w
serii kwadrat
ukazały się:
"2008",
"2011", "2014", "2017", "2020" - antologie
współczesnych polskich opowiadań
Andrzej Ballo
"Made in Roland"
Marcin
Bałczewski
"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"
Wenanty Bamburowicz "Masy
powietrza"
Waldemar
Bawołek
"To co obok"
Kostia
Berezin (Paweł Laufer)
"Buty Mesjasza"
Jacek
Bielawa "Kościelec"
Maciej Bieszczad "Ultradźwięki"
Dariusz
Bitner
"Książka"
Jarosław
Błahy "Rzeźnik
z Niebuszewa", "Zaklęty w szerszenim gnieździe"
Roman
Ciepliński
"Diabelski młyn" , "Ukryte myśli" , "Schyłek", "Życie
zastępcze"
Tomasz
Dalasiński
"Dzień na Ziemi", "Nieopowiadania", "Przystanek kosmos"
Jerzy
Franczak
"Święto odległości"
Krzysztof
Gedroyć
"Przygody K"
Andrzej
Grodecki
"Iluzje"
Brygida
Helbig
"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inne ludzie"
Lech
M. Jakób
"Ciemna materia"
Jarosław
Jakubowski
"Ciemna Dolina", "Koń", "Wojna"
Bogusław
Kierc
"Bazgroły dla składacza modeli latających"
Wojciech
Klęczar
"Wielopole"
Jarosław
Księżyk
"Hydra"
Bogusława
Latawiec
"Ciemnia"
Ryszard
Lenc
"Chimera"
Artur
Daniel Liskowacki
"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz", "Skerco",
"Spowiadania i wypowieści"
Miłka
O. Malzahn
"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"
Agnieszka
Masłowiecka
"Pyszne ciało", "Splątanie"
Jarosław
Maślanek
"Ferma ciał"
Piotr Michałowski "Światy
równoległe"
Dariusz
Muszer
"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolność pachnie wanilią"
Krzysztof
Niewrzęda
"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości", "Second
life", "Wariant do sprawdzenia", "Zamęt"
Ewa
Elżbieta Nowakowska
"Apero na moście"
Cezary Nowakowski,
Jakub Nowakowski
"Błogosławieni"
Paweł
Orzeł
"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic", "Ostatnie myśli (sen
nie przyjdzie)"
Paweł
Przywara
"Ricochette",
"Zgrzewka Pandory"
Gustaw
Rajmus
""Dwie Historie" i inne historie"
Krystyna
Sakowicz
"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"
Alan
Sasinowski
"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczery facet"
Grzegorz
Strumyk
"Kra", "Nierozpoznani", "Wyjście"
Łukasz
Suskiewicz
"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"
Leszek
Szaruga
"Dane elementarne", "Podróż mego życia", "Zdjęcie"
Izabela
Szolc
"Śmierć w hotelu Haffner"
Łukasz
Szopa
"Kawa w samo południe"
Michał Trusewicz "Przednówki"
Andrzej
Turczyński
"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncert muzyki
dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"
Anatol
Ulman
"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"
Emilia
Walczak
"Hey,
Jude!"
Miłosz
Waligórski
"Kto
to widział"
Henryk Waniek "Miasto
niebieskich tramwajów"
Maciej
Wasilewski
"Jednodniowy
spacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodej Polski w
latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"
Bartosz
Wójcik
"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"
Grzegorz
Wróblewski
"Nowa Kolonia"
Maciej
Wróblewski
"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"
Tadeusz Zubiński "Rzymska
wojna"
Pociąg
osobowy relacji Zlin - Stare Otmontowice staje na stacji o dziwnej
nazwie. Wysiadamy. Wynajmujemy jedyny pokój w przystacyjnym
hoteliku, którego elewację pokrywa tynk koloru przegniłej słomy.
Wita nas wielka sypialnia z wysokimi oknami i skrzypiącym drewnianym
łóżkiem nakrytym pierzynami. Na ich wierzchołku siedzi, szeroko
rozkładając nóżki, porcelanowa lalka w pstrokatej zapasce. Jej
buzia lśni, a oczy patrzą śmiało przed siebie. Pozostałe
umeblowanie stanowią: stół, dwa krzesła, toaletka z trójdzielnym
lustrem i trzydrzwiowa szafa. Podłoga jest grubo pociągnięta
brązową farbą olejną. Na ścianach pokrytych starą, tu i ówdzie
poodklejaną wzorzystą tapetą wiszą oszklone i oprawione w złocone
ramki stare zdjęcia przedstawiające różne zakątki miasta o
dziwnej nazwie, a także oleodruki ze scenami biblijnymi. Mamy
wrażenie, że pomyliliśmy stacje. Niemniej to właśnie tu mamy do
załatwienia sprawę.
Pokój
jest wychłodzony. W kącie stoi piec kaflowy jasnoceglastej barwy.
Jest zimny. W pokoju nie znajduje się nic, czym można by rozpalić
ogień. Wychodzę z pokoju zapytać recepcjonistę, czy mógłby coś
na to zaradzić. Naciskam dzwonek leżący na drewnianym, wyślizganym
pulpicie. Urządzenie wydaje ochrypły dźwięk. Po długiej chwili
zjawia się ów człowiek. Jest stary, chodzi powoli i szura
filcowymi pantoflami po podłodze. Dopiero teraz zwracam uwagę na
jego twarz. Pokrywają ją liczne bruzdy świadczące o wieloletnim
doświadczeniu. Mógłby grać w filmach Sergio Leone.
Staram
się być spokojny, rozluźniony. W pokoju jest bardzo zimno. Można
by napalić w piecu? To nie będzie możliwe. Mówi cicho. Wydaje mi
się, że w jego głosie słyszę satysfakcję. Można wiedzieć
dlaczego? A jednak zwycięża mnie irytacja. Dziadek tryumfuje. Piec
jest zatkany. Trzeba przestawić. Ale nie ma komu zrobić. Zdun umarł
na jesieni. Pytam, czy w tej sytuacji mógłby udostępnić nam jakiś
grzejnik. Zima tego roku była paskudna, mokra i gruźlicza. Nie
lepiej przedstawia się sytuacja z przedwiośniem. Trudno nawet
stwierdzić, czy to już przedwiośnie, czy jeszcze agonia długiej
zimy. Jednak i ta moja prośba nie znajduje zrozumienia u starca.
Nigdy nie słyszał, aby goście hotelowi dogrzewali pokoje jakimiś
dodatkowymi urządzeniami. Poza tym dawno nie widziano tu gości.
Wracam
do pokoju, aby przekazać wiadomość, że czeka nas zimna noc.
Zastaję Marię, gdy siedzi przed lustrem i szczotką rozczesuje
włosy. Są długie i właśnie zaczęły pojawiać się w nich
pojedyncze siwe pasemka. Marię niezmiernie to smuci i nie lubi o tym
mówić, a
jednak nie chce farbować włosów. Twierdzi, że to żałosne
maskować objawy przemijania.
- Na
szczęście mamy grube pierzyny - mówię, siadając na łóżku.
Czuję, jak ugina się pod moim ciężarem, a sprężyny wydają
metaliczne brzęknięcia. Pierzyny mają zapach starości i wilgoci.
Zastanawiam się, ilu ludzi pod nimi spało. Wzdrygam się na myśl,
że ktoś mógł pod nimi również umrzeć.
- Nie
powinniśmy tu przyjeżdżać. Mam złe przeczucia. - Maria
przestaje się czesać.
Nie
lubię, gdy tak mówi, zwłaszcza że przeczucia prawie nigdy jej nie
zawodzą. Dlaczego jednak nasza podróż do miasta o dziwnej nazwie
miałaby źle się skończyć? Wszystko na razie wygląda dobrze,
pomijając nieogrzewany pokój i opryskliwego recepcjonistę.
Podchodzę do Marii i gładzę ją po włosach. Z zaciekawieniem
spoglądam na jej trzy odbicia w zwierciadle. Mam wrażenie, że
każde ukazuje inną postać.
- Lubię,
gdy tak robisz.
Mówi
cicho, uśmiecha się. Moje dłonie błądzą po jej szyi, piersiach.
- Nie.
Przestań.
Moje
pożądanie i moje lodowate dłonie.
- Nie
umiem kochać się w takich miejscach. Ci wszyscy święci...
Rzeczywiście,
z obrazów patrzą na nas poważnie święci Pańscy. Nawet Chrystus
z gorejącym sercem jakby kątem oka zerka na nas, przybyszów z
daleka, którzy próbują oswoić obce miejsce. Znam ten obraz
doskonale. Przypomina mi stary oleodruk z Marią Magdaleną
pokutującą w grocie. W dzieciństwie patrzyłem na niego
codziennie. Mieszkałem w mieście całkiem podobnym do tego, w
którym właśnie jesteśmy. Też docierała tam kiedyś kolej, a
gwizd lokomotywy stale wplatał się w tło dźwiękowe wielu
wydarzeń. Obraz był oszklony i oprawiony w grubą złoconą ramę
rzeźbioną w liście akantu. Godzinami mogłem wpatrywać się w
półnagą, dobrze zbudowaną dziewczynę, która, leżąc, czyta
grubą księgę, a obok niej spoczywa ludzka czaszka. Wylot z
pieczary, nieregularna lazurowa plama, był dla mnie głową potwora.
Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że to zwykły, seryjny oleodruk.
Że oryginał namalował Włoch nazywający się trochę groteskowo -
Pompeo Batoni. I że ten oryginał prawdopodobnie spłonął podczas
bombardowania Drezna pod koniec drugiej wojny. Liczyły się nagie,
miękkie ramiona tej dziewczyny, jej ledwie zasłonięte piersi i jej
alabastrowa skóra, która świeciła w ciemności.
Otwieram
okno i stojąc w nim, zapalam papierosa. Do pokoju wdziera się
wilgotny chłód. Zaciągam się głęboko. Szaro. Stacja jest pusta
i oświetlona nikłym światłem latarni z blaszanymi kloszami. Za
torami stoi rząd szarych ruder, nad którymi góruje zielony
gołębnik wsparty na czterech drewnianych belkach. Obsiadają go
ptaki, które pod wieczór wracają do domu. Po prawej stronie
rozciąga się pustkowie pokryte hałdami węgla i kamieni oraz
pryzmami zużytych podkładów kolejowych. W oddali dostrzegam
przygarbioną sylwetkę, która idzie w naszą stronę. Po chwili
widzę, że to mężczyzna, a jego chód jest chwiejny jak to u
pijanego. Wyrzucam niedopalonego papierosa przez okno i zamykam je.
Po chwili słyszę dochodzące spod okna szmery. Rozsuwam poszarzałą
firankę. Pijany mężczyzna pochyla się, próbując sięgnąć
niedopałek. Kiedy w końcu mu się to udaje, wkłada go do ust i
zapala. Wtedy nasze spojrzenia spotykają się. Twarz tamtego niczego
nie wyraża. Jest w niej wyłącznie znużenie, jakby zbyt długim
dniem czy życiem. Mężczyzna odwraca się i znika mi z pola
widzenia.
- Jesteś
głodna?
Jest.
Wyjmuję z walizki kanapki i rozkładam na stole. Mamy też termos z
herbatą, jednak w drodze zdążyła wystygnąć. Siedzimy przy stole
i w milczeniu żujemy chleb. Patrzę na Marię. Maria patrzy w szarą
przestrzeń za oknem. To nasza pierwsza wspólna podróż od wielu
lat. Początkowo nie chciała się na nią zgodzić, ale przekonałem
ją, uciekając się do podstępu. Kwieciście objaśniałem jej, że
miasto o dziwnej nazwie to cudowne miejsce dla ludzi takich jak my,
zagubione na mapie, z dala od dużych ośrodków, ukryte wśród
jezior i lasów. Choć całkiem inna była prawda o przyczynach
naszego wyjazdu do tego miasta o dziwnej nazwie.
Raz
do roku w mieście tym odbywa się targ koński, na który zjeżdżają
hodowcy z bliższych i dalszych okolic. Zaletą tego targu jest, że
konie tu oferowane nie osiągają zbyt wygórowanych cen, mogą więc
sobie na nie pozwolić nawet niezbyt zamożni kupcy. Maria kocha
konie. Od najmłodszych lat pobierała lekcje jeździectwa. Niestety,
ani ona, ani ja nie pochodzimy z rodzin, w których żywe byłyby
tradycje hodowlane. Poza tym długo nie mogliśmy sobie pozwolić na
kupno konia, chociażby podlejszego rodzaju. Oboje bowiem posiadamy
zawody i umiejętności gwarantujące dochody albo niewysokie, albo
nieregularne, co na jedno wychodzi. Nie podzielam końskiej pasji
Marii, zapach tych czworonogów przyprawia mnie o mdłości, a same
konie wzbudzają we mnie lęk. Nie chcę umrzeć kopnięty przez
któreś z tych zwierząt w głowę albo w brzuch. Cios kopytem w
brzuch wydaje się najgorszy. Krwawiące organy wewnętrzne, potworny
ból, długa agonia. Gdy Maria wracała z lekcji jazdy, cały dom
wypełniał się zapachem końskiego potu. Nie pomagało wietrzenie
ani to, że Maria natychmiast po powrocie do domu zwykła brać
kąpiel. Wciąż czułem tę okropną dla mnie końską woń.
- Konie
to najcudowniejsze istoty pod słońcem.
Uważam,
że bynajmniej nie konie, ale kobiety, a zwłaszcza jedna z nich
zasługuje na to miano. Maria uśmiecha się, ukazując rząd swoich
zdrowych zębów. W myślach dodaję "końskich", a przecież są
to zadbane zęby pięknej kobiety, która dziwnym trafem jest moją
żoną. Ale tak często porusza końskie zagadnienia, że bezwiednie
porównuję je do zębów zwierzęcia, po których ocenia się stan
jego zdrowia. Kocham Marię i jestem gotów zrobić dla niej
wszystko. Kiedyś od niechcenia rzuciła, że chciałaby mieć
swojego konia. Powiedziałem, że to niepotrzebny wydatek, ale już
wtedy zacząłem myśleć o tym, jak spełnić marzenie Marii. W
tajemnicy przed nią zacząłem też odkładać niewielkie sumy, w
nadziei, że uda mi się zebrać kwotę potrzebną do kupna
wierzchowca. Wierzyłem, że jeśli spełnię marzenie Marii, będzie
mnie kochała tak, jak na początku, a z jej oczu zniknie smutek,
który pojawiał się zawsze, gdy kierowała na mnie wzrok.
Wierzyłem, a jednocześnie nie wierzyłem w sens moich starań. I
tak, na wąskiej grani między sensem a bezsensem parłem do celu,
jakim był koń dla Marii. Jego zakup stopniowo stawał się moją
obsesją, śledziłem ogłoszenia drobne w prasie, czytałem
specjalistyczne pisma poświęcone problematyce hodowli, zagłębiałem
się w koński świat. Maria myślała, że to dlatego, że w końcu
przekonałem się do jej pasji, ale to była nieprawda. Konie
niezmiennie wzbudzały moją niechęć, ale uczepiłem się myśli,
że koń dla Marii oznacza ratunek dla naszej miłości.
Odkładałem
pieniądze i zbierałem informacje, aż natrafiłem w pewnej starej
pożółkłej gazecie na wzmiankę o końskim targu w mieście o
dziwnej nazwie. Powziąłem plan: zaprosić Marię na wycieczkę, w
czasie której zaskoczę ją - kupując jej wymarzone zwierzę.
Dzień targu wypada nazajutrz. Na razie mamy przed sobą noc w
wyziębionym pokoju w przystacyjnym hoteliku.
Zmierzch
zapada bardzo szybko. Szarość za oknem zmienia się w
granatowoczarny monolit. Z oddali dochodzi szczekanie psów. Maria
idzie do łazienki w korytarzu, a gdy z niej wraca, ma minę, jakby
zobaczyła coś bardzo niemiłego.
- Nie
idź tam. To okropne miejsce - mówi i zaczyna rozbierać się do
snu.
- Nie
chciałem żeby tak było - próbuję ją objąć, ale zdejmuje z
siebie moje ramię. - Chciałem, żeby było tak jak na początku...
- Wiem
- odpowiada i kładzie się. Spod pierzyny wystaje tylko jej twarz.
Oczy ma zamknięte.
- Jutro
trochę pozwiedzamy i może znajdziemy lepszy nocleg.
Maria
milczy, choć jestem przekonany, że nie śpi.
Wychodzę
do łazienki w nadziei, że uda mi się odświeżyć po długiej i
męczącej podróży. W korytarzu panuje półmrok. Jest tu tylko
jedno źródło światła - lampa o kulistym bladoróżowym kloszu.
Stara, pamiętająca jeszcze chyba lata siedemdziesiąte XX wieku.
Światło w łazience jest zapalone, a drzwi uchylone, jakby Maria
opuszczała to miejsce w popłochu. Popycham drzwi łazienki i
wchodzę. Lastrykowa podłoga jest mokra. W powietrzu unosi się
zapach wilgoci i grzyba. Lustro nad zżółkłym zlewem pokrytym
starymi zaciekami jest popękane i upstrzone rdzawymi plamami. Lampa
daje światło o trupiej barwie. Moja twarz wygląda dość upiornie.
Mam zaczerwienione oczy, pod nimi cienie. Dotykam dłonią włosów.
Bez wątpienia są coraz rzadsze. Nie rozumiem tego. Jeszcze kilka
lat temu wszyscy gratulowali mi gęstej czupryny, a teraz... Odkręcam
kurek i najpierw słyszę głuchy bulgot, a potem z kranu chlusta
brunatna lodowata woda, która wprawdzie po chwili staje się
klarowniejsza, jednak pozostaje lodowata. Rezygnuję więc z planu
kąpieli, choć łazienka jest wyposażona w wannę. Opłukuję
twarz, potem myję zęby. Podchodzę do wanny i na jej dnie widzę
rojące się robactwo. O mało nie wymiotuję. W wannie są już
zresztą wymiociny pozostawione tu najpewniej przez Marię. Odkręcam
wodę i próbuję spłukać ten brud, ale odpływ okazuje się
zatkany, więc woda jedynie wynosi zanieczyszczenia, zamiast je
usunąć. Wanna znajduje się pod oknem, w które wstawiona jest
żłobiona w roślinne motywy szyba. Zdaje mi się, że tuż za szybą
widzę czyjąś twarz. Wprawdzie jej rysy są zamazane, ale od razu
myślę o człowieku, który podniósł niedopałek spod okna naszego
pokoju.
Wychodzę
szybko z łazienki i kieruję się do recepcji.
- W
pobliżu kręci się jakiś włóczęga. Proszę zadbać, żeby nam
nie przeszkadzał. Chcemy wyspać się po podróży, dobrze? -
Najgrzeczniej jak umiem, mówię do starego recepcjonisty, kiedy w
końcu doczłapuje do kontuaru.
- To
nie należy do moich obowiązków. Ma pan jeszcze jakieś życzenia?
Kipię
ze złości.
- Zapewniam
pana, że zadbanie o godziwy wypoczynek gości hotelowych należy do
pańskich obowiązków.
- Proszę
się nie awanturować, bo wezwę milicję.
- Chyba
policję.
Starzec
sięga po telefon stojący na kontuarze i zaczyna wykręcać numer na
tarczy. Kładę dłoń na widełkach.
- Niech
pan przestanie. My chcemy tylko przenocować. Jutro już nas tu nie
będzie.
- Jutro
i tak zamykamy.
Opryskliwy
staruch odwraca się na pięcie i znika w ciemnej głębi recepcji.
Wracam
do pokoju, gdzie zastaję Marię już śpiącą. Spod pierzyny
wystaje tylko jej głowa, którą teraz widzę z profilu. Włosy
częściowo zakrywają jej policzek. Ręce ma złożone przed sobą
jak do modlitwy. Moja kobieta, ale co w niej jest mojego? To ciało,
które znam tak dobrze, że nieomal traktuję je jak część siebie
samego? Teraz, kiedy jest pogrążone we śnie, nie czuję z nim
żadnego związku. Jest dalekie jak galaktyki, które obserwujemy z
Ziemi. Przez moment czuję przemożną chęć, żeby opuścić ten
pokój, ten hotel, to miasto o dziwnej nazwie, a w nim - Marię.
Opuścić i zacząć od nowa gdzieś indziej, inaczej. Ale powraca
myśl o jutrzejszym dniu i zaczynam wyobrażać sobie, jak to będzie,
kiedy już kupię Marii wymarzonego konia. Trzeba zorganizować jego
transport, zapewnić mu pokarm i picie, a przede wszystkim jakiś
dach nad głową. Łbem, konie posiadają łby, poprawiam się,
chociaż ostatecznie każdy łeb jest głową, choć nie każda głowa
łbem, bo na przykład Maria... Praktyczna strona zagadnienia pozwala
nie myśleć o tym, co dalej. To znaczy - co będzie, kiedy już
zakończy się nasza ekspedycja do miasta o dziwnej nazwie. Leżę z
otwartymi oczami, ze wzrokiem wbitym w ciemnoszary sufit, na którym
kładą się słabe smużki świateł zza okna. Maria oddycha
spokojnie, jej lekko rozchylone usta pobierają tlen, który sprawia,
że jej ciało jest ciepłe i różowawe. Jej ciało. Leży tuż koło
mnie. Odwracam się w jego stronę i patrzę Marii prosto w twarz.
Wtedy nagle obraca się na przeciwny bok, zupełnie jakby przez sen
zobaczyła, że się na nią gapię. Przysuwam się bliżej, czuję
pożądanie, ale tak naprawdę nie chcę budzić Marii. Uchyla się,
wzdycha, mruczy coś przez sen i kładzie się na wznak. Napięcie
stopniowo opada. Wtedy zasypiam.