Wstęp
O historii Mariusza Majewskiego po raz pierwszy usłyszałem w taki sam
sposób, jak większość Polaków - z mediów. Dwudziestego ósmego maja 2024
roku, gdy wracał już do Polski z więzienia w Demokratycznej Republice
Konga, portale internetowe zalane zostały sensacyjnymi nagłówkami: Miał
spędzić resztę życia w kongijskim więzieniu, Powrót do kraju był
cudem czy Szef MSZ rozmawiał z Polakiem uwolnionym po niesłusznym
skazaniu w Kongu. Zwiodły mnie elektryzujące hasła i rzuciłem się na te
artykuły. I przeżyłem rozczarowanie. Nie dowiedziałem się z nich niemal
niczego poza suchymi faktami: Mariusz Majewski jest podróżnikiem,
podczas wyprawy po Demokratycznej Republice Konga niesłusznie uznano go
za szpiega, osadzono w więzieniu, skazano na dożywocie, ale po nieco
ponad stu dniach od zatrzymania wypuszczono i przetransportowano do
Polski. Gdzieniegdzie znajdowałem też krótki opis głównego bohatera tej
historii. Majewski to pierwszy Polak, który przed ukończeniem
czterdziestego roku życia postawił stopę we wszystkich stu
dziewięćdziesięciu trzech krajach członkowskich ONZ. Podróżuje tak dużo,
że Ziemię okrążyłby już osiemdziesiąt trzy razy, a dziewięć razy
doleciałby na Księżyc. Ma na swoim koncie niemal dwa tysiące lotów
samolotem, w którym spędził łącznie sześć i pół miesiąca. W rankingu
Most Traveled People, dokumentującym osiągnięcia podróżników z całego
świata, zajmuje dziesiąte miejsce pod względem liczby odwiedzonych
terytoriów na całym globie. Obraz ten uzupełniały pojedyncze zdania
samego Majewskiego o tym, że przeżył "koszmar", "piekło" i "cieszy się z powrotu do domu".
Na czym w zasadzie polegało to piekło? Co przeżył w więzieniu? W jaki
sposób machina afrykańskiego państwa zrobiła z niego szpiega? W mojej
głowie rodziło się mnóstwo tego typu pytań, na które nie znajdowałem
odpowiedzi. A podświadomie czułem, że w tym, co spotkało mężczyznę, jest
głębia, duża historia czająca się pod hasłami obfitującymi w mroczne
epitety.
Nie potrafiłem zrozumieć, jakim cudem nikt po tę historię nie sięga,
dlaczego dziennikarze jej szczegółowo nie opisują, poprzestając na
pojedynczych zdaniach - w gruncie rzeczy pustych i równie dobrze
pasujących do wielu innych koszmarnych zdarzeń, jak pożar w bloku
mieszkalnym czy karambol na autostradzie. W końcu uznałem, że nie ma
sensu się nad tym zastanawiać, tylko samemu zaproponować Majewskiemu
solidne wyciągnięcie na wierzch jego doświadczeń z serca Afryki - z kraju, w którego głąb zapuścił się Marlow1 z Jądra ciemności
Josepha Conrada.
Zdobyłem do niego kontakt, zadzwoniłem, przedstawiłem swoją propozycję
szerokiego opisania jego przeżyć i... zrozumiałem, dlaczego nigdzie ich
nie znalazłem. "Mogę panu udzielić krótkiego komentarza, ale nie jestem
jeszcze w stanie długo o tym mówić. Jest za wcześnie" - usłyszałem.
Dotarło do mnie, że to samo słyszeli inni dziennikarze czy pisarze,
którzy do niego dzwonili w tej sprawie. "Muszę być cierpliwy, wrócę ze
swoją propozycją za kilka miesięcy" - powiedziałem sobie. Nie robiłem
sobie zbyt wielkich nadziei, niemniej późną jesienią skontaktowałem się
z Majewskim raz jeszcze. I wtedy, po trwającym pół dnia namyśle,
usłyszałem: "Z chęcią".
Umówiliśmy termin spotkania, a ja zacząłem się zastanawiać, jak ono
powinno przebiegać. Przede wszystkim szybko pojąłem, że spotkań będzie
musiało być więcej niż jedno, bo chcemy przecież przegadać trzy i pół
miesiąca życia. Postanowiłem jednak, że w trakcie naszej pierwszej
rozmowy musimy omówić całą wyprawę - od przylotu Mariusza do DRK2
aż do jego powrotu do Polski. Bez szczegółów, rzecz jasna, niuansów,
wymagających namysłu, czasu czy kierowania próśb do innych osób -
zaangażowanych w uwolnienie Mariusza - o potwierdzenie lub przypomnienie
pewnych faktów. Tym wszystkim chciałem się zająć później, a za pierwszym
razem zależało mi jedynie na wysłuchaniu całej historii, bez zadawania
niezliczonych pytań, z okazjonalnym kierowaniem rozmowy na właściwe tory
i dopytywaniem o kluczowe informacje. Najważniejsze było pozwolić mu
mówić. Ten zamysł pojawił się w mojej głowie przede wszystkim dlatego,
że na początku chciałem mieć pełen obraz całej historii, by wiedzieć, za
co tak naprawdę się biorę.
Nie spodziewałem się, że dzięki temu nasze pierwsze spotkanie będzie aż
tak wyjątkowe. Mój rozmówca wykorzystał je bowiem jako szansę na
zmierzenie się z najtrudniejszymi chwilami swojego życia. Przez to, że z tej rozmowy zdjęliśmy ramy wywiadu czy innej dziennikarskiej roboty,
kipiało w niej od emocji, była naturalna, szczera. Ale i niezwykle
trudna. I to dla obu stron.
Nasze pierwsze spotkanie uznałem za na tyle ważne, że przytoczyłem je w tej książce i uczyniłem z niego ramę, w której umieściłem historię
Mariusza Majewskiego w DRK. Rzecz jasna jego wypowiedzi uzupełniłem o szczegóły z wielu kolejnych spotkań i ogromnej liczby późniejszych
rozmów telefonicznych. Jednak emocjonalny ton opowieści, rodząca się
relacja między nami, pojawiająca się serdeczność, ale także i napięcie
są wierne tylko mojej pierwszej wizycie u Mariusza w domu.
Podczas pracy nad książką nieopisana okazała się pomoc partnerki
Mariusza, Marioli, która przez znaczną część jego pobytu w więzieniu
była z nim w kontakcie telefonicznym. Dzięki niej mogliśmy chociażby
ustalić chronologię wydarzeń. Z tą bowiem Mariusz miał często duży
problem. Jego pamięć okazała się szalenie dokładna, jeśli chodzi o opisy
miejsc, ludzi, ich słowa, wszystko to, co widział i robił, jednak
mieszała mu się kolejność niektórych zdarzeń. W związku z tym w książce
często pojawia się sformułowanie "kilka dni później" - może i niezbyt
dokładne, ale dzięki niemu zostawialiśmy sobie margines błędu,
wskazując, że równie dobrze mogło to się wydarzyć dwa, trzy, a może i pięć dni później.
Szalenie ważną osobą, dzięki której mogliśmy dokładnie odwzorować linię
zdarzeń dotyczących zabiegów dyplomatycznych i procesu sądowego, jest
Jakub Głowaczewski - negocjator działający w imieniu polskiego rządu,
który został wysłany do Kinszasy3, by na miejscu rozmawiać z kongijskimi władzami i starać się o uwolnienie Mariusza. Jego relacje
stanowiły dla nas punkt odniesienia przy wyjaśnianiu motywów oraz
sposobu myślenia śledczych i rządzących w DRK.
W tym miejscu chciałbym wspomnieć, że zanim dotarłem do Jakuba
Głowaczewskiego, poznałem wiele wersji wyjaśniających to, dlaczego
Mariusza przetrzymywano i dzięki czemu lub komu w końcu został
wypuszczony na wolność. Przeraziłem się, bo uznałem, że nie znajdę
obiektywnego wytłumaczenia tej kwestii, które mógłbym z czystym
sumieniem przedstawić. W końcu jednak udało mi się dotrzeć bezpośrednio
do negocjatora, który miał dla mnie jasne odpowiedzi. Jego wersja jest
zupełnie inna niż chociażby cioci Mariusza, Renaty, bardzo zaangażowanej
w jego uwolnienie. Twierdzi ona, że skontaktowała się z wpływową osobą w Afryce, a ta uzgodniła z naczelnikiem więzienia w Kinszasie wypuszczenie
jej siostrzeńca.
Postanowiłem jednak zaufać Jakubowi. Przede wszystkim dlatego, że
działał on na rzecz uwolnienia Mariusza w oficjalny sposób, w imieniu
polskiego rządu. Jest zawodowcem, wcześniej już wielokrotnie pomagał
Polakom więzionym na całym świecie. Poza tym był w stałym kontakcie
zarówno z Ministerstwem Spraw Zagranicznych w Polsce, które nadzorowało
sprawę Mariusza, jak i z kongijskimi śledczymi, z którymi rozmawiał,
będąc na miejscu w Kinszasie.
W książce jego imię i nazwisko są niezmienione. Zmieniono natomiast dane
niemal wszystkich pozostałych osób, które Mariusz Majewski spotkał na
swojej drodze w Demokratycznej Republice Konga, czyli przede wszystkim
więźniów. Sprawa naszego rodaka była w tym kraju niezwykle głośna,
zajmowali się nią przedstawiciele najwyższych władz w Kinszasie. Nie
chcieliśmy, by po publikacji książki osoby, które go wspierały i na co
dzień żyją w autorytarnym państwie, stały się obiektem szykan jego
służb. Na wszelki też wypadek - mimo anonimizacji - części ich zachowań,
które szczególnie mogłyby się nie spodobać władzy, nie opisaliśmy.
Jarosław Kocemba
Rozdział I
Jadę przez zatłoczone ulice Warszawy w ścianie wody. Nie widzę dalej niż
na kilkadziesiąt metrów, chociaż jest środek dnia. Deszcz wali w karoserię mojego samochodu z taką siłą, że mam wrażenie, jakbym był na
placu budowy, ledwo dobiega do mnie stłumiona muzyka z radia. Długo
utrzymywała się złota polska jesień, lecz kilka dni temu została
brutalnie przegnana. Stało się zimno, chmury zasłoniły słońce, wieje
porywisty wiatr, a dzisiaj jeszcze dodatkowo przyszła ulewa. "Klap-klap,
klap-klap, klap-klap" - zużyte wycieraczki, które obiecywałem sobie
wymienić już jakieś kilkanaście razy, ledwo dają radę i zamiast zgarniać
wodę, rozpryskują ją po szybie. Zastanawiam się, czy będę mógł
zaparkować tuż przed domem Mariusza Majewskiego, czy czeka mnie spacer,
po którym zaprezentuję się przed nim kompletnie przemoczony. Zależy mi,
by zrobić dobre pierwsze wrażenie na kimś, kogo będę musiał mieć odwagę
pytać o życie w piekle.
Docieram na warszawskie Włochy. Przede mną dwa rzędy ciągnących się
domków jednorodzinnych i rozdzielająca je jezdnia, po której toczę się
powolutku, wypatrując odpowiedniego adresu. Uf, jest miejsce przed samym
domem! Parkuję, ale nie wysiadam od razu. Najpierw telefonuję. "Panie
Mariuszu, ja już jestem. Dzwonić domofonem?" - pytam, uprzedzając swoje
przyjście, by jak najkrócej stać na deszczu. "Furtka jest otwarta,
proszę wejść do środka" - słyszę.
Furtkę pokrywa bujny bluszcz, muszę się pochylić, by nie zahaczyć o niego głową i wejść na teren posesji. Robię to możliwie sprawnie, potem
jeszcze kilka długich, szybkich kroków i już stoję przed sporym
piętrowym domem jednorodzinnym z lekko spiczastym dachem. Jestem tylko
trochę mokry, mogło być dużo gorzej. Drzwi. Otwieram.
- Pogoda jest tak straszna, a mimo to pan jest punktualny, nic tylko
pogratulować. - Mariusz Majewski uśmiecha się do mnie od ucha do ucha.
- Jarosław Kocemba, dzień dobry - przedstawiam się i podajemy sobie
ręce. - To fart panie Mariuszu, jakoś udało mi się przejechać, ale cała
Warszawa stoi, jeden wielki korek - opowiadam.
"Ależ paskudna jest dzisiaj pogoda", "Ta Warszawa jest wciąż
zakorkowana", "Dobrze, że tutaj jest dużo miejsca do zaparkowania" -
wymieniamy się tego typu bezpiecznymi spostrzeżeniami. Gdy w korytarzu
zdejmuję buty i kurtkę, przypatruję się mojemu rozmówcy. Ma około stu
osiemdziesięciu centymetrów wzrostu, jest szczupły, łysy, ma niebieskie
oczy i kilka tatuaży na rękach. Wiem, że ma pięćdziesiąt trzy lata, ale
wygląda na o dziesięć mniej. Jest niezwykle uprzejmy i od razu skraca
dystans. Wymieniliśmy raptem kilka zdań, a ja już mam wrażenie, jakbyśmy
dobrze się znali. Proponuje mówić sobie po imieniu. Dużo się uśmiecha,
co mnie zaskakuje, bo nie tak w mojej wyobraźni wyglądał ktoś, kto
przeżył męczarnie kongijskiego więzienia. Z drugiej strony, czego ja
się spodziewałem... Że przywita mnie zapłakany? - myślę.
- Dziękuję, że zgodziłeś się porozmawiać - mówię, sugerując przejście do
tego, po co się spotkaliśmy.
- Myślę, że już dojrzałem do opowiedzenia komuś tej historii. A poza tym
może dobrze mi to zrobi - Mariusz odpowiada mi zaskakująco poważnie.
Wpatruje się we mnie chwilę, mam wrażenie, jakby teraz to on analizował
mnie. W końcu klepie się dłońmi w uda i wskazuje ręką na kanapę w salonie. - Zapraszam, zapraszam, tam będzie nam wygodnie.
Siadamy naprzeciwko siebie. Rozglądam się wokół. To duży i ładny, ale
zwyczajny salon, nie ma w nim afrykańskich masek, azteckich figur czy
map porozwieszanych na ścianach, niczego, co podpowiadała mi wyobraźnia,
gdy myślałem o wnętrzu domu podróżnika. Kremowe ściany gdzieniegdzie
urozmaicone obrazami - głównie sztuką nowoczesną i impresjonistycznymi
pejzażami. Jedna ze ścian jest niemal cała przeszklona, znajdują się na
niej drzwi wychodzące na taras. Poza tym są regały zawalone książkami,
telewizor i znajdująca się na środku niebieska kanapa w kształcie litery
C, na której usiedliśmy.
- Nikomu tej historii jeszcze nie opowiedziałeś? - dopytuję, wyciągając
poduszkę zza swoich pleców.
- W kilku zdaniach paru dziennikarzom. No i byłem w Dzień Dobry TVN -
chichocze. - Ale nie licząc mojego psychologa, nikt tak naprawdę nie
wie, co tam przeżyłem.
- Mogę się tylko domyślać, że musiało to być piekło - mówię cicho.
Znów się we mnie wpatruje, po czym parska śmiechem.
- Tak samo powiedziałem Kongijczykowi w celi, gdy wspomniał, że sporo
wycierpiał ze strony Rwandyjczyków.
- I co ci odpowiedział?
- Że nie mogę sobie tego wyobrazić - szczerze się do mnie uśmiecha.
Nie czuję się urażony. Wiem, że ma rację.
- Marioli i dzieciaków nie ma. Możemy więc rozmawiać zupełnie swobodnie
- dodaje.
- Marioli? Twojej żony, rozumiem?
- Nie, nie mamy ślubu, ale już od wielu lat jesteśmy razem.
- Da się łączyć życie podróżnika z życiem rodzinnym? - pytam, by chwilę
jeszcze bezpiecznie porozmawiać o czymś innym niż wyprawa do
Demokratycznej Republiki Konga.
- To cholernie trudna sprawa - znów parska śmiechem. - Powiem ci tak:
niemal wszyscy podróżnicy, których znam, są samotni. Zresztą moje
małżeństwo kiedyś przez tę pasję też się rozpadło - mówi Mariusz,
któremu wyraźnie ulżyło, że jeszcze nie przechodzę do sedna naszego
spotkania.
- Przeszkadzało jej, że ciągle nie było cię w domu?
- Na początku nie, ale wtedy jeszcze podróżowaliśmy razem. I to jak!
Kilka razy okrążyliśmy ziemię, włóczyliśmy się po całej Azji, Chinach,
Indiach. Nawet pojawienie się naszych dzieci przez jakiś czas niczego
nie zmieniło. W 2012 roku pojechaliśmy z nimi do Korei Północnej. Wtedy
mi się wydawało, że jesteśmy tacy sami i zawsze będziemy razem żyć w ten
sposób. Cóż, myliłem się. Magda w końcu zaczęła spędzać więcej czasu z dziećmi w Polsce. Ale ja nie miałem dość. Postawiłem sobie za cel zostać
pierwszym Polakiem przed czterdziestką, który postawi stopę we
wszystkich krajach świata. Myślałem, że wtedy poczuję się spełniony,
zwolnię i częściej będę w domu. Cel udało mi się zrealizować, ale nie
poczułem się nasycony. Odkryłem kluby podróżnicze, klasyfikujące
dokonania podróżników nie pod względem liczby odwiedzonych państw, lecz
tak zwanych terytoriów. Kluby samodzielnie ustalają ich listę, dzieląc
każdy kraj na kilka, a nawet kilkanaście terytoriów. W ten sposób liczba
wyznaczonych lokacji do zdobycia w niektórych klubach sięga kilku
tysięcy. Rozumiesz, co to dla mnie oznaczało? Tysiące nowych celów.
Wierz mi, wpadłem w obsesję. Wracając samolotem z jednej podróży,
obmyślałem już plan następnej. W Polsce bywałem coraz rzadziej, a jak
już byłem, to myślami raczej nieobecny. Magda sygnalizowała mi, że jest
zmęczona moją ciągłą nieobecnością, wiecznymi powrotami i wyjazdami,
samotnym zajmowaniem się dziećmi. Nie słuchałem. W końcu, gdy wróciłem z wyprawy po północnej Rosji, zastałem pusty dom. Po pięciu latach
małżeństwa moja żona wniosła pozew o rozwód. Nie miałem pretensji i próbowałem ją zrozumieć, bo przecież drogi ludzi czasami po prostu się
rozchodzą. Nie spodziewałem się jednak tego, co miało się wydarzyć.
Najpierw zostałem pozbawiony normalnego kontaktu z dziećmi, potem w sądzie pojawił się wniosek o ograniczenie mojej władzy rodzicielskiej.
To był cios. Musiałem udowodnić, że mam prawo być ojcem.
- Udało ci się to?
- Tak. Regularnie się z nimi spotykam, ale to była długa walka. Nasz
rozwód trwał jedenaście lat. Dzieci zdążyły dorosnąć.
Mariusz widzi zdumienie na mojej twarzy. Po chwili milczenia macha ręką
i dodaje:
- To jest temat na inną rozmowę...
- Racja. Ale czy po tym, jak wniosła pozew o rozwód, opamiętałeś się i zacząłeś rzadziej podróżować?
- Daj spokój, wręcz przeciwnie. Wpadłem w najintensywniejszy wir
podróżowania w moim życiu. Kolejne kraje, terytoria, lotniska. Bez
przerwy w samolocie, coraz szybciej, coraz więcej. W ten sposób, niemal
nie wracając do domu, podróżowałem po świecie przez ponad rok. Zresztą,
czy mogę powiedzieć, że miałem wtedy dom? Jasne, miałem mieszkanie w Warszawie, ale nie było w nim życia, więc traktowałem je raczej jako
hotel. Pewnie funkcjonowałbym tak jeszcze dłużej, gdyby nie kończące mi
się pieniądze. Znam takich ludzi, milionerów uzależnionych od
podróżowania, którzy latami nie wracają do czegoś, co kiedyś nazywali
domem. Mnie nie brakowało zdrowia, ale pieniędzy już tak. Musiałem się
trochę uspokoić, wciąż podróżowałem bardzo dużo, ale zacząłem regularnie
wracać do Polski. Chciałem wtedy wejść w nowy związek. Spotykałem się z różnymi kobietami. Miałem u nich powodzenie, bo moje opowieści z całego
świata wydawały im się ekscytujące. Jednak gdy poznawały to życie od
środka, opuszczały mnie. Nie miałem do nich o to żalu, powoli godziłem
się z tym, że nie jest mi dane posiadanie rodziny, a nawet stworzenie
trwałego związku - opowiada Mariusz, gdy podchodzi do mnie duży golden
retriever i najpierw prosi o głaskanie, a w końcu mości się obok mnie na
kanapie.
- Ale jednak masz rodzinę - mówię.
- Tak, w 2014 roku poznałem Mariolę. Zakochałem się. Wiesz, jak to jest,
ludzie często przesadzają, opowiadając o miłości, bo chcą tworzyć swoje
własne filmy romantyczne, ale w naszym przypadku to naprawdę była miłość
od pierwszego wejrzenia. Od razu wiedziałem, że Mariola jest osobą, z którą chcę spędzić resztę życia. Chociaż zaakceptowała moją pasję,
wiedziałem, że nasz związek nie przetrwa, jeśli będę zachowywał się tak,
jak do tej pory. Byłem gotów się zmienić i zrobiłem to. Zacząłem
wyjeżdżać znacznie rzadziej, a odkąd na świat przyszli nasi dwaj
synowie, jeszcze więcej czasu spędzam w Polsce. Oczywiście, wciąż
podróżuję w sposób, który dla większości ludzi wydaje się szalony.
Zwykle między powrotem a kolejnym wyjazdem jestem w domu nie dłużej niż
dwa tygodnie, czasami krócej. Niemniej i tak znacznie się pod tym
względem ograniczyłem. Wpadłem jednak w niebezpieczną pułapkę, z której
na początku nie zdawałem sobie sprawy - mówi, po czym wydaje mi się, że
gubi wątek. - Tak naprawdę wiedziałem o niej od początku, ale
oszukiwałem się, że jej nie dostrzegam - dodaje w końcu, po czym wstaje
na chwilę i zabiera z tarasu zostawione tam jakieś drobne narzędzia.
Usłyszeliśmy w oddali grzmoty. Wzmógł się wiatr, rozpętała się burza.
- Co to za pułapka? - dopytuję, gdy z powrotem siada naprzeciwko mnie.
- Jak wspominałem, zanim poznałem Mariolę, postawiłem stopę we
wszystkich krajach świata. Z tym, że w tych najmniej bezpiecznych byłem
tylko przez chwilę, czasem tylko na lotnisku albo przejazdem. Dokładniej
eksplorowałem kraje, w których ryzyko, że coś mi się stanie, było
nieduże. Wraz z upływem lat kończyły mi się jednak bezpieczne miejsca na
świecie, których nie widziałem. Żeby poznawać nowe, musiałem zapuszczać
się w coraz to mroczniejsze zakamarki globu. Częstotliwość moich
wyjazdów więc spadała, ale rosło ich ryzyko. Z roku na rok coraz
bardziej. Ostatnią moją podróżą przed Demokratyczną Republiką Konga była
wyprawa po Nigerii, owładniętej atakami terrorystów z Boko
Haram4. A wcześniej eksplorowałem pogrążony w biedzie stan Bahia
w Brazylii, gdzie dochodzi do rekordowej na tle kraju liczby zabójstw.
Nie o wszystkim Marioli mówiłem. Czasami dopiero po powrocie albo już
będąc na miejscu, zdradzałem, dokąd poleciałem. Często też nie
wspominałem o wydawanych przez instytucje rządowe komunikatach
przestrzegających przed podróżą. Poza tym...
- Czy tak było też w przypadku Demokratycznej Republiki Konga? -
przerywam mu, bo czuję, że podświadomie wciąż odkłada temat naszego
spotkania.
Patrzy na mnie nieco zakłopotany.
- Tak, tak też było w przypadku DRK - odpowiada spokojnie, ale widzę, że
maskuje przejęcie. - Powiedziałem, że wybieram się tam, ale nie mówiłem
o ostrzeżeniach polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych przed
podróżowaniem tam, chociaż o nich wiedziałem - mówi ciszej, po czym
nagle znów głośniej: - Ale zrozum, te ostrzeżenia często są wydawane na
wyrost. Wielokrotnie orientowałem się po przybyciu do kraju określanego
jako niebezpieczny, że taki nie jest. Liczyłem, że w przypadku DRK
będzie podobnie - podkreśla, jakby się przede mną tłumaczył. - Zresztą
nie chciałem dolewać oliwy do ognia, bo Mariola i tak była na mnie zła
za tę podróż. Już Nigeria kosztowała ją wiele stresu, a myśl, że znów ma
przeżywać to samo, po prostu ją załamywała. Niezależnie od komunikatów
MSZ wiedziała, że Kongo to kraj targany wojną z Rwandą. A tłumaczenie,
że byłem już w krajach ogarniętych wojną i potrafiłem tam o siebie
zadbać, i tak by jej nie uspokoiło. Ostatnie dni przed moim wylotem były
między nami trudne. Oddaliliśmy się od siebie i mało ze sobą
rozmawialiśmy. Zwykle, gdy wychodzę z domu, zaczynając podróż, czule się
żegnamy, a tym razem wyszedłem niemal bez słowa, jakbym szedł po zakupy
do sklepu. "Pa" - na tyle było mnie stać. Myślałem jednak: Za dwa
tygodnie będę z powrotem, na spokojnie wtedy porozmawiamy. - Mariusz
przerywa, łapie się za głowę, nie widzę jego twarzy. Ten sam człowiek,
który przed chwilą żartował, wydaje się przytłoczony jakimś
niewidzialnym ciężarem. Chcę przerwać tę ciszę i coś powiedzieć, ale
mnie uprzedza. - Później, ledwo żywy w więzieniu, codziennie żałowałem
takiego pożegnania - mówi cicho, podnosząc wzrok z podłogi i patrząc na
mnie.
Rozdział II
Burza rozpętała się na dobre. Dochodzące do nas z daleka grzmoty co
jakiś czas przerywają naszą rozmowę.
- Prognozy nie pokazywały aż tak złej pogody - mówię.
Mariusz nic nie odpowiada, delikatnie kiwa głową. Wsłuchujemy się w deszcz walący o parapet. Gdy rozmowa nieuchronnie zbliża się do pytań o początek wyprawy, jego zachowanie się zmienia. Już się nie uśmiecha,
wygląda na zdenerwowanego, jak ktoś, kto zaraz ma skoczyć z wysoka do
lodowatej wody.
- Swoją drogą da się dolecieć z Polski do DRK bezpośrednio? - rzucam
pytanie niby od niechcenia, by rozładować atmosferę.
- Nie. Ja najpierw poleciałem z Warszawy do Brukseli, stamtąd do
etiopskiej stolicy Addis Abeby. Tam znów przesiadłem się na lot do
Entebbe5 w Ugandzie i dopiero później miałem bezpośredni
samolot do Kinszasy - wylicza automatycznie.
- Może przejdźmy już do wydarzeń w DRK - staram się zabrzmieć
zwyczajnie, chociaż słyszę swój zmieniony, nienaturalny głos.
Cisza. Długa cisza. Nalewam sobie wody, by czymś się zająć, bo czuję się
niezręcznie.
- Rzeczywiście prognozy nie były aż tak złe. - Mariusz przemawia w końcu, nawiązując do moich poprzednich słów. - W Demokratycznej
Republice Konga nie tylko prognozy są mylące, ale też to, co pokazuje
termometr - dodaje.
Nic nie mówię, tylko potakuję.
- Temperatury odczuwalne są tam zupełnie inne od tych na
termometrach6. Często są wyższe nawet o dziesięć stopni
Celsjusza. Jest potwornie duszno i parno. Powietrze wydaje się gęste,
ciężkie i tak bardzo lepkie, że masz wrażenie, jakby żar oblepiał każdą
część twojego ciała. Czujesz się jak w łaźni parowej. Pot pojawia się na
tobie momentalnie i nie odparowuje, pojawiają się problemy z oddychaniem, a przejście nawet kilkuset metrów, gdy nie ma cienia, to
spory wysiłek - tłumaczy, a ja mam wrażenie, że znów próbuje odejść od
wydarzeń w DRK, w związku z czym jestem bliski zapytania, czy na pewno
chce opowiedzieć mi swoją historię. Ale on znowu mnie uprzedza.
- Tak też było, gdy piętnastego lutego 2024 roku przybyłem do Konga -
mówi głośno, dobitnie, dając mi znać, że chce tę historię zacząć. -
Dlatego te trzydzieści parę stopni Celsjusza, które wtedy były, nie
miały nic wspólnego z tym, co możesz znać chociażby z Hiszpanii czy
Włoch. Po wyjściu z samolotu w Kinszasie uderzenie tego specyficznego,
dusznego i kleistego żaru było dla mnie wręcz szokujące. Jakby słońce
nagle spadło z nieba, zatrzymało się tuż obok mojego policzka, a później
rozpłynęło się po całym ciele. Oczywiście byłem wcześniej w innych
podobnych afrykańskich krajach, ale jeśli urodziłeś się i wychowałeś w Europie Środkowej, to nie jesteś w stanie się do tego specyficznego
skwaru przyzwyczaić. Myśli natychmiast zaczynają krążyć wokół wody.
Pierwsze, co zrobiłem po odprawie paszportowej, to jeszcze na lotnisku
kupiłem jej zapas. Woda. Wierz mi, zupełnie inaczej smakuje w takim
żarze. Kilka godzin po wylądowaniu miałem lot do
Lubumbashi7. Musiałem wyjść na zewnątrz i przedostać się do
innego terminala. Miałem do przejścia nie więcej niż kilkaset metrów,
ale to wystarczyło, by przypomnieć sobie, jak niezwykłym gościem jestem
w Afryce, czyli białym.
Od razu na początku podbiegł do mnie podekscytowany chłopak, który
zaczął szarpać mnie za rękę i wskazał na taksówkę, krzycząc mi wprost do
ucha: "Taxi, taxi, come with me!"8. Za chwilę było przy mnie
kilku kolejnych chłopców, a potem też dorośli mężczyźni i kobiety. W połowie drogi byłem już okrążony przez chmarę ludzi. Wszyscy się
przepychali, by dostać się jak najbliżej mnie i wykrzyczeć mi prawie w twarz propozycje podwózki, noclegu czy wymiany waluty. Każdemu na
początku próbowałem odmówić osobiście,
ale to nic nie dawało, nikt nie odpuszczał. Ostatnie metry pokonywałem,
przeciskając się między wrzeszczącymi na mnie ludźmi. Po wejściu do
budynku większość została na zewnątrz. Kilku jednak weszło za mną i wciąż mnie nagabywało. Ostatecznie schowałem się przed nimi w lotniskowej restauracji, z której byli już przeganiani przez ochronę.
Oczywiście nie wszędzie w DRK jest się zaczepianym aż tak intensywnie.
Biały jest co prawda regularnie zatrzymywany przez ludzi proszących go o pieniądze albo oferujących najróżniejsze rzeczy do kupienia, ale nie
ciągnie się za nim ludzka chmara. Zapewne przed lotniskiem byli ci,
którzy z wyczekiwania na pojawienie się białych i z wyciągania od nich
pieniędzy uczynili swój sposób na zarobek. Do czarnych, którzy
przemieszczali się między terminalami, nie podbiegał bowiem nikt. To w Afryce się nie zmienia od wielu lat. Biały wciąż tam jest utożsamiany z luksusem i bogactwem.
Przeczekałem kilka godzin w restauracji i wsiadłem do samolotu. Po
wylądowaniu, z zarzuconym na ramię plecakiem i z wodą w ręku, od razu
ruszyłem do miasta. Lubumbashi należy do najważniejszych w kraju
ośrodków przemysłu wydobywczego minerałów, przez to jest siedzibą wielu
firm z tego sektora. Dzięki temu centrum miasta ma przyzwoitą
infrastrukturę, jest zadbane i dobrze skomunikowane. Prezentuje się o niebo lepiej od Kinszasy. Przynajmniej tak to wygląda w centrum, dalej
już jest gorzej, ale tam się nie zapuszczałem.
Trochę połaziłem, a potem postanowiłem pójść do jakiejś knajpy, by
poznać ludzi, pogadać, poczuć klimat miasta. Usiadłem w restauracji
średniej klasy z punktu widzenia europejskiego, co w DRK oznacza, że
było to miejsce przeznaczone tylko dla najbogatszych. Zjadłem obiad, a później przysiadłem się przy barze do młodej, szykownie ubranej i atrakcyjnej kobiety i towarzyszącego jej eleganckiego mężczyzny w średnim wieku. Dziewczyna mówiła świetnie po angielsku, co w Kongu,
gdzie językiem urzędowym jest francuski, zdarza się nieczęsto.
Opowiedziała mi, że jest modelką i regularnie lata na sesje do Europy i Stanów Zjednoczonych. Sprawiała wrażenie niezwykle pewnej siebie, ale
jednocześnie uprzejmej. Widać było, że jest doskonale obyta w towarzystwie. Jej partner był zupełnie inny. Miałem wrażenie, że
koniecznie chce mi uzmysłowić, jak bardzo jest bogaty. "Rolex, you
see?"9 - mówił, wymachując mi paskudnym zegarkiem przed twarzą.
Dziewczyna wyglądała na zmieszaną jego zachowaniem, ale on się tym nie
przejmował. Skupił się na przechwałkach, opowiadał, że ma willę w DRK i drugą w Kenii; w Paryżu wcale nie było dla niego drogo i na Avenue
Montaigne kupił sobie garnitur. Chwalił się samochodem, którego marki
nie pamiętam, sylwestrem w Monako, wakacjami w Dubaju i mnóstwem innych
rzeczy podkreślających jego status bogacza. Mówił o tym wszystkim, ale
nie wspominał, w jaki sposób zarabia na tak wystawne życie. Wydało mi
się to dziwne i bałem się, że zareaguje nerwowo, gdy go o to zapytam,
ale on się uśmiechnął, puścił mi delikatnie oczko i po francusku rzucił:
"Diamants"10. Zdawało mi się, jakby nie miał problemu z odpowiedzią, ale nic więcej w tej sprawie nie powiedział, a że o wszystkich innych mógł gadać bez końca, uznałem, że lepiej będzie nie
ciągnąć go za język.
Teraz oczywiście wiem, jak głupio zrobiłem, wchodząc do miejsca, gdzie
nie mogłem poznać zwykłych Kongijczyków. Ci ludzie nie mieli nic
wspólnego z realnym życiem w tym kraju.
- To chyba nie do końca tak - przerywam Mariuszowi. - Paradoksalnie
miałeś okazję zetknąć się z ważną częścią rzeczywistości dzisiejszej
Demokratycznej Republiki Konga.
- Rzeczywistość tego kraju to nie są ludzie, którzy jadają w restauracjach, bo ci to raczej margines marginesów.
- Jasne, rozumiem. Chodzi mi po prostu o to, że ten facet był
najprawdopodobniej handlarzem diamentów. A handel nimi, jak i również
innymi minerałami, to ważna część gospodarki tego kraju. Bogactwa, które
ma pod ziemią, są zresztą dla niego zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem, bo sprowadzają na Kongo ciągłe konflikty, a nawet
wojny11. Mów jednak, co było dalej.
- Wyszedłem z knajpy i poszedłem do hotelu się przespać. Rano miałem już
lot powrotny do Kinszasy. Ale niebezpośredni. Samolot po drodze lądował
w miastach: Goma, Kalemie, Kisangani. To może wydawać ci się
zaskakujące, ale w DRK krajowe połączenie lotnicze z kilkoma
międzylądowaniami to standard, ponieważ sprawna podróż między miastami
drogą lądową to przeprawa przez mękę. Niemal nie
ma asfaltowych dróg, brakuje połączeń kolejowych czy autobusowych, więc
niewielka grupa uprzywilejowanych osób, którą na to stać, przemieszcza
się między miastami, wsiadając do samolotów.
Ja na tym skorzystałem, bo zależało mi na postawieniu stopy na nowych
terytoriach, uznawanych w jednym z klubów podróżniczych. W żadnym z miast, w których miałem międzylądowanie, nie wyszedłem nawet z lotniska,
ale do odhaczenia wizyty nie było mi to potrzebne.
Po powrocie do Kinszasy od razu zadzwoniłem do Marioli. To była
serdeczna rozmowa, mimo że w Polsce rozstawaliśmy się w napiętej
atmosferze. Opowiedziała mi, jak minął jej dzień, co robią dzieci i jakie ma plany na jutro. Ja niemal tylko słuchałem, na koniec poprosiłem
jedynie, by pozdrowiła dzieci, i obiecałem, że następnego dnia się
odezwę. Źle się stało, bo nie powiedziałem jej, gdzie obecnie jestem.
Dla większości osób będących w podróży to podstawowa informacja, którą
warto przekazać. Dla mnie jednak podróż trwa nieustannie, nawet w obrębie jednego wyjazdu. Zmiana miejsca z dnia na dzień stała się czymś
naturalnym, na tyle oczywistym, że nie widziałem potrzeby o niej mówić.
Teraz wiem, jaki byłem głupi - stwierdza Mariusz i po krótkiej pauzie
dodaje: - Przez to, że nie powiedziałem wtedy, gdzie jestem i dokąd
jadę, Mariola miała później problemy podczas poszukiwań.
- Dojdziemy do tego. Czy po powrocie do Kinszasy zwiedziłeś miasto?
- Nie, Kinszasa miała być tylko moją bazą wypadową. Tam miałem hotel i stamtąd planowałem wyruszać do różnych
miejsc w kraju. Po powrocie z Lubumbashi nie zdążyłem się w nim jednak
zakwaterować, ponieważ jak najszybciej chciałem wyruszyć samochodem do
prowincji Kwango, której granica jest oddalona od stolicy o sto
sześćdziesiąt kilometrów.
- Co cię tam interesowało?
- Nic konkretnego, podobnie zresztą jak w całej Demokratycznej Republice
Konga. Turystycznie nie jest to ciekawy kraj.
Przez chwilę mam wrażenie, że się przesłyszałem.
- Mówisz, że nie jest to ciekawy kraj, a mimo to ryzykowałeś swoim
zdrowiem i życiem, jadąc do niego?
- Dla mnie był ciekawy, bo go wcześniej nie eksplorowałem. Byłem tam
kiedyś tylko raz, ale przejazdem.
- No dobrze, ale w takim razie po co aż tak ryzykować, skoro nie ma w nim nic do zobaczenia?
Mariusz lekko się uśmiecha.
- Pomyśl o himalaistach, ryzykujących swoim życiem podczas wspinaczki na
tak ekstremalnie trudną górę, jak Nanga Parbat12. Gdy docierają
na szczyt, widoczność często jest zerowa. Nie są jednak rozczarowani, bo
nie weszli na ośmiotysięcznik dla widoków, tylko po to, by postawić
stopę na szczycie. To jest dla nich cel sam w sobie. Ze mną jest tak
samo. Pcham się często do niebezpiecznych miejsc albo tam, gdzie nie ma
nic ciekawego do zobaczenia, ale samo postawienie stopy w nowej
przestrzeni jest moją nagrodą.
Czasem żałuję, że nie urodziłem się kilkaset lat temu, gdy mapy były
pokryte białymi plamami. Wtedy docierałbym do nowych krain jako
pierwszy. Teraz pozostało mi jedynie bić różnego rodzaju rekordy
podróżnicze. Dają mi satysfakcję, ale to nie to samo... Zostawmy to jednak
i wróćmy do Konga.
Po telefonie do Marioli poszedłem na lotnisko, gdzie była jedyna
wypożyczalnia samochodów w mieście, jaką udało mi się znaleźć wcześniej
w internecie. Obsługujący ją miły starszy pan nie dowierzał, gdy
powiedziałem, że chcę po prostu "podróżować". "T'es s?r?"13 -
zapytał, jakby sądząc, że się przejęzyczyłem i użyłem złego słowa. Cóż
mi pozostało? Nie tłumaczyłem się, nie przekonywałem go, zadeklarowałem
tylko, że do końca dnia zwrócę samochód.
Rozdział III
W Afryce zazwyczaj nie ma możliwości wypożyczenia samochodu bez
kierowcy. Tym razem też tak było. Moim kierowcą okazał się młody,
dwudziestoletni chłopak. Był cichy i nieśmiały, podchodził do mnie z dużym respektem, co przyznaję, wykorzystywałem. Zapytał mnie o cel
podróży, ale machnąłem ręką, pokazałem na telefon z włączoną nawigacją i powiedziałem, że będę mu mówić, jak jechać. Nie chciałem wspominać o Kwango, gdzie jak obiło mi się o uszy, trzeba uważać, bo może być
niebezpiecznie. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, co tam się dokładnie
dzieje. Dopiero później usłyszałem o toczących się w tej prowincji
walkach rebeliantów z siłami rządowymi14, ale mimo to wolałem
unikać podawania konkretnego celu podróży. A on nie protestował.
Na początku jechaliśmy asfaltową, ale później już tylko gliniastą,
niezwykle wąską drogą. Gdyby z naprzeciwka zbliżał się inny samochód,
któryś musiałby z niej zjechać, by zrobić drugiemu miejsce. Nie było
jednak takiej potrzeby, bo poza nami nikt tą drogą się nie poruszał.
Mijaliśmy za to płaskie oraz wysuszone pola nieuprawne, rzadkie zarośla
i drzewa. Co jakiś czas przejeżdżaliśmy też koło chat zbudowanych z gliny i słomy; wokół niektórych kręcili się ludzie. Byli bosi,
wychudzeni, z zapadniętymi oczami i ostrymi, wyraźnie zarysowanymi
rysami twarzy. Wielu z nich wydawało mi się starych, ale doświadczenie z podróży w Afryce nauczyło mnie, że to głód postarza człowieka. Mogłem
więc nie patrzeć na starców, lecz na ludzi młodszych ode mnie.
Mój kierowca niemal się nie odzywał, co jakiś czas tylko pytał, jak
daleko jeszcze, a ja zgodnie z prawdą mówiłem, ile zostało kilometrów.
Może ci się wydawać zaskakujące, że nie domyślił się, dokąd jedziemy,
ale prości Kongijczycy kompletnie nie znają swojego kraju, bo nie
wyjeżdżają ze swoich wiosek i miast, jeśli nie wynika to z konieczności.
Często całe ich życie kręci się w tym samym miejscu, dopóki nie zmuszają
ich do ucieczki wojny lub grasujący bojówkarze.
Gdy byliśmy już blisko granicy z prowincją Kwango, na chwilę przysnąłem.
Obudziło mnie szturchanie, chłopak wydawał się przestraszony.
"Soldats"15 - mruknął pod nosem. Rzeczywiście, mniej więcej
dwieście metrów przed nami zauważyłem szlaban przecinający nam drogę, a po prawej stronie mały parterowy budynek. Przy nim rozstawiony na ziemi
karabin maszynowy i ośmiu-dziesięciu żołnierzy siedzących przy wojskowym
pikapie. Jeden z nich, wysoki i szczupły, spokojnym krokiem wyszedł na
środek drogi i podniósł wysoko rękę, dając nam znać, że mamy się przy
nich zatrzymać. Byłem spokojny, w Afryce wielokrotnie nadziewałem się na
tego typu punkty kontrolne.
Jeszcze pewniej się poczułem, gdy przybliżyliśmy się do żołnierzy i zobaczyłem, że są rozluźnieni. Co prawda, czułem na sobie ich intensywny
wzrok, ale nie dziwiło mnie to. Musiało im się to wydać niedorzeczne, że
gdy na kompletnie pustej drodze w końcu napatoczył się samochód,
siedział w nim biały. Ten, który wcześniej wyszedł na drogę, zapytał,
dokąd jedziemy. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że do Kwango. To go
zaskoczyło, ale nie skomentował, tylko spytał: "Kim jesteście?".
Popatrzył na mojego kierowcę, dając mu znać, że ma mówić. Chłopakowi
drżał głos, ale odparł, że jest kierowcą, a ja turystą. Żołnierz nie
zareagował na te słowa, tylko zajrzał do naszej kabiny i w końcu
stwierdził, że nie możemy jechać dalej, bo grasują tam "bandes
armées"16. "Pokażcie dokumenty" - dodał. Zrezygnowany podałem mu
swój paszport. Przyszło mi do głowy, że chce od nas wymusić łapówkę,
więc zerknąłem na niego badawczo. Nie takiego widoku się spodziewałem.
Stał bez ruchu i z rozdziawionymi oczami wpatrywał się w mój otwarty
paszport. Był jak zahipnotyzowany, pamiętam, jakie niedowierzanie
malowało się na jego twarzy. Trwało to dłuższą chwilę, jakby zastanawiał
się, co teraz powinien zrobić, aż w końcu raptownie zatrzasnął dokument.
"Wysiadać, natychmiast!" - krzyknął, a pozostali żołnierze, którzy
jeszcze przed chwilą żartowali między sobą, teraz poderwali się na równe
nogi i nas okrążyli.
Kazali nam stanąć z tyłu naszego samochodu, a ten, który sprawdzał
dokumenty, poszedł do stojącego kilkanaście metrów dalej małego budynku,
skąd zatelefonował, co widziałem przez okno. Tłumaczył coś komuś
żywiołowo, co rusz na mnie zerkając. Po kilku minutach wrócił do nas i rzucił tylko, że mamy czekać. Był niespokojny, chodził z miejsca na
miejsce, siadał, żeby zaraz znowu wstać. Kilka razy podszedł do niego
któryś z żołnierzy i brał go na stronę, jakby chciał zapytać, co się
dzieje. Gdy żołnierze wracali z krótkiej wymiany zdań, ich twarze się
zmieniały, wcześniejsza obojętność przeobrażała się w złość. Mój
kierowca był przerażony. Próbował się tłumaczyć, ale niewiele z tego, co
mówił, rozumiałem, ponieważ moja znajomość francuskiego ogranicza się do
najprostszych zwrotów i słów. Zresztą wtedy to było dla mnie nieważne.
Ja się nie bałem. Co najwyżej byłem wściekły, sądziłem, że spotyka mnie
to, co w Afryce widziałem już wielokrotnie, czyli totalny chaos
organizacyjny. Żołnierz nie wie, co ma zrobić, gdy ktoś mu się w końcu
na ten cholerny punkt kontrolny napatoczy, dzwoni więc po wyższego
rangą, a ja jak idiota tracę swój czas, by usłyszeć za parę godzin, że
mam odjechać - myślałem. Dziwiła mnie tylko reakcja na mój paszport.
Staliśmy tak co najmniej godzinę na pełnym słońcu, otoczeni przez
żołnierzy, aż w końcu podjechał do nas samochód, z którego wysiadł
zupełnie inaczej wyglądający wojskowy. Ci na posterunku nie byli nawet w pełni umundurowani, mieli na sobie buty sportowe, zwyczajne podkoszulki,
byli przepoceni, ubrudzeni od piachu i pyłu. Na ich tle nowo przybyły
wyglądał, jakby przyjechał wprost z parady wojskowej: miał czyściutki i idealnie dopasowany oficerski mundur, postawiony kołnierzyk,
wypastowane, lśniące buty i świecący zegarek. Podszedł do mnie spokojnym
krokiem i patrząc mi w oczy, zapytał: "Polonais?"17. Kiwnąłem
głową. Uśmiechnął się szyderczo i spokojnie pokazał palcem jednemu z żołnierzy na mój plecak, ten mu go podał, a on wysypał całą zawartość na
ziemię. Ukucnął i każdą z rzeczy, które wypadły, po kolei podnosił,
obracał w dłoniach i badał. Był szaleńczo drobiazgowy. Wyciągał z opakowania każdą z chusteczek higienicznych, po czym ją rozkładał i dokładnie oglądał. Gumy do żucia w drażetkach wysypywał sobie na rękę i każdą obwąchiwał.
Najbardziej interesowały go moje dokumenty. Miałem w plecaku notarialnie
poświadczone tłumaczenie na język angielski prawa jazdy.
- Co to jest? - zapytał głośno po angielsku, nie podnosząc wzroku znad
dokumentu.
- Nic takiego, prawo jazdy - odparłem zaskoczony.
- Kłamie pan. A to? - podsunął mi pod twarz list od firmy energetycznej,
który przez przypadek zabrałem ze sobą z Warszawy.
Miałem tego dosyć.
- Jestem podróżnikiem i legalnie wjechałem do waszego kraju. O co ci
chodzi?! Daj mi spokój, albo będziesz miał problemy! - wykrzyczałem to
na jednym tchu, uwalniając z siebie nagromadzoną złość.
Znów szyderczo się uśmiechnął i kręcąc głową, spokojnie odpowiedział:
- Nie, to ty będziesz miał problemy.
Widzę, że ostatnie wypowiedziane słowa zbiły Mariusza nieco z tropu,
chociaż stara się po sobie tego nie pokazywać.
- No nic, ostatecznie powiedział mi przynajmniej prawdę... - Mariusz
wyrywa się z zadumy i spogląda na mnie. - Później byłem tak często
okłamywany, że teraz nie mam wyjścia i muszę z perspektywy czasu to
docenić - rozkłada ironicznie ręce, a ja nie wiem, co odpowiedzieć, więc
mamroczę coś strasznie głupiego, w stylu: "No, nie wiem".
- Zaczynało się już ściemniać, gdy oddał mi plecak i kazał pozbierać z ziemi swoje rzeczy - kontynuuje Mariusz. - Brakowało wśród nich dwóch
dokumentów, o które mnie pytał, a poza tym kartki, na której miałem
zapisane numery telefonów do kilku osób, w tym do Marioli, paszportu,
telefonu, powerbanku. Nie oddali mi też butelek z wodą, co było
podyktowane tylko okrucieństwem.
Jeden z szeregowych żołnierzy, najwyższy i najpotężniejszy z nich
wszystkich, zaprowadził mnie do samochodu eleganckiego oficera i razem
ze mną usiadł na jego tyle. Oficer w tym czasie rozmawiał z moim
kierowcą. Odpuścił mu. Widziałem, z jak niewysłowioną ulgą na twarzy
chłopak odjeżdżał w stronę Kinszasy. Mnie, chociaż nic nie zrobiłem, nie
zamierzał odpuścić. Usiadł bez słowa za kierownicą samochodu i ruszyliśmy w kierunku prowincji Kwango.
Jechaliśmy bardzo krótko, może z piętnaście minut, po czym zatrzymaliśmy
się przy niewielkiej bazie wojskowej. Składała się z kilku niedużych
parterowych budynków, w których jak sądzę, mogli spać żołnierze.
Znajdował się tam jeden nieco większy, mogący pomieścić niewielką
szkolną jadalnię, i jeszcze jeden, największy, o nieco lepszym
standardzie. Elegancik udał się do tego ostatniego od razu po
zaparkowaniu.
Mnie natomiast wielki żołnierz złapał za ramię i zaciągnął na
dziedziniec jednostki, gdzie grupka żołnierzy siedziała przy ognisku.
Przyciągnąłem ich uwagę, widziałem, jak pokazują sobie mnie palcami, gdy
się do nich zbliżyliśmy. We dwójkę usiedliśmy na ławce kilka metrów za
nimi. Znali się z pilnującym mnie wielkoludem, przywitali się z nim,
zaczęli ze sobą rozmawiać. Miałem wrażenie, że mówią o mnie, ale ciężko
było mi ich zrozumieć. Przekrzykiwali się, mówili szybko, a poza tym nie
używali nawet czystego francuskiego, tylko jego mieszanki z rdzennym
językiem lingala18, tak zwanym frankolingali, który powszechnie
używany jest przez gorzej wykształconą część mieszkańców Kinszasy i okolic. Niemniej, byłem w stanie wyłapywać pojedyncze słowa, a wśród
nich: "Polonais".
Widziałem też, jak na mnie patrzyli. Na początku, gdy usiadłem, raczej z ciekawością, ale po rozmowie z pilnującym mnie żołnierzem co rusz
wysyłali mi groźne spojrzenia. Pewnie wymyślił jakieś bzdury na mój
temat, by nie mówić o zatrzymaniu mnie bez powodu - myślałem.
Długo tak siedziałem. Zaczynało mi to coraz bardziej doskwierać, bo
chciało mi się pić. Od kilku godzin nie miałem wody w ustach, a chociaż
słońce zaczynało już zachodzić, wciąż było gorąco. Zauważyłem, że dużą
butelkę wody ma przy ognisku jeden z żołnierzy. Liczyłem, że nie jest do
mnie wrogo nastawiony, bo dopiero co przyszedł i nie załapał się na
rozmowy na mój temat. Próbowałem to sprawdzić, szukając z nim kontaktu
wzrokowego, a gdy mi się to udało, nie widziałem w jego oczach niechęci
do mnie. Biłem się z myślami, aż w końcu odważyłem się do niego
zamachać, po czym wyciągnąłem w jego kierunku otwartą dłoń i powiedziałem uniżonym tonem: "L'eau"19. Nic nie odpowiedział,
tylko kiwnął głową i rzucił butelkę w moim kierunku. Zapadła grobowa
cisza. Żołnierze przestali rozmawiać, wszyscy spojrzeli na mnie.
Pilnujący mnie dryblas tylko wzruszył ramionami, ale jeden z wojskowych
siedzących przy ognisku, zerwał się na równe nogi, podskoczył do mnie i wyrwał mi butelkę z ręki. Odwrócił się w stronę jej właściciela, rzucił
mu ją z powrotem i krzyknął: "C'est un Polonais"20. Tamten
zrobił wielkie oczy i skinął głową, dając znać, że zrozumiał swój błąd.
Jeszcze chwilę panowała cisza, ale wkrótce znów zaczęli rozmawiać.
Zamurowało mnie. Byłem zszokowany, że moja polskość, tutaj, na końcu
świata, zdaje się problemem.
Nie wiem, jak udało mi się w tak dużym napięciu zasnąć, ale widocznie
byłem padnięty. Gdy się obudziłem, było już całkiem ciemno, ognisko
dogasało, a wokół niego nie było już nikogo. Siedziałem sam z nieodstępującym mnie na krok osiłkiem. Gryzły nas komary, a ja miałem
zaschnięte z pragnienia usta. Zapytałem pilnującego mnie żołnierza, jak
długo jeszcze będziemy czekać. Machnął głową w stronę budynku dowództwa
jednostki i powiedział pod nosem, nie patrząc na mnie, że oficer jeszcze
nie wyszedł. Potem sięgnął po swój leżący obok wojskowy plecak, wyjął z niego bidon i podał mi go bez słowa. Zaskoczył mnie, ale nie
zastanawiałem się nad jego litością zbyt długo, łapczywie się napiłem,
przypominając sobie, jak woda potrafi cudownie smakować. Kilka łyków
ugasiło moje pragnienie i dało mi zastrzyk pozytywnej energii. Mariusz,
to Afryka, tutaj bez przerwy mają bałagan, doszło do jakiejś absurdalnej
pomyłki, lecz wkrótce cię wypuszczą - pomyślałem sobie.
Gryzły nas komary i czas niemiłosiernie się dłużył. W końcu oficer
wyszedł z budynku, podszedł do nas dziarskim krokiem, trzymając w ręku
papierową teczkę. Próbowałem odczytać, jak jest podpisana, ale nie byłem
w stanie. Stanął przed nami wyprostowany, pewny siebie, z miną, jakby
cały świat należał do niego. Spojrzał na mnie z tym swoim wstrętnym,
doprowadzającym mnie do furii szyderczym uśmiechem, po czym drwiąco
oznajmił: "Ruszamy, panie Marius". Żołnierz lekko klepnął mnie w plecy,
dając znać, żebym się zbierał. Znów we trójkę wsiedliśmy do samochodu.
Byłem rozdrażniony, nikt mi nie powiedział, czemu jestem zatrzymany ani
co dalej ze mną będzie. Czekałem kilka godzin, nie mając pojęcia, po co,
by potem znów bez słowa wyjaśnienia być gdzieś zabieranym. "Co złego
zrobiłem? Dokąd mnie wieziecie?" - zapytałem agresywnie, gdy elegancik
odpalał silnik. Przyjrzał mi się w lusterku, a następnie spokojnie,
jakby mówiąc rzecz oczywistą, odparł: "Generał cię przesłucha".
Komunikat był krótki i zbywający mnie, ale mimo to mi ulżyło. Uznałem,
że porozmawiam z generałem, po czym pozwoli mi on kontynuować moją
podróż. W głowie układałem sobie, co powiem mu o tym, jak skandalicznie
zostałem potraktowany przez oficera: zabrano mi telefon, wodę, kazano
czekać na dworze, odnoszono się do mnie bez szacunku. Już ja go
załatwię, będzie żałował swojego zachowania - myślałem, gdy nocą
zmierzaliśmy w stronę Kinszasy.
Długo jechaliśmy, aż w końcu wysiedliśmy na terenie kolejnej bazy
wojskowej. Tym razem dużo większej. Rzędami ciągnęły się baraki
wojskowe, nieco dalej znajdowały się budynki biurowe, plac apelowy i parking, na którym zaparkowanych było co najmniej kilkanaście pikapów i kilka ciężarówek wojskowych. Cały obszar był otoczony wysokim murem i drutem kolczastym.
- Generał już pewnie śpi, jutro cię przesłucha - powiedział zdecydowanym
tonem oficer, gdy wysiedliśmy z samochodu.
Przez chwilę myślałem, że się przesłyszałem. Spojrzałem na niego i zobaczyłem ten wredny uśmieszek. Tego było dla mnie za wiele.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Marlow - narrator i główny bohater Jądra ciemności Josepha Conrada, marynarz odbywający podróż w głąb Afryki, będącą zarówno wyprawą geograficzną, jak i symbolicznym zejściem w mrok ludzkiej natury. [wróć]
W dalszej części książki Demokratyczna Republika Konga najczęściej jest zapisywana skrótem "DRK", ale zamiennie w niektórych przypadkach będzie też używana skrócona forma nazwy, czyli po prostu "Kongo". [wróć]
Kinszasa jest stolicą Demokratycznej Republiki Konga. [wróć]
Boko Haram (oficjalnie: Dżma'atu Ahlis Sunna Lidda'Awati Wal-Dżihad) - islamistyczna organizacja terrorystyczna powstała w 2002 r. w północno-wschodniej Nigerii. Jej potoczna nazwa oznacza "zachodnia edukacja jest grzechem". Odpowiada za tysiące zamachów, masowe mordy ludności cywilnej oraz porwania, w tym uprowadzenia kobiet i dzieci. Działa także w sąsiednich państwach regionu (Czad, Niger, Kamerun). Uznawana za jedną z najbrutalniejszych organizacji terrorystycznych świata; figuruje na listach organizacji terrorystycznych m.in. ONZ, USA i Unii Europejskiej. [wróć]
Entebbe - miasto w środkowej Ugandzie, położone nad Jeziorem Wiktorii - największym w Afryce. Niegdyś stolica kraju i do dziś siedziba głównego międzynarodowego lotniska. [wróć]
Ze względu na położenie geograficzne w Demokratycznej Republice Konga panuje klimat tropikalny, a sporą część kraju pokrywają równikowe lasy deszczowe. To sprawia, że DRK jest jednym z najwilgotniejszych miejsc na Ziemi. [wróć]
Lubumbashi leżące w prowincji Górna Katanga w południowo-wschodniej części kraju jest drugim co do wielkości miastem w DRK. [wróć]
Taxi, come with me! (ang.) - Taksówka, chodź ze mną! [wróć]
Rolex, you see? (ang.) - Rolex, widzisz? [wróć]
Diamants (fr.) - Diamenty [wróć]
Raport na temat znaczenia wydobycia minerałów dla sytuacji w DRK został opublikowany przez Genocide Watch 9.06.2025 r.: Grace Harris, Ebonie Kibalya, Lea Gruber, Special Report: Conflict Mineral in DR Congo, https://www.genocidewatch.com/single-post/special-report-conflict-minerals-in-the-drc, dostęp do tego i wszystkich pozostałych źródeł on-line w publikacji: 6.03.2026. [wróć]
Śmiertelność na Nanga Parbat (8126 m n.p.m.) wynosi 20,7 proc. (dane ze stycznia 2025), zob.: Carlos Eduardo Gonzalez, Los ochomiles más letales, https://alpinismonline.com/los-ochomiles-mas-letales/. [wróć]
T'es s?r? (fr.) - Jesteś pewny? [wróć]
W zachodnich prowincjach DRK, m.in. w Kwango, w czerwcu 2022 r. rozpoczęła się rebelia grupy Mobondo, która doprowadziła do starć z siłami rządowymi, masowych przesiedleń ludności i poważnego kryzysu bezpieczeństwa. Zob.: Peer Schouten, Le poids du silence: comment la révolte des Mobondo bouleverse l'ouest de la RDC, https://pure.diis.dk/ws/portalfiles/portal/28390577/2025_Mobondo_\ Rapport_FR.pdf. [wróć]
Soldats (fr.) - Żołnierze [wróć]
bandes armées (fr.) - uzbrojone bojówki [wróć]
Polonais (fr.) - Polak [wróć]
Lingala - język z grupy bantu używany głównie w Demokratycznej Republice Konga i w Republice Konga; w DRK jest jednym z języków narodowych i pełni funkcję lingua franca w administracji, wojsku i komunikacji międzyetnicznej. [wróć]
L'eau (fr.) - Woda [wróć]
C'est un Polonais (fr.) - To Polak [wróć]