Konkubina cesarza - Waldemar Bednaruk, Alex Vastatrix

Kup ebooka

44.99 zł
37.68 zł (34,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Sobiepan

Sobie­pan

Jeśli nie myślisz o jutrze,

jesz­cze dziś będziesz miał kło­poty.

przy­sło­wie chiń­skie

- A więc rodzima dyna­stia Ming - przy­po­mnia­łem sobie wszystko, co sły­sza­łem o woj­nie w Chi­nach. Otóż panu­jąca od nie­mal trzy­stu lat dyna­stia Ming popa­dła w kło­poty z powodu licz­nych wojen z sąsia­dami, nie­rów­no­ści spo­łecz­nych, nad­mier­nych obcią­żeń podat­ko­wych oraz spi­sków wszech­wład­nych eunu­chów oddzie­la­ją­cych wład­ców szczel­nym kor­do­nem od ich wła­snych pod­da­nych. W efek­cie przed laty doszło do serii powstań ludo­wych, owo­cu­ją­cych wojną domową i zdo­by­ciem sto­licy przez powstań­ców chłop­skich w 1644 roku.

Opusz­czony przez swych dostoj­ni­ków i osa­mot­niony w sto­łecz­nym pałacu, cesarz Czung Czeng powie­sił się, nie chcąc oddać swego losu w ręce prze­śla­dow­ców, a w ślad za nim samo­bój­stwo popeł­niło około dwu­stu osób z jego rodziny.

Zapa­no­wał cał­ko­wity chaos, w któ­rym zda­wało się, iż wszy­scy wal­czą ze wszyst­kimi.

Sytu­ację posta­no­wili wyko­rzy­stać sąsie­dzi i nie minęło wiele tygo­dni, gdy w głąb lud­nego kraju wdarła się liczna armia wojow­ni­czych Man­dżu­rów. Ci, sprzy­mie­rzyw­szy się z czę­ścią miej­sco­wych panów i dowód­ców woj­sko­wych, poko­nali powstań­ców i zajęli Pekin. Jed­nak pod ich pano­wa­niem zna­la­zła się zale­d­wie połowa ziem na pół­nocy i w cen­trum roz­le­głego kraju, reszta zaś - na połu­dniu - rzą­dzona była przez lokal­nych przy­wód­ców, któ­rych pró­bo­wał zjed­no­czyć wnuk zmar­łego cesa­rza Jung Li.

Kiedy to sobie uświa­do­mi­łem, pozwo­li­łem się już bez dal­szych opo­rów pro­wa­dzić przed obli­cze władcy, któ­rego mia­łem za bar­dziej cywi­li­zo­wa­nego niźli jego prze­ciw­nika - wojow­ni­czego władcę dzi­kich Man­dżu­rów, uzur­pa­tora Szun Czy.

- Pro­wadź, waść! - zawo­ła­łem, wywo­łu­jąc wyraź­nie widoczną ulgę na twa­rzy urzęd­nika.

I tak zosta­li­śmy popro­wa­dzeni - a wła­ści­wie ponie­sieni, bo tuż obok cze­kały na nas wygodne lek­tyki - przed obli­cze Syna Nie­bios. Miało nam to zająć co naj­mniej dwa dni, bo sie­dziba cesa­rza leżała z dala od malut­kiej zatoczki oto­czo­nej ubo­gimi chat­kami, ale, wygod­nie podró­żu­jąc, dotar­li­by­śmy do celu przed stat­kiem, który po zakoń­cze­niu naprawy musiał opły­nąć roz­le­gły pół­wy­sep, odci­na­jący miej­sce naszego obec­nego postoju od sie­dziby cesa­rza.

Zanim jed­nak to nastą­piło, usta­liw­szy dokład­nie miej­sce doce­lowe, wró­ci­łem na sta­tek. Musia­łem zająć się swo­imi ludźmi. Wyda­łem kapi­ta­nowi McGre­go­rowi pole­ce­nia i przez chwilę roz­wa­ża­łem, czy fak­tycz­nie powi­nie­nem zejść na ląd jedy­nie w towa­rzy­stwie tłu­ma­cza, tak jak na to nale­gał wita­jący nas na brzegu urzęd­nik.

- Mam tylko trzy lek­tyki, panie - poka­zał na sto­jące nie­opo­dal ozdobne i wyglą­da­jące na bar­dzo wygodne środki trans­portu. - W jed­nej poniosą mnie, w dru­giej cie­bie, panie, a w trze­ciej tłu­ma­cza, zaś o bez­pie­czeń­stwo się nie martw, bo mam tu trzy­dzie­stu ludzi. To aż nadto, byśmy bez­piecz­nie dotarli do celu.

Cesarz miał być bli­sko, podobno życz­li­wie do nas uspo­so­biony, drogi pil­no­wane przez jego żoł­nie­rzy.

Cóż mia­łoby mi gro­zić? - uspo­ka­ja­łem sam sie­bie i swo­ich ludzi, patrząc na ich twa­rze, gdy zde­cy­do­wa­nie krę­cili gło­wami na ten pomysł.

Co prawda nie nawy­kłem do podró­żo­wa­nia bez odpo­wied­niej świty, bo od jej wiel­ko­ści zale­żał mój pre­stiż, a z tego, co wie­dzia­łem, rów­nież wśród Azja­tów ogromne zna­cze­nie miała wiel­kość orszaku towa­rzy­szą­cego panu w dro­dze.

Gościńce w cza­sie wojny też pew­nie nie nale­żały do naj­bez­piecz­niej­szych, bo jak wszę­dzie na świe­cie pełne były wszel­kiej maści maru­de­rów i dezer­te­rów, szu­ka­ją­cych łatwego zarobku. Dla­tego z nie­chę­cią słu­cha­łem nale­gań na pozo­sta­wie­nie mych ludzi na statku. Jed­nak argu­ment Liu Panga o braku moż­li­wo­ści logi­stycz­nych do trans­por­to­wa­nia więk­szej liczby osób miał swoją wagę.

- Ni­gdy nie ufaj, panie, wężom i eunu­chom - pierw­szy zebrał się na odwagę tłu­macz Wiru - tak brzmi chiń­skie przy­sło­wie!

A ja dopiero teraz sobie uświa­do­mi­łem, że fak­tycz­nie Liu Pang jest eunu­chem!

Sły­sza­łem o nich wiele, o ich piskli­wym gło­sie oraz skłon­no­ści do spe­cy­ficz­nej, nie­mal kobie­cej, oty­ło­ści, ale roz­ma­wia­jąc z urzęd­ni­kiem, nie przy­szło mi do głowy, że to przed­sta­wi­ciel tej słyn­nej, bar­dzo wpły­wo­wej w Chi­nach kasty. Zwy­czaj kastro­wa­nia małych chłop­ców znany był rów­nież w Euro­pie i sto­so­wano go u mło­dzień­ców o naj­pięk­niej­szych gło­sach, by nie prze­szli muta­cji i nie zatra­cili swo­ich nie­zwy­kłych moż­li­wo­ści wokal­nych. Sły­sza­łem ich śpie­wa­ją­cych na dwo­rach papie­skich i monar­szych, jed­nak było ich nie­wielu, zaś do samego zabiegu odno­szono się w naszej kul­tu­rze raczej z nie­chę­cią.

Co innego na pozo­sta­łych kon­ty­nen­tach! Tam o takie skru­puły było znacz­nie trud­niej.

W pań­stwach muzuł­mań­skich spo­ty­kało się ich powszech­niej. Słu­żyli na pań­skich dwo­rach głów­nie do ochrony hare­mów. Pozba­wieni męsko­ści nie mogli swemu żywi­cie­lowi przy­pra­wiać rogów, przy­naj­mniej nie w tym tra­dy­cyj­nym rozu­mie­niu, dla­tego ich liczba była tam znaczna, zaś wpływy na dwo­rach wład­ców ogromne.

Nic to jed­nak w porów­na­niu z Chi­nami!

Tutaj uży­wano ich nie tylko do opieki nad żeń­ską czę­ścią dworu cesa­rza, ale rów­nież do obsługi samego władcy. W daw­nych cza­sach wymy­ślono, że pozba­wiony rodziny i moż­li­wo­ści pło­dze­nia potom­stwa sługa będzie kon­cen­tro­wał swoje wysiłki wyłącz­nie na wier­nej służ­bie swemu panu. Nie mogąc prze­ka­zy­wać zgro­ma­dzo­nych dóbr swoim dzie­ciom, będzie mniej skłonny do korup­cji oraz ule­ga­nia innym poku­som tego świata. Dla­tego zdol­nych mło­dzień­ców, pocho­dzą­cych z tych nie naj­lep­szych domów, kastro­wano i odda­wano do szkół, by tam zdo­by­wali wie­dzę potrzebną w służ­bie cesa­rzowi.

Z cza­sem admi­ni­stra­cja w pań­stwie została opa­no­wana przez eunu­chów, któ­rzy wcale nie byli tak bez­in­te­re­sowni w swo­jej służ­bie, jak tego po nich ocze­ki­wano. Każdy z nich miał prze­cież rodzinę - swo­ich bra­tan­ków i sio­strzeń­ców, któ­rym trzeba było pomóc w karie­rze, a oni sami szybko uznali, iż za swoje poświę­ce­nie należy im się sto­sowna rekom­pen­sata w postaci wła­dzy, wpły­wów i luk­su­sów, któ­rymi się ota­czali ze szkodą dla spo­łe­czeń­stwa.

Byli przy tym wyjąt­kowo skłonni do zdrady i intryg.

- Nic dziw­nego - tłu­ma­czył mi kie­dyś wspo­mniany mnich - w chiń­skim sys­te­mie jedną z naczel­nych reguł prawa kar­nego jest zasada odpo­wie­dzial­no­ści zbio­ro­wej, co ozna­cza, że za winy ojca odpo­wiada cała rodzina. Więc jeśli urzęd­nik oszuka swego pana, ści­nają nie tylko jego, ale też jego żonę i wszyst­kie jego dzieci bez względu na ich wiek. Jeśli prze­stęp­stwo było szcze­gól­nie odra­ża­jące, to też jego rodzi­ców i rodzeń­stwo, a w skraj­nych przy­pad­kach nawet jego sąsia­dów, jeśli sędzia uznał, że mogli oni wie­dzieć o prze­stęp­stwie, a nie donie­śli o tym.

- Eunuch nie ma dzieci - uśmiech­ną­łem się domyśl­nie.

- Wła­śnie tak - potwier­dził mój roz­mówca - ma za to nie­po­skro­mione ambi­cje, prze­ko­na­nie o swej wyjąt­ko­wo­ści i ape­tyt na wła­dzę.

Spoj­rza­łem teraz z roz­my­słem na tłu­ma­cza, a potem na ota­cza­jące mnie stro­skane obli­cza innych moich towa­rzy­szy podróży i pomy­śla­łem, że ostroż­ność ni­gdy nie zawa­dzi.

- Będziesz w takim razie szedł pie­chotą - odpo­wie­dzia­łem mu, a on bez zasta­no­wie­nia przy­tak­nął.

A co z samu­ra­jami?

Spoj­rza­łem na niego.

- Chiń­scy pano­wie też ich zatrud­niają - wzru­szył ramio­nami, jakby pro­blem nie ist­niał - co prawda wszy­scy ich tu nie­na­wi­dzą, bo koja­rzą im się z pirac­twem, ale w rów­nym stop­niu boją się ich i doce­niają jako wojow­ni­ków. Nie­mal w każ­dym majątku jest ich garstka do utrzy­my­wa­nia w posłu­chu pod­da­nych i jako eskorta w podróży.

- No to bie­rzemy ich - posta­no­wi­łem, jak mi się wyda­wało nie­odwo­łal­nie, i kaza­łem się szy­ko­wać do drogi Sło­tow­skiemu, który miał zająć trze­cią lek­tykę, oraz sze­ściu samu­ra­jom, któ­rych chcia­łem mieć pod ręką w cza­sie podróży.

Marysieńka

Mary­sieńka

War­szawa, 22 grud­nia Roku Pań­skiego 1658

Naj­droż­sze moje serce, naj­uko­chań­szy mężu,

jestem w roz­pa­czy, że Cie­bie tu nie ma! Nie­chyb­nie umrę przed koń­cem roku. Wiem już, że nie przy­je­dziesz do mnie, jak obie­ca­łeś, ani na święta, ani na Nowy Rok. A czy Ty wiesz, że jak się ludzie nie spo­tkają na Nowy Rok i nie złożą sobie życzeń, to zła wróżba na cały ten rok? Wć mnie nie kochasz! Ja wiem, bo ina­czej był­byś tu przy mnie, ale nie przy­je­dziesz, bo Ci nie pozwolą Twoi przy­ja­ciele. Wć ich słu­chasz i ich kochasz.

Imć Żabo­klicki przy­słał mi tylko trzy­sta tala­rów. Pisze, że wię­cej nie ma, a i to musiał wziąć od lichwia­rzy, zasta­wia­jąc rodowe sre­bra Zamoy­skich kupione jesz­cze przez Wci dziada. Nie wie­rzę mu, mówi tak, bo mnie nie lubi, chce mi zro­bić przy­krość. Pisze z pre­ten­sją, że żąda­łam od Wci, abyś go zwol­nił. Ja żąda­łam, żeby go Wć zwol­nił? Prze­cież wiesz, że to tylko w gnie­wie, a zresztą skąd on o tym wie? Jak nic czyta Waścine listy! Strzeż się go, bo to zły czło­wiek, który chce, abym umarła tu z głodu.

Mimo tor­tur, jakie mi Wć zada­jesz, życzę Waści weso­łych świąt Bożego Naro­dze­nia! Wci nie­ko­chana, ale kocha­jąca, posłuszna, oddana i wierna żona,

Maria Kazi­miera Zamoy­ska

Pew­nie już Wć wiesz, że bieży ku Wci major Gra­lew­ski. Na miłość boską, zrób Wć coś w tej spra­wie, bo jak się nie pospie­szysz, to możesz być pewny, że temu nie­bo­ra­kowi zaraz utną głowę!

Prze­sy­łam ukłony dla JMć Księż­nej Wiśnio­wiec­kiej.

- Męż­czyźni! Wiel­kie słowa, ogromne nadzieje, a potem hyc do mamusi pod spód­nicę, jak coś nie wyj­dzie! - zaśmiała się szy­der­czo w stronę nieco smęt­nych dziś dwó­rek. One grzecz­nie zawtó­ro­wały, ale widać było, że humory u wszyst­kich nie­tę­gie.

Wzrok przy­ga­szony, nosy spusz­czone na kwintę i tylko wpa­trzone w pod­łogę, jakby tam szu­kały zgu­bio­nego wczo­raj szczę­ścia. Szcze­gól­nie żal było spoj­rzeć na Jadwi­się, któ­rej naj­wy­raź­niej przy­stojny major naj­bar­dziej zaszedł za skórę.

Nic dziw­nego, cho­dził wokół niej, kom­ple­menty pra­wił, w oczka zaglą­dał i podzi­wiał rumieńce. Wszyst­kie myślały, że coś z tego będzie, a tu na koniec taka klapa.

Przy­jazd pana Gra­lew­skiego zapo­wie­dział jego przy­ja­ciel, imć Wal­bor­ski, który przy­je­chał dzień wcze­śniej i pro­sił o łaskawą audien­cję. One głu­pie myślały, że zacny kawa­ler pędził pół świata, by im dotrzy­mać towa­rzy­stwa i roz­mową zaba­wiać, a on swoje inte­resa chciał ubić.

Przy­jęła go grzecz­nie, bo mło­dzian słu­żył w regi­men­cie męża, aktu­al­nie odko­men­de­ro­wany do oblę­że­nia twier­dzy toruń­skiej. Wie­działa, że pocho­dzi ze znacz­nej rodziny, osia­dłej w Lubel­skiem, sko­li­ga­co­nej z sena­tor­skimi rodami, więc kto wie, może coś by z tego było.

Co prawda jej dwórki nie szczy­ciły się aż tak zacnymi rodo­wo­dami, ale na tym pole­gała sztuka ożenku z panną z frau­cy­meru. Zamiast wiel­kich paran­tel panna wno­siła w posagu łaskę swo­jej opie­kunki. To mogło przy­spie­szyć karierę nie­jed­nego ambit­nego mło­dziana. Im potęż­niej­sza pro­tek­torka, tym pew­niej­sze powo­dze­nie jej panien.

- A któ­raż teraz, nie licząc samej kró­lo­wej oczy­wi­ście, potęż­niej­sza ode mnie? - pysz­niła się od rana Mary­sieńka, która poślu­biła księ­cia zamoj­skiego, jak zwano jej męża, i nosiła w łonie następcę jego impe­rium.

- O słodka naiw­no­ści! - wes­tchnęła roz­pacz­li­wie na widok kil­ku­na­stu zawie­dzio­nych dziew­cząt. Sama też czuła się ura­żona i znie­sma­czona, bo spo­dzie­wała się zupeł­nie innego zakoń­cze­nia histo­rii z imć majo­rem Gra­lew­skim.

Tenże bała­mut­nik, przy­były wczo­raj około połu­dnia z dwoma kom­pa­nio­nami na zamek, oczy­wi­ście sło­wem nie wspo­mniał, że popadł w potężne tara­paty i pędził tu do niej po ratu­nek, jak do wła­snej mamusi. Dopiero po kola­cji popro­sił o dys­kretną roz­mowę, pod­czas któ­rej, tylko w towa­rzy­stwie Jadwigi i w pew­nym odda­le­niu sta­rej och­mi­strzyni jako przy­zwo­itki, uda­ją­cej, że drze­mie w kącie, wyznał jej praw­dziwy powód przy­by­cia.

- Zawi­ni­łem, pani, i teraz przyj­dzie mi za to odpo­ku­to­wać - zaję­czał roz­pacz­li­wie, mnąc w spo­co­nych nagle dło­niach kape­lusz, a ona nie wie­działa, czy to ciąg dal­szy jego wcze­śniej­szych żar­tów i umi­zgów do niej oraz do jej dwórki, czy raczej dość nie­zwy­kła spo­wiedź.

W końcu po to wzięła Jadźkę ze sobą na spo­tka­nie, bo pomy­ślała, że kawa­ler, nie cze­ka­jąc, zamie­rza się zade­kla­ro­wać.

Ot, żoł­nier­ska fan­ta­zja! Ot, nie­cier­pli­wość mło­dych! - pomy­ślała nawet z pew­nym podzi­wem, że są jesz­cze na tym świe­cie męż­czyźni, któ­rzy wie­dzą, czego chcą, i zaraz się­gają po obiekt swych marzeń.

Oka­zało się jed­nak, że nie!

- Pani, ratuj, bo stracę głowę! - padł na kolana i zaję­czał jak potę­pie­niec.

Jadwi­sia aż zapisz­czała cichutko, jak przy­dep­tana z nagła mysz, myśląc, że oto speł­nia się sen i przy­stojny kon­ku­rent prosi o pomoc w sta­ra­niach o jej rękę, a utrata głowy grozi mu w sen­sie sza­leń­stwa z miło­ści do niej.

Nie­stety, majo­rowi cho­dziło o utratę głowy w zna­cze­niu jak naj­bar­dziej fizycz­nym.

Józia

Józia

Mono­tonny plusk wody o boki szkuty sta­wał się każ­dego dnia coraz bar­dziej iry­tu­jący. To, co począt­kowo koiło nerwy, teraz, kiedy podróż dobie­gała końca, jawiło się już sym­bo­lem drogi, którą chcia­łaby mieć za sobą.

- Gdańsk! - usły­szała wresz­cie upra­gnione zawo­ła­nie i wybie­gła na dziób łodzi, by zoba­czyć wyła­nia­jący się z poran­nych mgieł zarys potęż­nych murów nad­mor­skiej for­tecy.

- Naresz­cie! - w okrzyku tym zawie­rały się cały strach przed prze­śla­dow­cami, któ­rzy wkrótce już nie będą mogli jej dosię­gnąć, oraz nadzieja na szczę­śliwe życie u boku uko­cha­nego.

Wczo­raj­szy dzień spę­dziła na przy­go­to­wa­niach do zej­ścia na ląd. Wró­ciła już pra­wie do pełni sił, zaś roz­pie­ra­jąca ją ener­gia musiała zna­leźć ujście w gorącz­ko­wej krzą­ta­ni­nie po cia­snym pokła­dzie prze­ła­do­wa­nej szkuty. Fli­sacy, nie­przy­zwy­cza­jeni do obec­no­ści kobiet na pokła­dzie, dziel­nie zno­sili jej iry­tu­jącą chwi­lami obec­ność, połą­czoną z pona­gla­ją­cymi pyta­niami o odle­głość do portu w Gdań­sku.

Wresz­cie się docze­kała!

- Jacek, bierz bagaże! - zawo­łała, chwy­ta­jąc pierw­szy z brzegu tobół. Tak się przy­zwy­cza­iła do codzien­nej posługi chło­paka, że nie mogłaby sobie bez niego pora­dzić. Wczo­raj jed­nakże Harry uświa­do­mił jej, że byłoby nie fair, gdyby cią­gnęli na kraj świata niczego nie­świa­do­mego pacho­lika.

Dla­tego po kola­cji usie­dli we troje i odbyli poważną roz­mowę.

- Wiesz, że trak­tu­jemy cię jak młod­szego bra­ciszka? - zaczął poważ­nie Harry.

Oj, coś nie­do­brze! - mówiła mina Jacka, który oba­wiał się takich roz­mów, a które rzadko koń­czyły się dla niego pomyśl­nie.

- Spo­koj­nie, to nic złego - Józia od razu wychwy­ciła nie­po­kój chło­paka.

Usiadł więc wygod­niej i z waha­niem ski­nął głową.

- Dla­tego chcie­li­by­śmy z tobą poroz­ma­wiać - kon­ty­nu­ował Harry. - Umó­wi­li­śmy się, że za usta­loną zapłatę będziesz nam towa­rzy­szył w podróży do Gdań­ska i wła­śnie się do niego zbli­żamy.

Jacek z ponurą miną ski­nął głową.

- My pły­niemy dalej - wtrą­ciła się Józia - aż do dale­kiej Szko­cji!

I dla mnie nie ma tam już miej­sca! - mówiła mina chło­paka, któ­rej zda­wali się nie dostrze­gać. On już od wielu dni odli­czał chwile do roz­sta­nia i roz­glą­dał się za nowym zaję­ciem. Podo­bała mu się praca fli­sa­ków, polu­bił ich, a oni jego. Roz­ma­wiał z szy­prem o moż­li­wo­ści zatrud­nie­nia, a ten nie wyklu­czał, że przy­dałby mu się taki bystry chło­pak. Pro­blem pole­gał na tym, że fli­sac­two było zaję­ciem sezo­no­wym i znaj­do­wali się już prak­tycz­nie w poło­wie sezonu, więc nie na długo byłoby to zatrud­nie­nie.

- Lep­szy rydz niż nic - mawiał cią­gle jego dzia­dek, gdy wszy­scy narze­kali na słabe plony, a on dopiero teraz zaczy­nał poj­mo­wać sens tego powie­dze­nia.

- Jeśli się zgo­dzisz, zabie­rzemy cię ze sobą - ostroż­nie zapro­po­no­wał Harry, a widząc wytrzesz­czone w nagłym zdu­mie­niu oczy, dorzu­cił pospiesz­nie - oczy­wi­ście za odpo­wied­nio wyż­szą pen­sję.

- O ile wyż­szą? - Jacek, nawet w chwili naj­więk­szego zasko­cze­nia, nie zapo­mi­nał, że ma w domu młod­sze rodzeń­stwo i matkę na utrzy­ma­niu.

- Nooo, powiedzmy - Harry się zawa­hał, spoj­rzał na Józię i widząc jej minę, która jed­no­znacz­nie mówiła, że to nie jest ten moment, by popi­sy­wać się słynną szkocką oszczęd­no­ścią, wyrzu­cił - dwa razy wyż­szą!

- A opłatę za sta­tek i wikt?

- Zapła­cimy! - zapew­niła Józia i widząc radość chło­paka, sama roze­śmiała się gło­śno, bo choć liczyła na jego zgodę, to jed­nak w duszy oba­wiała się, czy pacho­lik odważy się na tak daleką podróż.

Sobiepan

Sobie­pan

Eunuch i kry­tyk z jed­nej są para­fii.

Obaj wie­dzą jak, żaden nie potrafi.

przy­sło­wie sta­ro­pol­skie

- Samu­raje? Po moim tru­pie! - zadrżał z obu­rze­nia Liu Pang, kiedy zoba­czył scho­dzący na ląd mój pry­watny orszak. Gesty­ku­lo­wał przy tym tak suge­styw­nie, że nie trzeba było tłu­ma­cza, by wie­dzieć, co gru­bas ma na myśli.

- Ejże, nie kuś - wyszep­tał mi do ucha Sło­tow­ski, który, nie cze­ka­jąc na prze­tłu­ma­cze­nie, w lot zro­zu­miał, iż tam­ten był gotów wła­snym cia­łem nie dopu­ścić do zej­ścia na ląd Japoń­czy­ków. Ci też dosko­nale rozu­mieli, dla­tego od razu przy­jęli postawę, któ­rej nawet czło­wiek wypeł­niony naj­lep­szą wolą nie mógł potrak­to­wać ina­czej niż jako zapro­sze­nie do roz­róby.

Chiń­czycy nie­na­wi­dzili Japoń­czy­ków!

Uwa­żali ich za bar­ba­rzyń­ców zupeł­nie pozba­wio­nych kul­tury, zaś wszel­kie prze­jawy cywi­li­za­cji, które opa­no­wali ich wschodni sąsie­dzi z odle­głych wysp, były trak­to­wane jako wtórne wobec osią­gnięć chiń­skich, kopio­wane i uda­wane. Nie­zmier­nie szczy­cili się swo­imi osią­gnię­ciami, baga­te­li­zu­jąc jako nie­istotne, gor­sze i wtórne wszystko, co pocho­dziło z Japo­nii. Wie­dząc, iż w jakiejś nie­wiel­kiej czę­ści zarzuty te w odnie­sie­niu do naśla­dow­nic­twa nie były pozba­wione pod­stawy, mia­łem świa­do­mość, że fun­da­men­tem nie­na­wi­ści do sąsia­dów był po pro­stu strach.

Wielki, paniczny, wręcz zwie­rzęcy strach ofiary przed oprawcą!

Japoń­czyk, jakiego znali miesz­kańcy cesar­stwa, był jak wilk, tra­fia­jący tu mię­dzy owce zupeł­nie bez­bronne wobec jego krwio­żer­czych umie­jęt­no­ści, a co gor­sza, jego mor­der­czego instynktu. Przy­pły­wali tu bowiem samu­ra­jo­wie, czyli japoń­ska kasta wojow­ni­ków, ćwi­czona od dziecka do walki, zabi­ja­nia, odpor­no­ści na ból i głód.

Byli dra­pież­ni­kami, które tre­so­wano fizycz­nie i psy­chicz­nie do wojen­nego rze­mio­sła. Gar­dzą­cymi życiem wła­snym i innych. Z pie­śnią na ustach idący na śmierć, jak inni na wesele. Ta nad­mier­nie roz­ro­śnięta liczeb­nie grupa szu­kała dla sie­bie per­spek­tyw i źró­dła utrzy­ma­nia w łupież­czych wypra­wach na sąsia­dów.

Nato­miast w chiń­skim woj­sku w zna­ko­mi­tej więk­szo­ści słu­żyli potom­ko­wie chło­pów i miesz­czan. Przy­uczeni do walki, posłuszni roz­ka­zom dowód­ców, ale pozba­wieni instynktu zabój­ców, ich odwagi i bez­względ­no­ści. Jak mnie zapew­niono, sze­ściu moich samu­ra­jów zabije trzy­dzie­sto­oso­bową eskortę urzęd­nika w ciągu pacie­rza i nawet się nie spocą. Przy tym zro­bią to z ochotą i będą mi wdzięczni, że pozwo­li­łem im na to małe ćwi­cze­nie przed dal­szą podróżą.

Ty też to wiesz! - spoj­rza­łem bez słowa w oczy eunu­cha i przez chwilę mie­rzy­li­śmy się spoj­rze­niami.

Wiem, ale się ich nie boję! - zda­wał się odpo­wia­dać buń­czuczną miną, a ja jesz­cze nie byłem w sta­nie oce­nić, na ile jego postawa wynika z odwagi, a na ile jest tylko grą obli­czoną na moją ule­głość.

- Powiedz mu - ski­ną­łem na Wiru - że bez nich się nie ruszę. Że w mojej ojczyź­nie są dwie zasady doty­czące poru­sza­nia się panów: pierw­sza zabra­nia cho­dze­nia pie­szo, a druga poru­sza­nia się bez god­nego orszaku. I tylko ze względu na niego pole­ci­łem pozo­sta­łym moim ludziom zostać na statku.

Nie wyglą­dał na prze­ko­na­nego. Poka­zy­wał, że ma dla nas lek­tyki i orszak godny wiel­kiego pana. Tłu­ma­czył, że Japoń­czycy nie są tu mile widziani, że ich obec­ność skoń­czy się awan­tu­rami z miej­scową lud­no­ścią, zaś cesarz, kiedy się dowie, że zabra­łem ich ze sobą, z pew­no­ścią odmówi mi audien­cji.

Czemu ci tak na tym zależy? - obser­wo­wa­łem roz­bie­gane oczy eunu­cha, gdy tak usil­nie pró­bo­wał mnie prze­ko­nać do pozo­sta­wie­nia samu­ra­jów na okrę­cie. - Czy naprawdę cho­dzi ci tylko o nie­chęć two­ich roda­ków do Japoń­czy­ków? Czy knu­jesz jakąś pod­łość w sto­sunku do mnie.

Nie mogłem się zde­cy­do­wać, więc pozwa­la­łem mu mówić dalej, a z jego ust pły­nął nie­prze­rwany potok słów, które zamiast mnie prze­ko­nać, spra­wiały, że sta­wa­łem się coraz bar­dziej nie­ufny.

Naj­wy­raź­niej dostrzegł mój nara­sta­jący scep­ty­cyzm, bo nagle zamilkł i ode­tchnąw­szy dwa razy, wyrzu­cił z roz­pa­czą:

- Panie, jeśli już musisz mieć wła­sną eskortę, to zabierz Euro­pej­czy­ków albo Afry­ka­nów, ale zostaw na statku Japoń­czy­ków!

Nie zwy­kłem ule­gać naci­skom innych.

Nie­na­wi­dzi­łem, gdy ktoś pró­bo­wał coś na mnie wymu­sić, i wtedy raczej postę­po­wa­łem wbrew jego zda­niu, ale tutaj nie mia­łem peł­nej swo­body decy­do­wa­nia o wła­snej oso­bie. Dla­tego na prze­kór wła­snej woli, po dłuż­szym waha­niu, ski­ną­łem głową.

- Sło­tow­ski i Wiru, idzie­cie ze mną! Eskorta zostaje na statku!

Ści­gany przez zdzi­wione spoj­rze­nie pierw­szego i uni­ka­jąc patrze­nia na zawie­dzione obli­cza samu­ra­jów, ruszy­łem w stronę prze­zna­czo­nej dla mnie lek­tyki.

Gru­bas zaś szczę­śliwy, że posta­wił na swoim, podrep­tał w pod­sko­kach, by wydać ostat­nie pole­ce­nia przed wymar­szem.

Prolog

Pro­log

Mgli­sty pora­nek zastał nas na środku spie­nio­nej, rwą­cej gór­skiej rzeki. Maleńka łódeczka, nio­sąca nas w nie­znane, pod­ska­ki­wała w zupeł­nie nie­kon­tro­lo­wany spo­sób, gro­żąc w każ­dej chwili wywró­ce­niem, a pasa­że­rom śmier­cią w lodo­wa­tych odmę­tach. Moje ska­to­wane ciało wyło z roz­pa­czy, doma­ga­jąc się odpo­czynku i miski cie­płej strawy. Jed­nak prze­wod­nik nie zga­dzał się nawet na chwilę prze­rwy.

- Jak on widzi cokol­wiek w tym wod­nym pie­kle? - zasta­na­wia­łam się całą noc, pró­bu­jąc cokol­wiek dostrzec wśród plą­ta­niny roz­bry­zgów, gła­zów, pro­gów i wirów poja­wia­ją­cych się za każ­dym zakrę­tem.

Nie­wiele mogłam zoba­czyć, gdyż - ciśnięta jak wór szmat na dno czółna - leża­łam sku­lona w pozy­cji embrio­nal­nej, sta­ra­jąc się nie chy­bo­tać łódką, by nie zakłó­cić chwiej­nej sta­bil­no­ści naszego środka trans­portu.

- Nikt, kto nie musi, nie zary­zy­kuje życia, by w ciemną noc pędzić na zła­ma­nie karku w dół wąskiej rzeki! - pró­bo­wa­łam się zbun­to­wać chwilę temu, ale on nawet nie raczył spoj­rzeć w moją stronę. Z kamienną twa­rzą wywi­jał wio­słem raz z jed­nej, raz z dru­giej strony i mimo upływu wielu godzin jego siły wyda­wały się nie­wy­czer­pane.

- Zatrzy­majmy się choć na chwilę! Nikt nas już nie ściga! - led­wie zdą­ży­łam wypo­wie­dzieć te słowa, gdy z góry rzeki doszły mnie stłu­mione przez szum wody okrzyki bojowe, wydo­by­wa­jące się z gar­dzieli setki wojow­ni­ków.

Wychy­li­łam się na kolej­nym zakrę­cie, ryzy­ku­jąc wypad­nię­cie z łódki.

Jesz­cze ich nie widzia­łam. Oni nas też nie, ale byli bli­sko i - sądząc z odgło­sów - coraz bli­żej.

On naj­wy­raź­niej usły­szał ich już wcze­śniej, dla­tego pró­bo­wał jesz­cze zwięk­szyć wysi­łek. Moc­niej napie­rać na wio­sło i spraw­niej pro­wa­dzić łódkę wśród wod­nego żywiołu. Dłuż­szą chwilę pły­nę­li­śmy po spo­koj­niej­szej wodzie. Wie­dzia­łam, że to jest odci­nek szcze­gól­nie dla nas nie­bez­pieczny, bo byli­śmy widoczni z daleka jak na patelni. Modli­łam się bez­gło­śnie o nowy zakręt, głaz czy cokol­wiek, co pozwo­li­łoby się scho­wać przed wzro­kiem bez­li­to­snych, żąd­nych zemsty prze­śla­dow­ców.

- Gdy­bym mogła cof­nąć czas! - wes­tchnę­łam, żału­jąc swo­ich wybo­rów. Bez­wied­nie zaci­snę­łam pię­ści, czu­jąc, jak paznok­cie kale­czą dło­nie do krwi.

- Zauwa­żyli nas! - jęk­nę­łam z roz­pa­czą, a serce pod­sko­czyło mi do gar­dła, gdy usły­sza­łam gromki okrzyk triumfu, w chwili kiedy dopły­wa­li­śmy już do kolej­nego zakrętu.

Wychy­li­łam się znowu - setka uzbro­jo­nych po zęby, dyszą­cych żądzą mordu prze­śla­dow­ców wypeł­niła w swych łodziach prze­strzeń za nami. Jesz­cze chwila i znajdą się na tyle bli­sko, by zasy­pać naszą łupinę gra­dem poci­sków.

Czasy obecne

Czasy obecne

Na pół­nocno-zachod­nim krańcu nieba powoli, ale nie­ubła­ga­nie roz­bu­do­wy­wał się groźny front burzowy. Ciemne chmury nabrzmie­wały i kłę­biły się coraz bli­żej, gro­żąc kolejną ulewą, któ­rych nie bra­ko­wało w ostat­nich dniach. Zie­mia nasią­kła od cią­głych opa­dów do tego stop­nia, że po obu stro­nach drogi widzia­łam płachty brud­nej wody, sto­ją­cej na upraw­nych polach. Nie zwa­ża­jąc na aurę, mknę­łam przed sie­bie z ponurą zawzię­to­ścią małą czer­woną hondą civic, zaci­ska­jąc do bólu dło­nie na zgrab­nej kie­row­nicy.

To już dziś! Nie mogłam się docze­kać tej chwili. Dziś, zgod­nie z umową, powi­nien dotrzeć kolejny trans­port por­ce­lany z Rosji. Spo­dzie­wa­łam się w nim zna­leźć pozo­stałą część rela­cji Sobie­pana Zamoy­skiego z jego podróży do dale­kich kra­jów. W poprzed­nim kar­tami z jego zapi­skami owi­nięto zabyt­kowe wypo­sa­że­nie pała­cyku w Kle­men­so­wie. Mia­łam więc nadzieję, że tym razem przy­ślą w ten spo­sób resztę inte­re­su­ją­cych mnie mate­ria­łów.

Z piskiem opon zaje­cha­łam na boczny par­king przed pała­cem-muzeum w Kozłówce. To tu umó­wi­łam się na spo­tka­nie z Kaśką, na które nieco się spóź­ni­łam.

Stoi przy swoim samo­cho­dzie i czeka, paląc papie­rosa.

- I co? - rzu­cam, zanim jesz­cze na dobre wysia­dłam z samo­chodu.

- Nic! - wzru­sza ramio­nami. - Cze­kamy.

W peł­nym napię­cia mil­cze­niu idziemy w stronę bocz­nego wej­ścia do pałacu. To już trzeci raz w tym mie­siącu, kiedy przy­jeż­dżam tutaj z nadzieją, i jak do tej pory dwa razy wró­ci­łam z pustymi rękami. Rosja­nie uwiel­biają takie gierki - ura­żeni, że już nie chcemy zachwy­cać się wspólną wizją przy­szło­ści i na doda­tek wspie­ramy Ukra­inę, bawią się w drobne zło­śli­wo­ści na każ­dym moż­li­wym polu. Pytani, kiedy zamie­rzają wywią­zać się z zawar­tej umowy, podają kon­kretny ter­min, by potem w ostat­niej chwili wyco­fać się pod byle pre­tek­stem. Gdy odpo­wia­damy tym samym, reagują histe­rycz­nie - narze­kają na cały świat, rwą włosy z głowy, jacy to Polacy źli i per­fidni - im wolno, a my powin­ni­śmy cier­pli­wie zno­sić wszel­kie szy­kany!

Dziś to samo. Po kilku godzi­nach cze­ka­nia w końcu ktoś tam odbiera tele­fon.

- Por­ce­lana? Z Kle­men­sowa? - dziwi się kobieta po tam­tej stro­nie, jakby ni­gdy nie sły­szała o podob­nym trans­por­cie. Jestem pewna, że tydzień temu ta sama osoba zapew­niała nas, że wszystko spa­ko­wane i będzie u nas na czas.

- Nie, nie wysła­li­śmy - odpo­wiada obo­jęt­nie. - Jak będziemy wysy­łać, to zadzwo­nię. Do widze­nia! - odkłada słu­chawkę.

- K...wa mać! - bez­sil­nie wście­kam się po raz kolejny, wie­dząc, że to może trwać bez końca. A ja nie mam czasu ani cier­pli­wo­ści.

- Czy­tel­nicy cze­kają na kolejną część przy­gód Sobie­pana! - biorę torebkę i ruszam w stronę drzwi. - Jutro skła­dam wnio­sek o wizę. Jak nie chce góra do Maho­meta, to Maho­met poje­dzie do góry!

- Pocze­kaj! - Kaśka pędzi za mną. - Tym spo­so­bem niczego nie przy­spie­szysz. Na darmo się prze­je­dziesz i niczego nie wskó­rasz.

Wie­dzia­łam, że ma rację, ale nie mogłam dłu­żej cze­kać. Roz­sa­dzały mnie wście­kłość i chęć dzia­ła­nia. Naza­jutrz wysła­łam do władz rosyj­skich wnio­sek o dostęp do por­ce­lany z Kle­men­sowa. W krót­kim uza­sad­nie­niu doda­łam, że jest mi on nie­zbędny do napi­sa­nia książki. Po trzech tygo­dniach dosta­łam odpo­wiedź z żąda­niem bar­dziej szcze­gó­ło­wych wyja­śnień - w jaki spo­sób przed­mio­towa zastawa może się przy­czy­nić do powsta­nia publi­ka­cji. Wyja­śni­łam, że nie sama zastawa, tylko kartki papieru, w jakie została owi­nięta. W odpo­wie­dzi zapy­tano, skąd wiem, w jaki papier została owi­nięta, skoro - jak napi­sa­łam - jesz­cze jej nie widzia­łam.

To jak wale­nie głową w mur! Mie­szanka wście­kło­ści z bez­sil­no­ścią odbie­rała mi chęć do życia.

Roz­wią­za­nie oka­zało się tak banal­nie pro­ste, że gdy­bym opi­sy­wała reak­cję boha­tera powie­ści, to poda­ła­bym, iż "z wra­że­nia aż usiadł zdu­miony".

Zna­la­złam je pod­czas zajęć ze stu­den­tami zaocz­nymi, a przy­naj­mniej tak mi się wów­czas wyda­wało.

Pro­wa­dzi­łam wykład fakul­ta­tywny z histo­rii Kościo­łów wschod­nich na zie­miach pol­skich, na który uczęsz­czali słu­cha­cze z róż­nych kie­run­ków. Jed­nym z nich był młody ksiądz - Polak z Ukra­iny, spra­wu­jący posługę dusz­pa­ster­ską w Rosji. Zacią­ga­jący po kre­so­wemu, jak postać lwo­wiaka z mię­dzy­wo­jen­nej kome­dii, lekko łysie­jący na czubku głowy, sym­pa­tyczny Igor zain­te­re­so­wał się moim pro­ble­mem. Wspo­mnia­łam kie­dyś o swo­ich przy­go­dach z dostę­pem do akt w Rosji, a on na to bez namy­słu:

- Ja to pani zała­twię. Pro­szę tylko powie­dzieć, czego dokład­nie pani potrze­buje, a ja po powro­cie do sie­bie posta­ram się pomóc.

No to powie­dzia­łam, on zano­to­wał i poje­chał. Nie podzie­lił się ze mną swoim pomy­słem na roz­wią­za­nie mojego pro­blemu, a mnie nie przy­szło do głowy, by zapy­tać. Dopiero po jakimś cza­sie przy­szła reflek­sja: a co będzie, jak go aresz­tują?

Dzień lub dwa po niej przy­szła kolejna: a co, jak nie będą się bawić w niu­anse i aresz­to­wa­nia, tylko od razu zamor­dują? Toż to jest ban­dycki kraj z KGB-istą u steru wła­dzy!

Zaczę­łam się bać o nie­win­nego chło­paka, który przeze mnie wplą­tał się praw­do­po­dob­nie w jakąś intrygę spod znaku płasz­cza i szpady i pró­buje dla mnie wykraść ści­śle strze­żone tajem­nice, bo w pań­stwie rzą­dzo­nym przez służby wszystko jest "pil­nie strze­żoną tajem­nicą".

Strach nara­stał w miarę upływu czasu, a gdy nad­szedł dzień kolej­nego spo­tka­nia ze stu­den­tami, sta­łam pod drzwiami i wypa­try­wa­łam w kłę­bią­cym się na kory­ta­rzu tłu­mie zna­jo­mej głowy z plac­kiem łysiny na czubku.

Nie­stety, nie docze­ka­łam się!

Sku­pić się na pro­wa­dzo­nych zaję­ciach nie dało się w żaden spo­sób! Cią­gle oglą­da­łam się na drzwi, w nadziei, że przyj­dzie spóź­niony, ale tego dnia nie przy­szedł wcale.

Może nic się nie stało, może zacho­ro­wał albo zatrzy­mały go obo­wiązki para­fialne - pró­bo­wa­łam się pocie­szyć, ale z tyłu głowy sie­dział dia­be­łek, powta­rza­jący bez końca:

- To twoja wina! Pew­nie go tam zabili i to twoja wina!

Zdo­by­łam tele­fon do niego w dzie­ka­na­cie. Wyszpe­ra­łam mail w swo­jej poczcie, bo kie­dyś pisał do mnie w spra­wie zajęć, i pró­bo­wa­łam się z nim skon­tak­to­wać. Na zmianę po kilka razy dzien­nie dzwo­ni­łam i pisa­łam, pisa­łam i dzwo­ni­łam. A tam nic!

Przez głowę prze­wi­jały mi się naj­gor­sze moż­liwe sce­na­riu­sze. Zadzwo­ni­łam do Mini­ster­stwa Spraw Zagra­nicz­nych, połą­czyli mnie z panią z odpo­wied­niego depar­ta­mentu, która potrak­to­wała mnie jak kolejną panienkę porzu­coną przez chło­paka:

- Wyje­chał, tak? Nie odbiera tele­fo­nów ani maili, tak? No cóż, zda­rza się, trzeba to jakoś wytrzy­mać. Musi pani być dzielna, nie ten, to inny!

Ja jej na to, że to ksiądz i nie jest moim chło­pa­kiem. Ona ze współ­czu­ciem:

- Tak mi przy­kro! Z duchow­nymi to tak zawsze, pro­szę sobie następ­nym razem zna­leźć świec­kiego chło­paka, bo z księ­dzem to nic na stałe... i wie pani...

- Pro­szę pani! - ja jej na to coraz bar­dziej zde­ner­wo­wana - to nie jest mój chło­pak, to mój stu­dent!

A ona już lodo­wato:

- Ja nie oce­niam, nie kry­ty­kuję, bo... bo mi nie wolno, ale wie pani... ja mam syna na stu­diach... ksiądz... i jesz­cze pani stu­dent... to już nawet jak na mnie tro­chę za dużo!

- No i co z tego? - wal­czę z nie­zro­zu­mie­niem.

- Następ­nym razem pro­szę sobie zna­leźć kogoś w swoim wieku, żegnam panią! - trzask odkła­da­nej słu­chawki.

Zabi­ła­bym babę!

Czu­łam, jak mi się bez­wied­nie zaci­skają palce obu rąk. Odło­ży­łam ostroż­nie tele­fon, by nie uległ uszko­dze­niu.

A może zadzwo­nię do miej­sco­wej kurii bisku­piej? - prze­mknęło mi przez myśl, ale zaraz przy­szła reflek­sja: Tam to dopiero mi dadzą, jak zacznę wypy­ty­wać o mło­dego księ­dza.

Mio­tana emo­cjami posta­no­wi­łam dotrwać do następ­nych zajęć, zanim zro­bię coś, co będzie wyra­zem mojej cał­ko­wi­tej despe­ra­cji. Jesz­cze nie wie­dzia­łam co, ale czu­łam, że jestem gotowa na wszystko.

Godzinę przed semi­na­rium sie­dzia­łam w kate­drze, odby­wa­jąc tak zwane kon­sul­ta­cje. Ktoś zapu­kał.

- Pro­szę! - zawo­ła­łam, nie pod­no­sząc głowy.

- Szczęść Boże! - usły­sza­łam, a na dźwięk tego głosu ulga spły­nęła na mnie taką falą, że mogła­bym zsu­nąć się z fotela.

- Gdzie ksiądz był? - krzyk­nę­łam, zry­wa­jąc się na nogi.

- W Rosji! - wzru­szył obo­jęt­nie ramio­nami, kła­dąc na biurku pen­drive'a.

- Co to? - wpa­trzy­łam się w maleńki przed­miot z logo PKP.

- Zdję­cia tych opa­ko­wań z por­ce­lany, o które pani pro­siła! - spoj­rzał na mnie jak na idiotkę, która prosi o przy­sługę, a potem nie pamięta, o co pro­siła.

- Ale jak... jak się to księ­dzu udało?

- Mogę usiąść? - wska­zał na krze­sło, a ja czym prę­dzej ski­nę­łam głową.

- Pro­szę, niech ksiądz usią­dzie!

- Łatwo nie było, trud­niej, znacz­nie trud­niej, niż się spo­dzie­wa­łem - wes­tchnął z wysił­kiem. - Zna­jąc sytu­ację tam, na miej­scu, od razu wie­dzia­łem, że ofi­cjalną drogą nic się nie wskóra, więc posta­no­wi­łem sprawę zała­twić jak Rosja­nin. Kupi­łem kwiaty, cze­ko­ladki, dobre wino i posze­dłem do pani dyrek­tor wska­za­nego muzeum, bez poda­nia, bez for­mal­no­ści, pro­sząc, by pozwo­liła zer­k­nąć do tych sko­rup. Wcze­śniej nie byłoby z tym pro­blemu, ale teraz ze względu na wojnę już był. Nie powiem, przy­jęła mnie uprzej­mie, wysłu­chała z tro­ską i kazała przyjść naza­jutrz.

Znowu kupi­łem kwiaty i idę. Poroz­ma­wia­li­śmy miło, wypy­tała, do czego jest mi to potrzebne, opo­wie­dzia­łem więc, sta­ra­jąc się nie kła­mać, ale i nie mówić prawdy, o pro­wa­dzo­nych bada­niach nauko­wych, a ona kiwała głową. Jesz­cze na tę chwilę nic nie usta­liła, nic nie wie, nic nie powie. Kazała przyjść za dwa dni. Przy­cho­dzę ponow­nie, dalej nic. Poszu­ki­wa­nia trwają i jesz­cze nic nie wia­domo. Mam przyjść znowu za dwa dni, ale widzę, że chyba nic z tego nie będzie.

Wycho­dzę zły i - cze­ka­jąc na otwar­cie drzwi - naty­kam się na lekko drwiące spoj­rze­nie czło­wieka z dyżurki. Ni to ochro­niarz, ni recep­cjo­ni­sta, taki czło­wiek tro­chę do wszyst­kiego, co to dba, by nie wcho­dzili do środka ludzie do tego nie­upo­waż­nieni.

- No i co, batiuszka? - rzuca kpiąco. - Znowu odpra­wili z kwit­kiem?

- Odpra­wili - burk­ną­łem, chwy­ta­jąc za klamkę, bo chcia­łem wyjść czym prę­dzej na świeże powie­trze.

- Zaraz! - wyszedł ze swo­jej kan­ciapy. - Gdzie tak księ­dzu pilno?

Wzru­szy­łem ramio­nami, bo co mia­łem się opo­wia­dać cie­ciowi, co będę robił, ale on, nie­zra­żony moją opry­skli­wo­ścią, wziął mnie pod ramię i mówi:

- Chodźmy na papie­rosa!

- Nie palę! - pró­bo­wa­łem wyrwać mu się i iść w swoją stronę.

- Ale ja palę i piję, choć nie zawsze mam za co! - zaśmiał się zna­cząco, mru­ga­jąc do mnie tak, że przyj­rza­łem mu się uważ­nie.

- Prze­cież widzę, że sze­fowa za nos wodzi, i, zna­jąc ją, wiem, że wodzić nie prze­sta­nie - zacią­gnął się głę­boko dymem z cuch­ną­cego papie­rosa bez fil­tra.

Spoj­rza­łem w dół i dosze­dłem do wnio­sku, że istot­nie czło­wiek ten nie narze­kał na nad­miar pie­nię­dzy. Papie­ros spra­wiał wra­że­nie skrę­co­nego w domo­wych warun­kach z resz­tek zosta­wio­nych w popiel­niczce przez nało­go­wych pala­czy, a trzy­mał go w dło­niach znisz­czo­nych od cięż­kiej pracy fizycz­nej.

- Niech ojczu­lek przyj­dzie pół godziny po zamknię­ciu i zastuka do drzwi - zdu­sił wypa­lo­nego w poło­wie papie­rosa, cho­wa­jąc resztkę do kie­szeni.

Ski­ną­łem głową i ruszy­łem co prę­dzej scho­dami w dół. Wresz­cie po tylu dniach ujrza­łem świa­tełko w tunelu.

- A! - zawo­łał za mną ści­szo­nym gło­sem. - I pro­szę zabrać ze sobą coś do picia i do pale­nia.

Wie­czo­rem zja­wi­łem się pod drzwiami z litrową butelką wódki i kar­to­nem papie­ro­sów. Zapro­wa­dził mnie do pod­ziemi. Wypi­li­śmy po jed­nym i zabra­li­śmy się za poszu­ki­wa­nia. I tak przez dwa tygo­dnie nocami prze­szu­ki­wa­li­śmy cze­lu­ście maga­zynu, aż w końcu zna­la­złem te sko­rupy, o które pani cho­dziło - wska­zał leżący na bla­cie pen­drive. - Tutaj są zdję­cia tych bra­ku­ją­cych kart z pamięt­nika.

Pochwy­ci­łam go jak skarb i przy­ci­snę­łam do piersi.

- To one? Na pewno?

- Tak mi się wydaje, nie wszyst­kie czy­ta­łem, bo nie było czasu, a i czy­tać nie chcia­łem, bo straszne świń­stwa wypi­sy­wał ten wasz Sobie­pan.

- To on! To musi być on!

Omal go nie wyca­ło­wa­łam z rado­ści. Pod­nie­ce­nie, połą­czone z palącą wręcz wnę­trza cie­ka­wo­ścią co do zawar­to­ści nośnika, spra­wiło, że led­wie wysie­dzia­łam do końca zajęć.

W domu rzu­ci­łam się do kom­pu­tera.

Jest, mam to!

Nie wszyst­kie zdję­cia zawie­rają karty z pamięt­nika Sobie­pana, a te, które się tam znaj­dują, są znisz­czone i nie­kom­pletne, ale główny wątek dal­szych losów Sobie­pana można z tego odtwo­rzyć.

Pierw­sza wid­nieje dum­nie karta z napi­sem wyko­na­nym pewną ręką:

Dyariusz dale­kiey podróży w egzo­tyczne kraye Jana Zamoy­skiego, trze­ciego z kolei Ordy­nata na Zamo­ściu. Część druga.

Sia­dam do pracy i nie zamie­rzam prze­ry­wać, dopóki nie skoń­czę!

Miasteczko w prowincji Kuejczou - południowo-wschodnie Chiny rok 1651

Mia­steczko w pro­win­cji Kuej­czou - połu­dniowo-wschod­nie Chiny rok 1651

Sobiepan

Sobie­pan

Posu­nąć się za daleko,

to taki sam błąd, jak zatrzy­mać się za bli­sko.

Kon­fu­cjusz

Księ­życ w pełni wychy­nął zza wzgó­rza, jasno oświe­tla­jąc wąskie uliczki nie­zna­nej mi z nazwy osady. Ukry­wa­łem się w cie­niu jed­nej z chat, kry­tej strze­chą z trzciny, i od dłuż­szego czasu wypa­try­wa­łem ruchu wśród cia­snej zabu­dowy, tak cha­rak­te­ry­stycz­nej dla tego miej­sca na ziemi. Spo­dzie­wa­łem się, że wróg nadej­dzie od pół­nocy, i tam urzą­dzi­łem na niego zasadzkę. Jed­nak prze­zor­ność naka­zała, by się zabez­pie­czyć rów­nież od połu­dnia, dla­tego wysła­łem Sło­tow­skiego na drugą stronę z garstką ludzi. Gdyby zauwa­żył coś podej­rza­nego, miał dać mi znać przez posłańca.

Jak ja się w to wpa­ko­wa­łem? Zer­k­ną­łem przez ramię, spraw­dza­jąc, czy moi samu­raje zacho­wują czuj­ność.

Byli tam. Ukryci w cie­niu bam­bu­so­wych chat, nie­wi­doczni dla oddziału masze­ru­ją­cego jasno oświe­tloną ulicą, który lada moment powi­nien uka­zać się tuż przed nami.

Trzy dni wcze­śniej

Mijał wła­śnie siódmy dzień, odkąd rzu­ci­li­śmy kotwicę w malut­kiej zatoczce u wybrzeży lądu. Gorącz­kowo napra­wia­li­śmy sta­tek przy uży­ciu wła­snych narzę­dzi. Jak się miało oka­zać, było to chiń­skie wybrzeże. Zamie­rza­łem go uni­kać ze względu na sytu­ację poli­tyczną, która nie sprzy­jała wizy­tom Euro­pej­czy­ków spoza ści­śle okre­ślo­nego kręgu upraw­nio­nych do zawi­ja­nia do chiń­skich por­tów i w miej­scach do tego wyzna­czo­nych. Jed­nak, jak już nie­raz się prze­ko­na­łem, plany mają to do sie­bie, że nie zawsze można je zre­ali­zo­wać.

Tak było i tym razem - kilka dni po pod­nie­sie­niu kotwicy dopadł nas kolejny taj­fun i gnał na połu­dnie, z dnia na dzień pogar­sza­jąc stan naszego statku. Kiedy już zwąt­pi­li­śmy w moż­li­wość oca­le­nia, żywioł odszedł rów­nie nagle, jak się poja­wił, i oto obu­dzi­li­śmy się w środku bez­kre­snego oce­anu z prze­cie­ka­ją­cym kadłu­bem i reszt­kami masz­tów.

- Jeśli szybko nie znaj­dziemy skrawka lądu, by doko­nać nie­zbęd­nych napraw kadłuba, nasz rejs zakoń­czy się na dnie tego prze­klę­tego morza! - przy­wi­tał mnie wtedy na pokła­dzie kapi­tan McGre­gor.

I tak pod wpły­wem pil­nej potrzeby rato­wa­nia się przed naj­gor­szym musie­li­śmy zwe­ry­fi­ko­wać nasze plany i sko­ry­go­wać kurs w stronę rejo­nów, któ­rych wolał­bym uni­kać.

Palące słońce powoli zanu­rzało się w oce­anie na prawo od dziobu nie­ru­cho­mej i bez­bron­nej w tej chwili "Gry­zeldy". Aż wstrzy­ma­łem oddech, z nadzieją ocze­ku­jąc na pierw­szy tego dnia chłod­niej­szy powiew mor­skiej bryzy. Wysze­dłem na prze­chy­lony pokład, by przed nocą spoj­rzeć raz jesz­cze na odle­głą o kil­ka­set kro­ków wio­skę. Nie spo­dzie­wa­łem się kło­po­tów ze strony jej miesz­kań­ców.

Ale wieść o naszym przy­by­ciu kie­dyś dotrze do wład­ców tej ziemi, kim­kol­wiek oni są, a wtedy nie możemy mieć pew­no­ści, czy przyjmą nas chle­bem i solą! Zachę­ca­łem załogę do więk­szego wysiłku na rzecz naprawy okrętu.

Kiedy tu pod­pły­wa­li­śmy kilka dni temu, na brzegu zapa­no­wał ruch, jak w kolo­nii mró­wek, kiedy niedź­wiedź poru­szy mro­wi­sko. Matki bie­gały, łapiąc swoje dzieci, wie­śniacy cho­wali do pod­ziem­nych spi­chle­rzy co cen­niej­sze rze­czy, a my w mil­cze­niu obser­wo­wa­li­śmy ich strach. Kiedy jed­nak nie zostali zaata­ko­wani, wyszli do nas. Tro­chę pohan­dlo­wa­li­śmy i każdy zajął się swo­imi spra­wami. Nie zale­żało nam na tym, by draż­nić tubyl­ców. Czym prę­dzej rzu­ci­li­śmy się rato­wać prze­cie­ka­jącą łajbę.

- Może tro­chę odpocz­niemy od upału - nie wiem, kiedy u mojego boku zma­te­ria­li­zo­wał się swoim zwy­cza­jem McGre­gor. Zer­k­ną­łem w jego stronę, stwier­dza­jąc, że i on mimo wielu lat na morzu bole­śnie odczuwa lejący się z nieba żar.

Wie­dzia­łem już, że wyso­kie tem­pe­ra­tury na tej sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej przy­no­szą ze sobą gwał­towne burze, zwane tutaj taj­fu­nami. Znaj­do­wa­li­śmy się w miej­scu czę­sto nawie­dza­nym przez te zabój­cze zja­wi­ska atmos­fe­ryczne, o czym świad­czył kształt przy­gię­tych do ziemi palm.

- Lepiej dla nas, byśmy nie leżeli jak postrze­lone kaczki na brzegu, gdy pogoda się zmieni - bąk­nął stary pirat, a ja znowu odnio­słem wra­że­nie, że czyta w moich myślach.

Dziś w dzien­niku pokła­do­wym zapi­sa­łem: Mary­na­rze to naj­bar­dziej zabo­bonna grupa ludzi, jakich znam. Może wynika to z cał­ko­wi­tego uza­leż­nie­nia od żywio­łów, na jakie są wysta­wieni każ­dego dnia? A może wyczu­wają w powie­trzu coś, czego my, szczury lądowe, nie możemy roz­po­znać?

Gdzieś tam na roz­le­głym lądzie roz­gry­wały się dra­ma­tyczne wyda­rze­nia, na które nie mie­li­śmy wpływu, a które mogły stać się dla nas nie mniej nie­bez­pieczne niż taj­funy na morzu. Jesz­cze będąc w Euro­pie, sły­sza­łem o wiel­kich powsta­niach chłop­skich, chwie­ją­cych pod­sta­wami ogrom­nego cesar­stwa. Już w podróży usły­sza­łem o potęż­nej fali ude­rza­ją­cej z dru­giej strony w fun­da­menty ist­nie­ją­cego porządku. To najazd dzi­kich Man­dżu­rów, wyko­rzy­stu­ją­cych sytu­ację do wła­snych ambi­cji poli­tycz­nych.

Opo­wie­ści o krwio­żer­czych hor­dach, prze­mie­rza­ją­cych kraj jak pożar i nisz­czą­cych na swej dro­dze wszystko na wzór sza­rań­czy, sku­tecz­nie powstrzy­my­wały obcych przed nie­wcze­sną wizytą w Pań­stwie Środka. To dla­tego zamie­rza­łem się trzy­mać jak naj­da­lej od chiń­skiego wybrzeża, a kiedy nie udało mi się tego unik­nąć, robi­łem wszystko, by jak naj­szyb­ciej opu­ścić nie­go­ścinne plaże.

Nie zdo­ła­li­śmy jed­nak umknąć prze­zna­cze­niu.

Siedem lat później

Sie­dem lat póź­niej

Marysieńka

Mary­sieńka

War­szawa, 14 grud­nia Roku Pań­skiego 1658

Dro­gie moje serce, kochany mężu,

jestem już w War­sza­wie i cze­kam na przy­by­cie kró­lew­skiego dworu. Cicho tu i smutno, bo nie ma nikogo, ale za to miej­sca pełno i tanio jak u nas w Zamo­ściu. Twój syn ma się dobrze, budzi mnie każ­dego ranka, kopiąc i wier­cąc się dotąd, aż sen cał­kiem prze­mi­nie. Będzie z niego silny męż­czy­zna, jak jego ojciec. Prze­ślij mi, pro­szę, tysiąc tala­rów, bo choć nie jest tu drogo, to zaraz święta i trzeba god­nie je spę­dzić, a i pre­zenty jakieś dla naj­bliż­szych zro­bić. Nie martw się, pamię­tam i o moim kocha­nym Tiap­tu­cie - dosta­niesz cukie­re­czek od swo­jej mamusi.

Do zoba­cze­nia, naj­droż­szy. Twoja bar­dzo wierna i bar­dzo posłuszna żona, oddana Wasz­mo­ści do usług,

Maria Kazi­miera Zamoy­ska Łączę ukłony dla sio­stry Wasz­mo­ści Księż­nej Wiśnio­wiec­kiej.

Mary­sieńka z wes­tchnie­niem ulgi odło­żyła pióro i zapie­czę­to­wała list. Ta, wyda­wa­łoby się dość pro­sta czyn­ność, jaką sta­rała się zaczy­nać każdy dzień, kosz­to­wała ją wiele wysiłku. Niby nic takiego, ot, podyk­to­wać sekre­ta­rzowi po fran­cu­sku krótki tekst, który on zapi­sy­wał na skrawku papieru po pol­sku. Potem ona sia­dała do biurka i sta­ran­nie prze­pi­sy­wała na czy­sto, by spra­wić tym radość mężowi, który może kie­dyś doceni jej sta­ra­nia pisa­nia po pol­sku.

- Syne­czek, Tiap­tuta - syk­nęła ze zło­ścią, wsta­jąc zbyt szybko z cięż­kiego krze­sła. Jak zawsze, gdy tak gwał­tow­nie się poru­szyła, poczuła szarp­nię­cie i pie­kący ból w dole brzu­cha.

Powoli, bez ner­wów - powtó­rzyła w myślach zale­ce­nie leka­rza, ale trudno jej się było przy­zwy­czaić, że cią­żący coraz bar­dziej brzuch ogra­ni­cza swo­bodę ruchów i że powinna zwol­nić, poru­szać się wol­niej i płyn­nie, tak by nie zaszko­dzić sobie i dziecku.

Do tego nie cier­piała tej dzie­cin­nej gada­niny i zwra­ca­nia się do ponad trzy­dzie­sto­jed­no­let­niego, star­szego od niej o czter­na­ście lat chłopa jak do nie­do­ro­zwi­nię­tego dziecka. On jed­nak to uwiel­biał. Mru­czał i cie­szył się jak stary, wyli­niały kot na widok sło­niny. Więc choć nie zno­siła takiej infan­tyl­nej papla­niny, zmu­szała się do niej, zwłasz­cza gdy przy­cho­dziło jej pro­sić o jakąś przy­sługę.

- Tylko dzięki temu tu jesteś - mruk­nęła, wspo­mi­na­jąc swoje poświę­ce­nie, jakim musiała się wyka­zać, by dostać zgodę męża na wyjazd do War­szawy.

Tuż po ślu­bie wyda­wało jej się, że dzięki swo­jej pozy­cji żony naj­bo­gat­szego Polaka, pani na tylu wło­ściach, posia­daczce kil­ku­set tysięcy pod­da­nych, będzie pano­wać i rzą­dzić, zaś wszy­scy wokół zasty­gną w ocze­ki­wa­niu, by na każde jej ski­nie­nie speł­nić naj­bar­dziej wyra­fi­no­waną zachciankę.

O, jakże się myliła!

Nie to, by ktoś odmó­wił jej wprost. Co to to nie, ale jej pole­ce­nia wyko­ny­wano powoli, nie­chęt­nie i raczej szu­ka­jąc wymówki, by nie zro­bić, niż spo­sobu, by zro­bić to, czego żądała. Przez pierw­sze mie­siące cią­gle urzą­dzała awan­tury, wście­kała się i doma­gała uka­ra­nia spraw­ców takiej dywer­sji.

A wtedy było jesz­cze dłu­żej i jesz­cze wol­niej.

Musiała się nauczyć tak trud­nej dla niej cier­pli­wo­ści oraz zasady, że służba słu­cha tylko swego pana, zaś ona, jako intruz i nowa w pałacu, naj­szyb­ciej osią­gnie cel, skła­nia­jąc męża do wyda­wa­nia pole­ceń. A z tym był od początku duży pro­blem, bo nie bez powodu kazał się nazy­wać Sobie­pa­nem. Szybko prze­ko­nała się, że wymy­ślona zasada odnosi się rów­nież do żony. Stąd koniecz­ność ucze­nia się cier­pli­wo­ści.

Drogo ją ta nauka kosz­to­wała!

Już myślała, że przyj­dzie jej się zma­gać z tym opo­rem przez całe życie, gdy nagle mur nie­chęci znikł. No, może nie cał­kiem, ale stał się mniej szczelny i można było z nim żyć. A wszystko dzięki ciąży. Od chwili ogło­sze­nia, że spo­dziewa się dziecka, zaczęto trak­to­wać ją z nale­ży­tym sza­cun­kiem i powagą. Wszelki naj­drob­niej­szy opór prze­ła­my­wało zaklę­cie zwane dobrem dziecka. Dla dobra i wygody stwo­rze­nia, które nosiła w swoim brzu­chu, otwie­rały się wszyst­kie nie­do­stępne dotych­czas drzwi i nawet szwa­gierka - stara, zło­śliwa i groźna Gry­zelda Wiśnio­wiecka - prze­stała ją szy­ka­no­wać.

Ona też, dla dobra dziecka, prze­stała tłuc głową w mur nie­chęci domow­ni­ków i swo­jej nowej rodziny, by - sta­jąc się miłą - uzy­skać dla sie­bie drobne przy­wi­leje. To dzięki takiej poli­tyce prze­ko­nała Sobie­pana, iż bez­piecz­niej będzie spę­dzić ostat­nie mie­siące ciąży pod opieką kró­lo­wej i uro­dzić z pomocą nadwor­nych leka­rzy.

Dzięki wytrwa­ło­ści i przy­mil­no­ści osią­gnęła swój cel, ale czuła, że to nie może potrwać zbyt długo, bo zasoby jej cier­pli­wo­ści zawsze były bar­dzo ogra­ni­czone, zaś wymu­szona grzecz­ność, jesz­cze bar­dziej niż słu­żal­czość, powo­do­wała odru­chy wymiotne sil­niej­sze niż ciąża.

Józia

Józia

Zbu­dziło ją łagodne koły­sa­nie.

Otwo­rzyła oczy i przez chwilę pró­bo­wała sobie przy­po­mnieć, gdzie się znaj­duje. Nie było to łatwe, bo ostat­nie dni jawiły jej się jako jeden nie­usta­jący kosz­mar senny, z któ­rego chcia­łaby się jak naj­szyb­ciej obu­dzić. Poru­szyła ręką i poczuła ból w całym ciele, który uświa­do­mił jej, że nic z tego, co mogłoby się wyda­wać senną marą, nie było złu­dze­niem.

Łódź, rzeka, wesołe nawo­ły­wa­nie fli­sa­ków! A więc jed­nak się nam udało! Pły­niemy w dół Wisły do Gdań­ska! - ta myśl ją uspo­ko­iła.

Odprę­żyła się i na nowo zasnęła, zanim kotara do jej pro­wi­zo­rycz­nego namiotu uchy­liła się, uka­zu­jąc wymi­ze­ro­waną twarz Harry'ego, który czu­wał nad jej snem. Oboje prze­szli w ostat­nich tygo­dniach wię­cej, niż więk­szość ludzi doświad­cza przez całe życie. Prze­trwali jed­nak i wyrwali się z oko­wów śmierci, on wyśli­zgnął się z ręki naj­spraw­niej­szego w swym rze­mio­śle kata, ona zaś ucie­kła spod noża okrut­nej pani na Zamo­ściu.

Po raz drugi ock­nęła się, gdy zacho­dzące słońce zaświe­ciło jej w twarz przez uchy­lone poły namiotu.

- Dzień dobry! - chwiej­nym kro­kiem wyszła na pokład, wita­jąc wszyst­kich.

- Dobry wie­czór chyba? - prysz­czaty pacho­lik Jacek na powi­ta­nie wyszcze­rzył do niej zęby.

Gdyby nie on, nie uda­łoby jej się ura­to­wać Harry'ego. Wie­działa o tym dosko­nale, dla­tego pozwo­liła mu na tę drobną poufa­łość. Oczy wszyst­kich obró­ciły się w jej stronę, bo każdy był cie­kawy tajem­ni­czych oko­licz­no­ści jej znik­nię­cia przed kil­koma dniami i jesz­cze bar­dziej zdu­mie­wa­ją­cego powrotu wczo­raj­szego poranka.

Była tak zmę­czona, gdy imć Sło­tow­ski, sługa ordy­nata na Zamo­ściu, przy­wiózł ją do puław­skiej gospody, że zdo­łała tylko wyszep­tać, by ruszali w drogę nie­zwłocz­nie i nie cze­kali ani chwili. Wolała nie ryzy­ko­wać tym, że jej wro­go­wie po raz kolejny prze­my­ślą sprawę i jed­nak dojdą do wnio­sku, że lepiej byłoby ją zabić, niż puścić wolno. Albo że ordy­nat, który już podobno zatę­sk­nił za jej towa­rzy­stwem, zechce ją widzieć w swoim hare­mie.

- Pro­szę się nie oba­wiać, on ni­gdy się nie dowie, że odpro­wa­dzi­łem... - zawa­hał się, jakiego zwrotu użyć, zanim wykrztu­sił - ...panienkę w to miej­sce - rzu­cił na odchodne jej chwi­lowy opie­kun.

- Skąd mogę mieć pew­ność? - spoj­rzała w groźne oczy sta­rego szlach­cica.

- Bo gdyby się dowie­dział, poza­bi­jałby nas wszyst­kich - uśmiech­nął się ze smut­kiem, bo mimo iż wycho­wał tego chło­paka i pozo­sta­wał naj­wier­niej­szym z jego towa­rzy­szy, to wie­dział, że takiej zdrady ni­gdy by mu nie wyba­czył.

Ona jed­nak wie­działa swoje i nie zamie­rzała ryzy­ko­wać po raz kolejny. Odbili więc od brzegu w ciągu godziny, a ona zapa­dła w sen, z któ­rego dopiero teraz się zbu­dziła na dobre.

Ile mam im powie­dzieć? - spoj­rzała kolejno w pełne ocze­ki­wa­nia oczy uko­cha­nego, pacho­lika i człon­ków załogi.

Im mniej, tym lepiej - w myślach zro­biła prze­gląd infor­ma­cji, któ­rymi sta­now­czo nie zamie­rzała się dzie­lić - bo kto odważy się poma­gać ludziom będą­cym w nie­ła­sce u tak potęż­nych magna­tów?!

Jedy­nie Harry powi­nien wie­dzieć wszystko! - posta­no­wiła nie­odwo­łal­nie, przy­sia­da­jąc się do swo­ich, szy­ku­ją­cych kola­cję, towa­rzy­szy podróży.

Sobiepan

Sobie­pan

Wie­dzieć, co się wie,

i wie­dzieć, czego się nie wie,

oto praw­dziwa mądrość.

Kon­fu­cjusz

- Skąd przy­by­wa­cie i kim jeste­ście? - brzmiało pierw­sze pyta­nie urzęd­nika wita­ją­cego nas naza­jutrz z piasz­czy­stego brzegu.

Poja­wił się dosłow­nie zni­kąd.

Kiedy obu­dzi­li­śmy się kolej­nego poranka, zamie­rza­jąc kon­ty­nu­ować prace nad uszko­dzo­nym kadłu­bem statku, on już tam był. Stał bez ruchu pod ozdob­nym bal­da­chi­mem, trzy­ma­nym w sil­nych rękach sług. Za nim w dwóch sze­re­gach prę­żył się zbrojny oddzia­łek, sta­no­wiący eskortę ofi­cjela. Nie na tyle liczną, byśmy musieli się jej oba­wiać, ale wystar­cza­jącą, by pod­kre­ślić rangę wita­ją­cego.

- Ktoś z wio­ski musiał zawia­do­mić wła­dze, jak tylko nas zauwa­żył - syk­nął ze zło­ścią naj­wier­niej­szy towa­rzysz moich wszyst­kich podróży, imć Sło­tow­ski.

- A czego się spo­dzie­wa­łeś, że odpły­niemy stąd nie­zau­wa­żeni przez nikogo? - sam też mia­łem nadzieję, że nie­unik­niona reak­cja władz nadej­dzie dopiero wtedy, kiedy nasz sta­tek odzy­ska żeglow­ność, tak byśmy w razie wro­giej postawy mogli umknąć bez­piecz­nie na morze. Nie mogłem jed­nak przy­zna­wać się do zaska­ku­ją­cego roz­cza­ro­wa­nia.

Wśród kil­ku­dzie­się­ciu nędz­nych chat, skła­da­ją­cych się na wio­skę, widzia­łem jej miesz­kań­ców, któ­rzy z cie­ka­wo­ścią przy­glą­dali się wyda­rze­niom na brzegu. Oni też spraw­dzali, czy powinni się bać i ucie­kać, czy pozo­stać i dalej pra­co­wać w pocie czoła na bogac­two swo­ich panów.

Miesz­kańcy wio­ski byli bar­dzo ubo­dzy w prze­ci­wień­stwie do Chiń­czyka, ten pre­zen­to­wał się dostat­nio - wielki, gruby, odziany w kolo­rowe jedwa­bie i obwie­szony zło­tymi łań­cu­chami, tak że mia­łem wra­że­nie, iż ich cię­żar przy­gina wła­ści­ciela do ziemi.

Dosko­nale wie­dzia­łem, że lepiej nie mówić, iż przy­by­wamy z Japo­nii. Urzęd­nik i bez tej wie­dzy przy­glą­dał się nam z nie­ufną wro­go­ścią, wyczu­waną wyraź­nie nawet przez kil­ku­dzie­się­cio­jar­dową prze­strzeń dzie­lącą nas od brzegu. Chiń­czycy nie lubili Japoń­czy­ków, uwa­żali ich za pry­mi­tyw­nych roz­bój­ni­ków i pira­tów. Co znaj­do­wało potwier­dze­nie szcze­gól­nie teraz, gdy na sku­tek wojny ochrona chiń­skich wód tery­to­rial­nych prak­tycz­nie nie ist­niała. Codzien­no­ścią więc były napady japoń­skich pira­tów na przy­brzeżne mia­steczka.

- Jeste­śmy Pola­kami, to pol­ski sta­tek! - w tych oko­licz­no­ściach posta­no­wi­łem pomi­nąć port przy­stan­kowy na japoń­skiej wyspie. Kaza­łem samu­ra­jom ukryć się pod pokła­dem, licząc, że naprawa statku zosta­nie zakoń­czona szybko i spraw­nie, a sam wyru­szy­łem sza­lupą na spo­tka­nie z miej­sco­wym dygni­ta­rzem.

Chcąc oka­zać zaufa­nie i dobrą wolę, do łodzi, oprócz wio­śla­rzy, zabra­łem jedy­nie japoń­skiego tłu­ma­cza Wiru ubra­nego po euro­pej­sku. On pierw­szy wymó­wił po chiń­sku słowa, które mie­li­śmy powta­rzać w naj­bliż­szych dniach wie­lo­krot­nie.

- Pola­kami?! - zawo­łał urzęd­nik wiel­kim gło­sem, który odbił się echem po wodach zatoczki. Z wra­że­nia aż się cof­nął o dwa kroki. Wyda­wał się dosko­nale znać to słowo, a ja z kolei zdzi­wi­łem się, że ktoś na krańcu świata sły­szał o naszej nacji. Ale, jak się oka­zało, to jesz­cze nie był koniec cze­ka­ją­cych nas nie­spo­dzia­nek, ponie­waż zaraz usły­szałem:

- Chwała nie­bio­som! Tak długo na was cze­ka­li­śmy, że mój pan zaczy­nał wąt­pić, czy kie­dy­kol­wiek do nas dopły­nie­cie!

Zaczął ener­gicz­nie przy­wo­ły­wać nas do brzegu, a moi wio­śla­rze, któ­rzy dotych­czas nie­spiesz­nie napie­rali na wio­sła, obser­wu­jąc z ostroż­no­ścią, jak zare­agują żoł­nie­rze, teraz żwa­wiej popę­dzili w stronę wyraź­nie ura­do­wa­nego Chiń­czyka.

Cze­kali na nas? Jak to moż­liwe? Skąd o nas wie­dzą? W tej czę­ści Chin? - to tylko nie­które z pytań, jakie kłę­biły się w mojej gło­wie, gdy tak dziar­sko zbli­ża­li­śmy się do lądu, na któ­rym cze­kało nas tak wiele nie­bez­pie­czeństw, że gdy­by­śmy wów­czas o nich wie­dzieli, to pew­nie, nie cze­ka­jąc ni chwili, ruszy­li­by­śmy dalej w swoją drogę, nie bacząc na uszko­dze­nia w kadłu­bie.

Zanim otrzą­sną­łem się ze zdu­mie­nia, rosły Chiń­czyk z godną podziwu - przy jego postu­rze - żwa­wo­ścią wła­sno­ręcz­nie łapał linę, poma­gał mi wysiąść z łodzi i nie­mal siłą cią­gnął w głąb lądu. Mój tłu­macz led­wie za nami nadą­żał, pró­bu­jąc zro­zu­mieć i prze­ło­żyć cha­otycz­nie wyrzu­cane z gru­bej gar­dzieli słowa. Po kilku bana­łach o szczę­ściu i rado­ści z naszego przy­by­cia w jego mowie poja­wiło się jedno słowo wyma­wiane ze szcze­gólną czcią i wręcz z uni­żo­no­ścią, a mój czło­wiek zamilkł, jakby nie rozu­miał jego zna­cze­nia:

- Huang­dzi... Huang­dzi - to jedno sły­sza­łem wyraź­nie, myśląc, że to imię jakie­goś pana feu­dal­nego, wła­ści­ciela tej wio­ski, a może więk­szej czę­ści oko­licy.

Zatrzy­ma­łem się i szturch­ną­łem w żebra Wiru, by pobu­dzić go do inten­syw­niej­szej pracy, ale ten nie zare­ago­wał. Wbi­łem w jego twarz roz­gnie­wany wzrok, ale on nie patrzył na mnie, tylko błą­dził po oko­licy roz­bie­ga­nymi oczami, jakby oba­wia­jąc się, że spo­mię­dzy chat wysko­czy na nas jakiś demon.

- Mów, kto to jest ten Huang­dzi?! - zażą­da­łem, potrzą­sa­jąc Japoń­czy­kiem jak snop­kiem. Posta­no­wi­łem też nie­odwo­łal­nie uczyć się przy każ­dej oka­zji języka chiń­skiego. Dużo podró­żu­jąc, zauwa­ży­łem, iż my, Polacy, mamy natu­ralną umie­jęt­ność szyb­kiego przy­swa­ja­nia obcych języ­ków. Może nie nale­ża­łem do naj­zdol­niej­szych w tej dzie­dzi­nie, ale szczy­ci­łem się dobrą zna­jo­mo­ścią co naj­mniej pię­ciu, a w kilku innych potra­fi­łem się poro­zu­mie­wać w stop­niu pod­sta­wo­wym.

- Huandgi - popra­wił mnie, wyma­wia­jąc słowo z tak wiel­kim sza­cun­kiem, że aż trzy razy się ukło­nił po każ­dej zgło­sce. Podo­bało mi się to słówko i od razu je zapa­mię­ta­łem. Zaraz potem, jakby sobie uświa­do­mił, jakie popeł­nił świę­to­kradz­two, zasło­nił usta ręką i oblał się potem, a póź­niej coś beł­ko­tał bez sensu, tak że z dotych­czas słabo rozu­mia­nej papla­niny nic już nie mogłem dojść.

Iry­to­wała mnie ta sytu­acja w naj­wyż­szym stop­niu.

Od wcze­snego dzie­ciń­stwa nie lubi­łem, gdy pró­bo­wano ze mną robić coś, na co nie mia­łem wpływu ani ochoty. Dla­tego cią­gnięty do tej pory przez Chiń­czyka z dala od mor­skiego brzegu, wbi­łem twardo nogi w pia­sek i zatrzy­ma­łem się. Wytrą­cony z rów­no­wagi gru­bas zato­czył się nie­bez­piecz­nie, nie­mal upa­da­jąc, zaś drep­cący za mną tłu­macz wpadł na mnie. Zła­pa­łem go za ramiona, usta­wi­łem na wprost sie­bie i zażą­da­łem:

- Prze­tłu­macz!

On ode­tchnął głę­boko raz i drugi, a potem wyja­śnił:

- Huangdi to Wielki Smok!

Wzru­szy­łem ramio­nami, bo dalej nie rozu­mia­łem, co ma ozna­czać to słowo.

- Wielki Smok... Syn Nie­bios - Wiru wpa­try­wał się we mnie w nadziei na zro­zu­mie­nie, ale ja dalej nie wie­dzia­łem, o kogo mu cho­dzi, i dopiero gdy padło słowo "cesarz", zro­zu­mia­łem.

- A więc panem tego tłu­ścio­cha jest sam chiń­ski cesarz!? - zdu­mia­łem się nie na żarty. - I on pro­wa­dzi nas pro­sto do cesa­rza? - upew­ni­łem się, a tłu­macz potwier­dził ski­nie­niem głowy.

Nie, to musi być jakiś pod­stęp! - zanie­po­ko­iłem się teraz na całego.

Moja pozy­cja w Euro­pie umoż­li­wiała mi kon­takty z koro­no­wa­nymi gło­wami, a nawet decy­do­wa­nie w pew­nym stop­niu o tym, kto będzie kró­lem w Pol­sce. Zosta­łem przed­sta­wiony kró­lowi Fran­cji, wita­łem nową kró­lową Pol­ski i tań­czy­łem na weselu kró­lew­skich mał­żon­ków, a po śmierci dobrego monar­chy Wła­dy­sława IV uczest­ni­czy­łem w elek­cji jego następcy. Co prawda gło­so­wa­łem na księ­cia Karola, a został wybrany książę Jan Kazi­mierz, ale szla­chec­kie przy­wi­leje gwa­ran­to­wały mi prawo uczest­nic­twa w wybo­rach władcy.

Co innego Europa, a co innego Azja! Wie­dzia­łem od dawna, już uda­jąc się w tę podróż, że bez­po­średni dostęp do cesa­rza Chin mają tylko jego dwo­rza­nie i rodzina. I mimo iż zna­łem swoją war­tość i zna­cze­nie dla mojego kraju, to nie byłem jesz­cze na tyle zadu­fany w sobie, by mnie­mać, że zostanę potrak­to­wany w spo­sób tak eks­tra­or­dy­na­ryjny, by natych­miast po wylą­do­wa­niu na chiń­skiej ziemi zostać zapro­szo­nym do cesar­skiego pałacu.

Sły­sza­łem o Euro­pej­czy­kach, któ­rzy przy­pły­wali tutaj w celach han­dlo­wych - przez dekady nie pozwa­lano nikomu nawet na zej­ście na brzeg. Obco­kra­jow­ców, a zwłasz­cza przy­by­szy ze sta­rego lądu, trak­to­wano jak zadżu­mio­nych. Urzęd­nicy z pole­ce­nia władcy wyzna­czyli spe­cjalne, zamknięte strefy kon­tak­tów dla han­dlu­ją­cych z obu stron - ostat­nio był to port Kan­ton - i prze­by­wa­nie poza tą strefą zostało zaka­zane pod karą śmierci.

- Sami byli winni tej sytu­acji, bo przy­pły­wa­jący okrę­tami Por­tu­gal­czycy, potem też Holen­drzy i Anglicy, zacho­wy­wali się bar­dziej jak piraci niż kupcy! Napa­dali na przy­brzeżne wio­ski, zabie­rali doby­tek, jedze­nie i pory­wali ludzi. Trak­to­wali kraj jak bez­pań­ską dzicz, a lud­ność jak zwie­rzęta. Nic dziw­nego, że nazwano ich dia­błami zamor­skimi, a potem bia­łymi dia­błami - powie­dział mi swego czasu pewien uczony mnich, który znał sytu­ację z pierw­szej ręki.

Nawet dyplo­maci czy duchowni euro­pej­scy latami cze­kali, by się zbli­żyć do cesar­skiego dworu, i nie zawsze koń­czyło się to peł­nym suk­ce­sem.

To musi być jakaś pomyłka albo pod­stęp, który ma mnie zwa­bić w pułapkę - kal­ku­lo­wa­łem, sto­jąc na plaży, gdy nagle dozna­łem olśnie­nia, że prze­cież nawet nie zapy­ta­łem, gdzie jeste­śmy. Bo nie­ba­ga­telne zna­cze­nie miał fakt, na któ­rym wybrzeżu się znaj­du­jemy i kto nim włada. Wie­dzia­łem już, że kraj jest podzie­lony na dwie czę­ści, któ­rymi wła­dają dwaj cesa­rze, dla­tego kaza­łem zapy­tać, który cesarz mnie zapra­sza.

- Jak to który? - tłu­ścioch z obu­rze­niem spoj­rzał na mnie jak na sza­leńca. - Cesarz jest tylko jeden! Ten drugi to uzur­pa­tor!

Tak, zna­jąc życie, wie­dzia­łem, że pod­dani jed­nego władcy mówią tak o rywalu ich pana, a tamci o ich monar­sze, dla­tego tylko spoj­rza­łem wycze­ku­jąco na Chiń­czyka i nie ruszy­łem się z miej­sca.

- Oczy­wi­ście jedyny pra­wo­wity władca tych ziem Syn Nieba, Wielki Smok Jung Li - odpo­wie­dział z god­no­ścią urzęd­nik, ukło­nem odda­jąc cześć swo­jemu władcy przy każ­dym imie­niu, jakiego uży­wał jego monar­cha.

Marysieńka

Mary­sieńka

War­szawa, 17 grud­nia Roku Pań­skiego 1658

Naj­droż­szy mój mężu, kochany Tiap­tuta,

otrzy­ma­łam dziś pismo od imć pana Żabo­klic­kiego z Zamo­ścia, który na moje żąda­nie prze­sła­nia tysiąca tala­rów odpi­sał bez­czel­nie, że przy wyjeź­dzie, nie dalej jak trzy tygo­dnie temu, zabra­łam ze sobą pięć tysięcy i powinno mi to wystar­czyć na cały pobyt w War­sza­wie. Twier­dzi, że roczny dochód z jed­nej wio­ski przy­nosi memu mężowi led­wie dwie­ście tala­rów.

Cóż za okropny typ! Mam nadzieję, że nie­zwłocz­nie zwol­nisz go z peł­nio­nych obo­wiąz­ków!

Prze­cież wiesz, kochany, że wzię­łam tylko dwa tysiące i że musia­łam popła­cić długi. Zostało mi tylko trzy­sta i chcia­łam za nie kupić płótna na połóg. A za co żyć? Za co jeść? Nie pozwól, mój drogi synku, by twoja mateczka musiała umrzeć z głodu tak daleko od domu. Pomyśl o swoim dziecku, które noszę w łonie - ono potrze­buje wszel­kiej wygody, by uro­dzić się zdro­wym i uro­snąć na takiego wiel­kiego żoł­nie­rza jak jego tatuś.

Docho­dzą mnie słu­chy, że pod moją nie­obec­ność odda­jesz się roz­pu­ście! Jak możesz mi to robić?! Modlę się za Wci w dzień i w nocy, by przy­szło na Wasz­mo­ści opa­mię­ta­nie. Miar­kuj się Wć w swa­woli, abyś nie ścią­gnął na sie­bie i na nas gniewu Bożego! Od tych wie­ści czuję się bar­dzo źle, nie wiem, czy nie umrę. Przy­jedź do mnie i zaopie­kuj się swoją mateczką!

Mimo wszystko całuję. Twoja wierna, pokorna, oddana do usług żona,

Maria Kazi­miera Zamoy­ska Prze­sy­łam ukłony dla JMć Księż­nej Wiśnio­wiec­kiej.

- Co za gru­bia­nin! - ze zło­ścią rzu­ciła pió­rem, nie wyja­śnia­jąc, kogo miała na myśli. Znów za szybko wstała zza biurka. Syk­nęła z bólu, ale nie zatrzy­mała się, idąc w stronę toa­letki, przy któ­rej już cze­kały jej gar­de­ro­biana z pomoc­nicą. Miały coraz trud­niej­sze zada­nie, gdyż jej talia z każ­dym dniem bar­dziej utrud­niała dopa­so­wa­nie sukien.

- Nie mamy się dla kogo stroić - pisnęła cichutko panna Jadwiga Skrzyń­ska, jedna z jej dwó­rek, jakie trzy­mała przy sobie dla roz­rywki i oprawy. Lubiła ją, choć, jak na jej gust, zbyt czę­sto się rumie­niła. Led­wie ktoś się do niej wprost ode­zwał, a już czer­wień biła jej z policz­ków. Na doda­tek kolory wystę­po­wały u niej od dekoltu aż po czoło.

Nie lubiła tego, bo uwa­żała, że to takie ple­bej­skie, ale męż­czy­znom się bar­dzo podo­bało. W swo­jej bez­den­nej głu­po­cie i nie­ogra­ni­czo­nej naiw­no­ści uzna­wali, iż panna rumie­niąca się jest bar­dziej nie­winna niż te, które nie reagują czer­wie­nią na zwy­kłe powi­ta­nie. Ona wie­działa, jak jest, bo widziała już takie rumiane robiące rze­czy, o któ­rych świę­tosz­kom nawet się nie śniło, ale nie zamie­rzała ich wypro­wa­dzać z błędu.

Wzięła ją do sie­bie na prośbę rodzi­ców, by jej zna­leźć odpo­wied­niego męża.

- A jak tu szu­kać męża, kiedy sie­dzimy zamknięte w pustym zamku, jak w jakimś klasz­to­rze! - mruk­nęła pod nosem, nawet nie odpo­wia­da­jąc na oczy­wi­ste spo­strze­że­nie dziew­czyny.

- Nawet nie przy­po­mi­naj! - widząc, że pró­buje coś dodać, zdu­siła falę narze­ka­nia w zarodku, a dziew­czyna oblała się rumień­cem. Sama była wście­kła, że wyrwały się z nud­nego Zamo­ścia, by teraz prze­sia­dy­wać w pustych murach jesz­cze nud­niej­szego Zamku Kró­lew­skiego w War­sza­wie.

Skrzęt­nie sko­rzy­stała z zapro­sze­nia kró­lo­wej, która zapro­po­no­wała jej opiekę swoją i swo­ich medy­ków w ostat­nich tygo­dniach ciąży, ale liczyła na roz­rywkę. Tym­cza­sem dwór na­dal prze­by­wał pod oble­ga­nym przez woj­ska pol­skie Toru­niem. Kró­lowa uwa­żała, że pod jej okiem sprawy szyb­ciej idą do przodu.

Wia­domo, na króla nie można było liczyć! Z tej dwójki to kró­lowa powinna cho­dzić w spodniach.

Mary­sieńka dosko­nale rozu­miała, że trwa­jąca już czwarty rok wojna ze Szwe­cją wymaga poświę­ceń, ale była młoda i ładna, miała pod opieką kil­ka­na­ście panien na wyda­niu i nie zamie­rzała z powodu wojny zre­zy­gno­wać cał­ko­wi­cie z życia towa­rzy­skiego.

- Toruń pad­nie do końca listo­pada - oce­nił jej mąż, który przez jakiś czas uczest­ni­czył w oblę­że­niu, a ona zaufała jego wie­dzy i kiedy on wró­cił do Zamo­ścia, pospie­szyła na spo­tka­nie z kró­lową.

Tym­cza­sem koń­czył się gru­dzień, a oblę­że­nie trwało na­dal!

- Prze­klęci Szwe­dzi! Prze­klęta wojna! - mru­czała ze zło­ścią pod nosem, gdy służka ostroż­nie szczot­ko­wała jej włosy. - Nie dość, że zabrała tylu zacnych kawa­le­rów, któ­rzy zamiast się oże­nić, gniją gdzieś pod lasem, to jesz­cze reszta tkwi w oko­pach, zamiast zaba­wiać mnie i mój frau­cy­mer. Dziś jed­nak - zawo­łała gło­śniej, by wszyst­kie usły­szały - będziemy miały gościa!

Szmer pod­nie­co­nych gło­sów wypeł­nił obszerną kom­natę.

Józia

Józia

Drgnęła nagle prze­bu­dzona. Coś spra­wiło, że spo­kojny sen, przy­wra­ca­jący jej siły po cięż­kich dniach walki o życie, został prze­rwany.

Coś się stało? Przez chwilę prze­stra­szona wodziła wzro­kiem wokół sie­bie. Leżała w małym namio­ciku, okryta szorst­kim kocem.

Nic, nic - przy­po­mniała sobie, gdzie jest, kiedy dole­ciały ją głosy z zewnątrz, plusk wody i stu­ka­nie wio­seł o kadłub szkuty. Znowu śniła o kosz­ma­rze nie­woli, jaki zakoń­czył się zale­d­wie kilka dni temu. To dla­tego budziła się zlana potem, bez tchu, pró­bu­jąc z tru­dem chwy­tać powie­trze ustami, jak ryba nagle wyrzu­cona na brzeg. Za każ­dym razem wręcz czuła na ciele dotyk oble­śnego oprawcy, który o mały włos...

Przy­bi­li­śmy do brzegu na noc! - pró­bo­wała uspo­koić się i sku­pić myśli na teraź­niej­szo­ści, by odpę­dzić demony z prze­szło­ści.

- Rzuć linę! - usły­szała wład­czy ton Harry'ego i wyobra­ziła sobie, jak pra­cuje, by zabez­pie­czyć wraz z fli­sa­kami ładu­nek na czas postoju.

Inny na jego miej­scu sie­działby wygod­nie w łodzi i ocze­ki­wał, by mu usłu­gi­wano - uśmiech­nęła się z dumą, wie­dząc, że on nie z tych, któ­rzy tylko płacą i żądają. Zawsze był uczynny, uśmiech­nięty i sku­piony na reali­za­cji zada­nia. Takim go zapa­mię­tała i takim poko­chała. W zapa­da­ją­cych ciem­no­ściach jej twarz jaśniała szczę­ściem z odzy­ska­nej miło­ści.

Dziś czuła się już o wiele lepiej i z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kała na Harry'ego, który jak co dzień poma­gał jej zejść na ląd, by pod jego dys­kretną opieką doko­nała wszel­kich nie­zbęd­nych zabie­gów, bez któ­rych kobieta nie mogła uło­żyć się do snu.

Dobrze, że tym razem nie popeł­niła błędu i nie przed­sta­wiła ich jako rodzeń­stwa - świa­do­mość bole­snej pomyłki przy­wo­łała wspo­mnie­nie cier­pięt­ni­czej miny kochanka z chwili, gdy zro­zu­miał, że przez całą podróż będą musieli ukry­wać swoje uczu­cia.

Tym razem sta­now­czo stwier­dzili, że są mał­żeń­stwem, a wta­jem­ni­czony we wszystko pacho­lik Jacek zasłu­gi­wał na pełne zaufa­nie.

Sły­sząc, że przy­go­to­wa­nie łodzi do noc­nego postoju zaj­mie zało­dze jesz­cze tro­chę czasu, uło­żyła się wygod­nie i odpły­nęła myślami w przy­szłość. Podróż z fli­sa­kami, spła­wia­ją­cymi zboże do Gdań­ska, nie była może naj­szyb­szym spo­so­bem dotar­cia do celu, ale kom­fort i bez­pie­czeń­stwo biły na głowę pełne maru­de­rów, dezer­te­rów i zwy­kłych ban­dy­tów drogi. Prze­ko­nali się o tym kilka tygo­dni temu, dla­tego teraz korzy­stali z usług tych pogod­nych, mimo trud­nego fachu, ludzi wiel­kich rzek.

Cie­kawe, jak ją przyj­mie rodzina Harry'ego? Gdańsk nie był ich punk­tem doce­lo­wym. Od początku zamie­rzali pły­nąć dalej i on zapro­po­no­wał, by zamiesz­kali w jego rodzin­nym majątku leżą­cym w dale­kiej Szko­cji. Nie miała poję­cia, gdzie to jest, ale zgo­dziła się bez namy­słu.

Odgłos cięż­kich kro­ków wyrwał ją z zamy­śle­nia.

- Czas na wie­czorny spa­cer! - rado­sny głos kochanka świad­czył o tym, iż i on wraca już do daw­nego wigoru.

Prze­ko­nała się o tym nieco póź­niej, gdy przy­tu­leni do sie­bie w nie­wiel­kim namio­ciku słu­chali odgło­sów ukła­da­ją­cej się do snu kilka kro­ków dalej załogi łodzi. Obej­mu­jąca ją w talii ręka Harry'ego sen­nie błą­dziła po jej brzu­chu. Domy­ślała się, co to może ozna­czać, tym bar­dziej że czuła na bio­drze rosnący nacisk jego męsko­ści, ale jesz­cze nie odzy­skała w pełni sił, by poczuć ochotę na zbli­że­nie.

To byłby dopiero ich drugi raz! W ich burz­li­wym związku nie mieli dotych­czas zbyt wiele czasu tylko dla sie­bie. Kiedy to sobie uświa­do­miła, zro­biło jej się go żal.

Poru­szyła zmy­słowo bio­drami, ocie­ra­jąc się poślad­kami o jego lędź­wia, a on wes­tchnął zado­wo­lony. Się­gnął dło­nią do jej nagiego uda, pogła­skał je z czu­ło­ścią po wewnętrz­nej stro­nie, a ona poczuła, że zmę­cze­nie nie jest już tak duże. Chciała mu wyna­gro­dzić te wszyst­kie dni nie­pew­no­ści i bólu, spę­dzone w ciem­nym lochu, kiedy oddzie­leni od sie­bie nie mogli cie­szyć się swoją bli­sko­ścią.

Wspo­mniała swój strach i walkę o jego życie.

Naresz­cie jeste­śmy bez­pieczni i możemy być razem! Uśmiech­nęła się w ciem­no­ściach, a jej ręka powę­dro­wała w oko­lice odczu­wal­nej coraz wyraź­niej twar­do­ści. Led­wie ją musnęła wierz­chem dłoni, gdy on zamru­czał jak kot. Obró­ciła się jed­nym ruchem w jego stronę, a on wpił się w jej usta, jak spra­gniony na pustyni wędro­wiec w ostat­nią butlę wody.

- Mój kochany! - zapo­mniała o jakim­kol­wiek zmę­cze­niu, obej­mu­jąc go stę­sk­nio­nymi ramio­nami.