Straszna to była noc - paryska, grudniowa noc...
Deszcz padał, padał, padał - - -
Bulwary były puste, oślizgłe i poczerniałe od wody, a nieskończone
szeregi nagich drzew, trzęsły się z zimna i jęczały cicho a
boleśnie - bo deszcz je przeinaczał do korzeni, bo mroźny wiatr je
przewiewał nawskroś, bo oślepiały te, jakby w powietrzu zawieszone
światła elektryczne - a zabijała tęsknota za dniem...
A ta rozmiękła, zimna noc wlekła się tak wolno, tak wolno...
A ten utęskniony dzień był tak rozpaczliwie daleko.
O biedne drzewa marznące!
O biedne psy bezdomne, które przemykały cicho pod zimnemi
ścianami, czołgały się na rogach ulic oświetlonych, przystawały,
rozglądały się krwawem, przemęczonem spojrzeniem - i głodne,
oszalałe trwogą biegły dalej, szukały bez końca...
O niezgłębione, nieopowiedziane tęsknoty nocy zimowych za słońcem!
O rozpaczne krzyki konającego wczoraj! -
O! niepojęte jawy jutra, lęgnącego się jeszcze w bezdniach nocy -
I cisza!... cisza przyczajonej trwogi, cisza ciemnych błyskawic
żerujących w przestrzeniach -
A potem nieodgadnione głosy wichru, jaki nagle zerwał się z
legowisk nocy i spadł na miasto, szarpał drzewami, tarzał się po
rozmiękłych przegniłych ciemnościach i bił zaciekle zimnem,
miękkiem cielskiem w olbrzymią wystawę słabo rozświetloną.
Tam, po za tą szklaną ścianą stała Komurasaki i wylękłemi,
słodkiemi oczyma patrzyła...
A deszcz mżył nieustannie i grubemi łzami spływał po szkle; a
wiatr szalał, śpiewał wabiąco, to krzyczał dziko i groźnie, to
chwytał za czuby drzew i groził niemi Komurasaki, to znowu łkał i
skomlał cicho a żałośnie, lizał szyby i żebrał o wpuszczenie; a za
nim zaglądała zielonawa, okropna noc i patrzyła wilgotnemi oczyma,
i te łzy jej szare, zimne ściekały zwolna a ciągle i bezustannie...
a w jej głębi, tam po za krzyczącemi z zimna drzewami, widziała
Komurasaki straszne, przerażające jawy: - olbrzymie zwierzęta
przesuwały się śród cieni, pełzały cicho oczy oślepiające
błyskawicami... to jakieś czarne, połyskliwe potwory przebiegały
tak ciężko, aż drżała szyba olbrzymia, i w rozchwianem, błękitnawem
świetle elektrycznem poruszał się trwożnie cały ten tłum bogów i
ludzi, zapełniający ciżbą marmurów, bronzów i porcelan - wystawę.
Ale po chwili zapadała cisza i znowu zasypiało i nikło wszystko.
Komurasaki tylko czuwała.
W środku wystawy na podwyższeniu, niby na tronie męki, pokrytym
żółtą materyą chińską zahaftowaną czerwonemi smokami, stała
Komurasaki - kwitła w mroku niby czarowna a bolesna orchidea - obok
niej, z prawej strony wyrastał, smukły jak Narcyz, Antinous z
bronzu jasnego, a z lewej, obnażała się w boskim bezwstydzie Venus
Calipyge, tak biała, że aż złotawo-różana, jakby utkana z promieni
słońca i woni róż purpurowych - a po za niemi majaczyła cała gęstwa
ciał, stróżowana przez twarde, sępie głowy cezarów i prokonsulów...
Komurasaki czuwała - a raczej męka trwóg, strachu, osamotnienia
paliła się w niej wiecznie czujnym i gryzącym płomieniem; bała się
tych wizyj mrocznych, przemykających za szybą, bała się tych nocy
nieskończonych i tak zimnych, bała się tego tłumu stojącego za nią,
bała się tej twarzy bladej o ognistych oczach, która co wieczór
stawała z tamtej strony i, rozpłaszczona na szkle, patrzyła na nią,
pożerała ją oczyma...
Czuła się w pośrodku przerażającego chaosu rzeczy nieznanych i
strasznych, a ta okropna, zła rzeczywistość otaczająca ją miała już
dręczącą siłę snu, który trwał wciąż, snu, z którego przebudzić się
nie mogła, nie miała sił -
I czuła się tak samą, tak obcą, tak sierocą i tak smutną, że już
jej nie przerażał ten olbrzymi tygrys bengalski, który, niedaleko
niej, wyprężył grzbiet pręgowany, patrzył krwawym, głodnym
wzrokiem, szczerzył ostre kły i czaił się... pełzał ku niej... i
był bliżej... coraz bliżej...
A Komurasaki, pełna męki nieopowiedzianej, zgrozy, tęsknoty i
rozpaczy, uciekała myślami do ojczyzny dalekiej, dalekiej...
...i łkała pieśń tęsknoty tistami rozpaczy...
...i łkała hymn nadziei sercem pełnem śmierci...
... O ziemio moja słoneczna!
Wiśniowe sady stoją w kwiatach, różane, wonne płomienie tryskają
wśród liści zielonych, i słońce gra na nich, a motyle tęczą barw,
tęczą ametystów, opali, rubinów owiewają je chmurą, wirują, roją
się... a pszczoły płyną cicho, brzęcząc pieśń miodną, a strumyki
szemrzą po piasku złotym, szemrzą...
...O ziemio moja słoneczna!
Widzę Cię. Czuję Cię. Jestem z Tobą...
Oto wietrzyk nadbiegł od gór sinych, oto wiśniowe drzewa trzęsą
kwietnemi kędziorami, a tęcza motyli rozpierzcha się! Jak lecą z
drzew płatki różane, jak wirują... jak chwieją się na źdźbłach, jak
padają na strumień i płyną!... Płyną jak łzy moje, jak łzy tęsknoty
nieutulonej...
Cień się położył na świerk! Zamilkły ptaki. Zasłuchały się kwiaty,
przycichły strumyki, a pierzaste bambusy zapatrzyły się w toń, w
czerwone rybki przyczajone na dnie złotem...
...to mój żal płynie z tym cieniem, mój żal, mój żal!...
...i tęsknota moja i żal! -
... O ziemio moja słoneczna!
Domu mój rodzinny! O siostry moje kwiaty, o bracia moi ptacy, o
ziemio matko moja! Dusza moja jest cieniem tęsknoty za wami!
Umieram!
I jak motyl żałobny usiądę na złoconych belkach domu mojego -
...nie spędzajcie go!
...i jak wiśnia dojrzała spadnę na niebieski próg domu mojego -
... nie rzucajcie mnie złym dziobom!
...i jak liliowy chryzantem zakwitnę przed oknami domu mojego -
...nie zrywajcie mnie!
Niechaj okwitnę w ziemi mojej, w oczach waszych niechaj uwiędnę,
niechaj nasz wiatr mnie rozwieje w jesieni dniach i rzuci na pierś
waszą - a spalą mnie łzy wasze...
- i tęsknota...
- i żal!
Tak łkała Komurasaki pieśń tęsknoty ustami rozpaczy.
A noc płakała za szybami, tylko już ciszej, bo świt nadchodził, a
wiatr konał wyczerpany walką, czasem uderzył jeszcze miękkiem
bezsilnem skrzydłem w okno, czasem jęknął i zatargał drzewami, i
padał przeszywany strzałami świtu miażdżącego noc.
Komurasaki umilkła, bo elektryczne światło zgasło, szary, zimny
świt zalał wystawę i ta barbarzyńska ciżba budzić się zaczynała, a
ona, otulona w fioletową suknię usianą złotemi chryzantemami, w
złotych sandałach na nóżkach, przysłaniała się lekko wachlarzem,
kryjąc łzy w czarnych, cudnych oczach i rosnącą obawę przed tym
dzikim, strasznym tłumem zalegającym wystawę.
Dzień się czynił wolno, ale w zielonawych, wilgotnych brzaskach
coraz wyraźniejsze były głowy, ramiona potężne, to sępie, okrutne
oczy rzymian, to wyzywające źrenice bachantek, to gwałtowne dzikie
ruchy walczących gladyatorów, albo dziwne, somnambulicznie
zapatrzone bóstwa egipskie.
Bała się tego tłumu, czuła jego nienawiść do siebie i sama
pogardzała całą mocą swej kwietnej duszy tymi barbarzyńcami. Miała
niepokonany wstręt do ich twarzy twardych, do ich póz rubasznych,
ruchów dzikich, spojrzeń okrutnych, chichotów przebrzydłych - do
całej tej rasy białych bydląt.
A oni jednoczyli się wszyscy w nienawiści dla tej cudnej, dla tego
kwiatu japońskiego; Rzymianie i Grecy, barbarzyńcy i Cezarowie,
bogowie i bydlęta ludzkie, różowe margrabiny z czasów Ludwika XV i
chińscy mandaryni - wszyscy się łączyli przeciwko Komurasaki w
zwartą ligę szydzących, w tłum nienawiści przeciwko niej, przeciwko
jej królowaniu, przeciwko jej piękności, przeciwko jej rasie.
Tylko jeden Antinous nie brał udziału w tem sprzysiężeniu, stał
obok, tęskny, dziwny, z pochyloną nieco głową, jak kwiat rozwinięty
i zadumany; jego boskie ciało, z jasnego, bursztynowej barwy
bronzu, kwitło czarem, dyszało, jakby piżmem, szlachetnością linii
i spokojem. Czasem spoglądał na nią tym dziwnym, słodkim, a
niepokojącym wzrokiem duszy roślinnej, wzrokiem wód lub kwiatów.
A wtedy Komurasaki czuła dziwną tkliwość w swojem porcelanowem
sercu, dziwne zamieranie, i czarowne zamyślenia niby roje motyli
obsiadały jej duszę zmęczoną; ustępowały trwogi, milkła na chwilę
tęsknota, a uśmiech promienny, uśmiech wiosennego poranku kwitł na
jej drobnych, czarownych usteczkach, i radość kwiatów,
otwierających kielichy pod pocałunkami słońca, przenikała jej
złotawe ciało...
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.