Słuchałczęściej i więcej niż czytał lub chociażby jadał, bo jadał o wielemniej niż spacerował, aby móc słyszeć również i te dźwięki, któreotaczały go z zewnątrz, a nie tylko te, co wybrzmiewały z jegownętrza, niestety nie wyłącznie z serca lub rozlegały się w głowie,czy chociażby wewnątrz ucha, między kowadełkiem a młoteczkiem (o czymwie od dnia, kiedy przejrzał, fakt, że pobieżnie, atlas anatomiczny),gdyż pojawiały się śród nich też i takie, które, jako że organiczne,może nie tyle brzydziły go, ile miał je za nieprzydatne w robocie,jak zresztą wszystko inne, co nie sublimowało się jakoś z prostackiejrzeczywistości, brudnej, cuchnącej i hałaśliwej; pan kantor, chociażprzepadał za brązami i czerwienią w najrozmaitszych odcieniach ifakturze, przymuszony nosił się na czarno i biało, tym kategoryczniejodcinając się od otaczającej go pospolitości; z drugiej strony,teraz, gdy się postarzał, czerpał swoiście złośliwą przyjemność zfaktu, że jego czarny szustokor1,żakiet czy nawet prosty domowy kaftan starzejąc się wraz z nimwłaśnie rudziały, a tam gdzie docierał pot - pod pachami i naplecach, wzdłuż coraz bardziej wypukłego grzbietu i pod łopatkami -nabierały czerwonawego odcienia.
Wjednym z ówczesnych zapisków znajduje się pozornie nieistotnainformacja o przypadkowym podczas kwesty przy kościele "na KrwiPrzenajświętszej" spotkaniu pana kantora z panią Emmą Szarlottąvon Nesstlé, właśnie przez nią odnotowana: Rzeczytoczą się zwykłym trybem, ale zawsze przykro zobaczyć kogoś, kogozapamiętało się w rozkwicie, aż tu nagle ruina,co czytać równie przykro mimo że wiemy, iż słowa te zapisano wfatalnym dla muzyka momencie, bo właśnie uwolniono go z aresztu wpokoju lustrzanym pawilonu muzycznego, gdzie zamknięto go napolecenie księcia, aby wreszcie wywiązał się z obstalunku napisaniaMałejfugi na śmierć królewny Brabanckiej,czego zresztą nie wykonał, mając bez przerwy przed oczyma swoją wtysiącach tysięcy wielokrotnych odbić znoszoną gębę.
Ulicemamy tutaj tak wąskie, że wskutek mizernego słońca, a nocą olejowegooświetlenia, zwykle zalegające tutaj mrok i chłód nawet w największesierpniowe upały wyciskają z murów i kamienic nie tylko wilgoć, alestrumyki wody niestrudzenie żłobiącej w nich ciasne, jakby korniczejroboty, korytarze, nadając im dziwaczną, rzadko spotykaną fakturę;ciemne przejścia, zaułki i przesmyki, którymi trzeba przechodzić, abysię dostać do kościoła, a potem starać się nie złamać sobie nogi nakrętych obluzowanych schodach prowadzących na chór do organeum,jak zwykł muzykus określać miły sercu zakątek swojego omal żecałodziennego życia, miejsce, gdzie cztery woskowe kręcone świeceosadzone w cynowym lichtarzu dają złudne wrażenia ciepła, zawszeprzecież obiecując więcej.
Otocały świat przesławnego kapelmajstra: ulice tonące w cuchnącej mazibłocka, gnoju i uryny w skwarne lata zamieniającej się w płowordzawypył, dzień i noc nieustannie wypełniający miasto i unoszący się nadnim mętnawym obłokiem, w głębi zaś miasta, ale trochę na prawo odgłównego traktu wysadzanego lipami, ustronie, cichy kącik, Zaułek, aw nim dom, nareszcie spłacony, pierwszy w życiu własny dom, arka (anie wędrująca po rzece życia flisacza tratwa, nie wynajęte na dłużejlub krócej pokoje w cudzym domu na ogół ledwo zapewniające życioweminimum), teraz jest całą życiową ostoją pana kapelmistrza.
Oczywiście,maestro z obowiązku, ale nie oszukujmy się, nie oszukujmy, także zprzyjemnością, bywa także w wielkim świecie, bywa, bo tak trzeba, botak wypada, bo musi: mus, przymus, obowiązek, konieczność - tosłowa - filary, na których opiera całą swoją i rodzinyegzystencję.
"Taktrzeba" i "tak wypada"; często się zdarza, że słowa- filary pobrzękują mu w głowie jako słowa - klucze dowięzienia, wtenczas czuje do siebie pogardę i wstręt, bo tak naprawdęsłowa te są jak świst bata w rękach książęcego Dworu lubarcybiskupiego Pałacu, przed którymi musi uginać kark, bo musi; słowa- więzy odciskają mu na duszy znamię niewolnictwa. Bynajmniejnie jest jakimś pożałowania godnym wyjątkiem. Bynajmniej! Sługa tegomiasta, służąc Księciu, służy Bogu; służąc Bogu, służy ludziom. Takczy inaczej jest służącym, człowiekiem zależnym. Kimś spoza Salonu.Co więcej, wierzy w niezmienność swego stanu, wierzy, bo nie grzeszynaiwnością. Ani myśli zaprzeczać mocy tak ustanowionego urządzeniaświata, obrazowi jego pracującej odwiecznie machiny, raz wprawionemuw ruch tajemniczemu perpetuummobile,w którym każde żywe stworzenie, roślina, ale i bezpłodny kamień mająswoje miejsce, które muszą jakośsię zagospodarować, niekoniecznie dobrze, wygodnie czy bogato, alewystarczy że jakoś,by żyć - dlatego pan Almayer jak najsolenniej wypełniaobowiązki kapelmistrza, organisty i kantora, a także antrepreneradworskich, kościelnych i miejskich uroczystości, aby z tej mizernejresztki, która mu pozostaje na życie osobiste i sprawy prywatne mócuszczknąć dla siebie szczyptę czasu, aby wypełniać go swojąnajbardziej osobistą muzyką, którą rzadko uzewnętrznia, leczskrzętnie zachowuje w librach zapisanego papieru, aby potem, kiedyś,być może, gdy jakimś cudem uwolni się od obowiązków i odzyskawolność, móc ją grać tylko sobie...
Alebez przesady, nasz kapelmajster nie oddziela tego, co jegood tego, co niejego;nigdy-przenigdy nie myśli w ten sposób o swej pracy, o "robocie",która jawi się koniecznością i zwykłym obowiązkiem niezależnie odtego, czyje akurat wykonuje utwory. Sprawy i dzieła osobiste ikościelne, prywatne i książęce nie odstają od siebie, nie odosobniająsię ani same od siebie, ani od niego, choć to on sam jest ichnieustannie bijącym źródłem i zarazem rozlewną rzeką. Pracuje -i tyle, i to wszystko; zna się na swoim fachu, umie robić to do czegozostał stworzony i czego się od dziecka uczył; no, może umie trochęwięcej od innych, ale przyjmuje to jako niezasłużony dar, dającyasumpt do bardziej intensywnej pracy, w żadnym razie do zadzieranianosa, ważne, że dobrze wykonana robota to mocniejszy szaniec obronnydla domu, rodziny i własnego świętego spokoju.
Średniegowzrostu, mocno zbudowany mężczyzna, na co dzień już z powodu wiekutrochę zaniedbany, acz żadnej w tym winy czy niedbalstwa jegokobiety. Żonę ma dobrą; spokojna, uważna, czysta niewiasta; dba odom, o dzieci, o wnuki, ale przede wszystkim o niego, swojego męża,nie może jednak bez przerwy chodzić za nim krok w krok i pilnować,aby gdzieś nie wlazł w kałużę, błoto czy łajno, bo i tak wlezie zniedowidztwa, szczególnie zaś wtedy, kiedy się w sobie zasłucha, azasłuchuje się niemal bez przerwy. Nie ma na to żadnej rady i onawie, że nie ma, choć się z tym nie zgadza, a nie zgadza się, bowiedza to jedno, a rozumienie to drugie: No, powiedz sam, sampowiedz, panie mężu, jak może poważny człowiek, kapelmajster KsięciaPana, na podobieństwo wieprza ładować się po kolana w błoto? Alewidać może, więc niech tam!
Zatem,kiedy pan kantor wróci do domu, zasiądzie do wieczerzy, która dlaniego oznacza, że zżuje skórkę chleba, popije wody z winem lub mleka,zglamie śliwkę, pieczone jabłko lub sparzoną czerwoną Zfybel,cybulę (mistrz pozbył się niedawno dwóch ostatnich zębów,wyciągnąwszy je sobie palcami), a posila się, mlaskając, cmoktając iciamkając, gdy jego najmłodsza córka, klęcząc pod stołem, odpina muklamry u butów, które ściągnąwszy oddaje starszej siostrze do umyciai wysuszenia przy piecu, aż pan kantor uwolniony od oficjalności,wspierając się dłońmi na podłokietnikach podnosi się z krzesła i,ciężko stawiając nogi w grubych jedwabnych pończochach, idzie dosiebie na stryszek, gdzie ma swój kącik: wąską klitkę z nisko, tużnad podłogą (luzem ułożone na legarach deski, prosta sosnowa tarcica)umieszczonym oberluftemdającym tyleż samo światła, co powietrza, ale maestro lubi półmrok;tutaj odpoczywa i pisze muzykę, której prawie nikomu nie pokazuje lubjeśli nie notuje muzyki, to pisze listy, które pisuje wyłącznietutaj, o, jak choćby ten... no, nieważne, bo i ten, jak wiele, wieleinnych, pozostanie bez odpowiedzi! Jak wiadomo sztuce pisania listówodpowiada sztuka nieodpowiadania na nie. Rzecz inna, że o ile on musiodpowiedzieć na każdy skierowany do niego świstek papieru, to jegolisty i pisma najczęściej pozostają bez echa; takie są reguły gry.
Gdybynie spacery, gdyby nie codzienna wspinaczka na chór w kościele, awcale często także na chór wewnętrznej kaplicy dworskiej, skądprowadzi tajemne przejście do gabinetu księcia, a może i, jak sięopowiada, także do sekretnej alkowy, a stamtąd ukrytą windą wprost doosobistej powozowni Serenissimusa,Najjaśniejszego Pana, ale przecież nie jemu, organiście, roztrząsaćsprawy i sprawki władcy, skoro nie za bardzo radzi sobie ze swoimi,no więc gdyby nie spacery, całkiem by zniedołężniał, zastygł, ach,nie narzeka, bo dzięki Bogu wszystko jakoś idzie i gdyby tylko nietutejsza stołeczna drożyzna, naprawdę byłoby całkiem dobrze, a takjest, jak jest: pieniądz traci na wartości, bo i coraz mniej warteludzkie życie, choć na pierwszy rzut oka nie widać tu przyczynowegozwiązku.
Zatem,no cóż, ma te swoje spacery, acz lubił je zawsze, nie przepadając zawielkimi podróżami i wystawnymi posiłkami, w związku z czym nigdy niedał się namówić na kupno choćby najprostszego powozu, nie mówiąc jużo srebrnej zastawie, mimo że faktycznie cena w obydwu przypadkachbyła umiarkowanie kusząca.
Faktfaktem, że odkąd pamięta, największą uciążliwością było dla niegowłasne ciało, za masywne, za ciężkie i choć nie taki z niegowielkolud jak z Händla, to przecie też nie ułomek: Nasznowy kapelmajster to człek leniwy i tłusty,pisała do przyjaciółki, hrabianki von Ploetz, księżniczka Ludolfinavon Lemgendorf na chwilę przed swoim zamążpójściem i tragicznąpodczas wesela śmiercią: wykonując jedną z figur galiardy, przybranaw tiule Prinzessin,pomykając obok lichtarza, stanęła w ogniu i jak ćma spłonęła żywcemna oczach weselników; ponoć bił od niej taki żar, iż nie znalazł sięśmiałek gotów ją ratować; co się tyczy pana młodego, ten pijany wsztok leżał w swojej trunkowej piwnicy, nie wiedząc nic o bożymświecie, więc i nie pamiętając o dopiero co poślubionej Ludolfinie.Najbardziej zagadkowa w całej tej aferze była dosyć długo krążąca pookolicy pogłoska, że nie samo nazbyt impetyczne tańcowanieksiężniczki obok lichtarza spowodowało, że zajęła się ogniem, ale żesprawiła to nad wszelką dopuszczalną zmysłowość żywa muzyka tanecznanowegokapelmajstra,której feeryczność nadmiernie wydłużyła i rozkołysała płomyki świec.Na szczęście zanim sprawa trafiła przed konsystorz, gadka ucichła,żandarmi cesarscy bowiem po wytrwałym, trzy lata trwającym pościguzłapali wiedeńskiego mordercę dziewczynek, niejakiego Steinmetza,zwanego Sculptorem lub Beznoskiem kiedy ten w miejscowym zamtuzieszykował kolejną rzeźniczą sprawę; tak czy inaczej sprawa Beznoska zajednym zamachem skasowała, co zrozumiałe, wszystkie lokalne plotki,sensacje, a nawet afery.
Trudnodziś dociec, dlaczego damy związane z takim czy innym panującym Domemna ogół wyrażały się o nowym koncertmistrzu z obojętnością, albo zgraniczącą z zuchwalstwem niechęcią, podczas gdy zwyczajne, by takrzec wiejskie hrabianki i baronowe wręcz przeciwnie, nie mówiąc omieszczankach, które, słuchając kapelmajstra dającego koncert, pocącsię, z zachwytu mdlały, a osuwając się w ramiona mężów, braci lubnarzeczonych, a niekiedy też całkiem przygodnych kawalerów, zawszezdążyły szepnąć wieloznaczne słówko: ach!
Dokumentnychświadectw nie mamy wiele, ale i tych, które udało się nam zebraćwystarczy, aby się pokusić o sporządzenie portretu pana kantora, mimoże zachowało się mnóstwo jego wizerunków z epoki, tak się jakośdziwnie składa, że wszystkie one przedstawiają jakby różnych ludzi,acz prezentujących ten sam typ fizyczny, fason ubioru i sposóbnoszenia go, a nawet rodzaj i utrefienie peruki.
Gdybynie fakt, iż to, co możemy oglądać w tej chwili, uważa się zaautentyczne wnętrze, za rzeczywistą pracownię mistrza, można byodnieść wrażenie, że mamy do czynienia z kiepską scenografią dotandetnego filmu grozy lub chłopskiego wyobrażenia piekła jakopiwniczki u spodu bożonarodzeniowej szopki: festony obrosłych płowympyłem pajęczyn, lekko wiewające tam i z powrotem, acz ruchemokrężnym; na parapecie, stole i na "taburetkach"spleśniałe lub zmurszałe jabłka i śliwki; ich silne fluidy, twierdzikapelmajster, wyzwalają tak twórczy impet, że nutki same wytryskująmu z końcówki gęsiego pióra wprost na papier, ledwo oko zdoła nadążyćza nimi; świetliste pasma, niby krakelury, porysowane cieniami,cętkowane drobinami kurzu, kręcą jak tabaka w nosie i nieco, aletylko nieco, mącą wzrok; peruka, aby się nie defasonowała, tkwi naniebieskim słoju, ale że natknięta byle jak właśnie się defasonuje,co jednak pana kantora akurat w tym momencie obchodzi tyle cozeszłoroczny śnieg, bo nowa zima już za pasem, ale przede wszystkimdlatego, że właśnie w imieniu margrabiego Christiana L. nadeszłozamówienie trochę nieczytelną, niezwykle wymyślną szwabachą spisaneprzez jego sekretarza Gerthla jesienią roku 1721, a nadeszło takbardzo na czasie, że trudno byłoby sobie wymarzyć lepszy: owszem, nieprzywiązujemy się do rzeczy, ale też ich nie lekceważymy!dziewczynkom nowe trzewiki potrzebne? potrzebne; jupki takoż i nieżeby zaraz jakieś halo, welury, krepdeszyny, walansjenki, brabanckiekoronki, hafciki angielskie albo kardynalskie, wystarczy żebymateriał był solidny, a kolor trwały; natomiast panowie synowie, no,tych mamy już na szczęście z głowy, jednych, bo są już na swoim,młodsi śmiało mogą jeszcze jakoś przezimować w tym co wygląda jeszczecałkiem niczego, za to pani żona, tak, pani żona, co prawda wielkiejskromności niewiasta, jak każda kobieta swoje potrzeby ma i to niebyle jakie, co zaś się tyczy jego osobiście, jo!kantor pociąga nosem, chwyta w nozdrza woń jabłecznej zmurszeliny ina szerokim górnym marginesie nutowego zeszytu zamaszyście kreślinowy tytuł: ConcertoG-dur come gli concertini,uśmiechając się, bo właśnie przyszło mu do głowy, aby czwarteconcertino tworzyły rozmowne dwa flety i skrzypce solo, czerniąc więcpapier pierwszymi taktami allegra, kapelmajster zaśmiewa się w głos:Do licha, woła, donnerwetter,ci dopiero fest muzyka! a ona już jest od dawna, tylko że się jeszczenie wylała na świat boży...
Pióroskrzypi, w głowie przewalają się rozmowne dźwięki fletów wrygorystycznej sprzeczce, którą od samego początku usiłują uspokoićskrzypce, aż mając dosyć swego z nimi skweresu kapelmajster wali siępięścią w czoło, krzycząc: Basta, cisza tam, do stu fur beczekprochu, muzyka ma łagodzić obyczaje, także swoje własne! co, słysząc,flety podejmują przerwaną na moment frazę, ale, zmitygowane,wyjaśniają sobie to, co miały sobie od początku do wyjaśnienia, a ichspór toczy się teraz pod harmonizujące go dyktando skrzypiec;uspokojony maestro sięga po jabłko, rozgryza je, z miażdżonegomiąższu wytryska złociście przezroczysta, cieniutka, niczym strojonaw czystej kwincie struna, strużka soku: padając na klucz wiolinowyrozkleksia go w brunatną plamę.
Ha!Kapelmajster przekrzywia głowę na prawe ramię, uważając, by niezatkać sobie ucha i przymknąwszy lewe oko, prawym zezuje na plamę,ostrożnie zbliżając ku niej spiczasty czubek palca, delikatnie umaczago w tynkturze i oblizuje, po czym powtarza modusoperandii jeszcze raz, i jeszcze, aż z plamy pozostaje tylko jej cień, na cojuż nic nie można poradzić: cienie bowiem są nieusuwalne tak samo zżycia, jak i z papieru. Kiedy następnego dnia dziewczyny zobacząojcowską dolną wargę upaćkaną na brązowo, od razu wiedzą, że tamnagórce cośpowstaje, coś wyłania się z niebytu, coś, co daj Boże! któregoś dniarazem z papą zagrają w pokoju koncertującym, ale z tym pragnieniemoczywiście nie zdradzą się przed ojcem, podobnie jak z tym, choć ażskręca je z wielkiej ochoty, aby podsunąć panu ojcu przed oczylusterko, ale lepiej nie ryzykować, bo kiedy pan kapelmajster zaszywasię u siebie na górce, robi się mocno humorzasty, zupełnie jak jegoulubione kocisko, sędziwy Murr-Mruczysław, którego nastroje sąnieprzewidywalne: w jednej chwili przyłóżmnie do ranyzmienia się w ręceprecz ode kotai ani się spostrzeżesz, a już grzbiet dłoni krwawi rozharatanyczterema równoległymi bruzdami.
Aleto stanie się dopiero jutro, które na razie jest trochę niejasnympojęciem lub dźwiękiem: dwusylabowym słowem - ju-tro, mor-gen-kryjącym wszelkie tajemnice życia organisty, cienką krzywizną dachuoddzielonego od Pana Niebiosów.
Tymczasempo drugiej stronie Zaułka, tania świeca płonąc chybotliwie ismrodliwie, sypiąc kudłatym kopciem, oświetla trzy siedzące przyciężkim prostokątnym stole kobiety, zajęte szyciem; kapelmistrz,odkąd tu zamieszkał, a ściślej, od kiedy urządził w tej częścistrychu swoją drugą, najbardziej samoswoją, najbardziej sekretnąkompozytornię(oficjalnaznajduje na parterze, usytuowana tak samo jak bawialnia od stronyogrodu, ale oddzielona od niej korytarzykiem i niewielkim pustymalkierzem, gdzie niekiedy sypia, choć nocą woli mieć obok szczupłeciało swojej Helgi Anayss, o ile, otóż to, o ile nie pracuje usiebiena górze), widuje te trzy kobiety zawsze razem, nieodmienniepochylone nad szyciem - dwie starsze, może siostry lub kuzynkii młódka, córka? lub wychowanica? jednej z nich? bo chyba jednak nieuczennica, panująca między nimi bliskość raczej to wyklucza; kobietyte w pewien sposób fascynują maestro, fascynują, ale nie interesująani obchodzą; co więcej wydaje mu się, że nawet nie jest ciekaw ichżycia ani losów; nie interesuje go także ich kobiecość; co więcsprawia, że ilekroć zaszywa się usiebie,tylekroć pochyliwszy się na zydlu ku okienku obserwuje je znarastającą fascynacją, zakłócającą jakoś chęć do pracy, wkradającąsię do sekretnej rozmowy z Händlem o niezwykłych osobliwościachbudowy tercji w akordach trójdźwięku wyraźnie jawiących mu się wsnach, niedających się jednak odtworzyć na jawie: Czy Panu, drogiKolego, też przytrafia się coś takiego?; a najdziwniejsze - domomentu zasypiania w ciepłym łuku bioder Anayss, którą tak lubinazywać jej alzackim imieniem.
Plamazlizana, acz niezupełnie i dobrze! dobrze dla jakiegoś w dalekiejprzyszłości badacza życia i dzieła kapelmistrza i twórcy, dla któregoów jasnorudawy cień na grubym papierze własnoręcznie, więc trochękrzywo, poliniowanym ołowianym sztyftem, będzie pięknym przykłademzatracenia się w pracy, zapamiętałej roboty kompozytoraniezwracającego uwagi na uboczne efekty - wiadomo: gdzie drwarąbią... a jeśli kto zabawia się piórem, temu i kleks skapnie albo wchwili głębokiego namysłu, gdy łeb pęka od dźwięków, nagle spomiędzyzębów strzyknie wprost na nutki strużka jabłkowego soku lub zwydatnej dolnej wargi skapnie kropla śliny lub, co zdarza się wcaleczęsto, celne trzepnięcie dłonią lub packą zbija, miażdży iwprasowuje między bazgrołowate znaki muzycznej notacji nazbytnatrętne insekty, jako to: pchły, pluskwy, drapieżne pajęczaki,komary, muchy i wszelkie inne plugastwo, którego pan kapelmajster,podobnie jak wszyscy ludzie i zwierzęta swojego czasu, choć jest znim zżyty do krwi serdecznej, równie serdecznie nienawidzi i zabijabez pardonu, dobrze wiedząc, że w akcie pomsty utłucze tylko tenajbardziej gapowate osobniki.
Niespodziewanieokienko trzech kobiet rozjaśnia się, mistrz więc trochę ciaśniejprzymruża powieki, aby etwasbesser,nieco lepiej widzieć, co się tam u nich dzieje, lecz wskutek nadtogwałtownego ruchu strąca ze stołu stertę papierzysk, a kiedy,rozsunąwszy krótkie, grube uda, pochyli się, by zebrać do kupyrozfrunięte kartki, karteluszki i obrywki, pierwsze co wpada mu wpalce to brudnopis jego własnego zobowiązania złożonego w Ratuszu:Przyrzekamdobrym swoim przykładem uczniów do przyzwoitego i skromnego życiazachęcać, wszelkich starań dołożyć, aby muzykę w obu kościołachrozwinąć jak najlepiej; nie przyjmować do szkoły chłopców, którzyzasad muzyki nie znają, oraz takich, którzy nie posiadajądostatecznych zdolności, tak iż z góry wiadome mi być może, żepostępów od nich oczekiwać nie należy. Aby kościołom niepotrzebnychzaoszczędzić wydatków, zobowiązuję się uczyć chłopców nie tylkośpiewu, lecz również gry na różnych instrumentach. Muzyką w kościeletak obiecuję kierować, aby nigdy nie trwała zbyt długo, i dawaćbaczenie na to, by nie brzmiała operowo, lecz owszem, wiernych dopobożnego skupienia zachęcała. Obiecuję też bez zezwoleniasprawującego władzę burmistrza miasta nie opuszczać. W dowód czegoumowę tę własnoręcznie podpisałem i pieczęcią swą potwierdziłem2;a pieczęć gdzie? nie wiadomo, gdzieś się zadziała, w każdym raziemistrz od dawna nie miał jej w ręku.
Zobowiązanie,odczytuje sobie słowo po słowie, po każdym wyrazie jakby stawiałprzecinek, zerkając przez swoje w tamto okienko, ale oto dobrnie dosłówka przyzwoitośći utyka w nim na dobre zastopowany potężnym uderzeniem krwi do głowy:to efekt wstydu!, trudno się do tego przyznać, ale wie dobrze, żewłazi tu na górkę nie tylko dla spraw muzycznych, nie tylko żebyśpiewającpieśń stopnizbliżaćsię do Najwyższego lub pisywać listy do Händla, ale też, aby zajmującsię tym wszystkim, doczekać momentu, gdy mieszkanki dolnej izby,kończąc pracę, uśmiechają się do siebie, po czym na chwilę opuściwszypokój, powrócą z instrumentami - starsze ze skrzypcami, młodszaze zwykłym, prostym fletem; o, teraz odkładają instrumenty na stół iprzesuwają swoje krzesła z solidnymi oparciami i poręczami bliżejokna - dwa ustawiając obok, ale oparciami nieco od siebieodchylone, trzecie - dziewczyny - naprzeciwko swoich; o,już się w nich sadowią i moszczą; lekko unosząc się nad siedziskami,rozprostowują załamania spódnic, wygładzają ich fałdy na swoichudach, układają zaś te spływające wzdłuż łydek ku podłodze i,wychylając się, sięgają po instrumenty; starsze z niewiast, zwyklekapelmistrz ogląda je od tyłu lub, rzadziej, z trochę jakbyprzyciętego profilu, natomiast młódkę niezmiennie widzi enface:oto właśnie - na ten jej gest oczekuje z napięciem ipodnieceniem, od którego płoną mu policzki i potnieją dłonie -panienka wdzięcznym, miękkim ruchem rąk ujmuje flet w paluszki, unosigo tuż przed rozchylone bladoróżowe wargi i wpatrzona w jego dzióbek,rzucanym jednocześnie przed się spojrzeniem łowi inicjatywne,delikatnie ślizgające się w powietrzu, dźwięki pierwszych skrzypiec,za którymi w te pędy biegną, ale nie potykając się, mimo żenaśladowczo nieco zwariowane formy ostinatodrugich skrzypiec; że młódkę bawi ich przekora, uśmiech rozjaśnia jejszczupłą twarz, jasną na tle rozproszonej światełkiem świecy szarościpokoju, ale uśmiechając się, zarazem niepostrzeżenie przysuwarozchylone wargi do ustnika tak, że kiedy tylko dźwięki pierwszych idrugich skrzypiec na niewyobrażalnie krótki moment zderzą się ze sobąw przezroczystej pustce interwału, dziewczę spieszy im kuwspomożeniu, wsuwając dzióbek instrumentu w usta i wydobywając zeńpowłóczysty smętny ton nieco jakby przymglony, ale momentamitryskający mocno czystym światłem, nie! może nie tyle czystym, cobladobiaławym blaskiem emulgującym się w mocno już pociemniałejszarości izby; a jest to ton, który nadwornego kapelmistrza KsięciaPana przyprawia o podniecający gniew, bo ta dziewucha z fletem przyustach wygląda nie tylko wyzywająco, ale wprost buntowniczo,paskudnie i obscenicznie!
wserii kwadratukazały się
"2008","2011", "2014", "2017" -antologie współczesnych polskich opowiadań
MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"
WaldemarBawołek"To co obok"
KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"
DariuszBitner"Książka"
RomanCiepliński"Diabelski młyn"
TomaszDalasiński"Nieopowiadania"
KrzysztofGedroyć"Przygody K"
AndrzejGrodecki"Iluzje"
BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inneludzie"
LechM. Jakób"Ciemna materia"
BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"
WojciechKlęczar"Wielopole"
BogusławaLatawiec"Ciemnia"
RyszardLenc"Chimera"
ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz","Skerco"
MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"
AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"
JarosławMaślanek"Ferma ciał"
DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolnośćpachnie wanilią"
KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości","Second life", "Wariant do sprawdzenia","Zamęt"
EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"
Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"
PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic","Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"
PawełPrzywara"Zgrzewka Pandory"
KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"
AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczeryfacet"
GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani"
ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"
LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia","Zdjęcie"
IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"
ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"
AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncertmuzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"
AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"
EmiliaWalczak"Hey,Jude!"
MiłoszWaligórski"Ktoto widział"
Henryk Waniek "Miastoniebieskich tramwajów"
MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"
BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"
GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"
MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"
TadeuszZubiński"Rzymska wojna"