Sobiepan
Sobiepan
Jeśli nie myślisz o jutrze,
jeszcze dziś będziesz miał kłopoty.
przysłowie chińskie
- A więc rodzima dynastia Ming - przypomniałem sobie wszystko, co
słyszałem o wojnie w Chinach. Otóż panująca od niemal trzystu lat
dynastia Ming popadła w kłopoty z powodu licznych wojen z sąsiadami,
nierówności społecznych, nadmiernych obciążeń podatkowych oraz spisków
wszechwładnych eunuchów oddzielających władców szczelnym kordonem od ich
własnych poddanych. W efekcie przed laty doszło do serii powstań
ludowych, owocujących wojną domową i zdobyciem stolicy przez powstańców
chłopskich w 1644 roku.
Opuszczony przez swych dostojników i osamotniony w stołecznym pałacu,
cesarz Czung Czeng powiesił się, nie chcąc oddać swego losu w ręce
prześladowców, a w ślad za nim samobójstwo popełniło około dwustu osób z jego rodziny.
Zapanował całkowity chaos, w którym zdawało się, iż wszyscy walczą ze
wszystkimi.
Sytuację postanowili wykorzystać sąsiedzi i nie minęło wiele tygodni,
gdy w głąb ludnego kraju wdarła się liczna armia wojowniczych Mandżurów.
Ci, sprzymierzywszy się z częścią miejscowych panów i dowódców
wojskowych, pokonali powstańców i zajęli Pekin. Jednak pod ich
panowaniem znalazła się zaledwie połowa ziem na północy i w centrum
rozległego kraju, reszta zaś - na południu - rządzona była przez
lokalnych przywódców, których próbował zjednoczyć wnuk zmarłego cesarza
Jung Li.
Kiedy to sobie uświadomiłem, pozwoliłem się już bez dalszych oporów
prowadzić przed oblicze władcy, którego miałem za bardziej
cywilizowanego niźli jego przeciwnika - wojowniczego władcę dzikich
Mandżurów, uzurpatora Szun Czy.
- Prowadź, waść! - zawołałem, wywołując wyraźnie widoczną ulgę na twarzy
urzędnika.
I tak zostaliśmy poprowadzeni - a właściwie poniesieni, bo tuż obok
czekały na nas wygodne lektyki - przed oblicze Syna Niebios. Miało nam
to zająć co najmniej dwa dni, bo siedziba cesarza leżała z dala od
malutkiej zatoczki otoczonej ubogimi chatkami, ale, wygodnie podróżując,
dotarlibyśmy do celu przed statkiem, który po zakończeniu naprawy musiał
opłynąć rozległy półwysep, odcinający miejsce naszego obecnego postoju
od siedziby cesarza.
Zanim jednak to nastąpiło, ustaliwszy dokładnie miejsce docelowe,
wróciłem na statek. Musiałem zająć się swoimi ludźmi. Wydałem kapitanowi
McGregorowi polecenia i przez chwilę rozważałem, czy faktycznie
powinienem zejść na ląd jedynie w towarzystwie tłumacza, tak jak na to
nalegał witający nas na brzegu urzędnik.
- Mam tylko trzy lektyki, panie - pokazał na stojące nieopodal ozdobne i wyglądające na bardzo wygodne środki transportu. - W jednej poniosą
mnie, w drugiej ciebie, panie, a w trzeciej tłumacza, zaś o bezpieczeństwo się nie martw, bo mam tu trzydziestu ludzi. To aż nadto,
byśmy bezpiecznie dotarli do celu.
Cesarz miał być blisko, podobno życzliwie do nas usposobiony, drogi
pilnowane przez jego żołnierzy.
Cóż miałoby mi grozić? - uspokajałem sam siebie i swoich ludzi, patrząc
na ich twarze, gdy zdecydowanie kręcili głowami na ten pomysł.
Co prawda nie nawykłem do podróżowania bez odpowiedniej świty, bo od jej
wielkości zależał mój prestiż, a z tego, co wiedziałem, również wśród
Azjatów ogromne znaczenie miała wielkość orszaku towarzyszącego panu w drodze.
Gościńce w czasie wojny też pewnie nie należały do najbezpieczniejszych,
bo jak wszędzie na świecie pełne były wszelkiej maści maruderów i dezerterów, szukających łatwego zarobku. Dlatego z niechęcią słuchałem
nalegań na pozostawienie mych ludzi na statku. Jednak argument Liu Panga
o braku możliwości logistycznych do transportowania większej liczby osób
miał swoją wagę.
- Nigdy nie ufaj, panie, wężom i eunuchom - pierwszy zebrał się na
odwagę tłumacz Wiru - tak brzmi chińskie przysłowie!
A ja dopiero teraz sobie uświadomiłem, że faktycznie Liu Pang jest
eunuchem!
Słyszałem o nich wiele, o ich piskliwym głosie oraz skłonności do
specyficznej, niemal kobiecej, otyłości, ale rozmawiając z urzędnikiem,
nie przyszło mi do głowy, że to przedstawiciel tej słynnej, bardzo
wpływowej w Chinach kasty. Zwyczaj kastrowania małych chłopców znany był
również w Europie i stosowano go u młodzieńców o najpiękniejszych
głosach, by nie przeszli mutacji i nie zatracili swoich niezwykłych
możliwości wokalnych. Słyszałem ich śpiewających na dworach papieskich i monarszych, jednak było ich niewielu, zaś do samego zabiegu odnoszono
się w naszej kulturze raczej z niechęcią.
Co innego na pozostałych kontynentach! Tam o takie skrupuły było
znacznie trudniej.
W państwach muzułmańskich spotykało się ich powszechniej. Służyli na
pańskich dworach głównie do ochrony haremów. Pozbawieni męskości nie
mogli swemu żywicielowi przyprawiać rogów, przynajmniej nie w tym
tradycyjnym rozumieniu, dlatego ich liczba była tam znaczna, zaś wpływy
na dworach władców ogromne.
Nic to jednak w porównaniu z Chinami!
Tutaj używano ich nie tylko do opieki nad żeńską częścią dworu cesarza,
ale również do obsługi samego władcy. W dawnych czasach wymyślono, że
pozbawiony rodziny i możliwości płodzenia potomstwa sługa będzie
koncentrował swoje wysiłki wyłącznie na wiernej służbie swemu panu. Nie
mogąc przekazywać zgromadzonych dóbr swoim dzieciom, będzie mniej
skłonny do korupcji oraz ulegania innym pokusom tego świata. Dlatego
zdolnych młodzieńców, pochodzących z tych nie najlepszych domów,
kastrowano i oddawano do szkół, by tam zdobywali wiedzę potrzebną w służbie cesarzowi.
Z czasem administracja w państwie została opanowana przez eunuchów,
którzy wcale nie byli tak bezinteresowni w swojej służbie, jak tego po
nich oczekiwano. Każdy z nich miał przecież rodzinę - swoich bratanków i siostrzeńców, którym trzeba było pomóc w karierze, a oni sami szybko
uznali, iż za swoje poświęcenie należy im się stosowna rekompensata w postaci władzy, wpływów i luksusów, którymi się otaczali ze szkodą dla
społeczeństwa.
Byli przy tym wyjątkowo skłonni do zdrady i intryg.
- Nic dziwnego - tłumaczył mi kiedyś wspomniany mnich - w chińskim
systemie jedną z naczelnych reguł prawa karnego jest zasada
odpowiedzialności zbiorowej, co oznacza, że za winy ojca odpowiada cała
rodzina. Więc jeśli urzędnik oszuka swego pana, ścinają nie tylko jego,
ale też jego żonę i wszystkie jego dzieci bez względu na ich wiek. Jeśli
przestępstwo było szczególnie odrażające, to też jego rodziców i rodzeństwo, a w skrajnych przypadkach nawet jego sąsiadów, jeśli sędzia
uznał, że mogli oni wiedzieć o przestępstwie, a nie donieśli o tym.
- Eunuch nie ma dzieci - uśmiechnąłem się domyślnie.
- Właśnie tak - potwierdził mój rozmówca - ma za to nieposkromione
ambicje, przekonanie o swej wyjątkowości i apetyt na władzę.
Spojrzałem teraz z rozmysłem na tłumacza, a potem na otaczające mnie
stroskane oblicza innych moich towarzyszy podróży i pomyślałem, że
ostrożność nigdy nie zawadzi.
- Będziesz w takim razie szedł piechotą - odpowiedziałem mu, a on bez
zastanowienia przytaknął.
A co z samurajami?
Spojrzałem na niego.
- Chińscy panowie też ich zatrudniają - wzruszył ramionami, jakby
problem nie istniał - co prawda wszyscy ich tu nienawidzą, bo kojarzą im
się z piractwem, ale w równym stopniu boją się ich i doceniają jako
wojowników. Niemal w każdym majątku jest ich garstka do utrzymywania w posłuchu poddanych i jako eskorta w podróży.
- No to bierzemy ich - postanowiłem, jak mi się wydawało nieodwołalnie,
i kazałem się szykować do drogi Słotowskiemu, który miał zająć trzecią
lektykę, oraz sześciu samurajom, których chciałem mieć pod ręką w czasie
podróży.
Marysieńka
Marysieńka
Warszawa, 22 grudnia Roku Pańskiego 1658
Najdroższe moje serce, najukochańszy mężu,
jestem w rozpaczy, że Ciebie tu nie ma! Niechybnie umrę przed końcem
roku. Wiem już, że nie przyjedziesz do mnie, jak obiecałeś, ani na
święta, ani na Nowy Rok. A czy Ty wiesz, że jak się ludzie nie spotkają
na Nowy Rok i nie złożą sobie życzeń, to zła wróżba na cały ten rok? Wć
mnie nie kochasz! Ja wiem, bo inaczej byłbyś tu przy mnie, ale nie
przyjedziesz, bo Ci nie pozwolą Twoi przyjaciele. Wć ich słuchasz i ich
kochasz.
Imć Żaboklicki przysłał mi tylko trzysta talarów. Pisze, że więcej nie
ma, a i to musiał wziąć od lichwiarzy, zastawiając rodowe srebra
Zamoyskich kupione jeszcze przez Wci dziada. Nie wierzę mu, mówi tak, bo
mnie nie lubi, chce mi zrobić przykrość. Pisze z pretensją, że żądałam
od Wci, abyś go zwolnił. Ja żądałam, żeby go Wć zwolnił? Przecież wiesz,
że to tylko w gniewie, a zresztą skąd on o tym wie? Jak nic czyta
Waścine listy! Strzeż się go, bo to zły człowiek, który chce, abym
umarła tu z głodu.
