła mnie, że Walt nie ma nic przeciwko jej częstym wyjazdom, ale nie mam pojęcia, jak ich małżeństwo to wytrzyma. Na pewno w obecnej sytuacji nie będzie mogła mieć dzieci. (Nawet się nie starają. Przynajmniej nic mi o tym nie mówi. Kiedy o tym napomykam, robi się niemiła). Theodore Lübeck z sąsiedztwa jak co roku przyniósł mi róże ścięte z własnych krzewów, co bardzo dobrze o nim świadczy, nawet jeśli jest wyrzutkiem z przestępczych peryferii amerykańskiego Zachodu.
A co tam słychać we Francji? Co u Stewarta? Co teraz piszesz? Dzięki za zaproszenie, niezła próba, kolejna. Tak, uwielbiam "Zamek", ale to powieść, i choć bardzo chciałabym zobaczyć Twój nowy dom, to nie, nie przyjadę. Bo to jest tak: letnie popołudnie jest zachwycające, gdy je oglądasz z klimatyzowanego wnętrza, ale potem wychodzisz prosto na spiek, duchotę i ogólną żałość, i pocztówka z Francji z lawendą i słonecznikami, jak mniemam, okazuje się bardziej kusząca niż samo miejsce. Obecnie latanie jest upierdliwe, przy tych wszystkich środkach bezpieczeństwa i ograniczeniach rozmiaru bagażu, i przy całym tym przekładaniu kremów i płynu do soczewek do małych buteleczek. Szczerze mówiąc, w ogóle mnie to nie bawi i dość jasno dałam Ci do zrozumienia, że jeśli wyniesiesz się na inny kontynent, nie będę przyjeżdżać.
Przeglądałam pudła i znalazłam tę fotografię (załączam) z dnia, kiedy przywieźli Cię do domu od zakonnic. Te krótkie spodenki i kompletnie łysa głowa. Twoje życie zatoczyło koło. Mama wygląda tu doskonale i nigdy nie widziałam innego zdjęcia, na którym by miała na sobie tę zieloną garsonkę, ale świetnie ją pamiętam. Pamiętam ten dzień tak wyraźnie, jakby to było wczoraj. Pamiętam, że była okropna burza, bez deszczu, ale z dziwacznym wiatrem i wysoką temperaturą, a na podwórku leżały powalone drzewo, gałęzie i patyki, i pamiętam, że sąsiadka, pani Curry, przygotowała na obiad pieczoną wołowinę i ciasto czekoladowe, a ja całe popołudnie czekałam, aż podjedzie samochód i przywiezie Cię do domu. Mitsy nie mogła rano przyjść, żeby ogarnąć dom, ponieważ burza uszkodziła linię na moście Canton, więc odkurzyłam, pościeliłam łóżka i porozsuwałam zasłony. Nie wiesz, kto mógł zrobić to zdjęcie? Opiekowała się mną wtedy siostra mamy, Heloise, ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby Heloise robiła zdjęcia. Myślę, że to nasz pierwszy rodzinny portret. Oddaję Ci tę fotografię, bo mam własną z dnia, w którym mnie przywieźli do domu.
Serdeczne pozdrowienia dla Stewarta, oczywiście.
Twoja kochająca siostra
Sybil
PS Felixie, miałam wczoraj wieczorem stłuczkę. Niedużą, nic mi nie jest, ale musiałam oddać Cadillaca do warsztatu. Nic poważnego, tylko masa zawracania głowy.
Sz. Pani Ann Patchett
c/o Parnassus Books
3900 Hillsboro Pike
#14
Nashville, TN 37215
2 czerwca 2012
Droga Ann,
piszę, by pogratulować Ci najnowszej powieści, "Stan zdumienia", którą dostałam od brata na urodziny. Skończyłam ją czytać dziś rano, w sobotę, a zaczęłam w czwartek, co samo w sobie mówi wiele, choć możesz tego nie wiedzieć, bo jesteśmy dla siebie obcymi osobami, aczkolwiek nie kompletnie obcymi, ponieważ wymieniłyśmy listy przy poprzedniej okazji. Było to wtedy, kiedy na samym początku tysiąclecia przeczytałam Twój wielki bestseller "Belcanto", a Ty mi odpisałaś i zachęciłaś, bym zwracała się do Ciebie po imieniu. Być może, choć niekoniecznie, w zależności od rozmiaru stosu listów, jakie otrzymujesz, i regularności w ich odczytywaniu, pamiętasz z tamtego listu, że "Belcanto" bardzo mi się podobało, ale ta nowa książka jest jeszcze lepsza. (Dla jasności powinnam dodać, że napisałam do Ciebie, kiedy przeczytałam poprzednią książkę, "Biegnij", nie dostałam odpowiedzi, ale nic nie szkodzi, proszę się tym nie przejmować).
Zwykle przeczytanie powieści o standardowej długości zajmuje mi cztery dni, ale "Stan zdumienia" po prostu pochłonęłam, zafascynowana egzotyczną scenerią Amazonii i postaciami inteligentnych, niezwykle skomplikowanych kobiet, doktor Singh i doktor Swenson. Skąd czerpiesz taką wiedzę na temat Amazonii i tych wszystkich naukowych faktów? Byłaś tam? Zastanawiałam się nad zachowaniem równowagi między faktami a fikcją w kwestii kory drzew. Scena, w której gigantyczny wąż wskakuje z wody do łodzi i owija muskularne gadzie ciało wokół małego Eastera, podczas gdy Amerykanie patrzą tylko z przerażeniem, cisza tej sceny była tak pozytywnie filmowa. Odebrało mi dech na te pięć czy więcej stron. I, oczywiście, sprawa doktor Swenson, która w jej wieku (w moim wieku! Doktor Swenson ma siedemdziesiąt trzy lata, tak samo jak ja) jest w ciąży. Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Kiedy pod koniec książki wydobywali dziecko, dreszcz przebiegł mi po plecach, ale wspaniale było czytać o tak nietuzinkowej kobiecie, szlachetnej, odważnej dzięki inteligencji i poczuciu godności, ale też o jej błędach i złożoności. Nie jestem typem naukowca, mam za sobą karierę prawniczą, ale dostrzegłam w niej ogromne podobieństwa do mnie samej. Dręczące kwestie etyczne, za które czytelnik stawia ją przed sądem. To zdumienie, które się odczuwa na tym etapie życia - rodzaj zadziwienia, ale jednocześnie konfuzji, które wywołują pewnego rodzaju niepokój czy lęk, jak sądzę. Jak do tego doszło? Jak to możliwe? Wymieniam się książkami z moją szwagierką Rosalie i jestem pewna, że też jej się spodoba ta powieść, jest wprost idealna.
Proszę, pamiętaj, że jeśli kiedykolwiek wybierzesz się do Annapolis, z radością Cię ugoszczę. Mam mały domek, położony w uroczej starej dzielnicy, gdzie domy są rozrzucone daleko od siebie i w otoczeniu olbrzymich starych drzew. Dom stoi nad wodą, a na piętrze mam przytulny, duży pokój gościnny z własną łazienką i mansardowym oknem z widokiem na rzekę Severn, łodzie i duże rezydencje na drugim brzegu oraz, tuż pod oknem, mój ogród, o który dbam z wielką starannością. Mieszkam sama, a do tego na górę wchodzę tylko po to, żeby posprzątać po wizycie gości, więc gwarantuję całkowitą prywatność i myślę, że czułabyś się tam bardzo komfortowo. Nie jestem pisarką, ale gdybym nią była, myślę, że byłoby to doskonałe miejsce do pisania książki, więc ponownie zapraszam Cię serdecznie, gdybyś kiedykolwiek była w okolicy. To tylko rzut kamieniem od Waszyngtonu.
Do następnej książki lub Twojej wizyty,
z serdecznymi pozdrowieniami
Sybil Van Antwerp
(kontynuacja z 2 czerwca 2012, poprzednie strony nie zostały wysłane)
Rozbiłam samochód. Wracałam ze spotkania w bibliotece, była noc i uderzyłam w niski betonowy mur. Mechanik twierdzi, że auto najprawdopodobniej nie nadaje się do naprawy. Fizycznie nic mi nie jest, ale przeżyłam straszliwy wstrząs. Straszliwy. Oczywiście przez sam moment wypadku - huk, Cadillac do cna zniszczony - ale także dlatego, że to, co się stało... że się właśnie stało. Sama nie wiem. W sumie.
Wydaje mi się, że kiedy wyjeżdżałam z parkingu przed biblioteką, z miejsca oświetlonego w ciemność, no wiesz, o co chodzi, no i właściwie to nie wiem dokładnie, co się stało. Jechałam jak zwykle, powoli i spokojnie, ale coś się wydarzyło. Nie pamiętam tego w szczegółach, ale myślę, że nagle, zupełnie znienacka, przestałam widzieć. Przestałam widzieć! Ale jakim cudem? Ta chwila, czy to w ogóle była chwila, czy parę minut? To było tak, jakby moje życie było filmem i nagle ekran zrobił się czarny, w pewnym sensie, ale nie jestem pewna i to niepokoi mnie najbardziej. Nie jestem pewna, czy ta czarna otchłań to było moje pole widzenia. To nie było tak, jakbym zamknęła oczy, a raczej jakby jakiś wycinek czasu został usunięty z mojej pamięci, aż do momentu uderzenia. I zdarzało mi się to już wcześniej, takie wrażenie wykasowania. Przeraża mnie to. Jak coś takiego w ogóle może się zdarzyć? Myślę, że to jest w toku, Colt - utrata wzroku. Podejrzewam, że to mogło być to. Wiedziałam teoretycznie, że mogę oślepnąć, ale to była tylko ewentualność. Teraz wydaje się, że ślepnięcie jest w toku i tak to będzie wyglądało, ale nie przewidywałam, że będzie właśnie tak. Jedno wielkie zamieszanie.
Samochód odholowali, do domu odwiózł mnie taksówkarz, a ja całą noc nie spałam, bałam się ciemności. Bałam się zgasić światło.
Miewam koszmary. Może już o tym wspominałam. W koszmarach nadal widzę, ale wiem, że w pewnym sensie jestem ślepa. Wyglądam więc przez okno na żaglówki, ale może są one zamazane, albo może wiem, że jest dzień, ale wygląda jak noc. Albo jestem w ogrodzie i nie rozpoznaję kwiatów - co to jest?, myślę. Albo patrzę na tekst w książce, ale litery nie mają najmniejszego sensu. Ale w najgorszym śnie, tym, który raz po raz się powtarza, siedzę przy biurku i chcę pisać, leży przede mną stos kartek, są długopisy, są koperty, a ja pacam je ręką jak kot, ale nie mogę ich wziąć. Albo biorę długopis, a on flaczeje w mojej ręce jak makaron. Przyciskam go do kartki, a on mięknie albo się rozpada. W jednej z wersji udaje mi się coś napisać, ale nie mogę tego zrozumieć - nie potrafię napisać nic z sensem, tylko jakieś bazgroły. Tak właśnie mój lęk wyobraża sobie ślepotę. Można by pomyśleć, że sny byłyby wtedy po prostu czarną pustką, i, jak sądzę, faktycznie tak będzie, chociaż gdyby śniła mi się czarna pustka, to chyba... wcale bym nie śniła. Po prostu spałabym, ale nie sądzę, żebym na tym etapie mojego życia spała bez snów, ponieważ mój umysł jest zbyt nasycony. Zbyt wiele rzeczy mnie prześladuje.
Mój okulista, doktor Jameson, powiedział, że w moim przypadku, jeśli choroba się rozwinie, może minąć rok lub dziesięć lat, zanim osiągnie stadium końcowe, a wraz z postępami objawy mogą się pojawiać i znikać. Będę musiała umówić się na wizytę. Zrobię to dzisiaj. Nie powiedziałam o tym nikomu oprócz Rosalie i dziecka, o którym kiedyś już wspominałam, Harry'ego - wymieniam z nim co miesiąc listy, to syn mojego byłego współpracownika, sędziego Jamesa Landy'ego. A tak, powiedziałam też pisarce Joan Didion. Nie powiedziałam Bruce'owi ani Fionie.
Sz. Pani Van Antwerp
17 Farney Rd
Arnold, MD
21012
1 lipca 2012
Szanownwna Pani Van Antwerp,
dziękuję za załączoną do ostatniego listu książkę "Mistrz łamigłówek". Bardzo mi się podobała i udało mi się rozwiązać wszystkie zagadki z wyjątkiem trzech. Jak się Pani miewa? Czy kupiła Pani nowy samochód w miejsce tego rozbitego w wypadku? U mnie wszystko w porządku. Oto co wydarzyło się w czerwcu:
1. Rodzice (WRESZCIE) zgodzili się na pieska po tym, jak błagałem ich przez dziewięć lat. To suczka golden retreivera i nazywa się Thor po moim ulubionym greckim bogu, bogu wojny.
2. W Święto Dziękczynienia jedziemy na safari do Botswany, bo moja siostra Susannah pracuje tam dla Korpusu Pokoju.
3. Mój projekt na targi naukowe zdobył drugą nagrodę. Dziękuję za Pani pomoc przy części pisemnej. Jurorzy stwierdzili, że przeprowadziłem bezbłędne rozpoznanie, ale była tam dziewczyna młodsza ode mnie (szósta klasa! no nie!) i ona zbudowała całego automatycznego wieloryba, który pływał w wodzie. Mama powiedziała, że na pewno pomogli jej rodzice, bo jej tata jest inżynierem, a moi rodzice mi nie pomogli, więc powinienem być dumny i czuć się jak zdobywca pierwszego miejsca, co jest zupełnie głupie, bo przecież nie wygrałem, ale w pewnym stopniu się z nią zgadzam.
4. Moja psychiatra, doktor Laura, musiała się wyprowadzić na Alaskę, bo jej mąż pracuje w firmie naftowej, co jest wstrętne i to jej powiedziałem, i został przeniesiony. Mam teraz nowego psychiatrę, doktora Olivera, i nienawidzę go. Ma nieświeży oddech, a na czubku głowy łupież i wielkiego obleśnego strupa, więc za każdym razem, kiedy się pochyla, żeby coś zapisać w notesie, muszę na niego patrzeć i zbiera mi się na wymioty. Powstrzymuję się z całych sił, żeby mu o tym nie powiedzieć, a mama za każdym razem mówi mi, kiedy tam idę, że jeśli nikomu o tym nie powiem, zabierze mnie do sklepu Seven-Eleven, żebym wybrał sobie w nagrodę batonika. Pierwsza wizyta przebiegła bez problemów i dostałem Twixa. Doktor Laura robiła tak, że czułem się mniej dziwny niż w rzeczywistości, ale doktor Oliver sprawia, że czuję się jeszcze dziwniejszy niż w rzeczywistości (tak myślę).
Nie mogę się doczekać na list od Pani z 15 lipca. Chciałbym też poprosić, żeby sprawdziła Pani w antykwariacie, czy nie ma więcej starszych książek sceince fiction, takich jak te, które wysłała mi Pani na Boże Narodzenie, to znaczy H.G. Wellsa.
Z serdecznymi pozdrowieniami
Harry Landy
PS Zachowam Pani kamienie dla siebie. Też lubię używać tego słowa na określenie tajemnic. Jestem bardzo dobrym strażnikiem kamieni. Nie powiedziałam nikomu, ani mojemu tacie, ani nikomu innemu, że traci Pani wzrok. Dlaczego to tajemnica?
PS2 Czy uważa Pani, że prezydent Obama wygra drugie wybory?
Rosalie Van Antwerp
33 Orange Lane
Goshen, CT 06756
10 sierpnia 2012
Droga Rosalie,
nie mam od Ciebie żadnych wiadomości. Czekam na odpowiedź na mój ostatni list, ale nie mogę czekać w nieskończoność. Zdaję sobie sprawę, że Twoje życie jest o wiele intensywniejsze niż moje, spokojne, więc pokornie piszę ponownie. Czy nowy wózek inwalidzki Paula już dotarł? Jak się trzyma Lars?
Posłuchaj, co ostatnio wymyśliły moje niewdzięczne latorośle. Pamiętasz, jak wspomniałam, że miałam mały wypadek samochodowy. Cóż, wszystko zostało załatwione i należał mi się nowy samochód, więc teraz jeżdżę nowoczesnym Volkswagenem Beetle (wygląda jak pojazd z przyszłości, w pięknym czerwonym kolorze), ale prawie miesiąc po wypadku dostałam e-maila od mojej córki. Nie przebywa teraz w Londynie, tylko w Sydney, więc e-mail wpadł do mojej skrzynki odbiorczej o czwartej rano, a dotyczył tego, że PO DRUGIEJ STRONIE ZIEMI dowiedziała się od swojego brata, że miałam wypadek, i teraz ma dla mnie liczne rady, a wśród nich taką, że ni mniej, ni więcej, tylko powinnam sprzedać dom (który uważa za stary i przedpotopowy) i przenieść się do domu opieki. Wypowiada się na temat mojego zabezpieczenia finansowego (i właśnie DOKŁADNIE dlatego nigdy nie powiedziałam dzieciom, ile jestem warta w dolarach i centach). Najwyraźniej rozmawiają o tym za moimi plecami. Tak się składa, że rozpoznawaliśmy z Guyem sprawę, która toczyła się, no nie wiem, pod koniec lat osiemdziesiątych, a dotyczyła kobiety trochę tylko starszej ode mnie, która POZWAŁA swoje DZIECI, ponieważ nakłoniły ją, żeby sprzedała dom, i umieściły w miejscu, które bardziej przypominało więzienie lub szpital psychiatryczny niż dom spokojnej starości. Szczury w toaletach i tak dalej. Prawdziwe piekło. Ciągle mam ją przed oczami. Nazywała się Elizabeth Franklin, mała kobiecina przyklejona do barierki, ściskająca w rękach torebkę, którą w nocy pogryzły szczury. Obrzydlistwo. Nigdy, przenigdy w życiu nie pomyślałabym, że to mogłabym być ja, moje własne dzieci. Teraz pewnie się zastanawiasz, co odpowiedziałam: no więc nie odpowiedziałam. Wróciła z Sydney, zadzwoniła do mnie w zeszłym tygodniu - widziałam, że dzwoni, ale poczekałam, aż przerzuci ją na pocztę głosową. Ależ to dziecko ma tupet, to trzeba jej przyznać. Ma nerwy tak stalowe, że mogłaby bez mrugnięcia okiem zatopić "Titanica". Wyobrażasz to sobie? Nie ma nic wspólnego z moim życiem, równie dobrze mogłaby mieszkać na innej planecie, widuje mnie raz do roku, jak dobrze pójdzie, i uważa, że przyszła pora, żebym przeniosła się do nowego domu opieki w Falls Church! No więc nie, nic z tego.
Zmiana tematu. Napisałam do Ann Patchett, kiedy skończyłam czytać "Stan zdumienia", a wczoraj rano znalazłam w skrzynce odpowiedź! Urocza mała pocztówka z psem. Zawsze lubiłam dostawać odpowiedzi. Czytam "Powrót do Missing" Abrahama Verghese'a (musiałam sprawdzić, jak to się pisze). Jest bardzo długa. A co Ty czytasz?
Uściski
Sybil
Szanownwny Sędzia James Landy
98 Dumbarton St. NW
Washington, DC 20007
3 września 2012 (Święto Pracy)
Drogi Jamesie,
przede wszystkim: jak się miewa Harry? W ostatnim liście wydawał się okrutnie przygnębiony. Dobrze, że w końcu pozwoliliście dzieciakowi na psa, ale myślę, że potrzebuje też innego terapeuty niż ten doktor Oliver. Wydaje się straszny. Jesteś pewny, że to nie pedofil? A skoro już przy tym jesteśmy, nie sądzę, żeby Harry potrzebował psychoterapeuty. Wasze pokolenie potrafi zrobić problem z kogoś absolutnie genialnego.
Jestem pewna, że już się o tym dowiedziałeś, ale na wypadek, gdyby jednak nie, a także na wypadek, gdybyś poszedł za owczym pędem i nie zadbał o subskrypcję właściwej gazety (W WERSJI DRUKOWANEJ, odpowiednio zredagowanej, bez wyskakujących reklam) i czytał ją tylko w internecie, załączam nekrolog. (Guy zmarł w weekend). Tekst jest dość nijaki, rozwleczony, ewidentnie dążący do zachowania neutralnego języka, który nie wywoła żadnych politycznych kontrowersji, ale dali ładne zdjęcie, z sądem w tle. Myślę, że to samo zdjęcie prasa opublikowała, kiedy przechodził na emeryturę. Guy wygląda bardzo dostojnie. Wyobraź sobie, uważałam go wtedy za zniedołężniałego, HA, a teraz jestem niemal w tym samym wieku.
Odwiedziłam go, bo ja wiem, jakieś parę miesięcy temu. Wiesz, że zwykle nie podróżuję. Bywam tu i ówdzie, ale nie podróżuję. W zeszłym roku Bruce sprezentował mi system GPS do samochodu i to coś nawet do mnie gada. Masz taki? Jest bardzo sprytny. Wpisujesz adres i przyczepiasz urządzenie do przedniej szyby za pomocą przyssawki, a mapa przesuwa się razem z tobą, do tego głos mówi "skręć tutaj w lewo, za sto metrów skręć w prawo", więc byłoby mi łatwiej, gdybym z niego korzystała, ale tego nie robię. Nie wiem czemu, no ale wróćmy do tego, że pojechałam go odwiedzić. (Mówię o Guyu. Przez kilka ostatnich lat przebywał wyłącznie w swoim domu nad zatoką). Musiałam przejechać przez Bay Bridge. Stwierdzam, że nie znoszę przejeżdżać przez Bay Bridge. Zawsze tak było. Ponad sześć kilometrów na takiej wysokości, że robi się niedobrze, uczepiona kurczowo kierownicy. Och, kiedy jeździliśmy tam na jeden dzień, moi synowie uważali za bardzo zabawne to, że nie mogłam na tym moście rozmawiać. W każdym razie posiedział ze mną z pół godziny, zanim się zmęczył, a tak szczerze mówiąc, umysł już mu prawie nie działał. To takie straszne, stracić zdolności intelektualne. Guy nigdy nie zapomniał o żadnej sprawie, nigdy, ale potem przyszła seria udarów i zawał serca w zeszłym roku. Myślisz o tych wszystkich latach, wszystkich sprawach, które razem prowadziliśmy, o wspomnieniach, które dzieliliśmy. Tak między nami, wcale nie chciałam tam jechać, nie czułam się z tym komfortowo. Kiedy po raz pierwszy przyszłam do jego domu, próbował mnie poderwać, jakbym była call girl, chociaż w końcu mgła jakby zaczęła się trochę rozstępować. Napomknął coś o sądzie, więc wiedziałam, że odnalazł w myślach drogę powrotną. Tak naprawdę pojechałam ze względu na Liz. Nie rozmawiałam z nią od tamtej pory, ale było oczywiste, że on długo już nie pociągnie. Boże, mam nadzieję, że nie dożyję dziewięćdziesięciu trzech lat. Koszmar.
"The Sun" poświęciło mu wczoraj całą rozkładówkę i nie uwierzysz, ale Alex Toole opisała mnie w swojej rubryce "Co się przydarzyło" (no nie uwierzysz w to): "Co się przydarzyło Sybil Van Antwerp?". Jak to zobaczyłam na papierze, to aż mnie zatchnęło. Bądźmy szczerzy, to przecież niedorzeczne. Możesz to sobie wyobrazić? (Ja nie mogłam. Nigdy w życiu. Co za absurd). Dziennikarka twierdziła, że próbowała się ze mną skontaktować. Z całą pewnością nie, ale nawet gdyby próbowała, nie zaszczyciłabym jej odpowiedzią. To stek bzdur, ale kupiłam kilka egzemplarzy gazety, żeby rozesłać nekrolog dzieciom, Felixowi i tak dalej, więc załączam ten tekst, bo wiem, że będziesz kwiczeć z radości.
Co u Marly? Jak dziewczynki? Harry pisał, że jedziecie do Afryki. Koniecznie zadbaj o niezbędne szczepienia. Co słychać w Waszyngtonie? (Jeśli mam być szczera, to z mojej perspektywy Waszyngton wygląda jak bal na "Titanicu", ale to przecież nic nowego. Chociaż muszę przyznać, że sama jestem zaskoczona, jak bardzo lubię prezydenta Obamę. Jest wspaniałym mówcą. Mogłabym słuchać, jak czyta książkę telefoniczną). U mnie w porządku. To było dobre lato. Moje dalie pięknie rozkwitły, jestem bardzo zadowolona. I spójrz, do czego to doszło: stara baba pisze raporty ogrodnicze, a Ty ciągle ratujesz świat i próbujesz utrzymać statek na kursie.
Miło będzie Cię zobaczyć, zakładając, że wybierzesz się na pogrzeb. Gazety piszą, że ceremonia będzie przesunięta, co jest, moim zdaniem, nietaktowne. Trzymać zmarłego w takim stanie zawieszenia, no ale nikt mnie nie pytał o zdanie.
Serdeczności
Sybil
Załącznik:
Co się przydarzyło Sybil Van Antwerp?
"Baltimore Sun" / Dział opinii
Alex Toole, felietonistka
Zmarł szanowany sędzia Guy D. Donnelly z Frederick oraz St. Michaels, Maryland. Sędzia Donnelly był powszechnie znany po dwudziestoośmioletniej służbie w sądzie okręgowym Maryland w hrabstwie Frederick (1971-1999), stateczny, rozważny, nie nadużywał słów i kierował się nienaganną sprawiedliwością, szanowany na sali sądowej przez obie strony, słynny feminista. Jednym słowem, współczesny jednorożec. Zmarł w swoim domu, mając u boku dwie kobiety: żonę Elizabeth oraz córkę Nancy Louise (po mężu Young). Ale co z trzecią kobietą w jego życiu?
Podczas zbierania informacji o Donnellym i jego sędziowskiej karierze natykałam się na nią raz po raz, jej nazwisko występowało w każdym wywiadzie; jej inicjały na dokumentach, jej twarz w relacjach z sali sądowej, jej drobna sylwetka, okulary, zgrabne czółenka nawet na zdjęciu sędziego opuszczającego sąd po głośnym procesie Stan Maryland kontra James Ross, sprawie o morderstwo, która w 1982 roku zelektryzowała opinię publiczną. Sybil Van Antwerp była dobrze znana jako asystentka sędziego Donnelly'ego przez prawie trzydzieści lat. Przeszli na emeryturę tego samego dnia w 1999 roku i nie ma zbyt wielu informacji o tym, kim była, z wyjątkiem funkcji pełnionej u boku sędziego. Jakby rozpłynęła się w powietrzu.
Co wiemy: Van Antwerp ukończyła studia prawnicze na University of Virginia (UVA) z najlepszym wynikiem w roczniku w 1967 roku, rok po zakończeniu skomplikowanej, publicznej sprawy Thackery Materials kontra Harold Boyne, w której Guy Donnelly (ówczesny adwokat prowadzący prywatną praktykę) reprezentował ofiary. Dla przypomnienia, była to sprawa dotycząca azbestu stosowanego na okrętach wojennych jako środek zmniejszający palność, co wywołało azbestozę u setek marynarzy kilkadziesiąt lat po zakończeniu służby. Donnelly, wówczas mający ogromne wzięcie i więcej pracy, niż był w stanie wykonać, szukał partnera, a jego bliski przyjaciel, były adwokat i wykładowca na Wydziale Prawa UVA, skontaktował się z nim i zasugerował zatrudnienie Sybil Van Antwerp ze względu na jej przenikliwość, usposobienie i niepokalaną etykę pracy.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej