"Tirpitz" opuszcza kryjówkę
Kapitan Marynarki Królewskiej George Gonin wszedł do gmachu Admiralicji
od strony prospektu Mall. Idąc korytarzem, utrzymanym w stylu typowego
ratusza ze środkowej Anglii, oddawał raz po raz honory wojskowe.
Wyżsi stopniem oficerowie ledwie zatrzymywali na nim spojrzenie.
Niektórzy z nich mogli się jedynie domyślać, że ten starszy wiekiem
kapitan jest pracownikiem Naval Intelligence Division1. A już
tylko paru ludzi w Admiralicji wiedziało, czym Gonin zajmuje się w NID.
Po zwolnieniu z marynarki wojennej pracował przez wiele lat w Antwerpii
i stał się specjalistą od spraw linii wybrzeża, portów i wód
śródlądowych Holandii, Belgii i północnej Francji. Ktoś kiedyś
powiedział, że gdyby nie natrafiono na Gonina, wywiad morski mógłby
zawiesić swą działalność na kołku. Było w tym wiele przesady, ale też i ziarno prawdy. Osoby odpowiedzialne za rozpoznanie wybrzeża po drugiej
stronie kanału La Manche i nad Morzem Północnym dopuściły się bowiem w okresie międzywojennym poważnych zaniedbań. Wiara w militarną potęgę
Francji była tak silna, że brytyjskie ośrodki planowania i wywiadu nie
brały pod uwagę, iż mogą w przyszłości potrzebować informacji o jej
portach oraz fortyfikacjach obronnych...
Kapitan Gonin szedł jak co dzień rano długim korytarzem, który kończył
się jak gdyby małą nawą poprzeczną. Ta część pomieszczeń, oddzielona od
pozostałych rzędami filarów, należała do biur Ośrodka Wywiadu
Operacyjnego, pracującego dla sztabu marynarki.
Panował tu hałas i rozgardiasz jak w redakcji dziennika. Co chwila
odzywały się telefony, prowadzono jednocześnie po kilka rozmów. W wąskich przejściach, łączących poszczególne pokoje, mijały się
sekretarki z plikami dokumentów oraz taśmami wyrwanymi z dalekopisów.
Gonin lubił tę atmosferę. Lubił ten gmach, który Churchill nazwał
"ogromnym monstrum przytłaczającym swoim wyglądem promenadę Gwardii
Konnej".
-?Niech sobie będzie monstrum -?powiedział ubawiony Gonin, kiedy
powtórzono mu to określenie. -?W każdym razie jest to najlepiej
zabezpieczony przed bombami budynek w Londynie. Gruba na dwadzieścia
stóp ściana z żelazobetonu -?to nie byle co! Nie chciałbym znajdować się
na miejscu premiera w jego schronie w Storey Gate, zaledwie o sześćset
jardów* od nas. Zapewne myśli niejednokrotnie o tym, czy kolejny nalot
nie spowoduje zalania schronu wodami Tamizy...
Kapitan zdawał sobie jednak sprawę, jak wysoką cenę płacili za
bezpieczeństwo ludzie tu zatrudnieni. Byli całkowicie odizolowani od
świata zewnętrznego. Nie docierały do ich pomieszczeń odgłosy ulicy, a także śpiew ptaków i szum drzew z pobliskiego parku Świętego Jakuba. Nie
wiedzieli nawet, czy pada deszcz, czy też świeci słońce. Paliło się
tutaj zawsze elektryczne światło, ponieważ nie było okien. Tak wyglądało
serce NID.
Kapitan Gonin otworzył drzwi swego pokoju i wszedł do środka. Przekręcił
wyłącznik, zdjął czapkę i ściągnął z siebie marynarski płaszcz. Miał
zwyczaj przystępowania od razu do pracy. Podszedł do sejfu w ścianie i wyjął pokaźnych rozmiarów publikację, która przypominała album prac
graficznych.
Na okładce wydrukowano dużymi literami: "Port w Saint-Nazaire. Dok
"Normandie". Opis nowych śluz wraz z rysunkami". Pod spodem zaś:
Instytut Projektów Inżynieryjnych na Great George Street.
Ilekroć Gonin brał do rąk tę publikację, zawsze uśmiechał się
ironicznie. Trafił na nią zupełnie przypadkowo. Jeden z jego kolegów
znał pewnego inżyniera z tegoż instytutu, który -?dziwnym zbiegiem
okoliczności -?mieścił się niedaleko od gmachu Admiralicji. Z tego faktu
Gonin wysnuł wniosek, że wywiad morski, podobnie zresztą jak i inne
służby rozpoznawcze, dochodzi niekiedy do ważnych odkryć w sposób z góry
nieplanowany lub wręcz przypadkowy. Wartościowe materiały o istotnym
znaczeniu dla tajnych operacji zamiast znajdować się w sejfach NID
zalegały po prostu na półkach w różnych cywilnych instytucjach i mógł do
nich zajrzeć każdy, kto tylko miał na to ochotę.
Usiadł za biurkiem i zaczął studiować opis śluz. Robił to już od dawna,
sporządzając przy tym szczegółowe notatki, które przenosił do tajnego
brulionu. Na jego okładce umieścił napis: "St. Nazaire -?cel ataku".
Gonin jako jeden z pierwszych w NID wysunął śmiały pomysł rajdu na tę
bazę morską w okupowanej przez Niemców zachodniej części Francji.
Wielokrotnie rozmawiał na ten temat ze swymi kolegami z wydziału
niemieckiego i z sekcji Kriegsmarine. Ryzykowny projekt, uznawany
początkowo za fantazję, stopniowo zaczął wywoływać coraz większe
zainteresowanie i znajdować nowych zwolenników. Z dokonywanych analiz
niezbicie wynikało, że w nabierającej rozmachu bitwie o Atlantyk
francuskie porty Brest, Lorient i St. Nazaire odgrywają zasadniczą rolę,
o wiele ważniejszą niż porty norweskie.
Niemcy urządzili w nich bazy dla swoich okrętów podwodnych, tam znalazły
schronienie ciężkie jednostki nawodne Kriegsmarine, stamtąd wreszcie bez
przeszkód można było wypływać na ocean. Każdy z pracowników NID zdawał
sobie z tego sprawę, ale tylko nieliczni wiedzieli, że jedna z tych baz
-?St. Nazaire -?spełnia w tym systemie rolę szczególną. Jeszcze przed
wojną Francuzi zbudowali tam nowoczesny suchy dok "Normandie", zaliczany
do największych na świecie, który w warunkach wojennych mógł być
wykorzystany do przeglądu i remontów wszystkich bez wyjątku krążowników
i pancerników Kriegsmarine. Na liście tych jednostek znajdował się też
"Tirpitz" -?bliźniak zatopionego "Bismarcka", groźny olbrzym wywołujący
niepokój w Admiralicji od czasu, gdy wszedł do akcji.
Jeszcze świeżo w pamięci mieli wszyscy rajd "Bismarcka", który po
zatopieniu "Hooda", dumy Królewskiej Marynarki, wycofywał się
pośpiesznie atlantyckim szlakiem do St. Nazaire, bo tylko tam, w doku
"Normandie", ekipy stoczniowców mogły mu przywrócić bojową sprawność i usunąć liczne uszkodzenia. Żaden inny francuski port, choć także
wyposażony w urządzenia naprawcze, nie sprostałby temu zadaniu.
"Bismarck" poszedł na dno -?m.in. dzięki brawurowej akcji polskiego
niszczyciela ORP "Piorun", który w decydującym momencie jako pierwszy
wytropił nieprzyjaciela i zmusił go do nawiązania kontaktu ogniowego,
ułatwiając w ten sposób wprowadzenie do walki głównych sił pościgowych -
ale na arenie pojawił się wkrótce jego następca, "Tirpitz".
Cały NID postawiono na nogi, żeby śledzić ruchy tego pancernika. Niemcy
tym razem działali ostrożniej -?nie mogli sobie pozwolić na stratę
największego okrętu. Dopóki "Tirpitz" przebywał w Norwegii, wywiad na
ogół szybko uzyskiwał informacje o jego rejsach. W Altafiordzie, gdzie
mieściła się jego baza paliwowa, w Trondheim i w innych portach
norweskich Brytyjczycy zdołali zorganizować sprawną sieć agentów, którzy
drogą radiową meldowali o każdym wyjściu pancernika w morze. Oczywiście
były to informacje niepełne, bo nikt poza niemiecką załogą nie wiedział,
dokąd i po co okręt wypływa, ale już sam fakt opuszczenia bazy alarmował
jednostki Home Fleet operujące na Morzu Północnym.
W tym okresie nie liczono się jeszcze z możliwością skierowania
"Tirpitza" do korsarskich działań na Atlantyku. Samotny rejs był mało
prawdopodobny. Asysta dwóch innych lekkich pancerników, "Lützowa" i "Scheera", które także stacjonowały w portach norweskich, nie dawała
jeszcze gwarancji przedarcia się na ocean dwoma dostępnymi szlakami -
między Szkocją a Islandią lub przez Cieśninę Duńską. Nie dziwi więc, że
projekt ataku na St. Nazaire, podnoszony ciągle przez Gonina, nie
wchodził w fazę praktycznych przygotowań. Szkoda było ponosić ryzyko w warunkach, kiedy dotarcie "Tirpitza" do obserwowanej ustawicznie
francuskiej bazy pozostawało w sferze przypuszczeń.
Sytuacja uległa radykalnej zmianie pół roku później. Korzystając ze
sztormowej pogody i mgły, przez kanał La Manche -?pod nosem czuwających
Brytyjczyków -?przepłynął z Brestu do Wilhelmshaven silny zespół
Kriegsmarine, złożony z pancerników "Scharnhorst" i "Gneisenau",
ciężkiego krążownika "Prinz Eugen" oraz licznych niszczycieli,
torpedowców, trałowców i ścigaczy. Był to zaskakujący policzek dla Royal
Navy, panującej rzekomo niepodzielnie w strefie Kanału. Kompromitująca
porażka poderwała autorytet Admiralicji, wywołała burzę protestów w prasie i Izbie Gmin, a przygnębienie zapanowało w szerokich kręgach
społeczeństwa. W tych dniach goryczy i gniewu uświadomiono sobie, jak
bardzo iluzoryczne były nadzieje na przewagę Królewskiej Marynarki na
morzu, skoro nieprzyjaciel bezkarnie przedefilował przez strzeżone wody,
ignorując nawet artylerię nadbrzeżną.
W Ośrodku Wywiadu Operacyjnego ludzie nie mogli sobie spojrzeć w oczy. Z tym większą zaciekłością przystąpiono do rozwiązania zagadki, w jakim
celu Niemcy przegrupowali swe okręty i co mają zamiar uczynić w najbliższych tygodniach. Niewielką pociechą był fakt uszkodzenia
"Gneisenaua" i "Scharnhorsta", które najechały na miny już w pobliżu baz
niemieckich.
Wydawało się, że w zmienionej sytuacji operacyjnej, kiedy Kriegsmarine
zgromadziła w basenie Morza Północnego wszystkie ciężkie jednostki,
nieprzyjaciel podejmie nowe akcje zaczepne -?niezależnie od potęgujących
się działań okrętów podwodnych. Główną uwagę zwracano nadal na
"Tirpitza", który teraz, w godnym towarzystwie, mógł zintensyfikować swe
rajdy i wyjść na dłuższe trasy. Pancernikiem tym interesował się nawet
sam Churchill. W odręcznej notatce przekazanej Admiralicji napisał on:
""Tirpitz" odgrywa wobec nas taką samą rolę, co "King George V" na
Oceanie Indyjskim wobec Japończyków. Stwarza poczucie stałej obawy i zagrożenia czającego się ze wszystkich stron. Pojawia się i znika,
powodując zamieszanie i zamęt".
Specjaliści z NID przewidywali dwa warianty działań: rozwinięcie na
szerszą skalę akcji przeciwko konwojom płynącym do portów radzieckich
przez Morze Barentsa lub przedarcie się zespołu pancerników na Atlantyk.
Pierwszy wariant, choć także niebezpieczny, potraktowano jako mniejsze
zło. Konwoje do ZSRR płynęły i tak nieregularnie, dostawy uzbrojenia i sprzętu opóźniały się, mimo składanych oficjalnie deklaracji o gotowości
spełniania sojuszniczych zobowiązań. Kierując się wyłącznie własnym
interesem i wyrachowaniem politycznym, Brytyjczycy mogli je całkowicie
zawiesić na pewien okres -?co zresztą nastąpiło kilkakrotnie.
Drugi wariant, z punktu widzenia Londynu, krył w sobie widmo
poważniejszej katastrofy. Gdyby "Tirpitz" z grupą innych pancerników
zdołał się przedrzeć na ocean -?zachęcony świeżym przykładem swobodnego
przejścia przez kanał La Manche -?i gdyby włączył się do działań
korsarskich na Atlantyku, wspierając akcje U-bootów, los wielu konwojów
byłby ostatecznie przesądzony. Wielka Brytania opierała swą wojenną
egzystencję na dostawach z zewnątrz, głównie ze Stanów Zjednoczonych i Kanady. Przecięcie tych życiodajnych arterii lub zakłócenie ich
funkcjonowania groziło następstwami, o których przeciętny mieszkaniec
Wysp myślał zawsze z trwogą.
I wtedy właśnie, w obliczu coraz wyraźniej rysującego się
niebezpieczeństwa, na porządku dziennym w NID stanęła sprawa rajdu na
St. Nazaire. Tylko w tym porcie "Tirpitz" mógł liczyć na remont w razie
doznania uszkodzeń podczas swych atlantyckich rejsów. Zniszczenie doku
"Normandie" odebrałoby Niemcom tę możliwość i zredukowałoby co najmniej
o połowę operacyjną wartość pancernika, która tkwiła nie tylko w jego
właściwościach taktyczno-technicznych -?w potędze artylerii i grubości
pancerza -?ale także w sprawności zaplecza, w skomplikowanym zespole
środków niezbędnych do regeneracji okrętu. W to zaplecze Brytyjczycy
chcieli wymierzyć celny cios.
Gonin mógł więc teraz solidnie zabrać się do roboty.
Tego dnia przez kilka godzin analizował rysunki doku "Normandie" i jeszcze raz dokładnie przyjrzał się jego położeniu w porcie. Obiekt
sprawiał imponujące wrażenie -?przy swej długości sięgającej blisko 350
metrów i szerokości 50 metrów mógł przyjąć statek lub okręt o wyporności
85 000 ton, a więc każdą ze znanych wówczas jednostek pływających na
świecie. Powstał niejako z konieczności, gdy w St. Nazaire przystąpiono
do budowy transatlantyku "Normandie" -?flagowego statku francuskiej
floty pasażerskiej.
Połączono wówczas bezpośrednio z ujściem Loary wielki basen wewnętrzny -
Bassin de Penhouet, tworząc w ten sposób trzecie wejście do portu.
Patrząc na rysunki doku, Gonin widział plastycznie cały port.
Dok "Normandie" połączony był z basenem Penhouet, a ten z kolei z basenem zewnętrznym -?basenem St. Nazaire.
Do basenu St. Nazaire prowadziły z ujścia Loary dwa bezpośrednie
wejścia. Jedno z nich, od południa, niemal równoległe z biegiem rzeki,
ochraniały dwa długie falochrony, zbiegające się ku sobie i tworzące
awanport, w którym statki oczekiwały na zwolnienie miejsca przy
nabrzeżu. Drugie, tzw. Stare Wejście, znajdowało się od strony
wschodniej i było chronione przez molo spełniające rolę falochronu,
nazwane Starym Molo.
Wyporność "Tirpitza", wynosząca ponad 42 000 ton, powodowała, że te dwa
wejścia nie mogły być w ogóle brane pod uwagę. Przez pierwsze z nich
mogła przepłynąć do basenu St. Nazaire, a następnie do basenu Penhouet
jednostka o wyporności najwyżej 10 tysięcy ton. Drugie, od strony
wschodniej, było jeszcze mniejsze.
Pozostawało więc tylko trzecie wejście -?dok "Normandie", który pełnił
jednocześnie funkcję śluzy.
Zamykały go z dwóch stron dwa ogromne kesony -?zewnętrzny i wewnętrzny.
Gdy statek przesuwał się do basenu Penhouet, kesony były kolejno
uruchamiane za pomocą urządzeń z napędem hydraulicznym. Gdy zaś chciano
skorzystać z suchego doku, oba kesony zamykano i wypompowywano wodę.
Gonina interesował przede wszystkim zewnętrzny keson, który należało
zniszczyć.
Jak tego dokonać?
Zajrzał jeszcze raz do swoich obliczeń w brulionie.
Wrota śluzy w St. Nazaire miały ponad 50 metrów długości, 10 metrów
szerokości i 16 metrów wysokości. Była to konstrukcja wyjątkowo silna,
zdolna nie tylko powstrzymać ciśnienie wody na zewnątrz, lecz również
dobrze zabezpieczona przed przypadkowymi zderzeniami ze statkiem.
Podobnie zaprojektowane i wykonane zostały wrota śluzy w wielkim doku
Króla Jerzego V w angielskim porcie Southampton...
Zajęty pracą Gonin nie zauważył nawet, kiedy pojawiła się sekretarka.
-?Przesyłka z Medmenham, sir.
Spojrzał na sporych rozmiarów pakiet, który mu podała. W rogu znajdował
się symbol "A1", jedynie pracownicy wywiadu wiedzieli, iż oznacza on
informacje najwyższej wagi.
-?Kiedy to nadeszło?
-?Przed chwilą, sir.
Sekretarka opuściła pokój.
Kapitan nie miał wątpliwości, że są to zdjęcia z ośrodka w Medmenham.
Przed paroma miesiącami zwrócił się do wywiadu lotnictwa o sporządzenie
-?w oparciu o fotografie lotnicze -?dużego modelu bazy w St. Nazaire.
Później pojechał do Medmenham i dokładnie omówił wszystko z ekspertami.
Zdjęcia zostały powiększone do rozmiarów stołu. Można było na nich
rozróżnić nie tylko stanowiska dział oraz budynki w porcie, lecz także
drzwi do nich.
Nienasyceni saperzy podpułkownika Newmana żądali jednak ciągle nowych
danych -?i to tak natarczywie, że niekiedy Gonina i jego
współpracowników wyprowadzało to z równowagi. Spory kończyły się
zazwyczaj pojednawczo, bo w końcu uczestnicy wypadu mieli prawo znać
różne, pozornie nawet drobne szczegóły techniczne w urządzeniach i obiektach portowych, które miały być zniszczone. Czekała ich praca w ciemnościach pod morderczym ogniem Niemców.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki