ROZDZIAŁ 3
Kiedy budzę się następnego dnia, mam chwilę spokoju, zanim sobie przypominam, że moja matka miałaby dziś urodziny. Siadam i czuję narastający w głowie ból. Sięgam po leżący przy łóżku paracetamol. Kolejne urodziny, których nie będzie mogła świętować. Powraca rzeczywistość, kiedy zaczynam poranną rutynę, karmiąc Olivię i przygotowując śniadanie. Podczas gdy Matt szykuje córkę do drogi, zapalam świecę, która wypełnia kuchnię zapachem pomarańczy - ulubionym aromatem mojej matki. Stoję przez chwilę nieruchomo z zamkniętymi oczami, wyobrażając sobie ją tuż obok mnie. Po policzkach płyną mi łzy, ale już po chwili słyszę płacz Olivii. Ocieram wilgoć grzbietem dłoni.
- Gotowa do wyjścia? - pyta Matt, muskając lekko moje ramię.
Odwracam się, a on dostrzega zaraz mój smutek. Obejmuje mnie i trzyma przez chwilę.
Odsuwam się po kilku sekundach.
- Jestem gotowa.
Zdmuchuję świecę i idę w stronę drzwi. Mam w torbie drugą, którą zamierzam zapalić na grobie matki. Trudno uwierzyć, że minął rok, od kiedy odwiedziłam go po raz ostatni.
Matt zawozi nas do Wimbledonu, gdzie jest pochowana. Po drodze zatrzymujemy się na stacji benzynowej, w której kupuję kwiaty i butelkę wody. Ignoruję wystawione czerwone róże i skupiam uwagę na pomarańczowych oraz żółtych chryzantemach, które najbardziej lubiła.
Na cmentarzu siedzę ze skrzyżowanymi nogami na trawie, a wiatr rozwiewa mi włosy. Ziemia jest twarda i czuję lutowy ziąb przenikający moje dżinsy. Przyjeżdżałam tu w urodziny mamy przez dwanaście ostatnich lat. Napełniam wbudowany wazon wodą z butelki i układam starannie barwne kwiaty. Niektóre już zaczynają opadać, więc wsypuję do wody zawartość niewielkiej paczuszki, którą przyklejono do jednej z łodyg. Mam nadzieję, że wytrzymają jeszcze kilka godzin walki z żywiołami.
Stawiam świecę na zimnym, płaskim granicie i zapalam pierwszą zapałkę. Udaje mi się dopiero przy trzeciej, ale tę natychmiast gasi wiatr. Każdego roku to samo. Pojawia się maleńki płomyk i zaraz znika, ale to wystarczy, żebym się z nią tym światłem podzieliła, choćby przez sekundę.
- Wszystkiego najlepszego, mamo - szepczę, ale moje słowa porywa wiatr.
Zamykam oczy i próbuję ją ożywić. Jej zapach, perfumy wymieszane z aromatem truskawkowego szamponu. Wyobrażam sobie jej głos, uśmiech na powitanie. Dotyk jej ramion, tak silnych, kiedy byłam dzieckiem, a potem słabych i kruchych, zanim odebrał mi ją rak. W myślach widzę ją trzymającą Olivię, kołyszącą ją delikatnie i patrzącą na nią z uczuciem.
Nie tak miało być.
Rozglądam się po cmentarzu. Widzę Olivię z Mattem po drugiej stronie rozległej przestrzeni. Matt się pochyla, by przeczytać napisy na nagrobkach, a Olivia zwisa w nosidełku. Dobrze, że jest za mała, by to zrozumieć.
Po mojej stronie drzewa genealogicznego jestem tylko ja. Mój ojciec zniknął, by rozpocząć nowe życie w Afryce Południowej na długo przed odejściem mamy. Cieszę się, że Olivia wychowa się w rodzinie Matta. Mam nadzieję, że wszyscy będziemy mogli dać jej miłość. I że nie odczuje braku dziadków od strony mamy.
Rozmawiam z mamą, jakby wciąż żyła. W jej urodziny rok temu zwierzyłam się jej i opowiedziałam, jak bardzo pragnę dziecka. Staraliśmy się przez dwa lata, byłam już tym wyczerpana. Wciąż cierpiałam po stracie siostry Olivii i utraciłam już wiarę w następną szansę od losu.
Nie wiedziałam, że kilka miesięcy po odwiedzeniu grobu matki ujrzę na teście ciążowym dwie kreski. Od tamtej pory nasze życie zmieniło się nieodwracalnie. Mieliśmy Olivię, przeprowadziliśmy się. Teraz mam wszystko, o czym marzyłam przez ostatni rok. Chyba naprawdę dostałam drugą szansę. Okazję do naprawienia wielu spraw.
Dlaczego w takim razie nie jestem szczęśliwa?
Dotykam zimnego kamienia i słowa zaczynają się wylewać. Opowiadam matce o moim zmęczeniu. O tym, że nigdy nie mogę się normalnie wyspać. Macierzyństwo nie spełniło moich oczekiwań. Nie dostrzegam więzi łączącej mnie z córką. Czasami myślę, że nie zasługuję na bycie rodzicem. Że nie nadaję się na matkę.
Kiedy kończy mi się oddech, wciąż nie ma żadnej odpowiedzi, żadnego pocieszenia czy porady. Tylko wiatr szumiący wśród drzew. Chciałabym, żeby matka wskazała mi drogę, żeby poinstruowała mnie, jak mam pokochać swoją córkę tak, jak ona kochała mnie.
Czuję dłoń na ramieniu i podryguję.
- Wszystko w porządku? - pyta Matt. - Trochę już ci tutaj zeszło.
Olivia bawi się paskami nosidełka.
- W porządku - odpowiadam i wstaję powoli. - Opowiadałam mamie o Olivii.
- W końcu może poznać swoją wnuczkę - mówi Matt, a ja czuję napływające do oczu łzy. Jedyny wspólny czas mojej mamy i Olivii będzie tutaj, przy tym grobie, rok po roku. - Wszystko będzie dobrze - dodaje.
Ale nie może mi tego obiecać.
*
Kiedy ruszamy w podróż powrotną, Matt informuje mnie, że ma dla mnie niespodziankę. Zatrzymamy się w Richmond Park, żeby zobaczyć sarny.
Po przyjeździe na miejsce Matt wyjmuje Olivię z fotelika i przypina ją do siebie. Dziecko się uspokaja zaraz po tym, jak czuje bliskość jego ciała. Lubię patrzeć na nich razem - brązowe oczy Olivii i wysoko osadzone kości policzkowe to spadek po ojcu. Jest przy nim taka drobniutka. Przez chwilę widzę rozkoszne, słodkie maleństwo, które w taki sposób muszą postrzegać inni.
Słońce świeci jasno, ale wieje chłodny wiatr, więc ostrożnie zakładam wełnianą czapeczkę na nagą główkę Olivii. Po chwili ubieram się w płaszcz.
Matt niesie plecak pełen pieluch, a ja idę swobodnie, nie trzymając niczego. Mogę wymachiwać rękami, wyprostować się, a nawet biec, gdybym chciała.
Matt chwyta mnie za rękę i nasze palce się splatają, kiedy idziemy w stronę parku. Czuję się bezpieczna. Tak dobrze być poza domem, na świeżym powietrzu.
- Jak się adaptujesz w nowym domu? - pyta Matt. Jest tak zajęty otwieraniem zakładu weterynaryjnego, że w ubiegłym tygodniu praktycznie go nie było.
Nie wiem, co odpowiedzieć. Myślę o zabałaganionym wnętrzu, pełnym nierozpakowanych kartonów. O tym, jak trudno mi poczuć wspólną więź z Olivią.
- Okej - odpowiadam niepewnie, pamiętając, że to ja nalegałam na wyprowadzkę na wieś. Matt nie był z początku entuzjastycznie nastawiony, ale ja nie odpuszczałam. Wiedziałam, że będzie tu spore zapotrzebowanie na weterynarza. Znalazłam dla niego nawet odpowiedni lokal.
- Tylko okej? - Patrzy na mnie z niepokojem.
- No cóż, myślałam, że twoja matka usunie rzeczy Pameli.
- Ja też. Ale czasami potrafi być trudna.
- Och - mówię, zaskoczona. - Nigdy się taka nie wydawała.
Czasami odnoszę wrażenie, że Matt uważa obecność swoich rodziców za pewnik.
- Porozmawiam z nią o tym - zapewnia, marszcząc czoło.
- Wszystko w porządku? - pytam.
Ściska moją dłoń.
- Muszę się po prostu z tym wszystkim oswoić. Znowu tutaj. Szczerze mówiąc, myślałem, że już nigdy tu nie wrócę. - Kiwam głową. Tak bardzo chciałam, żebyśmy byli tutaj szczęśliwi. - Nawet moja siostra się wyprowadziła.
Siostra Matta mieszkała we wsi niedaleko od domu rodziców, ale niecały rok temu przeniosła się do Hongkongu.
- Dostała nową pracę, prawda? Lepszą?
- Tak. Może po prostu chciała oddalić się od mamy.
- Ona nie jest chyba aż taka zła? - pytam, zbita z tropu.
Obejmuje mnie ramieniem.
- Nie martw się, wszystko się ułoży. Muszę po prostu przywyknąć do tego, że wróciłem, to wszystko.
Idziemy dalej w milczeniu. Choć wieje porywisty wiatr, Olivia zasnęła przy ciele Matta. Przechodzimy przez park saren, trzymając się za ręce. Pamiętam, jak zazdrościłam innym rodzinom, kiedy rozpaczliwie próbowałam zajść w ciążę.
Teraz mam życie, o którym marzyłam. Próbuję czuć się wdzięczna za wszystko, co tutaj mam, ale nie potrafię. Po prostu nie daję rady.
Matt przerywa moje przemyślenia.
- Pamiętasz, jak byliśmy tutaj ostatnim razem? - pyta z uśmiechem.
- Tak. - Nie było nas tutaj pięć i pół roku. Ale tamten ostatni dzień był najlepszym w moim życiu.
Była pełnia lata. Wybraliśmy się na piknik przy brzegu jeziora i karmiliśmy kaczki resztkami chleba. Wtedy Matt zabrał mnie do saren. Było krótko po okresie rozrodu i widzieliśmy sporo młodych trzymających się blisko matek. Matt opowiedział mi historię parku - o tym, jak sarny zawsze mogły biegać na wolności.
Później, kiedy zbliżała się godzina zamknięcia parku, ukryliśmy się w krzakach, starając się nie chichotać na widok patrolu zamykającego bramy. Gdy mieliśmy pewność, że mężczyźni odjechali, rozłożyliśmy koc przy brzegu i otworzyliśmy szampana. Położyliśmy się i kochaliśmy przed śpiącymi w trzcinach kaczkami, a okruchy na kocu wbijały mi się w plecy, gdy drżałam w ramionach Matta.
Kiedy drzemałam pod gwiazdami, czułam się bezpieczna jak nigdy dotąd. Byłam kochana i kochałam. Chciałam, żeby ta chwila mogła się rozciągnąć w przeszłość i przyszłość. Pragnęłam, by to uczucie zamknęło mnie w swoim kokonie na zawsze.
W końcu zasnęłam i Matt obudził mnie czułymi pocałunkami w kark. Usiadłam powoli i patrzyłam, jak nieruchoma jest tafla jeziora.
Kiedy się odwróciłam, Matt klękał na jedno kolano i trzymał pierścionek.
W tym momencie poczułam, że wszystko jest możliwe. Zobaczyłam wizję przyszłości. Białą sukienkę. Ślub w wiejskim domu. Początek kariery. Moje nazwisko w kolumnie na pierwszej stronie ogólnokrajowej gazety. Matta czekającego w domu z kieliszkiem wina po moim powrocie z pracy. A później dziecko. Idealną rodzinę. Idealną karierę.
Miałam jedno i drugie. Idealną rodzinę oraz karierę. Mam męża i dziecko, którego tak bardzo chciałam. Zdobyłam nagrody dziennikarskie. Ale stres panujący w mieście mnie zmęczył. A teraz, choć mamy Olivię, czuję, że wciąż czegoś mi brakuje. Odsuwam od siebie tę myśl. Dziś chcę się skupić tylko na świeżym powietrzu i mężu. Nie ma niczego lepszego niż wiatr na twarzy i jego dłoń trzymająca moją.
Spędzamy kolejną godzinę w parku, a w drodze powrotnej Matt opowiada mi o planach związanych z gabinetem. Sama nie mam zbyt wiele do powiedzenia o dniach spędzonych z Olivią, więc pozwalam mu mówić. Jego głęboki głos niesie mnie jak wiatr i koi niczym kołysanka. Z Mattem czuję się bezpieczna. Jest zawsze gotów mnie wspierać. W najgorszych chwilach życia był moim obrońcą. Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdybym go nie miała. Wspierał mnie, gdy brakowało mi sił i gdy uważałam, że nie zasługuję na to, by żyć. Byłam pokonaną kobietą. On mnie podniósł i pomógł się pozbierać w jedną całość.
Zatrzymujemy się w zalesionym miejscu i Matt mnie obejmuje. Olivia jest między nami. Matt całuje mnie namiętnie, a ja przypominam sobie całą tę tęsknotę, którą czułam w dniu, kiedy mi się oświadczył. Jego usta dotykają moich i czuję zapach wody po goleniu. Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni uprawialiśmy seks. Byliśmy zbyt zajęci. Jego ręce suną w dół i dotykają moich piersi, podczas gdy całuje mnie w szyję. Trudno mu to robić, bo małe ciało Olivii między nami uniemożliwia mu odpowiedni chwyt.
Przypominam sobie całe popołudnia spędzane w łóżku, kiedy zaczęliśmy się spotykać. Znów tego chcę. Matt i ja musimy konieczne poczuć się częścią siebie nawzajem.
- Chodźmy do domu - szepczę mu do ucha. - Położymy Olivię i nacieszymy się sobą tylko we dwoje.
Matt się uśmiecha i wracamy do samochodu, trzymając się za ręce.
*
Jestem gotowa. Zamierzam wyjść z domu. Kiedy tylko wróci mój mąż, otworzę drzwi i wyjdę na powietrze. Rozrasta się we mnie bańka niepokoju. Już tak dawno nie byłam na dworze, że nie mam pewności, czy w ogóle starczy mi odwagi. Ale muszę pójść na moje spotkanie.
Siniaki na twarzy zamaskowałam grubymi, bladymi warstwami podkładu, ale wciąż widać ślady obrażeń - mój policzek jest ciemniejszy pod jednym okiem. Pozostałą część twarzy przygotowałam tak, żeby pasowała do cienia do powiek i grubej kreski eyelinera. Wcale nie wyglądam jak ja. Ale może to i dobrze?
Mój mąż niebawem wróci do domu, żeby zająć się córką, a ja udam się na konsultację z psychiatrą w szpitalu. Okrążam jeszcze raz dom, żeby się upewnić, że wszystko sprawdziłam. Przesuwam dłonią po kominku w taki sam sposób, w jaki on to robi. Ani odrobiny kurzu. Lustruję powierzchnie w kuchni. Żadnych pozostawionych okruchów. Wygładzam kuchenny ręcznik zawieszony na uchwycie piekarnika.
W salonie przenoszę córkę wzdłuż sofy i poprawiam za nią poduszki. Ogląda telewizję i wpatruje się w migoczący ekran.
Motyw z Listonosza Pata mówi mi, że już czas wyjść.
Czuję ogromnie rozczarowanie. Dlaczego go jeszcze nie ma?
Może nie przyjdzie?
Słyszę zgrzyt klucza w zamku. Wrócił do domu. Oczywiście, że wrócił. Zgodnie z zapowiedzią. Wiedziałam, że mogę na nim polegać.
Przygotowuję uśmiech, żeby go powitać i staję na palcach, by pocałować go w policzek.
Cofa się o krok i patrzy na mnie dziwnie.
- Jak ty wyglądasz? - pyta cicho, z niedowierzaniem.
Szukam słów. Nie mogę mu powiedzieć, że muszę zamaskować sińce, choć z pewnością o tym wie. Chcę brzmieć swobodnie, jakby to była codzienność, jakbym nie spędziła kilku godzin przed lustrem, nakładając podkład i jak najlepiej maskując obrażenia.
- Chciałam dla odmiany nałożyć trochę makijażu - odpowiadam. - Postarać się.
Patrzy na mnie swoimi niebieskimi oczami. Zakochałam się w tym intensywnym spojrzeniu. Zanim go poznałam, myślałam, że jego pasja jest czymś godnym podziwu. Ale teraz już wiem, że między pasją a gniewem jest tylko cienka linia i że ja jestem ujściem dla jednego i drugiego.
Moje słowa są bezsilne w zestawieniu z jego czystym gniewem. Nauczyłam się już milczeć, zanim sam się nie odezwie.
- Postarałaś się dla swojego psychiatry - mówi, wypowiadając wyraźnie każdą sylabę. - Dla swojego psychiatry, a nie dla mnie?
Zamykam oczy i czekam na konsekwencje swojego błędu. Czuję jego dłonie na szyi. Z początku są łagodne. Lubi, jak moje mięśnie tężeją pod jego palcami. Czekając, zaczynam odliczać w głowie. Tylko w ten sposób potrafię kontrolować strach i powstrzymać się przed łkaniem.
Nagle uścisk robi się tak silny, że aż odbiera mi oddech, a on z całą siłą popycha mnie na ścianę. Uderzenie głowy o tynk jest fizycznym uwolnieniem. Upadam na podłogę i słyszę, jak odchodzi. Koniec.
Nie spotkam się z psychiatrą. Nigdzie się nie wybieram.
Nie wiem nawet, jak mogłam sobie wyobrażać, że będzie inaczej.