Koniec świata. Krótki przewodnik po tym, co nas czeka - Bryan Walsh


Reflow text when sidebars are open.
Przeciętny człowiek żyje około dwóch miliardów sekund1, ale tylko kilka z nich to momenty, w których zmienia się naprawdę wszystko. Może to być sekunda po tym, jak usłyszycie najgorsze wieści w życiu albo gdy osoba, którą zawsze chcieliście odnaleźć, powie "tak". W moim przypadku udało się tę chwilę uwiecznić na fotografii. Stoję w pokoju szpitalnym dzień po narodzinach swojego syna, a z prawej jest moja żona Siobhan. W moim spojrzeniu widać wyczerpanie, spod którego przebija się uśmiech. Po drugiej stronie Siobhan są mój ojciec i matka, która patrzy w obiektyw z wyrazem nieposkromionej radości. Trzyma na rękach nasze pierwsze dziecko, Ronana. Mały ma wtedy tylko kilka godzin, jego drobną, cieniutką czaszkę przykrywa rudoblond meszek, dłonie zaciska w piąstki, a oczy ma zamknięte, żeby obronić się przed słońcem. Ronan jest jednym z najnowszych mieszkańców planety Ziemi i nic już nie będzie dla nas takie, jak było.
Dziś, gdy patrzę na to zdjęcie, widzę na nim, jak przyszłość staje się rzeczywistością. Mój ojciec, tak ważny dla mnie w dziecięcych latach, nie jest już tylko ojcem, ale też dziadkiem. Moja matka, pierwsza osoba, którą świadomie pamiętam, nie jest już tylko matką, ale też babcią. A ja, trzydziestodziewięcioletni syn, nie jestem już tylko synem, ale też ojcem, tak jak moja żona jest teraz matką. Jesteśmy częścią łańcucha ciągnącego się w przyszłość, jedno ludzkie ogniwo za drugim - każde równie słabe, jak noworodek.
Do tamtej chwili nigdy tak naprawdę nie myślałem o przyszłości, co w sumie dość zabawne, bo od piętnastu lat wykonywałem zawód dziennikarza i przyszłość była tematem mojej pracy. Pierwsze lata w branży spędziłem jako korespondent zagraniczny magazynu "Time" w Azji Wschodniej, gdzie widziałem największe zwycięstwo nad nędzą w dziejach świata oraz gospodarczo-polityczne trzęsienie ziemi, którego skutki będą odczuwane przez dziesięciolecia. Przysyłałem reportaże z centrum epidemii SARS, pierwszej globalnej zarazy XXI wieku, wirusa, który pojawił się znikąd i ujawnił, jak bardzo naszej globalnej wiosce zagrażają choroby zakaźne. Przez rok pracowałem w Japonii jako szef tokijskiego biura "Time", przygotowywałem doniesienia z kraju żyjącego na progu jutra.
Po sześciu latach w Azji przeniosłem się do centrali "Time" w Nowym Jorku, gdzie pisałem o zmianach klimatycznych, zjawisku, które bardziej niż jakiekolwiek inne odmieni granice obowiązujące w świecie naszej przyszłości. Pisałem doniesienia z konferencji o dziejowym znaczeniu, takich jak szczyt klimatyczny ONZ w Kopenhadze w 2009 roku, podróżowałem też na znikające lodowe płyty Arktyki. Byłem w ginących lasach deszczowych Ameryki Południowej i porażonych suszą górach północnych Indii. Wszędzie widziałem, jak kurczy się przyszłość ludzkości, topniejąca jak lodowce, których dzielenie oglądałem kiedyś u wybrzeży Grenlandii.
Gdy ludzie słyszeli, że piszę o zmianach klimatu - jeśli w nie wierzyli - pytali na ogół, czy ten temat mnie przygnębia. Czy nie jesteśmy wszyscy skazani na zagładę? Mówiłem im, że zmiany klimatyczne są niezwykle ważne, bo to problem na przecięciu biznesu, polityki i nauki, a poza tym mogę dzięki nim nazbierać całą masę egzotycznych stempli w paszporcie. Nie było to aż tak odległe od prawdy. Zmiany klimatu były dla mnie ważne i poczytywałem sobie za wielkie szczęście, że mogę o nich pisać. Czytałem badania, przygotowywałem artykuły - straszne ilości artykułów - przestrzegające, że nasz gatunek czeka zagłada, jeśli nie przeprowadzimy radykalnej przemiany naszego sposobu życia. Jednak nigdy tego nie czułem. Nie czułem przyszłości - jej ciężaru, niepewności, znaczenia, jej delikatności, takiej jak u swojego nowo narodzonego syna.
Ale w końcu poczułem.
W ankiecie przeprowadzonej przez Reutersa w 2012 roku w ponad dwudziestu krajach świata piętnaście procent pytanych osób przewidywało, że świat skończy się za ich życia2. Sondaż z 2015 roku, w którym zasięgnięto opinii Amerykanów, Australijczyków, Brytyjczyków i Kanadyjczyków, wykazał, że większość z nich oceniała ryzyko, iż nasz sposób życia zniknie w ciągu następnych stu lat, na pięćdziesiąt procent lub więcej. Jedna czwarta podobnie szacowała prawdopodobieństwo, że w tym czasie ludzkość czeka absolutna zagłada3. Więcej spośród mieszkańców USA uważa, że lepiej żyło się pół wieku temu - kiedy codziennością była wizja atomowego holocaustu - niż dziś4. W 2018 roku zespół naukowy ONZ doniósł, że świat ma zaledwie dwanaście lat, by drastycznie ograniczyć emisję dwutlenku węgla, jeśli nie chce ryzykować globalnej katastrofy5. Jednocześnie w epoce prezydenta Trumpa ton doniesień medialnych z obu stron politycznej barykady stał się w gruncie rzeczy apokaliptyczny. Kiedy nie czytamy o prawdziwym końcu świata, oglądamy jego fikcyjne wersje: The Walking Dead, Igrzyska śmierci, Avengers. Koniec gry; połowa nowych seriali na Netfliksie też podejmuje ten temat. Im bardziej krwawe i antyutopijne są te wizje, tym bardziej je uwielbiamy, oczywiście dopóki jesteśmy tylko widzami, nie uczestnikami. Boimy się apokalipsy, ale niektórzy z nas o niej marzą - i może nawet uważają, że na nią zasłużyliśmy.
Na ironię zakrawa, że ta egzystencjalna panika wybucha na tle świata, który dla większości ludzi jest lepszy niż kiedykolwiek. W 2018 roku po raz pierwszy w historii więcej niż połowa ludności Ziemi kwalifikowała się jako "klasa średnia" lub "bogaci"6. Śmiertelność noworodków spadła w ostatnich dwudziestu pięciu latach o ponad połowę7. Choć broń stała się bardziej zabójcza niż kiedykolwiek, dzisiaj na świecie w wyniku konfliktów zbrojnych ginie mniej ludzi niż sześćset lat temu8. A jeśli te liczby nie przemawiają do wyobraźni, zadajcie sobie Państwo pytanie: czy wolelibyście urodzić się pięćdziesiąt lat temu, kiedy wcale nie tak dawnym wspomnieniem była globalna wojna, w której zginęło ponad sześćdziesiąt milionów ludzi? Sto lat temu, przed odkryciem antybiotyków, gdy od zwykłej infekcji można było umrzeć? Tysiąc lat temu, gdy średnia długość życia wynosiła około trzydziestu lat?9 Wątpię.
Nie doceniamy teraźniejszości po części dlatego, że nie do końca rozumiemy przeszłość - chociaż zarazem błędnie zakładamy, że będzie dokładnie taka jak dziś. Psychologowie nazywają tę ludzką cechę heurystyką dostępności. To tendencja do poddawania się wpływowi tego, co najbardziej widoczne, co najbardziej wyjątkowe w naszych przeżyciach. Heurystyka dostępności skłania nas do nieproporcjonalnych reakcji, na przykład gdy słyszymy o zamachowcu samobójcy i natychmiast dostajemy obsesji na punkcie zagrożenia ze strony terrorystów, chociaż statystyki pokazują, że podobne sytuacje zdarzają się coraz rzadziej10. Najbardziej dostępne naszemu umysłowi są te zagrożenia, którymi się przejmujemy, i właśnie dlatego tak wiele przepisów wynika raczej z kryzysu niż z rozsądku11. Jako doświadczony dziennikarz winę za to muszę wziąć na siebie - w wiadomościach zawsze staramy się podawać to, co zdarzyło się niedawno i zapada w pamięć, a więc odgrywamy znaczną rolę w zwracaniu naszej uwagi na teraźniejszość kosztem perspektywy historycznej. Żadna gazeta nie daje na pierwszej stronie nagłówka, że wczoraj sto tysięcy ludzi wyszło z nędzy12 - a jednak przez ostatnie lata zdarza się to niemal codziennie. Krótkowzroczność heurystyki dostępności narzuca nam obsesję na temat wszystkiego, co idzie dziś nie tak, i czyni nas ślepymi na to, ile już osiągnęliśmy.
Ale ta sama psychologiczna przypadłość każe nam też lekceważyć znacznie większe niebezpieczeństwa lub zagrożenia, jeśli nigdy ich nie doświadczyliśmy. Internet może pamięta wszystko, ludzie jednak zapominają szybko i często. Niewielu z nas doświadczyło w życiu prawdziwych katastrof, nikt nie widział nigdy asteroidy na kursie kolizyjnym z naszą planetą, nie uświadczył wybuchu choroby, która zagrażałaby istnieniu ludzkości. Te zagrożenia nie są dla nas dostępne, więc traktujemy je jako nierzeczywiste - chociaż nauka i statystyka mówią co innego. To, że nie rozumiemy, iż przyszłość może być diametralnie odmienna od przeszłości, jest przede wszystkim wadą naszej psychiki. I może jest to wada śmiertelna dla całego gatunku.
W życiu, podobnie jak na giełdzie, dawne wyniki nie są gwarancją rezultatów w przyszłości. Nie chodzi już tylko o coraz mocniej uderzające w nas zmiany klimatu ani narastającą niestabilność w kraju i za granicą, ani o zabójcze katastrofy, których z każdym rokiem jest jakby coraz więcej. To nie tylko bolesne poczucie, że nasz świat wymyka się spod kontroli z każdym tweetem prezydenta USA. Przyszłość ludzkości jako takiej jest dziś zagrożona bardziej niż kiedykolwiek przez niebezpieczeństwa zarówno z kosmosu, jak i z Ziemi, a także przez technologię, która przyniosła nam taki dobrobyt.
Wydaje nam się, że wiemy, co najgorszego może nam się zdarzyć, ale najstraszniejsze katastrofy, które dotknęły rodzaj ludzki: II wojna światowa, czarna śmierć - zabójczyni około dwustu milionów ludzi w XIV wieku, największe huragany i najbardziej niszczycielskie trzęsienia ziemi to ledwie przygrywki w porównaniu z tym, co opisuję w tej książce, z zagrożeniami, którym stawiamy czoła dzisiaj. To niebezpieczeństwa groźniejsze niż najmroczniejsze dni w dziejach ludzkości. Nazywamy je zagrożeniami egzystencjalnymi, bo są w stanie położyć kres istnieniu naszego gatunku raz na zawsze. Stanowią błędy nie do naprawienia, katastrofy zdolne przerwać naszą historię w pół zdania.
Zawsze żyliśmy w cieniu zagrożeń egzystencjalnych, tylko tego nie wiedzieliśmy. W ciągu czterech i pół miliarda lat istnienia naszej planety przynajmniej pięć razy nadeszły wielkie fale wymierania, wyniszczające właściwie całe życie na Ziemi, nierzadko podkreślane naturalnymi katastrofami na skalę światową. Uderzenia asteroid, eksplozje superwulkanów, a nawet promieniowanie gamma z kosmosu przypominają, że wszechświat nie jest bezpiecznym miejscem.
Zagłada dinozaurów sześćdziesiąt sześć milionów lat temu, wywołana głównie uderzeniem dziewięciokilometrowej asteroidy, była przypadkiem masowego wymierania. Wyginęło 99,9 procent gatunków, które kiedykolwiek żyły na Ziemi. Niektóre wyewoluowały w inne gatunki, ale większość, na przykład każdy inny gatunek z rodzaju Homo, z którym dzieliliśmy planetę, zwyczajnie wymarła. Podobny los może czekać i nas.
O ile wszechświat zawsze chociaż trochę chciał nas zabić, o tyle nowością jest, że możemy zniszczyć się sami, przez pomyłkę albo umyślnie. Tak zwane antropogeniczne, czyli spowodowane przez człowieka, zagrożenia egzystencjalne pojawiły się wraz z udaną próbą pierwszej broni jądrowej na poligonie Trinity w Nowym Meksyku 16 lipca 1945 roku. Bomba atomowa dała nam moc dokonania tego, co w przypadku większości gatunków istniejących przed nami zrobiła selekcja naturalna.
Wojna jądrowa jest jednak tylko pierwszym z antropogenicznych zagrożeń egzystencjalnych; pozostaje perspektywą zabójczą, ale nie przykuwa już tak naszej uwagi. Z każdym mijającym rokiem miliardy ton gazów cieplarnianych wytworzonych przez działalność ludzką trafiają do atmosfery, przyspieszając zmiany klimatyczne. Z biegiem czasu - i przy odrobinie pecha - globalne ocieplenie może zacząć zagrażać naszemu istnieniu. Jeszcze bardziej przerażające - i trudniejsze zarówno do przewidzenia, jak i do opanowania - są zagrożenia egzystencjalne spowodowane nowymi technologiami, takimi jak biologia syntetyczna lub sztuczna inteligencja, zdolnymi stworzyć niebezpieczeństwa trudne do wyobrażenia, niczym bomby wybuchające, zanim zorientujemy się, że zostały uzbrojone.
Jak duże jest ryzyko? Kanadyjski filozof John Leslie, który pomógł stworzyć dziedzinę badań nad zagrożeniami egzystencjalnymi dzięki swojej książce The End of the World, szacował prawdopodobieństwo, że ludzkość wyginie w ciągu następnych pięciu stuleci, na trzydzieści procent13. Nieodżałowany Stephen Hawking stwierdził w swojej ostatniej opublikowanej wypowiedzi, że nasz gatunek zbliża się do zagłady. Pisał: "Tak czy inaczej, uważam za niemal nieuniknione, że albo atomowa konfrontacja, albo ekologiczna katastrofa ogołoci Ziemię w ciągu najbliższego tysiąca lat"14. Na sympozjum zorganizowanym w 2008 roku przez Instytut Przyszłości Ludzkości (Future of Humanity Institute, FHI) Uniwersytetu Oksfordzkiego - jedną z wielu nowo powstałych grup akademickich badających zagrożenia egzystencjalne - eksperci ocenili, że ogólne ryzyko wymarcia ludzkości przed 2100 rokiem wynosi dziewiętnaście procent15. Może i oznacza to, że mamy ponad cztery piąte szans dożyć do XXII wieku, ale jak zauważa specjalista od zagrożeń egzystencjalnych Phil Torres, nawet dziewiętnastoprocentowe ryzyko wymarcia ludzkości w najbliższym stuleciu oznacza dla przeciętnego Amerykanina tysiąc pięćset razy większe prawdopodobieństwo, iż zginie w końcu świata niż w katastrofie lotniczej16.
Martin Rees, astronom królewski Wielkiej Brytanii i współzałożyciel Centrum Badań Zagrożeń Egzystencjalnych (Centre for the Study of Existential Risk, CSER) przy Uniwersytecie w Cambridge, podał w wydanej w 2003 roku książce, że szanse ludzkości na przeżycie do końca wieku są jak rzut monetą - pół na pół.
- Wystarczy parę osób albo nawet jedna, żeby przez pomyłkę albo celowo wywołać katastrofę o ogromnych, nawet globalnych reperkusjach - powiedział mi, gdy rozmawialiśmy w 2018 roku. - Zwykłem mawiać, że w globalnej wiosce muszą być wioskowe głupki - dodał. - A teraz daliśmy tym głupkom broń.
Rees ma rację, gdy skupia się głównie na ryzyku, że nowe technologie dadzą olbrzymią moc jednostkom i małym grupom o apokaliptycznych zamiarach. Zagrożenie katastrofami planetarnymi, takimi jak asteroidy i superwulkany, które wcześniej niszczyły życie na Ziemi, pozostaje niezmienne. Jednak sam fakt, że Homo sapiens przetrwał setki tysięcy lat, daje nam nadzieję, że będziemy mieli szczęście jeszcze do końca tego wieku, może nawet dłużej. Jeden z szacunków ocenia prawdopodobieństwo zagłady ludzkości spowodowanej katastrofą naturalną w następnym stuleciu na 0,15 procent - czyli bardzo mało, choć więcej od zera17. Mamy też dostęp do czegoś, czego nie miały dinozaury ani inne dawno wymarłe gatunki - naukowców i inżynierów, zdolnych bronić nas przed niebezpieczeństwami czającymi się nad niebem i pod ziemią, o ile damy im niezbędne środki i uprawnienia.
Jednak te same umysły, które mogą nas ochronić przed naturalnymi zagrożeniami dla istnienia ludzkości, powołały na świat całkiem nowe niebezpieczeństwa - technologiczne. Są one o wiele większe niż wszystko, co mogłaby nam zrobić planeta. Dopiero zaczynamy rozumieć, jak można z tych technologii korzystać i w jaki sposób mogą posłużyć do wyrządzenia szkód. Od istniejących zagrożeń antropogenicznych, takich jak broń jądrowa, odróżnia je to, że przynoszą nie tylko ryzyko, ale również korzyści. Biologia syntetyczna obiecuje możliwość stworzenia nieśmiertelnych organów, potężnych leków i roślin, którymi wyżywimy coraz gorętszą i gęściej zaludnioną planetę. Sztuczna inteligencja to być może najważniejszy wynalazek w dziejach ludzkości, a nawet ostatni, jakiego kiedykolwiek będziemy potrzebować. Są to technologie "podwójnego przeznaczenia" - te same odkrycia można wykorzystać zarówno w dobrej sprawie, by zwalczać inne zagrożenia egzystencjalne, jak i w złej. Bardzo możliwe, że nie rozpoznamy, które opcje są które, zanim będzie za późno. W dyskusji o końcu świata nie ma prostych odpowiedzi.
W 2017 roku odszedłem z "Time", żeby zacząć pracować nad książką, którą właśnie Państwo czytają. Moim celem było podnieść alarm w sprawie zagrożeń egzystencjalnych stojących przed naszym światem i zadać pytanie, jak możemy im zapobiec. Jednak gdy już zacząłem prowadzić badania i rozmawiać z ekspertami, ten temat pozostawał dla mnie w jakimś sensie nierzeczywisty, odległy, abstrakcyjny. To typowe dla badań zagrożeń egzystencjalnych. Ludzki umysł buntuje się na widok liczb - setki milionów ofiar, miliardy ofiar, kompletna zagłada. Zjawisko to określa się terminem scope neglect - "zaniedbanie skali". Jesteśmy psychologicznie niezdolni przejść od małych liczb, typowych dla naszych przeżyć, do olbrzymich, określających masowe unicestwienie. Józef Stalin zapewne nigdy nie wypowiedział przypisywanych mu słów: "Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka", co jednak nie zmienia ich prawdziwości. Traktowałem koniec świata jak statystykę, nie zmieniłem swojego podejścia, które przez tyle lat stosowałem jako reporter piszący o globalnym ociepleniu.
Zmiana przyszła, gdy zacząłem rozumieć najważniejszy fakt na temat zagrożenia egzystencjalnego: nie chodzi o nas. Chodzi o naszych synów, nasze córki, siostrzeńców i siostrzenice, wszystkie te bezimienne miliardy i biliony, które może przyjdą po nich - jeśli nasza historia nie skończy się teraz.
Filozof moralności z Oksfordu Derek Parfit zaproponował eksperyment myślowy. Niech sobie Państwo wyobrażą trzy perspektywy przyszłości. W pierwszej panuje pokój. W drugiej wybuchła wojna jądrowa, w której zginęło dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludności, a niedobitki próbują przetrwać. W trzeciej bomby atomowe zabijają sto procent ludności świata - każdego mężczyznę, każdą kobietę, każde dziecko, rodzaj ludzki zostaje doszczętnie wytępiony. Nie trzeba mieć doktoratu z Oksfordu, żeby stwierdzić, iż najlepsza jest ta pierwsza wizja, a ta trzecia - scenariusz zagłady - najgorsza. Większość ludzi instynktownie stwierdzi też, że różnica między pokojem a atomowym holocaustem, z którego ocalał tylko jeden procent ludzkości, jest o wiele większa niż różnica między śmiercią dziewięćdziesięciu dziewięciu procent a zagładą wszystkich. Wystarczy spojrzeć na liczby. Ale Parfit odrzucił ten wniosek. W 1984 roku pisał w Racjach i osobach: "Cywilizacja zaczęła się zaledwie kilka tysięcy lat temu. Jeżeli nie zniszczymy ludzkości, te kilka tysięcy lat może być zaledwie małym ułamkiem całej cywilizowanej historii człowieka. Różnica między [wariantami] (2) a (3) może być zatem różnicą między ową maleńką cząstką i całą resztą tej historii"18.
Jak to mówi slogan obrońców przyrody, wyginąć można tylko raz na zawsze19. Prawdziwą grozę końca świata mierzy się nie naszą śmiercią ani śmiercią wszystkich, których znamy i kochamy, nie śmiercią dzieci i wnuków, ale tym, że nie zaistnieje nikt z tych, którzy mieli przyjść po nich, którzy mieli żyć, kochać, podtrzymać nasz gatunek. Urzeczywistnienie zagrożenia egzystencjalnego to śmierć przyszłości.
Fundamentalna moralność każe nam ratować pojedyncze życie za wszelką cenę. Gdyby przed światem stało bezpośrednie egzystencjalne zagrożenie - na przykład gdyby w kierunku Ziemi leciała bardzo duża asteroida - zrobilibyśmy wszystko, co w naszej mocy, wydali wszystkie pieniądze, żeby spróbować ocalić mieszkające tu miliardy. Czy nie powinniśmy zatem odczuwać jeszcze potężniejszej motywacji, by ochronić przyszłe pokolenia, których kolej na naszej planecie dopiero przyjdzie (oczywiście jeśli jej najpierw nie zniszczymy albo nie pozwolimy, by została zniszczona przez naszą bezczynność)? Gdy weźmiemy pod uwagę przyszłość - całą przyszłość - stawka naszych obecnych działań staje się niewyobrażalnie olbrzymia. Możemy mieć przed sobą tysiące, dziesiątki tysięcy, nawet miliony lat cywilizacji, ale ta przyszłość zależy od nas, którzy żyjemy w chwili obecnej.
To właśnie czuję, gdy patrzę na zdjęcie swojej nowej rodziny. To przyszłość i przeszłość, które stały się namacalne w jednym momencie. Myślę o niekończącym się łańcuchu wydarzeń, które musiały zajść dawniej, żeby mój syn mógł zaistnieć. I o tym, co dzieje się dziś, żeby urzeczywistniła się cała przyszłość ludzkości. Łańcuch ten mógł się zerwać w dowolnym momencie, czy to przez chorobę, czy katastrofę, czy zwyczajnego pecha. Jeszcze całkiem niedawno na takie zerwanie - gdyby nasz gatunek wymarł, tak jak niezliczone inne przed nim - niewiele moglibyśmy poradzić. Nasi przodkowie nie potrafili odepchnąć asteroidy ani wymyślić szczepionki na morderczą chorobę, ale my potrafimy. Możemy żyć w ostatnich latach dziejów ludzkości - albo zaledwie na początku. Wybór i odpowiedzialność należą do nas.
Na kolejnych stronach przedstawię przegląd zagrożeń egzystencjalnych i wyznaczę drogę do przetrwania. Przyjrzę się zagrożeniu ze strony asteroid i komet, zapoluję z astronomami na obiekty bliskie Ziemi, które mogłyby odebrać nam przyszłość na tej planecie. Zbadam niedoceniane zagrożenie ze strony superwulkanów, które już wielokrotnie niszczyły życie na Ziemi, w tym także superwulkanu pod najstarszym parkiem narodowym w Stanach Zjednoczonych. Pojadę do kolebki zagrożeń antropogenicznych - na poligon Trinity w Nowym Meksyku, na którym zrodziło się straszliwe piękno. Zrelacjonuję od wewnątrz historię konferencji klimatycznych, bezskutecznie próbujących zahamować przerażające tempo globalnego ocieplenia, zapytam, ile właściwie teraźniejszość jest winna przyszłości. Podzielę się przeżyciami z pierwszej globalnej epidemii XXI wieku i wyjaśnię, jakim cudem zwykły wirus może wywołać chaos w połączonym świecie. Spojrzę przez ramię naukowcom odmieniającym życie za pomocą biologii syntetycznej, zapytam, czy powstanie hiperinteligentnej sztucznej inteligencji (SI) powinniśmy przyjąć z optymizmem, lękiem czy ze zwykłym powątpiewaniem. Będę szukał pozaziemskich cywilizacji i wskazówek na temat naszego losu, jakie może podsunąć milczący jak dotąd kosmos. Wyjaśnię wreszcie, w jaki sposób nasz gatunek może przetrwać to, czego nie da się przetrwać, jeśli egzystencjalna katastrofa w końcu nadejdzie.
Postawmy sprawę jasno: jesteśmy w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Jednak zagrożenia egzystencjalne, o których mowa na kolejnych stronach niniejszej książki, zmobilizowały oddanych sprawie naukowców i ekspertów, dokładających wszelkich starań, żeby ochronić naszą przyszłość przed końcem świata. Utworzono nowe organizacje, by badały podobne groźby na przecięciu wielu dyscyplin: Instytut Przyszłości Ludzkości na Oksfordzie, Centrum Badań Zagrożeń Egzystencjalnych przy Uniwersytecie w Cambridge, Instytut Przyszłości Życia (Future of Life Institute) w Bostonie. Walka z zagrożeniami egzystencjalnymi nie polega tylko na tym, żeby wymyślić coś, co zatrzyma asteroidę, albo zagwarantować dobrotliwą i pokojową naturę naszych przyszłych robotycznych władców. To praca wymagająca wprowadzenia nowego typu metody naukowej, gotowości do zmagań z niewiadomymi na skalę planetarną i liczbami na poziomie kosmosu. Myśliciele tacy jak Nick Bostrom, Anders Sandberg, Milan Ćirković, Olle Häggström i inni rzucili nowe światło na ostateczny los istot ludzkich, temat mniej zbadany niż życie skromnego żuka gnojaka, choć przecież tak oczywiście ważny20. Ich osiągnięcia zainspirowały powstanie niniejszej książki, będę do nich wielokrotnie wracał na jej kartach.
Jeśli mamy się uratować, musimy myśleć o tym, czego rozum nie ogarnie; nie tylko zrozumieć przyszłość, ale też poczuć jej ciężar. Największe wyzwanie egzystencjalne, jakie stoi przed nami, należy nie do sfer techniki ani polityki, a do sfery myślenia. Musimy wierzyć, że koniec świata może nadejść, a jednocześnie wierzyć, że możemy coś z tym zrobić. Ale jak dotąd wychodzi nam to słabo.
"The Bulletin of the Atomic Scientists" (BAS) to czasopismo akademickie założone po II wojnie światowej przez kilku współtwórców bomby atomowej. W 1947 roku zadanie stworzenia okładki jego pierwszego numeru powierzono rysowniczce Martyl Langsdorf. Jej strach przed tą nową bronią znalazł wyraz w jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli zimnej wojny - zegarze zagłady, którego wskazówki zbliżają się do północy.
Od 1947 roku autorzy BAS przesuwali wskazówki zegara, by pokazać - w uproszczony, ale skuteczny sposób - jak bliski może być koniec świata. W 1949 roku przesunęły się na trzy minuty do północy w odpowiedzi na pierwszy udany test bomby atomowej w Związku Radzieckim, od którego rozpoczął się atomowy wyścig zbrojeń. Gdy Waszyngton i Moskwa podpisały w 1963 roku układ o zakazie prób broni nuklearnej w atmosferze, w przestrzeni kosmicznej i pod wodą, wskazówki cofnęły się do za dwanaście dwunasta. O ile przez pierwsze dziesięciolecia swojego istnienia zegar opisywał wyłącznie zagrożenie atomowym holocaustem, o tyle nie przestał mierzyć czasu po zakończeniu zimnej wojny, dziś zaś uwzględnia też nowe zagrożenia ze strony zmian klimatu i technologii. Zegar zagłady to najbliższy odpowiednik termometru ryzyka egzystencjalnego, jaki jest obecnie dostępny.
Jesienią każdego roku Komitet do spraw Nauki i Bezpieczeństwa BAS - grupa wybitnych naukowców i specjalistów od obronności - spotyka się, by zadać pytanie: czy ludzkość jest w tym roku bezpieczniejsza niż w ubiegłym, czy przeciwnie? I czy jest bezpieczniejsza w porównaniu z historycznymi wskazaniami zegara, czy też nie? Zegar jest symbolem bardzo nieprecyzyjnym - opisuje ryzyko egzystencjalne za pomocą sześćdziesięciu interwałów - ale jego ponurej skuteczności nie da się nie podważyć. Właśnie dlatego jeden z pierwszych wyjazdów podczas pracy nad książką zaprowadził mnie do Waszyngtonu, gdzie 25 stycznia 2018 roku byłem świadkiem, jak redakcja BAS przedstawia w National Press Clubie nowe wskazanie zegara zagłady. Nie było rozczarowań.
- Nasza ocena jest bardzo złowroga - ogłosiła światu Rachel Bronson, przewodnicząca i prezes "The Bulletin of the Atomic Scientists". - Jesteśmy dziś dwie minuty przed północą.
Tylko w 1953 roku, po tym, jak USA i ZSRR zdetonowały pierwsze bomby wodorowe - narzędzia masowej zagłady o wiele potężniejsze od atomowych bomb zrzuconych na Hirosimę i Nagasaki - zegar był równie blisko pełnej godziny. Budowa muru berlińskiego, kryzys kubański, wojna w Wietnamie - nic z tego nie było równie wielkim zagrożeniem dla dalszego istnienia rodzaju ludzkiego, jak wydarzenia 2017 roku, przynajmniej zdaniem wskazówek na okładce BAS. Eksperci "The Bulletin of the Atomic Scientists" powoływali się na wiele czynników: atomowy przełom w Korei Północnej, niepewność co do dalszych losów porozumienia nuklearnego z Iranem, plany wycofania się Stanów Zjednoczonych z paryskiego porozumienia klimatycznego, rozprzestrzenienie się hakowania, wreszcie nieprzewidywalnego prezydenta Donalda Trumpa. Ważniejsze jednak od przyczyn przesunięcia zegara - w końcu ze wszystkimi można się spierać - jest to, jak niewiele zostało czasu.
- Żyjemy w groźnych, niebezpiecznych czasach - powiedziała mi Bronson po odsłonięciu zegara. - To nie jest zimna wojna, jaką pamiętają pana rodzice.
Gdyby to był film, Bronson i jej koledzy ogłaszaliby swoje alarmujące wieści tłumowi dziennikarzy w stolicy kraju. Kanały informacyjne przerwałyby program, żeby pokazać konferencję na żywo, a redakcje gazet zaczęłyby odkurzać czcionki do wojennych nagłówków. Zegar zagłady opisuje los całej ludzkości, wszystkich siedmiu i pół miliarda z nas, a także tych, którzy dopiero mogą zaistnieć. Nic na świecie nie powinno być ważniejsze.
A jednak tamtego styczniowego poranka w Loży imienia Pierwszej Poprawki w National Press Clubie była ze mną na widowni tylko garstka przedstawicieli prasy, padło też jedynie kilka pytań. Media nie przemilczały nowego zegara - w końcu strach dobrze się sprzedaje - jednak dla większości stacji i redakcji był to tylko jeszcze jeden news z pogrążającego się w szaleństwie świata, natychmiast przyćmiony następnym doniesieniem, kolejnym skandalem.
Gdy wychodziłem tego ranka z Press Clubu, już w recepcji widziałem, jak zaczynają o tym zapominać. Na ekranach wiszących tam telewizorów leciały programy stacji informacyjnych. W centrum uwagi było to, jak poradzi sobie Trump na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w Szwajcarii, że popyt na iPhone'y spada, co nowego w sondażach przedwyborczych. Na jednym z ekranów dziewięćdziesięcioczteroletni Henry Kissinger, duch z czasów, gdy poprzednim razem groziła nam zagłada, próbował wychrypieć zeznania przed senacką komisją do spraw sił zbrojnych. Zegar tykał - nasz zegar, mierzący nasz czas. Nikogo to nie obchodziło.
A musi obchodzić. Nie możemy poddać się apatii, tak samo jak nie może nami zawładnąć panika ani rozpacz. Stoją przed nami olbrzymie wyzwania, z których tak wiele sami sobie zgotowaliśmy. Jesteśmy jednak w stanie je pokonać, dla dobra własnego i przyszłych pokoleń. Wiem, o jaki świat walczę. Mogę mu spojrzeć w oczy. Wszyscy razem możemy zaś zacząć walczyć - najpierw spoglądając w niebo.
1
Wszechświat próbuje nas zabić
Niniejsza książka omawia temat zagłady ludzkości, nie można jednak do niego podejść, nie rozważywszy najpierw wyginięcia innej grupy zwierząt, których władza nad światem też wydawała się kiedyś niezagrożona - dinozaurów. Dinozaury istniały na świecie przez sto osiemdziesiąt milionów lat1, setki razy dłużej niż Homo sapiens, a potem spotkał je nagły i straszliwy koniec. Dla nas ważne jest nie tylko to, że wymarły, ale także to, jak do tego doszło. Skamieliny są kroniką katastrofy, w której być może czytamy o własnej przyszłości.
Około sześćdziesięciu sześciu milionów lat temu, w okresie, który dziś nazywamy późną kredą, orbita pewnej asteroidy przecięła się z torem Ziemi. Asteroidy wcale nie są rzadkością - wraz z naszą planetą krążą wokół Słońca setki tysięcy tych skalnych i metalowych brył, pozostałych z czasów młodości Układu Słonecznego. Ta, o której mówimy, liczyła dziesięć kilometrów średnicy, była więc nadzwyczaj duża, wciąż jednak malutka w porównaniu z naszą planetą - jak szklana kulka do gry obok piłki plażowej. Gdy jednak zetknęła się z Ziemią, przeleciała przez jej atmosferę pod bardzo ostrym kątem, niczym olimpijczyk skaczący do wody, i uderzyła w tereny dzisiejszego Meksyku z prędkością niemal dwudziestu kilometrów na sekundę - dwadzieścia razy szybciej od wystrzelonej kuli karabinowej2. Jej tarcie o atmosferę rozgrzało powietrze, zmieniając je w błękitną rozpaloną plazmę3. Trzeba było zaledwie dwudziestu sekund, by skała rozbiła się o powierzchnię morza.
Ocean w punkcie uderzenia był płytki. Po przebiciu powierzchni asteroida przeszła też przez dno i skorupę ziemską, zagrzebując się w rozgrzane do czerwoności strumienie podziemnej magmy. Energia wyzwolonej przy tym eksplozji była równa detonacji stu milionów ton trotylu, ponad sześć i pół tysiąca razy potężniejsza niż bomba atomowa zrzucona na Hirosimę. Sąsiednie wybrzeża zalało megatsunami. Ponad tysiąc metrów sześciennych skał natychmiast wyparowało i zostało wyrzucone w powietrze, wyrywając dziurę w atmosferze planety. Część tego gruzu skondensowała się następnie w kulki wielkości ziarnka piasku, zwane sferulami. Na każdy centymetr sześcienny powierzchni Ziemi spadło ich przeszło półtora tysiąca. Ciepło wypromieniowywane przez rozgrzane powietrze wywołało pożary na całym świecie, wypalając większość albo całość biomasy na lądzie. Dziesięć centymetrów oceanów na Ziemi rozgrzało się do wrzenia.
- Po uderzeniu asteroidy wszystko na powierzchni zaczęło płonąć jak w piecu z włączonym opiekaczem - powiedział mi Brian Troon, badacz atmosfery z Uniwersytetu Kolorado w Boulder, który poświęcił wiele lat na studiowanie następstw tej wielkiej kolizji. - Dinozaury upiekły się żywcem.
Dinozaury padły ofiarą przede wszystkim katastroficznego pecha. Jak za chwilę zobaczymy, różne obiekty z kosmosu uderzają w Ziemię niemal bez przerwy, jednak ryzyko, że trafi nas coś o rozmiarach asteroidy Chicxulub - która otrzymała nazwę współczesnego meksykańskiego miasteczka położonego obok olbrzymiego podwodnego krateru pozostawionego przez jej uderzenie - jest mikroskopijne. To był pierwszy pechowy moment. Możliwe, że nawet skała o tak wielkich rozmiarach nie wytępiłaby dinozaurów, gdyby nie uderzyła dokładnie w tym punkcie. Na dnie morza w miejscu upadku znajdowało się wyjątkowo dużo siarki, której kropelki uniosły się w powietrze wraz z obłokiem pyłów wyniesionym przez asteroidę. Siarka odbija światło słoneczne, więc chmura pyłu, siarki oraz olbrzymich ilości sadzy nie pozwoliła Słońcu na ogrzanie Ziemi. Temperatura na powierzchni planety gwałtownie spadła, potencjalnie nawet o dwadzieścia siedem stopni Celsjusza na lądzie i dwadzieścia nad oceanem. Przez długi czas po upadku asteroidy - może nawet dwa lata - ciemność była tak zupełna, że rośliny właściwie straciły zdolność do fotosyntezy, do jedzenia pozostało więc tylko to, co już leżało na ziemi i pod powierzchnią wód.
- Poziom nasłonecznienia spadł na parę lat poniżej jednego procenta - mówi Troon. - W tak ekstremalnej sytuacji zwierzęta i rośliny nie mogą tego niczym zrekompensować.
To był drugi pech - i ostatni, jaki przydarzył się dinozaurom. Chociaż uderzenie asteroidy samo w sobie z pewnością było straszliwe, zwłaszcza w okolicach punktu kolizji, prawdziwą przyczyną zagłady dinozaurów oraz około trzech czwartych zwierząt i roślin żyjących wówczas na Ziemi był globalny brak światła słonecznego, a przez to pokarmu. Niszczycielskie przemiany środowiskowe zaszły szybciej, niż żywe stworzenia były w stanie się do nich przystosowywać, i zgładziły wszystko, co nie mogło się schować w norach. Gdyby obiekt podobnych rozmiarów uderzył w naszą planetę dzisiaj, najprawdopodobniej też zginęlibyśmy właśnie od tego - chyba że bylibyśmy dość zmyślni, by się uratować.
Opowieść o asteroidzie, która zabiła dinozaury, tak głęboko zagnieździła się w naszej wyobraźni jako symbol naturalnej apokalipsy, że bardzo łatwo zapomnieć, jak niedawno pojawiła się ta teoria. Asteroidę przecinającą orbitę Ziemi po raz pierwszy zaobserwowano w 1932 roku, a gdy Neil Armstrong i Buzz Aldrin chodzili po powierzchni Księżyca w 1969 roku, naukowcy dopiero zaczynali rozumieć, że kratery na powierzchni naszego satelity to ślady uderzeń kosmicznych skał.
Na Ziemi geolodzy wciąż trzymali się kurczowo teorii uniformitarianizmu. Brzmi to jak nazwa mało znanego odłamu protestantyzmu, chodzi jednak o założenie, że widziane dzisiaj struktury geologiczne - oceany, kratery, góry - powstały w wyniku ciągłych, stopniowych procesów takich jak erozja. Podobnie myślano o wymieraniu - zdaniem większości ówczesnych naukowców odbywało się ono stopniowo, a nie nagle i masowo. Dopiero w 1980 roku fizyk Luis Alvarez i jego syn geolog Walter Alvarez opublikowali wyniki badań dowodzących, iż glina w skałach osadowych z końca kredy zawiera niezwykle wysokie stężenie irydu, pierwiastka spotykanego znacznie częściej w asteroidach niż w skorupie ziemskiej. Iryd był jak odcisk palca podejrzanego na narzędziu zbrodni. Alvarezowie wyciągnęli wniosek, że przyczyną wyginięcia dinozaurów było uderzenie olbrzymiej asteroidy lub komety4.
Chociaż niektórzy wciąż uważają, że głównym powodem zagłady wielkich gadów były olbrzymie erupcje wulkaniczne - czemu przyjrzymy się w następnym rozdziale - teoria o asteroidzie została zaakceptowana przez większość naukowców, zwłaszcza po przebadaniu podwodnej części krateru Chicxulub w 2001 roku5. Badania Alvarezów pozwoliły też odrzucić uniformitarianizm - naukowcy zrozumieli, że obok powolnych, powszednich procesów geologicznych Ziemia bywała też kompletnie przekształcana przez nagłe katastrofy, stąd nazwa nowej teorii katastrofizmu. Skoro zaś jakaś katastrofa przydarzyła się raz, może się przecież powtórzyć.
Dinozaury są ikoną kompletnego wyginięcia, a ich niszczycielka stała się symbolem wszechświata, który - cytując astrofizyka Neila deGrasse'a Tysona - "próbuje nas zabić"6. W odróżnieniu od części pozostałych naturalnych zagrożeń egzystencjalnych, o których mowa w tej książce, asteroidy pewnie będziemy w stanie przewidzieć, co czyni je tylko jeszcze bardziej złowrogimi, choć sam kataklizm potrwałby zaledwie moment. Nic dziwnego, że kosmiczne skały stały się ulubionym naturalnym zabójcą Hollywoodu. Wprawdzie to tylko bryły kamienia i metalu, jednak z natury rzeczy doskonale pasują do filmowych fabuł.
Wyróżnia je coś jeszcze. W przeciwieństwie do większości zagrożeń egzystencjalnych - zwłaszcza naturalnych - potrafimy się przed nimi obronić. Astronomowie są w stanie wykryć asteroidy, które mogłyby przeciąć orbitę Ziemi - nazywamy je obiektami bliskimi Ziemi - i wytyczyć ich trasę na lata, a nawet dziesięciolecia przed potencjalną kolizją. Jeśli zaś któraś z nich rzeczywiście stałaby się zagrożeniem, w teorii wiemy, jak zmienić jej tor, nim zagrozi życiu na naszej planecie. Jak powiedział mi Tom Jones, doświadczony astronauta z NASA, który w pracy akademickiej zajmował się wykrywaniem asteroid:
- Uczymy się zmieniać to, jak działa Układ Słoneczny, by ochronić nasz gatunek.
Sześćdziesiąt sześć milionów lat temu, gdy asteroida z Chicxulub leciała wytępić dinozaury, mogły one tylko wyginąć. Gdyby obiekt bliski Ziemi o podobnych rozmiarach uderzył ponownie w czasach dominacji naszego gatunku, też bylibyśmy bezradni - aż do dziś. Potrafimy już zmienić mechanikę sfer niebieskich, by zadbać o swoje bezpieczeństwo i przyszłość. Jesteśmy w stanie ocalić świat - przynajmniej od tego zagrożenia - jeśli zaczniemy działać już teraz.
Ludzkość po raz pierwszy mogła odczuć zagrożenie ze strony obiektów bliskich Ziemi 24 marca 1993 roku, gdy troje astronomów z obserwatorium Palomar pod Los Angeles odkryło kometę na kursie kolizyjnym z naszą planetą. Tamtej nocy w górach południowej Kalifornii wiał silny wiatr, a burzowe chmury utrudniały obserwację nieba. Geolog Eugene Shoemaker, jego żona Carolyn, pracująca jako astronom, i ich kolega David Levy prowadzili wieloletnią obserwację obiektów bliskich Ziemi - drobiazgowe poszukiwania asteroid, komet i wszystkiego innego, co byli w stanie znaleźć w naszym Układzie Słonecznym. Ich szanse na wypatrzenie czegokolwiek były raczej marne - najlepsze warunki na obserwację są przy bezchmurnym niebie i bezwietrznej pogodzie, czego nie dało się powiedzieć o 24 marca7. Nawet dziś, gdy mamy do dyspozycji aparaty cyfrowe i oprogramowanie śledzące ruch, odkrywanie i katalogowanie asteroid jest w równym stopniu nauką co sztuką, wymagającą zresztą wielkiej drobiazgowości. Na początku lat dziewięćdziesiątych w użyciu wciąż były klisze analogowe. Poszukiwacze asteroid wymierzali teleskopy w jakąś część nieba, a następnie fotografowali ją z wielominutowym czasem naświetlania. Potem porównywali otrzymane obrazy w nadziei odnalezienia jakiegoś ciała niebieskiego poruszającego się na tle gwiazd i planet. Zła pogoda nie była ostatnią przeszkodą - kilka dni wcześniej Shoemakerowie i Levy zorientowali się, że ich bardzo czuły, drogi film fotograficzny, kosztujący niemal cztery dolary za klatkę, przypadkiem został narażony na działanie światła. Do użytku nadawał się tylko środek każdej kliszy. Czy w ogóle był sens marnować drogocenne resztki dobrego filmu w tak pochmurną noc?
Eugene Shoemaker - lepiej znany jako Gene - stał się legendą w kręgach poszukiwaczy asteroid. Jako jeden z pierwszych naukowców stwierdził, że kratery obecne w wielu miejscach Ziemi są dowodem na zderzenia naszej planety z asteroidami i kometami8. Nawet Gene, znany z wytrwałości, skłaniał się w obliczu fatalnej pogody i kosztu filmu do przerwania prac. Levy powiedział jednak, że równie dobrze mogą zużyć uszkodzone klisze - jeśli warunki się nie poprawią, to przynajmniej nie zmarnują nienaświetlonego filmu. Gene w końcu dał się przekonać. Zanim zrobiło się zbyt pochmurno, by kontynuować obserwację, Levy sfotografował trzy części nieba, które ekipa miała nadzieję porównać do wcześniejszych zdjęć9.
Po wywołaniu klisz Carolyn zaczęła je drobiazgowo badać - po dwie naraz - pod stereomikroskopem, dzięki któremu każdy ruchomy element obrazu taki jak asteroida wydawał się wyżej niż gwiazdy w tle. Historia Carolyn jest wyjątkowo inspirująca. Nim została astronomem, przez wiele lat była żoną i gospodynią domową Gene'a. W wieku pięćdziesięciu jeden lat spędzała noce, szukając asteroid w obserwatoriach Palomar i Uniwersytetu Północnej Arizony. Gdy następnego dnia oglądała kolejną parę zdjęć, dostrzegła coś kilka stopni od Jowisza.
- Nie wiem, co to jest - powiedziała Gene'owi i Levy'emu - ale wygląda jak zgnieciona kometa.
W toku swojej kariery Carolyn Shoemaker odkryła ponad pięćset asteroid i trzydzieści dwie komety10. Żadna z nich nie była jednak równie ważna, jak obiekt, który wypatrzyła tego wieczoru. Gene i Levy rzeczywiście sfotografowali, a Carolyn rzeczywiście wypatrzyła kometę - później nazwaną Shoemaker-Levy 9, ponieważ była dziewiątą odkrytą przez ich zespół. Wydawała się zgnieciona, rozbiły ją bowiem na części siły działające w polu grawitacyjnym Jowisza, kiedy mijała go w 1992 roku. Nawet rozbita na kawałki kometa pozostaje jednak niebezpieczna, a resztki Shoemaker-Levy 9 były właśnie na kursie kolizyjnym z największą planetą naszego Układu Słonecznego.
16 lipca 1994 roku, obserwowane przez teleskopy całego świata oraz sondy Galileo, przelatującej wówczas ponad dwieście czterdzieści milionów kilometrów od Jowisza, czołowe fragmenty Shoemaker-Levy 9 zaczęły uderzać o powierzchnię gazowego olbrzyma11. Był to pierwszy raz, gdy astronomowie mogli bezpośrednio obserwować zderzenie dwóch obiektów pozaziemskich w naszym Układzie Słonecznym. Widowisko zdecydowanie ich nie rozczarowało. Większość fragmentów komety miała średnicę przynajmniej dwóch kilometrów i podróżowała z prędkością dwustu tysięcy kilometrów na godzinę - to wystarczająco, by przelecieć nad kontynentalną częścią Stanów Zjednoczonych w nieco ponad minutę. Jeden z fragmentów Shoemaker-Levy 9 uderzył w Jowisza z siłą równą eksplozji sześciu milionów megaton trotylu, setki razy większą niż łączna moc wszystkich atomowych arsenałów świata u szczytu ich wielkości12. Kolizje tworzyły kule ognia o wysokości niemal trzech tysięcy kilometrów - to więcej niż trzysta Mount Everestów - z płomieniami o temperaturze nawet dwudziestu czterech tysięcy stopni Kelvina13. Wielkie ciemne ślady zderzenia miały średnicę do dwunastu tysięcy kilometrów, można było je dostrzec z Ziemi nawet za pomocą dziecinnego teleskopu14.
Zderzenie Shoemaker-Levy 9 z Jowiszem było dla astronomów bezprecedensowym pokazem kosmicznych fajerwerków o mocy tak wielkiej, że trwale przechyliły cieniutkie pierścienie planety niczym kask futbolisty przetrącony przez niespodziewany atak przeciwnika15. Gdy czterokilometrowy fragment uderzył w planetę, eksplodował z jasnością, która oślepiła wiele działających w podczerwieni teleskopów obserwujących zdarzenie. A jednak gdyby Carolyn Shoemaker nie zauważyła "zgniecionej komety" - albo gdyby David Levy nie przekonał reszty zespołu, żeby pracowali w tę chłodną, pochmurną noc - naukowcy być może w ogóle nie zauważyliby tej kolizji.
Shoemaker-Levy 9 to jednak nie tylko naukowy przełom. Jowisz jest największą planetą Układu Słonecznego, tak wielką, że można by w niej zmieścić Ziemię tysiąc trzysta razy i jeszcze mieć trochę luzu. Jeśli w ogóle mamy w naszej okolicy ciało tego rodzaju zdolne po prostu przyjąć bez szkód uderzenie komety, byłby to właśnie on. Przed zderzeniem naukowcy zastanawiali się, czy Shoemaker-Levy 9 nie zniknie po prostu w odmętach gazowego olbrzyma. A jednak jeszcze kilka miesięcy później blizny pozostawione przez kometę były widoczne bardziej niż nawet tak zwana wielka czerwona plama - olbrzymi cyklon w atmosferze planety, dwa razy większy od Ziemi. Wyobraźmy sobie scenę w filmie, w której nowy więzień wszczyna bójkę z największym, najgroźniejszym skazańcem w całym więzieniu i spuszcza mu kompletny łomot. Jeśli kosmiczne zderzenie mogło wyrządzić takie szkody Jowiszowi, to co dopiero naszej małej błękitnej planecie! Nagle Układ Słoneczny zdał się znacznie bardziej niebezpiecznym miejscem.
Ekspertów przejętych zagrożeniem ze strony obiektów bliskich Ziemi zaczęło przybywać jeszcze przed odkryciem Shoemaker-Levy 9, po publikacji odkryć Alvarezów oraz gdy w 1989 roku osiemsetmetrowa asteroida przeleciała w odległości zaledwie ośmiuset tysięcy kilometrów od naszej planety16. W 1990 roku amerykański Kongres zawarł w uchwale o budżecie NASA nakaz, by agencja przygotowała raport na temat obiektów bliskich Ziemi oraz metod ich śledzenia i powstrzymywania. Gdy jednak kilka miesięcy później wiceprezydent Dan Quayle poparł pomysł zakupu przez rząd federalny teleskopów na potrzeby obserwacji potencjalnie niebezpiecznych asteroid - oraz niszczenia ich za pomocą zmodyfikowanej wersji zaprojektowanego do zestrzeliwania rakiet balistycznych Systemu Obrony Strategicznej - stało się to nie częścią polityki państwowej, tylko puentą dowcipów17. Myśl o obronie planetarnej prześladował "giggle factor"18 - ten zupełnie naukowy temat wydawał się zwyczajnie śmieszny i nie traktowano go poważnie. Shoemaker-Levy 9 zadziałała jak lekcja poglądowa, dzięki której udało się to zmienić.
- Uświadomiliśmy sobie nagle, że uderzenia asteroid wpływały na ewolucję życia na Ziemi - powiedział Steve Larson, badacz uczestniczący w programie Catalina Sky Survey przy Uniwersytecie Arizony, jednym z pierwszych przedsięwzięć naukowych skupiających się na poszukiwaniu obiektów bliskich Ziemi.
Nawet Hollywood, któremu po zakończeniu zimnej wojny brakowało scenariuszy katastrofy na skalę planetarną, wziął się do działania. Dwa filmy o próbach powstrzymania zderzenia, które spowodowałoby zagładę ludzkości, ukazały się w kinach latem 1998 roku, w odstępie zaledwie dwóch miesięcy. Dzień zagłady - przypominam, bo całkiem prawdopodobne, że wyparli go państwo z pamięci - opowiada o zderzeniu z kometą, a w napisach podano, że Gene i Carolyn Shoemakerowie pracowali przy nim jako konsultanci. Armageddon to film z Benem Affleckiem i Bruce'em Willisem, którzy grają specjalistów od odwiertów naftowych zwerbowanych przez NASA, by wywiercili dziurę w nadlatującej asteroidzie, a potem zdetonowali w jej środku bombę atomową. Tak bardzo zniesmaczył krytykę, że reżyser Michael Bay - dla którego robienie filmów odrzucanych przez krytyków to chleb powszedni - piętnaście lat później przeprosił za to, że go stworzył19 (w komentarzach do wersji DVD Affleck roztropnie zauważa, że najprawdopodobniej łatwiej przeszkolić astronautów w prowadzeniu odwiertów naftowych niż vice versa). Obraz i tak zarobił pięćset pięćdziesiąt trzy miliony dolarów - Dzień zagłady tylko trzysta czterdzieści dziewięć milionów. Oba filmy widziałem w kinie.
W tym samym roku, w którym trafiły na ekrany, NASA powołała program badań obiektów bliskich Ziemi i w myśl poleceń Kongresu drastycznie zwiększyła swój udział w projekcie Spaceguard Survey, którego założeniem było w ciągu dziesięciu lat odkryć i zacząć śledzić przynajmniej dziewięćdziesiąt procent potencjalnie niebezpiecznych obiektów bliskich Ziemi o średnicy powyżej kilometra. Uderzenie czegoś równie dużego mogłoby spowodować zniszczenia na skalę kontynentalną albo nawet planetarną. W dziedzinie, w której przekroczenia budżetu i opóźnienia są normą, NASA niemal udało się osiągnąć ten cel na czas - ostatecznie potrwało to do 2010 roku. Ponieważ ruchy ciał niebieskich są przewidywalne, jeśli mamy dość danych, naukowcy mogą prognozować, jakie orbity przyjmą zidentyfikowane asteroidy w ciągu następnych dziesięcioleci, i określić, czy istnieje ryzyko, że zderzą się w tym czasie z Ziemią.
Wyniki badania przyniosły wszystkim ulgę. Członkowie Spaceguard oraz współpracujący z projektem astronomowie z całego świata pozwolili nam z całą pewnością stwierdzić, że naszej cywilizacji nie grozi zagłada ze strony asteroidy w stylu Armageddonu, przynajmniej w przewidywalnej przyszłości. Nie powinniśmy jednak spocząć na laurach. Chociaż NASA namierzyła niemal wszystkie większe obiekty bliskie Ziemi - jest ich prawie dwa tysiące20 - w 2005 roku Kongres nakazał odnalezienie do 2020 roku przynajmniej dziewięćdziesięciu procent niebezpiecznych ciał, większych niż sto czterdzieści metrów, co okazało się znacznie trudniejsze. Zderzenie z małą asteroidą raczej nie zagraża cywilizacji, ale z łatwością może zniszczyć miasto, a nawet większą powierzchnię. Całkiem przy tym prawdopodobne, że nawet jej nie zobaczymy, nim będzie o wiele za późno, by zmienić jej tor albo chociaż ewakuować mieszkańców strefy zagrożenia.
- To jedyne naturalne zagrożenie, które da się przewidzieć i powstrzymać - mówi Clemens Rumpf, badacz z Uniwersytetu Southampton zajmujący się uderzeniami asteroid. - Ale musimy wiedzieć, że asteroida się zbliża.
Żeby tak się stało, musimy zwiększyć o miliony dolarów wydatki na obronę planety. Częścią takiego przedsięwzięcia musi być misja próbnego śledzenia i zmiany toru asteroidy w przestrzeni kosmicznej. Dzięki temu zyskalibyśmy pewność, że w sytuacji, gdy konieczne będzie uratowanie Ziemi, przynajmniej mamy za sobą jazdę próbną. Koszt byłby większy niż środki obecnie przeznaczane rocznie przez NASA na obronę planetarną, wynoszące około sześćdziesięciu milionów dolarów21, jednak w sprawach zagrożeń egzystencjalnych warto wydać więcej, by zmniejszyć nawet minimalne ryzyko dla planety. Największym problemem jest nie to, ile możemy wydać, ale co potrafimy sobie wyobrazić.
- Nie ma technicznych przeszkód powstrzymujących nas przed bronieniem się - mówi Franck Marchis, starszy astronom planetarny i ekspert od asteroid w Instytucie SETI w Dolinie Krzemowej. - Wiemy, jak się bronić. Po prostu nigdy nie próbowaliśmy.
Żeby zrozumieć zagrożenie ze strony obiektów bliskich Ziemi, musimy najpierw zrozumieć, czym są i skąd się wzięły. Nasz Układ Słoneczny powstał około 4,6 miliarda lat temu, gdy z chmury gazu i pyłu zwanej mgławicą przedsłoneczną powstało Słońce. W ciągu stu milionów lat masa, która pozostała po powstaniu gwiazdy, zaczęła łączyć się w bryły. Planety, w tym nasza, powstały w wyniku procesu gromadzenia się tego pyłu, niczym zamki z piasku budowane ziarnko po ziarnku.
W swojej młodości Ziemia była dziką planetą, która przeżyła deszcz asteroid i uderzenia komet. Niedługo po jej powstaniu zderzyło się z nią ciało niebieskie o rozmiarach Marsa, wyrzucając miliardy kawałków skał i stopionej lawy w kosmos. Część z nich po pewnym czasie wystygła i utworzyła kulę, która stała się naszym Księżycem22. To było jednak tylko jedno z wielkich uderzeń - od 4,5 do 3,9 miliarda lat temu Ziemię, Księżyc i wiele innych planet Układu Słonecznego raz po raz trafiały kosmiczne skały. Okres ten nazywa się wielkim bombardowaniem. Na podstawie dowodów widocznych na powierzchni Księżyca - gdzie nie ma wody ani powietrza, które mogłyby spowodować erozję pustych kraterów - można sądzić, że o Ziemię uderzyło ponad dwadzieścia tysięcy asteroid lub komet, pozostawiających kratery o średnicy od dziesięciu do stu kilometrów23. Jak pisze w swojej książce Apocalyptic Planet Craig Childs, wielkie bombardowanie było "tym, do czego porównuje się wszystko inne, apokalipsą niemającą porównania w dziejach Ziemi"24. Wśród zniszczenia wciąż trwało jednak tworzenie. Część komet mogła przynieść na jałową Ziemię wodę, a także oparte na węglu cząsteczki, które leżą u podstawy życia. Choć w przyszłości asteroidy i komety mogą stanowić olbrzymie zagrożenie, może bez nich nigdy by nas nie było.
Nawet gdy Układ Słoneczny w końcu się ustatkował i wszedł w spokojny wiek średni, w kosmosie wciąż pozostały miliony skalnych i metalowych brył, unoszące się w próżni niczym puzzle, na które zabrakło miejsca w układance. To właśnie asteroidy i komety. Komety składają się ze skał, zamarzniętych gazów i lodu - ich charakterystyczne ogony powstają wówczas, gdy pod wpływem Słońca część lecącej komety sublimuje i uwalnia cząstki pyłu, które potem się za nią ciągną. Pochodzą z pasa Kuipera i obłoku Oorta, znajdujących się na rubieżach Układu Słonecznego. Asteroidy natomiast najczęściej są skalne lub metaliczne i jak nietrudno się domyślić, najczęściej znajdują się w tak zwanym pasie asteroid między Marsem a Jowiszem. Choć w filmach - na przykład Imperium kontratakuje - pasy asteroid są tak gęste, że szanse na przelecenie przez nie wynoszą (według C-3PO) trzy tysiące siedemset dwadzieścia do jednego, w rzeczywistości asteroidy są rozrzucone na tyle daleko od siebie, że - jak zauważa planetolożka Carrie Nugent w swojej cudownej książce Asteroid Hunters, prawdopodobieństwo to wynosi raczej niemal jeden do jednego25. Gdyby wziąć wszystkie asteroidy między orbitami Marsa i Jowisza, a potem zbić je w jedną bryłę, miałaby mniej niż cztery procent masy Księżyca26.
Od czasu do czasu grawitacyjny wpływ Jowisza albo Marsa wypycha asteroidy z głównego pasa niczym duże dziecko spychające mniejsze z karuzeli. Takie skały z reguły całkiem wypadają z Układu Słonecznego albo zostają pochłonięte przez Słońce, niekiedy jednak po prostu zmieniają orbitę na przebiegającą dostatecznie blisko naszej planety, by zakwalifikować je jako obiekty bliskie - to znaczy mniej niż czterdzieści osiem milionów kilometrów od orbity ziemskiej. To odległość mniej więcej sto dwadzieścia pięć razy większa niż dystans między Ziemią a Księżycem. Obiektem potencjalnie niebezpiecznym - takim, którego musimy się wystrzegać - jest każdy zdolny przetrwać przelot przez naszą atmosferę, czyli mający przynajmniej trzydzieści metrów szerokości, oraz podróżujący po orbicie zdolnej ściągnąć go na odległość mniejszą niż osiem milionów kilometrów od Ziemi27.
To, jak rzadko zauważamy uderzenia asteroid, to po części przypomnienie, jak pusty jest kosmos - według jednego z szacunków tylko 0,0000000000000000000042 procent przestrzeni we wszechświecie zawiera jakąkolwiek materię28. W rzeczywistości jednak jesteśmy bombardowani niemal bezustannie, choć głównie kosmicznym odpowiednikiem kulek do wiatrówki. Każdego dnia na Ziemię spada około stu ton pyłu i cząstek wielkości ziarnka piasku29; jeśli dostatecznie uważnie przyglądać się nocnemu niebu, można dostrzec te większe, gdy na moment rozbłyskują, spalając się w atmosferze - nazywamy je potocznie spadającymi gwiazdami. Rozmiar i liczba asteroid w Układzie Słonecznym przestrzegają prawa potęgowego, to znaczy małych asteroid jest o wiele więcej niż dużych. Właśnie dlatego łatwiej przyszło NASA namierzyć obiekty większe od kilometra niż te większe od stu czterdziestu metrów - są nie tylko obszerniejsze, przez co łatwiej je zauważyć, ale też znacznie rzadsze, nie ma więc ich tyle do odszukania.
Angielski astronom Edmond Halley - ten od komety - już w XVII wieku teoretyzował, że ich uderzenia mogłyby wytworzyć kratery na powierzchni Ziemi30, jednak pierwszy obiekt bliski Ziemi odkryto dopiero w 1898 roku31. Astronomowie przez lata uważali asteroidy - ukazujące się jako smugi na zdjęciach robionych przez teleskopy, rozmyte jak każdy ruchomy obiekt na każdej fotografii - za raczej denerwujące, a nie intrygujące. Szukali rzeczy ciekawych - planet, księżyców, gwiazd, znacznie rzadszych niż to, co na pozór było marginesem Układu Słonecznego. Nugent pisze w swojej książce, że astronom Edmund Weiss miał asteroidy za tak irytująco pospolite, iż zaczął o nich mówić "te szkodniki na niebie"32.
To, co dla jednego naukowca jest szkodnikiem, dla innego może być jednak dziełem życia. W latach sześćdziesiątych XX wieku zainteresowanie tropieniem asteroid drastycznie wzrosło. Obserwatorium Palomar, w którym Shoemakerowie i David Levy odkryli swoją kometę; obserwatorium w Lejdzie w Holandii prowadzone przez inne małżeństwo, Cornelisa i Ingrid van Houtenów; program obserwacyjny LONEOS realizowany z gór w okolicach Flagstaff w Arizonie - zatrudniały astronomów poświęcających się odkrywaniu obiektów bliskich33. Żaden z takich programów nie odnotował jednak więcej sukcesów niż Catalina Sky Survey (CSS) przy Uniwersytecie Arizony, w ramach którego do 2018 roku odkryto niemal połowę z osiemnastu tysięcy znanych wówczas obiektów bliskich Ziemi34. Jak powiedział mi Eric Christensen, główny badacz Cataliny, kiedy odwiedziłem go na Uniwersytecie Arizony:
- Odkrywanie obiektów bliskich Ziemi to nasza jedyna misja, jedyny cel, możemy mu wszystko podporządkować.
Jeśli jakieś groźne dla cywilizacji komety lub asteroidy zaczną lecieć w kierunku Ziemi, najprawdopodobniej wypatrzą je właśnie poszukiwacze z Cataliny. Są pierwszą linią obrony naszej planety przed zagrożeniami z przestrzeni kosmicznej - właśnie dlatego postanowiłem pojechać do Arizony i na własne oczy zobaczyć, jak pracują.
Greg Leonard miał rację - trzeba było zabrać kurtkę. Obserwatorium na Mount Lemmon, w którym odbywają się prace CSS, znajduje się wysoko w górach Santa Catalina, na północ od Tucson w stanie Arizona. Tucson leży na pustyni, jest tam ciepło nawet w marcu, jednak placówka astronomów stoi na wysokości prawie trzech tysięcy metrów nad poziomem morza. Zanim udało mi się pokonać kręte górskie drogi, słońce zdążyło już się schować, a temperatura spadła tak bardzo, że ostatnie kroki dzielące mnie od teleskopu pokonałem, drżąc z zimna. Przestrzeżono mnie, że muszę zaparkować daleko od obserwatorium - światło to wróg poszukiwaczy asteroid, nawet krótki błysk reflektorów samochodowych może zepsuć obserwację. Na początku wieczoru niebo było prawie niezachmurzone, tylko kilka wrzecionowatych obłoków przesłaniało wyłaniające się gwiazdy. Miałem szczęście - gdyby było bardziej pochmurno, mój czas na Mount Lemmon spędziłbym, patrząc, jak Leonard, dyżurny obserwator tej nocy, spisuje stare dane.
Muszą Państwo wiedzieć kilka rzeczy o pracy współczesnych łowców asteroid. Przede wszystkim nie patrzą bezpośrednio w teleskop, co się bardzo dobrze składa, bo znajduje się on w pomieszczeniu z otwartym dachem, a więc wpuszczającym górski chłód. Zamiast tego Leonard i jego uczeń Brian siedzą w ciasnej - ale na szczęście ogrzewanej - sterowni, otoczeni szumiącymi szafami serwerowymi, ścianami monitorów komputerowych i wielkimi ilościami kawy. Komputery sterują teleskopem i wyświetlają obrazy, serwery przechowują dane z obserwacji, kawa pozwala obserwatorom nie zasnąć podczas całonocnych zmian. Shoemakerowie potrzebowali do patrzenia w nocne niebo kosztownego i trudno dostępnego filmu, który potem sami wywoływali oraz skrupulatnie oglądali w poszukiwaniu ruchomych obiektów. Dziś Catalina oraz inne programy badania asteroid wykorzystują tak zwane matryce CCD - cieniutkie plastry światłoczułego krzemu osadzonego na warstwie kondensatorów służących jako elementy obrazu (piksele). Gdy na CCD pada światło, fotony opadają na te "piksele" i są tam przechowywane, jak krople deszczu wpadające do wiadra35. Możemy dziś gromadzić o wiele więcej obrazów niż w czasach fotografii analogowej, są też one lepszej jakości i bardzo łatwe do kolportażu. W rezultacie otrzymujemy dziś nie strumień danych, ale całą rzekę. A dane są dla poszukiwań asteroid jak powietrze.
O ile dostępne narzędzia są dziś o wiele lepsze, o tyle techniki szukania zanadto się nie zmieniły. Gdy zostałem już oprowadzony po obserwatorium - co nie trwało długo, ponieważ jest ono raczej nieduże - usiadłem na stołku i przyglądałem się, jak Leonard kieruje teleskop na jakiś wycinek nieba. Zatrzymywał go tam na trzydzieści sekund, żeby zgromadzić dość światła. Kolejną korzyścią z matryc CCD jest to, że astronomowie nie muszą trzymać przyrządów w bezruchu przez wiele minut przy każdym obrazie, co znaczy, że każdej nocy da się zbadać znacznie większą część nieba. Potem Leonard delikatnie obracał teleskop na inny wycinek nieboskłonu i robił kolejne zdjęcie. Jedynym dźwiękiem rozlegającym się w obserwatorium był zgrzyt, z jakim zębatki teleskopu zbudowanego pod koniec lat sześćdziesiątych przekręcały się o parę stopni. Po dwóch kolejnych zdjęciach Leonard wracał do pierwszego celu, robił następne zdjęcie - jakieś piętnaście minut po pierwszym - dopóki nie sfotografował każdego celu cztery razy.
Leonard przywołał mnie machnięciem dłoni do ekranu komputera. Kliknął przycisk, a zdjęcia, które zrobił przez ostatnią godzinę, zaczęły się wyświetlać jedno po drugim, tworząc iluzję ruchu, zupełnie jak "animacje", jakie dzieci robią na kartkach zeszytów. Gwiazdy - o wiele jaśniejsze w teleskopowym powiększeniu niż nawet na bezchmurnym, ziejącym chłodem niebie Arizony - mrugały w kolejnych klatkach, bo atmosfera Ziemi zaburzała ich odległy blask.
Leonard nie patrzył jednak na gwiazdy. Szukał czegoś, czegokolwiek, co ruszałoby się na tle kosmosu, odbijając światło Słońca (asteroidy - podobnie jak planety, księżyce i w zasadzie każde inne ciało niebieskie niebędące gwiazdą - są widoczne tylko dlatego, że odbijają światło słoneczne). Tak jak inne współczesne projekty badania nieba, Catalina wykorzystuje oprogramowanie automatycznie skanujące klisze i podświetlające wszystko, co może być asteroidą lub kometą. Program często ogłasza jednak fałszywe alarmy, gdy bierze pył albo zakrzywione światło za obiekt w ruchu. Poszukiwania tu prowadzone wciąż wymagają oczu przeszkolonego obserwatora, zdolnego odróżnić sygnał od szumu.
Gdy zespół obserwacyjny namierzy potencjalny obiekt bliski Ziemi, przekazuje dane do Centrum Mniejszych Planet (Minor Planet Center, MPC) w Cambridge w stanie Massachusetts, gdzie są katalogowane asteroidy i komety odkrywane na całym świecie. MPC to sąd ostatniej instancji w kwestii odkryć nowych ciał tego typu. Każdego dnia przetwarza około pięćdziesięciu tysięcy obserwacji36 nadsyłanych z całego świata zarówno przez profesjonalne programy badawcze takie jak Catalina, jak i przez amatorów. Okazuje się, że niemal wszystkie nie dają powodu do niepokoju - albo są zupełnie błędne, albo opisują obiekty odkryte już przez kogoś innego lub nawet uwięzione nadal w pasie asteroid i tym samym niestanowiące zagrożenia dla Ziemi. Erik Christensen porównał ten proces do pracy załogi przemysłowych kutrów rybackich na pełnym morzu:
- Mamy wielką sieć i próbujemy po prostu złapać wszystko, co jest w oceanie, a większość z tego, co w nią wpada, to nie są obiekty bliskie Ziemi.
Poszukiwanie asteroid wymaga niemal mniszej dyscypliny, czyli zarówno fanatycznej drobiazgowości, jak i gotowości do czuwania na szczycie góry, gdy reszta świata śpi. Obserwatorzy spędzają na stanowisku wiele nocy pod rząd, odsypiają je na miejscu, a potem mają kilka dni wolnego.
- To kompletnie wywraca życie towarzyskie - mówi Leonard podczas przerwy w obserwacji. - Ci, którzy dają sobie tu radę, to ludzie potrafiący znaleźć zajęcie, kiedy wracają z gór.
W przypadku Leonarda - siwiejącego, krótko ostrzyżonego, zbudowanego jak triatlonista - oznacza to mnóstwo ćwiczeń, po części po to, żeby wyrównać godziny spędzone przed ekranem komputera na Mount Lemmon. Do branży wprowadził go sam Gene Shoemaker, upamiętniony plakatem wiszącym na ścianie obok szafy pełnej serwerów, przedstawiającym gwiazdy nad wierszami zaczerpniętymi z Romea i Julii: "A po jego zgonie / Rozsyp go w gwiazdki! A niebo zapłonie / Tak, że się cały świat w tobie zakocha / I czci odmówi słońcu"37.
Choć życie w obserwatorium zdaje się samotne, szybko stało się dla mnie jasne, że polowanie na obiekty bliskie Ziemi to praca zespołowa. Leonard i jego uczeń przez całą noc odbierali prośby o zlokalizowanie potencjalnych obiektów od obserwatorów z innych ośrodków, którzy je dostrzegli. Ponieważ asteroidy nie stoją w miejscu, należy je zaobserwować wielokrotnie w ciągu kilku dni, nim astronomowie ustalą ich kierunek ruchu, rozmiar oraz to, czy stanowią zagrożenie dla Ziemi - a przy tej pracy trzeba sobie jakoś radzić ze Słońcem, uniemożliwiającym obserwację sporej części nieba. Carrie Nugent porównuje ten proces do pracy nauczyciela próbującego policzyć dzieci biegające po łące, każde swoim tempem, gdy na środku stoi wielkie drzewo38. Szybsze dzieci wyskakują na widok dość sprawnie, ale wolniejsze pozostają niewidoczne za drzewem przez dłuższy czas, nauczyciel zaś - tak jak poszukiwacz asteroid - może tylko czekać i patrzeć.
Gdy weźmiemy pod uwagę owe wyzwania, nie dziwi nas, że zdarzają się pomyłki. 13 stycznia 2004 roku automatyczny teleskop w Nowym Meksyku zanotował obserwację kandydata na obiekt bliski Ziemi. Personel MPC w Cambridge opublikował tę informację na swojej stronie - tak jak to zwykle robi - żeby amatorzy astronomii mogli mu się lepiej przyjrzeć. Jeden z nich, mieszkający w Niemczech, znalazł wskazany obiekt - i obliczył, że w ciągu następnego dnia miał się stać cztery tysiące procent jaśniejszy. Była to niepokojąca wiadomość - tak jak bardzo niepokojące jest to, gdy spostrzegamy dwa błyskawicznie powiększające się reflektory, kiedy stoimy na środku drogi. Ktoś w NASA wykonał dalsze obliczenia, z których wynikało, że trzydziestometrowa asteroida - zwana teraz 2004 AS1 - uderzy w północną półkulę Ziemi z dwudziestopięcioprocentowym prawdopodobieństwem, i to w ciągu kilku dni.
Mogliby Państwo pomyśleć, że przy dwudziestu pięciu procentach ryzyka na zderzenie z asteroidą NASA budzi prezydenta w środku nocy, zaciąga go do centrum zarządzania kryzysowego i informuje o zagrożeniu dla Ziemi. Ale w 2004 roku nie było ustalonego wzorca postępowania w przypadku potencjalnego uderzenia nawet małej asteroidy. Astronomowie dalej robili zatem swoje - patrzyli w niebo i próbowali zgromadzić więcej informacji, dzięki którym rozwialiby wątpliwości. Obserwacje uniemożliwiała jednak gruba pokrywa chmur nad Europą i Stanami Zjednoczonymi. Dopiero gdy niebo nad Kolorado się przejaśniło, astronom amator Brian Warren mógł wykorzystać swój teleskop, by zbadać obszar, na którym powinna być 2004 AS1, gdyby naprawdę znajdowała się na kursie kolizyjnym z Ziemią. Ale nie mógł jej znaleźć. W rzeczywistości asteroida minęła Ziemię w odległości jedenastu i pół miliona kilometrów, czyli trzydzieści dwa razy dalej niż od naszej planety jest Księżyc.
Okazało się, że mieliśmy podwójne szczęście - i podwójnie się pomyliliśmy. 2004 ASI nie trafiła w Ziemię, miała jednak rozmiar trzystu metrów, nie trzydziestu, a więc zbliżony do wysokości wieży Eiffla. Gdyby zderzyła się z naszą planetą, mogłaby wywołać zniszczenia na skalę kontynentalną39.
Łowcy asteroid tacy jak Greg Leonard muszą się mierzyć z wieloma wyzwaniami: złą pogodą, zbyt małym budżetem, uporem, z jakim Słońce zasłania im widok. Są jednak bardzo dobrzy w tym, co robią. Namierzyli już ponad osiem tysięcy obiektów bliskich Ziemi w kategorii powyżej stu czterdziestu metrów, które ma śledzić NASA, oraz kolejne tysiące jeszcze mniejszych (pamiętajmy: małych asteroid jest proporcjonalnie więcej). Catalina Sky Survey odkrywa przeciętnie trzy nowe obiekty bliskie Ziemi podczas każdej sesji obserwacji.
Gdy moja noc na Mount Lemmon dobiegała końca - mniej więcej w chwili, gdy zacząłem się zastanawiać, czy będę w stanie nie zasnąć podczas krętego zjazdu z góry - Leonard i jego współpracownik namierzyli małą asteroidę, jeszcze niezarejestrowaną przez MPC. Późniejsze badania wykazały, że nie stanowiła zagrożenia dla Ziemi, jednak samo odkrycie nieznanej asteroidy przynosi natychmiastową satysfakcję, bardzo rzadko spotykaną w naukach przyrodniczych - w końcu od pierwszego kroku do powszechnego uznania wyników pracy normalnie mogą minąć lata albo nawet dziesięciolecia.
- Możemy podejść do teleskopu i mieć pewność, że tej nocy coś odkryliśmy - powiedział mi Eric Christensen, gdy po zejściu z gór i doprowadzeniu się do porządku niemal śmiertelną dawką kofeiny spotkałem się z nim następnego ranka.
Odkrycia te od razu znajdują zastosowanie praktyczne. Asteroidy i komety różnią się od pozostałych zagrożeń egzystencjalnych tym, że astronomowie mogą przewidzieć przyszłość, jeśli tylko dać im dosyć danych. Za pomocą obserwacji i odrobiny matematyki naukowcy potrafią z zaskakującą precyzją określić, gdzie dany obiekt bliski będzie za pięć, dziesięć, a nawet sto lat. Właśnie dlatego samotne poszukiwanie asteroid z obserwatoriów na szczytach gór jest konieczne. Tylko dzięki czujności i wpatrywaniu się w niebo noc po nocy możemy wiedzieć, jakie zagrożenia zbliżają się do nas z kosmosu.
To nie jest nauka dla nauki, to sprawa przetrwania gatunku. Kiedy ekipa Cataliny namierzyła nową asteroidę, ogarnęło mnie podekscytowanie, że mogę być świadkiem, jak dwóch ludzi w obserwatorium na bezludziu odgrywa swoją drobną rolę w obronie pozostałych siedmiu i pół miliarda mieszkańców naszej planety przed wyginięciem. Takiej zdolności nie ma żadne inne zwierzę, a do niedawna nie potrafiliśmy tego też my. Poszukiwacze asteroid pokroju Grega Leonarda biorą swoją służbę na poważnie.
- Wiem, że ryzyko śmierci od uderzenia asteroidy jest mniejsze niż od uderzenia pioruna - powiedział mi Leonard pod koniec mojego pobytu na Mount Lemmon. - Ale wiem też, że jeśli nie zrobimy nic, to na sto procent prędzej czy później któraś z nich nas dopadnie. To wielki zaszczyt, że mogę coś z tym zrobić.
Zbieranie danych nie wystarczy jednak, żeby zapewnić bezpieczeństwo Ziemi. Jak powiedział Leonard, prędzej czy później jakiś duży obiekt bliski znajdzie się na kursie kolizyjnym z naszą planetą. Nie byłby to pierwszy raz. Kiedy nadejdzie ten dzień, co z tym zrobimy?
Pierwszą linią obrony Ziemi przed kosmicznym ostrzałem jest gazowy olbrzym, piąta planeta od Słońca. Grawitacja Jowisza wyłapuje wiele z najgroźniejszych dla Ziemi komet i asteroid. Drugą linię stanowi nasza atmosfera. Większość obiektów, które zderzają się z naszą planetą, nie dociera do jej powierzchni. Asteroidy podróżują przez próżnię, gdzie nie ma tarcia, z prędkością dziesiątek tysięcy kilometrów na godzinę. Kiedy jednak meteor - tak nazywamy asteroidę docierającą do Ziemi - wpada w naszą atmosferę, uderza o powietrze, które szybko gęstnieje. Tarcie wywołane przez jego opór rozgrzewa meteor do temperatury nawet półtora tysiąca stopni Celsjusza40, przy której zaczyna się świecić z gorąca. Około dziewięćdziesięciu pięciu procent meteorów wkraczających w atmosferę spala się w niej całkowicie, z pozostałych rzadko kiedy zostaje więcej niż odrobina kamienia lub metalu zwana meteorytem41. Atmosfera jest znacznie skuteczniejsza w obronie przed pociskami niż cokolwiek, co wymyślił Pentagon.
Ale nawet obiekty bliskie Ziemi, które nie docierają do jej powierzchni, potrafią spowodować wielkie zniszczenia. 30 czerwca 1908 roku asteroida albo kometa o szerokości czterdziestu-sześćdziesięciu metrów wybuchła w powietrzu nad rzeką Podkamienna Tunguzka, płynącą przez serce Syberii. Eksplozja wyzwoliła sto osiemdziesiąt pięć razy więcej energii niż bomba atomowa zrzucona na Hirosimę. To bardzo dobre porównanie - głowice nuklearne są detonowane w powietrzu, a nie na ziemi, żeby ich niszczycielska moc działała na większym obszarze. Upadek meteorytu tunguskiego niczym nie różnił się od ataku jądrowego, tyle że nie pozostawił promieniowania i miał znacznie większą moc niż jakakolwiek bomba wykorzystana przez człowieka na wojnie. Unicestwił ponad dwa tysiące kilometrów kwadratowych lasu, na których rosło według szacunków osiemdziesiąt milionów drzew. To największe zderzenie z obiektem bliskim Ziemi w historii ludzkości.
Na szczęście podobnie jak dziś, także wtedy Syberia liczyła znacznie więcej drzew niż mieszkańców, nie znamy zatem żadnego przypadku człowieka poszkodowanego w wyniku tej katastrofy. Zabrakło jednak niewiele - gdyby asteroida uderzyła cztery godziny później, obrót Ziemi podsunąłby pod jej celownik Sankt Petersburg. Raport przygotowany przez Biały Dom w 2018 roku podaje, że gdyby obiekt o takich samych rozmiarach trafił w Nowy Jork, unicestwiłby całe miasto i wiele jego przedmieść, niszcząc finansowe centrum świata i najprawdopodobniej zabijając miliony mieszkańców regionu42.
- Obiekt tej wielkości nie zniszczyłby cywilizacji, ale gdyby uderzył w niewłaściwe miejsce, zginęłoby mnóstwo ludzi - mówi Ed Lu, były astronauta, dyrektor B612 Foundation, organizacji non profit z okolic San Francisco zajmującej się obroną przed asteroidami.
Do katastrofy tunguskiej doszło zaledwie dziesięć lat po odkryciu pierwszego obiektu bliskiego Ziemi. Nie było wtedy programów badania nieba, astronomów poszukujących zbliżających się pocisków, nie było ostrzeżeń ani obrony. To, że ofiarami padły tylko drzewa, a nie ludzie, zawdzięczamy wyłącznie szczęściu. Co moglibyśmy jednak zrobić, gdyby astronomowie odkryli inną sporą asteroidę - powiedzmy stumetrową - lecącą prosto w wielkie skupisko populacji, na przykład Nowy Jork, Londyn albo Tokio?
Gdyby uderzenie miało nastąpić w ciągu kilku dni - tak jak wydawało się to w 2004 roku - najlepsze, co moglibyśmy zrobić, to usunąć jak najwięcej ludzi z zagrożonego obszaru. W Stanach Zjednoczonych odpowiedzialna za przygotowanie na katastrofę i jej następstwa byłaby Federalna Agencja Zarządzania Kryzysowego (Federal Emergency Management Agency, FEMA). Tor lotu i siłę uderzenia nadlatującej asteroidy można wcześniej przewidzieć, dzięki czemu astronomowie mogliby określić prawdopodobne miejsce zderzenia, tak jak robią to meteorolodzy w przypadku huraganów. Obiekty bliskie Ziemi są zresztą znacznie bardziej przewidywalne od pogody, nie wspominając już o innych naturalnych katastrofach takich jak trzęsienia ziemi, niedających właściwie żadnego ostrzeżenia. O ile zaś asteroida o wymiarach tej tunguskiej mogłaby zniszczyć bezpośrednim trafieniem całe miasto, o tyle tereny miejskie zajmują zaledwie trzy procent powierzchni Ziemi43, co oznacza, że znacznie bardziej prawdopodobne jest trafienie w obszar niezamieszkały (taki jak Syberia) albo oceany pokrywające dwie trzecie naszej planety. To ta dobra wiadomość.
Zła wiadomość jest taka, że gdyby asteroida podobna rozmiarem do tej, która zabiła dinozaury, uderzyła w naszą planetę dziś, skutki byłyby odczuwalne na całym świecie niezależnie od tego, gdzie by wylądowała. Według jednego z badań wynikiem mogłaby być stuprocentowa stopa śmiertelności - czyli innymi słowy wyginięcie rodzaju ludzkiego44. Na posiedzeniu komisji Kongresu w 2013 roku członek Izby Reprezentantów z Florydy Bill Posey zapytał ówczesnego administratora NASA Charlesa Boldena, jaka byłaby strategia w przypadku wykrycia groźnej dla życia na Ziemi asteroidy z trzytygodniowym wyprzedzeniem. Bolden nie owijał w bawełnę: "Modlitwa"45.
Jeśli jednak zachowamy się mądrze i pomyślimy o przyszłości, nie będzie nam potrzebna nadprzyrodzona interwencja.
- Mając dostatecznie wczesne ostrzeżenie, powiedzmy z dziesięcioletnim wyprzedzeniem, moglibyśmy zaprojektować misję kosmiczną, by nas ochroniła - mówi Ian Carnelli, kierownik programu w Europejskiej Agencji Kosmicznej, pracujący przy obserwacji asteroid i obronie przed nimi.
Żeby powstrzymać obiekt bliski Ziemi, musimy zmienić jego trajektorię. Zamiast jednak próbować odbić ją w bok, lepiej byłoby spróbować zwolnić lub przyspieszyć asteroidę na jej normalnej orbicie. Pamiętajmy, że do zderzenia może dojść tylko wtedy, gdy asteroida i Ziemia zetkną się, podróżując każda po swoim torze. Eksperci od asteroid porównują ten proces do wjeżdżania na autostradę z pasa rozbiegowego. Żeby uniknąć zderzenia, jeden z kierowców musi przyspieszyć albo zwolnić. Ziemi nie przyspieszymy ani nie zwolnimy, zostaje nam więc tylko zmiana prędkości obiektu bliskiego, dzięki czemu zagwarantujemy, że zjawi się za wcześnie albo za późno na umówione spotkanie z naszą planetą.
Możemy do tego na przykład wykorzystać jedno z oddziaływań fundamentalnych wszechświata - grawitację. Szybka powtórka z liceum: wszystkie obiekty mające masę lub energię - planety, asteroidy, nawet światło - przyciągają wszystkie inne obiekty siłą grawitacji. Gdybyśmy umieścili duży obiekt - zwany tutaj ciągnikiem grawitacyjnym - w przestrzeni niedaleko nadlatującej asteroidy, przyciąganie grawitacyjne mogłoby wystarczyć, żeby zmienić trasę jej orbity i powstrzymać zetknięcie z Ziemią.
Moglibyśmy też wykorzystać tak zwany efekt Jarkowskiego. Podobnie jak Ziemia, asteroidy obracają się podczas podróży po swoich orbitach, co oznacza, że na połowie ich powierzchni trwa "dzień", a na połowie "noc". Gdy nagrzana światłem słońca strona asteroidy odwraca się od gwiazdy, wyzwala podczerwone fotony, które odbierają jej odrobinę pędu niczym miniaturowy silniczek rakietowy. To właśnie efekt Jarkowskiego. Jak wie każdy, kto kiedykolwiek założył czarną koszulkę w słoneczny dzień, ciemne barwy pochłaniają światło, a jasne - odbijają. Gdybyśmy pomalowali jedną stronę asteroidy - może za pomocą kulek z suchego barwnego proszku z ładunkiem elektrycznym, które teoretycznie byłyby w stanie przetrwać w próżni kosmicznej - moglibyśmy zmienić jej prędkość za pomocą efektu Jarkowskiego. Podobnym sposobem byłoby użycie lasera, żeby spalić jedną z powierzchni obiektu - wyrzucanie odparowanych skały i metalu odepchnęłoby go delikatnie w przeciwnym kierunku.
Każda z tych metod zmieniłaby orbitę nadlatującego ciała tylko w minimalnym stopniu. Jeśli jednak podjęlibyśmy działania wiele lat przed przewidywanym momentem uderzenia w Ziemię, to skutki tej drobnej modyfikacji narastałyby przez długi czas i w końcu wystarczyłyby, żeby asteroida chybiła celu. Nie jest jednak pewne, że będziemy mieli tak wczesne ostrzeżenie, a skoro na szali leży los całego świata, konieczne stanie się bardziej bezpośrednie zastosowanie fizyki newtonowskiej. Obiekt w ruchu - taki jak asteroida - pozostaje w ruchu z taką samą prędkością i w tym samym kierunku, jeśli nie działa na niego żadna zewnętrzna siła. Moglibyśmy poddać nasz cel działaniu takiej siły, taranując go bezzałogowym statkiem kosmicznym. Druga zasada dynamiki Newtona - siła równa się masa razy przyspieszenie - zrobiłaby za nas resztę, spowalniając lub przyspieszając obiekt. Jeśli znamy rozmiar asteroidy i prędkość, z jaką podróżuje, powinniśmy być w stanie wyliczyć, jak duży i jak szybki musi być nasz statek.
W NASA wiedzą, że ta metoda może zadziałać, bo już to sprawdzili - chociaż nie do końca umyślnie. W 2005 roku sonda Deep Impact - to angielski tytuł Dnia zagłady, nawiązanie było zamierzone - zbliżyła się do komety Tempel 1, przelatującej wówczas około czterystu trzydziestu milionów kilometrów od Ziemi. Następnie wypuściła pocisk o masie trzystu siedemdziesięciu kilogramów, który uderzył w kometę z prędkością około trzydziestu siedmiu tysięcy kilometrów na godzinę, wyzwalając przy tym energię zbliżoną do 4,8 tony trotylu46. Ponieważ kometa miała prawie sześć i pół kilometra średnicy, a pocisk rozmiary pralki, nie zaszła w zasadzie żadna wymierna zmiana kursu - fizyka newtonowska jest bezlitosna - ale po zderzeniu pozostał spory krater, dzięki czemu NASA mogła oszacować skutki kolizji z udziałem mniejszej asteroidy albo większego pocisku. I to prowadzi nas do bomb atomowych.
Im więcej siły jesteśmy w stanie dostarczyć do obiektu, tym bardziej możemy zmienić jego orbitę - a czy nam się to podoba, czy nie, w ludzkim arsenale nic nie ma tyle mocy, co broń atomowa. Gdybyśmy potrzebowali odbić asteroidę o dużym rozmiarze albo znajdującą się bardzo blisko Ziemi - przez co zmiana orbity musiałaby być odpowiednio bardziej radykalna - byłoby to jedyne możliwe rozwiązanie. Erika Nesvold, astrofizyczka pracująca niegdyś dla Carnegie Institution for Science, opracowała algorytm Deflector Selector, za pomocą którego symulowała osiemnaście milionów prób zapobieżenia uderzeniu asteroidy. Doszła do wniosku, że opcja atomowa była słusznym wyborem w połowie rozważanych przypadków.
- To niezbyt zaskakujące - mówi. - To problem z zakresu fizyki, a atomówki mają najwięcej energii.
Natomiast z pewnością nie wystrzelilibyśmy po prostu salwy międzykontynentalnych rakiet balistycznych w nadziei, że rozbijemy asteroidę na kawałki, tak jak w starej grze Missile Command. Może się to wydawać nieintuicyjne, ale w obronie Ziemi tak naprawdę nie chcemy wysadzać nadlatującego obiektu. Nie da się przewidzieć, gdzie spadłyby jego resztki, a jak dowiodła Shoemaker-Levy 9, nawet rozbita kometa potrafi dokonać poważnych zniszczeń. W 2019 roku przeprowadzono badanie za pomocą modelu komputerowego, które dowiodło, że gdyby pocisk rozbił asteroidę lecącą w kierunku Ziemi, prędzej czy później kawałki skały znowu złożyłyby się w całość47. Celem nadal jest, tak jak przy innych technikach zmiany kursu, wyłącznie zwiększenie lub zmniejszenie prędkości, z jaką podróżuje po swojej orbicie. Broń atomowa po prostu pozwala nam działać z większą mocą.
Jednym z możliwych rozwiązań byłoby wysadzenie głowicy atomowej kilkaset metrów od asteroidy. W przestrzeni kosmicznej panuje próżnia, nie ma tam zatem powietrza, które mogłoby ponieść niszczycielską moc fali uderzeniowej. Wysokoenergetyczne promieniowanie gamma i rentgenowskie, a także neutrony wyzwolone przez detonację trafiłyby jednak w powierzchnię nieodległej asteroidy. Część jej powierzchni obróciłaby się przez to w plazmę, wyrzucającą cząsteczki w kosmos i odpychającą cały obiekt w przeciwnym kierunku. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, wysadzona zostanie tylko głowica - a na pewno nie Ziemia.
- Nie chodzi o to, żeby Bruce Willis poleciał w kosmos z bombą - mówi Carnelli.
No właśnie. Nie da się mówić o obronie przed asteroidami - nawet jeśli w debacie uczestniczą tylko doktorzy astrofizyki - nie wspominając prędzej czy później Bruce'a Willisa i Armageddonu. Z jednej strony ten film - a także nieco bardziej naukowo podbudowany Dzień zagłady - bardzo obrazowo zapoznał publiczność z tematem egzystencjalnego zagrożenia, jakie niosą obiekty bliskie Ziemi, dowodząc jednocześnie, że możemy je powstrzymać. Z drugiej strony pozwolono sobie na pewną swobodę w podejściu do zagadnień nauki. W Armageddonie nadlatująca asteroida ma "rozmiary Teksasu". Podobno Michael Bay nie sądził, że publiczność uwierzy w zdolność dziesięcio- czy jedenastokilometrowej skały do zniszczenia ludzkości (którą bez wątpienia by miała). Grupa naukowców z Uniwersytetu Leicester w Wielkiej Brytanii obliczyła, że bomba, którą Willis i spółka podkładają po wywierceniu dziury w asteroidzie, musiałaby mieć moc przynajmniej pięćdziesięciu miliardów megaton, żeby zniszczyć obiekt o rozmiarach Teksasu. Dla porównania: to ponad miliard razy więcej niż wynosiła moc największej bomby jądrowej w historii - radzieckiej Car-bomby48.
NASA nie wysłałaby też na tę misję astronautów - nie mówiąc nawet o drużynie niewyszkolonych pracowników odwiertów roponośnych. Nad przechwytywaniem asteroidy pracowałyby tylko statki bezzałogowe. Jest jednak możliwe, że gdybyśmy odkryli duży obiekt i mieli niewiele czasu, ściągnęlibyśmy pomysł Michaela Baya i jako ostatnią deskę ratunku spróbowalibyśmy zdetonować bombę atomową wewnątrz asteroidy. NASA rozważała już zastosowanie teoretycznego statku zwanego Hypervelocity Asteroid Intercept Vehicle (Pojazd do Przechwytywania Asteroid przy Wielkich Prędkościach), którego zadaniem byłoby zderzyć się z nadlatującą skałą przy olbrzymiej prędkości, przez co zakopałby się kilka metrów pod jej powierzchnią, a potem zdetonować bombę nuklearną49. Dokonanie tego pod powierzchnią asteroidy, a nie na niej, pozwoliłoby zwiększyć moc eksplozji nawet dwadzieścia razy. Warto zauważyć, że amerykański Urząd do spraw Bezpieczeństwa Atomowego postanowił nie rozbrajać największych głowic atomowych w arsenale USA po zakończeniu zimnej wojny między innymi dlatego, że mogą być potrzebne do obrony planety50.
Mamy więc teoretyczną wiedzę o tym, jak ochronić naszą planetę przed uderzeniem obiektu bliskiego Ziemi. Nie mamy jednak jeszcze zorganizowanej i przećwiczonej strategii takiej obrony. Stworzenie jej planu, a potem wykonanie go, to zadanie w gruncie rzeczy jednego człowieka - Lindleya Johnsona, pierwszego w historii oficera obrony planetarnej NASA.
W 1994 roku, mniej więcej wtedy, gdy Shoemakerowie i Levy szukali obiektów bliskich Ziemi w obserwatorium w Palomar, Lindley Johnson był majorem lotnictwa USA. Studiował wówczas zaawansowane operacje kosmiczne w Wyższej Szkole Dowodzenia i Pracy Sztabowej Lotnictwa (Air Command and Staff College) w Montgomery w stanie Alabama. Johnson dobrze znał zagrożenia czające się w kosmosie. Służył już wcześniej w Dowództwie Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej (NORAD) - amerykańsko-kanadyjskiej jednostce wykrywającej nadlatujące pociski balistyczne - a także w Centrum Systemów Rakietowych i Kosmicznych w Los Angeles. Już wówczas był przekonany o zagrożeniu ze strony obiektów bliskich Ziemi, co było wtedy bardzo nietypowe, zwłaszcza u wojskowego. Wkrótce po odkryciu Shoemaker-Levy 9 w marcu 1994 roku - ale, co istotne, zanim jeszcze kometa zderzyła się z Jowiszem, co zainspirowało poważne próby organizacji obrony planetarnej - Johnson opublikował artykuł opisujący pierwsze teorie zmiany kursu ciała niebieskiego, które mogłoby się zderzyć z Ziemią. Tekst przyjęto wzruszeniem ramion - niewiele osób, zwłaszcza w kołach rządowych, wierzyło wówczas, że obiekt kosmiczny mógłby zagrozić naszej planecie.
Zderzenie Shoemaker-Levy 9 z Jowiszem w lipcu 1994 roku odmieniło losy kariery Johnsona. Został przydzielony do Dowództwa Przestrzeni Kosmicznej sił powietrznych, gdzie propagował ścisłą współpracę z NASA, w tym przy projektach wykorzystujących kosmiczne teleskopy do poszukiwania komet i asteroid. Po odejściu z wojska w 2003 roku podjął pracę w NASA. Przez wiele lat był w tej agencji jedynym wysokim rangą kierownikiem, który pracował nad obiektami bliskimi Ziemi, bardzo pomógł wynegocjować regularne powiększanie budżetu na poszukiwania asteroid. W 2015 roku NASA powołała Biuro Koordynacji Obrony Planetarnej i powierzyła Johnsonowi - mówiąc krótko - bezpieczeństwo Ziemi.
"Oficer obrony planetarnej" to bardzo podniosły tytuł dla człowieka, którego praca - jak sam przyznaje - polega głównie na koordynowaniu działań różnych departamentów. Każdego ranka, po przyjeździe do kwatery głównej NASA w Waszyngtonie, sprawdza "nocny połów" - obiekty bliskie odkryte w ciągu nocy przez obserwatoria takie jak Catalina Sky Survey i spisane przez Centrum Mniejszych Planet. Zadaje pytania: Czy któryś z tych obiektów mieści się w kategorii potencjalnie niebezpiecznych, czyli mógłby przelecieć w promieniu mniej niż ośmiu milionów kilometrów od Ziemi? Czy astronomowie wyliczyli nowe tory asteroid, które mogłyby zagrozić planecie? To jak codzienny raport wywiadu dla prezydenta USA, tylko zagrożenia pochodzą ze strony kosmicznych skał, a nie terrorystów i obcych rządów.
Gdyby coś rzeczywiście zagrażało Ziemi, to właśnie Johnson odpowiadałby za zaalarmowanie NASA, a potem Biura Naukowo-Technologicznego Białego Domu i wreszcie prezydenta. Jak dotąd zdarzyło mu się to tylko raz, w 2008 roku, gdy astronomowie słusznie przewidzieli, że mała asteroida dotrze do Ziemi, ale niemal w całości spłonie w atmosferze51. Był to pierwszy przypadek, kiedy naukowcy przewidzieli uderzenie z wyprzedzeniem. Johnson upublicznił tę prognozę głównie po to, by nagły błysk na niebie nie został wzięty za jakieś działania wojskowe.
- Nie chcieliśmy, żeby ktokolwiek za bardzo się rozochocił na widok wielkiej eksplozji w atmosferze - mówi.
W nieco bliższej przeszłości Johnson i jego koledzy wykorzystali bliskie spotkanie z asteroidą o rozmiarach domu, która minęła Ziemię 12 października 2017 roku, żeby wypróbować powstający właśnie system ostrzegający przed obiektami bliskimi. Ta konkretna skała nigdy nie stanowiła zagrożenia, ale przeleciała obok naszej planety w odległości zaledwie czterdziestu pięciu tysięcy kilometrów, równie blisko, co sztuczne satelity. Świetnie nadawała się więc na próbny rozruch.
- Namierzyliśmy ją, śledziliśmy lot, bardzo precyzyjnie przewidzieliśmy tor przelotu, a potem wykorzystaliśmy to do przetestowania systemu zawiadamiania rządu USA i naszych międzynarodowych partnerów - opowiada Johnson.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki