Koniara - Carrie Seim

Kup ebooka

36.00 zł
30.26 zł (36,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

- Uwaga! Najazd na okser!

Głos Amary odbija się echem w krytej ujeżdżalni. Ona i Srebrny Promień - wspaniały kary długonogi wierzchowiec - w idealnie zgranym rytmie zbliżają się galopem do drewnianej przeszkody. Nawet ich lśniące końskie ogony podskakują dokładnie w tym samym momencie. Straszliwie mnie to irytuje, ale po chwili patrzę jak zahipnotyzowana. A potem znowu się irytuję, że dałam się tak zauroczyć. Ech.

Amara megauprzejmie ostrzega wszystkich uczniów szkółki jeździeckiej w Oakwood, żeby jej zeszli z drogi. Zjeżdżajcie albo was stratuję! Wszyscy wiemy, że Amara jest Królową #Koniar (a gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, to napis na jej T-shircie rozwiewa wszelkie wątpliwości), więc klikamy językami na nasze rumaki, które rozpierzchają się jak stajenne myszy.

A przynajmniej powinny.

Bo ja, niestety, dosiadam Clyde'a Lee, jednego z najstarszych, najogromniejszych i najbardziej zawziętych koni w Oakwood. Clyde to w połowie clydesdale, w połowie koń krwi angielskiej i czystej krwi uparciuch. Ani drgnie.

Jeździmy z Clyde'em w parze, bo jestem tak zwanym żółtodziobem a.k.a. nowicjuszką, a.k.a. "Bieda-#Koniarą". Clyde jest potężny - o kilka dłoni wyższy niż inne tutejsze konie. To krzepki gniadosz z białymi szczotkami na trzech pęcinach[1] i łysiną koloru kości słoniowej na pysku. Zupełnie jakby nosem i trzema kopytami wpakował się w słoik z lukrem waniliowym.

Tu akurat świetnie go rozumiem.

Jako potomek koni pociągowych Clyde jest, jak by to określiła moja babcia, "grubokościsty"[2]. Nie został wyhodowany do wykwintnego dresażu czy lekkich skoków przez przeszkody. Kopyta ma jak średnia pizza! Ale na ujeżdżalni stara się jak może. I nie pogardzi żadnym przysmakiem. Można powiedzieć, że nadajemy na tych samych falach.

Ja też nie jestem pewna, czy mam idealne warunki fizyczne do aktualnej sytuacji życiowej. Przy moim wzroście mogłabym mieć na imię Tyczka. I spójrzmy prawdzie w oczy: zabawa figurkami koni z kolekcji Breyera na miniaturowym parkurze, który mam w pokoju, czy chodzenie w bryczesach do szkoły mogły być rozczulające, kiedy byłam w czwartej klasie, ale w siódmej to już zdecydowanie graniczy z dziwactwem. (Na moje usprawiedliwienie: 1) to tylko takie ćwiczenie z wizualizacji! 2) bryczesy wynaleziono znacznie wcześniej niż na przykład spodnie do jogi. Styl sportowy może mieć różne wersje)[3].

Mało mnie obchodzi, że w szkole uważają mnie za zbzikowaną na punkcie koni. Ja myślę, że trzeba mieć bzika, żeby nie kochać tych stworzeń. To moja pasja i będę się tego trzymać.

Niestety Clyde należy do mnie tylko w te dni, kiedy mam lekcje jazdy. Mojej rodziny nie stać na kupno konia, w odróżnieniu od rodziców innych dziewczyn z Oakwood, bo one praktycznie urodziły się w stajni. Musimy więc z Clyde'em jak najlepiej wykorzystywać czas, który mamy dla siebie.

Clyde Lee to "tylko" koń szkółkowy, ale i tak jest największym szczęściem, jakie spotkało mnie w życiu. W dni, kiedy mam lekcje jazdy, pędzę ze szkoły do domu (galopem) i wbiegam po schodach do siebie tak szybko, jak na to pozwalają moje niezdarne nogi.

Do już wspomnianych bryczesów, które mam na sobie mniej więcej od siódmej rano, zwykle dobieram ulubiony T-shirt do jazdy - z napisem SIANO NA GŁOWIE. Zaplatam kędzierzawe włosy w dwa ciasne precelki, wciągam buty do jazdy i zakładam kask obity welurem. Tadam, gotowa!

Średnio na dwie godziny przed treningiem.

- Niezła przyłbica, Wills! - Ten żart wydaje się tacie tak samo zabawny za każdym razem, kiedy go powtarza. W ogóle cały strój i sprzęt do jazdy noszony przez #Koniary i ich wierzchowce nieodmiennie go śmieszą. Mnie za to śmieszą jego szerokie szorty z kieszeniami i tatusiowe adidasy.

Dodam, że właściwie mam na imię Willa, ale w całym wszechświecie występuję jako Wills, tak jakby wymówienie tej jednej dodatkowej sylaby było dla wszystkich nadludzkim wysiłkiem. (Taka Amara ma nawet imię kojarzące się z lotem. Powiedzcie głośno: Amaaaara. A teraz: Wills. Pac!)

Ale kiedy już jesteśmy razem w stajni, Clyde'a guzik obchodzi, jak mam na imię i ile razy delikatnie ściskam jego boki łydkami, prosząc go usilnie, żeby się wreszcie ruszył. Chce stać tam, gdzie stoi. Dokładnie w tym miejscu. Przez całą wieczność.

Jeszcze raz klikam na niego językiem.

Nic z tego. Pochylam się w siodle i ściągam prawą wodzę, w nadziei, że jeśli się trochę obróci, to w końcu zaskoczy.

- No, staruszku - szepczę, bo czuję na sobie naglący wzrok Amary. - Wiem, że potrzebujesz czasu dla siebie, ale czy to musi być teraz?

Najwyraźniej musi.

- Mam na wybiegu przysmaki - kuszę po cichu. - Marchewki! Jabłuszka! Wszystkie mogą być twoje!

- Uwaga! - Amara zakręca do drugiego podejścia i tym razem woła bardziej świdrującym głosem.

Przymierza się do skoku przez stojący na środku ujeżdżalni okser - przeszkodę złożoną z dwóch par stojaków, które można rozstawić na kilka sposobów, z zawieszonymi drągami w paski. Teraz pierwsza para jest nieco niższa od drugiej.

Dokładnie tam zaparkował Clyde. Ponieważ uczę się jeździć dopiero od paru miesięcy, ja i mój koń mamy surowy zakaz zbliżania się do oksera.

Powinniśmy pracować na zupełnie płaskich przeszkodach. Georgia, nasza instruktorka, układa na ziemi kilka drewnianych drągów, a Clyde i ja ćwiczymy chody, tempo i postawę, a jednocześnie oswajamy się z pojęciem skoku na sucho, bez skakania.

A kiedy prawdziwi skoczkowie podchodzą do skoków przez prawdziwe przeszkody, my musimy natychmiast schodzić im z drogi. Georgia wbija nam to do głów od pierwszego dnia. Żelazna zasada numer jeden, do zapamiętania raz na zawsze. W przeciwnym razie ktoś może ucierpieć.

Albo - co gorsza - rozzłościć Amarę. Która właśnie kolejny raz musi nas ominąć. (Uch!) Teraz nawet Srebrny Promień wpatruje się we mnie z rozdętymi chrapami.

I wtedy, jakby tego było mało, słyszę niski, donośny głos:

- Z życiem, Wills, z życiem!

Boziu, to mój tata.

Teraz wszyscy obecni w Oakwood - Georgia, inne trenujące dziewczyny, stajenni, garstka rodziców pstrykających zdjęcia telefonami, Amara, a nawet (słowo daję!) Srebrny Promień, zwracają oczy na mojego tatuńcia, który ochoczo "dopinguje" mnie zza ogrodzenia. OMG.

- Blokujesz ruch, mała!

O nie, Luis Valdez i Gray Dawson też już się gapią! (To jedyni chłopcy, którzy trenują w Oakwood. Są o klasę wyżej ode mnie i nie mają pojęcia o moim istnieniu, a ja staram się to odwzajemniać. Poza tym, jeśli na nich spojrzę, to od razu zaczerwienię się jak burak, z czym nie jest mi specjalnie do twarzy).

Pochylam się do ucha Clyde'a i próbuję ukryć rumieniec w jego czarnej grzywie.

- Clyde, wyznam ci pewien sekret - sapię. - Tylko ty jeden na całym świecie możesz mnie teraz uratować. Wszyscy się na nas gapią. Wiesz, co to jest "wyrzutek społeczny"?

Clyde nie reaguje, więc zakładam, że odpowiedź brzmi "nie". Mój koń za bardzo wczuł się w rolę nieruchomej rzeźby z lodu.

Amara jeszcze raz naprowadza konia na pozycję.

- Georgio? - szczebiocze słodko. - Wills chyba nie uważa.

Zaraz, to Amara wie, jak mi na imię? A, no tak. Tata je właśnie wykrzyczał na całą ujeżdżalnię.

- Wills, pamiętaj, czego się nauczyłaś - włącza się Georgia.

Nabieram powietrza i z całej siły próbuję się skupić.

- Kłus - rzucam komendę, mocno przyciskając łydki do boków Clyde'a i przenosząc ciężar ciała do przodu w ostatniej, desperackiej próbie ocalenia nas przed totalną kompromitacją.

Jakimś cudem Clyde rusza wreszcie kłusem. Może tym razem dałam mu bardziej stanowczą komendę, może się skusił na obiecane jabłko, a może po prostu boi się Amary tak samo jak ja. W każdym razie zjeżdżamy jej z drogi dosłownie w ostatniej sekundzie. Ufff!

Amara i Srebrny Promień galopują ku przeszkodzie - Amara w półsiadzie unosi się nieco w siodle. Zbiera wodze i pochyla się nad szyją swojego szlachetnego konia, który z gracją unosi nogi, i razem zaczynają szybować w powietrzu... majestatycznie... magicznie... bez wysiłku...

Wszyscy obecni patrzą jak urzeczeni. Wstrzymuję oddech. Cały świat zwalnia, a ja pochylam się i przesuwam w siodle, w wyobraźni szybując razem z nimi.

Tylko że ja się naprawdę poruszam. Wcale nie w wyobraźni.

- Aaaaaaa!

Clyde zrywa się do biegu za Srebrnym Promieniem.

Najwyraźniej wiedziony lękiem, że coś ważnego go ominie, mój koń postanawia porzucić nudne płaskie przeszkody i rusza z kopyta. Zbliżamy się do oksera, a ja chyboczę się w siodle i ledwo trzymam wodze, kiedy nagle stopa wysuwa mi się niezdarnie ze strzemienia.

Przechylam się i zjeżdżam na bok po skórzanym siodle. Hala przekrzywia mi się przed oczami, a Clyde galopuje dalej, stukając wielkimi jak pizza kopytami.

- Prrr! Stój! - krzyczę. Napinam mięśnie brzucha i próbuję złapać wodze, bo zwisam już prawie do góry nogami.

I kiedy Clyde już-już wyciąga szyję do gigantycznego skoku, który może się skończyć katastrofą, ni stąd, ni zowąd nareszcie mnie słucha.

Szszszuuuu!

Daje po hamulcach, zatrzymuje się i obraca w lewo.

Tymczasem moje ciało, przegapiwszy sygnał "stop", wciąż w pełnym pędzie odrywa się od siodła i - uuuiiiiiiiii! - przelatuje nad górną belką oksera.

A potem w piach. Pac!

.

.

.

Mój pierwszy skok!

Rozdział 2

Wrażenie, że lecę nad ziemią, nie opuszcza mnie nawet w domu. W mięśniach czuję ukłucia malutkich błyskawic. (Pewnie dlatego, że na całym ciele robią mi się siniaki, ale będę obstawać przy błyskawicach). Tata zdejmuje marynarkę i kieruje się do kuchni. Jest środa wieczór, co oznacza, że jemy śniadanie-na-kolację. Pycha!

- Uczta pankejkowa! - Tata wyjmuje z górnej szafki pudełko z gotową mieszanką i unosi łopatkę nad głową. - Zapraszam do żłobu! Full wypas!

Jeny, tylko niech to nie będzie jego nowy dyżurny suchar.

- Koń by się uśmiał. - Przewracam oczami i wieszam zakurzony kask w korytarzu, na jednym haczyku z bluzą mojej siostry z napisem M-Atletka. Nie moja wina, że Kay jest dumną posiadaczką zyliona szpanerskich bluz, a mamy tylko cztery wieszaki. Matematyka musiała się kiedyś na niej zemścić.

- Potrafisz efektownie zsiąść z konia! - Tata szczerzy zęby, triumfalnie unosząc drewnianą łyżkę do kompletu z łopatką. - Dziesięć na dziesięć!

- Nie znasz się na punktacji w skokach - kwituję[4].

Ale po całym dniu przygód jestem za bardzo wykończona, żeby naprawdę się wkurzyć. Poza tym nigdy nie wdaję się w spory, gdy stawką w grze są pankejki.

- Dobrze, że nic ci się nie stało, Wills. - Tata przybiera ton "mówię poważnie, młoda damo". - Musisz na siebie uważać.

- Przecież uważałam! - jęczę. - A kazania możesz prawić Clyde'owi Lee.

- Na ogół unikam prawienia kazań stworzeniom większym ode mnie, zwłaszcza gdy ważą około tony[5]. - Tata kładzie kawałek masła na rozgrzaną patelnię i przygląda mi się, mrużąc oczy. - Musisz się doprowadzić do porządku przed kolacją, mała. Chyba że dzisiaj celujesz w styl stajenny?

Kątem oka zerkam na swoje odbicie w oknie kuchennym. W warkoczach mam siano, a w aparat ortodontyczny powbijały mi się grudki ziemi i błota. Wygląda to tak, jakbym zamiast pasty użyła do mycia zębów czekolady (#celeżyciowe). Tym razem tata ma słuszność. Powinnam się oporządzić.

Ciągnę zmęczone nogi po schodach i ogarnia mnie dziwne uczucie. Coś jakbym... była szczęśliwa? Po raz pierwszy od nie wiem jak dawna.

Fakt, Clyde odmówił skoku. Fakt, wywinęłam salto i zaryłam twarzą w ziemię. I nie da się zaprzeczyć, że kiedy już elegancko się podniosłam, musiałam wypluć grudę błota. Przed wszystkimi na ujeżdżalni.

Amara pękała ze śmiechu. Co oczywiście oznacza, że pozostałe dziewczyny - czyli trojaczki Claremont, jej jasnowłosa świta - chichotały razem z nią. Tak samo jak Gray Dawson i kilkoro snobistycznych rodziców na trybunach. Dałabym głowę, że nawet z wybiegu dla koni słyszałam drwiące rżenie.

Nie śmiał się tylko Luis Valdez, nawet wyglądał na trochę zmartwionego. A może po prostu zbierało mu się na mdłości.

Instruktorka sprawdziła, czy nic mi się nie stało, a potem kazała mi natychmiast znowu wsiąść na Clyde'a Lee. To jej żelazna zasada numer dwa, do zapamiętania raz na zawsze. Więc wsiadłam. Na jakieś dwie minuty. Potem Georgia stwierdziła, że ciągle jestem zielona na twarzy i może już damy sobie spokój...

Tak czy owak całe to zdarzenie było absolutnie, w stu procentach upokarzające. ALE! Jak mówi Georgia, dopiero po pierwszym upadku stajesz się prawdziwą #Koniarą. Czyli misja zakończona. Teraz już oficjalnie jestem #Koniarą pełną (błota) gębą.

Niestety, jutro z samego rana mam równie oficjalny #sprawdzianzalgebry!

Opadam na łóżko i zdejmuję ogromniaste buty do jazdy konnej. Auć, tyłek mnie jeszcze boli po upadku. W sumie to wszystko mnie trochę boli. Udaje mi się wyjąć z plecaka zeszyt do matmy, ale mogę się tylko pogapić na okładkę. Wiem, warto by było go otworzyć... ale nagle robię się bardzo, bardzo, baaaardzo śpiąca. Dosłownie tylko na chwilkę opieram się o poduszkę...

 - Nawet nie próbuj na niczym siadać, dopóki nie wrzucisz ubrań do brudów! - pokrzykuje tata z dołu.

- Przecież wiem - odpowiadam gderliwie, ostrożnie przyjmując pozycję pionową.

- A buty zostały w garażu, mam nadzieję!

- Jasne, że tak! - krzyczę, delikatnie wpychając je nogą pod łóżko.

Wysuwam się z upapranych zaschniętym błotem bryczesów i koszulki, która kiedyś miała kolor jasnoczerwony, a teraz wygląda jak pochlapana płynną czekoladą. Obwąchuję ją, żeby sprawdzić, czy naprawdę nadaje się już do prania. Niestety tak, i to w jakimś silnym detergencie.

Porządnie szoruję się pod prysznicem i podejmuję wręcz speleologiczną próbę wyczyszczenia aparatu nicią dentystyczną, a potem owijam się jak w kokon w czyściutki, puchaty szlafrok. Aaach! Ostrożnie podnoszę śmierdzący strój do jazdy i spuszczam go przez zsyp do pralni, którą mamy na parterze.

- Eeeeeej!!!

Ten kaleczący uszy pisk wydaje moja siostra Kay. Ma szesnaście lat, jest superinteligentna i często "nadwrażliwa" (tata twierdzi, że tak się powinno mówić, zamiast "stuknięta" czy "niezrównoważona emocjonalnie"). Zwłaszcza kiedy ja jestem gdzieś w pobliżu.

- Właśnie zrzuciłaś mi na głowę te swoje obrzydliwe łachy z obory!

- To nie jest żadna obora, Kay! - Zatrzaskuję zsyp. Potem wpadam na dobrą ripostę i jeszcze raz go otwieram. - To klub jeździecki.

- Żywy inwentarz, smród i kupa łajna, co za różnica? - krzyczy Kay z dołu.

Zaglądam do zsypu i widzę Kay, jak składa swoje bluzy w stosik. Ma takie same ciemne kręcone włosy jak ja i też jest "wysoka jak tyczka", jak by to ujęła nasza babcia. Ale ona nie próbuje tego ciągle maskować, jak ja. Stoi (a także siedzi, śpi i składa ubrania) wyprostowana jak struna i nosi staromodne kocie okulary.

- Teraz mam pełno końskich kłaków we włosach - biadoli siostra. - Wills, dobrze wiesz, że mam alergię!

- Przepraszam. Myślałam, że jeszcze jesteś na zajęciach i trenujesz do turnieju z wiedzy ogólnej.

- Skończyliśmy wcześniej - mówi Kay i kicha ostentacyjnie dla lepszego efektu. - A ja nie chciałam się spóźnić na śniadanie-na-kolację.

Jedyna rzecz, co do której zgadzamy się z Kay, to właśnie śniadanie-na-kolację. Ona uwielbia geologię i geometrię, szkołę i zadania domowe, rozmaite ciekawostki i dedlajny, jak również występy chóru, mitologię skandynawską, liczby niewymierne, odmianę hiszpańskich czasowników i fraktale płatków śniegu.

Ja lubię konie.

Tata mówi, że Kay i ja nie możemy się ciągle kłócić, bo teraz wszyscy musimy trzymać się razem i grać do jednej bramki. Dla naszej rodziny jest to "rok pełen wyzwań", przynajmniej on uparcie tak to określa. Ja bym to raczej nazwała "beznadziejnym, fatalnym rokiem pod znakiem czarnej niesprawiedliwości".

Mama jest pilotką sił powietrznych i tego lata wysłano ją do bazy wojskowej na drugim końcu świata. Dokładnie 12090 kilometrów od Nebraski. Albo piętnaście godzin lotu. Albo osiem stref czasowych, cztery oceany i trzy kontynenty od nas.

Kiedy mama gdzieś stacjonuje, zazwyczaj wszyscy jedziemy razem z nią. Migrujemy jak dzikie gęsi. Ciekawostka: Dzikie konie też dużo wędrują z miejsca na miejsce. Ale to gęsiom przypada cała chwała! Wzdech.

W każdym razie najpierw, kiedy byłam całkiem mała, mieszkaliśmy w Niemczech, potem w Teksasie, potem w Kalifornii, a teraz w Nebrasce. Nebraska jest zupełnie inna niż Kalifornia - na autostradę mówi się tutaj "droga międzystanowa", wszędzie ciągną się pola kukurydzy i trzeba jechać trzy dni, żeby dotrzeć nad ocean. Wszyscy do siebie machają i witają się, nawet jeżeli wcale się nie znają. I w ogóle jest trochę dziwnie.

Tym razem rodzice postanowili, że kiedy mama będzie za granicą, my zostaniemy z tatą w Nebrasce, żeby Kay mogła spokojnie skończyć liceum w tym samym miejscu, gdzie je zaczęła. Oświadczyli nam, że ta decyzja nie podlega dyskusji. Co mnie wcale od dyskusji nie powstrzymało.

Mamy nie będzie z nami przez calutki rok. A jest dopiero wrzesień, więc wliczają się w to następne wakacje. Nie będzie mogła przyjeżdżać nawet na długie weekendy. Ani na większe święta, na przykład Halloween. Ani na moje urodziny. (Pytałam o to. Dwa razy).

Wiem, że to naprawdę super, że mama jest pilotką wojskową - wielkie osiągnięcie, zaszczyt i tak dalej. Rodzice mówią, że ten zawód wymaga poświęceń. Tylko dlaczego mama nie może się poświęcać gdzieś bliżej miejsca zamieszkania?

Chyba zdawali sobie sprawę, jaka byłam zdołowana, bo w tym roku wreszcie pozwolili mi zapisać się na lekcje jazdy konnej w Oakwood. Wcześniej byłam na kilku jazdach terenowych, ale dopiero teraz biorę pierwsze lekcje w prawdziwej szkółce jeździeckiej. Rodzice powiedzieli, że to będzie dla mnie dobra odskocznia, która oderwie mnie od zmartwień. I rzeczywiście - tam spotkałam Clyde'a Lee, moją najulubieńszą odskocznię na całym świecie.

Spoglądam na półkę nad łóżkiem, gdzie pasie się moje stadko koni z kolekcji Breyera. Zanim pojawił się Clyde, to właśnie te figurki dotrzymywały mi towarzystwa po przeprowadzce do nowego miasta. Dla niewprawnego oka (lub wkurzającej starszej siostry) mogą wyglądać jak zabawki, ale zapewniam, że wcale nimi nie są.

Modele firmy Breyer to pięknie wykonane, dokładne, wręcz doskonałe repliki najwspanialszych koni w historii. Kultowa kolekcja dla wszystkich #Koniar na świecie.

Mam najsłynniejsze konie wyścigowe, takie jak Man O'War i Secretariat, ale mój ulubiony to Dream Weaver. To przepiękny koń pełnej krwi angielskiej o jasnokasztanowatym umaszczeniu, z długimi nogami wyciągniętymi w pełnym galopie i złotą grzywą powiewającą na wietrze.

Podczas ostatniej przeprowadzki tata przypadkiem postawił pianino na pudełku Dream Weavera i odłamały mu się dwa kopyta. Przykleiłam je od razu na superglue, ale od tamtej pory musi stać oparty o Secretariata, bo inaczej się przewraca. Dokładnie tak, jak ja teraz, bo już mnie sen morzy...

- Kolaaaacja!!! - słyszę znajomy, melodyjny głos.

Na chwilę aż mnie zatyka z wrażenia. Mama! Może przyjechała, żeby mi zrobić niespodziankę? Tak jak na filmach w internecie?

- Wills, schodzisz czy mam zjeść twoje pankejki?

Ech... To przecież tylko Kay.

W gardle czuję smak wzbierających łez. Kay ma głos identyczny jak mama i kiedy mówi coś miłego, zawsze się mylę. Wiem, że Kay też bardzo tęskni za mamą, ale czy musi przez to być wiecznie taka "nadwrażliwa"? Pociągam nosem, zgarniam zadania domowe i szuram po schodach do kuchni.

Psssss. Zapach pankejków smażących się na patelni uderza mnie w nos i jest to trochę pocieszające. Tata podnosi na mnie wzrok, jednocześnie przerzucając kolejny gorący placek na stosik.

- Poznałaś w Oakwood jakieś nowe kumpele?

Najeżam się i przewracam oczami, zanim jeszcze tata zdąży skończyć zdanie.

- Po pierwsze, tato, nie mówi się kumpele - informuję. - A po drugie, szczerze wątpię, czy ktoś w Oakwood chce się ze mną kolegować, bo przecież jestem dla nich obcym dziwadłem, które właśnie spadło z konia i prawie się porzygało, kiedy nałykało się ziemi.

- Typowe - wyzłośliwia się Kay, a ja wymownie spoglądam w górę.

- A po trzecie, niepotrzebne mi żadne kumpele, bo mam Clyde'a.

- Jasne, jasne, jasne - mówi tata i znowu skupia się na patelni. - Cieszę się, że masz dobry kontakt z Clyde'em. Ale popracuj jeszcze nad kontaktami z gatunkiem Homo sapiens, Wills.

Wzdycham i opadam na krzesełko kuchenne obok Kay, której książka do geografii włazi na przestrzeń zarezerwowaną dla mnie. Ale jestem za bardzo wypluta, żeby to oprotestować. Pomijając skwierczenie pankejków, w kuchni jest jakoś dziwnie cicho.

Gdyby tu była mama, nuciłaby piosenki Dolly Parton, a ja i Kay spokojnie kończyłybyśmy odrabiać lekcje. Brakuje mi jej śpiewania. Brakuje mi tego, że nazywa mnie Willą, a nie Wills, jak wszyscy inni. Brakuje mi jej zapachu - piwonii i świeżego lakieru do paznokci. Chciałabym, żeby była blisko, żebym w każdej chwili mogła się do niej przytulić.

Dzisiaj w stajni mama powiedziałaby Amarze, żeby pilnowała własnego nosa. Powiedziałaby Kay, żeby przestała się na mnie wydzierać o ubranie, które jej spadło na głowę, bo to był przecież przypadek. A tacie, żeby przestał robić mi siarę przy każdej napotkanej osobie.

- Wcinajcie, moje panie! - zachęca tata, wytrącając mnie z zamyślenia.

Chowa telefon do kieszeni i podsuwa nam talerze z gorącym jedzeniem. Kay zatrzaskuje podręcznik, a ja ze skrzypnięciem przysuwam krzesło do stołu. Siostra starannie układa serwetkę na kolanach i wymownie przewraca oczami, kiedy pakuję do ust wielki kawał pankejka.

- Wills, przygotowałaś się do jutrzejszej klasówki z matmy? - upewnia się tata.

Jeny. Czy w tym domu można spokojnie zjeść śniadanie-na-kolację?

- Płłławie - odpowiadam, wrzucając chrupiący plasterek bekonu do ust pełnych maślanych placków. Przysuwam do siebie zeszyt i byle jak rozwiązuję ołówkiem równania, przewracając przy tym butelkę z syropem.

(Ups! Wychodzi mi, że x2 - 22x = syrop).

Kiedy próbuję zetrzeć plamę, z książki wypada na podłogę jakaś kartka wyrwana z notatnika. Wpełzam pod stół, żeby ją podnieść, ale to nie wygląda na zadanie z algebry... To nawet nie moje pismo. Pochylam się niżej. Liścik! Nabazgrany jaskrawym fioletowym tuszem...

Droga W.

Jeździsz już lepiej, niż myślałaś.

Zanim upadłaś, prawie leciałaś.

Gustują w Tobie wszystkie konie.

Więc nie poddawaj się, o nie!

Przyjaciel

O rany! To do mnie? Czy "W." to ja? Wskakuję z powrotem na krzesło i wsuwam wymiętą kartkę do podręcznika, zanim ktoś ją zauważy.

Chyba jednak nie do mnie - nie mam przyjaciół w Oakwood. Poza Clyde'em, ale on jeszcze nie opanował sztuki pisania. Georgia też nie mogła tego napisać, bo przez cały czas, kiedy byłam w stajni, prowadziła zajęcia na ujeżdżalni.

Nie mogę myśleć logicznie, a to dlatego, że Kay nieustannie przynudza o przygotowaniach do szkolnego turnieju.

- I wtedy Sophia dosłownie w ostatniej sekundzie nacisnęła brzęczyk, ale nie była pewna, czy chodzi o Inków, czy o Azteków. Więc postawiła na Majów! Ludzie z przeciwnej drużyny upierali się, że przekroczyła limit czasu, ale wtedy pani...

Biiip-biiip-biiip! Naszą uwagę przyciąga telefon dzwoniący w kieszeni taty - po dźwiękach poznaję, że to połączenie przez FaceTime.

Mama! Tym razem naprawdę!