Koniec jest początkiem - Chris Whitaker

Kup ebooka

39.99 zł
33.19 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

***

Widzisz coś i podnosisz rękę.

Nieważne, czy to bibułka od papierosa, czy puszka po napoju.

Widzisz coś i podnosisz rękę.

Ale niczego nie dotykaj.

Po prostu podnieś rękę.

Mieszkańcy stali w gotowości, po kostki w wodzie. Ruszyli tyralierą, dwadzieścia kroków od siebie, sto par oczu wbitych w ziemię, ale mimo to jednym rytmem, jak w potępieńczym układzie tanecznym.

W tle opustoszałe miasto, echo długiego, nieskazitelnego lata zbrukanego nowiną.

Nazywała się Sissy Radley. Lat siedem. Jasne włosy. Wszyscy ją znali. Komendant Dubois nie musiał rozdawać zdjęć.

Walk szedł na skraju. Piętnastoletni i nieustraszony, kolana drżały mu przy każdym kroku.

Maszerowali przez las jak armia, policjanci z przodu, przesuwające się światła latarek, za drzewami był ocean, daleko w dole, ale dziewczynka nie umiała pływać.

Obok Walka - Martha May. Chodzili ze sobą od trzech miesięcy, pierwsza baza zdobyta, jej ojciec był pastorem w kościele episkopalnym w Little Brook.

- I co, dalej chcesz być gliną? - Zerknęła na niego.

Walk wpatrywał się w Dubois, z opuszczoną głową, w jego rękach ostatnia nadzieja.

- Widziałam Star - ciągnęła Martha. - Na przodzie, z ojcem. Płakała.

Star Radley, siostra zaginionej. Najlepsza przyjaciółka Marthy. Stanowili zgraną paczkę. Tylko jedno z nich było teraz nieobecne.

- Gdzie Vincent? - spytała.

- Chyba z drugiej strony.

Walk i Vincent byli prawie jak bracia. Gdy mieli po dziewięć lat, nacięli sobie wnętrza dłoni, przycisnęli do siebie i złożyli przysięgę bezwarunkowej lojalności.

Dalej już nie rozmawiali, po prostu patrzyli pod nogi, minęli Sunset Road, minęli drzewo życzeń, trampki Chucka Taylora rozgarniały liście. Walk maksymalnie skupiał uwagę, ale mimo wszystko prawie to przegapił.

Dziesięć kroków od Cabrillo, drogi stanowej numer jeden, sześćset mil wzdłuż kalifornijskiego wybrzeża. Stanął jak wryty, podniósł wzrok i zobaczył, że tyraliera posuwa się naprzód bez niego.

Przykucnął.

But był mały. Z czerwonej i białej skóry. Ze złotym zapięciem.

W tej samej chwili na autostradzie zwolniło auto, światła reflektorów omiotły zakręt, a potem padły na niego.

I wtedy ją zobaczył.

Nabrał powietrza i podniósł rękę.

1

Walk stał z boku rozgorączkowanego tłumu. Niektórych znał, odkąd się urodził, innych od chwili, kiedy to oni się urodzili.

Urlopowicze z aparatami, oparzeniami słonecznymi i zrelaksowanymi uśmiechami, nieświadomi, że woda jest silniejsza niż drewno.

Lokalne media czekały w gotowości.

- Można na słówko, komendancie Walker? - zapytała dziennikarka radiostacji KCNR.

Uśmiechnął się, wbił ręce głęboko w kieszenie i patrzył, którędy najlepiej się przebić, podczas gdy zgromadzeni ludzie dławili okrzyki ekscytacji.

Kiedy dach się załamał i runął do wody, rozległy się pojedyncze okrzyki. Kawałek po kawałku fundament kruszył się i rozpadał, jakby przytulny dom był już tylko zwykłym budynkiem. Dom Fairlawnów, który Walk pamiętał od zawsze, w czasach jego dzieciństwa stał jakąś milę czy dwie od oceanu. Otoczony taśmą w zeszłym roku, odkąd woda podmyła klif; od tamtej pory przyjeżdżali tu ludzie z California Wild, mierzyli i szacowali.

Ruch kamer i nieprzyzwoite podekscytowanie, kiedy posypały się dachówki, ale frontowy ganek trzymał się twardo. Rzeźnik Milton przyklęknął na jedno kolano i uwiecznił symboliczną chwilę, w której maszt się przechylił, a flaga załopotała na wietrze.

Młodszy Tallow podszedł za blisko. Matka odciągnęła go za kołnierz tak gwałtownie, że upadł na tyłek.

W tle słońce zapadało się wraz z budynkiem, przecinając wodę pomarańczowymi i fioletowymi smugami oraz cieniami o nieokreślonej barwie. Dziennikarka dostała swoją zdobycz: historię tak błahą, że prawie bez znaczenia.

Walk rozejrzał się i zobaczył Dickiego Darke'a, który beznamiętnie obserwował scenę. Stał tam jak gigant, prawie siedem stóp1 wzrostu. Gość od nieruchomości, właściciel kilku domów w Cape Haven i klubu przy Cabrillo, nory, gdzie niegodziwość kosztowała dziesięć dolców i spory kawał przyzwoitości.

Stali tak jeszcze godzinę. Walka rozbolały nogi, zanim ganek wreszcie się poddał. Gapie z trudem powstrzymywali się od owacji, po czym się odwrócili i zaczęli rozchodzić, na grille i piwo, ku ogniskom, których rozchwiane płomienie przyświecały Walkowi podczas wieczornego patrolu. Pełgały po kamiennych płytach, wzdłuż linii szarego muru ułożonego na sucho, ale trzymającego się mocno. Za nim znajdowało się drzewo życzeń, wielki dąb, tak rozłożysty, że trzeba było ustawić mu podpórki pod gałęziami. Stare Cape Haven robiło wszystko, żeby pomóc mu przetrwać.

Kiedyś Walk wspinał się na to drzewo z Vincentem Kingiem, na tyle dawno temu, by niemal przestało się liczyć. Położył drżącą dłoń na broni, drugą zahaczył o pas. Nosił krawat, sztywny kołnierzyk, jego buty lśniły. Kiedy przyjął stanowisko, część mieszkańców była wniebowzięta, część żałowała. Walker, kapitan statku, który tkwił w swoich przyzwyczajeniach.

Zobaczył dziewczynkę przedzierającą się przez tłum w jego stronę. Trzymała za rękę młodszego brata, który z trudem za nią nadążał.

Duchess i Robin, dzieciaki Radley.

Podbiegł w ich stronę, ponieważ wiedział o nich wszystko, co powinien wiedzieć.

Chłopczyk miał pięć lat i bezgłośnie płakał, dziewczynka właśnie skończyła trzynaście i nie płakała nigdy.

- Wasza matka - powiedział. Nie było to pytanie, lecz stwierdzenie tak tragicznego faktu, że dziewczynka nawet nie kiwnęła głową, po prostu się odwróciła i ruszyła przodem.

Szli w zmierzchu ulicami, pośród sennych parkanów i migających lampek. W górze wschodził Księżyc, kpiący przewodnik, jak zawsze od trzydziestu lat. Mijali wielkie domy; szkło i stal walczyły z naturą, przeraźliwie piękną.

W dół Genesee, gdzie Walk nadal mieszkał w starym domu rodziców. Następnie w Ivy Ranch Road, gdzie w polu widzenia pojawił się dom Radleyów. Okiennice ze złuszczoną farbą, przewrócony rower, leżące za nim koło. W Cape Haven każdy odcień poniżej ideału równie dobrze mógł być czarny.

Walk zostawił dzieci w tyle i pobiegł ścieżką; w środku nie paliło się światło, ale migał ekran telewizora. Spojrzał za siebie i zobaczył wciąż płaczącego Robina oraz Duchess z jej twardym i zawziętym spojrzeniem.

Znalazł Star na kanapie, z butelką u boku, tym razem bez żadnych leków, w jednym bucie, z drugą stopą gołą: drobne palce, paznokcie pomalowane.

- Star. - Przyklęknął i poklepał ją po policzku. - Star, proszę, obudź się, no już.

Mówił spokojnie, ponieważ dzieci stały w drzwiach. Duchess obejmowała brata ramieniem, a on wtulał się w nią tak mocno, jakby w małym ciałku w ogóle nie miał kości.

Kazał dziewczynce zadzwonić pod dziewięćset jedenaście.

- Już dzwoniłam.

Uniósł kciukami powieki Star i zobaczył tylko białka.

- Nic jej nie będzie? - usłyszał głos chłopca.

Walk rozejrzał się z nadzieją na przyjazd karetki, zmrużył oczy, patrząc na rozpłomienione niebo.

- Wyjrzycie, czy jadą?

Duchess zrozumiała i zabrała Robina na zewnątrz.

Wtedy Star drgnęła, zwymiotowała i zaczęła się trząść, jakby Bóg i śmierć chwycili jej duszę i ciągnęli każde w swoją stronę. Walk czekał; od śmierci Sissy Radley i Vincenta Kinga minęło trzydzieści lat, ale Star nadal bełkotała o eternalizmie, kolizji przeszłości z teraźniejszością, sile obracającej przyszłością zawsze w niewłaściwym kierunku.

Duchess pojechała z matką. Walk zabrał Robina.

