Kończy się czas - Sarah Crossan

Kup ebooka

40.00 zł
33.46 zł (33,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

PODZIĘKOWANIA

Przede wszystkim chciałabym podziękować Maureen Price, mojej szkolnej nauczycielce religii, która pokazywała nam Fourteen Days in May mimo ogromnego wrażenia, jakie robił na młodzieży ten film. Słusznie uznała, że jest ważny. Uwierzyła wtedy we mnie i ta wiara zmieniła bardzo wiele.

Nie było łatwo napisać tę książkę i nigdy by nie powstała, gdyby nie Brian Conaghan, który czytał i omawiał ze mną kolejne wersje - Brian, bardzo dużo ci zawdzięczam. Nikki Sheehan - dziękuję za niestosownie zabawne wsparcie i profesjonalne rady.

Dziękuję moim redaktorkom: Zöe Griffiths, Hannie Sandford i Helen Vick za cierpliwość i ciężką pracę, a także mojej wydawczyni Emmie Bradshaw i całemu zespołowi literatury dziecięcej w wydawnictwie Bloomsbury - to był wielki zbiorowy wysiłek, a współpraca z wami sprawiła mi mnóstwo radości! Dziękuję też mojej agentce, Julii Churchill, za wszystko.

Podziękowania niech przyjmą także Repforce Ireland, Combined Media, The Big Green Bookshop, CLPE, Children's Books Ireland, CILIP, David O'Callaghan i Hél?ne Ferey oraz wszyscy moi przyjaciele i krewni - za to, że są tacy fantastyczni.

.

Polecamy także:

Sarah Crossan

"Kasieńka"

przekład: Katarzyna Domańska

Oryginalna powieść dla młodzieży przekraczająca granice gatunkowe: 127 zwięzłych, szczerych i przenikliwych wierszy układa się w imponującą emocjonalną autentycznością opowieść o życiu nastolatki na emigracji w Anglii.

Mama pokazała mi liścik od Taty,

Tego dnia, gdy zniknął.

Olu, wyjechałem do Anglii.

To wszystko, co napisał.

A potem przyszedł czek od Taty,

W kopercie

Z wyraźnym stemplem.

I Mama wiedziała, co robić.

Dwunastoletnia Kasieńka wyjeżdża z matką do Anglii w poszukiwaniu ojca, który odszedł bez pożegnania dwa lata wcześniej. Od tej pory jej życie rozpięte jest między ciasnym, obskurnym mieszkaniem w Coventry, angielską szkołą, w której boleśnie odczuwa swą inność, oraz ulicami miasta, po których matka prowadzi ją co wieczór w desperackich próbach odnalezienia człowieka, który wcale nie chce być odnaleziony. Ucieczką od problemów staje się dla Kasieńki pływanie i rodząca się pierwsza miłość.

.

Sarah Crossan

"My dwie, my trzy, my cztery"

przekład: Małgorzata Glasenapp

Poruszająca opowieść o tęsknocie i stracie, o miłości i przebaczeniu - i o tym, jak poezja może nas zmienić.

Apple ma trzynaście lat. Mieszka z babcią w niewielkim angielskim mieście. Jedenaście lat wcześniej jej mama odeszła bez słowa i od tamtej pory nie dawała znaku życia. Apple kocha babcię, ale czasem ma dość jej ciągłego gadania o śmierci, strofowania i obciachu przy codziennym odbieraniu ze szkoły. I tak bardzo tęskni za mamą...

Pewnego dnia mama niespodziewanie wraca. Apple jest taka szczęśliwa. Z nią może porozmawiać o wszystkim, urwać się ze szkoły, pójść na zakupy, wyskoczyć do restauracji... Ale wkrótce okazuje się, że babcia miała rację, mówiąc "Apple, uważaj, czego sobie życzysz".

Przejmująca książka o dorastaniu do miłości i odpowiedzialności - i o tym, że poezja może mówić prawdę."Sunday Times Book of the Week"

Piękna opowieść o sile miłości i wybaczenia. Śmieszy i wyciska łzy."The Bookbag"

.

Sarah Crossan

"Tippi i ja"

przekład: Małgorzata Glasenapp

Co znaczą siostrzeństwo, przyjaźń i miłość, gdy żyje się z siostrą w jednym ciele? Napisana z ogromną wrażliwością, przejmująca poetycka powieść o tożsamości i odmienności.

Tippi to ta z lewej. Siostra, bliźniaczka. Po prawej jest Grace. Mają szesnaście lat. To cud. Cud, że wciąż żyją.

Gdziekolwiek się pojawią, ludzie gapią się na nie z rozdziawionymi ustami. "Czułabym się jak w pułapce" - mówią. "Jak robicie siku?" - pytają. "Strasznie im współczuję. Bycie bliźniakiem syjamskim to musi być najgorsza rzecz na świecie" - szepczą za ich plecami. Choć Grace potrafiłaby sobie wyobrazić milion gorszych rzeczy.

A potem jedna z tych gorszych rzeczy się zdarza.

Wstrząsająco odważna i czuła książka o tak potężnym ładunku emocjonalnym, że nie da się na koniec nie popłakać."Daily Mail"

Prosta i dojmująco smutna opowieść o tym, co czyni nas ludźmi."Telegraph"

PIERW­SZY TE­LE­FON

Zie­lony te­le­fon

na ścia­nie w przed­po­koju

pra­wie ni­gdy nie dzwo­nił.

Jak ktoś chciał roz­ma­wiać z Mamą, dzwo­nił na ko­mórkę.

Do An­geli też.

Przez chwilę słu­cha­łem dzwonka,

za­nim pod­nio­słem słu­chawkę.

"Halo?"

"Joe?" - To był Ed.

Nie od­zy­wał się od kilku ty­go­dni.

Już się mar­twi­łem,

nie wie­dzia­łem, czy wróci do domu.

"Jest An­gela?" - spy­tał.

Od­dy­chał szybko,

jakby go ktoś go­nił.

Gdzieś za nim

ostre głosy,

trza­śnię­cie drzwiami.

"An­gela jest na tre­ningu" - po­wie­dzia­łem.

"A Mama?"

"Nie wiem.

Hej, Ed,

zna­la­złem w parku rę­ka­wicę do bejs­bola.

Przy­je­dziesz nie­długo?

To za­gramy".

Wes­tchnął ciężko. "Nie wiem, Joe".

"Aha". Zdra­pa­łem ze ściany ka­wa­łek odła­żą­cej farby.

Znowu wes­tchnął, mój star­szy brat.

"Aresz­to­wali mnie, Joe.

My­ślą, że zro­bi­łem coś bar­dzo złego".

Przy­ci­sną­łem słu­chawkę mocno

do ucha.

"Co my­ślą?"

"Że zro­bi­łem ko­muś krzywdę.

Ale to nie­prawda. Sły­szysz?"

"Tak".

"Se­rio. Sły­szysz?

Bo lu­dzie będą ci mó­wić

różne głu­poty.

Mu­sisz wie­dzieć, jak było na­prawdę".

Otwo­rzyły się drzwi i do domu we­szła Mama

z za­ku­pami,

żeby moja sio­stra wy­cza­ro­wała z nich obiad.

"Po­li­cja zła­pała Eda!" - krzyk­ną­łem.

Wy­cią­gną­łem do niej słu­chawkę.

Wy­rwała ją,

upu­ściła torbę.

Po dy­wa­nie po­to­czyła się man­da­rynka.

Pod­nio­słem,

skórka była zimna i szorstka.

"Ed? Co się dzieje?...

Ale jak mo­gli się po­my­lić?...

Nie krzycz na mnie, ja tylko...

Nie, no wiem, ale...

Nie mam pie­nię­dzy na...

Ed, uspo­kój się...

Za­dzwo­nię do Ka­ren. Po­wie­dzia­łam, że za­dzwo­nię do Ka­ren...

Prze­stań na mnie krzy­czeć...

Ed, na li­tość bo­ską...

Ale ja nie mogę... Ed? Ed?"

Od­su­nęła słu­chawkę

od ucha, krzy­wiąc się,

jakby te­le­fon ją ugryzł.

"Po­li­cja mówi, że to za­bój­stwo, że jest winny" - po­wie­działa.

Mia­łem sie­dem lat.

Nie ro­zu­mia­łem, co to zna­czy.

Był ko­muś winny pie­nią­dze?

Nie mie­li­śmy na ra­chunki za prąd.

Moje adi­dasy były ta­kie za małe,

że bie­lały mi palce u nóg.

"Mogę do niego za­dzwo­nić?" - spy­ta­łem.

Wciąż trzy­ma­łem man­da­rynkę.

Chcia­łem nią rzu­cić w Mamę, żeby za­bo­lało.

"Nie - po­wie­działa. -

Nie po­roz­ma­wiasz z nim przez długi czas".

Nie wie­rzy­łem jej.

My­śla­łem, że Ed za­dzwoni.

Że wróci do domu.

Ale ni­gdy nie wró­cił.

WŁA­ŚCI­CIEL NORY

Ciotka Ka­ren mó­wiła, że­bym tu nie przy­jeż­dżał.

Że Ed nie za­słu­guje na to­wa­rzy­stwo

po tym, co na­sza ro­dzina przez niego wy­cier­piała.

Mi­nęło dzie­sięć dłu­gich lat,

a wciąż ob­wi­nia go o wszystko.

Mówi:

"Zo­bacz­cie, co nam zro­bił".

Może ma ra­cję.

Wszystko się roz­wa­liło,

kiedy go za­mknęli;

nic już nie było okej.

Więc może to i głupi po­mysł.

Już tę­sk­nię za do­mem, za Sta­ten Is­land,

za wszyst­kim poza Wa­ke­ling w sta­nie Tek­sas

w kosz­mar­nym upale.

Wcale nie chcę tu być

i oglą­dać ja­kiejś ohyd­nej nory.

Ale nie stać mnie

na Wa­ke­ling Mo­tor­stop Mo­tel,

w każ­dym ra­zie nie przez cały po­byt.

"Sześć stów za mie­siąc" - chrypi wła­ści­ciel,

wy­ka­słuje coś mo­krego,

wy­pluwa w chu­s­teczkę.

Są­dząc po na­czy­niach w zle­wie,

miesz­ka­nie od dawna stoi pu­ste,

więc gość ma farta, że ktoś w ogóle chce wy­na­jąć ten slums.

W szaf­kach ka­ra­lu­chy,

w kuchni szczury.

"Będę do po­łowy sierp­nia.

Dam czte­ry­sta" - mó­wię.

Pry­cha. "Pięć­set. Go­tówką".

Wi­dzę

po tym, jak od­wraca się do wyj­ścia,

że wię­cej nie opu­ści.

No do­bra, to on ma klu­cze,

może grać krótką piłkę.

"Jak się do­wiem, że han­dlu­jesz ziel­skiem,

przy­ślę tu swo­ich chło­pa­ków.

Nie chcesz ich po­znać".

Nie ob­cho­dzą mnie jego chło­paki.

Mam więk­sze zmar­twie­nia

niż kije bejs­bo­lowe

wy­na­ję­tych ban­dzio­rów.

Moim zmar­twie­niem jest Ed.

Ed.

Dla­tego tu je­stem.

Mu­szę.

To bę­dzie naj­gor­szy czas w moim ży­ciu.

W ży­ciu nas wszyst­kich.

Tych, któ­rzy prze­żyją.

ESE­MESY

Na par­kingu przy mo­telu

mo­to­cy­kli­ści piją alko z pa­pie­ro­wych to­re­bek,

he­avy me­tal wyje na całą oko­licę.

Gdy ich mi­jam, pika te­le­fon

w mo­jej tyl­nej kie­szeni.

Nie chce mi się czy­tać wia­do­mo­ści.

Wiem, że to moja sio­stra An­gela:

gdz je­steś

by­łeś w wię­zie­niu?

wi­dzia­łeś Eda?

jak on się czuje???

Ka­ren cią­gle wście­kła

pi­sał nowy praw­nik Eda. Chyba ok

gdz je­steś???

Po­wi­nie­nem do niej za­dzwo­nić.

Zro­bię to.

Póź­niej.

Na ra­zie umie­ram z głodu.

I mu­szę uciec od tej mu­zyki.

BAR U BOBA

Z ze­wnątrz bar jest dzia­dow­ski,

tynk od­pada, pół neonu ze­psute.

W środku nie le­piej:

po­pę­kane ka­fle na pod­ło­dze,

na ścia­nach wy­bla­kłe pla­katy.

Kel­nerka w śred­nim wieku,

w ró­żo­wej ko­szulce polo, uśmie­cha się.

Imię, SUE, ma wy­szyte

na kie­szonce z przodu,

ale haft pruje się i czarna nitka

opada, wije się na tka­ni­nie

jak cien­kie pną­cze.

"Co dla cie­bie, złotko?" - pyta,

pod­no­sząc pa­pie­rosa do ust

i za­cią­ga­jąc się, tam gdzie stoi,

za ba­rem,

jakby to było nor­malne -

kel­nerka pa­ląca w re­stau­ra­cji.

Może jest. W tej oko­licy.

Wy­cią­gam wszystko, co mi zo­stało, i po­ka­zuję.

"Co do­stanę za cztery do­lary?" - py­tam.

"Bułkę z szynką

i kawę.

Może być?"

"Su­per" - mó­wię, wdy­cha­jąc

roz­wie­wa­jący się dym.

Sue wy­krzy­kuje za­mó­wie­nie w stronę wa­ha­dło­wych drzwi,

od­wraca się, na­lewa kawy do nie­do­my­tego kubka

i prze­suwa do mnie po bla­cie.

Kawa jest mocna i gorzka, zu­peł­nie inna niż

w No­wym Jorku,

ale nie na­rze­kam.

Otwie­ram sa­szetkę sło­dzika,

wsy­puję, żeby za­bić smak.

"Szu­ka­cie ko­goś do pracy?" - py­tam.

"Po­cze­kaj".

Sue znika

za

wa­ha­dło­wymi drzwiami.

Biorę za­pa­ko­waną w pla­stik muf­finkę z ko­szyka

na ba­rze i wci­skam do torby, za­nim

po­jawi się fa­cet,

z gru­bym wą­sem za­kry­wa­ją­cym usta,

z brzu­chem wy­sta­ją­cym nad pa­skiem.

Wy­ciąga rękę przez bar, ści­ska mi dłoń.

"Je­stem Bob. Po­dobno szu­kasz ro­boty".

Mówi z roz­wle­kłym ak­cen­tem, to­tal­nie z Tek­sasu.

"Joe Moon" - od­po­wia­dam.

Kiwa głową.

"Po­trze­buję do­stawcy.

Ko­goś z sa­mo­cho­dem, bo ten grat,

co stoi na par­kingu, nie chce jeź­dzić.

Albo ko­goś szyb­kiego na ro­we­rze.

Ale z ro­we­rem".

"Umiem na­pra­wiać sa­mo­chody - mó­wię. -

Do­stanę pracę, jak go na­pra­wię?"

Wraca Sue, z no­wym szlu­giem

w chu­dych pal­cach.

Wy­pluwa okru­chy ty­to­niu na pod­łogę.

"Tylko że­byś wie­dział, złotko, mój chło­pak Lenny

zna się na sil­ni­kach i na­wet on nie dał rady

z tym rzę­chem".

Brudną szmatą

roz­ma­zuje plamy z kawy na bla­cie.

"Mógł­bym spró­bo­wać" - pro­po­nuję.

Sta­ram się, żeby nie brzmiało roz­pacz­li­wie.

"Okej. Spró­buj" - mówi Bob.

Sięga do ko­szyka

i wrę­cza mi muf­finkę z ja­go­dami.

"De­ser ja sta­wiam, synu" - do­daje.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki