Koniec świata. Krótki przewodnik po tym, co nas czeka - Bryan Walsh

-
Proszę czekać

Wstęp

Prze­ciętny czło­wiek żyje około dwóch miliar­dów sekund1, ale tylko kilka z nich to momenty, w któ­rych zmie­nia się naprawdę wszystko. Może to być sekunda po tym, jak usły­szy­cie naj­gor­sze wie­ści w życiu albo gdy osoba, którą zawsze chcie­li­ście odna­leźć, powie "tak". W moim przy­padku udało się tę chwilę uwiecz­nić na foto­gra­fii. Stoję w pokoju szpi­tal­nym dzień po naro­dzi­nach swo­jego syna, a z pra­wej jest moja żona Sio­bhan. W moim spoj­rze­niu widać wyczer­pa­nie, spod któ­rego prze­bija się uśmiech. Po dru­giej stro­nie Sio­bhan są mój ojciec i matka, która patrzy w obiek­tyw z wyra­zem nie­po­skro­mio­nej rado­ści. Trzyma na rękach nasze pierw­sze dziecko, Ronana. Mały ma wtedy tylko kilka godzin, jego drobną, cie­niutką czaszkę przy­krywa rudo­blond meszek, dło­nie zaci­ska w piąstki, a oczy ma zamknięte, żeby obro­nić się przed słoń­cem. Ronan jest jed­nym z naj­now­szych miesz­kań­ców pla­nety Ziemi i nic już nie będzie dla nas takie, jak było.

Dziś, gdy patrzę na to zdję­cie, widzę na nim, jak przy­szłość staje się rze­czy­wi­sto­ścią. Mój ojciec, tak ważny dla mnie w dzie­cię­cych latach, nie jest już tylko ojcem, ale też dziad­kiem. Moja matka, pierw­sza osoba, którą świa­do­mie pamię­tam, nie jest już tylko matką, ale też bab­cią. A ja, trzy­dzie­sto­dzie­wię­cio­letni syn, nie jestem już tylko synem, ale też ojcem, tak jak moja żona jest teraz matką. Jeste­śmy czę­ścią łań­cu­cha cią­gną­cego się w przy­szłość, jedno ludz­kie ogniwo za dru­gim - każde rów­nie słabe, jak nowo­ro­dek.

Do tam­tej chwili ni­gdy tak naprawdę nie myśla­łem o przy­szło­ści, co w sumie dość zabawne, bo od pięt­na­stu lat wyko­ny­wa­łem zawód dzien­ni­ka­rza i przy­szłość była tema­tem mojej pracy. Pierw­sze lata w branży spę­dzi­łem jako kore­spon­dent zagra­niczny maga­zynu "Time" w Azji Wschod­niej, gdzie widzia­łem naj­więk­sze zwy­cię­stwo nad nędzą w dzie­jach świata oraz gospo­dar­czo-poli­tyczne trzę­sie­nie ziemi, któ­rego skutki będą odczu­wane przez dzie­się­cio­le­cia. Przy­sy­ła­łem repor­taże z cen­trum epi­de­mii SARS, pierw­szej glo­bal­nej zarazy XXI wieku, wirusa, który poja­wił się zni­kąd i ujaw­nił, jak bar­dzo naszej glo­bal­nej wio­sce zagra­żają cho­roby zakaźne. Przez rok pra­co­wa­łem w Japo­nii jako szef tokij­skiego biura "Time", przy­go­to­wy­wa­łem donie­sie­nia z kraju żyją­cego na progu jutra.

Po sze­ściu latach w Azji prze­nio­słem się do cen­trali "Time" w Nowym Jorku, gdzie pisa­łem o zmia­nach kli­ma­tycz­nych, zja­wi­sku, które bar­dziej niż jakie­kol­wiek inne odmieni gra­nice obo­wią­zu­jące w świe­cie naszej przy­szło­ści. Pisa­łem donie­sie­nia z kon­fe­ren­cji o dzie­jo­wym zna­cze­niu, takich jak szczyt kli­ma­tyczny ONZ w Kopen­ha­dze w 2009 roku, podró­żo­wa­łem też na zni­ka­jące lodowe płyty Ark­tyki. Byłem w giną­cych lasach desz­czo­wych Ame­ryki Połu­dnio­wej i pora­żo­nych suszą górach pół­noc­nych Indii. Wszę­dzie widzia­łem, jak kur­czy się przy­szłość ludz­ko­ści, top­nie­jąca jak lodowce, któ­rych dzie­le­nie oglą­da­łem kie­dyś u wybrzeży Gren­lan­dii.

Gdy ludzie sły­szeli, że piszę o zmia­nach kli­matu - jeśli w nie wie­rzyli - pytali na ogół, czy ten temat mnie przy­gnę­bia. Czy nie jeste­śmy wszy­scy ska­zani na zagładę? Mówi­łem im, że zmiany kli­ma­tyczne są nie­zwy­kle ważne, bo to pro­blem na prze­cię­ciu biz­nesu, poli­tyki i nauki, a poza tym mogę dzięki nim nazbie­rać całą masę egzo­tycz­nych stem­pli w pasz­por­cie. Nie było to aż tak odle­głe od prawdy. Zmiany kli­matu były dla mnie ważne i poczy­ty­wa­łem sobie za wiel­kie szczę­ście, że mogę o nich pisać. Czy­ta­łem bada­nia, przy­go­to­wy­wa­łem arty­kuły - straszne ilo­ści arty­ku­łów - prze­strze­ga­jące, że nasz gatu­nek czeka zagłada, jeśli nie prze­pro­wa­dzimy rady­kal­nej prze­miany naszego spo­sobu życia. Jed­nak ni­gdy tego nie czu­łem. Nie czu­łem przy­szło­ści - jej cię­żaru, nie­pew­no­ści, zna­cze­nia, jej deli­kat­no­ści, takiej jak u swo­jego nowo naro­dzo­nego syna.

Ale w końcu poczu­łem.

W ankie­cie prze­pro­wa­dzo­nej przez Reu­tersa w 2012 roku w ponad dwu­dzie­stu kra­jach świata pięt­na­ście pro­cent pyta­nych osób prze­wi­dy­wało, że świat skoń­czy się za ich życia2. Son­daż z 2015 roku, w któ­rym zasię­gnięto opi­nii Ame­ry­ka­nów, Austra­lij­czy­ków, Bry­tyj­czy­ków i Kana­dyj­czy­ków, wyka­zał, że więk­szość z nich oce­niała ryzyko, iż nasz spo­sób życia znik­nie w ciągu następ­nych stu lat, na pięć­dzie­siąt pro­cent lub wię­cej. Jedna czwarta podob­nie sza­co­wała praw­do­po­do­bień­stwo, że w tym cza­sie ludz­kość czeka abso­lutna zagłada3. Wię­cej spo­śród miesz­kań­ców USA uważa, że lepiej żyło się pół wieku temu - kiedy codzien­no­ścią była wizja ato­mo­wego holo­cau­stu - niż dziś4. W 2018 roku zespół naukowy ONZ doniósł, że świat ma zale­d­wie dwa­na­ście lat, by dra­stycz­nie ogra­ni­czyć emi­sję dwu­tlenku węgla, jeśli nie chce ryzy­ko­wać glo­bal­nej kata­strofy5. Jed­no­cze­śnie w epoce pre­zy­denta Trumpa ton donie­sień medial­nych z obu stron poli­tycz­nej bary­kady stał się w grun­cie rze­czy apo­ka­lip­tyczny. Kiedy nie czy­tamy o praw­dzi­wym końcu świata, oglą­damy jego fik­cyjne wer­sje: The Wal­king Dead, Igrzy­ska śmierci, Aven­gers. Koniec gry; połowa nowych seriali na Net­flik­sie też podej­muje ten temat. Im bar­dziej krwawe i anty­uto­pijne są te wizje, tym bar­dziej je uwiel­biamy, oczy­wi­ście dopóki jeste­śmy tylko widzami, nie uczest­ni­kami. Boimy się apo­ka­lipsy, ale nie­któ­rzy z nas o niej marzą - i może nawet uwa­żają, że na nią zasłu­ży­li­śmy.

Na iro­nię zakrawa, że ta egzy­sten­cjalna panika wybu­cha na tle świata, który dla więk­szo­ści ludzi jest lep­szy niż kie­dy­kol­wiek. W 2018 roku po raz pierw­szy w histo­rii wię­cej niż połowa lud­no­ści Ziemi kwa­li­fi­ko­wała się jako "klasa śred­nia" lub "bogaci"6. Śmier­tel­ność nowo­rod­ków spa­dła w ostat­nich dwu­dzie­stu pię­ciu latach o ponad połowę7. Choć broń stała się bar­dziej zabój­cza niż kie­dy­kol­wiek, dzi­siaj na świe­cie w wyniku kon­flik­tów zbroj­nych ginie mniej ludzi niż sześć­set lat temu8. A jeśli te liczby nie prze­ma­wiają do wyobraźni, zadaj­cie sobie Pań­stwo pyta­nie: czy wole­li­by­ście uro­dzić się pięć­dzie­siąt lat temu, kiedy wcale nie tak daw­nym wspo­mnie­niem była glo­balna wojna, w któ­rej zgi­nęło ponad sześć­dzie­siąt milio­nów ludzi? Sto lat temu, przed odkry­ciem anty­bio­ty­ków, gdy od zwy­kłej infek­cji można było umrzeć? Tysiąc lat temu, gdy śred­nia dłu­gość życia wyno­siła około trzy­dzie­stu lat?9 Wąt­pię.

Nie doce­niamy teraź­niej­szo­ści po czę­ści dla­tego, że nie do końca rozu­miemy prze­szłość - cho­ciaż zara­zem błęd­nie zakła­damy, że będzie dokład­nie taka jak dziś. Psy­cho­lo­go­wie nazy­wają tę ludzką cechę heu­ry­styką dostęp­no­ści. To ten­den­cja do pod­da­wa­nia się wpły­wowi tego, co naj­bar­dziej widoczne, co naj­bar­dziej wyjąt­kowe w naszych prze­ży­ciach. Heu­ry­styka dostęp­no­ści skła­nia nas do nie­pro­por­cjo­nal­nych reak­cji, na przy­kład gdy sły­szymy o zama­chowcu samo­bójcy i natych­miast dosta­jemy obse­sji na punk­cie zagro­że­nia ze strony ter­ro­ry­stów, cho­ciaż sta­ty­styki poka­zują, że podobne sytu­acje zda­rzają się coraz rza­dziej10. Naj­bar­dziej dostępne naszemu umy­słowi są te zagro­że­nia, któ­rymi się przej­mu­jemy, i wła­śnie dla­tego tak wiele prze­pi­sów wynika raczej z kry­zysu niż z roz­sądku11. Jako doświad­czony dzien­ni­karz winę za to muszę wziąć na sie­bie - w wia­do­mo­ściach zawsze sta­ramy się poda­wać to, co zda­rzyło się nie­dawno i zapada w pamięć, a więc odgry­wamy znaczną rolę w zwra­ca­niu naszej uwagi na teraź­niej­szość kosz­tem per­spek­tywy histo­rycz­nej. Żadna gazeta nie daje na pierw­szej stro­nie nagłówka, że wczo­raj sto tysięcy ludzi wyszło z nędzy12 - a jed­nak przez ostat­nie lata zda­rza się to nie­mal codzien­nie. Krót­ko­wzrocz­ność heu­ry­styki dostęp­no­ści narzuca nam obse­sję na temat wszyst­kiego, co idzie dziś nie tak, i czyni nas śle­pymi na to, ile już osią­gnę­li­śmy.

Ale ta sama psy­cho­lo­giczna przy­pa­dłość każe nam też lek­ce­wa­żyć znacz­nie więk­sze nie­bez­pie­czeń­stwa lub zagro­że­nia, jeśli ni­gdy ich nie doświad­czy­li­śmy. Inter­net może pamięta wszystko, ludzie jed­nak zapo­mi­nają szybko i czę­sto. Nie­wielu z nas doświad­czyło w życiu praw­dzi­wych kata­strof, nikt nie widział ni­gdy aste­ro­idy na kur­sie koli­zyj­nym z naszą pla­netą, nie uświad­czył wybu­chu cho­roby, która zagra­ża­łaby ist­nie­niu ludz­ko­ści. Te zagro­że­nia nie są dla nas dostępne, więc trak­tu­jemy je jako nie­rze­czy­wi­ste - cho­ciaż nauka i sta­ty­styka mówią co innego. To, że nie rozu­miemy, iż przy­szłość może być dia­me­tral­nie odmienna od prze­szło­ści, jest przede wszyst­kim wadą naszej psy­chiki. I może jest to wada śmier­telna dla całego gatunku.

W życiu, podob­nie jak na gieł­dzie, dawne wyniki nie są gwa­ran­cją rezul­ta­tów w przy­szło­ści. Nie cho­dzi już tylko o coraz moc­niej ude­rza­jące w nas zmiany kli­matu ani nara­sta­jącą nie­sta­bil­ność w kraju i za gra­nicą, ani o zabój­cze kata­strofy, któ­rych z każ­dym rokiem jest jakby coraz wię­cej. To nie tylko bole­sne poczu­cie, że nasz świat wymyka się spod kon­troli z każ­dym twe­etem pre­zy­denta USA. Przy­szłość ludz­ko­ści jako takiej jest dziś zagro­żona bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek przez nie­bez­pie­czeń­stwa zarówno z kosmosu, jak i z Ziemi, a także przez tech­no­lo­gię, która przy­nio­sła nam taki dobro­byt.

Wydaje nam się, że wiemy, co naj­gor­szego może nam się zda­rzyć, ale naj­strasz­niej­sze kata­strofy, które dotknęły rodzaj ludzki: II wojna świa­towa, czarna śmierć - zabój­czyni około dwu­stu milio­nów ludzi w XIV wieku, naj­więk­sze hura­gany i naj­bar­dziej nisz­czy­ciel­skie trzę­sie­nia ziemi to led­wie przy­grywki w porów­na­niu z tym, co opi­suję w tej książce, z zagro­że­niami, któ­rym sta­wiamy czoła dzi­siaj. To nie­bez­pie­czeń­stwa groź­niej­sze niż naj­mrocz­niej­sze dni w dzie­jach ludz­ko­ści. Nazy­wamy je zagro­że­niami egzy­sten­cjal­nymi, bo są w sta­nie poło­żyć kres ist­nie­niu naszego gatunku raz na zawsze. Sta­no­wią błędy nie do napra­wie­nia, kata­strofy zdolne prze­rwać naszą histo­rię w pół zda­nia.

Zawsze żyli­śmy w cie­niu zagro­żeń egzy­sten­cjal­nych, tylko tego nie wie­dzie­li­śmy. W ciągu czte­rech i pół miliarda lat ist­nie­nia naszej pla­nety przy­naj­mniej pięć razy nade­szły wiel­kie fale wymie­ra­nia, wynisz­cza­jące wła­ści­wie całe życie na Ziemi, nie­rzadko pod­kre­ślane natu­ral­nymi kata­stro­fami na skalę świa­tową. Ude­rze­nia aste­roid, eks­plo­zje super­wul­ka­nów, a nawet pro­mie­nio­wa­nie gamma z kosmosu przy­po­mi­nają, że wszech­świat nie jest bez­piecz­nym miej­scem.

Zagłada dino­zau­rów sześć­dzie­siąt sześć milio­nów lat temu, wywo­łana głów­nie ude­rze­niem dzie­wię­cio­ki­lo­me­tro­wej aste­ro­idy, była przy­pad­kiem maso­wego wymie­ra­nia. Wygi­nęło 99,9 pro­cent gatun­ków, które kie­dy­kol­wiek żyły na Ziemi. Nie­które wyewo­lu­owały w inne gatunki, ale więk­szość, na przy­kład każdy inny gatu­nek z rodzaju Homo, z któ­rym dzie­li­li­śmy pla­netę, zwy­czaj­nie wymarła. Podobny los może cze­kać i nas.

O ile wszech­świat zawsze cho­ciaż tro­chę chciał nas zabić, o tyle nowo­ścią jest, że możemy znisz­czyć się sami, przez pomyłkę albo umyśl­nie. Tak zwane antro­po­ge­niczne, czyli spo­wo­do­wane przez czło­wieka, zagro­że­nia egzy­sten­cjalne poja­wiły się wraz z udaną próbą pierw­szej broni jądro­wej na poli­go­nie Tri­nity w Nowym Mek­syku 16 lipca 1945 roku. Bomba ato­mowa dała nam moc doko­na­nia tego, co w przy­padku więk­szo­ści gatun­ków ist­nie­ją­cych przed nami zro­biła selek­cja natu­ralna.

Wojna jądrowa jest jed­nak tylko pierw­szym z antro­po­ge­nicz­nych zagro­żeń egzy­sten­cjal­nych; pozo­staje per­spek­tywą zabój­czą, ale nie przy­kuwa już tak naszej uwagi. Z każ­dym mija­ją­cym rokiem miliardy ton gazów cie­plar­nia­nych wytwo­rzo­nych przez dzia­łal­ność ludzką tra­fiają do atmos­fery, przy­spie­sza­jąc zmiany kli­ma­tyczne. Z bie­giem czasu - i przy odro­bi­nie pecha - glo­balne ocie­ple­nie może zacząć zagra­żać naszemu ist­nie­niu. Jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jące - i trud­niej­sze zarówno do prze­wi­dze­nia, jak i do opa­no­wa­nia - są zagro­że­nia egzy­sten­cjalne spo­wo­do­wane nowymi tech­no­lo­giami, takimi jak bio­lo­gia syn­te­tyczna lub sztuczna inte­li­gen­cja, zdol­nymi stwo­rzyć nie­bez­pie­czeń­stwa trudne do wyobra­że­nia, niczym bomby wybu­cha­jące, zanim zorien­tu­jemy się, że zostały uzbro­jone.

Jak duże jest ryzyko? Kana­dyj­ski filo­zof John Leslie, który pomógł stwo­rzyć dzie­dzinę badań nad zagro­że­niami egzy­sten­cjal­nymi dzięki swo­jej książce The End of the World, sza­co­wał praw­do­po­do­bień­stwo, że ludz­kość wygi­nie w ciągu następ­nych pię­ciu stu­leci, na trzy­dzie­ści pro­cent13. Nie­od­ża­ło­wany Ste­phen Haw­king stwier­dził w swo­jej ostat­niej opu­bli­ko­wa­nej wypo­wie­dzi, że nasz gatu­nek zbliża się do zagłady. Pisał: "Tak czy ina­czej, uwa­żam za nie­mal nie­unik­nione, że albo ato­mowa kon­fron­ta­cja, albo eko­lo­giczna kata­strofa ogo­łoci Zie­mię w ciągu naj­bliż­szego tysiąca lat"14. Na sym­po­zjum zor­ga­ni­zo­wa­nym w 2008 roku przez Insty­tut Przy­szło­ści Ludz­ko­ści (Future of Huma­nity Insti­tute, FHI) Uni­wer­sy­tetu Oks­fordz­kiego - jedną z wielu nowo powsta­łych grup aka­de­mic­kich bada­ją­cych zagro­że­nia egzy­sten­cjalne - eks­perci oce­nili, że ogólne ryzyko wymar­cia ludz­ko­ści przed 2100 rokiem wynosi dzie­więt­na­ście pro­cent15. Może i ozna­cza to, że mamy ponad cztery piąte szans dożyć do XXII wieku, ale jak zauważa spe­cja­li­sta od zagro­żeń egzy­sten­cjal­nych Phil Tor­res, nawet dzie­więt­na­sto­pro­cen­towe ryzyko wymar­cia ludz­ko­ści w naj­bliż­szym stu­le­ciu ozna­cza dla prze­cięt­nego Ame­ry­ka­nina tysiąc pięć­set razy więk­sze praw­do­po­do­bień­stwo, iż zgi­nie w końcu świata niż w kata­stro­fie lot­ni­czej16.

Mar­tin Rees, astro­nom kró­lew­ski Wiel­kiej Bry­ta­nii i współ­za­ło­ży­ciel Cen­trum Badań Zagro­żeń Egzy­sten­cjal­nych (Cen­tre for the Study of Exi­sten­tial Risk, CSER) przy Uni­wer­sy­te­cie w Cam­bridge, podał w wyda­nej w 2003 roku książce, że szanse ludz­ko­ści na prze­ży­cie do końca wieku są jak rzut monetą - pół na pół.

- Wystar­czy parę osób albo nawet jedna, żeby przez pomyłkę albo celowo wywo­łać kata­strofę o ogrom­nych, nawet glo­bal­nych reper­ku­sjach - powie­dział mi, gdy roz­ma­wia­li­śmy w 2018 roku. - Zwy­kłem mawiać, że w glo­bal­nej wio­sce muszą być wio­skowe głupki - dodał. - A teraz dali­śmy tym głup­kom broń.

Rees ma rację, gdy sku­pia się głów­nie na ryzyku, że nowe tech­no­lo­gie dadzą olbrzy­mią moc jed­nost­kom i małym gru­pom o apo­ka­lip­tycz­nych zamia­rach. Zagro­że­nie kata­stro­fami pla­ne­tar­nymi, takimi jak aste­ro­idy i super­wul­kany, które wcze­śniej nisz­czyły życie na Ziemi, pozo­staje nie­zmienne. Jed­nak sam fakt, że Homo sapiens prze­trwał setki tysięcy lat, daje nam nadzieję, że będziemy mieli szczę­ście jesz­cze do końca tego wieku, może nawet dłu­żej. Jeden z sza­cun­ków oce­nia praw­do­po­do­bień­stwo zagłady ludz­ko­ści spo­wo­do­wa­nej kata­strofą natu­ralną w następ­nym stu­le­ciu na 0,15 pro­cent - czyli bar­dzo mało, choć wię­cej od zera17. Mamy też dostęp do cze­goś, czego nie miały dino­zaury ani inne dawno wymarłe gatunki - naukow­ców i inży­nie­rów, zdol­nych bro­nić nas przed nie­bez­pie­czeń­stwami cza­ją­cymi się nad nie­bem i pod zie­mią, o ile damy im nie­zbędne środki i upraw­nie­nia.

Jed­nak te same umy­sły, które mogą nas ochro­nić przed natu­ral­nymi zagro­że­niami dla ist­nie­nia ludz­ko­ści, powo­łały na świat cał­kiem nowe nie­bez­pie­czeń­stwa - tech­no­lo­giczne. Są one o wiele więk­sze niż wszystko, co mogłaby nam zro­bić pla­neta. Dopiero zaczy­namy rozu­mieć, jak można z tych tech­no­lo­gii korzy­stać i w jaki spo­sób mogą posłu­żyć do wyrzą­dze­nia szkód. Od ist­nie­ją­cych zagro­żeń antro­po­ge­nicz­nych, takich jak broń jądrowa, odróż­nia je to, że przy­no­szą nie tylko ryzyko, ale rów­nież korzy­ści. Bio­lo­gia syn­te­tyczna obie­cuje moż­li­wość stwo­rze­nia nie­śmier­tel­nych orga­nów, potęż­nych leków i roślin, któ­rymi wyży­wimy coraz goręt­szą i gęściej zalud­nioną pla­netę. Sztuczna inte­li­gen­cja to być może naj­waż­niej­szy wyna­la­zek w dzie­jach ludz­ko­ści, a nawet ostatni, jakiego kie­dy­kol­wiek będziemy potrze­bo­wać. Są to tech­no­lo­gie "podwój­nego prze­zna­cze­nia" - te same odkry­cia można wykorzy­stać zarówno w dobrej spra­wie, by zwal­czać inne zagro­że­nia egzy­sten­cjalne, jak i w złej. Bar­dzo moż­liwe, że nie roz­po­znamy, które opcje są które, zanim będzie za późno. W dys­ku­sji o końcu świata nie ma pro­stych odpo­wie­dzi.

W 2017 roku odsze­dłem z "Time", żeby zacząć pra­co­wać nad książką, którą wła­śnie Pań­stwo czy­tają. Moim celem było pod­nieść alarm w spra­wie zagro­żeń egzy­sten­cjal­nych sto­ją­cych przed naszym świa­tem i zadać pyta­nie, jak możemy im zapo­biec. Jed­nak gdy już zaczą­łem pro­wa­dzić bada­nia i roz­ma­wiać z eks­per­tami, ten temat pozo­sta­wał dla mnie w jakimś sen­sie nie­rze­czy­wi­sty, odle­gły, abs­trak­cyjny. To typowe dla badań zagro­żeń egzy­sten­cjal­nych. Ludzki umysł bun­tuje się na widok liczb - setki milio­nów ofiar, miliardy ofiar, kom­pletna zagłada. Zja­wi­sko to okre­śla się ter­mi­nem scope neglect - "zanie­dba­nie skali". Jeste­śmy psy­cho­lo­gicz­nie nie­zdolni przejść od małych liczb, typo­wych dla naszych prze­żyć, do olbrzy­mich, okre­śla­ją­cych masowe uni­ce­stwie­nie. Józef Sta­lin zapewne ni­gdy nie wypo­wie­dział przy­pi­sy­wa­nych mu słów: "Jedna śmierć to tra­ge­dia, milion to sta­ty­styka", co jed­nak nie zmie­nia ich praw­dzi­wo­ści. Trak­to­wa­łem koniec świata jak sta­ty­stykę, nie zmie­ni­łem swo­jego podej­ścia, które przez tyle lat sto­so­wa­łem jako repor­ter piszący o glo­bal­nym ocie­ple­niu.

Zmiana przy­szła, gdy zaczą­łem rozu­mieć naj­waż­niej­szy fakt na temat zagro­że­nia egzy­sten­cjal­nego: nie cho­dzi o nas. Cho­dzi o naszych synów, nasze córki, sio­strzeń­ców i sio­strze­nice, wszyst­kie te bez­i­mienne miliardy i biliony, które może przyjdą po nich - jeśli nasza histo­ria nie skoń­czy się teraz.

Filo­zof moral­no­ści z Oks­fordu Derek Par­fit zapro­po­no­wał eks­pe­ry­ment myślowy. Niech sobie Pań­stwo wyobrażą trzy per­spek­tywy przy­szło­ści. W pierw­szej panuje pokój. W dru­giej wybu­chła wojna jądrowa, w któ­rej zgi­nęło dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć pro­cent lud­no­ści, a nie­do­bitki pró­bują prze­trwać. W trze­ciej bomby ato­mowe zabi­jają sto pro­cent lud­no­ści świata - każ­dego męż­czy­znę, każdą kobietę, każde dziecko, rodzaj ludzki zostaje doszczęt­nie wytę­piony. Nie trzeba mieć dok­to­ratu z Oks­fordu, żeby stwier­dzić, iż naj­lep­sza jest ta pierw­sza wizja, a ta trze­cia - sce­na­riusz zagłady - naj­gor­sza. Więk­szość ludzi instynk­tow­nie stwier­dzi też, że róż­nica mię­dzy poko­jem a ato­mo­wym holo­cau­stem, z któ­rego oca­lał tylko jeden pro­cent ludz­ko­ści, jest o wiele więk­sza niż róż­nica mię­dzy śmier­cią dzie­więćdziesięciu dzie­wię­ciu pro­cent a zagładą wszyst­kich. Wystar­czy spoj­rzeć na liczby. Ale Par­fit odrzu­cił ten wnio­sek. W 1984 roku pisał w Racjach i oso­bach: "Cywi­li­za­cja zaczęła się zale­d­wie kilka tysięcy lat temu. Jeżeli nie znisz­czymy ludz­ko­ści, te kilka tysięcy lat może być zale­d­wie małym ułam­kiem całej cywi­li­zo­wa­nej histo­rii czło­wieka. Róż­nica mię­dzy [warian­tami] (2) a (3) może być zatem róż­nicą mię­dzy ową maleńką cząstką i całą resztą tej histo­rii"18.

Jak to mówi slo­gan obroń­ców przy­rody, wygi­nąć można tylko raz na zawsze19. Praw­dziwą grozę końca świata mie­rzy się nie naszą śmier­cią ani śmier­cią wszyst­kich, któ­rych znamy i kochamy, nie śmier­cią dzieci i wnu­ków, ale tym, że nie zaist­nieje nikt z tych, któ­rzy mieli przyjść po nich, któ­rzy mieli żyć, kochać, pod­trzy­mać nasz gatu­nek. Urze­czy­wist­nie­nie zagro­że­nia egzy­sten­cjal­nego to śmierć przy­szło­ści.

Fun­da­men­talna moral­ność każe nam rato­wać poje­dyn­cze życie za wszelką cenę. Gdyby przed świa­tem stało bez­po­śred­nie egzy­sten­cjalne zagro­że­nie - na przy­kład gdyby w kie­runku Ziemi leciała bar­dzo duża aste­ro­ida - zro­bi­li­by­śmy wszystko, co w naszej mocy, wydali wszyst­kie pie­nią­dze, żeby spró­bo­wać oca­lić miesz­ka­jące tu miliardy. Czy nie powin­ni­śmy zatem odczu­wać jesz­cze potęż­niej­szej moty­wa­cji, by ochro­nić przy­szłe poko­le­nia, któ­rych kolej na naszej pla­ne­cie dopiero przyj­dzie (oczy­wi­ście jeśli jej naj­pierw nie znisz­czymy albo nie pozwo­limy, by została znisz­czona przez naszą bez­czyn­ność)? Gdy weź­miemy pod uwagę przy­szłość - całą przy­szłość - stawka naszych obec­nych dzia­łań staje się nie­wy­obra­żal­nie olbrzy­mia. Możemy mieć przed sobą tysiące, dzie­siątki tysięcy, nawet miliony lat cywi­li­za­cji, ale ta przy­szłość zależy od nas, któ­rzy żyjemy w chwili obec­nej.

To wła­śnie czuję, gdy patrzę na zdję­cie swo­jej nowej rodziny. To przy­szłość i prze­szłość, które stały się nama­calne w jed­nym momen­cie. Myślę o nie­koń­czą­cym się łań­cu­chu wyda­rzeń, które musiały zajść daw­niej, żeby mój syn mógł zaist­nieć. I o tym, co dzieje się dziś, żeby urze­czy­wist­niła się cała przy­szłość ludz­ko­ści. Łań­cuch ten mógł się zerwać w dowol­nym momen­cie, czy to przez cho­robę, czy kata­strofę, czy zwy­czaj­nego pecha. Jesz­cze cał­kiem nie­dawno na takie zerwa­nie - gdyby nasz gatu­nek wymarł, tak jak nie­zli­czone inne przed nim - nie­wiele mogli­by­śmy pora­dzić. Nasi przod­ko­wie nie potra­fili ode­pchnąć aste­ro­idy ani wymy­ślić szcze­pionki na mor­der­czą cho­robę, ale my potra­fimy. Możemy żyć w ostat­nich latach dzie­jów ludz­ko­ści - albo zale­d­wie na początku. Wybór i odpo­wie­dzial­ność należą do nas.

Na kolej­nych stro­nach przed­sta­wię prze­gląd zagro­żeń egzy­sten­cjal­nych i wyzna­czę drogę do prze­trwa­nia. Przyj­rzę się zagro­że­niu ze strony aste­roid i komet, zapo­luję z astro­no­mami na obiekty bli­skie Ziemi, które mogłyby ode­brać nam przy­szłość na tej pla­ne­cie. Zba­dam nie­do­ce­niane zagro­że­nie ze strony super­wul­ka­nów, które już wie­lo­krot­nie nisz­czyły życie na Ziemi, w tym także super­wul­kanu pod naj­star­szym par­kiem naro­do­wym w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Pojadę do kolebki zagro­żeń antro­po­ge­nicz­nych - na poli­gon Tri­nity w Nowym Mek­syku, na któ­rym zro­dziło się strasz­liwe piękno. Zre­la­cjo­nuję od wewnątrz histo­rię kon­fe­ren­cji kli­ma­tycz­nych, bez­sku­tecz­nie pró­bu­ją­cych zaha­mo­wać prze­ra­ża­jące tempo glo­bal­nego ocie­ple­nia, zapy­tam, ile wła­ści­wie teraź­niej­szość jest winna przy­szło­ści. Podzielę się prze­ży­ciami z pierw­szej glo­bal­nej epi­de­mii XXI wieku i wyja­śnię, jakim cudem zwy­kły wirus może wywo­łać chaos w połą­czo­nym świe­cie. Spoj­rzę przez ramię naukow­com odmie­nia­ją­cym życie za pomocą bio­lo­gii syn­te­tycz­nej, zapy­tam, czy powsta­nie hiper­in­te­li­gent­nej sztucz­nej inte­li­gen­cji (SI) powin­ni­śmy przy­jąć z opty­mi­zmem, lękiem czy ze zwy­kłym powąt­pie­wa­niem. Będę szu­kał poza­ziem­skich cywi­li­za­cji i wska­zó­wek na temat naszego losu, jakie może pod­su­nąć mil­czący jak dotąd kosmos. Wyja­śnię wresz­cie, w jaki spo­sób nasz gatu­nek może prze­trwać to, czego nie da się prze­trwać, jeśli egzy­sten­cjalna kata­strofa w końcu nadej­dzie.

Postawmy sprawę jasno: jeste­śmy w śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie. Jed­nak zagro­że­nia egzy­sten­cjalne, o któ­rych mowa na kolej­nych stro­nach niniej­szej książki, zmo­bi­li­zo­wały odda­nych spra­wie naukow­ców i eks­per­tów, dokła­da­ją­cych wszel­kich sta­rań, żeby ochro­nić naszą przy­szłość przed koń­cem świata. Utwo­rzono nowe orga­ni­za­cje, by badały podobne groźby na prze­cię­ciu wielu dys­cy­plin: Insty­tut Przy­szło­ści Ludz­ko­ści na Oks­for­dzie, Cen­trum Badań Zagro­żeń Egzy­sten­cjal­nych przy Uni­wer­sy­te­cie w Cam­bridge, Insty­tut Przy­szło­ści Życia (Future of Life Insti­tute) w Bosto­nie. Walka z zagro­że­niami egzy­sten­cjal­nymi nie polega tylko na tym, żeby wymy­ślić coś, co zatrzyma aste­ro­idę, albo zagwa­ran­to­wać dobro­tliwą i poko­jową naturę naszych przy­szłych robo­tycz­nych wład­ców. To praca wyma­ga­jąca wpro­wa­dze­nia nowego typu metody nauko­wej, goto­wo­ści do zma­gań z nie­wia­do­mymi na skalę pla­ne­tarną i licz­bami na pozio­mie kosmosu. Myśli­ciele tacy jak Nick Bostrom, Anders Sand­berg, Milan Ćir­ko­vić, Olle Häggström i inni rzu­cili nowe świa­tło na osta­teczny los istot ludz­kich, temat mniej zba­dany niż życie skrom­nego żuka gno­jaka, choć prze­cież tak oczy­wi­ście ważny20. Ich osią­gnię­cia zain­spi­ro­wały powsta­nie niniej­szej książki, będę do nich wie­lo­krot­nie wra­cał na jej kar­tach.

Jeśli mamy się ura­to­wać, musimy myśleć o tym, czego rozum nie ogar­nie; nie tylko zro­zu­mieć przy­szłość, ale też poczuć jej cię­żar. Naj­więk­sze wyzwa­nie egzy­sten­cjalne, jakie stoi przed nami, należy nie do sfer tech­niki ani poli­tyki, a do sfery myśle­nia. Musimy wie­rzyć, że koniec świata może nadejść, a jed­no­cze­śnie wie­rzyć, że możemy coś z tym zro­bić. Ale jak dotąd wycho­dzi nam to słabo.

"The Bul­le­tin of the Ato­mic Scien­ti­sts" (BAS) to cza­so­pi­smo aka­de­mic­kie zało­żone po II woj­nie świa­to­wej przez kilku współ­twór­ców bomby ato­mo­wej. W 1947 roku zada­nie stwo­rze­nia okładki jego pierw­szego numeru powie­rzono rysow­niczce Mar­tyl Langs­dorf. Jej strach przed tą nową bro­nią zna­lazł wyraz w jed­nym z naj­bar­dziej roz­po­zna­wal­nych sym­boli zim­nej wojny - zega­rze zagłady, któ­rego wska­zówki zbli­żają się do pół­nocy.

Od 1947 roku auto­rzy BAS prze­su­wali wska­zówki zegara, by poka­zać - w uprosz­czony, ale sku­teczny spo­sób - jak bli­ski może być koniec świata. W 1949 roku prze­su­nęły się na trzy minuty do pół­nocy w odpo­wie­dzi na pierw­szy udany test bomby ato­mo­wej w Związku Radziec­kim, od któ­rego roz­po­czął się ato­mowy wyścig zbro­jeń. Gdy Waszyng­ton i Moskwa pod­pi­sały w 1963 roku układ o zaka­zie prób broni nukle­ar­nej w atmos­fe­rze, w prze­strzeni kosmicz­nej i pod wodą, wska­zówki cof­nęły się do za dwa­na­ście dwu­na­sta. O ile przez pierw­sze dzie­się­cio­le­cia swo­jego ist­nie­nia zegar opi­sy­wał wyłącz­nie zagro­że­nie ato­mowym holo­cau­stem, o tyle nie prze­stał mie­rzyć czasu po zakoń­cze­niu zim­nej wojny, dziś zaś uwzględ­nia też nowe zagro­że­nia ze strony zmian kli­matu i tech­no­lo­gii. Zegar zagłady to naj­bliż­szy odpo­wied­nik ter­mo­me­tru ryzyka egzy­sten­cjal­nego, jaki jest obec­nie dostępny.

Jesie­nią każ­dego roku Komi­tet do spraw Nauki i Bez­pie­czeń­stwa BAS - grupa wybit­nych naukow­ców i spe­cja­li­stów od obron­no­ści - spo­tyka się, by zadać pyta­nie: czy ludz­kość jest w tym roku bez­piecz­niej­sza niż w ubie­głym, czy prze­ciw­nie? I czy jest bez­piecz­niej­sza w porów­na­niu z histo­rycz­nymi wska­za­niami zegara, czy też nie? Zegar jest sym­bo­lem bar­dzo nie­pre­cy­zyj­nym - opi­suje ryzyko egzy­sten­cjalne za pomocą sześć­dzie­się­ciu inter­wa­łów - ale jego ponu­rej sku­tecz­no­ści nie da się nie pod­wa­żyć. Wła­śnie dla­tego jeden z pierw­szych wyjaz­dów pod­czas pracy nad książką zapro­wa­dził mnie do Waszyng­tonu, gdzie 25 stycz­nia 2018 roku byłem świad­kiem, jak redak­cja BAS przed­sta­wia w Natio­nal Press Clu­bie nowe wska­za­nie zegara zagłady. Nie było roz­cza­ro­wań.

- Nasza ocena jest bar­dzo zło­wroga - ogło­siła światu Rachel Bron­son, prze­wod­ni­cząca i pre­zes "The Bul­le­tin of the Ato­mic Scien­ti­sts". - Jeste­śmy dziś dwie minuty przed pół­nocą.

Tylko w 1953 roku, po tym, jak USA i ZSRR zde­to­no­wały pierw­sze bomby wodo­rowe - narzę­dzia maso­wej zagłady o wiele potęż­niej­sze od ato­mo­wych bomb zrzu­co­nych na Hiro­simę i Naga­saki - zegar był rów­nie bli­sko peł­nej godziny. Budowa muru ber­liń­skiego, kry­zys kubań­ski, wojna w Wiet­na­mie - nic z tego nie było rów­nie wiel­kim zagro­że­niem dla dal­szego ist­nie­nia rodzaju ludz­kiego, jak wyda­rze­nia 2017 roku, przy­naj­mniej zda­niem wska­zó­wek na okładce BAS. Eks­perci "The Bul­le­tin of the Ato­mic Scien­ti­sts" powo­ły­wali się na wiele czyn­ni­ków: ato­mowy prze­łom w Korei Pół­noc­nej, nie­pew­ność co do dal­szych losów poro­zu­mie­nia nukle­ar­nego z Ira­nem, plany wyco­fa­nia się Sta­nów Zjed­no­czo­nych z pary­skiego poro­zu­mie­nia kli­ma­tycz­nego, roz­prze­strze­nie­nie się hako­wa­nia, wresz­cie nie­prze­wi­dy­wal­nego pre­zy­denta Donalda Trumpa. Waż­niej­sze jed­nak od przy­czyn prze­su­nię­cia zegara - w końcu ze wszyst­kimi można się spie­rać - jest to, jak nie­wiele zostało czasu.

- Żyjemy w groź­nych, nie­bez­piecz­nych cza­sach - powie­działa mi Bron­son po odsło­nię­ciu zegara. - To nie jest zimna wojna, jaką pamię­tają pana rodzice.

Gdyby to był film, Bron­son i jej kole­dzy ogła­sza­liby swoje alar­mu­jące wie­ści tłu­mowi dzien­ni­ka­rzy w sto­licy kraju. Kanały infor­ma­cyjne prze­rwa­łyby pro­gram, żeby poka­zać kon­fe­ren­cję na żywo, a redak­cje gazet zaczę­łyby odku­rzać czcionki do wojen­nych nagłów­ków. Zegar zagłady opi­suje los całej ludz­ko­ści, wszyst­kich sied­miu i pół miliarda z nas, a także tych, któ­rzy dopiero mogą zaist­nieć. Nic na świe­cie nie powinno być waż­niej­sze.

A jed­nak tam­tego stycz­nio­wego poranka w Loży imie­nia Pierw­szej Poprawki w Natio­nal Press Clu­bie była ze mną na widowni tylko garstka przed­sta­wi­cieli prasy, padło też jedy­nie kilka pytań. Media nie prze­mil­czały nowego zegara - w końcu strach dobrze się sprze­daje - jed­nak dla więk­szo­ści sta­cji i redak­cji był to tylko jesz­cze jeden news z pogrą­ża­ją­cego się w sza­leń­stwie świata, natych­miast przy­ćmiony następ­nym donie­sie­niem, kolej­nym skan­da­lem.

Gdy wycho­dzi­łem tego ranka z Press Clubu, już w recep­cji widzia­łem, jak zaczy­nają o tym zapo­mi­nać. Na ekra­nach wiszą­cych tam tele­wi­zo­rów leciały pro­gramy sta­cji infor­ma­cyj­nych. W cen­trum uwagi było to, jak pora­dzi sobie Trump na Świa­to­wym Forum Eko­no­micz­nym w Davos w Szwaj­ca­rii, że popyt na iPhone'y spada, co nowego w son­da­żach przed­wy­bor­czych. Na jed­nym z ekra­nów dzie­więć­dzie­się­ciocz­te­ro­letni Henry Kis­sin­ger, duch z cza­sów, gdy poprzed­nim razem gro­ziła nam zagłada, pró­bo­wał wychry­pieć zezna­nia przed senacką komi­sją do spraw sił zbroj­nych. Zegar tykał - nasz zegar, mie­rzący nasz czas. Nikogo to nie obcho­dziło.

A musi obcho­dzić. Nie możemy pod­dać się apa­tii, tak samo jak nie może nami zawład­nąć panika ani roz­pacz. Stoją przed nami olbrzy­mie wyzwa­nia, z któ­rych tak wiele sami sobie zgo­to­wa­li­śmy. Jeste­śmy jed­nak w sta­nie je poko­nać, dla dobra wła­snego i przy­szłych poko­leń. Wiem, o jaki świat wal­czę. Mogę mu spoj­rzeć w oczy. Wszy­scy razem możemy zaś zacząć wal­czyć - naj­pierw spo­glą­da­jąc w niebo.

1

Aste­ro­ida

Wszech­świat pró­buje nas zabić

Niniej­sza książka oma­wia temat zagłady ludz­ko­ści, nie można jed­nak do niego podejść, nie roz­wa­żyw­szy naj­pierw wygi­nię­cia innej grupy zwie­rząt, któ­rych wła­dza nad świa­tem też wyda­wała się kie­dyś nie­za­gro­żona - dino­zau­rów. Dino­zaury ist­niały na świe­cie przez sto osiem­dzie­siąt milio­nów lat1, setki razy dłu­żej niż Homo sapiens, a potem spo­tkał je nagły i strasz­liwy koniec. Dla nas ważne jest nie tylko to, że wymarły, ale także to, jak do tego doszło. Ska­mie­liny są kro­niką kata­strofy, w któ­rej być może czy­tamy o wła­snej przy­szło­ści.

Około sześć­dzie­się­ciu sze­ściu milio­nów lat temu, w okre­sie, który dziś nazy­wamy późną kredą, orbita pew­nej aste­ro­idy prze­cięła się z torem Ziemi. Aste­ro­idy wcale nie są rzad­ko­ścią - wraz z naszą pla­netą krążą wokół Słońca setki tysięcy tych skal­nych i meta­lo­wych brył, pozo­sta­łych z cza­sów mło­do­ści Układu Sło­necz­nego. Ta, o któ­rej mówimy, liczyła dzie­sięć kilo­me­trów śred­nicy, była więc nad­zwy­czaj duża, wciąż jed­nak malutka w porów­na­niu z naszą pla­netą - jak szklana kulka do gry obok piłki pla­żo­wej. Gdy jed­nak zetknęła się z Zie­mią, prze­le­ciała przez jej atmos­ferę pod bar­dzo ostrym kątem, niczym olim­pij­czyk ska­czący do wody, i ude­rzyła w tereny dzi­siej­szego Mek­syku z pręd­ko­ścią nie­mal dwu­dzie­stu kilo­me­trów na sekundę - dwa­dzie­ścia razy szyb­ciej od wystrze­lo­nej kuli kara­bi­no­wej2. Jej tar­cie o atmos­ferę roz­grzało powie­trze, zmie­nia­jąc je w błę­kitną roz­pa­loną pla­zmę3. Trzeba było zale­d­wie dwu­dzie­stu sekund, by skała roz­biła się o powierzch­nię morza.

Ocean w punk­cie ude­rze­nia był płytki. Po prze­bi­ciu powierzchni aste­ro­ida prze­szła też przez dno i sko­rupę ziem­ską, zagrze­bu­jąc się w roz­grzane do czer­wo­no­ści stru­mie­nie pod­ziem­nej magmy. Ener­gia wyzwo­lo­nej przy tym eks­plo­zji była równa deto­na­cji stu milio­nów ton tro­tylu, ponad sześć i pół tysiąca razy potęż­niej­sza niż bomba ato­mowa zrzu­cona na Hiro­simę. Sąsied­nie wybrzeża zalało megat­su­nami. Ponad tysiąc metrów sze­ścien­nych skał natych­miast wypa­ro­wało i zostało wyrzu­cone w powie­trze, wyry­wa­jąc dziurę w atmos­fe­rze pla­nety. Część tego gruzu skon­den­so­wała się następ­nie w kulki wiel­ko­ści ziarnka pia­sku, zwane sfe­ru­lami. Na każdy cen­ty­metr sze­ścienny powierzchni Ziemi spa­dło ich prze­szło pół­tora tysiąca. Cie­pło wypro­mie­nio­wy­wane przez roz­grzane powie­trze wywo­łało pożary na całym świe­cie, wypa­la­jąc więk­szość albo całość bio­masy na lądzie. Dzie­sięć cen­ty­metrów oce­anów na Ziemi roz­grzało się do wrze­nia.

- Po ude­rze­niu aste­ro­idy wszystko na powierzchni zaczęło pło­nąć jak w piecu z włą­czo­nym opie­ka­czem - powie­dział mi Brian Troon, badacz atmos­fery z Uni­wer­sy­tetu Kolo­rado w Boul­der, który poświę­cił wiele lat na stu­dio­wa­nie następstw tej wiel­kiej koli­zji. - Dino­zaury upie­kły się żyw­cem.

Dino­zaury padły ofiarą przede wszyst­kim kata­stro­ficz­nego pecha. Jak za chwilę zoba­czymy, różne obiekty z kosmosu ude­rzają w Zie­mię nie­mal bez prze­rwy, jed­nak ryzyko, że trafi nas coś o roz­mia­rach aste­ro­idy Chi­cxu­lub - która otrzy­mała nazwę współ­cze­snego mek­sy­kań­skiego mia­steczka poło­żo­nego obok olbrzy­miego pod­wod­nego kra­teru pozo­sta­wio­nego przez jej ude­rze­nie - jest mikro­sko­pijne. To był pierw­szy pechowy moment. Moż­liwe, że nawet skała o tak wiel­kich roz­mia­rach nie wytę­pi­łaby dino­zau­rów, gdyby nie ude­rzyła dokład­nie w tym punk­cie. Na dnie morza w miej­scu upadku znaj­do­wało się wyjąt­kowo dużo siarki, któ­rej kro­pelki unio­sły się w powie­trze wraz z obło­kiem pyłów wynie­sio­nym przez aste­ro­idę. Siarka odbija świa­tło sło­neczne, więc chmura pyłu, siarki oraz olbrzy­mich ilo­ści sadzy nie pozwo­liła Słońcu na ogrza­nie Ziemi. Tem­pe­ra­tura na powierzchni pla­nety gwał­tow­nie spa­dła, poten­cjal­nie nawet o dwa­dzie­ścia sie­dem stopni Cel­sju­sza na lądzie i dwa­dzie­ścia nad oce­anem. Przez długi czas po upadku aste­ro­idy - może nawet dwa lata - ciem­ność była tak zupełna, że rośliny wła­ści­wie stra­ciły zdol­ność do foto­syn­tezy, do jedze­nia pozo­stało więc tylko to, co już leżało na ziemi i pod powierzch­nią wód.

- Poziom nasło­necz­nie­nia spadł na parę lat poni­żej jed­nego pro­centa - mówi Troon. - W tak eks­tre­mal­nej sytu­acji zwie­rzęta i rośliny nie mogą tego niczym zre­kom­pen­so­wać.

To był drugi pech - i ostatni, jaki przy­da­rzył się dino­zau­rom. Cho­ciaż ude­rze­nie aste­ro­idy samo w sobie z pew­no­ścią było strasz­liwe, zwłasz­cza w oko­li­cach punktu koli­zji, praw­dziwą przy­czyną zagłady dino­zau­rów oraz około trzech czwar­tych zwie­rząt i roślin żyją­cych wów­czas na Ziemi był glo­balny brak świa­tła sło­necz­nego, a przez to pokarmu. Nisz­czy­ciel­skie prze­miany śro­do­wi­skowe zaszły szyb­ciej, niż żywe stwo­rze­nia były w sta­nie się do nich przy­sto­so­wy­wać, i zgła­dziły wszystko, co nie mogło się scho­wać w norach. Gdyby obiekt podob­nych roz­mia­rów ude­rzył w naszą pla­netę dzi­siaj, naj­praw­do­po­dob­niej też zgi­nę­li­by­śmy wła­śnie od tego - chyba że byli­by­śmy dość zmyślni, by się ura­to­wać.

Opo­wieść o aste­ro­idzie, która zabiła dino­zaury, tak głę­boko zagnieź­dziła się w naszej wyobraźni jako sym­bol natu­ral­nej apo­ka­lipsy, że bar­dzo łatwo zapo­mnieć, jak nie­dawno poja­wiła się ta teo­ria. Aste­ro­idę prze­ci­na­jącą orbitę Ziemi po raz pierw­szy zaob­ser­wo­wano w 1932 roku, a gdy Neil Arm­strong i Buzz Aldrin cho­dzili po powierzchni Księ­życa w 1969 roku, naukowcy dopiero zaczy­nali rozu­mieć, że kra­tery na powierzchni naszego sate­lity to ślady ude­rzeń kosmicz­nych skał.

Na Ziemi geo­lo­dzy wciąż trzy­mali się kur­czowo teo­rii uni­for­mi­ta­ria­ni­zmu. Brzmi to jak nazwa mało zna­nego odłamu pro­te­stan­ty­zmu, cho­dzi jed­nak o zało­że­nie, że widziane dzi­siaj struk­tury geo­lo­giczne - oce­any, kra­tery, góry - powstały w wyniku cią­głych, stop­nio­wych pro­ce­sów takich jak ero­zja. Podob­nie myślano o wymie­ra­niu - zda­niem więk­szo­ści ówcze­snych naukow­ców odby­wało się ono stop­niowo, a nie nagle i masowo. Dopiero w 1980 roku fizyk Luis Alva­rez i jego syn geo­log Wal­ter Alva­rez opu­bli­ko­wali wyniki badań dowo­dzą­cych, iż glina w ska­łach osa­do­wych z końca kredy zawiera nie­zwy­kle wyso­kie stę­że­nie irydu, pier­wiastka spo­ty­ka­nego znacz­nie czę­ściej w aste­ro­idach niż w sko­ru­pie ziem­skiej. Iryd był jak odcisk palca podej­rza­nego na narzę­dziu zbrodni. Alva­rezowie wycią­gnęli wnio­sek, że przy­czyną wygi­nię­cia dino­zau­rów było ude­rze­nie olbrzy­miej aste­ro­idy lub komety4.

Cho­ciaż nie­któ­rzy wciąż uwa­żają, że głów­nym powo­dem zagłady wiel­kich gadów były olbrzy­mie erup­cje wul­ka­niczne - czemu przyj­rzymy się w następ­nym roz­dziale - teo­ria o aste­ro­idzie została zaak­cep­to­wana przez więk­szość naukow­ców, zwłasz­cza po prze­ba­da­niu pod­wod­nej czę­ści kra­teru Chi­cxu­lub w 2001 roku5. Bada­nia Alva­re­zów pozwo­liły też odrzu­cić uni­for­mi­ta­ria­nizm - naukowcy zro­zu­mieli, że obok powol­nych, powsze­dnich pro­ce­sów geo­lo­gicz­nych Zie­mia bywała też kom­plet­nie prze­kształ­cana przez nagłe kata­strofy, stąd nazwa nowej teo­rii kata­stro­fi­zmu. Skoro zaś jakaś kata­strofa przy­da­rzyła się raz, może się prze­cież powtó­rzyć.

Dino­zaury są ikoną kom­plet­nego wygi­nię­cia, a ich nisz­czy­cielka stała się sym­bo­lem wszech­świata, który - cytu­jąc astro­fi­zyka Neila deGrasse'a Tysona - "pró­buje nas zabić"6. W odróż­nie­niu od czę­ści pozo­sta­łych natu­ral­nych zagro­żeń egzy­sten­cjal­nych, o któ­rych mowa w tej książce, aste­ro­idy pew­nie będziemy w sta­nie prze­wi­dzieć, co czyni je tylko jesz­cze bar­dziej zło­wro­gimi, choć sam kata­klizm potrwałby zale­d­wie moment. Nic dziw­nego, że kosmiczne skały stały się ulu­bio­nym natu­ral­nym zabójcą Hol­ly­wo­odu. Wpraw­dzie to tylko bryły kamie­nia i metalu, jed­nak z natury rze­czy dosko­nale pasują do fil­mo­wych fabuł.

Wyróż­nia je coś jesz­cze. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści zagro­żeń egzy­sten­cjal­nych - zwłasz­cza natu­ral­nych - potra­fimy się przed nimi obro­nić. Astro­no­mo­wie są w sta­nie wykryć aste­ro­idy, które mogłyby prze­ciąć orbitę Ziemi - nazy­wamy je obiek­tami bli­skimi Ziemi - i wyty­czyć ich trasę na lata, a nawet dzie­się­cio­le­cia przed poten­cjalną koli­zją. Jeśli zaś któ­raś z nich rze­czy­wi­ście sta­łaby się zagro­że­niem, w teo­rii wiemy, jak zmie­nić jej tor, nim zagrozi życiu na naszej pla­ne­cie. Jak powie­dział mi Tom Jones, doświad­czony astro­nauta z NASA, który w pracy aka­de­mic­kiej zaj­mo­wał się wykry­wa­niem aste­roid:

- Uczymy się zmie­niać to, jak działa Układ Sło­neczny, by ochro­nić nasz gatu­nek.

Sześć­dzie­siąt sześć milio­nów lat temu, gdy aste­ro­ida z Chi­cxu­lub leciała wytę­pić dino­zaury, mogły one tylko wygi­nąć. Gdyby obiekt bli­ski Ziemi o podob­nych roz­mia­rach ude­rzył ponow­nie w cza­sach domi­na­cji naszego gatunku, też byli­by­śmy bez­radni - aż do dziś. Potra­fimy już zmie­nić mecha­nikę sfer nie­bie­skich, by zadbać o swoje bez­pie­czeń­stwo i przy­szłość. Jeste­śmy w sta­nie oca­lić świat - przy­naj­mniej od tego zagro­że­nia - jeśli zaczniemy dzia­łać już teraz.

Ludz­kość po raz pierw­szy mogła odczuć zagro­że­nie ze strony obiek­tów bli­skich Ziemi 24 marca 1993 roku, gdy troje astro­no­mów z obser­wa­to­rium Palo­mar pod Los Ange­les odkryło kometę na kur­sie koli­zyj­nym z naszą pla­netą. Tam­tej nocy w górach połu­dnio­wej Kali­for­nii wiał silny wiatr, a burzowe chmury utrud­niały obser­wa­cję nieba. Geo­log Eugene Sho­ema­ker, jego żona Caro­lyn, pra­cu­jąca jako astro­nom, i ich kolega David Levy pro­wa­dzili wie­lo­let­nią obser­wa­cję obiek­tów bli­skich Ziemi - dro­bia­zgowe poszu­ki­wa­nia aste­roid, komet i wszyst­kiego innego, co byli w sta­nie zna­leźć w naszym Ukła­dzie Sło­necz­nym. Ich szanse na wypa­trze­nie cze­go­kol­wiek były raczej marne - naj­lep­sze warunki na obser­wa­cję są przy bez­chmur­nym nie­bie i bez­wietrz­nej pogo­dzie, czego nie dało się powie­dzieć o 24 marca7. Nawet dziś, gdy mamy do dys­po­zy­cji apa­raty cyfrowe i opro­gra­mo­wa­nie śle­dzące ruch, odkry­wa­nie i kata­lo­go­wa­nie aste­roid jest w rów­nym stop­niu nauką co sztuką, wyma­ga­jącą zresztą wiel­kiej dro­bia­zgo­wo­ści. Na początku lat dzie­więć­dzie­sią­tych w uży­ciu wciąż były kli­sze ana­lo­gowe. Poszu­ki­wa­cze aste­roid wymie­rzali tele­skopy w jakąś część nieba, a następ­nie foto­gra­fo­wali ją z wie­lo­mi­nu­to­wym cza­sem naświe­tla­nia. Potem porów­ny­wali otrzy­mane obrazy w nadziei odna­le­zie­nia jakie­goś ciała nie­bie­skiego poru­sza­ją­cego się na tle gwiazd i pla­net. Zła pogoda nie była ostat­nią prze­szkodą - kilka dni wcze­śniej Sho­ema­ke­ro­wie i Levy zorien­to­wali się, że ich bar­dzo czuły, drogi film foto­gra­ficzny, kosz­tu­jący nie­mal cztery dolary za klatkę, przy­pad­kiem został nara­żony na dzia­ła­nie świa­tła. Do użytku nada­wał się tylko śro­dek każ­dej kli­szy. Czy w ogóle był sens mar­no­wać dro­go­cenne resztki dobrego filmu w tak pochmurną noc?

Eugene Sho­ema­ker - lepiej znany jako Gene - stał się legendą w krę­gach poszu­ki­wa­czy aste­roid. Jako jeden z pierw­szych naukow­ców stwier­dził, że kra­tery obecne w wielu miej­scach Ziemi są dowo­dem na zde­rze­nia naszej pla­nety z aste­roidami i kome­tami8. Nawet Gene, znany z wytrwa­ło­ści, skła­niał się w obli­czu fatal­nej pogody i kosztu filmu do prze­rwa­nia prac. Levy powie­dział jed­nak, że rów­nie dobrze mogą zużyć uszko­dzone kli­sze - jeśli warunki się nie popra­wią, to przy­naj­mniej nie zmar­nują nie­na­świe­tlo­nego filmu. Gene w końcu dał się prze­ko­nać. Zanim zro­biło się zbyt pochmurno, by kon­ty­nu­ować obser­wa­cję, Levy sfo­to­gra­fo­wał trzy czę­ści nieba, które ekipa miała nadzieję porów­nać do wcze­śniej­szych zdjęć9.

Po wywo­ła­niu klisz Caro­lyn zaczęła je dro­bia­zgowo badać - po dwie naraz - pod ste­reo­mi­kro­sko­pem, dzięki któ­remu każdy ruchomy ele­ment obrazu taki jak aste­ro­ida wyda­wał się wyżej niż gwiazdy w tle. Histo­ria Caro­lyn jest wyjąt­kowo inspi­ru­jąca. Nim została astro­no­mem, przez wiele lat była żoną i gospo­dy­nią domową Gene'a. W wieku pięć­dzie­się­ciu jeden lat spę­dzała noce, szu­ka­jąc aste­roid w obser­wa­to­riach Palo­mar i Uni­wer­sy­tetu Pół­noc­nej Ari­zony. Gdy następ­nego dnia oglą­dała kolejną parę zdjęć, dostrze­gła coś kilka stopni od Jowi­sza.

- Nie wiem, co to jest - powie­działa Gene'owi i Levy'emu - ale wygląda jak zgnie­ciona kometa.

W toku swo­jej kariery Caro­lyn Sho­ema­ker odkryła ponad pięć­set aste­roid i trzy­dzie­ści dwie komety10. Żadna z nich nie była jed­nak rów­nie ważna, jak obiekt, który wypa­trzyła tego wie­czoru. Gene i Levy rze­czy­wi­ście sfo­to­gra­fo­wali, a Caro­lyn rze­czy­wi­ście wypa­trzyła kometę - póź­niej nazwaną Sho­ema­ker-Levy 9, ponie­waż była dzie­wiątą odkrytą przez ich zespół. Wyda­wała się zgnie­ciona, roz­biły ją bowiem na czę­ści siły dzia­ła­jące w polu gra­wi­ta­cyj­nym Jowi­sza, kiedy mijała go w 1992 roku. Nawet roz­bita na kawałki kometa pozo­staje jed­nak nie­bez­pieczna, a resztki Sho­ema­ker-Levy 9 były wła­śnie na kur­sie koli­zyj­nym z naj­więk­szą pla­netą naszego Układu Sło­necz­nego.

16 lipca 1994 roku, obser­wo­wane przez tele­skopy całego świata oraz sondy Gali­leo, prze­la­tu­ją­cej wów­czas ponad dwie­ście czter­dzie­ści milio­nów kilo­me­trów od Jowi­sza, czo­łowe frag­menty Sho­ema­ker-Levy 9 zaczęły ude­rzać o powierzch­nię gazo­wego olbrzyma11. Był to pierw­szy raz, gdy astro­no­mo­wie mogli bez­po­śred­nio obser­wo­wać zde­rze­nie dwóch obiek­tów poza­ziem­skich w naszym Ukła­dzie Sło­necz­nym. Wido­wi­sko zde­cy­do­wa­nie ich nie roz­cza­ro­wało. Więk­szość frag­men­tów komety miała śred­nicę przy­naj­mniej dwóch kilo­me­trów i podró­żo­wała z pręd­ko­ścią dwu­stu tysięcy kilo­me­trów na godzinę - to wystar­cza­jąco, by prze­le­cieć nad kon­ty­nen­talną czę­ścią Sta­nów Zjed­no­czo­nych w nieco ponad minutę. Jeden z frag­men­tów Sho­ema­ker-Levy 9 ude­rzył w Jowi­sza z siłą równą eks­plo­zji sze­ściu milio­nów mega­ton tro­tylu, setki razy więk­szą niż łączna moc wszyst­kich ato­mo­wych arse­na­łów świata u szczytu ich wiel­ko­ści12. Koli­zje two­rzyły kule ognia o wyso­ko­ści nie­mal trzech tysięcy kilo­me­trów - to wię­cej niż trzy­sta Mount Eve­re­stów - z pło­mie­niami o tem­pe­ra­tu­rze nawet dwu­dzie­stu czte­rech tysięcy stopni Kelvina13. Wiel­kie ciemne ślady zde­rze­nia miały śred­nicę do dwu­na­stu tysięcy kilo­me­trów, można było je dostrzec z Ziemi nawet za pomocą dzie­cin­nego tele­skopu14.

Zde­rze­nie Sho­ema­ker-Levy 9 z Jowi­szem było dla astro­no­mów bez­pre­ce­den­so­wym poka­zem kosmicz­nych fajer­wer­ków o mocy tak wiel­kiej, że trwale prze­chy­liły cie­niut­kie pier­ście­nie pla­nety niczym kask fut­bo­li­sty prze­trą­cony przez nie­spo­dzie­wany atak prze­ciw­nika15. Gdy czte­ro­ki­lo­me­trowy frag­ment ude­rzył w pla­netę, eks­plo­do­wał z jasno­ścią, która ośle­piła wiele dzia­ła­ją­cych w pod­czer­wieni tele­sko­pów obser­wu­ją­cych zda­rze­nie. A jed­nak gdyby Caro­lyn Sho­ema­ker nie zauwa­żyła "zgnie­cio­nej komety" - albo gdyby David Levy nie prze­ko­nał reszty zespołu, żeby pra­co­wali w tę chłodną, pochmurną noc - naukowcy być może w ogóle nie zauwa­ży­liby tej koli­zji.

Sho­ema­ker-Levy 9 to jed­nak nie tylko naukowy prze­łom. Jowisz jest naj­więk­szą pla­netą Układu Sło­necz­nego, tak wielką, że można by w niej zmie­ścić Zie­mię tysiąc trzy­sta razy i jesz­cze mieć tro­chę luzu. Jeśli w ogóle mamy w naszej oko­licy ciało tego rodzaju zdolne po pro­stu przy­jąć bez szkód ude­rze­nie komety, byłby to wła­śnie on. Przed zde­rze­niem naukowcy zasta­na­wiali się, czy Sho­ema­ker-Levy 9 nie znik­nie po pro­stu w odmę­tach gazo­wego olbrzyma. A jed­nak jesz­cze kilka mie­sięcy póź­niej bli­zny pozo­sta­wione przez kometę były widoczne bar­dziej niż nawet tak zwana wielka czer­wona plama - olbrzymi cyklon w atmos­fe­rze pla­nety, dwa razy więk­szy od Ziemi. Wyobraźmy sobie scenę w fil­mie, w któ­rej nowy wię­zień wsz­czyna bójkę z najwięk­szym, naj­groź­niej­szym ska­zań­cem w całym wię­zie­niu i spusz­cza mu kom­pletny łomot. Jeśli kosmiczne zde­rze­nie mogło wyrzą­dzić takie szkody Jowi­szowi, to co dopiero naszej małej błę­kit­nej pla­ne­cie! Nagle Układ Sło­neczny zdał się znacz­nie bar­dziej nie­bez­piecz­nym miej­scem.

Eks­per­tów prze­ję­tych zagro­że­niem ze strony obiek­tów bli­skich Ziemi zaczęło przy­by­wać jesz­cze przed odkry­ciem Sho­ema­ker-Levy 9, po publi­ka­cji odkryć Alva­re­zów oraz gdy w 1989 roku osiem­set­me­trowa aste­ro­ida prze­le­ciała w odle­gło­ści zale­d­wie ośmiu­set tysięcy kilo­me­trów od naszej pla­nety16. W 1990 roku ame­ry­kań­ski Kon­gres zawarł w uchwale o budże­cie NASA nakaz, by agen­cja przy­go­to­wała raport na temat obiek­tów bli­skich Ziemi oraz metod ich śle­dze­nia i powstrzy­my­wa­nia. Gdy jed­nak kilka mie­sięcy póź­niej wice­pre­zy­dent Dan Quayle poparł pomysł zakupu przez rząd fede­ralny tele­sko­pów na potrzeby obser­wa­cji poten­cjal­nie nie­bez­piecz­nych aste­roid - oraz nisz­cze­nia ich za pomocą zmo­dy­fi­ko­wa­nej wer­sji zapro­jek­to­wa­nego do zestrze­li­wa­nia rakiet bali­stycz­nych Sys­temu Obrony Stra­te­gicz­nej - stało się to nie czę­ścią poli­tyki pań­stwo­wej, tylko puentą dow­ci­pów17. Myśl o obro­nie pla­ne­tar­nej prze­śla­do­wał "gig­gle fac­tor"18 - ten zupeł­nie naukowy temat wyda­wał się zwy­czaj­nie śmieszny i nie trak­to­wano go poważ­nie. Sho­ema­ker-Levy 9 zadzia­łała jak lek­cja poglą­dowa, dzięki któ­rej udało się to zmie­nić.

- Uświa­do­mi­li­śmy sobie nagle, że ude­rze­nia aste­roid wpły­wały na ewo­lu­cję życia na Ziemi - powie­dział Steve Lar­son, badacz uczest­ni­czący w pro­gra­mie Cata­lina Sky Survey przy Uni­wer­sy­te­cie Ari­zony, jed­nym z pierw­szych przed­się­wzięć nauko­wych sku­pia­ją­cych się na poszu­ki­wa­niu obiek­tów bli­skich Ziemi.

Nawet Hol­ly­wood, któ­remu po zakoń­cze­niu zim­nej wojny bra­ko­wało sce­na­riu­szy kata­strofy na skalę pla­ne­tarną, wziął się do dzia­ła­nia. Dwa filmy o pró­bach powstrzy­ma­nia zde­rze­nia, które spo­wo­do­wa­łoby zagładę ludz­ko­ści, uka­zały się w kinach latem 1998 roku, w odstę­pie zale­d­wie dwóch mie­sięcy. Dzień zagłady - przy­po­mi­nam, bo cał­kiem praw­do­po­dobne, że wyparli go pań­stwo z pamięci - opo­wiada o zde­rze­niu z kometą, a w napi­sach podano, że Gene i Caro­lyn Sho­ema­ke­ro­wie pra­co­wali przy nim jako kon­sul­tanci. Arma­ged­don to film z Benem Afflec­kiem i Bruce'em Wil­li­sem, któ­rzy grają spe­cja­li­stów od odwier­tów naf­to­wych zwer­bo­wa­nych przez NASA, by wywier­cili dziurę w nad­la­tu­ją­cej aste­ro­idzie, a potem zde­to­no­wali w jej środku bombę ato­mową. Tak bar­dzo znie­sma­czył kry­tykę, że reży­ser Michael Bay - dla któ­rego robie­nie fil­mów odrzu­ca­nych przez kry­ty­ków to chleb powsze­dni - pięt­na­ście lat póź­niej prze­pro­sił za to, że go stwo­rzył19 (w komen­ta­rzach do wer­sji DVD Affleck roz­trop­nie zauważa, że naj­praw­do­po­dob­niej łatwiej prze­szko­lić astro­nau­tów w pro­wa­dze­niu odwier­tów naf­to­wych niż vice versa). Obraz i tak zaro­bił pięć­set pięć­dzie­siąt trzy miliony dola­rów - Dzień zagłady tylko trzy­sta czter­dzie­ści dzie­więć milio­nów. Oba filmy widzia­łem w kinie.

W tym samym roku, w któ­rym tra­fiły na ekrany, NASA powo­łała pro­gram badań obiek­tów bli­skich Ziemi i w myśl pole­ceń Kon­gresu dra­stycz­nie zwięk­szyła swój udział w pro­jek­cie Spa­ce­gu­ard Survey, któ­rego zało­że­niem było w ciągu dzie­się­ciu lat odkryć i zacząć śle­dzić przy­naj­mniej dzie­więć­dzie­siąt pro­cent poten­cjal­nie nie­bez­piecz­nych obiek­tów bli­skich Ziemi o śred­nicy powy­żej kilo­me­tra. Ude­rze­nie cze­goś rów­nie dużego mogłoby spo­wo­do­wać znisz­cze­nia na skalę kon­ty­nen­talną albo nawet pla­ne­tarną. W dzie­dzi­nie, w któ­rej prze­kro­cze­nia budżetu i opóź­nie­nia są normą, NASA nie­mal udało się osią­gnąć ten cel na czas - osta­tecz­nie potrwało to do 2010 roku. Ponie­waż ruchy ciał nie­bie­skich są prze­wi­dy­walne, jeśli mamy dość danych, naukowcy mogą pro­gno­zo­wać, jakie orbity przyjmą ziden­ty­fi­ko­wane aste­ro­idy w ciągu następ­nych dzie­się­cio­leci, i okre­ślić, czy ist­nieje ryzyko, że zde­rzą się w tym cza­sie z Zie­mią.

Wyniki bada­nia przy­nio­sły wszyst­kim ulgę. Człon­ko­wie Spa­ce­gu­ard oraz współ­pra­cu­jący z pro­jek­tem astro­no­mo­wie z całego świata pozwo­lili nam z całą pew­no­ścią stwier­dzić, że naszej cywi­li­za­cji nie grozi zagłada ze strony aste­ro­idy w stylu Arma­ged­donu, przy­naj­mniej w prze­wi­dy­wal­nej przy­szło­ści. Nie powin­ni­śmy jed­nak spo­cząć na lau­rach. Cho­ciaż NASA namie­rzyła nie­mal wszyst­kie więk­sze obiekty bli­skie Ziemi - jest ich pra­wie dwa tysiące20 - w 2005 roku Kon­gres naka­zał odna­le­zie­nie do 2020 roku przy­naj­mniej dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cent nie­bez­piecz­nych ciał, więk­szych niż sto czter­dzie­ści metrów, co oka­zało się znacz­nie trud­niej­sze. Zde­rze­nie z małą aste­ro­idą raczej nie zagraża cywi­li­za­cji, ale z łatwo­ścią może znisz­czyć mia­sto, a nawet więk­szą powierzch­nię. Cał­kiem przy tym praw­do­po­dobne, że nawet jej nie zoba­czymy, nim będzie o wiele za późno, by zmie­nić jej tor albo cho­ciaż ewa­ku­ować miesz­kań­ców strefy zagro­że­nia.

- To jedyne natu­ralne zagro­że­nie, które da się prze­wi­dzieć i powstrzy­mać - mówi Cle­mens Rumpf, badacz z Uni­wer­sy­tetu Southamp­ton zaj­mu­jący się ude­rze­niami aste­roid. - Ale musimy wie­dzieć, że aste­roida się zbliża.

Żeby tak się stało, musimy zwięk­szyć o miliony dola­rów wydatki na obronę pla­nety. Czę­ścią takiego przed­się­wzię­cia musi być misja prób­nego śle­dze­nia i zmiany toru aste­ro­idy w prze­strzeni kosmicz­nej. Dzięki temu zyska­li­by­śmy pew­ność, że w sytu­acji, gdy konieczne będzie ura­to­wa­nie Ziemi, przy­naj­mniej mamy za sobą jazdę próbną. Koszt byłby więk­szy niż środki obec­nie prze­zna­czane rocz­nie przez NASA na obronę pla­ne­tarną, wyno­szące około sześć­dzie­się­ciu milio­nów dola­rów21, jed­nak w spra­wach zagro­żeń egzy­sten­cjal­nych warto wydać wię­cej, by zmniej­szyć nawet mini­malne ryzyko dla pla­nety. Naj­więk­szym pro­ble­mem jest nie to, ile możemy wydać, ale co potra­fimy sobie wyobra­zić.

- Nie ma tech­nicz­nych prze­szkód powstrzy­mu­ją­cych nas przed bro­nie­niem się - mówi Franck Mar­chis, star­szy astro­nom pla­ne­tarny i eks­pert od aste­roid w Insty­tu­cie SETI w Doli­nie Krze­mo­wej. - Wiemy, jak się bro­nić. Po pro­stu ni­gdy nie pró­bo­wa­li­śmy.

Żeby zro­zu­mieć zagro­że­nie ze strony obiek­tów bli­skich Ziemi, musimy naj­pierw zro­zu­mieć, czym są i skąd się wzięły. Nasz Układ Sło­neczny powstał około 4,6 miliarda lat temu, gdy z chmury gazu i pyłu zwa­nej mgła­wicą przed­sło­neczną powstało Słońce. W ciągu stu milio­nów lat masa, która pozo­stała po powsta­niu gwiazdy, zaczęła łączyć się w bryły. Pla­nety, w tym nasza, powstały w wyniku pro­cesu gro­ma­dze­nia się tego pyłu, niczym zamki z pia­sku budo­wane ziarnko po ziarnku.

W swo­jej mło­do­ści Zie­mia była dziką pla­netą, która prze­żyła deszcz aste­roid i ude­rze­nia komet. Nie­długo po jej powsta­niu zde­rzyło się z nią ciało nie­bie­skie o roz­mia­rach Marsa, wyrzu­ca­jąc miliardy kawał­ków skał i sto­pio­nej lawy w kosmos. Część z nich po pew­nym cza­sie wysty­gła i utwo­rzyła kulę, która stała się naszym Księ­ży­cem22. To było jed­nak tylko jedno z wiel­kich ude­rzeń - od 4,5 do 3,9 miliarda lat temu Zie­mię, Księ­życ i wiele innych pla­net Układu Sło­necz­nego raz po raz tra­fiały kosmiczne skały. Okres ten nazywa się wiel­kim bom­bar­do­wa­niem. Na pod­sta­wie dowo­dów widocz­nych na powierzchni Księ­życa - gdzie nie ma wody ani powie­trza, które mogłyby spo­wo­do­wać ero­zję pustych kra­te­rów - można sądzić, że o Zie­mię ude­rzyło ponad dwa­dzie­ścia tysięcy aste­roid lub komet, pozo­sta­wia­ją­cych kra­tery o śred­nicy od dzie­się­ciu do stu kilo­me­trów23. Jak pisze w swo­jej książce Apo­ca­lyp­tic Pla­net Craig Childs, wiel­kie bom­bar­do­wa­nie było "tym, do czego porów­nuje się wszystko inne, apo­ka­lipsą nie­ma­jącą porów­na­nia w dzie­jach Ziemi"24. Wśród znisz­cze­nia wciąż trwało jed­nak two­rze­nie. Część komet mogła przy­nieść na jałową Zie­mię wodę, a także oparte na węglu czą­steczki, które leżą u pod­stawy życia. Choć w przy­szło­ści aste­ro­idy i komety mogą sta­no­wić olbrzy­mie zagro­że­nie, może bez nich ni­gdy by nas nie było.

Nawet gdy Układ Sło­neczny w końcu się ustat­ko­wał i wszedł w spo­kojny wiek średni, w kosmo­sie wciąż pozo­stały miliony skal­nych i meta­lo­wych brył, uno­szące się w próżni niczym puz­zle, na które zabra­kło miej­sca w ukła­dance. To wła­śnie aste­ro­idy i komety. Komety skła­dają się ze skał, zamar­z­nię­tych gazów i lodu - ich cha­rak­te­ry­styczne ogony powstają wów­czas, gdy pod wpły­wem Słońca część lecą­cej komety sub­li­muje i uwal­nia cząstki pyłu, które potem się za nią cią­gną. Pocho­dzą z pasa Kuipera i obłoku Oorta, znaj­du­ją­cych się na rubie­żach Układu Sło­necz­nego. Aste­ro­idy nato­miast naj­czę­ściej są skalne lub meta­liczne i jak nie­trudno się domy­ślić, naj­czę­ściej znaj­dują się w tak zwa­nym pasie aste­roid mię­dzy Mar­sem a Jowi­szem. Choć w fil­mach - na przy­kład Impe­rium kontr­ata­kuje - pasy aste­roid są tak gęste, że szanse na prze­le­ce­nie przez nie wyno­szą (według C-3PO) trzy tysiące sie­dem­set dwa­dzie­ścia do jed­nego, w rze­czy­wi­sto­ści aste­roidy są roz­rzu­cone na tyle daleko od sie­bie, że - jak zauważa pla­ne­to­lożka Car­rie Nugent w swo­jej cudow­nej książce Aste­roid Hun­ters, praw­do­po­do­bień­stwo to wynosi raczej nie­mal jeden do jed­nego25. Gdyby wziąć wszyst­kie aste­ro­idy mię­dzy orbi­tami Marsa i Jowi­sza, a potem zbić je w jedną bryłę, mia­łaby mniej niż cztery pro­cent masy Księ­życa26.

Od czasu do czasu gra­wi­ta­cyjny wpływ Jowi­sza albo Marsa wypy­cha aste­ro­idy z głów­nego pasa niczym duże dziecko spy­cha­jące mniej­sze z karu­zeli. Takie skały z reguły cał­kiem wypa­dają z Układu Sło­necz­nego albo zostają pochło­nięte przez Słońce, nie­kiedy jed­nak po pro­stu zmie­niają orbitę na prze­bie­ga­jącą dosta­tecz­nie bli­sko naszej pla­nety, by zakwa­li­fi­ko­wać je jako obiekty bli­skie - to zna­czy mniej niż czter­dzie­ści osiem milio­nów kilo­me­trów od orbity ziem­skiej. To odle­głość mniej wię­cej sto dwa­dzie­ścia pięć razy więk­sza niż dystans mię­dzy Zie­mią a Księ­ży­cem. Obiek­tem poten­cjal­nie nie­bez­piecz­nym - takim, któ­rego musimy się wystrze­gać - jest każdy zdolny prze­trwać prze­lot przez naszą atmos­ferę, czyli mający przy­naj­mniej trzy­dzie­ści metrów sze­ro­ko­ści, oraz podró­żu­jący po orbi­cie zdol­nej ścią­gnąć go na odle­głość mniej­szą niż osiem milio­nów kilo­me­trów od Ziemi27.

To, jak rzadko zauwa­żamy ude­rze­nia aste­roid, to po czę­ści przy­po­mnie­nie, jak pusty jest kosmos - według jed­nego z sza­cun­ków tylko 0,0000000000000000000042 pro­cent prze­strzeni we wszech­świe­cie zawiera jaką­kol­wiek mate­rię28. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak jeste­śmy bom­bar­do­wani nie­mal bez­u­stan­nie, choć głów­nie kosmicz­nym odpo­wied­ni­kiem kulek do wia­trówki. Każ­dego dnia na Zie­mię spada około stu ton pyłu i czą­stek wiel­ko­ści ziarnka pia­sku29; jeśli dosta­tecz­nie uważ­nie przy­glą­dać się noc­nemu niebu, można dostrzec te więk­sze, gdy na moment roz­bły­skują, spa­la­jąc się w atmos­fe­rze - nazy­wamy je potocz­nie spa­da­ją­cymi gwiaz­dami. Roz­miar i liczba aste­roid w Ukła­dzie Sło­necz­nym prze­strze­gają prawa potę­go­wego, to zna­czy małych aste­roid jest o wiele wię­cej niż dużych. Wła­śnie dla­tego łatwiej przy­szło NASA namie­rzyć obiekty więk­sze od kilo­me­tra niż te więk­sze od stu czter­dzie­stu metrów - są nie tylko obszer­niej­sze, przez co łatwiej je zauwa­żyć, ale też znacz­nie rzad­sze, nie ma więc ich tyle do odszu­ka­nia.

Angiel­ski astro­nom Edmond Hal­ley - ten od komety - już w XVII wieku teo­re­ty­zo­wał, że ich ude­rze­nia mogłyby wytwo­rzyć kra­tery na powierzchni Ziemi30, jed­nak pierw­szy obiekt bli­ski Ziemi odkryto dopiero w 1898 roku31. Astro­no­mo­wie przez lata uwa­żali aste­ro­idy - uka­zu­jące się jako smugi na zdję­ciach robio­nych przez tele­skopy, roz­myte jak każdy ruchomy obiekt na każ­dej foto­gra­fii - za raczej dener­wu­jące, a nie intry­gu­jące. Szu­kali rze­czy cie­ka­wych - pla­net, księ­ży­ców, gwiazd, znacz­nie rzad­szych niż to, co na pozór było mar­gi­ne­sem Układu Sło­necz­nego. Nugent pisze w swo­jej książce, że astro­nom Edmund Weiss miał aste­ro­idy za tak iry­tu­jąco pospo­lite, iż zaczął o nich mówić "te szkod­niki na nie­bie"32.

To, co dla jed­nego naukowca jest szkod­ni­kiem, dla innego może być jed­nak dzie­łem życia. W latach sześć­dzie­sią­tych XX wieku zain­te­re­so­wa­nie tro­pie­niem aste­roid dra­stycz­nie wzro­sło. Obser­wa­to­rium Palo­mar, w któ­rym Sho­ema­ke­ro­wie i David Levy odkryli swoją kometę; obser­wa­to­rium w Lej­dzie w Holan­dii pro­wa­dzone przez inne mał­żeń­stwo, Cor­ne­lisa i Ingrid van Houte­nów; pro­gram obser­wa­cyjny LONEOS reali­zo­wany z gór w oko­li­cach Flag­staff w Ari­zo­nie - zatrud­niały astro­no­mów poświę­ca­ją­cych się odkry­wa­niu obiek­tów bli­skich33. Żaden z takich pro­gra­mów nie odno­to­wał jed­nak wię­cej suk­ce­sów niż Cata­lina Sky Survey (CSS) przy Uni­wer­sy­te­cie Ari­zony, w ramach któ­rego do 2018 roku odkryto nie­mal połowę z osiem­na­stu tysięcy zna­nych wów­czas obiek­tów bli­skich Ziemi34. Jak powie­dział mi Eric Chri­sten­sen, główny badacz Cata­liny, kiedy odwie­dzi­łem go na Uni­wer­sy­te­cie Ari­zony:

- Odkry­wa­nie obiek­tów bli­skich Ziemi to nasza jedyna misja, jedyny cel, możemy mu wszystko pod­po­rząd­ko­wać.

Jeśli jakieś groźne dla cywi­li­za­cji komety lub aste­ro­idy zaczną lecieć w kie­runku Ziemi, naj­praw­do­po­dob­niej wypa­trzą je wła­śnie poszu­ki­wa­cze z Cata­liny. Są pierw­szą linią obrony naszej pla­nety przed zagro­że­niami z prze­strzeni kosmicz­nej - wła­śnie dla­tego posta­no­wi­łem poje­chać do Ari­zony i na wła­sne oczy zoba­czyć, jak pra­cują.

Greg Leonard miał rację - trzeba było zabrać kurtkę. Obser­wa­to­rium na Mount Lem­mon, w któ­rym odby­wają się prace CSS, znaj­duje się wysoko w górach Santa Cata­lina, na pół­noc od Tuc­son w sta­nie Ari­zona. Tuc­son leży na pustyni, jest tam cie­pło nawet w marcu, jed­nak pla­cówka astro­no­mów stoi na wyso­ko­ści pra­wie trzech tysięcy metrów nad pozio­mem morza. Zanim udało mi się poko­nać kręte gór­skie drogi, słońce zdą­żyło już się scho­wać, a tem­pe­ra­tura spa­dła tak bar­dzo, że ostat­nie kroki dzie­lące mnie od tele­skopu poko­na­łem, drżąc z zimna. Prze­strze­żono mnie, że muszę zapar­ko­wać daleko od obser­wa­to­rium - świa­tło to wróg poszu­ki­wa­czy aste­roid, nawet krótki błysk reflek­to­rów samo­cho­do­wych może zepsuć obser­wa­cję. Na początku wie­czoru niebo było pra­wie nie­zach­mu­rzone, tylko kilka wrze­cio­no­wa­tych obło­ków prze­sła­niało wyła­nia­jące się gwiazdy. Mia­łem szczę­ście - gdyby było bar­dziej pochmurno, mój czas na Mount Lem­mon spę­dził­bym, patrząc, jak Leonard, dyżurny obser­wa­tor tej nocy, spi­suje stare dane.

Muszą Pań­stwo wie­dzieć kilka rze­czy o pracy współ­cze­snych łow­ców aste­roid. Przede wszyst­kim nie patrzą bez­po­śred­nio w tele­skop, co się bar­dzo dobrze składa, bo znaj­duje się on w pomiesz­cze­niu z otwar­tym dachem, a więc wpusz­cza­ją­cym gór­ski chłód. Zamiast tego Leonard i jego uczeń Brian sie­dzą w cia­snej - ale na szczę­ście ogrze­wa­nej - ste­rowni, oto­czeni szu­mią­cymi sza­fami ser­we­ro­wymi, ścia­nami moni­to­rów kom­pu­te­ro­wych i wiel­kimi ilo­ściami kawy. Kom­pu­tery ste­rują tele­skopem i wyświe­tlają obrazy, ser­wery prze­cho­wują dane z obser­wa­cji, kawa pozwala obser­wa­to­rom nie zasnąć pod­czas cało­noc­nych zmian. Sho­ema­ke­ro­wie potrze­bo­wali do patrze­nia w nocne niebo kosz­tow­nego i trudno dostęp­nego filmu, który potem sami wywo­ły­wali oraz skru­pu­lat­nie oglą­dali w poszu­ki­wa­niu rucho­mych obiek­tów. Dziś Cata­lina oraz inne pro­gramy bada­nia aste­roid wyko­rzy­stują tak zwane matryce CCD - cie­niut­kie pla­stry świa­tło­czu­łego krzemu osa­dzo­nego na war­stwie kon­den­sa­to­rów słu­żą­cych jako ele­menty obrazu (pik­sele). Gdy na CCD pada świa­tło, fotony opa­dają na te "pik­sele" i są tam prze­cho­wy­wane, jak kro­ple desz­czu wpa­da­jące do wia­dra35. Możemy dziś gro­ma­dzić o wiele wię­cej obra­zów niż w cza­sach foto­gra­fii ana­lo­go­wej, są też one lep­szej jako­ści i bar­dzo łatwe do kol­por­tażu. W rezul­ta­cie otrzy­mu­jemy dziś nie stru­mień danych, ale całą rzekę. A dane są dla poszu­ki­wań aste­roid jak powie­trze.

O ile dostępne narzę­dzia są dziś o wiele lep­sze, o tyle tech­niki szu­ka­nia zanadto się nie zmie­niły. Gdy zosta­łem już opro­wa­dzony po obser­wa­to­rium - co nie trwało długo, ponie­waż jest ono raczej nie­duże - usia­dłem na stołku i przy­glą­da­łem się, jak Leonard kie­ruje tele­skop na jakiś wyci­nek nieba. Zatrzy­my­wał go tam na trzy­dzie­ści sekund, żeby zgro­ma­dzić dość świa­tła. Kolejną korzy­ścią z matryc CCD jest to, że astro­no­mo­wie nie muszą trzy­mać przy­rzą­dów w bez­ru­chu przez wiele minut przy każ­dym obra­zie, co zna­czy, że każ­dej nocy da się zba­dać znacz­nie więk­szą część nieba. Potem Leonard deli­kat­nie obra­cał tele­skop na inny wyci­nek nie­bo­skłonu i robił kolejne zdję­cie. Jedy­nym dźwię­kiem roz­le­ga­ją­cym się w obser­wa­to­rium był zgrzyt, z jakim zębatki tele­skopu zbu­do­wa­nego pod koniec lat sześć­dzie­sią­tych prze­krę­cały się o parę stopni. Po dwóch kolej­nych zdję­ciach Leonard wra­cał do pierw­szego celu, robił następne zdję­cie - jakieś pięt­na­ście minut po pierw­szym - dopóki nie sfo­to­gra­fo­wał każ­dego celu cztery razy.

Leonard przy­wo­łał mnie mach­nię­ciem dłoni do ekranu kom­pu­tera. Klik­nął przy­cisk, a zdję­cia, które zro­bił przez ostat­nią godzinę, zaczęły się wyświe­tlać jedno po dru­gim, two­rząc ilu­zję ruchu, zupeł­nie jak "ani­ma­cje", jakie dzieci robią na kart­kach zeszy­tów. Gwiazdy - o wiele jaśniej­sze w tele­sko­po­wym powięk­sze­niu niż nawet na bez­chmur­nym, zie­ją­cym chło­dem nie­bie Ari­zony - mru­gały w kolej­nych klat­kach, bo atmos­fera Ziemi zabu­rzała ich odle­gły blask.

Leonard nie patrzył jed­nak na gwiazdy. Szu­kał cze­goś, cze­go­kol­wiek, co rusza­łoby się na tle kosmosu, odbi­ja­jąc świa­tło Słońca (aste­ro­idy - podob­nie jak pla­nety, księ­życe i w zasa­dzie każde inne ciało nie­bie­skie nie­bę­dące gwiazdą - są widoczne tylko dla­tego, że odbi­jają świa­tło sło­neczne). Tak jak inne współ­cze­sne pro­jekty bada­nia nieba, Cata­lina wyko­rzy­stuje opro­gra­mo­wa­nie auto­ma­tycz­nie ska­nu­jące kli­sze i pod­świe­tla­jące wszystko, co może być aste­ro­idą lub kometą. Pro­gram czę­sto ogła­sza jed­nak fał­szywe alarmy, gdy bie­rze pył albo zakrzy­wione świa­tło za obiekt w ruchu. Poszu­ki­wa­nia tu pro­wa­dzone wciąż wyma­gają oczu prze­szko­lo­nego obser­wa­tora, zdol­nego odróż­nić sygnał od szumu.

Gdy zespół obser­wa­cyjny namie­rzy poten­cjalny obiekt bli­ski Ziemi, prze­ka­zuje dane do Cen­trum Mniej­szych Pla­net (Minor Pla­net Cen­ter, MPC) w Cam­bridge w sta­nie Mas­sa­chu­setts, gdzie są kata­lo­go­wane aste­ro­idy i komety odkry­wane na całym świe­cie. MPC to sąd ostat­niej instan­cji w kwe­stii odkryć nowych ciał tego typu. Każ­dego dnia prze­twa­rza około pięć­dzie­się­ciu tysięcy obser­wa­cji36 nad­sy­ła­nych z całego świata zarówno przez pro­fe­sjo­nalne pro­gramy badaw­cze takie jak Cata­lina, jak i przez ama­to­rów. Oka­zuje się, że nie­mal wszyst­kie nie dają powodu do nie­po­koju - albo są zupeł­nie błędne, albo opi­sują obiekty odkryte już przez kogoś innego lub nawet uwię­zione na­dal w pasie aste­roid i tym samym nie­sta­no­wiące zagro­że­nia dla Ziemi. Erik Chri­sten­sen porów­nał ten pro­ces do pracy załogi prze­my­sło­wych kutrów rybac­kich na peł­nym morzu:

- Mamy wielką sieć i pró­bu­jemy po pro­stu zła­pać wszystko, co jest w oce­anie, a więk­szość z tego, co w nią wpada, to nie są obiekty bli­skie Ziemi.

Poszu­ki­wa­nie aste­roid wymaga nie­mal mni­szej dys­cy­pliny, czyli zarówno fana­tycz­nej dro­bia­zgo­wo­ści, jak i goto­wo­ści do czu­wa­nia na szczy­cie góry, gdy reszta świata śpi. Obser­wa­to­rzy spę­dzają na sta­no­wi­sku wiele nocy pod rząd, odsy­piają je na miej­scu, a potem mają kilka dni wol­nego.

- To kom­plet­nie wywraca życie towa­rzy­skie - mówi Leonard pod­czas prze­rwy w obser­wa­cji. - Ci, któ­rzy dają sobie tu radę, to ludzie potra­fiący zna­leźć zaję­cie, kiedy wra­cają z gór.

W przy­padku Leonarda - siwie­ją­cego, krótko ostrzy­żo­nego, zbu­do­wa­nego jak tria­tlo­ni­sta - ozna­cza to mnó­stwo ćwi­czeń, po czę­ści po to, żeby wyrów­nać godziny spę­dzone przed ekra­nem kom­pu­tera na Mount Lem­mon. Do branży wpro­wa­dził go sam Gene Sho­ema­ker, upa­mięt­niony pla­ka­tem wiszą­cym na ścia­nie obok szafy peł­nej ser­we­rów, przed­sta­wia­ją­cym gwiazdy nad wier­szami zaczerp­nię­tymi z Romea i Julii: "A po jego zgo­nie / Roz­syp go w gwiazdki! A niebo zapło­nie / Tak, że się cały świat w tobie zako­cha / I czci odmówi słońcu"37.

Choć życie w obser­wa­to­rium zdaje się samotne, szybko stało się dla mnie jasne, że polo­wa­nie na obiekty bli­skie Ziemi to praca zespo­łowa. Leonard i jego uczeń przez całą noc odbie­rali prośby o zlo­ka­li­zo­wa­nie poten­cjal­nych obiek­tów od obser­wa­to­rów z innych ośrod­ków, któ­rzy je dostrze­gli. Ponie­waż aste­ro­idy nie stoją w miej­scu, należy je zaob­ser­wo­wać wie­lo­krot­nie w ciągu kilku dni, nim astro­no­mo­wie ustalą ich kie­ru­nek ruchu, roz­miar oraz to, czy sta­no­wią zagro­że­nie dla Ziemi - a przy tej pracy trzeba sobie jakoś radzić ze Słoń­cem, unie­moż­li­wia­ją­cym obser­wa­cję spo­rej czę­ści nieba. Car­rie Nugent porów­nuje ten pro­ces do pracy nauczy­ciela pró­bu­ją­cego poli­czyć dzieci bie­ga­jące po łące, każde swoim tem­pem, gdy na środku stoi wiel­kie drzewo38. Szyb­sze dzieci wyska­kują na widok dość spraw­nie, ale wol­niej­sze pozo­stają nie­wi­doczne za drze­wem przez dłuż­szy czas, nauczy­ciel zaś - tak jak poszu­ki­wacz aste­roid - może tylko cze­kać i patrzeć.

Gdy weź­miemy pod uwagę owe wyzwa­nia, nie dziwi nas, że zda­rzają się pomyłki. 13 stycz­nia 2004 roku auto­ma­tyczny tele­skop w Nowym Mek­syku zano­to­wał obser­wa­cję kan­dy­data na obiekt bli­ski Ziemi. Per­so­nel MPC w Cam­bridge opu­bli­ko­wał tę infor­ma­cję na swo­jej stro­nie - tak jak to zwy­kle robi - żeby ama­to­rzy astro­no­mii mogli mu się lepiej przyj­rzeć. Jeden z nich, miesz­ka­jący w Niem­czech, zna­lazł wska­zany obiekt - i obli­czył, że w ciągu następ­nego dnia miał się stać cztery tysiące pro­cent jaśniej­szy. Była to nie­po­ko­jąca wia­do­mość - tak jak bar­dzo nie­po­ko­jące jest to, gdy spo­strze­gamy dwa bły­ska­wicz­nie powięk­sza­jące się reflek­tory, kiedy sto­imy na środku drogi. Ktoś w NASA wyko­nał dal­sze obli­cze­nia, z któ­rych wyni­kało, że trzy­dzie­sto­me­trowa aste­ro­ida - zwana teraz 2004 AS1 - ude­rzy w pół­nocną pół­kulę Ziemi z dwudziestopięciopro­centowym praw­do­po­do­bień­stwem, i to w ciągu kilku dni.

Mogliby Pań­stwo pomy­śleć, że przy dwu­dzie­stu pię­ciu pro­cen­tach ryzyka na zde­rze­nie z aste­ro­idą NASA budzi pre­zy­denta w środku nocy, zaciąga go do cen­trum zarzą­dza­nia kry­zy­so­wego i infor­muje o zagro­że­niu dla Ziemi. Ale w 2004 roku nie było usta­lo­nego wzorca postę­po­wa­nia w przy­padku poten­cjal­nego ude­rze­nia nawet małej aste­ro­idy. Astro­no­mo­wie dalej robili zatem swoje - patrzyli w niebo i pró­bo­wali zgro­ma­dzić wię­cej infor­ma­cji, dzięki któ­rym roz­wia­liby wąt­pli­wo­ści. Obser­wa­cje unie­moż­li­wiała jed­nak gruba pokrywa chmur nad Europą i Sta­nami Zjed­no­czo­nymi. Dopiero gdy niebo nad Kolo­rado się prze­ja­śniło, astro­nom ama­tor Brian War­ren mógł wyko­rzy­stać swój tele­skop, by zba­dać obszar, na któ­rym powinna być 2004 AS1, gdyby naprawdę znaj­do­wała się na kur­sie koli­zyj­nym z Zie­mią. Ale nie mógł jej zna­leźć. W rze­czy­wi­sto­ści aste­ro­ida minęła Zie­mię w odle­gło­ści jede­na­stu i pół miliona kilo­me­trów, czyli trzy­dzie­ści dwa razy dalej niż od naszej pla­nety jest Księ­życ.

Oka­zało się, że mie­li­śmy podwójne szczę­ście - i podwój­nie się pomy­li­li­śmy. 2004 ASI nie tra­fiła w Zie­mię, miała jed­nak roz­miar trzy­stu metrów, nie trzy­dzie­stu, a więc zbli­żony do wyso­ko­ści wieży Eif­fla. Gdyby zde­rzyła się z naszą pla­netą, mogłaby wywo­łać znisz­cze­nia na skalę kon­ty­nen­talną39.

Łowcy aste­roid tacy jak Greg Leonard muszą się mie­rzyć z wie­loma wyzwa­niami: złą pogodą, zbyt małym budże­tem, upo­rem, z jakim Słońce zasła­nia im widok. Są jed­nak bar­dzo dobrzy w tym, co robią. Namie­rzyli już ponad osiem tysięcy obiek­tów bli­skich Ziemi w kate­go­rii powy­żej stu czter­dzie­stu metrów, które ma śle­dzić NASA, oraz kolejne tysiące jesz­cze mniej­szych (pamię­tajmy: małych aste­roid jest pro­por­cjo­nal­nie wię­cej). Cata­lina Sky Survey odkrywa prze­cięt­nie trzy nowe obiekty bli­skie Ziemi pod­czas każ­dej sesji obser­wa­cji.

Gdy moja noc na Mount Lem­mon dobie­gała końca - mniej wię­cej w chwili, gdy zaczą­łem się zasta­na­wiać, czy będę w sta­nie nie zasnąć pod­czas krę­tego zjazdu z góry - Leonard i jego współ­pra­cow­nik namie­rzyli małą aste­ro­idę, jesz­cze nie­za­re­je­stro­waną przez MPC. Póź­niej­sze bada­nia wyka­zały, że nie sta­no­wiła zagro­że­nia dla Ziemi, jed­nak samo odkry­cie nie­zna­nej aste­ro­idy przy­nosi natych­mia­stową satys­fak­cję, bar­dzo rzadko spo­ty­kaną w naukach przy­rod­ni­czych - w końcu od pierw­szego kroku do powszech­nego uzna­nia wyni­ków pracy nor­mal­nie mogą minąć lata albo nawet dzie­się­cio­le­cia.

- Możemy podejść do tele­skopu i mieć pew­ność, że tej nocy coś odkry­li­śmy - powie­dział mi Eric Chri­sten­sen, gdy po zej­ściu z gór i dopro­wa­dze­niu się do porządku nie­mal śmier­telną dawką kofe­iny spo­tka­łem się z nim następ­nego ranka.

Odkry­cia te od razu znaj­dują zasto­so­wa­nie prak­tyczne. Aste­ro­idy i komety róż­nią się od pozo­sta­łych zagro­żeń egzy­sten­cjal­nych tym, że astro­no­mo­wie mogą prze­wi­dzieć przy­szłość, jeśli tylko dać im dosyć danych. Za pomocą obser­wa­cji i odro­biny mate­ma­tyki naukowcy potra­fią z zaska­ku­jącą pre­cy­zją okre­ślić, gdzie dany obiekt bli­ski będzie za pięć, dzie­sięć, a nawet sto lat. Wła­śnie dla­tego samotne poszu­ki­wa­nie aste­roid z obser­wa­to­riów na szczy­tach gór jest konieczne. Tylko dzięki czuj­no­ści i wpa­try­wa­niu się w niebo noc po nocy możemy wie­dzieć, jakie zagro­że­nia zbli­żają się do nas z kosmosu.

To nie jest nauka dla nauki, to sprawa prze­trwa­nia gatunku. Kiedy ekipa Cata­liny namie­rzyła nową aste­ro­idę, ogar­nęło mnie pod­eks­cy­to­wa­nie, że mogę być świad­kiem, jak dwóch ludzi w obser­wa­to­rium na bez­lu­dziu odgrywa swoją drobną rolę w obro­nie pozo­sta­łych sied­miu i pół miliarda miesz­kań­ców naszej pla­nety przed wygi­nię­ciem. Takiej zdol­no­ści nie ma żadne inne zwie­rzę, a do nie­dawna nie potra­fi­li­śmy tego też my. Poszu­ki­wa­cze aste­roid pokroju Grega Leonarda biorą swoją służbę na poważ­nie.

- Wiem, że ryzyko śmierci od ude­rze­nia aste­ro­idy jest mniej­sze niż od ude­rze­nia pio­runa - powie­dział mi Leonard pod koniec mojego pobytu na Mount Lem­mon. - Ale wiem też, że jeśli nie zro­bimy nic, to na sto pro­cent prę­dzej czy póź­niej któ­raś z nich nas dopad­nie. To wielki zaszczyt, że mogę coś z tym zro­bić.

Zbie­ra­nie danych nie wystar­czy jed­nak, żeby zapew­nić bez­pie­czeń­stwo Ziemi. Jak powie­dział Leonard, prę­dzej czy póź­niej jakiś duży obiekt bli­ski znaj­dzie się na kur­sie koli­zyj­nym z naszą pla­netą. Nie byłby to pierw­szy raz. Kiedy nadej­dzie ten dzień, co z tym zro­bimy?

Pierw­szą linią obrony Ziemi przed kosmicz­nym ostrza­łem jest gazowy olbrzym, piąta pla­neta od Słońca. Gra­wi­ta­cja Jowi­sza wyła­puje wiele z naj­groź­niej­szych dla Ziemi komet i aste­roid. Drugą linię sta­nowi nasza atmos­fera. Więk­szość obiek­tów, które zde­rzają się z naszą pla­netą, nie dociera do jej powierzchni. Aste­ro­idy podró­żują przez próż­nię, gdzie nie ma tar­cia, z pręd­ko­ścią dzie­sią­tek tysięcy kilo­me­trów na godzinę. Kiedy jed­nak meteor - tak nazy­wamy aste­roidę docie­ra­jącą do Ziemi - wpada w naszą atmos­ferę, ude­rza o powie­trze, które szybko gęst­nieje. Tar­cie wywo­łane przez jego opór roz­grzewa meteor do tem­pe­ra­tury nawet pół­tora tysiąca stopni Cel­sju­sza40, przy któ­rej zaczyna się świe­cić z gorąca. Około dzie­więć­dzie­się­ciu pię­ciu pro­cent mete­orów wkra­cza­ją­cych w atmos­ferę spala się w niej cał­ko­wi­cie, z pozo­sta­łych rzadko kiedy zostaje wię­cej niż odro­bina kamie­nia lub metalu zwana mete­ory­tem41. Atmos­fera jest znacz­nie sku­tecz­niej­sza w obro­nie przed poci­skami niż cokol­wiek, co wymy­ślił Pen­ta­gon.

Ale nawet obiekty bli­skie Ziemi, które nie docie­rają do jej powierzchni, potra­fią spo­wo­do­wać wiel­kie znisz­cze­nia. 30 czerwca 1908 roku aste­ro­ida albo kometa o sze­ro­ko­ści czter­dzie­stu-sześć­dzie­się­ciu metrów wybu­chła w powie­trzu nad rzeką Pod­ka­mienna Tun­guzka, pły­nącą przez serce Sybe­rii. Eks­plo­zja wyzwo­liła sto osiem­dzie­siąt pięć razy wię­cej ener­gii niż bomba ato­mowa zrzu­cona na Hiro­simę. To bar­dzo dobre porów­na­nie - gło­wice nukle­arne są deto­no­wane w powie­trzu, a nie na ziemi, żeby ich nisz­czy­ciel­ska moc dzia­łała na więk­szym obsza­rze. Upa­dek mete­orytu tun­gu­skiego niczym nie róż­nił się od ataku jądro­wego, tyle że nie pozo­sta­wił pro­mie­nio­wa­nia i miał znacz­nie więk­szą moc niż jaka­kol­wiek bomba wyko­rzy­stana przez czło­wieka na woj­nie. Uni­ce­stwił ponad dwa tysiące kilo­me­trów kwa­dra­to­wych lasu, na któ­rych rosło według sza­cun­ków osiem­dzie­siąt milio­nów drzew. To naj­więk­sze zde­rze­nie z obiek­tem bli­skim Ziemi w histo­rii ludz­ko­ści.

Na szczę­ście podob­nie jak dziś, także wtedy Sybe­ria liczyła znacz­nie wię­cej drzew niż miesz­kań­ców, nie znamy zatem żad­nego przy­padku czło­wieka poszko­do­wa­nego w wyniku tej kata­strofy. Zabra­kło jed­nak nie­wiele - gdyby aste­ro­ida ude­rzyła cztery godziny póź­niej, obrót Ziemi pod­su­nąłby pod jej celow­nik Sankt Peters­burg. Raport przy­go­to­wany przez Biały Dom w 2018 roku podaje, że gdyby obiekt o takich samych roz­mia­rach tra­fił w Nowy Jork, uni­ce­stwiłby całe mia­sto i wiele jego przed­mieść, nisz­cząc finan­sowe cen­trum świata i najprawdopodob­niej zabi­ja­jąc miliony miesz­kań­ców regionu42.

- Obiekt tej wiel­ko­ści nie znisz­czyłby cywi­li­za­cji, ale gdyby ude­rzył w nie­wła­ściwe miej­sce, zgi­nę­łoby mnó­stwo ludzi - mówi Ed Lu, były astro­nauta, dyrek­tor B612 Foun­da­tion, orga­ni­za­cji non pro­fit z oko­lic San Fran­ci­sco zaj­mu­ją­cej się obroną przed aste­ro­idami.

Do kata­strofy tun­gu­skiej doszło zale­d­wie dzie­sięć lat po odkry­ciu pierw­szego obiektu bli­skiego Ziemi. Nie było wtedy pro­gra­mów bada­nia nieba, astro­no­mów poszu­ku­ją­cych zbli­ża­ją­cych się poci­sków, nie było ostrze­żeń ani obrony. To, że ofia­rami padły tylko drzewa, a nie ludzie, zawdzię­czamy wyłącz­nie szczę­ściu. Co mogli­by­śmy jed­nak zro­bić, gdyby astro­no­mo­wie odkryli inną sporą aste­ro­idę - powiedzmy stu­me­trową - lecącą pro­sto w wiel­kie sku­pi­sko popu­la­cji, na przy­kład Nowy Jork, Lon­dyn albo Tokio?

Gdyby ude­rze­nie miało nastą­pić w ciągu kilku dni - tak jak wyda­wało się to w 2004 roku - naj­lep­sze, co mogli­by­śmy zro­bić, to usu­nąć jak naj­wię­cej ludzi z zagro­żo­nego obszaru. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych odpo­wie­dzialna za przy­go­to­wa­nie na kata­strofę i jej następ­stwa byłaby Fede­ralna Agen­cja Zarzą­dza­nia Kry­zy­so­wego (Fede­ral Emer­gency Mana­ge­ment Agency, FEMA). Tor lotu i siłę ude­rze­nia nad­la­tu­ją­cej aste­ro­idy można wcze­śniej prze­wi­dzieć, dzięki czemu astro­no­mo­wie mogliby okre­ślić praw­do­po­dobne miej­sce zde­rze­nia, tak jak robią to mete­oro­lo­dzy w przy­padku hura­ga­nów. Obiekty bli­skie Ziemi są zresztą znacz­nie bar­dziej prze­wi­dy­walne od pogody, nie wspo­mi­na­jąc już o innych natu­ral­nych kata­stro­fach takich jak trzę­sie­nia ziemi, nie­da­ją­cych wła­ści­wie żad­nego ostrze­że­nia. O ile zaś aste­ro­ida o wymia­rach tej tun­gu­skiej mogłaby znisz­czyć bez­po­śred­nim tra­fie­niem całe mia­sto, o tyle tereny miej­skie zaj­mują zale­d­wie trzy pro­cent powierzchni Ziemi43, co ozna­cza, że znacz­nie bar­dziej praw­do­po­dobne jest tra­fie­nie w obszar nie­za­miesz­kały (taki jak Sybe­ria) albo oce­any pokry­wa­jące dwie trze­cie naszej pla­nety. To ta dobra wia­do­mość.

Zła wia­do­mość jest taka, że gdyby aste­ro­ida podobna roz­mia­rem do tej, która zabiła dino­zaury, ude­rzyła w naszą pla­netę dziś, skutki byłyby odczu­walne na całym świe­cie nie­za­leż­nie od tego, gdzie by wylą­do­wała. Według jed­nego z badań wyni­kiem mogłaby być stu­pro­cen­towa stopa śmier­tel­no­ści - czyli innymi słowy wygi­nię­cie rodzaju ludz­kiego44. Na posie­dze­niu komi­sji Kon­gresu w 2013 roku czło­nek Izby Repre­zen­tan­tów z Flo­rydy Bill Posey zapy­tał ówcze­snego admi­ni­stra­tora NASA Char­lesa Bol­dena, jaka byłaby stra­te­gia w przy­padku wykry­cia groź­nej dla życia na Ziemi aste­ro­idy z trzy­ty­go­dnio­wym wyprze­dze­niem. Bol­den nie owi­jał w bawełnę: "Modli­twa"45.

Jeśli jed­nak zacho­wamy się mądrze i pomy­ślimy o przy­szło­ści, nie będzie nam potrzebna nad­przy­ro­dzona inter­wen­cja.

- Mając dosta­tecz­nie wcze­sne ostrze­że­nie, powiedzmy z dzie­się­cio­let­nim wyprze­dze­niem, mogli­by­śmy zapro­jek­to­wać misję kosmiczną, by nas ochro­niła - mówi Ian Car­nelli, kie­row­nik pro­gramu w Euro­pej­skiej Agen­cji Kosmicz­nej, pra­cu­jący przy obser­wa­cji aste­roid i obro­nie przed nimi.

Żeby powstrzy­mać obiekt bli­ski Ziemi, musimy zmie­nić jego tra­jek­to­rię. Zamiast jed­nak pró­bo­wać odbić ją w bok, lepiej byłoby spró­bo­wać zwol­nić lub przy­spie­szyć aste­ro­idę na jej nor­mal­nej orbi­cie. Pamię­tajmy, że do zde­rze­nia może dojść tylko wtedy, gdy aste­ro­ida i Zie­mia zetkną się, podró­żu­jąc każda po swoim torze. Eks­perci od aste­roid porów­nują ten pro­ces do wjeż­dża­nia na auto­stradę z pasa roz­bie­go­wego. Żeby unik­nąć zde­rze­nia, jeden z kie­row­ców musi przy­spie­szyć albo zwol­nić. Ziemi nie przy­spie­szymy ani nie zwol­nimy, zostaje nam więc tylko zmiana pręd­ko­ści obiektu bli­skiego, dzięki czemu zagwa­ran­tu­jemy, że zjawi się za wcze­śnie albo za późno na umó­wione spo­tka­nie z naszą pla­netą.

Możemy do tego na przy­kład wyko­rzy­stać jedno z oddzia­ły­wań fun­da­men­tal­nych wszech­świata - gra­wi­ta­cję. Szybka powtórka z liceum: wszyst­kie obiekty mające masę lub ener­gię - pla­nety, aste­ro­idy, nawet świa­tło - przy­cią­gają wszyst­kie inne obiekty siłą gra­wi­ta­cji. Gdy­by­śmy umie­ścili duży obiekt - zwany tutaj cią­gni­kiem gra­wi­ta­cyj­nym - w prze­strzeni nie­da­leko nad­la­tu­ją­cej aste­ro­idy, przy­cią­ga­nie gra­wi­ta­cyjne mogłoby wystar­czyć, żeby zmie­nić trasę jej orbity i powstrzy­mać zetknię­cie z Zie­mią.

Mogli­by­śmy też wyko­rzy­stać tak zwany efekt Jar­kow­skiego. Podob­nie jak Zie­mia, aste­ro­idy obra­cają się pod­czas podróży po swo­ich orbi­tach, co ozna­cza, że na poło­wie ich powierzchni trwa "dzień", a na poło­wie "noc". Gdy nagrzana świa­tłem słońca strona aste­ro­idy odwraca się od gwiazdy, wyzwala pod­czer­wone fotony, które odbie­rają jej odro­binę pędu niczym minia­tu­rowy sil­ni­czek rakie­towy. To wła­śnie efekt Jar­kow­skiego. Jak wie każdy, kto kie­dy­kol­wiek zało­żył czarną koszulkę w sło­neczny dzień, ciemne barwy pochła­niają świa­tło, a jasne - odbi­jają. Gdy­by­śmy poma­lo­wali jedną stronę aste­ro­idy - może za pomocą kulek z suchego barw­nego proszku z ładun­kiem elek­trycz­nym, które teo­re­tycz­nie byłyby w sta­nie prze­trwać w próżni kosmicz­nej - mogli­by­śmy zmie­nić jej pręd­kość za pomocą efektu Jar­kow­skiego. Podob­nym spo­so­bem byłoby uży­cie lasera, żeby spa­lić jedną z powierzchni obiektu - wyrzu­ca­nie odpa­ro­wa­nych skały i metalu ode­pchnę­łoby go deli­kat­nie w prze­ciw­nym kie­runku.

Każda z tych metod zmie­ni­łaby orbitę nad­la­tu­ją­cego ciała tylko w mini­mal­nym stop­niu. Jeśli jed­nak pod­ję­li­by­śmy dzia­ła­nia wiele lat przed prze­wi­dy­wa­nym momen­tem ude­rze­nia w Zie­mię, to skutki tej drob­nej mody­fi­ka­cji nara­sta­łyby przez długi czas i w końcu wystar­czy­łyby, żeby aste­ro­ida chy­biła celu. Nie jest jed­nak pewne, że będziemy mieli tak wcze­sne ostrze­że­nie, a skoro na szali leży los całego świata, konieczne sta­nie się bar­dziej bez­po­śred­nie zasto­so­wa­nie fizyki new­to­now­skiej. Obiekt w ruchu - taki jak aste­ro­ida - pozo­staje w ruchu z taką samą pręd­ko­ścią i w tym samym kie­runku, jeśli nie działa na niego żadna zewnętrzna siła. Mogli­by­śmy pod­dać nasz cel dzia­ła­niu takiej siły, tara­nu­jąc go bez­za­ło­go­wym stat­kiem kosmicz­nym. Druga zasada dyna­miki New­tona - siła równa się masa razy przy­spie­sze­nie - zro­bi­łaby za nas resztę, spo­wal­nia­jąc lub przy­spie­sza­jąc obiekt. Jeśli znamy roz­miar aste­ro­idy i pręd­kość, z jaką podró­żuje, powin­ni­śmy być w sta­nie wyli­czyć, jak duży i jak szybki musi być nasz sta­tek.

W NASA wie­dzą, że ta metoda może zadzia­łać, bo już to spraw­dzili - cho­ciaż nie do końca umyśl­nie. W 2005 roku sonda Deep Impact - to angiel­ski tytuł Dnia zagłady, nawią­za­nie było zamie­rzone - zbli­żyła się do komety Tem­pel 1, prze­la­tu­ją­cej wów­czas około czte­ry­stu trzy­dzie­stu milio­nów kilo­me­trów od Ziemi. Następ­nie wypu­ściła pocisk o masie trzy­stu sie­dem­dzie­się­ciu kilo­gra­mów, który ude­rzył w kometę z pręd­ko­ścią około trzy­dzie­stu sied­miu tysięcy kilo­me­trów na godzinę, wyzwa­la­jąc przy tym ener­gię zbli­żoną do 4,8 tony tro­tylu46. Ponie­waż kometa miała pra­wie sześć i pół kilo­me­tra śred­nicy, a pocisk roz­miary pralki, nie zaszła w zasa­dzie żadna wymierna zmiana kursu - fizyka new­to­now­ska jest bez­li­to­sna - ale po zde­rze­niu pozo­stał spory kra­ter, dzięki czemu NASA mogła osza­co­wać skutki koli­zji z udzia­łem mniej­szej aste­ro­idy albo więk­szego poci­sku. I to pro­wa­dzi nas do bomb ato­mo­wych.

Im wię­cej siły jeste­śmy w sta­nie dostar­czyć do obiektu, tym bar­dziej możemy zmie­nić jego orbitę - a czy nam się to podoba, czy nie, w ludz­kim arse­nale nic nie ma tyle mocy, co broń ato­mowa. Gdy­by­śmy potrze­bo­wali odbić aste­ro­idę o dużym roz­mia­rze albo znaj­du­jącą się bar­dzo bli­sko Ziemi - przez co zmiana orbity musia­łaby być odpo­wied­nio bar­dziej rady­kalna - byłoby to jedyne moż­liwe roz­wią­za­nie. Erika Nesvold, astro­fi­zyczka pra­cu­jąca nie­gdyś dla Car­ne­gie Insti­tu­tion for Science, opra­co­wała algo­rytm Deflec­tor Selec­tor, za pomocą któ­rego symu­lo­wała osiem­na­ście milio­nów prób zapo­bie­że­nia ude­rze­niu aste­ro­idy. Doszła do wnio­sku, że opcja ato­mowa była słusz­nym wybo­rem w poło­wie roz­wa­ża­nych przy­pad­ków.

- To nie­zbyt zaska­ku­jące - mówi. - To pro­blem z zakresu fizyki, a ato­mówki mają naj­wię­cej ener­gii.

Nato­miast z pew­no­ścią nie wystrze­li­li­by­śmy po pro­stu salwy mię­dzy­kon­ty­nen­tal­nych rakiet bali­stycz­nych w nadziei, że roz­bi­jemy aste­ro­idę na kawałki, tak jak w sta­rej grze Mis­sile Com­mand. Może się to wyda­wać nie­in­tu­icyjne, ale w obro­nie Ziemi tak naprawdę nie chcemy wysa­dzać nad­la­tu­ją­cego obiektu. Nie da się prze­wi­dzieć, gdzie spa­dłyby jego resztki, a jak dowio­dła Sho­ema­ker-Levy 9, nawet roz­bita kometa potrafi doko­nać poważ­nych znisz­czeń. W 2019 roku prze­pro­wa­dzono bada­nie za pomocą modelu kom­pu­te­ro­wego, które dowio­dło, że gdyby pocisk roz­bił aste­ro­idę lecącą w kie­runku Ziemi, prę­dzej czy póź­niej kawałki skały znowu zło­ży­łyby się w całość47. Celem na­dal jest, tak jak przy innych tech­ni­kach zmiany kursu, wyłącz­nie zwięk­sze­nie lub zmniej­sze­nie pręd­ko­ści, z jaką podró­żuje po swo­jej orbi­cie. Broń ato­mowa po pro­stu pozwala nam dzia­łać z więk­szą mocą.

Jed­nym z moż­li­wych roz­wią­zań byłoby wysa­dze­nie gło­wicy ato­mo­wej kil­ka­set metrów od aste­ro­idy. W prze­strzeni kosmicz­nej panuje próż­nia, nie ma tam zatem powie­trza, które mogłoby ponieść nisz­czy­ciel­ską moc fali ude­rze­nio­wej. Wyso­ko­ener­ge­tyczne pro­mie­nio­wa­nie gamma i rent­ge­now­skie, a także neu­trony wyzwo­lone przez deto­na­cję tra­fi­łyby jed­nak w powierzch­nię nie­od­le­głej aste­ro­idy. Część jej powierzchni obró­ci­łaby się przez to w pla­zmę, wyrzu­ca­jącą czą­steczki w kosmos i odpy­cha­jącą cały obiekt w prze­ciw­nym kie­runku. Jeśli wszystko pój­dzie dobrze, wysa­dzona zosta­nie tylko gło­wica - a na pewno nie Zie­mia.

- Nie cho­dzi o to, żeby Bruce Wil­lis pole­ciał w kosmos z bombą - mówi Car­nelli.

No wła­śnie. Nie da się mówić o obro­nie przed aste­ro­idami - nawet jeśli w deba­cie uczest­ni­czą tylko dok­to­rzy astro­fi­zyki - nie wspo­mi­na­jąc prę­dzej czy póź­niej Bruce'a Wil­lisa i Arma­ged­donu. Z jed­nej strony ten film - a także nieco bar­dziej naukowo pod­bu­do­wany Dzień zagłady - bar­dzo obra­zowo zapo­znał publicz­ność z tema­tem egzy­sten­cjal­nego zagro­że­nia, jakie niosą obiekty bli­skie Ziemi, dowo­dząc jed­no­cze­śnie, że możemy je powstrzy­mać. Z dru­giej strony pozwo­lono sobie na pewną swo­bodę w podej­ściu do zagad­nień nauki. W Arma­ged­do­nie nad­la­tu­jąca aste­ro­ida ma "roz­miary Tek­sasu". Podobno Michael Bay nie sądził, że publicz­ność uwie­rzy w zdol­ność dzie­się­cio- czy jede­na­sto­ki­lo­me­tro­wej skały do znisz­cze­nia ludz­ko­ści (którą bez wąt­pie­nia by miała). Grupa naukow­ców z Uni­wer­sy­tetu Leice­ster w Wiel­kiej Bry­ta­nii obli­czyła, że bomba, którą Wil­lis i spółka pod­kła­dają po wywier­ce­niu dziury w aste­ro­idzie, musia­łaby mieć moc przy­naj­mniej pięć­dzie­się­ciu miliar­dów mega­ton, żeby znisz­czyć obiekt o roz­mia­rach Tek­sasu. Dla porów­na­nia: to ponad miliard razy wię­cej niż wyno­siła moc naj­więk­szej bomby jądro­wej w histo­rii - radziec­kiej Car-bomby48.

NASA nie wysła­łaby też na tę misję astro­nau­tów - nie mówiąc nawet o dru­ży­nie nie­wy­szko­lo­nych pra­cow­ni­ków odwier­tów ropo­no­śnych. Nad prze­chwy­ty­wa­niem aste­ro­idy pra­co­wa­łyby tylko statki bez­za­ło­gowe. Jest jed­nak moż­liwe, że gdy­by­śmy odkryli duży obiekt i mieli nie­wiele czasu, ścią­gnę­li­by­śmy pomysł Micha­ela Baya i jako ostat­nią deskę ratunku spró­bo­wa­li­by­śmy zde­to­no­wać bombę ato­mową wewnątrz aste­ro­idy. NASA roz­wa­żała już zasto­so­wa­nie teo­re­tycz­nego statku zwa­nego Hype­rve­lo­city Aste­roid Inter­cept Vehicle (Pojazd do Prze­chwy­ty­wa­nia Aste­roid przy Wiel­kich Pręd­ko­ściach), któ­rego zada­niem byłoby zde­rzyć się z nad­la­tu­jącą skałą przy olbrzy­miej pręd­ko­ści, przez co zako­pałby się kilka metrów pod jej powierzch­nią, a potem zde­to­no­wać bombę nukle­arną49. Doko­na­nie tego pod powierzch­nią aste­ro­idy, a nie na niej, pozwo­li­łoby zwięk­szyć moc eks­plo­zji nawet dwa­dzie­ścia razy. Warto zauwa­żyć, że ame­ry­kań­ski Urząd do spraw Bez­pie­czeń­stwa Ato­mo­wego posta­no­wił nie roz­bra­jać naj­więk­szych gło­wic ato­mo­wych w arse­nale USA po zakoń­cze­niu zim­nej wojny mię­dzy innymi dla­tego, że mogą być potrzebne do obrony pla­nety50.

Mamy więc teo­re­tyczną wie­dzę o tym, jak ochro­nić naszą pla­netę przed ude­rze­niem obiektu bli­skiego Ziemi. Nie mamy jed­nak jesz­cze zor­ga­ni­zo­wa­nej i prze­ćwi­czo­nej stra­te­gii takiej obrony. Stwo­rze­nie jej planu, a potem wyko­na­nie go, to zada­nie w grun­cie rze­czy jed­nego czło­wieka - Lin­dleya John­sona, pierw­szego w histo­rii ofi­cera obrony pla­ne­tar­nej NASA.

W 1994 roku, mniej wię­cej wtedy, gdy Sho­ema­ke­ro­wie i Levy szu­kali obiek­tów bli­skich Ziemi w obser­wa­to­rium w Palo­mar, Lin­dley John­son był majo­rem lot­nic­twa USA. Stu­dio­wał wów­czas zaawan­so­wane ope­ra­cje kosmiczne w Wyż­szej Szkole Dowo­dze­nia i Pracy Szta­bo­wej Lot­nic­twa (Air Com­mand and Staff Col­lege) w Mont­go­mery w sta­nie Ala­bama. John­son dobrze znał zagro­że­nia cza­jące się w kosmo­sie. Słu­żył już wcze­śniej w Dowódz­twie Obrony Pół­noc­no­ame­ry­kań­skiej Prze­strzeni Powietrz­nej i Kosmicz­nej (NORAD) - ame­ry­kań­sko-kana­dyj­skiej jed­no­stce wykry­wa­ją­cej nad­la­tu­jące poci­ski bali­styczne - a także w Cen­trum Sys­te­mów Rakie­to­wych i Kosmicz­nych w Los Ange­les. Już wów­czas był prze­ko­nany o zagro­że­niu ze strony obiek­tów bli­skich Ziemi, co było wtedy bar­dzo nie­ty­powe, zwłasz­cza u woj­sko­wego. Wkrótce po odkry­ciu Sho­ema­ker-Levy 9 w marcu 1994 roku - ale, co istotne, zanim jesz­cze kometa zde­rzyła się z Jowi­szem, co zain­spi­ro­wało poważne próby orga­ni­za­cji obrony pla­ne­tar­nej - John­son opu­bli­ko­wał arty­kuł opi­su­jący pierw­sze teo­rie zmiany kursu ciała nie­bie­skiego, które mogłoby się zde­rzyć z Zie­mią. Tekst przy­jęto wzru­sze­niem ramion - nie­wiele osób, zwłasz­cza w kołach rzą­do­wych, wie­rzyło wów­czas, że obiekt kosmiczny mógłby zagro­zić naszej pla­ne­cie.

Zde­rze­nie Sho­ema­ker-Levy 9 z Jowi­szem w lipcu 1994 roku odmie­niło losy kariery John­sona. Został przy­dzie­lony do Dowódz­twa Prze­strzeni Kosmicz­nej sił powietrz­nych, gdzie pro­pa­go­wał ści­słą współ­pracę z NASA, w tym przy pro­jek­tach wyko­rzy­stu­ją­cych kosmiczne tele­skopy do poszu­ki­wa­nia komet i aste­roid. Po odej­ściu z woj­ska w 2003 roku pod­jął pracę w NASA. Przez wiele lat był w tej agen­cji jedy­nym wyso­kim rangą kie­row­ni­kiem, który pra­co­wał nad obiek­tami bli­skimi Ziemi, bar­dzo pomógł wyne­go­cjo­wać regu­larne powięk­sza­nie budżetu na poszu­ki­wa­nia aste­roid. W 2015 roku NASA powo­łała Biuro Koor­dy­na­cji Obrony Pla­ne­tar­nej i powie­rzyła John­so­nowi - mówiąc krótko - bez­pie­czeń­stwo Ziemi.

"Ofi­cer obrony pla­ne­tar­nej" to bar­dzo pod­nio­sły tytuł dla czło­wieka, któ­rego praca - jak sam przy­znaje - polega głów­nie na koor­dy­no­wa­niu dzia­łań róż­nych depar­ta­men­tów. Każ­dego ranka, po przy­jeź­dzie do kwa­tery głów­nej NASA w Waszyng­to­nie, spraw­dza "nocny połów" - obiekty bli­skie odkryte w ciągu nocy przez obser­wa­to­ria takie jak Cata­lina Sky Survey i spi­sane przez Cen­trum Mniej­szych Pla­net. Zadaje pyta­nia: Czy któ­ryś z tych obiek­tów mie­ści się w kate­go­rii poten­cjal­nie nie­bez­piecz­nych, czyli mógłby prze­le­cieć w pro­mie­niu mniej niż ośmiu milio­nów kilo­me­trów od Ziemi? Czy astro­no­mo­wie wyli­czyli nowe tory aste­roid, które mogłyby zagro­zić pla­ne­cie? To jak codzienny raport wywiadu dla pre­zy­denta USA, tylko zagro­że­nia pocho­dzą ze strony kosmicz­nych skał, a nie ter­ro­ry­stów i obcych rzą­dów.

Gdyby coś rze­czy­wi­ście zagra­żało Ziemi, to wła­śnie John­son odpo­wia­dałby za zaalar­mo­wa­nie NASA, a potem Biura Naukowo-Tech­no­lo­gicz­nego Bia­łego Domu i wresz­cie pre­zy­denta. Jak dotąd zda­rzyło mu się to tylko raz, w 2008 roku, gdy astro­no­mo­wie słusz­nie prze­wi­dzieli, że mała aste­ro­ida dotrze do Ziemi, ale nie­mal w cało­ści spło­nie w atmos­fe­rze51. Był to pierw­szy przy­pa­dek, kiedy naukowcy prze­wi­dzieli ude­rze­nie z wyprze­dze­niem. John­son upu­blicz­nił tę pro­gnozę głów­nie po to, by nagły błysk na nie­bie nie został wzięty za jakieś dzia­ła­nia woj­skowe.

- Nie chcie­li­śmy, żeby kto­kol­wiek za bar­dzo się roz­ocho­cił na widok wiel­kiej eks­plo­zji w atmos­fe­rze - mówi.

W nieco bliż­szej prze­szło­ści John­son i jego kole­dzy wyko­rzy­stali bli­skie spo­tka­nie z aste­ro­idą o roz­mia­rach domu, która minęła Zie­mię 12 paź­dzier­nika 2017 roku, żeby wypró­bo­wać powsta­jący wła­śnie sys­tem ostrze­ga­jący przed obiek­tami bli­skimi. Ta kon­kretna skała ni­gdy nie sta­no­wiła zagro­że­nia, ale prze­le­ciała obok naszej pla­nety w odle­gło­ści zale­d­wie czter­dzie­stu pię­ciu tysięcy kilo­me­trów, rów­nie bli­sko, co sztuczne sate­lity. Świet­nie nada­wała się więc na próbny roz­ruch.

- Namie­rzy­li­śmy ją, śle­dzi­li­śmy lot, bar­dzo pre­cy­zyj­nie prze­wi­dzie­li­śmy tor prze­lotu, a potem wyko­rzy­sta­li­śmy to do prze­te­sto­wa­nia sys­temu zawia­da­mia­nia rządu USA i naszych mię­dzy­na­ro­do­wych part­ne­rów - opo­wiada John­son.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki