Kontrakt - Marta Osa

Kup ebooka

46.90 zł
38.93 zł (39,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Ja­sna cho­lera! To nie mo­gła być prawda... Mał­go­rzata stała nie­ru­chomo i wpa­try­wała się w wid­no­krąg jak urze­czona. Sierp­niowe słońce za­cho­dziło w oto­cze­niu ście­lą­cych się pła­sko barw­nych chmur obie­cu­ją­cych nocne roz­ko­sze. Ich ko­lory za­pie­rały dech w pier­siach. Kra­dły je od wszech­moc­nej gwiazdy, która te­raz to­nąc w ko­lo­ro­wej po­ścieli, kła­dła się spać. Za­chód słońca był za­chwy­ca­jący. Wła­śnie tak so­bie to wy­obra­żała.

Skur­czy­syn - po­my­ślała. - Spe­cjal­nie wy­brał taką porę.

- I co po­wiesz? - ode­zwał się, kiedy osią­gnął za­mie­rzony cel. Stała jak za­klęta. Do­sko­nale wie­dział, jak ją otu­ma­nić. Prze­cież sama opo­wie­działa mu o swoim ma­rze­niu. - O taki wi­dok ci cho­dziło?

- Jest nie­ziem­sko - wes­tchnęła.

Uznała uda­wa­nie, że nie robi to na niej wra­że­nia, za po­ni­żej swo­jej god­no­ści. Prze­cież całe do­ro­słe ży­cie, od mo­mentu kiedy za­częła pi­sać i po­ko­chała swoją sa­mot­ność, wy­obra­żała so­bie ta­ras z ta­kim wi­do­kiem i sie­bie za­pa­trzoną w za­chód słońca. I ta ro­man­tyczna pa­no­rama... Każ­dego roku wy­ry­wała się nad mo­rze. Ostat­nio na­wet sa­mot­nie. Nie po­trze­bo­wała to­wa­rzy­stwa. Jej my­śli go nie po­trze­bo­wały. Ale ona sama tym ra­zem chciała po­ga­dać... z kim­kol­wiek. I to wła­śnie wtedy na­wią­zała z nim kon­takt. Po czter­dzie­stu la­tach.

- Mo­żesz oglą­dać go co dzień. O każ­dej po­rze roku - ku­sił, spo­glą­da­jąc jej szy­der­czo w oczy. Jakby był pe­wien, że mu nie od­mówi.

Wi­działa tę pew­ność w jego uśmie­chu. Znała ten uśmiech. Pa­mię­tała go do­sko­nale.

- Taaa. Aku­rat.

- Gośka, ja nie żar­to­wa­łem. Apar­ta­ment bę­dzie twój, je­śli zgo­dzisz się na mój układ.

- Adam, prze­cież ja cię pra­wie nie znam.

- Jak to?

- Znam cię jako na­sto­latka... By­li­śmy dzie­cia­kami.

- Dwu­dzie­sto­latka - po­pra­wił ją.

- Dwu­dzie­sto­latka. To prawda - przy­tak­nęła. - Ale by­li­śmy jesz­cze gów­nia­rzami. I już wtedy mnie bo­le­śnie zra­ni­łeś.

- To ty mnie za­wio­dłaś - obu­rzył się.

- Wi­dzisz... ni­gdy się nie do­ga­damy.

- Go­siu, ale nie o to tu prze­cież cho­dzi. Nie mu­simy się ro­zu­mieć.

- No nie wiem - za­częła się wa­hać. Układ rze­czy­wi­ście po­ro­zu­mie­nia nie za­kła­dał. Do­ty­czył zu­peł­nie cze­goś in­nego. Po­cząt­kowo my­ślała, że to żart. Na­wet cał­kiem nie­zły. - Do­bra - pod­jęła de­cy­zję. I na­tych­miast po­my­ślała, że bę­dzie jej ża­ło­wać. - Ale chcę za­bez­pie­cze­nia.

- Nie ufasz mi?

- A dzi­wisz się? - Spoj­rzała na niego z ukosa. Nie do­strze­gła gry­masu znie­chę­ce­nia. Chyba nie ona jedna mu nie ufała.

- Ju­tro czeka na nas no­ta­riusz - po­wie­dział pew­nie. Był przy­go­to­wany. - Pa­suje?

Klamka za­pa­dła. Skur­czy­syn!

Roz­dział I

Jak czas zmie­nia punkt wi­dze­nia

Mał­go­rzata sie­działa na wy­dmie. Miała wąt­pli­wo­ści, czy może się na nią wdra­pać, jed­nak gdy do­strze­gła ogro­dze­nie, które koń­czyło się znacz­nie da­lej, po­zwo­liła so­bie na taki wy­stę­pek. Może nikt jej nie po­goni, a wi­dok wart był lek­kiego stra­chu i ma­łej dawki ad­re­na­liny.

- Ale cud­nie - wes­tchnęła sama do sie­bie, bo plaża była nie­mal pu­sta.

Wrze­śniowa aura ścią­gała nad mo­rze już tylko eme­ry­tów i ro­dzi­ców z ma­łymi dziećmi. Za nie­spełna rok i ona bę­dzie mo­gła do woli cie­szyć się swo­bodą, kiedy tylko do­czeka upra­gnio­nej eme­ry­tury. Jesz­cze rok - po­wta­rzała so­bie w chwi­lach, kiedy już tra­ciła za­wo­dową cier­pli­wość.

Te­raz tych kilka skra­dzio­nych wol­nych chwil zy­skała nie­mal z na­kazu sze­fo­stwa.

- Ko­bieto, idź na urlop, bo ci prze­pad­nie - usły­szała od prze­ło­żo­nego.

Mał­go­rzata ni­gdy nie miała czasu na urlop. Pra­co­wała w ma­łej po­radni psy­cho­lo­giczno-pe­da­go­gicz­nej i nie żeby się za­ha­ro­wy­wała. Nic z tych rze­czy. Praca była trudna i wy­ma­ga­jąca em­pa­tii, ale miała do­sko­nałe do­świad­cze­nie i we­szła w nowe za­da­nia jak w ma­sło. Em­pa­tii też miała w nad­mia­rze. Ro­zu­miała więc, że to jej młod­sze ko­le­żanki po­trze­bują urlopu w cza­sie let­nich wa­ka­cji. Miały dzieci wy­ma­ga­jące tro­ski ro­dzi­ców albo choćby to­wa­rzy­stwa na let­nim wy­jeź­dzie. Albo part­ne­rów, z któ­rymi mu­siały się do­ga­dy­wać w spra­wach urlo­pów. Ona nic już nie mu­siała. Wy­cho­wała swoją la­to­rośl i pu­ściła w świat. Te­raz cza­sem cie­szyła się obec­no­ścią ma­łego wnuka, jed­nak na wspólne wa­ka­cje z bab­cią był jesz­cze odro­binę za mały. No i ża­den fa­cet na co dzień nie szwen­dał się jej po domu... Z ni­kim nie mu­siała się li­czyć.

Stwier­dziła, że kilka wol­nych dni nad mo­rzem do­brze jej zrobi. Kilka dni sa­mot­nych, dzi­kich wa­ka­cji. Nie miała za­miaru sza­leć, tylko tak na­zwała nie­pla­no­wany wy­jazd, na który spa­ko­wała wy­łącz­nie trampki i dres.

Się­gnęła po te­le­fon. Miała w nim mnó­stwo zdjęć za­cho­dów słońca, ale ni­gdy nie po­tra­fiła się po­wstrzy­mać przed uchwy­ce­niem jesz­cze jed­nego. Jak te­raz. Pstryk­nęła. Ko­lejna uro­cza wi­do­kówka za­si­liła jej al­bum w te­le­fo­nie. Ko­lejne piękne wspo­mnie­nie.

"Po­zdro­wie­nia z Mie­lenka" na­pi­sała i wy­słała do kilku osób. Nie umiesz­czała ta­kich fo­tek na Fa­ce­bo­oku z obawy przed zło­dzie­jami. Prze­cież jej dom zo­stał pu­sty. Ni­gdy nie za­pra­szała w ten spo­sób zło­dziei. Nie ku­siła losu, choć uwa­żała, że to ona jest w tym domu naj­cen­niej­sza. No i może jesz­cze jej garnki, jed­nak bez niej i tak były bez­war­to­ściowe. Ale w końcu za­ło­żyła mo­ni­to­ring.

Te­raz tylko pra­gnęła chło­nąć kli­mat. Ci­sza do­okoła ła­sko­tana ci­chym plu­skiem fal wpra­wiła ko­bietę w me­lan­cho­lię. Mo­rze było spo­kojne i ci­che. Do­bry mo­ment na me­dy­ta­cję - po­my­ślała. Usia­dła po tu­recku i za­mknęła oczy. Pró­bo­wała oczy­ścić my­śli, ale za­wsze kiep­sko jej to wy­cho­dziło. Wo­lała tai-chi lub jogę, które, gdy spró­bo­wała, szcze­rze po­lu­biła. Może na­wet z wza­jem­no­ścią... Czego nie mo­gła po­wie­dzieć o me­dy­ta­cji. Ta do­tąd nie dała się jej okieł­znać.

Wdech i wy­dech. Sku­piała się na tej czyn­no­ści. My­ślała o tym, jak unosi się jej klatka pier­siowa i jak opada. Jesz­cze raz. Prze­go­nić wszyst­kie my­śli, roz­pu­ścić w wy­dy­cha­nym po­wie­trzu. A jakby tak na eme­ry­turę prze­nieść się nad mo­rze? Na­trętna myśl ni­jak nie chciała ule­cieć z wy­dy­cha­nym po­wie­trzem. Zi­gno­ro­wała ją. Jesz­cze jedna próba.

Wdech i wy­dech. Ale gdzie bym miesz­kała? Prze­cież nie mogę wciąż wy­naj­mo­wać. Nie z na­uczy­ciel­skiej eme­ry­tury. Otwo­rzyła oczy. To na nic. Za­pa­trzyła się w to­nące słońce. Czer­wona po­świata roz­ście­liła się na wo­dzie od ho­ry­zontu aż po plażę. Na jej tle spa­ce­ro­wały pary. Wolno, nie­śpiesz­nie. Upa­jały się tym sa­mym, co ona. Spo­ko­jem. No do­bra. Jesz­cze jedna próba.

Wdech i wy­dech. Prze­cież mo­gła­bym sprze­dać swój dom.

- Szlag by to tra­fił! - sap­nęła wście­kła na upier­dliwą myśl o jej od­wiecz­nym ma­rze­niu. Że też aku­rat te­raz się przy­plą­tała. Nie zdą­żyła się wku­rzyć na sie­bie, kiedy usły­szała sy­gnał wia­do­mo­ści w te­le­fo­nie. - I tak nic mi nie wyj­dzie z tej me­dy­ta­cji. Jak oni to ro­bią?

Się­gnęła do kie­szeni po apa­rat.

"Skoro już tam je­steś, to za­dzwoń do Adama".

Zwa­rio­wała chyba! - Mał­go­rzata uśmiech­nęła się, czy­ta­jąc od­po­wiedź przy­ja­ciółki na fotkę. - Mam dzwo­nić po tylu la­tach? Po co jej o tym wszyst­kim mó­wi­łam. Po co się do niego przy­zna­łam? Nie zdą­żyła od­pi­sać, kiedy znów usły­szała sy­gnał.

"Tu masz nu­mer. Zna­la­złam w ja­kimś ogło­sze­niu. Może uda ci się z nim skon­tak­to­wać. Dla pew­no­ści na­pisz mu, że to ty, bo może nie zwykł od­bie­rać. Nie­któ­rzy fa­ceci tak mają". I nu­mer.

Za­my­śliła się. El­wira nie wie­działa, że Mał­go­rzata w swoim ży­ciu już kilka razy pró­bo­wała zła­pać kon­takt z Ada­mem. Za­wsze kiedy było jej bar­dzo źle. Na próżno. Ale do tego się jej nie przy­znała.

To była stara hi­sto­ria. Cho­dzili ra­zem do szkoły śred­niej i wtedy byli parą. Strasz­nie się w nim ko­chała. Wy­soki bru­net, przy­stojny jak cho­lera, o nie­wia­ry­god­nie sze­ro­kich ba­rach. Mał­go­rzata uwiel­biała, kiedy ją tu­lił. Nie był ckliwy i grał twar­dziela, ale wy­ko­rzy­stał każdą oka­zję, żeby ją do sie­bie przy­gar­nąć. To­nęła w jego ob­ję­ciach i my­ślała, że za­wsze tak bę­dzie. Był taki opie­kuń­czy i silny. Trak­to­wał ją jak swoją księż­niczkę. Czuła się przy nim bez­pieczna.

Mał­go­rzata spoj­rzała na ho­ry­zont. Szum ła­god­nych fal wy­peł­niał ci­szę. Po­my­ślała o Ada­mie, o jego ży­ciu, któ­rego tak na­prawdę nie znała. Kiedy szła do oł­ta­rza z in­nym, my­ślała tylko o nim i wy­star­czy­łoby, że wy­cią­gnąłby do niej ra­miona, a ucie­kłaby z ko­ścioła. Chyba o tym wie­dział i się nie zja­wił. Zja­wił się za to dwa ty­go­dnie póź­niej z ol­brzy­mim bu­kie­tem czer­wo­nych róż, żeby jej po­wie­dzieć, jak bar­dzo ją ko­cha. Pierw­szy raz. Za późno. Uwi­kłana w zwią­zek, zroz­pa­czona po­sta­no­wiła w nim tkwić. Już po roku chciała się roz­wieść, ale matka urzą­dziła jej pie­kło. Roz­wód w ro­dzi­nie? Nie do po­my­śle­nia! Co miała zro­bić? Miesz­kała z ro­dzi­cami i po­nie­kąd była od nich za­leżna. Przy­naj­mniej lo­ka­lowo. Nie miała do­kąd pójść. Całe ży­cie ża­ło­wała, że wtedy nie na­wiała. W każ­dej trud­nej chwili - a było ich bez liku - my­ślała o swo­jej szkol­nej mi­ło­ści. Przy­wo­ły­wała mo­menty sprzed lat, żeby znów skryć się w jego ra­mio­nach, szu­kała tam­tego po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa, które było jej bar­dzo po­trzebne. Do­piero po na­stęp­nych kil­ku­na­stu la­tach, kiedy po­czuła się dość silna, by sta­wić czoło sa­mo­dziel­no­ści, ode­szła. Wzięła za rękę dzie­się­cio­let­niego synka i wy­szła. Za­miesz­kała z nim w nie­wy­koń­czo­nym domu, który przez lata sama bu­do­wała, ko­lejne lata wy­kań­czała i spła­cała kre­dyty. Pra­co­wała ciężko, ale po­ra­dziła so­bie. Stała się silną, nie­za­leżną ko­bietą. I choć da­wała po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa swo­jemu sy­nowi, to wciąż śniła o bez­pie­czeń­stwie w ob­ję­ciach swo­jego Adama.

I co się stało? Roz­stali się. Tak po pro­stu. Pew­nego dnia po­wie­dział jej, że ma­rzy o ta­kiej żo­nie jak ona, i pra­gnie, żeby to wła­śnie ona nią była, ale chciałby mieć jesz­cze inne dziew­czyny. Szlag ją wtedy tra­fił. Pa­lant! Przez de­kady kłuło ją to jak cierń, któ­rego ni­jak nie dało się wy­dłu­bać. Tkwił głę­boko w sercu... a może w du­mie? Nada­wała się na żonę, a na dziew­czynę to już nie? Bo co? Była zbyt po­rządna? Za mało wy­zy­wa­jąca? Bo miała swoje zda­nie i po­tra­fiła go bro­nić? Pa­mię­tała Lu­cynkę, z którą tak czę­sto flir­to­wał Adam. Ona była ha­ła­śliwa, wy­zy­wa­jąca i wciąż chi­cho­tała... na­wet wtedy, gdy gro­ziło jej po­wta­rza­nie klasy. Była o nią za­zdro­sna. Może nie­po­trzeb­nie, bo to prze­cież ona wciąż lą­do­wała w ob­ję­ciach swo­jego chło­paka. Jed­nak i tak bo­lało. Do dziś nie po­tra­fiła my­śleć o tam­tej pro­po­zy­cji bez emo­cji.

"Po­zdro­wie­nia z Mielna od Gośki O. Sły­sza­łam, że gdzieś tu miesz­kasz, więc gdy­byś chciał po­wspo­mi­nać szkolne czasy, za­dzwoń". Do­łą­czyła fotkę z za­cho­dem słońca i wy­słała. Miała na­dzieję, że Adam zi­den­ty­fi­kuje nadawcę. A gdyby na­wet nie za­dzwo­nił, to ten mały mar­gi­nes ano­ni­mo­wo­ści po­służy jej za uspra­wie­dli­wie­nie jego obo­jęt­no­ści. Zo­sta­wiła so­bie tę furtkę. Po­nowne od­rzu­ce­nie bar­dzo by ją za­bo­lało. Choć jej duma pew­nie i to by znio­sła.

* * *

Skra­dzione wrze­śniowe dni upły­wały jej w spo­koju. Rano bie­ga­nie, kawa i słońce, po­tem słońce, woda i książki. Bez książki nie ru­szała się z po­koju. Tylko one do­trzy­my­wały jej to­wa­rzy­stwa. Zresztą ni­gdy jej nie za­wio­dły. W naj­gor­szych chwi­lach wra­cały ją do ży­cia. Były jed­nak mo­menty, w któ­rych czy­ta­nie prze­stało być re­me­dium na złe my­śli, za­częła prze­ra­biać swój ogród... i pi­sać o tym książkę. Swoją wła­sną. Wy­szło cał­kiem nie­źle i dało po­czą­tek jej no­wej pa­sji. Te­raz obec­ność dru­giej osoby nie była jej do ni­czego po­trzebna.

Jak tu. Kiedy chciała po­pa­trzeć na lu­dzi, ma­sze­ro­wała do Mielna. Tam za­wsze był gwar, na­wet już po se­zo­nie. Lu­biła wę­drówkę plażą, bro­dze­nie w wo­dzie, na­wet gdy fala mro­ziła kostki. Mo­kre no­gawki dre­so­wych spodni sta­no­wiły kom­plet z zim­nymi sto­pami. Z da­leka wi­działa pię­trzące się apar­ta­men­towce. Kie­dyś ich nie było. Jesz­cze zu­peł­nie nie­dawno - po­my­ślała. - O, stam­tąd mu­szą być piękne wi­doki - wes­tchnęła.

Choć wo­lała miesz­kać bar­dziej siel­sko, to nie­wiel­kie miesz­ka­nie na pię­trze no­wo­cze­snego bloku, po­zwa­la­jące na chło­nię­cie pięk­nych za­cho­dów słońca, było jej ma­rze­niem. Od kiedy pi­sała, wy­obra­żała so­bie sie­bie na ta­ra­sie ta­kiego lo­kum. Z głową pełną po­my­słów i lap­to­pem. Po­my­słów ni­gdy jej nie bra­ko­wało. Cza­sami bała się, czy zdąży na­pi­sać te książki, które błą­dzą jej po gło­wie. Lap­topa też wszę­dzie ze sobą za­bie­rała. Go­rzej było z wi­do­kami. Dla­tego każdy utrwa­lała na zdję­ciu, by za­cho­wać na­miastkę jego kli­matu. Wy­cho­dziła z za­ło­że­nia, że jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Nie miała z tym pro­blemu. Za to miała ma­rze­nia.

Z za­my­śle­nia wy­rwał ją dzwo­nek te­le­fonu. Przez chwilę wal­czyła z kie­szonką dżin­so­wej kur­teczki, gdzie na siłę wci­snęła apa­rat. Te­raz si­ło­wała się z nią, by go z niej uwol­nić. Zmru­żyła oczy i spoj­rzała na ekran. Tylko tak wi­działa co­kol­wiek bez oku­la­rów.

- O, szlag! - wrza­snęła i ode­brała. - Hej, Adam! - za­szcze­bio­tała. Zu­peł­nie nie była przy­go­to­wana na roz­mowę. Wie­lo­krotne szu­ka­nie z nim kon­taktu na­uczyło ją, że ma na to marne szanse. - Pa­mię­tasz mnie jesz­cze? - brnęła.

- Cześć, Go­siu. Jak do­brze, że na­pi­sa­łaś. I do­brze, że się pod­pi­sa­łaś.

O, El­wira miała nosa. Jego głos brzmiał spo­koj­nie i zu­peł­nie tak samo jak czter­dzie­ści lat temu. Wszę­dzie by go po­znała. Sły­szała dużo bar­dziej mę­skie głosy, wpra­wia­jące ją w drże­nie, ale ża­den po nim nie wy­wo­łał pod­skoku serca.

- Je­stem na dzi­kich wa­ka­cjach - za­częła pleść trzy po trzy - i po­my­śla­łam so­bie, że się do cie­bie ode­zwę.

- Do­brze zro­bi­łaś. Cie­szę się - po­wie­dział zu­peł­nie nor­mal­nie. Uwie­rzyła mu. - Gdzie te­raz je­steś?

- Wła­śnie wcho­dzę na plażę w Miel­nie. W ra­mach wie­czor­nego spa­ceru szłam brze­giem.

- To świet­nie. Cze­kam tu na cie­bie - rzu­cił i się roz­łą­czył.

Zbla­dła. Tu? Wła­śnie te­raz? Spoj­rzała na prze­mo­czone no­gawki sza­rych dre­so­wych spodni i bose stopy. Trampki nio­sła w ręku.

- Ja­sna cho­lera! - za­klęła i po­śpiesz­nie usia­dła na be­to­no­wych stop­niach pro­wa­dzą­cych na dep­tak. Za­częła otrze­py­wać jesz­cze mo­kre stopy. Nie­zu­peł­nie tak so­bie to wy­obra­żała... je­śli w ogóle so­bie wy­obra­żała. Wy­brała się prze­cież na wa­ka­cje z jedną małą wa­li­zeczką, i tak za­pa­ko­waną w więk­szo­ści książ­kami i lap­to­pem. Z za­pa­mię­ta­niem otrze­py­wała pia­sek z chłod­nych stóp.

- Wi­taj, Go­siu - usły­szała za sobą.

Od­wró­ciła się. Roz­po­znała ten głos. To nie mógł być nikt inny. A jed­nak był. Wielki męż­czy­zna nie przy­po­mi­nał jej Adama. Rysy przy­stoj­nego dwu­dzie­sto­latka uto­nęły w na­la­nej twa­rzy, znik­nęły sze­ro­kie bary, które w mło­do­ści sta­no­wiły dla niej ulu­bione schro­nie­nie. To w nich od­naj­dy­wała spo­kój i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa. Te­raz tę prze­strzeń wy­peł­niał nad­miar wagi. Tak na oko... czter­dzie­ści kilo - oce­niła. Czyli za­le­d­wie o ja­kieś osiem ki­lo­gra­mów mniej, niż sama wtedy wa­żyła.

- Nic się nie zmie­ni­łaś - ode­zwał się i po­dał jej rękę. Po­tem sil­nym szarp­nię­ciem po­sta­wił do pionu. - Tylko wa­żysz nieco wię­cej.

Prze­łknęła obe­lgę i uśmiech­nęła się z wy­ro­zu­mia­ło­ścią. Za­wsze mó­wił to, co my­ślał. Choć nie­raz mógłby się po­wstrzy­mać. Pa­mię­tała, że cza­sami dla świę­tego spo­koju zby­wała jego do­cinki mil­cze­niem. Te­raz za­śmiała się w du­chu - przy­tyła prze­cież za­le­d­wie dzie­sięć kilo - i nie wy­trzy­mała. Co jej za­leży? Prze­cież po­rzu­co­nej już drugi raz nie po­rzuci.

- Przy­ga­niał ko­cioł garn­kowi.

- Co mó­wi­łaś?

- Nic. - Mach­nęła ręką. Uznała, że ko­lejny raz nie zmil­czy jego głu­pich uwag, więc wo­lała nie cią­gnąć te­matu.

Usie­dli w ogródku ka­wiarni, skąd wi­dzieli i plażę, i pię­trzące się przy niej apar­ta­men­towce.

- Tę­sk­ni­łam za tobą - wy­pa­liła na­gle. Po­wie­działa to to­nem, ja­kim czło­wiek zwraca się do długo nie­wi­dzia­nego przy­ja­ciela.

- Wszyst­kie tę­sk­nią - za­re­ago­wał na­tych­miast, po­sy­ła­jąc jej trium­fu­jący uśmiech. - A wiesz, że ni­gdy nie spa­łem z ko­bietą star­szą niż czter­dzie­ści lat?

Za­mu­ro­wało ją. O mało nie za­dła­wiła się wi­sienką z de­seru. Co to było, do cho­lery!? Za­ćmie­nie umy­słu? Szczyt aro­gan­cji czy tylko sy­gnał: "Nie masz szans, ko­bieto"? No tak. Spo­tkał się z nią pew­nie tylko po to by spraw­dzić, jak się ze­sta­rzała. Mał­go­rzata otrzą­snęła się z szoku. Wie­działa, że opu­ścił żonę, kiedy ta nie miała jesz­cze trzy­dziestki, a jego dzieci były cał­kiem małe.

- Źle mnie zro­zu­mia­łeś. - Uśmiech­nęła się kwa­śno. Zwłasz­cza że nie miała upoj­nie ero­tycz­nych wspo­mnień. - Tę­sk­ni­łam za po­czu­ciem bez­pie­czeń­stwa, ja­kie pa­mię­tam z mło­do­ści. Kiedy było mi w ży­ciu źle... a było, wtedy za­my­ka­łam oczy i przy­wo­ły­wa­łam chwile, w któ­rych mnie tu­li­łeś. Kiedy by­łeś bli­sko. To za tym tę­sk­ni­łam.

Nie uwie­rzył. Albo wo­lał swoją wer­sję. Pa­trzył na nią z drwią­cym uśmie­chem. Ten uśmiech też pa­mię­tała. Mó­wiła prawdę, te chwile były dla niej bar­dzo cenne. Do­da­wały jej siły i po­zwa­lały prze­trwać naj­gor­sze. Po­tem już nikt nie był jej po­trzebny. Na­uczyła się trosz­czyć sama o sie­bie i swo­jego syna. Ale i tak zmę­czona tru­dami walki z ży­ciem lu­biła my­ślami od­pły­wać w ra­miona Adama.

- Lu­bię, jak ko­biety się do mnie tulą - wy­znał na­gle. Tego aku­rat była pewna. Pa­mię­tała to. Za­wsze zna­lazł oka­zję, by na ko­ry­ta­rzu szkol­nym przy­tu­lić ją do sie­bie. Sama rzadko to ini­cjo­wała, więc zna­lazł spo­sób. Gdy się wzbra­niała, bo to prze­cież w końcu była szkoła, po­py­chał ją lekko, by się za­chwiała i na­tych­miast wpa­dła w jego ob­ję­cia. To też lu­biła. - Opo­wia­daj o so­bie - za­żą­dał.

Opo­wia­dała. Opo­wia­dała o wszyst­kim, co złego ją w ży­ciu spo­tkało i jak so­bie z tym po­ra­dziła. O zszar­ga­nych ner­wach i spo­so­bie, jaki zna­la­zła, by wyjść na pro­stą.

- Pi­szesz książki? - Na­wet spe­cjal­nie się nie zdzi­wił. - Za­wsze mia­łaś do tego dryg. Je­steś sławna?

- Dla­czego za­raz mu­szę być sławna?

- Jak nie je­steś i nie masz kupy kasy, to zna­czy, że je­steś kiep­ska.

I czar prysł! Mał­go­rzatę za­tkało. Ko­lejny raz. Już za­po­mniał, jak pi­sała mu ściągi na ma­tu­rze z pol­skiego? Kto wie, czy bez tego w ogóle by ją zdał. Nie miał zwy­czaju czy­tać ksią­żek, zwłasz­cza lek­tur. Co prawda ona też nie, ale żeby mimo tego po­ra­dzić so­bie z ma­turą, trzeba było mieć wy­obraź­nię i lek­kie pióro. Lek­tury prze­czy­tała do­piero po ma­tu­rze. Wtedy już nie mu­siała.

- Czyż­byś czy­tał? - spy­tała po chwili z prze­ką­sem. Nie wy­glą­dał na po­że­ra­cza ksią­żek. Mil­czał przez chwilę i pa­trzył jej za­czep­nie w oczy. - Po­wiesz, że nie masz czasu - za­drwiła.

- Mam mnó­stwo czasu.

- Nie pra­cu­jesz?

- Pra­cuję... ale po swo­jemu. Na wła­snych za­sa­dach.

Nie py­tała wię­cej. Nie mu­siała. Wi­działa, że miał kupę kasy. Przez kilka chwil szu­kała te­matu do roz­mowy, bo szybko się oka­zało, że po­li­tyka też nie wcho­dziła w grę. Był zwo­len­ni­kiem prze­ciw­nego niż ona obozu, i to nie za bar­dzo zo­rien­to­wa­nym, co się wo­kół dzieje. Pró­bo­wała po­ga­dać o po­li­tyce świa­to­wej, ale wnet i tu do­strze­gła jego igno­ran­cję. Cho­lera, o czym mam z nim roz­ma­wiać? - za­sta­na­wiała się.

- To czym się zaj­mu­jesz dla przy­jem­no­ści?

- Po­mna­ża­niem pie­nię­dzy i ob­da­ro­wy­wa­niem ko­biet - od­pa­lił bez cie­nia za­że­no­wa­nia. - Ta­kie mam hobby.

Nie zdzi­wiło jej to. Ani jego brak za­że­no­wa­nia, ani fakt po­sia­da­nia spo­rych za­so­bów. Pie­nią­dze po­tra­fił za­ra­biać, jesz­cze bę­dąc w szkole. A co do ko­biet dwa­dzie­ścia lat młod­szych? No cóż... bez kasy też już się nie obej­dzie - po­my­ślała. Prze­rze­dzone na czubku głowy czarne włosy wy­raź­nie wska­zy­wały ob­szar ry­chłej ły­siny. Bar­dzo ry­chłej. Bę­dzie przy­po­mi­nał bra­ciszka Tucka z Ro­bin Ho­oda. Nie zdzi­wi­łaby się, gdyby prze­szcze­pił so­bie kilka kę­pek. Za­wsze był próżny. I ta tu­sza. Nie był ty­pem mię­śniaka, choć wagą ta­kim do­rów­ny­wał. Ra­miona bez mu­sku­łów świad­czyły, że nie spę­dzał czasu na si­łowni. Nie czy­tał, nie roz­ma­wiał z sen­sem o po­li­tyce ani o co­dzien­no­ści, to i nie dzi­wota, że mu­siał ucie­kać się do ob­da­ro­wy­wa­nia ko­biet. To chyba już je­dyna dla niego droga do seksu z dużo młod­szymi ko­bie­tami - pod­su­mo­wała go w my­ślach. Czuła się za­wie­dziona. Gdzie po­dział się ideał z jej mło­do­ści? Gdzie jej Rhett Bu­tler z Prze­mi­nęło z wia­trem?

- A ty? Co ro­bisz, kiedy nie pi­szesz?

- Róż­nie. Ma­luję, ro­bię wi­traże... przez długi czas pro­jek­to­wa­łam i two­rzy­łam bi­żu­te­rię.

- Ze złota?

- Co? Nie - za­prze­czyła szybko. - Nie tego typu bi­żu­te­rię. Au­tor­ską. Z ka­mieni pół­sz­la­chet­nych, stali, cza­sem sre­bra.

- To kiep­sko. Na zło­cie można nie­źle za­ro­bić.

- Nie wszystko robi się dla pie­nię­dzy. Mam sporo pięk­nej bi­żu­te­rii swo­jego au­tor­stwa...

- Pew­nie - prze­rwał jej ob­ce­sowo. - Bo nie mo­głaś jej sprze­dać, nikt jej nie chciał, to ci zo­stała.

I na tym mo­gliby już skoń­czyć. Co za kre­tyn! Nie miała ochoty mó­wić mu o pięk­nie tkwią­cym w nie­któ­rych ka­mie­niach i o tym, jak trudno było jej się z nimi roz­stać. To nie ten po­ziom du­cho­wo­ści. Nie zro­zu­miałby, co czuła, kiedy ści­skała w dłoni gładki krysz­tał, nie uwie­rzyłby, że czuła jego moc i z tego czer­pała wła­sną. W swoje prace wkła­dała nie tylko kre­atyw­ność, two­rząc nie­po­wta­rzalne formy... lecz także serce. Naj­pięk­niej­sze po­wsta­wały ze, zda­wa­łoby się, bez­na­dziej­nych ka­mieni. Z ta­kich, które nie przy­cią­gały spoj­rze­nia, nie mó­wiąc o wi­zji za­wie­sze­nia ich so­bie na piersi. To wła­śnie one po ob­róbce sta­wały się naj­pięk­niej­sze. Jak du­sza spo­nie­wie­rana, zra­niona i zdu­szona, kiedy zdro­wieje, wy­gła­dza za­gnie­ce­nia i wy­cho­dzi na pro­stą... lśni we­wnętrz­nym świa­tłem. To dla­tego z nie­któ­rymi pra­cami trudno było się jej roz­stać. I wła­śnie z tego po­wodu naj­pięk­niej­sze zo­sta­wiała dla sie­bie. Nie po­wie­działa mu tego. Nie po­jąłby.

- Sma­kuje ci cia­sto?

Ock­nęła się z za­dumy. Na­wet nie za­uwa­żyła, że on już swoje zjadł. A wła­ści­wie... wcią­gnął no­sem. Na pierw­szy rzut oka było wi­dać, że lu­bił do­bre je­dze­nie. Co się z nim stało? - za­sta­na­wiała się, pa­trząc, jak po­pija kawę po­sło­dzoną sporą ilo­ścią cu­kru. Swój też mu od­stą­piła.

- Je­steś szczę­śliwa?

- Je­stem speł­niona. - Uśmiech­nęła się.

- Ale czy szczę­śliwa?

- Tak, je­stem szczę­śliwa - od­po­wie­działa bez za­sta­no­wie­nia. Nad tym nie mu­siała dy­wa­go­wać. Czuła się szczę­śliwa i była tego pewna. To nie pod­le­gało dys­ku­sji. - A ty?

- Nie - przy­znał bez ogró­dek. - Wciąż szu­kam wła­ści­wej ko­biety. I wciąż mam na­dzieję, że umrę szczę­śliwy.

Jak wy­star­czy ci kasy - chciała zło­śli­wie do­dać, ale w porę ugry­zła się w ję­zyk. Nie na­le­żała do osób, które spra­wiają in­nym przy­krość. Choć jemu aku­rat by się to przy­dało. I nie do końca była zo­rien­to­wana w za­sob­no­ści jego konta.

- Tylko w ra­mio­nach ko­biet szu­kasz szczę­ścia?

- Co? - Spoj­rzał na nią zdez­o­rien­to­wany. Nie zro­zu­miał jej wąt­pli­wo­ści. Naj­wy­raź­niej szczę­ście de­fi­nio­wał zu­peł­nie ina­czej niż ona. Zre­zy­gno­wała z tłu­ma­czeń.

- Już nic - wes­tchnęła. - Nie szu­kasz cza­sami zbyt mło­dych? - za­py­tała, za­nim prze­szło jej przez myśl, że on może od­czy­tać to jako spraw­dza­nie przez nią gruntu. - Nie czu­jesz się przy nich staro?

- Nie. - Od­po­wiedź pa­dła na­tych­miast. - Wciąż czuję się młody. Nie­któ­rzy my­ślą, że je­stem po trzy­dzie­stce.

- Ściem­niasz - za­śmiała się.

Chyba tylko idiota albo ja­kiś du­pow­łaz mógł mu tak po­wie­dzieć. Na­wet ktoś, kto nie znał jego me­tryki, nie byłby w sta­nie się aż tak z nią roz­mi­nąć. Do­strze­gła chłód w jego spoj­rze­niu. Aaa, tu cię boli - po­my­ślała z nie­małą sa­tys­fak­cją.

- Nie. Ostat­nio ktoś na im­pre­zie py­tał mnie o wiek, a ja ka­za­łem mu zga­dy­wać. Jak po­wie­dział, że wy­glą­dam na tro­chę wię­cej niż trzy­dzie­ści, to przy­tak­ną­łem.

To nie to samo, fa­cet, co oce­nia­nie czy­je­goś wieku - za­śmiała się my­ślach. No i za­leży, co to zna­czy... tro­chę - po­my­ślała z prze­ką­sem. - Go­ściu, ależ ty masz kom­pleksy!

Kiedy od­wo­ził ją do Mie­lenka, po­pi­sy­wał się szybką jazdą, mimo że na krót­kiej tra­sie jego spor­towe po­rsche nie mo­gło w pełni za­pre­zen­to­wać swo­ich moż­li­wo­ści.

Mał­go­rzata nie wie­rzyła w Boga, ale i tak za­no­siła mo­dły do czu­wa­ją­cego, by jesz­cze kie­dyś zo­ba­czyła swo­jego syna. Pró­bo­wała wy­ha­mo­wać roz­mową.

- Miesz­kasz z kimś? - za­py­tała.

- Tak, ale już nie­długo.

- Co się stało?

- Nie je­stem szczę­śliwy.

- Zry­wasz z nią? Roz­wo­dzisz się?

- Nie. Nie je­stem żo­naty. Cze­kam, aż ona odej­dzie. Ni­gdy nie zry­wam pierw­szy. Taka tak­tyka.

Mał­go­rzatę oświe­ciło. No ja­sne! To prze­cież na niej ją prze­te­sto­wał.

- Ale żonę po­rzu­ci­łeś - wy­tknęła mu. - Prze­cież się roz­wio­dłeś. - O po­rzu­ce­niu żony z dziećmi po­wie­działy jej kla­sowe ko­le­żanki, nie on. Ja­koś to zgrab­nie po­mi­nął. Nie za­prze­czył roz­wo­dowi.

- No tak - przy­znał. - Ale to było bar­dzo dawno temu. Jakby w in­nym ży­ciu. Wiesz co, Go­siu... - za­wie­sił głos i pew­nie przez tę chwilę za­sta­na­wiał się, czy może to po­wie­dzieć na głos - ...nie zno­szę jej. Ale to je­dyna ko­bieta, z którą mógł­bym miesz­kać na sta­rość.

- Iro­nia losu - po­wie­działa do sie­bie.

- Co mó­wi­łaś?

- Nic ta­kiego.

Obie­cał jej po­nowne od­wie­dziny, ale nie wie­działa, czy ma na nie ochotę. Nie była ma­so­chistką, a roz­mowa z Ada­mem oka­zała się tor­turą. Bo­lała ją du­sza. I na­wet nie dla­tego, że nie od­na­la­zła w nim swo­jego daw­nego uko­cha­nego. Po­żarł go ten obecny... i to pew­nie na raz. Ra­czej dla­tego, że spo­tkała wy­jąt­ko­wego dupka. Na­wet je­śli był to du­pek z su­per­sa­mo­cho­dem.

* * *

Spo­tkali się jesz­cze dwu­krot­nie... i każde spo­tka­nie koń­czyła u niej ta sama re­flek­sja. Co za kre­tyn!

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki