Kopista - Anna Olszewska
44.90 zł
37.26 zł
(44,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
- Coś ty najlepszego zrobił?
Mężczyzna przyglądał się w zamyśleniu leżącemu przed nim ciału. Bladość twarzy chłopaka poruszała w nim jakąś strunę, o której istnieniu nie miał dotąd pojęcia.
Ukucnął, żeby przyjrzeć mu się z bliska, i czułym gestem przesunął dłonią po jego zimnym policzku. Cały czas próbował nazwać targające nim emocje.
Żal?
Strach?
Poczucie winy?
Przypomniały mu się słowa Umberto Eco, który twierdził, że nikt nie jest mordercą, dopóki nie popełni pierwszej zbrodni. Najprawdopodobniej tak było, chociaż nie mógł mieć pewności. Empiryczne ujęcie ludzkiego umysłu, który w chwili narodzin stanowił czystą kartę, a następnie wypełniał się ideami poprzez zdobywane doświadczenie, nie przemawiało do niego. Czyż człowiek nie był czymś bardziej złożonym? Geny kształtowały schemat, a doświadczenie i środowisko tylko go dopełniały. Czas szlifował jedynie wzór, który powstawał już w momencie połączenia się komórki jajowej z plemnikiem, ale nie miał wpływu na cechy osobowości zapisane w DNA.
Westchnął i przetarł twarz dłonią, zastanawiając się nad kolejnym krokiem. Otaczający go mur z czerwonej cegły niknął w mroku. Wiatr przesuwał po niebie chmury, które przepuszczały światło księżyca, jednak świat wokół niego przykryła zasłona ciemności. Noc sprzyjała temu, co musiał zrobić. Osłaniała jego uczynki. Popychała do obowiązku, który zamierzał wypełnić.
Miał do przejścia około trzystu metrów do miejsca, w którym udało mu się zacumować łódź, jednak musiał pokonać stromą skarpę.
Złapał szczupłe ciało za ramiona, starając się postępować z nim jak najdelikatniej. Bluszcz porastający miejsce, gdzie ułożył zwłoki, zaszeleścił pod jego stopami. Wydawało mu się, że gdzieś w gęstwinę liści uciekło drobne zwierzę. Być może spłoszył polną mysz albo żerującą na zboczach nornicę.
Ciało było zaskakująco ciężkie i po raz pierwszy tej nocy pomyślał, że jego plan nie jest doskonały. Przeciągnął chłopaka aż do metalowej furtki i gdy ją pchnął, zaskrzypiała nieprzyjemnie, a dźwięk zdawał się głośny jak bicie kościelnych dzwonów.
Wstrzymał na chwilę oddech, ale nad jego głową latały tylko nietoperze, a gdzieś pośród drzew rozległ się głos puszczyka.
Plecy go bolały, gdy przedzierał się w dół, co chwilę ślizgając się po zboczu skarpy. Po drugiej stronie Wisły dostrzegał światła miasta, rozmyte przez osiadającą nad rzeką mgłę. Nie obawiał się, że ktoś dostrzeże jego działania. Znał Wisłę i potrafił niepostrzeżenie poruszać się po jej brzegu.
Gdy dotarł do grząskiego pasa nabrzeżnej roślinności, jego buty zagłębiły się w podmokłym terenie z nieprzyjemnym mlaskiem, a lodowata woda obmyła mu stopy. Powstrzymał dreszcz wstrząsający nim do głębi i przerzucił ciało przez burtę. Łupnęło głucho o dno, a potem zapadła cisza. Drgnął, dopiero gdy gdzieś w oddali rzuciła się duża ryba.
Silnik pracował cicho i równomiernie. Skierował dziób łodzi w stronę centrum miasta i przez chwilę obserwował żmiję płynącą razem z nurtem rzeki. Unosiła nad taflę wody swój trójkątny łeb. Wyczuwał, że była stara. Od kiedy wykluła się z jaja, złożonego przez jej matkę w głębi Borów Tucholskich, minęło już wiele lat. Jej prosty mózg zapamiętał miejsca, w których lubiła wygrzewać się w słońcu, i kryjówki, gdzie chowała się, gdy do lasu nadciągała zima. Rozpoznawała zapachy stworzeń, które mogły ją skrzywdzić, i woń tych, które służyły jej za pożywienie.
Gdyby potrafiła objąć rozumem cokolwiek ponad to, co pozwalało jej przetrwać, być może zrozumiałaby, że człowiek, któremu mimowolnie towarzyszyła, był zły do szpiku kości. Zepsucie kształtowało jego osobowość. Być może wyczuwała w powietrzu coś nienaturalnego. Jej rozwidlony język zbierał cząsteczki zapachowe z powietrza, przesyłając do mózgu informację o słodkim aromacie. Nie podobał się jej. Żywiła się drobnymi ssakami, które paraliżowała swoim jadem, a następnie połykała w całości. Woń, którą wyczuwała teraz, przywodziła na myśl zapach padliny...