Przedmowa
Wstęp
Pytanie
(...)
Na rozprężalni trener miał problem z uzyskaniem od swojego konia sliding
stopów, a jego przejścia też nie były o wiele lepsze. Wałach nie chciał
wykonywać lotnych zmian nogi w galopie, a jego spiny były wolne i pozbawione energii. Trener zdenerwowany anemicznym zachowaniem konia
mocno go zmęczył na rozprężalni i wreszcie osiągnął zadowalające go
zachowanie zwierzęcia.
Jednak to jego wierzchowiec miał tego dnia ostatnie słowo. Kiedy
nadeszła jego pora, wszedł spokojnie na ujeżdżalnię, ale potem dał
największy pokaz nieposłuszeństwa, jaki widziano w owych stronach.
Opuścił głowę i zaczął wierzgać jak na finałach rodeo w Las Vegas.
Trener utrzymał się co prawda w siodle przez kilka pierwszych baranich
skoków, ale potem chyba tego pożałował. To były jedne z najwyższych
wyskoków, jakie ktokolwiek z obecnych widział (szczególnie na zawodach
reiningowych), a większość nie potrafiła stwierdzić, kto bardziej
kwiczał -?koń, który wydawał dzikie dźwięki przy każdym skoku, czy
trener, który najpierw opadł na tylny łęk siodła, potem na jego róg, by
w końcu wylądować na szyi wierzchowca.
W każdym razie trener skończył na ziemi z połamanym kapeluszem i podartymi dżinsami, a koń wykonał jeszcze trzy ekspresyjne rundy wokół
ujeżdżalni, pędząc, wierzgając i puszczając gazy przez całą drogę. Para
po cichutku opuściła arenę, a potencjalni kupcy stracili zainteresowanie
zarówno koniem, jak i trenerem.
Tak więc przynajmniej w tej konkretnej sytuacji stanie się "dominującym
przywódcą stada" dla konia nie skończyło się dobrze i nie przyniosło
spodziewanych efektów dla trenera. Koń, być może, był innego zdania.
Podejrzewam, że uznał, że skończyło się to dokładnie tak, jak powinno.
---
Jest jeszcze jeden sposób, w jaki ludzie stają się przywódcami czy też
osobnikami alfa w "stadzie" swojego konia. To dużo powszechniejsza
metoda uczona na dużą skalę przez wielu trenerów. Jej podstawowe
założenie wciąż polega na tym, żeby koń postrzegał cię jako dominującego
przywódcę, ale masz też postarać się spoglądać na każdą sytuację z perspektywy konia. A przynajmniej tak jest w teorii. Z moich obserwacji
praktycznego wykorzystywania tej metody wynika, że wygląda ona bardzo
podobnie do tej używanej przez owego trenera konia reiningowego. Efekty
jej stosowania u konia (choć większość z nich nie zrzuca swoich jeźdźców
podczas ważnych zawodów) są pod wieloma względami podobne. Szkolony w ten sposób koń pracuje bez "uczucia" i przypomina bardziej maszynę niż
chętnego do współpracy partnera.
Widziałem konie szkolone przez właścicieli zachowujących się jak
osobniki alfa: one po prostu wyłączają się mentalnie. Nie twierdzę, że
nie stosują się do poleceń człowieka, bo to robią -?z pozoru nawet bez
zarzutu. Jednakże ich występy nie utrzymują stałego poziomu, a same
zwierzęta nie wyglądają na szczęśliwe, wykonując swoją pracę. Jednego
razu mogą wykonywać dane zadanie bez wahania, a następnego nawet nie
próbować do niego podejść. Takie konie często usiłują powiedzieć swojemu
jeźdźcowi, że nie są zadowolone z ich wzajemnych stosunków. Koń
komunikuje to na różne sposoby: poprzez nieobecny wzrok, położone po
sobie uszy, nerwowo ruszający się ogon i odmowę wykonania zadania. W niektórych przypadkach nie daje się złapać, nawet jeśli właściciel
poświęcił dużo czasu na naukę posłuszeństwa w tej kwestii.
Zanim przejdę dalej, chciałbym stwierdzić, że sama idea takiego stylu
szkolenia nie jest zła. Nie ma w niej absolutnie nic złego. Nie
wszystkie konie szkolone w ten sposób nabawiają się problemów
behawioralnych i zachowują się tak, jak opisałem powyżej. Uważam, że to
kwestia osobistego wyboru -?to metoda, która u jednych ludzi i ich koni
się sprawdza, a u innych nie. Wierzę, że wszystko sprowadza się do tego,
jakie chcesz mieć relacje ze swoim zwierzęciem. Jeśli chcesz, by
postrzegało cię jak alfę czy też dominującego przywódcę stada,
powinieneś postępować w ten sposób. Bardzo wielu trenerów i właścicieli
koni osiąga olbrzymie sukcesy, pracując z końmi tą metodą. Niektóre
wierzchowce wręcz preferują takie traktowanie.
Uważam jednak -?na podstawie obserwacji wielu koni, których jeźdźcy
stosują tę metodę -?że stosunki między nimi nie są partnerskie,
przypominają bardziej dyktaturę. Coś w stylu: "Ja mówię, a ty robisz".
Osobiście wolałbym, żeby mój koń widział we mnie partnera, a nie
dyktatora. Bardziej: "Zróbmy to razem". Takie podejście panowało w niewielkiej stajni mojego znajomego staruszka. Kiedy ktoś musi przyjąć
funkcję przywódcy, mogę to być ja. Ale zrobię to w taki sposób, żeby koń
nie czuł się zdominowany ani też nie czuł, że go nie szanuję.
Kiedy wspominam sposób, w jaki starszy człowiek pracował ze swoimi
końmi, pamiętam, że zawsze miał bardzo swobodną postawę. Nie chcę przez
to powiedzieć, że pozwalał koniom na wszystko, czy też nie oczekiwał od
nich, żeby grzecznie się zachowywały i miały przyzwoite maniery. Starał
się jednak także zawsze pozwalać im mieć swoje zdanie na temat tego, o co je prosił. Słuchał ich, brał pod uwagę ich punkt widzenia i dopiero
działał. Dzięki temu jego konie były bardzo godne zaufania, chętne do
współpracy, spokojne i żywo reagujące.
Tak było ze starym Saltym. Wałach postanowił, że nie da się złapać.
Staruszek stwierdził, że nic mu do tego. Jednakże Salty musiał żyć z konsekwencjami swojej decyzji, które, jak wkrótce się przekonał, były
bardzo niepożądane. Kiedy spróbował znaleźć wyjście z sytuacji,
staruszek był gotowy mu pomóc -?jednak sama decyzja należała do konia.
Dostawszy okazję, sam wybrał, co jest dla niego właściwe w dłuższej
perspektywie. Nie musiał w tym celu przechodzić żadnego specjalnego
szkolenia. Staruszek znalazł sposób, żeby Salty zachował godność,
osiągając przy tym cel.
Być może na tym polegał sekret staruszka podczas pracy z końmi. Ten
drobiazg był chyba jej najważniejszą cechą -?osiągał cel bez poniżania
konia czy też zmuszania go do przyjęcia własnych pomysłów, dzięki czemu
wierzchowiec chciał robić dla niego pewne rzeczy. Pozwalał, by właściwa
decyzja była podejmowana samodzielnie przez konia, i nie przejmował się
zbytnio, gdy ten dokonywał złego wyboru. Właściwie może nie powinno to
stanowić zbytniej różnicy dla nikogo z nas.
Jedna myśl nie daje mi spokoju. Jeśli konie mają reagować pozytywnie na
szkolenie polegające na tym, że człowiek staje się alfą w stadzie, to
dlaczego tak wiele z nich ma problem z tym podejściem? Czy coś
przeoczyliśmy? Może robimy coś niewłaściwie w trakcie szkolenia?
Odpowiedzi na te pytania bardzo długo mi umykały, ale koncepcja stania
się przywódcą stada wciąż mi doskwierała. W końcu olśniło mnie, że być
może zadaję złe pytania. Może powinienem zapytać o coś, co zupełnie
przeoczyłem. Widziałem tę całą sytuację z mojej perspektywy -?osoby
patrzącej na konia. Aby spojrzeć na nią z punktu widzenia zwierzęcia,
musiałem zrozumieć, jak koń postrzega jego stosunki z alfą w stadzie.
Czy jest z nich zadowolony, lubi je? Czy to jego szanuje i chętnie
naśladuje? A może wolałby być jak najdalej od niego?
Przez kilka następnych lat, dzięki pomocy i cierpliwości licznych koni i osób, odpowiedzi na te pytania zaczęły się wreszcie pojawiać.
Wkrótce przekonałem się, że dla koni były one od dawna jasne.
UWAGI DO ROZDZIAŁU "PYTANIE"
Zawsze twierdziłem, że praca z koniem opiera się -?a przynajmniej
powinna się opierać -?na próbach odkrycia, jak dużo czy też jak mało
wskazówek potrzeba, żeby koń, z którym pracujemy, zrozumiał, czego
próbujemy go nauczyć. Za mało wskazówek, a nie będziemy skuteczni. Kiedy
użyjemy ich za dużo, możemy wywołać u konia opór i niechęć wobec nas.
W czasie, gdy pisałem tę książkę, w kręgach koniarzy istniała silna
tendencja, żeby osoba pracująca z koniem stała się w jego oczach "alfą"
-?koniem, szefem. Trend ten przybierał na sile, przez co widywałem sporo
rozgoryczonych koni i sfrustrowanych właścicieli. Myślę, że działo się
tak dlatego, że dla wielu ludzi zostanie alfa oznaczało danie upustu
emocjom takim jak gniew, gdy próbowali skłonić swojego konia do
zrobienia czegoś, co często przekładało się na arbitralne użycie siły. W wielu przypadkach ani koń, ani jeździec nie rozumieli za bardzo owego
stosowania siły, przez co po treningu jeźdźcy mieli z końmi jeszcze
większy problem niż ten, z którym zaczynali.
Delikatna równowaga i subtelne niuanse, które mogą być istotą
postępowania z końmi, zatracały się w biciu i wywoływaniu presji, czego
uczono jako sposobu, by człowiek stał się alfą. Pisząc ten rozdział,
chciałem trochę spowolnić mój tok rozumowania, żeby ludzie, którzy
postępują (lub sądzą, że postępują) zgodnie z filozofią konia alfa,
mogli porównać to, co słyszą lub być może robią, z nieco inną drogą...
drogą, na której stosunki z koniem mogą być odrobinę bardziej
zrównoważone, zarówno pod względem tego, jak postępujemy z koniem, jak i tego, w jaki sposób on reaguje.
Natura stada
Otis i Buck
Perspektywy i postrzeganie
Jak dostrzec starania
-?A niech cię -?wymamrotałem. -?O co ci u diabła chodzi?
Minęło już czterdzieści pięć minut, odkąd wsiadłem na konia, a sprawy
nie układały się dobrze. Dosiadałem młodej klaczy o imieniu Lacey.
Pracowaliśmy spokojnie w lonżowniku, kiedy wpadłem na pomysł, żeby
nauczyć ją cofania. Najpierw poprosiłem ją o zatrzymanie ze stępa, co od
razu uczyniła. Następnie zrobiłem to, co każdy, kiedy chce, żeby koń
zaczął cofać -?pociągnąłem za wodze. Z początku użyłem -?jak sądziłem -
lekkiego nacisku, ale klacz się nie cofnęła. Pociągnąłem mocniej. Wciąż
nic.
Minęło kilka minut, a ja zwiększałem nacisk do momentu, gdy już nie
tylko ciągnąłem obydwiema dłońmi, ale nawet odchylałem się do tyłu, żeby
mieć większą dźwignię. Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że działałem
na wędzidło z siłą mojego ciężaru -?całych trzydziestu dwóch kilogramów,
a ona ciągnęła w drugą stronę.
Trwało to jakiś czas, zanim zacząłem się męczyć, a ręce rozbolały mnie
od ciągnięcia. W końcu musiałem się poddać. Owinąłem wodze wokół rogu
siodła i spojrzałem na ich ślady odciśnięte na moich dłoniach.
-?A niech to -?powiedziałem, rozmasowując ręce. -?Ale masz twardy pysk...
-?Jak ci idzie? -?usłyszałem nagle z tyłu głos staruszka.
Zaskoczony, szybko przerwałem pocieranie dłoni, wziąłem w nie wodze i skręciłem klacz w jego stronę.
-?Dobrze -?wypaliłem. -?Idzie mi dobrze.
-?Jak ona się sprawuje?
-?Zero problemów -?powiedziałem, zmuszając się do uśmiechu i głaszcząc
klacz po szyi.
-?Rozumiem. -?Pokiwał głową. -?Nad czym pracujesz?
-?Nad czym? -?Nieświadomie zacząłem pocierać o siebie dłonie, żeby
pozbyć się z nich uczucia pieczenia. -?Och, my tylko... Pomyślałem, że
spróbuję sprawić, żeby...
-?Stała w miejscu?
-?Słucham?
-?Stała w miejscu -?powiedział, opierając stopę o dolną żerdź. -
Zauważyłem, że od dłuższego czasu nie ruszacie się z miejsca. Pracujesz
nad tym, by się nie ruszała?
-?No, chyba. Coś w tym stylu.
Staruszek pokiwał wolno głową i nad czymś się zamyślił. Przeciągnął
dłonią po brodzie i w końcu oparł obydwa łokcie o górną żerdź
lonżownika.
-?Chyba już to umie -?powiedział, kiwając wolno głową.
-?Co?
-?Stać nieruchomo. -?Wskazał nonszalancko na klacz. -?Wydaje mi się, że
całkiem nieźle stoi.
-?A tak -?zgodziłem się z miną znawcy. -?Robi to już całkiem dobrze.
-?To pewnie powinieneś pomyśleć o tym, żeby popracować nad czymś innym -
powiedział. -?Skoro już tak dobrze stoi w miejscu.
-?Tak. -?Skinąłem głową. -?Chyba popracuję nad przejściami.
-?Pewnie mógłbyś. -?Znów pogładził się po brodzie. -?Ale jeszcze lepiej
byłoby, gdybyś popracował nad nauczeniem jej cofania.
-?Cofania?
-?Tak -?potwierdził. -?Upewnijmy się, że umie cofać, zanim popracujemy
nad przejściami.
-?No nie wiem. -?Skuliłem się na samą myśl o tym. -?Nie jestem pewien,
czy to koń do cofania.
-?Czyżby? -?Lekki uśmiech przemknął przez jego spaloną słońcem twarz. -
Chyba musimy spróbować, żeby się o tym przekonać.
-?Właściwie to już próbowałem, ale jej się to chyba nie podobało.
-?Rozumiem. -?Znowu kiwnął głową. -?Ale może i tak spróbuj.
-?Jasne -?zgodziłem się z nutką sarkazmu w głosie. -?Ale ona chyba tego
nie lubi.
To powiedziawszy, ostatni raz potarłem o siebie dłonie, wziąłem w nie
wodze i zacząłem powoli wywierać nacisk na wędzidło. Czułem, jak Lacey
się ze mną mocuje, wysuwając pysk w przód. Utrzymałem ten sam nacisk
jeszcze kilka sekund, zanim zacząłem odczuwać znowu zmęczenie w dłoniach. Puściłem wodze i spojrzałem na staruszka.
