ROZDZIAŁ 1
Chyba spałam kilka godzin, bo gdy się
obudziłam, przez okno wpadały do pokoju jasne promienie słońca, za oknem
było już widno. Z głębi mieszkania dobiegały znajome dźwięki świadczące
o tym, że Brayan już wstał. Spojrzałam na siebie i ze zdumieniem
stwierdziłam, że mam na sobie szorty i koszulkę do spania. Nie bardzo
wiedziałam, jak to się stało. Prawdopodobnie Brayan mnie przebrał, ale
kiedy to się wydarzyło, nie miałam pojęcia. Musiałam być bardzo
zmęczona, skoro nie czułam, jak zdejmował ze mnie ubrania.
Po krótkim czasie wyszłam z sypialni, Brayana jednak już nie było, chyba
poszedł pobiegać. Na razie nie zamierzałam panikować. Spojrzałam na
stół, wszystkie pyszności, które tam ustawiłam, nadal leżały na
talerzach i w misach, schowałam więc jedzenie do lodówki.
Nagle mój wzrok padł na komodę; stało na niej wino, a obok leżało
pudełeczko z pierścionkiem. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że w ogóle
go nie widziałam. Podeszłam do komody, wzięłam małe, czerwone zamszowe
pudełeczko w kształcie serca i ostrożnie otworzyłam. W środku znajdował
się delikatny pierścionek z białego złota z maleńkim diamentem. Był
śliczny. Obracałam go w palcach, kamień błyszczał, odbijając promienie
słońca. Cholera, Brayan się wykosztował.
Gdy nagle usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi, pospiesznie schowałam
pierścionek do pudełeczka i odłożyłam opakowanie na miejsce.
- Cześć - rzuciłam w stronę Brayana, gdy wszedł do salonu. Byłam
zakłopotana, czułam się jak złodziej przyłapany na gorącym uczynku.
Brayan popatrzył najpierw na mnie, potem na jakiś punkt gdzieś za mną.
Tak jak myślałam, biegał. Odruchowo podążyłam za jego wzrokiem.
Spoglądał na pudełeczko z pierścionkiem. Cholera, nie zamknęłam go!
- Dzień dobry - odpowiedział, na jego twarzy dostrzegłam delikatny
uśmiech. - Wezmę prysznic - powiedział, zdejmując buty i mokrą od potu
koszulkę.
- To ja zrobię śniadanie! - bąknęłam i szybko zamknęłam pudełeczko.
Idiotka - zganiłam się w myślach.
Wyjęłam z lodówki wczorajszą sałatkę i odgrzałam makaron. Zaparzyłam
Brayanowi jego ulubioną herbatę i wycisnęłam sok z pomarańczy.
Przygotowałam też kilka świeżych kanapek, a keczupem nakreśliłam na nich
serduszko. Czekając, aż Brayan się umyje, włączyłam telewizor, od rana
na każdym programie relacjonowano powitanie nowego roku. Były też
zdjęcia z Dubaju i Nowego Jorku. Usiadłam na kanapie, wzięłam kanapkę i jedząc powoli, obserwowałam to, co działo się na ekranie telewizora.
Brayan wkrótce wyszedł z łazienki, był w samym ręczniku, który owinął
wokół bioder. Spojrzał na mnie przelotnie i ruszył do sypialni.
Po kilku minutach wrócił ubrany w szary dres i białą koszulkę. Wokół
roznosił się zapach jego wody kolońskiej. Podszedł do stołu w kuchni i spojrzał na kanapki, nałożył sobie kilka na talerz i usiadł obok mnie.
- Pyszne - powiedział, kiedy odgryzł kęs.
- Smacznego. - Uśmiechnęłam się.
- A to co? - Pokazał na serduszko z keczupu.
- Serduszko. Nie widać? Na przeprosiny - dodałam cicho.
- To ja powinienem cię przeprosić - powiedział Brayan, dotykając moich
ud. - Postawiłem cię w niezręcznej sytuacji.
- Nie przepraszaj, to wyłącznie moja wina. - Chwyciłam jego dłonie. -
Nie chciałam, by tak skończył się ten wieczór. Wybacz mi, że uciekłam.
- Oj, mała. - Podniósł mnie i posadził sobie na kolanach. - Nie mogę
sobie wybaczyć, że tak cię zdenerwowałem i że krzyczałem. Byłem wściekły
na ciebie, nie panowałem nad sobą - wyznał.
- Przestań, proszę, to nie twoja wina. - Wtuliłam głowę w jego szyję,
jego zapach działał na mnie kojąco.
- Muszę iść znowu na terapię, ostatnio nie radzę sobie ze sobą. Odkąd
cię poznałem, towarzyszą mi silne emocje. Jeszcze nigdy nie byłem tak
agresywny. Nie chcę cię przez to stracić, Meg. - Dotknął dłonią mojej
twarzy i łagodnie pogładził po policzku.
- Chciałam ci to zaproponować po tej akcji w Nowym Jorku, ale nie
wiedziałam jak. Pójdę tam z tobą, jeśli chcesz. - Przytuliłam policzek
do jego dłoni.
- Oczywiście, że chcę, mała. Poznasz ten świat, z którym walczę, ale
uprzedzam cię, to nie będzie miłe ani łatwe.
- Chcę ci pomóc, naprawdę mi na tobie zależy - mówiąc to, usiadłam na
nim okrakiem.
- A propos moich wczorajszych... znaczy dzisiejszych... debilnych
oświadczyn...
- Błagam, nic nie mów... - przerwałam mu zakłopotana.
- To nie miało być tak. To kolejny przykład na to, że mnie poniosło.
Pierścionek kupiłem wczoraj, wracając od Hooków, no i tak wyszło... -
Zaśmiał się nerwowo.
- Jest śliczny. - Pocałowałam go w policzek. - Ale to za wcześnie.
Skupmy się teraz na urządzeniu domu i na nas. Nie komplikujmy sobie
życia.
- Postaram się już niczego nie komplikować - obiecał.
- Twoi koledzy... Boże, ale to wyszło! - Ze wstydu zakryłam twarz dłońmi.
- Pewnie dziś nic nie pamiętają, byli pijani - skwitował z rozbawieniem
Brayan.
- Obyś się nie mylił, bo policjant mówił o ciąży.
- No właśnie, jak ty się w ogóle znalazłaś w radiowozie? Aresztowali cię
znowu czy co? - zapytał.
- Nie! Nie aresztowali mnie! Zgubiłam się i poprosiłam o pomoc. Gdybyś
widział ich miny, jak pytali, gdzie mieszkam, a ja nie potrafiłam podać
dokładnego adresu.
- Gdybyś ty widziała moją minę, gdy odwróciłem się, a ciebie nie było!
Myślałem, że oszaleję!
Zauważyłam, że minione wydarzenia nadal budziły w nim silne emocje.
- Wiem. Przepraszam - powiedziałam potulnie.
- Od razu zaczęliśmy cię szukać, ale wszędzie było tyle ludzi. Miałem
już najgorsze przeczucia. - Brayan zamknął oczy. - Gdyby coś wam się
stało, nie darowałbym sobie tego. - Przytulił mnie tak mocno, że nie
mogłam oddychać.
- Nic mi... nam... nie jest. Wybacz, że tak postąpiłam - powtórzyłam po raz
nie wiem który.
- Nie rób tak. Nigdy więcej tak nie rób! Nawet jeśli będziesz na mnie
wściekła, błagam, nie uciekaj. Uderz mnie, krzycz, nie odzywaj się, ale
nie uciekaj!
- Wybacz mi! Nie zrobię tak więcej, obiecuję! - Objęłam go mocno.
Siedzieliśmy tak dość długo, nic nie mówiąc. Ten rok miał być
przełomowy, a jeśli zaczął się w taki sposób, to strach pomyśleć, co
czekało nas później.
Resztę dnia spędziliśmy na słodkim lenistwie. Po południu zadzwonił Tom,
zdaje się, że impreza się udała, bo biedak mówił trochę nieskładnie.
Bełkotał coś o sylwestrze, ale nic nie zrozumiałam. Dowiedziałam się
jedynie, że wracają jutro i powinniśmy żałować, że wyjechaliśmy. Słysząc
to, pomyślałam, że chyba miał rację. Może wtedy uniknęłabym krępujących
oświadczyn. Gdyby jednak Brayan oświadczył mi się w Dubaju, byłoby
jeszcze gorzej.
Brayan wyrwał mnie z rozmyślań, oznajmiając:
- Obiecałem mamie, że odwiedzimy ich w sobotę.
Leżeliśmy w salonie przed telewizorem, oglądając filmy, które ogląda się
co roku w tym okresie. To już tradycja.
- Jasne, mogę upiec jakieś ciasto czy coś - zaproponowałam, podjadając
babeczki, które przywiózł mi wczoraj Brayan.
- To już ustalcie między sobą, zadzwoń do niej jutro - poprosił i upił
łyk soku.
- Powiedziałeś jej, że jesteśmy razem?
- Oczywiście, że tak. Mama była pierwszą osobą, do której zadzwoniłem.
Kocham swoją matkę, wiele przeszła, przez ojca i przeze mnie.
Obiecaliśmy mówić sobie wszystko.
- Cieszy mnie, że masz z nią dobry kontakt, ja mam podobny z moim tatą.
- O tak, Gary to świetny facet, twoja mama zresztą też jest cudowną
kobietą. Można tylko pozazdrościć ci takiej zgodnej rodziny!
- Ty też masz fajną rodzinę, mamę, z którą masz kontakt jak z koleżanką,
fajnego ojczyma i dwoje młodszego rodzeństwa.
- Wiem, wiem, tak tylko się z tobą droczę! Teraz jest naprawdę dobrze,
jeszcze dwa lata temu nie byłem tak rodzinny.
- Mówisz o czasie, gdy spotykałeś się z Polą? - zapytałam.
- Tak, byłem wtedy zupełnie inny. - Brayan westchnął, na pewno nie z dumy. - Zero zasad, zero odpowiedzialności i zero prawdziwego życia.
Tylko imprezy, chlanie i ćpanie.
- To straszne.
- Mnie to bawiło, nic innego poza tym wtedy nie widziałem.
- Co sprawiło, że się ocknąłeś? Mówiłeś, że kiedy Pola była w ciąży, też
się nią nie interesowałeś. - Poprawiłam się na kanapie i patrzyłam na
niego ciekawie.
- Bo tak było, na początku byłem z nią parę razy u lekarza. Nawet przez
dwa miesiące udało mi się nie ćpać, ale któregoś razu pokłóciliśmy się o to, że jej rodzice naciskali na ślub. Wykrzyczała mi wtedy, że nie ja
jestem ojcem, i znowu poszedłem w cug.
- Ale przecież jesteś ojcem Vincenta - szepnęłam niepewnie.
- Tak, ale wtedy nie miałem pewności. Wiesz, jak to jest...
Popatrzyłam na niego smutno, te słowa nawiązywały do mojej obecnej
sytuacji.
- Oj, przepraszam, mała, nie to miałem na myśli - zreflektował się
Brayan i chwycił moją dłoń.
- Nic nie szkodzi. - Uśmiechnęłam się blado. - Mów dalej.
- Wyprowadziłem się od niej i zupełnie się z nią nie kontaktowałem. O tym, że urodziła, dowiedziałem się od Eliotta. Nawet nie odwiedziłem ich
w szpitalu. Potem Pola wniosła do sądu pozew o alimenty i wtedy się
zaczęło. Zabroniła mi widywać syna. Po prochach wywołałem dziką awanturę
w jej domu, uderzyłem jej ojca i dostałem kuratora. Zrobiła badania i zabrała mi prawa rodzicielskie. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że
straciłem syna. Widziałem go raptem kilka razy, nigdy nie trzymałem na
rękach, nie pocałowałem... - Z każdym słowem oddech Brayana stawał się
coraz szybszy, mężczyzna z trudem łapał powietrze.
- Spokojnie - powiedziałam, gładząc jego rękę. - Teraz już będzie
lepiej, przecież macie się spotkać. Zadzwoń do niej, przecież prosiła,
byś się odezwał, gdy wrócisz do Londynu.
- Nie wiem, o co dokładnie jej chodzi. Boję się, że nie tylko o Vincenta.
- A o co niby ma jej chodzić? - zdziwiłam się.
- Nie wiem. - Brayan wzruszył ramionami. - Ale coś mi nie pasuje.
Odezwała się tak nagle, po tak długim czasie.
- Nie nastawiaj się negatywnie! Może naprawdę chce, byś miał kontakt z synem. - Próbowałam jej bronić, ale sama nie do końca byłam pewna, czy
mam rację, przecież pomyślałam to samo co Brayan, gdy zadzwoniła.
- Mam nadzieję - westchnął i wstał z kanapy. - Muszę jutro pojechać do
sklepu, sprawdzić, czy w ogóle jeszcze istnieje. Zostaniesz sama?
- No jasne. Brayan, nie jestem dzieckiem...
- Ale tu jest dziecko. - Pochylił się, podciągnął moją koszulkę i czule
pocałował w brzuch.
- Poradzimy sobie przez kilka godzin bez ciebie. - Wplotłam palce w jego
włosy, były takie miękkie.
- Kiedy masz kolejną wizytę u lekarza?
- Siedemnastego stycznia, a co? - zapytałam, zdziwiona jego
zainteresowaniem.
- Pytam, żeby nie zapomnieć.
- No dobrze, dobrze, przecież nic nie mówię. W sobotę mogę podpisać tę
umowę, korzystając z okazji, że będziemy u ciebie.
- Powiem Louisowi, żeby przygotował papiery. Kiedy chcesz się tam
wprowadzić?
- Nie wiem. Może trzeba wykonać jakieś malowanie czy co? - Wzruszyłam
ramionami, niepewna dalszych planów.
- Chcesz, bym z tobą zamieszkał? - To pytanie Brayan zadał niepewnie.
- Oczywiście, że chcę. A jak inaczej sobie to wyobrażasz?
- Pytam dla pewności. - Pocałował mnie w policzek i wsunął dłoń między
moje uda. - A tymczasem może zajęlibyśmy się czymś przyjemniejszym i ciekawszym niż rozmowy o Poli i moim popieprzonym życiu - zaproponował i uśmiechnął się uwodzicielsko.
- Jestem za. - Objęłam go i pocałowałam w usta.
Brayan wziął mnie na ręce i zaniósł do sypialni.
- No, tu się jeszcze nie kochaliśmy.
- Faktycznie. Prawie, prawie, ale jednak nie...
Śmiałam się w głos, gdy kładł mnie na łóżku, całując po szyi.
- Ale byłem wtedy nabuzowany. Myślałem, że wybuchnę - mówił, podgryzając
moje ucho.
- Pomyśl, ile od tamtej chwili się zmieniło.
- Przestań gadać, mała! Bierz się do roboty. - Dał mi klapsa i uśmiechnął się szelmowsko.
- Jak pan sobie życzy, panie Green! - powiedziałam i ściągnęłam z niego
koszulkę, potem pocałowałam jego nagi tors tuż pod sercem.
Brayan uśmiechał się i powoli rozsuwał moje uda, układając się między
nimi.
- Tym razem będzie powoli - zapowiedział i zaczął całować mój brzuch,
podciągając wolno koszulkę i kierując się ku górze, wzdłuż żeber,
piersi, aż do ust.
- Tak też mi się podoba. - Odwzajemniłam pocałunek.
Nasze języki wirowały wokół siebie wolno i namiętnie. W końcu Brayan
zdjął mi koszulkę przez głowę. Nic pod nią nie miałam, więc od razu
zabrał się do moich piersi. W jeden moment byłam gotowa.
- Jesteś taka seksowna! Uwielbiam twoje ciało, mała - wyznał mój
mężczyzna.
Gryzł delikatnie miejsce między piersiami i powoli, razem z majtkami,
zsuwał mi legginsy. Przesuwał dłonią od stopy aż do pośladka, ściskając
mocno moją pupę. Jęczałam głośno, gdy całował moje uda, zbliżając się ku
kobiecości.
- Zgolisz je? - zapytał nagle, dmuchając delikatnie na moje włoski.
- Jeśli chcesz... - odpowiedziałam lekko zawstydzona.
- Podobają mi się - stwierdził. Przesunął wyżej palce i zaczął masować
łechtaczkę.
Odchyliłam głowę do tyłu, jęcząc głośno. Brayan delikatnymi, długimi
ruchami drażnił moją łechtaczkę, zadając mi przy tym rozkoszny ból.
- Och, Brayan! - kwiliłam spragniona.
Wiedziałam, że świadomie przedłużał tę chwilę, droczył się ze mną.
Muskał nosem moje płatki, całując je delikatnie, jednocześnie nie
przestawał palcami stymulować mojej łechtaczki. Wypchnęłam biodra do
przodu, prosząc o więcej.
- Spokojnie, skarbie - mówiąc to, zablokował moje nogi, bym nie mogła
się poruszyć.
- Proszę! - błagałam go.
- O co prosisz? - zadał oczywiste pytanie i wsunął we mnie palec.
- Boże! - Zacisnęłam pięści na pościeli.
- Więc? - ponowił pytanie i dołączył drugi palec.
- Wejdź we mnie - szepnęłam cała rozpalona, z wypiekami na policzkach.
- Za chwilkę... - wymruczał i palcami zaczął masować mnie od środka, tyle
że w inny sposób niż zawsze. Tym razem robił to mocno, szybko, a drugą
dłonią delikatnie naciskał mój wzgórek łonowy.
- Jezu! - krzyknęłam, gdy zaczęła ogarniać mnie rozkosz.
Brayan tymczasem przyspieszył i dołożył trzeci palec.
- Tak, maleńka, dojdź dla mnie! - mówił, nie przestając mnie pieścić.
Chciałam zacisnąć uda, jednak mi nie pozwolił. Co on robi? - myślałam. A on wepchnął palce jeszcze głębiej.
- Kurwa mać! - krzyknęłam.
Zacisnęłam powieki, bo to, co teraz przeżywałam, przeszło moje
oczekiwania. Poczułam wilgoć pod pupą, ale Brayan nie przestawał i po
chwili kolejny orgazm wstrząsnął moim ciałem. Widząc moją reakcję,
uśmiechnął się tryumfalnie i zlizał ciecz, która przed chwilą ze mnie
wypłynęła. Po wszystkim zdjął dres i wszedł we mnie cały. Byłam tak
mokra i rozluźniona, że przyjęłam go w całości bez bólu.
- Jezu! - szepnął i zaczął się poruszać.
Moje nogi nadal drżały, nie mogłam tego opanować. Brayan tymczasem
poruszał się we mnie rytmicznie, wchodził i wychodził, stymulując to
tajemnicze miejsce wewnątrz mojego ciała. Czułam zbliżający się orgazm.
Chwyciłam go za pośladki, wbijając w nie paznokcie i dociskając do
siebie.
- Tak, Brayan, tak! - krzyczałam.
Nasze ruchy stawały się coraz bardziej harmonijne, zgraliśmy je w każdym
calu. Brayan całował mnie namiętnie i wchodził we mnie coraz mocniej,
szybciej, dążąc do orgazmu. Odchyliłam głowę, wypychając piersi w jego
kierunku; w odpowiedzi zaczął je szaleńczo całować i pieścić językiem.
Przy kolejnym pchnięciu nie wytrzymał i wylał się we mnie, krzycząc i drżąc. Zrobił jeszcze kilka dodatkowych ruchów, podczas których i ja
znów szczytowałam, zaciskając się na nim, co spotęgowało moje doznania.
Po wszystkim opadł na mnie i wysunął się delikatnie. Oboje byliśmy
zmęczeni, ja wręcz wykończona. Nie miałam siły nawet się przytulić,
Brayan przysunął mnie do siebie i przykrył nas oboje kołdrą.
- Kocham cię, mała - wyszeptał, gładząc moje plecy.
- Mhm - wymruczałam, nie otwierając oczu.
- Dobranoc? - zapytał rozbawiony.
- Mhm - powtórzyłam.
- To dobranoc, skarbie. - Zgasił lampkę i przytulił mnie jeszcze
mocniej.
Natychmiast zasnęłam.
Obudziłam się w nocy cała spocona i przerażona. Śnił mi się jakiś
koszmar. Byli w nim Brayan, Erick, Filip. Wydawali mi się tacy obcy... Na
dodatek znajdowałam się w jakimś miejscu, nie wiedziałam gdzie, i nie
mogłam się poruszyć. Brayan, Erick i Filip spoglądali na mój brzuch,
mówili, że jestem w ciąży z diabłem. Przyznam, że wytrąciło mnie to z równowagi. Wstałam i poszłam do kuchni po wodę. Trzymając szklankę w dłoniach, stanęłam przy oknie i wpatrywałam się w ciemną przestrzeń
przede mną. Zerknęłam na zegarek, było po trzeciej. Upiłam jeszcze kilka
łyków wody, a potem wróciłam do łóżka. Na szczęście Brayan się nie
obudził, spał jak dziecko. Wtuliłam się w niego i próbowałam odgonić złe
myśli.
Niebawem odpłynęłam...