Zło, którego jesteś autorem, w ostatecznym rozrachunku okaże się destrukcyjne. Nie da się uciec przed konsekwencjami swoich czynów.
Leon Brown
Rozdział 1
Lato 2016
Kobieta stała w milczeniu, kryjąc się w cieniu wysokich drzew. Charakterystyczny dla stanu Iowa wiatr poruszał liśćmi nad jej głową. Zafascynowana obserwowała biegające po placu zabaw dzieci. Sporo maluchów ścigało się ze sobą na drabinkach i rampach, ona jednak skupiała się na ślicznej, ciemnowłosej dziewczynce i jasnowłosym chłopcu, bawiących się w piaskownicy. Wiele razy miała już okazję je widzieć, zawsze z daleka. Wiedziała, że chłopczyk niedługo skończy dwa latka, a dziewczynka jest od niego pół roku starsza. Wyprostowała się i postanowiła, że dzisiaj w końcu stawi czoło barierze dzielącej ją od celu i przedstawi swoją prośbę.
Dzieci nie wiedziały, kim ona jest ani dlaczego się tutaj zjawiła. Pewne za to było, że kobieta o sokolim wzroku matki i ciotki, obserwująca każdy ruch swoich podopiecznych, nie tylko ją rozpozna, ale także każe jej odejść, a może nawet wezwie policję.
Meredith Banks, autorka z list bestsellerów "New York Timesa", odetchnęła głęboko, po czym wyszła z kamuflującego jej obecność cienia. Denerwowała się. To nie będzie proste. Emily Vandersol w przeszłości jasno dała do zrozumienia, że nie życzy sobie, aby dzieci stały się częścią tego medialnego cyrku - zdążył on już bowiem ujawnić zbyt wiele rodzinnych sekretów, które dla dobra dzieci lepiej, aby w ogóle nie ujrzały światła dziennego.
Kiedy Meredith zbliżyła się do parkowej ławki, zatrzymał się na niej czujny wzrok Emily. Ich spojrzenia się skrzyżowały. Nim Emily zdążyła zaprotestować, Meredith dotknęła jej ramienia.
- Proszę mnie wysłuchać. Proszę... niech mi pani pozwoli dokończyć ich historię.
W zielonych oczach Emily płonęły emocje. Wyprostowała się i cicho, celowo ostrym tonem odpowiedziała:
- Nie wolno pani przebywać tak blisko mnie ani jej. Mam nakaz sądowy zaadresowany do wszystkich przedstawicieli prasy.
- Wiem, ale nie jestem tylko dziennikarką - podkreśliła Meredith. Jestem przyjaciółką Claire. Byłam - poprawiła się. - Proszę, chcę, aby świat poznał dalszy ciąg ich historii.
Emily nachyliła się ku niej, a kiedy się odezwała, w jej głosie słychać było jeszcze większe wzburzenie.
- Nie uważa pani, że już wystarczająco wiele opowiedziała? Pewnego dnia będę musiała wyjaśnić jej pani książkę. Nie uważa pani, że wyrządziła już dostatecznie dużo szkód? A może chodzi pani po prostu o pieniądze. Jestem przekonana, że ujawnienie kolejnych prywatnych informacji świetnie by się sprzedawało.
Meredith nie podobał się ton Emily. I choć wiedziała, że na niego zasłużyła, nie zamierzała pozwolić na to, aby ją powstrzymał. Zresztą już sama rozmowa z siostrą Claire to więcej, niż dotąd udało jej się osiągnąć.
- Proszę mi uwierzyć, że nie chodzi mi o wskaźniki sprzedaży. To Claire przyszła do mnie ze swoją historią. Zawarłyśmy umowę i wywiązałam się ze swoich zobowiązań. Nie wypieram się tego, że dzięki jej historii zarobiłam krocie. Co chce pani usłyszeć? Że cały dochód z dalszej części historii przekażę Nichol? Chętnie bym to zrobiła, ale obie wiemy, że czego, jak czego, ale pieniędzy to jej nie brakuje.
Do Emily podbiegła ciemnowłosa dziewczynka. Niezrażona widokiem nieznajomej osoby zawołała:
- Mamo. - Pokręciła głową i poprawiła się: - To znaczy ciociu Em, Mikey nie chce się dzielić. Chcę swoją...
Meredith wpatrywała się w nią jak urzeczona. Nichol była uczesana w warkoczyki, które podskakiwały, kiedy biegła. Miała jasną cerę, zaróżowione od słońca policzki i błyszczące brązowe oczy. Dziennikarka rozpoznała poważne spojrzenie dziewczynki, które odziedziczyła po rodzicach. Z kolei determinację w głosie miała niewątpliwie po ojcu.
Jeszcze nigdy Meredith nie była tak blisko dziecka Anthony'ego i Claire. Tak bardzo pragnęła wziąć małą w ramiona i mocno przytulić - zrobić wszystko, aby córeczce przyjaciółki żyło się lepiej.
Podczas gdy Emily wyjaśniała drobne nieporozumienie między dziećmi, Meredith myślała o wydarzeniach, które doprowadziły do obecnej sytuacji i na zawsze zmieniły życie małej Nichol. Wspominała dawną Claire Nichols, beztroską dziewczynę, która opuszczała czasem zajęcia w Valparaiso, żeby spędzić dzień na Wrigley Field. Wspominała kobietę, która opisała potworne szczegóły jej życia, jakiego nie chciała ani na jakie nie zasłużyła. Przypomniała sobie także ich ostatnie spotkanie, od którego minęły prawie trzy lata.
To Claire je zainicjowała. Chciała porozmawiać o pierwszej książce Meredith, która ukazała się pod tytułem Moje życie bez maski pozorów. Pragnęła nie dopuścić do publikacji.
Meredith przypomniał się wyraz twarzy Claire: nareszcie szczęśliwej i bez wątpienia zakochanej. Podczas ich wspólnego lunchu w Chicago wyznała, że zmieniła zdanie i że jest w ciąży. Ze strony Claire był to przejaw ogromnego zaufania, gdyż informacja o jej odmiennym stanie nie została jeszcze podana do publicznej wiadomości. Z całą pewnością byłby to łakomy kąsek dla prasy, Meredith nie zamierzała jednak dopuścić do wycieku informacji. Już raz zrobiła przyjaciółce coś takiego, a reperkusje tego czynu będą ją dręczyć do końca życia.
Niestety nie miała już wpływu na proces publikacji książki. Razem z konkretnymi instrukcjami znajdowała się ona w rękach wydawcy. Claire była gotowa zaoferować dowolną kwotę za to, aby ich historia nigdy nie ujrzała światła dziennego. Nie chciała dopuścić do tego, żeby ich dziecko pewnego dnia poznało prawdę związaną z poznaniem się jego rodziców.
Meredith obiecała jej, że się postara. I dotrzymała słowa.
A potem, niecały miesiąc później, Claire zniknęła, przez co zaczął obowiązywać fragment zawartej przez nie umowy mówiący o publikacji książki. Wysiłki Meredith oraz prawników Rawlingsa nie były w stanie nie dopuścić do jej wydania. A kiedy Moje życie bez maski pozorów pojawiło się w księgarniach, natychmiast trafiło na listę bestsellerów.
Meredith miała nadzieję, że jeśli opowie światu resztę historii Claire i Tony'ego, ich córka pewnego dnia może wszystko zrozumie.
Głos Emily przywołał ją do teraźniejszości.
- Odpowiedź brzmi "nie", a jeśli ujawni pani jakiekolwiek informacje na temat Nichol, mój mąż pomoże doprowadzić do pani aresztowania.
- Nie zjawiłam się tutaj po to, aby zdemaskować Nichol - podkreśliła Meredith. - Chcę porozmawiać z Claire. Od pracowników ośrodka Everwood dowiedziałam się, że wszyscy goście muszą uzyskać pani akceptację. Proszę więc o nią.
Emily się wyprostowała.
- Pani Banks, nie jestem pewna, której części tej rozmowy pani nie słyszy albo nie rozumie, ale odpowiedź brzmi "nie". - Nim Meredith zdążyła cokolwiek powiedzieć, Emily kontynuowała: - Poza tym nic by pani z takiego spotkania nie wyniosła. Claire nie jest w stanie opowiedzieć swojej historii, nie jest w stanie odpowiadać na pytania.
- Wobec tego proszę pozwolić mi z nią porozmawiać.
- Nie rozumie pani? Ona nie rozmawia z nikim.
- Personel nie powiedział, że jej stan wyklucza gości, ale że to pani nie wyraża na to zgody.
- Pani Banks, jeśli przeczytam o tym w oświadczeniu prasowym, osobiście dobiorę się pani do skóry. Zrozumiano?
Meredith kiwnęła głową i rzekła:
- Chcę pomóc Claire, naprawdę. Chcę ujawnić prawdę, tak żeby świat się dowiedział, co się wydarzyło.
- Mówię to tylko dlatego, że moja siostra uważała panią za przyjaciółkę - ciągnęła Emily. - Część lekarzy określa jej stan mianem zaburzeń psychotycznych wywołanych stresem natury fizycznej i psychicznej. Inni twierdzą, że to rezultat kilku urazów głowy. - Pokręciła głową i dodała: - Claire nie rozmawiała z nikim od ponad dwóch lat!
Meredith zakręciło się w głowie. Wiedziała o uznaniu niepoczytalności. Znała całą historię i czytała o tym, co się wydarzyło. To prawda, jeśli ktoś miał prawo być niepoczytalnym, to na pewno Claire, ale wcześniej Meredith nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji.
- Co to znaczy? - Zniżyła głos. - Claire nie może mówić?
- Niezupełnie. Mówi. Czasem prowadzi rozmowy, tyle że nie z osobą, która jej akurat towarzyszy. Nie wie, gdzie się znajduje ani nawet tego, że ma dziecko. Czasami sama jest dzieckiem, czasami jest z nim. Tak naprawdę trudno określić, co w danej chwili sobie myśli.
- Kiedy więc Nichol nazwała panią mamą...
- Nichol wie, że jestem jej ciotką - przerwała Emily. - Czasami jednak, kiedy Michael mówi na mnie mama, zapomina o tym.
- Może mogłabym pomóc? Może moja rozmowa z Claire pomogłaby jej w powrocie do rzeczywistości.
Po policzku obserwującej dzieci Emily spłynęła łza.
- Gdybym uważała, że istnieje taka szansa, od razu pozwoliłabym pani na spotkanie z moją siostrą, ale skoro ci, co ją odwiedzają, nie są w stanie do niej dotrzeć, skoro nie potrafi tego nawet Nichol... - Wyprostowała się i ton jej głosu stał się twardszy. - Nie. I proszę nie przychodzić i nie pytać o to ponownie.
- A co z panem Rawlingsem?
Emily odwróciła się gwałtownie w stronę Meredith i warknęła:
- Nie ma go i nie pozwolę, aby ktokolwiek wypowiadał jego imię przy Claire czy Nichol. Jego rządy terroru w mojej rodzinie dobiegły końca!
- Ale pewnego dnia...
Emily wstała.
- Do widzenia, pani Banks. Zabieram moje dzieci do domu. Jeśli jeszcze raz panią zobaczę albo przeczytam gdziekolwiek o tym, o czym rozmawiałyśmy, nie tylko wniosę oskarżenie, ale także nie spocznę, dopóki nie trafi pani za kratki. Żegnam.
Meredith kiwnęła głową, po czym nie ruszając się z ławki, obserwowała, jak Emily bierze Michaela na ręce i wyciąga dłoń do Nichol, a potem nie odwracając się, oddala się razem z nimi.
To było oczywiste, że Emily kocha i troszczy się o oboje dzieci, niemniej jednak Meredith kwestionowała położenie, w jakim się znalazła Nichol. Jeśli istniejący stan rzeczy zostanie utrzymany, możliwe, że dziewczynka nigdy nie pozna prawdy o swoich rodzicach.
Nasłuchując delikatnego szeptu wiatru, pomknęła myślami ku swoim dzieciom, nie potrafiła sobie wyobrazić życia bez nich. Cóż za pustka i poczucie straty musiały dręczyć jej przyjaciółkę ze studiów. Z jej życia zniknęli wszyscy i wszystko, co się dla niej liczyło. Po policzkach Meredith popłynęły łzy.
Czytała doniesienia prasowe i miała pewność, że kryje się za tym historia, którą trzeba opowiedzieć. Nie zależało jej na pieniądzach ani sławie. Cofnęła się myślami do złożonego przed laty przyrzeczenia. Ona i Claire przyrzekły sobie siostrzane oddanie. Nie była to więź krwi, jaka łączyła Claire z Emily - to było coś więcej: zobowiązanie. Meredith nie zamierzała dopuścić do tego, aby jej siostra pozostała zagubiona już na zawsze. Już ona znajdzie jakiś sposób na to, aby poznać prawdę.
Przypomniał jej się tamten dzień, kilka lat temu, kiedy spotkała się z Claire w San Diego. Podczas ich rozmowy Meredith zapewniła przyjaciółkę, że pragnie opowiedzieć światu prawdę, bez względu na konsekwencje. Niewykluczone, że Emily podejmie kroki prawne. Kiedy jednak Meredith obserwowała, jak mała rodzina znika za wzgórzem, gdzie znajdował się parking, dotarło do niej, że decyzja została już podjęta. Jeśli zdrowie psychiczne Claire i spokój Nichol będą skutkować aresztowaniem - trudno. Wolała zostać skazana za to, że zachowała się jak prawdziwa siostra, niż pozwolić, aby ta śliczna dziewczynka żyła w nieświadomości.
Everwood, prywatny ośrodek dla osób z zaburzeniami psychicznymi, okazał się równie piękny jak na zamieszczonych na stronie internetowej zdjęciach. W tym ekskluzywnym centrum leczono wyłącznie kobiety. Usytuowane na uboczu, niedaleko od Cedar Rapids, zajmowało obszar o powierzchni czterdziestu ośmiu akrów, z mnóstwem ścieżek i szlaków przyrodniczych - co dla Claire było idealne.
Meredith wiedziała, że początkowo Claire trafiła do tego typu ośrodka, gdyż stanowiło to warunek uznania wniosku o niepoczytalność. Umieszczono ją wtedy w ośrodku państwowym. Nie minęło wiele czasu, a została przeniesiona do renomowanej placówki prywatnej, gdzie mogła liczyć na doskonałą ochronę, zachowanie poufności i cieszący się szacunkiem personel.
Jako krewna i jednocześnie pełnomocniczka, Emily Vandersol miała pełną władzę nad leczeniem siostry. Bez jej pozwolenia Meredith nie wolno było się spotkać z Claire w pomieszczeniach przeznaczonych na odwiedziny, nie wspominając o jej prywatnym pokoju, dlatego też musiała obmyślić plan. Zawsze marzyła o dziennikarstwie śledczym - teraz nadszedł jej czas.
Pieniądze, które zarobiła na sprzedaży książki, zapewniły jej dzieciom najlepsze możliwe wykształcenie. Obecnie uczęszczały do renomowanej szkoły z internatem na Wschodnim Wybrzeżu. Choć Meredith cierpiała, że dzieli ich tak duża odległość, miała dzięki temu czas na to, aby poświęcić się poznaniu historii Claire.
Jej plan nie należał do skomplikowanych. Skoro nie mogła się spotkać z Claire jako gość, postanowiła, że najmie się do pracy w ośrodku. Nie miała uprawnień, aby się ubiegać o posadę terapeuty czy lekarza, ale tak się szczęśliwie złożyło, że szukano osób do pracy w kuchni.
Dzięki odpowiedniej kwocie i kontaktowi z podejrzanym źródłem Meredith znalazła się w posiadaniu fałszywego dowodu osobistego i dającej się zweryfikować historii zatrudnienia. Nie miała pewności, czy będzie pamiętać o tym, aby reagować na inne nazwisko, dlatego zdecydowała się na bardzo rzadko przez nią używane nazwisko męża. Jedną rozmowę i łzawą historyjkę później Meredith Russel została zatrudniona przez Centrum Behawioralne Everwood. Kiedy przeglądała się w lustrze, poprawiając biały, stołówkowy uniform, uśmiechnęła się z lekkim sarkazmem i pomyślała: "Oto spełnienie moich życiowych ambicji - praca za płacę minimalną".
Przez kilka pierwszych dni w nowej pracy robiła tylko rozeznanie. Musiała poznać topografię terenu oraz punkty wejścia i wyjścia z Everwood. Niemal od razu dowiedziała się, że jej przyjaciółka przebywa tu jako Claire Nichols. Nie brała udziału w zajęciach i terapiach grupowych ani nie spożywała posiłków na stołówce. Zanoszono je do jej pokoju i w komputerze widniała informacja, że czasem potrzebna była pomoc w jedzeniu.
Pani Nichols czasami wychodziła na zewnątrz w towarzystwie swojej terapeutki, innego pracownika ośrodka lub osoby odwiedzającej. Kiedy Meredith zobaczyła ją po raz pierwszy, wracała właśnie z takiego spaceru...
*
Claire uwielbiała przebywać na łonie natury. Zawsze tak było - wiatr na twarzy, zapach świeżo skoszonej trawy czy dopiero co opadłe liście wywoływały w niej ciepłe uczucia. Czuła, że w jakiś sposób łączy się to z jej przeszłością. Nie wiedziała jednak dlaczego, nie pamiętała żadnego imienia ani twarzy, ale coś mającego związek z przyrodą zapewniało jej poczucie bezpieczeństwa. Kiedy wyprowadzano ją na zewnątrz, zamykała oczy, pragnąc widzieć świat zupełnie na nowo. Często pojawiały się przebłyski przedstawiające mężczyznę w uniformie. Claire zakładała, że te doznania oraz to, że czuła się bezpieczna, także mają związek z jej dawnym życiem. Założenia były o wiele prostsze niż pytania.
Nie pytała o nic. Rozumiała, że ze świeżego powietrza czy słońca, które muskało jej skórę, może korzystać tylko wtedy, kiedy ktoś jest z nią. Nie zawsze znała towarzyszącą jej osobę, wiedziała jednak, że wyjście z budynku w pojedynkę jest wbrew zasadom. Jeśli zaś chodzi o zasady i ich przestrzeganie - och, o tym akurat miała szeroką wiedzę. To prawda, że w przeszłości zdarzały jej się potknięcia: dokonywała błędnej oceny sytuacji albo podejmowała niewłaściwe decyzje, które miały nieprzyjemne następstwa. Tego właśnie nauczył ją Tony: każde zachowanie ma swoje konsekwencje.
Claire wolała te pozytywne. Owszem, nie raz i nie dwa go rozczarowała. Każdego mijającego dnia przyrzekała sobie, że już go nigdy więcej nie zawiedzie. Nie była pewna, czy po tym, co zrobiła, ma to jeszcze znaczenie, niemniej to jedyne, co jej pozostało i nie zamierzała stać się przyczyną rozczarowania.
Co jakiś czas pojawiali się tutaj ludzie z innymi twarzami i innymi głosami. Ich słowa nie były prawdziwe, tak samo jak przynoszone przez nich jedzenie. Och, wyglądało na autentyczne, rejestrowała nawet jego zapach, jednak gdyby było prawdziwe, ona poczułaby głód. A najczęściej tak się nie działo.
Pomagano jej brać prysznic, ubierać się i czesać. Początkowo walczyła z ludźmi, którzy się nią opiekowali, w końcu jednak zaakceptowała ich pomoc. Na swój sposób miało to na nią kojący wpływ. Nauczono ją przecież, jak ważne jest zachowywanie pozorów, a ponieważ czynności dnia codziennego okazywały się dla niej zbyt obciążające, te anonimowe ręce pomagały spełniać jej obowiązki.
Za nic na świecie nie chciała rozczarować Tony'ego. Zdarzało się, że jej ciałem wstrząsał szloch. Bądź co bądź musiała żyć ze świadomością tego, co zrobiła. Z całą pewnością go rozczarowała. No bo jaki był inny powód tego, że nie ujawniał swojej obecności? Czasem jej mówiono, że zniknął. Już ona swoje wiedziała.
Była pewna, że to nieprawda. Nawet jeśli ci pozbawieni twarzy ludzie nie widzieli go ani nie słyszeli, on tam był. Kiedy do niej przychodził, potrafiła spokojnie spać i śnić. Żyła dla jego dotyku, uśmierzającego ten obezwładniający ból, który wypełniał jej pustą egzystencję. Owszem, dawniej w ich wspólnym życiu cierpienie też było obecne, ale nieporównywalnie mniejsze niż to, które odczuwała, nie wiedząc, kiedy Tony wróci. Dlatego też gdy byli razem, chowała je do odpowiedniej szuflady. Będąc z nim, nie pokazywała mu swego smutku - pozostawał jej własnym skrywanym cierpieniem. Po tym, co zrobiła, zasługiwała na niego.
Claire pamiętała każde słowo wypowiedziane przez Tony'ego. Powiedział, że propozycja umieszczenia jej w zakładzie psychiatrycznym ma ją chronić. Teraz - bez względu na to, czy zasłużyła na pobyt w tym miejscu, czy nie - była chroniona.
Czasami ludzie zadawali jej pytania. Przy każdej takiej okazji w jej głowie rozbrzmiewał jego głos: "Ujawnianie informacji prywatnych nadal jest zabronione...".
Nie kwestionowała już tego, co stanowi informacje prywatne. Nie opowie o niczym - i nieważne, czy w grę wchodziły jej wspomnienia, ich wspólne przeżycia czy też to, co miała ochotę zjeść na obiad. Chcąc nie dopuścić do wyjawienia tego, czego nie powinna, Claire wybrała milczenie. Wraz z upływem czasu kosztowało ją to coraz mniej wysiłku. Słowa wypowiadane przez pozbawionych twarzy ludzi rzadko przebijały się przez bańkę, którą się otoczyła.
Bywało, że towarzyszącym jej osobom bez żadnego ostrzeżenia zmieniały się oblicza, a wtedy nie pamiętała o złożonej sobie obietnicy milczenia i odzywała się. Bo przecież ujrzenie dawno niewidzianych przyjaciół było czymś ekscytującym. Ale kiedy ich twarze znikały, szybko o nich zapominała. Przez większość czasu nie miało to żadnego znaczenia. Bez względu na to, czy byli prawdziwi, czy wyimaginowani, ci ludzie rzadko rozumieli, o czym ona mówi. Zawsze, kiedy tak się działo, Claire przypominało się jej nieposłuszeństwo. Dojmujące uczucie wstydu mocno nią wstrząsało, a to według głosów stanowiło zagrożenie dla jej zdrowia.
Nie była w stanie kontrolować tego wewnętrznego poruszenia. Pragnęła przestać, pragnęła poprawnie się zachowywać, ale czasami nie potrafiła zmusić ciała do tego, aby zachowywało się zgodnie z jej wolą. I wtedy ci pozbawieni twarzy ludzie ją wiązali. Tak wiele obrazów pojawiało się w jej głowie. Nie znosiła, kiedy ją krępowano. Słyszała głosy, które mówiły, że to dla jej dobra, że ograniczają jej ruchy po to, aby nie zrobiła sobie krzywdy. Claire i tak się wyrywała. No bo przecież nigdy nikogo nie skrzywdziła. A nie, chwileczkę, jednak wyrządziła komuś krzywdę.
Zostało to udokumentowane, więc lepiej, żeby chroniono ją przed nią samą. A potem, kiedy wszystko wydawało się stracone, kiedy najmniej się tego spodziewała, pojawiało się uczucie ulgi.
Claire słyszała jego głos.
Nie była w stanie przewidzieć, kiedy to się stanie. Nie umiała przywołać go ani zachętą, ani błaganiem. Nie, Tony pojawiał się wtedy, gdy on miał na to ochotę. Czasem wypowiadał szeptem słowo, czasami decydował się na długą przemowę. Żadne lekarstwo nie potrafiło przynieść jej ukojenia tak, jak ten głęboki baryton.
Po tym, jak Claire trafiła do Everwood, twarze i ręce zaprowadziły ją do ogrodu. Wkładały jej w dłonie narzędzia, ale ona ich nie chwytała. Nie umiała. Sprawiało jej to zbyt duży ból, bo przypominało o ogrodzie w posiadłości albo tym w raju. Z czasem twarze dały za wygraną. Tak przynajmniej uznała Claire. Nie pytała je o to. Bez względu na powód już jej nie namawiały.
Niekiedy próbowała przypomnieć sobie swoje dawne życie, lecz nie była w stanie. Wszystko zlewało się w jedną szarość, ciemność stawała się jasnością, jasność ciemnością, a ona znajdowała się gdzieś pomiędzy. Dawno temu świat, który ją otaczał, był kolorowy, a potem wygrała szarzyzna i całe jej życie zniknęło.
Wysiłki Claire zmierzające do powstrzymanie szarości okazały się nadaremne, więc po jakimś czasie przestała próbować. Szarość wydostawała się z wszystkich szufladek, sączyła do jej myśli i wypełniała sobą każdą pustkę. Cały jej świat był pozbawiony barw.
Czasem jednak, równie nieoczekiwanie jak głos Tony'ego, do jej świata wślizgiwały się strzępki kolorów. Nieproszone wspomnienia. Nie potrafiła ich powstrzymać. Zazwyczaj zaczynało się od zieleni towarzyszącej wiośnie i błękitu fal na jeziorze. Wtedy, bez ostrzeżenia, pojawiał się obezwładniający, przytłaczający ból. I natrafiała na coś gorszego niż szarość: nie biel, nie czerń, tylko NICOŚĆ!
Ta pustka była spowodowana nie tylko utratą Tony'ego. Och, Claire zdążyła go już dobrze poznać - wróci, aby rozpalić namiętność, a potem znowu zniknie. Ta było coś innego - nie umiała tego zdefiniować. Do tej nicości nie była w stanie się przebić nawet szarzyzna. Kiedy Claire pozwalała swoim myślom błądzić wokół niej zbyt długo, rozrywało to jej duszę na strzępy. W ulotnych wspomnieniach, które ją nachodziły, pojawiało się małe dziecko i ogień. Było to najpotworniejsze cierpienie, jakie dane jej było doświadczyć, a przecież przeżyła stratę, tragedię i zniosła ból fizyczny. Stawiła nawet czoło samej śmierci.
Pustka pojawiała się bez ostrzeżenia, potrząsała jej duszą i kazała upaść na kolana. A potem jej ciało się przewracało. Słyszała, jak z jej ust wydobywa się pierwotne błaganie. Nie płacz, nie zwykły szloch do poduszki. Do jej uszu docierało pełne udręki zawodzenie, którego nie rozumiał nikt oprócz niej. Kiedy tak się działo, zjawiali się ludzie. Mówili coś, co do niej nie docierało, a potem czuła kłujący ból w ręce.
Czasami krzyczała tylko po to, żeby poczuć błogość, jaka następowała po tym ukłuciu. Twarze i głosy tego nie rozumiały... Nie mogła ich o to prosić. Byłoby to równoznaczne z ujawnianiem informacji, jednak to ostre ukłucie prowadziło do snu stanowiącego ucieczkę od szarości i duszącej nicości. Życie nie było już wtedy rzeczywiste. Być może nigdy takie nie było i nigdy nie będzie...
Bywało, że Claire przypominały się czarne próżnie. Te myśli nie napawały jej przerażeniem, wprost przeciwnie - czerń obezwładniała szarość, pożerała nicość i zapewniała obietnicę intensywnych uczuć. Nic, co miało związek z Tonym, nigdy nie było szare. Zawsze towarzyszyły temu kolory... niebieski, zielony, czerwony i brązowy. Tak wiele można wyczytać z odcienia brązu. Na wspomnienie tego, jak brąz przekształcał się w czerń, szybciej biło jej serce, a całe ciało ogarniał głód, który tylko on był w stanie zaspokoić.
Zdarzało się, że Claire fantazjowała o oczach Tony'ego, wspominając jego niezwykłą umiejętność komunikacji zaledwie jednym spojrzeniem. Widok tęczówek w kolorze ciemnego brązu albo czerni elektryzował każdy nerw w jej ciele, kiedy jednak widziała brąz w odcieniu czekolady, cała zaczynała drżeć z wyczekiwania.
Przestała się wszystkim przejmować miesiące albo lata temu. Czas nie miał już dla niej znaczenia. Znalazła sobie nowy cel. Zamierzała czekać, dopóki Tony nie wróci i nie otoczy jej swoimi ramionami i miłością. Dopóki jego spojrzenie nie wypełni jej całej, dopóki nie przegoni nicości i szarości, dopóki nie przywróci jej światu kolorów.
Claire przechadzała się po ogrodzie w towarzystwie pozbawionego twarzy głosu. Głos mówił, a ona szła. Było ciepło, na niebie nie pojawiła się ani jedna chmura. Uznała, że jest błękitne, choć widziała jedynie szarość - mniej więcej tak, jak w czarno-białym telewizorze. Idąca obok niej i mówiąca coś kobieta chwilami wydawała się znajoma.
Claire nie próbowała nawet słuchać, zamiast tego koncentrowała się na stawianiu kolejnych kroków. Dzięki posłuszeństwu mogła chociaż na chwilę uciec od pustki swojego pokoju. To był kompromis, na który czasami była w stanie przystać. Kiedy weszły do budynku i skierowały się w stronę stołówki, Claire zerknęła na chwilę poza swoją bańkę, na tyle długo, aby dostrzec kogoś znajomego. Znieruchomiała. Przez jej głowę galopowały wspomnienia, szarość przenikały kolory. Nie potrafiła sobie poradzić z wystarczająco szybkim szufladkowaniem.
Nim dotarło do niej, co się dzieje, leżała na podłodze. Jedyne, co widziała i słyszała, to buty i głosy...
*
Reakcja Meredith nie okazała się wystarczająco szybka. Wiedziała, że ta kobieta na drugim końcu pomieszczenia to Claire. Poznała ją, mimo że matowe brązowe włosy miała związane w kucyk, a jej cera była nienaturalnie blada. Rozpoznała ją po oczach. Tak, brak w nich było blasku charakterystycznego dla jej wieku, ale Meredith nie miała wątpliwości: ta chuda kobieta ze szmaragdowymi oczami to z całą pewnością Claire.
Miała ochotę do niej zawołać, gdyby to jednak zrobiła, zdemaskowałaby się. Ich spojrzenia na chwilę się spotkały. Zanim Meredith zdążyła się poruszyć, odezwać czy zrobić cokolwiek innego, Claire upadła na podłogę, jakby ją raził piorun. Leżała w pozycji embrionalnej, kręciła głową i mamrotała niezrozumiale.
Kobieta towarzysząca Claire spokojnie uklękła obok i zatelefonowała. Nie minęło kilka sekund, a dołączyli do nich inni pracownicy ośrodka. Położono Claire na noszach i podłączono do kroplówki.
W tym momencie Meredith, drżąc, odetchnęła. Bezszelestnie podeszła do kobiety, którą kiedyś znała. Gdy znalazła się przy noszach, w szmaragdowych oczach Claire pojawił się przebłysk rozpoznania. Korzystając z zamieszania, Meredith dotknęła delikatnie ramienia przyjaciółki i szepnęła jej do ucha:
- Claire, to ja, Meredith. Proszę, pomóż mi opowiedzieć swoją historię.
Leżąca na noszach roztrzęsiona kobieta zaczynała odpływać. Jej ostatniemu spojrzeniu posłanemu Meredith towarzyszyło uczucie ulgi i spokój. Leki zaczynały działać. Meredith patrzyła bezradnie, jak jej przyjaciółka jest odwożona do swojego pokoju.
*
Wrócił ból w ręce, ale razem z nim spokój. Nim Claire zapadła w sen, próbowała rozgryźć tożsamość tamtej kobiety. Wszystko jej mówiło, że powinna ją znać, jednak coś jej się nie zgadzało. Ta kobieta nie pasowała do tego miejsca, do tej bezpiecznej przystani... Jej historia - nie, ta historia nie była tylko jej.
Ta historia należała do tylu innych osób, które podobnie jak ona już nigdy nie będą mogły opowiedzieć światu o tym, co się wydarzyło. Tylu innych osób, które zostały uciszone - teraz i na zawsze. Ale Claire ją znała - przecież to wszystko przeżyła.
Opowiedzieć swoją historię? Nie... Lepiej, żeby niektóre sprawy pozostały tajemnicą!
Ludzie są głupi: podaj im odpowiednie wytłumaczenie, a niemal we wszystko uwierzą1.
Terry Goodkind
Rozdział 2
Wrzesień 2013
Westchnąwszy, Claire zapięła walizkę i obróciła się do Phila.
- Cieszę się, że nie musiałeś lecieć do Iowa, aby się spotkać z tamtejszą policją.
W orzechowych oczach Phila zamigotały złote plamki.
- No cóż, pani Alexander, jaki byłby ze mnie mąż, gdybym wysłał cię do Wenecji zupełnie samą. - Pokazał głową na jej brzuch i dodał: - Zwłaszcza w twoim stanie.
Dłoń Claire odruchowo pomknęła ku rozwijającemu się w jej łonie dziecku. Z uśmiechem odparła:
- Doceniam to, panie Alexander.
Poprawiła ciemną perukę. Nabrała wprawy w sprawianiu, aby ta wyglądała jak prawdziwe włosy. Co nie znaczy, że nie swędziała jej przez to głowa. Nie mogła się doczekać, kiedy porzuci wszelkie przebrania.
- Wygląda na to, że policja w Iowa City nie potrzebuje już moich informacji. W prokuraturze dowiedziałem się, że mają nowe dowody, którymi muszą się zająć, i poproszono mnie, abym pozostał w kontakcie.
- Hmm - mruknęła Claire, przypinając perukę kilkoma dodatkowymi spinkami. - Ciekawa jestem, co to za dowody.
Stanął za nią i przyjrzał się jej odbiciu w lustrze. Kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały, uśmiechnął się i rzekł:
- Usłyszawszy to, co ty masz do powiedzenia, powiedziałbym, że prokuratura została poinformowana o bardzo...
Przerwało mu głośne pukanie do drzwi. W oczach Claire Phil dostrzegł niepokój. Każdy kontakt był podejrzany i wymagał nadzoru oraz ostrożności. Kiwnął głową, wyprostował się i ruszył w stronę drzwi.
Dopiero kiedy Claire usłyszała głos swojego męża, dotarło do niej, że wstrzymywała oddech.
- To boy hotelowy. Gotowa do wyjścia?
Rozluźniwszy się nieco, po raz ostatni omiotła spojrzeniem apartament. Luksusowe wyposażenie bladło w porównaniu z rozciągającym się z balkonu cudownym widokiem. Wschodzące słońce sprawiało, że na powierzchni Jeziora Genewskiego tańczyły iskrzące się fale błękitu. Kiedy się zatrzymała i jeszcze raz popatrzyła na ten widok, jej policzki owiał wyjątkowo ciepły jak na tę porę roku wiatr. Wiedziała, że pora ruszać w drogę, walizki już na nich czekały. Odetchnęła głęboko i odpowiedziała:
- Tak, jestem gotowa.
Phil kiwnął głową, po czym otworzył drzwi i wpuścił do apartamentu boya hotelowego.
- Signore, signora. - Choć w Genewie obowiązującym językiem był francuski, państwa Alexander uważano za Włochów i dlatego nawet personel zwracał się do nich w ich rodzimym języku. Prawda była taka, że większość mieszkańców tego miasta mówiła biegle po francusku, włosku albo niemiecku.
Claire sięgnęła w milczeniu po torebkę, gdy tymczasem jej mąż wydawał instrukcje dotyczące bagażu. Następnie Phil swobodnym gestem objął żonę i powiódł ją w stronę windy, a po chwili siedzieli już w taksówce. Ich przedstawienie pozostawało bezbłędne.
- Mamy już wszystkie rezerwacje? - zapytała szeptem, myśląc o swojej przyszłości.
Phil nachylił się ku niej.
- Tak, moja droga, szczegóły omówimy na osobności.
Claire się wyprostowała, zerknęła na kierowcę i skinęła głową. Nikomu nie można ufać. Rozpłynięcie się w ciemnościach nocy było specjalnością Phila. Dokonanie tego razem z ciężarną żoną i ich pokaźnym bagażem okaże się prawdziwym sprawdzianem jego umiejętności.
Przyglądając się skąpanym w porannym świetle ulicom Genewy, Claire rozmyślała o ostatniej wizycie w instytucji finansowej - tej, która zaledwie kilka dni temu uczyniła ją kobietą niezwykle zamożną. Nawet jeśli pracowników banku zaskoczyła ponowna wizyta Marie Rawls, nie dali tego po sobie poznać. Zamiast tego grzecznie zaprowadzono ją do skrytki depozytowej, gdzie dokończyła to, co sobie zaplanowała. Nie mogła mieć stuprocentowej pewności, ale intuicja jej podpowiadała, że Tony także w końcu tu trafi. Zdecydowała, że jego skarbiec nie okaże się zupełnie pusty. Wiedziała także, że to, co w nim pozostanie, wcale go nie ucieszy. Tym razem jednak to ona rozdawała karty. A on postąpi zgodnie z jej zasadami albo nie. Nie zamierzała zastawiać na niego pułapki. Nie, wiedziała dobrze, jak to jest. Podczas ich metaforycznej gry w szachy to ona trzymała go w szachu. Gdyby jej rozmowa z Marcusem Evergreenem przybrała inny obrót, byłby to szach-mat. Patrząc, jak chodniki zapełniają się ludźmi, Claire zastanawiała się, czy Tony zasługuje na to, co mu ofiarowywała.
Nie była w stanie odpowiedzieć sobie na to pytanie. Mogła jedynie przyznać, że chce, aby otrzymał tę szansę. A co z nią zrobi - to już jego wybór.
Phil uścisnął lekko jej dłoń.
- Myślami błądzisz daleko stąd. Dasz sobie radę?
Wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Czas pokaże.
Zastanawiała się nad tym, jak to możliwe, że ona i Phil zaszli tak daleko, że ich znajomość stała się tak zażyła. Zwłaszcza mając w pamięci ich pierwsze spotkanie w San Antonio. Claire westchnęła i z powrotem odwróciła głowę w stronę szyby. Wyglądało na to, że niewiele relacji w jej życiu mogło się pochwalić normalnymi początkami. Położyła ostrożnie dłoń na brzuchu i pomodliła się o szczęśliwe zakończenie.
Na wczesne popołudnie mieli zarezerwowany lot liniami Air France do Rzymu. Oboje wiedzieli, że tam nie polecą. Phil zatroszczył się o to, aby czekał na nich prywatny samolot, który ze Szwajcarii uda się bezpośrednio do Wenecji. Dopiero co zdobyta fortuna Claire pozwoliła mu na luksus utworzenia dość złożonej sieci śladów. Ona sama nie miała pewności, czy ktoś rzeczywiście będzie próbował podążać ich tropem, gdyby jednak miało do tego dojść, zgodziła się, żeby Phil celowo to utrudnił.
W Wenecji ponownie zmienią tożsamość. Bywało, że Claire przydałby się doczepiony do niej identyfikator, pomagający reagować na odpowiednie imię. Naprawdę nie obchodziło ją to, jakiego imienia i nazwiska używa, o ile tylko mogła darować sobie peruki i kolorowe soczewki kontaktowe.
Niestety jej siostra Emily robiła wszystko, aby nazwisko i wizerunek Claire regularnie pojawiały się w wiadomościach. Ostatnia informacja, którą przeczytała w Internecie, mówiła o tym, że Claire nadal się nie odnalazła i że spekulacje łączą jej zaginięcie z osobą Anthony'ego Rawlingsa. Pocieszająca była dla niej myśl, że jej telefon do Evergreena oczyścił Tony'ego z potencjalnych zarzutów.
Gdyby wolno jej było jeszcze raz skorzystać z telefonu, zadzwoniłaby do Emily. Jadąc w stronę lotniska, przypomniała sobie czasy, kiedy Tony ograniczał jej możliwości komunikacji. Ironią losu było to, że po raz kolejny znajdowała się w takiej sytuacji. Tym razem nie wiedziała, kogo za to winić. Czy była to wina Catherine? To przecież przez nią uciekła z kraju. A może Tony'ego? Gdyby przed laty jej nie porwał... Claire nawet nie była w stanie wyobrazić sobie takiego scenariusza. Jej życie wyglądało zupełnie inaczej, niż to sobie w czasach młodości wyobrażała. Przypomniała sobie, że gdyby Tony jej nie uprowadził, nie nosiłaby teraz pod sercem jego dziecka. Kiedy dotarła do niej prawda, poczuła łzy wzbierające pod powiekami. Jej obecne położenie, połączone z oszukiwaniem rodziny i przyjaciół, było dobrowolne. Winą mogła obarczyć jedynie siebie. Po raz kolejny jej impulsywność była przeciwnikowi na rękę. Claire powinna była pozostać wierna umowie, jaką zawarła z Tonym, powinna była mu ufać. Zamiast tego pozwoliła, aby górę nad nią wziął strach.
Zbyt ważne było dla niej bezpieczeństwo jej dziecka. Musiała doprowadzić to do końca. Wycofanie się w ogóle nie wchodziło w grę.
Pan Evergreen wyjaśnił, że wkrótce w całą tę sprawę zostanie zaangażowane FBI, i polecił jej, aby regularnie się meldowała. Ostrzegł, że FBI najprawdopodobniej będzie nalegać na bezpośredni kontakt. Jako miejsce swojego pobytu podała Genewę i nie zamierzała tego zmieniać. Za dużo w życiu słyszała kłamstw, żeby teraz komukolwiek ufać.
Claire przystała na warunki Evergreena w zamian za to, że pozostanie anonimowa i bezpieczna. Nie wspomniała o tym, że ma pomocnika. Ta informacja nie wydawała się istotna. W tej grze w pokera o wysoką stawkę Phil był jej asem.
Wdzięczna mu była za jego troskę. Wiedziała, że jest dla niego kimś więcej niż zleceniem. W innych okolicznościach może i nawet odwzajemniłaby jego uczucie - Phil rozumiał jednak jej postawę. Akceptowała jego platoniczną miłość wyłącznie ze względu na bezpieczeństwo swoje i dziecka. Obiecała Marcusowi Evergreenowi, że chwilowo pozostanie w ukryciu, on z kolei zapewnił, że Tony'emu nic się nie stanie. Phil pomagał jej dopełnić warunków tej umowy.
*
Dziesięć dni później...
Harry zerknął na wyświetlacz telefonu i jego oczy zrobiły się wielkie jak spodki. Podniósł głowę i zobaczył minę Amber. Naturalnie wyczuła, że coś się dzieje. Kiwnął głową.
- Kto to? - zapytała cicho, podczas gdy pozostałe obecne osoby nie przerywały rozmowy.
Harry nie odpowiedział, zamiast tego wyszedł szybko z kuchni siostry i chwilę później znalazł się w dawnym pokoju Claire. Odebrał telefon.
- Agent Baldwin, słucham.
Telefon ten nie tylko go zaskoczył, ale także sprawił ulgę. Słuchał uważnie, jak Williams, agent specjalny FBI odpowiedzialny za okręg San Francisco, wyjaśniał mu, co się dzieje: Claire Nichols żyła, była bezpieczna i ukrywała się za granicą. Osobiście skontaktowała się z prokuratorem Iowa City, który natychmiast poinformował o tym FBI. Jeszcze bardziej interesujące okazało się to, o czym opowiedziała panu Evergreenowi. Twierdziła, że choć opuściła miasto kierowana strachem o swoje bezpieczeństwo, miała teraz powód, aby się obawiać o bezpieczeństwo Anthony'ego Rawlingsa. Podkreśliła również, że w żadnym razie nie oskarża o nic swojego byłego męża.
Z każdym słowem mięśnie w ramionach Harry'ego stawały się coraz bardziej rozluźnione. Aż do teraz oszukiwał samego siebie, że nie martwi się o Claire. Od chwili, kiedy odłożył telefon po tej dziwacznej rozmowie z Anthonym Rawlingsem, pytającym go, czy nie wie, gdzie się podziewa Claire, powtarzał sobie, że ona sama podejmuje decyzje. Dobrowolnie znalazła się w strefie wpływu Rawlingsa i zasłużyła na to, aby ponieść konsekwencje. To Rawlings odpowiadał za jej zniknięcie - albo bezpośrednio, albo stanowiło to produkt uboczny jego zamożności. Tak czy inaczej, nie było to już zmartwieniem Harry'ego. Poza tym Claire była w ciąży z Rawlingsem.
Potem, bez ostrzeżenia, przypomniał mu się jej głos. Przez ułamek sekundy - wtedy, gdy jego świadomość nie okazała się wystarczająco szybka, aby powstrzymać podświadome myśli - zastanawiał się, jak by się wszystko potoczyło, gdyby to było jego dziecko. Kiedy widział zdjęcie Claire w telewizji albo słyszał niespokojny głos Emily, dopadał go niepokój i wówczas wmawiał sobie, że Claire na to nie zasługuje.
Słuchał teraz tego, co ma mu do powiedzenia jego zwierzchnik, o tym, że Claire jest cała i zdrowa, a po jego policzkach popłynęły łzy ulgi. Nie mógł oczywiście dopuścić do tego, żeby przepełniające go uczucia znalazły odzwierciedlenie w jego głosie. Bądź co bądź to relacja z przedmiotem jego misji stanowiła jeden z powodów, dla których odsunięto go od obowiązków.
To po ataku Patricka Chestera i po tym, jak się okazało, że może być ojcem dziecka Claire, agent specjalny Williams osobiście wysłał agenta Harrisona Baldwina na przymusowy urlop, twierdząc, że rozgłos, jaki nadano atakowi Chestera, zagroził zdemaskowaniem ich od dawna zaplanowanej operacji. W kilku rozmowach wspomniał nawet o trwałym wydaleniu z szeregów Federalnego Biura Śledczego.
Teraz nie miało to już znaczenia. Harry słuchał, a kiedy agent specjalny, streszczając mu ostatnie wydarzenia, podkreślił niewinność Rawlingsa, nie był w stanie dłużej trzymać języka za zębami.
- Wiem, co w przeszłości robił jej ten drań. Może mówi to pod przymusem?
- Nie rozmawiałem z nią bezpośrednio, ale Evergreen jej wierzy - odparł Williams.
- No jasne. Tym razem jej zeznania pomagają Rawlingsowi. Evergreen to pionek Rawlingsa. Kiedy miała coś do powiedzenia na jego niekorzyść, ten cholerny prokurator w ogóle nie chciał słuchać i obrócił wszystko przeciwko niej.
- Słuchaj, Baldwin, gdyby zastępca dyrektora biura nie przywrócił cię osobiście do tej sprawy, ja bym tego na pewno nie zrobił. Jeśli masz coś osiągnąć, musisz myśleć jasno.
Harry kiwnął głową. Williams miał rację. Jeżeli miał znowu pomóc i dowiedzieć się czegoś więcej na temat sekretów wiążących się z wendetą Rawlsów, musiał myśleć jak agent, a nie kochanek.
- Tak, sir, rozumiem. Dziękuję, że mogę wrócić do tej sprawy.
- Masz się zjawić w biurze jutro o dziewiątej rano. Wybierasz się w podróż.
Przepełniało go podekscytowanie. To była szansa, której nie mógł nie wykorzystać.
- Sir, a co z Rawlingsem? Gdzie się teraz znajduje?
- W tej chwili w areszcie FBI, choć nie spodziewam się, aby taka sytuacja trwała długo. Jutro dłużej na ten temat porozmawiamy.
- Rozumiem - odparł Harry. - Agencie specjalny, jeśli trzeba przesłuchać Rawlingsa, wnoszę o to, abym mógł wziąć w tym udział.
- Chyba już powiedziałem, że zdaniem pani Nichols pan Rawlings nie ma nic wspólnego z jej zniknięciem.
Harry oparł się o ścianę i omiótł wzrokiem pusty pokój. Claire nie mieszkała tutaj już od niemal trzech miesięcy. Należące do niej rzeczy spakowano i odesłano, a jednak kiedy zamknął oczy, widział jej twarz i słyszał jej śmiech. W zakamarkach pomieszczenia unosił się jeszcze zapach jej ulubionych perfum. Potrząsnął głową i próbował się skupić.
- Tak, oczywiście. Zjawię się jutro.
- Agencie, to się rozumie samo przez się, ale zdając sobie sprawę z tego, że zbliżył się pan do rodziny pani Nichols, przypominam, że te informacje są tajne. Nikt inny nie może się tego dowiedzieć.
Harry pomyślał o zgromadzonych w kuchni osobach: Amber, Keatonie, Johnie, Emily i Liz. Jak mógł tam teraz wrócić i nie powiedzieć Emily, że jej siostra żyje?
Przełknął ślinę.
- Tak jest, sir, rozumiem. Dziękuję za tę szansę, agencie specjalny.
- Nie schrzań tego, agencie Baldwin. To może być twoja ostatnia szansa.
- Zrozumiałem, sir.
Kiedy zakończyli rozmowę, Harry udał się do przylegającej do pokoju łazienki. Spojrzał w lustro i starał się przegnać uśmiech ze swojej twarzy. W końcu poddał się uczuciu ulgi. Z jego oczu popłynęły łzy i z uśmiechem szepnął:
- Dzięki ci, Boże. Dzięki za to, że Claire jest bezpieczna. A teraz pomóż mi raz a dobrze rozprawić się z tym sukinsynem!
Żałuję tych dni, kiedy wybierałam mroczną stronę. Wystarczająco dużo czasu zmarnowałam na bycie nieszczęśliwą.
Jessica Lange
Rozdział 3
Tony nawet nie próbował ukrywać gniewu. To niedorzeczne widowisko trwało już zdecydowanie zbyt długo. Ściany niedużego pokoju przesłuchań zaczynały na niego napierać. Zdecydowanym tonem zwrócił się do siedzącego po drugiej stronie stołu agenta FBI:
- Agencie Jackson, słucham pana od kilku godzin i ja...
Przerwał mu Brent.
- Mój klient próbuje powiedzieć, że jeśli nie planuje pan oskarżyć go o popełnienie przestępstwa, to wychodzimy.
Agent Jackson wziął do ręki segregator. Zaskakujący był fakt, że pośród zalegających na stole stert dokumentów potrafił cokolwiek znaleźć. Brent zjawił się tu stosunkowo niedawno, Tony z kolei siedział w tym pokoju od kilku godzin, poddawany przesłuchaniu przez kolejnych agentów. Jeden zadawał pytania, a potem znikał. Chwilę później zjawiał się inny i wznawiał przesłuchanie. Tony'emu pękała głowa, bolały go plecy i pragnął jak najszybciej opuścić to nieduże pomieszczenie.
Agent Jackson nachylił się ku niemu.
- Coś panu powiem: jestem zmęczony. Pan też jest zmęczony, a nie przewiduję, abyśmy niedługo skończyli. Biuro wyraziło zgodę, panie Rawlings, żeby został pan tutaj na noc. Panie Simmons, kiedy podpisze pan klauzulę o zachowaniu poufności, pan także pozostanie tutaj do czasu wyjaśnienia tej sytuacji.
Brent wstał.
- To jest Anthony Rawlings, dyrektor generalny Rawlings Industries. Nie możecie go przetrzymywać bez powodu.
Agent Jackson również się podniósł i spojrzał Brentowi w oczy.
- Choć pański klient cierpi na utratę pamięci, gwarantuję, że dysponujemy wystarczającym powodem, a jeśli panowie nie są jeszcze gotowi na to, aby na dzisiaj odpuścić... - Przerwał, by wręczyć Brentowi segregator. - Sugeruję, żebyście pan i pański klient przyjrzeli się tym zeznaniom - dokończył. Za jakiś czas możemy kontynuować naszą rozmowę.
W Tonym zagotowała się krew. Od kilku godzin zadawano mu pytania dotyczące Claire, ich związku i jej zniknięcia. Ani razu nikt z FBI nawet się nie zająknął, jeśli chodzi o jej bezpieczeństwo czy miejsce pobytu. Jednak gniewem niczego nie udało mu się wskórać, postanowił więc spróbować współpracy. Uderzył dłonią w stół i westchnąwszy, powiedział:
- Zostanę, jeśli to ma pomóc w odnalezieniu Claire, ale po raz kolejny oświadczam, że nie mam nic wspólnego z jej zniknięciem. Chcę, aby została odnaleziona, cała i zdrowa. Jeżeli jesteście w posiadaniu informacji dotyczących miejsca jej pobytu, zasługuję na to, by je poznać.
Agent Jackson spojrzał na zegarek.
- Panie Rawlings, dopiero się okaże, na co pan zasługuje. Panowie, idę teraz coś zjeść. Sugeruję, abyście wykorzystali ten czas na swoistą burzę mózgów. Tę sprawę charakteryzują nieoczekiwane zwroty akcji i kiedy wrócę, chcę poznać odpowiedzi.
Tony wbił wzrok w swoje dłonie. Ten człowiek i całe cholerne FBI przetrzymywali go w zasadzie wbrew jego woli. Od dziecka nie miał do czynienia z tego rodzaju restrykcjami. To niedorzeczne. Kiedy agent Jackson wychodził z pokoju, Tony nawet nie wstał. Uprzejme zachowanie wobec osoby przetrzymującej go jako zakładnika nie znajdowało się wysoko na liście jego priorytetów.
Analizował pytania agenta i próbował czytać między wierszami. Jackson zapytał go o to, kiedy po raz ostatni widział Claire. Interesowało go, czy rozmawiał z nią podczas pobytu w Europie. Dlaczego skrócił swój wyjazd? Dlaczego wynajął dla niej ochroniarza? Jakie wydarzenia w Kalifornii doprowadziły do hospitalizacji Claire? Agent zaprezentował zdjęcie przedstawiające Claire i Harrisona Baldwina. Zapytał też Tony'ego, czy jest pewny, że to on jest ojcem nienarodzonego dziecka Claire.
Tak, gdyby Brent w porę nie zareagował, ta insynuacja skutkowałaby dla Tony'ego oskarżeniem o napaść.
Omiótł wzrokiem szare ściany, po czym spojrzał na swojego przyjaciela i prawnika. To była ich pierwsza okazja, aby porozmawiać w cztery oczy. Tony odkaszlnął.
- Dzięki, że tak szybko się tu zjawiłeś.
Wzrok Brenta złagodniał.
- Oni rzeczywiście mają prawo zatrzymać cię na czterdzieści osiem godzin bez wnoszenia oskarżenia.
- Dlaczego nie chcą udzielić nam żadnych informacji dotyczących Claire?
- Podejrzewam, że najpierw zamierzają się dowiedzieć, co ty wiesz.
Brent otworzył segregator. A kiedy przebiegł wzrokiem po pierwszych kartkach, zbladł. Przez długą chwilę Tony siedział i w milczeniu obserwował wyraz twarzy przyjaciela. Z każdą upływającą sekundą mina Brenta stawała się coraz bardziej ponura.
- Co tam jest napisane? - zapytał Tony, kiedy napięcie sięgnęło zenitu.
Brent nie odpowiedział, zamiast tego podszedł do krzesła stojącego w rogu pomieszczenia, włączył jeszcze jedno światło i wrócił do czytania.
- Dosyć mam, kurwa, tego, że nikt nie odpowiada na moje pytania - warknął Tony, chodząc od ściany do ściany. Ten dzień był już stanowczo zbyt długi.
Pomyślał o Sophii. Ciekawe, czy zjawiła się w hotelowej restauracji w Crown Pointe tylko po to, aby się przekonać, że została wystawiona. Zerknąwszy na pogrążonego w lekturze Brenta, po raz kolejny usiadł na metalowym krześle, położył łokcie na stole i wsparł głowę na dłoniach. Marząc o chwili wytchnienia, zamknął oczy i próbował odsunąć od siebie niedający mu spokoju niepokój o Claire.
O jakich nieoczekiwanych zwrotach akcji mówił agent Jackson? Czy to możliwe, że Claire nie żyje? Nie! Tony nawet nie brał pod uwagę takiej ewentualności.
Oczami wyobraźni spoglądał teraz w szmaragdową zieleń jej oczu. Kiedy po raz ostatni ją widział? Bez końca zadawano mu to pytanie. Na nagraniach z kamer przemysłowych mógł zobaczyć, jak wsiada do samochodu, ale osobiście - doskonale to pamiętał...
Był wczesny ranek, bardzo wczesny. Tego dnia wylatywał do Europy, znacznie wcześniej, niż Claire lubiła się budzić. Kiedy zza ciężkich zasłon sączyły się do sypialni pierwsze promienie światła, Tony gotów był do wyjścia. Claire spała, ale nie chciał wyjeżdżać, nie zamieniwszy z nią kilku słów. Prawdę mówiąc, to sama go poprosiła, żeby ją obudził. Kiedy tak stał i na nią patrzył, wyglądała na taką spokojną i zadowoloną. Z niechęcią myślał o zakłóceniu jej snu.
Rytmiczny oddech unosił delikatne pasma włosów opadające na jej śliczną twarz. Nim zdążył się powstrzymać, odgarnął włosy z jej policzka i jego wzrok spoczął na różowych, lekko rozchylonych ustach. Bez wahania nachylił się i musnął je swoimi wargami. Ciepło jego pocałunku wyrwało Claire ze snu. Choć jej oczy pozostawały zamknięte, oddała pocałunek i zarzuciła mu ręce na szyję.
- Obudziłeś mnie przed wyjściem? - wymamrotała sennie.
- Tak mi kazałaś.
Otworzyła oczy. Malowało się w nich zdziwienie.
- Czemu tak na mnie patrzysz? Powiedziałaś, że chcesz, żebym cię obudził.
- Wiem. - Usiadła, nie spuszczając wzroku z jego twarzy. - Nie jestem po prostu przyzwyczajona do tego, że mnie słuchasz albo robisz to, co ci mówię.
Przysunął się do niej, aż poczuł na klatce piersiowej jej brodawki.
- Cóż, możemy wrócić do...
Claire pokręciła głową i ponownie otoczyła jego szyję rękami.
- Nie, wolę tak, jak jest teraz.
Tony uśmiechnął się szelmowsko.
- Wczoraj wieczorem nie miałaś nic przeciwko kilku poleceniom, a może powinienem rzec sugestiom?
Zarumieniła się i ukryła twarz na jego ramieniu.
- No cóż, coś takiego także mi się podoba.
Ujął delikatnie jej brodę i spojrzał jej w oczy. Potrafił zatracić się w tych otchłaniach szmaragdowej zieleni.
- Liczyłem, że zmienisz zdanie i polecisz ze mną.
Ich nosy niemal się stykały. Twarz Claire złagodniała.
- Kiedy musisz wyjść?
Nie takiej odpowiedzi pragnął. Chciał, aby powiedziała, że wybierze się do Europy razem z nim.
- Samolot jest już gotowy. Eric czeka w samochodzie.
Uśmiechnęła się do niego kusząco, a jej palce odnalazły guziki jego koszuli.
- Nie wydaje mi się... żeby Eric się obraził... że zaczeka trochę dłużej - wyszeptała pomiędzy pocałunkami składanymi na szyi Tony'ego. - Poza tym... nie będzie cię... prawie dwa tygodnie.
Kiedy jej palce zaczęły majstrować przy jego pasku, a usta dotknęły odsłoniętego torsu, plany podróżne Tony'ego nagle wydały się mało znaczące. Claire pocałowała go w usta, uśmiechnęła się i powiedziała:
- Daj mi minutkę.
- Ty naprawdę mnie tak teraz zostawisz?
Śmiejąc się i mrucząc pod nosem coś o tym, że to przecież jego wina, udała się do łazienki. Miała rację. Ciąża była jego winą, lecz kiedy tak na nią patrzył, ubraną jedynie w długą jedwabną podomkę, nie potrafił się przestać uśmiechać. Codzienne ubrania jeszcze tego nie podkreślały, ale w tym stroju wyraźnie widać było coraz większy brzuch. Gdy wróciła, on leżał już na łóżku, a jego ubrania znajdowały się na pobliskim krześle.
Kiedy Claire wślizgiwała się do łóżka, ich spojrzenia się skrzyżowały i Tony pokręcił głową.
- No co? - zapytała. Jej uśmiech roztapiał jego duszę.
- Pani Nichols - oświadczył swoim najbardziej onieśmielającym tonem. - To pani zaczęła. A teraz ma pani na sobie zbyt wiele odzieży.
Nie wydawała się zażenowana jego słowami. Bez chwili wahania zignorowała ten komentarz, usiadła na łóżku i pchnęła Tony'ego z powrotem na poduszkę. Kiedy się nad nim nachyliła, poczuł zapach pasty do zębów. Z seksownym uśmiechem rzekła:
- Sugeruję wobec tego, panie Rawlings, aby pan coś z tym zrobił.
Nie minęły sekundy, a ich pozycje uległy zmianie. Teraz to Claire leżała z głową na poduszce. Po podomce nie został żaden ślad. Tony przytrzymywał jej ręce nad głową. Jęknęła i zamykając oczy, dała znać, że nie ma nic przeciwko temu, co on robi.
Nie tylko jej jęk na to wskazywał. Aprobatę okazywała całym swoim ciałem. Przez czterdzieści kolejnych minut zatracali się w sobie nawzajem. Pieszcząc i całując jej zmysłowe ciało, Tony nie mógł się powstrzymać i szczególną uwagę poświęcał brzuchowi. Gładka skóra Claire i jej niesamowity zapach zdominowały jego myśli. Zupełnie zapomniał o tym, że czeka ich rozłąka.
Kiedy w końcu ponownie się ubrał, nachylił się, aby pocałować Claire po raz ostatni.
- Kocham cię i wrócę najszybciej, jak się da. Szkoda, że nie lecisz razem ze mną.
- Bezpiecznej podróży. Też cię kocham.
Przykrył kołdrą jej nagie ciało i zapytał:
- Zaśniesz jeszcze?
Kiwnęła głową.
- Tak. Myślę, że po tym wyczerpującym porannym treningu drzemka bardzo mi się przyda.
Pocałował ją w czubek głowy i patrzył, jak zamyka oczy, a na jej twarzy pojawia się błogi spokój. Wtedy coś mu się przypomniało. Z większą stanowczością powiedział:
- Claire.
Od razu otworzyła oczy. Brzmienie jego głosu nie było już żartobliwe, ale tego nie skomentowała. Tony przysiadł na skraju łóżka i przypomniał jej:
- Jeśli będziesz opuszczać posiadłość...
Uciszyła go dotykiem dłoni. Zamigotał duży brylant na jej palcu.
- Obiecuję, że zabiorę ze sobą Claya.
- To nie podlega dyskusji.
- Tony, ja nie dyskutuję. Ja próbuję zasnąć.
Pocałował ją w usta.
- Zadzwonię, kiedy wyląduję w Londynie.
Kiwnęła głową.
- Uważaj na siebie. No i nie każ Ericowi dłużej czekać.
Tony przez ponad tydzień o tym nie myślał. Wspomnienie to, a także wiele innych, zostało przywołane w wyniku tego całego przesłuchiwania go przez FBI. Wydawało się takie rzeczywiste, że zapragnął wyciągnąć rękę i dotknąć Claire. Przez chwilę miał nawet wrażenie, że czuje zapach jej perfum.
Do rzeczywistości przywołał go odgłos kładzionego na aluminiowym stole segregatora. Najwyraźniej sobie przysnął.
- Co się dzieje?
- Przyniesiono jedzenie. - W głosie Brenta słychać było napięcie.
- Co przeczytałeś?
- Sam zobacz, ale możliwe, że najpierw wolisz coś zjeść. Ja na dobre straciłem apetyt.
Tony popatrzył podejrzliwie na segregator.
- Ponieważ jestem twoim adwokatem, musimy o tym porozmawiać - kontynuował Brent. - Ale jako twój przyjaciel wcale nie chcę tego robić. - Wziął ze stołu styropianowe pudełko i oparł się o ścianę.
Tony, pełen najgorszych przeczuć, odsunął na bok jedzenie i otworzył segregator. W tej samej chwili zaatakowały go słowa. Nie były nowe. Nie stanowiły żadnej rewelacji. Tyle że w ogóle nie powinno ich być.
Ponad rok temu Marcus Evergreen poinformował go o zeznaniach Claire. Wtedy Tony użył swoich wpływów i łapówek. Ta dokumentacja miała zniknąć. Kosztowało go to sporo pieniędzy. Puls mu przyspieszył, kiedy pomyślał o obietnicach, jakie wtedy usłyszał. Teraz te dokumenty nie tylko się odnalazły, ale na dodatek znajdowały się w rękach FBI! Brent właśnie je przeczytał! I miał rację, Tony'emu rzeczywiście odechciało się jeść. Przemierzając nieduże pomieszczenie, zaczął czytać:
26 stycznia 2012 roku, Claire Nichols-Rawlings:
Przysięgam, że to, co mówię, jest prawdą. Anthony'ego Rawlingsa poznałam 15 marca 2010 roku w Atlancie, w stanie Georgia, w restauracji Red Wing. Pracowałam tam jako barmanka, a on był klientem. Tamtego wieczoru zgodziłam się siąść z nim w barze i wypić drinka. Zamówiliśmy wino i rozmawialiśmy mniej więcej przez godzinę. Z lokalu wyszłam sama. Nazajutrz zadzwonił do baru i zaprosił mnie na randkę. Początkowo odmówiłam. On nalegał i w końcu zgodziłam się spotkać z nim następnego wieczoru. Znałam jego nazwisko, ale nie wiedziałam, kim jest. Naprawdę nie miałam o tym pojęcia.
17 marca przyjechał po mnie do Red Wing, kiedy skończyłam swoją zmianę. Wcześniej tego dnia wybrałam się na zakupy spożywcze. Myślę, że to ważna informacja. Stanowi dowód na to, że nie zamierzałam porzucić swojego życia. Miałam mleko w lodówce! Po kolacji zgodziłam się pojechać do jego hotelu na deser i wino. Był przyjacielski i zmysłowy. Przyznaję się do tego, że tamtego wieczoru się z nim przespałam.
Kiedy się obudziłam, znajdowałam się w jego domu w stanie Iowa. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Niewiele pamiętam z podróży do Iowa. Mam tylko przebłyski wspomnień, złych wspomnień. Przypominam sobie, że krzyczałam i waliłam w drzwi. Błagałam, aby wypuszczono mnie z tamtego pokoju. Pamiętam, że mnie skrępowano.
O Boże, pamiętam jego...
Słowa się zamazywały. Nie chciał na nowo tego wszystkiego przeżywać. Pragnął wspomnień, w których Claire była szczęśliwa i uśmiechnięta. Nie takich, jak te. Poczuł ściskanie w żołądku. Czy to naprawdę był on? Czy rzeczywiście tak potwornie się zachowywał? Zamknął oczy. Przywołał w pamięci to, o czym Claire nie pamiętała. Przypomniały mu się godziny, które zostały jej odebrane przez narkotyki.
Claire spała spokojnie na wielkim łożu w apartamencie prezydenckim hotelu Ritz Carlton. Tony wstał z łóżka. Nie przestając jej obserwować, wlał do jej kieliszka z winem fiolkę GHB2. Powiedziano mu, że połączenie tego środka z alkoholem przyspieszy jego pożądane działanie. Dolał do kieliszka wina i powąchał. Czuł jedynie wino.
Wrócił do łóżka i przysunął się do jej ciepłego ciała. A więc to się w końcu działo! Od tak dawna tego pragnął. Przyjmując zaproszenie na kolację, Claire przypieczętowała swoje przeznaczenie. Tak naprawdę jej przyszłość została zaplanowana już przed laty, zgadzając się z nim spotkać, tylko wszystko ułatwiła. Patrząc, jak śpi, Tony pomyślał o seksie. Tak, to będzie doskonały bonus. Spłaci dług Nicholsów, no i będzie czymś zajęta. Musnął opuszkami palców jej obojczyk i westchnął. Było lepiej, niż to sobie wyobrażał.
Teraz musiał ją przetransportować do Iowa.
Odwróciła się w jego stronę i obdarzyła go zaspanym uśmiechem.
- Naprawdę muszę wracać do siebie. Nie chcę ci burzyć planów. - Zaczęła się odsuwać. - Z pewnością jesteś bardzo zajęty.
Tony złapał ją za rękę. Znajdujący się pod gładką skórą biceps napiął się lekko. Reprezentowała sobą wszystko, co najlepsze w dwudziestosześcioletniej kobiecie. Miał ochotę eksplorować każdy centymetr jej ciała, najpierw jednak musiał wypełnić do końca swoją misję.
Mimo to jego ciało bardzo na nią reagowało.
Przybrał zmysłowy ton i rzekł:
- Zapewniam cię, że w żaden sposób nie burzysz moich planów. Może po deserze napijemy się jeszcze wina? W butelce zostało co nieco. - Mówiąc "deser", wcale nie miał na myśli czekających na stole miseczek z cr?me br?lée.
Oczekiwał odpowiedzi. Claire położyła głowę na poduszce i spojrzała mu w oczy. Tony nie chciał w nich widzieć zaufania. Były zbyt niewinne i czyste. Podczas wcześniejszych przygotowań ani razu nie zaglądał do jej szmaragdowej duszy i teraz też nie zamierzał tego robić. Zbliżył usta do jej obojczyka i smakował jej skórę, wilgotną od wcześniejszego "deseru". Kiedy muskał językiem brodawki jędrnych piersi, wygięła plecy w łuk. Świadomość, że wkrótce ta kobieta będzie należała do niego - że będzie mógł się nią sycić, kiedy tylko przyjdzie mu na to ochota - napawała go jeszcze większym podnieceniem.
Zawsze będzie taka przychylna? Jak się odnajdzie w swojej nowej rzeczywistości? Przygryzając stwardniałe brodawki, nieszczególnie się tym przejmował. Nie miało to znaczenia. Liczyło się tylko to, w jaki sposób wszystko rozegra. Będzie taka przychylna, jeśli tylko on sobie tego zażyczy: jej kara za grzechy przodków.
Pochylony nad szczupłym ciałem Claire rozkoszował się swoją zdobyczą. Za każdym razem, kiedy jego biodra wykonywały pchnięcie, jej ciało stosownie reagowało. Tony mógł to robić godzinami, ale to będzie musiało zaczekać do jutra. Z uśmiechem pomyślał o wszystkich czekających ich "jutrach". Nie mając ochoty się odsuwać, spojrzał jej w oczy.
- Przynieść ci coś do picia albo jedzenia?
- Tak naprawdę to nie chcę, żebyś się stąd ruszał.
- Och? - zapytał tonem, w którym słychać było żartobliwe przekomarzanie. - Jesteś pewna? Może jeszcze trochę wina?
- Anthony, to chyba oczywiste, że nie musisz mnie upijać.
- A kto mówi o upijaniu? Po prostu nie chcę, żebyś się odwodniła.
Claire się uśmiechnęła, a on powoli wstał z łóżka. Sięgając po kieliszek, dodał:
- Skoro tu zostajesz, chciałbym wznieść toast.
Kiedy się odwrócił, zobaczył, że siedzi wsparta o poduszki, z kołdrą naciągniętą na nagie piersi. Ta skromność go intrygowała. Większość kobiet, z którymi się spotykał, preferowała eksponowanie swoich atutów, a nie ich ukrywanie. Z nieśmiałym uśmiechem sięgnęła po kieliszek.
- Ależ oczywiście, nie chciałabym rujnować twojego toastu.
Narkotyk zadziałał szybciej, niż Tony się spodziewał. Usłużna, sympatyczna kobieta, z którą spędził wieczór, nagle stała się ożywiona i waleczna. To nowe zachowanie nie trwało długo. Jej ciało się rozluźniło, a głowa opadła na piersi. Przez chwilę się bał, że trzeba ją będzie wynieść z hotelu. Claire jednak nie straciła przytomności. Przez zielone oczy nie można już było zajrzeć w głąb jej duszy, zamiast tego odnosiło się wrażenie, że choć ciałem jest tutaj, duchem przebywa zupełnie gdzie indziej. Wypełniała każde polecenie. Na swój sposób to było jak ubieranie małego dziecka. Kazał jej wstać. Wstała. Kazał jej unieść ręce. Uniosła.
Gdy już była ubrana, zadzwonił po Erica. Podczas jazdy windą opierała się o niego. Miał nadzieję, że świadkowie uznają ją po prostu za zmęczoną. Choć nie odpowiadała, mówił jej coś cicho do ucha. Uznał, że na nagraniach z hotelowych kamer będzie to wyglądać bardziej naturalnie. Następnie zaprowadził ją do samochodu, pocałował na pożegnanie i pozwolił, aby Eric z nią odjechał. Wszystko to stanowiło część planu.
Kilka godzin później Tony wyszedł bocznymi drzwiami i zasiadł na tylnej kanapie swojego auta. Tam, przykryta cienkim kocem, spała jego zdobycz. Zarezerwował pokój w Ritzu na kilka kolejnych dni. Po przetransportowaniu Claire do Iowa zamierzał wrócić do Atlanty i pojawić się na kilku spotkaniach. Jego wyjazd z miasta nie mógł się przecież pokrywać z jej zniknięciem.
Kiedy Claire szła z samochodu do samolotu, kilka razy się potknęła. Na pokładzie chodziła tam i z powrotem, nie chcąc usiąść. Za każdym razem, gdy Tony do niej podchodził, odsuwała się i ruszała w stronę drzwi. Złapał ją w końcu za rękę i zaciągnął na fotel. Gdy usiadła, odezwała się po raz pierwszy, odkąd zadziałał narkotyk:
- Źleee się czuuuję.
W milczeniu zapiął jej pasy. Samolot wzbił się w powietrze, a jej głowa opadła na klatkę piersiową. Tony zastanawiał się, czy Claire w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje.
Nagle uniosła głowę i panującą w kabinie ciszę przerwały jej niewyraźne słowa:
- Niedooobrze mmmi.
Tracąc cierpliwość, Tony dostrzegł jej nagłą bladość. Odpiął pasy i podszedł do niej. W jej oczach zobaczył strach. Gorączkowo siłowała się z pasami.
- Przestań - polecił.- Jesteś w samolocie. Nigdzie stąd nie pójdziesz.
Po jej policzkach płynęły łzy. Odwróciła głowę, unieruchomiona na fotelu. Ujął jej brodę i skierował ku sobie, ale nim zdążył udzielić jej reprymendy za brak kontaktu wzrokowego, wstrząsnął nią spazm i zwymiotowała, brudząc swoją sukienkę i jego spodnie.
- Cholera! - warknął. - To było obrzydliwe!
- Mówiłam, że jest mi niedobrze! - zawołała.
Spojrzał najpierw na wymiociny, a potem na skuloną na fotelu kobietę.
- Nie zabrudź tego cholernego fotela.
Jego słowa sprawiły, że z oczu Claire popłynęły kolejne łzy. Kiedy zaczął rozpinać jej pas, odrazie towarzyszyła odrobina współczucia.
- Chodź tutaj - rzekł, wyciągając rękę.
Skuliła się jeszcze bardziej i zapytała:
- Czemu tu jestem? Co ty robisz?
Tony raz jeszcze poddał się współczuciu.
- Claire, nie czujesz się dobrze, dam ci wody i pomogę doprowadzić się do porządku.
Wstała z wahaniem i pozwoliła się zaprowadzić do usytuowanej z tyłu samolotu łazienki. Z każdym kolejnym poleceniem jej posłuszeństwo malało. Podejrzewał, że narkotyk przestaje działać.
- Nie powinnam tutaj być. Dokąd lecimy?
- Napij się wody, lepiej się wtedy poczujesz.
Ostrożnie wzięła od niego szklankę z wodą, do której dodał drugą fiolkę GHB. Obserwował, jak drżą jej ręce. W końcu, bojąc się, że rozleje cenny płyn, przyłożył jej szklankę do ust. Wzięła łyk.
Wypluła go do zlewu.
- Dziwnie smakuje.
- To dlatego, że wymiotowałaś, musisz przepłukać usta. - Napełnił drugą szklankę wodą, a ona zrobiła to, co jej kazał. Następnie podał jej pierwszą szklankę. - Teraz wypij.
Kiwnęła głową i znów wypełniła jego polecenie.
- Musimy zdjąć z ciebie to brudne ubranie.
Kiedy pociągnął za jej sukienkę, ostro zareagowała, próbując odsunąć się od niego i wydostać z łazienki. Jej krzyki mieszały się z głośnym szumem silników. Było tak jak w hotelu, gdy po raz pierwszy podał jej narkotyk, tyle że teraz Tony nie musiał się przejmować tym, że ktoś ją usłyszy.
Blokując drzwi, pozwolił, aby się wściekała. Intrygowało go to. Ciosy, jakie jej małe pięści zadawały jego klatce piersiowej, były niemal komiczne, ale gdy próbowała go drapać, musiał ją powstrzymać. Czekały go spotkania i praca. Zadrapania budziłyby ciekawość.
- Dość tego! - Nie przestała. Jej paznokcie wbiły się w jego ramię, pozostawiając krwawe ślady. Chwycił jej rękę i uderzył ją w twarz. - Przestań!
Zaszokowana zakryła twarz dłońmi. Piekł ją policzek. W sumie to okazało się nawet zabawne: była naga, rozhisteryzowana, atakowała go - a mimo to wydawała się zaskoczona tym, że jej oddał.
Nachylił się nad jej drżącym ciałem.
- Pod prysznic, ale już.
Kiedy się nie poruszyła, chwycił ją za ramię i zaciągnął do kabiny. Choć sam był ubrany, stanął tam razem z nią i trzymał pod strumieniem gorącej wody, aż przestała się wyrywać.
Po kilku minutach narkotyk ponownie podziałał na nią uspokajająco i teraz to Tony kierował jej ruchami. Posłusznie zdjęła z niego mokre ubranie. Po duchu walki nie został nawet ślad. Ogień, który Tony przez chwilę miał okazję widzieć w jej oczach, ustąpił miejsca zobojętniałemu strachowi.
Gdy zakręcił wodę, oboje byli czyści. Claire stała skulona pod ścianą, on z kolei zastanawiał się nad dalszymi krokami. Istniało tak wiele możliwości. Nakazał sobie w duchu zwolnić. Od tak dawna to wszystko planował i teraz pragnął się delektować każdą chwilą.
Wyszedł z kabiny, dołożył swoje mokre ubrania do zabrudzonej sukienki, po czym podał jej ręcznik. Wzięła go od niego niepewnie i owinęła się nim. Długie, ciemne włosy opadały jej na plecy w mokrych strąkach.
Nie podnosząc wzroku, zapytała:
- Zamierzasz zrobić mi krzywdę?
Tony sporo czytał na temat GHB. Wiedział, że te sceny zostaną na zawsze wymazane z jej pamięci. Mógł zrobić to, na co tylko miał ochotę, a ona nic nie będzie pamiętać.
Zniknęła uwodzicielska zmysłowość, w jej miejsce pojawiło się zdecydowanie osoby, która zaplanowała swoje działania. Tony nie zamierzał pozwolić, aby zmienił go jej strach.
- Nie taki mam plan. Przekonamy się, czy potrafisz wypełniać polecenia.
Kiedy się cofnęła z powrotem pod ścianę, pociągnął za krawędź jej ręcznika. Otworzyła szeroko oczy i szybko odwróciła wzrok. Ciekawe, czy podświadomie walczyła ze skutkami zażycia narkotyku. Obserwował, jak próbuje coś powiedzieć. W końcu udało jej się wymamrotać:
- Proszę.
Podszedł do niej. Był nagi, mokry i widać było, że jest podniecony.
- Proszę co?
- Proszę, nie rób mi krzywdy.
- Mam pewne zasady, Claire. - Delikatnie odgarnął jej mokre włosy z twarzy. - Będziesz ich przestrzegać?
Kiwnęła głową, unikając kontaktu wzrokowego.
Uniósł jej brodę.
- Nie odwracaj wzroku. Zadałem ci pytanie. Oczekuję odpowiedzi.
- Tak. Będę przestrzegać twoich zasad.
- Zasada numer jeden: masz robić to, co ci każę. Sugeruję, abyś dla własnego dobra nauczyła się ją stosować.
Ze wzrokiem wbitym w podłogę drżała, bezgłośnie szlochając. Raz jeszcze jego dłoń dosięgła jej policzka.
- Mówiłem ci, żebyś nie odwracała wzroku.
Natychmiast spojrzała mu w oczy. W tym samym czasie jej twarz zrobiła się mokra od łez.
- Będę robić, co mi każesz, proszę, nie bij mnie więcej.
Wspominając to wszystko, Tony czuł w brzuchu bolesne ściskanie. Oczywiście zeznania Claire nic na ten temat nie mówiły. Narkotyk wymazał z jej pamięci te wspomnienia, jak również inne wydarzenia, które miały miejsce podczas tamtego lotu i po powrocie do Iowa.
Zeznawała o tym, co się działo nazajutrz, kiedy narkotyk w końcu przestał działać. Dopiero wtedy zaczęła pojmować swoje położenie. Prawda była dla Tony'ego niczym cios między oczy. Całą twarz miał zlaną potem, a pusty żołądek skręcał się boleśnie. Dopadły go mdłości. Bez względu na to, co zrobił, aby poprawić jakość życia Claire albo pokazać jej, że się zmienił, te wspomnienia zawsze będą się skrywać w zakamarkach jego świadomości. Do końca życia będzie pamiętał o tym, co zrobił.
Tony nienawidził samego siebie za to wszystko. Zawsze wyznawał zasadę, że cel uświęca środki, ale już w to nie wierzył. Nie teraz, kiedy znał Claire i ją kochał. Myśl, że ktoś robi jej to, co kiedyś on, napełniała go wściekłością. Gdyby opisywała czyny innego człowieka, Tony pragnąłby jego śmierci. Zrobiłby wszystko, co w jego mocy, aby ten ktoś zapłacił za swoje grzechy.
Po jego policzkach popłynęły łzy. Wtedy dotarło do niego, że przed nim stoi Brent.
- Zakładam, że przeczytałeś zeznania Claire.
Tony kiwnął głową. Nie chciał, żeby Brent o tym wiedział. Teraz prawdę pozna także Courtney. Powinien wyprzeć się wszystkiego, ale wizja Claire - nie z jej zeznań, ale ta z jego wspomnień, z samolotu, owiniętej ręcznikiem, drżącej i przerażonej - nie pozwoli mu kłamać.
- Jeśli to, co umieszczono w segregatorze, jest prawdą, to chory z ciebie sukinsyn. - Brent chodził w kółko. - Jestem twoim osobistym prawnikiem i przyjacielem. Powiedz, jaka jest prawda.
Tony milczał, tak mocno przytłoczony wspomnieniami, że ledwie widział pokój przesłuchań.
- Do diaska, Tony! - Wściekły Brent walnął pięścią w stół. - Powiedz mi prawdę!
W Tonym także wezbrał gniew. Zerwał się z krzesła i zaczął chodzić od ściany do ściany.
- Skąd to, do cholery, wzięli? Co to, kurwa, znaczy? Claire żyje? Znają miejsce jej pobytu? Wniosła oskarżenie? Czy o to właśnie w tym wszystkim chodzi?
Brent chwycił go za ramiona i oświadczył ostrym tonem:
- Do kurwy nędzy, powiedz mi, czy to prawda.
Nigdy dotąd nie użył w stosunku do niego takiego tonu. Tony nie mógł pozostać mu dłużny.
- Puść mnie, inaczej przysięgam na Boga, że dam ci w pysk!
- Zrób to! Zrób to! Śmiało. Wtedy może choć w części zrozumiem, przez co musiała przejść Claire.
Tony cofnął się chwiejnie o krok. Słowa Brenta raniły głębiej niż nóż i sprawiały więcej bólu niż cios w szczękę.
- To było kiedyś. - Uszła z niego wola walki. Opadł na krzesło. - To było dawno temu. Tym razem jest, czy też było inaczej. Nie miałem nic wspólnego z jej obecnym zniknięciem.
Brent usiadł na krześle i widać było, że stara się zachować nad sobą kontrolę. W końcu się odezwał:
- Więc twierdzisz, że to prawda? Zrobiłeś to wszystko kobiecie, którą twierdziłeś, że kochasz, kobiecie, którą poślubiłeś, kobiecie, którą oskarżyłeś o usiłowanie zabójstwa, a z którą później chciałeś się pogodzić? Zrobiłeś to wszystko matce swego dziecka?
- Nie! - Tony spiorunował Brenta wzrokiem. - Tego nie twierdzę. Nigdy nie zrobiłbym czegoś takiego matce mego dziecka ani kobiecie, z którą próbowałem się pogodzić. Jak już mówiłem, to było coś innego. - Potarł zarost. Nagle poczuł, że jego głowa waży zbyt dużo. Oparł ją o zbudowaną z pustaków ścianę. - Jedyną osobą, która rozumie mnie i moje postępowanie, jest Claire. - Wróciło oburzenie. Wyprostował się. - Powiedz mi, że to nieistotne. Powiedz, że dasz radę to zatuszować. - Wstał i zawołał z gniewem: - Kupę kasy zapłaciłem za to, żeby te zeznania zniknęły!
Brent pokręcił głową.
- Cholera! Czy ty właśnie powiedziałeś mnie, prawnikowi, że zapłaciłeś za zniszczenie dowodu? Jezu, powiedz mi, że się do tego nie przyznałeś!
Krew odpłynęła z twarzy Tony'ego i poczuł nagłą słabość.
- Ja... ja... - Na jego czole pojawiły się krople potu. Intensywnie myślał. - To znaczy chciałem powiedzieć, że dowód jest przedawniony. Wszystko się zmienia, ludzie się zmieniają. Proszę... - Możliwe, że po raz pierwszy w życiu użył tego słowa w stosunku do Brenta. - Proszę, powiedz mi, że jesteś w stanie ich przekonać, że nie zrobiłem jej krzywdy.
Brent nie spuszczał z niego wzroku.
- Tym razem. - Ton głosu Tony'ego stwardniał. Odsunął od siebie emocje, których nie chciał ujawniać. - Nie zrobiłem jej krzywdy tym razem - rzekł powoli. Na chwilę zamilkł, próbując zebrać myśli. - Tym razem przybyła do Iowa z własnej i nieprzymuszonej woli. Spodziewaliśmy się dziecka. - Pokręcił głową i poprawił się: - Nie, spodziewamy się dziecka. Przyjęła ode mnie pierścionek zaręczynowy. - Spojrzał Brentowi w oczy. - Jesteś nie tylko moim prawnikiem, ale także przyjacielem. Powiedz, że mi wierzysz.
- Powinniśmy coś zjeść.
- Nie! Jedzenie jest nieważne.
Brent nachylił się ku niemu i powiedział spokojnie:
- Tony, posłuchaj mnie. Wiem, że nie masz tego w zwyczaju, ale przymknij się i pozwól, abym ci pomógł.
Tony odetchnął głęboko.
- Nadal chcesz mi pomóc?
- Będę z tobą szczery. Byliśmy przyjaciółmi i możliwe, że nadal nimi jesteśmy, ale w tej chwili jestem wkurwiony na maksa i nie przyjaźń sprawia, że chcę to dla ciebie zrobić. - Wyprostował się, nie przerywając kontaktu wzrokowego. - Kiedy będzie po wszystkim, możesz mnie zwolnić, ale powinieneś wiedzieć, że nie robię tego dla ciebie. Robię to dla Claire. Skoro ponownie ci zaufała, po tym wszystkim - pokazał na segregator - ja także to zrobię.
Tony przeczesał palcami włosy i odetchnął.
- Nie zwalniam cię. Co możesz zrobić?
- Zadzwonię w kilka miejsc. Jeśli FBI nie wniesie oskarżenia, myślę, że cię stąd wyciągnę, przynajmniej tymczasowo. Kiedy wrócimy do Iowa, będziemy musieli o tym porozmawiać...