-?Widzi pan -?powiedziałem. -?Ona chyba tego nie lubi.
Mężczyzna pokiwał wolno głową i przeszedł na przeciwną stronę
lonżownika. Otworzył bramkę, wszedł do środka i cicho zamknął ją za
sobą. Zbliżył się do nas, pogłaskał Lacey po szyi i poprosił, żebym
spróbował ponownie. Zgodziłem się, choć dałem mu wyraźnie do
zrozumienia, że nie podchodzę do tego zbyt entuzjastycznie.
Znowu napiąłem wodze i wywarłem nacisk na wędzidło, a Lacey znów
odpowiedziała, wysuwając głowę w przód.
-?No dobrze -?stwierdził staruszek. -?Chyba wiem, w czym tkwi problem.
Świetnie. Wreszcie dostrzegł to, co cały czas usiłowałem mu powiedzieć.
Ten uparty koń nie chciał cofać. Wreszcie. Szczerze mówiąc, byłem trochę
zaskoczony, że zajęło mu to tyle czasu. Zwykle nie był taki ociężały
umysłowo.
-?Mogę ja spróbować? -?zapytał.
-?Jasne -?odparłem zaskoczony. -?Proszę bardzo.
Wypuściłem wodze z rąk i już miałem zsiadać, kiedy mnie powstrzymał.
Odchyliłem się do tyłu i oparłem dłonie na biodrach, kiedy on stanął
obok Lacey i delikatnie wziął w ręce wodze. Zaczął powoli je skracać,
ale nagle przestał i oddał jej je trochę. Odczekał parę sekund, po czym
znowu zaczął skracać wodze. I znów nagle przestał, i oddał klaczy wodze.
Zrobił tak jeszcze trzy razy. Za czwartym nagle poczułem, jak Lacey
przenosi ciężar ciała na zad. Staruszek puścił wodze, po czym jeszcze
raz je zebrał, a klacz delikatnie cofnęła nos i spokojnie zaczęła cofać.
Jeden, drugi, trzeci krok -?miękko jeden za drugim.
Staruszek poluzował wodze, a Lacey przestała cofać. Puścił je całkowicie
i wolno pogłaskał klacz po szyi. Odczekał kilka minut, zanim znów zebrał
wodze i wywarł niewielki nacisk na wędzidło. Klacz zawahała się kilka
sekund i kiedy już zaczynałem sądzić, że kilka pierwszych kroków cofania
było tylko szczęśliwym trafem, znów ruszyła do tyłu. Tym razem jej kroki
były nieco szybsze i jeszcze bardziej miękkie.
Po tym, jak cofnęła się o jakieś dwa, trzy metry, staruszek puścił wodze
i pogłaskał Lacey po szyi.
-?Chyba jednak nie przeszkadza jej cofanie -?powiedział. -?Popracuj z nią jeszcze trochę. Tylko nie ciągnij tak mocno i pamiętaj, że nie
cofasz jej od wędzidła. Ono jest tylko wskazówką. -?To powiedziawszy,
obrócił się i wyszedł z lonżownika, zostawiając mnie samego, żebym mógł
przemyśleć to, co się wydarzyło.
Obserwowałem, jak znika za rogiem stajni, a w uszach wciąż brzmiały mi
jego słowa. Co miał na myśli, mówiąc, że mam jej nie cofać od wędzidła?
To nie miało sensu. Oczywiście, że cofałem ją od wędzidła. Po to właśnie
ono było. Prawda?
Zrobiłem jeszcze kilka okrążeń wokół lonżownika na klaczy, ale nie
prosiłem jej więcej o cofanie. Zdanie staruszka nie dawało mi spokoju.
Nie wiedziałem, o co mu chodziło. To mnie sparaliżowało. Nie chciałem
nawet spróbować.
