Rozdział pierwszy
Marta Bandurska, drobna, obcięta na pazia blondynka, patrzyła na rozbity
wazon i czuła, że zaraz trafi ją potężny szlag. Od rana nic nie szło
tak, jak powinno. Najpierw nie dojechała zamówiona dostawa róż, bo
kierowca miał wypadek na autostradzie. Wjechała w niego cysterna
czekolady i strażacy próbowali jakoś poradzić sobie z wypadkiem, w którym główną rolę odgrywały setki róż, topiące się w mlecznej mazi.
Usunięcie wycieku wymagało nadludzkich sił, mróz powodował, że czekolada
zamarzała, róże w niej zanurzone, choć wyglądały malowniczo, nie
ułatwiały zadania. Ranny kierowca cysterny odjechał do szpitala, a kierowca ciężarówki z kwiatami siedział na poboczu, trzymając się za
głowę i jęcząc:
- Co ja zrobię, co ja zrobię teraz, co ja zrobię, co ja zrobię teraz...
- Panie! Weź pan się uspokój! - warknął na niego strażak, który,
przyklejając się do asfaltu, czekał na instrukcje od specjalisty brygady
chemicznej. Specjalista brygady chemicznej drapał się w tym czasie w głowę i szukał rozwiązania. Wiedział, jak sobie poradzić z benzenem,
toluenem, chloroformem, terpentyną, wodorotlenkiem potasu, pirydyną czy
nawet gliceryną. Ale z czekoladą? Zdecydował w końcu, że najlepszym
rozwiązaniem będzie zastosowanie specjalnych myjek z ciepłą wodą pod
ciśnieniem, ale wiedział, że samo spłukanie czekolady na pobocze nie
rozwiąże sprawy. Akcję utrudniały zamarzające w czekoladzie róże, całość
sprawiała wrażenie scenografii do teledysku Guns N' Roses i generalnie
panowało pandemonium. Marta odebrała telefon, że zamówione na trzy
pogrzeby i dwa wielkie wesela róże nie dojadą, i właśnie zastanawiała
się, co tu zrobić, kiedy do kwiaciarni wpadł Kocio, jej pierworodny i jedyny syn, z kolejnym problemem.
- Matko! - jęknął. - Ja nie mogę ci pojechać po te gerbery, bo Jagna ma
sześć pogrzebów, a pani Dolecka musi być zrobiona na już, ja cię bardzo
przepraszam, ale ja się nie wyrobię!
Kocio był tanatokosmetologiem w zakładzie pogrzebowym Było - Minęło,
prowadzonym przez przyjaciółkę Marty, i odpowiadał za przygotowywanie
zwłok do pogrzebu. Marta wiedziała, że jego praca nie może czekać, więc
tylko westchnęła i machnęła ręką, żeby leciał do Jagny. Machnęła tak
nieszczęśliwie, że wazon z gipsówką wiechowatą zleciał na podłogę.
Próbując posprzątać bałagan, skaleczyła się odłamkiem wazonu, podniosła
dłoń do ust, żeby zatamować krew, czując, że jeszcze chwila, a trafi ją
tym razem jasna cholera. Kolejną przyczyną jej złego humoru była poranna
rozmowa z dziewczyną, która pracowała u niej już kilka lat. Dobrze się
dogadywały i Marta była też zadowolona z efektów jej pracy. Aldona miała
zmysł artystyczny, kochała kwiaty i umiała tworzyć piękne kompozycje.
Niestety, dziś rano powiedziała Marcie, że jej mąż dostał świetnie
płatną pracę w Londynie, w samym City. Decyzja została podjęta zatem
niejako automatycznie, ona jako florystka wszędzie znajdzie pracę, a męża nie puści samego, bo wiadomo, że zaraz jakaś londyńska harpia
zatopi w nim kły i pazury. Marta niechętnie musiała przyznać jej rację,
ale na samą myśl, że będzie musiała przeprowadzić jakieś rozmowy
kwalifikacyjne i testy z tworzenia bukietów, robiło jej się słabo. Stała
pogrążona w ponurych myślach, ssąc skaleczony palec, kiedy zadzwonił
dzwonek u drzwi i do kwiaciarni wszedł starszy pan z rudym jamnikiem.
- Dzień dobry - przywitał się grzecznie.
- Nie taki dobry - burknęła Marta, oglądając palec. - W czym mogę pomóc?
- Może nie w porę? - zapytał grzecznie starszy pan, czym zawstydził
Martę.
- Przepraszam pana, dzisiaj dzień szalony, nic mi się nie układa, nie
powinnam odzywać się takim tonem. Proszę powiedzieć, co pana do nas
sprowadza?
Metr i sześć centymetrów jamnika przeszło się po kwiaciarni, po czym
wskoczyło na fotel przygotowany dla oczekujących na bukiety klientów -
mlasnęło, ziewnęło i zwinęło się w kłębek.
- Proszę się nie przejmować - odparł starszy pan. - Każdy z nas ma takie
dni. Widzę, że Dudusiowi się u pani spodobało. Może tam leżeć czy mam go
zrzucić?
- Bardzo mi miło - ucieszyła się Marta, wrzucając kawałki wazonu do
kosza. - Jeśli mu się tam podoba, to niech odpoczywa w spokoju. Znaczy,
niech sobie leży - poprawiła się natychmiast.
Starszy pan ukłonił się grzecznie w podziękowaniu.
- Nazywam się Adolf Dobraniecki. Moja żona zmarła w zeszłym miesiącu, a ja ciągle chciałbym kupować jej piękne kwiaty - westchnął. - Zawsze
dostawała ode mnie dużo kwiatów, wie pani. Jestem starej daty, zawsze
uważałem, że o kobietę trzeba dbać. A już zwłaszcza o żonę. Pani Jagna
mi panią poleciła. Kornelia miała takie piękne kwiaty na pogrzebie, pani
Jagna powiedziała, że to od pani.
- Marta Bandurska - przedstawiła się Marta. - Bardzo mi przykro z powodu
pańskiej straty, ale będę zachwycona, jeśli będzie pan chciał wybierać
bukiety u nas. Jakie kwiaty lubiła pani Kornelia?
- Najbardziej lubiła słoneczniki, to takie radosne kwiaty, ale
przepadała też za margerytkami. W ogóle lubiła wszystkie kwiaty -
zadumał się i ponownie westchnął.
- Przygotuję panu bukiet, a tymczasem proszę usiąść w tym drugim fotelu.
Napije się pan herbaty? Sobie też będę robiła - dodała, widząc, że pan
Adolf chce odmówić. - Mam świetną zimową herbatę, pachnie pomarańczami i goździkami, dodaję do niej też odrobinę imbiru, miodu i mojego
sekretnego składnika, czyli rozmarynu - zagotowała wodę i wyciągnęła
specjalny czajniczek do parzenia herbaty. - Za pięć minut będzie gotowa,
a ja tymczasem będę przygotowywać kwiaty dla pani Kornelii. Margerytki
to piękne kwiaty, symbolizują pozytywne emocje i szepczą, że obdarowana
kobieta jest piękna - sięgnęła po eustomę. - Świetnie się z nią
komponują, tak samo jak z takimi pastelowymi goździkami - wyciągnęła z wazonu bladoróżowe. - I z gipsówką. Zaraz panu pokażę.
Pan Adolf patrzył przez chwilę, w jaki sposób Marta przygotowuje
kremowo-różowy bukiet, w końcu sięgnął po kubek i nalał sobie herbaty.
- Jakie piękne! Lubi pani malarstwo? - oba kubki przedstawiały obrazy
Claude'a Moneta. Jeden nenufary, a drugi pole maków.
- Nie bardzo znam się na malarstwie, ale lubię impresjonistów - Marta
przyłożyła jeszcze jedną gałązkę gipsówki do bukietu, ale rozmyśliła się
i wstawiła ją z powrotem do wazonu. - Moneta, Sisleya, Renoira, Degasa.
Podoba mi się ta ulotność na ich obrazach. Chwila złapana pędzlem, te
kolory, światło, taka, bo ja wiem, pszczoła zatrzymana w locie, ale
widać jeszcze drżenie skrzydeł, czuć zapach gryki, słychać brzęczenie...
- Pięknie to pani opisała. I herbata z takiego kubka rzeczywiście
wspaniale smakuje. Pachnie zimą i Bożym Narodzeniem. I dobrymi emocjami
- zamyślił się. Marta zerknęła na niego, stawiając na blacie gotowy
bukiet. Pan Adolf trzymał kubek obiema dłońmi, rozkoszując się ciepłem.
Ocknął się z zamyślenia po chwili i dopił herbatę. - Och! Przepiękny! -
zachwycił się, kiedy zobaczył kwiaty. - Pani Jagna miała rację, mówiąc,
że pani jest doskonała w tym, co robi.
Marta uśmiechnęła się i wręczyła bukiet panu Adolfowi.
- Może będzie pan chciał, żeby następny przygotować na gąbce? Będzie
dłużej stał i wiatr go nie przewróci.
- Zastanowię się, dobrze? Zapytam Kornelię, co będzie wolała. Bardzo
dziękujemy za kwiaty i zimową herbatę. Duduś! Idziemy - cmoknął na psa,
który zaczął powoli złazić z fotela, przeciągając się i ziewając.
Pierwsza na rozmowę kwalifikacyjną przyszła wielka i zwalista kobieta w burym płaszczu, zielonej garsonce i wysokich brązowych butach. Wyglądała
jak omszałe drzewo. Marta, choć pełna niepokoju, jak taka osoba będzie
poruszać się po kwiaciarni pełnej delikatnych wazonów, postanowiła nie
ulegać stereotypom i dać jej szansę. Niestety, kobieta miała mniej
więcej tyle finezji co hutniczy piec, a jej bukiet był tak przerażająco
ponury, że na sam widok człowiek wybuchał nieopanowanym łkaniem. Kolejna
kandydatka nie miała żadnego doświadczenia w pracy z kwiatami, ale
podobno szybko się uczyła i podobała się mężczyznom, co na pewno
podniosłoby kwiaciarni obroty. Marta odprawiła ją, czując, że podniosło
się jej lekko jedynie ciśnienie. Kolejne trzy kandydatki były
przeciętne, przygotowane przez nie bukiety nie były brzydkie, ale po
prostu zwyczajne, nie zapadały w pamięć i nie wzbudzały żadnych emocji.
Mijały kolejne dni, zbliżał się termin wyjazdu Aldony, a Marta nadal nie
znalazła zastępstwa. Jedyny facet, który pojawił się jako kandydat,
ukłuł się w palec kolcem róży podczas składania bukietu i urządził taki
dramat, że Marta myślała, że obciął sobie dłoń sekatorem. Kiedy się go
wreszcie pozbyła, zużywszy uprzednio cały zapas plastrów i bandaży z apteczki, miała serdecznie dosyć rozmów kwalifikacyjnych i wszystkich
kandydatów świata.
Na tę właśnie chwilę trafił pan Adolf z Dudusiem.
- Dzień dobry, pani Marto! Przynieśliśmy faworki do herbaty i mamy
nadzieję, że pani z nami usiądzie.
- A dzień dobry panom, bardzo proszę, już wstawiam wodę, usiądę z ogromną przyjemnością. Zawsze jak pan przychodzi, to od rana dzieją się
u mnie jakieś dziwne i niespodziewane rzeczy - opowiedziała o poszukiwaniach zastępstwa za Aldonę i o przebiegu najciekawszych rozmów.
- Mam, wie pan, taką ekipę pomocników na weekendy, na jakieś większe
imprezy, to znajomi naszych synów, mojego i Jagny. Oni nam pomagają z transportem, z dostawami, ale bukiety i wieńce to ja jednak sama robię.
Aldona mogła mnie zastąpić, ale jak ja teraz nie znajdę nikogo, to
przecież sama nie dam rady. Muszę czasem spać - dodała z żalem i zalała
herbatę, która dzisiaj pachniała mandarynkami, anyżem i cynamonem.
Pan Adolf wciągnął ten zapach z lubością i podał jej opakowanie
faworków, bogato oprószonych cukrem pudrem. Marta wyłożyła je na
świąteczny czerwony talerz w kształcie gwiazdy i podała małe talerzyki.
- Doskonale się składa, że mam tutaj trzy fotele. Wie pan, dostawiłam
trzeci, bo często przychodzą do mnie pary po wybór kwiatów lub wiązanki
ślubnej, i proszę sobie wyobrazić, oni często przychodzą z czyjąś matką.
Jej albo jego. Ale jak już te matki przyjdą, to zawsze mają najwięcej do
powiedzenia, każą sobie pokazywać zdjęcia, kwiaty, odcienie... No i ten
trzeci fotel okazał się niezbędny. Ciekawa rzecz, że wybór kwiatów na
ślub tak się celebruje, a na pogrzeb kwiaty wybiera się szybko, na
łapu-capu, bez zastanowienia. Z katalogu, krótkiej listy dziesięciu
rodzajów wieńców lub wiązanek. O rety! Ja pana przepraszam, ja jestem
bezmyślna, że tak powiedziałam...
- Nie, nic - pan Adolf uniósł rękę w uspokajającym geście. - Ma pani
rację. Chyba nikt nie lubi tych wizyt w domu pogrzebowym. Najlepiej
załatwić wszystko za jednym zamachem, dopiero potem przychodzi trochę
spokoju, refleksja, kilka trzeźwiejszych myśli - machinalnie pogłaskał
Dudusia po głowie. Ten tylko mlasnął smakowicie, bo śnił akurat o wołowej kości. - Widzi pani, ja dopiero teraz pomyślałem o tych
kwiatach, człowiek jednak musi się na starość mierzyć z własnymi
słabościami i ograniczeniami. Wie pani, byłem pewny, że to ja odejdę
pierwszy. Nie żebym chorował czy coś, po prostu tak to najczęściej
wygląda. Ja - zawahał się - ja przygotowałem Kornelii taki przewodnik,
jak mnie zabraknie. Gdzie dzwonić, co opłacać, o czym pamiętać. Żeby nie
musiała się stresować, męczyć, szukać - znowu głęboko westchnął. - O związek, pani Marto, trzeba dbać całe życie. A nawet po śmierci. Tak
myślę. Miłość powoduje, że chcemy ułatwić, uprzyjemnić ukochanej osobie
życie. I jak dwie takie osoby się spotkają, to mnóstwo rzeczy robią
razem, a to sprawia, że wszystko staje się prostsze... - napił się
herbaty. - Od diagnozy do odejścia Kornelii minęły trzy miesiące. Bardzo
krótkie trzy miesiące. Ciągle miałem irracjonalną nadzieję, wie pani. A to przecież rak trzustki, podstępny, złośliwy gad, który podpełza
niezauważenie i nagle śmiertelnie kąsa - trzymał obiema rękami kubek w słoneczniki, tym razem przedstawiający obraz van Gogha. - O rety! Ja tu
panią zanudzam, a pani ma pewnie mnóstwo pracy! - zerwał się z fotela. -
Bardzo dziękuję za pyszną herbatę, ten delikatny smak anyżu przeniósł
mnie na chwilę do Francji! Duduś, zbieramy się. Do zobaczenia, pani
Marto.
I zanim Marta zdążyła wypowiedzieć choćby słowo, wyszedł z kwiaciarni, a za nim podreptał rudy jamnik, nie całkiem jeszcze dobudzony, więc
ziewający na potęgę. Marta dopiła herbatę i posprzątała kubki, wpatrując
się przez chwilę w wymalowane na nich kwiaty.
Po południu do kwiaciarni wpadła Jagna.
Z Jagną Marta przyjaźniła się od lat, od kiedy ich jedyni synowie wpadli
w szkolne tarapaty ze względu na fakt, iż podobno straszyli inne dzieci
śmiercią. Jako żywo, nikogo nie straszyli. Mikołaj, wychowywany w domu
pogrzebowym, i Kocio, który marzył, żeby mu rodzice kupili choćby
najmniejszą trumnę, w której pragnął sypiać, mieli po prostu nieco inne
spojrzenie na kwestie śmierci niż reszta dzieci. Nie przerażała ich,
traktowali ją jako coś naturalnego i nie bardzo rozumieli, dlaczego nie
powinno się o niej rozmawiać. Nie spotkało się to zbytnio z aprobatą
grona pedagogicznego, zwłaszcza dyrektorki szkoły, która żądała od
rodziców chłopców, aby przestali opowiadać na prawo i lewo, że ludzie
umierają. Nieśmiałe uwagi Jagny i Marty, że przecież ludzie naprawdę
umierają i w zasadzie nie ma od tego wyjątków, stanowczo ucinała,
twierdząc, że ta wiedza nie jest dzieciom do niczego potrzebna w przeciwieństwie do niezbędnych w jej przekonaniu informacji o układzie
trawiennym pantofelka oraz wzorze chemicznym siarczanu miedzi. Uwagę
Jagny, że jeśli chodzi o pantofelki, to ona preferuje skórzane i najlepiej w czerwonym odcieniu, litościwie przemilczała. Skąd bowiem
taka kobieta, która zamyka syna za karę w trumnie, może mieć
jakiekolwiek pojęcie o właściwym systemie edukacji i wychowaniu młodych
obywateli. Oczywiście Jagna nie stosowała takich kar, choć może i kiedyś
zdarzyło się, że Mikołaj sam tam wlazł i się zatrzasnął, ale próby
tłumaczenia matki dyrekcja zbyła machnięciem dłoni i wzniesieniem oczu
ku niebu.
Chłopcy natychmiast się zaprzyjaźnili, takoż jak ich matki, które,
dokooptowawszy jeszcze Magdę, właścicielkę firmy cateringowej
Zamieszane, stworzyły konsorcjum funeralno-ślubne. Zakład pogrzebowy
Jagny, kwiaciarnia Cuda-Wianki Marty oraz restauracja Magdy uzupełniały
się znakomicie. Jagna nieco ubolewała, że Magda nie żywi pacjentów w szpitalach oraz domach pomocy społecznej, bo można byłoby nieco
podkręcić obroty, ale przyjaciółka stanowczo odmawiała rozszerzenia
działalności o ten zakres.
- Żywienie w szpitalu? Oszalałaś? To najgorszy biznes cateringowy, jaki
istnieje! Państwo nie dopłaca do tego, przeznacza na dobę na żywienie
dziesięć złotych!
- Jak dziesięć złotych? - nie zrozumiała Jagna.
- Normalnie. Masz dziesięć złotych na jednego człowieka na cały dzień i za to masz kupić produkty i dać pacjentowi śniadanie, obiad i kolację.
Oraz podwieczorek i drugie śniadanie.
- Za dziesięć złotych??? To co oni jedzą? Tekturę?
- Nie no, można coś tam już wymyślić za tę dyszkę. Ale szału raczej nie
ma, rozumiesz. A potem i tak wszyscy narzekają.
- A nie można przeznaczyć chociaż z piętnaście złotych?
- Można, ja bym chętnie przeznaczyła i czterdzieści. Ale ktoś musiałby
za to zapłacić. A szpitale nie zapłacą ani czterdzieści, ani piętnaście,
tylko dziesięć.
Tym sposobem pomysł szpitalnego żywienia zbiorowego, ku rozczarowaniu
Jagny, upadł. Musiały zadowolić się restauracją i to na całkiem niezłym
poziomie. Ale jak się nie ma, co się lubi...
Jagna weszła i od razu usiadła w fotelu.
- No cześć! Znowu miałam jakiś szalony dzień, a ten ostatni pogrzeb to
mnie już dobił.
- A co się wydarzyło? - zaciekawiła się Marta i zaczęła przygotowywać
swoją popisową zimową herbatę.
- Dziś był pogrzeb tej pani Bożeny. Takiej naprawdę potężnej kobiety...
Możesz tam więcej imbiru wrzucić, bo coś mnie bierze chyba.
- A no wiem, robiłam dla niej cztery wieńce.
- No wiesz, ja kilka razy im mówiłam, żeby ją skremować, ale nie, bo
podobno panicznie bała się ognia.
- Jak ognia - zachichotała Marta i postawiła dzbanek do parzenia herbaty
na stole.
- Jak ognia - zgodziła się Jagna. - I naturalnie jej nie skremowali. Ale
jak przyszło dźwignąć trumnę sprzed ołtarza, to rzecz jasna, nie mogli
poradzić. Bo chcieli sami, synowie i wnuki, ją odprowadzić. I tak się
szarpali, szarpali, to w końcu mówię do moich chłopaków: no idźcie
pomóc, na co czekacie? Na to jedna z tych jej starych ciotek odzywa się
takim filozoficznym głosem, ale wiesz, na cały kościół: "Bożena zawsze
była dla wszystkich ciężarem". No i zaraz tam się pół kościoła obraziło.
Ale powiem ci, że stracha miałam, że chłopaki nie wytrzymają i ta trumna
runie na dno grobu. I się przebije do środka ziemi. No jakoś dali radę
na szczęście, na takich wzmacnianych pasach. Ale dlaczego ludzie nie
słuchają, jak im się tłumaczy, to ja nie wiem.
- No właśnie, a ja ciągle szukam florystki. I powiem ci, że powoli
zaczynam tracić nadzieję. Aldona wyjeżdża za tydzień i nawet nie chcę
myśleć, co dalej.
Ponarzekały chwilę na koniunkturę, pracowników, inflację i życie
ogólnie, a później Jagna poleciała na spotkanie z Ksawerym. Marta już
miała zamykać, kiedy dzwonek u drzwi zapowiedział gościa. Marta
zobaczyła najpierw burzę rudych, tycjanowskich loków, na których lśniły
gwiazdki śniegu, potem zielony płaszcz haftowany w kolorowe papugi.
Młoda dama uśmiechnęła się szeroko i strzepnęła śnieg z parasolki.
Parasolki malowanej, jakżeby inaczej, w kolorowe ptaki. Całość zjawiska
była tak barwna i energetyczna, że Marcie zabrakło głosu.
- Dzień dobry! Słyszałam, że szuka pani florystki. Ja mam doświadczenie,
pracowałam u ciotki przez dwa lata, a teraz studiuję w Akademii Sztuk
Pięknych na wydziale malarstwa. Ja chętnie zrobię bukiet, pani zobaczy,
że potrafię!
Marta skinęła głową i wskazała wazony z kwiatami.
- Bardzo proszę! Niech pani przygotuje wiązankę ślubną - młoda dama
pewnie sięgnęła po bordowe piwonie, róże, dalie i azalie i stworzyła z nich małe arcydzieło. Marta popatrzyła na wiązankę, przeniosła wzrok na
jej twórczynię i kiwnęła z aprobatą głową. Wyciągnęła rękę.
- Witamy na pokładzie, pani...?
- Malwino. Malwina Burska, bardzo się cieszę! - uścisnęła mocno dłoń
Marty.
Pierwszy na Malwinę natknął się Kocio, który w drodze do pracy wpadł po
wieniec. Wszedł do kwiaciarni, zobaczył Malwinę wśród kwiatów i zaniemówił z zachwytu. Zasadniczo nigdy dużo nie mówił, więc pozostało
to niezauważone. Rudowłosa i piegowata sylfida, komponująca bukiety w kwiaciarni matki, kompletnie go zaskoczyła. Mruknął coś, zabierając
wieniec, a ona się do niego uśmiechnęła. Chciał coś powiedzieć, ale
doszedł do wniosku, że musi wyglądać jak wsiowy przygłup, gapiąc się na
nią jak cielę na malowane wrota. Zrobił więc minę, która miała wyrażać
obojętność, zmarszczył czoło, przewrócił oczami i wyszedł, świadom, że
zrobił z siebie konkursowego idiotę. W zasadzie dobrze, że się nie
odezwał, bo na pewno pogrążyłby się nieodwracalnie. Z tego wszystkiego
zamiast zabrać wieniec do samochodu, tachał go w objęciach całą drogę do
zakładu pogrzebowego. Jagna spojrzała na niego raz, potem drugi,
zmarszczyła brwi i zapytała:
- Ducha zobaczyłeś? Jakiś klient niezadowolony?
- Co? - zdziwił się. - Nie, wszyscy bardzo zadowoleni, pan Djaczko nawet
bardzo. Powiedział, że jego żona nigdy nie wyglądała tak pięknie.
- Mistrz komplementów! - mruknęła Jagna. - Żona byłaby niewątpliwie
zachwycona. To w końcu dlaczego jesteś taki jakiś niewyraźny?
Kocio wzruszył ramionami i wziął się do swojej roboty. Nie będzie
przecież się ciotce tłumaczył z chwilowego ogłupienia.
Pan Adolf zajrzał do kwiaciarni kilka dni później i ujrzawszy Malwinę,
nie mógł powstrzymać się od komentarza, iż wygląda, jakby zeszła z obrazu Dantego Rossettiego.
Wywiązała się między nimi zaraz dyskusja na temat jego twórczości,
doboru i nasycenia kolorów.
- Bardzo chciałabym pojechać do Liverpoolu, żeby zobaczyć jego obrazy -
westchnęła Malwina, parząc herbatę panu Adolfowi.
- Robią niesamowite wrażenie, są takie intensywne, jak pani - dodał, a Malwina spłonęła rumieńcem, co wyglądało, jakby cała zajęła się ogniem.
Pan Adolf przyglądał się jej chwilę i pomyślał, że dziewczyna chyba sama
nie wie, jak bardzo niebezpieczną ma urodę. Może wzbudzać szał uniesień,
może być natchnieniem, namiętnością, pożądaniem. Ognista, wyrazista i zmysłowa. Toż to istna Perperuna - bogini wielkich żywiołów.
- Jestem taka szczęśliwa, że dostałam tu pracę - zwierzyła się panu
Adolfowi, stawiając przed nim kubek w maki. Ubrana w pomarańczową
sukienkę wyglądała jak płomień. - Mamy w sobotę ślub i pani Marta
zgodziła się, żebym udekorowała urząd i przygotowała wiązankę. To będzie
ślub w stylu boho. Panna młoda w prostej kremowej sukience chce mieć
bukiet z traw. Mam świetny pomysł, jak to ma wyglądać.
- Nie chcę wyjść na ignoranta, ale co to właściwie znaczy ten styl boho?
- To w zasadzie takie połączenie naturalności, luzu, kwiecistości i zwiewności. Bardzo kobiece, w zgodzie z naturą, żadnych krzykliwych i sztucznych dodatków.
- Ciekawe, że naturalność doczekała się własnej nazwy - mruknął pan
Adolf, popijając łyk zimowej herbaty, pachnącej goździkami i cynamonem.
- Pochodzi od słowa la boheme.
- Cyganeria? - zdziwił się pan Adolf. - Czy to nie opera Pucciniego?
- Tak! - ucieszyła się Malwina i nalała herbaty do drugiego kubka. - Zna
pan jego historię? Zakochał się bez pamięci w Elwirze
Geminiami1, która brała u niego lekcje muzyki. Problemem
jednak był fakt, że istniał też pan Geminiami, a nawet - o zgrozo! -
dwójka Geminiamiątek. Oczywiście w tych czasach w katolickich Włoszech
niemożliwością było dostać rozwód, ale Elwira zabrała dzieci i odeszła
od męża. Straszny skandal.
- Czyli ich życie przypominało operowe libretto?
- Do czasu. Do momentu, kiedy Puccini zaczął być sławny. Doczekali nawet
śmierci pana Geminiami i wzięli ślub, ale wtedy Puccini postanowił
korzystać z życia, sławy i pieniędzy.
Pani Adolf pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Uroda Elwiry przeminęła i kobieta zamieniła się w zazdrosną dewotkę.
Puccini uciekał więc do kolejnych kobiet, co, jak wiadomo, nie
polepszało w żaden sposób relacji małżonków. W końcu uległ wypadkowi
samochodowemu, długo dochodził do zdrowia, a pielęgnowała go młodziutka
dziewczyna ze wsi, Doria. Tak bardzo się wszystkim spodobała, że została
w domu Puccinich jako służąca.
- Och nie! - jęknął pan Adolf.
Malwina odstawiła kubek.
- No niestety tak. Naturalnie Elwira z biegiem czasu stała się
obsesyjnie o nią zazdrosna. Wietrzyła romans, ale tutaj pana zdziwię:
Giacomo nigdy się na ten romans nie zdecydował. Pomimo jego zapewnień
Elwira, rozszalała w podejrzeniach, wyrzuciła Dorię, publicznie
oskarżyła ją o romans i namówiła księdza, żeby ją napiętnował z ambony.
Napadała ją nawet na ulicy, wyzywając od dziwek i wywłok.
- To się musiało źle skończyć - westchnął starszy pan.
- I się skończyło. Doria postanowiła popełnić samobójstwo. Ale że zażyła
trutkę na szczury, biedna dziewczyna umierała przez tydzień, tocząc
pianę z ust...
- Och nie! - ponownie jęknął pan Adolf.
- Tak! To było straszne. Ale proszę sobie wyobrazić, że po jej śmierci
przeprowadzono sekcję zwłok i koroner stwierdził, że Doria była
dziewicą! Elwira została oskarżona i miała stanąć przed sądem. Ale
naturalnie kilka odpowiednio wypchanych złotem sakiewek załatwiło
sprawę.
- I co było dalej? Puccini rozstał się z Elwirą?
Malwina uśmiechnęła się smutno.
- I tu pana zaskoczę. Widząc skruchę żony, Puccini wybaczył jej i wrócili do siebie. Nie na długo. Giacomo napisał operę Turandot,
inspirowaną historią Dorii, ale zanim ją dokończył - zmarł. Miał
nowotwór gardła, bo palił ponad osiemdziesiąt papierosów dziennie.
- Ależ to przerażająco smutna historia! - westchnął pan Adolf,
odstawiając kubek. - Biedna Doria. Chociaż zachowała cząstkę
nieśmiertelności dzięki operze. Ale ta historia mogła się wydarzyć także
współcześnie. Namiętność, miłość i śmierć: trzy furie, które toczą bitwy
przez wieki. Niezwykła historia. Aż nabrałem ochoty na wieczór w operze!
Bardzo dziękuję za herbatę, zabieram bukiet dla Kornelii i pędzę, żeby
jej to opowiedzieć. Duduś, idziemy!
Pan Adolf wyszedł, a Malwina zabrała się do komponowania kolejnego
bukietu.
Rozdział drugi
Kocio właśnie zajmował się mężczyzną po wypadku samochodowym. Liczne
ubytki twarzy korygował woskiem modelującym, którego trzy puste już
pudełka stały obok jego warsztatu pracy. Pieczołowicie pracował nad
odtworzeniem lewego ucha, zastanawiając się, czy van Goghowi też ktoś po
śmierci dorobił brakujące ucho, czy został pochowany z jednym.
Jagna weszła do jego pracowni i westchnęła.
- Masz więcej kosmetyków niż ja.
- Nic dziwnego, ciotko, ty nie potrzebujesz aż takiej korekty. Pan
Mateusz raczył był stracić twarz w tym wypadku.
- Nie straciłby, gdyby nie jeździł po pijaku, tylko wziął taksówkę. A tak urządził sobie rajd po wąskich uliczkach Warszawy, który zakończył
na latarni. Dobrze, że nikogo więcej nie zabił - mruknęła Jagna.
- Mateusz, przesuń się troszkę - zwrócił się do nieboszczyka Kocio,
przekładając go nieco wyżej, bo było mu niewygodnie nakładać wosk.
Jagna prychnęła.
- Kocio, tu masz jego garnitur i koszulę, żona przyniosła - powiesiła
worek z ubraniem na wieszaku. - Dorobiłeś to ucho?
- Dorabiam ucho i energicznym ruchem uchwytując za ucho, przenoszę
gościa do wieczności2 - odpowiedział.
- Śmierć w kawiarni - uśmiechnęła się Jagna. - Mój ukochany
Gałczyński.
- Ciotko, w przyszłym tygodniu mam dwudniowe szkolenie - poinformował
Kocio, pochylając się nad Mateuszem.
- Kocio, ty sam mógłbyś prowadzić takie szkolenia - westchnęła Jagna. -
Co tym razem?
- Triki wizażowe i makijaż osób otyłych. Pojawiają się ciągle nowe
technologie, może się czegoś nowego nauczę. A otyłych mamy coraz więcej.
Strasznie umierają.
- Bo otyłość jest zabójcą, Kocio. Sam widziałeś, jaki był problem z Bożeną. Ale słyszałam, że teraz są coraz bardziej ekologiczne metody
rozkładania ciała. Kremacja to przeżytek. Musimy zastanowić się nad tą
akwamacją. Coraz więcej osób pyta o ekopogrzeby.
- To ta ekologiczna alternatywa kremacji? Na czym ona dokładnie polega?
- Zamykasz ciało w kapsule z wodą, do której dodajesz dużą ilość zasad.
Potem podgrzewasz do stu sześćdziesięciu stopni i ono się po prostu
rozpuszcza w wodzie. Cały proces trwa około czterech godzin. Pozostają
jedynie kości.
- Które ostatecznie i tak trzeba skremować?
- Ale produkuje się przy tym o trzydzieści pięć procent mniej gazów
cieplarnianych niż w przypadku tradycyjnej kremacji! Same korzyści dla
środowiska! A poza tym chyba się ich nie kremuje, a tylko suszy i potem
mieli - zastanowiła się Jagna.
- Ja dostrzegam same kłopoty - mruknął Kocio, nakładając hojnie szpachli
na szyję.
- Jakie znowu kłopoty? Zobaczysz, za chwilę będziemy mieli w Warszawie
hipsterskie, ekologiczne pogrzeby akwamacyjne!
- Jakoś tego nie widzę - skrzywił się Kocio. - Rozpuszczam, dajmy na to,
matkę w takim płynie, to po pierwsze, gdzie to robię? W beczce?
- Nie no, w takim pojemniku ze stali. Można go jakoś ładnie pomalować...
w kwiatki albo w ptaszki...
- Po pierwsze, ile tam tej wody trzeba nalać, żeby całe ciało wlazło?
Metr sześcienny? Dwa metry? A wody mamy mało na naszej planecie i też
przecież trzeba oszczędzać. A po tych czterech godzinach co? Matka
roztopiona. Masz matkę w formie płynnej w stalowej wannie. Kości
podzwaniają o te stalowe brzegi, wszystko gorące.
- Coś się matki uczepił - mruknęła Jagna, ale już nie była taka pewna,
czy ta akwamacja to taki dobry pomysł.
- I tutaj widzę zasadniczy kłopot - dodał Kocio, mrużąc jedno oko, żeby
sprawdzić obecne proporcje twarzy pana Mateusza. - Co zrobić z tą
rozpuszczoną matką? Do kanalizacji? Dwa metry sześcienne wody z matki?
Matki z zasadami dodajmy.
- Można też sobie ogródek podlać matką - zasugerowała Jagna.
- Pewnie, każdy ma ogródek, w którym chciałby hodować pomidory nawożone
matką. A jak ktoś mieszka w bloku? To co? Trawnik? A poza tym, jak taką
ilość wody transportować? W beczkach po kiszonej kapuście? No ja tego
nie widzę. Dobra, skończyłem, można go ubierać.
- To może do kanalizacji jednak? - Jagna podeszła zobaczyć, jak mu
wyszło.
- Szum się zrobi jak nie wiem co! Rozpuszczane ciała prosto do Wisły...
a potem co? Herbatka z dziadka?
- Rany! Kocio! Dobra, masz rację, to chyba u nas się tak szybko nie
przyjmie - machnęła dłonią.
Kocio mruknął coś niezrozumiałego w odpowiedzi i poszedł umyć i zdezynfekować ręce.
Tymczasem czekało ich sześć standardowych pogrzebów, z czego cztery w pięknych trumnach ze złotymi okuciami i dwa w wymyślnych urnach.
Rozmyślania przerwał jej dźwięk telefonu. Odebrała i westchnęła. Zmarł
strażak, który marzył o pogrzebie z honorami, orkiestrą i pokazami
fajerwerków. Świat się zmieniał, ale powoli.
Kocio pomalował pana Mateusza, ubrał go w garnitur i koszulę i zawiązał
krawat. Przyjrzał się swojemu dziełu, poprawił jeszcze nieco lewe ucho i uznał, że na dzisiaj skończył. Zebrał przybory do malowania,
zdezynfekował, i zgasił światło w pracowni. Poczuł się lekko głodny,
więc postanowił wyskoczyć do ciotki Magdy na wczesną kolację.
W restauracji Zamieszane było jak zwykle sporo ludzi. Zamówił sałatkę z kaczką i kieliszek czerwonego wina i usiadł przy swoim ulubionym stoliku
w kącie, skąd miał widok na całą knajpę. Kelner Adaś przyniósł mu wino i usiadł z nim na chwilę.
- Co słychać, stary? Słyszałem, że w weekend mamy ślub? Będziesz?
- Będę, matki prosiły, żebyśmy byli, bo to wesele na trzysta osób.
Wszystkie ręce na pokład. A ty jak tam? Jak dziewczyny?
Adaś niedawno sam się ożenił i trzy miesiące temu urodziła mu się
córeczka.
- Bardzo dobrze - rozpromienił się. - Nie miałem pojęcia, że bycie ojcem
i mężem jest takie fajne. Naprawdę, stary, polecam! - klepnął go w ramię
i wstał, bo do restauracji weszli kolejni goście. Kocio kiwnął mu dłonią
i wypił kolejny łyk wina. Po chwili otworzyły się drzwi i do
Zamieszanego weszła dziewczyna z kwiaciarni. Kocio zachłysnął się winem
i rozkaszlał, jakby umierał na covid. Malwina rzuciła mu przelotne
spojrzenie i usiadła przy stoliku obok. Zamówiła kieliszek białego wina
i sałatkę z kozim serem, po czym wyciągnęła opowiadania Alice Munro i zaczęła czytać. Kocio kaszlnął ostatni raz i przyglądał się jej,
popijając wino. Światło tańczyło w jej rudych włosach, wywołując błyski
ognia, kiedy tylko poruszyła głową. Czytając, czasem uśmiechnęła się,
lekko marszcząc nos, i stukała palcem wskazującym w górną wargę. Kocio
wpatrywał się w nią, nie zauważając niczego i nikogo. Adaś musiał go
szturchnąć w ramię, żeby zwrócił wreszcie uwagę na talerz z sałatką.
- Hej, stary! Zamknij usta, bo ci szczęka opadła na stolik - mrugnął do
niego.
- Co? - zdziwił się Kocio nieprzytomnie.
- Ma na imię Malwina i pracuje u twojej matki, nie widziałeś jej
wcześniej? - zdziwił się Adaś, który poznał dziewczynę dwa dni
wcześniej, kiedy wpadł do kwiaciarni po kwiaty na stoły.
- Widziałem - burknął Kocio.
Adaś uśmiechnął się szeroko, podszedł do Malwiny i postawił przed nią
wino.
Podziękowała mu uśmiechem i wróciła do czytania.
Kocio zapomniał o swojej sałatce, dopił machinalnie wino i nadal
wpatrywał się w Malwinę. Nawet nie przyszło mu do głowy, że mógłby jakoś
do niej zagadać. Po prostu patrzył na nią i to mu w zupełności
wystarczało. Dziewczyna zjadła sałatkę, zapłaciła, zamknęła książkę i wyszła. Dopiero wtedy Kocio się ocknął. Dobrze, że nie zamówił niczego
na ciepło, bo danie dawno by już ostygło. Zobaczył swoją sałatkę,
zdziwił się nieco, bo nijak nie mógł sobie przypomnieć, kiedy Adaś mu ją
przyniósł, i wziął się w końcu do jedzenia. Kaczka była pyszna. I taka
piękna... Co? A nie, to nie ona...