Patrzyła, jak ratownik robi swoje. Nie próbował się uśmiechać i czuła za to wdzięczność. Był łysy, spocony i zapewne zmęczony ocalaniem tych, którzy z taką determinacją próbują umrzeć.

Przez chwilę stali przed domem, drzwi otwarte dla Walka, jak zwykle; trzymał rękę na ramieniu Robina. Robin tego potrzebował - pocieszenia od dorosłego, poczucia bezpieczeństwa.

Po drugiej stronie ulicy falowały zasłony, poruszane cieniem milczącego osądu. A potem zobaczyła na końcu drogi dzieciaki ze swojej szkoły, na rowerach, ostro pedałujące, z czerwonymi twarzami. W miasteczku, gdzie najczęściej na pierwsze strony gazet trafiają plany zagospodarowania przestrzennego, wieści rozchodzą się bardzo szybko.

Dwaj chłopcy zatrzymali się obok radiowozu i rzucili rowery. Wyższy, zasapany, przyklepał rozwiane włosy, gdy podchodził powoli do karetki.

- Umarła?

Duchess uniosła podbródek, spojrzała mu prosto w oczy i wytrzymała spojrzenie.

- Spierdalaj.

Silnik zawarczał, gdy drzwi się zasunęły. Przydymione szyby sprawiły, że świat stał się matowy.

Samochody rozjeżdżały się zygzakiem, gdy mknęli w dół wzgórza; za sobą mieli Pacyfik, ze skałami wystającymi nad wodę jak głowy tonących.

Patrzyła na swoją ulicę aż do końca, aż drzewa się zbiegły i połączyły na Pensacola, z gałęziami wyciągniętymi jak ręce złożone do modlitwy za dziewczynkę i jej brata, za rozgrywającą się tragedię, która zaczęła się na długo przed tym, zanim oboje się urodzili.

Noc zlała się z innymi, podobnymi, każda wchłaniała Duchess tak kompletnie, że wydawało jej się, że już nigdy nie ujrzy dnia, nie w taki sposób jak inne dzieci. Szpital znajdował się w Vancour Hill i Duchess znała go aż za dobrze. Kiedy zabrali matkę, stała na błyszczącej podłodze, lekko odbijającej światło, jednym okiem zezując na drzwi, aż Walk wprowadził do środka Robina. Podeszła i wzięła brata za rękę, po czym poprowadziła go do windy, skąd pojechali na piętro. Pokój rodzinny, przyciemnione światła, zestawiła razem dwa krzesła. Naprzeciwko znajdował się magazynek, więc Duchess sama pobrała miękkie koce i zrobiła legowisko. Robin stał skrępowany, kiwał się ze zmęczenia, pod oczami rysowały mu się ciemne kręgi.

- Chcesz siusiu?

Kiwnięcie.

Zaprowadziła go do łazienki, poczekała chwilę, potem patrzyła, jak myje ręce. Znalazła pastę do zębów, wycisnęła trochę na palec i przejechała mu parę razy po zębach i dziąsłach. Wypluł, a ona przetarła mu usta.

Pomogła bratu zdjąć buty i wejść nad oparciami krzeseł na posłanie, gdzie umościł się jak małe zwierzątko, kiedy go przykrywała.

Oczy miał szeroko otwarte.

- Nie zostawiaj mnie.

- Nigdy.

- Mama wyzdrowieje?

- Tak.

Wyłączyła telewizor; pokój pogrążył się w ciemności, oświetlenie awaryjne spowiło ich czerwienią na tyle łagodną, że chłopiec zasnął, zanim dotarła do drzwi.

Stanęła w szpitalnym świetle, plecami do wyjścia; nie wpuści nikogo do środka, na trzecim piętrze jest drugi pokój rodzinny. Po godzinie wrócił Walk i ziewnął, jakby miał powód. Duchess wiedziała, na czym upływają jego dni, że jeździ autostradą Cabrillo, długimi milami doskonałości daleko od Cape Haven, gdzie każde spojrzenie chwytało tak rajskie widoki, że ludzie przemierzali cały kraj, by je znaleźć, kupować domy, a następnie porzucać na dziesięć miesięcy w roku.

- Śpi?

Skinęła głową.

- Byłem u twojej matki. Wszystko będzie dobrze.

Znów kiwnięcie.

- Możesz iść i wziąć sobie coś do picia w puszce, automat jest obok...

- Wiem.

Rzut oka w głąb pokoju, gdzie brat spał głęboko; nie ruszy się, dopóki ona go nie obudzi.

Walk wyjął banknot dolarowy, wzięła go niechętnie.

Poszła korytarzami, kupiła sobie napój, ale go nie wypiła. Będzie dla Robina, kiedy wstanie. Zajrzała do boksów: dźwięki narodzin, łez i życia. Dostrzegała ciała ludzi przypominające skorupy, tak puste w środku, że wiedziała, iż żaden z nich już nie wyzdrowieje. Policjanci przyprowadzili mężczyzn z wytatuowanymi ramionami i zakrwawionymi twarzami. Poczuła alkohol, wybielacz, wymiociny i gówno.

Minęła pielęgniarkę, otrzymała uśmiech, bo większość z nich widziała ją już wcześniej, jednego z tych dzieciaków, którym los rozdał przegrane karty.

Kiedy wróciła, zobaczyła, że Walk ustawił dwa krzesła przed drzwiami. Zajrzała do brata i usiadła.

Walk podał jej gumę, ale potrząsnęła głową.

Wiedziała, że facet chce porozmawiać, pieprzyć o zmianie, o zawirowaniach na drodze, o tym, że wszystko będzie inaczej.

- Nie zadzwoniłeś.

Patrzył na nią uważnie.

- Do opieki społecznej. Nie zadzwoniłeś.

- Powinienem był.

Powiedział to smutno, jakby zawiódł ją lub odznakę, nie wiedziała które.

- Ale nie zadzwonisz.

- Nie zadzwonię.

Brzuch opinała mu jasnobrązowa koszula. Miał pucołowate, zaczerwienione policzki chłopaka, któremu pobłażliwi rodzice nigdy nie powiedzieli "nie". I twarz tak szczerą, że Duchess nie potrafiła sobie wyobrazić, by umiał dochować sekretu. Star mówiła, że jest uosobieniem dobra, i właśnie w tym tkwił problem.

- Powinnaś się przespać.

Siedzieli tak, aż gwiazdy usunęły się przed blaskiem świtu, księżyc zapomniał, gdzie jego miejsce, i trwał jak skaza na nowym dniu, przypomnienie tego, co odeszło. Naprzeciwko było okno. Duchess stanęła przy szybie i przycisnęła głowę do drzew i tracącej swoją dzikość przyrody. Śpiew ptaków. Daleko w tle zobaczyła wodę, punkciki trawlerów przecinających fale.

Walk chrząknął.

- Twoja matka... był pewien mężczyzna...

- Zawsze jest mężczyzna. Cokolwiek się spierdoli na tym świecie, zawsze jest mężczyzna.

- Darke?

Wyprostowała się.

- Nie powiesz mi? - spytał.

- Jestem banitką.

- No tak.

Nosiła kokardę we włosach i często ją tarmosiła. Była zbyt chuda, zbyt blada, zbyt piękna, tak jak jej matka.

- Obok właśnie urodziło się dziecko. - Walk zmienił temat.

- Jak mu dali na imię?

- Nie wiem.

- Stawiam pięćdziesiąt dolców, że nie Duchess.

Zaśmiał się cicho.

- Egzotyka łamana przez rzadkość. Wiesz, że miałaś być Emily.

- "Srogich by trzeba Nawałnic"2.

- Tak.

- Ciągle to czyta Robinowi. - Duchess usiadła, założyła nogę na nogę, pomasowała sobie mięśnie; miała za luźne i zniszczone trampki. - Czy ta nawałnica przeminie, Walk?

Łyknął kawy, jakby szukał niemożliwej do znalezienia odpowiedzi na to pytanie.

- Mnie się podoba imię Duchess.

- To pobądź przez chwilę Duchess. Gdybym była chłopcem, pewnie bym się nazywała Sue. - Odchyliła głowę do tyłu i patrzyła na migające paski. - Ona chce umrzeć.

- Nie chce. Nie możesz tak myśleć.

- Nie mogę się zdecydować, czy samobójstwo jest czynem najbardziej samolubnym czy bezinteresownym.

O szóstej pielęgniarka ją przywiozła.

Wyglądała jak cień człowieka, matkę przypominała jeszcze mniej.

- Duchess z Cape Haven. - Star uśmiechnęła się, ale bardzo słabo. - Wszystko jest dobrze.

Duchess patrzyła na nią, wtedy Star się rozpłakała, a dziewczynka przeszła przez pokój, przycisnęła policzek do piersi matki i zastanawiała się, jak to jest, że jej serce ciągle bije.

Leżały tak razem pośród świtu; nowy dzień, ale bez promyka obietnicy, ponieważ Duchess wiedziała, że obietnica to kłamstwo.

- Kocham cię. Przykro mi.

Istniało wiele słów, którymi Duchess mogła na to odpowiedzieć, ale w tamtej chwili nie znalazła w sobie niczego więcej niż te, których użyła.

- Też cię kocham. Wiem.