Po skończonej jeździe wypuściłem Lacey na pastwisko, poszedłem do stajni
i zacząłem przybijać deski w stanowisku tuż obok siodlarni. Od kilku dni
zajmowałem się wymienianiem spróchniałych desek i miałem nadzieję
skończyć tamtego dnia, o ile staruszek nie znajdzie mi jakiegoś innego
zajęcia w międzyczasie.
Wbiłem może ze dwa gwoździe, kiedy mężczyzna stanął w przejściu. Przez
kilka sekund nic nie mówił, jakby oceniał moją pracę, a potem sięgnął do
kieszeni po paczkę papierosów. Wbiłem jeszcze jeden czy dwa gwoździe,
zanim olśniło mnie, że może nie stoi tam po to, żeby podziwiać moje
umiejętności ciesielskie. Miałem wrażenie, że czekał, aż zadam mu
pytanie, które nie dawało mi spokoju: o nieużywanie wędzidła do
cofnięcia Lacey.
-?Jak ci idzie? -?zapytał, zapaliwszy papierosa.
-?Dobrze -?stwierdziłem, wbijając ostatni gwóźdź.
Spojrzałem na niego, odkładając młotek i sięgając po następną deskę, ale
nic nie powiedziałem. Męczyłem się z ułożeniem deski. Oczywiście,
dopiero wtedy zauważyłem, że nie mam pod ręką młotka i gwoździ. Gdybym
puścił deskę, żeby po nie sięgnąć, na pewno by spadła. Musiałem więc ją
odłożyć.
Nie chcąc wyjść przed staruszkiem na kompletnego idiotę, który zapomniał
narzędzi, przyjrzałem się dokładnie desce, jakbym chciał się upewnić, że
idealnie pasuje w wybrane przeze mnie miejsce. Odczekawszy dość czasu,
żeby wyglądało na to, że jestem zadowolony z dopasowania deski (która
została wcześniej przycięta, żeby była odpowiednia do tego miejsca),
zdjąłem ją i odłożyłem na ziemię. Udając, że cały czas miałem taki plan,
poszedłem po młotek i garść gwoździ. Włożyłem je między zęby, jak
prawdziwy cieśla, i zatknąłem sobie młotek za pasek. Następnie
umieściłem deskę na ścianie i zacząłem ją przybijać.
Staruszek nie ruszył się miejsca. Po prostu stał tam, jakby obserwowanie
wbijania gwoździ było najważniejszym, co miał do zrobienia tego dnia. Po
krótkim czasie skończyłem przybijać deskę. Było już jasne, że mężczyzna
nigdzie się nie wybiera, póki nie zadam mu dręczącego mnie pytania.
-?Lacey bardzo dobrze dziś pracowała -?wspomniałem, oceniając moje
wysiłki.
-?Tak to wyglądało -?odparł, wypuszczając z ust kłąb dymu. -?Jak cofała
po tym, jak wyszedłem?
-?Właściwie -?zacząłem -?to nie miałem już więcej okazji na niej cofać.
-?Nie?
-?Nie -?powiedziałem lekko zawstydzony. -?Nie wiedziałem, o co panu
chodziło, kiedy mówił pan, że mam jej nie cofać od wędzidła.
W końcu spojrzałem na staruszka. Miał lekki uśmiech na twarzy. Zaciągnął
się dymem, pokiwał wolno głową i gestem wskazał, żebym poszedł za nim do
siodlarni.
Odłożyłem młotek na stertę drewna i podążyłem za nim. Wpatrywał się w ogłowia wiszące na ścianie. Zdjął stare ogłowie ze zwykłym, łamanym
wędzidłem. Rozplątał poskręcane skórzane wodze i podał mi ogłowie z wędzidłem, a sam zostawił sobie wodze.
-?Weź wędzidło w rękę -?powiedział, wypuszczając kłęby dymu kącikami
ust, przez co lekko zmrużył oczy -?i przełóż sobie ogłowie przez ramię.
Położyłem ogłowie na całej ręce, zakładając nagłówek na bark i wziąłem
wędzidło w dłoń, zaciskając ją w pięść.
-?A teraz zamknij oczy i powiedz mi, kiedy poczujesz, że pociągam za
wodze.
Zamknąłem oczy i czekałem. Po kilku sekundach poczułem, że wędzidło się
rusza, ale nic nie powiedziałem, bo nie czułem, by za nie ciągnął.
-?Czujesz już coś? -?zapytał.
-?Nie. Tak. Tak jakby.
-?Czyli?
-?Chyba tak. Coś czuję.
-?Dobrze. -?Poczułem, że wędzidło wraca do pozycji wyjściowej. -?Tym
razem, jak tylko poczujesz jakiś nacisk wędzidła, rusz w jego stronę.
Rozumiesz?
Skinąłem głową i czekałem, aż wędzidło znów się poruszy. Poczułem bardzo
delikatne pociągnięcie, ledwo wyczuwalne, ale rzeczywiste. Jak tylko je
poczułem (chcąc oczywiście być dobrym uczniem), zrobiłem krok naprzód, w stronę nacisku.
-?Bardzo dobrze. -?Choć miałem zamknięte oczy, wiedziałem, że staruszek
się uśmiecha. -?Spróbujmy jeszcze raz.
Znów się rozluźniłem i czekałem, aż wędzidło się poruszy. Tym razem
poruszyło się nawet mniej niż poprzednio, ale znów chcąc być pilnym
uczniem, poszedłem w stronę nacisku, jak tylko go poczułem.
-?Dobrze -?stwierdził znowu. -?A teraz coś mi powiedz.
Otworzyłem oczy i spojrzałem na niego.
-?Czy ciągnąłem cię w moją stronę wędzidłem?
-?Ciągnął pan? -?Byłem lekko oszołomiony. -?Nie, proszę pana.
-?Miałeś ochotę się zapierać?
-?Nie.
-?Czy łatwo ci było zrobić to, o co cię poprosiłem?
-?Tak, proszę pana -?powiedziałem z nutą zaskoczenia w głosie. -?Bardzo
łatwo.
-?Powiem ci -?rzekł, zabierając ogłowie z mojego ramienia i wieszając je
na ścianie -?że mnie też było łatwo.
To powiedziawszy, zaciągnął się jeszcze raz dymem, podszedł do drzwi i zgniótł niedopałek palcami. Resztki tytoniu posypały się na ziemię z pozostałościami owijającej je bibuły. Wgniótł je w ziemię i wyszedł.
---
Następnego dnia przyprowadziłem Lacey z pastwiska, wyczyściłem ją,
założyłem jej siodło i ogłowie i zaprowadziłem na lonżownik na naszą
codzienną jazdę. Z tego, co pamiętam, obydwoje byliśmy w dobrym
nastroju; już po chwili siedziałem na koniu i rozpocząłem trening.
Ruszenie stępem, zakręt w prawo, zakręt w lewo, zatrzymanie,
kilkusekundowe stanie w miejscu i od początku. Po około pięciu minutach
stwierdziłem, że nadszedł czas, żeby poprosić ją o cofanie.
Klacz ładnie się zatrzymała i stała spokojnie, kiedy zacząłem zbierać
wodze. Bardzo się starałem mieć miękkie i spokojne dłonie, podobnie jak
staruszek, gdy cofał ją dzień wcześniej i gdy demonstrował mi to w stajni.
Z początku, choć użyłem bardzo lekkiego nacisku, nie czułem, żeby klacz
w jakikolwiek sposób zareagowała. Już miałem go zwiększyć, aż nagle
wpadłem na pewien pomysł. Gdy staruszek kazał mi mówić, kiedy zaczyna
stosować nacisk na wędzidło, które trzymałem w ręku, polecił mi zamknąć
oczy. Oczywiście nie mogłem być pewien, czy chodziło mu o to, żebym nie
podglądał, czy też chciał, żebym naprawdę to poczuł. W każdym razie
uznałem, że to był ważny, brakujący element układanki, więc zbierając
wodze, po prostu zamknąłem oczy.
I nagle zacząłem czuć poprzez wodze rzeczy, których nie doświadczałem
wcześniej. Poczułem lekki opór, ustąpienie, drgnięcie wędzidła,
schowanie głowy, lekkie ugięcie szyi w potylicy -?a to wszystko w ciągu
zaledwie kilku sekund. Oddałem na chwilę wodze, po czym znów je
zebrałem, aby poczuć poprzez nie kolejną szeroką gamę ruchów. Nagle,
kiedy byłem zajęty rozszyfrowywaniem różnych sygnałów przenoszonych
przez wodze, poczułem, że Lacey robi coś zupełnie innego. Przeniosła
ciężar ciała do tyłu! Nie był to duży ruch. Właściwie, gdybym go
wypatrywał, zapewne wcale bym go nie zauważył. Myślę jednak, że fakt,
iż miałem zamknięte oczy, zmusił mnie, abym go poczuł.
Natychmiast puściłem niewielki nacisk, jaki wywierałem na wodze,
otworzyłem oczy i pochyliłem się, żeby pogłaskać klacz po szyi.
Posiedziałem spokojnie kilka sekund, po czym spróbowałem ponownie.
Zamknąłem oczy, zebrałem lekko wodze, a gdy poczułem kontakt z pyskiem
konia, po prostu czekałem. Minęło jakieś sześć sekund, zanim znów
zacząłem odczuwać wiele różnych, lekkich reakcji. Po niecałych
dziesięciu sekundach klacz przeniosła ciężar ciała do tyłu, a ja od razu
puściłem wodze. Zrobiłem tak jeszcze trzy razy, gdy nagle, w odpowiedzi
na niemal niezauważalny nacisk na wędzidło, Lacey zrobiła kilka kroków
do tyłu!
Zszokowany, że klacz poszła do tyłu w odpowiedzi na tak lekki nacisk,
rzuciłem wodze. Podekscytowany rozglądałem się za staruszkiem w nadziei,
że widział, co właśnie zrobiliśmy, ale nigdzie go nie dostrzegłem.
Opanowałem emocje i wróciłem do pracy, działając w ten sam sposób. W niecałe pięć minut Lacey cofała pięć, dziesięć, piętnaście kroków naraz
od tak lekkiego nacisku, że wprost nie mogłem w to uwierzyć. A jednak!
Nieco później z wielkim przejęciem opowiadałem staruszkowi o tym, co
osiągnąłem z Lacey, ale jak zwykle nie wywołało to u niego zbyt wielkiej
reakcji. Siedział, słuchając cierpliwie, co mam do powiedzenia, kiwał
wolno głową od czasu do czasu, ale nie wydawał się być pod wrażeniem
tego, co mówiłem. Pamiętam, że zaczekał, aż skończę mówić, a następnie
zapalił papierosa. Wydmuchnął dym między zębami, rozsiadł się wygodnie w fotelu i spojrzał przez okno na pastwisko.
-?Zawsze, kiedy chcesz walczyć z końmi -?powiedział niskim, mocnym
głosem -?one będą walczyły z tobą. A jednak nawet podczas takiej walki
koń wciąż stara się zrozumieć, o co ci chodzi. Smutne jest to, że jesteś
tak zajęty walką, nie zauważasz jego starań. Wydaje mi się, że wreszcie
przestałeś walczyć.
W owym czasie to były dla mnie tylko słowa. Nie miały szczególnego
znaczenia. Być może dlatego, że byłem jeszcze młodym chłopcem, a może
wciąż myślałem o tym, co zaszło między mną i Lacey. W każdym razie
dopiero po latach zrozumiałem w pełni to, co powiedział mi tego dnia
staruszek.