Podobno coś tak drobnego jak trzepot skrzydeł motyla jest w stanie wywołać tajfun na drugiej półkuli.
Teoria chaosu
Prolog
Sierpień 2011
Opony chevroleta equinoxa podskakiwały na wyboistym asfalcie Bristol Road. Zerkając przez szybę na umierające miasto, Rich Bosley zastanawiał się, czy tak to właśnie wyglądało na Zachodzie, kiedy gorączka złota dobiegła końca. Po obu stronach ulicy ciągnęły się ogromne połacie ogrodzonego betonu. W czasach świetności miasta Flint w stanie Michigan te parkingi przez całą dobę były pełne samochodów. W fabrykach pracowano na trzy zmiany - dziś zakłady stanowiły doskonały przykład "miejskiego upadku".
W roku tysiąc dziewięćset ósmym General Motors wybudował we Flint swoją główną siedzibę. Przez wiodące do fabryk drzwi przechodziły całe pokolenia robotników; każde wierzyło, że spisze się lepiej niż poprzednie. Wszystko zmieniło się wraz z kryzysem na rynku ropy naftowej w latach siedemdziesiątych i ogólnokrajowym zamykaniem fabryk w latach osiemdziesiątych.
Jednak na przełomie wieków do Flint powrócił optymizm. GM zainwestował w swoją fabrykę sześćdziesiąt milionów dolarów. W mijanym teraz budynku dwóm tysiącom pracowników płacono za godzinę, a kolejnych stu osiemdziesięciu miało stałą pensję. Uczciwa praca za uczciwe pieniądze. Fabryka po raz kolejny tętniła życiem.
Pod koniec pierwszej dekady przemysł samochodowy doznał zapaści. Niektóre zakłady, którym groziło zamknięcie, zostały uratowane przez prywatnych inwestorów. Ci biznesmeni przywracali nadzieję tam, gdzie ją utracono; potrzebowali jednak pomocy. Pracownicy zgodzili się na obniżenie wynagrodzeń, a marzenie o lepszym życiu przekształciło się w potrzebę czegokolwiek. Władzom stanu Michigan tak bardzo zależało na utrzymaniu fabryk i zapewnieniu ludziom pracy, że zadecydowano o okresowym zwolnieniu z płacenia podatków.
Kiedy podatkowy okres ochronny minął, pracowników poproszono o przystanie na jeszcze niższe pensje. To jednak nie na wiele się zdało; gospodarka nie była w stanie wspierać produkcji. Liczył się tylko ostateczny bilans. Nie mając motywacji do tego, aby pozostawić otwarte drzwi, mężczyźni i kobiety w gabinetach kadry kierowniczej, daleko, daleko stąd, podejmowali doniosłe decyzje. Ich skutek oglądał teraz Rich: pusty budynek za pustym budynkiem, rozpadające się szkielety tego, co się tu kiedyś znajdowało.
Rozmyślał o złożonej mu przez ojca propozycji. Perspektywa powrotu do Iowa mogła wyglądać jak porażka. No bo czy sektor bankowy miał się w Iowa lepiej niż w Michigan? Gospodarka stanowiła problem całego kraju. Rich i jego żona Sarah wierzyli w to miasto. Nie bali się ciężkiej pracy, byle ich synowi i przyszłym dzieciom żyło się lepiej.
Rich zerknął w prawo i uśmiechnął się do uroczej żony, pochłoniętej przeglądaniem kolorowego magazynu.
- Jak możesz czytać na tych wybojach?
Zazwyczaj miała staranną fryzurę, dziś jednak jej włosy zakrywała czapka z daszkiem, a służbowy strój zastąpiły dżinsy i T-shirt. To był pierwszy rok gry w baseball ich syna w lidze nowicjuszy. Bardziej w tym wszystkim chodziło o nauczenie się pracy w zespole niż zasad baseballu. Gdyby jednak zapytać o to graczy, najważniejsze były słodkie przekąski na koniec meczu. Sarah naszykowała pierwszorzędne babeczki z kremem.
- To ten artykuł tak mnie wciągnął.
- Co czytasz?
- "Vanity Fair". Numer sprzed kilku miesięcy. Zapomniałam, że go tu zostawiłam.
Rich kiwnął głową; mało go to interesowało.
- Artykuł o Anthonym Rawlingsie i jego żonie - kontynuowała. - Czy twój ojciec nie otrzymał przypadkiem zaproszenia na ich ślub?
- Chyba tak. To jedna z korzyści bycia Richardem Bosleyem, superważnym gubernatorem stanu Iowa. Spoufalasz się ze znaczącymi darczyńcami.
- Pamiętam, jak o tym wspominał. Brzmi to niesamowicie - paplała Sarah. - Ślub odbył się w ich rezydencji, rozumiem więc, że twój tato tam pojechał?
- No raczej. Naprawdę nie robi to na mnie wrażenia.
- A to czemu? Z tego, co tu jest napisane, wynika, że oboje angażują się w działalność charytatywną. Wiedziałeś, że jego żona była barmanką, kiedy się poznali?
- Ten człowiek zarabia na krzywdzie innych ludzi.
- Tutaj jest to przedstawione jako niesamowita historia miłosna. Wyobrażasz sobie, że jesteś bezrobotną meteorolożką, pracujesz za barem i zakochujesz się w miliarderze?
- Chwileczkę, a skąd pochodzą te miliardy?
- Piszą tu coś o Internecie.
- Tak. Z tego, co wiem od ojca, tak to się właśnie zaczęło. Anthony'emu Rawlingsowi udało się założyć firmę i rozwijać ją dzięki niekorzystnemu położeniu innych ludzi. Osobiście zwolnił wystarczającą liczbę osób, aby zapełnić te fabryki.
- Ale taką samą liczbę pracowników zatrudnia. - Sarah zerknęła na rozciągający się wokół nich przygnębiający widok. - Uważam, że ludzie są po prostu zazdrośni. Która kobieta nie chciałaby nagle wieść życia Claire Rawlings?
Ich uwagę zwrócił głos syna. Zamiast rozmyślać o miejskiej zagładzie i stanie krajowej gospodarki, Rich zerknął na włosy siedzącego z tyłu chłopca.
- Tato, muszę siku - rzucił malec błagalnie, patrząc w widoczne w lusterku wstecznym oczy ojca.
- Ryan, za parę minut dojedziemy do domu. Wytrzymasz.
- Nie, tato, nie wytrzymam. Muszę już teraz!
Rich i Sarah wymienili spojrzenia. Jej mina mówiła to, co i tak wiedział: to nie była okolica odpowiednia na postój. Gdyby pojechali kawałek dalej, byłoby znacznie bezpieczniej; Ryan jednak jęczał, wymachując krótkimi nogami.
- Widzę stację benzynową. Zatrzymaj się, pro-ooo-szę! - Ostatnie słowo tworzyły trzy przeciągłe sylaby.
Wbrew rozsądkowi Richard Bosley II wjechał na parking przed stacją Speedway i zwrócił się do żony:
- Pójdę z nim. Poza tym jest środek dnia i nie ma dużego ruchu.
Sarah się uśmiechnęła i odpięła pasy.
- Dobrze, chłopaki, załatwcie co trzeba, i w drogę. Mamy do obejrzenia mecz baseballowy. Wszystko nagrałam. Ryan, poczekaj tylko, aż zobaczysz, jak przyjmujesz piłkę!
Ciężkie szklane drzwi pokryte były smugami i odciskami palców. Rich rozejrzał się w poszukiwaniu tabliczki informującej, gdzie znajdują się toalety. We wnętrzu unosił się zapach hot dogów opiekanych tak długo, aż miały konsystencję gumy. Stojące pośrodku regały na towar były częściowo puste, a popękane linoleum brudne i tam, gdzie chodzili klienci, wytarte. Rich zerknął w stronę kasy umieszczonej w niedużym boksie. Chciał poprosić pracownika o pomoc, ale zobaczył tylko puste krzesła; a potem dostrzegł wyciągniętą szufladkę kasy.
- Tato, widzę napis. - W panującej w pomieszczeniu pełnej napięcia cieszy rozległ się głos Ryana.
Nagle na korytarzu, gdzie mieściły się toalety, zrobiło się jakieś zamieszanie. Kilka chwil zawiesiło się w czasie, jakby elektrony zwolniły, protony przestały się przyciągać, a atomy nie wpasowywały się już w materię; tak jak się dzieje w chwili, kiedy z gardła noworodka wydobywa się pierwszy krzyk. Niektóre momenty pojawiają się w mgnieniu oka; niczym błyskawice, które tak trudno uchwycić na zdjęciu. Inne ciągną się i ciągną.
W ich stronę ruszył jakiś krępy mężczyzna. Jego twarz była schowana pod kominiarką. Pierwszą myśl Richa: "Jest lipiec, po co komuś kominiarka?" - niemal natychmiast zastąpiła świadomość tego, co się właśnie dzieje.
- Szybko! Do samochodu! - zawołał.
Choć Sarah była zajęta szukaniem portfela, ton głosu męża sprawił, że bez chwili zwłoki chwyciła syna za rękę i odwróciła się ku pomazanym szklanym drzwiom. Huk strzałów rozległ się tak nagle, że nie dane jej było zobaczyć, jak jej mąż upada. Ryanowi także. Ostatnie, co ujrzeli, była czerwona mgiełka ich krwi, rozbryzgującej się na podłodze i szybach.
*
Przed kilkoma miesiącami wiele kilometrów stąd pewien dyrektor zdecydował się zamknąć nieprzynoszącą dochodów fabrykę kruszywa. Na skutek tej jednej decyzji tysiące osób wylądowało na bruku. Jednym z nich okazał się ojciec samotnie wychowujący chore dziecko. W chwili desperacji ten bezrobotny mężczyzna uznał, że jedynym sposobem na zdobycie pieniędzy potrzebnych na opłacenie zaległych rachunków za leczenie i uratowanie syna jest wkroczenie na drogę przestępstwa. Kilka rozbojów później, kiedy pieniądze okazały się zbyt kuszące i zbyt proste do zdobycia, mężczyzna miał już nowy zawód...
Nie istnieją granice tego, co człowiek może zrobić albo dokąd dotrzeć, pod warunkiem że nie dba o to, komu zostaną przypisane zasługi.
Charles Edward Montague
Rozdział 1
Richard Bosley rozejrzał się po prestiżowym gabinecie, dumając o swoim miejscu w historii. Wzdłuż ścian stały imponujące regały z książkami, a mahoniowe biurko można było opisać słowem "królewskie". Za skórzanym fotelem wyeksponowano flagi Stanów Zjednoczonych i stanu Iowa. Zaledwie piętnaście miesięcy minęło od rozpoczęcia przez niego drugiej kadencji na stanowisku gubernatora. Miał tyle planów. Po tragicznej śmierci jedynego syna i jego rodziny mógł liczyć na wyborców. Obdarzyli go zaufaniem, poparli jego pomysły i głoszone przez niego wartości. Patrząc na rodzinną fotografię przedstawiającą go w towarzystwie syna, synowej i wnuka, podawał te ostatnie w wątpliwość. Być może okazały się zbyt wzniosłe. Może gdyby trzymał się z dala od stanowisk publicznych, wszystko potoczyłoby się inaczej.
Za oknem hulał zimny marcowy wiatr. Przyglądając się swemu odbiciu na tle ciemnego wieczornego nieba, Richard Bosley znał prawdę: te wszystkie "co by było, gdyby" w ogóle nie miały znaczenia! Nie miał już rodziny, a jutro rozpocznie trzecią serię chemioterapii. Druga zabrała mu włosy i energię, a ta trzecia równie dobrze może odebrać życie. W przeciwnym razie z pewnością zrobi to nowotwór. Z wychudzonej twarzy przeniósł wzrok na bladą skórę dłoni. Życie nie było sprawiedliwe; modlił się jednak, aby śmierć okazała się bardziej łaskawa.
Jutro w południe miała się odbyć konferencja prasowa, podczas której Richard Bosley oficjalnie złoży rezygnację ze stanowiska gubernatora stanu Iowa. Na pozostałą część kadencji od razu zostanie zaprzysiężony Sheldon Preston, obecnie wicegubernator. Dzisiejszy wieczór, spędzony w samotności w gabinecie, gubernator Bosley postanowił poświęcić podejmowaniu ważnych decyzji. Nie miał nic do stracenia. Do diabła z komitetem wykonawczym, dzisiaj liczyło się tylko jego zdanie.
Można w ogóle stwierdzić, czy dobry uczynek spełniony z niewłaściwych pobudek jest nadal dobry? W tej akurat chwili sumienie kazało mu się zastanowić jeszcze raz. Nie odchodzić z tego stanowiska bez świadomości, że zrobiło się wszystko, co możliwe. Usiadł na skórzanym fotelu i postanowił, że tak właśnie uczyni. Historia sama się napisze.
Stosik wniosków o ułaskawienie został omówiony i dogłębnie przeanalizowany. Wieści o jego rychłej rezygnacji sprawiły, że pojawiło się ich całkiem sporo. Komitet wykonawczy zajął się tymi wnioskami i dziesięć zostało rozpatrzonych pozytywnie. Dziesięcioro wnioskodawców, odsiadujących wyroki w zakładach karnych stanu Iowa, wkrótce wyjdzie na wolność. Jutro tych dziesięć osób dowie się, że ich wyroki zostały uchylone, a czas odsiadki dobiegł końca.
Gubernator Bosley popatrzył na stertę dokumentów leżących po lewej stronie biurka. Te akurat dotyczyły jedenaściorga innych osób. Zgodnie z decyzją komitetu ci osadzeni pozostaną w więzieniu. Odsiedzą wyroki orzeczone przez możnych i ważnych sędziów tego wspaniałego stanu. Trzęsącymi się dłońmi - co było skutkiem raczej krążącej w jego żyłach chemii niż emocji - przerzucał wnioski tych więźniów, którym nie dane będzie ułaskawienie.
Gwałciciele, włamywacze, prostytutki i inni przestępcy. Richardowi przypomniało się w końcu, czego szuka. Jeszcze raz przejrzał dokumenty i znalazł poszukiwane nazwisko. Tak, była wcześniej żoną Anthony'ego Rawlingsa. A niech to, gościł przecież na ich weselu. Nagle na twarzy Richarda Bosleya pojawił się uśmiech. Ostatnimi czasy niewiele miał powodów do radości. Mięśnie twarzy zaraz się zmęczą, ale na razie cieszył go ten moment euforii.
Ponownie przeczytał wniosek. Claire Nichols: wyrok bez orzekania o winie w sprawie o usiłowanie zabójstwa, dobre sprawowanie w zakładzie karnym, żadnego nieposłuszeństwa, wcześniej niekarana, skazana na siedem lat, odsiedziała czternaście miesięcy. Zważywszy na mnogość grzechów będących na sumieniu więźniów, którzy jutro zostaną ułaskawieni, gubernator Bosley mógł się zastanawiać, dlaczego komitet wykonawczy pozwolił, aby ta akurat kobieta pozostała za kratkami - w sumie znał jednak powód. W skład komitetu wchodziło pięć wpływowych politycznie osób - czy też osób z potencjalnymi wpływami - których kadencja trwała cztery lata. Wszyscy wiedzieli, że w stanie Iowa nie odniesie się sukcesu, wchodząc w drogę Anthony'emu Rawlingsowi.
Dla Richarda Bosleya to była nieoczekiwana szansa na pomszczenie śmierci syna. Obcowanie z politykami i ludźmi pokroju Anthony'ego Rawlingsa wiele go nauczyło. Zamknąwszy oczy, zobaczył tego cieszącego się ogólnym szacunkiem biznesmena, uśmiechającego się, wymieniającego uściski dłoni i czyniącego obietnice. Wiedział jednak, jak brzemienna w skutki okazała się jego decyzja o zamknięciu tamtej fabryki kruszywa we Flint. Zemsta była niegodna chrześcijanina, ale kiedy patrzył na leżące przed sobą dokumenty, nie mógł się oprzeć wrażeniu, że to nie kto inny, tylko Bóg podarował mu tę szansę.
Nie namyślając się dłużej, gubernator Richard Bosley złożył podpis na dole wniosku. Następnie przystawił urzędową pieczęć, czyniąc dokument prawomocnym. Dziesięć nazwisk ułaskawionych więźniów zostało już przekazanych prasie. Nic nie szkodzi; dziennikarze nie od razu zwietrzą świetny temat: "Urzędnik państwowy prostuje sprawy i ułaskawia byłą żonę miliardera". Richard Bosley był przekonany, że świat pozna tego następstwa i że jakimś cudem rzeczniczka prasowa pana Rawlingsa obróci wszystko na jego korzyść. Istniała jednak szansa, choćby niewielka, że nie znalazłszy się na pierwszej liście osób ułaskawionych, pani Nichols będzie miała okazję przedstawić swoją wersję.
Nazajutrz, w obecności przedstawicieli prasy lokalnej i ogólnokrajowej gubernator Bosley podpisał dziesięć wniosków. Na mocy konstytucji stanu Iowa w przypadku osoby ułaskawionej niszczono całą dokumentację związaną z jej wcześniejszym skazaniem. Ułaskawienie przywracało wszystkie prawa obywatelskie utracone na mocy wyroku sądowego i oficjalnie unieważniało wyrok oraz inne prawne konsekwencje popełnionego przestępstwa. Osoba ta będzie uznawana za niewinną i odzyska status, jaki miałaby, gdyby w ogóle nie popełniła przestępstwa, za które została skazana.
Co ważniejsze, takie ułaskawienie było ostateczne i nieodwołalne. Gubernator Bosley włożył dziesięć dokumentów do teczki, w której znajdował się już jeden. Uśmiechając się blado do kamer, wstał i zajął miejsce za pulpitem.
- Panie i panowie, byliście świadkiem mojej ostatniej czynności jako gubernatora tego wspaniałego stanu. Z ciężkim sercem składam dzisiaj rezygnację z tego prestiżowego stanowiska...
Sekretarka gubernatora wzięła teczkę i umieściła każdy dokument w osobnej kopercie. Powiadomieni zostaną obrońcy wszystkich skazanych, a po uzyskaniu akceptacji każdego więźnia ułaskawienie nie będzie już mogło zostać cofnięte. Na koniec informacja o tym zostanie przekazana do sądów. W ogólnym zamieszaniu sekretarka w ogóle nie zwróciła uwagi na to, że ułaskawień było jedenaście, a nie dziesięć.
W jednym z biurowców na tej samej ulicy, przy której mieścił się budynek parlamentu stanowego, prawniczka Jane Allyson chodziła nerwowo po swoim niewielkim gabinecie, zaklinając telefon, aby zadzwonił. To był jej pierwszy wniosek o ułaskawienie. Zawsze z niepokojem czekała na sędziowskie wyroki, które determinowały wolność i przyszłość jej klientów. Obecna sytuacja była zupełnie inna - surrealistyczna. Jej klientka straciła już wolność i przyszłość, dobrowolnie wnioskując o wyrok bez orzekania o winie w sprawie o usiłowanie zabójstwa.
Jane pamiętała, jak stała obok pani Nichols owładnięta poczuciem kompletnej bezradności i razem słuchały, jak sędzia przedstawia konsekwencje wniosku Claire. Kiedy Jane była jeszcze na studiach, uczyła się tego, jak nie angażować się emocjonalnie w sprawy klientów. Na ogół jej się to udawało. To była kwestia przetrwania. Nie byłaby w stanie pomóc kolejnemu klientowi, gdyby myślami pozostawała przy tym, którego zawiodła; jednak tamtego dnia, przed rokiem, miała ochotę siedzieć i płakać razem z Claire Nichols. To było takie niesprawiedliwe.
Czas płynął i zmieniały się pory roku. Nowi klienci przychodzili i odchodzili. Pojawiły się nowe możliwości. Jane Allyson pracowała obecnie w kancelarii w centrum stolicy stanu Iowa. Sporo miała na głowie. I jakoś sobie radziła, aż trzy dni temu kurier dostarczył kopertę zaadresowaną: "Szanowna Pani Jane Allyson, do rąk własnych". W środku znalazła wypełniony wniosek o ułaskawienie Claire Nichols. Jane nie musiała robić nic oprócz złożenia podpisu jako reprezentujący ją obrońca. Do wniosku dołączono krótki, wydrukowany list:
Szanowna Pani!
Możliwe, że pamięta Pani klientkę sprzed mniej więcej roku, Claire Nichols. W załączeniu: wniosek o jej ułaskawienie, przeznaczony dla gubernatora Bosleya. Jak Pani zapewne wiadomo, jego czas na tym stanowisku dobiega końca. Ten wniosek MUSI dzisiaj zostać dostarczony do jego biura. Od Pani wymagany jest jedynie podpis. W załączeniu czek, który pokryje koszty Pani pracy.
Dziękuję.
Być może była to kwestia czeku opiewającego na sto tysięcy dolarów, a może niepodpisanego listu, ale przyjęcie tego zlecenia wydawało się czymś niewłaściwym. Jaki zdrowy na umyśle prawnik przyjąłby zlecenie i honorarium z nieznanego źródła? Od tej decyzji mogła zależeć zarówno jej przyszłość, jak i licencja prawnika. Jane wiedziała, że powinna się skonsultować z partnerami w kancelarii. I taki właśnie miała zamiar, kiedy jej uwagę zwróciły znajdujące się w dolnym rogu jej monitora cyferki pokazujące godzinę: szesnasta trzydzieści dwie. Od siedziby gubernatora dzielił ją dziesięciominutowy spacer.
Jane dostarczyła podpisany wniosek.
Teraz nerwowo oczekiwała tego, co przyniesie przyszłość. Gubernator podjął decyzję. Obejrzała w necie konferencję prasową. Chodząc po gabinecie, po raz kolejny kwestionowała etykę i legalność swojej decyzji. Jeśli jej telefon nie zadzwoni, a wniosek o ułaskawienie nie zostanie rozpatrzony pozytywnie, nikt się nie dowie, że w ogóle go złożyła. Czek pozostanie w teczce z dokumentami. Bez względu na decyzję podjętą przez gubernatora, jego spieniężenie wydawało się niemoralne i nieetyczne.
Na ścianie, oprawiony w imponującą dębową ramę, wisiał jej dyplom Wydziału Prawa Uniwersytetu Iowa. W oficjalnej pieczęci światło się odbijało nawet przez szybkę. Czy decyzja o udzieleniu pomocy tej kobiecie i przyjęciu zlecenia przekreśli wszystkie lata nauki?
Nie przestawała maszerować po wyłożonej wykładziną podłodze. Mogła się teraz zajmować wieloma innymi sprawami, ale od czasu, kiedy godzinę temu konferencja prasowała dobiegła końca, nie była się w stanie skupić na niczym z wyjątkiem zaklinania telefonu. Jeśli wkrótce nie zadzwoni, sprawę będzie można uznać za zamkniętą.
Jane rozmyślała o Claire Nichols. Jej akurat nie przyszło do głowy złożenie wniosku o ułaskawienie, ale pomysł był rzeczywiście dobry. Tym, co ją przerażało - i z całą pewnością osobę, która przesłała wniosek - był Anthony Rawlings, człowiek niezwykle wpływowy, więc jeśli wniosek został rozpatrzony pozytywnie, na pewno trzeba się będzie zmierzyć z konsekwencjami. Jane odsunęła od siebie te myśli. Teraz jedyne, co mogła zrobić, to czekać.
Tak była pogrążona w myślach, że kiedy telefon zadzwonił, aż się wzdrygnęła. Serce waliło jej jak młot. Przez chwilę wpatrywała się w aparat. Czy to jej wyobraźnia? Czy ten nieduży, plastikowy aparat rzeczywiście wydawał z siebie dźwięk? Drżącą ręką podniosła słuchawkę, wzięła się w garść i odezwała tonem, jakiego używała na sali rozpraw:
- Halo, tak, z tej strony Jane Allyson...
Jane tak mocno zaciskała dłonie na kierownicy, że aż jej pobielały knykcie. Jazda z Des Moines do Mitchellville nie powinna zająć więcej niż trzydzieści minut, a kwadrans po czternastej nie było mowy o korkach. Prawniczka nie potrafiła przestać myśleć o tym, że nikt na świecie nie wie, co ona w tej chwili robi.
Przed nią rozciągało się marcowe niebo, szarość nad szarością. Odcienie różniły się między sobą, a jednak wydawały się takie same. Po prostu chmury, a na nich kolejne chmury. Skręcając na wschód na autostradę I-80, Jane myślała o kobiecie w więzieniu, odgrodzonej od własnego życia i najbliższych, od której dzieliło ją zaledwie kilka kilometrów. W leżącej na sąsiednim fotelu aktówce znajdował się jednostronicowy dokument, który na zawsze odmieni życie Claire Nichols.
Trzy dni temu ten dokument w ogóle nie istniał. Jane Allyson rozmyślała na temat wniosku i czeku. Podjęła decyzję - nieważne, czy dobrą, czy złą - że zachowa to zlecenie w tajemnicy. W świecie pieniędzy i wpływów każdego mogłoby kusić, aby poinformować Anthony'ego Rawlingsa o złożonym wniosku.
Nikogo o nic nie oskarżała, o nie. Chodziło jedynie o to, że Claire bohatersko złożyła wyjaśnienia. Jej zeznania wyparowały niczym mgła nad jeziorem w chłodny wieczór. Ponad rok później nikt, nawet wścibscy dziennikarze, nie miał pojęcia o drugiej twarzy złotego chłopca stanu Iowa. Cichy głos w duszy Jane ostrzegł ją przed informowaniem kogokolwiek o tym, co teraz robi. Kiedy załatwi tę sprawę do końca, poprosi partnerów w kancelarii o rozmowę. O ile szczęście dopisze, zrozumieją. W tej akurat chwili wolała się przejmować Claire niż potencjalnymi konsekwencjami.
Czymś niewiarygodnym było, że lista ułaskawionych osób, którą po konferencji prasowej otrzymały media, nie zawierała nazwiska Claire Nichols, a mimo to Jane była w posiadaniu stosownego dokumentu. Wjeżdżając na parking dla odwiedzających, aż się trzęsła z podekscytowania. Czternaście miesięcy temu nie potrafiła pomóc swojej klientce; dziś było inaczej.
Rozradowanie zniknęło jednak w chwili, gdy w jej głowie pojawiła się pewna myśl. Jane stanęła jak wryta, z ręką uniesioną ku drzwiom, i zaczęła się zastanawiać nad tym, kto ma zbędne sto tysięcy dolarów na to, aby uwolnić Claire z więzienia. Do tej pory żywiła przekonanie, że to ktoś, kto się boi Anthony'ego Rawlingsa. A jeśli to był on? Czy to możliwe? Ale dlaczego?
Czy składając wniosek, Jane okazała się jedynie pionkiem? A jeśli wolność, którą za chwilę miała ofiarować Claire, była niczym innym jak zwabieniem w sieć? Złapała za klamkę i poczuła ściskanie w żołądku. Nie mogła pozwolić, aby te myśli ją powstrzymały. Claire Nichols zasługiwała na wolność. A ona musiała dopilnować tego, aby jej klientka tą wolnością cieszyła się poza granicami stanu Iowa.
W niedużym, obskurnym pokoju odwiedzin światło było upiornie fluorescencyjne. Metalowy stół i krzesła wydawały się przez to jeszcze zimniejsze. Jane co rusz zerkała na zegarek. Jak długo może trwać przyprowadzenie tutaj więźnia?
Okazało się, że trzynaście minut. Prawie trzynaście minut po tym, jak Jane znalazła się w tym małym, bezbarwnym pomieszczeniu, drzwi w końcu się otworzyły. Eskortowana przez strażnika Claire Nichols weszła i usiadła na stojącym naprzeciwko krześle. Wyglądała dokładnie tak, jak Jane ją zapamiętała, a brązowe włosy spięła w koński ogon. Cerę miała bladą i bez odrobiny makijażu, ale jej oczy wciąż były intensywnie zielone. Choć obie kobiety miały podobną figurę, ubrana w kombinezon więzienny Claire sprawiała wrażenie drobniejszej.
- Jane, jestem zaskoczona tym, że cię widzę. Co cię sprowadza? - Głos Claire brzmiał zdumiewająco silnie.
- Słyszałaś o czymś takim jak ułaskawienie?
- Tak, to coś, co robi prezydent przed odejściem z urzędu. A dlaczego?
- Dlatego że to także coś, co robi gubernator przed odejściem z urzędu.
Claire zmrużyła zielone oczy.
- Nie rozumiem.
- Gubernator Bosley ma raka. Dzisiaj ustąpił ze stanowiska.
- Przykro mi to słyszeć. Z tego, co pamiętam, był gościem na moim ślubie. - Zawahała się, przetrawiając usłyszaną informację. - Co takiego powiedziałaś o ułaskawieniu?
- Claire, przed złożeniem rezygnacji podpisał kilka wniosków o ułaskawienie. Przyjechałam tu porozmawiać o twoim.
Claire słyszała, co mówi prawniczka. Bardzo mocno się starała zrozumieć, o co chodzi, ale to wszystko nie miało sensu. W jej oczach pojawiły się łzy.
Jane obserwowała, jak jej klientka próbuje przyswoić sobie to, co się właśnie dzieje.
- Najpierw musisz formalnie przyjąć ułaskawienie. - Prawniczka wyjęła z aktówki dokument i położyła go na stole. - Kiedy to zrobisz, będziesz wolna.
Osadzona wpatrywała się w leżący przed sobą papier. Przeczytała swoje imię, nazwisko i zarzuty. Na samym dole widniał podpis gubernatora Bosleya oraz oficjalna pieczęć stanu Iowa. Jedno miejsce pozostało puste: tam, gdzie to ona powinna się podpisać. Kiedy przeniosła wzrok z wniosku na kobietę, która trzynaście miesięcy temu była jej obrońcą, policzki miała mokre od łez.
Musiała się upewnić. Zbyt wiele razy ją oszukano.
- Dlaczego mnie ułaskawiono... i jestem wolna... co to znaczy? Rzeczywiście wolna czy wolna, ale muszę być pod nadzorem... - Jej głos drżał z emocji.
Jane sięgnęła ponad blatem i ujęła trzęsące się dłonie Claire.
- Jeśli złożysz podpis na wniosku, będziesz wolna. Ułaskawienie oznacza, że wszystkie oskarżenia znikają. Zostają usunięte z twoich akt. Wszystko zostaje ci wybaczone i jeszcze dziś możesz opuścić to więzienie, nie oglądając się za siebie. - Usłyszawszy wyjaśnienia Jane, Claire przygarbiła się i spuściła głowę. Bezgłośnie szlochała. Prawniczka uścisnęła jej dłonie. - Możesz się udać, dokąd tylko chcesz i kiedy tylko chcesz. Claire, dokąd chcesz jechać?
Gdy uniosła głowę, jej zielone oczy błyszczały.
- Dokąd ja chcę jechać? - zapytała. Kręciło jej się w głowie; tak wiele minęło czasu, odkąd to ona kontrolowała swoją przyszłość. W końcu odparła: - Nie wiem.
- Chyba pierwsze pytanie, na które musisz udzielić odpowiedzi, brzmi: "Przyjmujesz ułaskawienie?" - Jane patrzyła, jak klatka piersiowa Claire unosi się i opada. Nie mogąc wydobyć z siebie głosu, kobieta w pomarańczowym kombinezonie kiwnęła głową. - Wobec tego musisz złożyć podpis na wniosku.
Claire ponownie skinęła głową.
Kiedy Jane w końcu udało się uspokoić swoją klientkę, ta podpisała się na dole dokumentu. Choć istniały w takich przypadkach stosowne procedury, wiadomo było, że jeszcze dziś będzie mogła opuścić zakład karny.
- Kiedy mnie wypuszczą? - W jej głosie słychać było niepewność.
- Nie wyjadę stąd bez ciebie.
Claire spojrzała na nią z podziwem.
- Co muszę zrobić?
- Masz w celi coś, co chciałabyś zabrać?
Tak, miała zdjęcia, listy, notatki i kilka pamiątek. Skinęła głową.
- W takim razie wróć ze strażnikiem do celi. Zaniosę ułaskawienie naczelnikowi więzienia. A niedługo potem ktoś cię do mnie przyprowadzi. - Claire kiwała potakująco głową. - Otrzymasz z powrotem wszystko, co miałaś przy sobie w dniu aresztowania, także ubrania. Przywiozłam jakieś inne, gdyby się okazało, że tamte już na ciebie nie pasują.
- Dziękuję ci. - Claire opuściła wzrok na stół. - Nie mam żadnych pieniędzy, aby zapłacić za twoją pracę.
Jane pomyślała o czeku.
- Najpierw cię stąd wyciągnijmy, a potem porozmawiamy o wynagrodzeniu. - Jej uśmiech okazał się zaraźliwy. Claire także się uśmiechnęła i uścisnęła dłonie Jane. - Zanim wrócisz do celi, powiedz, do kogo mogę zadzwonić? Jest ktoś, kto mógłby cię dokądś zabrać? Czy też chcesz pozostać w Iowa? - Jane modliła się w duchu, aby jej klientka chciała wyjechać i aby było miejsce, do którego mogłaby się udać.
- Dokąd mogę jechać?
- Gdzie tylko masz ochotę. Do kogo mogę zadzwonić?
Claire zastanawiała się nad odpowiedzią. Tak szybko, jak tylko by się dało, pragnęła wyjechać z Iowa i zostawić za sobą wszystkie związane z tym stanem wspomnienia. Ale kto mógłby jej pomóc? Nie miała pieniędzy. Jej siostra mogłaby po nią przyjechać, lecz trochę by to potrwało. Poza tym Emily także brakowało oszczędności. Wtedy przyszła jej do głowy pewna osoba.
Wiele miesięcy temu, po tym, jak otrzymała pudełko z sekretami Anthony'ego, postanowiła się skontaktować z Amber McCoy, narzeczoną Simona Johnsona. Czuła, że łączy je swoista więź: dwie kobiety skrzywdzone przez Anthony'ego Rawlingsa. Dzisiaj była przekonana, że Amber jej pomoże.
- Amber McCoy, prezes SiJo Gaming z Palo Alto w Kalifornii. Nie znam jej numeru.
Jane zapisała sobie dane, po czym odparła:
- Nic się nie martw, skontaktuję się z nią, zanim zdążą cię do mnie przyprowadzić.
- Dziękuję. - Claire wstała i podeszła do drzwi. - Naprawdę, Jane, dziękuję ci - powtórzyła. - W ogóle się tego nie spodziewałam... w ogóle.
- Porozmawiamy w samochodzie. A teraz zabieraj swoje rzeczy, bo czeka na ciebie wielki, wspaniały świat.
Jane patrzyła, jak Claire unosi głowę i się prostuje, po czym puka do drzwi, a strażnik zabiera ją do celi. Jeszcze przez kilka minut będzie traktowana jak więźniarka. Strażnik nie wiedział, że jest już wolną kobietą. W przeciwieństwie do ostatniego razu, kiedy prawniczka obserwowała eskortowaną Claire, tym razem pociechę stanowił fakt, że to już długo nie potrwa.
*
Jane zastanawiała się, dlaczego wszystko działo się tak bezproblemowo. Zabranie więźnia z zakładu karnego o średnim rygorze powinno być trudniejsze, a tu proszę - dzięki jednemu podpisowi gubernatora Claire Nichols siedziała teraz na fotelu pasażera w toyocie corolli, ubrana w dżinsy i traperki sprzed czternastu miesięcy.
Zdecydowała się włożyć bluzkę, którą przywiozła jej Jane. Była ciut przyduża, ale Claire zdawała się tym nie przejmować. Bardziej zajęta była podziwianiem widoków za szybą, wzdychaniem i wycieraniem oczu. Jane próbowała sobie wyobrazić, w jakim stanie znajduje się teraz jej klientka. To oczywiste, że była rozdygotana. Dopiero co jej całe życie gwałtownie się zmieniło - po raz kolejny. Coś takiego byłoby trudne dla każdego.
Co chwila Jane zerkała w lusterko wsteczne. Nic nie wskazywało na to, że są śledzone; jeśli jednak nadawca czeku na sto tysięcy dolarów wiedział o zwolnieniu Claire, Jane martwiła się, że ta osoba może czekać na opuszczenie przez nie więzienia.
- Nie rozmawiałam z panią McCoy - rzekła, przerywając milczenie - ale jej asystentka kazała ci przekazać, że na stanowisku American Airlines będzie na ciebie czekał bilet.
*
- Nie mam żadnego dowodu tożsamości. - Gdy Claire to sobie uświadomiła, poczuła przerażenie. Czy przez to przeoczenie na nowo trafi do więzienia?
- Ależ masz. Stan Iowa wystawił taki dokument, potwierdzając przekazanie ci twoich rzeczy. Masz wszystko, prawda?
Claire przycisnęła do siebie swój dobytek. Wszystko, co posiadała na tym świecie, znajdowało się w małej nylonowej torbie. Oprócz przedmiotów z celi torba skrywała kaszmirowy niebieski sweter i biżuterię, jaką miała na sobie w momencie aresztowania. Niewiele, jak na kobietę dwudziestodziewięcioletnią.
- Tak. Nie sądziłam, że ten dokument będzie ważny poza murami więzienia.
Skręciwszy na południe na drogę numer dwieście trzydzieści pięć, Jane wzięła głęboki oddech i poruszyła niewygodny dla niej temat.
- Muszę ci coś powiedzieć. Wniosek o ułaskawienie nie był moim pomysłem.
Myśli Claire Nichols, do tej pory uwięzione w swoistym transie, w końcu zostały uwolnione. Skupiła się na słowach wybawicielki - osoby, która uwolniła ją od życia w odosobnieniu - jednak po tak długim czasie spędzonym w samotności prowadzenie rozmowy nie było czymś prostym. Gorączkowo próbowała sobie przypomnieć, jak to się robi. Jeśli jedna osoba kończy mówić, to sygnał, że głos może zabrać druga. Jakoś sobie poradzi.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
Jane opowiedziała jej o anonimowej przesyłce, wypełnionym wniosku o ułaskawienie i czeku. Nie wspomniała o tym, czego się bała tuż przed przekroczeniem progu więzienia.
- Kto miałby wydać sto tysięcy dolarów, abym mogła wyjść na wolność? - zapytała Claire.
- Nie wiem.
Claire skupiła swoją uwagę na wyrazie twarzy, języku ciała i tonie głosu siedzącej obok niej kobiety. Uznała, że mówi prawdę. Jej prawniczka nie wiedziała, komu zawdzięcza wolność.
- Początkowo sądziłam - kontynuowała Jane - że osoba, która to zrobiła, nie chce, aby łączono jej nazwisko z twoim ułaskawieniem. Uznałam także, że chroni w ten sposób siebie przed twoim byłym mężem.
Claire przetrawiała jej słowa; to miało sens. Gdyby Tony się dowiedział, że ktoś jej pomógł w odzyskaniu wolności, kto wie, co mógłby zrobić. Wtedy dotarł do niej pełny sens wypowiedzi Jane.
- Początkowo? Co masz na myśli, mówiąc "początkowo"?
Toyota mknęła w kierunku międzynarodowego lotniska w Des Moines.
- Muszę przyznać, że przyszło mi do głowy coś jeszcze. - Claire się nie odzywała. Słuchała i patrzyła. Jane mówiła dalej: - A jeśli wniosek, list i pieniądze pochodzą z mało prawdopodobnego źródła, od osoby, dla której sto tysięcy dolarów to pikuś?
Claire szeroko otworzyła szmaragdowe oczy. Radosne uniesienie, które do tej pory przepełniało jej głowę, wyparowało.
- Myślisz, że to był T-Tony? - wyjąkała. Ogarnęły ją mdłości. - Czemu miałby się tak zachować?
- Naprawdę nie wiem. Uważam jedynie, że najlepsze, co możesz zrobić, to wyjechać z Iowa, najlepiej zanim zacznie się gorączka medialna.
Claire przycisnęła torbę do piersi. Przypomniała sobie bezlitosnych dziennikarzy i przede wszystkim swojego byłego męża. Dawne lęki sprawiły, że serce waliło jej jak młot. Spojrzawszy ponownie na Jane, dostrzegła, że prawniczka co jakiś czas zerka w lusterko wsteczne. A jeśli Tony albo ktoś inny je śledził?
- Tak właśnie zróbmy - rzekła.
*
Pracownica American Airlines nie zakwestionowała dowodu tożsamości wydanego przez stan Iowa. Wręczyła Claire kartę pokładową: pierwsza klasa do San Francisco, wylot za dziewięćdziesiąt minut.
Każdy krok Claire w stronę hali był coraz bardziej sprężysty. Choć żywo miała w pamięci niepokój i strach, jakie były jej udziałem za czasów życia z Tonym, desperacko starała się odsunąć je od siebie. Pomogły jej w tym zainteresowanie i życzliwość prawniczki. Claire tak naprawdę nie miała jeszcze czasu na to, aby zrozumieć, że odzyskała wolność. Odwracając się ku Jane, zapytała:
- Powiedz mi raz jeszcze o tym ułaskawieniu. Muszę się komuś meldować?
- Wszystko, co miało związek z oskarżeniem o usiłowanie zabójstwa, zostało unieważnione. Aresztowanie, twój wniosek, wyrok, wszystko usunięto z twoich akt. Jest tak, jakby to w ogóle nie miało miejsca. - Po czym dodała z emfazą: - Claire, czternaście ostatnich miesięcy w ogóle się nie wydarzyło.
- Trzydzieści sześć - poprawiła Claire.
Jane popatrzyła na swoją klientkę. Zobaczyła oczy ofiary sprzed ponad roku - nie było to spojrzenie potencjalnej zabójczyni. Smutek w połączeniu z konsternacją powiedział jej, że odzyskanie wolności nie okaże się takie proste. Wydostanie Claire zza krat Żeńskiego Zakładu Karnego stanu Iowa było łatwiejsze niż usunięcie z jej pamięci minionych trzech lat. Żadne słowa ani działania nie mogły uspokoić przepełnionych strachem myśli jej klientki. Jedynym celem Jane było bezpieczne wyprawienie Claire poza granice Iowa.
- Uważaj na siebie, proszę - rzekła, wyjmując jednocześnie z torebki kopertę i wizytówkę. - Tutaj masz numer do pracy, numer mojej komórki i adres mailowy. Gdybym w jakikolwiek sposób mogła ci pomóc, śmiało dzwoń albo pisz. W tej kopercie jest coś, co uważam, że powinno należeć do ciebie.
Claire powoli otworzyła kopertę. W środku znajdowało się pięćdziesiąt dolarów w banknotach dziesięciodolarowych i czek na sto tysięcy dolarów.
- Nie, Jane. Nie mogę tego przyjąć. To dla ciebie. To twoje honorarium za to, że mi pomogłaś.
- Gotówkę masz na nieprzewidziane wydatki, jakie mogą ci się trafić, zanim się spotkasz z przyjaciółką. A jeśli chodzi o czek, to absurdalna kwota za kilka godzin pracy. Te pieniądze przydadzą ci się na nowy start. Kiedy będziesz mogła, prześlesz mi odpowiednie wynagrodzenie za moje usługi.
- Ale nie wiemy, od kogo są te pieniądze.
- To prawda. Jeśli jednak od człowieka, którego podejrzewamy, nie ucieszyłby się na wieść, że trafiły do ciebie?
Claire uśmiechnęła się powoli i pokręciła głową.
- Nie. Nie ucieszyłby się. - Przeczesała tłum w poszukiwaniu znajomej twarzy, a kiedy jej nie znalazła, odetchnęła z ulgą. - I z tego powodu przyjmuję ten czek - dodała. Kobiety się uściskały. - Dziękuję ci, Jane, za wszystko.
Claire wyprostowała się i odwróciła w stronę wyjścia. Dosyć dawno nie leciała liniami komercyjnymi, ale wiedziała, że bez karty pokładowej jej towarzyszce nie wolno przejść dalej. Na szczęście innym także.
*
Jane patrzyła, jak Claire przechodzi przez odprawę, po czym znika w tłumie pasażerów. Z głośnym westchnieniem podziękowała Bogu, że nikt nie rozpoznał jej klientki i że dziennikarze jeszcze o niczym nie wiedzą. Nie miała pojęcia, jak długo uda się utrzymać w tajemnicy ułaskawienie i wylot Claire. Miała nadzieję, że czas ten okaże się wystarczająco długi.
*
Claire Nichols siedziała w rzędzie połączonych ze sobą czarnych krzeseł, trzymając na kolanach cały swój dobytek. Obserwowała, co się wokół niej dzieje. Ludzie rozmawiali, czytali, a niektórzy nawet spali. Co jakiś czas z głośników rozlegały się dudniące komunikaty. Informowano o najbliższych lotach i opóźnieniach. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Nikogo nie obchodziło to, że zaledwie przed czterema godzinami była więźniem stanu Iowa. Jej puls powoli się uspokoił. Jeszcze trzydzieści pięć minut i znajdzie się na pokładzie samolotu. Miała nadzieję, że jej lot nie będzie opóźniony. Może i nie pamiętała swojego przyjazdu do Iowa, ale rozkoszowała się tym, że w końcu opuszcza ten stan. I jej plany nie uwzględniały powrotu.
- Pani Nichols? - powiedział cicho do ucha Claire potężny pracownik ochrony.
Zaskoczona bliskością i słowami mężczyzny wydukała:
-Tak? Jestem Claire Nichols.
- Proszę pójść ze mną.
"O Boże, nie! Błagam, pozwól mi wsiąść do tego samolotu". W oczach Claire pojawiły się łzy, a w jej głowie rozległ się przenikliwy dzwonek alarmowy. Choć ogarnięta paniką, starała się mówić spokojnie:
- Przykro mi, ale nie mogę tego zrobić. Nie mogę się spóźnić na swój lot.
- Pani Nichols, proszę się udać ze mną, wszystko wyjaśnię pani w swoim biurze.
Zacisnęła dłonie na torbie, zastanawiając się nad dalszym działaniem. Nie powinna była zostawiać Jane, nie tak od razu. Miała wizytówkę prawniczki, mogła do niej zadzwonić. Kiedy się odezwała, w jej głosie dało się słyszeć niepokój.
- Naprawdę nie chcę pójść z panem.
Ludzie zaczęli im się przyglądać.
Mężczyzna rzekł do niej szeptem:
- Pani Nichols, pani bilet został anulowany. - Pokręciła głową. - Nic się nie dzieje. - Zbliżył usta do jej ucha, aby nikt nie mógł go podsłuchać, i szepnął: - Proszę się uspokoić, pani bilet anulowano, ponieważ przyleci po panią prywatny samolot.
Głos pracownika ochrony docierał do niej przez długi, ciemny tunel, który się zamknął. Została tylko ciemność...
Choć świat jest pełen cierpienia, jest także pełen zwycięstw nad nim.
Helen Keller
Rozdział 2
Claire obudziła się nagle; otworzyła szeroko oczy. Zobaczyła ciemność. Robiąc użytek z pozostałych zmysłów, poczuła miękkość pościeli i luksusowych poduszek oraz delikatny zapach bzu. Słyszała jednak tylko ciszę. W myślach próbowała odtworzyć wydarzenia ostatnich dwudziestu czterech godzin. Zbyt wiele się uzbierało tego wszystkiego. Niemniej jednak miała pewność, że nie znajduje się w więziennej celi.
Rozpaczliwie pragnąc wizualnego potwierdzenia, przeczesywała spojrzeniem ciemność w poszukiwaniu światła. Zaledwie metr od łóżka zlokalizowała wyświetlacz elektronicznego zegarka: była trzecia pięćdziesiąt siedem. Przez dziewięć minionych miesięcy codziennie budziła się równo o szóstej. Trybiki w jej głowie powoli się obracały; nie leżała na wąskim materacu, nie znajdowała się w swojej celi i, co ważniejsze, nie przebywała już w stanie Iowa. Była w Kalifornii. Dwugodzinna różnica czasu tłumaczyła jej wczesną pobudkę. W Iowa dochodziła szósta.
Claire zamknęła oczy i próbowała się delektować nowymi, komfortowymi warunkami, ale w jej głowie odbywała się gonitwa myśli. W końcu się poddała i wstała z łóżka. Choć miała ochotę pójść do kuchni, nie chciała obudzić Amber, nie po tym wszystkim, co dla niej zrobiła. Na myśl o nowej przyjaciółce na jej twarzy pojawił się uśmiech. Tak naprawdę aż do wczoraj ona i Amber spotkały się tylko jeden raz.
Claire, ubrana w T-shirt i krótkie spodenki pożyczone od nowej współlokatorki, udała się do przyległej łazienki. W drzwiach zatrzymała się, zapaliła światło i przyjrzała się pokojowi, w którym spała. W porównaniu z celą sypialnia wyglądała iście królewsko. Duże łóżko miało śliczny, obity kremowym materiałem zagłówek. Z podobnej tkaniny uszyto osłony karniszy. W pokoju panowała ciemność dzięki drewnianym, pionowym żaluzjom. Całości umeblowania dopełniały eleganckie, nowoczesne w stylu stoliki nocne, komody i biurko. Żaluzje w odcieniu jasnego złota pięknie kontrastowały z ciemnym parkietem. Strategicznie rozmieszczone kudłate dywaniki dodawały pomieszczeniu ciepła i na pewno tłumiły odgłosy kroków.
Claire odwróciła się w stronę łazienki i uśmiechnęła na widok umywalki, która wyglądała jak misa z zielonego szkła. Nad nią wisiało duże, oprawione w ramę lustro z kinkietami z obu stron. Spojrzała na swoje odbicie w lustrzanej tafli i znieruchomiała. Wyglądała jakoś inaczej. Chwilę później zrozumiała, o co chodzi: o uśmiech! Od tak dawna na jej twarzy nie gościł prawdziwy uśmiech.
Przyjrzała się sobie krytycznie: wyglądała młodziej, niż się czuła. Choć trzy ostatnie lata w sensie psychicznym mocno ją postarzyły, rok niewystawiania się na słońce okazał się korzystny dla cery. Przypomniała sobie, że wcześniej jej skórę pokrywała złota opalenizna. Pamiętała także, że miała jaśniejsze włosy, zarówno od słońca, jak i farbowania. Dzisiaj jej bladą twarz otaczały kasztanowe fale. Długie, gdyż od ponad roku w ogóle ich nie podcinała.
Claire przeszła na paluszkach na korytarz. Obok jej pokoju znajdowały się drzwi do innych pomieszczeń. Wczoraj wieczorem przekonała się, że jedno z nich to gabinet Amber, a w nim biurko, komputery i wszystko, czego potrzebowała, aby mieć stałą łączność ze swoją firmą. Kolejne drzwi prowadziły do pokoju wypoczynkowego i do jeszcze jednej sypialni. Na drugim końcu mieszkania mieściła się sypialnia Amber.
Claire weszła do salonu połączonego z chłodną kuchnią. Wszystko wyglądało perfekcyjnie. Choć było ją na to stać, Amber nie zatrudniała gosposi na pełny etat. Lubiła gotować, poza tym często jadała na mieście. Dwa razy w tygodniu przychodziła pani, która sprzątała i robiła pranie.
Choć pora była wczesna, Claire miała ogromną ochotę na prawdziwą, a nie więzienną kawę. Przyjrzała się stojącemu na granitowym blacie ekspresowi. Wyglądał inaczej niż te, które znała do tej pory. Czy przez czternaście miesięcy sposób parzenia kawy aż tak drastycznie się zmienił? Próbowała rozszyfrować sposób jego działania. Z boku stał metalowy stojak z różnymi rodzajami kawy w małych kapsułkach. W końcu dała za wygraną i usiadła przy stole. Panująca w mieszkaniu cisza oraz świadomość, że wolno jej robić, co tylko chce, sprawiły, że w głowie Claire odtworzyły się wydarzenia minionej doby. Patrząc przez okno na ciemne niebo, wspominała...
Kiedy odzyskała przytomność na lotnisku w Des Moines, pracownik ochrony gorączkowo próbował ją uspokoić. Gdy tylko znaleźli się w jego biurze, wręczył jej telefon. Wszystko jej wyjaśniła Amber McCoy.
- Przepraszam, nie chciałam cię wystraszyć. Tyle że po tym, jak Liz, moja asystentka, powiedziała mi, że zarezerwowała ci lot, zaczęłam się zastanawiać. Może ten środek ostrożności nie był potrzebny, ale po tym, co od ciebie usłyszałam, cóż, uznałam, że lepiej, aby po twojej podróży nie pozostał żaden ślad.
Rozsądne słowa Amber podziałały na Claire uspokajająco.
- Och, według mnie ma to sens. Chodzi jedynie o to, że kiedy usłyszałam "prywatny samolot", od razu pomyślałam, że przysłał go ktoś inny.
- Nic dziwnego, że spanikowałaś. Cieszę się, że udało mi się z tobą skontaktować. Samolot SiJo Gaming wkrótce po ciebie przyleci. Może do tego czasu zostań tam, gdzie jesteś?
Kiedy Claire oddała telefon pracownikowi ochrony, ten życzliwy człowiek zaproponował jej coś do jedzenia i picia. Popijając kawę i gorączkowo starając się uspokoić skołatane nerwy, myślała o tym, co powiedziała Amber. Z tego samego powodu Jane nikomu nie zdradziła, co robi. Przypuszczalnie dlatego gubernator Bosley zdecydował się nie ujawnić prasie jej nazwiska.
Pracownik ochrony zaprowadził Claire na płytę lotniska, gdzie lądowały nieduże samoloty prywatne, a także te należące do linii komercyjnych. Nigdy dotąd tu nie była. Tony trzymał swój samolot i inne samoloty należące do Rawlings Industries na małym prywatnym lotnisku pod Iowa City. Samolot przysłany przez Amber zdobiły duże niebieskie i zielone litery, układające się w "SiJo Gaming", nazwę firmy założonej przez Simona Johnsona. Claire przypomniały się duże niebieskie oczy Simona. Smutno jej się zrobiło na myśl o mężczyźnie, którego od czasu ukończenia pierwszego roku studiów widziała tylko raz.
Podczas lotu na drugi koniec kraju próbowała ogarnąć myślami ostatnie wydarzenia. Autentycznie zaskoczona była faktem, jak wiele osób nie tylko pragnie jej pomóc, ale też najwyraźniej dostrzega, co się kryje pod maską Anthony'ego Rawlingsa. Claire długo wierzyła, że jej były mąż jest nie do rozszyfrowania.
Skontaktowała się z Amber McCoy po otrzymaniu kartonu z informacjami dotyczącymi Tony'ego. Uznała, że nie powinna ukrywać prawdopodobnej przyczyny śmierci jej narzeczonego. Nie miała pewności, jaka będzie reakcja Amber. Jeśli przypuszczenia Claire pokrywały się z prawdą, można uznać, że to ona ponosi odpowiedzialność za śmierć Simona. Gdyby nie podjął próby kontaktu z żoną Anthony'ego Rawlingsa, możliwe, że nadal by żył.
Claire wiedziała, że nie dysponuje żadnym dowodem. Niemniej jednak przedstawiła Amber tę niewiarygodną opowieść o oszustwach i zemście. Okazała się na tyle przekonująca, że Amber jej uwierzyła. Choć w więzieniu Claire miała ograniczony dostęp do komputera, podczas kolejnych miesięcy wymieniły się wieloma mailami, w których dzieliły się informacjami mającymi związek z materiałami przysłanymi jej przez Tony'ego. Wspólnie udało im się odtworzyć sporą ich część.
Konieczność rekonstrukcji była skutkiem impulsywności Claire. W chwili słabości postanowiła bowiem wrzucić większość zawartości kartonu do więziennego pieca. Czasami przekonywała samą siebie, że to nie była słabość, lecz siła potrzebna do uwolnienia się od przeszłości - swego rodzaju oczyszczenie. Zupełnym przypadkiem zdecydowała się zostawić kilka materiałów, trochę zdjęć i raport oznaczony jako ściśle tajny.
Claire nie miała pewności, co zamierza zrobić, kiedy już odtworzy zawartość kartonu z informacjami. Sądziła, że będzie miała na to więcej czasu, ale oczywiście nie narzekała. Wyjście z więzienia prawie cztery lata przed terminem warte było niepewności dotyczącej jej zamiarów. Ona i Amber dalej zamierzały pracować nad zrozumieniem przeszłości Tony'ego, co będzie mogło mieć wpływ na jego przyszłość. Być może dołączą do nich jeszcze inne osoby. Claire nie miała pojęcia, czy Emily jest chętna podjąć wyzwanie.
Wiedziała, że siostra ją kocha, miała jednak także świadomość, że aresztowanie i zeznania Claire wywołały napięcie w ich wzajemnych stosunkach. Potwierdziły się oskarżenia i obawy Emily, którym Claire w czasie trwania swego małżeństwa żarliwie zaprzeczała. Te kłamstwa słono je obie kosztowały. Zgodnie z prawdą to Tony ponosił pełną odpowiedzialność za uwięzienie Claire, oskarżenie Johna o malwersacje i defraudacje oraz za całe zło, które wydarzyło się na tej planecie w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu lat. Gdy Claire odsiadywała wyrok, Emily starała się ją wspierać. Ich kontakty można było w najlepszym razie uznać za powierzchowne. Teraz priorytetem Claire było naprawienie relacji z siostrą.
Kiedy nieduży samolot przelatywał nad górami Santa Cruz, w Dolinie Krzemowej zapadał zmierzch. Powitały ją światła Palo Alto. Na płycie lotniska aż się roiło od ludzi i samolotów. To było prywatne lotnisko o jednym z największych natężeń ruchu w kraju.
Marząc o czapce niewidce, Claire modliła się w duchu, aby nikt nie zwrócił uwagi na jedyną pasażerkę samolotu SiJo Gaming.
Kiedy drzwi się otworzyły, pozwalając, aby do kabiny wpadło ciepłe powietrze, po raz kolejny zalała ją fala ulgi, że jest wolna. Zmiana scenerii dobrze zrobiła jej rozchwianym emocjom. Stawiając nogę za nogą, wyszła z samolotu. Po trzech latach życia pod nieustannym nadzorem niepewność tego, co czeka ją w Kalifornii, napawała Claire ekscytacją i przerażeniem.
Jej przyszłość leżała w jej rękach. Dwadzieścia cztery godziny temu było inaczej. Trzydzieści sześć miesięcy temu także. Claire wyprostowała się, uniosła wysoko głowę i rozejrzała po płycie lotniska.
Jakby świadoma tego, że Claire potrzebne było natychmiastowe potwierdzenie, z nieoznaczonego hangaru wyszła do niej Amber. Wyglądała zupełnie inaczej niż osiemnaście miesięcy temu podczas pogrzebu Simona. Nie w sensie fizycznym - Claire od razu rozpoznała szczupłą brunetkę. Inna była jej postawa: zamiast rozpaczy w jej oczach widać było pewność siebie. Ich spojrzenia się spotkały i Amber podeszła do Claire.
Na betonowej płycie przytuliły się dwie bratnie dusze, a jednocześnie nieznajome. Ten dzień był taki długi. Przytłoczona emocjami Claire była wdzięczna swojej nowej przyjaciółce za pomoc, potrzebowała jednak odrobiny spokoju. Amber to rozumiała i pojechały prosto do jej mieszkania, zatrzymując się po drodze tylko po to, aby kupić parę najpotrzebniejszych rzeczy.
Budynek, w którym mieściło się mieszkanie Amber, na obrzeżach centrum Palo Alto, z pokrytą stiukiem elewacją i pomarańczowymi dachówkami, doskonale się wpasowywał w otoczenie. Amber machnęła ręką ochroniarzowi, po czym wjechała do podziemnego garażu. Kiedy na trzecim piętrze wysiadły z windy, oczom Claire ukazały się szerokie korytarze, wiodące do wielu apartamentów. Amber wyjaśniła, że mieszka tu od lat, uwielbia okolicę, ludzi i miasto. Plusem było to, że niedaleko mieściła się siedziba SiJo Gaming. Nie musiała tracić czasu w korkach w San Francisco.
Dzięki parkietom, brązowoszarym ścianom i bocznemu oświetleniu w mieszkaniu było ciepło i przytulnie. Dwie kobiety usiadły na wysokich, wygodnych stołkach przy kuchennym stole i zaczęły się lepiej poznawać. Claire się rozejrzała, podziwiając szyk połączony z prostotą. Podobały jej się powściągliwa elegancja i wyczucie stylu. Nie było tu wystawności i okazałości, charakteryzujących rezydencję, w której mieszkała z były mężem, niemniej jednak wystrój był stylowy i elegancki. Granitowe blaty były idealnie gładkie. Stołki, na których teraz siedziały, okazały się na tyle wysokie, że stopy opierała o metalową podpórkę.
Rozmowa toczyła się powoli i spokojnie. Być może Amber wyczuwała oszołomienie Claire. Zjadły razem sushi, napiły się wina i mówiły o tym, co je łączy. Mijały godziny, za oknami zrobiło się zupełnie ciemno, a one wiedziały już dużo więcej na swój temat.
Dziewiętnaście godzin temu Claire obudziła się w więziennej celi. To był dzień, który zdawał się nie mieć końca. Była fizycznie i emocjonalnie wyczerpana. Amber najwyraźniej jednak uznała, że muszą przeprowadzić tę rozmowę. Claire nie była przygotowana na jej kolejne pytanie:
- Kochałaś Simona?
Ostatnimi czasy rozmowa nie była czymś, czego Claire miała pod dostatkiem, kiedy więc usłyszała tak osobiste pytanie, które mogło zaważyć na ich relacji, poczuła strach. Wiedziała, że jej odpowiedź może się przyczynić do utraty osoby, która chce jej pomóc. Zawahała się.
- Przed tamtym spotkaniem w Chicago nie widziałam się z Simonem, odkąd skończyliśmy pierwszy rok studiów.
- Wiem. Natomiast chcę się dowiedzieć, czy go kochałaś.
Claire opuściła głowę. Ten dzień okazał się dla niej za trudny - zbyt wiele zmian. Nie była w stanie przywdziać maski, która ukryłaby jej prawdziwe uczucia. Przygarbiła się. W jej oczach pojawił się smutek, choć była zanadto zmęczona, aby płakać.
- Sądziłam, że tak. Mieszkając w Valparaiso, wierzyłam w bajki. Wierzyłam w "żyli długo i szczęśliwie". Gdy wyjechał na staż, spodziewałam się, że wróci. Kiedy tak się nie stało, czekałam, aż mnie poprosi, żebym do niego dołączyła. Nie robiąc tego, złamał mi serce. - Claire wstała, przekonana, że Amber nie będzie jej już chciała gościć. - Gdy zobaczyłam go w Chicago, przypomniały mi się tamte uczucia. Miłość Simona była bezwarunkowa. Nie wiesz, przez co przeszłam z Tonym, ale na pewno nie opisałabym tego słowem "bezwarunkowość". - Zawahała się, wyjrzała przez duże okno i zobaczyła w dole spokojną, wysadzaną drzewami ulicę, rozświetloną starodawnymi latarniami. Choć Amber milczała, Claire nie patrzyła jej już w oczy. - Kiedy go wtedy zobaczyłam, ogarnął mnie smutek. Nie miałam pojęcia o tobie. Nie zapytałam go, czy jest żonaty albo zaręczony. Wiedziałam jedynie, że pokochanie kogoś pokroju Simona to coś, czego już nigdy nie będzie mi dane doświadczyć, że utraciłam coś prawdziwego, czego nigdy nie odzyskam. - Wsunęła taboret pod stół. - Dziękuję, że umożliwiłaś mi opuszczenie Iowa. Kiedy tylko spieniężę czek, zwrócę ci wszystkie koszty. Postaram się znaleźć sobie na dzisiejszą noc jakiś nocleg.
- Dlaczego wychodzisz? - Na twarzy Amber malowało się zdumienie.
- Po tym, co właśnie powiedziałam, nie chcesz, żebym sobie poszła?
Amber obeszła stół i stanęła przed Claire. Dwie kobiety były tak różne, a jednak podobne: obie miały ciemne włosy, ale Amber była ciut wyższa od Claire, a jej oczy były piwne, a nie zielone. Choć nie skończyły jeszcze trzydziestu lat, życie dostarczyło im więcej smutku, niż na to zasługiwały.
- Nie chcę. - Zaskoczona Claire zrobiła krok do tyłu. Zdecydowanie za dużo emocji jak na jeden dzień. - Simon cię kochał. Gdyby jego miłość była nieodwzajemniona, bez problemu potrafiłabym cię znienawidzić, ale skoro odwzajemniałaś jego uczucie, skoro rzeczywiście go kochałaś te dziesięć lat temu, cóż, mogę się z tym jedynie pogodzić.
Claire wpatrywała się w stojącą przed nią kobietę.
- Przepraszam. - Pokręciła głową. - Nie rozumiem, co mówisz.
- Mówię... - Amber wzięła Claire za rękę - ...że chcę, abyś tutaj została, a przynajmniej w Palo Alto, i chcę ci pomóc ułożyć sobie życie od nowa. - Uśmiechnęła się szeroko. - Zamierzam się dowiedzieć więcej na temat twojego byłego męża, ale nie dzisiaj. Chętnie pomogę ci w tym, co uważasz za konieczne, aby odpłacić mu za to, co ci zrobił, bez względu na to, czy będzie to zemsta, czy jedynie pokazanie mu, że dajesz sobie radę bez niego. Pragnę uczcić pamięć Simona tym, że dwie kobiety, które go kochały, zjednoczą się we wspólnym celu.
- Dziękuję ci i przykro mi bardzo, że nie zdążyliście się pobrać. Jeśli rzeczywiście miałam z tym coś wspólnego, bardzo, ale to bardzo przepraszam. - Claire przytrzymała się krzesła.
- Simon miał. Nie ty. Taki już był. Nie czuj zbyt wielkich wyrzutów sumienia. Przez wiele lat byliśmy przyjaciółmi i współpracownikami. Nasza miłość kwitła. Miałam szczęście, że Simon pojawił się w moim życiu. Choć nie wzięliśmy ślubu, zabezpieczył mnie finansowo. Pozwól, że się tym z tobą podzielę.
- Dziękuję, ale nigdy więcej nie chcę być od nikogo zależna. Muszę się stać panią samej siebie.
- Świetnie. Poczuję się zaszczycona, mogąc ci w tym pomóc. Pozwolisz mi, abym ci pomogła stanąć na własnych nogach?
Claire pomyślała o swoim życiu. Zniknęli z niego wszyscy, których znała, zanim wyszła za mąż. Nawet siostra się od niej oddaliła. Znajomi, których poznała w czasie, gdy była z Tonym, albo się bali, albo rzeczywiście wierzyli, że próbowała otruć męża. Z Courtney kontaktowała się potajemnie. Wpływy Tony'ego nie miały granic. Czy choć jedna osoba chciała jej pomóc, tak po prostu?
- Jesteś cierpliwa? - zapytała Claire.
W oczach Amber pojawił się uśmiech.
- Podobno mam z tym problem.
- No i dobrze. - Claire się uśmiechnęła. - Już się zaczęłam zastanawiać, czy przypadkiem nie masz aureoli.
- Jeszcze się przekonasz, że czasami wyrastają mi rogi.
- Chętnie przyjmę twoją pomoc. Nie znoszę myśli, że muszę to zrobić, ale wiem, że powinnam... i dziękuję ci.
Gdy tamtego wieczoru położyła się w końcu spać, rozmyślała o swoim nowym położeniu. W jej życiu pojawiło się wiele zmian - dzięki tym najnowszym czuła się wykończona, ale jednocześnie zaciekawiona i pełna optymizmu.
Te przyjemne uczucia nie opuszczały jej, kiedy siedziała przy stole w kuchni i próbowała wymyślić, co zrobić ze swoim życiem. Tuż po piątej dołączyła do niej zaspana Amber.
- Dzień dobry, nie jestem przyzwyczajona do tego, że mam współlokatorkę. Przestraszyło mnie światło.
- Przepraszam. Obudziłam się wcześnie przez różnicę czasu.
- Chcesz kawy? - zapytała Amber. Wybrała ze stojaka kapsułkę i umieściła ją w górnej części ekspresu. Następnie wcisnęła kilka przycisków i urządzenie zaczęło działać.
Claire powoli podeszła do blatu.
- Obawiam się, że porywasz się z motyką na słońce. Wygląda na to, że nie umiem nawet zaparzyć kawy.
Amber się zaśmiała.
- To dość nowy typ ekspresu. Najtrudniejszy jest wybór smaku.
Claire powiedziała, że powinna zadzwonić do Emily, nim w mediach pojawią się informacje o jej ułaskawieniu. Amber przyniosła jej swój laptop.
- Możesz w nim poszukać numeru do siostry. Śmiało korzystaj także z telefonu i dzwoń, kiedy tylko będziesz chciała.
Claire pomyślała o tym, że ma teraz nieograniczony dostęp do mediów. Z całą pewnością będzie jej potrzebna pomoc nie tylko w parzeniu kawy.
Numer Emily był zastrzeżony, ale Claire przypomniało się, że jest on wpisany do dokumentów, które otrzymała przy wyjściu z więzienia; Emily była jej osobą kontaktową. Słuchając sygnału, miała nadzieję, że uda jej się złapać siostrę, zanim ta wyjdzie do pracy. W Indianie było już po ósmej. Kiedy włączyła się automatyczna sekretarka, Claire się rozłączyła. Nie chciała zostawiać wiadomości. A jeśli telefon Emily był na podsłuchu? Wiedziała, że brzmi to paranoidalnie, ale jak to mówią? To, że masz paranoję, nie znaczy, że nikt na ciebie nie czyha.
W czasie gdy Amber szykowała się do pracy, Claire nie wypuszczała z rąk laptopa. Tak wiele informacji miała dosłownie na wyciągnięcie ręki. Łącze internetowe okazało się znacznie szybsze niż w więzieniu. Pochłonięta była cyberprzestrzenią, kiedy w salonie rozległ się jakiś dźwięk. Ktoś przebywał w mieszkaniu.
Do kuchni wszedł swobodnym krokiem przystojny mężczyzna w znoszonych dżinsach i białym T-shircie. I bez butów. Miał jasne, faliste włosy, a na twarzy cień zarostu kogoś, kto się dziś jeszcze nie golił. Nie wiedząc, co zrobić, Claire cicho siedziała i obserwowała, jak zaspany nieznajomy podchodzi do tajemniczego ekspresu do kawy. Uruchomiwszy go bez najmniejszego problemu, odwrócił się w stronę stołu i zobaczył Claire. Uśmiechnął się szeroko, a wokół jasnoniebieskich oczu pojawiły się zmarszczki mimiczne.
- Och, cześć, ty pewnie jesteś Claire. - Oparł się o blat i bez skrępowania jej się przyglądał.
Nagle poczuła, że jest nieodpowiednio ubrana. Nie żeby musiała mieć na sobie jakiś formalny strój, po prostu przydałoby się coś więcej niż koszulka i krótkie spodenki. Nie mogła nie zauważyć szczupłego, wysportowanego ciała mężczyzny, jego długich nóg i wyraźnego braku skrępowania.
- Zgadza się. Masz nade mną przewagę, gdyż znasz moje imię, ja natomiast nie wiem, kim jesteś.
Nie licząc strażników, minęło sporo czasu, odkąd rozmawiała z mężczyzną. Dotarło do niej, że to pewnie nowa miłość Amber. Nie mogła się oprzeć wrażeniu, że jej przyjaciółka dość szybko pogodziła się ze stratą Simona. To nie było oskarżenie, jedynie obserwacja, zwłaszcza po ich wczorajszej rozmowie. Pomyślała także, że powinna przestać się w niego wpatrywać. Może i był przystojny, ale absolutnie nie miała ochoty na spięcia pomiędzy Amber a jej chłopakiem.
Mężczyzna wyciągnął rękę i podszedł do niej.
- Przepraszam, mam na imię Harry. Miło cię w końcu poznać.
- W końcu? - zapytała, podając mu dłoń.
- Cóż, odkąd kilka miesięcy temu skontaktowałaś się z Amber, dużo mi o tobie opowiadała.
Do kuchni weszła Amber. Nie była już stylową kobietą w swobodnym stroju z wczorajszego wieczoru ani zaspaną dziewczyną w szlafroku. Teraz to była pani McCoy, prezes SiJo Gaming. Wszystko, począwszy od ubioru, a skończywszy na włosach upiętych w kok, świadczyło o profesjonalizmie. Claire pomyślała, że gdyby na lotnisko wyjechała po nią taka wersja Amber, poczułaby onieśmielenie. Ta myśl zniknęła, gdy tylko Amber się odezwała. W jej głosie słychać było radość i entuzjazm.
- Claire, widzę, że poznałaś już mojego brata. Harry mieszka na tym samym piętrze i uważa, że łatwiej jest sępić ode mnie niż samemu robić zakupy. - Uśmiechnęła się i pocałowała brata w policzek.
Też się do niej uśmiechnął.
- Po prostu lubię twój ekspres.
- I moje płatki, i moje tosty, i moje... - Amber się zaśmiała.
Claire delektowała się ich wesołością. Naprawdę nie pamiętała, kiedy ostatni raz dane jej było doświadczyć tak swobodnej atmosfery.
Pijąc kawę, zapytała:
- Czym się zajmujesz, Harry? Nie wyglądasz na wyszykowanego do pracy tak jak twoja siostra.
Amber ponownie się roześmiała.
- Co masz na myśli? Ten facet porządniej się nie ubierze.
- Hej, to nieprawda. Noszę buty... czasami. - Mrugnął do Claire. Poczuła, że się rumieni. Nie miała pojęcia dlaczego. Pozostali jednak nie zwrócili na to uwagi. - Cóż, przez kilka kolejnych dni moja praca to ty - oświadczył, po czym z kubkiem kawy w dłoni usiadł na krześle naprzeciwko Claire i spojrzał jej w oczy.
Ponownie oblała się rumieńcem.
- Ja? Nie rozumiem.
- Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza - odezwała się Amber. - Bardzo bym ci chciała pomóc zadomowić się w Kalifornii, ale w pracy strasznie dużo się dzieje. Właśnie wypuszczamy na rynek nową grę. Z kolei Harry jest bardziej elastyczny. Poprosiłam go, aby ci pomógł we wszystkim, co będzie trzeba.
Claire rozważała przez chwilę jej słowa.
- Dziękuję, Harry. Muszę się najpierw zastanowić, od czego zacząć.
- Bez pośpiechu - odparł, pijąc kawę. - Ale tak sobie pomyślałem, że będą ci potrzebne jakieś dokumenty, powinnaś więc postarać się o wystawienie odpisu aktu urodzenia. Kiedy go otrzymasz, będziesz mogła się zająć takimi sprawami jak założenie konta w banku. A potem możliwości są nieograniczone.
- Telefon - powiedziała Claire marzycielskim tonem. - Chciałabym mieć telefon.
Harry i Amber uśmiechnęli się do siebie.
- To może być nasze pierwsze zadanie - oświadczył.
Żadne z nich nie rozumiało, jak wielkie znaczenie będzie mieć dla niej to zwyczajne przecież urządzenie.
Pogrążona w myślach Claire kontynuowała:
- I jakieś ubrania, ale to może poczekać, dopóki nie będę mieć konta.
Amber zaoferowała na początek pożyczkę. Claire zawahała się, ale wiedząc, że jest w posiadaniu czeku, się zgodziła.
- Kiedy już będę mieć akt urodzenia, uda mi się wyrobić kalifornijskie prawo jazdy?
- A umiesz prowadzić? - zapytał żartobliwie Harry.
Kiwnęła głową.
- W takim razie nie widzę przeszkód.
W szmaragdowych oczach Claire pojawił się błysk. Kto by pomyślał, że jej nowym domem stanie się Kalifornia?
- No więc w jaki sposób muszę załatwić ten odpis aktu urodzenia?
- Co powiesz na to, żebyśmy najpierw zjedli u mojej siostry śniadanie?
Idąc w stronę swojej sypialni, Amber zawołała przez ramię:
- Rozumiesz, o co mi chodzi?
Dobrze kłamie ten, kto w wypowiadane przez siebie kłamstwa wierzy całym sercem. I bardziej się to nawet odnosi do okłamywania samego siebie niż innych.
Elizabeth Bear
Rozdział 3
Jane Allyson patrzyła, jak śnieg z deszczem smaga okno w jej niewielkim, ale gustownie urządzonym gabinecie. Przez szybę Des Moines wyglądało jak smutny obraz jakiegoś impresjonisty. Chciała się skoncentrować na prowadzonych obecnie sprawach. Pracy miała aż nadto, jednak jej myśli co rusz biegły ku Claire Nichols.
Pewnego wieczoru zadzwoniła komórka Jane. Zaledwie półtora tygodnia po tym, jak zawiozła Claire na międzynarodowe lotnisko w Des Moines, usłyszała jej pełen optymizmu głos. Nie rozmawiały długo, ale przekaz słów wypowiadanych przez jej klientkę był wystarczająco wyraźny.
Układała sobie życie od nowa i całkiem nieźle jej szło. Poinformowała także Jane o tym, że wysłała pocztą czek za jej usługi. Tym, czego nie powiedziała, ale co Jane i tak usłyszała, była odzyskana determinacja. Bez względu na to, gdzie teraz Claire przebywała, podnosiła się po minionych trzech latach - z kokonu nareszcie wyłaniał się motyl.
Było tak, jakby Jane słyszała zdecydowanie, z jakim wypowiadała się jej klientka podczas przesłuchań na sali sądowej w Iowa City w dwa tysiące jedenastym roku. Choć miała od tamtego czasu wielu klientów, wystarczyło, że zamknęła oczy, a widziała siedzącą za metalowym stołem Claire Rawlings, opowiadającą o pełnym udręki życiu z Anthonym Rawlingsem. Wtedy czuła względem tej drobnej kobiety przede wszystkim współczucie i szacunek. Wiele ofiar nie było w stanie opowiadać o swoich przejściach z takimi szczegółami, jak Claire, zwłaszcza mając takiego przeciwnika, a jednak z każdym wypowiadanym przez siebie zdaniem pani Rawlings wydawała się coraz bardziej zdeterminowana.
Okazało się to zupełnie bez znaczenia. Po tym, jak prokurator Marcus Evergreen oplótł zeznania Claire swoją siecią, rozsądnie wybrała więzienie zamiast publicznego prania brudów na sali sądowej. Kiedy sędzia odczytał wyrok, Claire Nichols przyjęła go z godnością.
Podczas niedawnej rozmowy telefonicznej Jane nie tylko wyczuła odzyskaną determinację, ale też usłyszała nadzieję i optymizm - coś, co pani Nichols utraciła dawno temu. W ogóle nie rozmawiały o tym, gdzie znajduje się teraz Claire. Jane uważała, że lepiej nie wiedzieć - wiarygodna możliwość późniejszego zaprzeczenia.
Wyglądając przez okno na zimny poranek, nie żałowała tego, że złożyła wniosek o ułaskawienie. Żywiła przekonanie, że bez względu na konsekwencje, przywrócenie wolności Claire Nichols było czymś słusznym. Na szczęście partnerzy w kancelarii byli takiego samego zdania i jej pozycji w firmie nic nie zagrażało.
Dziś rano, kiedy szykowała się do pracy, zobaczyła w lokalnych wiadomościach twarz Claire. Informacja o jej ułaskawieniu przedostała się do mediów dwa tygodnie po fakcie. Jane się uśmiechnęła. Nie miała pojęcia, jak gubernatorowi Bosleyowi udało się trzymać ten fakt tak długo w tajemnicy, ale była mu za to wdzięczna.
Chodziły słuchy, że Richard Bosley gaśnie w oczach. Rak trzustki dawał przerzuty do kości.
Jane rozsiadła się wygodnie w skórzanym fotelu i popijając ciepłą kawę, rozmyślała o czekającym ją spotkaniu. Jej wcześniejsza radość zniknęła, kiedy po wejściu do gabinetu przekonała się, że czeka na nią kilka naglących wiadomości od sekretarki Anthony'ego Rawlingsa. Wyglądało na to, że wczoraj wieczorem pan Rawlings dowiedział się o ułaskawieniu Claire. Choć wyprzedził media, i tak się spóźnił o dwa tygodnie. Jane uśmiechnęła się i pomyślała, że cuda się jednak zdarzają.
Sekretarka pana Rawlingsa poprosiła ją, aby bezzwłocznie przyjechała do Iowa City na spotkanie z jej przełożonym. Jane ciekawiło, ilu ludzi rzuciłoby wszystko w obliczu takiego wezwania. Grzecznie poinformowała sekretarkę, że jest zaangażowana w bardzo ważne sprawy i że musi sprawdzić swój grafik. Po długiej chwili milczenia, podczas której wyglądała przez okno, obserwując szare chmury, oświadczyła, że do Iowa City będzie się mogła wybrać za tydzień, licząc od czwartku. Jej rozmówczyni była wyraźnie skonsternowana faktem, że Jane odważyła się przeciwstawić wszechmocnemu Anthony'emu Rawlingsowi.
Kilka minut później zadzwonił telefon Jane. Tym razem nie była to prośba. Sekretarka pana Rawlingsa poinformowała ją, że o dziesiątej w jej gabinecie zjawi się pan Rawlings. Dzisiaj. Początkowo Jane chciała przesunąć spotkanie i powiedzieć, że jest zajęta, uznała jednak, że bezpośredni kontakt z byłym mężem jej klientki pozwoli ustalić, czy to on jest anonimowym darczyńcą.
Jeśli Jane wyczuje, że to nie Anthony Rawlings przyczynił się do ułaskawienia Claire, nie wspomni o tym, w jaki sposób trafił do niej wniosek, zachowując w tajemnicy istnienie darczyńcy.
Z rozmyślań wyrwał ją głos jej asystentki, który rozległ się w stojącym na biurku głośniku:
- Pani Allyson, jest tutaj pan Rawlings w towarzystwie swojego prawnika, pana Simmonsa.
Jane odetchnęła głęboko.
- Wpuść ich, proszę.
Zobaczywszy minę przedsiębiorcy, od razu wiedziała, że to nie Anthony Rawlings przysłał jej wniosek i czek. Widać było, że zjawił się tu dzisiaj, aby poznać odpowiedzi. Skoro nie był to on, w takim razie kto?
- Witam panów. - Skinęła im głową. - Proszę usiąść. - Pokazała na stojące naprzeciwko biurka dwa fotele. Choć to pomieszczenie z całą pewnością nie było równie okazałe, jak gabinety jej gości, ona tu rządziła i ona zajmie honorowe miejsce. Zamknęła drzwi i usiadła w swoim fotelu. - No dobrze, panowie, czemu zawdzięczam dzisiejszą wizytę?
Pierwszy odezwał się pan Simmons.
- Mój klient dowiedział się, że ósmego marca złożyła pani u gubernatora Bosleya wniosek o ułaskawienie Claire Nichols.
- Zgadza się.
- Mój klient chciałby się dowiedzieć, dlaczego taki wniosek został złożony, na jakiej podstawie i na czyje zlecenie.
- Panowie, pani Nichols nigdy nie została skazana za popełnienie przestępstwa. Wnioskowała o wyrok bez orzekania o winie. Nie było to równoznacznie z przyznaniem się do winy. Podczas odsiadywania wyroku cieszyła się nienaganną opinią. Była idealną kandydatką do ułaskawienia, a jeśli chodzi o to, kto mnie zatrudnił, jestem pewna, że znane jest panom słowo "poufność".
- Dlaczego nie zostałem o tym powiadomiony? - Najwyraźniej pan Rawlings nie był już w stanie dłużej się gryźć w język.
- A czemu miałoby się tak stać?
- Dla mojego bezpieczeństwa. Ta kobieta próbowała mnie zabić!
- Grożono panu... - Jane nachyliła się w jego stronę i kontynuowała: - ...odkąd moja klientka opuściła więzienie?
- Nie. Wczoraj wieczorem dowiedziałem się o ułaskawieniu.
- Wygląda na to, że niepotrzebnie się pan martwi. Miała dwa tygodnie, aby dokończyć to, co według pana słów rozpoczęła. - Prawniczka uśmiechnęła się szeroko. - A jednak jest tu pan nadal z nami.
Anthony Rawlings mocno się starał, aby na jego twarzy malowała się obojętność.
- Wie pani, gdzie teraz przebywa pani Nichols? - zapytał pan Simmons. - Mój klient dla własnego bezpieczeństwa powinien to wiedzieć.
- Nie mam pojęcia. Jestem przekonana, że mają panowie świadomość tego, iż w przypadku ułaskawienia historia karalności zostaje wymazana. Pani Nichols nie musi się sądowi z niczego spowiadać. Może przebywać tam, gdzie tylko ma ochotę. Co więcej, nie jest od niej wymagane, aby informowała sąd czy stan Iowa o miejscu swojego pobytu. Zawiozłam ją na lotnisko i tam się z nią pożegnałam. Nic więcej nie mam panom do powiedzenia.
- Miała bilet do San Francisco - mówił dalej prawnik pana Rawlingsa - ale rezerwacja została anulowana. Wie pani, dokąd w takim razie poleciała?
Jane nie miała pojęcia o anulowanym bilecie. Bardzo się cieszyła, że Claire do niej zadzwoniła. W przeciwnym razie ta informacja mocno by ją zaniepokoiła. Teraz jednak mogła grać zaskoczoną.
- Nic nie wiem o odwołanej rezerwacji i, jak już mówiłam, nie znam miejsca pobytu mojej klientki.
- Pani Nichols miała bilet w pierwszej klasie. Jak to możliwe, że było ją na to stać? - kontynuował pan Simmons.
- Jak już wspomniałam, pewne sprawy wymagają poufności. - Jane wstała. - Panowie, czy to wszystko? Mam pracę...
Przerwał jej niski i groźny głos Anthony'ego.
- Pani Allyson, nie podoba mi się ten obrót wydarzeń. Planuję poznać tożsamość wszystkich osób zaangażowanych w tę pomyłkę sądową, a oczywiste jest, że dużą w tym wszystkim rolę odegrała właśnie pani.
Stojąc, Jane spojrzała Rawlingsowi w oczy. Coś takiego było jej mocną stroną, dlatego właśnie została prawnikiem.
- Panie Rawlings, byłam obrończynią pańskiej byłej żony podczas jej procesu. Reprezentowałam ją wtedy i z przyjemnością zrobiłabym to ponownie. Jeśli chce pan złożyć zażalenie w sprawie jej ułaskawienia, sugeruję przedstawić je Richardowi Bosleyowi. To jego podpis otworzył drzwi jej celi. - Zaczęła mówić wolniej. - I jestem przekonana, że człowiek o pańskiej renomie nie chciałby, aby jego troskę o własne bezpieczeństwo odebrano jako groźbę. Nie licowałoby to z pańskim wizerunkiem filantropa, no i, jeśli wolno mi dodać, coś takiego jest niezgodne z prawem.
Pan Simmons wstał i oświadczył:
- Ma pani rację, pani Allyson. Mój klient jest wytrącony z równowagi niedawnymi wydarzeniami. Jego niepokój jest zrozumiały. Bądź co bądź pani Nichols już raz próbowała zrobić mu krzywdę. To naturalne, że przejmuje się tym, iż może próbować zrobić to ponownie.
- Tak, panie Simmons, rozumiem, że pana klient martwi się tym, iż moja klientka zrobi mu krzywdę.
*
Tony nie był zadowolony, słysząc tę zawoalowaną sugestię prawniczki. Nie chciał, aby Brent dowiedział się, o co oskarżała go Claire. Wstał i przywołując swój najbardziej przyjazny ton, rzekł:
- Dziękuję, pani Allyson. Cieszę się, że rozumie pani mój niepokój, i mam nadzieję, że go pani błędnie nie zinterpretuje. Jeśli przypomni się pani coś więcej na temat wylotu pani Nichols lub pozna miejsce jej pobytu, byłbym wdzięczny za informację. - Wyciągnął rękę.
Jane zdecydowanym gestem ją uścisnęła.
- Panie Rawlings, będzie pan jedną z pierwszych osób, które o tym poinformuję. To wszystko?
- Tak, myślę, że tak.
*
Kiedy dwaj mężczyźni opuścili jej gabinet, Jane opadła na skórzany fotel i głośno odetchnęła. Nieźle. Uśmiechnęła się do siebie. To zabawne, ile przyjemności może sprawić jeden mały wniosek.
*
Siłownia na dolnym poziomie apartamentowca była wyposażona w najnowszy sprzęt i gwarantowała dbałość o formę. Claire z pójściem na trening czekała zazwyczaj do wpół do ósmej. Większość mieszkających tu osób korzystała z siłowni przed wyjściem do pracy, więc między piątą a siódmą rano miejsce to tętniło życiem. Jako że Claire nie pracowała, uznała, że lepiej będzie poczekać, aż w siłowni zrobi się luźno.
W pomieszczeniu wisiało kilka płaskich telewizorów, w których emitowano programy z napisami. Claire oglądała i czytała. Nigdy więcej nie zamierzała dopuścić do sytuacji, w której nie wie, co się dzieje na świecie. Wyświetlacz na orbitreku pokazywał, że zostało jeszcze dziewięć minut treningu. Zmusiła nogi do pracy, tęskniąc za formą z czasów sprzed więzienia.
W myślach układała listę rzeczy do zrobienia. Na jedenastą była umówiona w San Francisco z jubilerem. Odkąd weszła w posiadanie odpisu aktu urodzenia, zaspokoiła wiele swoich potrzeb: miała już prawo jazdy, konto w banku, ubrania, telefon, komputer, kosmetyki, używane auto i ubezpieczenie. Rozpierała ją duma z hondy, która dla niej była przecież nowa. Ten sam model, który miała w Atlancie, tyle że kilka lat nowszy. Oczywiście zapłaciła także Jane Allyson za jej pracę.
Claire nie rozgłaszała miejsca swego pobytu, wiedziała jednak, że bez nowej tożsamości nie jest możliwe ukrycie się przed całym światem. Starając się nie zostawiać po sobie śladów w postaci transakcji przy użyciu karty kredytowej, wszędzie płaciła gotówką. Niedawne wydatki mocno uszczupliły kwotę, jaką dysponowała po spieniężeniu anonimowego czeku. Choć w tej chwili nie miała stałych wydatków, niedługo to się zmieni. Wkrótce będzie mogła wynająć mieszkanie z jedną sypialnią na drugim piętrze. Dobrze było mieszkać po sąsiedzku z Amber i Harrym, ale niepokoiła ją niewiadoma w kwestii przyszłej pracy.
Znalezienie jakiejś posady znajdowało się wysoko na liście jej priorytetów; nie było to jednak takie proste. Chciała pracować w branży meteorologicznej. Wypadnięcie z rynku na kilka lat i chęć unikania wszystkich stacji czy firm związanych z Rawlings Industries mocno ograniczały jej możliwości.
Jeszcze sześć minut na orbitreku.
Nie mając pracy, potrzebowała pieniędzy. Pewnego wieczoru podczas rozmowy z Emily wypłynął temat jej biżuterii. W momencie aresztowania Claire miała na sobie naszyjnik z brylantami, brylantowe kolczyki, zegarek z brylantami, no i oczywiście pierścionek zaręczynowy i obrączkę. Gdyby zależało to wtedy od niej, miałaby tylko dwie ostatnie rzeczy. Teraz, z wysiłkiem ćwicząc podczas tych ostatnich minut treningu, Claire się uśmiechnęła. Gdyby tylko jej były mąż wiedział, jak pomocne okaże się to, że tamtego dnia nalegał, aby założyła tę całą biżuterię. Celem dzisiejszego spotkania z jubilerem było ocenienie jej wartości.
Harry polecił jej pana Pulvarę. Właściwie to nie był jubiler, lecz pośrednik w handlu luksusową biżuterią. Nie trzeba eksperta, aby stwierdzić, że należące do Claire precjoza są doskonałej jakości; pan Pulvara spotykał się jednak wyłącznie z klientami z polecenia. A ją poleciła mu Amber.
Claire ceniła także koneksje Harry'ego, które znacznie przewyższały możliwości jego pracy na stanowisku kierownika ochrony w SiJo Gaming. Amber lubiła żartować, że jest szefem swojego brata. Niemniej dzięki ukończeniu kryminologii i pięcioletniej pracy detektywa w wydziale sprawiedliwości agencji śledczej stanu Kalifornia, był na to stanowisko aż nadto wykwalifikowany.
Na wyświetlaczu orbitreku pokazały się dwie minuty do końca. Na szczęście opór zmalał.
Claire ponownie się skoncentrowała na telewizji. Nagle zabrakło jej tchu, nie z powodu wysiłku fizycznego, lecz na widok tego, co pojawiło się na ekranie. Wpatrywała się bezradnie w swoje zdjęcie ślubne - to, które zostało swego czasu przekazane mediom. Początkowo nie była w stanie się skoncentrować na przesuwającym się w dole ekranu pasku z informacjami. W końcu jej się udało i przeczytała:
...Bosley, u którego zdiagnozowano zaawansowanego raka trzustki. Pozostaje niejasne, dlaczego nazwisko pani Nichols nie zostało podane do wiadomości publicznej. Gubernator Preston zapowiedział dochodzenie w tej sprawie. Rzeczniczka prasowa pana Anthony'ego Rawlingsa oświadczyła, że pan Rawlings jest zaszokowany takim obrotem spraw. Na razie pozostawia to bez komentarza. Stacji MSMBC nie udało się dotrzeć do pani Nichols, aby uzyskać jej komentarz.
Nie poruszała już nogami; to maszyna ją prowadziła. Wpatrywała się w telewizor, choć prezenter przedstawiał już inne wydarzenia. Kiedy stanęła na podłodze, mięśnie miała napięte. Wiedziała, że teraz powinna się porządnie rozciągnąć i choć jej nogi protestowały, rozsądek wygrał.
Popatrzyła w lustra zakrywające całą jedną ścianę. Zazwyczaj nie lubiła oglądać siebie czerwonej i spoconej; dzisiaj jednak nie potrafiła odwrócić wzroku. Czy inni oglądający ten sam program ją rozpoznają? Panna młoda ze zdjęcia była piękna i rozpromieniona. Z porcelanową cerą, jasnymi włosami i w sukni od znanego projektanta wyglądała zupełnie inaczej niż kobieta w lustrze. Zdecydowanie więcej było różnic niż podobieństw.
Kiedy jechała windą na trzecie piętro, w jej głowie odbywała się szaleńcza gonitwa myśli. Weszła do mieszkania i zawołała Amber. Cisza. Pewnie zdążyła już wyjść do pracy. Claire usiadła przy stole w kuchni, ignorując pot spływający po plecach i między piersiami. Uruchomiła swój nowy laptop. Sięgnęła też po telefony. Posiadała dwa! Pewnie to było niemądre, ale miała iPhone'a z zastrzeżonym numerem oraz telefon na kartę. Tego drugiego używała do komunikowania się z Emily i Courtney. iPhone leżał na stoliku nocnym, ale drugiego nie mogła znaleźć. Dziwne. Rzadko rozstawała się z telefonem, który był jej podstawowym źródłem komunikacji z siostrą. Ona i Emily nadrabiały zaległości. W ciągu dwóch ostatnich tygodni rozmawiały ze sobą więcej niż przez ostatnie lata.
Wróciła do kuchni, napiła się wody, zrobiła sobie kawę i włączyła przeglądarkę. Od razu zobaczyła dwa zdjęcia: ze ślubu i okładkę "Vanity Fair". Czytała artykuł i czuła ściskanie w żołądku. Opisane w nim było jej publiczne życie w ciągu minionych dwóch i pół lat: ślub, brak intercyzy, luksusowe podróże, zakupy w drogich butikach, oskarżenie o usiłowanie zabójstwa, wyrok bez orzekania o winie i pobyt w więzieniu. Kiedy dotarła do ułaskawienia, usłyszała drzwi wejściowe. Odwróciła się i zobaczyła, że do kuchni wchodzi Harry. Jego niebieskie oczy były pełne współczucia. To oczywiste, że widział wiadomości. W wyciągniętej ręce trzymał jej drugi telefon.
Wzięła go od niego i udając silną, rzekła:
- Dziękuję, chyba zostawiłam go wczoraj u ciebie.
Amber może i miała smaczniejsze jedzenie, ale Harry miał lepszy telewizor. Wczoraj wieczorem we trójkę oglądali u niego mecz Lakersów. Claire tak naprawdę nie była fanką koszykówki, co się kłóciło z jej pochodzeniem ze stanu Indiana. Może dlatego, że dni chwały drużyny Hoosier dawno już minęły. Słyszała o nich, ale nie rozbudziły w niej pasji do tej dyscypliny.
Wyraz jej twarzy, łzy w oczach i fakt, że przerwała trening, powiedziały Harry'emu więcej niż jej słowa. Widziała wiadomości.
- Ten telefon co rusz pika, chyba musisz go naładować - rzekł. Po czym spojrzał w jej zielone oczy. - Claire, dobrze się czujesz?
Wyprostowała się.
- Tak. Dziękuję, że pytasz.
Jego współczucie zmieniło się w zdziwienie.
- Och, martwiłem się po prostu, że... cóż, kiedy zobaczyłem wiadomości... no dobrze. - Podszedł do ekspresu do kawy.
Claire sprawdziła telefon: dwa esemesy i jedna wiadomość na poczcie głosowej. Odczytała esemesy. Pierwszy był od Courtney, wysłany wczoraj o dwudziestej drugiej czterdzieści pięć.
TONY SIĘ DOWIEDZIAŁ, ŻE WYSZŁAŚ Z WIĘZIENIA. WRZESZCZY NA BRENTA. ZŁY. CHCE ODPOWIEDZI. KOCHAM CIĘ. PÓŹNIEJ NAPISZĘ WIĘCEJ. TRZYMAJ SIĘ.
Wpatrywała się w wyświetlacz. Czemu wczoraj go nie zobaczyła? Pewnie umknął jej przez ten mecz. Zdjął ją strach, a w uszach słyszała dudnienie swego serca.
- Claire, co to za wiadomość?
Spojrzała na Harry'ego i pokręciła głową. Starała się ukryć trwogę, ale zdradziły ją spływające po policzkach łzy. Wcisnęła przycisk i wróciła do czytania.
Pociągnęła nosem, otarła łzy i starała się zachować spokój. Drugą wiadomość otrzymała o szóstej, zaledwie dwie godziny temu, także od Courtney.
SZUKA CIĘ PRYWATNY DETEK. WIE O ANUL BILECIE DO SAN FRAN. SPRAWDZA INDIANĘ. SPRAWDZA BILLINGI EMILY. SŁYSZAŁAM JAK TONY ROZMAWIA Z BRENTEM. ZŁY!!!! BĄDŹ OSTROŻNA.
Harry stał w bezruchu, w milczeniu obserwując Claire.
- Przepraszam - odezwała się. - Muszę odsłuchać tę wiadomość. - Nie chciała odpowiadać na jego pytanie i miała nadzieję, że zostawi ją teraz samą. Tak się nie stało, wrócił jednak z kawą do blatu, dając jej trochę przestrzeni. Claire połączyła się z pocztą głosową i odsłuchała wiadomość od Emily:
Claire, u mnie jest tuż po czwartej. To u ciebie która? Chyba druga w nocy. Wiem, że śpisz, ale musisz wiedzieć, że przed chwilą zadzwonił do mnie jakiś facet o nazwisku Roach. Twierdził, że jest prywatnym detektywem, który pracuje dla wspólnego znajomego. Powiedział, że grozi ci niebezpieczeństwo i dla twojej ochrony musi znać miejsce twojego pobytu. Nie uwierzyłam mu. Proszę, zadzwoń do mnie i powiedz, że jesteś bezpieczna.
Gdy Claire słuchała przestraszonego głosu Emily, z jej oczu znowu popłynęły łzy.
Mówił, że wie o moich rozmowach z numerem na kartę z Kalifornii i pytał, czy to ty. Powtarzałam, że nie wiem, gdzie jesteś, i że nie mam nic do dodania. W końcu się rozłączyłam. Czy naprawdę można sprawdzić moje billingi? Też kupię telefon na kartę. Później z niego do ciebie zadzwonię, więc odbierz, choćbyś nie znała tego numeru. Kocham cię i naprawdę wierzę we wszystko, o czym mi opowiedziałaś. Daj znać, że jesteś bezpieczna. Pa.
Czas stanął w miejscu. Przez głowę Claire przelatywały ostrzeżenia i niepokój. Instynkt kazał jej uciekać. Ale dokąd? Dopiero co zaczęła nowe życie, co oznaczało, że ucieczka nie wchodzi w grę. Postanowiła więc walczyć. Nie w sensie fizycznym - wiedziała, że nie jest to możliwe. Wcześniej miała nadzieję, że tego akurat scenariusza uda jej się uniknąć. Esemesy i wiadomość od Emily potwierdziły jej obawy.
Naiwnie żywiła nadzieję - nie, modliła się - że skoro przez dwa tygodnie panowała cisza, to Tony może odpuści. Może i było to tylko marzeniem, ale dwutygodniowe wytchnienie okazało się czymś wspaniałym.
Wstała, aby pójść do swojego pokoju. Później skończy czytać artykuł w laptopie.
Harry spróbował raz jeszcze:
- Claire, powiedz mi, proszę, co się dzieje.
- Nic, wszystko w porządku. - Była już na korytarzu, kiedy dotknął jej ramienia.
*
W chwili gdy poczuła jego palce, wzdrygnęła się, a potem wyprostowała i odwróciła na pięcie. W jej pięknych oczach widać było panikę i przerażenie. Zaszokowało go to. Harry spodziewał się smutku, ewentualnie złości, ale tym, co zobaczył, był niepohamowany strach. Za czasów pracy dla agencji miał okazję widzieć takie spojrzenie. Bez namysłu zapytał:
- Co on ci zrobił?
Wyraz jej oczu się zmienił; nie miał już wglądu w jej prawdziwe uczucia.
- Harry, muszę wziąć prysznic. Dziękuję za troskę. Nic mi nie jest i wiem, że musisz jechać do SiJo. - Uśmiechnęła się z przymusem. - Podobno twoja szefowa wkurza się, że ostatnio bierzesz tak dużo wolnego.
Miał ochotę ją przepytać. Procedury związane z przesłuchaniami stanowiły jego specjalność; Claire nie była jednak osobą podejrzaną. To przyjaciółka jego siostry. Nie, jego przyjaciółka. Przez dwa minione tygodnie spędzili ze sobą mnóstwo czasu, pracując jako zespół nad poskładaniem jej życia. Wiedział o kartonie wspomnień, jaki przysłał jej Anthony Rawlings, widział, że wyglądała jak dziecko w Boże Narodzenie, gdy kupił jej telefon, i był przekonany, że nie próbowała pozbawić życia byłego męża. Tak oczywiście twierdziła Claire, ale on jej uwierzył.
Harry niewiele wiedział na temat jej życia z Anthonym Rawlingsem. Kiedy pojawiał się ten temat, ona gładko go zmieniała. Teraz już rozumiał dlaczego. Ta stojąca przed nim filigranowa, zabawna, przyjacielska, ładna, delikatna i życzliwa kobieta została bardzo mocno skrzywdzona. Oby chodziło tylko o złamane serce.
Podobno ludzie pracujący jako stróże prawa posiadają szósty zmysł, widzą to, czego nie dostrzegają inni. Harry modlił się o to, żeby się mylił. Jego szósty zmysł mówił mu, że przeszłość Claire to znacznie więcej niż złamane serce.
Dał sobie spokój z pytaniami.
- Masz rację, rzeczywiście muszę jechać do pracy. Nadal wybierasz się na spotkanie z panem Pulvarą?
- Tak, umówiliśmy się na jedenastą. Naprawdę muszę się zacząć szykować.
- Przepraszam, jeśli przekroczyłem jakieś granice. Nie będę naciskał; to nie moja sprawa. - Mgła przesłaniająca jej wzrok zniknęła; szmaragdowe oczy zaczęły lśnić. Harry dodał: - Jeśli będziesz czegoś potrzebować, znasz mój numer.
Uśmiechnęła się do niego i westchnęła.
- Dzięki, Harry, do zobaczenia później. - Ruszyła w stronę swojego pokoju. - Kiedy wyjdziesz, zamknij drzwi na klucz, dobrze? - zawołała przez ramię.
*
Claire zamknęła drzwi do sypialni i oparła się o nie plecami. Po chwili usłyszała odgłos zamykanych drzwi wejściowych i przekręcanego w zamku klucza. Wtedy pozwoliła, aby z jej oczu popłynęły łzy. Drżącą ręką wcisnęła mały guzik na gałce przy drzwiach. Ochrona, zamknięte drzwi do mieszkania, zamknięte drzwi do sypialni - czy to wystarczy? Czując nagły chłód, objęła się ramionami i poczuła, jak jej klatka piersiowa drży od tłumionego szlochu. Po kilku minutach otarła łzy i starając się zapanować nad drżeniem rąk, napisała esemes do Emily i Courtney:
WIADOMOŚĆ DOTARŁA. DZIĘKI. NIC MI NIE JEST. ZADZWOŃ, GDY BĘDZIESZ MOGŁA. TEŻ CIĘ KOCHAM.
Weszła pod prysznic i podstawiła twarz pod strumień gorącej wody. Zrobiło jej się przyjemnie ciepło. Powoli zmywała z siebie napięcie. Kiedy dotknęła stopami wyłożonej płytkami podłogi, jej myśli skupiały się na przyszłości. Przeszłość minęła. Claire przetrwała. Nie była tą samą kobietą, którą Anthony Rawlings uprowadził przed trzema laty.
Gdy wyszła z windy, mając przy sobie swoje telefony, poczuła charakterystyczny dla garażu podziemnego zapach. Siadając na skórzanym fotelu swojego samochodu, rozkoszowała się niedawno uzyskaną niezależnością. Tak, natrafiała w życiu na przeszkody, ale teraz była silniejsza.
Nawigacja poinstruowała ją, aby po wyjeździe z garażu skręcić w prawo. Poranna mgła zaczęła ustępować, odsłaniając skrawki błękitnego nieba. Claire włączyła się do ruchu i pomyślała o schowanej w torebce biżuterii. Uśmiechnęła się na myśl o jej wartości i o tym, jak Anthony upierał się przy dbaniu o pozory. Liczyła na to, że tym razem zadziała to na jej korzyść.
Światło wierzy, że przemieszcza się szybciej od wszystkiego, ale się myli. Nieważne, jak szybko pędzi, zawsze odkrywa, że ciemność dotarła na miejsce wcześniej i już na nie czeka1.
Terry Pratchett
Rozdział 4
Sophia przyglądała się, jak jej mąż pakuje walizkę.
- Derek, dopiero co wróciłam z Florencji. Naprawdę musisz jechać?
- Mówiłem ci, skarbie, chcą się ze mną spotkać osobiście.
Kobieta westchnęła i przesunęła ręką po T-shirtach, które tak starannie ułożył w walizce. Mieli zupełnie różny styl pakowania się, no ale przecież w wielu aspektach się różnili. Część przyjaciół nazywała ich Dharmą i Gregiem. Patrząc na garnitury Dereka, wyprasowane koszule i spinki do mankietów, pomyślała, że ubierają się także zupełnie inaczej. Ale to właśnie te różnice ich do siebie przyciągały.
Była boso i dzięki temu jej głowa doskonale się wpasowała pod brodę męża. Oplotła ramionami jego szyję, uśmiechnęła się i powiedziała czule:
- Wiem, ale wróć szybko do domu.
Popatrzył na nią łagodnymi brązowymi oczami.
- Wrócę, jak tylko skończy się proces rekrutacyjny.
- Powiesz mi jeszcze raz, kim są ci ludzie i dlaczego chcą właśnie ciebie?
Derek uśmiechnął się szeroko.
- Już ci mówiłem. Tyle że ty mnie nie słuchasz.
Jej dłonie przesuwały się po guzikach jego jedwabnej białej koszuli.
- Może dlatego, że mnie rozpraszasz. Ciągle myślę o tym, jak bardzo chcę cię mieć tylko dla siebie.
- Uważam, że to ty próbujesz odwrócić moją uwagę, żebym się spóźnił na samolot.
- No cóż, możesz przecież lecieć jutro zamiast dzisiaj. - Ugryzła go lekko w szyję. - Naprawdę coś by się stało?
Punktualność stanowiła domenę Dereka, nie jego żony. Ona była wolnym duchem, artystką. Na szczęście mogła pracować - szkicować i malować - wtedy, kiedy dopadło ją natchnienie. Czasami była to trzecia w nocy. Bywało, że Derek się budził i przekonywał, że jego żona cała jest biała od kredy i pracuje ubrana w koszulę nocną.
Pomimo dzielących ich różnic ich miłość była intensywna, namiętna i prawdziwa.
*
Kiedy Sophia skończyła trzydzieści lat, dała sobie spokój z marzeniami o "żyli długo i szczęśliwie". Przeżyła kilka romansów, ale zawsze coś w końcu stawało na drodze do szczęścia. Najczęściej sztuka. Niewielu mężczyzn miało ochotę ustępować miejsca szkicownikowi.
Był taki jeden, co spełniał jej wymagania. Świetnie się dogadywał z inwestorami, ale autentycznie wolał spędzać czas tylko z nią. Rozumiał jej sztukę i zawsze mówił to, co należy. Czas jednak mijał i ich cele zaczęły się stawać niekompatybilne. Było tak, że wiedział, o czym ona marzy, ale nie miało to dla niego znaczenia. Pragnął tego, czego ona z kolei nie rozumiała. Pewnego dnia otrzymał niewiarygodną propozycję pracy, która wymagała częstych podróży. Obiecali sobie, że pozostaną w kontakcie. Ostatecznie musieli się zmierzyć z samotnością.
A potem, w grudniu dwa tysiące dziesiątego roku, jej życie niespodziewanie się zmieniło.. Dereka poznała na imprezie świątecznej u wspólnego znajomego. Wszystko działo się tak szybko. W styczniu dwa tysiące jedenastego roku wzięli ślub w Paryżu. Oboje kochali Europę, a Sophia często wracała pamięcią do pobytu w stolicy Francji w czasie studiów. Tym ślubem Derek zrobił jej niespodziankę. Obrączkami wymienili się w parku u stóp wieży Eiffla. Po ceremonii udali się razem ze świadkami na obiad do niewielkiej francuskiej kafejki. Derek w tajemnicy sprowadził do Paryża rodziców ich obojga. To był wymarzony ślub, który już dawno wybiła sobie z głowy.
Miłość do sztuki i pragnienie promowania własnej osoby sprawiały, że co jakiś czas podróżowała na wystawy. Jej prace zaczynały się robić znane. Niedawno zgodziła się zaprezentować swoje obrazy podczas trwającej trzy tygodnie wystawy we florenckiej Akademii Sztuki. Choć nie lubiła opuszczać Dereka, oboje wiedzieli, że to dla niej niepowtarzalna okazja.
A teraz, kiedy wróciła do domu, do Provincetown w stanie Massachusetts, to Derek otrzymał fantastyczną propozycję i musiał wyjechać. Skontaktowała się z nim Shedis-tics, spółka software'owa z Santa Clara w Kalifornii, znajdująca się na liście pięciuset najlepszych firm w kraju. Jej firma macierzysta, Rawlings Industries, chciała, aby ta akurat filia imperium ponownie wskoczyła do pierwszej setki. Uważano, że Derek może pomóc w osiągnięciu tego celu.
Nie było tak, że nie miał świetnej pracy. Pracował w Bostonie dla jednej z głównych spółek z branży elektronicznej. Wszystko świetnie się układało. Był zadowolony ze swojej kariery zawodowej, a Sophia cieszyła się, że mogą mieszkać w znanej jej społeczności. Wszystko się zmieniło, kiedy zadzwonił do niego przedstawiciel Shedis-tics. Derek się dowiedział, że ktoś go gorąco polecił. No i teraz chciał więcej.
Tak naprawdę ta propozycja wydawała się zbyt dobra, żeby mogła być prawdziwa. Przy obecnym stanie gospodarki rzadko się zdarzało, aby to firma próbowała pozyskać pracownika. Potraktował więc tę propozycję z należytą ostrożnością. Jednak po kilku dniach szperania w dostępnych źródłach informacji przekonał się, że wszystko mające związek z Shedis-tics jest jak najbardziej wiarygodne. Tłumaczył sobie także, że nowa posada pozwoliłaby mu lepiej wspierać pasje żony. Choć jej obrazy cieszyły się coraz większą sławą, nie zarabiała na nich zbyt wiele. Derek kochał zamiłowanie Sophii do sztuki i pragnął spełniać każde jej marzenie.
*
Czuła na policzkach jego ciepły oddech.
- Wiesz, że nie lubię wyjeżdżać. - Pocałował ją w nos. - Robię to dla ciebie... dla nas.
Cienki jak mgiełka materiał spódnicy Sophii musnął jej bose stopy, kiedy mocno przytuliła się do męża.
- Kocham cię za to, ale nie chcę, żebyś się zaharowywał po to, aby wspierać moją sztukę. Sama chcę to robić.
Objął jej szczupłą talię.
- I tak będzie, skarbie. Jesteś taka utalentowana... Pewnego dnia tak będzie. - Jego wargi przesunęły się po jej nadąsanych ustach. - Pewnego dnia ty będziesz utrzymywać mnie. Pozwól, że teraz ja się tym zajmę i zarobię na większą pracownię.
Odetchnęła głęboko, przytulona do jego piersi.
- Zadzwoń do mnie, proszę, zanim zgodzisz się na cokolwiek.
Derek kiwnął głową i przesunął usta na jej szyję. Odsunął na bok faliste ciemnoblond włosy żony.
- Wiesz, że nie podejmę decyzji, nie omówiwszy wszystkiego z tobą. Jesteśmy jedną drużyną, skarbie.
Sophia spojrzała mu w oczy. Zachwycały ją jego długie rzęsy.
- Chciałabym tylko, aby ta drużyna częściej mogła grać na tym samym boisku.
Odsunął się od niej i zerknął na zegarek.
- Zawieziesz mnie na lotnisko? Czy wolisz, żebym tutaj zostawił samochód?
Wsunęła stopy w płócienne buty na płaskich obcasach.
- O nie, skoro wyjeżdżasz na nie wiadomo jak długo, nie pozbędziesz się mnie aż do bramek na lotnisku.
- Sorry, kotku. Do Bostonu lecę z Provincetown, więc nie licz na dwugodzinną wspólną podróż.
Sophia ponownie się nadąsała.
- Rozstaniemy się więc raczej prędzej niż później? Cóż, tam samochodu też nie zostawisz. Odprowadzę cię aż na płytę lotniska.
Provincetown miało wiele niezaprzeczalnych zalet: po pierwsze, cieszyło się doskonałą reputacją w świecie sztuki, a po drugie, liczyło niewielu mieszkańców, jakieś trzy tysiące, oczywiście poza sezonem turystycznym. Oceniano, że w czasie letnich miesięcy w ich małym mieście gościło nawet sześćdziesiąt tysięcy osób. Tylu potencjalnych kupujących. Atmosfera przylądka doskonale odpowiadała Sophii.
Największą wadę stanowiła odległość od reszty świata. Był koniec marca, a zimny wiatr i bliskość Atlantyku czyniły drogę numer sześć niebezpieczną.
Derek każdego dnia razem z innymi osobami latał do biura w Bostonie prywatnym samolotem. Dla niego ten półgodzinny lot był czymś równie zwyczajnym jak jazda po Bostonie komunikacją miejską. Uważał, że to niewygórowana cena za to, że jego żona może mieszkać w miejscu, które kocha.
*
Sophia weszła do salonu, zastanawiając się nad rozpaleniem w kominku. Wiosenna pogoda na przylądku bez ostrzeżenia się zmieniła. Jeszcze wczoraj słupki rtęci pokazywały piętnaście stopni; dzisiaj nie dość, że niebo było zachmurzone i mocno wiało znad oceanu, to temperatura spadła poniżej dziesięciu stopni. Sophia umościła się wygodnie na miękkiej sofie, podciągając pod siebie nogi.
Wzdychając, myślała z uczuciem o ich domu, urokliwym budynku wzniesionym w tysiąc osiemset siedemdziesiątym roku. Od tamtego czasu do oryginalnej konstrukcji dodano wiele udogodnień: nowoczesną kuchnię i dwie łazienki. Sophia uwielbiała starodawną wannę w łazience na parterze. Drewniane podłogi, elementy wykończeniowe i wmurowane półki na książki pochodziły sprzed ponad stu lat. Na piętrze znajdowały się dwa pokoje, idealnie nadające się na gabinet Dereka i jej pracownię.
Sącząc ciepłą jaśminową herbatę, zastanawiała się nad złożoną jej mężowi ofertą pracy. Jak często się zdarzało, że firma pokroju Shedis-tics szuka potencjalnego pracownika? To była naprawdę wyjątkowa szansa, a Derek przecież zawsze ją wspierał.
Może nie jakoś szczególnie dużo, ale coś zarabiała dzięki swojemu talentowi. Raz na jakiś czas udawało się jej sprzedać jakiś obraz i miała grono wiernych fanów - ludzi, którzy lubili się czasem ładnie ubrać i odwiedzać wystawy. Kilka razy złożono nawet u niej zamówienia specjalne. Najwięcej zarobiła na dużym portrecie kobiety w sukni ślubnej. Wymogiem anonimowego nabywcy było podpisanie przez nią umowy o zachowaniu poufności. Nie wolno jej było nawet złożyć podpisu na obrazie. Dzięki zdjęciom w gazetach Sophia rozpoznała tę kobietę - była żoną biznesmena.
Odkąd wyszła za Dereka, jej prace stały się bardziej odważne i wyraziste. Jego miłość i wsparcie pozwoliły jej spróbować tego, co wcześniej uznawała za zbyt ryzykowne. Wraz z uczuciem przyszła także stabilizacja. W minionych latach jej rodzice ciężko pracowali na to, aby móc jej pomagać i zapewniać wsparcie, ale robili się coraz starsi, a ona zbyt długo korzystała z ich pomocy finansowej. Tak czy inaczej, wiedziała, że gdyby nie oni, nie miałaby niedużej pracowni na Commercial Street. Pragnęła udowodnić, że sama sobie poradzi, nawet jeśli "sama" oznaczało "z mężem".
Dopiwszy herbatę, podjęła decyzję. Jeśli Derek będzie się musiał przeprowadzić do Kalifornii, ona pojedzie razem z nim. Dom i pracownię wystawią na sprzedaż. Bycie razem miało większe znaczenie niż gonienie za marzeniami.
Udała się na piętro, skąd z okien pracowni miała widok na zatokę. Fale zlewały się z zasnutym chmurami niebem. Przysunęła taboret do stołu i znalazła liścik:
Kocham Cię. Jeśli to znalazłaś, znaczy, że robisz to, co tak bardzo lubię obserwować... Stwórz dla mnie coś wyjątkowego. Już za Tobą tęsknię, ale niedługo wrócę!
Sophia się uśmiechnęła; od razu zrobiło jej się cieplej. Włączyła laptopa, myśląc sobie, że co prawda nie podrzuciła mu żadnego listu do walizki, ale mogła wysłać krótki mail. Po wylądowaniu odczyta go w telefonie.
Gdy liścik do męża znalazł się już w cyberprzestrzeni, przypomniała sobie o zdjęciach z wystawy we Florencji. Klikała, oglądając kolejne ujęcia. Nie przyglądała się uważnie ludziom, nie robiła zbliżeń. Gdyby to zrobiła, możliwe, że wyłapałaby powtarzającą się twarz. Na większości zdjęć widać było tylko ciemne włosy tego mężczyzny; na kilku pojawiały się jednak także jego ciemne oczy. Uważny obserwator dostrzegłby, że te czarne oczy przyglądają się Sophii, nie jej obrazom.
Przytwierdziła do stołu arkusz papieru, zamknęła oczy i wyobraziła sobie temat. Węgiel brudził jej palce, śmigając po kredowym papierze. Wkrótce całą dłoń miała czarną od rozcierania i cieniowania. To nie był rysunek na przyszłe wystawy. Nie pojawi się też na ścianie jej pracowni. Ten autoportret był przeznaczony tylko dla jednej osoby. Odcienie grafitowej szarości przekształciły pustą kartkę w scenę jak ze snu, tworząc "coś wyjątkowego" dla Dereka.
Narysowane przez Sophię włosy rozwiewała lekko bryza. Choć okna były zamknięte, na policzkach czuła wiatr i słone powietrze.
Naszkicowane przez nią ciało było zapewne zgrabniejsze niż to, które skrywała pod T-shirtem i spódnicą. Choć szczupła, biodra i piersi miała należycie zaokrąglone. Często godzinami spacerowała po plaży lub otaczających Provincetown lasach. Rysując piersi, myślała o Dereku, a to sprawiło, że jej brodawki stwardniały. Uśmiechnęła się i narysowała taką samą reakcję. Uznała, że skoro szła po piasku nago, to było jej chłodno.
Zupełnie zapomniała o kolacji. Z artystycznego transu wyrwał ją dopiero dźwięk komórki. Uśmiechnęła się promiennie, widząc na wyświetlaczu numer męża.
- Cześć, kochanie.
- Hej, skarbie, obudziłem cię?
Sophia się roześmiała.
- A jak ci się wydaje? Pracuję nad "czymś wyjątkowym" dla ciebie.
Ich rozmowa trwała zaledwie chwilę. Shedis-tics przysłało samochód, który miał zawieźć Dereka do hotelu.
- Widzę, że naprawdę im na tobie zależy - rzekła Sophia.
- Zobaczymy, co powiedzą.
- Derek?
- Tak?
- Wiem, że nie rozmawialiśmy o tym, ale zdaję sobie sprawę z tego, że to może oznaczać przeprowadzkę. Chcę, żebyś wiedział, że nie mam nic przeciwko, o ile tylko będziemy razem. - Usłyszała, jak jej mąż wciąga głośno powietrze.
- Nie masz pojęcia, ile to dla mnie znaczy. Nie zrobię niczego bez konsultacji z tobą, obiecuję. Muszę kończyć. Kocham cię i nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę to "coś wyjątkowego".
- Ja też cię kocham.
Po tych słowach się rozłączyli.
Rzeczy się nie zmieniają. Zmieniamy się my2.
Henry David Thoreau
Rozdział 5
Phillip Roach, prywatny detektyw, analizował swoje informacje: dzięki triangulacji masztów telefonii komórkowej w pobliżu Palo Alto w Kalifornii zawęził miejsce wykonywania rozmów z telefonu na kartę do Emily Vandersol, siostry Claire Nichols. Na tym obszarze znajdowały się restauracje, kafejki i domy mieszkalne. Phil nie miał pewności, czy to rzeczywiście Claire Nichols ani czy dzwoniła z domu, czy też miejsca publicznego. Niemniej jednak intuicja mu mówiła, że jest blisko.
Phillip miał kolegów po fachu mających dostęp do wielu przydatnych źródeł. Bez wątpienia w przyszłości zostanie poproszony o zrewanżowanie się za przysługi - quid pro quo. Tak już było w jego zawodzie. Mając klienta pokroju Anthony'ego Rawlingsa, Phil był gotowy dobić każdego targu. Uścisnąłby rękę nawet diabłu, gdyby zaszła taka potrzeba.
Podanie numeru śledzonego telefonu oraz zawężenie miejsca pobytu pani Nichols do Palo Alto na jakiś czas uspokoi pana Rawlingsa. Phil napisał to wszystko w esemesie i obiecał, że niedługo dostarczy kolejne informacje. A potem go wysłał.
*
Nawigacja zaprowadziła Claire do centrum dzielnicy biznesowej San Francisco. Choć wysokie budynki i strome ulice tworzyły prawdziwy labirynt, komputerowy głos pomógł jej trafić na California Street 200.
- Dotarłeś do celu - oświadczył głos z nawigacji.
Gdy Claire wyszła z parkingu, marcowy wiatr spowodował, że pod jedwabną bluzką miała gęsią skórkę. Ulice usytuowane na południe od Chinatown tętniły życiem, jednak to nie ludzie zwrócili jej uwagę, lecz rozciągająca się przed nią malownicza scena. Ze wzgórz schodziła gęsta mlecznobiała mgła, otulająca całą zatokę; z mgły wystawały filary mostu Golden Gate. Odkąd wyszła z więzienia, zachwytem napawał ją każdy widok i każda sceneria. Przyrzekła sobie, że już nigdy nie będzie brała wolności za pewnik.
Podczas dwóch ostatnich tygodni sporo myślała o swojej prezencji. Chociaż na pozór nie wydawało się to ważne, zastanawiała się nad swoim stylem ubierania się. Jej garderobę z czasów sprzed Tony'ego i tę, którą miała podczas związku z nim, dzieliła przepaść. Kiedy spacerowała po sklepach, dokonywanie wyborów i zaspokajanie własnych potrzeb okazały się trudniejsze, niż się spodziewała. Ostatecznie zdecydowała się na coś pomiędzy wcześniejszymi stylami. Robienie zakupów w pojedynkę i płacenie za nie własnymi pieniędzmi przypomniało jej, jak przyjemne może być natrafienie na doskonałe okazje. Obecnie nosiła ubrania jakością zbliżone do rzeczy pani Rawlings, ale kosztujące znacznie mniej. Zdarzało jej się nawet przeglądać wieszaki z przecenioną odzieżą. Jedno było pewne: największą frajdę sprawiało Claire kupowanie bielizny. W jej posiadaniu było teraz więcej fikuśnych kompletów, niż wydawało się to rozsądne. Usprawiedliwiała się tym, że to zasłużone zaległe zakupy z ostatnich trzech lat.
Dzisiaj, chcąc wyglądać wyjątkowo profesjonalnie, Claire zdecydowała się na wełniane spodnie, jedwabną koszulę, marynarkę i szpilki, a do tego figi i stanik z białej koronki, których co prawda nie było widać, ale sprawiały jej dużo radości.
Choć na drzwiach wisiał jedynie numer lokalu, znalezienie biura pana Pulvary nie okazało się trudne. Zerknęła na kartkę z adresem, którą dał jej Harry - tak, to tutaj. Po przekroczeniu progu znalazła się w niedużej poczekalni z recepcjonistką za szklanym przepierzeniem. Przypominało to gabinet lekarski. Pewnym siebie krokiem podeszła do przezroczystej tafli.
- Dzień dobry, nazywam się Claire Nichols. O jedenastej mam spotkanie z panem Pulvarą.
- Tak, pani Nichols. Mogę prosić o dokument potwierdzający pani tożsamość?
Claire wyjęła z torebki swoje nowe prawo jazdy i podała je siwowłosej recepcjonistce.
Kobieta wzięła je od niej, skserowała obie strony, po czym zwróciła dokument.
- Pan Pulvara przyjmie panią za chwilę. Proszę usiąść.
W rogu pomieszczenia ustawiono fotele obite miękką skórą. Aby czymś się zająć, Claire wyjęła iPhone'a i otworzyła stronę z czytanym rankiem artykułem. Przebiegła go wzrokiem.
...pani Nichols została ułaskawiona zgodnie z obowiązującym prawem... Nie jest możliwe jego cofnięcie... Pozostają pytania: dlaczego gubernator nie ujawnił jej nazwiska?... Gubernator Preston zamierza to wyjaśnić... nie da się uchylić... wykasowana cała historia, od aresztowania do osadzenia w więzieniu... nie udało się dotrzeć do pani Nichols i uzyskać od niej komentarz...
- Pani Nichols.
Głos ten sprawił, że Claire wróciła do rzeczywistości. Wcześniej nie zastanawiała się nad tym, czy ułaskawienie może zostać uchylone. Westchnęła, czując ulgę na myśl, że nie jest to możliwe.
- Pani Nichols?
- Tak - rzekła Claire, po czym poszła za kobietą do sąsiedniego pomieszczenia.
Znajdowały się w nim lampki, lupy, wagi i inne instrumenty niezbędne do oglądania małych, delikatnych rzeczy. Mężczyzna po drugiej stronie kontuaru był wzrostu Claire i miał skórę w odcieniu kawy z odrobiną śmietanki. Na jego szyi wisiały specjalne okulary z dołączonymi szkłami powiększającymi. Mówił z akcentem osoby pochodzącej z Bliskiego Wschodu. Wyciągnął rękę na powitanie i się uśmiechnął. Claire ujęła jego dłoń i się przedstawiła.
Pan Pulvara nie lubił tracić czasu na towarzyskie pogawędki. Czas to pieniądz. Claire wyjęła więc z torebki nieduży woreczek z niebieskiego aksamitu, a z niego zegarek, kolczyki i naszyjnik. Mężczyzna włożył na nos okulary i z miną pokerzysty zaczął oglądać jej biżuterię. Każdą błyskotkę obracał w zręcznych palcach, przyglądając się uważnie kamieniom i złotu. Poświęciwszy każdej rzeczy kilka minut, odłożył je na czarną szmatkę.
- Pani Nichols, ta biżuteria jest pierwszorzędnej jakości. Ma pani w tym woreczku coś jeszcze?
- Tak. - Wytrząsnęła zawartość na dłoń. Połyskiwał na niej teraz jej pierścionek zaręczynowy, a obok niego obrączka.
Pan Pulvara przeniósł wzrok z dłoni Claire na jej twarz. Najpierw ujął między palce platynową obrączkę wysadzaną brylancikami. Po kilku minutach odłożył ją i wziął do ręki platynowy pierścionek. Bez słowa oglądał go pod każdym możliwym kątem. Następnie za pomocą przyrządów pomiarowych zmierzył kamień. W końcu się odezwał:
- Pani Nichols, wie pani, gdzie kupiono ten pierścionek i obrączkę?
- Powiedziano mi, że u Tiffany'ego w Nowym Jorku. Nie było mnie przy tym, więc pewności mieć nie mogę.
- Zakładam, że ma pani dowód zakupu albo polisę ubezpieczeniową, coś potwierdzającego, że to pani jest właścicielką tej biżuterii?
- Nie mam. To były prezenty.
- Być może mogłaby się pani skontaktować z ich ofiarodawcą? Rozumie pani, że muszę mieć pewność, iż te przedmioty rzeczywiście należą do pani.
- Panie Pulvara, tę biżuterię dostałam od mojego byłego męża. Nie zamierzam się z nim kontaktować. Jeśli nie jest pan zainteresowany ich zakupem, poszukam innego nabywcy. Dziękuję, że poświęcił mi pan swój czas. - Claire wyciągnęła rękę, aby schować biżuterię.
Mężczyzna dotknął delikatnie jej dłoni. Spojrzała mu w oczy.
- Jestem bardzo zainteresowany. Chodzi jedynie o to... Uważam, że ten pierścionek i obrączka mają najwyższą jakość i są wiele warte. Ten brylant jest wyjątkowo rzadko spotykany. Muszę mieć pewność...
- Nie mam dowodu na to, że to moja własność - przerwała mu Claire. - Zabiorę je...
- Pani Nichols, mogę spytać, jak ma na imię pan Nichols?
Zawahała się.
- Panie Pulvara, czy mogę liczyć na pańską dyskrecję?
- Oczywiście, bez tego nie miałbym klientów i nie cieszyłbym się taką, a nie inną reputacją.
- Proszę mi wybaczyć, ale chciałabym mieć to na piśmie. Nie chcę usłyszeć w jutrzejszych wiadomościach, że sprzedałam swoją obrączkę.
- Możemy tak zrobić. No dobrze, pan Nichols?
- Nichols to moje nazwisko panieńskie. Po ślubie zmieniłam je na Rawlings. Mój były mąż to Anthony Rawlings.
Mężczyzna przez kilka sekund stał w milczeniu, pozwalając, aby dotarło do niego znaczenie tego, co usłyszał. Popatrzył na nią, jakby zobaczył ją po raz pierwszy. Claire dostrzegła, że w jego oczach pojawia się błysk rozpoznania.
- Pani Nichols, od czasu ślubu zmieniła pani kolor włosów. Widziałem dzisiaj zdjęcie...
- Tak, panie Pulvara, wiele się zmieniło od czasu mojego ślubu, łącznie z chęcią noszenia obrączki i pierścionka zaręczynowego. Jest pan zainteresowany oszacowaniem ich wartości?
- Proszę usiąść i dać mi trochę czasu. Czy mogę wyjąć kamienie z oprawy?
- Czy jeśli nie spodoba mi się pańska cena, włoży je pan z powrotem?
- Oczywiście.
Claire zobaczyła stojące pod ścianą krzesła. Kiwnęła głową, usiadła i obserwowała, jak mężczyzna waży, mierzy i wykonuje dodatkowe badania. Następnie sprawdził coś w komputerze i sporządził notatki. Claire przypomniała sobie, że "Vanity Fair" wyceniło jej pierścionek zaręczynowy na czterysta tysięcy dolarów. Naprawdę nie miała pojęcia, czy pokrywało się to z prawdą, czy też stanowiło jedynie pogoń za sensacją.
Po upływie niemal czterdziestu minut pan Pulvara wreszcie się odezwał:
- Pani Nichols, mógłbym panią prosić? Przedstawię swoją wycenę.
*
Claire wyszła z banku na skąpany w popołudniowym słońcu chodnik. Przed chwilą dobiegło końca spotkanie z doradcą inwestycyjnym, które zaowocowało dywersyfikacją jej nowo uzyskanych środków pieniężnych. Nadal zamierzała znaleźć pracę, ale nie była to już paląca potrzeba. Miała czas dzięki upodobaniu Tony'ego do otaczania się przedmiotami najwyższej jakości i dbaniu o pozory. Wykorzysta go na skompletowanie informacji o byłym mężu.
Przed wejściem do podziemnego parkingu wyjęła iPhone'a, sprawdziła godzinę, szesnasta trzydzieści dwie, i wystukała wiadomość:
CZY KTOŚ JEST WOLNY I MOŻE ŚWIĘTOWAĆ? STAWIAM KOLACJĘ!
Jako odbiorców wiadomości wybrała Amber i Harry'ego, po czym kliknęła "wyślij".
Kilka godzin później we trójkę gawędzili wesoło w usytuowanej w centrum Palo Alto brazylijskiej restauracji specjalizującej się w stekach. Ani Amber, ani Harry nie protestowali, kiedy Claire oświadczyła, że dzisiaj to ona płaci. Zamówili wino, po czym wybrali z menu przekąski i dania główne. Opowiedzieli sobie o tym, jak im minął dzień. Stuknęli się kieliszkami, wznosząc toast za transakcję Claire.
Amber zabawiała ich historiami o grupach fokusowych SiJo. Ostatnio jedna z nich wyrażała skrajnie różne opinie na temat ich najnowszych gier. Amber potrafiła się śmiać z niepochlebnych recenzji i żartować z komentarzy. Co wcale nie znaczyło, że twórcy nie brali pod uwagę opinii potencjalnych klientów.
Po kolacji, kiedy Claire wlewała do kawy śmietankę, zadzwonił jej telefon na kartę. Wyjęła go z torby.
- Bardzo was przepraszam, ale to prawdopodobnie Emily. Mówiła, że kupi nową komórkę, muszę więc odebrać. - Odsunęła krzesło i jednocześnie przyłożyła aparat do ucha. W ogóle nie zwróciła uwagi na numer, jaki się wyświetlił. - Cześć.
Zamierzała wyjść na korytarz i tam porozmawiać z siostrą, ale głos, który usłyszała, sprawił, że ugięły się pod nią kolana, a jej twarz pobladła. Od razu go rozpoznała.
- Dobry wieczór, Claire.
Opadła na krzesło. Amber i Harry przyglądali jej się przestraszeni.
- Dobrze się czujesz? - zapytali jednym głosem.
Pokręciła głową. Nie, nie czuła się dobrze. Milczała.
Odezwał się za to ponownie schrypnięty, niski baryton.
- Claire, już to przerabialiśmy. Przyjęte jest, że odpowiada się na powitanie drugiej osoby. Powiedziałem "dobry wieczór".
- Witaj - udało jej się wydusić. Nie było to proste, gdyż jednocześnie walczyła z mdłościami.
- Bardzo dobrze. Tak właśnie myślałem, że będziemy musieli odświeżyć pewne nawyki.