Mimo tortur, jakie mi Wć zadajesz, życzę Waści wesołych świąt Bożego
Narodzenia! Wci niekochana, ale kochająca, posłuszna, oddana i wierna
żona,
Maria Kazimiera Zamoyska
Pewnie już Wć wiesz, że bieży ku Wci major Gralewski. Na miłość boską,
zrób Wć coś w tej sprawie, bo jak się nie pospieszysz, to możesz być
pewny, że temu nieborakowi zaraz utną głowę!
Przesyłam ukłony dla JMć Księżnej Wiśniowieckiej.
- Mężczyźni! Wielkie słowa, ogromne nadzieje, a potem hyc do mamusi pod
spódnicę, jak coś nie wyjdzie! - zaśmiała się szyderczo w stronę nieco
smętnych dziś dwórek. One grzecznie zawtórowały, ale widać było, że
humory u wszystkich nietęgie.
Wzrok przygaszony, nosy spuszczone na kwintę i tylko wpatrzone w podłogę, jakby tam szukały zgubionego wczoraj szczęścia. Szczególnie żal
było spojrzeć na Jadwisię, której najwyraźniej przystojny major
najbardziej zaszedł za skórę.
Nic dziwnego, chodził wokół niej, komplementy prawił, w oczka zaglądał i podziwiał rumieńce. Wszystkie myślały, że coś z tego będzie, a tu na
koniec taka klapa.
Przyjazd pana Gralewskiego zapowiedział jego przyjaciel, imć Walborski,
który przyjechał dzień wcześniej i prosił o łaskawą audiencję. One
głupie myślały, że zacny kawaler pędził pół świata, by im dotrzymać
towarzystwa i rozmową zabawiać, a on swoje interesa chciał ubić.
Przyjęła go grzecznie, bo młodzian służył w regimencie męża, aktualnie
odkomenderowany do oblężenia twierdzy toruńskiej. Wiedziała, że pochodzi
ze znacznej rodziny, osiadłej w Lubelskiem, skoligaconej z senatorskimi
rodami, więc kto wie, może coś by z tego było.
Co prawda jej dwórki nie szczyciły się aż tak zacnymi rodowodami, ale na
tym polegała sztuka ożenku z panną z fraucymeru. Zamiast wielkich
parantel panna wnosiła w posagu łaskę swojej opiekunki. To mogło
przyspieszyć karierę niejednego ambitnego młodziana. Im potężniejsza
protektorka, tym pewniejsze powodzenie jej panien.
- A któraż teraz, nie licząc samej królowej oczywiście, potężniejsza ode
mnie? - pyszniła się od rana Marysieńka, która poślubiła księcia
zamojskiego, jak zwano jej męża, i nosiła w łonie następcę jego
imperium.
- O słodka naiwności! - westchnęła rozpaczliwie na widok kilkunastu
zawiedzionych dziewcząt. Sama też czuła się urażona i zniesmaczona, bo
spodziewała się zupełnie innego zakończenia historii z imć majorem
Gralewskim.
Tenże bałamutnik, przybyły wczoraj około południa z dwoma kompanionami
na zamek, oczywiście słowem nie wspomniał, że popadł w potężne tarapaty
i pędził tu do niej po ratunek, jak do własnej mamusi. Dopiero po
kolacji poprosił o dyskretną rozmowę, podczas której, tylko w towarzystwie Jadwigi i w pewnym oddaleniu starej ochmistrzyni jako
przyzwoitki, udającej, że drzemie w kącie, wyznał jej prawdziwy powód
przybycia.
- Zawiniłem, pani, i teraz przyjdzie mi za to odpokutować - zajęczał
rozpaczliwie, mnąc w spoconych nagle dłoniach kapelusz, a ona nie
wiedziała, czy to ciąg dalszy jego wcześniejszych żartów i umizgów do
niej oraz do jej dwórki, czy raczej dość niezwykła spowiedź.
W końcu po to wzięła Jadźkę ze sobą na spotkanie, bo pomyślała, że
kawaler, nie czekając, zamierza się zadeklarować.
Ot, żołnierska fantazja! Ot, niecierpliwość młodych! - pomyślała nawet z pewnym podziwem, że są jeszcze na tym świecie mężczyźni, którzy wiedzą,
czego chcą, i zaraz sięgają po obiekt swych marzeń.
Okazało się jednak, że nie!
- Pani, ratuj, bo stracę głowę! - padł na kolana i zajęczał jak
potępieniec.
Jadwisia aż zapiszczała cichutko, jak przydeptana z nagła mysz, myśląc,
że oto spełnia się sen i przystojny konkurent prosi o pomoc w staraniach
o jej rękę, a utrata głowy grozi mu w sensie szaleństwa z miłości do
niej.
Niestety, majorowi chodziło o utratę głowy w znaczeniu jak najbardziej
fizycznym.
Józia
Józia
Monotonny plusk wody o boki szkuty stawał się każdego dnia coraz
bardziej irytujący. To, co początkowo koiło nerwy, teraz, kiedy podróż
dobiegała końca, jawiło się już symbolem drogi, którą chciałaby mieć za
sobą.
- Gdańsk! - usłyszała wreszcie upragnione zawołanie i wybiegła na dziób
łodzi, by zobaczyć wyłaniający się z porannych mgieł zarys potężnych
murów nadmorskiej fortecy.
- Nareszcie! - w okrzyku tym zawierały się cały strach przed
prześladowcami, którzy wkrótce już nie będą mogli jej dosięgnąć, oraz
nadzieja na szczęśliwe życie u boku ukochanego.
Wczorajszy dzień spędziła na przygotowaniach do zejścia na ląd. Wróciła
już prawie do pełni sił, zaś rozpierająca ją energia musiała znaleźć
ujście w gorączkowej krzątaninie po ciasnym pokładzie przeładowanej
szkuty. Flisacy, nieprzyzwyczajeni do obecności kobiet na pokładzie,
dzielnie znosili jej irytującą chwilami obecność, połączoną z ponaglającymi pytaniami o odległość do portu w Gdańsku.
Wreszcie się doczekała!
- Jacek, bierz bagaże! - zawołała, chwytając pierwszy z brzegu tobół.
Tak się przyzwyczaiła do codziennej posługi chłopaka, że nie mogłaby
sobie bez niego poradzić. Wczoraj jednakże Harry uświadomił jej, że
byłoby nie fair, gdyby ciągnęli na kraj świata niczego nieświadomego
pacholika.
Dlatego po kolacji usiedli we troje i odbyli poważną rozmowę.
- Wiesz, że traktujemy cię jak młodszego braciszka? - zaczął poważnie
Harry.
Oj, coś niedobrze! - mówiła mina Jacka, który obawiał się takich rozmów,
a które rzadko kończyły się dla niego pomyślnie.
- Spokojnie, to nic złego - Józia od razu wychwyciła niepokój chłopaka.
Usiadł więc wygodniej i z wahaniem skinął głową.
- Dlatego chcielibyśmy z tobą porozmawiać - kontynuował Harry. -
Umówiliśmy się, że za ustaloną zapłatę będziesz nam towarzyszył w podróży do Gdańska i właśnie się do niego zbliżamy.
Jacek z ponurą miną skinął głową.
- My płyniemy dalej - wtrąciła się Józia - aż do dalekiej Szkocji!
I dla mnie nie ma tam już miejsca! - mówiła mina chłopaka, której
zdawali się nie dostrzegać. On już od wielu dni odliczał chwile do
rozstania i rozglądał się za nowym zajęciem. Podobała mu się praca
flisaków, polubił ich, a oni jego. Rozmawiał z szyprem o możliwości
zatrudnienia, a ten nie wykluczał, że przydałby mu się taki bystry
chłopak. Problem polegał na tym, że flisactwo było zajęciem sezonowym i znajdowali się już praktycznie w połowie sezonu, więc nie na długo
byłoby to zatrudnienie.
- Lepszy rydz niż nic - mawiał ciągle jego dziadek, gdy wszyscy
narzekali na słabe plony, a on dopiero teraz zaczynał pojmować sens tego
powiedzenia.
- Jeśli się zgodzisz, zabierzemy cię ze sobą - ostrożnie zaproponował
Harry, a widząc wytrzeszczone w nagłym zdumieniu oczy, dorzucił
pospiesznie - oczywiście za odpowiednio wyższą pensję.
- O ile wyższą? - Jacek, nawet w chwili największego zaskoczenia, nie
zapominał, że ma w domu młodsze rodzeństwo i matkę na utrzymaniu.
- Nooo, powiedzmy - Harry się zawahał, spojrzał na Józię i widząc jej
minę, która jednoznacznie mówiła, że to nie jest ten moment, by
popisywać się słynną szkocką oszczędnością, wyrzucił - dwa razy wyższą!
- A opłatę za statek i wikt?
- Zapłacimy! - zapewniła Józia i widząc radość chłopaka, sama roześmiała
się głośno, bo choć liczyła na jego zgodę, to jednak w duszy obawiała
się, czy pacholik odważy się na tak daleką podróż.
Sobiepan
Sobiepan
Eunuch i krytyk z jednej są parafii.
Obaj wiedzą jak, żaden nie potrafi.
przysłowie staropolskie
- Samuraje? Po moim trupie! - zadrżał z oburzenia Liu Pang, kiedy
zobaczył schodzący na ląd mój prywatny orszak. Gestykulował przy tym tak
sugestywnie, że nie trzeba było tłumacza, by wiedzieć, co grubas ma na
myśli.
- Ejże, nie kuś - wyszeptał mi do ucha Słotowski, który, nie czekając na
przetłumaczenie, w lot zrozumiał, iż tamten był gotów własnym ciałem nie
dopuścić do zejścia na ląd Japończyków. Ci też doskonale rozumieli,
dlatego od razu przyjęli postawę, której nawet człowiek wypełniony
najlepszą wolą nie mógł potraktować inaczej niż jako zaproszenie do
rozróby.
Chińczycy nienawidzili Japończyków!
Uważali ich za barbarzyńców zupełnie pozbawionych kultury, zaś wszelkie
przejawy cywilizacji, które opanowali ich wschodni sąsiedzi z odległych
wysp, były traktowane jako wtórne wobec osiągnięć chińskich, kopiowane i udawane. Niezmiernie szczycili się swoimi osiągnięciami, bagatelizując
jako nieistotne, gorsze i wtórne wszystko, co pochodziło z Japonii.
Wiedząc, iż w jakiejś niewielkiej części zarzuty te w odniesieniu do
naśladownictwa nie były pozbawione podstawy, miałem świadomość, że
fundamentem nienawiści do sąsiadów był po prostu strach.
Wielki, paniczny, wręcz zwierzęcy strach ofiary przed oprawcą!
Japończyk, jakiego znali mieszkańcy cesarstwa, był jak wilk, trafiający
tu między owce zupełnie bezbronne wobec jego krwiożerczych umiejętności,
a co gorsza, jego morderczego instynktu. Przypływali tu bowiem
samurajowie, czyli japońska kasta wojowników, ćwiczona od dziecka do
walki, zabijania, odporności na ból i głód.
Byli drapieżnikami, które tresowano fizycznie i psychicznie do wojennego
rzemiosła. Gardzącymi życiem własnym i innych. Z pieśnią na ustach idący
na śmierć, jak inni na wesele. Ta nadmiernie rozrośnięta liczebnie grupa
szukała dla siebie perspektyw i źródła utrzymania w łupieżczych
wyprawach na sąsiadów.
Natomiast w chińskim wojsku w znakomitej większości służyli potomkowie
chłopów i mieszczan. Przyuczeni do walki, posłuszni rozkazom dowódców,
ale pozbawieni instynktu zabójców, ich odwagi i bezwzględności. Jak mnie
zapewniono, sześciu moich samurajów zabije trzydziestoosobową eskortę
urzędnika w ciągu pacierza i nawet się nie spocą. Przy tym zrobią to z ochotą i będą mi wdzięczni, że pozwoliłem im na to małe ćwiczenie przed
dalszą podróżą.
Ty też to wiesz! - spojrzałem bez słowa w oczy eunucha i przez chwilę
mierzyliśmy się spojrzeniami.
Wiem, ale się ich nie boję! - zdawał się odpowiadać buńczuczną miną, a ja jeszcze nie byłem w stanie ocenić, na ile jego postawa wynika z odwagi, a na ile jest tylko grą obliczoną na moją uległość.
- Powiedz mu - skinąłem na Wiru - że bez nich się nie ruszę. Że w mojej
ojczyźnie są dwie zasady dotyczące poruszania się panów: pierwsza
zabrania chodzenia pieszo, a druga poruszania się bez godnego orszaku. I tylko ze względu na niego poleciłem pozostałym moim ludziom zostać na
statku.
Nie wyglądał na przekonanego. Pokazywał, że ma dla nas lektyki i orszak
godny wielkiego pana. Tłumaczył, że Japończycy nie są tu mile widziani,
że ich obecność skończy się awanturami z miejscową ludnością, zaś
cesarz, kiedy się dowie, że zabrałem ich ze sobą, z pewnością odmówi mi
audiencji.
Czemu ci tak na tym zależy? - obserwowałem rozbiegane oczy eunucha, gdy
tak usilnie próbował mnie przekonać do pozostawienia samurajów na
okręcie. - Czy naprawdę chodzi ci tylko o niechęć twoich rodaków do
Japończyków? Czy knujesz jakąś podłość w stosunku do mnie.
Nie mogłem się zdecydować, więc pozwalałem mu mówić dalej, a z jego ust
płynął nieprzerwany potok słów, które zamiast mnie przekonać, sprawiały,
że stawałem się coraz bardziej nieufny.
Najwyraźniej dostrzegł mój narastający sceptycyzm, bo nagle zamilkł i odetchnąwszy dwa razy, wyrzucił z rozpaczą:
- Panie, jeśli już musisz mieć własną eskortę, to zabierz Europejczyków
albo Afrykanów, ale zostaw na statku Japończyków!
Nie zwykłem ulegać naciskom innych.
Nienawidziłem, gdy ktoś próbował coś na mnie wymusić, i wtedy raczej
postępowałem wbrew jego zdaniu, ale tutaj nie miałem pełnej swobody
decydowania o własnej osobie. Dlatego na przekór własnej woli, po
dłuższym wahaniu, skinąłem głową.
- Słotowski i Wiru, idziecie ze mną! Eskorta zostaje na statku!
Ścigany przez zdziwione spojrzenie pierwszego i unikając patrzenia na
zawiedzione oblicza samurajów, ruszyłem w stronę przeznaczonej dla mnie
lektyki.
Grubas zaś szczęśliwy, że postawił na swoim, podreptał w podskokach, by
wydać ostatnie polecenia przed wymarszem.
Prolog
Prolog
Mglisty poranek zastał nas na środku spienionej, rwącej górskiej rzeki.
Maleńka łódeczka, niosąca nas w nieznane, podskakiwała w zupełnie
niekontrolowany sposób, grożąc w każdej chwili wywróceniem, a pasażerom
śmiercią w lodowatych odmętach. Moje skatowane ciało wyło z rozpaczy,
domagając się odpoczynku i miski ciepłej strawy. Jednak przewodnik nie
zgadzał się nawet na chwilę przerwy.
- Jak on widzi cokolwiek w tym wodnym piekle? - zastanawiałam się całą
noc, próbując cokolwiek dostrzec wśród plątaniny rozbryzgów, głazów,
progów i wirów pojawiających się za każdym zakrętem.
Niewiele mogłam zobaczyć, gdyż - ciśnięta jak wór szmat na dno czółna -
leżałam skulona w pozycji embrionalnej, starając się nie chybotać łódką,
by nie zakłócić chwiejnej stabilności naszego środka transportu.
- Nikt, kto nie musi, nie zaryzykuje życia, by w ciemną noc pędzić na
złamanie karku w dół wąskiej rzeki! - próbowałam się zbuntować chwilę
temu, ale on nawet nie raczył spojrzeć w moją stronę. Z kamienną twarzą
wywijał wiosłem raz z jednej, raz z drugiej strony i mimo upływu wielu
godzin jego siły wydawały się niewyczerpane.
- Zatrzymajmy się choć na chwilę! Nikt nas już nie ściga! - ledwie
zdążyłam wypowiedzieć te słowa, gdy z góry rzeki doszły mnie stłumione
przez szum wody okrzyki bojowe, wydobywające się z gardzieli setki
wojowników.
Wychyliłam się na kolejnym zakręcie, ryzykując wypadnięcie z łódki.
Jeszcze ich nie widziałam. Oni nas też nie, ale byli blisko i - sądząc z odgłosów - coraz bliżej.
On najwyraźniej usłyszał ich już wcześniej, dlatego próbował jeszcze
zwiększyć wysiłek. Mocniej napierać na wiosło i sprawniej prowadzić
łódkę wśród wodnego żywiołu. Dłuższą chwilę płynęliśmy po spokojniejszej
wodzie. Wiedziałam, że to jest odcinek szczególnie dla nas
niebezpieczny, bo byliśmy widoczni z daleka jak na patelni. Modliłam się
bezgłośnie o nowy zakręt, głaz czy cokolwiek, co pozwoliłoby się schować
przed wzrokiem bezlitosnych, żądnych zemsty prześladowców.
- Gdybym mogła cofnąć czas! - westchnęłam, żałując swoich wyborów.
Bezwiednie zacisnęłam pięści, czując, jak paznokcie kaleczą dłonie do
krwi.
- Zauważyli nas! - jęknęłam z rozpaczą, a serce podskoczyło mi do
gardła, gdy usłyszałam gromki okrzyk triumfu, w chwili kiedy
dopływaliśmy już do kolejnego zakrętu.
Wychyliłam się znowu - setka uzbrojonych po zęby, dyszących żądzą mordu
prześladowców wypełniła w swych łodziach przestrzeń za nami. Jeszcze
chwila i znajdą się na tyle blisko, by zasypać naszą łupinę gradem
pocisków.
Czasy obecne
Czasy obecne
Na północno-zachodnim krańcu nieba powoli, ale nieubłaganie rozbudowywał
się groźny front burzowy. Ciemne chmury nabrzmiewały i kłębiły się coraz
bliżej, grożąc kolejną ulewą, których nie brakowało w ostatnich dniach.
Ziemia nasiąkła od ciągłych opadów do tego stopnia, że po obu stronach
drogi widziałam płachty brudnej wody, stojącej na uprawnych polach. Nie
zważając na aurę, mknęłam przed siebie z ponurą zawziętością małą
czerwoną hondą civic, zaciskając do bólu dłonie na zgrabnej kierownicy.
To już dziś! Nie mogłam się doczekać tej chwili. Dziś, zgodnie z umową,
powinien dotrzeć kolejny transport porcelany z Rosji. Spodziewałam się w nim znaleźć pozostałą część relacji Sobiepana Zamoyskiego z jego podróży
do dalekich krajów. W poprzednim kartami z jego zapiskami owinięto
zabytkowe wyposażenie pałacyku w Klemensowie. Miałam więc nadzieję, że
tym razem przyślą w ten sposób resztę interesujących mnie materiałów.
Z piskiem opon zajechałam na boczny parking przed pałacem-muzeum w Kozłówce. To tu umówiłam się na spotkanie z Kaśką, na które nieco się
spóźniłam.
Stoi przy swoim samochodzie i czeka, paląc papierosa.
- I co? - rzucam, zanim jeszcze na dobre wysiadłam z samochodu.
- Nic! - wzrusza ramionami. - Czekamy.
W pełnym napięcia milczeniu idziemy w stronę bocznego wejścia do pałacu.
To już trzeci raz w tym miesiącu, kiedy przyjeżdżam tutaj z nadzieją, i jak do tej pory dwa razy wróciłam z pustymi rękami. Rosjanie uwielbiają
takie gierki - urażeni, że już nie chcemy zachwycać się wspólną wizją
przyszłości i na dodatek wspieramy Ukrainę, bawią się w drobne
złośliwości na każdym możliwym polu. Pytani, kiedy zamierzają wywiązać
się z zawartej umowy, podają konkretny termin, by potem w ostatniej
chwili wycofać się pod byle pretekstem. Gdy odpowiadamy tym samym,
reagują histerycznie - narzekają na cały świat, rwą włosy z głowy, jacy
to Polacy źli i perfidni - im wolno, a my powinniśmy cierpliwie znosić
wszelkie szykany!
Dziś to samo. Po kilku godzinach czekania w końcu ktoś tam odbiera
telefon.
- Porcelana? Z Klemensowa? - dziwi się kobieta po tamtej stronie, jakby
nigdy nie słyszała o podobnym transporcie. Jestem pewna, że tydzień temu
ta sama osoba zapewniała nas, że wszystko spakowane i będzie u nas na
czas.
- Nie, nie wysłaliśmy - odpowiada obojętnie. - Jak będziemy wysyłać, to
zadzwonię. Do widzenia! - odkłada słuchawkę.
- K...wa mać! - bezsilnie wściekam się po raz kolejny, wiedząc, że to może
trwać bez końca. A ja nie mam czasu ani cierpliwości.
- Czytelnicy czekają na kolejną część przygód Sobiepana! - biorę torebkę
i ruszam w stronę drzwi. - Jutro składam wniosek o wizę. Jak nie chce
góra do Mahometa, to Mahomet pojedzie do góry!
- Poczekaj! - Kaśka pędzi za mną. - Tym sposobem niczego nie
przyspieszysz. Na darmo się przejedziesz i niczego nie wskórasz.
Wiedziałam, że ma rację, ale nie mogłam dłużej czekać. Rozsadzały mnie
wściekłość i chęć działania. Nazajutrz wysłałam do władz rosyjskich
wniosek o dostęp do porcelany z Klemensowa. W krótkim uzasadnieniu
dodałam, że jest mi on niezbędny do napisania książki. Po trzech
tygodniach dostałam odpowiedź z żądaniem bardziej szczegółowych
wyjaśnień - w jaki sposób przedmiotowa zastawa może się przyczynić do
powstania publikacji. Wyjaśniłam, że nie sama zastawa, tylko kartki
papieru, w jakie została owinięta. W odpowiedzi zapytano, skąd wiem, w jaki papier została owinięta, skoro - jak napisałam - jeszcze jej nie
widziałam.
To jak walenie głową w mur! Mieszanka wściekłości z bezsilnością
odbierała mi chęć do życia.
Rozwiązanie okazało się tak banalnie proste, że gdybym opisywała reakcję
bohatera powieści, to podałabym, iż "z wrażenia aż usiadł zdumiony".
Znalazłam je podczas zajęć ze studentami zaocznymi, a przynajmniej tak
mi się wówczas wydawało.
Prowadziłam wykład fakultatywny z historii Kościołów wschodnich na
ziemiach polskich, na który uczęszczali słuchacze z różnych kierunków.
Jednym z nich był młody ksiądz - Polak z Ukrainy, sprawujący posługę
duszpasterską w Rosji. Zaciągający po kresowemu, jak postać lwowiaka z międzywojennej komedii, lekko łysiejący na czubku głowy, sympatyczny
Igor zainteresował się moim problemem. Wspomniałam kiedyś o swoich
przygodach z dostępem do akt w Rosji, a on na to bez namysłu:
- Ja to pani załatwię. Proszę tylko powiedzieć, czego dokładnie pani
potrzebuje, a ja po powrocie do siebie postaram się pomóc.
No to powiedziałam, on zanotował i pojechał. Nie podzielił się ze mną
swoim pomysłem na rozwiązanie mojego problemu, a mnie nie przyszło do
głowy, by zapytać. Dopiero po jakimś czasie przyszła refleksja: a co
będzie, jak go aresztują?
Dzień lub dwa po niej przyszła kolejna: a co, jak nie będą się bawić w niuanse i aresztowania, tylko od razu zamordują? Toż to jest bandycki
kraj z KGB-istą u steru władzy!
Zaczęłam się bać o niewinnego chłopaka, który przeze mnie wplątał się
prawdopodobnie w jakąś intrygę spod znaku płaszcza i szpady i próbuje
dla mnie wykraść ściśle strzeżone tajemnice, bo w państwie rządzonym
przez służby wszystko jest "pilnie strzeżoną tajemnicą".
Strach narastał w miarę upływu czasu, a gdy nadszedł dzień kolejnego
spotkania ze studentami, stałam pod drzwiami i wypatrywałam w kłębiącym
się na korytarzu tłumie znajomej głowy z plackiem łysiny na czubku.
Niestety, nie doczekałam się!
Skupić się na prowadzonych zajęciach nie dało się w żaden sposób! Ciągle
oglądałam się na drzwi, w nadziei, że przyjdzie spóźniony, ale tego dnia
nie przyszedł wcale.
Może nic się nie stało, może zachorował albo zatrzymały go obowiązki
parafialne - próbowałam się pocieszyć, ale z tyłu głowy siedział
diabełek, powtarzający bez końca:
- To twoja wina! Pewnie go tam zabili i to twoja wina!
Zdobyłam telefon do niego w dziekanacie. Wyszperałam mail w swojej
poczcie, bo kiedyś pisał do mnie w sprawie zajęć, i próbowałam się z nim
skontaktować. Na zmianę po kilka razy dziennie dzwoniłam i pisałam,
pisałam i dzwoniłam. A tam nic!
Przez głowę przewijały mi się najgorsze możliwe scenariusze. Zadzwoniłam
do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, połączyli mnie z panią z odpowiedniego departamentu, która potraktowała mnie jak kolejną panienkę
porzuconą przez chłopaka:
- Wyjechał, tak? Nie odbiera telefonów ani maili, tak? No cóż, zdarza
się, trzeba to jakoś wytrzymać. Musi pani być dzielna, nie ten, to inny!
Ja jej na to, że to ksiądz i nie jest moim chłopakiem. Ona ze
współczuciem:
- Tak mi przykro! Z duchownymi to tak zawsze, proszę sobie następnym
razem znaleźć świeckiego chłopaka, bo z księdzem to nic na stałe... i wie
pani...
- Proszę pani! - ja jej na to coraz bardziej zdenerwowana - to nie jest
mój chłopak, to mój student!
A ona już lodowato:
- Ja nie oceniam, nie krytykuję, bo... bo mi nie wolno, ale wie pani... ja
mam syna na studiach... ksiądz... i jeszcze pani student... to już nawet jak
na mnie trochę za dużo!
- No i co z tego? - walczę z niezrozumieniem.
- Następnym razem proszę sobie znaleźć kogoś w swoim wieku, żegnam
panią! - trzask odkładanej słuchawki.
Zabiłabym babę!
Czułam, jak mi się bezwiednie zaciskają palce obu rąk. Odłożyłam
ostrożnie telefon, by nie uległ uszkodzeniu.
A może zadzwonię do miejscowej kurii biskupiej? - przemknęło mi przez
myśl, ale zaraz przyszła refleksja: Tam to dopiero mi dadzą, jak zacznę
wypytywać o młodego księdza.
Miotana emocjami postanowiłam dotrwać do następnych zajęć, zanim zrobię
coś, co będzie wyrazem mojej całkowitej desperacji. Jeszcze nie
wiedziałam co, ale czułam, że jestem gotowa na wszystko.
Godzinę przed seminarium siedziałam w katedrze, odbywając tak zwane
konsultacje. Ktoś zapukał.
- Proszę! - zawołałam, nie podnosząc głowy.
- Szczęść Boże! - usłyszałam, a na dźwięk tego głosu ulga spłynęła na
mnie taką falą, że mogłabym zsunąć się z fotela.
- Gdzie ksiądz był? - krzyknęłam, zrywając się na nogi.
- W Rosji! - wzruszył obojętnie ramionami, kładąc na biurku pendrive'a.
- Co to? - wpatrzyłam się w maleńki przedmiot z logo PKP.
- Zdjęcia tych opakowań z porcelany, o które pani prosiła! - spojrzał na
mnie jak na idiotkę, która prosi o przysługę, a potem nie pamięta, o co
prosiła.
- Ale jak... jak się to księdzu udało?
- Mogę usiąść? - wskazał na krzesło, a ja czym prędzej skinęłam głową.
- Proszę, niech ksiądz usiądzie!
- Łatwo nie było, trudniej, znacznie trudniej, niż się spodziewałem -
westchnął z wysiłkiem. - Znając sytuację tam, na miejscu, od razu
wiedziałem, że oficjalną drogą nic się nie wskóra, więc postanowiłem
sprawę załatwić jak Rosjanin. Kupiłem kwiaty, czekoladki, dobre wino i poszedłem do pani dyrektor wskazanego muzeum, bez podania, bez
formalności, prosząc, by pozwoliła zerknąć do tych skorup. Wcześniej nie
byłoby z tym problemu, ale teraz ze względu na wojnę już był. Nie
powiem, przyjęła mnie uprzejmie, wysłuchała z troską i kazała przyjść
nazajutrz.
Znowu kupiłem kwiaty i idę. Porozmawialiśmy miło, wypytała, do czego
jest mi to potrzebne, opowiedziałem więc, starając się nie kłamać, ale i nie mówić prawdy, o prowadzonych badaniach naukowych, a ona kiwała
głową. Jeszcze na tę chwilę nic nie ustaliła, nic nie wie, nic nie
powie. Kazała przyjść za dwa dni. Przychodzę ponownie, dalej nic.
Poszukiwania trwają i jeszcze nic nie wiadomo. Mam przyjść znowu za dwa
dni, ale widzę, że chyba nic z tego nie będzie.
Wychodzę zły i - czekając na otwarcie drzwi - natykam się na lekko
drwiące spojrzenie człowieka z dyżurki. Ni to ochroniarz, ni
recepcjonista, taki człowiek trochę do wszystkiego, co to dba, by nie
wchodzili do środka ludzie do tego nieupoważnieni.
- No i co, batiuszka? - rzuca kpiąco. - Znowu odprawili z kwitkiem?
- Odprawili - burknąłem, chwytając za klamkę, bo chciałem wyjść czym
prędzej na świeże powietrze.
- Zaraz! - wyszedł ze swojej kanciapy. - Gdzie tak księdzu pilno?
Wzruszyłem ramionami, bo co miałem się opowiadać cieciowi, co będę
robił, ale on, niezrażony moją opryskliwością, wziął mnie pod ramię i mówi:
- Chodźmy na papierosa!
- Nie palę! - próbowałem wyrwać mu się i iść w swoją stronę.
- Ale ja palę i piję, choć nie zawsze mam za co! - zaśmiał się znacząco,
mrugając do mnie tak, że przyjrzałem mu się uważnie.
- Przecież widzę, że szefowa za nos wodzi, i, znając ją, wiem, że wodzić
nie przestanie - zaciągnął się głęboko dymem z cuchnącego papierosa bez
filtra.
Spojrzałem w dół i doszedłem do wniosku, że istotnie człowiek ten nie
narzekał na nadmiar pieniędzy. Papieros sprawiał wrażenie skręconego w domowych warunkach z resztek zostawionych w popielniczce przez
nałogowych palaczy, a trzymał go w dłoniach zniszczonych od ciężkiej
pracy fizycznej.
- Niech ojczulek przyjdzie pół godziny po zamknięciu i zastuka do drzwi
- zdusił wypalonego w połowie papierosa, chowając resztkę do kieszeni.
Skinąłem głową i ruszyłem co prędzej schodami w dół. Wreszcie po tylu
dniach ujrzałem światełko w tunelu.
- A! - zawołał za mną ściszonym głosem. - I proszę zabrać ze sobą coś do
picia i do palenia.
Wieczorem zjawiłem się pod drzwiami z litrową butelką wódki i kartonem
papierosów. Zaprowadził mnie do podziemi. Wypiliśmy po jednym i zabraliśmy się za poszukiwania. I tak przez dwa tygodnie nocami
przeszukiwaliśmy czeluście magazynu, aż w końcu znalazłem te skorupy, o które pani chodziło - wskazał leżący na blacie pendrive. - Tutaj są
zdjęcia tych brakujących kart z pamiętnika.
Pochwyciłam go jak skarb i przycisnęłam do piersi.
- To one? Na pewno?
- Tak mi się wydaje, nie wszystkie czytałem, bo nie było czasu, a i czytać nie chciałem, bo straszne świństwa wypisywał ten wasz Sobiepan.
- To on! To musi być on!
Omal go nie wycałowałam z radości. Podniecenie, połączone z palącą wręcz
wnętrza ciekawością co do zawartości nośnika, sprawiło, że ledwie
wysiedziałam do końca zajęć.
W domu rzuciłam się do komputera.
Jest, mam to!
Nie wszystkie zdjęcia zawierają karty z pamiętnika Sobiepana, a te,
które się tam znajdują, są zniszczone i niekompletne, ale główny wątek
dalszych losów Sobiepana można z tego odtworzyć.
Pierwsza widnieje dumnie karta z napisem wykonanym pewną ręką:
Dyariusz dalekiey podróży
w egzotyczne kraye Jana Zamoyskiego,
trzeciego z kolei Ordynata na Zamościu.
Część druga.
Siadam do pracy i nie zamierzam przerywać, dopóki nie skończę!
Miasteczko w prowincji Kuejczou - południowo-wschodnie Chiny rok 1651
Miasteczko
w prowincji Kuejczou
- południowo-wschodnie Chiny
rok 1651
Sobiepan
Sobiepan
Posunąć się za daleko,
to taki sam błąd, jak zatrzymać się za blisko.
Konfucjusz
Księżyc w pełni wychynął zza wzgórza, jasno oświetlając wąskie uliczki
nieznanej mi z nazwy osady. Ukrywałem się w cieniu jednej z chat, krytej
strzechą z trzciny, i od dłuższego czasu wypatrywałem ruchu wśród
ciasnej zabudowy, tak charakterystycznej dla tego miejsca na ziemi.
Spodziewałem się, że wróg nadejdzie od północy, i tam urządziłem na
niego zasadzkę. Jednak przezorność nakazała, by się zabezpieczyć również
od południa, dlatego wysłałem Słotowskiego na drugą stronę z garstką
ludzi. Gdyby zauważył coś podejrzanego, miał dać mi znać przez posłańca.
Jak ja się w to wpakowałem? Zerknąłem przez ramię, sprawdzając, czy moi
samuraje zachowują czujność.
Byli tam. Ukryci w cieniu bambusowych chat, niewidoczni dla oddziału
maszerującego jasno oświetloną ulicą, który lada moment powinien ukazać
się tuż przed nami.
Trzy dni wcześniej
Mijał właśnie siódmy dzień, odkąd rzuciliśmy kotwicę w malutkiej
zatoczce u wybrzeży lądu. Gorączkowo naprawialiśmy statek przy użyciu
własnych narzędzi. Jak się miało okazać, było to chińskie wybrzeże.
Zamierzałem go unikać ze względu na sytuację polityczną, która nie
sprzyjała wizytom Europejczyków spoza ściśle określonego kręgu
uprawnionych do zawijania do chińskich portów i w miejscach do tego
wyznaczonych. Jednak, jak już nieraz się przekonałem, plany mają to do
siebie, że nie zawsze można je zrealizować.
Tak było i tym razem - kilka dni po podniesieniu kotwicy dopadł nas
kolejny tajfun i gnał na południe, z dnia na dzień pogarszając stan
naszego statku. Kiedy już zwątpiliśmy w możliwość ocalenia, żywioł
odszedł równie nagle, jak się pojawił, i oto obudziliśmy się w środku
bezkresnego oceanu z przeciekającym kadłubem i resztkami masztów.
- Jeśli szybko nie znajdziemy skrawka lądu, by dokonać niezbędnych
napraw kadłuba, nasz rejs zakończy się na dnie tego przeklętego morza! -
przywitał mnie wtedy na pokładzie kapitan McGregor.
I tak pod wpływem pilnej potrzeby ratowania się przed najgorszym
musieliśmy zweryfikować nasze plany i skorygować kurs w stronę rejonów,
których wolałbym unikać.
Palące słońce powoli zanurzało się w oceanie na prawo od dziobu
nieruchomej i bezbronnej w tej chwili "Gryzeldy". Aż wstrzymałem oddech,
z nadzieją oczekując na pierwszy tego dnia chłodniejszy powiew morskiej
bryzy. Wyszedłem na przechylony pokład, by przed nocą spojrzeć raz
jeszcze na odległą o kilkaset kroków wioskę. Nie spodziewałem się
kłopotów ze strony jej mieszkańców.
Ale wieść o naszym przybyciu kiedyś dotrze do władców tej ziemi,
kimkolwiek oni są, a wtedy nie możemy mieć pewności, czy przyjmą nas
chlebem i solą! Zachęcałem załogę do większego wysiłku na rzecz naprawy
okrętu.
Kiedy tu podpływaliśmy kilka dni temu, na brzegu zapanował ruch, jak w kolonii mrówek, kiedy niedźwiedź poruszy mrowisko. Matki biegały, łapiąc
swoje dzieci, wieśniacy chowali do podziemnych spichlerzy co cenniejsze
rzeczy, a my w milczeniu obserwowaliśmy ich strach. Kiedy jednak nie
zostali zaatakowani, wyszli do nas. Trochę pohandlowaliśmy i każdy zajął
się swoimi sprawami. Nie zależało nam na tym, by drażnić tubylców. Czym
prędzej rzuciliśmy się ratować przeciekającą łajbę.
- Może trochę odpoczniemy od upału - nie wiem, kiedy u mojego boku
zmaterializował się swoim zwyczajem McGregor. Zerknąłem w jego stronę,
stwierdzając, że i on mimo wielu lat na morzu boleśnie odczuwa lejący
się z nieba żar.
Wiedziałem już, że wysokie temperatury na tej szerokości geograficznej
przynoszą ze sobą gwałtowne burze, zwane tutaj tajfunami. Znajdowaliśmy
się w miejscu często nawiedzanym przez te zabójcze zjawiska
atmosferyczne, o czym świadczył kształt przygiętych do ziemi palm.
- Lepiej dla nas, byśmy nie leżeli jak postrzelone kaczki na brzegu, gdy
pogoda się zmieni - bąknął stary pirat, a ja znowu odniosłem wrażenie,
że czyta w moich myślach.
Dziś w dzienniku pokładowym zapisałem: Marynarze to najbardziej
zabobonna grupa ludzi, jakich znam. Może wynika to z całkowitego
uzależnienia od żywiołów, na jakie są wystawieni każdego dnia? A może
wyczuwają w powietrzu coś, czego my, szczury lądowe, nie możemy
rozpoznać?
Gdzieś tam na rozległym lądzie rozgrywały się dramatyczne wydarzenia, na
które nie mieliśmy wpływu, a które mogły stać się dla nas nie mniej
niebezpieczne niż tajfuny na morzu. Jeszcze będąc w Europie, słyszałem o wielkich powstaniach chłopskich, chwiejących podstawami ogromnego
cesarstwa. Już w podróży usłyszałem o potężnej fali uderzającej z drugiej strony w fundamenty istniejącego porządku. To najazd dzikich
Mandżurów, wykorzystujących sytuację do własnych ambicji politycznych.
Opowieści o krwiożerczych hordach, przemierzających kraj jak pożar i niszczących na swej drodze wszystko na wzór szarańczy, skutecznie
powstrzymywały obcych przed niewczesną wizytą w Państwie Środka. To
dlatego zamierzałem się trzymać jak najdalej od chińskiego wybrzeża, a kiedy nie udało mi się tego uniknąć, robiłem wszystko, by jak
najszybciej opuścić niegościnne plaże.
Nie zdołaliśmy jednak umknąć przeznaczeniu.
Siedem lat później
Siedem lat później
Marysieńka
Marysieńka
Warszawa, 14 grudnia Roku Pańskiego 1658
Drogie moje serce, kochany mężu,
jestem już w Warszawie i czekam na przybycie królewskiego dworu. Cicho
tu i smutno, bo nie ma nikogo, ale za to miejsca pełno i tanio jak u nas
w Zamościu. Twój syn ma się dobrze, budzi mnie każdego ranka, kopiąc i wiercąc się dotąd, aż sen całkiem przeminie. Będzie z niego silny
mężczyzna, jak jego ojciec. Prześlij mi, proszę, tysiąc talarów, bo choć
nie jest tu drogo, to zaraz święta i trzeba godnie je spędzić, a i prezenty jakieś dla najbliższych zrobić. Nie martw się, pamiętam i o moim kochanym Tiaptucie - dostaniesz cukiereczek od swojej mamusi.
Do zobaczenia, najdroższy. Twoja bardzo wierna i bardzo posłuszna żona,
oddana Waszmości do usług,
Maria Kazimiera Zamoyska
Łączę ukłony dla siostry
Waszmości Księżnej Wiśniowieckiej.
Marysieńka z westchnieniem ulgi odłożyła pióro i zapieczętowała list.
Ta, wydawałoby się dość prosta czynność, jaką starała się zaczynać każdy
dzień, kosztowała ją wiele wysiłku. Niby nic takiego, ot, podyktować
sekretarzowi po francusku krótki tekst, który on zapisywał na skrawku
papieru po polsku. Potem ona siadała do biurka i starannie przepisywała
na czysto, by sprawić tym radość mężowi, który może kiedyś doceni jej
starania pisania po polsku.
- Syneczek, Tiaptuta - syknęła ze złością, wstając zbyt szybko z ciężkiego krzesła. Jak zawsze, gdy tak gwałtownie się poruszyła, poczuła
szarpnięcie i piekący ból w dole brzucha.
Powoli, bez nerwów - powtórzyła w myślach zalecenie lekarza, ale trudno
jej się było przyzwyczaić, że ciążący coraz bardziej brzuch ogranicza
swobodę ruchów i że powinna zwolnić, poruszać się wolniej i płynnie, tak
by nie zaszkodzić sobie i dziecku.
Do tego nie cierpiała tej dziecinnej gadaniny i zwracania się do ponad
trzydziestojednoletniego, starszego od niej o czternaście lat chłopa jak
do niedorozwiniętego dziecka. On jednak to uwielbiał. Mruczał i cieszył
się jak stary, wyliniały kot na widok słoniny. Więc choć nie znosiła
takiej infantylnej paplaniny, zmuszała się do niej, zwłaszcza gdy
przychodziło jej prosić o jakąś przysługę.
- Tylko dzięki temu tu jesteś - mruknęła, wspominając swoje poświęcenie,
jakim musiała się wykazać, by dostać zgodę męża na wyjazd do Warszawy.
Tuż po ślubie wydawało jej się, że dzięki swojej pozycji żony
najbogatszego Polaka, pani na tylu włościach, posiadaczce kilkuset
tysięcy poddanych, będzie panować i rządzić, zaś wszyscy wokół zastygną
w oczekiwaniu, by na każde jej skinienie spełnić najbardziej
wyrafinowaną zachciankę.
O, jakże się myliła!
Nie to, by ktoś odmówił jej wprost. Co to to nie, ale jej polecenia
wykonywano powoli, niechętnie i raczej szukając wymówki, by nie zrobić,
niż sposobu, by zrobić to, czego żądała. Przez pierwsze miesiące ciągle
urządzała awantury, wściekała się i domagała ukarania sprawców takiej
dywersji.
A wtedy było jeszcze dłużej i jeszcze wolniej.
Musiała się nauczyć tak trudnej dla niej cierpliwości oraz zasady, że
służba słucha tylko swego pana, zaś ona, jako intruz i nowa w pałacu,
najszybciej osiągnie cel, skłaniając męża do wydawania poleceń. A z tym
był od początku duży problem, bo nie bez powodu kazał się nazywać
Sobiepanem. Szybko przekonała się, że wymyślona zasada odnosi się
również do żony. Stąd konieczność uczenia się cierpliwości.
Drogo ją ta nauka kosztowała!
Już myślała, że przyjdzie jej się zmagać z tym oporem przez całe życie,
gdy nagle mur niechęci znikł. No, może nie całkiem, ale stał się mniej
szczelny i można było z nim żyć. A wszystko dzięki ciąży. Od chwili
ogłoszenia, że spodziewa się dziecka, zaczęto traktować ją z należytym
szacunkiem i powagą. Wszelki najdrobniejszy opór przełamywało zaklęcie
zwane dobrem dziecka. Dla dobra i wygody stworzenia, które nosiła w swoim brzuchu, otwierały się wszystkie niedostępne dotychczas drzwi i nawet szwagierka - stara, złośliwa i groźna Gryzelda Wiśniowiecka -
przestała ją szykanować.
Ona też, dla dobra dziecka, przestała tłuc głową w mur niechęci
domowników i swojej nowej rodziny, by - stając się miłą - uzyskać dla
siebie drobne przywileje. To dzięki takiej polityce przekonała
Sobiepana, iż bezpieczniej będzie spędzić ostatnie miesiące ciąży pod
opieką królowej i urodzić z pomocą nadwornych lekarzy.
Dzięki wytrwałości i przymilności osiągnęła swój cel, ale czuła, że to
nie może potrwać zbyt długo, bo zasoby jej cierpliwości zawsze były
bardzo ograniczone, zaś wymuszona grzeczność, jeszcze bardziej niż
służalczość, powodowała odruchy wymiotne silniejsze niż ciąża.
Józia
Józia
Zbudziło ją łagodne kołysanie.
Otworzyła oczy i przez chwilę próbowała sobie przypomnieć, gdzie się
znajduje. Nie było to łatwe, bo ostatnie dni jawiły jej się jako jeden
nieustający koszmar senny, z którego chciałaby się jak najszybciej
obudzić. Poruszyła ręką i poczuła ból w całym ciele, który uświadomił
jej, że nic z tego, co mogłoby się wydawać senną marą, nie było
złudzeniem.
Łódź, rzeka, wesołe nawoływanie flisaków! A więc jednak się nam udało!
Płyniemy w dół Wisły do Gdańska! - ta myśl ją uspokoiła.
Odprężyła się i na nowo zasnęła, zanim kotara do jej prowizorycznego
namiotu uchyliła się, ukazując wymizerowaną twarz Harry'ego, który
czuwał nad jej snem. Oboje przeszli w ostatnich tygodniach więcej, niż
większość ludzi doświadcza przez całe życie. Przetrwali jednak i wyrwali
się z okowów śmierci, on wyślizgnął się z ręki najsprawniejszego w swym
rzemiośle kata, ona zaś uciekła spod noża okrutnej pani na Zamościu.
Po raz drugi ocknęła się, gdy zachodzące słońce zaświeciło jej w twarz
przez uchylone poły namiotu.
- Dzień dobry! - chwiejnym krokiem wyszła na pokład, witając wszystkich.
- Dobry wieczór chyba? - pryszczaty pacholik Jacek na powitanie
wyszczerzył do niej zęby.
Gdyby nie on, nie udałoby jej się uratować Harry'ego. Wiedziała o tym
doskonale, dlatego pozwoliła mu na tę drobną poufałość. Oczy wszystkich
obróciły się w jej stronę, bo każdy był ciekawy tajemniczych
okoliczności jej zniknięcia przed kilkoma dniami i jeszcze bardziej
zdumiewającego powrotu wczorajszego poranka.
Była tak zmęczona, gdy imć Słotowski, sługa ordynata na Zamościu,
przywiózł ją do puławskiej gospody, że zdołała tylko wyszeptać, by
ruszali w drogę niezwłocznie i nie czekali ani chwili. Wolała nie
ryzykować tym, że jej wrogowie po raz kolejny przemyślą sprawę i jednak
dojdą do wniosku, że lepiej byłoby ją zabić, niż puścić wolno. Albo że
ordynat, który już podobno zatęsknił za jej towarzystwem, zechce ją
widzieć w swoim haremie.
- Proszę się nie obawiać, on nigdy się nie dowie, że odprowadziłem... -
zawahał się, jakiego zwrotu użyć, zanim wykrztusił - ...panienkę w to
miejsce - rzucił na odchodne jej chwilowy opiekun.
- Skąd mogę mieć pewność? - spojrzała w groźne oczy starego szlachcica.
- Bo gdyby się dowiedział, pozabijałby nas wszystkich - uśmiechnął się
ze smutkiem, bo mimo iż wychował tego chłopaka i pozostawał
najwierniejszym z jego towarzyszy, to wiedział, że takiej zdrady nigdy
by mu nie wybaczył.
Ona jednak wiedziała swoje i nie zamierzała ryzykować po raz kolejny.
Odbili więc od brzegu w ciągu godziny, a ona zapadła w sen, z którego
dopiero teraz się zbudziła na dobre.
Ile mam im powiedzieć? - spojrzała kolejno w pełne oczekiwania oczy
ukochanego, pacholika i członków załogi.
Im mniej, tym lepiej - w myślach zrobiła przegląd informacji, którymi
stanowczo nie zamierzała się dzielić - bo kto odważy się pomagać ludziom
będącym w niełasce u tak potężnych magnatów?!
Jedynie Harry powinien wiedzieć wszystko! - postanowiła nieodwołalnie,
przysiadając się do swoich, szykujących kolację, towarzyszy podróży.
Sobiepan
Sobiepan
Wiedzieć, co się wie,
i wiedzieć, czego się nie wie,
oto prawdziwa mądrość.
Konfucjusz
- Skąd przybywacie i kim jesteście? - brzmiało pierwsze pytanie
urzędnika witającego nas nazajutrz z piaszczystego brzegu.
Pojawił się dosłownie znikąd.
Kiedy obudziliśmy się kolejnego poranka, zamierzając kontynuować prace
nad uszkodzonym kadłubem statku, on już tam był. Stał bez ruchu pod
ozdobnym baldachimem, trzymanym w silnych rękach sług. Za nim w dwóch
szeregach prężył się zbrojny oddziałek, stanowiący eskortę oficjela. Nie
na tyle liczną, byśmy musieli się jej obawiać, ale wystarczającą, by
podkreślić rangę witającego.
- Ktoś z wioski musiał zawiadomić władze, jak tylko nas zauważył -
syknął ze złością najwierniejszy towarzysz moich wszystkich podróży, imć
Słotowski.
- A czego się spodziewałeś, że odpłyniemy stąd niezauważeni przez
nikogo? - sam też miałem nadzieję, że nieunikniona reakcja władz
nadejdzie dopiero wtedy, kiedy nasz statek odzyska żeglowność, tak byśmy
w razie wrogiej postawy mogli umknąć bezpiecznie na morze. Nie mogłem
jednak przyznawać się do zaskakującego rozczarowania.
Wśród kilkudziesięciu nędznych chat, składających się na wioskę,
widziałem jej mieszkańców, którzy z ciekawością przyglądali się
wydarzeniom na brzegu. Oni też sprawdzali, czy powinni się bać i uciekać, czy pozostać i dalej pracować w pocie czoła na bogactwo swoich
panów.
Mieszkańcy wioski byli bardzo ubodzy w przeciwieństwie do Chińczyka, ten
prezentował się dostatnio - wielki, gruby, odziany w kolorowe jedwabie i obwieszony złotymi łańcuchami, tak że miałem wrażenie, iż ich ciężar
przygina właściciela do ziemi.
Doskonale wiedziałem, że lepiej nie mówić, iż przybywamy z Japonii.
Urzędnik i bez tej wiedzy przyglądał się nam z nieufną wrogością,
wyczuwaną wyraźnie nawet przez kilkudziesięciojardową przestrzeń
dzielącą nas od brzegu. Chińczycy nie lubili Japończyków, uważali ich za
prymitywnych rozbójników i piratów. Co znajdowało potwierdzenie
szczególnie teraz, gdy na skutek wojny ochrona chińskich wód
terytorialnych praktycznie nie istniała. Codziennością więc były napady
japońskich piratów na przybrzeżne miasteczka.
- Jesteśmy Polakami, to polski statek! - w tych okolicznościach
postanowiłem pominąć port przystankowy na japońskiej wyspie. Kazałem
samurajom ukryć się pod pokładem, licząc, że naprawa statku zostanie
zakończona szybko i sprawnie, a sam wyruszyłem szalupą na spotkanie z miejscowym dygnitarzem.
Chcąc okazać zaufanie i dobrą wolę, do łodzi, oprócz wioślarzy, zabrałem
jedynie japońskiego tłumacza Wiru ubranego po europejsku. On pierwszy
wymówił po chińsku słowa, które mieliśmy powtarzać w najbliższych dniach
wielokrotnie.
- Polakami?! - zawołał urzędnik wielkim głosem, który odbił się echem po
wodach zatoczki. Z wrażenia aż się cofnął o dwa kroki. Wydawał się
doskonale znać to słowo, a ja z kolei zdziwiłem się, że ktoś na krańcu
świata słyszał o naszej nacji. Ale, jak się okazało, to jeszcze nie był
koniec czekających nas niespodzianek, ponieważ zaraz usłyszałem:
- Chwała niebiosom! Tak długo na was czekaliśmy, że mój pan zaczynał
wątpić, czy kiedykolwiek do nas dopłyniecie!
Zaczął energicznie przywoływać nas do brzegu, a moi wioślarze, którzy
dotychczas niespiesznie napierali na wiosła, obserwując z ostrożnością,
jak zareagują żołnierze, teraz żwawiej popędzili w stronę wyraźnie
uradowanego Chińczyka.
Czekali na nas? Jak to możliwe? Skąd o nas wiedzą? W tej części Chin? -
to tylko niektóre z pytań, jakie kłębiły się w mojej głowie, gdy tak
dziarsko zbliżaliśmy się do lądu, na którym czekało nas tak wiele
niebezpieczeństw, że gdybyśmy wówczas o nich wiedzieli, to pewnie, nie
czekając ni chwili, ruszylibyśmy dalej w swoją drogę, nie bacząc na
uszkodzenia w kadłubie.
Zanim otrząsnąłem się ze zdumienia, rosły Chińczyk z godną podziwu -
przy jego posturze - żwawością własnoręcznie łapał linę, pomagał mi
wysiąść z łodzi i niemal siłą ciągnął w głąb lądu. Mój tłumacz ledwie za
nami nadążał, próbując zrozumieć i przełożyć chaotycznie wyrzucane z grubej gardzieli słowa. Po kilku banałach o szczęściu i radości z naszego przybycia w jego mowie pojawiło się jedno słowo wymawiane ze
szczególną czcią i wręcz z uniżonością, a mój człowiek zamilkł, jakby
nie rozumiał jego znaczenia:
- Huangdzi... Huangdzi - to jedno słyszałem wyraźnie, myśląc, że to imię
jakiegoś pana feudalnego, właściciela tej wioski, a może większej części
okolicy.
Zatrzymałem się i szturchnąłem w żebra Wiru, by pobudzić go do
intensywniejszej pracy, ale ten nie zareagował. Wbiłem w jego twarz
rozgniewany wzrok, ale on nie patrzył na mnie, tylko błądził po okolicy
rozbieganymi oczami, jakby obawiając się, że spomiędzy chat wyskoczy na
nas jakiś demon.
- Mów, kto to jest ten Huangdzi?! - zażądałem, potrząsając Japończykiem
jak snopkiem. Postanowiłem też nieodwołalnie uczyć się przy każdej
okazji języka chińskiego. Dużo podróżując, zauważyłem, iż my, Polacy,
mamy naturalną umiejętność szybkiego przyswajania obcych języków. Może
nie należałem do najzdolniejszych w tej dziedzinie, ale szczyciłem się
dobrą znajomością co najmniej pięciu, a w kilku innych potrafiłem się
porozumiewać w stopniu podstawowym.
- Huandgi - poprawił mnie, wymawiając słowo z tak wielkim szacunkiem, że
aż trzy razy się ukłonił po każdej zgłosce. Podobało mi się to słówko i od razu je zapamiętałem. Zaraz potem, jakby sobie uświadomił, jakie
popełnił świętokradztwo, zasłonił usta ręką i oblał się potem, a później
coś bełkotał bez sensu, tak że z dotychczas słabo rozumianej paplaniny
nic już nie mogłem dojść.
Irytowała mnie ta sytuacja w najwyższym stopniu.
Od wczesnego dzieciństwa nie lubiłem, gdy próbowano ze mną robić coś, na
co nie miałem wpływu ani ochoty. Dlatego ciągnięty do tej pory przez
Chińczyka z dala od morskiego brzegu, wbiłem twardo nogi w piasek i zatrzymałem się. Wytrącony z równowagi grubas zatoczył się
niebezpiecznie, niemal upadając, zaś drepcący za mną tłumacz wpadł na
mnie. Złapałem go za ramiona, ustawiłem na wprost siebie i zażądałem:
- Przetłumacz!
On odetchnął głęboko raz i drugi, a potem wyjaśnił:
- Huangdi to Wielki Smok!
Wzruszyłem ramionami, bo dalej nie rozumiałem, co ma oznaczać to słowo.
- Wielki Smok... Syn Niebios - Wiru wpatrywał się we mnie w nadziei na
zrozumienie, ale ja dalej nie wiedziałem, o kogo mu chodzi, i dopiero
gdy padło słowo "cesarz", zrozumiałem.
- A więc panem tego tłuściocha jest sam chiński cesarz!? - zdumiałem się
nie na żarty. - I on prowadzi nas prosto do cesarza? - upewniłem się, a tłumacz potwierdził skinieniem głowy.
Nie, to musi być jakiś podstęp! - zaniepokoiłem się teraz na całego.
Moja pozycja w Europie umożliwiała mi kontakty z koronowanymi głowami, a nawet decydowanie w pewnym stopniu o tym, kto będzie królem w Polsce.
Zostałem przedstawiony królowi Francji, witałem nową królową Polski i tańczyłem na weselu królewskich małżonków, a po śmierci dobrego monarchy
Władysława IV uczestniczyłem w elekcji jego następcy. Co prawda
głosowałem na księcia Karola, a został wybrany książę Jan Kazimierz, ale
szlacheckie przywileje gwarantowały mi prawo uczestnictwa w wyborach
władcy.
Co innego Europa, a co innego Azja! Wiedziałem od dawna, już udając się
w tę podróż, że bezpośredni dostęp do cesarza Chin mają tylko jego
dworzanie i rodzina. I mimo iż znałem swoją wartość i znaczenie dla
mojego kraju, to nie byłem jeszcze na tyle zadufany w sobie, by mniemać,
że zostanę potraktowany w sposób tak ekstraordynaryjny, by natychmiast
po wylądowaniu na chińskiej ziemi zostać zaproszonym do cesarskiego
pałacu.
Słyszałem o Europejczykach, którzy przypływali tutaj w celach handlowych
- przez dekady nie pozwalano nikomu nawet na zejście na brzeg.
Obcokrajowców, a zwłaszcza przybyszy ze starego lądu, traktowano jak
zadżumionych. Urzędnicy z polecenia władcy wyznaczyli specjalne,
zamknięte strefy kontaktów dla handlujących z obu stron - ostatnio był
to port Kanton - i przebywanie poza tą strefą zostało zakazane pod karą
śmierci.
- Sami byli winni tej sytuacji, bo przypływający okrętami Portugalczycy,
potem też Holendrzy i Anglicy, zachowywali się bardziej jak piraci niż
kupcy! Napadali na przybrzeżne wioski, zabierali dobytek, jedzenie i porywali ludzi. Traktowali kraj jak bezpańską dzicz, a ludność jak
zwierzęta. Nic dziwnego, że nazwano ich diabłami zamorskimi, a potem
białymi diabłami - powiedział mi swego czasu pewien uczony mnich, który
znał sytuację z pierwszej ręki.
Nawet dyplomaci czy duchowni europejscy latami czekali, by się zbliżyć
do cesarskiego dworu, i nie zawsze kończyło się to pełnym sukcesem.
To musi być jakaś pomyłka albo podstęp, który ma mnie zwabić w pułapkę -
kalkulowałem, stojąc na plaży, gdy nagle doznałem olśnienia, że przecież
nawet nie zapytałem, gdzie jesteśmy. Bo niebagatelne znaczenie miał
fakt, na którym wybrzeżu się znajdujemy i kto nim włada. Wiedziałem już,
że kraj jest podzielony na dwie części, którymi władają dwaj cesarze,
dlatego kazałem zapytać, który cesarz mnie zaprasza.
- Jak to który? - tłuścioch z oburzeniem spojrzał na mnie jak na
szaleńca. - Cesarz jest tylko jeden! Ten drugi to uzurpator!
Tak, znając życie, wiedziałem, że poddani jednego władcy mówią tak o rywalu ich pana, a tamci o ich monarsze, dlatego tylko spojrzałem
wyczekująco na Chińczyka i nie ruszyłem się z miejsca.
- Oczywiście jedyny prawowity władca tych ziem Syn Nieba, Wielki Smok
Jung Li - odpowiedział z godnością urzędnik, ukłonem oddając cześć
swojemu władcy przy każdym imieniu, jakiego używał jego monarcha.
Marysieńka
Marysieńka
Warszawa, 17 grudnia Roku Pańskiego 1658
Najdroższy mój mężu, kochany Tiaptuta,
otrzymałam dziś pismo od imć pana Żaboklickiego z Zamościa, który na
moje żądanie przesłania tysiąca talarów odpisał bezczelnie, że przy
wyjeździe, nie dalej jak trzy tygodnie temu, zabrałam ze sobą pięć
tysięcy i powinno mi to wystarczyć na cały pobyt w Warszawie. Twierdzi,
że roczny dochód z jednej wioski przynosi memu mężowi ledwie dwieście
talarów.
Cóż za okropny typ! Mam nadzieję, że niezwłocznie zwolnisz go z pełnionych obowiązków!
Przecież wiesz, kochany, że wzięłam tylko dwa tysiące i że musiałam
popłacić długi. Zostało mi tylko trzysta i chciałam za nie kupić płótna
na połóg. A za co żyć? Za co jeść? Nie pozwól, mój drogi synku, by twoja
mateczka musiała umrzeć z głodu tak daleko od domu. Pomyśl o swoim
dziecku, które noszę w łonie - ono potrzebuje wszelkiej wygody, by
urodzić się zdrowym i urosnąć na takiego wielkiego żołnierza jak jego
tatuś.
Dochodzą mnie słuchy, że pod moją nieobecność oddajesz się rozpuście!
Jak możesz mi to robić?! Modlę się za Wci w dzień i w nocy, by przyszło
na Waszmości opamiętanie. Miarkuj się Wć w swawoli, abyś nie ściągnął na
siebie i na nas gniewu Bożego! Od tych wieści czuję się bardzo źle, nie
wiem, czy nie umrę. Przyjedź do mnie i zaopiekuj się swoją mateczką!
Mimo wszystko całuję. Twoja wierna, pokorna, oddana do usług żona,
Maria Kazimiera Zamoyska
Przesyłam ukłony dla JMć Księżnej Wiśniowieckiej.
- Co za grubianin! - ze złością rzuciła piórem, nie wyjaśniając, kogo
miała na myśli. Znów za szybko wstała zza biurka. Syknęła z bólu, ale
nie zatrzymała się, idąc w stronę toaletki, przy której już czekały jej
garderobiana z pomocnicą. Miały coraz trudniejsze zadanie, gdyż jej
talia z każdym dniem bardziej utrudniała dopasowanie sukien.
- Nie mamy się dla kogo stroić - pisnęła cichutko panna Jadwiga
Skrzyńska, jedna z jej dwórek, jakie trzymała przy sobie dla rozrywki i oprawy. Lubiła ją, choć, jak na jej gust, zbyt często się rumieniła.
Ledwie ktoś się do niej wprost odezwał, a już czerwień biła jej z policzków. Na dodatek kolory występowały u niej od dekoltu aż po czoło.
Nie lubiła tego, bo uważała, że to takie plebejskie, ale mężczyznom się
bardzo podobało. W swojej bezdennej głupocie i nieograniczonej naiwności
uznawali, iż panna rumieniąca się jest bardziej niewinna niż te, które
nie reagują czerwienią na zwykłe powitanie. Ona wiedziała, jak jest, bo
widziała już takie rumiane robiące rzeczy, o których świętoszkom nawet
się nie śniło, ale nie zamierzała ich wyprowadzać z błędu.
Wzięła ją do siebie na prośbę rodziców, by jej znaleźć odpowiedniego
męża.
- A jak tu szukać męża, kiedy siedzimy zamknięte w pustym zamku, jak w jakimś klasztorze! - mruknęła pod nosem, nawet nie odpowiadając na
oczywiste spostrzeżenie dziewczyny.
- Nawet nie przypominaj! - widząc, że próbuje coś dodać, zdusiła falę
narzekania w zarodku, a dziewczyna oblała się rumieńcem. Sama była
wściekła, że wyrwały się z nudnego Zamościa, by teraz przesiadywać w pustych murach jeszcze nudniejszego Zamku Królewskiego w Warszawie.
Skrzętnie skorzystała z zaproszenia królowej, która zaproponowała jej
opiekę swoją i swoich medyków w ostatnich tygodniach ciąży, ale liczyła
na rozrywkę. Tymczasem dwór nadal przebywał pod obleganym przez wojska
polskie Toruniem. Królowa uważała, że pod jej okiem sprawy szybciej idą
do przodu.
Wiadomo, na króla nie można było liczyć! Z tej dwójki to królowa powinna
chodzić w spodniach.
Marysieńka doskonale rozumiała, że trwająca już czwarty rok wojna ze
Szwecją wymaga poświęceń, ale była młoda i ładna, miała pod opieką
kilkanaście panien na wydaniu i nie zamierzała z powodu wojny
zrezygnować całkowicie z życia towarzyskiego.
- Toruń padnie do końca listopada - ocenił jej mąż, który przez jakiś
czas uczestniczył w oblężeniu, a ona zaufała jego wiedzy i kiedy on
wrócił do Zamościa, pospieszyła na spotkanie z królową.
Tymczasem kończył się grudzień, a oblężenie trwało nadal!
- Przeklęci Szwedzi! Przeklęta wojna! - mruczała ze złością pod nosem,
gdy służka ostrożnie szczotkowała jej włosy. - Nie dość, że zabrała tylu
zacnych kawalerów, którzy zamiast się ożenić, gniją gdzieś pod lasem, to
jeszcze reszta tkwi w okopach, zamiast zabawiać mnie i mój fraucymer.
Dziś jednak - zawołała głośniej, by wszystkie usłyszały - będziemy miały
gościa!
Szmer podnieconych głosów wypełnił obszerną komnatę.
Józia
Józia
Drgnęła nagle przebudzona. Coś sprawiło, że spokojny sen, przywracający
jej siły po ciężkich dniach walki o życie, został przerwany.
Coś się stało? Przez chwilę przestraszona wodziła wzrokiem wokół siebie.
Leżała w małym namiociku, okryta szorstkim kocem.
Nic, nic - przypomniała sobie, gdzie jest, kiedy doleciały ją głosy z zewnątrz, plusk wody i stukanie wioseł o kadłub szkuty. Znowu śniła o koszmarze niewoli, jaki zakończył się zaledwie kilka dni temu. To
dlatego budziła się zlana potem, bez tchu, próbując z trudem chwytać
powietrze ustami, jak ryba nagle wyrzucona na brzeg. Za każdym razem
wręcz czuła na ciele dotyk obleśnego oprawcy, który o mały włos...
Przybiliśmy do brzegu na noc! - próbowała uspokoić się i skupić myśli na
teraźniejszości, by odpędzić demony z przeszłości.
- Rzuć linę! - usłyszała władczy ton Harry'ego i wyobraziła sobie, jak
pracuje, by zabezpieczyć wraz z flisakami ładunek na czas postoju.
Inny na jego miejscu siedziałby wygodnie w łodzi i oczekiwał, by mu
usługiwano - uśmiechnęła się z dumą, wiedząc, że on nie z tych, którzy
tylko płacą i żądają. Zawsze był uczynny, uśmiechnięty i skupiony na
realizacji zadania. Takim go zapamiętała i takim pokochała. W zapadających ciemnościach jej twarz jaśniała szczęściem z odzyskanej
miłości.
Dziś czuła się już o wiele lepiej i z niecierpliwością czekała na
Harry'ego, który jak co dzień pomagał jej zejść na ląd, by pod jego
dyskretną opieką dokonała wszelkich niezbędnych zabiegów, bez których
kobieta nie mogła ułożyć się do snu.
Dobrze, że tym razem nie popełniła błędu i nie przedstawiła ich jako
rodzeństwa - świadomość bolesnej pomyłki przywołała wspomnienie
cierpiętniczej miny kochanka z chwili, gdy zrozumiał, że przez całą
podróż będą musieli ukrywać swoje uczucia.
Tym razem stanowczo stwierdzili, że są małżeństwem, a wtajemniczony we
wszystko pacholik Jacek zasługiwał na pełne zaufanie.
Słysząc, że przygotowanie łodzi do nocnego postoju zajmie załodze
jeszcze trochę czasu, ułożyła się wygodnie i odpłynęła myślami w przyszłość. Podróż z flisakami, spławiającymi zboże do Gdańska, nie była
może najszybszym sposobem dotarcia do celu, ale komfort i bezpieczeństwo
biły na głowę pełne maruderów, dezerterów i zwykłych bandytów drogi.
Przekonali się o tym kilka tygodni temu, dlatego teraz korzystali z usług tych pogodnych, mimo trudnego fachu, ludzi wielkich rzek.
Ciekawe, jak ją przyjmie rodzina Harry'ego? Gdańsk nie był ich punktem
docelowym. Od początku zamierzali płynąć dalej i on zaproponował, by
zamieszkali w jego rodzinnym majątku leżącym w dalekiej Szkocji. Nie
miała pojęcia, gdzie to jest, ale zgodziła się bez namysłu.
Odgłos ciężkich kroków wyrwał ją z zamyślenia.
- Czas na wieczorny spacer! - radosny głos kochanka świadczył o tym, iż
i on wraca już do dawnego wigoru.
Przekonała się o tym nieco później, gdy przytuleni do siebie w niewielkim namiociku słuchali odgłosów układającej się do snu kilka
kroków dalej załogi łodzi. Obejmująca ją w talii ręka Harry'ego sennie
błądziła po jej brzuchu. Domyślała się, co to może oznaczać, tym
bardziej że czuła na biodrze rosnący nacisk jego męskości, ale jeszcze
nie odzyskała w pełni sił, by poczuć ochotę na zbliżenie.
To byłby dopiero ich drugi raz! W ich burzliwym związku nie mieli
dotychczas zbyt wiele czasu tylko dla siebie. Kiedy to sobie
uświadomiła, zrobiło jej się go żal.
Poruszyła zmysłowo biodrami, ocierając się pośladkami o jego lędźwia, a on westchnął zadowolony. Sięgnął dłonią do jej nagiego uda, pogłaskał je
z czułością po wewnętrznej stronie, a ona poczuła, że zmęczenie nie jest
już tak duże. Chciała mu wynagrodzić te wszystkie dni niepewności i bólu, spędzone w ciemnym lochu, kiedy oddzieleni od siebie nie mogli
cieszyć się swoją bliskością.
Wspomniała swój strach i walkę o jego życie.
Nareszcie jesteśmy bezpieczni i możemy być razem! Uśmiechnęła się w ciemnościach, a jej ręka powędrowała w okolice odczuwalnej coraz
wyraźniej twardości. Ledwie ją musnęła wierzchem dłoni, gdy on zamruczał
jak kot. Obróciła się jednym ruchem w jego stronę, a on wpił się w jej
usta, jak spragniony na pustyni wędrowiec w ostatnią butlę wody.
- Mój kochany! - zapomniała o jakimkolwiek zmęczeniu, obejmując go
stęsknionymi ramionami.