Konwersja - Piotr Rogoża

Kup ebooka

34.30 zł
27.78 zł (27,44 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

3.

- Pierw­szy raz ni­g­dy nie jest ła­twy - mówi Wik­tor.

Przy­gląda się Ad­ria­no­wi zza szkieł oku­la­rów w pro­sto­kąt­nych opraw­kach. Jego życz­li­wy uśmiech wy­pa­dłby prze­ko­nu­jąco, gdy­by nie spoj­rze­nie. W sła­bym, roz­pro­szo­nym świe­tle czar­ne tęczów­ki zle­wa­ją się ze źre­ni­ca­mi, nie spo­sób wy­czy­tać z nich żad­nych uczuć, to tyl­ko czuj­ne re­cep­to­ry. Wik­tor jest przy­by­szem z in­nej pla­ne­ty, któ­ry ob­ser­wo­wał lu­dzi do­sta­tecz­nie dłu­go, żeby na­uczyć się per­fek­cyj­nie na­śla­do­wać ich za­cho­wa­nia. Choć te­raz nie wy­ró­żnia się na uli­cy, pew­ne niu­an­se wci­ąż mu umy­ka­ją.

Ad­rian uwa­ża, że gdy­by roz­bił gład­ko ogo­lo­ną gło­wę prze­ło­żo­ne­go, we­wnątrz czasz­ki zo­ba­czy­łby świe­tli­ste kry­sta­licz­ne struk­tu­ry, zu­pe­łnie obce ana­to­mii czło­wie­ka. Kon­trast mi­ędzy uśmie­chem a lo­do­wa­tym spoj­rze­niem nie robi już na nim wra­że­nia, ale pod­czas pierw­szych spo­tkań z Wik­to­rem czuł się nie­swo­jo.

- No i nie było ła­two - przy­zna­je. - Ale szcze­rze mó­wi­ąc, ba­łem się, że może być znacz­nie go­rzej.

- To zna­czy?

- Że za­cznę jej wspó­łczuć.

Wik­tor uśmie­cha się sze­rzej, aż w kąci­kach oczu i ust po­ja­wia­ją się de­li­kat­ne, le­d­wo wi­docz­ne zmarszcz­ki.

- Rów­nie do­brze ona mo­gła­by wspó­łczuć to­bie, gdy­byś jej te­raz o wszyst­kim opo­wie­dział. Prze­cież tak na­praw­dę na­wet nie była tam obec­na. To tyl­ko per­so­na, nie za­po­mi­naj o tym.

- Wiem - przy­zna­je Ad­rian. - Ale mimo wszyst­ko ogląda­nie jej w ta­kiej sy­tu­acji nie było przy­jem­ne.

- Świet­nie so­bie po­ra­dzi­łeś, Ad­rian - mówi Wik­tor z prze­ko­na­niem. - Amal była przy­go­to­wa­na per­fek­cyj­nie, wręcz pod­ręcz­ni­ko­wo. Za­gra­ło do­słow­nie wszyst­ko. Na­wet w fil­mie wi­dać, że ona w pe­łni ci ufa, szu­ka cię wzro­kiem. Obo­je ce­lu­jąco zda­li­ście test for­ma­to­wa­nia.

- Cie­szę się.

- Mó­wi­łem ci, że nie ma sen­su się de­ner­wo­wać.

- No tak. - Ad­rian kiwa gło­wą. - Mó­wi­łeś.

- By­łem pew­ny, że da­cie so­bie radę. Że ty dasz so­bie radę.

Ad­rian wy­god­niej roz­sia­da się na ka­na­pie i spo­gląda za okno, na noc­ną pa­no­ra­mę cen­trum War­sza­wy, ka­lej­do­skop ja­snych świa­teł i ich od­bić w szkla­nych fa­sa­dach wie­żow­ców. Miesz­ka­nie, w któ­rym się spo­tka­li, na­le­ży do agen­cji. The­atro Um­bra nie ma jed­nej sie­dzi­by, war­szaw­ski od­dział jest roz­sia­ny w co naj­mniej kil­ku miesz­ka­niach i wy­na­jętych sa­lach biur co­wor­kin­go­wych. Po­rów­na­nie do sie­ci neu­ro­no­wej by­ło­by za­sad­ne pod za­ska­ku­jąco wie­lo­ma względa­mi.

Wik­tor sie­dzi na­prze­ciw­ko nie­go w er­go­no­micz­nym fo­te­lu, któ­ry od­su­nął da­le­ko od biur­ka. Ra­zem z ca­łym sie­dzi­skiem kręci się po­wo­lut­ku o kil­ka stop­ni to w lewo, to w pra­wo.

- Mój pierw­szy raz znio­słem kosz­mar­nie - mówi. - Po na­gra­niach fa­tal­nie się czu­łem, i to na­wet nie tyle psy­chicz­nie, ile czy­sto fi­zycz­nie. Or­ga­nizm za­re­ago­wał tak, że le­d­wo da­łem radę wró­cić do domu. I wiesz co? Na­tych­miast się po­rzy­ga­łem.

Ad­rian wzru­sza ra­mio­na­mi.

- Mnie nic nie było. Wró­ci­łem, po­gra­łem na kon­so­li i po­sze­dłem spać.

- Bo ty masz bar­dzo wy­so­ką od­por­no­ść na stres.

- Ni­g­dy tak o so­bie nie my­śla­łem.

Wik­tor jest od nie­go star­szy o pi­ęt­na­ście lat, ale nikt nie uwie­rzy­łby w tak dużą ró­żni­cę wie­ku, gdy­by spoj­rzał na nich z boku. Za­wsze gład­ko ogo­lo­ny, z wy­pie­lęgno­wa­ną skó­rą bez śla­du prze­bar­wień, ze śnie­żno­bia­ły­mi zęba­mi Wik­tor wy­gląda, jak­by do­pie­ro wy­pa­ko­wa­no go z fo­lii. W wie­ku czter­dzie­stu trzech lat ludz­kie cia­ło po­win­no już wy­ka­zy­wać pew­ne śla­dy zu­ży­cia. Ad­rian nie umie oce­nić, czy to do­sko­na­łe geny, bez­względ­ne pod­po­rząd­ko­wa­nie się ry­go­ro­wi zdro­we­go try­bu ży­cia, a może dzie­ło chi­rur­gów pla­stycz­nych.

- Ten twój pierw­szy raz - Ad­rian pod­no­si na prze­ło­żo­ne­go za­cie­ka­wio­ny wzrok - for­ma­to­wa­łeś ko­bie­tę czy fa­ce­ta?

- Fa­ce­ta. Mło­de­go typa, miał być na­szym strza­łem w dzie­si­ąt­kę, bom­bą ato­mo­wą.

- I co? Oka­zał się suk­ce­sem?

- Umiar­ko­wa­nym. To był je­den z pierw­szych war­szaw­skich pro­jek­tów, tak na­praw­dę do­pie­ro wdra­ża­li­śmy me­to­do­lo­gię. Mój ów­cze­sny szef, Sven, tro­chę prze­sza­rżo­wał z ce­la­mi, sam się po­tem do tego przy­znał. Da­li­śmy so­bie za mało cza­su na pi­lo­taż, ale tyl­ko dla­te­go, że po­przed­nie pro­jek­ty wy­pa­li­ły od razu. Od tam­tej pory je­ste­śmy ostro­żniej­si. Amal też do­sta­nie wi­ęcej cza­su.

- To był ja­kiś ak­tor?

- Wiesz, że nie mogę po­wie­dzieć.

Wik­tor uśmie­cha się niby prze­pra­sza­jąco, ale jego oczy po­zo­sta­ją lo­do­wa­ty­mi czar­ny­mi dziu­ra­mi. Po chwi­li do­da­je:

- Jesz­cze.

Ad­rian po­wstrzy­mu­je gry­mas nie­za­do­wo­le­nia. Szef mógł so­bie da­ro­wać tę uwa­gę; na­praw­dę nie trze­ba mu przy­po­mi­nać, że roz­wój jego ka­rie­ry po­zy­cjo­ne­ra za­le­ży przede wszyst­kim od suk­ce­su Amal. Mimo to Wik­tor wła­śnie przy­znał, że mało spek­ta­ku­lar­ny po­czątek jesz­cze ni­cze­go nie prze­kre­śla - o ile oczy­wi­ście mó­wił praw­dę. Ale po co mia­łby kła­mać? In­tu­icja pod­po­wia­da Ad­ria­no­wi, że ta roz­mo­wa do­kądś zmie­rza, że to wi­ęcej niż ru­ty­no­we spo­tka­nie.

- A ten Sven - za­czy­na Ad­rian - wci­ąż pra­cu­je w agen­cji?

- Tak. W tym mo­men­cie od­po­wia­da za Wy­spy Bry­tyj­skie.

Nie­wy­klu­czo­ne, że wła­śnie w tej chwi­li inni po­cząt­ku­jący po­zy­cjo­ne­rzy The­atro Um­bra spo­gląda­ją z okien wy­na­jętych apar­ta­men­tów na wie­żę te­le­wi­zyj­ną w Ber­li­nie, lon­dy­ńskie City i wie­żę Eif­fla. Za­sta­na­wia­ją się przy tym, jak da­le­ko si­ęga struk­tu­ra agen­cji i na ilu dzia­ła ryn­kach, a przede wszyst­kim - jak wy­so­ko im sa­mym uda się wspi­ąć w fir­mo­wej hie­rar­chii i kie­dy na­dej­dzie chwi­la, gdy za­mie­nią się miej­sca­mi z tymi, któ­rzy te­raz ich oce­nia­ją. A może tak na­praw­dę ist­nie­ją tyl­ko on, Wik­tor i gru­pa za­kon­trak­to­wa­nych pod­wy­ko­naw­ców bez imion i twa­rzy. No i dzie­wi­ęt­na­sto­let­nia Sy­ryj­ka, któ­ra wkrót­ce pod­bi­je Pol­skę, a w tej chwi­li kła­dzie się spać po męczących tre­nin­gach wo­kal­nych, pró­bu­jąc so­bie przy­po­mnieć, dla­cze­go wła­ści­wie jest tak obo­la­ła. Wi­ta­my w te­atrze cie­ni. Tu nic nie jest praw­dzi­we.

- W ka­żdym ra­zie nie sądzę, żeby w wy­pad­ku Amal co­kol­wiek mia­ło się opó­źnić - mówi Wik­tor. - Sły­sza­łem już pod­kła­dy do pio­se­nek, na ra­zie tyl­ko wer­sje demo, ale już te­raz brzmią bar­dzo faj­nie. Za dwa ty­go­dnie Amal wej­dzie do stu­dia. Za mie­si­ąc wy­pu­ści­my ją na ry­nek.

Ad­rian pa­trzy na wła­sne od­bi­cie w szy­bie. Jego syl­wet­ka na­kła­da się na ciem­ne bry­ły biu­row­ców, ob­ra­zy prze­ni­ka­ją się, jak­by dwu­krot­nie na­świe­tlo­no tę samą kli­szę. To na pew­no on? Wy­star­czy ina­czej zo­gni­sko­wać wzrok, żeby znik­nął. Tak le­piej. Do­brze się czu­je w roli du­cha.

- A sam film? - pyta jesz­cze. - W po­rząd­ku?

- Świet­nie wy­sze­dł. Mam na­dzie­ję, że nie będzie nam po­trzeb­ny, ale w ra­zie gdy­by, mamy bar­dzo wdzi­ęcz­ny ma­te­riał. Na­praw­dę do­bra ro­bo­ta, Ad­rian.

- Dzi­ęki.

Wik­tor zdej­mu­je oku­la­ry i przy­gląda się szkłom. Marsz­czy brwi, jak­by do­strze­gł za­bru­dze­nie. Jego uśmiech na­gle nik­nie, prze­sta­je dzia­łać me­cha­nizm na­pi­na­jący mi­ęśnie po obu stro­nach ust.

- Trzy­mam kciu­ki za Amal nie tyl­ko dla­te­go, że do­brze ci ży­czę - mówi mi­ęk­ko i o pół tonu ci­szej. - Za­le­ży mi na jej suk­ce­sie ta­kże z in­ne­go po­wo­du. Nie wiesz tego, bo skąd mia­łbyś wie­dzieć, ale od po­wo­dze­nia wła­śnie tego kon­kret­ne­go pro­jek­tu za­le­ży mój awans. Je­śli osi­ągnie­my z Amal do­brą kon­wer­sję w Pol­sce i wy­ka­że­my rze­czy­wi­stą zmia­nę na­stro­jów spo­łecz­nych, mo­że­my li­czyć na na­praw­dę pre­sti­żo­we zle­ce­nia. Praw­do­po­dob­nie zo­sta­nę wte­dy ma­na­ge­rem na całą Eu­ro­pę Środ­ko­wą i Wschod­nią. Wiesz, co to zna­czy dla cie­bie?

- Nie wiem.

- Zwol­ni się po­sa­da ma­na­ge­ra w Pol­sce.

Ad­rian pod­no­si na prze­ło­żo­ne­go zdzi­wio­ny wzrok.

- Po­wi­nie­neś mi to mó­wić?

- Nie - przy­zna­je Wik­tor. - Ale chcia­łem, że­byś wie­dział.

Znów się uśmie­cha. Ad­rian pa­trzy zwierzch­ni­ko­wi w oczy i po raz pierw­szy do­strze­ga w nich wi­ęcej niż obo­jęt­ną pust­kę. Przez mo­ment tak krót­ki, że rów­nie do­brze może to być złu­dze­nie, spoj­rze­nie Wik­to­ra wy­ra­ża na­dzie­ję.

4.

Wy­rzu­ty su­mie­nia sma­ku­ją jak duża kawa lat­te za­gry­za­na ka­wa­łkiem cia­sta mar­chew­ko­we­go. Po czte­rech mie­si­ącach bez wpły­wa­jącej na kon­to wy­pła­ty ka­żde wy­jście na mia­sto wi­ąże się z kal­ku­lo­wa­niem, na ile jesz­cze mo­żna so­bie po­zwo­lić. Wpraw­dzie wid­mo ban­kruc­twa wci­ąż po­zo­sta­je od­le­głe, ale He­le­na i tak nie może opędzić się od dra­żni­ącej my­śli, że rów­nie do­brze mo­gła­by wy­jąć z port­fe­la trzy dzie­si­ęcio­zło­to­we bank­no­ty, pod­pa­lić je i pa­trzeć, jak ład­nie pło­ną. Dra­żni ją to, zło­ści się sama na sie­bie. Prze­cież lu­dzie w jej wie­ku rzu­ca­ją pra­cę z dnia na dzień, wy­da­ją oszczęd­no­ści na pod­ró­że i do­pie­ro wte­dy za­sta­na­wia­ją się co da­lej. Ża­ło­wa­nie so­bie kawy na mie­ście w kwiet­niu tyl­ko dla­te­go, że we wrze­śniu może za­brak­nąć pie­ni­ędzy na czynsz, to ce­cha osób, z któ­ry­mi He­le­na mia­ła na­dzie­ję ni­g­dy się nie uto­żsa­miać.

Agniesz­ka wpa­da do ka­wiar­ni spó­źnio­na dzie­si­ęć mi­nut. To drob­na blon­dyn­ka z dziew­częcą bu­zią - typ dziew­czy­ny, któ­ra na­dal bu­dzi wąt­pli­wo­ści sprze­daw­ców, gdy ku­pu­je al­ko­hol. Od razu za­uwa­ża He­le­nę, roz­pro­mie­nia się i nie­mal pod­bie­ga do sto­li­ka. W roz­pi­ętym płasz­czu i z po­tar­ga­ny­mi przez wiatr wło­sa­mi wy­gląda jak ktoś, kto na­praw­dę się śpie­szył.

- Prze­pra­szam, ko­cha­na! - rzu­ca na­tych­miast. - Nie mo­głam zna­le­źć miej­sca, żeby za­par­ko­wać, do­pie­ro na Wil­czej... Dłu­go cze­kasz?

- Chwi­lę tyl­ko - kła­mie He­le­na. Wsta­je z krze­sła, ca­łu­ją się w oba po­licz­ki.

Agniesz­ka od razu ru­sza do baru, za­ma­wia owo­co­wą her­ba­tę i ciast­ko or­ki­szo­we.

- A więc tak wy­gląda wol­ny czło­wiek! - Wra­ca i sa­do­wi się na krze­śle na­prze­ciw. Ba­ri­sta od­pro­wa­dza ją wzro­kiem, co nie ucho­dzi uwa­gi He­le­ny: ta dziew­czy­na ma w so­bie ma­gnes, któ­rym przy­ci­ąga spoj­rze­nia. - To opo­wia­daj, jak ci się żyje bez eta­tu?

- Za­dzi­wia­jąco mo­no­ton­nie. - He­le­na się uśmie­cha. - Przez ja­kiś czas wła­ści­wie nic nie ro­bi­łam, tak na­praw­dę do­pie­ro te­raz bio­rę się do pi­sa­nia.

- Mu­sia­łaś od­po­cząć - do­my­śla się Agniesz­ka. - Ale chy­ba je­steś za­do­wo­lo­na, co?

- No je­stem. W Press­Fac­to­rze na­praw­dę ro­bi­ło się nie­cie­ka­wie.

He­le­na opo­wia­da o ostat­nim kwar­ta­le w re­dak­cji, gdy za­rząd od­mie­niał sło­wa "opty­ma­li­za­cja" i "re­struk­tu­ry­za­cja" przez wszyst­kie przy­pad­ki i z ka­żde­go ze­spo­łu zwol­nio­no co naj­mniej dwie oso­by - ale cele ilo­ścio­we oczy­wi­ście nie ule­gły zmia­nie. Ża­den z re­dak­to­rów na­wet nie uda­wał, że przej­mu­je się war­stwą me­ry­to­rycz­ną two­rzo­nych tre­ści. Wa­żna była wy­łącz­nie licz­ba od­słon re­klam, nic więc dziw­ne­go, że przy mniej­szej licz­bie pra­cow­ni­ków po­ziom pu­bli­ko­wa­nych ma­te­ria­łów, już wcze­śniej nie­zbyt wy­so­ki, si­ęgnął dna. To by­ło­by jesz­cze do prze­łk­ni­ęcia. He­le­na jako jed­na z naj­bar­dziej do­świad­czo­nych re­dak­to­rek nie oba­wia­ła się o swo­ją po­sa­dę, daw­no też po­rzu­ci­ła ma­rze­nia o ka­rie­rze w re­por­ta­żu i po­go­dzi­ła się z pi­sa­niem zu­pe­łnie bez­war­to­ścio­wych tek­stów. Cza­rę go­ry­czy prze­la­ła do­pie­ro de­cy­zja o zmia­nie for­my za­trud­nie­nia: po no­wym roku Press­Fac­tor miał wy­pła­cać re­dak­to­rom ba­zo­we wy­na­gro­dze­nie nie­wie­le wy­ższe od kra­jo­we­go mi­ni­mum, a ewen­tu­al­ne pre­mie uza­le­żnio­no od ru­chu wy­ge­ne­ro­wa­ne­go na por­ta­lu. He­le­na ani my­śla­ła pod­pi­sy­wać aneks do umo­wy przy­nie­sio­ny przez usłu­żną HR-ówkę. Na­stęp­ne­go dnia zło­ży­ła wy­po­wie­dze­nie. Po krót­kich ne­go­cja­cjach z sze­fo­wą zgo­dzi­ła się zo­stać na sta­no­wi­sku do ko­ńca roku i he­ro­icz­nie na­pi­sać jesz­cze po­nad sto ni­ko­mu nie­po­trzeb­nych no­ta­tek, za co na od­chod­nym za­in­ka­so­wa­ła ca­łkiem przy­jem­ny ekwi­wa­lent za nie­wy­ko­rzy­sta­ny urlop.

- Od tam­tej pory prze­czy­ta­łam za­le­głe ksi­ążki, obej­rza­łam pół Net­flik­sa i trzy razy od­wie­dzi­łam mamę. Mu­szę po­wo­li za­cząć dzia­łać, bo wszyst­ko faj­nie, ale nie­ste­ty nikt nie chce mnie utrzy­my­wać.

Od razu ża­łu­je, że nie ugry­zła się w język, ale Agniesz­ka tak­tow­nie nie pyta o Mar­ka, choć na pew­no o nim po­my­śla­ła. Kiwa tyl­ko gło­wą i upi­ja łyk her­ba­ty. He­le­na mówi szyb­ko:

- No i wy­my­śli­łam ten ar­ty­kuł.

- O Le­ice.

- I in­nych in­flu­en­ce­rach, któ­rzy po­pe­łni­li sa­mo­bój­stwo - do­da­je He­le­na. - Ale hi­sto­ria Le­iki Fash... Wła­śnie, jak się wy­ma­wia ten krzy­żyk w jej nic­ku?

- Po­noć cza­sem po pro­stu jako "t", ale chy­ba nie w tym przy­pad­ku. Daj spo­kój, Le­ika Twarz? - mówi ze śmie­chem Agniesz­ka. - Pew­nie trak­to­wa­ła to jako ozdob­nik.

He­le­na uwa­ża, że ko­le­żan­ka wła­śnie tym uśmie­chem zjed­nu­je so­bie lu­dzi - szcze­rym i nie­wy­mu­szo­nym, choć wca­le nie ide­al­nym. Gdy mia­ła dzie­wi­ęt­na­ście lat, drut apa­ra­tu or­to­don­tycz­ne­go prze­bił jej na wy­lot po­li­czek, po­zo­sta­wia­jąc wi­docz­ną do dziś bli­znę. Aga zre­zy­gno­wa­ła wte­dy z dal­sze­go le­cze­nia zgry­zu i dziś li­nia jej zębów mo­gła­by ilu­stro­wać wa­ha­nia na ryn­ku wa­lut.

- Mniej­sza z tym. Hi­sto­ria Le­iki na pew­no będzie głów­nym wąt­kiem, bo to pierw­sza w Pol­sce tak po­pu­lar­na in­flu­en­cer­ka, któ­ra po­pe­łni­ła sa­mo­bój­stwo. Jej ma­na­ger w ogó­le nie chciał ze mną roz­ma­wiać, spła­wił mnie jak te­le­mar­ke­ter­kę, ale uda­ło mi się wy­grze­bać tro­chę ma­te­ria­łów. Wiesz, że na swo­im fan­pa­ge'u wy­po­wie­dzia­ła się kil­ka razy o po­li­ty­ce, i to za­ska­ku­jąco sen­sow­nie jak na ko­goś, kto wszyst­ko pod­pi­sy­wał ha­sh­ta­giem "to­pie­li­ca"? To jej czar­ne ser­ce ci­ąży­ło wy­ra­źnie na lewo. Fa­nom też po­tra­fi­ła nie­głu­pio od­pi­sać na ko­men­ta­rze.

- Bo to chy­ba nie była głu­pia dziew­czy­na - stwier­dza z na­my­słem Agniesz­ka. - Jak przy­szła na se­sję do lo­ok­bo­oka Re­Me­dium, zro­bi­ła na mnie nie­złe wra­że­nie. Wy­da­wa­ła się po pro­stu zwy­czaj­ną ogar­ni­ętą la­ską. Żar­to­wa­ła, nie mia­ła pro­ble­mu z po­wtó­rze­niem ujęcia. Nie po­my­śla­ła­bym, że to ktoś, kto może po­chla­stać so­bie żyły. By­łam pew­na, że ten jej wi­ze­ru­nek mrocz­ne­go elfa to tyl­ko kre­acja, do któ­rej sama za­cho­wu­je spo­ro dy­stan­su.

- My­ślę wła­śnie o ta­kiej hi­po­te­zie - mówi He­le­na. - Że nie mo­żna sku­tecz­nie wy­kre­ować się na de­pre­syj­ne­go ar­ty­stę i nie po­nie­ść żad­nych kon­se­kwen­cji. Może znaj­dziesz w ten spo­sób swo­ją ni­szę, zbu­du­jesz bazę fa­nów, ale czy na­praw­dę war­to?

- Faj­ne! - przy­zna­je Agniesz­ka. - Te­mat sa­mo­graj. Ob­ro­bisz to swo­im ostrym pió­rem i nie wi­dzę mo­żli­wo­ści, że­byś ni­ko­mu nie sprze­da­ła.

- Dzi­ęki. - He­le­na nie ukry­wa za­do­wo­le­nia, wi­dząc szcze­rą re­ak­cję Agi.

- Swo­ją dro­gą - do­da­je Agniesz­ka - mo­żesz wspo­mnieć też o Da­rii Wilk, ko­ja­rzysz?

- Zu­pe­łnie nie.

- Nie dzi­wię się, nie zdąży­ła we­jść do ma­in­stre­amu. To tre­ner­ka fit­ness, pro­wa­dzi­ła na YouTu­bie ka­nał z ćwi­cze­nia­mi, je­den z mniej wi­ęcej mi­lio­na iden­tycz­nych ka­na­łów dla la­sek, któ­re chcą schud­nąć. Bra­li­śmy ją pod uwa­gę, gdy Preg­gy­Pig­gy, taka mar­ka odzie­ży ci­ążo­wej, chcia­ła zro­bić kam­pa­nię na te­mat po­wro­tu do for­my po po­ro­dzie, a bu­dżet nie po­zwa­lał na ści­ągni­ęcie du­że­go na­zwi­ska. Ale nie­ste­ty, gdy się z nią wresz­cie skon­tak­to­wa­li­śmy, oka­za­ło się, że nie żyje.

- Shit - rzu­ca He­le­na. - Co jej się sta­ło?

- Też sa­mo­bój. Ale w jej przy­pad­ku zde­cy­do­wa­ły ja­kieś pro­ble­my oso­bi­ste, ci­ężka prze­pra­wa z roz­wo­dem, te kli­ma­ty. No i ona nie­ko­niecz­nie ce­lo­wa­ła w na­sto­let­ni tar­get.

- Spraw­dzę ją, dzi­ęki! - He­le­na si­ęga po te­le­fon, żeby za­no­to­wać na­zwi­sko. - Da­ria Wilk, tak?

- Do­kład­nie. Mam jesz­cze jed­ną hi­sto­rię - mówi Agniesz­ka. - Tego to już na pew­no nie będziesz ko­ja­rzyć, jest taki stre­amer gier, Ar­ceu­s2...

- Pierw­sze sły­szę.

- Za­zdrosz­czę. W ka­żdym ra­zie to taki ge­nial­ny pi­ęt­na­sto­la­tek, któ­ry prze­cho­dzi gry, ale nie tak po pro­stu, tyl­ko za­wsze na naj­wy­ższym po­zio­mie trud­no­ści, z za­mkni­ęty­mi ocza­mi, jed­ną ręką i tak da­lej. Bo­żysz­cze no­wej ge­ne­ra­cji ro­dzi­mych ner­dów, na po­cząt­ku roku naj­wi­ęk­sza gwiaz­da pol­skie­go Twit­cha.

- I co z nim, też się za­bił?

Agniesz­ka waży w dło­ni or­ki­szo­we ciast­ko z sza­cun­kiem, ja­kim nu­mi­zma­tyk ob­da­rza dro­go­cen­ną mo­ne­tę.

- No wła­śnie nie wia­do­mo. Za­mil­kł mie­si­ąc temu, nie pro­wa­dzi no­wych stre­amów, nie od­pi­su­je lu­dziom na Fa­ce­bo­oku, nikt nie ma z nim kon­tak­tu. Nie zdzi­wię się, je­śli nie­dłu­go ja­kiś dzien­ni­karz do­ko­pie się do in­for­ma­cji, że mło­dy nie żyje.

- O wi­dzisz. - He­le­na znów si­ęga po te­le­fon. - Jesz­cze raz, jak on się na­zy­wa?

- Ar­ceu­s2. Pi­sa­ne ra­zem, dwój­ka za­pi­sa­na cy­frą.

- Dzi­ęki wiel­kie. - He­le­na kiwa gło­wą. - Jak to do­brze mieć zna­jo­mych, któ­rzy orien­tu­ją się w świat­ku in­flu­en­ce­rów...

- Za­wsze faj­nie, gdy to ktoś inny ta­pla się w szam­bie - do­po­wia­da ze śmie­chem Agniesz­ka.

Ba­ri­sta przy­gląda jej się te­raz zu­pe­łnie nie­skrępo­wa­nie. Jak ona to robi? He­le­na jest da­le­ka od za­zdro­ści. Po pro­stu nie­ustan­nie się dzi­wi fe­no­me­no­wi Agniesz­ki: nikt o zdro­wych zmy­słach nie na­zwa­łby jej pi­ęk­no­ścią, a jed­nak za­wsze wzbu­dza za­in­te­re­so­wa­nie, jak­by jej ra­do­sna aura ema­no­wa­ła da­le­ko poza ob­rys drob­ne­go cia­ła.

Dziew­czy­na mówi da­lej:

- A je­śli też chcesz być na bie­żąco z in­flu­en­cer­nią, to za­pra­szam, mamy otwar­te re­kru­ta­cje, na co­pyw­ri­ter­kę byś się nada­wa­ła. Wy­po­wie­dzi tych wszyst­kich ja­mo­chło­nów do ma­te­ria­łów spon­so­ro­wa­nych nie pi­szą się same, nie? Po­le­cić cię?

- Może... - He­le­na w za­my­śle­niu przy­gląda się do po­ło­wy pu­ste­mu kub­ko­wi po ka­wie. - Jak nic się nie ru­szy, to nie­dłu­go nie po­gar­dzę żad­ną ofer­tą.

Agniesz­ka przy­po­mi­na so­bie, że mia­ła opo­wie­dzieć o Adzie An­te­nie i jej sa­mo­zwa­ńczym ma­na­ge­rze, któ­rzy oka­za­li się kom­plet­ny­mi po­my­le­ńca­mi. W dniu pod­pi­sa­nia dłu­go ne­go­cjo­wa­nej umo­wy o wspó­łpra­cy re­pre­zen­tant mo­del­ki zde­cy­do­wał, że za zdjęcia, na któ­rych będzie wi­docz­na nie tyl­ko syl­wet­ka, ale też twarz jego pod­opiecz­nej - czy­li za znacz­ną wi­ęk­szo­ść - żąda­ją do­dat­ko­we­go wy­na­gro­dze­nia. Poza tym nie mogą się zgo­dzić na pu­bli­ka­cję ja­kich­kol­wiek tre­ści w czwart­ki, bo czwar­tek to dzień o naj­gor­szej ener­gii. Ra­cjo­nal­ne ar­gu­men­ty o za­pla­no­wa­nym wcze­śniej bu­dże­cie i ka­len­da­rzu pro­duk­cji nie wy­trzy­ma­ły kon­fron­ta­cji z gło­sa­mi w gło­wie na­wie­dzo­nej ce­le­bryt­ki i jej opie­ku­na. Wszyst­ko sko­ńczy­ło się zgo­ła nie­pro­fe­sjo­nal­ną awan­tu­rą, pod­czas któ­rej emo­cje si­ęgnęły ta­kie­go po­zio­mu, że za­nie­po­ko­jo­na re­cep­cjo­nist­ka we­zwa­ła ochro­nę.

Po­tem Agniesz­ka za­uwa­ża, że ba­ri­sta za­pi­sał na jej pa­ra­go­nie nu­mer te­le­fo­nu. Wte­dy osten­ta­cyj­nie przy­tu­la się do He­le­ny i wy­gła­sza nie­po­chleb­ne opi­nie o ro­dza­ju męskim, szcze­gól­nie o tych jego przed­sta­wi­cie­lach, któ­rzy po­sta­wi­li na ka­rie­rę w ga­stro­no­mii. Ba­ri­sta uda­je, że nic nie sły­szy, ale ode­brać na­pi­wek przy­cho­dzi jego ko­le­ga.

Dziew­czy­ny daw­no się nie wi­dzia­ły, szko­da więc tak po pro­stu się ro­ze­jść, gdy na­po­je się ko­ńczą, a po ciast­kach zo­sta­ją tyl­ko okrusz­ki. De­cy­du­ją się wstąpić na drin­ka do Kity Ko­gu­ta, tiki baru po dru­giej stro­nie Kru­czej. W pierw­szym od­ru­chu He­le­na chce zre­zy­gno­wać, prze­pro­sić Agniesz­kę i wró­cić do miesz­ka­nia, ale szyb­ko prze­ko­nu­je samą sie­bie, że trze­ba wal­czyć ze sła­bo­ścia­mi. Na przy­kład - wy­da­jąc na ko­lo­ro­we kok­taj­le stó­wę, za któ­rą mo­gła­by zro­bić za­ku­py na trzy ko­lej­ne dni.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki

2.

Wy­star­czy po­bie­żnie prze­śle­dzić jej po­sty na In­sta­gra­mie, by do­jść do pro­ste­go wnio­sku: cała ka­rie­ra Le­iki?Fash to nic in­ne­go jak re­la­cja z roz­ci­ągni­ęte­go w cza­sie sa­mo­bój­stwa. He­le­na kręci gło­wą, pa­trząc na ostat­nie opu­bli­ko­wa­ne zdjęcie. Dla­cze­go nikt nie po­mó­gł tej dziew­czy­nie, gdy jesz­cze nie było za pó­źno?

Ka­żdy wpis i ko­men­tarz od fana, ka­żde zdjęcie i po­lu­bie­nie przy­ci­ąga­ły ży­let­kę o uła­mek mi­li­me­tra bli­żej, a ostrze nie za­trzy­ma­ło się, gdy tkan­ki cia­ła sta­wi­ły opór. Czy na­praw­dę sta­ło się to oczy­wi­ste do­pie­ro te­raz? Je­śli wie­rzyć nie­licz­nym ko­men­ta­rzom, Łu­cję Fe­li­siak, czy­li Le­ikę?Fash, zna­le­zio­no z otwar­ty­mi ży­ła­mi w wan­nie pe­łnej krwi. Fani wy­da­ją się szcze­rze za­sko­cze­ni, że in­sta­gra­mer­ka, któ­ra chęt­nie po­zo­wa­ła ze strycz­kiem na szyi i chwa­li­ła się ko­lek­cją blizn na przed­ra­mio­nach, w ko­ńcu sku­tecz­nie tar­gnęła się na swo­je ży­cie.

He­le­na upi­ja łyk kawy. Szko­da dziew­czy­ny.

Jej ka­rie­ra in­flu­en­cer­ki do­pie­ro na­bie­ra­ła tem­pa. Jesz­cze pod ko­niec ubie­głe­go roku, gdy He­le­na od­cho­dzi­ła z pra­cy, Le­ika?Fash była tyl­ko ni­szo­wą, al­ter­na­tyw­ną blo­ger­ką mo­do­wą i aspi­ru­jącą fo­to­mo­del­ką z In­sta­gra­ma, ko­ja­rzo­ną być może przez naj­le­piej obe­zna­nych z bra­nżą, głów­nie ze względu na od­wa­żne sty­li­za­cje. Nikt w re­dak­cji nie po­świ­ęci­łby jej wów­czas na­wet krót­kiej not­ki - z tego pro­ste­go po­wo­du, że zu­pe­łnie nie in­te­re­so­wa­ła ma­in­stre­amo­wych od­bior­ców. Te­raz, na po­cząt­ku kwiet­nia, jej in­sta­gra­mo­we kon­to ob­ser­wu­je po­nad czte­ry­sta ty­si­ęcy osób. In­for­ma­cja o tra­gicz­nej śmier­ci na pew­no wpły­nęła na na­gły skok po­pu­lar­no­ści, ale już mie­si­ąc temu Fe­li­siak mia­ła za­si­ęgi wy­star­cza­jące, aby zo­stać am­ba­sa­dor­ką Re­Me­dium, po­pu­lar­nej mar­ki odzie­żo­wej.

Na ostat­nim opu­bli­ko­wa­nym zdjęciu po­zu­je w płasz­czu tej fir­my. Stoi na tle opusz­czo­nej fa­bry­ki, za któ­rą za­cho­dzi sło­ńce, in­sta­gra­mo­wy filtr wzmac­nia głębię cie­ni. Mo­del­ka pa­trzy spod we­łnia­nej czap­ki gdzieś poza kadr, wiatr roz­wie­wa jej kru­czo­czar­ne wło­sy, kom­po­zy­cja przy­wo­dzi na myśl okład­ki new­wa­ve'owych al­bu­mów. Dziew­czy­na roz­pi­ęła skó­rza­ny płaszcz tak, żeby nie po­zo­sta­wić wąt­pli­wo­ści - pod spód wło­ży­ła tyl­ko czar­ną ko­ron­ko­wą bie­li­znę. Wy­so­ko­ść szpi­lek su­ge­ru­je, że mogą po­cho­dzić ze skle­pu dla fe­ty­szy­stów, a jed­nak cała po­stać spra­wia dziw­nie asek­su­al­ne wra­że­nie. Skó­ra opi­na­jąca ostro za­ry­so­wa­ne oboj­czy­ki i że­bra jest nie­zdro­wo bla­da, na zdjęciu nie uwiecz­nio­no czło­wie­ka, tyl­ko pó­łprze­zro­czy­stą zja­wę. To kwin­te­sen­cja sty­lu Le­iki?Fash. Opis pod zdjęciem gło­si: "Cia­ło to wy­na­jęte miesz­ka­nie, z któ­re­go tak ła­two nas eks­mi­to­wać".

He­le­na pije ko­lej­ny łyk sty­gnącej kawy. A może to jed­nak nie­spra­wie­dli­we - ocze­ki­wać, żeby kto­kol­wiek po­trak­to­wał po­wa­żnie ni­hi­li­stycz­ną pozę dwu­dzie­sto­dwu­let­niej in­flu­en­cer­ki? He­le­na nie wy­klu­cza, że gdy­by nie zna­ła fi­na­łu jej hi­sto­rii, na wi­dok pre­ten­sjo­nal­nych zdjęć Łu­cji Fe­li­siak sama tyl­ko wzru­szy­ła­by ra­mio­na­mi. Jako re­dak­tor­ka por­ta­lu z new­sa­mi wi­dzia­ła już wie­le; wy­star­czą dwa ty­go­dnie do­stępu do in­ter­ne­tu, żeby zo­ba­czyć za dużo. Gdy trzy klik­ni­ęcia da­lej pa­to­stre­amer trans­mi­tu­je na żywo, jak jego pi­ja­ny ko­le­ga roz­bi­ja wła­snej mat­ce gło­wę bu­tel­ką, na­praw­dę nikt nie za­sta­no­wi się dłu­żej niż przez se­kun­dę, czy ha­sh­tag #cze­kam­na­śmie­rć to­wa­rzy­szący ko­lej­ne­mu mrocz­ne­mu sel­fie to coś wi­ęcej, a może tyl­ko ele­ment prze­my­śla­nej au­to­kre­acji.

Mimo wszyst­ko He­le­na nie po­tra­fi mach­nąć ręką, za­mknąć w prze­glądar­ce kar­ty z In­sta­gra­mem i po­szu­kać in­spi­ra­cji pod in­nym ad­re­sem. Coś w zie­lo­nych oczach fo­to­mo­del­ki, tym za­mglo­nym spoj­rze­niu idol­ki go­tyc­kich li­ce­ali­stek spra­wia, że wzdłuż kręgo­słu­pa spły­wa zna­jo­my dra­żni­ący im­puls: tego te­ma­tu nie wol­no od­pu­ścić.

He­le­na na­tych­miast po­dej­mu­je wątek. A gdy­by tak na­pi­sać duży prze­kro­jo­wy ar­ty­kuł o sa­mo­bój­stwach ido­li po­ko­le­nia in­ter­ne­tu? O tych wszyst­kich nie­zau­wa­ża­nych przez ma­in­stre­am ce­le­bry­tach, kar­mio­nych laj­ka­mi przez dzie­cia­ki uro­dzo­ne ze smart­fo­na­mi w dło­niach, wiecz­nie uśmiech­ni­ętych, a jed­nak za­bi­ja­nych przez de­pre­sję? He­le­na pa­mi­ęta kil­ka ta­kich hi­sto­rii: ame­ry­ka­ński ra­per sam wy­pro­mo­wał swo­je utwo­ry na YouTu­bie, grał już na let­nich fe­sti­wa­lach i gdy zda­wa­ło się, że cze­ka­ją na nie­go naj­wi­ęk­sze sce­ny świa­ta, w wie­ku dwu­dzie­stu je­den lat świa­do­mie przedaw­ko­wał me­fe­dron. Ak­tor­ka por­no, zwi­ąza­na z in­ter­ne­to­wą wy­twór­nią, nie wy­trzy­ma­ła pre­sji i po­wie­si­ła się przed dwu­dzie­sty­mi trze­ci­mi uro­dzi­na­mi. Nie­spe­łna trzy­dzie­sto­let­ni ko­mik, po­pu­lar­ny głów­nie wśród na­sto­lat­ków, wy­sko­czył z okna za­raz po na­gra­niu swo­je­go ostat­nie­go pod­ka­stu. Przy­pa­dek Le­iki?Fash jest chy­ba pierw­szym ta­kim w Pol­sce, ist­nie­je więc szan­sa, że rze­tel­nie przy­go­to­wa­nym ma­te­ria­łem za­in­te­re­su­ją się nie tyl­ko naj­wi­ęk­sze por­ta­le, ale też dru­ko­wa­ne ma­ga­zy­ny opi­nii. Dla He­le­ny to na­dzie­ja na roz­wi­ni­ęcie fre­elan­cer­skich skrzy­deł i od­wle­cze­nie ko­niecz­no­ści szu­ka­nia pra­cy na etat. Nie­po­trzeb­na śmie­rć wy­chu­dzo­nej in­flu­en­cer­ki nie po­szła­by na mar­ne.

Szko­da cza­su, trze­ba dzia­łać. Od cze­go za­cząć? Wia­do­mo, jak za­wsze: od uru­cho­mie­nia kon­tak­tów. He­le­na si­ęga po te­le­fon i wy­bie­ra nu­mer Agniesz­ki. Pra­co­wa­ły ra­zem przez pra­wie rok, ale po­tem Agniesz­ka zde­cy­do­wa­ła się zmie­nić bra­nżę i za­trud­ni­ła się w du­żej agen­cji mar­ke­tin­go­wej. Oka­za­ło się, że to zna­ko­mi­ta de­cy­zja, bo o ile dzien­ni­kar­ką była co naj­wy­żej śred­nią, o tyle w no­wym śro­do­wi­sku od­na­la­zła się do­sko­na­le. Te­raz, nie­ca­łe dwa lata pó­źniej, sa­mo­dziel­nie za­rządza du­ży­mi kam­pa­nia­mi. Traf chciał, że do jej klien­tów na­le­ży odzie­żo­wa mar­ka Re­Me­dium.

Gdy przez chwi­lę Agniesz­ka nie od­bie­ra, He­le­na re­flek­tu­je się i spo­gląda na ze­ga­rek. Kil­ka mie­si­ęcy pra­cy w domu i za­po­mi­na się o za­sa­dach rządzących biu­ro­wym świa­tem. Do­cho­dzi pi­ęt­na­sta, Aga może wła­śnie jeść lunch albo być na spo­tka­niu. A jed­nak nie, po chwi­li w słu­chaw­ce roz­le­ga się jej głos we­so­łej ło­bu­zia­ry z kre­skó­wek:

- Sie­ma, Hela! Co tam?

- No cze­ść - od­po­wia­da He­le­na. - Słu­chaj, Aga, sor­ki, że ci gło­wę za­wra­cam... Mo­żesz w ogó­le roz­ma­wiać?

- A kto mi za­bro­ni? - mówi ze śmie­chem Agniesz­ka. - Ja­sne, da­waj.

- Słu­chaj, ro­bi­łaś nie­daw­no kam­pa­nię dla Re­Me­dium, nie? Z tą la­ską, któ­ra się przed­wczo­raj za­bi­ła...

- No tak. Le­ika Fash, kró­lo­wa mrocz­nych serc z In­sta­gra­ma. Szko­da mi jej strasz­nie.

- Szko­da - przy­zna­je He­le­na. - Więc wła­śnie, chcę na­pi­sać o niej ar­ty­kuł, tro­chę, wiesz, przy­bli­żyć jej po­stać, ale też na­wi­ązać do sa­mo­bójstw in­nych ido­li wspó­łcze­snej dzie­ciar­ni.

- O, spo­ko, cie­ka­wy te­mat. A ty wci­ąż w Press­Fac­tor?

- Od no­we­go roku na fre­elan­sie.

- Za­je­bi­ście!

- No po­wiedz­my. - He­le­na od­wra­ca się na krze­śle i uśmie­cha krzy­wo do wła­sne­go od­bi­cia w lu­strza­nych drzwiach sza­fy. - W ka­żdym ra­zie po­my­śla­łam, że sko­ro pra­co­wa­łaś z tą Le­iką, to może masz ja­kiś na­miar na jej ma­na­ge­ra? Wi­dzę mej­la na jej fan­pa­ge'u, ale tam nie ma sen­su na­wet pró­bo­wać.

- Mam na pew­no nu­mer te­le­fo­nu, mu­szę tyl­ko po­szu­kać. Prze­słać ci?

- By­ła­bym wdzi­ęcz­na. My­ślisz, że w ogó­le będzie chciał ze mną roz­ma­wiać?

- A tego to już nie wiem. Ja go wspo­mi­nam bar­dzo po­zy­tyw­nie, ogar­ni­ęty gość, pe­łna pro­fe­ska. Za­wsze przy te­le­fo­nie, na mej­le od ręki od­pi­sy­wał. Nie to co zwy­kle ta­tu­śko­wie tych dziew­czątek z In­sta... Hela, czy ja ci opo­wia­da­łam, jak ma­na­ger Ady An­te­ny nam epic­ko upier­do­lił kam­pa­nię?

- Nie ko­ja­rzę.

He­le­na wpi­su­je w Go­ogle "Ada An­te­na" i kręci gło­wą, wi­dząc zdjęcia ogo­lo­nej na łyso ko­smit­ki w po­włó­czy­stych srebr­nych suk­niach.

- Pra­wie stra­ci­li­śmy przez nie­go klien­ta. Jezu, ja­kie mia­łam wte­dy urwa­nie gło­wy. Kur­de, słu­chaj, mu­szę po­wo­li ko­ńczyć, bo wła­śnie ogar­nęłam, że mam za pięć mi­nut cal­la. Wy­ślę ci za­raz nu­mer me­na­go Łaj­ki, a w ogó­le może by­śmy się na ja­kąś kaw­kę w ko­ńcu usta­wi­ły, co?

- Ja­sne - zga­dza się He­le­na.

- Kie­dy ci pa­su­je? Może być ju­tro po osiem­na­stej?

He­le­nie pa­su­je wła­ści­wie kie­dy­kol­wiek, ale uda­je, że się za­sta­na­wia.

- Może być.

- No i su­per. Zga­da­my się jesz­cze, gdzie do­kład­nie, okej?

- Ja­sne.

Agniesz­ka że­gna się i roz­łącza. Nie mija pół mi­nu­ty, a He­le­na do­sta­je wi­zy­tów­kę ma­na­ge­ra Le­iki. Nu­me­ro­wi te­le­fo­nu to­wa­rzy­szy imię i na­zwi­sko: Ma­riusz Mar­ci­niak. He­le­na do­pi­su­je go do li­sty kon­tak­tów.

Lu­dzie szum­nie na­zy­wa­ni ma­na­ge­ra­mi in­flu­en­ce­rek to zwy­kle też ich fo­to­gra­fo­wie, ksi­ęgo­wi i do­rad­cy fi­nan­so­wi, ale przede wszyst­kim ży­cio­wi part­ne­rzy. Wi­ęk­szo­ść z nich po­czu­ła biz­ne­so­wą ży­łkę i po­sta­no­wi­ła zmo­ne­ty­zo­wać fo­to­ge­nicz­no­ść swo­ich dziew­czyn; mo­żna za­ło­żyć, że nie­któ­rzy na­praw­dę je przy tym ko­cha­ją. Czy dzwo­nie­nie z pro­śbą o roz­mo­wę na trze­ci dzień po śmier­ci Le­iki?Fash mo­żna na­zwać ina­czej niż za­cho­wa­niem god­nym dzien­ni­kar­skich hien z naj­gor­szych szma­tław­ców? Jak­kol­wiek bru­tal­ne by się to wy­da­wa­ło, po śmier­ci pod­opiecz­nej ma­na­ger wci­ąż po­wi­nien pe­łnić swo­je obo­wi­ąz­ki, czy­li mi­ędzy in­ny­mi uże­rać się z na­mol­ny­mi dzien­ni­ka­rza­mi. Po krót­kim wa­ha­niu He­le­na de­cy­du­je się wy­brać jego nu­mer.

- Halo? - sły­szy.

- Dzień do­bry - mówi. - Na­zy­wam się He­le­na Ró­że­wicz. Czy mam przy­jem­no­ść z pa­nem Ma­riu­szem Mar­ci­nia­kiem?

- Przy te­le­fo­nie.

- Je­stem dzien­ni­kar­ką. Przy­go­to­wu­ję duży ma­te­riał o zma­rłej Łu­cji Fe­li­siak i bar­dzo li­czę na po­moc z pana stro­ny.

Przez dłu­ższą chwi­lę w słu­chaw­ce pa­nu­je ci­sza.

- Skąd ma pani mój nu­mer te­le­fo­nu? Nie udo­stęp­nia­łem go pu­blicz­nie.

He­le­na do­cho­dzi do wnio­sku, że nie po­win­na kła­mać.

- Od ko­le­żan­ki, któ­ra ja­kiś czas temu pra­co­wa­ła z pa­nem i z Łu­cją przy kam­pa­nii mar­ke­tin­go­wej.

- Ro­zu­miem. A pani dla kogo pra­cu­je? Dla ja­kiej re­dak­cji ma być ten ma­te­riał?

- Jesz­cze nie wiem - przy­zna­je He­le­na. - Je­stem fre­elan­cer­ką.

- No tak. Pro­szę wy­ba­czyć, ale na­praw­dę nie mam ocho­ty roz­ma­wiać. A na wy­pa­dek gdy­by była pani bar­dzo zde­ter­mi­no­wa­na w szu­ka­niu sen­sa­cji, pro­szę cho­ciaż o odro­bi­nę przy­zwo­ito­ści. Ro­dzi­na Łu­cji nie ży­czy so­bie, by wy­dzwa­niać do jej bli­skich.

Głos Mar­ci­nia­ka jest spo­koj­ny, choć po­brzmie­wa w nim iry­ta­cja. Cóż, trud­no mu się dzi­wić. He­le­na przy­gry­za war­gi.

- Le­ika była dla wie­lu mło­dych lu­dzi wa­żną oso­bą, in­spi­ra­cją - pró­bu­je jesz­cze. - Jej hi­sto­ria mo­gła­by się oka­zać cen­ną prze­stro­gą...

Mar­ci­niak wcho­dzi jej w sło­wo.

- Wiem, kim była Łu­cja, i znam jej hi­sto­rię. Na­praw­dę wszyst­ko, co mia­łem do po­wie­dze­nia, na­pi­sa­łem w ofi­cjal­nym ko­mu­ni­ka­cie, któ­ry opu­bli­ko­wa­łem na jej fan­pa­ge'u. Nie mam nic wi­ęcej do do­da­nia.

He­le­na kiwa gło­wą.

- Ro­zu­miem. W ta­kim ra­zie dzi­ęku­ję panu i prze­pra­szam, że pana nie­po­ko­iłam.

- Pro­szę do mnie wi­ęcej nie dzwo­nić. I prze­ka­zać ko­le­żan­ce, że swo­bod­ne dys­po­no­wa­nie cu­dzy­mi nu­me­ra­mi te­le­fo­nu to śred­nio pro­fe­sjo­nal­ne za­cho­wa­nie. Do wi­dze­nia.

He­le­na od­kła­da te­le­fon; no trud­no. Nie za­mie­rza się znie­chęcać. W tej bra­nży drob­ne po­ra­żki są nie do unik­ni­ęcia, a dro­ga do war­to­ścio­we­go ma­te­ria­łu za­wsze pro­wa­dzi przez la­bi­rynt pe­łen śle­pych za­ułków.

Po­now­nie włącza Fa­ce­bo­oka, wcho­dzi na fan­pa­ge Le­iki?Fash i jesz­cze raz czy­ta ostat­ni opu­bli­ko­wa­ny wpis - oświad­cze­nie, w któ­rym ma­na­ger po­twier­dza in­for­ma­cję o śmier­ci in­flu­en­cer­ki. He­le­na nie­mal sły­szy tych kil­ka la­ko­nicz­nych zdań prze­czy­ta­nych po­zor­nie spo­koj­nym gło­sem Mar­ci­nia­ka. Ko­mu­ni­kat otrzy­mał po­nad ty­si­ąc laj­ków i smut­nych re­ak­cji, w ko­men­ta­rzach fani wsta­wia­ją wir­tu­al­ne świecz­ki.

He­le­na prze­cho­dzi do za­kład­ki z pro­fi­lem Le­iki?Fash na In­sta­gra­mie. Za­wie­sza wzrok na zdjęciu opu­bli­ko­wa­nym po­nad mie­si­ąc wcze­śniej. To sel­fie wy­ko­na­ne przed lu­strem. Mo­del­ka w roz­pi­ętej ko­szu­li eks­po­nu­je nowy ta­tu­aż - ćmę, zmierzch­ni­cę tru­pią głów­kę, któ­ra roz­sia­dła się na jej de­kol­cie. Ciem­no­sza­ry mo­tyl za­wdzi­ęcza złą sła­wę cha­rak­te­ry­stycz­ne­mu wzo­ro­wi na tu­ło­wiu, któ­ry przy­po­mi­na ludz­ką czasz­kę. We­dług sta­ro­an­giel­skich wie­rzeń owad to­wa­rzy­szył wie­dźmom i szep­tał im do ucha imio­na lu­dzi, któ­rzy mie­li wkrót­ce umrzeć.

He­le­na do­pi­ja kawę i czy­ta opis pod zdjęciem.

"Po­wiedz, jak mam na imię?"

1.

Je­śli wie­rzyć wy­ni­kom ba­da­nia fo­ku­so­we­go, po­nad osiem­dzie­si­ąt pro­cent do­ro­słych Po­la­ków uzna­ło­by sto­jącą na środ­ku po­ko­ju nagą dziew­czy­nę za "nie­prze­ci­ęt­nie atrak­cyj­ną", ale Ad­rian my­śli tyl­ko o wy­ni­kach jej ostat­nich po­mia­rów an­tro­po­me­trycz­nych. Pa­trząc na pe­łne pier­si i pła­ski brzuch, cie­szy się, że ty­go­dnie pra­cy z die­te­ty­kiem i tre­ner­ką per­so­nal­ną nie po­szły na mar­ne, bo na­resz­cie osi­ągnęła ni­ski po­ziom tkan­ki tłusz­czo­wej. Na me­dal spi­sa­li się też fry­zje­rzy i ko­sme­tycz­ki: za­far­bo­wa­ne na ja­sny róż wło­sy cie­ka­wie kon­tra­stu­ją z oliw­ko­wą kar­na­cją, a ma­ki­jaż pod­kre­śla uro­dę eg­zo­tycz­ną na tyle, by za­in­try­go­wać, ale jed­no­cze­śnie bez­piecz­nie bli­ską eu­ro­pej­skie­mu ka­no­no­wi. Ka­żdy cen­ty­metr kwa­dra­to­wy skó­ry dziew­czy­ny jest gład­ki, jak­by od­la­no ją z pla­sti­ku.

Amal - tak la­lecz­ka ma na imię. Po­la­cy już nie­dłu­go za­ko­cha­ją się w jej moc­nym gło­sie, wiel­kich czar­nych oczach i uro­czym uśmie­chu. Jest jej pi­sa­na spek­ta­ku­lar­na ka­rie­ra, bły­ska­wicz­na pod­róż na szczyt. Cała bra­nża mu­zycz­na od lat wy­cze­ku­je na­de­jścia Amal, choć jesz­cze o tym nie wie.

Gdy­by do apar­ta­men­tu wsze­dł te­raz ktoś obcy, nie zo­rien­to­wa­łby się, że tra­fił na plan fil­mo­wy. A jed­nak: nie­wi­docz­ne ka­me­ry czuj­nym cy­fro­wym spoj­rze­niem obej­mu­ją nie­mal całe po­miesz­cze­nie, nie li­cząc tyl­ko jed­nej śle­pej pla­my, mar­twe­go punk­tu, któ­ry nie znaj­dzie się w żad­nym ka­drze. Wła­śnie tam usa­do­wił się Ad­rian. Nie ma go tu, nie ist­nie­je, nie rzu­ca na­wet cie­nia.

Oczy­wi­ście mo­gli­by po pro­stu wy­na­jąć eki­pę, roz­sta­wić sprzęt i na­grać film pro­fe­sjo­nal­nie, ale rzecz w tym, że agen­cji wca­le nie cho­dzi o pro­fe­sjo­nal­ne na­gra­nie. Ma być su­ro­wo i au­ten­tycz­nie. Tak to ujął Wik­tor pod­czas ostat­nie­go brie­fin­gu, choć mó­wi­ąc o au­ten­tycz­no­ści, skrzy­wił się w iro­nicz­nym uśmie­chu. Na­gry­wa­ny ma­te­riał z za­ło­że­nia trze­ba trak­to­wać jako pó­łpro­dukt. To tre­ść, któ­ra może na­brać zna­cze­nia, ale wca­le nie musi. Za­wsze jed­nak war­to za­cho­wać pro­fe­sjo­na­lizm, cho­ćby z ele­men­tar­ne­go sza­cun­ku dla for­ma­to­wa­nej dziew­czy­ny; Ad­rian nie za­mie­rza z tym po­le­mi­zo­wać.

Przy­tłu­mio­ne od­gło­sy zza okna wy­bi­ja­ją się po­nad szum kli­ma­ty­za­cji i przy­po­mi­na­ją, że wbrew po­zo­rom nor­mal­ny świat jest ca­łkiem bli­sko. Bar­dzo do­brze, bo to nie­po­ko­jące, gdy po­czu­cie od­re­al­nie­nia sta­je się naj­sil­niej­szym wra­że­niem.

Bose sto­py Amal za­pa­da­ją się w gru­bej wy­kła­dzi­nie. Jej per­fu­my pach­ną cy­tru­so­wo. Są na tyle in­ten­syw­ne, że wy­star­czy sku­pić na nich uwa­gę, by na­tych­miast wró­cić do rze­czy­wi­sto­ści. Ad­rian bie­rze głębo­ki wdech i po­wo­li wy­pusz­cza po­wie­trze. Uśmie­cha się pó­łgęb­kiem sam do sie­bie: "Fo­kus, chło­pacz­ku".

Drzwi się otwie­ra­ją i do po­miesz­cze­nia wcho­dzi ak­tor, mężczy­zna w bia­łej ma­sce. War­stwa ja­sne­go ma­te­ria­łu szczel­nie za­kry­wa całą jego gło­wę. Pre­pa­rat z sil­de­na­fi­lem po­sta­wił na bacz­no­ść pe­ni­sa, po­stać wy­gląda jak gro­te­sko­wy po­ga­ński bo­żek płod­no­ści. Gdy­by Ad­rian nie był zde­ner­wo­wa­ny, uzna­łby ten wi­dok za ca­łkiem za­baw­ny.

Agen­cja na­zy­wa mężczy­znę ak­to­rem moc­no na wy­rost, z cze­go wszy­scy do­sko­na­le zda­ją so­bie spra­wę. Cho­dzi tyl­ko o szkie­let i roz­pi­ęte na nim tkan­ki, o po­ru­sza­jącą się syl­wet­kę. Za­bra­no mu twarz, bo nie jest ani cie­ka­wa, ani po­trzeb­na. Je­śli do­brze się przyj­rzeć, na bia­łym ma­te­ria­le ma­ski mo­żna do­strzec nie­wiel­kie ciem­ne punk­ty: to klu­czo­we mar­ke­ry ozna­cza­jące mi­ędzy in­ny­mi po­ło­że­nie na­sa­dy i skrzy­de­łek nosa, ko­ści po­licz­ko­wych oraz kąci­ków ust i oczu. Łącz­nie jest ich kil­ka­na­ście. Ni­g­dy nie wia­do­mo, jak spra­wy się po­to­czą - może się oka­zać, że ja­kaś twarz jed­nak się ak­to­ro­wi przy­da, a wte­dy dzi­ęki mar­ke­rom ma­gi­cy od post­pro­duk­cji będą mo­gli ob­da­ro­wać go zu­pe­łnie do­wol­ną.

Ad­rian wie o ak­to­rze tyl­ko tyle, ile musi: to Po­lak, ma trzy­dzie­ści sie­dem lat, wy­kszta­łce­nie śred­nie, jest zdro­wy i nie­ka­ra­ny. Kon­trakt, któ­ry za­wa­rł z agen­cją The­atro Um­bra, za­wie­ra klau­zu­lę po­uf­no­ści z bar­dzo wy­so­ką karą umow­ną, po­nad­to na­kła­da na zle­ce­nio­bior­cę ko­niecz­no­ść do­star­cze­nia ak­tu­al­nych wy­ni­ków ba­dań na cho­ro­by we­ne­rycz­ne i ka­te­go­rycz­nie za­ka­zu­je od­zy­wa­nia się na pla­nie, bo usta mają po­zo­sta­wać nie­ru­cho­me.

Rów­nie do­brze ak­tor mó­głby być cy­bor­giem. Szko­da, że nie jest.

Im spraw­niej na­gra­ją ma­te­riał, tym wcze­śniej Ad­rian będzie mógł iść do domu, a jest już zmęczo­ny, dzień pra­cy za­czął się sto lat temu. Na­praw­dę nie chce tra­cić wi­ęcej cza­su. Po­ka­zu­je ge­stem, żeby ak­tor za­czy­nał.

Mężczy­zna bez twa­rzy uj­mu­je więc w dłoń wzwie­dzio­ne prącie i pod­cho­dzi do Amal pew­nym kro­kiem, ni­czym ra­die­ste­ta pro­wa­dzo­ny przez ró­żdżkę. Dziew­czy­na przez chwi­lę pa­trzy na nie­go bez­ro­zum­nie, ale za­raz przy­po­mi­na so­bie o uśmie­chu. Na kil­ka se­kund za­sty­ga­ją tak obo­je w idio­tycz­nej stop-klat­ce, wresz­cie ak­tor się re­flek­tu­je, kła­dzie ręce na ra­mio­nach Amal i sta­now­czym ru­chem spro­wa­dza ją na ko­la­na. Dziew­czy­na nie sta­wia opo­ru.

Bio­dra ak­to­ra bez twa­rzy i imie­nia po­ru­sza­ją się mia­ro­wo. Trwa to kil­ka dłu­gich mi­nut, po­tem mężczy­zna od­py­cha dziew­czy­nę i pod­ry­wa ją z klęczek. Amal z tru­dem ła­pie od­dech. Gdy pro­wa­dzi ją kil­ka kro­ków i sa­dza na brze­gu sto­łu, z fiu­ta wci­ąż zwie­sza mu się gir­lan­da gęstej śli­ny.

Dziew­czy­na kła­dzie się na bla­cie, od­wra­ca gło­wę i przez krót­ki mo­ment pa­trzy Ad­ria­no­wi pro­sto w oczy. Kon­takt wzro­ko­wy jest bar­dzo wa­żny, a we­dług przy­jętej przez agen­cję me­to­do­lo­gii - wręcz klu­czo­wy. Ad­rian nie do­strze­ga na twa­rzy dziew­czy­ny żad­nych emo­cji, jak­by ona ta­kże no­si­ła ma­skę. To zna­ko­mi­ty znak, więc de­li­kat­nie się do niej uśmie­cha.

Ru­chy ak­to­ra sta­ją się co­raz gwa­łtow­niej­sze, jak­by do­pie­ro te­raz po­zwo­lił do­jść do gło­su po­żąda­niu. Cia­ło ude­rza o cia­ło, skó­ra trze o skó­rę, a ka­me­ry re­je­stru­ją ka­żde drgni­ęcie mar­ke­rów na bia­łej ma­sce.

Amal na pew­no nie od­czu­wa przy­jem­no­ści, ale ta­kże dys­kom­for­tu, gdy mężczy­zna bez twa­rzy pie­przy ją, jak­by od tego za­le­ża­ło jego ży­cie. Umy­sł dziew­czy­ny uno­si się ni­czym ba­lo­nik gdzieś nie­wy­obra­żal­nie wy­so­ko, gdy cia­ło po­dry­gu­je na sto­le. W ci­chych jękach nie sły­chać au­ten­tycz­nej skar­gi. To na­wet nie za­słu­ga kok­taj­lu z flu­ni­tra­ze­pa­mem po­da­ne­go jej przez le­ka­rza przed na­gra­niem, a ra­czej mie­si­ęcy żmud­ne­go for­ma­to­wa­nia. Wi­ta­my w te­atrze cie­ni. Tu nic nie jest praw­dzi­we.

Drew­nia­ny blat skrzy­pi, wy­da­je wy­so­ki iry­tu­jący dźwi­ęk. Mo­gli­by już ko­ńczyć, ma­te­ria­łu po­win­no wy­star­czyć. Ad­rian chęt­nie przej­rza­łby new­sy w te­le­fo­nie, ale jego za­da­nie wy­ma­ga czuj­no­ści - musi za­re­ago­wać, gdy­by tyl­ko Amal za­częła wy­pa­dać z roli albo po­ja­wi­ło się ry­zy­ko, że ak­tor zro­bi jej krzyw­dę. Nic ta­kie­go się jed­nak nie dzie­je, dziew­czy­na krzy­wi się i za­ci­ska zęby, ale ani przez chwi­lę nie pró­bu­je się bro­nić, nie od­py­cha part­ne­ra.

Wy­czer­pa­ny ak­tor wresz­cie ko­ńczy. Jęczy przy tym bez prze­ko­na­nia, jak na fo­te­lu u den­ty­sty. Cofa się o krok i si­ęga po pacz­kę chu­s­te­czek. Przez mo­ment waha się, jak­by chciał coś po­wie­dzieć, ale kon­trakt to kon­trakt, roz­sąd­niej będzie mil­czeć. Ad­rian po­ka­zu­je mu unie­sio­ny kciuk. Spi­sa­łeś się, przy­ja­cie­lu, te­raz już nic tu po to­bie. Na szczęście żad­ne du­ble nie będą po­trzeb­ne. Ak­tor wy­cho­dzi z po­ko­ju, nie ogląda­jąc się za sie­bie; erek­cja nie ustąpi jesz­cze przez co naj­mniej go­dzi­nę.

Amal leży na sto­le, jej zmal­tre­to­wa­ne pier­si uno­szą się i opa­da­ją w rytm przy­śpie­szo­ne­go od­de­chu. Znów od­wra­ca twarz w stro­nę Ad­ria­na i ma­to­wym wzro­kiem szu­ka jego spoj­rze­nia. Ma­ki­jaż spły­wa po jej twa­rzy ciem­ny­mi stru­ga­mi, na po­licz­kach ru­mie­nią się śla­dy po ude­rze­niach. Cy­tru­so­wa woń per­fum mie­sza się z kwa­śnym za­pa­chem potu i ślu­zu. Ad­rian po­now­nie na­gra­dza Amal uśmie­chem. Grzecz­na dziew­czyn­ka, bar­dzo dziel­na; za­raz znów obej­rzy ją le­karz.

Gdy­by za­py­tał ją ju­tro o na­gra­nie, nie umia­ła­by so­bie nic przy­po­mnieć. Czy na­praw­dę mu­siał na to pa­trzeć? Świ­ęta me­to­do­lo­gia za­kła­da, że ow­szem, po­zy­cjo­ner jest nie­zbęd­ny pod­czas wszyst­kich te­stów - na wy­pa­dek gdy­by wa­run­ko­wa­nie jed­nak za­wio­dło, a gdzieś pod sko­ru­pą wy­kre­owa­nej per­so­ny na­gle prze­bu­dzi­ła się pier­wot­na oso­bo­wo­ść. Ad­rian nie może jed­nak po­wstrzy­mać my­śli, że rów­nie do­brze Amal mó­głby dziś to­wa­rzy­szyć kto­kol­wiek inny. Albo on sam mó­głby być kim­kol­wiek in­nym.

Rów­nie do­brze Ad­rian Klim­ke mó­głby być cy­bor­giem. Szko­da, że nie jest.