Prolog - "Tajemniczy atak"
Była to ciepła noc w Kongo. Mark Smith polował właśnie na lamparty. Wydawały mu się one jednak dziwnie niespokojne. Wzbudziło to jego zainteresowanie.
- Dlaczego one tak się zachowują? Przecież to drapieżniki szczytowe. - pomyślał na głos.
Jego przewodnik, tubylec odpowiedział na to jakimś niezrozumiałym wyrazem.
- Co? Przecież nic takiego nie istnieje! - powiedział Smith.
- Według ciebie nie. Ale ja mieszkam tu od bardzo dawna i uwierz mi: znam faunę i florę tego miejsca niemal na pamięć. A teraz lepiej wracajmy zanim nas zjedzą!
- Ale co ma nas zjeść? Przecież nie te zmyślone zwierzęta!
- One nie są zmyślone. Kiedyś sam widziałem jednego z nich. Wyglądają jak skrzyżowanie jaszczurki z kangurem i kazuarem. Pożerają wszystko, co stanie im na drodze. Nawet hipopotam nie jest wśród nich bezpieczny. Nawet słoń zginie po krótkiej potyczce.
- Takie stworzenia nie istnieją. Być może to przewidzenia lub ewentualnie zauważyłeś zwykłego warana.
- Warany tak nie wyglądają. To, co widziałem miało piętnaście metrów długości i chodziło na dwóch łapach.
- To wygląda jak opis gatunku jakiegoś tyranozauryda bądź karcharodontozaura.
- Dinozaury nieptasie wymarły sześćdziesiąt pięć milionów lat temu. To, co widziałem żyje do teraz.
- Raczej brzmi to jak zwykła opowieść fantasy bądź science fiction, lecz jeśli ten stwór istnieje to go upoluję.
- Nie uda ci się. To potężny gad. Jeśli go zaatakujesz rozszarpie cię w pięć sekund.
- To nie jest możliwe. Mam dobrą broń.
- Może i dobrą, lecz łuski tego zwierzęcia z łatwością odbiją każdy pocisk, a jego zęby zmienią cię w zwykły posiłek.
- To niemożliwe. Żadne stwory na Ziemi nie są tak niebezpieczne.
- A więc wiesz już, dlaczego chciałbym, byśmy wracali. To najgroźniejszy zwierz na świecie.
Z lasu wyszły trzy olbrzymie, chodzące na dwóch tylnych łapach jaszczurki. Wyglądały jak powiększone wiele razy bazyliszki płatkogłowe, jednak ich zęby przypominały te, które posiadają kajmany okularowe. Przednie łapy miały bardzo małe, a tylne gigantyczne i silnie umięśnione. Ich kolor był ciemnozielony z jasnoniebieskimi paskami i plamami.
- Tyrannosaurus rex. Jednak przetrwały do dziś... - powiedział Mark Smith i uniósł strzelbę.
- Nie strzelaj! Uciekaj! Są zbyt niebezpieczne! Uciekaj! - krzyknął przewodnik.
Oboje rzucili się do ucieczki. Mark miał wrażenie, iż tyranozaury przestały go gonić, a zainteresowały się czymś bądź kimś innym. Odwrócił głowę i spostrzegł, iż miał rację. Jeden z jaszczurów trzymał za nogę przewodnika, który dopiero teraz zaczął krzyczeć, a drugi gryzł mu rękę. Myśliwy podniósł broń po raz drugi i wystrzelił w trzeciego osobnika, który jako jedyny dalej zainteresowany był Smithem. Pocisk odbił się od łusek teropoda.
- Musisz strzelać w miejsca, gdzie dinozaur nie ma tego pancerza! - pomyślał myśliwy.
Gad był już blisko niego i otworzył paszczę, prosto w którą wycelował Smith. Rozległ się huk i jaszczur leżał martwy na ziemi. Mark podszedł do niego i urwał mu łuskę jako trofeum a następnie pośpiesznie uciekł, jeszcze zanim dwa pozostałe osobniki T.rexa skończyły konsumować przewodnika. Smith miał zamiar opowiedzieć wszystko światu i stać się sławny. Nim nastał świt wyruszył więc do najbliższego lotniska.
- Co upolowałeś? - zapytał go jeden z kolegów, który zauważył go w samolocie.
- Wielkiego gada.
- Warana?
- Nie. Coś większego.
- Na pewno nie dinozaura.
- Właśnie dinozaura.
- Ale... One wymarły sześćdziesiąt milionów lat temu czy tam coś koło tego.
- Nie do końca. Niektóre nadal żyją.
- Chyba przeczytałeś zbyt dużo "Zaginionego Świata".
- Otóż nie.
- Czy są dowody na to, iż mówisz prawdę?
- Zapytaj mojego przewodnika.
- Ale go tu nie ma.
- No właśnie... No właśnie...
Rozdział 2 - "Polowanie na antylopy i dom na drzewie"
Płynąc, kompania nagle odkryła, że skończył się prowiant. Najwidoczniej albo było go bardzo mało i wszystko zjedli poprzedniego dnia, albo wypadł z torby, a oni tego nie zauważyli. W każdym razie nie mieli żadnego posiłku i musieli znaleźć coś, co mogłoby go zastąpić.
- Mam pomysł! - powiedział Robert. - Możemy upolować zwierzęta za pomocą włóczni, które stworzyliśmy.
- To bardzo dobry pomysł, lecz mało które zwierze można upolować tymi patykami. - odpowiedział Michael.
- Na tych terenach pospolicie występują antylopy bongo. - rzekł James. - Dość łatwo upolować jednego osobnika, trzeba jednak uważać, ponieważ to zwierzęta stadne i ich większa ilość potrafi stratować człowieka na śmierć.
Bohaterowie przypłynęli więc do brzegu i ukryli się w krzakach, a następnie czekali, aż będzie tędy przechodziło stado antylop. Przez pierwsze pięćdziesiąt minut nie zauważyli niczego prócz jednego osobnika słonia leśnego, który i tak był zbyt silny i trzech ludzi nie potrafiłoby go uśmiercić. Później pierwsze antylopy zaczęły przychodzić w kierunku rzeki, by napić się wody. Za nimi szły dwa olbrzymie samice lwa, które także zamierzały zjeść rogatych roślinożerców. Nagle jedna z lwic przystąpiła do ataku i rzuciła się na największą antylopę. Walka trwała dość długo, lecz była nierówna i drapieżnik szybko zabił swoją ofiarę. Stado roślinożernych ssaków szybko jednak zorientowało się o zagrożeniu i utworzyło krąg, w środku którego były osobniki młode, a na zewnątrz - najsilniejsze i potrafiące obronić się przed każdym napastnikiem. Lwice niepewnie chodziły wokół nich, nie wiedząc, czy atakować. Wreszcie jedna z nich rzuciła się do ataku i poszarpała zębami oraz pazurami ciało kolejnej antylopy, jednak została stratowana przez resztę stada. Druga, jedyna pozostała przy życiu lwica także postanowiła zaatakować i raniła dwie inne ofiary, zanim wreszcie została przebita na wylot rogami trzeciej i pozostawiona konająca. Następnie antylopy bongo napiły się wody z rzeki i poszły w kierunku dżungli.
- No cóż, mamy teraz bardzo dużo posiłku. Jedna antylopa jest już martwa, a trzy pozostałe prawie się wykrwawiły. - powiedział James. - Najprawdopodobniej mięso zepsuje się, nim zdążymy je skonsumować. A teraz powinniśmy rozpalić ogień. Nie będziemy przecież jeść tych zwierząt na surowo.
Wszyscy zaczęli zbierać suche patyki i ułożyli je w jednym miejscu. Następnie znaleźli dwa kamienie i potarli nimi o siebie, co wytworzyło iskry. Gdy patyki zaczęły się palić, wrzucono do nich pokrojone ostrymi kamieniami kawałki mięsa antylop. Następnie bohaterowie poczekali kilka minut i zalali ognisko wodą kończąc tym samym przygotowywanie posiłku.
- Obiad przygotowany! - rzekł Michael.