Koniec tajemnic - K.N. Haner

Kup ebooka

23.90 zł
20.32 zł (19,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Chyba spa­łam kilka godzin, bo gdy się obu­dzi­łam, przez okno wpa­dały do pokoju jasne pro­mie­nie słońca, za oknem było już widno. Z głębi miesz­ka­nia dobie­gały zna­jome dźwięki świad­czące o tym, że Brayan już wstał. Spoj­rza­łam na sie­bie i ze zdu­mie­niem stwier­dzi­łam, że mam na sobie szorty i koszulkę do spa­nia. Nie bar­dzo wie­dzia­łam, jak to się stało. Praw­do­po­dob­nie Brayan mnie prze­brał, ale kiedy to się wyda­rzyło, nie mia­łam poję­cia. Musia­łam być bar­dzo zmę­czona, skoro nie czu­łam, jak zdej­mo­wał ze mnie ubra­nia.

Po krót­kim cza­sie wyszłam z sypialni, Bray­ana jed­nak już nie było, chyba poszedł pobie­gać. Na razie nie zamie­rza­łam pani­ko­wać. Spoj­rza­łam na stół, wszyst­kie pysz­no­ści, które tam usta­wi­łam, na­dal leżały na taler­zach i w misach, scho­wa­łam więc jedze­nie do lodówki.

Nagle mój wzrok padł na komodę; stało na niej wino, a obok leżało pude­łeczko z pier­ścion­kiem. Dopiero teraz uświa­do­mi­łam sobie, że w ogóle go nie widzia­łam. Pode­szłam do komody, wzię­łam małe, czer­wone zamszowe pude­łeczko w kształ­cie serca i ostroż­nie otwo­rzy­łam. W środku znaj­do­wał się deli­katny pier­ścio­nek z bia­łego złota z maleń­kim dia­men­tem. Był śliczny. Obra­ca­łam go w pal­cach, kamień błysz­czał, odbi­ja­jąc pro­mie­nie słońca. Cho­lera, Brayan się wykosz­to­wał.

Gdy nagle usły­sza­łam dźwięk otwie­ra­nych drzwi, pospiesz­nie scho­wa­łam pier­ścio­nek do pude­łeczka i odło­ży­łam opa­ko­wa­nie na miej­sce.

- Cześć - rzu­ci­łam w stronę Bray­ana, gdy wszedł do salonu. Byłam zakło­po­tana, czu­łam się jak zło­dziej przy­ła­pany na gorą­cym uczynku.

Brayan popa­trzył naj­pierw na mnie, potem na jakiś punkt gdzieś za mną. Tak jak myśla­łam, bie­gał. Odru­chowo podą­ży­łam za jego wzro­kiem. Spo­glą­dał na pude­łeczko z pier­ścion­kiem. Cho­lera, nie zamknę­łam go!

- Dzień dobry - odpo­wie­dział, na jego twa­rzy dostrze­głam deli­katny uśmiech. - Wezmę prysz­nic - powie­dział, zdej­mu­jąc buty i mokrą od potu koszulkę.

- To ja zro­bię śnia­da­nie! - bąk­nę­łam i szybko zamknę­łam pude­łeczko. Idiotka - zga­ni­łam się w myślach.

Wyję­łam z lodówki wczo­raj­szą sałatkę i odgrza­łam maka­ron. Zapa­rzy­łam Bray­anowi jego ulu­bioną her­batę i wyci­snę­łam sok z poma­rań­czy. Przy­go­to­wa­łam też kilka świe­żych kana­pek, a keczu­pem nakre­śli­łam na nich ser­duszko. Cze­ka­jąc, aż Brayan się umyje, włą­czy­łam tele­wi­zor, od rana na każ­dym pro­gra­mie rela­cjo­no­wano powi­ta­nie nowego roku. Były też zdję­cia z Dubaju i Nowego Jorku. Usia­dłam na kana­pie, wzię­łam kanapkę i jedząc powoli, obser­wo­wa­łam to, co działo się na ekra­nie tele­wi­zora.

Brayan wkrótce wyszedł z łazienki, był w samym ręcz­niku, który owi­nął wokół bio­der. Spoj­rzał na mnie prze­lot­nie i ruszył do sypialni.

Po kilku minu­tach wró­cił ubrany w szary dres i białą koszulkę. Wokół roz­no­sił się zapach jego wody koloń­skiej. Pod­szedł do stołu w kuchni i spoj­rzał na kanapki, nało­żył sobie kilka na talerz i usiadł obok mnie.

- Pyszne - powie­dział, kiedy odgryzł kęs.

- Smacz­nego. - Uśmiech­nę­łam się.

- A to co? - Poka­zał na ser­duszko z keczupu.

- Ser­duszko. Nie widać? Na prze­pro­siny - doda­łam cicho.

- To ja powi­nie­nem cię prze­pro­sić - powie­dział Brayan, doty­ka­jąc moich ud. - Posta­wi­łem cię w nie­zręcz­nej sytu­acji.

- Nie prze­pra­szaj, to wyłącz­nie moja wina. - Chwy­ci­łam jego dło­nie. - Nie chcia­łam, by tak skoń­czył się ten wie­czór. Wybacz mi, że ucie­kłam.

- Oj, mała. - Pod­niósł mnie i posa­dził sobie na kola­nach. - Nie mogę sobie wyba­czyć, że tak cię zde­ner­wo­wa­łem i że krzy­cza­łem. Byłem wście­kły na cie­bie, nie pano­wa­łem nad sobą - wyznał.

- Prze­stań, pro­szę, to nie twoja wina. - Wtu­li­łam głowę w jego szyję, jego zapach dzia­łał na mnie kojąco.

- Muszę iść znowu na tera­pię, ostat­nio nie radzę sobie ze sobą. Odkąd cię pozna­łem, towa­rzy­szą mi silne emo­cje. Jesz­cze ni­gdy nie byłem tak agre­sywny. Nie chcę cię przez to stra­cić, Meg. - Dotknął dło­nią mojej twa­rzy i łagod­nie pogła­dził po policzku.

- Chcia­łam ci to zapro­po­no­wać po tej akcji w Nowym Jorku, ale nie wie­dzia­łam jak. Pójdę tam z tobą, jeśli chcesz. - Przy­tu­li­łam poli­czek do jego dłoni.

- Oczy­wi­ście, że chcę, mała. Poznasz ten świat, z któ­rym wal­czę, ale uprze­dzam cię, to nie będzie miłe ani łatwe.

- Chcę ci pomóc, naprawdę mi na tobie zależy - mówiąc to, usia­dłam na nim okra­kiem.

- A pro­pos moich wczo­raj­szych... zna­czy dzi­siej­szych... debil­nych oświad­czyn...

- Bła­gam, nic nie mów... - prze­rwa­łam mu zakło­po­tana.

- To nie miało być tak. To kolejny przy­kład na to, że mnie ponio­sło. Pier­ścio­nek kupi­łem wczo­raj, wra­ca­jąc od Hooków, no i tak wyszło... - Zaśmiał się ner­wowo.

- Jest śliczny. - Poca­ło­wa­łam go w poli­czek. - Ale to za wcze­śnie. Skupmy się teraz na urzą­dze­niu domu i na nas. Nie kom­pli­kujmy sobie życia.

- Posta­ram się już niczego nie kom­pli­ko­wać - obie­cał.

- Twoi kole­dzy... Boże, ale to wyszło! - Ze wstydu zakry­łam twarz dłońmi.

- Pew­nie dziś nic nie pamię­tają, byli pijani - skwi­to­wał z roz­ba­wie­niem Brayan.

- Obyś się nie mylił, bo poli­cjant mówił o ciąży.

- No wła­śnie, jak ty się w ogóle zna­la­złaś w radio­wo­zie? Aresz­to­wali cię znowu czy co? - zapy­tał.

- Nie! Nie aresz­to­wali mnie! Zgu­bi­łam się i popro­si­łam o pomoc. Gdy­byś widział ich miny, jak pytali, gdzie miesz­kam, a ja nie potra­fi­łam podać dokład­nego adresu.

- Gdy­byś ty widziała moją minę, gdy odwró­ci­łem się, a cie­bie nie było! Myśla­łem, że osza­leję!

Zauwa­ży­łam, że minione wyda­rze­nia na­dal budziły w nim silne emo­cje.

- Wiem. Prze­pra­szam - powie­dzia­łam potul­nie.

- Od razu zaczę­li­śmy cię szu­kać, ale wszę­dzie było tyle ludzi. Mia­łem już naj­gor­sze prze­czu­cia. - Brayan zamknął oczy. - Gdyby coś wam się stało, nie daro­wał­bym sobie tego. - Przy­tu­lił mnie tak mocno, że nie mogłam oddy­chać.

- Nic mi... nam... nie jest. Wybacz, że tak postą­pi­łam - powtó­rzy­łam po raz nie wiem który.

- Nie rób tak. Ni­gdy wię­cej tak nie rób! Nawet jeśli będziesz na mnie wście­kła, bła­gam, nie ucie­kaj. Uderz mnie, krzycz, nie odzy­waj się, ale nie ucie­kaj!

- Wybacz mi! Nie zro­bię tak wię­cej, obie­cuję! - Obję­łam go mocno.

Sie­dzie­li­śmy tak dość długo, nic nie mówiąc. Ten rok miał być prze­ło­mowy, a jeśli zaczął się w taki spo­sób, to strach pomy­śleć, co cze­kało nas póź­niej.

Resztę dnia spę­dzi­li­śmy na słod­kim leni­stwie. Po połu­dniu zadzwo­nił Tom, zdaje się, że impreza się udała, bo bie­dak mówił tro­chę nie­skład­nie. Beł­ko­tał coś o syl­we­strze, ale nic nie zro­zu­mia­łam. Dowie­dzia­łam się jedy­nie, że wra­cają jutro i powin­ni­śmy żało­wać, że wyje­cha­li­śmy. Sły­sząc to, pomy­śla­łam, że chyba miał rację. Może wtedy unik­nę­ła­bym krę­pu­ją­cych oświad­czyn. Gdyby jed­nak Brayan oświad­czył mi się w Dubaju, byłoby jesz­cze gorzej.

Brayan wyrwał mnie z roz­my­ślań, oznaj­mia­jąc:

- Obie­ca­łem mamie, że odwie­dzimy ich w sobotę.

Leże­li­śmy w salo­nie przed tele­wi­zo­rem, oglą­da­jąc filmy, które ogląda się co roku w tym okre­sie. To już tra­dy­cja.

- Jasne, mogę upiec jakieś cia­sto czy coś - zapro­po­no­wa­łam, pod­ja­da­jąc babeczki, które przy­wiózł mi wczo­raj Brayan.

- To już ustal­cie mię­dzy sobą, zadzwoń do niej jutro - popro­sił i upił łyk soku.

- Powie­dzia­łeś jej, że jeste­śmy razem?

- Oczy­wi­ście, że tak. Mama była pierw­szą osobą, do któ­rej zadzwo­ni­łem. Kocham swoją matkę, wiele prze­szła, przez ojca i przeze mnie. Obie­ca­li­śmy mówić sobie wszystko.

- Cie­szy mnie, że masz z nią dobry kon­takt, ja mam podobny z moim tatą.

- O tak, Gary to świetny facet, twoja mama zresztą też jest cudowną kobietą. Można tylko pozaz­dro­ścić ci takiej zgod­nej rodziny!

- Ty też masz fajną rodzinę, mamę, z którą masz kon­takt jak z kole­żanką, faj­nego ojczyma i dwoje młod­szego rodzeń­stwa.

- Wiem, wiem, tak tylko się z tobą dro­czę! Teraz jest naprawdę dobrze, jesz­cze dwa lata temu nie byłem tak rodzinny.

- Mówisz o cza­sie, gdy spo­ty­ka­łeś się z Polą? - zapy­ta­łam.

- Tak, byłem wtedy zupeł­nie inny. - Brayan wes­tchnął, na pewno nie z dumy. - Zero zasad, zero odpo­wie­dzial­no­ści i zero praw­dzi­wego życia. Tylko imprezy, chla­nie i ćpa­nie.

- To straszne.

- Mnie to bawiło, nic innego poza tym wtedy nie widzia­łem.

- Co spra­wiło, że się ock­ną­łeś? Mówi­łeś, że kiedy Pola była w ciąży, też się nią nie inte­re­so­wa­łeś. - Popra­wi­łam się na kana­pie i patrzy­łam na niego cie­ka­wie.

- Bo tak było, na początku byłem z nią parę razy u leka­rza. Nawet przez dwa mie­siące udało mi się nie ćpać, ale któ­re­goś razu pokłó­ci­li­śmy się o to, że jej rodzice naci­skali na ślub. Wykrzy­czała mi wtedy, że nie ja jestem ojcem, i znowu posze­dłem w cug.

- Ale prze­cież jesteś ojcem Vin­centa - szep­nę­łam nie­pew­nie.

- Tak, ale wtedy nie mia­łem pew­no­ści. Wiesz, jak to jest...

Popa­trzy­łam na niego smutno, te słowa nawią­zy­wały do mojej obec­nej sytu­acji.

- Oj, prze­pra­szam, mała, nie to mia­łem na myśli - zre­flek­to­wał się Brayan i chwy­cił moją dłoń.

- Nic nie szko­dzi. - Uśmiech­nę­łam się blado. - Mów dalej.

- Wypro­wa­dzi­łem się od niej i zupeł­nie się z nią nie kon­tak­to­wa­łem. O tym, że uro­dziła, dowie­dzia­łem się od Eliotta. Nawet nie odwie­dzi­łem ich w szpi­talu. Potem Pola wnio­sła do sądu pozew o ali­menty i wtedy się zaczęło. Zabro­niła mi widy­wać syna. Po pro­chach wywo­ła­łem dziką awan­turę w jej domu, ude­rzy­łem jej ojca i dosta­łem kura­tora. Zro­biła bada­nia i zabrała mi prawa rodzi­ciel­skie. Dopiero wtedy uświa­do­mi­łem sobie, że stra­ci­łem syna. Widzia­łem go rap­tem kilka razy, ni­gdy nie trzy­ma­łem na rękach, nie poca­ło­wa­łem... - Z każ­dym sło­wem oddech Bray­ana sta­wał się coraz szyb­szy, męż­czy­zna z tru­dem łapał powie­trze.

- Spo­koj­nie - powie­dzia­łam, gła­dząc jego rękę. - Teraz już będzie lepiej, prze­cież macie się spo­tkać. Zadzwoń do niej, prze­cież pro­siła, byś się ode­zwał, gdy wró­cisz do Lon­dynu.

- Nie wiem, o co dokład­nie jej cho­dzi. Boję się, że nie tylko o Vin­centa.

- A o co niby ma jej cho­dzić? - zdzi­wi­łam się.

- Nie wiem. - Brayan wzru­szył ramio­nami. - Ale coś mi nie pasuje. Ode­zwała się tak nagle, po tak dłu­gim cza­sie.

- Nie nasta­wiaj się nega­tyw­nie! Może naprawdę chce, byś miał kon­takt z synem. - Pró­bo­wa­łam jej bro­nić, ale sama nie do końca byłam pewna, czy mam rację, prze­cież pomy­śla­łam to samo co Brayan, gdy zadzwo­niła.

- Mam nadzieję - wes­tchnął i wstał z kanapy. - Muszę jutro poje­chać do sklepu, spraw­dzić, czy w ogóle jesz­cze ist­nieje. Zosta­niesz sama?

- No jasne. Brayan, nie jestem dziec­kiem...

- Ale tu jest dziecko. - Pochy­lił się, pod­cią­gnął moją koszulkę i czule poca­ło­wał w brzuch.

- Pora­dzimy sobie przez kilka godzin bez cie­bie. - Wplo­tłam palce w jego włosy, były takie mięk­kie.

- Kiedy masz kolejną wizytę u leka­rza?

- Sie­dem­na­stego stycz­nia, a co? - zapy­ta­łam, zdzi­wiona jego zain­te­re­so­wa­niem.

- Pytam, żeby nie zapo­mnieć.

- No dobrze, dobrze, prze­cież nic nie mówię. W sobotę mogę pod­pi­sać tę umowę, korzy­sta­jąc z oka­zji, że będziemy u cie­bie.

- Powiem Louisowi, żeby przy­go­to­wał papiery. Kiedy chcesz się tam wpro­wa­dzić?

- Nie wiem. Może trzeba wyko­nać jakieś malo­wa­nie czy co? - Wzru­szy­łam ramio­nami, nie­pewna dal­szych pla­nów.

- Chcesz, bym z tobą zamiesz­kał? - To pyta­nie Brayan zadał nie­pew­nie.

- Oczy­wi­ście, że chcę. A jak ina­czej sobie to wyobra­żasz?

- Pytam dla pew­no­ści. - Poca­ło­wał mnie w poli­czek i wsu­nął dłoń mię­dzy moje uda. - A tym­cza­sem może zaję­li­by­śmy się czymś przy­jem­niej­szym i cie­kaw­szym niż roz­mowy o Poli i moim popie­przo­nym życiu - zapro­po­no­wał i uśmiech­nął się uwo­dzi­ciel­sko.

- Jestem za. - Obję­łam go i poca­ło­wa­łam w usta.

Brayan wziął mnie na ręce i zaniósł do sypialni.

- No, tu się jesz­cze nie kocha­li­śmy.

- Fak­tycz­nie. Pra­wie, pra­wie, ale jed­nak nie...

Śmia­łam się w głos, gdy kładł mnie na łóżku, cału­jąc po szyi.

- Ale byłem wtedy nabu­zo­wany. Myśla­łem, że wybuchnę - mówił, pod­gry­za­jąc moje ucho.

- Pomyśl, ile od tam­tej chwili się zmie­niło.

- Prze­stań gadać, mała! Bierz się do roboty. - Dał mi klapsa i uśmiech­nął się szel­mow­sko.

- Jak pan sobie życzy, panie Green! - powie­dzia­łam i ścią­gnę­łam z niego koszulkę, potem poca­ło­wa­łam jego nagi tors tuż pod ser­cem.

Brayan uśmie­chał się i powoli roz­su­wał moje uda, ukła­da­jąc się mię­dzy nimi.

- Tym razem będzie powoli - zapo­wie­dział i zaczął cało­wać mój brzuch, pod­cią­ga­jąc wolno koszulkę i kie­ru­jąc się ku górze, wzdłuż żeber, piersi, aż do ust.

- Tak też mi się podoba. - Odwza­jem­ni­łam poca­łu­nek.

Nasze języki wiro­wały wokół sie­bie wolno i namięt­nie. W końcu Brayan zdjął mi koszulkę przez głowę. Nic pod nią nie mia­łam, więc od razu zabrał się do moich piersi. W jeden moment byłam gotowa.

- Jesteś taka sek­sowna! Uwiel­biam twoje ciało, mała - wyznał mój męż­czy­zna.

Gryzł deli­kat­nie miej­sce mię­dzy pier­siami i powoli, razem z majt­kami, zsu­wał mi leg­ginsy. Prze­su­wał dło­nią od stopy aż do pośladka, ści­ska­jąc mocno moją pupę. Jęcza­łam gło­śno, gdy cało­wał moje uda, zbli­ża­jąc się ku kobie­co­ści.

- Zgo­lisz je? - zapy­tał nagle, dmu­cha­jąc deli­kat­nie na moje wło­ski.

- Jeśli chcesz... - odpo­wie­dzia­łam lekko zawsty­dzona.

- Podo­bają mi się - stwier­dził. Prze­su­nął wyżej palce i zaczął maso­wać łech­taczkę.

Odchy­li­łam głowę do tyłu, jęcząc gło­śno. Brayan deli­kat­nymi, dłu­gimi ruchami draż­nił moją łech­taczkę, zada­jąc mi przy tym roz­koszny ból.

- Och, Brayan! - kwi­li­łam spra­gniona.

Wie­dzia­łam, że świa­do­mie prze­dłu­żał tę chwilę, dro­czył się ze mną. Muskał nosem moje płatki, cału­jąc je deli­kat­nie, jed­no­cze­śnie nie prze­sta­wał pal­cami sty­mu­lo­wać mojej łech­taczki. Wypchnę­łam bio­dra do przodu, pro­sząc o wię­cej.

- Spo­koj­nie, skar­bie - mówiąc to, zablo­ko­wał moje nogi, bym nie mogła się poru­szyć.

- Pro­szę! - bła­ga­łam go.

- O co pro­sisz? - zadał oczy­wi­ste pyta­nie i wsu­nął we mnie palec.

- Boże! - Zaci­snę­łam pię­ści na pościeli.

- Więc? - pono­wił pyta­nie i dołą­czył drugi palec.

- Wejdź we mnie - szep­nę­łam cała roz­pa­lona, z wypie­kami na policz­kach.

- Za chwilkę... - wymru­czał i pal­cami zaczął maso­wać mnie od środka, tyle że w inny spo­sób niż zawsze. Tym razem robił to mocno, szybko, a drugą dło­nią deli­kat­nie naci­skał mój wzgó­rek łonowy.

- Jezu! - krzyk­nę­łam, gdy zaczęła ogar­niać mnie roz­kosz.

Brayan tym­cza­sem przy­spie­szył i doło­żył trzeci palec.

- Tak, maleńka, dojdź dla mnie! - mówił, nie prze­sta­jąc mnie pie­ścić.

Chcia­łam zaci­snąć uda, jed­nak mi nie pozwo­lił. Co on robi? - myśla­łam. A on wepchnął palce jesz­cze głę­biej.

- Kurwa mać! - krzyk­nę­łam.

Zaci­snę­łam powieki, bo to, co teraz prze­ży­wa­łam, prze­szło moje ocze­ki­wa­nia. Poczu­łam wil­goć pod pupą, ale Brayan nie prze­sta­wał i po chwili kolejny orgazm wstrzą­snął moim cia­łem. Widząc moją reak­cję, uśmiech­nął się try­um­fal­nie i zli­zał ciecz, która przed chwilą ze mnie wypły­nęła. Po wszyst­kim zdjął dres i wszedł we mnie cały. Byłam tak mokra i roz­luź­niona, że przy­ję­łam go w cało­ści bez bólu.

- Jezu! - szep­nął i zaczął się poru­szać.

Moje nogi na­dal drżały, nie mogłam tego opa­no­wać. Brayan tym­cza­sem poru­szał się we mnie ryt­micz­nie, wcho­dził i wycho­dził, sty­mu­lu­jąc to tajem­ni­cze miej­sce wewnątrz mojego ciała. Czu­łam zbli­ża­jący się orgazm. Chwy­ci­łam go za pośladki, wbi­ja­jąc w nie paznok­cie i doci­ska­jąc do sie­bie.

- Tak, Brayan, tak! - krzy­cza­łam.

Nasze ruchy sta­wały się coraz bar­dziej har­mo­nijne, zgra­li­śmy je w każ­dym calu. Brayan cało­wał mnie namięt­nie i wcho­dził we mnie coraz moc­niej, szyb­ciej, dążąc do orga­zmu. Odchy­li­łam głowę, wypy­cha­jąc piersi w jego kie­runku; w odpo­wie­dzi zaczął je sza­leń­czo cało­wać i pie­ścić języ­kiem. Przy kolej­nym pchnię­ciu nie wytrzy­mał i wylał się we mnie, krzy­cząc i drżąc. Zro­bił jesz­cze kilka dodat­ko­wych ruchów, pod­czas któ­rych i ja znów szczy­to­wa­łam, zaci­ska­jąc się na nim, co spo­tę­go­wało moje dozna­nia.

Po wszyst­kim opadł na mnie i wysu­nął się deli­kat­nie. Oboje byli­śmy zmę­czeni, ja wręcz wykoń­czona. Nie mia­łam siły nawet się przy­tu­lić, Brayan przy­su­nął mnie do sie­bie i przy­krył nas oboje koł­drą.

- Kocham cię, mała - wyszep­tał, gła­dząc moje plecy.

- Mhm - wymru­cza­łam, nie otwie­ra­jąc oczu.

- Dobra­noc? - zapy­tał roz­ba­wiony.

- Mhm - powtó­rzy­łam.

- To dobra­noc, skar­bie. - Zga­sił lampkę i przy­tu­lił mnie jesz­cze moc­niej.

Natych­miast zasnę­łam.

Obu­dzi­łam się w nocy cała spo­cona i prze­ra­żona. Śnił mi się jakiś kosz­mar. Byli w nim Brayan, Erick, Filip. Wyda­wali mi się tacy obcy... Na doda­tek znaj­do­wa­łam się w jakimś miej­scu, nie wie­dzia­łam gdzie, i nie mogłam się poru­szyć. Brayan, Erick i Filip spo­glą­dali na mój brzuch, mówili, że jestem w ciąży z dia­błem. Przy­znam, że wytrą­ciło mnie to z rów­no­wagi. Wsta­łam i poszłam do kuchni po wodę. Trzy­ma­jąc szklankę w dło­niach, sta­nę­łam przy oknie i wpa­try­wa­łam się w ciemną prze­strzeń przede mną. Zer­k­nę­łam na zega­rek, było po trze­ciej. Upi­łam jesz­cze kilka łyków wody, a potem wró­ci­łam do łóżka. Na szczę­ście Brayan się nie obu­dził, spał jak dziecko. Wtu­li­łam się w niego i pró­bo­wa­łam odgo­nić złe myśli.

Nie­ba­wem odpły­nę­łam...

ROZDZIAŁ 2

Poje­cha­li­śmy na lot­ni­sko po Alex i Toma. Wyle­cieli dziś z Dubaju o szó­stej wie­czo­rem i mieli wkrótce wylą­do­wać. O dziwo, nie spóź­ni­li­śmy się i mie­li­śmy jesz­cze kilka minut zapasu do poja­wie­nia się naszych przy­ja­ciół. Wczo­raj Brayan pra­wie cały dzień spę­dził w skle­pie, musiał poza­ła­twiać mnó­stwo spraw. Ja sie­dzia­łam w domu i okrop­nie się nudzi­łam.

- Idą - powie­dział nagle Barayan, wsta­jąc z krze­sełka w pocze­kalni.

Poma­cha­łam do Alex i Toma i pobie­głam w ich kie­runku, by wpaść w ramiona przy­ja­ciela.

- Ale się opa­li­li­ście! - powie­dzia­łam, spo­glą­da­jąc na ich twa­rze.

- Tomowi z ple­ców scho­dzi skóra! - oznaj­miła ze śmie­chem Alex, objęła mnie na powi­ta­nie i poca­ło­wała w poli­czek.

- Nie tylko z ple­ców... - pro­wo­ko­wał Brayan, po przy­ja­ciel­sku kle­piąc Toma po ramie­niu i obej­mu­jąc Alex. - Cześć, gołą­beczki! - dodał.

- Cześć, stary! - Tom się uśmiech­nął. - Żałuj­cie, że was nie było.

- Tak, tak, wiemy! Powta­rza­łeś to już milion razy przez tele­fon! - Brayan wywró­cił oczami, potem wziął od Alex walizkę i skie­ro­wał się ku wyj­ściu.

- Dzięki. - Dziew­czyna uśmiech­nęła się z wdzięcz­no­ścią, po czym zła­pała mnie pod rękę i przy­spie­szyła kroku, wyprze­dza­jąc chło­pa­ków. - Jezu, Meg, z Toma jest fan­ta­styczny kocha­nek! Dzięki, że mi pod­po­wie­dzia­łaś, bym sama zadzia­łała. - Przy tych sło­wach znacz­nie ści­szyła głos.

- Nie ma za co - odpo­wie­dzia­łam, nieco zasko­czona jej szcze­rym wyzna­niem.

- Mia­łaś rację, że on się bał zacząć, ale potem już poszło! - Alex pod­sko­czyła jak mała dziew­czynka.

- Cie­szę się, że wam ze sobą dobrze - skwi­to­wa­łam zacho­waw­czo.

Po dro­dze Alex rela­cjo­no­wała wra­że­nia z imprezy syl­we­stro­wej. Słu­cha­łam uważ­nie, bo byłam cie­kawa. Bal odbył się na plaży, na spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nym miej­scu, był par­kiet i miej­sce na sto­liki. Grał zespół na prze­mian z didże­jem. Wszy­scy się prze­brali, nawet Rob. Podobno mają mnó­stwo zdjęć i wyślą mi je mej­lem. Bawili się do bia­łego rana, było pyszne jedze­nie i mnó­stwo alko­holu. Wszy­scy się spili, ale nikt się nie awan­tu­ro­wał.

- No i wiesz, wra­camy do pokoju, a tu Erick idzie z jakąś panną. Po pro­stu szczęka mi opa­dła! - Alex nawet w samo­cho­dzie nie prze­sta­wała zda­wać rela­cji z pobytu.

Chło­paki sie­dzieli z przodu zajęci roz­mową, w ogóle nie zwra­cali na nas uwagi.

- No wiesz, jest sin­glem, ma prawo... - sko­men­to­wa­łam, choć znowu poczu­łam ukłu­cie zazdro­ści.

- No wiem, ale prze­cież niby tak cię kocha i jest taki porządny! Zro­bił to pew­nie z roz­pa­czy, że wyje­cha­łaś - pod­su­mo­wała Alex.

- Nie obcho­dzi mnie to, Alex, mam teraz swoje życie, a jego mnie nie inte­re­suje - powie­dzia­łam to spe­cjal­nie ostrym tonem, by Alex domy­śliła się, że nie zamie­rzam roz­ma­wiać o Ericku.

Poje­cha­li­śmy do Hooków, nie widzia­łam ich od wylotu i stę­sk­ni­łam się za nimi. Przy­wi­tali nas ser­decz­nie. Pani Hook zro­biła obiad dla wszyst­kich, była więc oka­zja, by powie­dzieć im, że kupi­łam dom i się wypro­wa­dzam. Stan­dar­dowo naj­pierw musieli wysłu­chać opo­wie­ści o Dubaju, oczy­wi­ście w wer­sji ocen­zu­ro­wa­nej. Rodzice Toma bar­dzo polu­bili Alex i chyba byli szczę­śliwi, że ich syn się z nią spo­tyka, na pewno zauwa­żyli też, że mię­dzy mną a Bray­anem jest coś wię­cej. Gdy Brayan mnie przy­tu­lał, uśmie­chali się ser­decz­nie.

- Brzu­szek ci się już wyraź­nie zaokrą­glił - zwró­ciła się do mnie pani Hook.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki