Koń - Jarosław Jakubowski

Kup ebooka

31.50 zł
25.20 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

w serii kwadrat ukazały się:

"2008", "2011", "2014", "2017", "2020" - antologie współczesnych polskich opowiadań

Andrzej Ballo "Made in Roland"

Marcin Bałczewski "Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"

Wenanty Bamburowicz "Masy powietrza"

Waldemar Bawołek "To co obok"

Kostia Berezin (Paweł Laufer) "Buty Mesjasza"

Jacek Bielawa "Kościelec"

Maciej Bieszczad "Ultradźwięki"

Dariusz Bitner "Książka"

Jarosław Błahy "Rzeźnik z Niebuszewa", "Zaklęty w szerszenim gnieździe"

Roman Ciepliński "Diabelski młyn" , "Ukryte myśli" , "Schyłek", "Życie zastępcze"

Tomasz Dalasiński "Dzień na Ziemi", "Nieopowiadania", "Przystanek kosmos"

Jerzy Franczak "Święto odległości"

Krzysztof Gedroyć "Przygody K"

Andrzej Grodecki "Iluzje"

Brygida Helbig "Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inne ludzie"

Lech M. Jakób "Ciemna materia"

Jarosław Jakubowski "Ciemna Dolina", "Koń", "Wojna"

Bogusław Kierc "Bazgroły dla składacza modeli latających"

Wojciech Klęczar "Wielopole"

Jarosław Księżyk "Hydra"

Bogusława Latawiec "Ciemnia"

Ryszard Lenc "Chimera"

Artur Daniel Liskowacki "Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz", "Skerco", "Spowiadania i wypowieści"

Miłka O. Malzahn "Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

Agnieszka Masłowiecka "Pyszne ciało", "Splątanie"

Jarosław Maślanek "Ferma ciał"

Piotr Michałowski "Światy równoległe"

Dariusz Muszer "Homepage Boga", "Niebieski", "Wolność pachnie wanilią"

Krzysztof Niewrzęda "Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości", "Second life", "Wariant do sprawdzenia", "Zamęt"

Ewa Elżbieta Nowakowska "Apero na moście"

Cezary Nowakowski, Jakub Nowakowski "Błogosławieni"

Paweł Orzeł "Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic", "Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

Paweł Przywara "Ricochette", "Zgrzewka Pandory"

Gustaw Rajmus ""Dwie Historie" i inne historie"

Krystyna Sakowicz "Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

Alan Sasinowski "Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczery facet"

Grzegorz Strumyk "Kra", "Nierozpoznani", "Wyjście"

Łukasz Suskiewicz "Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"

Leszek Szaruga "Dane elementarne", "Podróż mego życia", "Zdjęcie"

Izabela Szolc "Śmierć w hotelu Haffner"

Łukasz Szopa "Kawa w samo południe"

Michał Trusewicz "Przednówki"

Andrzej Turczyński "Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncert muzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

Anatol Ulman "Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

Emilia Walczak "Hey, Jude!"

Miłosz Waligórski "Kto to widział"

Henryk Waniek "Miasto niebieskich tramwajów"

Maciej Wasilewski "Jednodniowy spacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodej Polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

Bartosz Wójcik "Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

Grzegorz Wróblewski "Nowa Kolonia"

Maciej Wróblewski "Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

Tadeusz Zubiński "Rzymska wojna"

Pociąg osobowy relacji Zlin - Stare Otmontowice staje na stacji o dziwnej nazwie. Wysiadamy. Wynajmujemy jedyny pokój w przystacyjnym hoteliku, którego elewację pokrywa tynk koloru przegniłej słomy. Wita nas wielka sypialnia z wysokimi oknami i skrzypiącym drewnianym łóżkiem nakrytym pierzynami. Na ich wierzchołku siedzi, szeroko rozkładając nóżki, porcelanowa lalka w pstrokatej zapasce. Jej buzia lśni, a oczy patrzą śmiało przed siebie. Pozostałe umeblowanie stanowią: stół, dwa krzesła, toaletka z trójdzielnym lustrem i trzydrzwiowa szafa. Podłoga jest grubo pociągnięta brązową farbą olejną. Na ścianach pokrytych starą, tu i ówdzie poodklejaną wzorzystą tapetą wiszą oszklone i oprawione w złocone ramki stare zdjęcia przedstawiające różne zakątki miasta o dziwnej nazwie, a także oleodruki ze scenami biblijnymi. Mamy wrażenie, że pomyliliśmy stacje. Niemniej to właśnie tu mamy do załatwienia sprawę.

Pokój jest wychłodzony. W kącie stoi piec kaflowy jasnoceglastej barwy. Jest zimny. W pokoju nie znajduje się nic, czym można by rozpalić ogień. Wychodzę z pokoju zapytać recepcjonistę, czy mógłby coś na to zaradzić. Naciskam dzwonek leżący na drewnianym, wyślizganym pulpicie. Urządzenie wydaje ochrypły dźwięk. Po długiej chwili zjawia się ów człowiek. Jest stary, chodzi powoli i szura filcowymi pantoflami po podłodze. Dopiero teraz zwracam uwagę na jego twarz. Pokrywają ją liczne bruzdy świadczące o wieloletnim doświadczeniu. Mógłby grać w filmach Sergio Leone.

Staram się być spokojny, rozluźniony. W pokoju jest bardzo zimno. Można by napalić w piecu? To nie będzie możliwe. Mówi cicho. Wydaje mi się, że w jego głosie słyszę satysfakcję. Można wiedzieć dlaczego? A jednak zwycięża mnie irytacja. Dziadek tryumfuje. Piec jest zatkany. Trzeba przestawić. Ale nie ma komu zrobić. Zdun umarł na jesieni. Pytam, czy w tej sytuacji mógłby udostępnić nam jakiś grzejnik. Zima tego roku była paskudna, mokra i gruźlicza. Nie lepiej przedstawia się sytuacja z przedwiośniem. Trudno nawet stwierdzić, czy to już przedwiośnie, czy jeszcze agonia długiej zimy. Jednak i ta moja prośba nie znajduje zrozumienia u starca. Nigdy nie słyszał, aby goście hotelowi dogrzewali pokoje jakimiś dodatkowymi urządzeniami. Poza tym dawno nie widziano tu gości.

Wracam do pokoju, aby przekazać wiadomość, że czeka nas zimna noc. Zastaję Marię, gdy siedzi przed lustrem i szczotką rozczesuje włosy. Są długie i właśnie zaczęły pojawiać się w nich pojedyncze siwe pasemka. Marię niezmiernie to smuci i nie lubi o tym mówić, a jednak nie chce farbować włosów. Twierdzi, że to żałosne maskować objawy przemijania.

- Na szczęście mamy grube pierzyny - mówię, siadając na łóżku. Czuję, jak ugina się pod moim ciężarem, a sprężyny wydają metaliczne brzęknięcia. Pierzyny mają zapach starości i wilgoci. Zastanawiam się, ilu ludzi pod nimi spało. Wzdrygam się na myśl, że ktoś mógł pod nimi również umrzeć.

- Nie powinniśmy tu przyjeżdżać. Mam złe przeczucia. - Maria przestaje się czesać.

Nie lubię, gdy tak mówi, zwłaszcza że przeczucia prawie nigdy jej nie zawodzą. Dlaczego jednak nasza podróż do miasta o dziwnej nazwie miałaby źle się skończyć? Wszystko na razie wygląda dobrze, pomijając nieogrzewany pokój i opryskliwego recepcjonistę. Podchodzę do Marii i gładzę ją po włosach. Z zaciekawieniem spoglądam na jej trzy odbicia w zwierciadle. Mam wrażenie, że każde ukazuje inną postać.

- Lubię, gdy tak robisz.

Mówi cicho, uśmiecha się. Moje dłonie błądzą po jej szyi, piersiach.

- Nie. Przestań.

Moje pożądanie i moje lodowate dłonie.

- Nie umiem kochać się w takich miejscach. Ci wszyscy święci...

Rzeczywiście, z obrazów patrzą na nas poważnie święci Pańscy. Nawet Chrystus z gorejącym sercem jakby kątem oka zerka na nas, przybyszów z daleka, którzy próbują oswoić obce miejsce. Znam ten obraz doskonale. Przypomina mi stary oleodruk z Marią Magdaleną pokutującą w grocie. W dzieciństwie patrzyłem na niego codziennie. Mieszkałem w mieście całkiem podobnym do tego, w którym właśnie jesteśmy. Też docierała tam kiedyś kolej, a gwizd lokomotywy stale wplatał się w tło dźwiękowe wielu wydarzeń. Obraz był oszklony i oprawiony w grubą złoconą ramę rzeźbioną w liście akantu. Godzinami mogłem wpatrywać się w półnagą, dobrze zbudowaną dziewczynę, która, leżąc, czyta grubą księgę, a obok niej spoczywa ludzka czaszka. Wylot z pieczary, nieregularna lazurowa plama, był dla mnie głową potwora. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy, że to zwykły, seryjny oleodruk. Że oryginał namalował Włoch nazywający się trochę groteskowo - Pompeo Batoni. I że ten oryginał prawdopodobnie spłonął podczas bombardowania Drezna pod koniec drugiej wojny. Liczyły się nagie, miękkie ramiona tej dziewczyny, jej ledwie zasłonięte piersi i jej alabastrowa skóra, która świeciła w ciemności.

Otwieram okno i stojąc w nim, zapalam papierosa. Do pokoju wdziera się wilgotny chłód. Zaciągam się głęboko. Szaro. Stacja jest pusta i oświetlona nikłym światłem latarni z blaszanymi kloszami. Za torami stoi rząd szarych ruder, nad którymi góruje zielony gołębnik wsparty na czterech drewnianych belkach. Obsiadają go ptaki, które pod wieczór wracają do domu. Po prawej stronie rozciąga się pustkowie pokryte hałdami węgla i kamieni oraz pryzmami zużytych podkładów kolejowych. W oddali dostrzegam przygarbioną sylwetkę, która idzie w naszą stronę. Po chwili widzę, że to mężczyzna, a jego chód jest chwiejny jak to u pijanego. Wyrzucam niedopalonego papierosa przez okno i zamykam je. Po chwili słyszę dochodzące spod okna szmery. Rozsuwam poszarzałą firankę. Pijany mężczyzna pochyla się, próbując sięgnąć niedopałek. Kiedy w końcu mu się to udaje, wkłada go do ust i zapala. Wtedy nasze spojrzenia spotykają się. Twarz tamtego niczego nie wyraża. Jest w niej wyłącznie znużenie, jakby zbyt długim dniem czy życiem. Mężczyzna odwraca się i znika mi z pola widzenia.

- Jesteś głodna?

Jest. Wyjmuję z walizki kanapki i rozkładam na stole. Mamy też termos z herbatą, jednak w drodze zdążyła wystygnąć. Siedzimy przy stole i w milczeniu żujemy chleb. Patrzę na Marię. Maria patrzy w szarą przestrzeń za oknem. To nasza pierwsza wspólna podróż od wielu lat. Początkowo nie chciała się na nią zgodzić, ale przekonałem ją, uciekając się do podstępu. Kwieciście objaśniałem jej, że miasto o dziwnej nazwie to cudowne miejsce dla ludzi takich jak my, zagubione na mapie, z dala od dużych ośrodków, ukryte wśród jezior i lasów. Choć całkiem inna była prawda o przyczynach naszego wyjazdu do tego miasta o dziwnej nazwie.

Raz do roku w mieście tym odbywa się targ koński, na który zjeżdżają hodowcy z bliższych i dalszych okolic. Zaletą tego targu jest, że konie tu oferowane nie osiągają zbyt wygórowanych cen, mogą więc sobie na nie pozwolić nawet niezbyt zamożni kupcy. Maria kocha konie. Od najmłodszych lat pobierała lekcje jeździectwa. Niestety, ani ona, ani ja nie pochodzimy z rodzin, w których żywe byłyby tradycje hodowlane. Poza tym długo nie mogliśmy sobie pozwolić na kupno konia, chociażby podlejszego rodzaju. Oboje bowiem posiadamy zawody i umiejętności gwarantujące dochody albo niewysokie, albo nieregularne, co na jedno wychodzi. Nie podzielam końskiej pasji Marii, zapach tych czworonogów przyprawia mnie o mdłości, a same konie wzbudzają we mnie lęk. Nie chcę umrzeć kopnięty przez któreś z tych zwierząt w głowę albo w brzuch. Cios kopytem w brzuch wydaje się najgorszy. Krwawiące organy wewnętrzne, potworny ból, długa agonia. Gdy Maria wracała z lekcji jazdy, cały dom wypełniał się zapachem końskiego potu. Nie pomagało wietrzenie ani to, że Maria natychmiast po powrocie do domu zwykła brać kąpiel. Wciąż czułem tę okropną dla mnie końską woń.

- Konie to najcudowniejsze istoty pod słońcem.

Uważam, że bynajmniej nie konie, ale kobiety, a zwłaszcza jedna z nich zasługuje na to miano. Maria uśmiecha się, ukazując rząd swoich zdrowych zębów. W myślach dodaję "końskich", a przecież są to zadbane zęby pięknej kobiety, która dziwnym trafem jest moją żoną. Ale tak często porusza końskie zagadnienia, że bezwiednie porównuję je do zębów zwierzęcia, po których ocenia się stan jego zdrowia. Kocham Marię i jestem gotów zrobić dla niej wszystko. Kiedyś od niechcenia rzuciła, że chciałaby mieć swojego konia. Powiedziałem, że to niepotrzebny wydatek, ale już wtedy zacząłem myśleć o tym, jak spełnić marzenie Marii. W tajemnicy przed nią zacząłem też odkładać niewielkie sumy, w nadziei, że uda mi się zebrać kwotę potrzebną do kupna wierzchowca. Wierzyłem, że jeśli spełnię marzenie Marii, będzie mnie kochała tak, jak na początku, a z jej oczu zniknie smutek, który pojawiał się zawsze, gdy kierowała na mnie wzrok. Wierzyłem, a jednocześnie nie wierzyłem w sens moich starań. I tak, na wąskiej grani między sensem a bezsensem parłem do celu, jakim był koń dla Marii. Jego zakup stopniowo stawał się moją obsesją, śledziłem ogłoszenia drobne w prasie, czytałem specjalistyczne pisma poświęcone problematyce hodowli, zagłębiałem się w koński świat. Maria myślała, że to dlatego, że w końcu przekonałem się do jej pasji, ale to była nieprawda. Konie niezmiennie wzbudzały moją niechęć, ale uczepiłem się myśli, że koń dla Marii oznacza ratunek dla naszej miłości.

Odkładałem pieniądze i zbierałem informacje, aż natrafiłem w pewnej starej pożółkłej gazecie na wzmiankę o końskim targu w mieście o dziwnej nazwie. Powziąłem plan: zaprosić Marię na wycieczkę, w czasie której zaskoczę ją - kupując jej wymarzone zwierzę. Dzień targu wypada nazajutrz. Na razie mamy przed sobą noc w wyziębionym pokoju w przystacyjnym hoteliku.

Zmierzch zapada bardzo szybko. Szarość za oknem zmienia się w granatowoczarny monolit. Z oddali dochodzi szczekanie psów. Maria idzie do łazienki w korytarzu, a gdy z niej wraca, ma minę, jakby zobaczyła coś bardzo niemiłego.

- Nie idź tam. To okropne miejsce - mówi i zaczyna rozbierać się do snu.

- Nie chciałem żeby tak było - próbuję ją objąć, ale zdejmuje z siebie moje ramię. - Chciałem, żeby było tak jak na początku...

- Wiem - odpowiada i kładzie się. Spod pierzyny wystaje tylko jej twarz. Oczy ma zamknięte.

- Jutro trochę pozwiedzamy i może znajdziemy lepszy nocleg.

Maria milczy, choć jestem przekonany, że nie śpi.

Wychodzę do łazienki w nadziei, że uda mi się odświeżyć po długiej i męczącej podróży. W korytarzu panuje półmrok. Jest tu tylko jedno źródło światła - lampa o kulistym bladoróżowym kloszu. Stara, pamiętająca jeszcze chyba lata siedemdziesiąte XX wieku. Światło w łazience jest zapalone, a drzwi uchylone, jakby Maria opuszczała to miejsce w popłochu. Popycham drzwi łazienki i wchodzę. Lastrykowa podłoga jest mokra. W powietrzu unosi się zapach wilgoci i grzyba. Lustro nad zżółkłym zlewem pokrytym starymi zaciekami jest popękane i upstrzone rdzawymi plamami. Lampa daje światło o trupiej barwie. Moja twarz wygląda dość upiornie. Mam zaczerwienione oczy, pod nimi cienie. Dotykam dłonią włosów. Bez wątpienia są coraz rzadsze. Nie rozumiem tego. Jeszcze kilka lat temu wszyscy gratulowali mi gęstej czupryny, a teraz... Odkręcam kurek i najpierw słyszę głuchy bulgot, a potem z kranu chlusta brunatna lodowata woda, która wprawdzie po chwili staje się klarowniejsza, jednak pozostaje lodowata. Rezygnuję więc z planu kąpieli, choć łazienka jest wyposażona w wannę. Opłukuję twarz, potem myję zęby. Podchodzę do wanny i na jej dnie widzę rojące się robactwo. O mało nie wymiotuję. W wannie są już zresztą wymiociny pozostawione tu najpewniej przez Marię. Odkręcam wodę i próbuję spłukać ten brud, ale odpływ okazuje się zatkany, więc woda jedynie wynosi zanieczyszczenia, zamiast je usunąć. Wanna znajduje się pod oknem, w które wstawiona jest żłobiona w roślinne motywy szyba. Zdaje mi się, że tuż za szybą widzę czyjąś twarz. Wprawdzie jej rysy są zamazane, ale od razu myślę o człowieku, który podniósł niedopałek spod okna naszego pokoju.

Wychodzę szybko z łazienki i kieruję się do recepcji.

- W pobliżu kręci się jakiś włóczęga. Proszę zadbać, żeby nam nie przeszkadzał. Chcemy wyspać się po podróży, dobrze? - Najgrzeczniej jak umiem, mówię do starego recepcjonisty, kiedy w końcu doczłapuje do kontuaru.

- To nie należy do moich obowiązków. Ma pan jeszcze jakieś życzenia?

Kipię ze złości.

- Zapewniam pana, że zadbanie o godziwy wypoczynek gości hotelowych należy do pańskich obowiązków.

- Proszę się nie awanturować, bo wezwę milicję.

- Chyba policję.

Starzec sięga po telefon stojący na kontuarze i zaczyna wykręcać numer na tarczy. Kładę dłoń na widełkach.

- Niech pan przestanie. My chcemy tylko przenocować. Jutro już nas tu nie będzie.

- Jutro i tak zamykamy.

Opryskliwy staruch odwraca się na pięcie i znika w ciemnej głębi recepcji.

Wracam do pokoju, gdzie zastaję Marię już śpiącą. Spod pierzyny wystaje tylko jej głowa, którą teraz widzę z profilu. Włosy częściowo zakrywają jej policzek. Ręce ma złożone przed sobą jak do modlitwy. Moja kobieta, ale co w niej jest mojego? To ciało, które znam tak dobrze, że nieomal traktuję je jak część siebie samego? Teraz, kiedy jest pogrążone we śnie, nie czuję z nim żadnego związku. Jest dalekie jak galaktyki, które obserwujemy z Ziemi. Przez moment czuję przemożną chęć, żeby opuścić ten pokój, ten hotel, to miasto o dziwnej nazwie, a w nim - Marię. Opuścić i zacząć od nowa gdzieś indziej, inaczej. Ale powraca myśl o jutrzejszym dniu i zaczynam wyobrażać sobie, jak to będzie, kiedy już kupię Marii wymarzonego konia. Trzeba zorganizować jego transport, zapewnić mu pokarm i picie, a przede wszystkim jakiś dach nad głową. Łbem, konie posiadają łby, poprawiam się, chociaż ostatecznie każdy łeb jest głową, choć nie każda głowa łbem, bo na przykład Maria... Praktyczna strona zagadnienia pozwala nie myśleć o tym, co dalej. To znaczy - co będzie, kiedy już zakończy się nasza ekspedycja do miasta o dziwnej nazwie. Leżę z otwartymi oczami, ze wzrokiem wbitym w ciemnoszary sufit, na którym kładą się słabe smużki świateł zza okna. Maria oddycha spokojnie, jej lekko rozchylone usta pobierają tlen, który sprawia, że jej ciało jest ciepłe i różowawe. Jej ciało. Leży tuż koło mnie. Odwracam się w jego stronę i patrzę Marii prosto w twarz. Wtedy nagle obraca się na przeciwny bok, zupełnie jakby przez sen zobaczyła, że się na nią gapię. Przysuwam się bliżej, czuję pożądanie, ale tak naprawdę nie chcę budzić Marii. Uchyla się, wzdycha, mruczy coś przez sen i kładzie się na wznak. Napięcie stopniowo opada. Wtedy zasypiam.