Konstrukt - Michał Ferek

Kup ebooka

28.27 zł
23.46 zł (24,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog II

Tokio. Ostatnie dni listopada 1986 roku.

Starszy mężczyzna, jak w każdy weekend, spacerował po tokijskim metrze, oczekując na nocny kurs przy stacji, którą władze miasta nazwali na jego cześć. Dokładnie na godzinę przed północą wszedł do niemal pustego przedziału i rozsiadł się wygodnie, wczytując się w poranną, już niemal nieaktualną gazetę. Jechał w kierunku najbardziej ekskluzywnej dzielnicy Tokio Shibuya, gdzie znajdował się należący do niego dwupoziomowy apartament, strzeżony przez byłych członków Yakuzy zatrudnionych z polecenia samego Satoru Nomury, lidera gangu Kudo-kai.

Pociąg minął kolejne stacje i zatrzymał się dopiero na przystanku Oshiage, gdzie zaspani i zmęczeni pasażerowie niczym bydło wtaczali się do wagonów. Byli to głównie pracownicy korporacji i młodzi Yuppie, którzy harowali na nocną zmianę, by popołudniami móc wstąpić do baru, strzelić szklankę amerykańskiego Pabst Blue Ribbon i ponownie ruszyć na podbój korporacyjnego młyna.

Nastolatek o imieniu Royu przeciskał się przez tłum, aby znaleźć dla siebie upragnione miejsce. Po wypadku komunikacyjnym, jakiego doznał przed rokiem, nie mógł długo stać. Słuchał na walkmanie nowej, a zarazem pierwszej kasety Beastie Boys, którzy w Stanach Zjednoczonych dopiero wchodzili na szczyty list przebojów, ale w Japonii byli już fenomenem - ciężkie brzmienie i rapowy wokal był dla tutejszej młodzieży czymś niezwykle egzotycznym.

Royu, po przeciśnięciu się przez tabun zmęczonych ludzi, odnalazł niemal pusty przedział. Wybrał miejsce naprzeciwko sympatycznego staruszka, który nie był Azjatą - elegancki garnitur przywodził na myśl zachodniego, emerytowanego bankiera, prawdopodobnie obywatela wielkiej Ameryki. Staruszek uśmiechnął się do chłopaka, który również odwzajemnił uśmiech.

Wsłuchiwał się w kawałek Fight For Your Right, kiedy dostrzegł, że mężczyzna nakazuje ściągnąć mu słuchawki. Miał mu coś do przekazania, zapewne jakąś ciekawą anegdotkę. Sprawiał wrażenie przesympatycznego dziadka, z którym można wyjechać na ryby i wieczorami, przy ognisku, wysłuchać jego opowieści o zamierzchłych czasach.

- Chce pan posłuchać? - zapytał chłopak, zastanawiając się, czy starzec w ogóle rozumie po japońsku.

- Siądź tu, chłopcze. Widzę, że masz problemy z nogami. Wiedz, że przyszłość należy do ciebie.

Chłopak wstał i lekko zawstydzony zasiadł obok tajemniczego mężczyzny. Wyłączył walkman i poprawił czapkę z daszkiem.

- O czym pan mówi?

- O tym, że przyszłość należy do takich jak ty.

- Pan jest Amerykaninem?

- Tak, ale Japonia jest moim drugim domem.

- Super, zawsze chciałem zobaczyć Nowy Jork.

- Piękne miasto, wiesz, jak pierwsi osadnicy je nazywali?

- Nie mam pojęcia.

- Nowy Amsterdam, taką nazwę nadali mu Holendrzy. Handlowali bobrzymi futrami na terenie, który dziś można określić jako południowy kraniec Manhattanu - mężczyzna ściągnął okulary i rzucił okiem na kolana młodzieńca. - Ale dość historii, pogadajmy o tobie. Co się stało z twoją prawą nogą? To wskutek wypadku czy kulejesz od urodzenia?

- Wpadłem pod samochód, kiedy wracałem ze szkoły. Lekarze mówili, że miałem sporo szczęścia, ale nie obyło się bez wstawienia jakichś płytek w biodro i śrub pod kolanem.

- Ile masz lat?

- Ja? Szesnaście. Dlaczego pan pyta?

- Myślę, że jesteś w takim wieku, że mogę zdradzić ci mój sekret...

Mężczyzna ułożył skórzaną aktówkę na kolanach i przez długi czas czegoś w niej szukał. Nastolatek dostrzegł na jego dłoniach plamy wątrobowe, a niestarannie ogolona twarz wskazywała, że stary ma problemy z palcami i być może choruje na reumatyzm.

- Wiesz, co to jest? - zapytał mężczyzna, trzymając w dłoni pośniedziałą łyżeczkę.

- Tak. To zwykła łyżeczka.

- Powiem ci coś w tajemnicy, ale najpierw powiedz, jak się nazywasz.

- Royu Tanaka.

- Miło mi - wyciągnął ku niemu dłoń, a młodzieniec odwzajemnił uścisk. - James. Nazywam się James, ale nazwiska ci nie podam ze względów osobistych. Rozumiesz?

- Tak. Rozumiem, James.

- Zatem uważnie obserwuj, Royu, co się stanie.

Nim nastolatek zdążył odpowiedzieć, uniósł łyżeczkę na wysokość oczu i skupiony wpatrywał się w nią, jak gdyby próbował wniknąć wzrokiem w jej strukturę. Światła w przedziale zamigotały, a wagon zatrząsł się, omal nie wypadając z torów. Nastolatek nerwowo powstał, a do jego uszu napłynął pisk tarcia hamulców. Chwycił się za głowę i zamknął oczy. Próbował krzyczeć, lecz coś nakazywało mu się uspokoić, nie martwić się o nic i spokojnie usiąść. Dziwne zjawisko trwało ułamek sekundy.

Siadaj, chłopcze, niebawem staniesz się kimś innym, ale coś za coś... Zapomnij o tym co przeżyłeś, zapomnij, kim byłeś, a ja wskażę ci drogę. To twoja przyszłość, wyłącznie twoja...

Po chwili wszystko wróciło do normy - światło ponownie rozbłysło, a pociąg łagodnie wjechał na peron w dzielnicy Shibuya. Royu spojrzał na starca, który na jego oczach w jakiś magiczny sposób zakrzywił łyżeczkę. Zginała się już pod kątem niemal sześćdziesięciu stopni, by po chwili wpatrywania w nią złożyć się w drugą stronę, pod kątem prostym. James robił to siłą własnej woli, oczami czy Bóg wie czym, bez ingerencji z zewnątrz.

- Jak pan to...? - zapytał Royu siadając z powrotem na miejsce.

Starzec powstał i uśmiechnął się do młodzieńca, delikatnie klepiąc go po policzku.

- Mam w swoim ciele coś, co sprawia, że kontroluję pewne przedmioty. Kiedy mnie zabraknie, polegnie też coś, co stworzył mój przodek... Ale dość tej zbędnej gadaniny. Chcesz być taki jak ja i zapomnieć o wszelakim bólu?

- Jasne!

- A pragniesz zostać kimś wyjątkowym?

Royu zastanawiał się przez chwilę. Nie miał pojęcia co skrywał w sobie ten Amerykanin i jakim cudem władał tak potężną mocą? Przypuszczał, że mogła to być zwykła sztuczka kuglarska. A jeśli się mylę i wszystko to było prawdą? Fajnie byłoby posiadać taką moc!

Royu analizował wszystkie za i przeciw, wiedział, że posiadanie takich umiejętności nie tylko zaskarbiłoby mu względy koleżanek, ale i pozwoliłoby pozbyć się nękających go, starszych chłopaków.

- Tak, tak... Pragnę zostać kimś wyjątkowym...

- Podaj mi dłoń, ale wpierw obiecaj, że nigdy, przenigdy nie opowiesz o naszym spotkaniu.

- Przenigdy, panie James! Obiecuję na słowo honoru, tylko niech pan sprawi, abym i ja mógł tak robić!

- Podaj dłoń.

Royu niepewnie wysunął do przodu rękę i rozprostował palce. Nim zdążył się zorientować, starzec chwycił go za nasadę kciuka i ciął ostrym szpikulcem. Chłopiec poczuł ukłucie, które po chwili zamieniło się w rwący ból. Z dłoni ściekała krew. James włożył palec w pokaźną ranę i wsadził w nią coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak metalowy implant. Royu syknął, ale nie poruszył się, w całości oddając się mężczyźnie, który niczym wytworny chirurg zasklepił ranę gazikiem.

- Nie otwieraj dłoni przez godzinę, niech rana się domknie - ostrzegł go mężczyzna. Chłopak nadal zaciskał pięść, z której kapała ciepła krew. - Pamiętaj o naszej umowie, nie mów o mnie nikomu.

- Dobrze, zapamiętam.

- Niedługo poczujesz się lepszy od innych. Nie zmarnuj tego - starzec przemaszerował w kierunku drzwi i otworzył je za pomocą przycisku. Potwornie lodowaty wiatr wpadł do wagonu. Mężczyzna wyszedł z pociągu, po czym, nadal odwrócony, zwrócił się do młodzieńca: - Za kilkadziesiąt lat się spotkamy, a wtedy to ja poproszę o pomoc.

Drzwi zasunęły się z łoskotem. Z każdym przebytym przez pociąg kilometrem chłopak wyczuwał nadciągającą przemianę. Wierzył, że niebawem stanie się kimś, o kim opowiedział mu niejaki James w dusznym, zatłoczonym tokijskim metrze.

Rozdział II

- Słyszysz mnie? Hej, Mark, słyszysz mnie?

Karen zapaliła dodatkowe światła w laboratorium i spojrzała na laptop. Dzisiejszego wieczoru była niespokojna, nie dowierzając w sposobność postawienia swojego męża na nogi.

Głowa Marka Todda została podłączona do aparatury podtrzymującej życie. Elektrody przyczepione do czoła mężczyzny sprawiły, że wyglądał upiornie. Mark Todd, a raczej to, co z niego pozostało po makabrycznym wypadku, ciężko dyszał i przewracał oczyma.

- Widzę, że wstałeś - wychyliła się zza komputera, słysząc charczenie męża. - Opowiedz, jak się czujesz i nie mów tylko, że nie jesteś w stanie, Mark. Wraz z doktorem Davidsonem stwierdziliśmy, że nie doszło do uszkodzenia krtani i strun głosowych.

Głowa Todda zajęczała i lekko opadła, mimo podtrzymywania przez dwa metalowe stelaże. W nozdrzach męża Karen umieściła dodatkowe rurki z tlenem, wwiercając je w pień mózgu, aby nie obumarł.

- Tak - wydukał Mark przypominający dzieło doktora Frankensteina. - Wody, Karen... Wody.

Kobieta odeszła od biurka i sięgnęła po spryskiwacz.

Mark Todd spojrzał na nią z grymasem na twarzy. Mięśnie odpowiedzialne za rozwarcie powiek były pozszywane, aby ten do końca nie przymykał oczu. Kąciki ust zaszyła własnoręcznie tuż po wypadku w miejskiej kostnicy, a oderwane prawe ucho doczepiła staplerem chirurgicznym, sądząc, że półżywej głowie jedna małżowina wystarczy w zupełności. Jednak ono i tak obumarło, a Karen niemal zeszła na zawał, obawiając się, że martwica może objąć część twarzy, a nawet mózg. Kochała męża na zabój przed wypadkiem, do którego doszło przed dwoma tygodniami w Oregonie. Mark Todd, inżynier z dziedziny atomistyki, podróżował samochodem ze swoim przyjacielem, Stevenem Garratym z Santa Rosa w Kalifornii do Medford w stanie Oregon. Wybrali się na coroczny zlot naukowy bezpieczeństwa jądrowego i ochrony radiologicznej, jednak nie dotarli na miejsce spotkania. W miejscowości Ashland, niecałe trzydzieści kilometrów od Medford, doszło do potwornego wypadku, w którym zginął kierowca Steven Garraty, zaś Mark Todd doznał tak potwornych obrażeń, że zmarł w szpitalu w Meredith niecałe dwie doby po wypadku.

Jadąca przed nimi ciężarówka załadowana po brzegi sosnowymi palami nagle zahamowała na mokrej od deszczu nawierzchni i wpadła w poślizg. Jedna z kłód przebiła szybę i roztrzaskała głowę Stevena na miazgę, druga - przebiła na wylot Marka, unieruchamiając go w pojeździe. Przeżył wypadek, strażacy byli zdumieni, kiedy rozcinając poszatkowaną od gradu drzew karoserię, usłyszeli cichutkie pojękiwanie mężczyzny. Ucięli piłami wbite w ciało drewno i przetransportowali umierającego pasażera śmigłowcem do szpitala w Sacramento, gdzie po prawie dwóch dobach skonał.

Żona Marka, Karen, zleciła transport ciała do Los Angeles, gdzie mieszkali, pracowali i od zawsze żyli. Tam, w miejskiej kostnicy, podczas rozmów z doktorem Jamesem Davidsonem oświadczyła, że pragnie zabrać jedną z części ciała męża do domu, aby móc przywrócić go do życia. Davidson nie był zadowolony z pomysłu doktor Todd, kazał jej odpocząć i przygotować się do ostatniego pożegnania męża. Jeszcze tej samej nocy, gdy Karen podesłała mu pliki z wynikami własnych eksperymentów, zmienił zdanie. Przyjechał niezwłocznie i wspólnie stworzyli plan, aby badania, które jej zespół prowadził kolejno na myszach, psach i małpach, zainicjować na człowieku.

Na początku musieli odciąć głowę od ciała Marka Todda i w tajemnicy skremować jego zwłoki, aby patolodzy sądowi w niczym się nie połapali. Ciało spalono w zaprzyjaźnionym krematorium, a prochy Todda rozsypano nad Pacyfikiem, w okolicach Crescent Beach przy granicy z Oregonem. Mark kochał to miejsce. Głowę umieszczono w przenośnej zamrażarce z ciekłym azotem i przetransportowano do instytutu Jamesa Davidsona. Tam, po czterech dniach od kremacji, zaczęto prace nad przywróceniem funkcji życiowych i motorycznych czerepu. Dzięki zaaplikowaniu dawki adrenaliny, prądów o wysokim napięciu i zainstalowaniu połączonych ze sobą rurek z krwią, przywrócono do życia głowę męża Karen.

Nic nie wskazywało na to, że Mark odzyska świadomość. Źrenice reagowały na światło, a sama głowa odbierała bodźce słuchowe, jednak nie odpowiadała na zadawane pytania i nie współpracowała z naukowcami. Karen co kilkadziesiąt minut spryskiwała usta męża wodą i, obawiając się gangreny, oglądała jego język, który rozchodził się na boki. Dopiero po dwóch dniach Mark Todd, a raczej to, co z niego zostało, wrócił do formy i zaczął wykazywać oznaki egzystencji. Kiedy pierwszy krok, najtrudniejszy, był już za naukowcami, wybudowali dla niego stelaż przytrzymujący głowę w pionie. Aby przygotować głowę do komunikacji z nimi, do kolejnych rurek, które połączono z pojemnikiem, wlano medyczną kroplówkę z dużą ilością elektrolitów. Głowa Todda od razu nabrała wigoru i koloru. Zapewniono jej również wydajniejszy, przenośny i nowatorski inhalator tlenu służący jako sztuczne płuco, który również podłączono do pnia mózgu.

Karen zadbała o higienę męża. Usunęła mu migdałki i zęby trzonowe, za to przedłużyła kły i siekacze, aby w przyszłości sam mógł dostarczać krew do mózgu przez zmodyfikowany przełyk podłączony do tętnic. Obcięła mu włosy i ogoliła, ponieważ jej zdaniem porost włosów generował zbyt duży wydatek energetyczny.

- Smakuje? - zapytała, spryskując blade usta Marka.

- Tak - odpowiedział z trudem, wpatrując się w żonę, która stała nad nim i wciąż spryskiwała wodą jego skórę. - Pyszna, pyszna...

- Za chwilę przyjdzie tu doktor Davidson. Pamiętasz go? - wypowiedziała głośno, gdyż niekiedy głowa nie reagowała na hałas. - Pamiętasz?! Opowiadałam ci o nim.

- Tak. Mówiłaś... o nim. Co... ja... tu... Robię? Nie mogę ruszyć... nogami...

- Przerabialiśmy to, Mark, zeszłej nocy. Nie pamiętasz?!

Podeszła nerwowo do biurka i sięgnęła po wyniki badań pamięci, które wykonała przed pięcioma dniami. Nic nie wskazywało na to, by Mark ją tracił, jednak Karen obawiała się, że część wspomnień umarła wraz z resztą jego ciała. Przez ponad dwa dni jego mózg był martwy, niekarmiony krwią i tlenem. Możliwe, że część kory mózgowej najzwyczajniej obumarła i Karen miała tylko nadzieję, odpowiadający za koordynację ruchową móżdżek funkcjonuje prawidłowo. Opracowany z doktorem Davidsonem zakładał, że Mark w końcu stanie na nogi.

- Ty umarłeś, Mark, ale dzięki mnie, Davidsonowi i nowoczesnej medycynie żyjesz. Jesteś tu z nami, Mark.

Nie odpowiedział, marszcząc czoło i analizując informację. Nie docierało do niego, co tak naprawdę się wydarzyło, choć pamiętał dobrze wypadek i moment przebudzenia - okrągłe światła lampy operacyjnej i dwóch lekarzy w maseczkach przyglądających się mu z troską. Rozpoznał Karen, która wciąż trzymała chirurgiczny, ociekający kropelkami krwi skalpel, jej zielone oczy, których błysk był nie do opisania, jakby przeżyła najszczęśliwsze chwile w ich wspólnym życiu.

- Ja... - zaczął z trudem, gryząc się w podbródek. Nie mógł się przyzwyczaić do cieniutkich, ostrych jak brzytwa zębisk. - Ja... nie wiem, co tu robię. Dlaczego... dlaczego nie dałaś mi umrzeć...?

- Przestań! To, co dla nas zrobiłam, Mark, to przedłużenie naszej miłości. Nie pamiętasz, jak mówiłam ci podczas ceremonii ślubnej, że będę przy tobie w czasie choroby i śmierci? To właśnie akt łaski i miłości! Ty byś dla mnie zrobił to samo - podeszła do męża i ucałowała go w chłodne czoło. Czuła w nozdrzach woń śmierci i rozkładu, mimo wszystko pragnęła, aby był przy niej. - Zastanawiałam się, co powiedzieć naszej Hannie, kiedy zdarzył się ten potworny wypadek. Miałam rzucić tak po prostu, że tatuś został przebity i zmarł wskutek wypadku drogowego? Jeśli śmierć ma być czymś więcej niż symbolem porażki, to jak nadać jej sens, znaczenie? Jak sprawić, by śmierć była przeżyciem, czymś przyjemnym, do czego ludzkość może powracać, kiedy skończy się jej czas? Zapamiętaj to, kochanie. Zapamiętaj, co zrobiłam dla ciebie, dla nas...

Elektroniczny zamek w drzwiach zabrzęczał i po chwili do laboratorium wszedł doktor Davidson. Ubrany w biały kitel, w maseczce chirurgicznej na twarzy przywitał się z Karen i odłożył pokaźną teczkę na jej biurko. Był niski, miał około sześćdziesięciu lat, a jego kruczoczarne pomimo wieku włosy połyskiwały w świetle jarzeniówek. Nosił grube okulary w cienkiej oprawce, a długi, haczykowaty nos uwypuklał się pod materiałem maseczki.

- Jak sprawuje się dziś nasz pacjent, doktor Todd?

- Raczej trzeba zadać pytanie, jak się czuje, a czuje się o dziwo dobrze, mimo kilku perturbacji związanych z karmieniem. Doktorze, to również trzeba naprawić.

Przygarbiony Davidson podszedł do głowy, która spojrzała na niego. Todd przypominał Jezusa na krzyżu. Doktor sprawdził reakcję źrenic na światło i zajrzał do wilgotnej jamy ustnej.

- Myślę, że długo nie pociągnie - zwrócił się do Karen. - Trzeba jak najszybciej wdrożyć plan awaryjny. Pamiętasz, jak omawialiśmy przypadek radzieckiego biologa Władimira Demichowa, który już w latach pięćdziesiątych transplantował głowę szczeniaka do dużego, dorosłego psa?

- Tak i myślę, że dzisiejsza nauka mogłaby sprawić, że Mark będzie żył dłużej niż dwadzieścia dziewięć dni. Transplantologia wzniosła się na takie wyżyny, że przeszczep głowy, nawet międzygatunkowy, wydłuży średnią wieku nawet do stu pięćdziesięciu lat.

- Mylisz się, doktor Karen - stwierdził, odwracając się do niej plecami. - To nie nauka ani przedłużenie życia, to unikanie śmierci... Nie możemy tego zrobić. Musimy postępować zgodnie z etyką lekarską i prawami natury. Dajmy mu odejść i zakończmy tę farsę...

- Farsę? - przerwała ze złością. - Przecież nasz eksperyment da nadzieję chorym i ich rodzinom na długie, niemal wieczne życie. To dopiero początek, a pan już rezygnuje?!

- Spokojnie, dam ci czas, nawet trochę więcej niż go potrzebujesz na rozmowy z mężem, ale kiedy to obumrze, przerywam eksperyment.

- Nie możesz tego zrobić - Karen zacisnęła pięści, gotowa rzucić się na doktora Davidsona. Ochłonęła, gdy Todd zaczął charczeć. Odsunęła mu język i poprawiła biegnącą wzdłuż kości potylicznej rurkę. - Mam teraz zabić swojego męża po tym wszystkim, co dla niego zrobiłam? Mam dokonać eutanazji, bo nie posiada już ciała? Wiem, dlaczego chcesz zabić mojego Marka...

- Nie, nie o to chodzi - przerwał stanowczo Davidson, wiedząc, że jeśli obecne wyniki badań ujrzą światło dzienne, będzie skończony wraz ze swoim instytutem i całą załogą. - Nikt nie chce zabić Marka, po prostu pozwólmy mu odejść. Powiem inaczej, w dzisiejszych czasach nie ma warunków, aby twój mąż żył dłużej niż dwa miesiące.

- Jesteś niepoważny. Uwierzyłam ci na słowo, a ty po prostu unikasz odpowiedzialności! Cały czas dążyłeś do tego, aby dostać Nobla z dziedziny nauki. Zrobiłeś to, aby udowodnić, że życie pozagrobowe w ogóle istnieje. Kiedy Mark opowiedział, że tam nic nie ma, że śmierć przypominała sen, odciąłeś się od badań. Jesteś zwykłym zerem!

Davidson nie odpowiedział. Miała rację, nie interesowało go życie Marka Todda, ale to, gdzie znalazł się po śmierci i co zobaczył. Wiedział, że doktor Karen nie porzuci dalszych badań, w których jej własny mąż miał służyć jako królik doświadczalny, jednak nie wyrażał zgody, by odbyły się w jego instytucie. Jeśli wdowa będzie się upierać, sam uśmierci głowę, wstrzykując dawkę chlorku potasu w tętnicę mózgu.

- Gdzie to jest? - zapytała Karen.

- Nie rozumiem, o czym mówisz.

- Dobrze wiesz, o czym. O konstrukcie, o którym opowiadałeś, że postawi mojego męża na nogi.

- Chyba się nie zrozumieliśmy. To koniec, doktor Karen. Kończę z tym i tobie również dobrze radzę...

- Gdzie on jest? - naciskała. - Gdzie znajduje się konstrukcja, która miała sprawić, że Mark będzie chodził, biegał i żył jak dawniej?! Ostatni raz pytam albo opowiem prasie, co tu się wyprawia! Izbę medyczną również zainteresuje przypadek mojego męża oraz badania, jakie prowadziłeś na zwierzętach i bezdomnych z Palm Beach, którzy za kilka dolców żywili się własnymi ekskrementami, aby twój zasrany instytut udowodnił, że co trzeci z rzędu wydalony stolec traci właściwości odżywcze. Brzydzę się wami, a ty, Davidson, jesteś skończony!

Chciał odpowiedzieć, kiedy zauważył w dłoni Karen napełnioną strzykawkę. Nie zdążył się uchylić, zawołać pomoc, bo kobieta ze złością wbiła igłę w jego szyję. Trafiła idealnie w tętnicę, z której siknęła delikatnie mgiełka krwi. Davidson dotknął okolicy ukłucia i padł na kolana z szeroko rozwartymi ustami. Śnieżnobiały fartuch upstrzył się szkarłatnymi kropelkami.

- Nie bój się, nie umrzesz - mruknęła Karen. - Pięć gramów tiopentalu powinno dać ci czas na zastanowienie się nad własnym losem. Śpij spokojnie, doktorku, a ja zrobię, co w mojej mocy, aby Mark był przy mnie. Dobranoc.

Z rusztowania zdjęła głowę męża wraz z przenośnym osprzętem podtrzymującym życie, zawinęła ją w białą kotarę zerwaną wcześniej z okna, po czym sięgnęła do kieszeni śpiącego Davidsona po kartę magnetyczną. Doskonale wiedziała, gdzie stoi konstrukt. Otworzyła drzwi i ukradkiem przeszła korytarzem w stronę podziemnego bunkra, niosąc pod pachą głowę charczącego męża.

Rozdział III

Karen przyłożyła kartę do czytnika, a po chwili rozległ się szum przesuwanych drzwi. Rozejrzała się po pustym korytarzu, po czym weszła do głównego bunkra, najbardziej tajemniczego miejsca w całym Instytucie Badań Nowoczesnej Biomechaniki.

W dużym pomieszczeniu stało biurko, a na nim komputer podłączony do Internetu. Ściany pomalowano na biało, a światło ultrafioletowych lamp połyskiwało na laminowanej podłodze. Miejsce było sterylne i czyste, w powietrzu unosiła się woń spirytusu, zupełnie jakby produkowano tu podzespoły komputerowe.

Za wielką zasłoną stało to, czego Karen najbardziej teraz potrzebowała - konstrukt. Doktor Davidson wiele o nim mówił. Fałdy pogniecionej tkaniny pokrywały biomechaniczną klatkę piersiową i ramiona, nie sięgając metalowych, bardzo długich stóp. Karen, która wierzyła w siłę nauki, nie wiedziała, że ukryte za zasłoną urządzenie ma więcej wspólnego z krwawą historią niż medycyną. Prawie dwumetrowy, zbudowany w dziewiętnastym wieku kolos opierał się prawom fizyki i było w nim coś, co przerażało, a zarazem przyciągało wzrok.

Podeszła bliżej, odkładając na biurko głowę męża, który sapał niespokojnie, łapczywie oddychając przez zaparowany inhalator. Pojemnik z tlenem niemal wysechł, pozostawiając na ściankach biały osad. Potrzebowała nagłego rozwiązania, Markowi pozostało niewiele czasu, może dziesięć minut. Zapotrzebowanie głowy na odżywczą posokę, która również się kończyła, było coraz większe. Wiedziała, że spaliła za sobą mosty, nie przemyślała radykalnego kroku, jakim było uśpienie doktora Davidsona. Zadziałał impuls, przeklęty instynkt macierzyński uruchomiony bezbronnością Marka.

Wpadła na pomysł, by zasilić głowę męża własną krwią. Wiedziała, że ćwierć jednostki powinna wystarczyć na dwie lub trzy godziny, a tyle właśnie potrzebowali, aby opuścić instytut i ruszyć w dalszą podróż. Najgorzej było z tlenem, choć i ta sytuacja nie była bez wyjścia. Wczorajszego wieczoru opracowała plan, jak ze zwykłego inhalatora dla astmatyków skonstruować elektryczny podajnik, który pobierałby zwykłe powietrze i zamieniał w pełnowartościowy tlen. Urządzenie zabrała ze sobą, ale zostawiła w torebce zdanej na portierni, przy wejściu do instytutu.

Głowa Marka, oparta o pojemniki z tlenem, poruszyła się. Oczy Todda były podkrążone, a z kącików ust płynęły cienkie strużki krwi.

- Czy... ja w końcu umrę? - zapytał Mark, licząc na to, że żona wreszcie unicestwi go dawką chlorku potasu. Najwidoczniej zdawał sobie sprawę z tego, że stał się hybrydą, przegniłym marzeniem Karen o długowieczności.

- Nie. Mam nadzieję, że będziemy żyć wiecznie, Mark. Leż spokojnie, zaraz coś wymyślę.

Podeszła niepewnie do okrytego pokrowcem stelażu, odetchnęła głęboko i szarpnęła za tkaninę. Davidson uważał konstrukt za ósmy cud świata i musiała przyznać, że nie mylił się. Gdy materiał opadł na posadzkę, oczom Karen ukazał się owoc rzemieślniczych prac, otoczony blaskiem odbitych od powierzchni świateł. Konstrukcja mieniła się niczym najszczersze złoto. Przypominała zbroję i prawdopodobnie wykonano ją z najszlachetniejszych metali, z pieczołowitą perfekcją mistrzów płatnerstwa i robotyki. Potężna klatka piersiowa przypominała średniowieczny napierśnik, z tą różnicą, że wyprofilowano ją na kształt ludzkich żeber. Tors przedłużono pierścieniowatym, lekko zakrzywionym kręgosłupem, a następnie za pomocą śrub i siłowników przytwierdzono do miednicy. Przewody, prawdopodobnie hydrauliczne, biegły aż do potężnych odnóży i zakończonych ogromnymi pazurami stóp. Ramiona wykonano z tych samych materiałów co tułów, lecz tuż za elastycznymi łokciami od razu wyrastały długie na prawie metr, ostro zakończone palce, usadowione na żylastych od przewodów dłoniach. Z miejsca, gdzie powinna być głowa, wystawało kłębowisko kabli. Szeroki kołnierz działał jak osłona, chroniąc je przed rozerwaniem. Konstrukcja mogła mieć pozaziemskie pochodzenie, biorąc pod uwagę kunszt i zaangażowanie technologiczne.

Karen nie wiedziała, w jaki sposób połączyć neurony z metalowym konstruktem. Coraz bardziej żałowała decyzji o zakończeniu współpracy z doktorem Davidsonem.

- Co to? - zapytał Mark, śliniąc się.

- Kochanie, uspokój się - Karen musnęła jego rozpalone policzki, przypominające w dotyku pergamin. - To konstrukcja, która pomoże ci funkcjonować jak przed wypadkiem.

- Nie wierzę...

Też w to nie wierzyła. Usłyszała rumor dobiegający zza drzwi, echa ciężkich kroków zbliżających się do bunkra. Musiała działać, nie miała czasu na rozmyślania. Sięgnęła po głowę Marka i wspięła się po dwóch stopniach prowadzących do konstruktu.

- Pani doktor, nakazuję otworzyć drzwi!

Pracownicy ochrony walili w metal, chcąc jak najszybciej dorwać Karen. Pulsacyjny dźwięk pomyłkowo wbitego szyfru rozległ się w pomieszczeniu.

- Doktor Karen Todd, proszę otworzyć drzwi!

Wiedziała, że ochrona czeka na odpowiedni kod bądź duplikat karty do bunkra. Miała niecałą minutę, aby zrealizować swój niecny plan. Mark dławił się i nerwowo zagryzał wargi. Odwróciła głowę i zerknęła na pojemniki inhalatora wypełnione osadem. Wiedziała, że od tragedii dzieliły ją chwile, proszek mógł zatkać tętnice mózgowe i spowodować zator.

- Kocham cię, Mark. W moim sercu zawsze znajdzie się miejsce dla ciebie. Żegnaj...

Ucałowała go w czoło i umieściła bladą już głowę w mechanicznej zbroi. Mark zajęczał z bólu. Blask i pisk rozpieranego metalu odrzuciły Karen na odległość dwóch metrów. Uklękła, czując, że przegrała batalię o życie męża. Konstrukcja zaczęła dymić, a przez gałki oczne Marka przepełzły niezidentyfikowane, czerwone nitkowce, opanowując mózg. Pojemniki z krwią popękały, tak samo jak wszystkie podłączone do głowy wężyki i elektrody. Todd kolejny raz wrzasnął, a z jego ucha i nosa chlusnęła fontanna krwi. Głowa na chwilę opadła. Kiedy kłębowisko przewodów, niczym szukające pożywienia glisty, podłączyło się przez szyję do pnia mózgu, tworząc od zewnątrz swoistą, nitkowaną skorupę, Mark znów ożył.

Konstrukt zacisnął pięści i zrobił krok do przodu. Karen ujrzała mechaniczną stopę pod zwiniętymi ramionami, uniosła wzrok, spoglądając na twarz męża owiniętą ciemnymi jak noc, poruszającymi się pnączami.

- Mark, Mark, kochanie... Ty żyjesz!

Nie żył od dwóch tygodni, jego ciało spłonęło, jego prochy zostały rozsypane nad Pacyfikiem. Nigdy nie istniał po śmierci i nie zamierzał żyć w ciele mechanicznego cyborga. Tak naprawdę to nie on kierował ciałem, czuł, że ono żerowało na nim i dzięki aktywności mózgu dostarczało energii stalowym kończynom. Konstrukt był pasożytem wysysającym życiodajną energię.

- Karen... - jego oczy rozbłysły jak węgielki. - Nie panuję nad tym.

Już chciała wytłumaczyć mężowi, że musi nauczyć się kontroli nad nowym ciałem, kiedy potężne palce ścisnęły jej talię.

- Nie, Karen, nie mogę tego powstrzymać!

Palce coraz mocniej wbijały się w ciało Karen niczym pnącza, unosząc ją na wysokość głowy Marka. Z oczu kobiety popłynęła krew, a kości żeber pękły. Konstrukt uniósł wolną dłoń, sięgnął pod blond loki i chwycił nasadę głowy. Do bunkra w końcu dotarli pracownicy ochrony, którzy stanęli jak wryci na widok iskrzącego się, w pełni zasilonego robota. Dwóch młodych mężczyzn z trudem wyciągnęło z kabur pistolety i, mierząc do potwornej konstrukcji, przesunęło się o kilka kroków w przód.

- Puść ją! - krzyknął jeden z nich. Sądził, że Todd całym ciałem wszedł do środka zbroi i swoimi poczynaniami próbuje wywołać chaos. - Ostatni raz powtarzam, puść ją, bo strzelam!

Konstrukt nie zareagował, a Mark mógł tylko patrzeć, jak patykowata, elastyczna dłoń coraz silniej zaciska się na ciele jego żony. Karen charczała, górna połowa jej ciała zadygotała jak w febrze. Wydała cichutki, niemal niesłyszalny pisk.

- Karen, walcz!

Mark krzyknął, a z ust Karen popłynął potok grubej, krwistej papki. Zmiażdżone i poszatkowane płuca spłynęły po brodzie i galaretowata breja zbryzgała podłogę.

Ochrona oddała po jednym strzale, trafiając wprost w tors kontrolowanego przez nieznaną siłę Marka. Kule zaiskrzyły i odbiły się od metalu. Jeden pocisk trafił w monitor, drugi utknął płytko w ścianie. Mężczyźni opuścili broń i ze zdziwieniem obserwowali, jak konstrukt okręca głowę kobiety z taką łatwością, jakby była nakrętką od plastikowej butelki. Kark zaskrzypiał i strzelił, a skóra zrolowała się, po czym pękła. Todd obrócił głowę Karen kilkukrotnie wokół własnej osi, aż w końcu uniósł za włosy, odrywając od ciała wraz z częścią kręgosłupa szyjnego. Z kikuta wystrzelił gejzer krwi.

Mark przymknął oczy, próbując opanować mechaniczny stelaż, lecz jego nowe ciało nadal robiło swoje. Cisnął zwłoki, które z głuchym plaśnięciem przylepiły się do ściany, a następnie osunęły się na podłogę. Dźwięk łamanych chrząstek sprawił, że ochroniarze pobledli, nie mogąc opanować drżenia.

Konstrukt zszedł z podestu i, bojowo machając rękoma, uwolnił spod mechanicznych ramion błyszczące ostrza. Niczym przygotowana do żeru modliszka, z pełną dozą nienawiści do gatunku ludzkiego, próbował się bronić i odbijać wystrzelone w jego kierunku pociski. Ochroniarze wpadli w popłoch. Jeden z nich wycofał się i pobiegł po dodatkowe wsparcie, przeczuwając w duchu, że nic nie powstrzyma niszczycielskiego ustrojstwa. Osamotniony funkcjonariusz, który wystrzelał już cały magazynek, uniósł wzrok i ostatni raz rzucił okiem na mechanicznego mordercę o ludzkiej twarzy. Potężnie uwydatnione, metalowe żebra zalśniły, a ostrza uniosły się nad głową mężczyzny.

Mark zamknął oczy, kiedy usłyszał świst przecinanego ostrzem powietrza. Jego twarz opryskały ciepłe kropelki o metalicznym posmaku, za sprawą których w końcu przestało szumieć mu w uszach. Z każdą napływającą do warg kroplą wyczuwał powracającą energię. Otworzył oczy i ujrzał bezgłowe zwłoki ochroniarza. Kałuża krwi z każdą sekundą zalewała pomieszczenie. Gdzieś na wyższych kondygnacjach przeciągle zawył alarm. Todd przewidywał, że niebawem do pomieszczenia wpadnie tabun ochroniarzy...

Konstrukcja pochyliła się nad zwłokami, czekając na bezwarunkowy odruch Marka. Todd nie mógł oderwać oczu od widoku krwi spływającej z rozerwanej tętnicy; życiodajna posoka była dla niego jak kroplówka. Próbował opierać się przed pragnieniem wypicia krwi martwego mężczyzny, jednak konstrukcja domagała się pożywienia. Konstrukt, który właśnie zamordował Karen i ściął głowę mężczyzny, chciał przedłużyć żywot Marka wbrew jego woli.

Zagryzł wargi i poczuł ucisk z tyłu głowy. Ogromne dłonie parły w stronę zwłok, a siła była tak potężna, że Mark został zmuszony do wbicia zębów w ciało mężczyzny. Kły zatopiły się bez problemu w miękkiej tkance.

Krew za pomocą rurek wpadła do tętnic mózgu, dając energię i przedłużając życie Marka, jak szybko obliczył, o ponad sześć godzin. Wiedział już, w jaki sposób dostarczać konstruktowi sił witalnych. Nie miał pojęcia, jakie zamiary ma mechanizm i czego można się po nim spodziewać. Co więcej, nie zdawał sobie sprawy, że siła, która tak naprawdę napędzała konstrukt, żyła na całej powierzchni metalu pod postacią miliona maleńkich organizmów.

Mark powstał i z gracją obrócił się w stronę przeciwległej ściany, słysząc odgłos biegnących, zaniepokojonych ludzi. Za pomocą długich, obrotowych palców wywiercił dziesięć dziur w ścianie. Pył zawisł w bunkrze jak rdzawa, dusząca chmura, lecz o dziwo Mark nawet nie zakasłał, jakby nie potrzebował tlenu do dalszej egzystencji. Palce konstruktu złączyły się, nadgarstki obróciły się wokół własnej osi i zgięły, tworząc dwie metaliczne kule. Bez problemu wybił nimi dziurę w grubym na metr, zbrojonym betonie. Sufit zaczął się kruszyć, a grad odłamków zasypał pomieszczenie. Todd usłyszał, jak zaalarmowani lekarze i funkcjonariusze wycofują się, myśląc zapewne, że w Los Angeles doszło do trzęsienia ziemi.

Gruba ściana w końcu pękła, a Mark poczuł w spierzchniętym gardle posmak świeżej, miękkiej ziemi. Ogromnymi dłońmi, niczym kret, przebił się przez warstwę gleby oraz kamieni i, rozrywając pazurami korzenie starych drzew, zanurzył się mechanicznym cielskiem w czerń. Parł naprzód, tracąc poczucie czasu i przestrzeni. Słyszał odgłosy przejeżdżających aut i po raz pierwszy od chwili śmierci czuł zapachy.

Gdy wyszedł na powierzchnię, jego oczom ukazała się trawiasta dolina, rozświetlona przez prażące słońce. W oddali dostrzegł nitki autostrady i pędzące samochody, a na południu - zabudowania Los Angeles i część Pacyfiku. Na zachodzie rósł las sekwoi, który z tej odległości wyglądał jak sterczące, pierzaste ołówki. To w tamtą stronę skierowała się mordercza maszyna. Konstrukt ruszył w stronę lasu, pozostawiając głębokie wyrwy w soczystej, zielonej trawie.

Rozdział IV

W tym samym momencie, kiedy Karen Todd spięła głowę swojego męża Marka z metalową, siejącą terror maszyną, w fabryce papieru w Detroit doszło do śmiertelnego wypadku. Ogromna, niepodłączona do prądu gilotyna samoistnie załączyła się i ścięła głowy trzem serwisantom. Z lotniska w Vancouver wystartowała awionetka Cessna, która po niemal godzinie kołowania nad miastem wbiła się w wieżowiec Shaw Tower, zabijając na miejscu dziewięcioro pracowników firmy maklerskiej. W budynku wybuchł pożar, a ludzie znajdujących się powyżej czternastego piętra zostali odcięci od wyjść ewakuacyjnych. Samolotem nie kierował żaden pilot, kontroler lotu dostrzegł przez lornetkę, że nikt nie siedział za sterami Cessny...

Podczas budowy bloku w nowojorskim Hoboken pojawiły się problemy z dźwigiem. Operator stracił kontrolę nad żurawiem, nie pomogło odcięcie maszyny od zasilania. Przez radio zaalarmował stojących na dole robotników, aby uciekali do piwnic. Kilkutonowy ładunek z rurami kanalizacyjnymi zaczepiony o mechaniczny hak spadł na budynek, doprowadzając do zawalenia frontowej ściany i stropu. Po dokładnej analizie inspekcji budowlanej stwierdzono, że potężna kotwica służąca do transportowania materiałów otwierała się i zamykała nawet po odcięciu prądu...

Mężczyzna o nazwisku Ramirez w Key West na Florydzie poczuł nagłą chęć zabijania. Tak przynajmniej twierdził tuż po zatrzymaniu przez śledczych. Zabił swoje dziewięciomiesięczne dziecko i zasztyletował narzeczoną, a następnie udusił bezdomnego mężczyznę w okolicach promenady i roztrzaskał głowę dziesięcioletniej dziewczynki w okolicach muzeum rybołówstwa. Po zatrzymaniu wyjaśnił, że do mordów nakłonił go wewnętrzny głos. Choć był leworęczny, zabijał wyłącznie prawą dłonią - tą, którą przed laty zoperowano, zastępując potrzaskaną w wypadku kość tytanowym implantem...

Na przedmieściach Tokio dokonano masowego morderstwa. Mężczyzna uśmiercił całą swoją rodzinę kataną, wykutą własnoręcznie przed pięćdziesięcioma laty. Po wszystkim popełnił seppuku...

Dodatkowo na całym świecie doszło do jeszcze kilku incydentów z udziałem maszyn oraz ludzi, którym wszczepiono implanty, lecz obyło się już bez ofiar śmiertelnych.

Kimberly Murphy poczuła dziwne kłucie w czaszce, kiedy szukała miejsca dla nowej ozdoby domu. Nie mogła się zdecydować, czy postawić czaszkę na parapecie, kominku czy regale z książkami. Jako nastolatka Kimberly przeszła poważną operację wstawienia tytanowej płytki w głowie, wskutek wypadku - jadąc na rowerze wpadła pod koła Dodge'a Caravan, który należał do niejakiego Bryana Smith'a.

Rozdział V

John Murphy zaparzył kawę i zasiadł przy stoliku, obserwując zza kuchennej wyspy zafascynowaną Kimberly, która nie mogła znaleźć w domu odpowiedniego miejsca dla skarbu, jaki wypożyczył im Henry Vane.

- Myślisz, że kominek będzie dla niej odpowiedni? - zapytała, ustawiając artefakt przy zdjęciu ślubnym, które wykonali w parku Pennypack w Filadelfii.

- Kim... nie stać nas na nią - westchnął John. - Ściemniłem Vane'owi, aby się od nas odczepił. Nie mam czasu na poszukiwania nabywców czaszki, bo w pierwszej kolejności muszę zająć się kwestią wypożyczenia szkieletu i tego przeklętego kła. Vane to straszny bajarz, a ty dałaś się nabrać na jego sztuczki, Kim.

- Myślę, że najlepiej eksponuje się na tle cegiełek...

Kim była tak zafascynowana, że uwagi Johna na temat nowego eksponatu potraktowała jak marudzenie męża. Dotykała czaszki, ustawiała ją pod odpowiednim kątem i biegała ze ściereczką, aby dokładnie wypolerować powierzchnię z odbitych palców. Zachowanie Kim zakrawało na manię, John zauważył to już za pierwszym razem, kiedy tylko ujrzała metalowy bibelot na stopniach werandy. Od tego czasu całkowicie straciła dla niego głowę, jakby przedmiot żył i miał uczucia, którymi chciał obdarować Kimberly.

John zastanawiał się, czy nie chodzi tu o coś, co przez całe życie bezpowrotnie traciła. Jej dziwactwo przypominało ciążę urojoną, jaką niekiedy obserwował u suk. Od wielu lat starali się o dziecko, a Kimberly odchodziła od zmysłów po każdej nieudanej próbie in vitro. Przez dokładnie sześć lat walki o pierwsze dziecko wykonała cztery próby zapłodnienia pozaustrojowego. Wszystkie okazały się nieskuteczne, a po każdej z nich z psychiką Kimberly było coraz gorzej. Zamykała się na kilka godzin w sypialni, nie jadła, nie odwiedzała znajomych i czuła niechęć do wszystkiego, co mogło sprawić, że poczuje się lepiej. Niekiedy całymi godzinami siedziała na ławce w parku, obserwując zabawy młodych małżeństw ze swoimi pociechami. Coraz głębiej pogrążała się w marazmie.

Małżeństwo z Johnem istniało jedynie na papierze. Pewnego dnia powiedziała mu, że po prostu odchodzi, zostawia wszystko, co łączy ją z Filadelfią i wyjeżdża do matki do Wyoming. Jedynie upór Johna uratował to małżeństwo, zapisali się na terapię. Wysokiej klasy terapeuta, John Friedmann z Nowego Jorku, powoli odbudowywał w Kimberly pragnienie życia. Po dwóch latach ciężkiej dla obojga małżonków pracy, Kim wreszcie zaczęła się uśmiechać, a wizyta w parku nie skutkowała traumą. Zachowywała się jak dawniej, jakby zapomniała, że los nie obdarzy ich nigdy upragnionym dzieckiem.

John spojrzał na wiszący przy lodówce zegar w kształcie kota. Dochodziła ósma wieczorem, a on nawet nie rozpakował eksponatów. Wstał i poszedł do kuchni. Wyciągając piwo z lodówki, spojrzał w kierunku salonu na czaszkę. Kimberly przed chwilą weszła na piętro, więc w spokoju mógł obejrzeć przedmiot i zastanowić się, co z nim zrobić.

Czaszka stała na kominku, delikatnie zwrócona ku ich wspólnemu zdjęciu. Połyskiwała i zdawała się majaczyć przez lekko rozwartą żuchwę. Popijając piwo, przyglądał się swojemu groteskowemu odbiciu na tle salonu. Nie miał wątpliwości, że przedmiot wykonał fachowiec. Kunsztowna polerka i oryginalny materiał nadawały czaszce osobliwego piękna, choć John nie miał złudzeń, że na niej zarobi.

Kimberly krzątała się po piętrze, najprawdopodobniej szukając zakupionego przed kilkoma dniami kuponu loteryjnego. Czekali na losowanie po wielkiej kumulacji. John odstawił piwo na kominek i obejrzał się, poszukując wzrokiem Kim. Nie dostrzegłszy jej, dotknął zimnym palcem struktury czaszki. Nieskazitelnie wypolerowane ścianki były miłe w dotyku, przypominały hartowane, akrylowe szkło, zaś ostre zęby przywodziły na myśl kły Kurta Barlowa z ekranizacji Stephena Kinga Miasteczko Salem z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego roku. John za nic w świecie nie zaryzykowałby przejechania po nich opuszkiem palca. Zagłębił palce w lewym oczodole, głęboko penetrując jego zawartość. Poczuł ciepło, jakby ktoś podgrzewał nasadę czaszki delikatnym płomieniem. Kiedy chciał odejść, wydało mu się, że oczodoły rozbłysły zielonkawym światłem. Odskoczył, czując na plecach delikatny dotyk.

- Mówiłeś, że ci się nie podoba, a jednak coś cię do niej ciągnie - Kimberly stała za nim, nie kryjąc zdziwienia.

Odetchnął głęboko, bo jego serce wciąż waliło jak młot. Spojrzał na przeciwległe okna salonu, za którymi poruszały się upiornie gałęzie drzew. Deszcz wciąż bębnił o parapet, ulewa nie chciała odpuścić.

- Chciałem ją obejrzeć dokładnie, dziś tylko przez chwilę miałem ją w dłoniach i...

- Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha. Dobrze się czujesz? - Kimberly przechyliła głowę i spojrzała mężowi głęboko w oczy. - Nie, niedobrze.

Zbladł, a na jego czole pojawiły się drobne kropelki potu. Mimo iż nadal panował skwar, bo deszcz nie zdusił wszechobecnego ukropu, w domu nie było aż tak gorąco, aby John się spocił.

- Chcę po prostu odpocząć... Jeszcze dzisiejszej nocy muszę sfotografować szkielet i kieł mamuta, aby do jutrzejszego południa przedstawić je muzeom.

- A nie byłeś umówiony z Chrisem Valentino w tej sprawie?

- Byłem, ale mam jeszcze kilka dni, aby przedstawić je pozostałym galeriom. Nie rozmawiałem osobiście z Valentino, a doktor Greenfield zgodził się, aby w razie konieczności próbować puścić te przedmioty dalej, poza Filadelfię. Nie muszę ci mówić, że nowojorskie Metropolitan to chyba marzenie ściętej głowy. Kim, zapłaciłem dziś osiemdziesiąt tysięcy dolarów i muszę prędko znaleźć sposób na zwiększenie przychodów. Nie mogę czekać dziesięciu lat, kiedy cena przykładowo szkieletu ofiary żółtej febry wzniesie się na szaleńczy poziom. Muszę zarabiać teraz...

- Musimy - niespodziewanie pocałowała go w usta. - Oboje musimy.

Kimberly wpatrywała się zalotnie w czaszkę. Gdyby nie to, że była jedynie nic nieznaczącym eksponatem leżącym w ich salonie, John czułby się o te spojrzenia zazdrosny.

- Chodź, pójdziemy sprawdzić wyniki loterii i w międzyczasie może zdążę przygotować kolację. Czuję, że nie będziesz musiał martwić się o nowojorskie Metropolitan, bo sami do ciebie zadzwonią.

- Mam taką nadzieję, Kim. Naprawdę, chcę w to uwierzyć, choć z każdą minutą mam obawy, czy nie wyrzuciłem pieniędzy w błoto.

Pocałował ją w kark, na którym pojawiła się gęsia skórka. Nie spowodował jej czuły, wręcz namiętny gest Johna, a bezbarwne organizmy przemieszczające się na Kimberly z powierzchni jego dłoni. Odwzajemniła gest i wtuliła się w męża z szelmowskim wyrazem twarzy. Wpatrywała się w czaszkę, z której wystrzelił słup jasnozielonego światła.

- Niedługo będziemy szczęśliwi, kochanie - rzekła, nie wiedząc tak naprawdę, do kogo kieruje słowa. - Będziemy kochającą się rodziną, a cały ból minie wraz z nadchodzącymi promieniami słońca...

Rozdział VIII

Kimberly wlała wybielacz do bębna, gdy usłyszała głos - ciężki, chroboczący, jakby ktoś próbował wywiercić dziurę w ścianie. Spojrzała na popękane, piwnicze okienko. Cienie drzew odbijały się w szybie, a do pomieszczenia wdarł się zimny wiatr mrożący krew w żyłach.

- Jest tu kto?

Odpowiedziała jej cisza. Wyobraźnia Kim ruszyła, kreując obraz szkieletu ofiary żółtej febry, który właśnie wyszedł z garażu i zmierza ku piwnicy, chcąc wbić kościste palce w oczy kobiety. Odstawiła butelkę z wybielaczem i uruchomiła pralkę, próbując odzyskać równowagę. Zajrzała do kosza na pranie i zaczęła segregować odzież. Czaszka, którą odstawiła na drewniany regał obok puszek z zupami Campbell, zdawała się do niej uśmiechać. Kim zerkała na nią od czasu do czasu, podziwiając doskonałe wykonanie i wierząc, że przedmiot przynosi szczęście. Przeczuwała, że przedmiot ma magiczną moc i spełnia najskrytsze pragnienia.

Wciąż pochylona nad koszem z ubraniami poczuła wibracje o niskiej częstotliwości, jakby w oddali przejechał ciężki pociąg. Spojrzała z niepokojem na okno, jednak nie dostrzegła nic prócz cieni drzew.

Kim, weź się w garść - pomyślała. - Duchy nie istnieją, a szkielet leży w garażu. Jeśli John przywlecze jeszcze kiedyś podobne gówno, bez mrugnięcia okiem go...

Drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem, a do piwnicy wpadło ciężkie, naładowane ozonem powietrze. W drzwiach stała Martha, sąsiadka w podeszłym wieku, ubrana w żółty, przeciwdeszczowy płaszcz z kapturem. Światło żarówki rysowało na jej twarzy upiorne cienie.

- Ale mnie wystraszyłaś - Kim złapała się za serce, po czym oparła się o pralkę.

- Witaj, kochana. Przepraszam, że przychodzę nie w porę, ale widziałam, jak wchodzisz do piwnicy i pomyślałam, że wpadnę. Masz chwilkę?

Martha O'Donell była prawie siedemdziesięcioletnią staruszką z burzą kędzierzawych jak u pudla włosów. Znała małżeństwo Murphych od prawie dwudziestu lat, ponieważ w przeszłości pracowała z matką Johna w wydziale komunikacji przy filadelfijskim metrze. Od dekady była wdową, jej mąż, Steven, popełnił samobójstwo w przydomowym garażu, strzelając sobie w usta z karabinu powtarzalnego Winchester. Nie mógł pogodzić się z faktem, że zlicytowano ich dom w Chestnut Hill, który od pokoleń należał do jego rodziny. Zbankrutował w latach dziewięćdziesiątych za sprawą recesji, która nawiedziła Filadelfię. Zamówienia na części samochodowe dla General Motors trafił szlag, gdy rynek zalały chińskie, nieporównywalnie tańsze zamienniki.

- Tak, spokojnie, mam czas - odpowiedziała Kim. - Chodźmy na górę, zaparzę herbatę.

- Nie, kochana, zajmę ci tylko na chwilę - Martha zsunęła kaptur i wyciągnęła coś z kieszeni. - Musimy o tym pogadać, trochę głupio wyszło...